Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 7 lutego 2026 naTemat.pl - artykuły i wpisy blogerów

Poszukiwany Ziobro i cyrk w TV Republika. Wykręcił numer... dosłownie

Za Zbigniewem Ziobrą oficjalnie wystawiono list gończy. Służby proszą o kontakt tych, którzy mogą wskazać miejsce pobytu polityka. Niespodziewanie poszukiwany Ziobro wystąpił na antenie telewizji Republika, chwycił za telefon i... zadzwonił pod numer z listu gończego. 6 lutego prokuratura wydała list gończy za Zbigniewem Ziobrą. Jak pisaliśmy w naTemat, tym samym polityk jest oficjalnie poszukiwany. Były minister sprawiedliwości i były prokurator generalny ma trafić do aresztu na trzy miesiące. W opublikowanym liście gończym znajduje się wzmianka, że "mężczyzna ukrywa się przed organami ścigania". Służby proszą o kontakt osoby, które znają jego miejsce pobytu. Zbigniew Ziobro w TV Republika. Zadzwonił pod numer z listu gończego Niespodziewanie w piątkowy wieczór pod podany numer telefonu zadzwonił... sam Zbigniew Ziobro. Polityk zrobił to podczas występu na żywo w TV Republika. Przed godz. 22 gościł w programie Adriana Klarenbacha; pracownik stacji powiedział, że były minister sprawiedliwości powinien sam skontaktować się ze służbami i poinformować, że przebywa na Węgrzech. Zbigniew Ziobro wyciągnął więc telefon i wybrał numer z listu gończego. – Przepraszamy, w chwili obecnej linia jest zajęta – usłyszeli widzowie po krótkim oczekiwaniu. Polityk z miejsca skomentował to słowami: – Dzwonią w sprawie Ziobry, widzicie państwo? I o to właśnie chodzi, że teraz w całej Polsce dzwonią w sprawie Ziobry, poszukiwanego listem gończym. Po kilku minutach nieudanych prób poszukiwany rozłączył się. Sąd nakazał aresztowanie Ziobry. Grozi mu surowa kara Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa zdecydował o tymczasowym areszcie dla Zbigniewa Ziobry późnym wieczorem w miniony czwartek, tj. 5 lutego. Dzień później wydano list gończy, a prokuratura zapowiada też Europejski Nakaz Aresztowania. Przypomnijmy, że Zbigniew Ziobro od grudnia 2025 roku korzysta z azylu politycznego na Węgrzech. Śledczy chcą postawić mu 26 zarzutów, z których najcięższy dotyczy kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. Według prokuratury miał on współuczestniczyć w wyprowadzaniu środków z Funduszu Sprawiedliwości, którego założeniem było wspieranie ofiar przestępstw. Polityk deklaruje, że działał na podstawie prawa. W liście gończym czytamy, że Ziobrę podejrzewa się o popełnienie czynów z art. 231 § 1 i 2 k.k. (nadużycie władzy w celu osiągnięcia korzyści osobistej lub majątkowej) oraz art. 258 § 1 k.k. (udział w zorganizowanej grupie przestępczej). Byłemu ministrowi sprawiedliwości grozi do 25 lat więzienia.

Kot dał popis u Rymanowskiego. Najlepsza parodia Brauna, jaką widziałam

Chyba każdy z nas kojarzy charakterystyczny, niski i głęboki głos Grzegorza Brauna. Tajemnicę chrypki polityka odkrył ostatnio Tomasz Kot. Kapitalnie opanował sposób wypowiedzi i ton Brauna, co zaprezentował u Bogdana Rymanowskiego. Bogdan Rymanowski opublikował w sieci nagranie, które z miejsca zyskało ogromną popularność. Dziennikarz gościł w studiu Tomasza Kota. Ceniony aktor niespodziewanie wyznał, że odkrył sekret głosu Grzegorza Brauna. Wcale nie dziwię się pełnym podziwu komentarzom od internautów. Tomasz Kot jako... Grzegorz Braun Rozmowa Bogdana Rymanowskiego z aktorem opublikowana została na youtube'owym kanale Rymanowski Live. Fragment z parodią Grzegorza Brauna bije rekordy popularności: wideo zamieszczone w serwisie X ma już ponad 120 tysięcy wyświetleń. Zacznijmy jednak od początku, czyli od pytania, jak do tego doszło. Zenek Martyniuk zaśpiewałby: "nie wiem", ale Tomasz Kot opowiedział o kulisach, czyli o tym, jak uświadomił sobie, skąd bierze się specyficzny głos Grzegorza Brauna. – Pamiętam, że szykujemy się do "Nieba", jakieś zdjęcia nocne, ja sobie mówię: "słuchajcie, ten kręgosłup znowu mnie boli", położę się w wannie i mówię: "dobra, kurde, mam ten moment, muszę chwilę się tam powyginać, żeby się sprawdzić". Następnie wybitny aktor zdradził Bogdanowi Rymanowskiemu, że zaczął oglądać najlepsze wypowiedzi Grzegorza Brauna, w tym z telewizyjnych debat. To właśnie wtedy dokonał odkrycia, które pozwoliło mu na idealne odwzorowanie głosu polityka. – Odkryłem jedną rzecz, że ludzie, jak go próbują naśladować [tu zaczął mówić z chrypką], to starają się mówić tak jakby chrypką do przodu – zauważył Kot i odchrząknął. – A ja odkryłem, że ta chrypka [tu zaprezentował głos łudząco podobny do Grzegorza Brauna] musi iść, proszę państwa, tak jakby do tyłu. Tak jakby trzeba, szanowni państwo, połykać pewnego rodzaju powietrze... Aktor wyjawił, że skorzystał z tej nowej umiejętności na planie produkcji HBO. Kapitalne odwzorowanie głosu Grzegorza Brauna wywołało duże emocje wśród reszty ekipy, o czym Tomasz Kot opowiedział w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim, ale również wśród komentujących internautów. Ci z miejsca docenili jego kunszt. "Tomasz Kot to jest KOCUR! To jest Pan Aktor! Ogromnie mi imponuje, że nie znam jego poglądów i preferencji politycznych. Nie pamiętam go manifestującego swój sprzeciw lub poparcie dla którejkolwiek bandy. A może jestem w mylnym błędzie...", "To jest TOP5 polskich aktorów", "Mistrz", "Genialny gość, oby się w politykowanie nie bawił, wiele autorytetów padło od tego" – czytamy. Parodie Grzegorza Brauna Charakterystyczny głos Grzegorza Brauna oraz jego nierzadko kontrowersyjne wypowiedzi i zachowania sprawiają, że doczekał się już wielu parodii. W kwietniu ubiegłego roku on sam zachęcił internautów do nadsyłania filmików, na których będą naśladować jego postać. Autorom najciekawszych obiecywał wówczas wspólną kawę i ciastko. Po tym, jak polityk zgasił świecę chanukową, wielkim hitem w sieci była piosenka "O Grzegorz Braun", wykonana na melodię przeboju Myslovitz "Peggy Brown". Trafiła do sieci w grudniu 2023 roku, a w ciągu ponad dwóch lat zebrała ponad 4,8 miliona wyświetleń. W ubiegłym roku głośnym echem poniosła się z kolei reakcja polityka na parodię, którą twórca Damian Bąbol opublikował w ramach satyrycznego "Dziennika Narodowego". Tomasz Kot też doczekał się odpowiedzi: Grzegorz Braun odpisał na jeden z komentarzy w serwisie X: "Cóż ja na to? No, przecież Sz.Redakcja @NCZAS1 wie, że akurat poczucia humoru - ze szczelnym uwzględnieniem autoironii - jakoś mi jeszcze, chwalić Boga, nie brakuje".

3 wybitne filmy kostiumowe, które są jak "Bridgertonowie". Lubię do nich wracać

Nie będziecie się nudzić w przerwie od "Bridgertonów". W streamingu natraficie na wiele pozycji, od których serce wali, a tętno przyspiesza. Oto 3 filmy kostiumowe tak dobre, że długo o nich nie zapomnicie. Zaczynamy od "Rozważnej i romantycznej" z Kate Winslet i Emmą Thompson. "Bridgertonowie", serial kostiumowy inspirowany czasami regencji, właśnie powrócił na platformę streamingową Netflix, serwując publiczności 4. sezon będący luźną interpretacją baśni o Kopciuszku. Najnowszą odsłonę przepołowiono – jej ostatnie odcinki ukażą się pod koniec lutego bieżącego roku. Arystokraci najpierw narobili wokół siebie szumu, po czym na kilka tygodni zniknęli. 3 świetne filmy kostiumowe, które znajdziecie w streamingu W oczekiwaniu na finał 4. sezonu "Bridgertonów" warto sięgnąć po te 3 filmy kostiumowe. Każdy z tych tytułów jest dostępny w streamingu. Uwaga: szykujcie się na wir emocji. 1. Rozważna i romantyczna "Rozważna i romantyczna" w reżyserii Anga Lee ("Tajemnica Brokeback Mountain") to melodramat inspirowany prozą Jane Austen, który w wyrazisty sposób pokazuje widzom niezaznajomionym z twórczością angielskiej królowej romansów jej błyskotliwy humor. Dlaczego użyłam stwierdzenia "inspirowany"? W filmie usłyszymy tylko 7 kwestii pochodzących z powieści z 1811 roku, ale to nie zmienia faktu, że w powietrzu czuć austenowską satyrę. Scenariusz śledzi losy sióstr Elinor i Marianne Dashwood, które po śmierci ojca otrzymują w spadku zaledwie 500 funtów rocznie. Sytuacja materialna zmusza panny do przeprowadzki do ciasnego – w porównaniu z ich dotychczasowymi warunkami życia – domku w Devonshire. Marianne zakochuje się tam w pierwszym lepszym pułkowniku, który wyszukanymi komplementami potrafi owinąć sobie wokół palca każdą dziewczynę w okolicy, a Elinor ukrywa przed bliskimi fakt, że tęskni za Edwardem Ferrarsem, arystokratą o wyższym statusie społecznym niż ona. Role sióstr Dashwood powierzono Emmie Thompson ("Okruchy dnia") oraz Kate Winslet ("Titanic"). Znakomitym aktorkom towarzyszą na ekranie m.in. Hugh Grant ("Notting Hill"), Alan Rickman (filmowa seria "Harry Potter"), Greg Wise ("The Crown"), Gemma Jones ("Dziennik Bridget Jones") i Hugh Laurie ("Dr House"). Gdzie obejrzeć? HBO Max 2. Kochanek Lady Chatterley Swego czasu powieść "Kochanek Lady Chatterley" pióra D.H. Lawrence'a z 1928 roku uchodziła za niezwykle obrazoburczą i obsceniczną, o czym świadczył choćby zakaz jej rozpowszechniania w Stanach Zjednoczonych, Indiach oraz Japonii. Oficjalna wersja bez cenzury ukazała się dopiero w latach 60. XX wieku. Lawrence wyprzedzał swoje czasy, w bezpardonowy sposób badając zakątki kobiecego pożądania i nierówności klasowych. Constance Reid wychodzi za mąż za baroneta sir Clifforda Chatterleya, który po I wojnie światowej wraca do domu sparaliżowany od pasa w dół. Między nim a jego żoną istnieje bardzo duża przepaść. Miłosny czar prysł. Podczas spaceru po lesie kobieta poznaje gajowego Olivera Mellorsa, dla którego traci głowę. W adaptacji nakręconej przez Laure de Clermont-Tonnerre ("Mustang") w roli tytułowej kobiety z wyższych sfer wystąpiła niebinarna aktorka Emma Corrin (księżna Diana z serialu "The Crown"), a w postać jej kochanka wcielił się Jack O’Connell ("Grzesznicy", "28 lat później"). W obsadzie filmu z 2022 roku znaleźli się również Matthew Duckett ("Wyznanie"), Joely Richardson ("Patriota"), Faye Marsay ("Andor") i Ella Hunt ("Dickinson"). Gdzie obejrzeć? Netflix 3. Emma Emma Woodhouse jest bogatką swatką, która za wszelką cenę pragnie uszczęśliwiać mieszkańców sennej angielskiej prowincji. Po udanym wydaniu swojej guwernantki za mąż jej kolejnym celem zostaje roztrzepana Harriet Smith. Niestety mężczyźni z okolicznych miasteczek, zamiast zakochiwać się w Harriet, zakochują się w Emmie, a ta przecież obiecała sobie, że za żadne skarby nie stanie na ślubnym kobiercu. Wracamy do świata Jane Austen, która w komedii obyczajowej zatytułowanej "Emma" traktuje o prestiżu społecznym, a także wyższych klasach mających o sobie zbyt wysokie mniemanie. Wędrówka po salonach, piknikach, kościołach i salach balowych staje się dla głównej bohaterki okazją do głębokiej refleksji. Za kamerą "Emmy" stanęła Autumn de Wilde, reżyserka teledysków zespołu indie rockowego Florence and the Machine. Obsadę poprowadzili: Anya Taylor-Joy ("Gambit królowej"), Johnny Flynn ("Lovesick"), Bill Nighy ("To właśnie miłość"), Mia Goth ("Frankenstein"), Josh O'Connor ("Challengers"), Callum Turner ("Władcy przestworzy") i Chloe Pirrie ("Dept. Q"). Gdzie obejrzeć? HBO Max

Nawrocki na ceremonii otwarcia igrzysk. Widzowie wściekli na TVP, żądają przeprosin

Ceremonia otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich Mediolan-Cortina odbyła się w piątek, 6 lutego. Uczestniczył w niej prezydent Karol Nawrocki, który przywitał polskich reprezentantów. Po tym, jak potraktowali go komentatorzy TVP, w sieci aż zawrzało. Za nami oficjalny start Zimowych Igrzysk Olimpijskich Mediolan-Cortina. Piątkowy wieczór przyniósł historyczną zmianę w tradycji: jednocześnie zapłonęły dwa znicze olimpijskie, przy Łuku Pokoju (Arco della Pace) w Mediolanie i na Piazza Dibona w Cortinie d'Ampezzo. Ceremonię otwarcia zorganizowano w czterech lokalizacjach, a podczas defilady sportowców polską flagę nieśli Natalia Czerwonka i Kamil Stoch. Ceremonia otwarcia igrzysk olimpijskich. Karol Nawrocki też tam był Ceremonię otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich Mediolan-Cortina transmitowała między innymi Telewizja Polska. W wydarzeniu uczestniczył prezydent Karol Nawrocki, ale komentatorzy TVP, Marek Rudziński i Piotr Sobczyński, nie wspomnieli o jego obecności. Drugi z wymienionych dziennikarzy przywitał za to ministra sportu i turystyki. – Ja powiem tylko, że w ceremonii otwarcia bierze udział minister sportu i turystyki Jakub Rutnicki, który reprezentuje rząd podczas tych igrzysk. Przed ceremonią pan minister wziął udział w spotkaniu z innymi ministrami sportu z całego świata. Były rozmowy na temat promocji naszej kandydatury do organizacji letnich igrzysk olimpijskich – mówił Piotr Sobczyński. Zachowanie komentatorów przykuło uwagę Macieja Krzyżanowskiego, który opublikował w serwisie X fragment nagrania z ceremonii i swój komentarz. Były przedstawiciel Prezydenta RP w Krajowej Radzie Sądownictwa napisał [zachowaliśmy pisownię oryginalną]: "Ceremonia Otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Mediolanie trwa. Czy naprawdę dwóch komentatorów TVP w likwidacji siedząc na stadionie San Siro nie wie, że jest na nim także Prezydent Rzeczpospolitej Karol Nawrocki ??? O ministrze sportu jakoś pamiętali...". W komentarzach pod wpisami TVP Sport pojawiła się fala krytyki, a niektórzy internauci domagają się przeprosin za pominięcie obecności prezydenta na ceremonii otwarcia. "Ponieważ dzisiaj prezydent RP miał w Mediolanie spotkanie z premier Meloni, a (w odróżnieniu do ministra sportu) nie został wspomniany w waszym komentarzu przy okazji przemarszu polskiej reprezentacji, to był prezydent Nawrocki na San Siro czy nie był?" – dopytywał dr hab. Stefan Bielański, były członek Społecznej Rady Sportu przy Ministrze Sportu i Turystyki. Tymczasem prezydent Karol Nawrocki podzielił się krótkim nagraniem, na którym widać, jak wita polskich reprezentantów na ceremonii otwarcia igrzysk, machając z widowni. Przypomnijmy, że to już kolejna podobna sytuacja w krótkim czasie. Po niedawnej wizycie głowy państwa w Muzeum Auschwitz w sieci aż huczało. Prezydencki minister mówił o pominięciu Karola Nawrockiego, a przedstawiciele instytucji wydali specjalne oświadczenie w tej sprawie. Zachęcamy do lektury artykułu naTemat.pl, w którym przedstawiliśmy szczegóły. Kiedy Polacy startują na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich Mediolan-Cortina? Oto nasze szanse medalowe Zimowe igrzyska przez kolejne tygodnie będą jednym z głównych sportowych wydarzeń. Zaszczyt reprezentowania Polski we Włoszech otrzymało 59 sportowców. Wśród nich są również faworyci do medali. Warto obserwować starty w łyżwiarstwie szybkim, w których udział wezmą Andżelika Wójcik i Karolina Bosiek oraz Damian Żurek i Marek Kania. Polecamy waszej uwadze również skoki narciarskie, bo choć mówi się, że nasi reprezentanci nie są w najlepszej formie, to może czekać nas miłe zaskoczenie. Najważniejsze terminy dla polskich kibiców to: 9 lutego od godz. 19:00 (rywalizacja mężczyzn na normalnej skoczni), 10 lutego od godz. 18:45 (konkurs drużyn mieszanych) oraz 14 lutego od godz. 18:45 (finał na dużej skoczni). Przypomnijmy, że pierwsze starty polskich sportowców już za nami, a start polsko-ukraińskiej pary łyżwiarzy figurowych wywołał ogromne emocje. Poruszenia nie ukrywali również sami zawodnicy, Sofiia Dovhal i Wiktor Kulesza.

Prof. Markowski: Trump rozmontowuje świat. Europa została sama

Donald Trump nie tylko łamie polityczne obyczaje, ale rozmontowuje fundamenty amerykańskiej demokracji i porządek świata po II wojnie światowej. – To polityka chaosu, która sprawia, że Chiny zaczynają wyglądać jak stabilizator ładu międzynarodowego – mówi prof. Radosław Markowski w rozmowie z Jackiem Pałasińskim.

Tragedia w rodzinie Lil Jona. Znany raper potwierdził najgorsze

Amerykański raper Lil Jon przekazał, że nie żyje jego 27-letni syn DJ Young Slade. Przyczyna śmierci muzyka nie jest znana. Od kilku dni mężczyzna był uznawany za osobę zaginioną. Na początku tygodnia – a dokładnie we wtorek – służby stanu Georgia zostały poinformowane o zaginięciu Nathana Smitha, młodego artysty znanego pod pseudonimem DJ Young Slade. W piątek ojciec 27-latka, raper i producent muzyczny Lil Jon, przekazał w poruszającym wpisie w mediach społecznościowych, że jego syn nie żyje. Nie żyje syn Lil Jona. DJ Young Slade miał 27 lat "Jestem głęboko zasmucony tragiczną śmiercią naszego syna, Nathana Smitha. Jego matka (Nicole Smith) i ja jesteśmy zdruzgotani" – czytamy na profilu rapera z Atlanty na Instagramie. "Nathan był najżyczliwszą osobą, jaką można było spotkać. Był niezwykle troskliwy, rozważny, uprzejmy, pełen pasji i serdeczny – kochał swoją rodzinę i przyjaciół całym sobą. [...] Pociesza nas myśl, że podczas naszych ostatnich wspólnie spędzonych chwil powiedzieliśmy mu o tym, ile dla nas znaczy" – dodali rodzice zmarłego. Dziennikarze TMZ dowiedzieli się wcześniej od policji z Milton (miasta znajdującego się prawie 50 km od Atlanty), że z okolicznego stawu wyłowiono ciało, a ofiarą jest najprawdopodobniej zaginiony Nathan Smith. Służby sugerują, że nic nie wskazuje na udział osób trzecich. Przypomnijmy, że Lil Jon to pionier podgatunku hip-hopu znanego jako crunk, który pochodzi z Atlanty. Na początku lat 90. został odkryty przez rapera Jermaine'a Dupriego. W swojej długoletniej karierze muzyk miał okazję współpracować m.in. z Ice Cubem, Snoop Doggiem, Usherem, Ciarą i Ludacrisem.

Powraca "Diabeł ubiera się u Prady". Czas szefowych z piekła rodem minął? 

Zwiastun filmu "Diabeł ubiera się u Prady 2" w zaledwie osiem godzin wyświetliło 2,5 mln osób. Wygląda na to, że minęło 20 lat, a Miranda grana przez Meryl Streep jest w dawnej "formie". Przemocowe szefowe są już głównie w kinie czy wciąż mają się dobrze w realu? Pytamy Annę Makowską, prezeskę Krajowego Stowarzyszenia Antymobbingowego. "Diabeł ubiera się u Prady 2 – kontynuacja światowego hitu z 2006 roku trafi do polskich kin 1 maja, ale już budzi olbrzymie emocje. Znów zobaczymy Meryl Streep jako Mirandę Priestly i Anne Hathaway w roli Andy Sachs. Tylko że tym razem zmienia się układ sił. Andy wraca do redakcji "Runway" w specyficznym momencie – Miranda ma problem z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości medialnej, gdy sprzedaż papierowych magazynów dramatycznie spada. I to właśnie od Andy może zależeć los "Runway" i Mirandy. Zwiastun uruchomił falę nostalgii, ale i pytania o to, czy relacje w pracy, pokazane w kultowej pierwszej części filmu, dziś byłyby jeszcze możliwe? Bo w krótkiej scenie, która trafiła do sieci, widzimy, że Miranda raczej się nie zmieniła – udaje, że nie poznaje Andy, dawnej asystentki. Znów próbuje potraktować ją przedmiotowo. O to, czy mobbing w pracy wciąż ma się dobrze, choćby ten "w białych rękawiczkach" i o tym, czy różni się w wykonaniu kobiet i mężczyzn, rozmawiamy z Anną Makowską, prezeską Krajowego Stowarzyszenia Antymobbingowego. Pierwsza część "Diabła ubierającego się u Prady" pokazywała szefową z piekła rodem. 20 lat temu widzów śmieszyły sceny, w których Miranda upokarza podwładnych. A panią? Anna Makowska, prezeska Krajowego Stowarzyszenia Antymobbingowego: Mnie to nie śmieszyło, nawet wtedy, choć była to inna epoka, jeśli chodzi o kulturę zarządzania. Jako osoba, która już wtedy zajmowała się mobbingiem, wiedziałam, jak bardzo jest ona traumatycznym przeżyciem. Film odebrałam bardzo negatywnie i pamiętam, że nawet miałam problem z obejrzeniem go do końca. Dla ludzi, którzy nie doznali mobbingu, zachowania Mirandy mogą być zabawne. Dla tych, którzy przeżyli mobbing – straszne. Widzę to nawet dziś na szkoleniach, które prowadzę w korporacjach. Dla osób, które nie doświadczyły mobbingu, moje szkolenia to kolejne korporacyjne warsztaty do "zaliczenia". Ludzie mają do nich neutralny stosunek. A gdy w grupie są osoby, które przeżyły mobbing, te zajęcie otwierają w nich bardzo trudne emocje – niektórzy nawet w ich trakcie płaczą. Dla ludzi, którzy doświadczyli przemocowego stylu zarządzania, choćby w formie agresji słownej, oglądanie scen, w których Miranda szydzi z podwładnych, także z ich tuszy, co jak wiemy, może wpędzić kobiety w zaburzenia odżywiania, np. w anoreksję, są niezwykle trudne. Też nie mogłam patrzeć na to, jak Miranda upokarza Andę – miłą, skromną, zdolną i pracowitą, młodą asystentkę. A takie zachowania Mirandy, jak w filmie "Diabeł ubiera się u Prady", dziś byłoby możliwe?  W krajach zachodnich – coraz rzadziej, bo mobbing jest tam już realnie ścigany. W Polsce wciąż słyszę o podobnych relacjach w korporacjach – presja, wyścig szczurów, subtelne formy przemocy psychicznej, jakie stosują szefowie wobec podwładnych. To już nie jest krzyk i jawna agresja, jak w latach 90., częściej "tylko" aluzje, sygnały i gesty, w których intencjonalną przemoc wyczuwa tylko osoba, do której jest ona skierowana. Mobber potrafi znaleźć czuły punkt danej osoby i właśnie w niego uderzyć, łamiąc psychikę ofiary. A trauma u takiej osoby często zostaje już na całe życie. I potem taka osoba zmaga się z nią latami – sama albo z pomocą psychologów. W filmie Miranda jest dumna z tego, że jest wobec podwładnych okrutna. To częste wśród mobberów, niezależnie od płci? Bardzo częste. Są ludzie, którzy są dumni ze swojej brutalności. Tylko gdy są przyłapani i grożą im za to konsekwencje, tłumaczą swoje zachowanie charakterem, temperamentem, "przypadkiem". A to nie jest przypadek – to premedytacja. Ale jeśli chodzi akurat o kobiety – wśród tych na wysokich stanowiskach często spotyka się przypominające Mirandę czy to już rzadki ewenement? Spotka się. A takie zachowania najczęściej przejawiają kobiety, których droga kariery nie była klarowna, oparta na jasnych zasadach – nie zostały one np. wyłonione w drodze konkursu. Najczęściej awansowały wewnątrz firmy i to w nie do końca transparentny sposób. Taki awans powoduje, że osoba, która go dostaje, chce, by wszyscy, którzy byli tej drogi świadkami, teraz jej "zeszli z drogi". I niestety, kobiety w korporacjach potrafią zachowywać się bardzo źle np. wobec koleżanek, z którymi wcześniej pracowały na równorzędnych stanowiskach i dla których nie były autorytetem. Próbują je wyeliminować. Nowoprzyjętych pracowników, którzy nie znają ścieżki kariery, łatwiej jest "ustawić". Mobbing w wydaniu mężczyzn jest inny? Mężczyźni oczywiście stosują podobne zachowania, ale kobiety częściej bywają bardziej wyrafinowane. U mężczyzn agresja ma formę prostszą i bardziej bezpośrednią, są to na przykład groźby zwolnienia. Kobiety częściej starają się, by ich działania mobberskie były subtelne, zakamuflowane, trudniejsze do uchwycenia. I kobiety potrafią silniej oddziaływać na psychikę, zwłaszcza innych kobiet, bo lepiej ją znają. A jak to wygląda w statystykach? Statystycznie rozkłada się mniej więcej po równo – sprawcami przemocy, a także jej ofiarami są zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Jestem jednak bardzo ostrożna z podawaniem danych. Problem z nimi polega na tym, że w Polsce brakuje rzetelnych, aktualnych badań. Przedsiębiorcy nie są nimi zainteresowani, a temat mobbingu nie jest regularnie i rzetelnie zgłębiany. Istnieją wprawdzie pojedyncze publikacje, ale zwykle bazują na relacjach osób, które chciały opowiedzieć o swoim doświadczeniu. To głównie głos ofiar i jedynie tych, które chciały mówić. A kobiety są skłonne częściej o tym mówić. W świecie mody coś się zmieniło? W "Top Model" uwagi jury pod adresem kandydatek można uznać za przemocowe. A to program kręcony współcześnie. Oczywiście, że przemocowe zachowania wciąż istnieją w świecie mody. Mówi się, że modelki mają mieć charyzmę i że jest ona premiowana, a nie tylko wygląd. To piękna teoria, bo prawda jest taka, że rywalizacja w świecie mody powoduje ogromną presję psychiczną. Gdy rozmawiam z modelkami, mówią, że wciąż godzą się na rzeczy, na które w innych zawodach kobiety już by się nie zgodziły. Są obrażane, traktowane przedmiotowo, nadal jak "żywe manekiny". Nieważne, że szpilki wbijają im się w stopy tak, że krwawią – kobieta słyszy: "masz w tym wyjść" i idzie po wybiegu. Modelki, podobnie jak wiele osób w innych branżach, godzą się na złe traktowanie, bo mają świadomość, że ich kariera jest krótka. Uznają więc mobbing za cenę wpisaną w ten zawód. I to jest najbardziej przerażające.  A wracając do programów typu "Top Model" – widzimy, jak dziewczyny są w nich wyszydzane, a gdy nie chcą pozować do sesji nago, słyszą, że ciało to ich narzędzie pracy. Podobnie bywa w środowiskach teatralnych i filmowych. Ciało jest narzędziem pracy, ale aktorce czy aktorowi może być trudno wyczuć, czy tzw. scena rozbierana jest uzasadniona i wzmacnia artystyczny wyraz, czy nagie ciało ma być tylko wabikiem dla widza. Tym bardziej że po montażu coś, co na planie wyglądało na uzasadnione, może już wyglądać inaczej. Tak, w filmie bywa podobnie – są sceny, w których nagość jest uzasadniona, ale bywa też tak, że chodzi jedynie epatowaniu golizną. A nawet jeśli rozebranie się jest wizją reżyserską, nie każdy aktor (podobnie jak modelka), musi chcieć budować wizerunek akurat na tym. A kiedy mówimy o mobbingu? Czy dziś, ze względu na większą świadomość przemocowych zachowań, ludzie potrafią go rozpoznać, czy może skłonni są skłonni w każdym niemiłym komentarzu doszukiwać się mobbingu? Nie każda krytyczna uwaga nim jest. Mobbing ma kilka bardzo charakterystycznych cech. Po pierwsze: zwykle jest ukierunkowany na jedną lub dwie osoby, które są przez mobbera systematycznie niszczone. Po drugie: mobber dąży do podzielenia społeczności w pracy –na "swoich" i "obcych", czyli tych, którzy są w jego łaskach i tych, którzy są w niełaskach. Po trzecie: mobber "zarządza" nie tylko przez zastraszanie, ale i przez rozsiewanie plotek, pomówień, wysuwanie oskarżeń, które mają jeden cel – odebrać ofierze wiarygodność. A do tego mobber zwykle przypisuje sobie sukcesy zespołu, a porażki zrzuca na innych. W rozmowach z przełożonymi przedstawia się jako niezastąpiony i przywłaszcza sobie cudze pomysły, a jednocześnie oczernia innych. A że prowadzi je w "w cztery oczy", wszystko odbywa się "w białych rękawiczkach". Ofiara żyje w nieświadomości. Tak, bo nie ma świadków tych rozmów. To są choćby takie sytuacje, gdy mobber przestawia prezesowi jakiś projekt, a przy okazji, np. już wychodząc, wtrąci coś teoretycznie niezwiązanego z tematem, np.: "Ech, mam w zespole takiego Iksińskiego, mówię ci, kosmos!", albo: "Znowu z tym Iksińskim problemy, nie mam już do niego siły!". I gdy wreszcie, po długim czasie, osoba doświadczająca mobbingu – wspomniany Iksiński postanawia zareagować i zgłosić mobbing, staje w drzwiach gabinetu prezesa i przedstawia się: "Jestem Iskiński…", bo jest pewien, że prezes nie ma pojęcia o jego istnieniu. A w głowie prezesa zapala się "czerwona lampka": "A, to ten Iksiński! Nieudacznik, z którym są same problemy!". I prezes już Iksińskiemu nie uwierzy? Iksiński zostanie raczej zwolniony albo sam odejdzie, bo nie wytrzyma psychicznie. I będzie szukać pracy, ale może mieć problem z tym, by ją znaleźć. W wielu branżach na wysokich szczeblach obowiązuje zasada: "ręka rękę myje". Pracodawcy podpytują się nawzajem o byłych pracowników. Ktoś np. dostaje CV i widzi, że osoba, która startuje w rekrutacji, pracowała w firmie, którą kieruje znajomy. Dzwoni więc do niego i pyta: "Słuchaj, pracował u ciebie Iskiński, właśnie stara się u nas na stanowisko Y". I słyszy: "A, daj spokój…!". I to wystarczy, by zablokować komuś karierę. Pracodawcy mają dziś zakaz informowania o powodach czyjegoś odejścia z pracy czy jego zwolnienia. Nie mogą udzielać tak szczegółowych informacji o byłych pracownikach, ale znów wszystko dzieje się w "białych rękawiczkach". Gdyby nawet doszło do konfrontacji, ktoś może się wyprzeć, że sugerował, by nie zatrudniać konkretnej osoby. Przecież powiedział tylko: "A, daj spokój!", więc może zarzekać się, że chodziło jedynie o to, by rozmówca dał sobie spokój z wypytywaniem o czyichś byłych pracowników, bo to nieetyczne. To co można zrobić z mobbingiem? Dopóki państwo polskie nie pochyli się nad tym problemem wystarczająco, czyli tak, by mobberzy byli często i realnie karani, osoby przemocowe nie będą czuły potrzeby zmiany. Nie chodzi o to, by na mobberów nakładać np. wysokie kary finansowe. Wielu z nic sobie z tego nie będzie robić. Chciałabym, żeby mobberzy byli obowiązkowo leczeni – tak, jak osoby z agresją fizyczną. Bo mobbing to też agresja, tylko psychiczna. * Anna Makowska jest prezeską Krajowego Stowarzyszenia Antymobbingowego od ponad 20 lat. Ekspertką w zakresie profilaktyki antymobbingowej, szkoli też z tej tematyki menadżerów i pracowników korporacji niższego szczebla. Jest absolwentką m.in. politologii i zarządzania.

Air fryer kontra piekarnik. Raz na zawsze ustalamy, co wychodzi taniej

Air fryery to absolutny hit ostatnich lat, który zadomowił się w wielu polskich kuchniach. Część osób uważa je za zbędny gadżet i porównuje do mini-piekarników z termoobiegiem. Fani beztłuszczowych frytkownic uważają, że dzięki nim płacą mniejsze rachunki za prąd. Czy rzeczywiście używanie air fryera wychodzi taniej? Wydaje mi się, że moda na te urządzenia wystrzeliła, gdy nudną nazwę "frytkownica beztłuszczowa" zastąpiono chwytliwym "air fryerem". Ich siła tkwi w rozmiarze. Kompaktowa budowa i bliskość grzałki sprawiają, że proces pieczenia rusza niemal od razu, bez długiego i kosztownego nagrzewania pustej przestrzeni, jak w zwykłym piekarniku. Wbrew nazwie, w air fryerze można używać tłuszczu, np. skraplać frytki olejem, by były bardziej chrupiące (wciąż jest to zdrowsze niż klasyczna frytkownica), a także piec inne rzeczy niż frytki, np. mięso czy chleb. Dla wielu osób są lepsze od mikrofalówki, w której tylko możemy podgrzewać potrawy, ale są też mniej wszechstronne niż Thermomix i jego klony. Są jednak o wiele tańsze, bo porządnego air fryera kupimy już za ok. 500 zł. Air fryer czy piekarnik? Co jest bardziej energooszczędne? Wziąłem na warsztat artykuły z testami z Wielkiej Brytanii, Niemiec oraz Polski, aby raz na zawsze rozstrzygnąć, które urządzenie jest tańsze w eksploatacji. Dzięki temu zestawione są tu różne dane: od kosztów przygotowania pojedynczego kurczaka, po pieczenie ciast i frytek dla całej rodziny. Energy Saving Trust Eksperci z organizacji Energy Saving Trust nie mają wątpliwości, że przy małych posiłkach air fryer jest lepszy. Z ich wyliczeń wynika, że przygotowanie 600 g piersi z kurczaka w beztłuszczowej frytkownicy kosztuje około 0,15 funta (0,73 zł). Ta sama porcja w piekarniku elektrycznym generuje koszt 0,21 funta (1,02 zł). "Air fryer działa jak mały konwekcyjny piekarnik. Ponieważ jest niewielki, zazwyczaj okazuje się tańszy w eksploatacji przy tym samym posiłku" – zauważają specjaliści Energy Saving Trust. Z ich analiz można jeszcze wyciągnąć kilka wniosków: Przygotowanie lasagne w mikrofalówce to koszt zaledwie 0,04 funta (0,19 zł). Użycie wolnowaru do dużej porcji gulaszu kosztuje 0,36 funta (1,75 zł). Piekarnik najlepiej sprawdza się przy gotowaniu "hurtowym", czyli po prostu przy przygotowaniu wielkich lub wielu dań. Which? Portal Which? przeprowadził testy laboratoryjne i porównał zużycie energii podczas pieczenia konkretnych produktów. Kurczak o wadze 1,3 kg w air fryerze potrzebował 53 minut i kosztował 14 pensów (0,68 zł). Piekarnik potrzebował na to samo aż 76 minut, co pochłonęło 30 pensów (1,46 zł). "Nasze badania wykazały, że można uzyskać znaczne oszczędności energii dzięki frytkownicy beztłuszczowej, zwłaszcza przy gotowaniu małych ilości" – przyznaje dr Steph Kipling z Which?. Wyniki testów porównawczych Which?: Pieczenie ziemniaka w mundurku: 10 pensów (0,49 zł) w air fryerze kontra 29 pensów (1,41 zł) w piekarniku. Pieczenie ciasta: 6 pensów (0,29 zł) w air fryerze kontra 19 pensów (0,92 zł) w piekarniku. Mrożone frytki: 8 pensów (0,39 zł) w air fryerze kontra 23 pensy (1,12 zł) w piekarniku. Buergerhaus Rheine Niemiecki serwis Buergerhaus Rheine zwraca uwagę na ogromną różnicę w technologii: powietrze w air fryerze wiruje z prędkością ponad 70 km/h, co drastycznie skraca czas pracy. W przypadku warzyw o wadze 400 g oszczędność energii sięga aż 45 proc. (zużycie 0,25 kWh zamiast 0,55 kWh). "Intensywna cyrkulacja powietrza przenosi ciepło wydajniej. Dodatkowo w wielu przypadkach zbędna jest faza wstępnego nagrzewania" – podkreślają autorzy testu. Z analizy wynikają roczne oszczędności: Codzienne użytkowanie dla małych porcji pozwala zaoszczędzić od 40 do 60 euro (169 – 253 zł) rocznie. Czas pieczenia udek z kurczaka skraca się z 45 do około 30 minut. Inwestycja w sprzęt zwraca się zazwyczaj po 2–3 latach. Pomysł na Obiadek Polski blog Pomysł na Obiadek sprawdził koszty przy uwzględnieniu polskich taryf na 2025 rok. Przy założeniu ceny 1,15 zł za 1 kWh przygotowanie obiadu w air fryerze kosztuje około 0,80–1,00 zł, podczas gdy w piekarniku kwota ta rośnie do 2,30–2,80 zł. "Przygotowując ten sam obiad w air fryerze, oszczędzasz na jednym pieczeniu około 1,50 zł" – zauważa autorka bloga. Wnioski z polskiego testu: W skali roku oszczędność przy codziennym gotowaniu może przekroczyć 500 zł. Air fryer jest idealne do odgrzewania kawałka pizzy, ale całą pizzę zrobimy tylko w piekarniku. Wygrywa też w kategorii tekstury frytek, które są mniej "uduszone" niż te z blachy. Ostateczny werdykt. Air fryer wychodzi taniej, ale... Werdykt płynący z powyższych artykułów jest jednoznaczny: air fryer to obecnie najbardziej ekonomiczne urządzenie do pieczenia i podgrzewania małych oraz średnich porcji jedzenia. W niemal każdym teście zużycie energii było o 30 do 50 proc. niższe niż w przypadku tradycyjnego piekarnika, co wynika głównie z braku konieczności długiego nagrzewania i krótszego czasu obróbki cieplnej. Jeśli więc chcemy obniżyć rachunki za prąd, to zakup tego urządzenia jest strzałem w dziesiątkę. Jest nie tylko modne, wygodne i nie zajmuje dużo miejsca, ale przy obecnych cenach energii staje się wręcz niezbędne do podratowania budżetu domowego. Piekarnik pokonuje air fryera przy większych daniach i dużych rodzinach Warto jednak pamiętać, że żadne urządzenie nie jest uniwersalne. Powyższe testy zazwyczaj opierają się na porcjach dla jednej lub dwóch osób. Jeśli musisz przygotować posiłek dla pięcioosobowej rodziny, próba upieczenia wszystkiego w małym koszyku air fryera na kilka rat będzie karkołomna i po prostu droższa. W takiej sytuacji piekarnik (zwłaszcza te nowoczesne i energooszczędne) wychodzi na prowadzanie, ponieważ jego duża objętość pozwala przygotować wiele porcji jednocześnie przy jednorazowym zużyciu energii. Wybór zależy więc od naszego stylu życia. Dla singli, par czy rodzin 2+1 air fryer to maszyna do oszczędzania pieniędzy, ale dla dużej rodziny lub osób, które lubią dużo gotować, piekarnik będzie dalej niezastąpiony.

SCT to żyła złota, a kierowcy płacą i płaczą. Kraków zarobił miliony w miesiąc

Kraków jako pierwszy odpalił Strefę Czystego Transportu (SCT) na taką skalę. Efekt? Wystarczyło 31 dni, by miejscy urzędnicy mogli otwierać szampana. Do budżetu wpłynęły kwoty, o których inne miasta mogą tylko pomarzyć, a wszystko to z portfeli kierowców, których auta "nie pasują" do nowej, czystej wizji stolicy Małopolski. Jeżeli wydawało wam się, że wprowadzenie SCT w Krakowie przejdzie bez echa, to spójrzcie na liczby. W zaledwie miesiąc miasto zainkasowało ponad 4 mln zł. Skąd taka suma? To proste: kierowcy wykupili blisko 30 tys. abonamentów i zapłacili za niemal 243 tys. wjazdów godzinowych. To pokazuje skalę zjawiska. Kraków nie wyciął ruchu starego typu "chirurgicznym cięciem", ale postawił bramki, które dla wielu stały się podatkiem od posiadania starszego auta. System został sprawdzony już 1,85 mln razy. To oznacza, że niemal każdy, kto wjeżdża do miasta, nerwowo sprawdza w telefonie: "czy moje auto przejdzie?". Kto musi płacić za SCT w Krakowie? Zasady są brutalnie proste. Jeśli twoje auto nie spełnia norm, a nie jesteś mieszkańcem Krakowa (zameldowanym przed czerwcem 2025 r.), szykuj portfel. Wjazd do SCT w Krakowie dla aut benzynowych wymaga normy Euro 4 (produkcja od 2005 r.), a dla diesli poprzeczka wisi znacznie wyżej, bo to norma Euro 6 (roczniki od 2014 r.). Jeśli twoje auto jest starsze, masz dwa wyjścia: albo zostawiasz je na obrzeżach, albo płacisz. Obecnie stawka za wjazd do SCT to: 2,50 zł za każdą rozpoczętą godzinę, 5 zł za cały dzień (co brzmi jak promocja, ale tylko do 2027 roku, kiedy cena skoczy do 15 zł), 100 zł za abonament miesięczny. Pamiętajcie jednak, że to "okienko płatnicze" zamknie się definitywnie z końcem 2028 roku. Wtedy żadne pieniądze nie pomogą i stary diesel po prostu do Krakowa nie wjedzie. No, chyba że masz "żółte blachy" lub status pojazdu specjalnego. Wojna o znaki i 500 zł mandatu Nie wszystkim podoba się ten "ekologiczny postęp". Obszar SCT w Krakowie obejmuje aż 60 proc. powierzchni miasta, co dla wielu mieszkańców okolicznych gmin jest odcięciem od świata. Frustracja była tak duża, że w pierwszych dniach stycznia z ulic zniknęło lub zostało zniszczonych około 20 znaków informujących o strefie. Dziś sytuacja się uspokoiła, ale straż miejska nie próżnuje. Jeśli wjedziesz do strefy "nielegalnie" i bez opłaty, musisz liczyć się z tym, że mandat za wjazd do SCT wynosi okrągłe 500 zł. Biorąc pod uwagę, że system kamer i kontroli jest coraz szczelniejszy, jazda "na partyzanta" to po prostu kiepski interes. Jak sprawdzić, czy twoje auto może wjechać do Krakowa? Zanim ruszysz na wycieczkę pod Wawel, lepiej odwiedzić oficjalny system rejestracji pojazdów SCT. Wystarczy wpisać numer rejestracyjny, by dowiedzieć się, czy jesteś "czysty", czy musisz sypnąć groszem. Miasto rozpatrzyło już pozytywnie ponad 75 tys. wniosków o bezpłatny wjazd, więc warto sprawdzić, czy nie łapiesz się na któreś ze zwolnień (np. dla seniorów lub osób z niepełnosprawnościami). Kraków stał się polskim poligonem doświadczalnym dla ekologicznych rewolucji. Czy 4 miliony złotych w miesiąc to sukces? Dla budżetu miasta na pewno. Może będą środki na walkę z kopciuchami, które jeszcze bardziej zatruwają powietrze.

Zenek Martyniuk w nagraniu z 1996 roku. Tak widział przyszłość disco polo

Zenon Martyniuk jest niekwestionowanym królem disco polo, którego kariera sceniczna sięga końca lat 80. Artysta debiutował wówczas z zespołem Akcent. W nagraniu z 1996 roku gwiazdor opowiadał o przyszłości gatunku muzyki, którego do dziś jest twarzą. Jego słuchacze powinni przygotować się na spotkanie z nostalgią. Piosenki Zenona Martyniuka i zespołu Akcent zna cała Polska. "Życie to są chwile", "Królowa nocy", "Przez twe oczy zielone" – utwory te są obecne z nami na weselach i lokalnych imprezach. Jedni słuchają ich na poważnie, drudzy podchodzą do nich w sposób ironiczny. Nie da się jednak ukryć, że lider kapeli z Bielska Podlaskiego nikomu nie jest obcy. W mediach społecznościowych natkniemy się na archiwalne nagrania z czasów młodości Zenona Martyniuka. W wywiadzie z telewizją kablową Zduńska Wola, który przeprowadzono w 1996 roku, artysta został zapytany o przyszłość muzyki disco polo. Jego słowa mogą niektórych zdziwić. Zenon Martyniuk w wywiadzie z 1996 roku. Mówił o przyszłości disco polo W klipie pochodzącym z lat 90. słyszymy, jak dziennikarka pyta Martyniuka, o to, czy moda na disco polo kiedyś minie. – Ja nie wiem, czy to w ogóle się skończy. To będzie coraz lepsze, (...). My na przykład jak zaczynaliśmy grać około 7-8 lat temu, to wówczas pamiętam, że bardzo modne były utwory grupy Modern Talking czy Blue System – powiedział, sugerując, że kawałki wspomnianych kapel – choć śpiewane w języku angielskim – są discopolowe. – Jeśli przełożymy je na dzisiejszy język – sprecyzował wokalista. – Sandra, Sabrina, Bad Boys Blue. (...) Kiedyś to było nazywane muzyką chodnikową, (...), dlatego, że bardzo dużo było sprzedawanych kaset na chodniku po prostu i na straganach – tłumaczył. Następnie Martyniuk określił gatunek disco polo mianem "muzyki środka". W komentarzach pod nagraniem opublikowanym na kanale ZDUŃSKA WOLA – LATA 90. na YouTube znajdziemy wiele komentarzy chwalących Akcent. "Szacun dla Zenona, że przeżył te wszystkie epoki i dalej działa na rynku! Mistrz" – czytamy.

PiS głośno walczy o bezpieczeństwo kobiet w ciąży. Tak, ten sam PiS...

18 szpitali w Polsce zrezygnowało z prowadzenia porodówek i to w bardzo krótkim czasie. Według ustaleń "Rzeczpospolitej" stało się tak w ciągu czterech tygodni 2026 roku. Nie zazdroszczę kobietom w tych regionach, choć zamiast porodówek pojawia się nowe rozwiązanie. Ale to jak wykorzystuje to PiS i narodowcy, to inna historia. Niesamowite jest to, że nagle tak odwróciły się role... "Piekło kobiet". Jedno z najbardziej znanych haseł za rządów PiS. Symbol polityki ich rządu, który tysiące ludzi w całym kraju wyciągał na ulice. Nie spodziewałam się, że kiedyś zobaczę to hasło na sztandarach tych, którzy za owo piekło odpowiadali. Prezes PiS rzucił kiedyś pod adresem ówczesnej opozycji: – Jeżeli oni czasem mówią o piekle kobiet, że to niby my je tworzymy, to można odpowiedzieć: piekło kobiet to było za waszych czasów. Ale żeby dziś role aż tak się odwróciły? Od kilku tygodni to prawica grzmi o "piekle kobiet". I PiS, i Konfederacja, i prawicowe media. "Piekło kobiet" odmieniane jest przez wszystkie przypadki. "Wiecie, jak wygląda prawdziwe ‘piekło kobiet’? Właśnie tak. Podziękujcie panu Donaldowi Tuskowi" – to poseł PiS Paweł Jabłoński na X. "Piekło kobiet – porodówki do kasacji" – leci na pasku w prawicowej TV wPolsce24. – Mamy do czynienia z prawdziwym dramatem, piekłem kobiet – grzmi w Sejmie posłanka PiS Urszula Rusecka. O "piekle kobiet" pisze katolicka "Fronda". I europosłanka Konfederacji Ewa Zajączkowska-Hernik: "To jest realne piekło kobiet, które funduje ta władza". Szpitale rezygnują z oddziałów położniczych O co chodzi? O zamykane porodówki. Od początku 2026 roku z różnych stron Polski co chwila napływają takie doniesienia, jak to: "Z dniem 31 grudnia 2025 r. nastąpi zamknięcie Oddziału Ginekologiczno-Położniczego oraz Oddziału Noworodkowego w Samodzielnym Publicznym Zespole Opieki Zdrowotnej w Leżajsku". Bieszczady, Mazowsze, Podlasie, Warmia i Mazury, Wielkopolska, Lubelszczyzna... – wszędzie szpitale tak bardzo odczuły gwałtowne spadki liczby porodów, że zaczęły zamykać oddziały. Skala nie jest mała. Jak kilka dni temu ustaliła "Rzeczpospolita", w niespełna cztery tygodnie 2026 roku z prowadzenia porodówki zrezygnowało 18 szpitali. Z kolei w 2025 roku, jak podaje Rynek Zdrowia, szpitale zamknęły 26 oddziałów położniczych.  Jednak zgodnie z nowymi przepisami, w szpitalach, które likwidują oddziały położnicze, od 31 stycznia 2026 roku mają powstać tzw. pokoje narodzin – z całodobową opieką położnych. Czym są pokoje narodzin? To nowe rozwiązanie dla szpitali bez porodówek – Nie będą się tam odbywać planowe porody fizjologiczne. To miejsca, w których będzie możliwość zapewnienia bezpieczeństwa w sytuacji nieplanowanego porodu, który może mieć gwałtowny przebieg. W Polsce zdarzają się one niezwykle rzadko – tłumaczył wiceminister zdrowi Tomasz Maciejewski. Strona rządowa gov.pl tak tłumaczy to rozwiązanie: "Zadaniem [położnej – przy. red.] będzie zbadanie ciężarnej, ocena stanu zaawansowania akcji porodowej i w razie konieczności przewiezienie pacjentki karetką do szpitala, w którym znajduje się oddział położniczo-ginekologiczny. Przyjęcie porodu w izbie porodowej będzie miało charakter incydentalny i nastąpi wyłącznie w sytuacji, gdy stopień zaawansowania akcji porodowej uniemożliwi bezpieczny transport". Zaznacza też, że "projekt jasno określa kompetencje zespołu i wyrównuje dostęp do opieki położniczej" i że "Polki nie będą rodziły na SOR-ach". – Polki nie będą rodzić na SOR-ach. Trzeba pamiętać, że w obrębie izb przyjęć szpitali powiatowych, które mają oddziały położnicze, zawsze był pokój przyjęć pacjentek ciężarnych. To nigdy nie był SOR, ale oddzielne pomieszczenia – tłumaczył Maciejewski. Cytujemy za źródłem, gdyż widz/czytelnik TV Republika lub innych prawicowych mediów otrzymuje inny przekaz. Jaki? Na przykład, że "Tusk zmusza do rodzenia na SOR-ach". Posłanka PiS Marzena Machałek na X: "Donald Tusk urządził kobietom piekło! Hurtowo zamykają porodówki i karzą rodzić na SOR-ach. Jak najszybciej trzeba przywrócić normalność". Prawica dostała nowe paliwo. Teraz oni grzmią o bezpieczeństwie kobiet Sprawa zamykanych oddziałów położniczych budzi ogromne emocje i nie ma się co dziwić. To zrozumiałe pod każdym względem. Każda kobieta w ciąży chce rodzić bezpiecznie, w dobrych warunkach. Każda woli mieć oddział położniczy w swoim mieście, niż przeżywać stres, czy zdąży dojechać do innego miasta. Ale Polacy w mediach społecznościowych reagują też tak: "Nie ma chętnych do zachodzenia w ciążę i rodzenia, nie ma porodówek. Po co utrzymywać oddział, gdzie w miesiącu rodzi się 1 dziecko?", "Porodówki są zamykane, bo dzieci się nie rodzą (niektóre to kilkanaście porodów w roku). A nie, że dzieci się nie rodzą, bo zamykają porodówki. Zaczną rodzić to i otworzą nowe" itp. itd. W każdym razie widać, że PiS i Konfederacja dostały nowe polityczne paliwo. W sieci już od pewnego czasu krążą mapy pod hasłem "Tu nie urodzisz dziecka". A po informacji, że w cztery tygodnie zamknięto 18 oddziałów, aż się zagotowało. Oliwy do ognia dolała też minister do spraw równości Katarzyna Kotula, a właściwie rozmowa Grzegorza Sroczyńskiego z nią w RMF FM. Gdy Sroczyński zapytał: – Dlaczego dajecie twarz do polityki zamykania porodówek? W styczniu zamknięto ich 18! Minister Kotula zaczęła odpowiadać: – W czasie rządów PiS... W prawicowy świat natychmiast poszedł przekaz o "antykobiecej polityce" rządu Tuska. O tym, że Kotula brała udział w protestach w obronie kobiet, a teraz ich nie broni. Na pasku TV Republika alarmuje: "Rząd likwiduje porodówki. Lewica nie widzi w tym problemu!". Tomasz Grabarczyk, kandydat Konfederacji do PE na FB: "To już wiecie, dlaczego na Konfederację głosuje więcej kobiet niż na Lewicę. My naprawdę stoimy po stronie kobiet". Świat staje na głowie. – To jest piekło kobiet, a nie opieka zdrowotna. Kobiety muszą rodzić na SOR-ach – grzmi również na nowym nagraniu Mateusz Morawiecki. Twierdzi też tak: – Najgorsze, że robią to w czasie, gdy demografia w Polsce leży, gdy potrzebujemy wyższej dzietności, a nie niższej. Jak mamy zachęcić kobiety do decydowania się na dzieci, skoro państwo odbiera im podstawowe bezpieczeństwa podczas porodu? Cóż... Za jego rządów najgłośniej było słychać o piekle kobiet. Może zapytajmy więc, co PiS zrobił dla ich bezpieczeństwa? Co zrobił, by zachęcić je do rodzenia dzieci? Co zrobił, by ratować demografię? I dlaczego ta dzietność za jego rządów była i do dziś jest tak niska? Bo wiele kobiet zniechęciły działania PiS i TK. A 500 plus w dzietności, jak wiadomo, też nie pomogło.

Nowe oszustwo w blokach. Nie wpuszczaj, bo niby chcą "skontrolować" mieszkanie

Nikt nie przypuszczał, że inicjatywa mająca chronić obywateli stanie się narzędziem w rękach przestępców. Oszuści i wyłudzacze zaczęli wykorzystywać "Poradnik bezpieczeństwa", by okradać Polaków. W specjalnym apelu ostrzega przed tym Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Wielu mieszkańców w swoich skrzynkach pocztowych znalazło już przesyłkę od MON i MSWiA. Rządowy program zakłada, że docelowo każda rodzina w kraju otrzyma egzemplarz "Poradnika Bezpieczeństwa". Niestety, całą akcję wykorzystują przestępcy, którzy pod pretekstem nowych przepisów próbują wejść do naszych domów. Poradnik Bezpieczeństwa MON. Co jest w środku? Broszura została przygotowana przez rządowych ekspertów i ma stanowić kompendium wiedzy na trudne czasy. Władysław Kosiniak-Kamysz wyjaśnił, że celem jest edukacja społeczeństwa w zakresie reagowania na kryzysy, takie jak powodzie, pożary czy ataki terrorystyczne. – Chodzi o to, żeby był na stole w kuchni, gdzie wszyscy mają dostęp, a nie na półce między innymi książkami – mówił w zeszłym roku wicepremier. Poradnik można pobrać też w wersji elektronicznej. W poradniku zawarto konkretne instrukcje dotyczące m.in. udzielania pierwszej pomocy, zasad ewakuacji oraz zabezpieczania mienia. Polska chce w ten sposób budować odporność obywatelską na wzór najbezpieczniejszych państw w Europie. Oszustwo na poradnik bezpieczeństwa. Jak działają przestępcy? Niestety, kreatywność złodziei nie ma granic. Służby odnotowują coraz więcej sygnałów o osobach, które pukają do drzwi i podszywają się pod urzędników. Na klatkach schodowych pojawiają się też ogłoszenia o rzekomej kontroli mieszkań w związku z Poradnikiem. Przestępcy twierdzą, że muszą przeprowadzić kontrolę mieszkania pod kątem wytycznych zawartych w nowej broszurze lub oferują jej sprzedaż, mimo że jest ona całkowicie bezpłatna. "Poradnik Bezpieczeństwa nie nakłada na ciebie żadnych obowiązków. Urzędnicy nie prowadzą kontroli w związku z Poradnikiem" – ostrzega MSWiA w oficjalnym komunikacie. "Nie podawaj swoich danych osobowych, zwłaszcza numeru PESEL, osobom, które podają się za urzędników prowadzących kontrole bezpieczeństwa w związku z Poradnikiem" – apelują rządzący. Resort przypomina, że poradnik ma jedynie charakter edukacyjny i nie daje nikomu prawa do sprawdzania naszych mieszkań. Jeśli się z czymś takim spotkamy, od razu zamknijmy drzwi i zadzwońmy na policję.

Zdziwisz się, ile elektryków jeździ już po Polsce. Raport za 2025 rok to "elektryczny" wstrząs

Dane Polskiego Stowarzyszenia Nowej Mobilności (PSNM) za rok 2025 mówią, że Polacy przeprosili się z autami elektrycznymi. Jeśli myśleliście, że elektryki to tylko ciekawostka dla bogatych gadżeciarzy, to czas zrewidować poglądy. Pamiętacie, jak jeszcze parę lat temu sceptycy pukali się w czoło, widząc na ulicy auto z zielonymi tablicami? "Zasięg słaby", "brak ładowarek" - słyszeliśmy z każdej strony. No i w sumie nie jest turbo lepiej, ale coś się zmienia. Widać to w danych PSNM za 2025 rok. Rekordowe wyniki BEV Z najnowszego raportu PSNM wynika, że w 2025 roku na polskich drogach zarejestrowano 43,3 tys. nowych osobowych samochodów elektrycznych. Żebyście mieli skalę: to ponad 2,5 raza więcej niż rok wcześniej. Polska w końcu przestała być skansenem Europy i w rankingu rozwoju elektromobilności wyprzedziła aż 9 krajów UE. Pękła też magiczna bariera. Flota samochodów elektrycznych w Polsce przekroczyła 100 tys. sztuk, a konkretnie do grudnia dobiła do poziomu 121 tys. egzemplarzy. Kto rządzi na tym rynku? Zaskoczeń w topce nie ma, ale lista marek pokazuje, że konkurencja robi się ciasna. Najpopularniejsze marki samochodów elektrycznych w Polsce to Tesla, Audi, BMW i Mercedes-Benz, ale do gry mocno wchodzą tacy gracze jak Citroën, Hyundai, Ford czy chiński Leapmotor. Ładowarki DC rosną jak grzyby po deszczu Największą bolączką zawsze była infrastruktura. I tutaj rok 2025 przyniósł poprawę. Po raz pierwszy w historii liczba nowo uruchomionych szybkich ładowarek DC (1732 punkty) była wyższa niż wolnych słupków AC. To kluczowe, bo nikt nie chce spędzać trzech godzin pod marketem, żeby dobić 50 kilometrów zasięgu. Co więcej, coraz częściej spotkamy tzw. huby ładowania o mocy powyżej 150 kW. Pod koniec 2024 roku było ich zaledwie 30. Teraz mamy ich już 95. W trasie robi to kolosalną różnicę. Jeśli chodzi o to, u kogo najczęściej będziemy podpinać kabel, to liderem pozostaje GreenWay Polska, ale na podium rozgościły się też Lidl oraz Powerdot, spychając Orlen na dalszy plan. Dopłaty do samochodów elektrycznych zrobiły robotę Nie oszukujmy się, bez pieniędzy nie ma zabawy. Rok 2025 stał pod znakiem gigantycznego wsparcia publicznego. Na rozwój sektora przeznaczono aż 7 mld zł. Prawdziwym hitem okazał się program "NaszEauto". Choć budżet był okrojony, Polacy rzucili się na wnioski jak na świeże bułeczki i do końca roku zarezerwowano blisko 80 proc. środków. Pojawiły się też pieniądze na elektryczne samochody ciężarowe oraz infrastrukturę wysokich mocy. Choć w segmencie ciężkim rewolucja idzie opornie (mamy dopiero nieco ponad 400 elektrycznych ciężarówek na 900 tys. wszystkich zarejestrowanych), to 176 nowych rejestracji w jednym roku to i tak wynik niemal równy dwóm poprzednim latom razem wziętym.

"Gorąca rywalizacja" wpadła do streamingu. Już wiem, co obejrzę w weekend

"Gorąca rywalizacja" to opowieść o dwóch zakochanych w sobie hokeistach, która zawróciła w głowach widzów z całego świata. Od 6 lutego Polacy mogą obejrzeć kanadyjski hit w streamingu. Jeśli nie mieliście planów na weekend, to już wiecie, co robić. "Gorąca rywalizacja" (oryg. "Heated Rivalry") jest adaptacją powieści Rachel Reid, która skupia się na historii Shane'a Hollandera, kapitana drużyny hokejowej Montreal Voyageurs. Od czasu jego debiutanckiego sezonu media podsycały rywalizację między nim a Ilyą Rozanowem, przeciwnikiem z Boston Bears. Widownia widzi w nich rywali, ale to, co tak naprawdę dzieje się między mężczyznami za zamkniętymi drzwiami, jest zupełnym przeciwieństwem nienawiści. Shane i Ilja wdają się w romans, który szybko zamienia się w głębokie uczucie. "Gorąca rywalizacja" już na HBO Max Serial sportowy stworzony przez Jacoba Tierneya ("Dobrzy sąsiedzi") został pozytywnie przyjęty przez krytyków oraz widzów, którzy zachwalają jego scenariusz, grę aktorską i sposób, w jaki ukazuje miłość dwóch mężczyzn. Objawieniem okazali się zwłaszcza odtwórcy głównych ról – Hudson Williams ("All I Need For Christmas") oraz Connor Storrie ("Joker: Folie à deux"), który może pochwalić się bardzo wiarygodnym rosyjskim akcentem. W "Gorącej rywalizacji", która liczy tylko 6 odcinków, zagrali też François Arnaud ("Rodzina Borgiów"), Christina Chang ("The Good Doctor"), Ksenia Daniela Kharlamova ("Robyn Hood") i Sophie Nélisse ("Yellowjackets"). Serial doczeka się 2. sezonu, ale Jacob Tierney zapowiedział, że widzowie nie zobaczą kontynuacji w 2026 roku. Na portalu Rotten Tomatoes "Heated Rivalry" cieszy się oceną 96 proc. "To nie tylko jedna z najlepszych adaptacji romansu, ale także powiew świeżości w świecie streamingu, który skutecznie dusi swoją publiczność" – stwierdziła krytyczka BJ Colangelo w recenzji opublikowanej na portalu Slashfilm.

Polska zaprezentowała się na IO. Wyjątkowy moment dla Stocha i Czerwonki

Zimowe Igrzyska Olimpijskie Mediolan-Cortina oficjalnie wystartowały. W piątkowy wieczór mogliśmy oglądać ceremonię otwarcia. Polskimi chorążymi zostali Kamil Stoch oraz Natalia Czerwonka. Tegoroczne ZIO przejdą do historii m.in. ze względu na niespotykaną dotąd skalę. Rywalizacja sportowców będzie toczyć się w czterech strefach rozsianych we Włoszech, oddalonych od siebie nieraz o setki kilometrów. To wpłynęło nie tylko logistykę, ale i... tradycję. Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2026. Dlaczego są wyjątkowe? Jedną z największych rewolucji jest jednoczesne zapłonięcie dwóch zniczy olimpijskich. Ogień rozświetli Mediolan przy Łuku Pokoju oraz Piazza Dibona w Cortinie d'Ampezzo. To pierwszy taki przypadek w dziejach nowożytnego ruchu olimpijskiego. Sportowcy będą rywalizować w Mediolanie, Cortinie d'Ampezzo, naszych skoczków zobaczymy w Predazzo, biegi narciarskie zostaną rozegrane w Lago di Tesero, a pozostałe dyscypliny będą też w Anterselvie i Livigno. We Włoszech rozdana zostanie również rekordowa liczba 116 kompletów medali. Sportowcy powalczą o podium w 16 dyscyplinach, a wszystko to odbywa się w przyjaznej dla nas strefie czasowej. Dzięki temu polscy fani mogą śledzić starty biało-czerwonych bez zarywania nocy lub brania urlopów. Ceremonia otwarcia zimowych igrzysk we Włoszech Ceremonia otwarcia miała miejsce w aż czterech lokacjach na raz. Zorganizowano ją na stadionie San Siro w Mediolanie, ale i w Cortinie d’Ampezzo, Livigno oraz Predazzo. Widzowie mogli podziwiać występy takich gwiazd jak m.in. Mariah Carey. Ważnym punktem wieczoru była oczywiście defilada sportowców, podczas której polską flagę dumnie nieśli nasi weterani igrzysk: Natalia Czerwonka (piąty start) oraz Kamil Stoch (szósty). Panczenistka była chorążym w Mediolanie, a skoczek w Predazzo. Kiedy startują Polacy? Szanse medalowe na ZIO 2026 Łącznie we Włoszech Polskę reprezentuje 59 sportowców. Nasi reprezentanci są faworytami w łyżwiarstwie szybkim po świetnych występach w mistrzostwach Europy. Warto obserwować starty, w których pojawią się Damian Żurek, Marek Kania oraz Andżelika Wójcik i Karolina Bosiek, bo to właśnie oni mogą zdobyć medale. Mimo że skoczkowie nie są w najlepszej formie, to w sporcie nie ma nic pewnego i może czekać nas sporo zaskoczeń: Konkurs mężczyzn na normalnej skoczni zaplanowano na 9 lutego o godzinie 19:00. Rywalizacja drużyn mieszanych odbędzie się 10 lutego od 18:45. Finał na dużej skoczni rozegrany zostanie 14 lutego o 18:45. Pierwsze rywalizacje o medale zaczną się już jutro 7 lutego: w biegach narciarskich (o 13:00) i kobiecych skokach narciarskich. Wielki finał imprezy nastąpi 22 lutego podczas ceremonii zamknięcia w Weronie.

Chcesz glamping? Mercedes-Benz: mamy taki w Marco Polo 2026

Mercedes właśnie pokazał, że jego pomysł na luksusowy kamper wchodzi na zupełnie nowy poziom. I choć na pierwszy rzut oka to "stary, dobry znajomy", to diabeł (a w tym przypadku luksus) tkwi w szczegółach. Oto nowy Mercedes-Benz Marco Polo 2026. Jeździłem wieloma kamperami, ale Mercedes-Benz Marco Polo zawsze grał w innej lidze. Niby "śpiworowóz", ale jednak zawsze miał to coś więcej. To auto dla kogoś, kto kocha naturę, ale nienawidzi niewygody. Wersja na rok 2026, którą właśnie zaprezentowano, to jasny sygnał, że glamping nie jest już tylko modnym hasłem, to filozofia, którą Niemcy opanowali do perfekcji. Największa zmiana? Coś, co docenisz o 3:00 nad ranem, gdy będziesz chciał się wyprostować. Nowy dach podnoszony został wykonany z dwuwarstwowego aluminium. Jest lżejszy, stabilniejszy, ale co najważniejsze, po rozłożeniu tylnej części daje dodatkowe 10 cm przestrzeni nad głową. Może to niewiele, ale w świecie kamperów 10 centymetrów to różnica między "ciasno mi" a "mogę tu tańczyć". Smart dom na kołach To, co robi robotę, to nowa koncepcja oświetlenia. Oświetlenie ambientowe LED w dachu pozwala sterować nastrojem, od chłodnego światła, które stawia na nogi po porannym espresso, po ciepłe barwy idealne do wieczornego czytania książki. A jeśli o czytaniu mowa to nowe okno dachowe (dostępne od połowy 2026 roku) pozwala gapić się w gwiazdy prosto z łóżka. Mercedes nie byłby sobą, gdyby nie dołożył solidnej porcji technologii. System MBAC (Mercedes-Benz Advanced Control) został zaktualizowany. Teraz z poziomu ekranu w kokpicie lub aplikacji w telefonie sterujesz niemal wszystkim: dachem, lodówką, oświetleniem, a nawet nowym systemem nagłośnienia. Ten ostatni ma osiem głośników i subwoofer, a dzięki Bluetooth gra nawet wtedy, gdy wyłączysz stacyjkę. To mały detal, ale pewnie będzie umilał pobyt w kamperze. Detale, które ułatwiają życie Inżynierowie najwyraźniej słuchali użytkowników, bo poprawili rzeczy, które w poprzednich latach bywały irytujące. Wprowadzono nową koncepcję markizy i można ją teraz łatwo zdemontować, co doceni każdy, kto próbował wjechać Marco Polo do automatycznej myjni. Korba do jej obsługi ma swoje stałe, sprytne miejsce, więc nie lata już po całym aucie. Do tego dochodzi nowy system zaciemniania. Zapomnij o mocowaniu się z przyssawkami, które odpadają w najmniej odpowiednim momencie. Teraz osłony w kokpicie trzymają się na magnesy. Szybko, czysto i co najważniejsze skutecznie odcina cię od wścibskich spojrzeń na polu kempingowym. Ciekawostką jest fakt, że odświeżony Marco Polo zmienia miejsce urodzenia. O ile baza (Klasa V) wciąż wyjeżdża z hiszpańskiej Vitorii, o tyle cała "magia" kempingowa dzieje się teraz w niemieckim Ludwigsfelde. Mercedes przejął pełną kontrolę nad produkcją zabudowy, co ma gwarantować jeszcze wyższą jakość i miejmy nadzieję krótszy czas oczekiwania na wymarzony egzemplarz. Dla tych, którzy nie potrzebują pełnej kuchni i szafek, w ofercie pozostaje Marco Polo HORIZON. To idealna opcja na weekendowe wypady, która teraz w standardzie dostała dodatkowe poduszki powietrzne (od słupka A do D), dbając o bezpieczeństwo pasażerów w każdym rzędzie. Co przyniesie przyszłość? To wydanie Marco Polo to piękna ewolucja, ale prawdziwa rewolucja czai się za rogiem. Mercedes już zapowiada, że pod koniec dekady zobaczymy vany oparte na zupełnie nowej architekturze: VAN.EA (elektryczne) oraz VAN.CA (spalinowe). Zanim jednak pożegnamy obecną generację, ten odświeżony model wydaje się być najlepszym sposobem na luksusową ucieczkę od cywilizacji. Nowe modele zadebiutują na targach Caravan Salon w Düsseldorfie (28 sierpnia – 6 września), a zamówienia będzie można składać już wkrótce.

Pelletu brakuje nawet przy cenach z kosmosu. Współczuję tym, którzy kupili kotły

Pellet stał się ofiarą własnej popularności. Jeszcze niedawno był symbolem ekologii, oszczędności i stabilności. Od wielu miesięcy właściciele kotłów mierzyli się jednak z podwyżkami cen paliwa, a obecnie... praktycznie nie da się go kupić. Dlaczego pellet stał się towarem deficytowym i kiedy będzie znów dostępny? Popularność tej biomasy w naszym kraju (ale i Europie) wystrzeliła w tempie, którego nikt się nie spodziewał. Polacy zaczęli masowo wymieniać stare piece gazowe czy kopciuchy na nowoczesne kotły na pellet. W programie dofinansowania "Czyste Powietrze" wyprzedziły nawet pompy ciepła. Niestety, ogromny popyt w połączeniu z ograniczoną podażą surowca (jest produkowany z odpadów roślinnych i drzewnych np. z tartaków) sprawił, że rynek obecnie przeżywa kryzys. Jeśli już nawet gdzieś dostaniemy pellet, to będzie on dwa razy droższy niż parę miesięcy temu. Cena pelletu za tonę bije rekordy. To już nie jest taki tani opał W naTemat w listopadzie 2025 roku pisaliśmy o problemach z podwyżkami cen tego paliwa. Już wtedy było wiadomo, że pellet, jako tani opał, przechodzi do historii, bo stawki wzrosły o ponad 20 proc. w skali roku. Za wysokiej jakości produkt trzeba było jesienią zapłacić od 1400 do nawet 2000 zł w popularnych sieciach handlowych. A jeszcze w 2024 r. kosztował ok. 1200 zł. Skąd te podwyżki? Powodów jest kilka. O jednym, czyli wysokim popycie, już pisaliśmy, Kolejny to nowe, restrykcyjne normy jakościowe, które wyczyściły rynek z podejrzanych, tanich mieszanek (niektórzy producenci np. sprzedawali zmielone stare, lakierowane meble). Dodatkowo tartaki tną produkcję przez własne koszty (np. wzrost rachunków za prąd), co również ograniczyło dostęp do trocin i zrębków niezbędnych do wytwarzania granulatu. Ponadto zaczął się sezon grzewczy, a siarczyste mrozy w tym roku trwają bardzo długo, więc zapotrzebowanie na surowiec do ogrzewania domów jest także większe niż np. rok temu. Braki pelletu w całej Polsce w 2026 r. Zima dała w kość właścicielom kotłów na biomasę Przez mroźną zimę w wielu regionach kraju paliwa po prostu brakuje. Składy świecą pustkami, a tam, gdzie towar jeszcze jest, wprowadzana jest reglamentacja niczym w czasach PRL. Klienci mogą liczyć jedynie na np. 300-400 kilogramów opału na głowę. Przy niskich temperaturach to starcza na zaledwie kilka dni. Głównym problemem jest jednak fakt, że krajowa produkcja nie nadąża za gigantycznym zainteresowaniem, jakie wygenerował program "Czyste Powietrze". "W Polsce nie mamy tyle biomasy, żeby zaspokoić rosnące potrzeby" – przyznał na antenie Polsat News Andrzej Guła z Polskiego Alarmu Smogowego. Ekspert zauważył, że biomasę podbiera też przemysł, który jeszcze bardziej uszczupla zapasy dla zwykłych klientów. Kto nie zrobił wcześniej zapasów, ten ma teraz poważny problem, bo obecna sytuacja będzie się ciągnąć aż do końca zimy. Kiedy spadną ceny pelletu? Pewnie dopiero wiosną Cytowany przez Polsat News ekspert ostrzega, że dopóki trwa sezon grzewczy, trudno będzie liczyć na zmianę sytuacji. Poprawa dostępności nastąpi prawdopodobnie dopiero wiosną. To jednak nie rozwiąże to problemu systemowego, jakim jest brak odpowiedniej ilości tego surowca w Polsce. Według Andrzeja Guły jedyną skuteczną receptą w dłuższej perspektywie jest "poprawa efektywności energetycznej polskich domów". Bez mniejszego zapotrzebowania na ciepło każda kolejna zima może przynieść powtórkę problemu z cenami i dostępnością pelletu.

Wiemy, kiedy premiera 4. sezonu "Stamtąd". Nie oderwiecie się od telewizora

"Stamtąd" to jedna z największych telewizyjnych niespodzianek ostatnich lat, która skradła serca widzów z Polski. Paranormalny serial z Haroldem Perrineau niebawem doczeka się 4. sezonu. Twórcy ujawnili datę premiery nowych odcinków, a także podzielili się z fanami krótkim zwiastunem. "Stamtąd" nie bez powodu jest porównywany do kultowego serialu "Zagubieni" z lat 2004-2010. Jego twórcami są w końcu Jack Bender i Jeff Pinkner, producenci hitu o pasażerach samolotu linii Oceanic Airlines. W produkcji Epix i MGM+ główną rolę odgrywa Harold Perrineau (odtwórca Michaela w "Lost"), który tym razem wciela się w szeryfa Boyda Stevensa. To na jego barkach spoczywa ochrona mieszkańców znajdującego się z dala od cywilizacji miasteczka Fromville, które nocą atakują przypominające zwykłych ludzi krwiożercze bestie. "4. sezon otworzy drzwi, które niektórzy mieszkańcy będą woleli, żeby pozostały zamknięte" – zapowiedzieli twórcy serialu. Znamy datę premiery 4. sezonu "Stamtąd". Pokazano też zwiastun Po finale 3. sezonu, w którym dowiedzieliśmy się, że niektórzy bohaterowie są drugim wcieleniem poprzednich mieszkańców Fromville (np. Tabitha była niegdyś matką Victora), a podróżowanie w czasie to nie bajka, stawka w "Stamtąd" jest większa niż życie. Postaciom zagraża tajemniczy mężczyzna w ubrudzonym żółtym garniturze. Harold i jego drużyna będą żałować, że próbowali dociec prawdy. "Im bliżej odpowiedzi są mieszkańcy miasteczka, tym bardziej przerażające stają się ich poszukiwania. Kim jest mężczyzna w żółci i czego chce? Czy wyznanie Jade i Tabithy okaże się kluczem do powrotu do domu? Jak długo jeszcze Boyd zdoła utrzymać społeczność w całości?" – czytamy w oficjalnej zapowiedzi 4. sezonu "Stamtąd". MGM+ przekazało, że premiera nowych odcinków odbędzie się w Stanach Zjednoczonych już 19 kwietnia bieżącego roku. W Polsce najpewniej nowa odsłona zadebiutuje z lekkim opóźnieniem – tak było w przypadku poprzednich rozdziałów "Stamtąd". U boku Harolda Perrineau zobaczymy na małym ekranie m.in. Catalinę Sandino Moreno ("Ballerina. Z uniwersum Johna Wicka"), Eiona Baileya ("Kompania braci"), Hannah Cheramy ("Letnia miłość"), Simona Webstera ("Świąteczny rycerz"), Chloe Van Landschoot ("Lune"), Ricky'ego He ("Zakręcony piątek"), Davida Alpaya ("Oni obserwują") oraz Scotta McCorda ("Podróże Justina").

Władze Gdańska zamknęły... Motławę. Same piszą o "absurdalnym zakazie"

Jedna z największych atrakcji tej zimy, której zdjęcia w weekend błyskawicznie obiegły internet, jest już atrakcją zakazaną. Gdański Ośrodek Sportu rozwiesił właśnie przy zamarzniętej rzece Motławie tabliczki z napisem "zakaz wejścia". Urzędnicy przestraszyli się tłumów spacerujących po lodzie. I tego w jak kreatywny sposób ludzie spędzali na rzece czas wolny. W miniony weekend polski internet oszalał na punkcie tego, co działo się w sercu Gdańska. Motława zamarzła, i to porządnie, po raz pierwszy tak mocno od kilkunastu lat. Wiele osób wybrało ją na miejsce spaceru, nawet premier Donald Tusk wrzucił na swojego Instagrama krótki film z chodzącymi po lodzie ludźmi w tle. Wiralowa Motława Od razu rozgorzała dyskusja o bezpieczeństwie – strażacy powtarzali w kółko, że nie ma bezpiecznego lodu, inni odpowiadali, że w Skandynawii chodzenie po zamarzniętych akwenach to normalka i przy takiej grubości tafli nie ma się czego obawiać. Faktycznie pokrywa lodu na Motławie na początku tego tygodnia miała grubość około 30 centymetrów. Co oznaczało, że szanse na to, że tafla załamie się pod chodzącą po niej osobą, były minimalne. Ale sytuacja pogodowa zaczęła się zmieniać, w czwartek w Gdańsku zaczął padać marznący deszcz zwiastujący odwilż. I nawet jeśli nie oznacza to z automatu rozmrożenia malowniczej rzeki, to służbom zapaliła się lampka ostrzegawcza. Zakaz wejścia na rzekę Nigdy nie przyszłoby nam do głowy wymyślić równie absurdalnego "zakazu wejścia" - napisał dziś na swoim profilu Gdański Ośrodek Sportu, umieszczając grafikę z postawioną tabliczką zakazującą wejścia na zamarzniętą rzekę. Ale w związku z ludzką "kreatywnością": spacerami po zamarzniętej rzece, łyżwami, hokejem, przechadzkami z dziećmi w wózkach i psami, jazdą rowerami, hulajnogami, rozwiercaniem lodu by sprawdzić jego grubość, dotykaniem Sołdka, sesjami zdjęciowymi czy piknikami na lodzie zamykamy Motławę aż do wiosny! - ogłasza GOS. I choć GOS robi to z przymrużeniem oka, to na koniec już serio zwraca uwagę, że chodzenie po zamarzniętym lodzie bywa śmiertelnie niebezpiecznie. O wiele poważniej wyglądają kartki rozmieszczone nad Motławą przez Kapitanat Portu Gdańsk. Tam do bezwzględnego zakazu wchodzenia na lód dodana jest podstawa prawna: artykuł 60b Ustawy o obszarach morskich Rzeczpospolitej, "Kto na obszarze portu morskiego lub przystani morskiej, a także kotwicowisk położonych poza obszarem portów oraz torów wodnych łączących te kotwicowiska z wodami portowymi wchodzi lub wjeżdża na lód, podlega karze grzywny". Zakaz niby jest, ale go nie ma Z lodem jest w Polsce ten problem, że kar za złamanie tego zakazu nie mogą nakładać policja czy straż miejska. Mogą się więc oni ograniczać do komunikowania tego, że taka aktywność jest niebezpieczna. Dochodziło więc w ostatnich dniach do absurdalnych sytuacji, w których setki ludzi chodziło po Motławie i robiło sobie zdjęcia, a z megafonów w radiowozach emitowane były komunikaty o tym, że lód jest niebezpieczny, z których nikt sobie niczego nie robił. Ba, nawet część strażaków, w tym rzecznik Komendy Wojewódzkiej Straży Pożarnej w Gdańsku, z którym miałem okazję o tym rozmawiać, nie widzi problemu w takich spacerach, o ile znamy procedury bezpieczeństwa i jesteśmy przygotowani na wypadek niebezpiecznych sytuacji. Post Gdańskiego Ośrodka Sportu od razu wywołał lawinę komentarzy. I rozkładają się one niemal równo po połowie na przychylne tej decyzji i srogo ją krytykujące. Jedni cieszą się, że wreszcie ukróci się niebezpieczny proceder, inni mówią, że to pomysł porównywalny z zamykaniem lasów w trakcie pandemii. Wróćmy więc do tak często przytaczanej jako przykład Skandynawii. Tam, na północy sroga zima nie jest taką rzadkością jak u nas, dzieci w szkołach są uczone zasad bezpieczeństwa przy chodzeniu na lodzie, a społeczeństwo jest bardziej skore do przestrzegania narzuconych reguł. U nas działa to nieco inaczej, wszak przysłowie "Polak mądry po szkodzie" to wcale nie pustosłowie. Warto więc pamiętać o zdrowym rozsądku. I, jeśli już chcemy wracać na lód, to może nie w tak dużych skupiskach ludzi, i może dopiero po powrocie do Polski bardzo silnych mrozów. A te czekają nas jeszcze w tym miesiącu.

Giertych pomaga policji w ściganiu Ziobry. Wskazał, gdzie może być polityk PiS

Zbigniew Ziobro jest oficjalnie poszukiwany listem gończym. Usłyszał poważne zarzuty i ukrywa się za granicą, ale prokuratura nie zamierza odpuszczać. Do akcji wkroczył też Roman Giertych, który wskazał możliwe miejsce pobytu poszukiwanego polityka PiS. Po decyzji o aresztowaniu Zbigniewa Ziobry, który wydał wczoraj (5 lutego) sąd, wystawienie listu gończego było tylko kwestią czasu. Wszyscy wiemy, że polityk PiS jest gdzieś na Węgrzech, bo tam otrzymał azyl polityczny. List gończy za Zbigniewem Ziobrą stał się faktem Prokuratura krajowa zapewnia, że ma dowody na ogromne prawdopodobieństwo popełnienia przez podejrzanego aż 26 przestępstw. Sytuacja jest poważna, ponieważ śledczy wprost mówią o próbach unikania odpowiedzialności i celowym ukrywaniu się. "Miejsce pobytu podejrzanego Zbigniewa Ziobry jest nieznane. Nie przebywa on pod żadnym znanym adresem w kraju. W mediach wprost wskazuje, że intencjonalnie unika uczestnictwa w czynnościach procesowych w charakterze podejrzanego" – twierdzi Prokuratura Krajowa. Sąd chce go aresztować, bo uznał, że wysoka kara, sięgająca nawet 25 lat więzienia, może skłaniać byłego ministra do niszczenia dowodów lub wpływania na zeznania innych osób zamieszanych w sprawę. Roman Giertych wskazuje, gdzie jest Zbigniew Ziobro Do poszukiwań byłego szefa resortu sprawiedliwości włączył się Roman Giertych. Adwokat twierdzi, że doskonale wie, gdzie obecnie przebywa ścigany polityk, ponieważ ten miał sam się "ujawnić" podczas innej rozprawy sądowej. "Wypełniając ustawowy obowiązek informowania o miejscu pobytu poszukiwanego, chciałbym oświadczyć, że dzisiaj Zbigniew Ziobro na zdalnej rozprawie, gdzie odpowiada za naruszenie moich dóbr osobistych, usprawiedliwił swą nieobecność tym, że jest w ośrodku zdrowia na terenie Węgier" – napisał Roman Giertych na platformie X. Dlaczego Zbigniew Ziobro jest poszukiwany? Głównym powodem problemów Ziobry są nieprawidłowości związane z Funduszem Sprawiedliwości, który mu podlegał, gdy był ministrem sprawiedliwości. Śledczy zarzucają mu kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą oraz współudział w wyprowadzaniu milionów złotych. Pieniądze, które miały trafiać do ofiar przestępstw, miały być wykorzystywane do budowania zaplecza politycznego i finansowania podmiotów powiązanych z jego otoczeniem. Zbigniew Ziobro od grudnia korzysta z ochrony rządu Viktora Orbána. Jego obrońca potwierdził, że polityk ma azyl na Węgrzech. Budapeszt argumentuje to łamaniem praw obywatelskich w Polsce. To jednak sprawia, że krajowy list gończy może nie wystarczyć, dlatego prokuratura już planuje wystawienie Europejskiego Nakazu Aresztowania, aby sprowadzić go przed polskie oblicze sprawiedliwości. Nakaz ma zostać wydany w przyszłym tygodniu.

❌