Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 8 kwietnia 2026 naTemat.pl - artykuły i wpisy blogerów

Przejechała tak z Czech do Szklarskiej Poręby. Iskry zamiast gumy, a alkohol zamiast mózgu

Są takie historie, w które trudno uwierzyć, dopóki nie zobaczy się policyjnych zdjęć. To, co wydarzyło się w nocy z 5 na 6 kwietnia 2026 roku na dolnośląskich drogach, wymyka się wszelkim racjonalnym kategoriom. To nie był zwykły brak wyobraźni, to był czysty, mechaniczny i alkoholowy obłęd. Wszystko zaczęło się od anonimowego zgłoszenia. Świadkowie przecierali oczy ze zdumienia, widząc samochód jadący ze Szklarskiej Poręby w kierunku Piechowic. Z auta odpadały elementy karoserii, a zamiast szumu opon, okolice rozdzierał przeraźliwy pisk metalu trącego o asfalt. Policjanci, którzy błyskawicznie ruszyli w pościg, namierzyli pojazd na jednej ze stacji paliw. Widok był przedziwny. Samochód, a właściwie to, co z niego zostało, nie posiadał dwóch opon. Kierująca nim kobieta pokonywała kolejne kilometry na samych felgach, kompletnie ignorując fakt, że jej auto znajduje się w stanie technicznym stwarzającym śmiertelne niebezpieczeństwo. 3 promile i "wycieczka" z Czech Za kierownicą siedziała 49-letnia Czeszka. Jak ustalili mundurowi, kobieta przyjechała z Jablonca na wycieczkę. Niestety, zamiast podziwiać widoki Karkonoszy, postanowiła sprawdzić wytrzymałość swojego organizmu i podzespołów auta. Od kierującej już przy pierwszym kontakcie wyczuwalna była silna woń alkoholu. Wynik badania alkomatem wprawił funkcjonariuszy w osłupienie: kobieta miała blisko 3 promile alkoholu w organizmie. Przy takim stężeniu większość ludzi ma problem z utrzymaniem pionu, a 49-latka uznała, że to świetny moment na rajd po górskich serpentynach bez opon. Policja nie miała cienia litości i słusznie. Jazda pod wpływem alkoholu w tak ekstremalnym wydaniu to proszenie się o tragedię. Samochód został natychmiast odholowany na parking, a "turystka" trafiła do aresztu. Z racji tego, że dowody są niepodważalne, a zagrożenie było ogromne, sprawą zajmie się sąd w trybie przyspieszonym. Kobiecie grozi nie tylko wysoka grzywna i wieloletni zakaz prowadzenia pojazdów, ale także kara pozbawienia wolności. To brutalne przebudzenie z alkoholowego snu o "wycieczce" do Polski. Bezpieczeństwo na drodze to nie żart Ten incydent to drastyczne przypomnienie o tym, jak wielką plagą są nietrzeźwi kierowcy. Mundurowi ze Szklarskiej Poręby apelują o rozsądek. Pamiętajmy, że każdy promil za kółkiem zmienia samochód w niebezpieczne narzędzie. Jeśli widzisz na drodze pojazd, który zachowuje się nienaturalnie, z którego odpadają części lub którego kierowca nie trzyma toru jazdy, nie wahaj się. Jeden telefon pod numer alarmowy może uratować życie postronnych osób, które miały pecha znaleźć się na trasie kogoś, kto pomylił odwagę z promilami.

Przymrozki nadchodzą do całej Polski. Lepiej zabezpiecz rośliny i samemu uważaj

Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej ostrzega: wiosenne ciepło pozostanie na razie wyłącznie miłym wspomnieniem ze świąt. Nad Polskę nadciąga fala przymrozków, która może pokrzyżować plany nie tylko kierowcom, ale przede wszystkim rolnikom i działkowcom. Po kilku dniach zmagań z porywistymi i niebezpiecznymi wichurami, które wciąż przetaczają się przez niemal cały kraj, natura serwuje nam kolejny pogodowy zwrot. Choć wielkanocne ciepło rozbudziło w nas nadzieje na pierwsze pikniki i stałą wiosenną aurę, najbliższe noce brutalnie sprowadzą nas na ziemię. Warto jednak zrozumieć, że nie czeka nas powrót siarczystego mrozu trzymającego przez całą dobę, a jedynie zdradliwe zjawisko typowe dla okresów przejściowych. W meteorologii przymrozek definiuje się jako spadek temperatury powietrza przy gruncie poniżej 0 stopni Celsjusza, podczas gdy w ciągu dnia temperatura pozostaje dodatnia, a średnia dobowa przekracza 0 stopni. To zjawisko występuje w Polsce głównie wiosną i jesienią, stanowiąc ogromne zagrożenie dla przyrody, ponieważ powoduje dotkliwe uszkodzenia młodych pędów i pąków roślin, które zdążyły już zareagować na wcześniejsze ocieplenie. Prognoza zagrożeń meteorologicznych. Mapa Polski zmieni kolor Synoptycy IMGW opublikowali najnowszą prognozę zagrożeń meteorologicznych, która nie pozostawia złudzeń: przed nami seria lodowatych nocy. Już dzisiaj, w środę 8 kwietnia, sytuacja zacznie się drastycznie zmieniać. Podczas gdy na południu kraju, zwłaszcza w województwach małopolskim i podkarpackim, spodziewane są nawet opady śniegu, reszta Polski zacznie "zamarzać". Przymrozki mają wystąpić niemal w każdym zakątku kraju – jedynymi regionami, które według przewidywań unikną dziś żółtych alertów, są: południowy wschód Polski, część województwa zachodniopomorskiego oraz pas nadmorski. Kolejne dni wcale nie przyniosą ulgi. W czwartek 9 kwietnia do niskich temperatur w całym kraju dołączy niebezpieczne oblodzenie, które szczególnie da się we znaki mieszkańcom południowych powiatów śląskiego, małopolskiego i podkarpackiego. Jezdnie i chodniki mogą zamienić się wtedy w lodowiska. W piątek 10 kwietnia fala przymrozków obejmie całą Polskę, omijając jedynie Lubelszczyznę. Z kolei w sobotę 11 kwietnia zimno dalej utrzyma się w przeważającej części kraju, a oddechu od mroźnych prognoz mogą spodziewać się jedynie mieszkańcy województwa łódzkiego. Alerty pierwszego stopnia. Co oznacza żółty komunikat? Warto wyjaśnić, czym dokładnie jest prognoza zagrożeń, o której informuje IMGW. Można określić ją jako pewien rodzaj wczesnego systemu ostrzegania. Meteorolodzy dają nam znać z wyprzedzeniem, że w konkretnych regionach warunki pogodowe mogą stać się niebezpieczne. To sygnał, by zacząć śledzić komunikaty i przygotować się na utrudnienia, zanim jeszcze oficjalne ostrzeżenie wejdzie w życie. W przypadku nadchodzących przymrozków mowa o ostrzeżeniach pierwszego stopnia. Choć żółty kolor na mapie wydaje się najłagodniejszy, nie należy go lekceważyć. Według kryteriów IMGW, takie zjawiska mogą powodować realne straty materialne oraz stwarzać zagrożenie dla zdrowia i życia. Co istotne, w klasyfikacji IMGW przymrozki posiadają tylko jeden stopień zagrożenia – właśnie pierwszy – więc żółty alert jest w tym przypadku sygnałem maksymalnej czujności. Dla kogo mróz jest najgroźniejszy? Rolnicy mają powody do obaw Nagłe spadki temperatury przy gruncie to fatalna wiadomość dla kilku konkretnych grup. Największy niepokój panuje obecnie wśród rolników, sadowników i właścicieli ogrodów. O tej porze wegetacja wielu roślin ruszyła pełną parą. Drzewa owocowe, które zdążyły już wypuścić pąki lub zakwitnąć, są teraz ekstremalnie narażone na przemarznięcie, co może drastycznie wpłynąć na tegoroczne zbiory. Każdy, kto zdążył już posadzić pierwsze sadzonki na działce, powinien pilnie zabezpieczyć je agrowłókniną lub osłonami. Również kierowcy muszą zachować wzmożoną ostrożność. Wielu właścicieli aut, zachęconych wcześniejszym ciepłem, zdążyło już wymienić opony na letnie. Przy zerowej temperaturze i lokalnym oblodzeniu guma letnia twardnieje i traci przyczepność, co w połączeniu z porannym skrobaniem szyb może sprawić, że droga do pracy stanie się niebezpiecznym wyzwaniem. Z przedstawionych prognoz wynika, że najbliższe dni to czas, w którym zamiast planować grillowanie, będziemy musieli skupić się na ochronie naszych upraw i bezpiecznym poruszaniu się na jezdniach.

Tusk bierze się za kryptowaluty. Na głos odczytał informacje otrzymane z ABW

Donald Tusk przed posiedzeniem rządu zabrał głos w sprawie kryptowalut. Przekazał informacje, które otrzymał od Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Premier nawiązał do głośnego zamieszania wokół jednej z czołowych giełd, a także do weta prezydenta w sprawie ustawy mającej kryptowalutowy rynek uregulować na nowo. Karol Nawrocki odmówił podpisania wspomnianej ustawy 1 grudnia 2025 r., a Kancelaria Prezydenta tłumaczyła tę decyzję m.in. nadmierną ingerencją państwa, ryzykiem blokowania działalności oraz wysokością opłat nadzorczych. Podobną argumentację od miesięcy podnosiła część branży krypto. To właśnie zbieżność tych argumentów, a także polityczne komentarze po wecie, uruchomiły spekulacje o możliwym wpływie środowiska kryptowalutowego na decyzję prezydenta. Ostatnio w mediach głośno o relacjach klientów, którzy zaczęli skarżyć się na opóźnienia w wypłatach pieniędzy z rynku krypto. Niepokój narasta, a ludzie, jak nie wiedzą, o co chodzi, to myślą od razu, że chodzi o pieniądze, a bardziej ich brak. Donald Tusk o kryptowalutach. Odczytał informacje z ABW – O uwagę proszę przede wszystkim prezydenta Nawrockiego, jego ludzi, także liderów PiS-u i Konfederacji. Coraz głośniej jest w sprawie rynku kryptowalut w Polsce, a dokładnie problemów klientów. I zbliża się nieuchronnie czas ponownego głosowania nad wetem prezydenta – rozpoczął swoje przemówienie przed posiedzeniem rządu w środę (8 kwietnia) Tusk. – Mam informacje, które rodzą bardzo dramatyczne pytania: dlaczego PiS konfederacja i prezydent blokują te rozwiązania. I być może ta informacja zmusi ich do refleksji, że trzeba odrzucić to weto i może przyczynią się do tego te ponure informacje w tej sprawie – stwierdził premier i przytoczył notatkę, którą dostał z ABW. – Na przełomie października i listopada 2025 roku. Miesiąc przed głosowanie weta prezydenta ws. regulacji rynku kryptowalut Przemysław Kral, prezes zarządu zondacrypto dokonał wpłat na rzecz dwóch fundacji. 450 tys. wpłacono na fundację "Instytut Polski Suwerennej" Zbigniewa Ziobro. Część z tych środków przekazano na prawników, obrońców Dariusza Mateckiego i księdza Michała Olszewskiego – czytał Tusk. – Inna spółka związana z zondacrypto i panem Kralem Expofer Servis House zrealizowała transakcję na rzecz fundacji posła Przemysława Wiplera. Fundacja, żeby było zabawniej, nazywa się "Dobry rząd". Spółka przelała jej 70 tys. euro. Zondacrypto była również głównym sponsorem imprezy CPAC, imprezy prawicowych działaczy. W trakcie kampanii prezydenckiej najważniejszymi uczestnikami tej imprezy byli prezydenci Duda i Nawrocki – wspomniał szef rządu. – To jest tylko część materiału. Nic tu chyba nie trzeba więcej dodawać. Ja apeluję do wszystkich, którzy uczestniczyli w tym procederze, żeby zastanawiali się nad tym, czy to jest jeszcze do zatrzymania: ta akcja blokowania państwa polskiego. Akcja, która ma na celu prezentowanie interesów kilku wybranych firm i ludzi przeciwko interesom państwa polskiego i tysięcy obywateli. (...) Liczę na zmianę stanowiska w tej kwestii – podsumował. Szef zondacrypto wyjaśnia w naTemat: Nie znam prezydenta Nawrockiego Przypomnijmy, że Przemysław Kral rozmawiał o tym niedawno z Pawłem Orlikowskim w naTemat.pl. Padło wówczas pytanie o spekulacje po prezydenckim wecie do ustawy o rynku kryptowalut. – Ja nie znam prezydenta Nawrockiego, nie lobowałem u niego. Są różne tezy, już słyszałem ich bardzo wiele. Absolutnie jest to nieprawda – przekonywał Przemysław Kral. – Ta ustawa de facto nie ma żadnego znaczenia dla naszej firmy. Więc czy ona jest, czy jej nie ma, naprawdę to jest dla nas zupełnie nieistotne. Absolutnie ten zarzut lobbingu jest jakiś wyssany z palca – dodał. Według Przemysława Krala do klientów, mimo opóźnień, trafiają wszystkie pieniądze. – Powiem tak, absolutnie nie bankrutujemy, absolutnie zwracamy pieniądze klientom. No i cóż powiedzieć, w najbliższym czasie będziemy informować, ile zwróciliśmy, jak to wygląda i ilu klientów zostało przez nas obsłużonych – zapowiedział Przemysław Kral.

Nawet 10 tys. zł za rynnę przy twoim domu. Masowe kontrole właśnie ruszyły

Samorządy ruszają z masową akcją sprawdzania przydomowych instalacji odprowadzających deszczówkę. Jeden błąd w podpięciu rynny może kosztować właściciela posesji nawet 10 tysięcy złotych kary, a wykrycie nieprawidłowości jest prostsze, niż mogłoby się wydawać. Problem nielegalnego odprowadzania wody opadowej do sieci sanitarnej stał się plagą, z którą gminy zamierzają walczyć bez taryfy ulgowej. Systemy, które mają odbierać ścieki z naszych łazienek i kuchni, nie wytrzymują naporu deszczówki, co coraz częściej prowadzi do paraliżu lokalnej infrastruktury. Właśnie dlatego spółki wodociągowe w całym kraju rozpoczynają wnikliwe kontrole posesji. Dlaczego deszczówka w kanalizacji to groźna pułapka? Wiele osób wychodzi z założenia, że woda to woda – niezależnie od tego, do której rury trafi. To jednak błąd, który może doprowadzić do katastrofy. Kanalizacja sanitarna ma znacznie mniejsze średnice rur niż systemy deszczowe, ponieważ projektuje się ją wyłącznie pod kątem odbioru ścieków bytowych. Gdy podczas ulewy do tego systemu trafiają tysiące litrów wody z dachu, sieć błyskawicznie staje się niewydolna. Skutki są odczuwalne dla wszystkich mieszkańców. Przeciążony system reaguje tzw. "cofkami", czyli zalewaniem piwnic i najniższych kondygnacji budynków fekaliami. Dodatkowo woda z rynien niesie ze sobą piasek, kamienie i liście, które zapychają rury i niszczą kosztowne urządzenia w przepompowniach. Dla gmin to także ogromne koszty finansowe – oczyszczalnie muszą przerobić gigantyczne ilości wody deszczowej, co drastycznie podnosi zużycie energii i ostatecznie może wpływać na wyższe stawki za ścieki dla wszystkich podatników. Technologia zadymiania. Czyli jak dym ujawnia błędy Spółki komunalne nie muszą wchodzić do domów, by wykryć nielegalne przyłącze. Obecnie najpopularniejszą i najbardziej skuteczną metodą jest zadymianie kanalizacji sanitarnej. Urzędnicy korzystają ze specjalnych wytwornic, które wtłaczają do studzienek gęstą, białą mgłę. Jest to roztwór posiadający odpowiednie atesty – dym jest bezwonny, nietoksyczny i całkowicie bezpieczny dla ludzi, zwierząt oraz środowiska. Zasada działania jest banalnie prosta: jeśli dym wpompowany do sieci sanitarnej nagle zacznie wydostawać się z rynny, kratki ściekowej na podjeździe lub instalacji wewnątrz budynku, sprawa jest jasna. Oznacza to, że systemy są połączone niezgodnie z prawem. Gminy zazwyczaj publikują harmonogramy takich akcji dymowych na swoich stronach i w mediach społecznościowych, dając mieszkańcom szansę na samodzielne usunięcie problemu. Surowe mandaty i procedura usuwania nielegalnych przyłączy Właściciel posesji, na której wykryto nieprawidłowości, musi liczyć się z konsekwencjami. W łagodniejszym scenariuszu kontrolerzy wystawiają wezwanie do trwałego odcięcia nielegalnego odpływu. Właściciel zostaje wtedy zobowiązany do zagospodarowania deszczówki na własnym terenie, na przykład poprzez montaż zbiorników na wodę do podlewania ogrodu, budowę drenażu rozsączającego lub – o ile istnieje taka możliwość – wpięcie się do dedykowanej kanalizacji deszczowej. Jeśli jednak właściciel zignoruje zalecenia lub uporczywie łamie przepisy, wchodzą w grę rygorystyczne kary finansowe. Zgodnie z obowiązującym prawem, za nielegalne wprowadzanie wód opadowych do kanalizacji sanitarnej grozi grzywna sięgająca nawet 10 tysięcy złotych. Samorządy zapowiadają, że będą działać bezkompromisowo, ponieważ każda taka nielegalna rura to realne zagrożenie dla stabilności całego systemu i bezpieczeństwa pozostałych użytkowników sieci. W przypadku braku reakcji, sprawy będą automatycznie przekazywane do nadzoru budowlanego.

Jaki będzie finał "szaleństw" Trumpa? Gen. Polko dla naTemat: Nadchodzi nowy porządek

Najpierw usłyszeliśmy o "końcu cywilizacji", chwilę później o "złotej erze pokoju". Ten chaos komunikatów Donalda Trumpa – zdaniem gen. Romana Polko – nie jest przypadkiem, tylko oznaką groźnego braku kontroli. W "Rozmowie naTemat" były dowódca GROM mówi wprost: nadchodzi nowy porządek świata. Generał Roman Polko w "Rozmowie naTemat" wskazuje, że za szumem informacyjnym Donalda Trumpa ws. wojny na Bliskim Wschodzie kryje się chaos, brak strategii i realne zagrożenia dla globalnego bezpieczeństwa. Jego zdaniem, nie ma w tym żadnej logiki, a na domiar złego – sam Trump brzmi już jak Putin. Generał Polko o działaniach Trumpa: Czyste szaleństwo – Porażające jest to, że prezydent największego kraju świata, kraju, który oparty jest na demokracji, na poszanowaniu człowieka, zapowiada koniec cywilizacji – mówi gen. Roman Polko. Jak podkreśla, przekroczona została granica, której wcześniej nie naruszano nawet podczas kontrowersyjnych operacji wojskowych. Jednocześnie generał odrzuca narrację o "strategicznej grze" Trumpa. – Otóż ten bałagan i chaos na Bliskim Wschodzie zaprowadził prezydent Trump nieprzemyślaną interwencją i w tym szaleństwie nie ma żadnej metody. Tego się uczyłem w samych Stanach Zjednoczonych, a prezydent Trump niestety nie słucha swoich podwładnych. Nie słucha ekspertów, tylko słucha samego siebie i codziennie budzi się z innym snem – dodaje były dowódca GROM. Jego zdaniem to nie "wielopoziomowe szachy", ale chaos, który destabilizuje relacje międzynarodowe. Polko zwraca uwagę, że na napięciach korzysta przede wszystkim Kreml. – Rosja też była zainteresowana uwikłaniem Stanów Zjednoczonych w taką drugą wojnę, bo wiadomo było, że wsparcie w żaden sposób ze strony amerykańskiej nie będzie udzielane Ukrainie – podkreśla. NATO nie jest już "papierowym tygrysem" W kontekście zapowiedzi Kremla, które sugerują przetestowanie artykułu 5. NATO – ważne jest pytanie o trwałość Sojuszu. Choć przez lata pakt był krytykowany za słabość, dziś – zdaniem generała – sytuacja się zmienia. – Europa mocno wzięła się za zacieśnienie szeregów i dzisiaj mówienie o tym, że NATO jest papierowym tygrysem jest nieporozumieniem. To jest woda na młyn kremlowskiej propagandy. Europa na szczęście się obudziła – twierdzi gen. Polko. Jednocześnie ostrzega, że Rosja będzie testować jedność NATO – szczególnie w przypadku mniejszych państw, jak Kraje bałtyckie. "Buduje się nowy porządek świata" Jednocześnie generał podkreśla, że w ujęciu globalnym jesteśmy świadkami przetasowania mocarstw i ostrej gry o wpływy. – Buduje się tak naprawdę nowy porządek światowy. Niestety, ale prezydent Trump chciałby takiego koncertu mocarstw, którym dominującą rolę w świecie mają Stany Zjednoczone, Chiny i nie wiadomo dlaczego Rosja, która ma ropę i broń jądrową. Europa nie może na to pozwolić –  ostrzega. To właśnie od reakcji Europy – i jej jedności – zależy, czy ten scenariusz się ziści. Jakie są przewidywania gen. Romana Polko? Zobacz całą "Rozmowę naTemat" na naszym kanale YouTube.

Ale jak to hybryda tańsza od diesla? Mazda odpaliła bombę z CX-60 i CX-80

Mazda właśnie wyłożyła karty na stół i, co tu dużo mówić, mocno namieszała w segmencie premium. Jeśli planowaliście zakup dużego SUV-a, lepiej usiądźcie. Japończycy właśnie udowodnili, że potężny PHEV i luksusowe wyposażenie nie muszą oznaczać ceny zaporowej. W świecie motoryzacji przyzwyczailiśmy się do pewnego schematu: chcesz ekologiczną hybrydę z kablem, musisz dopłacić. Mazda właśnie wywróciła ten stolik. Od kwietnia 2026 roku Mazda CX-60 oraz jej większa siostra Mazda CX-80 w wersjach PHEV 327 KM kosztują o 3 000 zł mniej niż porównywalne odmiany z silnikiem wysokoprężnym i napędem na wszystkie koła. To genialne w swojej prostocie zagranie, bo wybierasz to, co bardziej pasuje do twojego stylu życia, a nie to, na co pozwala portfel. Mazda CX-60 z R6 poniżej 200 tysięcy złotych. To nie pomyłka Największym zaskoczeniem w nowym cenniku jest jednak pozycjonowanie modelu Mazda CX-60 z genialnym, sześciocylindrowym dieslem o pojemności 3,3 litra (200 KM) i napędem na tył. Dzięki gigantycznemu voucherowi o wartości 40 000 zł, wersję Exclusive-Line można teraz wyrwać za 196 700 zł. Umówmy się, w 2026 roku dostać kawał solidnego SUV-a z takim silnikiem w tej cenie to jak wygrać los na loterii. Żeby było jeszcze milej, Mazda dorzuca za symboliczną złotówkę pakiet Comfort. Co to oznacza w praktyce? Dostajemy skórzane, wentylowane fotele z elektryczną regulacją, elektryczną klapę bagażnika i przyciemniane szyby niemal za darmo. To "pomost", który ma przyciągnąć tych, którzy dotąd zaglądali do salonów po topowe wersje mniejszej CX-5. Rabaty, vouchery i wallbox za złotówkę Nowy cennik to jedno, ale promocje na start sezonu 2026 wyglądają jak festiwal okazji. Do auta z rocznika 2025, dostajecie wspomniane vouchery o wartości nawet 40 000 zł (dla CX-80). Z kolei dla nowych zamówień z rocznika 2026 bonus wynosi solidne 25 000 zł. To jednak nie koniec prezentów od Japończyków: Pełne ubezpieczenie OC/AC/NW za 1 zł – bez względu na rocznik. Dla fanów wtyczek: stacja ładowania typu wallbox za 1 zł przy zakupie wersji PHEV. Stałe oprocentowanie w Mazda Finance. Zarówno Mazda CX-60, jak i siedmioosobowa (lub sześcioosobowa z kapitańskimi fotelami) Mazda CX-80 doczekały się drobnych, ale istotnych usprawnień na ten rok modelowy. Najważniejsza zmiana? Podwójne szyby akustyczne w przednich drzwiach. Jeśli ktoś narzekał na szum przy autostradowych prędkościach, teraz będzie mógł podróżować w niemal studyjnej ciszy. Do listy opcji wjechała też nowa skórzana tapicerka Nappa w kolorze Tan (brązowym), która pokrywa nie tylko fotele, ale i deskę rozdzielczą czy kierownicę. Japończycy grają va banque. Oferując nowy cennik Mazdy, który realnie obniża próg wejścia w segment dużych, prestiżowych SUV-ów, uderzają tam, gdzie konkurencja zazwyczaj zaczyna Windować ceny. SUV klasy premium z sześcioletnią gwarancją, potężnym silnikiem pod maską i wyposażeniem, które u innych wymaga długiej listy dopłat, w cenie poniżej 200 tys. zł to oferta, obok której trudno przejść obojętnie.

Nowe limity cen paliw od 9 kwietnia. Kierowcy benzyniaków teraz też przeklną

Rząd ogłosił maksymalne ceny paliw, które zaczną obowiązywać w czwartek, 9 kwietnia. Zgodnie z pakietem zmian CPN drożej na stacjach być nie może. Kierowcy samochodów z silnikami benzynowymi zapłacą więcej niż dzisiaj, za to właściciele diesli będą tankować za mniej. Choć Donald Trump ogłosił nagle rozejm z Iranem, ceny na stacjach paliw nie zareagują aż tak błyskawicznie na wieści zza oceanu. Rządowy mechanizm ochronny "CPN" uwzględnia średnie ceny w hurcie, więc stawki na dystrybutorach są zawsze z lekkim poślizgiem. Na horyzoncie widać jednak przynajmniej chwilowe wyhamowanie drożyzny. Maksymalne ceny paliw 9 kwietnia (czwartek) Odgórny limit jest obliczany na podstawie średniej stawki hurtowej, marży 30 groszy i obniżonych podatki. Pakiet osłonowy zakłada cięcie VAT-u do 8 proc. i redukcję akcyzy do unijnego minimum (o 29 groszy na benzynie i 28 groszy na dieslu). Daje to gwarancję stabilnych cen paliw w czasie kryzysu. Z dzisiejszego obwieszczenia (z 8 kwietnia 2026 r.) wynika, jak zmienią się koszty jutro. 9 kwietnia ceny maksymalne za litr paliwa prezentują się następująco: Benzyna 95 – 6,27 zł (wzrost o 6 groszy) Benzyna bezołowiowa 98 – 6,88 zł (wzrost o 6 groszy) Olej napędowy – 7,83 zł (spadek o 4 grosze) Mechanizm ten opiera się na ustawie z 27 marca 2026 roku, która nakłada na Ministerstwo Energii obowiązek publikowania nowych limitów w każdy dzień roboczy. Nowe stawki wchodzą w życie zawsze dzień po ich ogłoszeniu. Regulacja rynku paliw spotyka się z ogromnym poparciem społecznym. Z sondażu "Super Expressu" wynika, że aż 80 proc. respondentów chce utrzymania urzędowych cen maksymalnych co najmniej do końca bieżącego roku (póki co ustawa zakłada koniec 15 kwietnia, ale umożliwia przedłużenie do 30 czerwca). Zaledwie co piąty badany jest przeciwnego zdania. Dla właścicieli stacji, którzy próbowaliby zignorować rządowe limity przewidziano dotkliwe sankcje. Nad przestrzeganiem limitów czuwa Krajowa Administracja Skarbowa (KAS). Jeśli stacja zdecyduje się sprzedawać paliwo drożej, niż wynika to z publikacji w Monitorze Polskim, naraża się na karę finansową sięgającą nawet 1 miliona złotych. Trump zgadza się na zawieszenie broni z Iranem Sytuację na rynku wywróciły nocne wiadomości z USA. Donald Trump przyjął propozycję Pakistanu i ogłosił dwutygodniowe zawieszenie broni. To niesamowity zwrot akcji po wcześniejszych groźbach o tym, że "w nocy zginie cała cywilizacja i nigdy już nie powróci". "Na podstawie rozmów z premierem Pakistanu Shehbazem Sharifem oraz marszałkiem polowym Asimem Munirem, w których zwrócili się do mnie z prośbą o wstrzymanie wysłania niszczycielskich sił do Iranu dziś wieczorem pod warunkiem, że Iran zgodzi się na całkowite, natychmiastowe i bezpieczne otwarcie cieśniny Ormuz, zgadzam się zawiesić bombardowanie i ataki na Iran na dwa tygodnie" – zapewnił. Trump dodał, że rozejm z Iranem będzie "obustronny", a on sam zgodził się wstrzymać ataki z uwagi na "duży postęp w rozmowach na temat długoterminowego pokoju" z Teheranem. Cena ropy naftowej mocno w dół po decyzji USA Na reakcję rynku nie trzeba było długo czekać. Perspektywa otwarcia Cieśniny Ormuz i pokoju na Bliskim Wschodzie uspokoiła inwestorów, przynosząc ogromne spadki. Cena ropy naftowej w końcu zjechała poniżej bariery 100 dolarów. Amerykańska ropa staniała do nieco ponad 96 dolarów, a europejska mieszanka (Brent) w okolice 94 dolarów za baryłkę. Baryłka wciąż jest jednak dużo droższa niż przed wybuchem wojny z Iranem. Pod koniec lutego ceny ropy były bliżej 70-73 dol. za baryłkę.

Polskie lotnisko zamyka się na nocne loty. Wielkie zmiany jeszcze w tym roku

Polskie lotniska rozwijają się w bardzo szybkim tempie. Cieszy to turystów, a często także mieszkańców. W tej ostatniej grupie jest jednak wielu sceptyków. Więcej lotów oznacza większy hałas. To właśnie sąsiedzi jednego z większych portów w Polsce walczyli o zmiany i się ich doczekali. Polskie miasta biją rekordy liczby odwiedzin. W 2025 roku do Wrocławia dotarło 7 mln turystów, z czego 30 proc. stanowili podróżni zagraniczni. Bardzo dobrze rozwija się także turystyka w Poznaniu. Dzięki rozwojowi lotniska jego mieszkańcy mogą latać m.in. do Włoch, Hiszpanii, na Maltę czy do Grecji. Jednak hałas generowany przez samoloty denerwował okolicznych mieszkańców. To wymusiło na lotnisku duże zmiany w funkcjonowaniu. Lotnisko w Poznaniu kasuje nocne loty. Zmiany szybko wejdą w życie Przelatujący samolot generuje hałas rzędu 80–110 dB. To tyle, co bardzo natężony ruch uliczny, dyskoteka, kosiarka czy motocykl bez tłumika. Jest to naprawdę donośny dźwięk, a kiedy trzeba go słuchać kilkadziesiąt razy dziennie (za dnia i w nocy), sytuacja robi się naprawdę trudna. Wielu mieszkańców Poznania miało dość słuchania ryku silników samolotów. Choć wielu z nich wprowadzało się w okolice lotniska po jego uruchomieniu, to zaczęli walczyć z nim o redukcję hałasu. I osiągnęli pewien sukces. We wtorek 7 kwietnia lotnisko poinformowało, że skasuje wszystkie nocne połączenia. "Wprowadzamy 'core night' – ciszę nocną między 1:00 a 5:00" – przekazał port w oficjalnym komunikacie. "To nasz krok w stronę większego komfortu życia w sąsiedztwie lotniska. Jednocześnie dbamy o to, by ruch lotniczy mógł się rozwijać się w sposób zrównoważony i bezpieczny" – dodano. Nie oznacza to jednak, że lotnisko wraz z jego pasem startowym będą zamknięte w trakcie ciszy nocnej. Cisza nocna na lotnisku w Poznaniu. Są wyjątki, których nie da się uniknąć Nowe przepisy na lotnisku w Poznaniu będą obowiązywały od 25 października 2026 roku, czyli od jesienno-zimowego rozkładu lotów. Jeżeli zatem macie zaplanowane np. loty czarterowe na godzinę 2:45 w nocy (takich w sezonie letnim nie brakuje), to możecie spać spokojnie. Nikt nie odwoła waszego połączenia z powodu ciszy nocnej. Wprowadzenie nowych zasad w praktyce oznacza, że od jesieni w godzinach 1:00-5:00 nie będą planowane loty rejsowe. Nie jest to jednak równoznaczne z całkowitym zamknięciem portu. Jak podaje lotnisko w Poznaniu, pas startowy nadal będzie dostępny m.in. dla lotów wojskowych, a także dla przewoźników podczas sytuacji od nich niezależnych. "Lotnisko pozostaje otwarte i działa całą dobę, wyjątkowymi sytuacjami o szczególnym charakterze pozostają natomiast loty ratunkowe, państwowe, humanitarne i sytuacje niezależne od przewoźników" – wyjaśnił port w Poznaniu. W praktyce mieszkańcy częściowo dopięli swego, bo jednak loty przestaną wyrywać ich z łóżek w środku nocy. Z drugiej jednak strony przeloty o bardzo późnych porach nadal będą możliwe w nadzwyczajnych sytuacjach. Jest to kompromis, który może zadowolić każdą ze stron.

Ludzie pytają: kiedy tańsze paliwo? Ropa niby idzie w dół, ale minister rozkłada ręce

Ostatnie tygodnie na stacjach paliw to był emocjonalny rollercoaster z przewagą stanów lękowych. Ale środowy poranek przyniósł informację, która zmieniła wszystko. Donald Trump ogłosił dwutygodniowe zawieszenie broni w konflikcie z Iranem, a rynki zareagowały tak, jakby ktoś nagle spuścił powietrze z gigantycznego balona. Całe zamieszanie zaczęło się od wpisu na platformie Truth Social. Prezydent USA Donald Trump poinformował, że po rozmowach z premierem Pakistanu zgadza się wstrzymać ataki na Iran. Warunek jest jeden i niezwykle konkretny: całkowite i bezpieczne otwarcie Cieśniny Ormuz. To wąskie gardło światowej energetyki, przez które przepływa kluczowa część globalnej ropy, było dotąd zablokowane, co trzymało świat w szachu. "Zgadzam się zawiesić bombardowanie i ataki na Iran na okres dwóch tygodni" – napisał Trump, dodając, że widzi szansę na długoterminowy "POKÓJ". Reakcja giełd była natychmiastowa i brutalna dla spekulantów. Ceny ropy naftowej zaliczyły największy zjazd od niemal 6 lat. Baryłka ropy poniżej 100 dolarów. Takich spadków nie widzieliśmy dawno Dane z giełd w Nowym Jorku i Londynie wyglądają dziś jak marzenie każdego kierowcy, który planuje dłuższą trasę. Baryłka ropy WTI w dostawach na maj staniała o blisko 15 procent, osiągając poziom 96,20 dolara. Z kolei europejska ropa Brent zanurkowała do poziomu 94,46 dolara. Jeszcze kilka dni temu eksperci zastanawiali się, jak wysoko przebijemy sufit, a dziś główny temat to granica 80 dolarów. Choć analitycy, jak Jason Schenker z Prestige Economics, studzą entuzjazm, twierdząc, że do tak niskich poziomów potrzebny byłby kolejny "cud", to obecny trend jest jasny: ryzyko geopolityczne wyparowuje z cen szybciej, niż się w nich pojawiło. Co ciekawe, europejskie kontrakty na diesel spadły aż o 23 procent, co jest absolutnym rekordem ostatnich lat. Ceny paliw na stacjach. Kiedy zapłacimy mniej za benzynę i ON? Najważniejsze pytanie brzmi: kiedy te giełdowe słupki zobaczymy na pylonach w Warszawie, Krakowie czy Gdańsku? Głos w tej sprawie zabrał minister finansów i gospodarki, Andrzej Domański. Potwierdził to, co wszyscy przeczuwaliśmy – spadki będą, ale musimy uzbroić się w cierpliwość. – Spadki, które widzimy na rynkach, znajdą przełożenie na ceny na stacjach paliw, ale to zajmie kilka dni – wyjaśnił minister na antenie Polsat News. Mechanizm jest prosty i nieubłagany: najpierw tanieje ropa naftowa, potem spadają ceny w hurcie (np. w Orlenie), a na samym końcu korzystamy na tym my, podjeżdżając pod dystrybutor. Co z tanim paliwem? Rządowy program "Ceny Paliwa Niżej" pod lupą W tle tych wielkich spadków toczy się gra o polskie podatki. Obecnie korzystamy z rozporządzeń obniżających VAT na paliwo (z 23 do 8 proc.) oraz akcyzę. Problem w tym, że te rozwiązania mają datę ważności. Obniżona akcyza obowiązuje do 15 kwietnia, a niższy VAT do 30 kwietnia 2026 roku. Czy w obliczu tańszej ropy rząd zdecyduje się na ich przedłużenie? Minister Domański zapowiada analizy, ale nie daje jasnych deklaracji. Jeśli światowe ceny utrzymają się na poziomie poniżej 100 dolarów, rząd może uznać, że "kroplówka" w postaci niższego podatku nie jest już niezbędna. Jedno jest pewne: rynek paliw wreszcie dostał dawkę tlenu, której tak bardzo potrzebował. Nawet jeśli ropa wciąż jest o 40 proc. droższa niż przed wybuchem lutowego konfliktu, dzisiejsza "czerwień" na giełdach to najlepsza wiadomość tygodnia.

Ślub Viki Gabor wywołał burzę. Dziadek jej "męża" wyjawił prawdę – jaśniej się nie da

Domniemany ślub 18-letniej Viki Gabor od miesięcy elektryzuje fanów i media. Teraz głos zabrał dziadek jej wybranka – Bogdan Trojanek – który w środowym wydaniu Dzień dobry TVN stanowczo uciął spekulacje i wyjaśnił, jak było naprawdę. Wyjasnił, że w romskie tradycji ślub i wesele to dwie różne rzeczy. Muzyk, który pojawił się w programie z okazji Międzynarodowego Dnia Romów, odniósł się do krążących od końcówki końca ubiegłego roku doniesień o ślubie swoja wnuka Giovanniego Trojanka i Viki Gabor. W rozmowie z prowadzącymi nie pozostawił złudzeń. – Szanowni państwo, żadnego wesela jeszcze nie było. Nie wiem, skąd takie informacje – powiedział na wizji. Jak podkreślił Bogdan Trojanek, doszło do nieporozumienia wynikającego z różnic między romskimi tradycjami a powszechnym rozumieniem ceremonii ślubnej. – Ślub a wesele to dwie różne rzeczy – zaznaczył lider zespołu Terne Roma. Trojanek wyjaśnił, że odbył się jedynie tzw. ślub romski, czyli rytuał błogosławieństwa udzielanego młodym przez najstarszych członków rodziny. To jednak dopiero jeden z etapów – właściwe wesele, zgodnie z tradycją, ma odbyć się później. Viki Gabor wzięła ślub? Bogdan Trojanak wywołał burzę, sama musiała uciąć plotki Lawina spekulacji ruszyła po świętach Bożego Narodzenia, kiedy Bogdan Trojanek opublikował w sieci nagranie, w którym ogłosił: "Tak miało być i tak się stało. Chciałem państwa poinformować, że jesteśmy w Krakowie. Viki Gabor i mój wnuczek Giovanni pobrali się według tradycji romskiej. Nie złamali prawa romskiego. Uciekli sobie, tak jak ich dziadkowie i pradziadkowie – i oni też. Od dzisiaj mój wnuczek jest w rodzinie Viki Gabor, a Viki jest w mojej rodzinie". Na koniec filmiku padła też zapowiedź: "Teraz jedziemy do jej dziadków i rodziców, żebyśmy zrobili tradycję cygańską. Czekajcie na cygańskie, piękne wesele". Nagranie szybko zniknęło z internetu, co tylko podgrzało atmosferę. Brak jednoznacznego potwierdzenia ze strony managementu wokalistki ("Nie potwierdzam, nie zaprzeczam") dodatkowo napędzał plotki. Sama artystka odniosła się do sprawy dopiero później, publikując wpis: "Tak, zaręczyłam się i jestem mega happy". Dalsza część artykułu poniżej. Jak wygląda romski ślub? Tradycyjny romski ślub, określany jako bijav, należy do najważniejszych wydarzeń w tej kulturze i opiera się na wielowiekowych zwyczajach, zupełnie innych od zachodnich form zawierania małżeństw. Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów poprzedzających bijav jest symboliczne – a czasem rzeczywiste – "porwanie" panny młodej. Para znika na kilka dni, co traktowane jest jako swoista próba przedmałżeńska. Sam ślub odbywa się w obecności starszyzny, a jego centralnym momentem jest związanie dłoni młodych chustą oraz publiczne potwierdzenie zgody kobiety na małżeństwo. Nieodłączną częścią tradycji jest także huczne wesele, które może trwać nawet tydzień i obfituje w muzykę, taniec oraz ucztowanie. Romowie rzadko decydują się na ślub kościelny, uznając bijav za w pełni wiążący rytuał. Zaślubiny nie mają jednak mocy prawnej w polskim systemie – aby związek był uznany przez państwo, konieczne jest zawarcie ślubu cywilnego. W romskiej tradycji kluczowe znaczenie ma jednak nie formalność urzędowa, lecz zgodność z niepisanym kodeksem Romanipen. Z tej perspektywy słowa Bogdana Trojanka wpisują się w tradycyjny schemat: pierwszy etap został już spełniony, ale najważniejsze – huczne wesele – dopiero przed Viki Gabor i jej wybrankiem.

Aubrey Plaza w ciąży rok od śmierci męża. Po tragedii zaczęła żyć od nowa

Aubrey Plaza jest w ciąży. Tę radosną nowinę przekazał portal People. To z pewnością wyjątkowy moment dla gwiazdy, szczególnie po ostatnich trudnych doświadczeniach, bowiem rok temu przeżyła ogromną rodzinną tragedię – pożegnała męża. Teraz zaczęła układać sobie życie na nowo. Aubrey Plaza po trudnych doświadczeniach odnalazła spokój i szczęście u boku kolegi po fachu. Związała się z Christopherem Abbottem. Oboje mieli okazję pracować przy takich produkcjach jak "Black Bear" czy "Danny and the Deep Blue Sea". Aubrey Plaza związała się z aktorem. Media donoszą, że będzie miała z nim dziecko Okazuje się, że ich związek kwitnie i wchodzi właśnie w kolejny etap. Jak dowiedział się serwis People, zakochani mają spodziewać się dziecka. Będzie to pierwsza ciąża 41-letniej gwiazdy kina. "To była piękna niespodzianka po emocjonalnym roku. Czują się bardzo szczęśliwi i wdzięczni" – przekazało źródło wspomnianego portalu. Aubrey Plaza osiąga sukcesy zawodowe... Aubrey Plaza od lat należy do grona najpopularniejszych aktorek. Zagrała w takich tytułach jak: "Randka na weselu", "Co Ty wiesz o swoim dziadku?", "Świąteczny szok", "Jak stworzyć besteller" czy "Spin Me Round". W 2022 roku można ją było oglądać w serialu "Biały lotos", w którym wcieliła się w postać Harper, prawniczki, która spędza wakacje na Sycylii z mężem, jego kolegą ze studiów oraz jego żoną. Za tę rolę była nominowana do Primetime Emmy. Plaza ma też na swoim koncie nagrodę Independent Spirit Award za najlepszy debiut fabularny za produkcję "Ingrid wyrusza na zachód", w którym wcieliła się w tytułową postać. A za występ w filmie "Czarny niedźwiedź" została laureatką statuetki Imagen dla najlepszej aktorki. Rok temu przeżyła rodzinną tragedię Prywatnie przez lata była związana ze scenarzystą i reżyserem Jeffem Baeną. Poznali się w 2011 roku. Ich związek był bardzo długo utrzymywany w tajemnicy. Szersza publiczność dowiedziała się o nim przypadkiem w 2021 roku, kiedy to aktorka opublikowała w mediach społecznościowych post, w którym nazwała go mężem. Pobrali się w 2021 roku, w dziesiątą rocznicę związku. A cztery lata później wydarzyło się coś strasznego. Asystent reżysera odkrył jego ciało w jego domu w Los Angeles. Mąż Aubrey Plaza miał 47 lat. Śledczy ustalili okoliczności śmierci i nie odkryli udziału osób trzecich. Plaza nie była w dobrym stanie po śmierci męża. Fani się martwili Po tym, jak świat dowiedział się, że Jeff Baena nie żyje, fani Plazy zaniepokoili się jej samopoczuciem, która publicznie nie komentowała przykrych doniesień. Zrobiła to dopiero we wspólnym oświadczeniu rodziny, które ujrzało światło dzienne kilka dni później. "To niewyobrażalna tragedia. Jesteśmy bardzo wdzięczni wszystkim, którzy zaoferowali nam swoje wsparcie. Prosimy o uszanowanie naszej prywatności w czasie żałoby" – czytaliśmy w komunikacie przekazanym tygodnikowi "The Variety". Przypomnijmy, że Plaza miała przyznać jedną z nagród podczas 82. ceremonii wręczenia Złotych Globów, jednak z wiadomych powód była nieobecna na gali w hotelu The Beverly Hilton.

Szczucki doigrał się za dawne czasy. Zawieszenie w PiS to już najmniejszy problem

Batalia o publiczne pieniądze przenosi się na salę rozpraw, a prokuratura wylicza straty idące w setki tysięcy złotych. Krzysztof Szczucki musi zmierzyć się z zarzutami, które rzucają cień na jego byłą działalność w Rządowym Centrum Legislacji i niepewną pozycję w partii. To już nie tylko polityczne przepychanki, ale konkretne kroki prawne, które mogą zmienić bieg kariery jednego z czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości. Śledczy zakończyli pracę, a finał tej historii rozegra się przed warszawskim sądem, gdzie stawką jest odpowiedzialność za zarządzanie państwowymi funduszami przez Krzysztofa Szczuckiego. Akt oskarżenia trafił do sądu Jak poinformował portal Onet, do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia wpłynął oficjalny akt oskarżenia przeciwko Krzysztofowi Szczuckiemu. Prokuratura Okręgowa w Warszawie sformułowała zarzuty dotyczące okresu, w którym polityk kierował Rządowym Centrum Legislacji (RCL) w latach 2020-2023. Sprawa jest wielowątkowa, ale jej trzonem jest podejrzenie o przekroczenie uprawnień oraz niedopełnienie obowiązków służbowych. Głównym punktem oskarżenia jest mechanizm, który zdaniem śledczych służył do finansowania kampanii wyborczej z pominięciem oficjalnych kanałów. Prokuratura zarzuca Szczuckiemu, że w podległym mu urzędzie zatrudniono kilka osób, które w rzeczywistości nie świadczyły pracy na rzecz legislacji. Zamiast tego, ich aktywność miała być w całości poświęcona wspieraniu kampanii wyborczej polityka. W ten sposób publiczne środki, przeznaczone na sprawne funkcjonowanie państwa, mogły zasilać prywatne ambicje polityczne. Rekordowe kwoty i kontrola CBA Skala nadużyć, o których mowa w akcie oskarżenia, robi wrażenie. Śledztwo przeprowadzone przez Centralne Biuro Antykorupcyjne wykazało, że z kasy RCL mogło zostać wyprowadzonych niezgodnie z prawem co najmniej 900 tysięcy złotych. Chodzi o środki, które wypłacano jako wynagrodzenia dla fikcyjnych pracowników. To właśnie te ustalenia stały się podstawą do wniosku o uchylenie politykowi immunitetu, którego Szczucki zrzekł się dobrowolnie już ponad rok temu. Rozłam w partii i zawieszenie posła Informacja o akcie oskarżenia zbiegła się w czasie z gwałtownymi ruchami wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości. Zaledwie kilka dni temu Jarosław Kaczyński podjął decyzję o zawieszeniu Krzysztofa Szczuckiego w prawach członka partii. Choć oficjalne powody tej decyzji nie zostały szeroko ogłoszone, doniesienia sugerują głęboki rozłam między posłem a kierownictwem ugrupowania. Punktem zapalnym w tej sprawie mogła być publiczna krytyka strategii partii w sporze o Trybunał Konstytucyjny – Szczucki otwarcie przyznał, że nie poparłby wniosku swoich kolegów o badanie procedury wyboru sędziów, co zostało odebrane jako nielojalność. Szczucki nie poddawał się, jednak co będzie teraz? Sam oskarżony nie zamierzał składać broni i nie zgadzał się z decyzją o zawieszeniu. Podczas ostatnich wystąpień podkreślał, że jego działania zawsze były zgodne ze statutem ugrupowania, a przynależność do partii nie zwalniała go z obowiązku mówienia prawdy o stanie prawnym w Polsce. Szczucki liczył na szybkie "odwieszenie" i zapowiadał wykorzystanie wszystkich dostępnych procedur statutowych, aby zmienić decyzję prezesa. Przed posłem teraz jednak najtrudniejszy egzamin – proces przed sądem rejonowym, gdzie będzie musiał udowodnić, że 900 tysięcy złotych wydane w RCL nie miało nic wspólnego z jego drogą do poselskiej ławy. Wyrok w tej sprawie może definitywnie zamknąć pewien rozdział w jego karierze politycznej.

Nowi sędziowie TK utrą nosa Nawrockiemu? Zaprosili go na... własne ślubowanie

Karol Nawrocki przyjął ślubowanie tylko od dwóch z sześciu sędziów wybranych przez Sejm do Trybunału Konstytucyjnego. Teraz pozostała czwórka ma złożyć przysięgę w gmachu przy ul. Wiejskiej. Na uroczystość zaprosili... prezydenta RP. 1 kwietnia Karol Nawrocki zaprosił do Pałacu Prezydenckiego dwoje nowych sędziów: Magdalenę Bentkowską i Dariusza Szostaka. Złożyli oni ślubowanie w obecności głowy państwa. Momentalnie pojawiły się pytania, co z resztą: Krystianem Markiewiczem, Anną Korwin-Piotrowską, Maciejem Taborowskim i Marcinem Dziurdą. Tłumaczyć musiał się z tego szef KPRP Zbigniew Bogucki.– Po pierwsze proszę zwrócić uwagę na chronologię. Prezydent RP został zaprzysiężony 6 sierpnia 2025 roku i dwa wakaty po zaprzysiężeniu wygasły, czyli w kadencji prezydenta Nawrockiego zostały opróżnione dwa wakaty w Trybunale Konstytucyjnym. Prezydent uznał, że to jest podstawowa odpowiedzialność jego jako głowy państwa, ale także w ramach sprawowanego mandatu od 6 sierpnia, żeby te dwa wakaty obsadzić – przekonywał. – To rozumowanie jest nielogiczne, bo prowadzi do wniosku, że czterech miejsc nigdy nie da się obsadzić. Jest to sprzeczne z zasadami funkcjonowania państwa. Nie ma też żadnego oparcia w konstytucji ani ustawach – wyjaśniał z kolei w "Rozmowie naTemat" mec. Przemysław Rosati. Ślubowanie sędziów TK. Zaprosili... Nawrockiego Teraz nastąpił zwrot w sprawie. Ślubowanie czterech pozostałych sędziów wybranych do Trybunału Konstytucyjnego ma się odbyć w czwartek (9 kwietnia) o godzinie 12:30 w Sejmie. Dowiedziała się o tym rozgłośnia RMF FM. Co ciekawe, ustalono również, że "sędziowie sami organizują uroczystość i wysłali dziś do prezydenta Karola Nawrockiego zaproszenia na ślubowanie". Co dokładnie zawierało to "zaproszenie"? "To zaledwie dwa akapity, w których czekający na zaprzysiężenie już czwarty tydzień sędziowie przypominają, że jak dotąd nie otrzymali w tej sprawie zaproszenia do złożenia ślubowania przed prezydentem. Jak tłumaczą, ponieważ uważają złożenie ślubowania za swój obowiązek, dlatego organizują zaprzysiężenie sami. Drugi akapit pism to zaproszenie na nie prezydenta, który według ustawy jest adresatem ślubowania" – czytamy. Żurek uderzył w Nawrockiego po decyzji ws. sędziów Dodajmy, że ta sprawa już wcześniej wywołała poruszenie wśród polityków, a szczególnie w Ministerstwie Sprawiedliwości. Komentował to także Waldemar Żurek. Nawiązał do kontrowersyjnej przeszłości prezydenta RP. "Sejm wybrał sześciu sędziów TK. Prezydent odebrał ślubowanie tylko od dwóch. Nie dlatego, że tak stanowi prawo. Tylko dlatego, że tak sobie wymyślił. Konstytucja jest jasna. Sędziów TK wybiera Sejm. Prezydent nie ma prawa ich selekcjonować, jak na bramce" – napisał prokurator generalny. "To uzurpacja kompetencji, których NIE MA. Bo jeśli głowa państwa może sobie wybrać, które przepisy stosuje – to znaczy, że prawo przestaje obowiązywać wszystkich. Panie Prezydencie, proszę, korzystając z chwili wolnego otworzyć kalendarz i wyznaczyć termin. Łamanie Konstytucji to poważna sprawa" – podsumował Żurek.

65-calowy telewizor Hisense QLED na wiosennej wyprzedaży. Cena zleciała o 700 zł

Wraz z wiosną przychodzą wiosenne wyprzedaże, dzięki którym sprzęty RTV i AGD możecie dorwać w lepszych cenach. Sporą obniżkę zanotował np. model Hisense 65A7Q. 65-calowy telewizor QLED ze wbudowanym subwooferem i tak wyróżniał się cenowo, a teraz jeszcze staniał o 700 zł. Jeśli szukacie wiosennych promocji na duże i niedrogie telewizory, Hisense 65A7Q może być tym modelem, który połączy oczekiwaną specyfikację z atrakcyjną ceną. W ramach trwającej do 23 kwietnia 2026 wyprzedaży na Media Expert dostał niemały rabat. Poprzednio kosztował 3000 zł, a obecnie sprzedawany jest za kwotę 2300 zł. Co mówi producent o telewizorze dostępnym w cenie niższej o 700 zł? Specyfikacja telewizora Hisense 65A7Q Wyprodukowany przez Hisense model posiada 65-calowy ekran z matrycą QLED (UHD/4K, 3840 x 2160px, 60 Hz) wspartą technologią Quantum Dot, która wyświetla miliard odcieni. Oznacza to, że oglądany obraz nabiera naturalnych barw i kontrastu, jest bardziej realistyczny, a detale, zarówno jasne, jak i ciemne, stają się lepiej widoczne. Generowany na telewizorze obraz może też liczyć na kinowy standard Dolby Vision, a także technologię HDR 4K, która poprawia kontrast i wyświetla znacznie szerszą paletę barw. Z myślą o starszych filmach i programach w niższej rozdzielczości projektanci Hisense proponują rozwiązanie w postaci AI 4K Upscaler. Technologia ta stara się poprawić każdy piksel, by oglądane treści zbliżyły się do tych w formacie 4K. W kontekście wideo ciekawostką może być tryb Filmmaker Mode. Dzięki niemu fani i fanki kina domowego mają mieć możliwość oglądania filmowego obrazu w zgodzie z wizją twórców, czyli bez wszelkich ulepszaczy takich jak filtry czy sztuczne wygładzanie. Co się tyczy oświetlenia, telewizor posiłkuje się czujnikiem AI Light Sensor, który automatycznie dostosowuje jasność ekranu do światła w pomieszczeniu. Co z dźwiękiem? Jest system dźwięku przestrzennego Dolby Atmos oraz DTS Virtual:X. Tym, czym najbardziej chwali się producent w specyfikacji audio tego modelu telewizora, jest wbudowany subwoofer, który wprowadza do muzyki czy dynamicznych scen filmowych mocny i głęboki bas. Uzupełnia on system dźwięku 2.1, który składa się z 3. głośników o mocy 40 W. Dla graczy przewidziany jest tryb Game Mode PLUS, który poprawia płynność rozgrywki. Najnowszej generacji konsole można podłączyć przez port HDMI 2.1. Dzięki funkcji ALLM telewizor automatycznie przełącza się w tryb o niskim opóźnieniu. Podręczny panel gracza Game Bar pozwala na szybki dostęp do ustawień gamingowych takich jak FPS, VRR czy proporcje ekranu bez wychodzenia z gry. Telewizor ma na pokładzie system operacyjny VIDAA z polskim menu. Netflix, Disney+, HBO Max, YouTube i Prime Video są na wyciągnięcie pilota. Na przesyłanie treści ze smartfona pozwala funkcja Share to TV. Voice Control umożliwia sterowanie głosem bez wciskania przycisków na pilocie. Dostępny w czarnej obudowie telewizor Hisense 65A7Q oferuje 3 złącza HDMI i 2 USB, złącze CI (odbiór kodowanych kanałów telewizyjnych za pomocą modułu CI), a także komunikację poprzez Ethernet, Wi-Fi i Bluetooth. W zestawie z nim znajdują się pilot, podstawa, kabel zasilający, 2 baterie AAA i instrukcja.

Orbánowi musiało zrobić się ciepło. TISZA już dosłownie miażdży go w sondażach

Na kilka dni przed wyborami na Węgrzech większość niezależnych sondaży daje prowadzenie partii TISZA Petera Magyara. Fidesz wygrywa głównie w badaniach ośrodków prorządowych. Według sondażu opisywanego przez Telex partia TISZA miała w drugiej połowie marca 58 proc. poparcia wśród pewnych uczestników wyborów, podczas gdy Fidesz-KDNP 35 proc. W badaniu ośrodka analitycznego 21 Kutatóközpont przewaga była również wyraźna i wynosiła 56 do 37 wśród zdecydowanych wyborców. Závecz Research dawał z kolei Tiszy 51 proc., a Fideszowi 38 proc. Oznacza to, że w ostatnim tygodniu kampanii większość niezależnych ośrodków nie pokazuje już wyrównanego wyścigu, tylko dość solidną przewagę ugrupowania Magyara. TISZA już pod koniec marca wyraźnie powiększyła przewagę nad Fideszem. To najbardziej konkurencyjne wybory od lat, a sam Péter Magyar wyrósł na pierwszego naprawdę groźnego rywala premiera od czasu, gdy ten objął władzę. Fidesz nie znika z gry, bo ma własne sondaże i własne "atuty" Obóz władzy odpowiada na te dane własnymi badaniami. Według sondażu Instytutu Nézőpont, opublikowanego pod koniec marca, Fidesz-KDNP miał 46 proc., a TISZA 40 proc. XXI Század Intézet również pokazywał przewagę partii Orbána na poziomie 46 do 41. To nie są różnice miażdżące, ale wystarczające, by w prorządowej narracji nadal mówić o rzeczywistej szansie na utrzymanie większości. Różnica między tymi pomiarami nie sprowadza się jednak wyłącznie do samej metodologii. Na Węgrzech od lat trwa spór o warunki prowadzenia kampanii, przewagę obozu rządzącego w mediach i sposób rysowania okręgów. Nawet przy prowadzeniu opozycji system jednomandatowych okręgów i konstrukcja ordynacji nadal mogą działać na korzyść Fideszu. Największy problem Orbána widać wśród młodych Jednym z najmocniejszych sygnałów ostrzegawczych dla Fideszu jest rozkład poparcia według wieku. To właśnie młodsi wyborcy stali się jednym z głównych motorów wzrostu partii TISZA. Według badania Median Fidesz popiera zaledwie 8 proc. osób w wieku 18-29 lat, a według Závecz 22 proc. w grupie 18-39 lat. To bardzo słabe liczby jak na partię, która jeszcze kilkanaście lat temu sama była ruchem młodej generacji. Ten podział pokoleniowy przede wszystkim pokazuje, że oferta socjalna i prorodzinna Orbána nie zatrzymała odpływu młodszych wyborców. Przekłada się także na atmosferę wokół całych wyborów. Dla części młodych Węgrów głosowanie 12 kwietnia ma charakter momentu granicznego, po którym będą decydować, czy wiążą swoją przyszłość z krajem. W kampanii Magyara to właśnie ta frustracja młodego elektoratu, niezadowolenie z jakości usług publicznych, korupcji i perspektyw gospodarczych stały się jednym z najważniejszych paliw politycznych. W kampanii pojawił się też strach przed fałszerstwami Sondaże nie pokazują wyłącznie preferencji partyjnych. Pokazują też poziom napięcia wokół samego aktu głosowania. Z badania Publicus dla dziennika Népszava wynika, że ponad połowa Węgrów obawia się fałszerstw wyborczych 12 kwietnia. W innym badaniu opisywanym przez Népszavę na podstawie sondażu Median dla Political Capital niemal połowa respondentów uważa, że to właśnie Fidesz może próbować sfałszować wybory. Tego typu dane nie przesądzają oczywiście, że do takich działań dojdzie, ale pokazują poziom nieufności, z jakim znaczna część społeczeństwa wchodzi w dzień głosowania. Węgry nie wchodzą w te wybory jako kraj spokojnego, przewidywalnego przekazania władzy. Jeśli Orbán przegra, skala politycznego i instytucjonalnego napięcia może być bardzo duża. Opozycja liczy na zmianę, ale równolegle obawia się, czy sam wynik wyborów zostanie uznany bez próby jego podważania.

Historyczny rekord polskiego miasta. Turyści jadą tam aż z Włoch i Norwegii

Polska staje się coraz popularniejszym kierunkiem wyjazdowym. W siłę rośnie turystyka krajowa, ale z każdym rokiem liczniej docierają do nas także podróżni zagraniczni. Efekt? Jedna z regionalnych stolic odnotowała historyczny rekord odwiedzających. Nie wszyscy to jednak odczuli. Patrząc na statystyki i kolejne rankingi, w których polskie miasta zajmują wysokie miejsca, śmiało można mówić o modzie na Polskę. Niskie ceny, piękna natura i ciekawa architektura sprawiają, że z każdym rokiem dociera do nas coraz więcej zagranicznych gości. Wszystkie te walory w połączeniu ze smaczną kuchnią przyciągają także turystów krajowych. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Wrocław, który ma za sobą rekordowy rok. Wrocław nigdy nie był tak popularny. Jest nowy rekord turystów Stolica Dolnego Śląska to jedna z perełek na mapie Polski. Zresztą cały region to jedno z najciekawszych miejsc, jakie można zwiedzić w naszym kraju. Zamki, podziemne wycieczki w dawnych kopalniach czy górskie wędrówki to tylko kilka z licznych zalet tej części naszego kraju. Jego walory turyści odkrywają coraz chętniej. Z raportu Beeline Research and Consulting cytowanego przez "Waszą Turystykę" wynika, że w 2025 roku Wrocław odwiedziło rekordowe 7 mln gości. To o 400 tys. więcej niż rok wcześniej. Równocześnie jest to najlepszy wynik w historii. Ok. 30 proc. tej liczby to turyści zagraniczni. Najczęściej z sąsiednich Niemiec i Czech, a także z Wielkiej Brytanii. Coraz liczniejsze grono stanowią tam także podróżni z Włoch i Norwegii. Co ważne, Wrocław nie opiera się już wyłącznie na turystach jednodniowych. Wręcz przeciwnie, staje się popularnym miejscem na tzw. city breaki. Wg raportu 3,9 z 7 mln podróżnych (56 proc.) zdecydowało się spędzić w mieście co najmniej jedną noc. Wynik ten jest o 400 tys. lepszy niż w 2024 roku, ale hotelarze i tak mają powody do narzekań. Wrocław coraz popularniejszy, ale hotele z mniejszym obłożeniem Każdy miesiąc 2025 roku był lepszy od analogicznego okresu z 2024 roku. Najwięcej gości dotarło tam jednak w sierpniu i lipcu, co nie jest zaskoczeniem. Trzecim najlepszym miesiącem był natomiast grudzień. To dowód na to, jak wielkim magnesem na turystów są tamtejsze jarmarki bożonarodzeniowe. Ten na Rynku od lat uchodzi za jeden z najlepszych w Polsce. Napędem dla wrocławskiej turystyki oprócz architektury i zabytków jest także gastronomia. – Rok 2025 to przede wszystkim ogromny sukces wrocławskiej gastronomii – Wrocław zadebiutował w przewodniku Michelin z liczbą 22 restauracji z rekomendacjami w przewodniku. Rekordowe wyniki to również efekt krajowych i zagranicznych kampanii turystycznych ostatnich lat, częstej obecności na targach i wydarzeniach w kraju i za granicą oraz zwiększonej liczby wizyt studyjnych – w 2025 r. wspólnie z WOT, DOT, Convention Bureau Wrocław i partnerami zorganizowaliśmy ich aż 50 – przekazał Alfred Wagner, zastępca dyrektora Wydziału Promocji Miasta i Turystyki Urzędu Miejskiego Wrocławia. Jednak nie każdy odczuł, że liczba turystów we Wrocławiu wyraźnie wzrosła. Obłożenie w hotelach spadło tam bowiem z 65,1 proc. w 2024 roku do 62,1 proc. w 2025 roku. Skąd ta różnica? Winna jest coraz większa konkurencja. W siłę rośnie krótkoterminowy wynajem mieszkań. Dodatkowo w mieście otworzyło się aż 5 nowych hoteli.

Ralph Kaminski nawymyślał Krystynie Prońko od "antypatycznych". Jej riposta to klasa

Ralph Kaminski nie boi się mówić co myśli i nie inaczej było tym razem. 35-letni wokalista przywołał spotkanie z Krystyną Prońko i nazwał legendę polskiej muzyki "antypatyczną" osobą, która "nie lubi ludzi". Dziennikarze Onetu poprosili 79-letnią artystkę o komentarz, ale nie była wylewna. Krystyna Prońko to postać, której w Polsce nikomu przedstawiać nie trzeba. Od dekad uznawana za jeden z najpotężniejszych głosów w historii rodzimej muzyki rozrywkowej, wypracowała sobie status artystki legendarnej. Jej droga artystyczna to pasmo sukcesów opartych na solidnym wykształceniu muzycznym – jest absolwentką Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach, gdzie później sama wykładała. Wielokrotnie nagradzana na festiwalu w Opolu, stała się symbolem muzycznej inteligencji, łącząc pop z jazzem i soulem. Przeboje Krystyny Prońko, takie jak "Jesteś lekiem na całe zło" czy "Małe tęsknoty", na stałe wpisały się w kanon polskiej kultury. Z kolei kultowy "Psalm stojących w kolejce" stał się w PRL-u nieoficjalnym hymnem udręczonego narodu. Ralph Kaminski krytykuje Krystynę Prońko. Nazwał ją antypatyczną, gwiazdą odpowiedziała Nieoczekiwanie Prońko ocenił Ralph Kaminski, który zasiadł w mobilnym studiu programu "Onet Rano". Artysta, jedna z największych młodych gwiazd polskiej muzyki współczesnej, wrócił wspomnieniami do festiwalu "Cały Kazio" w Polanicy-Zdroju. Według relacji 35-latka, próbował nawiązać kontakt z Krystyną Prońko i przywitać się z gwiazdą, jednak został całkowicie zignorowany. – Jest to repertuar znakomity i [Prońko – przyp. red.] jest wybitną polską wokalistką, tylko że jak śpiewa te piosenki, to czuję, że jest zła na wszystkich. (...) To jest wspaniała, wybitna wokalistka, ale jakaś antypatyczna osoba. Widzę po niej, że musi być osobą, która nie lubi ludzi, mimo że śpiewa genialnie" – wyznał na antenie. Onet postanowił poprosić 79-letnią Krystynę Prońko o komentarz do ostrych słów Ralpha Kaminskiego. – Nie będę komentować wypowiedzi ludzi, których nie znam – odpowiedziała krótko wokalistka. Dalsza część artykułu poniżej. Ralph Kaminski jest gwiazdą muzyki, ale lubi prowokacje Ralph Kaminski (Rafał Stanisław Kamiński) jest absolwentem Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku, a przełomem w jego karierze był album "Młodość" z 2019 roku. Kaminski nie boi się totalnej kreacji i teatralności – jego płyta "Kora" była odważnym, autorskim hołdem dla Olgi Sipowicz, a projekt "Bal u Rafała" stał się wielkim, tanecznym widowiskiem, które przyciągnęło na koncerty tysiące fanów. W marcu wydał czwartą płytę zatytułowaną "GÓRA". Twórczość Ralpha to jednak nie tylko muzyka, ale i performance oraz nieustanna konfrontacja z konserwatywnym postrzeganiem męskości. Jego sceniczne alter ego, zamiłowanie do makijażu, peruk i sukienek (na Fryderykach 2023 pojawił się w sukni ślubnej), regularnie wywołuje w sieci burzliwe dyskusje. Jedni widzą w nim wizjonera na miarę Davida Bowiego, inni zarzucają mu zbytnią egzaltację i "robienie show pod publiczkę". Kontrowersje wzbudza nie tylko sceniczna odwaga Kaminskiego i jego zamiłowanie do prowokacji (w Wielkim Tygodniu w 2025 roku opublikował swoje zdjęcie w "szatach liturgicznych), ale również jego bezkompromisowość w wyrażaniu opinii – muzyk nie ukrywa swoich poglądów politycznych ani społecznych. W 2020 roku wywołał burzę słowami, że artyści powinni chodzić do psychologa, dodając niefortunne porównanie: "co innego, jak pracujesz w jakimś sklepie".

Rozejm zepchnął ropę poniżej 100 dol. Niby ulga, ale to nie koniec kryzysu

Rynki zareagowały na tymczasowy rozejm między USA a Iranem dokładnie tak, jak zwykle reagują na choćby chwilowe oddalenie groźby energetycznego szoku. Ropą przestała rządzić panika, a inwestorzy wrócili do bardziej ryzykownych aktywów. Po ogłoszeniu 2-tygodniowego zawieszenia broni i zapowiedzi ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz ceny surowca gwałtownie spadły, a azjatyckie giełdy mocno ruszyły w górę. Problem polega na tym, że to wciąż bardziej chwilowa ulga niż powrót do normalności. Ropa jest wyraźnie tańsza niż w najgorętszym momencie kryzysu, ale nadal kosztuje znacznie więcej niż przed wybuchem wojny na Bliskim Wschodzie. Rozejm zepchnął ropę poniżej 100 dol., ale dopiero po historycznym skoku Po informacji o rozejmie amerykańska ropa staniała o 16,84 dol. i zeszła do 96,11 dol. za baryłkę, a Brent spadła o 14,51 dol., do 94,76 dol. To  spadek rzędu 13-16 proc., który po raz pierwszy od połowy marca zepchnął notowania z powrotem poniżej 100 dol. za baryłkę. To mocne tąpnięcie, ale warto pamiętać skalę wcześniejszego szoku. Jeszcze dzień wcześniej Brent była w okolicach 110 dol., a fizyczne ceny części gatunków ropy dochodziły nawet w okolice 150 dol. za baryłkę. Sam spadek nie oznacza jeszcze, że rynek wrócił do punktu wyjścia. Przed wybuchem wojny pod koniec lutego ceny ropy były bliżej 70-73 dol. za baryłkę. Nawet po środowym zjeździe surowiec pozostaje więc wyraźnie droższy niż przed rozpoczęciem konfliktu. Rynek zdjął część premii za strach, ale nie wycenił końca ryzyka. Giełdy odetchnęły, bo Ormuz znów ma być przejezdny Ropa spadła dlatego, że rozejm ma obejmować najważniejszy dla rynku warunek: odblokowanie Cieśniny Ormuz. Porozumienie między USA a Iranem zakłada 2-tygodniowe zawieszenie broni i bezpieczne wznowienie ruchu przez ten szlak, przez który przepływa około 1/5 światowego handlu ropą. To właśnie wizja przywrócenia żeglugi przez Ormuz uspokoiła inwestorów bardziej niż sam polityczny komunikat o rozejmie. Na giełdach było to widać niemal natychmiast. Japoński Nikkei 225 wzrósł o 5 proc., południowokoreański Kospi o 5,9 proc., a Hang Seng w Hongkongu o 2,8 proc. Rosły też kontrakty na amerykańskie indeksy, obligacje odbiły, a dolar osłabł wobec części walut. Rynek odczytał więc rozejm jako sygnał, że najczarniejszy scenariusz – dłuższa blokada Ormuzu i jeszcze głębsze uderzenie w dostawy energii – został przynajmniej czasowo odsunięty. Rozejm jest kruchy, a fizyczny rynek paliw wciąż jest bardzo napięty Fizyczny rynek ropy nadal pozostaje mocno napięty. Zakłócenia w żegludze, wcześniejsze przerwy w eksporcie i uszkodzenia infrastruktury nie znikają od razu wraz z politycznym komunikatem o przerwie w walkach. Saudi Aramco podniosło oficjalne ceny sprzedaży na maj do rekordowych poziomów, a premia dla Arab Light wobec benchmarku Oman/Dubaj skoczyła do 19,50 dol. Niedobór baryłek na rynku fizycznym nadal jest więc traktowany śmiertelnie poważnie. Nawet przy trwałym rozejmie globalna podaż ropy może w kolejnych latach pozostać o 3-5 mln baryłek dziennie niższa, niż zakładano przed wojną. Dzisiejszy spadek cen jest raczej ruchem od panicznej górki w stronę mniej histerycznego poziomu, a nie prostym cofnięciem całego kryzysu. Dla importerów energii to dobra wiadomość na dziś, ale jeszcze nie sygnał, że problem został rozwiązany.

Nawet na Kremlu kpią z "sukcesu" Trumpa. Zacharowa nie mogła odpuścić po akcji z Iranem

Po ogłoszeniu 14-dniowego zawieszenia broni na Bliskim Wschodzie głos zabrała rzeczniczka tamtejszego MSZ Marija Zacharowa. Jej wypowiedź na pewno wywoła poruszenie. Szczególnie fragment przekonujący do rozwiązywania konfliktów poprzez dyplomację. Zacharowa wyśmiała też stanowisko Donalda Trumpa. Oczy niemal całego świata zwrócone były na wojnę na Bliskim Wschodzie. Po groźbach Trumpa, że "zginie cała cywilizacja", czekaliśmy z niecierpliwością i niepokojem, co się wydarzy. Aż nagle w nocy nadeszły wieści z Waszyngtonu. Prezydent USA ogłosił wprowadzenie w życie dwutygodniowego zawieszenia broni pod warunkiem, że Iran ogłosi natychmiastowe otwarcie cieśniny Ormuz. Niedługo później Teheran potwierdził, że pozwoli na żeglugę "w koordynacji z siłami zbrojnymi Iranu". Rosja reaguje na decyzję Trumpa. Zacharowa zakpiła z jego stanowiska Sprawa wywołała międzynarodowe poruszenie. Większość ucieszyła się na te wieści, bo z zamknięciem lub otwarciem cieśniny Ormuz wiąże się transport kluczowych surowców i co za tym idzie ich ceny. Tymczasem nagły zwrot w sprawie konfliktu na Bliskim Wschodzie skomentowała Marija Zacharowa. Warto jednak podkreślić, że udzieliła ona swojego komentarza na antenie propagandowego Radia Sputnik. Wychwalał to, że rzekomo Rosja miała wpływ na taki obrót sprawy. – Nasz kraj od samego początku, w swoich pierwszych oświadczeniach, mówił o konieczności natychmiastowego zaprzestania tej agresji. Że nie ma militarnego rozwiązania tej sytuacji (…) że trzeba natychmiast rozpocząć prawdziwe polityczne i dyplomatyczne rozwiązania, które opierać się będą na procesie negocjacji z rzeczywistym rozważeniem stanowisk – przekonywała, co w kontekście wojny z Ukrainą i inwazji Rosjan na terytorium naszych wschodnich sąsiadów ma oburzający wydźwięk. Ponadto przedstawicielka Kremla w dalszej części swojego wywiadu wręcz wyśmiała Donalda Trumpa. Nawiązała do jego agresywnych i wulgarnych wpisów, publikowanych w mediach społecznościowych. – Wszystkie te deklaracje o większej agresywności, większej ofensywności, częstym pisaniu w mediach społecznościowym o "zwycięstwie", które jest już tuż za rogiem. Po raz kolejny to stanowisko poniosło druzgocącą klęskę – podkreśliła. Trwają ataki mimo zawieszenia broni na Bliskim Wschodzie Dodajmy, że choć pierwsze chwile po ogłoszeniu zawieszenia broni na Bliskim Wschodzie przyniosły ulgę, to niedługo później pojawił się problem. Region znów zobaczył rakiety, drony i alarmy przeciwlotnicze. Jak opisał w naTemat Marcin Kusz, po ogłoszeniu porozumienia nadal dochodzi do ostrzału i alarmów. Reuters ustalił, że kilka państw Zatoki informowało o irańskich atakach rakietowych i dronowych jeszcze po ogłoszeniu 2-tygodniowego zawieszenia broni. Wkrótce po komunikatach o rozejmie uruchamiano alarmy w krajach Zatoki Perskiej, a Izrael i Iran nadal prowadziły działania zbrojne. Już w pierwszych godzinach porozumienie zaczęto traktować bardziej, jak próbę zatrzymania spirali niż jak natychmiastowy koniec walk. Niejasność pogłębił sam moment wejścia rozejmu w życie. Nie było od razu jasne, jak szybko zawieszenie broni zaczyna obowiązywać. Izraelskie media podawały, że rozejm ma wejść w pełni w życie dopiero po ponownym otwarciu Cieśniny Ormuz, a do tego czasu Izrael spodziewał się dalszych irańskich ataków. Dodajmy, że otwarcie wspomnianej Cieśniny odbywa się na warunkach Iranu, o czym więcej pisaliśmy tutaj.

Jeździłem nową Toyotą RAV4. Tysiące Polaków kupiło ją w ciemno, a ja już wiem, czy było warto

Przyznaję bez bicia: do testu nowej Toyoty RAV4 6. generacji podchodziłem z pewną dozą sceptycyzmu. No bo co jeszcze można wycisnąć z hybrydowego SUV-a, który od lat okupuje szczyty list sprzedaży? Okazuje się, że całkiem sporo. Japończycy właśnie udowodnili, że potrafią zrobić auto, które nie tylko jest rozsądnym wyborem z tabelki w Excelu, ale też potrafi wywołać uśmiech na twarzy. Sześć generacji, dekady na rynku i miliony sprzedanych egzemplarzy, z czego ponad milion tylko w 2025 roku. To dane, które idealnie opisują Toyotę RAV4. To globalny hit, absolutny bestseller japońskiego koncernu, który teraz jest nowocześniejszy, ale nie w rewolucyjnym tego słowa znaczeniu. Japończycy dostosowali go do współczesnych realiów, ale nie tak, żeby wierni klienci go nie poznali i czuli się w nim nieswojo. Bo RAV4 jest jak pizza margarita, może nie zachwyca ilością dodatków, ale jest dla każdego. Miałem tę przyjemność testować Ravkę podczas pierwszych europejskich jazd w Maladze i powiem wam szczerze, że podoba mi się jej nowa odsłona, chociaż no jest parę niedociągnięć. Design, który w końcu ma "to coś" Pierwsze spotkanie z szóstą generacją Toyoty RAV4 to lekki szok. Zapomnijcie o grzecznych liniach. Nowy model to festiwal ostrych cięć, muskularnych nadkoli i sylwetki, która krzyczy: "zjedź mną z asfaltu" i serio polecam wam to zrobić, bo Ravka świetnie radzi sobie w terenie. Choć wymiary zewnętrzne są niemal identyczne jak w "piątce", to dzięki nowym proporcjom i 20-calowym felgom aluminiowym (tak, w standardzie są 18 i 20-calowe felgi) auto wygląda na znacznie potężniejsze. Największą zmianę widać jednak z tyłu. Inżynierowie zmienili kąt nachylenia tylnej szyby. Efekt? Auto wygląda smuklej, a kierowca ma lepszą widoczność patrząc w środkowe lusterko no i paradoksalnie pojemność bagażnika wzrosła o około 30 litrów, bo udało się wygospodarować więcej miejsca w górnych partiach kufra. Jasne, jeśli liczycie do linii rolety, to przestrzeni jest mniej, bo szyba zeszła trochę niżej, ale ogólnie to nadal ta sama, ultrapakowna maszyna. Do tego dochodzi nowy wzór świateł LED zarówno z przodu (w końcu Ravka dorobiła się reflektorów matrycowych), jak i z tyłu oraz odświeżony logotyp, który debiutuje właśnie w tym modelu. Jest również nowy pas przedni, który najbardziej przypominać wam będzie Corollę Cross no i pas tylny, który został po prostu uproszczony. Fajnie też, że Toyota w końcu schowała układ wydechowy w RAV4 głębiej i nie zwisa on tak ostentacyjnie jak w poprzednich modelach. Toyota wchodzi w erę "Software Defined Vehicle" W końcu! Tak jest, Ravka doczekała się nowocześniejszego wnętrza, ale bez przeginania w stronę tabletozy. I jeśli w poprzednich generacjach narzekaliście na multimedia, to mam dla was świetną wiadomość: tamte czasy odeszły do lamusa. Nowa Toyota RAV4 jest pierwszym modelem marki opartym na systemie operacyjnym Arene. To nie jest tylko szybszy tablet przyklejony do deski rozdzielczej. To mózg operacyjny, który sprawia, że auto staje się pojazdem definiowanym programowo. W kabinie rządzi ekran o przekątnej 12,9 cala (w bazowych wersjach nieco mniejszy), który działa z płynnością topowego smartfona. Co mnie urzekło? Personalizacja. Możecie ustawić skróty do ulubionych funkcji tak, jak ikony na pulpicie telefonu. A przed oczami kierowcy pręży się Digital Cockpit 12,3 cala, który w końcu wyświetla mapy Google w czasie rzeczywistym, fotoradary i ostrzeżenia o strefach niskiej emisji. Co ważne dla tradycjonalistów, wszystko to, co dotykowe, albo większość tego, co najpotrzebniejsze, jest trzymane w ryzach przez fizyczne przyciski zarówno na centralnej konsoli i pod ekranem jak również na kierownicy. Super sprawa! No i jest funkcjonalnie, bo w środku macie do dyspozycji masę schowków, głębokie kieszenie w drzwiach, nawet przy klamkach macie takie specjalne wnęki, żeby schować tam smartfona czy też chusteczki. Ale telefonów bym tam nie kładł, bo środek tych wnęk nie ma ani kawałka gumy lub materiału, więc wszystko będzie wam tam niemiłosiernie latać i stukać. Smartfon lepiej położyć na jedną z dwóch ładowarek indukcyjnych, położoną niżej głębszą półkę lub na tackę po drugiej stronie środkowego podłokietnika. Tak, dobrze czytacie, podłokietnik otwiera się dwustronnie, ale można go też zdemontować, obrócić miękką stroną do dołu, żeby odkryć dodatkową półkę a’la stolik. Co do jakości plastików... No jest o niebo lepiej niż w wersjach przedprodukcyjnych, to na pewno. Tak samo jest ze spasowaniem. I okej, może nie jest to mistrzostwo świata, ale także nie jest źle, są wytrzymałe i nie zajeżdżają tandetą, a tam, gdzie ma być miękko, no to jest miękko. I chyba tego oczekujemy od tego auta, że ma być wygodnie i solidnie. Jedno, co bym zmienił, to wyrzucił fortepianową czerń z okolicy wybieraka kierunków, ale to już detal. Całe szczęście, że praktyczność tego auta nie uległa zmianie. Na tylnej kanapie jest sporo miejsca nad głową i przed kolanami, więc podróżuje się mega wygodnie. A do tego nowa Ravka może pociągnąć teraz na haku 2000 kg, więc wodowanie łodzi na Mazurach nie będzie już dla niej problemem. Napęd, który zmienia zasady gry: 212 km zasięgu na prądzie? Przejdźmy do mięsa, czyli tego, co pod maską. Miałem okazję sprawdzić zarówno klasyczną hybrydę HEV z napędem na wszystkie koła, która wraz z wersją FWD jest dostępna już na naszym rynku, ale także flagową odmianę Plug-in Hybrid (PHEV) z AWD, której produkcja już ruszyła, a pierwsze auta będą dostępne w kraju nad Wisłą w lipcu tego roku. Japończycy upchnęli pod podłogą akumulator litowo-jonowy o pojemności 22,7 kWh. To o 30 proc. więcej niż w poprzedniku. Efekt w praktyce? W cyklu miejskim według pierwszych pomiarów nowa Ravka potrafi przejechać od 184 do nawet 212 km bez użycia silnika spalinowego. To rekord w tej klasie. A w cyklu mieszanym? Według WLTP od 120 do 137 km w zależności od wersji wyposażenia, bo oczywiście rośnie jej waga. Golas w wersji Style waży bowiem około 1,6 tony, a te najbogatsze i najmocniejsze wersję podchodzą pod 2 tony z haczykiem. Mnie przedprodukcyjnym PHEVem z AWD udało się zejść do poziomu około 22 kWh na 100 km, więc te 100 km w cyklu mieszanym byłoby robialne. Ale to nie wszystko. Największym "gamechangerem" w RAV4 jest szybkie ładowanie DC o mocy 50 kW. Do tej pory hybrydy plug-in ładowały się godzinami. Teraz wjeżdżasz na szybką ładowarkę pod centrum handlowym i w 30 minut masz baterię naładowaną od 10 do 80 proc. Jeśli masz garaż z wallboxem (11 kW AC), pełne ładowanie zajmie ci tylko 3 godziny. Dla tych, którzy wolą klasykę, jest, jak wspomniałem, pełna hybryda (HEV) 5. generacji. W wersji z inteligentnym napędem na cztery koła AWD-i oferuje ona 194 KM, co pozwala na sprint do setki w przyzwoite 7,7 sekundy, przy średnim spalaniu (jak podaje Toyota) na poziomie 5,3 litra. Ja miałem solidne 6 litrów, ale muszę przyznać, że w przypadku HEVa nie jeździłem ekonomicznie. Miałem też okazję krótko przetestować wersję GR SPORT i tutaj czuć różnicę nie tylko w wyglądzie. Toyota nie poszła na łatwiznę. Ta odmiana ma szerszy o 20 mm rozstaw kół, jest obniżona o 15 mm, ma wzmocnione tylne zawieszenie i dedykowane amortyzatory. Samochód prowadzi się znacznie sztywniej, mniej przechyla się w zakrętach i daje kierowcy dużo więcej informacji o tym, co dzieje się pod kołami. No i coś, o co wszyscy pytają, czyli jak jeździ nowa RAV4 i czy jest ciszej? Odpowiadam: tak! Zacznę od drugiej kwestii. Toyota przyłożyła się do kwestii wyciszenia i zaczynając od silnika spalinowego, który mniej wyje. Serio, jest to zauważalne. Zakres jego pracy jest inny i załącza się później. Do tego wyciszenie komory silnika: no widać, że dorzucono tam więcej mat. Do tego przeprojektowano lusterka, które powodują mniej zawirowań powietrza oraz zastosowano inne, bardziej akustyczne kleje. A jak jeździ? Niezmiennie bardzo dobrze. Tutaj zmian jest moim zdaniem najmniej, ale i ta kwestia wymagała najmniej poprawek. Może inaczej, na pewno jest bezpieczniej, bo poprawiła się widoczność, szczególnie z przodu, bo Toyota obniżyła o 4 cm deskę rozdzielczą. A skoro o bezpieczeństwie mowa... Bezpieczeństwo 4.0, czyli Toyota T-MATE w standardzie W nowej RAV4 debiutuje czwarta generacja Toyota Safety Sense. Systemy wspomagające kierowcę są teraz tak zaawansowane, że auto potrafi samo uniknąć kolizji czołowej z motocyklem, a system LCA (Lane Change Assist) upewni się, że zmiana pasa na autostradzie jest bezpieczna. Ciekawostką jest funkcja Teammate Advanced Park, która pozwala zaparkować auto... stojąc na zewnątrz. Wyjmujesz smartfona, klikasz i patrzysz, jak twoja Toyota sama wjeżdża w ciasne miejsce parkingowe. Tak RAV4 można sparować z apką, można mieć do niej kilka cyfrowych kluczy, przez co nie musicie nosić ze sobą kluczyków, ale także inne zaawansowane bajery jak funkcję nagrywania z kamer 360 z opcją rejestracji do 20 sekund wstecz, która uruchamia się w razie wypadku lub kolizji. Ale to nie trafi od razu do waszych nowych Ravek, pojawi się jeszcze w tym roku. Ile kosztuje nowa Toyota RAV4? Aktualny cennik Toyota Polska Pora na twarde dane finansowe. Dzięki systemowi Ekobonus 7,3 proc., ceny nowej generacji wyglądają bardzo konkurencyjnie, biorąc pod uwagę oferowaną technologię i wyposażenie. Ceny brutto z uwzględnieniem rabatu Ekobonus (stan na marzec 2026). Warto zauważyć, że dopłata do wersji GR SPORT względem luksusowej wersji Executive to symboliczne kilkaset złotych, co sprawia, że to właśnie sportowo stylizowana odmiana może stać się hitem sprzedaży. Czy to najlepsza Ravka w historii? Bez dwóch zdań tak. Toyota RAV4 6. generacji to auto, które dorosło. Poprawiono dokładnie te elementy, na które narzekali użytkownicy poprzednika: wyciszenie, jakość multimediów i szybkość ładowania w wersji plug-in. To SUV, który potrafi być ultra-oszczędnym miejskim elektrykiem przez cały tydzień, a w weekend bezstresowo zabierze całą rodzinę na narty, nie każąc wam martwić się o infrastrukturę ładowarek. No i oczywiście pomieści te narty! Japończycy znowu wykonali dobrą robotę nadganiając pewne zaległości, a nowa RAV4 to niezmiennie solidny punkt w segmencie D-SUV. No i potwierdzają to liczby: do końca marca złożono już prawie 4000 zamówień w Polsce, z czego większą część w ciemno, nie widząc auta. To w branży automotive robi wrażenie.

❌