Widok normalny

Otrzymane przedwczoraj

Łzy kobiet zmieniają zachowania mężczyzn. Zbadano, co się dzieje w ich mózgu

Kobiety płakały, mężczyźni wąchali ich łzy, a naukowcy nie tylko się przyglądali, bo prowokowali mężczyzn do agresji i wykorzystując mędrca szkiełko i oko, nie dość, że zbadali poziom męskich hormonów, to jeszcze obejrzeli skany mózgów panów. Okazało się, że aż o 44 procent zmieniła się jedna rzecz w męskim zachowaniu. To badanie przeprowadzono już na szczurach, ale naukowcy z Sobela z Weizmann Institute of Science powtórzyli je, ale z udziałem mężczyzn. Chcieli sprawdzić, czy łzy kobiety wpływają na męską agresję, podobnie, jak to dzieje się u samic i samców gryzoni. Okazało się, że tak. Wpływają i to bardzo. Pewnie domyślacie się, że płacz kobiet raczej uspokaja mężczyzn, ale czy zgadlibyście, jak bardzo? Kobiety oglądały filmy, mężczyźni grali w gry, a naukowcy z pomocą AI robili swoje Wyniki badania, jakie przeprowadziły doktorantki Shani Agron i Claire A. de March z laboratorium prof. Noama Sobela z Weizmann Institute of Science, opublikował m.in. magazyn „PLOS Biology”. Ale równie ciekawe, jak wnioski, jest to, jak wyglądało samo badanie. Naukowcy znaleźli dawczynie łez. Wybrały je spośród ochotniczek – kobiet, które miały naturalne skłonności do płaczu, by nie powiedzieć – łatwość rozpłakiwanie się na zawołanie. By ułatwić im to zadanie, panie oglądały filmy – jak się zapewne domyślacie, były to tzw. wyciskacze łez. Tymczasem mężczyźni, których wybrano do eksperymentu, mieli za zadanie wąchanie kobiecych łez. Naukowcy sprawdzali, jak zmienia się wtedy poziom hormonów, z których kluczowy był testosteron, bo odpowiada on m.in. za agresję. Mało tego, przyglądały się też, jak zmieniają się mózgi mężczyzn. Oglądały „skany” mózgów, uzyskane dzięki badaniom obrazowym. Podobnie, jak w przypadku kobiet, które naukowcy musieli doprowadzić do łez, mężczyzn chcieli sprowokować do agresji. I tak – kobiety oglądały filmy, a mężczyźni grali w gry, w których mieli okazję walczyć o pieniądze i mścić się na graczach, którzy pogrywali bardzo nie fair. Nie wiedzieli, że ich przeciwnikami byli nie mężczyźni, ale boty, czyli sztuczna inteligencja. Wyniki badań hormonów i mózgu pokazały, jak spada testosteron mężczyzn Kobietom, które płakały, naukowcy zbierali łzy do fiolek. By mieć pewność, że próbki nie są niczym zanieczyszczone, kobiety nie tylko miały oczyszczoną skórę twarzy, ale nie mogły używać w przeddzień badania żadnych kosmetyków. Aby wykluczyć to, że np. zmiany hormonów zmienią zapach łez, co z kolei podziała na mężczyzn, uczestniczki badania przyjmowały taką samą hormonalną antykoncepcję, która blokowała owulację. Mężczyźni wąchali łzy albo placebo i oczywiście żaden z nich nie wiedział, co dostaje do wąchania – czy rzeczywiście łzy, czy może roztwór soli fizjologicznej. Co się okazało? Mężczyźni, którzy wąchali prawdziwe łzy kobiet, zachowywali się niemal o połowę (a dokładnie 44 procent) mniej agresywnie. Spadał im poziom testosteronu, a badania obrazowe wykazało, że zmniejsza się aktywność tych obszarów mózgu, w których zlokalizowane są ośrodki odpowiedzialne za agresję – głównie chodziło o tzw. ciało migdałowate. – Przetestowaliśmy hipotezę, że podobnie jak u gryzoni, skład chemiczny łez samic działał na ośrodki węchowe samców i blokował ich agresję, także łzy kobiet, jeśli wąchają je mężczyźni, zmniejszają ich agresywne zachowania. Prawdopodobnie ten mechanizmem występuje u wszystkich ssaków i ma na celu właśnie „chemiczną” ochronę przed agresją – mówi Shani Agron, jedna z badaczek. Naukowcy w opublikowanej pracy zwrócili też uwagę na to, że odruch całowania policzków zapłakanej osoby występuje u ludzi w wielu kulturach i zwykle pojawia się u dorosłych na widok płaczących dzieci. Postawili hipotezę, że podobnie, jak łzy kobiet, płacz niemowląt również obniża agresję. I że dzieci w tym wieku nie mają jeszcze nie tylko możliwości ucieczki, ale też rozmowy, która złagodziłaby zapędy ewentualnego agresora. Ta hipoteza wymaga sprawdzenia, choć wydaje się, że wynik takiego eksperymentu jest przesądzony – już biolodzy ewolucyjni i psycholodzy od lat mówią, że niemowlęta nieprzypadkowo mają specyficzny wygląd twarzy (nieproporcjonalnie mały nos i duże oczy). Ma on rozczulać i zmniejszać agresję samców, co ułatwia przetrwanie. Wielce prawdopodobne wydaje się to, że do arsenału tych ochronnych atrybutów należą także łzy.

Prognoza pogody na święta i koniec roku. W końcu nadchodzi prawdziwa zima

Na razie trudno poczuć świąteczny klimat. Zamiast skrzypiącego śniegu pod butami mamy szarość, niskie chmury i wilgoć unoszącą się w powietrzu. Pogoda bardziej przypomina późną jesień niż początek astronomicznej zimy. Jednak jak wynika z prognoz serwisu TwojaPogoda.pl, prawdziwa zima jest już w drodze. Niestety na śnieg w większości regionów kraju trzeba będzie poczekać do okresu poświątecznego. Pierwsze dni nadchodzącego tygodnia mają jeszcze zaskakiwać dodatnimi temperaturami – lokalnie nawet w okolicach 8–10 stopni. Ciepłu towarzyszyć będzie jednak duże zachmurzenie, niska widzialność i gęste mgły, szczególnie nocami i nad ranem. Większe przejaśnienia możliwe będą głównie na zachodzie kraju oraz miejscami na południu. Mrozy zmierzają do Polski. Ale białych świąt nie będzie Przełom ma nadejść w okresie świątecznym. Według TwojaPogoda.pl do Polski zacznie wówczas napływać chłodne, arktyczne powietrze, które przyniesie wyraźne ochłodzenie i w wielu regionach całodobowy mróz. W ciągu dnia temperatury będą nieznacznie ujemne, ale nocami i o porankach słupki rtęci mogą spadać do około –10 stopni, a lokalnie nawet niżej. Choć święta upłyną pod wpływem wyżu barycznego, co oznacza sporo słońca i stabilną aurę, nie wszędzie będzie pogodnie. Na południu kraju możliwe jest większe zachmurzenie, a w górach – zwłaszcza w Wigilię – opady śniegu. Białe święta poza regionami górskimi będą mało prawdopodobne. Biały krajobraz na nizinach pojawi się dopiero po Bożym Narodzeniu, a zimowa aura tylko się umocni. Zachmurzenie wzrośnie, w wielu regionach spadnie śnieg, a w górach przyrost pokrywy śnieżnej może być bardzo wyraźny. Zima nie odpuści także na przełomie roku. Sylwester i Nowy Rok mają minąć pod znakiem mrozu i śniegu, a na początku stycznia prognozowane są już silniejsze spadki temperatur. Jak zapowiada TwojaPogoda.pl, w najzimniejszych rejonach kraju nawet w dzień może być kilkanaście stopni poniżej zera.

"Bitwa samurajów" z 2. sezonem. 100 procent od krytyków i globalny hit Netfliksa

Netflix oficjalnie zamówił drugi sezon "Bitwy samurajów" – japońskiego serialu historycznego, nazywanego miksem "Szoguna" i "Squid Game", który w kilka tygodni stał się globalnym fenomenem. Brutalna gra o przetrwanie, spektakularne sceny walk i międzynarodowe uznanie krytyków sprawiły, że platforma nie miała wątpliwości: samurajska batalia na śmierć i życie będzie kontynuowana. Decyzję o przedłużeniu serialu Netflix ogłosił w Japonii po tym, jak produkcja zdominowała globalne zestawienia oglądalności. "Bitwa samurajów" znalazła się na szczycie rankingu najpopularniejszych produkcji nieanglojęzycznych na świecie i trafiła do TOP 10 aż w 88 krajach, w tym w Polsce. W samej Japonii przez cztery tygodnie utrzymywała się na pierwszym miejscu. "Bitwa samurajów" przeszła też do historii jako pierwszy w całości japoński serial nominowany do Critics' Choice Awards w kategorii najlepszego serialu nieanglojęzycznego. Do dziś utrzymuje 100-procentowy wynik od krytyków na Rotten Tomatoes, co tylko podgrzało zainteresowanie kontynuacją. O czym jest "Bitwa samurajów"? 2. sezon hitu Netflixa już zapowiedziany Za sterami drugiego sezonu "Bitwy samurajów" ponownie stanie Michihito Fujii, a centralną postacią projektu pozostaje Junichi Okada – nie tylko gwiazdor obsady, ale również producent i choreograf scen walk. Serial powstał na podstawie nagrodzonej Nagrodą Naokiego powieści "Ikusagami" Shōgo Imamury, a jego akcja rozgrywa się w 1878 roku w Japonii, która odwróciła się od tradycji samurajskiej. Dawni wojownicy zostali pozbawieni przywilejów, a kraj dotyka kryzys społeczny i epidemia cholery. Desperacja popycha 292 samurajów do udziału w śmiertelnym wyścigu z Kioto do Tokio – stawką jest gigantyczna nagroda pieniężna. W centrum opowieści znajduje się Shujiro Saga, który walczy nie tylko o przetrwanie, ale i o życie swojej rodziny. Okada już wcześniej sugerował, że historia ma potencjał na dalszy rozwój – także w kierunku bardziej mistycznych i nadnaturalnych wątków, obecnych w literackim pierwowzorze. – Cieszę się, że "Bitwa samurajów" dotarła do widzów na całym świecie i że możemy wrócić z drugim sezonem. Chcemy, by był jeszcze bardziej intensywny i pełen energii – zapowiedział w oficjalnym oświadczeniu. Równie entuzjastycznie o kontynuacji wypowiada się Fujii, który podkreśla, że to właśnie międzynarodowy odbiór serialu przesądził o decyzji Netfliksa. – Sezon drugi będzie większy, mocniejszy i bardziej widowiskowy – zapewnia reżyser. Netflix nie ujawnił jeszcze obsady, daty rozpoczęcia zdjęć ani planowanej premiery drugiego sezonu, ale jedno jest pewne: "Bitwa samurajów" nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Historia z serialu "Scheda" w realu? Jest pomysł, by zmienić polskie prawo

Wyobraź sobie, że ostatnią wolą twojego bliskiego jest spocząć poza cmentarzem. Albo, że chciałby, żeby jego prochy rozsypać w miejscu, które kochał. Jeśli spełnisz tę prośbę, możesz trafić do aresztu. Ta petycja może jednak otworzyć drzwi do zmian. I sprawić, że pochówek w wybranym miejscu będzie legalny. W amerykańskich filmach wygląda to najczęściej tak: wzruszona rodzina stoi na klifie, wiatr rozwiewa zebranym włosy. Ktoś trzyma niewielką urnę i wysypuje prochy ukochanej osoby do oceanu. W Stanach Zjednoczonych wiele rodzin decyduje się na przechowywanie urny w domu – na półce w salonie czy w gabinecie. To sposób, żeby mieć bliską osobę zawsze "blisko siebie". W Polsce ani jedno, ani drugie nie jest możliwe. Prochy muszą trafić na cmentarz, do urnowego grobu lub kolumbarium. Jest to zapisane w ustawie z 31 stycznia 1959 r. o cmentarzach i chowaniu zmarłych (Dz. U. 2024, poz. 576). Jeśli ktoś wpadnie na pomysł rodem z amerykańskich filmów i rozsypie prochy w lesie czy na działce albo będzie je trzymał w domu, może słono za to zapłacić. Kary za taki czyn mogą być różne – nawet 5000 zł mandatu, a w skrajnych przypadkach areszt do 30 dni. Dlaczego? Powód jest prosty: prochy są traktowane jak szczątki, a ich rozsypywanie wciąż klasyfikowane jest jako bezczeszczenie zwłok.  Prochy w pudełku po kawie Jeszcze kilkadziesiąt lat temu sama kremacja była rzadkością. Przez wieki Kościół katolicki sprzeciwiał się kremacji, traktując ją jako praktykę pogańską. Dopiero w 1983 roku, po nowelizacji Kodeksu Prawa Kanonicznego, dopuszczono palenie zwłok, o ile nie było sprzeczne z nauką Kościoła. Dziś coraz więcej osób decyduje się na spopielenie. Po kremacji zakład pogrzebowy lub krematorium umieszcza szczątki w urnie i zamyka ją specjalną plombą lub trwałym zamknięciem, tak by nikt nie mógł jej otworzyć bez pozostawienia śladów. Plomba służy zarówno potwierdzeniu tożsamości zmarłego, jak i zachowaniu jego godności. Na urnie znajduje się także etykieta z danymi osoby zmarłej – imieniem, nazwiskiem, datą urodzenia i śmierci oraz numerem kremacji. Dzięki temu podczas transportu i pochówku nie ma żadnych wątpliwości, do kogo należą prochy. W polskim serialu "Scheda" bohaterowie na pogrzeb przynoszą pustą urnę, a prawdziwe prochy ojca chowają… w pudełku po kawie. W nocy wyruszają łodzią na otwarte morze, rozsypując szczątki tak, by nikt postronny się nie zorientował. Chcą w ten sposób spełnić ostatnią wolę ojca, który kochał morze. Nic dziwnego, że działają w tajemnicy, w porozumieniu i z wielką ostrożnością. Choć to tylko fikcja, w rzeczywistości takie działanie byłoby wykroczeniem. W wielu rodzinach jest silne pragnienie pożegnania bliskich w zgodzie z ich życzeniem i blisko natury. Powstała petycja, która ma otworzyć do tego drogę. Senatorowie zaczęli się nią zajmować, rozważając zmianę ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych. Propozycja dotyczy zarówno legalizacji rozsypywania prochów, jak i możliwości pochówku w ziemi poza terenem cmentarza. "Prawo do decydowania o formie pochówku jest częścią wolności osobistej, dlatego państwo powinno umożliwić różne formy pochówku zgodnie z indywidualnymi przekonaniami" – pisze autor petycji.  Postulowane zmiany to m.in. możliwość rozsypywania prochów w specjalnie wyznaczonych miejscach – w parkach, lasach czy nad wodą – zgodnie z ustaleniami lokalnych samorządów. Kolejna propozycja to legalizacja pochówku prochów w ziemi poza cmentarzami, np. w przydomowych ogrodach lub na specjalnych terenach ekologicznych, oczywiście przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa sanitarnego. A może w lesie? Coraz częściej mówi się też o tzw. "cmentarzach leśnych". Prochy wsypuje się do ziemi, a w miejscu spoczynku sadzi drzewo. Ot, taki symboliczny powrót do natury. Ale nie w Polsce. U nas póki co powstają miejsca jedynie przypominające "cmentarze leśne" – tzw. kwatery ekologiczne czy Lasy Pamięci. Znajdują się na niektórych cmentarzach komunalnych lub parafialnych. Prochy chowa się w biodegradowalnych urnach. Nie ma nagrobków. Są minimalistyczne kamienne tablice. Jednak te ekologiczne kwatery to więc jedynie symboliczna alternatywa, a nie pełna swoboda wyboru miejsca spoczynku. Bo prawo i tradycja wciąż stawiają ograniczenia. Dlaczego w Polsce nie może być tak jak w innych krajach? Tego nie może zrozumieć autor petycji. I przywołuje przykłady z innych państw europejskich, gdzie zarówno rozsypywanie prochów w wyznaczonych miejscach, jak i pochówek na terenach leśnych jest możliwy. Należą do nich m.in. Niemcy, Szwajcaria czy Holandia. Chciałby, aby rodziny w Polsce mogły realizować ostatnią wolę swoich bliskich w sposób bardziej osobisty i zgodny z ich przekonaniami. Bo czyż nie pięknie byłoby, gdyby ktoś kochający góry mógł mieć swoje prochy rozsypane u szczytów, a miłośnik morza – przy ukochanej plaży? Albo zapalony ogrodnik – wśród kwiatów swojego ogrodu? Wszystko zgodnie z jego wolą, ekologicznie i w duchu europejskich standardów. Dokument trafił już do opiniowania w kilku resortach. Petycja dotyczy spraw, którymi zajmują się różne ministerstwa – od rozwoju i technologii, przez klimat i środowisko, po infrastrukturę oraz sprawy wewnętrzne i administrację. Jeśli projekt wejdzie w życie, filmowy kadr ze "Schedy" mógłby wreszcie stać się możliwy w polskiej codzienności.

3 najbardziej antyświąteczne filmy. Idealne, jeśli nie znosisz świąt

Jeśli świąteczna atmosfera bardziej cię męczy niż wzrusza, a kolejne seanse familijnych hitów wywołują raczej irytację niż ciepło na sercu – ta lista jest dla ciebie. To trzy antyświąteczne filmy, które pokazują Boże Narodzenie od zupełnie innej strony: mrocznej, brutalnej albo po prostu bardzo niewygodnej. Świąteczne filmy mają się świetnie. Co roku dostajemy dziesiątki nowych tytułów – od familijnych hitów, przez gwiazdkowe romanse, po nostalgiczne klasyki, które wracają na ekrany jak bumerang. Dla wielu widzów to obowiązkowy element grudnia i sposób na budowanie nastroju. Nie lubisz świąt? Łap 3 antyświąteczne filmy Ale nie każdy lubi święta. I nie każdy chce oglądać historie o idealnych rodzinach, magicznych cudach i niekończącym się optymizmie. Na szczęście kino ma też (tak, znacznie mniejszą) ofertę dla tych, którzy patrzą na Boże Narodzenie z dystansem, cynizmem albo niepokojem. Wybrałam 3 najbardziej antyświąteczne filmy. (Nie)miłego seansu! 1. Zły Mikołaj (2003) To prawdopodobnie najbardziej bezczelna dekonstrukcja mitu Świętego Mikołaja w historii kina. Willie (Billy Bob Thornton) jest alkoholikiem, złodziejem i cynikiem, który co roku przebiera się za Mikołaja tylko po to, by okradać centra handlowe. Film balansuje na granicy czarnej komedii i brutalnej satyry, bez litości obnażając hipokryzję świątecznej otoczki. "Zły Mikołaj" jest wulgarny, gorzki i momentami naprawdę niewygodny. To jeden z tych filmów, których pod żadnym pozorem nie powinno się oglądać z rodziną, bo... zrobiłaby się afera. Jednak pod tą brutalną warstwą kryje się zaskakująco smutna opowieść o samotności i ludziach, którzy nie potrafią odnaleźć się w świecie pełnym przymusowej radości. 2. Krampus: Duch świąt (2015) Jeśli świąteczny chaos rodzinny wydaje ci się horrorem, to "Krampus" dosłownie nim jest (a dokładniej jest komedią grozy, więc fani czarnego humoru będą wniebowzięci). Film sięga do alpejskiej legendy o demonie karzącym tych, którzy utracili ducha świąt, i zamienia ją w mroczną, momentami groteskową opowieść. To nie tylko horror z potworami i jumpscare'ami, ale też celna satyra na toksyczne rodzinne spotkania, niewypowiedziane pretensje i napięcia, które eksplodują przy wigilijnym stole. "Krampus" pokazuje święta jako pole bitwy, a nie sielankę i robi to naprawdę straszno-śmiesznie. 3. Oczy szeroko zamknięte (1999) Choć rzadko kojarzony ze świętami, "Oczy szeroko zamknięte", ostatni film Stanleya Kubricka rozgrywa się właśnie w bożonarodzeniowej scenerii. Migoczące lampki, choinki i eleganckie przyjęcia kontrastują tu z duszną, niepokojącą opowieścią o pożądaniu, zdradzie i kryzysie intymności. Nicole Kidman i Tom Cruise wcale nie wprowadzą cię w świąteczny klimat, bo gwiazdkowa dekoracja staje się tłem dla emocjonalnego chłodu, niechęci i egzystencjalnego zagubienia bohaterów. To antyświąteczny film w najczystszej postaci – zamiast ciepła oferuje niepokój, zamiast wspólnoty poczucie alienacji. Idealny seans dla tych, którzy w grudniu szukają czegoś mrocznego i nieprzyjemnego, a nie świątecznej pocztówki.

AI wskazało najsmutniejszy film świąteczny. Mogłeś o nim nie słyszeć, a łamie serce

Świąteczne kino najczęściej obiecuje ciepło, pojednanie, magię i wzruszenie, które kończy się ulgą. Są jednak filmy, które wykorzystują bożonarodzeniową scenerię w zupełnie inny sposób – jako tło dla historii o samotności, wykluczeniu i ludziach, którzy wcale nie odczuwają gwiazdkowej magii. Spytaliśmy AI, który film świąteczny jest najsmutniejszy, a wybór może zaskoczyć. Według sztucznej inteligencji najsmutniejszym świątecznym filmem są "Rodzice chrzestni z Tokio" z 2003 roku w reżyserii Satoshiego Kona. To animowana opowieść rozgrywająca się w samym sercu świąt, śledząca losy trójki bezdomnych, którzy w wigilijną noc znajdują porzucone niemowlę. "Choć film bywa momentami ciepły i pełen humoru, jego emocjonalny ciężar jest ogromny – pokazuje ludzi odrzuconych przez społeczeństwo, konfrontujących się z traumami właśnie wtedy, gdy świat celebruje rodzinę, dom i bliskość. To jedna z tych historii, która łamie serce i doprowadza do łez, ale jednocześnie kończy się w sposób satysfakcjonujący, dzięki czemu japońska animacja staje się przejmująca, a nie przygnębiająca" – podkreśla ChatGPT. Najlepsze smutne filmy świąteczne według AI Wśród wyróżnień znalazły się również inne tytuły, które kojarzą się ze świętami, ale daleko im do beztroskiej radości. "Bałwanek" z 1982 roku, kultowa animacja oparta na książce Raymonda Briggsa, "od dekad wzrusza widzów swoją ciszą, melancholią i finałem, który dla wielu dzieci był pierwszym filmowym złamaniem serca", zauważa sztuczna inteligencja. AI wskazało też "Carol" Todda Haynesa jako dramat o miłości niemożliwej, rozgrywający się w zimowej, bożonarodzeniowej scenerii Nowego Jorku, gdzie "święta tylko potęgują poczucie tęsknoty i niespełnienia". To jeden z najpopularniejszych nieświątecznych filmów światecznych i idealny sens dla wszystkich, którzy mają dosyć typowo bożonarodzeniowych, lukrowanych produkcji, a cenią sobie emocje i wzruszenia. Trzecim wyróżnionym tytułem jest "Jack Frost" z 1998 roku, świąteczny dramat familijny, który "pod lekką, baśniową formą kryje wyjątkowo bolesną historię straty – opowieść o ojcu, który dostaje drugą szansę, by być obecnym w życiu syna, choć widz od początku wie, że to spotkanie nie może trwać wiecznie".

Pierwsza jazda Ferrari Amalfi. Łatwo się zakochać i nawet... polubić jedną wadę

Takie momenty w motoryzacji są trochę jak rozpakowywanie cukierka. Wsiadłem za kierownicę Ferrari, żeby poczuć w końcu tego słynnego ducha włoskiej stajni. Na portugalskich drogach sprawdziłem Amalfi – następcę kultowego już Ferrari Roma. Miłość od pierwszego wejrzenia? Zauroczenie. Pomieszane z zaskoczeniem, bo trudno ogarnąć, na co tak naprawdę porwali się konstruktorzy. Jeśli Ferrari do tej pory kojarzyło wam się wyłącznie z absurdalnymi osiągami i sportowymi wrażeniami, to... bardzo dobrze. Nie mam wątpliwości, że tradycja właśnie została godnie podtrzymana. Tyle że piekielna moc idzie tu w parze z zaskakującym komfortem i odczuciami, których pewnie nie znajdziecie w żadnym innym aucie. Poznajcie Ferrari Amalfi. To następca Ferrari Roma To był mój pierwszy raz. Nigdy wcześniej nie prowadziłem Ferrari i co tu dużo mówić... daleko mi było do tego świata. Jeździłem różnymi wersjami Porsche 911. Wiem, co potrafi Aston Martin Vantage i mógłbym wymienić jeszcze kilka aut z podobnej półki. Moim pierwszym kroczkiem do świata samochodów z Maranello stało się Ferrari Amalfi. Pierwsze wrażenie? Dostojna sylwetka o idealnych proporcjach. Widać oczywiście znajome rysy z modelu Roma, ale w niczym to nie przeszkadza. Przód wyróżnia się dużym wlotem powietrza i wydłużoną maską, pod którą mieści się silnik V8 o mocy 640 KM z turbodoładowaniem. Zintegrowany aktywny spojler z tyłu zwiększa stabilność przy dużych prędkościach, a kute felgi i detale z włókna węglowego podkreślają sportowy charakter pojazdu. Auto ma dokładnie 466 cm długości. Szerokość to 197,4 cm, a rozstaw osi 267 cm. Wysokość – 130 cm. Ostre linie, brak tradycyjnego grilla... to taka monolityczna bryła. Lakier nadwozia, który widzicie na zdjęciach to zupełnie nowy kolor Verde Costiera – intensywny morski turkus inspirowany odcieniami morza u wybrzeży Amalfi. W tylnej części znajdziemy ruchome skrzydło zintegrowane z sylwetką. Może działać w trzech konfiguracjach. W efekcie dostajemy wzrost siły docisku o 110 kg przy prędkości 250 km/h. Absurdalny przykład, ale dobrze pokazuje, jak działa aerodynamika. Wnętrze Ferrari Amalfi jest trochę... kontrowersyjne Najpierw pochwalę coś kluczowego. W nowym Ferrari widać efekt praktycznego podejścia i wsłuchiwania się w głos klientów. Nie ma paneli dotykowych do obsługi auta, znajdziecie mnóstwo fizycznych przycisków. Moim zdaniem to jedyne słuszne rozwiązanie i wcale nie wygląda archaicznie. Wspaniałą koncepcją było przeniesienie obsługi wielu funkcji na kierownicę. Stała się ona centrum dowodzenia i kierowca nie musi "biegać" wzrokiem w czasie jazdy. Dlatego przymknąłem oko na zbyt nisko położony 10,25-calowy wyświetlacz w centralnej części. System informacyjny nie jest zbyt rozbudowany i mam wrażenie, że przyjęto prostą zasadę. Ma służyć głównie do wyświetlania informacji z aplikacji Android Auto i Apple CarPlay. Wnętrze Amalfi to koncepcja podwójnego kokpitu, obejmującego zarówno kierowcę, jak i pasażera w ramach dwóch wizualnie połączonych stref, powiązanych ze sobą deską rozdzielczą, panelami drzwi i tunelem środkowym. I tutaj miałem jeden problem. Nie przeszkadzał mi mały ekran zamontowany specjalnie dla pasażera. Takie dodatki są modne, nie ma się co czepiać. Bardziej chodzi o tę "kubełkową" konstrukcję. Pierwszy kwadrans na fotelu kierowcy dawał mi wrażenie, że cała deska rozdzielcza jest przekombinowana w kształtach. Na szczęście zapomniałem o tym już na pierwszym kilometrze swojej przejażdżki. Elementy z włókna węglowego i kontrastowe przeszycia ożywiają przestrzeń. Konfiguracja 2+ umożliwia wykorzystanie tylnych siedzeń, zwiększając pojemność ładunkową i umożliwiając podróżowanie z dziećmi. Tak, z dziećmi, bo dorosła osoba się tam nie zmieści. Pojemność bagażnika była zaskoczeniem – to aż 273 l. Naprawdę dużo, biorąc pod uwagę, z jakim autem mamy do czynienia. 3 momenty z Ferrari Amalfi. Jeden zapamiętam najbardziej Wyjdę tu na żółtodzioba, który "zabawki" z Maranello ustawiał tylko na tapecie w komputerze z Windowsem. Ale pewne proste rzeczy mówią wszystko. Moment, gdy dostajecie klucz do Ferrari i możecie w końcu odpalić silnik, to przygrywka do najlepszych emocji. Zanim ruszyłem w podróż, przeszedłem krótkie, ale niezbędne szkolenie. Zobaczcie poniżej, jak wygląda konsola w tunelu środkowym. Ten przełącznik po lewej to bieg wsteczny i lepiej było to zapamiętać od razu, bo reszta przełożeń to już zabawa karbonowymi manetkami przy kierownicy. Był też mały koszmar, albo bardziej zgrzyt, który został ze mną do końca. Przyciski od kierunkowskazów zamiast klasycznej "rączki" to niestety mało wygodny pomysł. Da się do tego przyzwyczaić, ale według mnie to robienie pod górkę w obsłudze. Podobnie eksperymentowała Tesla, jednak się z tego wycofała. Zostawmy to. Przyszedł czas, żeby odpalić silnik. Przyciskiem, który trudno pomylić, na kierownicy. 3,9-litrowe V8 budzi się gwałtownie, ale nie brutalnie. Z tyłu głowy miałem myśl, że 640 KM to zapas, który wykorzystam może w 30-40 procentach? Drogi i widoki w Algarve zachęcały bardziej do celebrowania chwili. Nie mówiąc już o aucie, jakim przyszło mi tam jeździć. 8-biegowa przekładnia dwusprzęgłowa słynie z szybkości i płynności działania. Osiągi są przytłaczające. Od 0 do 100 km/h przyspieszamy w zaledwie 3,3 sekundy. Sprint od 0 do 200 km/h trwa 9 s. Stosunek mocy do masy wynosi 2,29 kg/KM. To daje do myślenia i przy okazji uczy pokory. Pierwsze zaskoczenie spotkało mnie po jakichś... 500 metrach. Zawieszenie w Amalfi działa w taki sposób, że na progach zwalniających ledwo zorientowałem się, że przejechałem po nierównościach. Zrobiłem to w trybie "Normal", czyli takim... zwyczajnym. Jeśli w ogóle można w ten sposób nazwać jakąkolwiek opcję w Ferrari. Kiedy droga jest wyjątkowo dziurawa, jednym przyciskiem da się lekko podnieść przód i przemieszczać się w ten sposób do 30 km/h. Ferrari rozbudza się dostojnie. Taki styl pasuje do tego gran turismo, nie chodzi wyłącznie o piłowanie bez opamiętania. Zresztą z tym wiąże się drugi moment, który zapamiętam. Pokuszę się o tezę, że przejechałbym Amalfi pół Europy bez bólu pleców. Umówmy się, to rasowy, sportowy wóz. Ale macie szeroki wachlarz ustawień foteli. Do tego są podgrzewane i wentylowane. Przecież to kojarzy się z limuzyną premium! I trzecia rzecz, która była jak puszczenie się poręczy. Zanim się rozpadało, użyłem czerwonego przełącznika Manettino i ustawiłem tryb Sport. Spodziewałem się ostrzejszych wrażeń, jednak nie aż tak wyczuwalnej różnicy. Układ kierowniczy błyskawicznie stał się bardziej wrażliwy. Może aż nadwrażliwy, jednak opór był wyczuwalnie większy. Zawieszenie – bardziej hardkorowe. No i oczywiście dźwięk i reakcja na dociśnięty gaz. W tym momencie trzeba było walczyć ze sobą. Nie z autem, bo granice przyczepności były doskonale wyczuwalne. Swoją drogą... prowadzenie tego samochodu w zakrętach jest trochę jak lot myśliwcem, którym możesz się wstrzelić w każdy punkt asfaltu co do milimetra. To nie trwało długo, bo w Portugalii zrobiła się ulewa. O sprawdzeniu funkcji Race mogłem zapomnieć. Miałem prosty wybór – skorzystałem z trybu WET. Trudno uwierzyć, że ostre jak brzytwa Ferrari zamieniło się w coś spokojnego i przewidywalnego na mokrej nawierzchni. System ABS Evo, po raz pierwszy wprowadzony w modelu 296 GTB i rozwinięty na potrzeby Ferrari Purosangue i Ferrari 12Cilindri, zapewnia lepszą wydajność na wszystkich nawierzchniach i we wszystkich trybach pracy Manettino. Dopracowali to z imponującymi szczegółami. Ludzie z Ferrari zachęcali mnie, żebym zwrócił uwagę na działanie nowych hamulców, które miały być skuteczniejsze i lepiej skalibrowane. I nie była to próba sprzedania mi PR-owej formułki. Oczywiście nie mam porównania z Ferrari Roma, ale nowy układ brake-by-wire w Amalfi poprawia skuteczność, zmniejsza skok pedału i umożliwia precyzyjniejszą modulację siły hamowania – nawet przy aktywowanym systemie ABS. Ta modulacja może okazać się kluczowa w aucie o mocy ponad 600 KM. Nowe Ferrari jest ponadczasowe. Ile kosztuje Amalfi? Kilka godzin z Amalfi pozwoliło mi poznać co najmniej 3 twarze tego samochodu. To "daily" z nieprzyzwoitymi parametrami, które jednym przełącznikiem zamienia się w zadziorną bestię. A przy fatalnej pogodzie, Ferrari robi wszystko, by pomóc kierowcy. Jest to jakiś cudowny kompromis, który przerósł moje oczekiwania. Chyba nie muszę tłumaczyć, że wstęp do tego świata jest kosztowny. "Baza" to wydatek około 288 tys. euro, czyli mniej więcej 1,2 mln zł. Nawet głupio rozstrzygać, czy to dużo, czy mało. Świadomy i odpowiednio zamożny klient potraktuje to jak inwestycję na przyszłość. Mnie Ferrari zauroczyło. Nie poczułem, że to coś przereklamowanego, że ktoś opowiadał mi przez całe życie bajki. Amalfi może być praktyczne, wszechstronne i kompletnie szalone. Trudno go nie docenić i trudno nie rozmarzyć się za kierownicą. Tym bardzie że to również piękny ukłon w stronę klasycznej motoryzacji. Więcej relacji zza kierownicy innych ciekawych aut znajdziesz na moich profilach Szerokim Łukiem na Facebooku, Instagramie oraz TikToku.

Maciej Łasicki nie żyje. Tylko raz wystąpił na igrzyskach, a dał Polsce medal

Nie żyje Maciej Łasicki, wybitny polski wioślarz, brązowy medalista igrzysk olimpijskich z 1992 roku i trzykrotny medalista mistrzostw świata. Smutną informację przekazał w sobotę 20 grudnia Polski Związek Towarzystw Wioślarskich. Maciej Łasicki urodził się 12 października 1965 roku w Gdańsku. Największy sukces odniósł na początku lat 90. ubiegłego wieku. Wystartował na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku, gdzie Polacy w składzie: Jacek Streich, Wojciech Jankowski, Tomasz Tomiak, Maciej Łasicki i Michał Cieślak zajęli trzecie miejsce w czwórkach ze sternikiem. W finale A Polacy uplasowali się o 3,90 sekundy za Rumunami oraz 2,93 sekundy za Niemcami. Łasicki był wioślarzem szlakowym (kapitanem). Maciej Łasicki zdobył brązowy medal na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku Był to jego jedyny start olimpijski Macieja Łasickiego w karierze. Na koncie miał jednak więcej sukcesów: w czwórkach ze sternikiem zdobywał także brązowe medale na mistrzostwach świata w Wiedniu (1991) i mistrzostwach świata w Tampere (1995). Ponadto zdobył srebrny medal w czwórach bez sternika na mistrzostwach świata w Račicach (1993). Był ponadto 12-krotnym mistrzem Polski w latach 1985–1995. W styczniu 1996, roku podczas obozu przygotowawczego w Sierra Nevada w Hiszpanii, kiedy razem z innym wioślarzem Piotrem Bastą wracał z marszobiegu w górach, spadł 100 metrów w dół. Doznał skomplikowanego złamania lewej ręki. Pomimo kilku operacji nie odzyskał w niej pełnej sprawności i nie wrócił do dawnej formy. "Z wielkim żalem i smutkiem przyjęliśmy informację o śmierci Macieja Łasickiego, brązowego medalisty igrzysk olimpijskich w Barcelonie (1992) w czwórce ze sternikiem oraz trzykrotnego medalisty mistrzostw świata. Rodzinie i bliskim składamy najszczersze wyrazy współczucia" – przekazał na Facebooku Polski Związek Towarzystw Wioślarskich. "Najlepszy Trener na świecie! Nie tylko od sportu, ale i od życia. Nie zapomnimy", "Złoty człowiek, będziemy pamiętać!", "Jako trener wioślarstwa potrafił sprawić, że nawet najcięższy trening stawał się przyjemnością, a jego nieustanny uśmiech przyciągał jak magnes. Wiele najpiękniejszych sportowych chwil na zawsze będą kojarzyć się właśnie z nim" – piszą internauci w komentarzach.

Pogrzeb Danusi z Jeleniej Góry. Tłumy pożegnały tragicznie zmarłą 11-latkę

W sobotę 20 grudnia w Jeleniej Górze odbył się pogrzeb 11-letniej Danusi, która zginęła niedaleko swojej szkoły. W ostatnim pożegnaniu dziewczynki wzięli udział jej najbliżsi, koleżanki i koledzy, nauczyciele, harcerze oraz mieszkańcy, którymi wstrząsnęła ta tragedia. Jelenia Góra pożegnała 11-letnią Danusię, uczennicę podstawówki, harcerkę i wolontariuszkę. Uroczystość pogrzebowa rozpoczęła się o godzinie 12:00 mszą świętą w kaplicy na Starym Cmentarzu Komunalnym. W sobotę 20 grudnia odbył się pogrzeb 11-letniej Danusi z Jeleniej Góry Jak podaje lokalny portal jeleniagora.naszemiasto.pl, na pogrzebie 11-latki pojawili się członkowie jej rodziny, przyjaciele, znajomi, ale również wielu uczniów, nauczycieli czy całkowicie obcych osób, którymi wstrząsnęła tragedia z 15 grudnia. "Danusia była osobą, którą zapamiętamy jako pełną energii, uśmiechu i szczerego zaangażowania w życie drużyny. Harcerstwo było dla niej ważne – z dumą przygotowywała się do momentu otrzymania barw stałych, a w niedługim czasie miała stanąć do Przyrzeczenia Harcerskiego. Harcerskim szlakiem szła z sercem otwartym na drugiego człowieka" – tak Danusię pożegnał Karkonoski ZHP. Komendantka hufca ogłosiła żałobę w Karkonoskim Hufcu ZHP, która potrwa do 23 grudnia. Wcześniej decyzję o żałobie w mieście podjął prezydent Jeleniej Góry. "22 i 23 grudnia, kiedy rozpoczyna się zimowa przerwa świąteczna, pomoc (psychologiczna dla uczniów i nauczycieli – red.) będzie realizowana na terenie Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej w Jeleniej Górze, przy ulicy Wolności 259. Przed powrotem do szkoły 5 stycznia 2026 roku zaplanowane są spotkanie ze specjalistami dla nauczycieli, którzy będą wspierać nauczycieli w kolejnym etapie radzenia sobie w tej kryzysowej sytuacji" – informuje jeleniagora.naszemiasto.pl. Co dalej z 12-latką z Jeleniej Góry? Karnista w naTemat.pl zabrał głos Zabójstwo 11-letniej Danusi w Jeleniej Górze wstrząsnęło lokalną społecznością i odbiło się szerokim echem w całym kraju. Do tragedii doszło w ubiegły poniedziałek kilkaset metrów od Szkoły Podstawowej nr 10. Podejrzaną o ten czyn jest 12-latka z tej samej szkoły. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że dziewczynki znały się tylko z widzenia. Śledczy nie ujawniają motywów 12-latki. W środę 17 grudnia sędzia Agnieszka Makowska, wiceprezeska Sądu Rejonowego w Jeleniej Górze, przekazała, że wobec dziewczyny zastosowano środek tymczasowy. Nie ujawniła szczegółów. – Będzie potrzebowała bardzo dużego wsparcia, w tym pomocy psychiatrycznej i psychologicznej, aby w przyszłości móc poradzić sobie z konsekwencjami tego, co się wydarzyło – tak o tym, co czeka teraz 12-latkę, mówił w naTemat.pl Oskar Skoczylas, adwokat, karnista. – Sprawa będzie rozpatrywana przez sąd rodzinny w Jeleniej Górze i nie ma charakteru postępowania karnego. Zgodnie z obowiązującym prawem dziewczynka nie ponosi odpowiedzialności karnej ani odpowiedzialności za czyn karalny. Ustawa przewiduje taką odpowiedzialność wyłącznie wobec osób, które ukończyły 13. rok życia, a nie przekroczyły 17 lat – dodał.

Wysłannicy Kremla w drodze do USA. Wywiad: "Putin chce Ukrainę i część Europy"

Rosyjska delegacja, której przewodniczy Kirył Dmitrijew, jest w drodze na Florydę. Mają się tam spotkać z ze Steve'em Witkoffem i zięciem prezydenta USA Jaredem Kushnerem ws. zakończenia wojny. Tymczasem według amerykańskiego wywiadu Putin nie tylko chce zająć całą Ukrainę, ale jego zapędy idą dużo dalej. Specjalny wysłannik Władimira Putina, Kirył Dmitrijew, jest w drodze do Miami na spotkanie z wysłannikiem prezydenta USA Donalda Trumpa Steve'em Witkoffem i jego zięciem Jaredem Kushnerem. Taką informację przekazał w sobotę 20 grudnia Reuters, powołując się na rosyjskie źródło. Spotkanie na Florydzie odbędzie się po niedawnych berlińskich rozmowach Witkoffa i Kushnera z ukraińskimi i europejskimi urzędnikami. Jego celem było osiągnięcie porozumienia kończącego wojnę Rosji na Ukrainie, ale do przełomu nie doszło. Ten sam duet miał również spotkać się z ukraińskim negocjatorem Rustemem Umerowem w Miami w piątek – podaje Reuters. Wysłannicy Putina w drodze do Miami. Wywiad USA ujawnia zuchwałe żądania Kremla Rosyjskie źródło podało, że wykluczono możliwość spotkania Dmitrijewa z ukraińskimi negocjatorami. I choć może się wydawać, że wysłannicy Putina będą rozmawiać na Florydzie o pokoju w Ukrainie i zakończeniu wojny, wywiad USA wskazuje, że cele rosyjskiego dyktatora pozostają niezmienne. Amerykańskie służby wciąż ostrzegają, że Władimir Putin "zamierza zająć całą Ukrainę i odzyskać części Europy należące niegdyś do byłego imperium sowieckiego". Reuters przekazał tę informację, powołując się aż na sześć źródeł zaznajomionych z amerykańskim wywiadem. Dodajmy, że negocjatorzy starają się zakończyć rozpętaną przez Putina wojnę, pozostawiając Rosji znacznie mniej terytorium. Ustalenia wywiadu USA zaprzeczają więc twierdzeniom niektórych amerykańskich urzędników, że "Moskwa jest gotowa na pokój". – Wywiad zawsze wskazywał, że Putin chce więcej – powiedział Mike Quigley, demokratyczny członek Komisji Wywiadu Izby Reprezentantów, w wywiadzie dla agencji Reutera. – Europejczycy są o tym przekonani. Polacy są absolutnie przekonani. Kraje bałtyckie uważają, że będą pierwsze – dodał. Putin ostrzega Europę przed blokadą Królewca Rosyjska agencja TASS zacytowała 19 grudnia słowa Putina, które padły na sesji pytań i odpowiedzi na konferencji podsumowującej rok. Dyktator odniósł się do ewentualnej blokady obwodu królewieckiego przez państwa UE, który już i tak jest oddzielony od głównej części Rosji granicami Litwy i Polski. "Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Jeśli jednak pojawią się takie zagrożenia, zniszczymy te zagrożenia" – oświadczył dyktator. Dodał, że takie działania doprowadziłyby do "eskalacji na niespotykaną skalę" i mogłyby przerodzić się w otwarty konflikt zbrojny. Słowa Putina mogą być bezpośrednią odpowiedzią na wieści płynące z Litwy. Tamtejszy minister spraw zagranicznych Kęstutis Budrys poinformował w listopadzie, że Wilno może zamknąć ruch tranzytowy do i z rosyjskiego obwodu, jeśli od tego będzie zależeć bezpieczeństwo kraju.

Taco Hemingway koncertami zrobił fanom prezent na święta. Są już znane daty

Grudzień rzadko bywa miesiącem rapowych premier, a jednak właśnie wtedy Taco Hemingway postanowił zamknąć 2025 rok z przytupem. Bez zapowiedzi i bez kampanii promocyjnej – za to z nowym albumem "Latarnie wszędzie dawno zgasły" oraz zapowiedzią wiosennej trasy koncertowej. Takie prezenty świąteczne to my szanujemy. 19 grudnia w serwisach streamingowych niespodziewanie pojawił się pełny odsłuch nowej płyty Taco Hemingwaya – "Latarnie wszędzie dawno zgasły". Tego samego dnia na oficjalnej stronie artysty ruszył preorder fizycznego wydania. To pierwszy album Filipa Szcześniaka od ponad dwóch lat – składa się z 16 utworów i powstał we współpracy z producentami, którzy od lat tworzą muzyczny kręgosłup jego projektów: Rumakiem, @atutowym, Zeppym oraz Boruccim. Razem budują "intrygującą opowieść o ludziach i miejscach", podkreśla serwis eBilet. "Latarnie wszędzie dawno zgasł", nowy album Taco Hemingwaya już jest. Raper jedzie też w trasę Hemingway poinformował o premierze w mediach społecznościowych, publikując dwa czarno-białe zdjęcia. Jedno to okładka płyty, a drugie portret, na którym – z zasłoniętą twarzą i w kapturze na głowie – spogląda w obiektyw. I na tym właściwie komunikacja się kończy: żadnych teaserów, singli ani długich zapowiedzi. Choć Taco Hemingway przyzwyczaił odbiorców do niespodziewanych premier, tym razem zaskoczeniem okazał się również termin. Większość jego dotychczasowych płyt ukazywała się latem, a nie tuż przed świętami. To kolejny przykład na to, że raper konsekwentnie chodzi własnymi ścieżkami. Do tego wcale nie musi już zapowiadać nowych płyt, bo fanów Taco wcale nie trzeba namawiać do ich włączenia. Nowemu albumowi towarzyszy zapowiedź trasy koncertowej 2026 †††OUR, która odbędzie się w maju przyszłego roku. Szcześniak odwiedzi cztery miasta: 8 maja – Wrocław, Hala Stulecia, 15 maja – Gdańsk, Ergo Arena Gdańsk, 23 maja – Warszawa, PGE Narodowy, 30 maja – Kraków, Tauron Arena Kraków. Jak zwykle w przypadku Taco, szczegóły koncertów pozostają tajemnicą. Nie wiadomo, jak będzie wyglądała setlista ani czy trasa przyniesie kolejne wydawnicze niespodzianki. Jedyne, co można dziś powiedzieć z pewnością, to że odpowiedzi na część pytań mogą paść właśnie na scenie – a reszta wymaga cierpliwości. Taco Hemingway wraca na Stadion Narodowy Fani są wniebowzięci i trudno się dziwić skali zainteresowania. Taco Hemingway to jeden z najważniejszych i najpopularniejszych artystów polskiej sceny ostatniej dekady. Wydał już siedem płyt, ma na koncie szereg hitów, a jego kolaboracja z Quebonafide, Taconafide, rozbiła bank odtworzeń w serwisach streamingowych. Raper, który łącznie wydał już siedem płyt, zapisał się także w historii jako pierwszy polski wykonawca hip-hopowy, który zagrał solowy koncert na stadionie PGE Narodowym w Warszawie. Wydarzenie odbyło się 22 czerwca 2024 roku, a wcześniej pojawił się na tej samej scenie w duecie z Dawidem Podsiadło. Teraz wraca na Narodowy i... będzie się działo.

Zdjęcie dnia NASA pochodzi z Tatr. O widowiskowym zjawisku mówi cały świat

Niezwykłe ujęcie Bielańskich Tatr autorstwa słowackiego astrofotografa Tomáša Slovinskiego zostało wyróżnione przez amerykańską agencję NASA jako "astronomiczne zdjęcie dnia". Fotografia, która ukazuje deszcz meteorów Geminidy nad ośnieżonymi szczytami, błyskawicznie obiegła świat. Głównym motywem wyróżnionego przez NASA zdjęcia jest rój Geminidów – jeden z najaktywniejszych i najbardziej widowiskowych rojów meteorów w ciągu roku. Choć większość osób kojarzy "spadające gwiazdy" z sierpniowymi Perseidami, to właśnie grudniowe Geminidy oferują często najbardziej intensywne spektakle na nocnym niebie. NASA pokazała nowe zdjęcie dnia. Pochodzi ze słowackich Tatr Maksimum tego zjawiska przypadło na noc z 13 na 14 grudnia. "Skąd pochodzą wszystkie te meteory? Odpowiedzią jest konstelacja Bliźniąt. Dlatego też główny deszcz meteorów w grudniu znany jest jako Geminidy" – podaje NASA na swojej stronie. I dodaje: "W trójwymiarze jednak fragmenty wielkości ziaren piasku wyrzucane z niezwykłej asteroidy 3200 Phaethon poruszają się po dobrze określonej orbicie wokół Słońca, a część orbity zbliżająca się do Ziemi nakłada się na konstelację Bliźniąt. Dlatego też, gdy Ziemia przecina tę orbitę, punkt promieniowania spadających odłamków pojawia się w gwiazdozbiorze Bliźniąt". Nazwa Geminidy pochodzi zatem od gwiazdozbioru Bliźniąt (Gemini), gdzie znajduje się radiant, czyli punkt, z którego "wylatują" meteory. Autorem "astronomicznego zdjęcia dnia" NASA jest słowacki astrofotograf Tomáš Slovinský. Na fotografii widać pokryte śniegiem szczyty Tatr Bielskich i jasne smugi meteorów z roju Geminidów. Nad horyzontem widoczny jest Orion, a najbliższą jasną gwiazdą w pobliżu punktu promieniowania jest Kastor. W rejonie znajdował się również Jowisz (w lewym górnym rogu). W styczniu planeta znajdzie się w opozycji do Słońca, czyli będzie jednym z najjaśniejszych obiektów nocnego nieba. Nawet 100 meteorów na godzinę "Nietypowo, planetoidą macierzystą Geminidów jest asteroida 3200 Phaethon, a w nocy, w sprzyjających warunkach, można zaobserwować nawet prawie 100 meteorów na godzinę" – przekazał astrograf, cytowany przez słowacki portal tvnoviny.sk. Fotografia została wykonana u podnóża Tatr, w pobliżu miejscowości Ždiar. Tomáš Slovinský znajdował się w okolicy starej góralskiej chaty, której fundamenty pochodzą z 1941 r. I to właśnie ta chata znalazła się w centrum kadru. To nie pierwszy raz, kiedy NASA wyróżniła słowackiego astrofotografa. Jego fotografie agencja doceniła już kilkanaście razy. W październiku np. Tomáš Slovinský wykonał wyjątkowe zdjęcie komety C/2025 A6 Lemmon, które również zostało astronomicznym zdjęciem dnia NASA.

Wojna w PiS jak "House of Cards". W co gra Morawiecki?

Awantura w PiS wybuchła na sam koniec roku i wygląda znacznie poważniej niż zwykła „walka buldogów pod dywanem”. To już otwarta wojna frakcji, w której stawką może być przyszłość partii i sukcesja po Jarosławie Kaczyńskim. Harcerze kontra maślarze. Mateusz Morawiecki kontra partyjne zaplecze. A w tle Jacek Kurski, który jednym wpisem w mediach społecznościowych dolał benzyny do ognia i uruchomił lawinę wzajemnych ataków. W tym commentary w stylu House of Cards rozkładamy na czynniki pierwsze kulisy konfliktu, relacje na Nowogrodzkiej i pytanie, które dziś zadają sobie wszyscy obserwujący prawicę: czy PiS wchodzi w nową, niebezpieczną fazę wewnętrznej walki?

Najkrótszy dzień w 2025 roku przed nami. Będzie widno tylko przez parę godzin

Przesilenie zimowe to wyjątkowy dzień, bo przynosi najkrótszą dawkę światła słonecznego w całym roku. Na dworze zrobi się ciemno bardzo szybko, ale później noc zacznie powoli ustępować, a dni będą stawały się coraz jaśniejsze i dłuższe. W 2025 roku przesilenie zimowe przypada 21 grudnia, czyli najkrótszy dzień będziemy obchodzić już w najbliższą niedzielę. Wtedy powitamy astronomiczną zimę i powoli odzwyczajamy się od mówienia, że "dopiero 16-sta, a patrz jak jest ciemno". Przesilenie zimowe 2025: Co to jest i dlaczego data się zmienia? Z perspektywy astronomicznej przesilenie zimowe na półkuli północnej to moment, w którym Słońce góruje w zenicie nad zwrotnikiem Koziorożca. To punkt wysunięty najdalej na południe i przez to docierające nas promienie słoneczne padają pod najmniejszym kątem. Zjawisko to jest ruchome i nie przypada co roku tego samego dnia. Wszystko przez długość roku słonecznego, który trwa około 365 dni, 5 godzin i 49 minut. Dodatkowe godziny sprawiają, że moment przesilenia przesuwa się delikatnie w czasie, a sytuację stabilizuje dopiero stosowanie słynnych lat przestępnych. Właśnie dlatego najkrótszy dzień roku na naszej półkuli wypada zazwyczaj 21 lub 22 grudnia. Kiedy dokładnie wypada najkrótszy dzień w 2025 roku i ile trwa? Długość najkrótszego dnia różni się w zależności od tego, gdzie mieszkamy. Autor serwisu Polski AstroBloger wskazuje na "przesilenie zimowe następujące w 2025 roku 21 grudnia o godz. 16:03 CET" (czas Środkowoeuropejski). Na północy Polski, np. w Gdańsku, "dzień skróci się tu do zaledwie 7 godzin 21 minut". W stolicy słońce będzie operować nieco dłużej, bo przez około 7 godzin i 42 minuty. Oto jak wyglądają godziny wschodu i zachodu słońca 21 grudnia 2025 roku w największych miastach: Warszawa: wschód 07:43, zachód 15:25 Kraków: wschód 07:37, zachód 15:39 Wrocław: wschód 07:53, zachód 15:47 Łódź: wschód 07:49, zachód 15:35 Poznań: wschód 08:02, zachód 15:42 Gdańsk: wschód 08:02, zachód 15:24 Szczecin: wschód 08:16, zachód 15:46 Białystok: wschód 07:46, zachód 15:10 Lublin: wschód 07:34, zachód 15:21 Katowice: wschód 07:40, zachód 15:41 Rzeszów: wschód 07:29, zachód 15:31 "Do końca roku przybędzie 6 minut obecności ze Słońcem - marne to pocieszenie, ale zawsze jasny sygnał, że proces się odwrócił" – czytamy na wspomnianym blogu. Przesilenie zimowe w kulturze i symbolice. Co oznacza? Dla wielu kultur przesilenie zimowe było kluczowym wydarzeniem symbolizującym zwycięstwo światła nad mrokiem. W Stonehenge układ megalitów do dziś wskazuje punkt wschodu Słońca w tym dniu, a starożytni Rzymianie obchodzili wtedy Saturnalia, czas radości i biesiad. To właśnie te tradycje stały się fundamentem dla dzisiejszego Bożego Narodzenia. Dla nas to nie tylko zjawisko astronomiczne, ale też symboliczna chwila na refleksję i zamknięcie trudnych rozdziałów w życiu. Przesilenie przypomina nam, że każda mrok jest zawsze przejściowy. Jeśli patrzycie nie tylko w przeszłość, ale i przyszłość, to w 2026 roku przesilenie letnie (Noc Kupały) nastąpi 21 czerwca. Za to kolejne przesilenie zimowe również wypadnie 21 grudnia.

Kard. Ryś oficjalnie metropolitą krakowskim. Jedna zapowiedź to dobry sygnał

W sobotę kard. Grzegorz Ryś oficjalnie objął urząd metropolity krakowskiego. Uroczysty ingres w Bazylice Archikatedralnej na Wawelu to nie tylko symboliczny początek nowego etapu w jednej z najważniejszych polskich archidiecezji, ale też zapowiedź zmian. Hierarcha już wcześniej zapowiedział, że chce powołać w Krakowie niezależną komisję ds. badania nadużyć w Kościele. Kard. Grzegorz Ryś zastępuje na stanowisku arcybiskupa metropolity krakowskiego kontrowersyjnego abp. Marka Jędraszewskiego i po ośmiu latach posługi w Łodzi wraca do miasta, z którego pochodzi. Uroczystości rozpoczęły się mszą świętą o godz. 11.00, a pół godziny wcześniej nowy metropolita wszedł do katedry. Zgodnie z tradycją jego przybycie ogłosił dzwon Zygmunta. Komisja ds. nadużyć także w Krakowie? Kardynał Ryś powiedział wprost W piątek, podczas spotkania z dziennikarzami w krakowskiej kurii, kard. Ryś został zapytany, czy w archidiecezji krakowskiej – podobnie jak wcześniej w łódzkiej – powstanie niezależna komisja badająca nadużycia w Kościele. Odpowiedź była jednoznaczna. – Skoro komisja powstała w Łodzi, to znaczy, że mam wystarczająco dużo determinacji, by powstała też w Krakowie – powiedział duchowny. Przypomniał przy tym, że gdy Konferencja Episkopatu Polski zaczęła mówić o potrzebie powołania komisji ogólnopolskiej, temat ten był formułowany właśnie "w związku z archidiecezją krakowską". Kardynał podkreślał też znaczenie działań lokalnych. – Po łódzkim doświadczeniu jestem przekonany, że nie da się zrobić komisji ogólnopolskiej, jeśli się nie powoła komisji lokalnej. Bo to jest niesłychanie wielka praca do wykonania – zaznaczył, dodając, że na tym etapie jest jeszcze za wcześnie na ogłaszanie konkretnych decyzji. Nowy metropolita krakowski zapowiedział, że pierwsze tygodnie swojej posługi poświęci na rozmowy i słuchanie. Jak mówił, przez ostatnie lata rzadko bywał w Krakowie, a to wystarczająco dużo czasu, by wiele się zmieniło. – Potrzebuję teraz czasu na spotkania. (…) Mam nadzieję, że z tych spotkań urodzą się pierwsze decyzje – mówił, podkreślając, że jego celem jest budowanie wspólnoty i jedności Kościoła. Kardynał Grzegorz Ryś zastąpi kontrowersyjnego Marka Jędraszewskiego Kardynał Grzegorz Ryś przez lata zyskał opinię jednego z najbardziej otwartych i dialogicznych hierarchów w polskim Kościele. W Łodzi był postrzegany jako duchowny, który nie unika trudnych tematów – mówił wprost o nadużyciach, modlił się za ofiary pedofilii w Kościele, publicznie wyznawał winy i zgodził się na ograniczenie liczby lekcji religii w liceach, co w skali kraju było ewenementem. Wyciągał rękę do osób, które odeszły z Kościoła, i wielokrotnie podkreślał potrzebę zmiany języka w debacie publicznej. Głośnym echem odbiła się jego reakcja na słowa bp. Antoniego Długosza o migrantach. Kard. Ryś apelował wówczas o "nawrócenie języka", mówiąc wprost: "Miejcie odwagę zamilknąć". W 2023 roku otrzymał z rąk papieża Franciszka nominację kardynalską, a w maju 2025 roku był jednym z czterech polskich kardynałów biorących udział w konklawe. Dla wielu wiernych i obserwatorów Kościoła w Polsce nominacja kard. Rysia oznacza wyraźną zmianę stylu po latach rządów abp. Marka Jędraszewskiego, kojarzonego ze skrajnie konserwatywnymi poglądami i ostrym językiem, który często wywoływał kontrowersje.

Odcinkowy pomiar prędkości na S17 ma już znaki. Kierowcy w popłochu, jest głos z ITD

Na S17, na obwodnicy Garwolina, drogowcy odsłonili znaki informujące o odcinkowym pomiarze prędkości. Wielu kierowców dopytuje na forach w mediach społecznościowych, czy to oznacza, że system już działa. Głos zabrała Inspekcja Transportu Drogowego, która studzi emocje. "Czy na trasie Warszawa – Lublin na S17 działa już odcinkowy pomiar prędkości, czy jeszcze nie uruchomili? Jechałem ostatnio i w ostatniej chwili zauważyłem znaki. Wydaje mi się, że jeszcze nie wystartowali, bo znaki powinny chyba być jakoś oświetlone w nocy. Najwyżej jak coś przyjdzie, to wiem, że nie odbierać" – napisał kilka dni temu jeden z kierowców na facebookowej grupie "Anuluj mandat". Jego wpis wywołał ożywioną dyskusję. Jedni piszą, że to może być faza testów, bo oficjalnie nikt nie przekazał tej informacji, inni twierdzą, że "znaki nie muszą być oświetlone, żeby obowiązywały na danym odcinku drogi". Czy odcinkowy pomiar prędkości na S17 już działa? Sprawdzamy Fakt jest taki, że odcinkowy pomiar prędkości na S17, na obwodnicy Garwolina, ma już odsłonięte znaki. Zamontowano je na początku listopada. Kontrolowany odcinek ma 6,7 km długości i obejmuje fragment drogi od węzła Garwolin Zachód do węzła Garwolin Południe. Jest tam ograniczenie prędkości do 120 km/h. Lokalny portal wirtualnygarwolin.pl zwrócił się z pytaniami w tej sprawie do Inspekcji Transportu Drogowego. "Urządzenie jeszcze nie działa. Nie możemy jeszcze wskazać dokładnego terminu uruchomienia urządzenia" – przekazał Gabinet Głównego Inspektora, Zespół do spraw Informacji i Komunikacji GITD. To oznacza, że kierowcy jeszcze mogą spać spokojnie (choć nie zachęcamy do przekraczania prędkości na drodze!), bo odsłonięte znaki na OPP są na razie sygnałem, że do wejścia w życie zmian jest już blisko. Z wcześniejszych zapowiedzi GITD wynika bowiem, że system ma zostać uruchomiony najpóźniej do połowy 2026 roku. Nowe kamery OPP w 43 miejscach Znaki, jak te na obwodnicy Garwolina, to element ogólnopolskiego projektu rozbudowy systemu automatycznego nadzoru nad ruchem drogowym, realizowanego przez CANARD. Do końca czerwca 2026 roku w ramach nowej, dużej puli powstanie kilkadziesiąt takich miejsc. Jak pisaliśmy w naTemat.pl, nowy OPP działa już m.in. na obwodnicy Wrocławia. Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym (CANARD) realizuje plan, w ramach którego powstaną łącznie 43 nowe odcinki monitorowania średniej prędkości (lista jest tutaj). Ma to objąć przede wszystkim drogi ekspresowe i autostrady. Koszt montażu nowych urządzeń wyniesie ok. 83,5 mln zł. Po zakończeniu inwestycji CANARD będzie mierzył prędkość na 114 takich odcinkach. Kontrola obejmie w sumie ok. 650 km dróg. Aktualną mapkę z OPP znajdziemy na oficjalnej stronie. Jak działa odcinkowy pomiar prędkości? Odcinkowy pomiar prędkości działa na zasadzie obliczania średniej prędkości pojazdu na określonym fragmencie drogi, a nie w jednym punkcie. Oblicza się ją na podstawie rejestracji czasu wjazdu i wyjazdu za pomocą kamer, które znajdują się na początku i końcu odcinka. System analizuje czas przejazdu i długość trasy, a jeśli średnia przekracza dozwolony limit, dane trafiają do CANARD, natomiast do właściciela pojazdu wysyłany jest mandat, podobnie jak z fotoradaru.

Syn Leppera chce milionów odszkodowania. "Ojciec został perfidnie wrobiony"

Tomasz Lepper, syn zmarłego lidera Samoobrony, domaga się wielomilionowego odszkodowania od Skarbu Państwa. Wystosował w tej sprawie pismo do ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka, wskazując na krzywdy, jakie – jego zdaniem – cała rodzina poniosła w wyniku działań urzędników państwowych wobec Andrzeja Leppera. Kwota nie jest mała. Sprawa ma bezpośredni związek z tzw. aferą gruntową z 2007 roku. W grudniu 2023 roku zapadł prawomocny wyrok skazujący byłych szefów CBA, Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, za nadużycie władzy podczas operacji wymierzonej w Andrzeja Leppera, który był wówczas wicepremierem i ministrem rolnictwa. Sąd uznał, że w trakcie prowokacji fałszowano dokumenty niezbędne do jej przeprowadzenia. Obaj politycy odbyli krótką karę pozbawienia wolności, a następnie zostali ułaskawieni przez prezydenta Andrzeja Dudę. Choć Andrzej Lepper figurował w tej sprawie jako pokrzywdzony, nie doczekał jej finału. Zmarł 5 sierpnia 2011 roku. Jego ciało znaleziono w warszawskiej siedzibie Samoobrony; oficjalnie uznano, że popełnił samobójstwo. Syn Andrzeja Leppera chce milionów od państwa. Tomasz Lepper wysłał już pismo do Waldemara Żurka Teraz o finansowe zadośćuczynienie występuje jego syn. Jak mówi Tomasz Lepper, działania wobec jego ojca miały realne konsekwencje nie tylko polityczne, ale też osobiste i rodzinne. W rozmowie z "Faktem" podkreślił, że wystąpił do ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka i formalne kroki zostały już podjęte. – Pismo od adwokata poszło już ponad miesiąc temu. Do tej pory niestety nie ma żadnej odpowiedzi. Bardzo się dziwię ministrowi, ponieważ odczuł na własnej skórze, co znaczą bezpodstawne oszczerstwa i gnębienie przez PiS – powiedział. Syn byłego wicepremiera nie ma wątpliwości co do odpowiedzialności państwa. Jak zaznaczył, jego ojciec został "wrobiony perfidnie" przez funkcjonariuszy publicznych, którzy zostali później prawomocnie skazani. Wskazał też na możliwe źródło finansowania ewentualnego odszkodowania. – Minister ma na to środki z Funduszu Sprawiedliwości, żeby wypłacić takie odszkodowanie – stwierdził. Kwota, o jaką występuje rodzina Lepperów, jest wysoka. – Mogę tylko powiedzieć, że żądamy ok. 4 mln zł, ale szczegóły kwoty chciałbym omówić bezpośrednio w ministerstwie – dodał Tomasz Lepper w rozmowie z "Faktem". Na razie Ministerstwo Sprawiedliwości nie odniosło się publicznie do sprawy ani do treści pisma skierowanego do Waldemara Żurka.

Zima zacznie się w niedzielę o 16:03. Zamiast narzekać na mrok, spójrz w niebo

W niedzielę 21 grudnia, dokładnie o 16:03 rozpocznie się astronomiczna zima – najlepsza pora roku dla obserwatorów nieba. Krótkie dni, szybki zmrok i długie noce sprawiają, że nawet krótki spacer z lornetką może zamienić się w kosmiczną podróż. W tym sezonie prym wiedzie Jowisz, a kalendarz pełen jest widowiskowych spotkań planet z Księżycem i jednego z najlepszych rojów meteorów w roku. Początek zimy wyznacza moment, w którym Słońce osiąga najniższy punkt swojej rocznej wędrówki po niebie i góruje nad zwrotnikiem Koziorożca. To właśnie wtedy na półkuli północnej dzień jest najkrótszy, a noc najdłuższa. Tegoroczna astronomiczna zima potrwa do 20 marca, do godz. 15:48, gdy nadejdzie równonoc wiosenna. Z punktu widzenia miłośników gwiazd to najlepszy możliwy układ. 21 grudnia, już około godziny 16 na niebie pojawiają się pierwsze jasne obiekty, a prawdziwa ciemność zapada niedługo później. Czyli wcale nie trzeba zarwać nocy, by zobaczyć to, co najciekawsze. Zima 2025, czyli księżyc, planety i deszcz meteorów Najbardziej rzucającym się w oczy obiektem tej zimy będzie Jowisz. Planeta świeci wyraźnie jaśniej niż jakakolwiek gwiazda i widoczna jest przez większą część nocy. Łatwo ją odnaleźć, korzystając z charakterystycznych punktów orientacyjnych: w pobliżu znajdują się Bliźnięta z Kastorem i Polluksem, a nieco dalej Orion i Syriusz – najjaśniejsza gwiazda nocnego nieba. Saturn pozostanie znacznie bardziej dyskretny. Wieczorami pojawia się nisko nad horyzontem, dlatego najlepiej obserwować go krótko po zmroku, zanim zniknie w łunie zachodniego nieba. Z kolei w drugiej połowie zimy uwagę zacznie przyciągać Wenus, która stopniowo stanie się najjaśniejszym punktem na wieczornym niebie. W lutym, przy odrobinie cierpliwości i dobrej pogodzie, da się też wypatrzyć Merkurego – jedną z trudniejszych do obserwacji planet. Zimowe miesiące obfitują też w efektowne spotkania Księżyca z planetami. Jego przejścia w pobliżu Jowisza (3 stycznia i 31 stycznia), Saturna (27 grudnia, 23 stycznia i 20 lutego) czy Wenus (18 lutego) to świetna okazja dla początkujących, by nauczyć się rozpoznawania obiektów na niebie. Szczególnie fotogeniczne bywają momenty, gdy cienki sierp Księżyca towarzyszy jasnej planecie tuż nad horyzontem. Na początku stycznia warto spojrzeć w niebo z jeszcze jednego powodu. Maksimum roju Kwadrantydów przypada 3 stycznia i w sprzyjających warunkach może przynieść nawet kilkadziesiąt meteorów na godzinę. To jeden z najbardziej intensywnych rojów w roku, choć jego szczyt trwa krótko. W zimowym kalendarzu pojawi się również całkowite zaćmienie Księżyca, które nastąpi 3 marca. Niestety zjawisko nie będzie widoczne z Polski. Na kolejne całkowite zaćmienie Księżyca obserwowalne z terenu naszego kraju trzeba będzie poczekać aż do 31 grudnia 2028 roku. Jak obserwować zimowe niebo? Nie potrzeba teleskopu, by czerpać radość z obserwacji. Na początek wystarczy gołe oko i chwila cierpliwości – wzrok potrzebuje kilkunastu minut, by przyzwyczaić się do ciemności. Lornetka znacząco zwiększy liczbę widocznych szczegółów: gromady gwiazd, księżyce Jowisza czy delikatne struktury Drogi Mlecznej. Jeśli masz teleskop, zima to dobry moment na próby z Uranem i Neptunem, choć wymagają one już dokładnych map nieba. Najważniejsza rada jest jednak prosta: wyjść poza miasto. Nawet kilkanaście kilometrów od miejskich świateł potrafi całkowicie zmienić wrażenia z obserwacji. Dla patrzących w niebo zima to najpiękniejszy sezon w roku, dlatego naprawdę warto spoglądać w górę.

Lotto - losowanie 25.10.2025

Już dziś, 25.10.2025, poznamy kolejne wyniki losowania Lotto.

W poprzedni czwartek żaden z graczy nie trafił szóstki, a dzisiejsza kumulacja wynosi aż 10 000 000 złotych!

Losowanie Totolotka na żywo będzie można obejrzeć na antenie lokalnych stacji TVP3 w “Studio Lotto” 25.10.2025 o godzinie 21:50.

Czym jest "dark showering"? Nowy trend z TikToka, który naprawdę działa

Dark showering to trend, który szturmem zdobywa TikToka i bardzo dobrze. Specjaliści podkreślają, że naprawdę działa. – W takich warunkach nasze zmysły stają się wyraźnie wyostrzone – mówi Izabela Jasielon-Przeździecka, specjalistka w zakresie masaży i zabiegów ajurwedyjskich oraz kosmetologii holistycznej. O co w tym chodzi? Jesteśmy przebodźcowani, przestymulowani, przeciążeni. Migają nam przed oczami ekrany i powiadomienia – Facebook, Instagram, TikTok, WhatsApp. Nieustannie przychodzą wiadomości, alerty, powiadomienia o polubieniach, komentarzach i nowych wiadomościach. Atakują nas reklamy, jaskrawe neony w mieście, uporczywe światła uliczne. Migają bannery sklepowe. Nawet w domu trudno uciec od bodźców, bo jesteśmy podłączeni do sieci. Poziom kortyzolu rośnie, a dopamina szaleje. Bodźce napierają z każdej strony i nie dają nam chwili wytchnienia. Nasz mózg nie nadąża. Czujemy zmęczenie, rozdrażnienie i ciągłą presję. Dark showering – co to jest? O tym, jak bardzo taka kakofonia nam szkodzi, pisała Małgorzata Halber w swojej książce Hałas. Psychologowie od dawna ostrzegają, że nadmiar bodźców wpływa nie tylko na samopoczucie i koncentrację, ale też na zdrowie psychiczne. Nic dziwnego więc, że szukamy dla siebie sposobów na wyciszenie i odpoczynek od codziennego zgiełku. Kuszą nas nowe trendy i "triki" na relaks, które czasem, niestety, bywają szkodliwe lub nieskuteczne. Wśród licznych trendów pojawiających się w mediach społecznościowych można jednak znaleźć prawdziwą perełkę prosto z TikToka. "Dark showering" to praktyka polegająca na braniu prysznica przy minimalnym świetle lub w całkowitej ciemności. Specjaliści przekonują, że taka forma kąpieli sprzyja wyciszeniu, pozwala skupić się na własnych odczuciach i wspiera regenerację zmysłów. To prosty sposób na ograniczenie nadmiaru bodźców i chwilę świadomego odpoczynku, który pomaga uporządkować myśli. I co najważniejsze: nic nie kosztuje. Odciąć bodźce Do łazienki uciekamy nie pierwszy raz – to miejsce, które często staje się naszym małym azylem, przestrzenią, w której możemy na chwilę odciąć się od bodźców i zadbać o siebie. Jednak po raz pierwszy mówi się o tym, by wykorzystać ją w zupełnie nowy sposób: kąpać się po ciemku. Nie zabieramy nic ze sobą, zostawiamy telefon w pokoju. Możemy w przedpokoju zostawić światło, żeby się nie potknąć. I to tyle, jeśli chodzi o wymagania. Korzyści płynące z tego trendu dostrzega Izabela Jasielon-Przeździecka, specjalistka w zakresie masaży i zabiegów ajurwedyjskich oraz kosmetologii holistycznej. – W takich warunkach nasze zmysły stają się wyraźnie wyostrzone – zauważa ekspertka. Jak dodaje, warto zwrócić uwagę także na odpowiedni dobór preparatów do mycia. Kosmetyki zawierające olejki eteryczne lub oparte na naturalnych składnikach, takie jak naturalne mydła czy delikatne szampony, mogą dodatkowo pogłębić to doświadczenie i sprawić, że wszystkie elementy kąpieli będą ze sobą harmonijnie współgrać. Jak podkreśla ekspert wellness Shalin Balasuriya w rozmowie z "Glamour", praktyka znana dziś jako "dark showering" nie jest jedynie współczesnym trendem. Jej założenia znajdują odzwierciedlenie zarówno w aktualnych badaniach nad dobrostanem, jak i w ajurwedzie, która od ponad pięciu tysięcy lat opisuje znaczenie uważnej kąpieli (snāna) oraz zrytualizowanej troski o ciało. W jego ocenie nie mamy więc do czynienia z chwilową modą, ale z powrotem do odwiecznego podejścia, w którym woda, zapachy i dotyk służą przywracaniu równowagi między ciałem, umysłem i duchem. To potwierdza moja rozmówczyni. Jak zauważa, harmonijne oddziaływanie na zmysły – zwłaszcza słuch, węch i dotyk – ma korzystny wpływ na ogólny stan psychofizyczny człowieka i sprzyja osiąganiu wewnętrznej równowagi. – W tej perspektywie znaczenie ma nie tylko ciało w sensie fizycznym, ale również sfera subtelna, często określana jako pole energetyczne. Oddziaływanie naturalnych bodźców może więc wpływać korzystnie nie tylko na ciało, lecz także na ogólne poczucie harmonii – podsumowuje Izabela Jasielon-Przeździecka.

❌