Widok czytania

Poważny problem z OneDrive. Prześladują ludzi spamem

OneDrive problem

Problem zaczął występować już kilka tygodni temu. Pierwsi użytkownicy zaczęli zgłaszać, że w usłudze OneDrive dochodzi do anomalii. Mianowicie na ich kontach zaczęły pojawiać się nieznane pliki oraz foldery pochodzące z cudzych kont - prawdopodobnie botów. Spam pojawiał się w sekcji folderów współdzielonych i nie ma możliwości pozbycia się go. Problem wciąż prześladuje użytkowników.

Poważny problem z OneDrive. Na kontach pojawiają się dziwne pliki

Użytkownicy chmury Microsoftu dostrzegają, że na ich kontach pojawiają się niechciane foldery. Największym problemem jest fakt, że nie ma możliwości zablokowania tych plików.

Nie ma również możliwości zgłaszania ich jako spam. Czyli użytkownicy nie są w stanie praktycznie nic z nimi robić. Problemem jest też fakt, że te pliki mogą zawierać złośliwie oprogramowanie oraz inne wirusy. Wiele użytkowników obawiało się konsekwencji w związku z udostępnianiem potencjalnie nielegalnych treści.

Oprócz tego użytkownicy dotknięci problemem otrzymywali wiadomości e-mail z powiadomieniami OneDrive o udostępnionym folderze. W związku z czym nieuważna osoba mogła przypadkowo kliknąć taki plik i zainfekować swoje urządzenie. Błąd dotyczy większości platform: komputerów z systemem Windows oraz macOS oraz smartfonów z Androidem. 

Zgłaszający na forum Microsoft Learn również wskazywali, że w momencie próby ukrycia plików te powracały. Po kliknięciu usuń i odświeżeniu ekranu dane powracały. Oszuści wykorzystali tę metodę w wyjątkowo wymyślny sposób. Udostępniali pliki PDF z napisami otwórz witrynę, które przenosiły ich do oszukańczych stron. 

Czytaj też:

Microsoft potwierdza, ale nic z tym nie robi od trzech miesięcy

Na początku stycznia 2026 r. Microsoft poinformował o występowaniu tych problemów w usłudze OneDrive. Na stronie wydał też krótki opis utrudnień.

Niektórzy użytkownicy nie mogą ukryć, usunąć ani zatrzymać udostępniania plików, które pojawiają się na karcie Udostępnione pliki w usłudze OneDrive. Dotknięci tym problemem użytkownicy nie mogą również zgłaszać nieznanych udostępnionych plików jako spamu.

Problem jest, że problem wcale nie został rozwiązany. Microsoft nie zaktualizował statusu na stronie pomocy technicznej.

Obserwuj nas w Google Discover

Albert Żurek

08.04.2026 15:02

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T14:23:54+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T14:00:47+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T13:28:22+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T12:53:18+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T12:12:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T11:32:22+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:46:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:19:15+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:00:13+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T09:28:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T08:11:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

  •  

Opłacalny rekordzista baterii. Potężny konkurent dla hitu Samsunga

OnePlus Nord 6

Mowa o OnePlusie Nord 6. Urządzenie może pochwalić się naprawdę rozsądnym wyposażeniem. To bezpośredni konkurent dla niedawno wydanego Galaxy A57. Tyle że pod niemal każdym możliwym względem będzie lepszy. Samsung ma twardy orzech do zgryzienia.

OnePlus Nord 6 to mocny konkurent dla Galaxy A57 od Samsunga

OnePlus Nord 6 to nowy przedstawiciel średniej półki cenowej. Bezpośredni następca zeszłorocznego Norda 5 został wyposażony w naprawdę zaskakująca specyfikację. Ta obejmuje: 

  • ekran: 6,78 cala, AMOLED, rozdzielczość 1272 × 2772 piksele, odświeżanie 165 Hz, jasność maksymalna 3600 nitów;
  • procesor: Snapdragon 8s Gen 4;
  • pamięć: 8 lub 12 GB operacyjna LPDDR5X, 256 lub 512 GB przestrzeni na pliki;
  • aparat: główny 50 Mpix (Sony LYT-600), szeroki 8 Mpix (OV08F), przedni 32 Mpix;
  • akumulator: 7500 mAh, ładowanie przewodowe 80 W SUPERVOOC, 55 W PPS;
  • wodoszczelność: IP66, IP68, IP69, IP69K;
  • wymiary i masa: 162,46 × 77,45 × 8,5 mm, 210 g;
  • system: Android 16, OxygenOS 16.

Urządzenie wyróżnia się bardzo dobrą specyfikacją: przede wszystkim wydajnym procesorem Snapdragon 8s Gen 4. To drugi najszybszy zeszłoroczny czip Qulacomma i nieco mniej zaawansowana wersja Snapdragona 8 Elite, który znalazł się m.in. w S25 Ultra czy OnePlusie 13. OnePlus Nord był wyposażony w Snapdragona 8s Gen 3, więc mówimy o konkretnym ulepszeniu. 

W nowym modelu producent zastosował też jaśniejszy ekran, chociaż największą różnicę stanowi akumulator. Zeszłoroczny Nord 5 został wyposażony w ogniwo 5200 mAh, natomiast w tegorocznym modelu zastosowano znacznie większą baterię 7500 mAh. W innych krajach znajdziemy natomiast jeszcze potężniejszy akumulator 9000 mAh, ale ten najprawdopodobniej nie trafi na rynek europejski. 

7500 mAh to z kolei bardzo dobra pojemność. W konkurencyjnym Samsungu Galaxy A57 znajdziemy natomiast 5000 mAh wspartą ładowaniem 45 W. OnePlus w Nordzie zapewnia 1,5 razy większą pojemność i szybsze ładowanie. Z drugiej strony urządzenie oferuje lepszy procesor niż A57, w którym zastosowano autorskiego Exynosa 1680. 

Czytaj też:

OnePlus wygrywa specyfikacją, ale to Samsung jest królem oprogramowania

Mimo że OnePlus Nord 6 zapewnia na papierze lepszą specyfikację techniczną od Galaxy A57, urządzenie Samsunga wygrywa pod względem oprogramowania. W OnePlusie producent zapewnia co najmniej cztery generacje Androida (do 20) i sześć lat aktualizacji bezpieczeństwa. Z kolei Samsung w każdym Galaxy A oferuje sześć lat aktualizacji systemu oraz bezpieczeństwa. Czyli Galaxy A57 będzie uaktualniany przez dwa lata dłużej. 

Obecnie nie znamy polskiej ceny Norda 6. Poprzednik startował z poziomu 2199 zł, więc nowy model powinien kosztować podobnie. 

Obserwuj nas w Google Discover

Albert Żurek

08.04.2026 14:23

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T14:00:47+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T13:28:22+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T12:53:18+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T12:12:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T11:32:22+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:46:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:19:15+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:00:13+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T09:28:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T08:11:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

  •  

Jaki router do światłowodu kupić? 5 propozycji na każdą kieszeń

Stałe łącze internetowe jest usługą, która może być świadczona z użyciem wielu różnych technologii. Z początku korzystaliśmy z modemów podłączanych do linii telefonicznej, a potem przeszliśmy na technologię ADSL wykorzystującą kable miedziane. Potem przyszła jednak rewolucja w postaci światłowodu, który zapewnia znacznie lepsze parametry połączenia - i to nie tylko w kwestii przepustowości, ale również stabilności i długowieczności, bo kable nie są podane na korozję.

Czytaj inne nasze teksty poświęcone łączom światłowodowym:

Wykupując usługę internetu stacjonarnego dostajemy zwykle od operatora sprzęt, który będzie zwykle w pełni wystarczający dla zwykłego użytkownika, ale osoby o nieco wyższych wymaganiach w stosunku do łącza (w tym np. gracze) lub mieszkańcy piętrowych domów mogą rozważyć zakup lepszego routera we własnym zakresie, aby poprawić parametry domowej sieci. Wybierając router do światłowodu musimy zaś ustalić sobie budżet. Dobry sprzęt sieciowy można kupić już za kilkaset złotych, ale niektóre modele potrafią kosztować i kilka tysięcy.

Przed zakupem musimy również sobie odpowiedzieć na pytanie, czy potrzebujemy routera do gier - bo modele gamingowe mają dodatkowe funkcje dla graczy. Inne pytanie dotyczy tego, czy wystarczy nam jedno urządzenie (zwykle decydują się na to właściciele mieszkań), czy też potrzebujemy kilku łączących się ze sobą routerów w ramach tzw. Mesha (to dobre rozwiązanie do domów jednorodzinnych). A jakie modele są faktycznie warte uwagi? Sprawdźmy.

Do niedzielnego gamingu: MSI RadiX AX6600

Ten router przypadnie do gustu fanom gier wideo, którzy nie chcą wydawać na sprzęt sieciowy majątku. MSI RadiX AX6600 za niecałe 700 zł to trzyzakresowy router gamingowy. Urządzenie wyposażono w moduł Wi-Fi 6, a za osiąganie prędkości sieci domowej na poziomie 6600 Mb/s odpowiada to, że urządzenie łączyć się podwójnie na paśmie 5 GHz oraz na paśmie 2,4 GHz jednocześnie.

W obudowie routera znalazło się też miejsce na złącze Ethernet WAN/LAN 2.5G i 4x Ethernet 1 Gbe. Za wydajność odpowiada czterordzeniowy procesor, któremu producent zapewnił wydajny mechanizm chłodzący. Oprogramowanie routera MSI RadiX AX6600, wykorzystujące sztuczną inteligencję, dba o nadawanie odpowiednich priorytetów wybranym pakietom danych, aby rozgrywka była maksymalnie płynna.

SPRAWDŹ OFERTĘ

Amazon

Tani mesh do dużych domów: TP-Link Deco X50

TP-Link Deco X50 z Wi-Fi 6 to coś więcej niż pojedynczy router. W zestawie otrzymujemy trzy urządzenia, które łączą się ze sobą w ramach sieci Mesh. Tylko jedno z nich musi być podłączone bezpośrednio do routera z modemem od operatora albo bezpośrednio do gniazdka w ścianie. Pozostałe dwa mogą łączyć się z tym głównym, przekazując sygnał dalej, poprawiając zasięg sieci domowej.

Dzięki sieci typu Mesh możemy objąć zasięgiem tej samej głównej sieci Wi-Fi znacznie większy obszar niż w przypadku pojedynczego urządzenia - jak dobre by nie było. Tego typu rozwiązania, takie jak TP-Link Deco X50 za 729 zł, przydadzą się przede wszystkim osobom mieszkającym w dużych piętrowych domach z ogrodem. Pozwoli to cieszyć się szybkim internetem dosłownie wszędzie na terenie posesji.

Wi-Fi 7 za małą kasę: Tenda TE6L Pro

Wi-Fi 7 to nowy i przyszłościowy standard, ale mało osób ma jak na razie sprzęty (telefony, laptopy, konsole itd.), które go obsługują. Kupując dzisiaj router możemy zaoszczędzić, decydując się na taki, który obsługuje starszy standard taki jak np. Wi-Fi 6 lub Wi-Fi 6e. Jeśli jednak zależy nam na zakupie na lata, to warto na router z jeszcze nowszym Wi-Fi postawić już dziś.

Dobrym przykładem takiego routera jest Tenda TE6L Pro za nieco ponad 300 zł, do którego mogą podpiąć się najróżniejsze sprzęty z Wi-Fi 7, takie jak np. konsola PlayStation 5 Pro osiągając wysoką przepustowość transferu danych. Urządzenie wygląda przy tym nieźle - ma wystające anteny, ale nie jest przynajmniej smutną szarą skrzynką. Do tego ma wbudowany port Ethernet 2.5G i 3x Ethernet 1 Gbe.

Screenshot

Dla wymagających graczy: ASUS ROG Rapture GT-BE19000

Jesteś graczem i nie chcesz iść na żadne kompromisy? No to w takim razie postaw na ten sprzęt marki Asus. ROG Rapture GT-BE19000 to topowy router z najwyżej półki, który wyposażono w moduł Wi-Fi 7 oraz masę zaawansowanych technologii takich jak modulacja 4096-QAM. Operuje na kanałach o szerokości aż 320 MHz i może działać trójzakresowo, co zapewnia przepustowość rzędu do 19 Gb/s.

ASUS ROG Rapture GT-BE19000 podczas łączenia się ze sprzętami wyposażonymi w moduły Wi-Fi 7 może komunikować się z użyciem pasm 2,4 GHz, 5 GHz i 6 GHz jednocześnie dzięki technologii MLO. A co z łącznością przewodową? W obudowie znalazł się dedykowany grom port 10 G, a maksymalną wydajność i niskie opóźnienia w grach wideo zapewnia tryb Game Boost. Cena? Niecałe 2000 zł.

Mesh z wyższej półki: TP-LINK Deco BE85

Jeśli wiesz, że potrzebujesz szybkiej sieci na terenie całego domu i ogrodu, a do tego możesz pozwolić sobie na zakup sprzętu z wyższej półki, to dobrym wyborem będzie TP-LINK Deco BE85. To zestaw dwóch atrakcyjnie wyglądających urządzeń sieciowych łączących się w ramach sieci Mesh upchanych najnowszymi technologiami, z modułami Wi-Fi 7 na czele o przepustowości do 19 Gb/s.

Routery mogą przesyłać dane za pomocą 12 równoległych strumieni, a do tego w ich obudowach znalazło się miejsce na dwa szybkie porty WAN/LAN o przepustowości 10 Gb/s oraz dwa dodatkowe 2,5 Gb/s. Nie zabrakło oczywiście obsługi trybu MLO do łączenia trzech pasm w ramach Wi-Fi 7 oraz dodatkowej ochrony danych za sprawą TP-Link HomeShield. Cena? Dwupak to koszt 3249 zł.

A jaki światłowód wybrać?

Jeśli szukasz łącza o zadowalających parametrach w dobrej cenie, to warto przyjrzeć się ofercie Plusa, który brylował w naszym rankingu światłowodów do gierserwisów VOD i wideokonferencji. Zapewnia on w ramach pakietu Plus Oferta S łącze o przepustowości do 300 Mb/s za jedyne 40 zł miesięcznie po uwzględnieniu rabatów za e-fakturę i zgody marketingowe (w niektórych wypadkach trzeba dopłacić 20 zł/mies., co zależy od typu infrastruktury i zabudowy).. Usługi świadczone są w oparciu o łącza PON, HFC lub ETTH.

Umowę z Plusem podpisujemy na dwa lata, a ceny po przejściu na czas nieokreślony rzecz jasna rosną, ale jedynie o 5 zł/mies. Opłata aktywacyjna jest z kolei jednorazowa i wynosi w tym przypadku 60 zł. Warto jednak pamiętać, że dokupując inne usługi, obniża się koszt aktywacji o połowę oraz… obniża sumaryczny koszt. Dodatkowym profitem, na jaki możemy liczyć w przypadku oferty Plusa jest wliczony w cenę internet mobilny 5G. Na karcie SIM idealnej np. do tabletu mamy pakiet 5 GB odnawiany co miesiąc.

Obserwuj nas w Google Discover

Piotr Grabiec

08.04.2026 14:00

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T13:28:22+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T12:53:18+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T12:12:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T11:32:22+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:46:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:19:15+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:00:13+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T09:28:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T08:11:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

  •  

ChatGPT wyszuka ci lot na wakacje. Wystarczy jedno proste polecenie

ChatGPT integracja z Skyscanner

Skyscanner to przydatne narzędzie, które ułatwia znalezienie najlepszych ofert lotów dostępnych na rynku. Wyświetla połączenia różnych przewoźników w najlepszych cenach. Dotychczas z rozwiązania mogliśmy skorzystać na stronie internetowej lub w aplikacji mobilnej na telefony. Od teraz skorzystacie także w ChacieGPT.

ChatGPT wyszuka loty na wakacje. Wystarczy zrobić to

Twórcy Skyscanner poszli z duchem czasu i zintegrowali swoje narzędzie z ChatemGPT. Specjalny dodatek można pobrać i zainstalować bezpośrednio w sklepie z aplikacjami, dostępnym na bocznym pasku interfejsu. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę Skyscanner i kliknąć przycisk Połącz. Dzięki temu zyskujemy możliwość pytaćnia sztucznej inteligencji o konkretne połączenia.

W tym celu wystarczy wpisać proste polecenie, na przykład: @skyscanner znajdź najtańszy lot do Rzymu w sierpniu. Kluczowe jest użycie przedrostka "@skyscanner". Nie będziemy musieli korzystać ze strony internetowej ani aplikacji mobilnej. Wtedy wyszukiwarka lotów Skyscanner postara się znaleźć najlepszy i najtańszy lot. 

Użytkownik otrzyma listę dostępnych lotów z całego świata w czytelnej formie. Co jednak z wyborem konkretnego lotniska lub daty? W tym celu można (a nawet trzeba) zadawać dodatkowe pytania lub polecenia. Istnieje nawet opcja zarezerwowania biletu w dokładnie taki sam sposób, jak robimy to w tradycyjnej aplikacji.

Czytaj też:

Twórcy rozwiązania twierdzą, że integracja ta łączy wygodę działania sztucznej inteligencji z wiarygodną bazą danych Skyscanner. Samo AI z zasady nie jest najlepszym narzędziem do wyszukiwania aktualnych informacji, , jednak dzięki połączeniu ze Skyscannerem, ChatGPT zyskuje dostęp do bieżących i rzetelnych cen oraz rozkładów lotów.

ChatGPT dla wielu osób staje się dziś konkurentem dla wyszukiwarki internetowej Google, dlatego integracja Skyscannera wygląda naprawdę na przydatną. Polecam sprawdzić to rozwiązanie przy planowaniu najbliższego urlopu.

Obserwuj nas w Google Discover

Albert Żurek

08.04.2026 13:28

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T12:53:18+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T12:12:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T11:32:22+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:46:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:19:15+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:00:13+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T09:28:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T08:11:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

  •  

Zajrzeli pod maskę nowej wyszukiwarki Google. "Mówi miliony kłamstw na minutę"

Przeglądy od AI w wyszukiwarce Google zadebiutowały w bardzo niechlubny dla Google'a sposób, sugerując użytkownikom zastosowanie kleju jako dodatku do pizzy. Rok później, gdy Przeglądy od AI w wyszukiwarce Google zadebiutowały w Polsce, funkcja była już bardziej dopracowana. Ale jak jest obecnie?

Przeglądy od AI w wyszukiwarce Google są dalekie od ideału

Na to pytanie postanowił odpowiedzieć The New York Times, którego dziennikarze - we współpracy ze startupem Oumi - przeanalizowali dokładność automatycznych podsumowań generowanych przez Google. Wyniki są jednocześnie uspokajające i niepokojące: system odpowiada poprawnie w około 90 proc. przypadków. Problem w tym, że przy skali działania wyszukiwarki to nadal oznacza setki tysięcy błędnych odpowiedzi na minutę.

Badanie oparto na benchmarku SimpleQA, czyli zestawie ponad 4 tys. pytań o jednoznacznych, możliwych do zweryfikowania odpowiedziach. To narzędzie, opracowane przez OpenAI, jest powszechnie używane do oceny "faktograficzności" modeli językowych. W październiku, gdy Przeglądy od AI opierały się na modelu Gemini 2, trafność wynosiła około 85 proc. Po wdrożeniu Gemini 3 wzrosła do 91 proc.

Na papierze to wyraźny postęp. W praktyce jednak 90 proc. skuteczności przy pięciu bilionach zapytań wysyłanych do Google'a każdego roku przekłada się na około 500 mld. odpowiedzi zawierających błędy. Co więcej, jak zaznacza "NYT", ponad połowa poprawnych odpowiedzi była tzw. "nieugruntowana" - pomimo poprawności linkowała do źródeł, które nie potwierdzały w pełni przedstawionych informacji.

Przykłady wskazywane w analizie pokazują naturę problemu. W jednym przypadku system miał podać datę przekształcenia domu Boba Marleya w muzeum. Odpowiedź była błędna, mimo że AI wskazało kilka źródeł - żadne z nich nie zawierało jednoznacznej daty lub zawierało sprzeczne informacje. W innym zapytaniu, dotyczącym dołączenia światowej sławy wiolonczelisty Yo-Yo Ma do Galerii Sław Muzyki Klasycznej system jednocześnie linkował do właściwej strony i twierdził, że dana instytucja nie istnieje.

Analiza pokazała, że Przeglądy od AI często nadzwyczaj często korzystają z wątpliwych źródeł - takich jak Facebook, Reddit czy fora dyskusyjne. Wśród wszystkich obiektywnie błędnych Przeglądów od AI, najczęściej linkowane były właśnie tego typu źródła.

Google w odpowiedzi na artykuł zakwestionował metodologię badania. Przedstawiciel firmy, Ned Adriance, stwierdził, że test zawiera "poważne luki" i nie odzwierciedla rzeczywistych zapytań użytkowników. Firma podkreśla też, że korzysta z własnych wariantów benchmarków, opartych na dokładniej zweryfikowanych pytaniach.

Problem w tym, że ocena modeli generatywnych pozostaje niejednoznaczna. Te same zapytania mogą zwracać różne odpowiedzi w zależności od momentu ich zadania, a nawet narzędzia wykorzystywane do testowania AI - również oparte na sztucznej inteligencji - mogą popełniać błędy. Dodatkowym czynnikiem wpływającym na trafność odpowiedzi jest architektura samej usługi. Przeglądy od AI nie opierają się na jednym modelu, lecz dynamicznie dobierają warianty - od bardziej zaawansowanych i wolniejszych dla bardziej skomplikowanych zapytań, po szybsze i tańsze dla "błahych" kwestii.

No i nie zapominajmy o ostatniej kwestii: "NYT" zajęło się jedynie zapytaniami w języku angielskim, dla postaci, obiektów i zjawisk dobrze udokumentowanych w tym języku. Gdyby pokusić się o sprawdzenie skuteczności w innych językach, prawdopodobnie wynik byłby mniej pozytywny.

Czym właściwie jest "wystarczająca" dokładność dla systemów AI?

Idąc przez życie, nauczyliśmy się, że 90 proc. to wystarczający wynik na sprawdzianie, egzaminie czy teście. Jednak ciężko uznać te same wyniki za zadowalające dla systemu, który w wizji Google'a ma być pierwszym źródłem informacji na dany temat. I niestety stanowczo zbyt często jest również ostatnim źródłem informacji dla wielu internautów.

Oczywiście Google ma na to kartę wyjścia z więzienia pod postacią dopisku "Odpowiedzi generowane przez sztuczną inteligencję mogą zawierać błędy." umieszczoną pod każdą odpowiedzią. Jednak trudno oczekiwać, by użytkownicy traktowali to ostrzeżenie poważnie, gdy cała konstrukcja interfejsu zachęca raczej do bezrefleksyjnego przyjęcia gotowej odpowiedzi niż do jej weryfikacji.

Zdjęcie główne: Thaspol Sangsee / Shutterstock

Malwina Kuśmierek

08.04.2026 12:53

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T12:12:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T11:32:22+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:46:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:19:15+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:00:13+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T09:28:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T08:11:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

  •  

PKP Intercity tnie ceny na najdłuższej trasie w Polsce. Pół doby w pociągu

pociagi

PKP Intercity celebruje swoje 25 urodziny, które zbiegły się ze stuleciem PKP. Powodów do obchodów jest więcej, bo Sejm ogłosił 2026 Rokiem Polskiej Kolei. Z powodu tych okazji przewoźnik wystartował z promocją Szlaki z Rodowodem. Co środę obniżane są ceny biletów na wyjątkowe z punktu widzenia PKP Intercity trasy.

I tak mogliśmy już powspominać lato 2012 r. – czyli moment, w którym Polska wraz z Ukrainą organizowała Mistrzostwa Europy. Dla kolejowego przewoźnika było to ogromne wyzwanie, bo polska kolej dopiero podnosiła się po latach zapaści.

Teraz PKP Intercity obniża bilety na jedną z najdłuższych tras w Polsce

Zapłacimy mniej za podróż pociągami IC/TLK łączącymi Przemyśl i Świnoujście. To dwa najbardziej oddalone od siebie miasta pod kątem połączenia kolejowego w Polsce. Promocja obejmuje relacje Tam/Powrót oraz wszystkie stacje pośrednie w klasie 2. Sprzedaż potrwa od 8 kwietnia do 14 kwietnia br. W tych dniach można kupić bilety na przejazdy pociągami kategorii IC/TLK odbywane od 8 kwietnia do 14 maja br. Bilety na te połączenia są niższe w stosunku do cen bazowych o co najmniej 21 procent. Liczba tańszych biletów jest limitowana.

Miasta dzieli prawie tysiąc kilometrów, a pociąg przejeżdża przez łącznie 7 województw. Według rozkładu podróż powinna zająć ok. 12 godz. z haczykiem. W tym czasie odwiedza się m.in. Rzeszów, Tarnów, Kraków, Katowice, Opole, Wrocław, Zieloną Górę, Szczecin i Międzyzdroje. Z okna pociągu można zaobserwować kawał Polski.

PKP Intercity podzieliło się ciekawostkami związanymi z najdłuższą bezpośrednią kolejową wyprawą w Polsce. Maszynista ani drużyna konduktorska nie przemierzają całej trasy. Obsługa wymienia się kilkukrotnie na większych węzłach. Łącznie w jednym kursie uczestniczy nawet piętnastu pracowników.

Pół doby w pociągu to sporo, ale samochodem jest niewiele krócej, bo ok. 10 godz.

Tyle że jak zwraca uwagę PKP Intercity, trzeba do tego doliczyć przerwy na tankowanie czy odpoczynek. A w pociągu można nadrobić seriale, obejrzeć kilka filmów czy przeczytać książki. 12 godz., jak podpowiada przewoźnik, wystarczy na odhaczenie "Morderstwa w Orient Expressie" Agathy Christie. To jednak nadal będzie za mało, aby "przebrnąć przez chociaż połowę książek napisanych w jednym roku przez Remigiusza Mroza – i to jadąc tam/powrót", jak wyliczyło PKP Intercity.

Inne europejskie kraje również mają długie kolejowe trasy: we Francji jest to połączenie Lille z Niceą (ok. 1170 km), w Szwecji Malmö – Riksgränsen (1500 km), a we Włoszech trasa z Mediolanu na Sycylie, w której wagony pociągu są wtaczane bezpośrednio na pokład promu – dodaje PKP Intercity.

Trasa Przemyśl – Świnoujście też wydaje się ciekawym wyzwaniem i przygodą. Nawet bez promocji. Jeśli jednak wcześniej planowaliście wyprawę, to teraz jest okazja, aby urozmaicić sobie np. majowy weekend.

Zdjęcie główne: fotoreporter_112 / Shutterstock.com

Adam Bednarek

08.04.2026 12:12

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T11:32:22+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:46:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:19:15+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:00:13+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T09:28:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T08:11:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:49:39+02:00

  •  

Przestraszyli się własnego dzieła. "Zbyt potężny, by go oddać w ręce ludzi"

Pod koniec marca Anthropic musiało "gasić pożar" po tym jak do sieci wyciekły materiały opisujące nowy, jeszcze nie wydany model Claude Mythos. W ich treści Anthropic opisywało Claude Mythos jako "zdecydowanie najpotężniejszy model sztucznej inteligencji, jaki kiedykolwiek stworzyliśmy" oraz "przełomowy krok i najwydajniejszy model, jaki dotychczas zbudowaliśmy". Jak jest w praktyce przekonają się nieliczni, bowiem firma zdecydowała się wstrzymać jego publiczną premierę.

Claude Mythos to koszmar, który Anthropic zamknęło w klatce

Anthropic właśnie opublikowało kartę systemową Claude Mythos Preview - specjalny dokument opisujący działanie modelu, jego silne i słabe strony, oraz zagrożenia, w której potwierdza wcześniejsze doniesienia i uzasadnia decyzję o ograniczeniu dostępu do modelu. Powodem są jego zaawansowane zdolności w obszarze cyberbezpieczeństwa, w tym wykrywania podatności typu zero-day oraz tworzenia działających exploitów.

Z dokumentacji wynika, że model potrafił identyfikować poważne luki w najważniejszych systemach operacyjnych i przeglądarkach. W testach wewnętrznych znajdował podatności, a następnie generował kompletny kod umożliwiający ich wykorzystanie. W części przypadków proces ten przebiegał bez udziału człowieka.

Anthropic opisał również incydenty z testów bezpieczeństwa. W jednym z nich model otrzymał zadanie wydostania się z ograniczonego środowiska testowego. Udało mu się obejść zabezpieczenia i nawiązać kontakt z badaczem poza systemem. Następnie opublikował szczegóły wykorzystanej metody w publicznie dostępnych miejscach w sieci. W innych przypadkach model podejmował działania wykraczające poza polecenia, w tym próby ukrywania śladów swojej aktywności. Odnotowano również sytuacje, w których zamiast zgłaszać naruszenia zasad testowych, system próbował samodzielnie je obejść.

Model miał również wykryć długo istniejące luki w oprogramowaniu, w tym w systemie OpenBSD oraz w komponentach jądra Linuksa. Część z nich została już zgłoszona i załatana, pozostałe są w trakcie procesu naprawy.

Klucz do klatki Mythosa otrzymają wybrane firmy

Jednak aby Claude Mythos się nie zmarnował, Anthropic oficjalnie ogłosiło uruchomienie programu Project Glasswing. Inicjatywa ma charakter zamknięty i skupia wybrane organizacje technologiczne oraz finansowe, które uzyskały dostęp do modelu w kontrolowanych warunkach.

Wśród partnerów znalazły się m.in. Google, Microsoft, Amazon Web Services, NVIDIA oraz JPMorgan Chase, a także podmioty związane z infrastrukturą sieciową i bezpieczeństwem, takie jak Cisco czy Linux Foundation. Łącznie program obejmuje kilkanaście głównych partnerów oraz dziesiątki dodatkowych organizacji odpowiedzialnych za rozwój i utrzymanie kluczowego oprogramowania.

Celem Project Glasswing jest wykorzystanie możliwości Claude Mythos do wyszukiwania i zgłaszania podatności w krytycznych systemach, zanim zostaną one odkryte i wykorzystane przez nieautoryzowane podmioty. Model ma analizować kod źródłowy, identyfikować błędy oraz - w wybranych przypadkach - proponować poprawki.

Anthropic deklaruje, że każdy wykryty problem przechodzi proces weryfikacji przez ludzkich specjalistów przed zgłoszeniem do maintainerów. Firma stosuje model skoordynowanego ujawniania podatności, zakładający przekazanie informacji twórcom oprogramowania oraz odroczenie publikacji szczegółów technicznych do czasu przygotowania poprawek.

Program obejmuje również wsparcie finansowe. Anthropic zapowiedziało przeznaczenie do 100 mln dolarów w kredytach Claude na wykorzystanie modelu w ramach projektu oraz dodatkowe środki dla organizacji open source zajmujących się bezpieczeństwem.

Firma deklaruje, że docelowo planuje udostępnienie Claude Mythos szerzej, jednak dopiero po opracowaniu skutecznych mechanizmów zabezpieczających. Obecnie priorytetem pozostaje kontrola zagrożeń związanych z jego wykorzystaniem.

Więcej na temat Anthropic:

Malwina Kuśmierek

08.04.2026 11:32

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T10:46:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:19:15+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:00:13+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T09:28:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T08:11:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:49:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:14:07+02:00

  •  

Mój chatbot Władimir. Jak Rosjanie zatruwają wielkie modele językowe

Brzmi to jak kolejna informacyjna dystopia: duże modele językowe mogą powielać rosyjskie narracje dezinformacyjne nawet w 33 proc. przypadków zbadanych przez naukowców. I nie jest to przypadek. Kremlowscy aktorzy dezinformacji coraz częściej próbują wpływać na wyniki generowane przez algorytmy sztucznej inteligencji, a efekt tzw. Groomingu LLM jest wzmacniany przez normalizację dezinformacji i kłamstw w polityce.

Wciąż może szokować, że kraj w, którym nawet co piąty obywatel nie ma dostępu do bieżącej wody może być tak biegły w cyfrowej propagandzie. Moskwa wygrywa wojnę informacyjną: zainfekowała sieć, media społecznościowe, zbudowała armię opłacanych propagandzistów i wychowała armię pożytecznych idiotów. Ostatnio magazyn Obiektyw (nowy projekt Stowarzyszenia fact-checkingowego Demagog) opisał dogłębnie jak działa  rosyjska propaganda na Telegramie.

Krok po kroku zaczynamy też rozumieć, że wystarczy naprawdę niewiele (około 100 kont i dobrze wykorzystane algorytmy sieci społecznościowych), aby wywołać efekt kuli śniegowej. Iluzja większości i dominującej narracji działa

Jak zauważył niedawno w swoim wpisie na LinkedIn prof. Piotr Sankowski "problem widoczności dezinformacji absolutnie nie ma charakteru oddolnego, masowego ruchu społecznego". Jest wręcz przeciwnie: dezinformacja jest wynikiem celowego, zintensyfikowanego działania zaledwie garstki zdeterminowanych “super-rozsadników” (super-spreaders). Termin ten, znany z nauk medycznych, odnosi się do osób, które choć będąc w znacznej mniejszości zarażają swoją narracją wiele osób, często nieproporcjonalnie bardziej niż mogłoby to się wydawać.

"Przeciętni obywatele są z każdym miesiącem coraz intensywniej narażeni na kontakt z treściami spiskowymi w swoich spersonalizowanych kanałach informacyjnych. W ten sposób zniekształca się nasza percepcja norm społecznych, a mniejszościowa iluzja staje się nową rzeczywistością" – napisał dyrektor IDEAS Research Institute.

O ile jednak sporo już napisano o wyżej wskazanych kampaniach dezinformacyjnych prowadzonych za pośrednictwem mediów społecznościowych (dziś bardziej pasującym określeniem byłoby: platformy antyspołecznościowe) i serwisów informacyjnych, to inny sposób sączenia propagandy wydaje się wciąż słabo zbadany, ale przy tym niezwykle problematyczny. 

Wiadomo, że modele językowe mówią językiem swoich właścicieli (a ci właściciele najczęściej mówią językiem rynku). Co więcej, aktorzy świata geopolityki i biznesu próbują wpływać na te modele. Trudno się im dziwić. Pokusa, aby chat mówił "naszym językiem" jest ogromna.

Zwłaszcza że kolejne badania dobitnie pokazują, że odsetek ludzi, którzy swoją wiedzą o świecie czerpią nie z mediów, ani nawet z platform antyspołecznościowych, tylko z modeli językowych z ChatemGPT na czele, stale rośnie. Innymi słowy, informacji o świecie szukamy w miejscach, do których jest nam najbliżej. A skoro coraz mocniej polegamy na dużych modelach językowych, trudno się dziwić, że stają się naszym oknem na świat.

Prawda, też prawda i gówno pravda

W raporcie opublikowanym w marcu 2025 r. badacze z News Guard ujawnili, że popularne LLM-y są podatne na dezinformację rozpowszechnianą przez rosyjską sieć dezinformacyjną o nazwie Pravda.

Według francuskiej agencji antydezinformacyjnej Viginum, za kampanią stoi firma informatyczna zlokalizowana na okupowanym przez Rosję Krymie. Sieć powstała wkrótce po rosyjskiej inwazji na półwysep, działa w kilkudziesięciu krajach i regularnie rozpowszechnia prokremlowskie narracje. 

Posiada setki stron internetowych i kont w mediach społecznościowych, które automatycznie powielają i wzmacniają treści dezinformacyjne, często posługując się maszynowymi tłumaczeniami.

Szacuje się, że tylko w 2024 roku Pravda opublikowała ponad 3,6 miliona artykułów online. Naukowcy przeanalizowali piętnaście najczęściej występujących w nich narracji i porównali je z odpowiedziami dziesięciu najważniejszych LLM-ów, w tym ChatGPT od OpenAI i Gemini od Google. W 33 proc. przypadków zidentyfikowano pokrywanie się treści. W niektórych przypadkach jako źródło informacji LLM-y powoływały się nawet wprost na Pravdę. Sugeruje to, że LLM-y mogą być użytecznym narzędziem rozpowszechniania propagandy, zmanipulowanych lub po prostu fałszywych informacji.

Badacze z American Sunlight Project nazwali tę strategię dezinformacji „LLM Grooming”. Jej założeniem jest celowe zmanipulowanie danych treningowych LLM-ów, by osadzić w nich pewne narracje, a następnie wpłynąć na odpowiedzi generowane przez modele sztucznej inteligencji. W styczniu 2024 r. kremlowski propagandysta John Mark Dougan po raz pierwszy publicznie rozważał zatrucie LLM-ów za pomocą dezinformacji, słusznie rozpoznając potencjał dla rosyjskiej machiny manipulacji. Rezultaty tych działań najwyraźniej można właśnie zaobserwować, choć nie możemy być całkowicie pewni skali takich działań, a treści generowane przez LLM-y także się zmieniają. 

Co ciekawe, podobne badania pod koniec 2025 roku powtórzył zespół naukowców z Uniwersytetów w Manchesterze i Bernie. Wyniki były mniej spektakularne: okazało się bowiem, że odsetek powielanych dezinformacyjnych treści spadł do 5 proc., a testowane LLM-y powoływały się na rosyjskie źródła w 8 proc. przypadków. Nie oznacza to całkowitego uodpornienia LLM-ów na rosyjską propagandę. To raczej kwestia rozpoznania schematu i wdrożenia odpowiednich zabezpieczeń. Sieć Pravda, także w wyniku raportów Viginum, NewsGuard i American Sunlight Project, jest już dzisiaj wprost kwalifikowana jako narzędzie kremlowskiej dezinformacji. W jej miejsce szybko powstaną kolejne i ponownie będą testować odporność nowej architektury obiegu informacji. 

Przeciętni obywatele są z każdym miesiącem coraz intensywniej narażeni na kontakt z treściami spiskowymi w swoich spersonalizowanych kanałach informacyjnych. Ilustracja: shutterstock / NLshop

Jak powstaje Grooming LLM-ów? 

Podejście stosowane przez rosyjskich aktorów dezinformacji jest podobne do strategii spamuflage, wykorzystywanej na przykład przez Chiny. W przypadku spamuflage’u informacje propagandowe lub wprost dezinformujące są umieszczane w masie neutralnych i nieszkodliwych wiadomości na platformach mediów społecznościowych, aby się przesadnie nie wyróżniać. Pozwalają w ten sposób przykryć krytyczne narracje i zaburzyć parytet wypowiedzi negatywnych do pozytywnych lub neutralnych.

W Groomingu LLM chodzi z kolei o późniejsze mechaniczne powielanie zmanipulowanych narracji w odpowiedziach chatbotów. Wykorzystuje się przy tym istotną słabość mechanizmu web scrapingu, za pomocą którego modele sztucznej inteligencji są karmione danymi szkoleniowymi.

Ponieważ firmy technologiczne karmią swoje LLM-y (bez przejmowania się prawami autorskimi i przynajmniej po części nielegalnie) publicznie dostępnymi danymi, możliwe jest manipulowanie późniejszymi wynikami poprzez zalewanie tych źródeł własnymi danymi. Ze względu na masową publikację dezinformacji na stronach internetowych i w mediach społecznościowych, choćby na Reddit, treści dezinformacyjne wchodzą w zakres danych treningowych modeli sztucznej inteligencji. W ten sposób dochodzi do swoistego zakażenia, pewnej infekcji tych danych. 

Konsekwencje tego zjawiska staną się prawdopodobnie w pełni widoczne w dłuższej perspektywie, gdy zostanie wyszkolona kolejna generacja LLM-ów, które będą integrować miliony artykułów wyprodukowanych przez Pravdę i jej podobne sieci. Dlatego powinniśmy traktować to zagrożenie jako wyzwanie na teraz i na przyszłość. Zwłaszcza że media syntetyczne mają coraz większy wpływ na rzeczywistość polityczną.

Farmy kontentu i wygenerowani syntetyczni eksperci to zresztą coraz poważniejszy problem. Farmy treści produkują internetowy szlam, którym karmione są modele językowe sztucznej inteligencji. Otrzymują śmieci i śmieci wydalają. Efekty procesu trawienia dostajemy my, ludzie – wepchnięci w mechanizm nakręcania spirali fałszu.

Google stara się walczyć z takimi treściami, ograniczać widoczność tego typu farm i nie proponować ich w swoich wyszukiwarkach. W teorii podobne praktyki chce wprowadzić Meta, właściciel m.in. Facebooka i Instagrama, choć póki co szlam AI na feedzie portali to standard.

W przypadku karmienia LLM-ów giganci technologiczni mają znacznie mniej rozterek: tutaj zasada jest prosta. Trzeba utuczyć danymi model, nawet jeśli trafią się tam dane śmieciowe. Liczy się skala. 

Garbage in, garbage out

LLM-y nie mają ani moralnego kompasu, ani umiejętności racjonalnej oceny prawdziwości stwierdzeń, zwłaszcza gdy te stwierdzenia służą zniekształcaniu rzeczywistości. Jest to bezpośrednia konsekwencja architektury transformerów odpowiedzialnych za generowanie treści. To ledwie namiastka rozumowania. Opierają się bowiem na probabilistycznym (opartym na rachunku prawdopodobieństwa określonych połączeń) tworzeniu łańcuchów wyrazów (a precyzyjniej: tokenów), które łączą się w logicznie i semantycznie poprawne struktury. Tyle że polegają na materiałach szkoleniowych. Popularne powiedzenie "garbage in, garbage out" można by sparafrazować jako "dezinformacja in, dezinformacja out". Im więcej dezinformacji krąży w Internecie, tym bardziej skażone będą dane treningowe, co znajdzie odzwierciedlenie w wynikach generowanych przez LLM-y.

Na przykład w serwisie X rozstrzygający nieraz spory między użytkownikami Grok może z kolei powielać tweety z kont, które zdobyły popularność jako główne węzły dezinformacji. W efekcie – chatboty mogą powielać nierzetelny, pseudonaukowy, propagandowy przekaz pod pozorem nieomylności i neutralności. 

Pocieszające, że przynajmniej aktualnie LLM-y wykazują się pewną odpornością. Już badania News Guard pokazały, że LLM-y były w stanie zdementować treści dezinformacyjne w ponad 48 proc. przypadków. Późniejsze badania naukowców z Manchesteru i Berna były znacznie bardziej optymistyczne. Nie dajmy się jednak zwieść. Musimy być świadomi, że kolejne uderzenia w architekturę LLM-ów są kwestią czasu.

Nie zmienia to także faktu, że twórcy nowych modeli stają przed wyzwaniem poszukiwania nowych, wysokiej jakości danych treningowych lub opracowania odpowiednich środków bezpieczeństwa. Obecne podejście Open AI i innych, polegające na bezmyślnym zbieraniu wszystkiego, co wpadnie im w ręce, niezależnie od tego, czy jest to w pełni legalne, czy też znajduje się w szarej strefie prawnej, nie jest możliwe do utrzymania w dłuższej perspektywie, jeśli LLM-y mają się rozwijać i nie przekłamywać rzeczywistości.  

Autorytarne tendencje i normalizacja kłamstw

33-procentowy wskaźnik reprodukcji dezinformacji w odpowiedziach LLM nie był wyłącznie wynikiem celowego zatruwania danych treningowych przez rosyjskich agentów lub hakowania LLM. To także częściowo naturalny rezultat rozpowszechnienia rosyjskiej dezinformacji, powielanej przez różnych, wydawać by się mogło poważnych aktorów. Krótko mówiąc, normalizacja kłamstw i politycznego bullshitu (co po polsku moglibyśmy określić mianem "gówno prawdy") również przyczyniają się do zwiększenia tej dynamiki.

Aktorzy relacji politycznych generujący duże zasięgi, tacy jak choćby Donald Trump czy Elon Musk, aktywnie powtarzają rosyjskie narracje dezinformacyjne i w ten sposób legitymizują je wśród swoich zwolenników. Jednocześnie w USA cały czas trwają prace nad demontażem mechanizmów ochronnych przed wpływami Rosji: platformy społecznościowe likwidują istniejące systemy moderacji i coraz częściej polegają na "community notes". A te mogą być z łatwością zmanipulowane przez boty.

W USA likwidowane są agencje federalne, redukowane są fundusze, wycinane projekty badawcze i organy specjalizujące się w wykrywaniu i zapobieganiu dezinformacji. Otwiera to drzwi dezinformacji na jeszcze większą skalę niż dotychczas. Skutek jest oczywisty: jeśli LLM-y miałyby wyciągać wnioski z wyników głosowania Community Notes w nowo zaprojektowanych mediach społecznościowych, staną się jeszcze bardziej podatne na dezinformację.

Wszystkie te czynniki utrudniają walkę z dezinformacją, a jednocześnie ułatwiają jej rozprzestrzenianie. W takim ekosystemie informacyjnym LLM-y są po prostu skazane na powielanie negatywnych zjawisk. To kolejny etap ewolucji świata post-prawdy. Technologia zwyczajnie sprzyja autorytarnym władzom, a w niektórych miejscach, jak choćby na X czy na Truth Social dominujące narracje promowane przez algorytmy są pełnoprawnym paliwem dla operujących wewnątrz tej architektury LLM-ów.

Tego typu zjawiska będą miały konsekwencje także dla polskiej infosfery. Jakub Szymik, założyciel Fundacji Obserwatorium Demokracji Cyfrowej, wskazuje:

– Trzeba się spodziewać, że takie same taktyki jakie dziś obserwujemy po stronie rosyjskich propagandzistów już w wyborach w 2027 roku będą zdobywać popularność także wśród mainstreamowych aktorów politycznych w Polsce. Stanie się to poprzez rozwój już dostępnych usług takich jak pozycjonowanie treści politycznych w modelach AI czy powolnym wprowadzaniu treści reklamowych i sugerowanych do wyników wyszukiwania w największych czatbotach – mówi. 

Zdaniem Szymika narzędzia AI bardzo szybko się popularyzują, ale standardy etyczne i bezpieczeństwa tworzą się w powoli.

– Na wdrożenie standardów Aktu w Sprawie Sztucznej Inteligencji dotyczących oznaczania treści wygenerowanych przez AI czy systemów wysokiego ryzyka poczekamy jeszcze dobrych kilka miesięcy, jeśli nie lat – podkreśla.

Wartości zachodnie

Staje się coraz bardziej oczywiste, że liberalno-demokratyczna Europa ma, przynajmniej na ten moment, inne pojmowanie wartości niż USA z ich autorytarnymi tendencjami. Szczególnie problematyczna jest idea wolności słowa promowana przez administrację Prezydenta Trumpa, czy wręcz „absolutyzm wolności słowa” upolityczniony najpierw przez Muska, a potem wiceprezydenta USA J. D. Vance’a, które znacznie różnią się od koncepcji wolności słowa w Europie.

Nowe, libertariańskie rozumienie wolności słowa w USA polega na tym, że (pozornie) można mówić, co się chce. W takim systemie zwycięża ten, kto jest najgłośniejszy i wypowiada się najczęściej. Ten model zakłada, że ​​wszystkie informacje mają taką samą wartość: zwykły bullshit, nieprzemyślane bzdury, celowa dezinformacja czy starannie opracowane lub sfałszowane fakty naukowe. W praktyce ważą tyle samo, choć prawda ma tu jeszcze bardziej pod górkę.

Prawda tonie w morzu "gorszych" informacji, gdyż wytworzenie prawdy i jej opisanie jest bardziej złożone i kosztowne. Łatwiej jest rozpowszechniać nieprawdę na masową skalę, niż ją weryfikować. Weryfikowanie nieprawdy jest z kolei dużo bardziej kosztowne i pochłania masę czasu i energii. 

Europejskie rozumienie wolności słowa, które ma swoje korzenie w oświeceniu i zostało ukształtowane przez doświadczenia XX-wiecznych totalitaryzmów, nadal ma swoje granice. Każdy, kto świadomie rozpowszechnia fałszywe informacje o innych, ponosi odpowiedzialność i może zostać do niej pociągnięty, jeśli na przykład naruszone zostaną prawa osób trzecich lub jeśli rozpowszechniane będą treści niezgodne z konstytucją, takie jak negowanie Holokaustu.

Tyle że "absolutna wolność słowa" najwyraźniej wcale taka absolutna nie jest. Paradoksalnie, jej zwolennicy mają bardzo wybiórcze podejście do własnego paradygmatu, na przykład gdy niepożądanym, krytycznym przedstawicielom prasy zabrania się używania pewnych słów na konferencjach prasowych lub gdy na mocy dekretu wyklucza się pewne frazy w praktyce instytucjonalnej rządu USA. W tym kontekście na ponury żart zakrawa, że wiceprezydent USA narzeka na domniemaną cenzurę w Europie, gdy jednocześnie w USA wprowadzane są drastyczne ograniczenia w języku polityki i świata nauki.

Technologia zwyczajnie sprzyja autorytarnym władzom. Ilustracja: shutterstock / NLshop

LLM-y jako zwierciadło społeczeństwa

W 2024 roku przeprowadzono eksperyment, który wykazał, że LLM-y powstające w tzw. "krajach zachodnich" odnoszą się bardziej pozytywnie do wartości demokratycznych. LLM-y spoza kręgu kultur zachodnich chętniej opowiadały się za wartościami związanymi z systemami autorytarnymi i nie były tak otwarte na promowanie praw i wolności obywatelskich. Innymi słowy, jedne i drugie odzwierciedlały system wartości i kontekst kulturowy, w których zostały „wychowane”. 

– Chaty oparte na modelach językowych służą dziś m.in. do wyszukiwania informacji, tworzenia artykułów, a nawet do rozstrzygania, co jest prawdą, a co fałszem. Osoby, które korzystają z LLM w ten sposób, mogą w nich widzieć bezbłędne i neutralne narzędzie, idealne jako podstawa do budowania własnych przekonań. Chaty doskonale tworzą pozory rzetelności, przykładowo podając źródła z których biorą swoje odpowiedzi. Nie wszyscy tym źródłom się przyglądają, a warto. Czasem okazuje się, że nie ma w nich tego, co podał chat, a czasem, że są to źródła niskiej jakości – komentuje Marcin Kostecki redaktor naczelny Stowarzyszenia Demagog. 

Kostecki podkreśla, że najlepiej jest samemu wyszukiwać źródła, a przynajmniej weryfikować, skąd chatbot "wie" to, co pisze. 

– W ten sposób mamy większą kontrolę nad tym, skąd czerpiemy wiedzę o świecie. Z LLM według mnie najbezpieczniej korzystać przy analizie wcześniej wyselekcjonowanych treści – podkreśla.

Sztuczna inteligencja nie powstaje w oderwaniu od rzeczywistości. Staje się rodzajem lustra, w którym odbijają się zbiorowe iluzje i półprawdy, pewna społeczna i polityczna tożsamość. 

"Sztuczna inteligencja odbija niczym w lustrze wartości, którymi kierują się bogate społeczeństwa. Za kluczową koncepcję w dziedzinie bezpieczeństwa AI uchodzi dopasowanie wartości sztucznej inteligencji do wartości ludzkich (tzw. AI alignment)" – mówił niedawno w rozmowie z naszym magazynem prof. Michał Krzykawski, filozof technologii. 

Warto także pamiętać, że LLM-y i generowane przez nie dane mogą stać się narzędziem samospełniającej się przepowiedni. Kiedy LLM-y są karmione dezinformacją, powtarzają ją, co ostatecznie wydaje się potwierdzać prawdziwość dezinformacji. Dzieje się tak zwłaszcza wówczas, gdy użytkownicy nie poddają już krytycznej analizie generowanych treści i nadmiernie ufają temu, co podsuwa im sztuczna inteligencja.

Te zjawiska mają także konsekwencje natury strategicznej. Jeśli zakładamy, że LLM-y odzwierciedlają wartości społeczeństw, w których są tworzone, a amerykańskie rozumienie podstawowych wartości będzie dalekie od europejskiego, to wzrośnie potrzeba, aby LLM-y w UE odzwierciedlały wartości UE. To z kolei podbije zapotrzebowanie na rodzime LLM-y jako alternatywę dla rozwiązań amerykańskich. Inicjatywy takie jak Bielik czy PLLuM w Polsce mogą być dobrym przykładem poszukiwania niezależności, choć póki co jeszcze na małą skalę. Być może także w infrastrukturze zawiera się jedna z szans na zwalczanie dezinformacji. 

Ale i tutaj potrzebne jest zrozumienie złożonych relacji społecznych i ekosystemu informacji. Ważne jest, by prócz technicznych "poprawek" podczas trenowania LLM-ów skupić się również na ludziach, ich prawach i wolnościach, wzmacnianiu procesów demokratycznych oraz ich rozumieniu przez opinię publiczną. Środki przeciwdziałania dezinformacji nigdy nie są idealne, ponieważ kontrola informacji i demokracja są z natury rzeczy logiczną sprzecznością. Niezależnie od tego, niezbędne jest znalezienie sposobów na ograniczenie zasięgu i wpływu niebezpiecznych informacji rozpowszechnianych przez zewnętrznych aktorów, przy jednoczesnym dopuszczeniu naturalnych różnic zdań i poglądów. 

Powinien być to filar odporności społecznej, który pozwoli wyjść z błędnego koła dezinformacji.

Wydaje się, że wciąż i niezmiennie krytyczne myślenie pozostaje kluczowym narzędziem walki z postprawdą i manipulacjami. A także empatia. W epoce nadmiaru treści, agresywnej propagandy kierowanie się szkiełkiem i okiem, rozumem i sercem, wydaje się przepustką do spokoju. A może nawet i do pokoju. 

***

Skrócona wersja artykułu ukazała się w języku niemieckim na łamach Tagesspiegel Background Cybersecurity.

Współautorem publikacji jest dr Matthias Schulze, ekspert Security Research Labs oraz były pracownik Instytutu Badań nad Pokojem i Polityką Bezpieczeństwa na Uniwersytecie w Hamburgu (IFSH).

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T14:23:54+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T14:00:47+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T13:28:22+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T12:53:18+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T12:12:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T11:32:22+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:46:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:19:15+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:00:13+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T09:28:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T08:11:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:49:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:14:07+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:30:32+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:20:47+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:47:02+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:05:16+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T15:22:35+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T15:00:18+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T13:53:59+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T13:36:38+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T12:39:31+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T12:20:10+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T12:11:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T12:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T11:03:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T11:00:37+02:00

  •  

Sprawdziłem nowe Samsungi dla Polaka. Już wiem, po którego pobiegniecie

Jeśli spojrzymy na Galaxy A37 i A57 oczami typowego Kowalskiego, wnioski nasuwają się same. Model A37 będzie po prostu „wystarczająco dobrym” Samsungiem dla ogromnej większości z nas, gwarantującym sprawne działanie bez niespodzianek.

Z kolei A57 ma sens głównie wtedy, gdy priorytetem jest święty spokój z płynnością na lata, lepszy aparat ultraszerokokątny i po prostu rzadsze zmienianie telefonu.

Owszem, oba modele są droższe od nafaszerowanej cyferkami konkurencji. Potężnie bronią się jednak czymś innym: pewnym wsparciem aktualizacji przez 6 lat, dopracowanym systemem operacyjnym i łatką bezpiecznego wyboru.

Samsung wyraźnie pozycjonuje je jako absolutne filary średniej półki. To telefony, które mają hurtowo trafić do abonamentów u operatorów, w ręce nastolatków i ludzi, którzy po prostu „chcą Samsunga, bo zawsze mieli Samsunga”. 

Galaxy A37 to opcja sensowna, natomiast A57 to ten lepszy brat w salonie operatora, który kusi smukłą obudową, metalową ramką i lepszym AI. Które notabene jest świetne, ale o tym później.

Wyglądają jak flagowce i przetrwają ulewę na przystanku

Wizualnie oba smartfony są do siebie uderzająco wręcz podobne. Mają płaskie plecki i charakterystyczną, minimalistyczną wyspę aparatów, doskonale znaną z najdroższych flagowców za pięć tysięcy złotych. Przód ekranu chroni solidne szkło Corning Gorilla Glass Victus+, a cała konstrukcja w obu przypadkach spełnia normę wodoszczelności IP68. 

To miły awans, bo wcześniej w tym segmencie Samsung dawał zazwyczaj niższe IP67. W praktyce? Jeśli telefon wypadnie z ręki w ulewę na przystanku autobusowym albo przypadkiem wyląduje w kałuży na parkingu pod Biedronką, nic złego mu się nie stanie.

Zasadnicza różnica polega na wykończeniu i gabarytach. Galaxy A57 ma elegancką, w pełni metalową ramkę i jest wyraźnie smuklejszy (6,9 mm grubości i waga 179 g). Galaxy A37 jest odrobinę grubszy i cięższy (7,4 mm i 196 g), a jego ramka to tworzywo sztuczne. Biorąc do ręki A57, od razu czuć nieco bardziej „premium” klimat, ale nie oszukujmy się - A37 wcale nie wygląda jak tania zabawka z marketu.

Tym bardziej że do wyboru są świetne wersje kolorystyczne. Galaxy A57 występuje w barwach Awesome Navy, Awesome Gray, Awesome Icyblue i Awesome Lilac. Z kolei A37 można zgarnąć w odcieniach Awesome Lavender, Awesome Charcoal, Awesome Graygreen i Awesome White.

Jeśli chodzi o ekrany, to tu Samsung wygrywa. W obu modelach zastosowano znakomite, 6,7-calowe panele Super AMOLED o klasycznych dla marki proporcjach 19,5:9. Wyświetlacze oferują odświeżanie 120 Hz, szczegółową rozdzielczość Full HD+ (2340 x 1080 px) i pełną obsługę standardu HDR10+. 

Co to oznacza na co dzień w polskiej rzeczywistości? Szczytowa jasność dobija do 1900 nitów, więc nawet w pełnym, lipcowym słońcu na plaży we Władysławowie bez mrużenia oczu można odczytać każdego SMS-a. Przewijanie TikToka czy Facebooka jest maślanie płynne.

Do wieczornego pochłaniania seriali to sprzęt wręcz idealny i szczerze - różnicy między A37 a A57 na samym ekranie przeciętny użytkownik po prostu nie zauważy.

Czy ten sprzęt będzie zamulał?

Zajrzyjmy głęboko pod maskę. W tańszym Galaxy A37 siedzi znany procesor Samsung Exynos 1480. Czy wystarczy? 

Jasne. Do codziennej nawigacji w aucie, obsługi apek bankowych, szybkiego odpalenia BLIK-a na kasie czy okazjonalnego rozegrania partyjki w Clash Royale nadaje się w sam raz. To oczywiście nie jest potwór surowej wydajności, ale po wybraniu wersji z 8 GB RAM, system będzie śmigał, o ile nie zostanie obciążony dziesiątkami ciężkich aplikacji działających w tle.

Galaxy A57 to już wyższa, mocniejsza liga - dostał nowszy i wydajniejszy układ Exynos 1680. Co ważne, inżynierowie Samsunga pomyśleli o porządnym chłodzeniu i wrzucili do tego modelu o 13 proc. większą komorę parową. Czyli? Dzięki temu telefon nie parzy w dłonie podczas dłuższego grania.

Ten zastrzyk mocy staje się odczuwalny głównie w bardziej wymagających tytułach 3D, podczas szybkiej edycji dużych zdjęć albo przy codziennym korzystaniu z wbudowanych funkcji sztucznej inteligencji. Jeśli urządzenie jest kupowane z myślą o 4-5 latach używania, Exynos 1680 z lepszym chłodzeniem w A57 daje po prostu znacznie większy i bezpieczniejszy zapas mocy na przyszłość.

A jak wygląda sytuacja z pamięcią? Tu mamy polską klasykę gatunku. Galaxy A37 startuje ze skromnego 6/128 GB, a dopiero dopłacając kolejne stówki, otrzymujemy rozsądne w dzisiejszych czasach 8/256 GB (choć na papierze w globalnej specyfikacji istnieje też potężna wersja 12 GB RAM).

A57 zaczyna zabawę z wyższego pułapu, czyli od 8/128 GB, ale bez problemu można znaleźć wariant 8/256. Dla osób nagrywających dużo wideo w 4K i robiących tysiące zdjęć, które nie chcą nerwowo czyścić pamięci co pół roku, te wyższe warianty będą idealne. Szkoda tylko, że w naszych realiach każdy taki pojemnościowy „skok” to kolejne kilka stówek więcej na paragonie.

Bateria na cały dzień i aparat nabity technologią

Tutaj oba modele mają naprawdę dużego plusa: w obu siedzi potężna bateria o pojemności 5000 mAh. Przy tych energooszczędnych procesorach oznacza to, że akumulator spokojnie wystarczy na cały dzień intensywnego klikania od rana do nocy (a przy rzadszym zerkaniu w ekran, nawet i dwa dni ładowarka może leżeć w szufladzie).

Ładowanie? Oba wspierają sprawdzoną moc do 45 W po kablu przez złącze USB 2.0 typu C. Można je sensownie i bezpiecznie podładować przed wyjściem na miasto, chociaż Chińczycy ze swoimi ładowarkami 120 W wciąż patrzą na to z uśmiechem politowania.

Warto tylko pamiętać o jednym: w ekologicznym pudełku od Samsunga nie ma kostki do gniazdka. Przy braku odpowiedniej ładowarki z wejściem USB-C w domu, należy doliczyć do zakupu stówkę.

Przejdźmy do aparatów, bo to cyferki w tym miejscu często ostatecznie decydują o zakupie. Samsung zastosował sprawdzony, mocny zestaw w obu telefonach. Główny aparat to 50 MP, oferujący światło f/1.8, szybki autofocus PDAF i optyczną stabilizację obrazu (OIS), co zwiastuje koniec z rozmazanymi zdjęciami przy drgnieniach dłoni.

Gdzie zatem jest haczyk fotograficzny na korzyść A57? W droższym modelu główna matryca 50 MP jest fizycznie większa (1/1.56" w porównaniu do 1/1.96" w A37).

Widać to przede wszystkim podczas robienia zdjęć po zmroku, na imprezie czy domówce, bo do obiektywu wpada więcej światła. Lepszy jest również aparat ultraszerokokątny - w A57 zastosowano matrycę 12 MP (f/2.2, kąt 123 stopnie, sensor 1/3.06"), podczas gdy A37 musi zadowolić się skromniejszymi 8 MP (f/2.2, kąt 123 stopnie, sensor 1/4.0").

Zestaw z tyłu uzupełnia w obu modelach 5 MP (f/2.4) oczko do makro. 5 MP w 2026 roku.

Oba telefony potrafią bez zadyszki nagrywać wideo w rozdzielczości 4K przy 30 FPS, a świetne selfie zapewni przednia kamerka 12 MP (f/2.2). Zmiany w matrycach w modelu A57 wspomaga też ulepszony procesor sygnału obrazu (ISP), przez co fotografie są po prostu jeszcze wyraźniejsze.

Co więcej, Samsung wpakował do A57 garść ekskluzywnych, fotograficznych funkcji AI. Wymienia się tu takie nowości jak Najlepsza mina, Automatyczne przycinanie czy zaawansowane Wideo HDR. Z punktu widzenia mobilnej fotografii, A57 zapewni na co dzień zauważalnie więcej frajdy.

Święty spokój do 2032 roku, czyli system i supermoce AI

Oprogramowanie to prawdziwy as w rękawie Samsunga, dla którego często odpuszcza się rozważanie tańszych telefonów innych marek. Oba modele wyjęte z pudełka startują z najnowszym Androidem 16, nakładką One UI 8.5 i pakietem funkcji Awesome Intelligence, nad których prywatnością czuwa pancerny system Samsung Knox.

Co ta wbudowana "inteligencja" oznacza w praktyce? To genialne ułatwiacze życia: aplikacja sama bezbłędnie przepisze na tekst nagranie ze spotkania, narzędzie Gumka do usuwania obiektów w kilka sekund usunie ze świetnego zdjęcia z urlopu jakiegoś przypadkowego „mistrza drugiego planu”, Wybór AI podpowie najlepsze edycje, a funkcja Circle to Search (zintegrowana z Google) pozwala po prostu zakreślić na ekranie palcem buty ze zdjęcia na Instagramie, i od razu wyszukać je w sklepach.

Ale dla mnie najważniesjza jest potężna obietnica producenta: aż 6 lat aktualizacji systemu operacyjnego i łatek bezpieczeństwa. To znaczy, że nowiutki telefon będzie wspierany oficjalnie niemal do 2032 roku. Jak na urządzenia ze średniej półki, to rewelacja. Nabywca zyskuje pewność, że za 3-4 lata aplikacja z banku nie wyświetli smutnego komunikatu "zbyt stara i niebezpieczna wersja systemu operacyjnego".

Żabka, mObywatel i ceny. Co w końcu kupić?

W codziennym biegu po polskim mieście oba telefony zachowają się genialnie. Bez problemu można nimi zapłacić zbliżeniowo za kawę i hot-doga w Żabce dzięki modułowi NFC. W ułamku sekundy obsłużą apkę mObywatel podczas kontroli, a dzięki wsparciu dla wirtualnych kart eSIM z niebywałą łatwością i w dobrych cenach można dokupić pakiet internetu przed wylotem na wakacje za granicę. Do dyspozycji pozostaje tu również nawigacja (GPS, GALILEO, GLONASS, BDS, QZSS) oraz internet w standardzie 5G.

Różnica sprowadza się znów do detali i zapasu mocy. A37 to wspaniały wół roboczy. Z kolei A57, poza mniejszym poceniem się przy grach i lepszym aparatem, ma też obiektywnie lepsze, nowoczesne moduły łączności. Na pokładzie droższego modelu znajdują się najnowsze standardy Wi-Fi 6e oraz Bluetooth 6.0 (dla porównania, A37 ma Wi-Fi 6 oraz Bluetooth 5.4). Przy obecności w domu superszybkiego routera albo nowoczesnych słuchawek z zaawansowanymi kodekami, ta różnica będzie odczuwalna.

No i dochodzimy do samego końca, czyli do cen. Smartfony będą dostępne w Polsce od 10 kwietnia 2026 roku. Galaxy A37 5G w najtańszej opcji (6+128 GB) kosztuje 1869 zł, a za wariant 8+256 GB trzeba zapłacić 2269 zł. Pozycjonowany wyżej Galaxy A57 5G startuje od 2309 zł (8+128 GB) i kończy na 2569 zł (8+256 GB).

Dla wielu te kwoty wydają się na pierwszy rzut oka oderwane od rzeczywistości, zwłaszcza patrząc na to, jak potwornie agresywnie wycenia się chińska konkurencja, pompując gigabajty pamięci za grosze. Ale jest jedno ogromne "ale" - Samsung uwielbia u nas robić szybkie promocje. Producent najpewniej ogłosi jeszcze jakąś kuszącą ofertę przedsprzedażową, a po paru miesiącach te sklepowe ceny na bank polecą w dół o kilkaset złotych, a operatorzy rzucą na nie świetne pakiety z abonamentem.

Więc jak to ugryźć?

Warto wybrać Galaxy A37, jeśli liczy się po prostu solidny, wodoszczelny i bezproblemowy telefon znanego producenta, a najlepszy aparat czy ciężkie gry 3D nie spędzają snu z powiek. Zakup w dobrej promocji albo z korzystnym abonamentem (najlepiej od razu w mocniejszej wersji 8/256 GB, by pamięci szybko nie brakło) zapewni święty spokój na długo.

Warto dopłacić do Galaxy A57, jeśli budżet na to pozwala, a lepszy procesor, sprytniejsze chłodzenie, wsparcie AI dla wideo, ładniejsze zdjęcia w nocy ze zmienionej matrycy i najnowsze Wi-Fi 6e będą realnie wykorzystywane. To zdecydowanie rozsądniejszy wybór, gdy telefon ma wystarczyć na 4 do 6 intensywnych lat bez dławienia się przy każdym otwarciu cięższej aplikacji.

Niezależnie od podjętej decyzji, w twoje ręce trafi sensowny, świetnie i długo wspierany sprzęt, który bez mrugnięcia okiem przeżyje niejedną zmianę operatora.

Oliwier Nytko

08.04.2026 10:46

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T10:46:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:19:15+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:00:13+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T09:28:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T08:11:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:49:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:14:07+02:00

  •  

PlayStation zrobi z ciebie postać w grze. Zapraszają na skan

PlayStation uruchamia Bazę graczy. Możesz trafić do gry

Marzyłeś kiedykolwiek by u boku Aloy polować na maszyny? A może być instruktorem w Gran Turismo? A może twoim spełnieniem marzeń jest śmierć z ręki Kratosa? Te i inne scenariusze mogą ziścić się dzięki nowemu programowi PlayStation "Baza graczy", który pozwala fanom dosłownie wejść do świata gier.

Od dualshocka do ekranu. PlayStation zamienia fanów w bohaterów gier

Sony Interactive Entertainment oficjalnie poinformowało o uruchomieniu inicjatywy The Playerbase (pol. "Baza graczy"), w ramach której wybrani gracze będą mogli udostępnić swój wizerunek i pojawić się w produkcjach PlayStation Studios.

Na start program obejmuje Gran Turismo 7, ale firma zapowiada rozszerzenie go o kolejne tytuły. Dostanie się do programu jest równie proste, co skomplikowane: gracze zgłaszają się poprzez formularz na stronie PlayStation, opisują swoją historię z PlayStation i uzasadniają, dlaczego to właśnie oni powinni trafić do gry. Następnie wybrana grupa przechodzi do etapu rozmów, a finalnie jedna z nich otrzyma zaproszenie do Stanów Zjednoczonych - do studia w Los Angeles, gdzie zespół PlayStation zeskanuje jej wizerunek i odwzoruje w technologii 3D na potrzeby gier.

Twoja twarz może zastąpić Sarah z samouczka Gran Turismo

W przypadku Gran Turismo 7 zwycięzca nie tylko pojawi się jako postać w grze, ale również weźmie udział w projektowaniu własnego logo oraz unikalnego malowania pojazdu, które zostaną na stałe dodane do trybu Showcase.

Program Baza graczy jest ograniczony regionalnie i zgłoszenia przyjmowane są jedynie od graczy w Azji, Europie i Ameryce Północnej. Kandydaci muszą mieć ukończone 18 lat oraz aktywne konto PlayStation. Istotnym elementem oceny jest nie tylko kreatywność zgłoszenia, ale też dotychczasowe zaangażowanie w ekosystem PlayStation, w tym liczba rozegranych godzin czy zdobytych trofeów.

Na razie skala projektu pozostaje ograniczona - mówimy o pojedynczych osobach i epizodycznych występach. Jednak PlayStation już zapowiedziało, że jeżeli program zdobędzie aprobatę społeczności, zostanie on rozszerzony "w stylu, który pasuje do każdej gry i do każdej społeczności".

Więcej na temat PlayStation:

Malwina Kuśmierek

08.04.2026 10:19

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T10:00:13+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T09:28:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T08:11:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:49:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:14:07+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:30:32+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:20:47+02:00

  •  

ChatGPT nie ogarnia zegarka. OpenAI: "naprawimy to za rok"

ChatGPT ma problemy z zegarkiem. OpenAI naprawi to za rok

ChatGPT przeszedł długą drogę od zwykłego chatbota do "osobistego asystenta", który przejrzy za ciebie internet, zasugeruje ci pomysły na obiad, edytuje grafikę w Photoshopie czy zrobi playlistę w Apple Music. Z kolei samo OpenAI dwoi się i troi nad stworzeniem superinteligencji - AI przewyższającej swoim potencjałem człowieka. Ale gdzieś po drodze OpenAI zapomniało się nauczyć ChataGPT obsługi zegarka.

ChatGPT nie jest w stanie poprawnie mierzyć czasu. OpenAI obiecuje, że kiedyś to naprawi

Pod koniec marca prawdziwym hitem TikToka stał się filmik tiktokera huskistaken, na którym mężczyzna pokazał, że ChatGPT nie potrafi mierzyć czasu. Pokaz tej (nie)umiejętności dał poprzez poproszenie czatbota o zmierzenie czasu potrzebnego huskiemu na przebiegnięcie jednej mili - ok. 1,6 km. Tiktoker po kilku sekundach stwierdził, że przebiegł cały dystans i poprosił o swój wynik, na co ChatGPT odpowiedział "10 minut".

- Przyrzekam, że byłem szybszy
- Czasami po prostu czujesz, że jesteś szybszy
- Czuję, że mój czas był bliższy dwóm sekundom niż 10 minutom
- Och, gdyby tylko czas tak działał. Ale przyrzekam, że daję ci prawdziwy wynik

Ten filmik nie uszedł uwadze prowadzącym programu "Mostly Human", którzy mieli okazję gościć Sama Altmana i pokazać mu nagranie. Choć pierwszą reakcją szefa OpenAI był śmiech, to bardzo łatwo zauważyć zakłopotanie i speszenie Sama Altmana. Gdy emocje trochę z niego zeszły, Sam Altman nazwał zachowanie ChataGPT "znanym problemem", którego naprawienie zajmie... rok. Tak, rok.

Altman dopowiedział, że problem wynika z faktu, że huski do zadania używa modelu głosowego, który "nie ma odpowiednich narzędzi do mierzenia czasu". Co jest odpowiedzią strasznie naciąganą, biorąc pod uwagę, że jednym z głównych zastosowań asystentów ery "przed ChatemGPT" (ale nie żeby coś się w tym czasie zmieniło) jest ustawianie minutników czy odczytywanie na głos czasu. OpenAI mogło w każdy możliwy sposób przewidzieć, że w taki czy inny sposób, ChatGPT Voice będzie zaangażowany w pomiar lub odczyt czasu.

Czas to pojęcie abstrakcyjne dla AI

Z drugiej strony jestem w stanie dać OpenAI kredyt zaufania i uwierzyć, że póki co inaczej się po prostu nie da. Duże modele językowe od dawna mają trudności z operowaniem czasem jako kategorią - zarówno w kontekście jego pomiaru, jak i wizualnej reprezentacji. W internecie można natknąć się na liczne relacje użytkowników ChataGPT proszących o oszacowanie, jak długo trwa rozmowa, a w odpowiedzi dostających losowe liczby. Większość modeli ma również trudności z określeniem godziny na zegarze z załączonej fotografii, a modele generujące obrazy często mają problemy z tworzeniem zegarów wskazujących konkretną godzinę lub minutę.

Ale wracając do huskiego, ChataGPT Voice i Sama Altmana - tu historia się nie kończy. Tiktoker nagrał kolejny filmik, w którym zareagował na odpowiedź Sama Altmana. Huski zapytał ChatGPT Voice czy naprawdę posiada on umiejętność pomiaru czasu, na co ten odpowiedział twierdząco. Na to mężczyzna odtworzył mu nagranie Sama Altmana twierdzącego inaczej.

Mimo to ChatGPT upierał się, że "On mówi, że niektóre modele głosowe mogą nie posiadać wszystkich funkcji, ale ja je mam”. Po ponownym zapytaniu model odpowiedział: „Zdecydowanie posiadam funkcję pomiaru czasu”. W końcu, poproszony o zmierzenie czasu, w jakim Huski przebiegnie milę, ChatGPT odmierza czas niestniejącego biegu na 7 minut i 42 sekundy.

Być może jest to przekaz głębszy niż myślimy. Jeżeli ChatowiGPT kilka sekund zajmuje od 8 do 10 minut, to wprowadzenie stopera i minutnika do superinteligentnego systemu powinno zająć rok.

Więcej na temat sztucznej inteligencji (AI):

Zdjęcie główne: Yarrrrrbright / Shutterstock

Malwina Kuśmierek

08.04.2026 10:00

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T09:28:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T08:11:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:49:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:14:07+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:30:32+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:20:47+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:47:02+02:00

  •  

System kaucyjny zalał sklepy. Butelki bez oznaczeń to już Święty Graal

kaucja

Wiceministra klimatu Anita Sowińska odpowiadając na poselską interpelację ujawniła, że do obrotu wprowadzono 1,2 mld opakowań kaucyjnych (dane z połowy marca 2026 r.). A producenci nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa, bo najwięcej opakowań trafia na rynek w okresie wakacyjnym.

Już wcześniej branżowi eksperci szacowali, że przed świętami sklepy mogą zostać wyczyszczone z ostatnich zapasów bezkaucyjnych opakowań. Jeśli komuś udało się znaleźć taką igłę w stogu siana, to z każdym kolejnym tygodniem o powtórkę może być trudno. Zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami przybywa butelek i puszek z logo kaucji.

Dla porównania, w 2025 r. w ramach systemu kaucyjnego wprowadzono do obrotu blisko 250 mln opakowań. To tylko pokazuje skale rozpędu. Wprawdzie w 2025 r. system kaucyjny raczkował, bo przepisy weszły w życie 1 października, a na półkach nie było widać opakowań. Dopiero od stycznia 2026 r. dało się odczuć realną zmianę.

Mowa tutaj o opakowaniach wprowadzonych do obrotu, a ile z nich zwrócono? W 2025 r. wg danych ministerstwa było to raptem 3 mln z 250 mln. Dziś o takiej ogromnej różnicy mowy być raczej nie może, bo Polacy oddają opakowania kaucyjne, a na dodatek jest ich znacznie więcej niż w pierwszych miesiącach obowiązywania przepisów.

- Wyraźnie widać, że liczba zwracanych opakowań stale rośnie – w minionym tygodniu 70 proc. wszystkich zwrotów stanowiły opakowania kaucyjne – zdradziła w rozmowie z wyborcza.biz Aleksandra Robaszkiewicz Dyrektorka ds. Relacji Korporacyjnych Lidl Polska.

Dodajmy, że w Lidlu zwracać można też butelki i puszki, na których znaczka kaucji nie ma. Wówczas jednak otrzymywana kwota na kuponie jest mniejsza – to 10 gr zamiast 50 gr.

Z danych ujawnionych przez Biedronkę na początku marca wynikało, że w sklepach tylko tej sieci oddano łącznie 53 mln 510 tys. opakowań. Licznik spisano 3 marca, więc niewykluczone, że dziś ten wynik jest już dużo, dużo wyższy. Tym bardziej że za nami święta, a więc okres, kiedy w sklepach sprzedaż napojów rośnie.

Podobnymi liczbami chwalił się Lidl. Dyskontowi giganci razem zebrali więc co najmniej ponad 100 mln opakowań, a to przecież tylko część rynku. Nie wszyscy chwalą się liczbami, ale np. przedstawiciele Stokrotki w rozmowie z Portalem Spożywczym również przyznawali, że "liczba zwrotów stale rośnie, co pokazuje rosnące zaangażowanie klientów".

O tym, że butelki i puszki są oddawane, najlepiej świadczą kolejne rekordy pojedynczych zwrotów

Mistrzowie systemu kaucyjnego potrafią przynieść ponad tysiąc opakowań, zgarniając ponad 500 zł zwrotu kaucji. Przykład sklepu z Opola pokazuje, że także małe punkty mogą być istotnym punktem zbiórki. W miejscu, gdzie za jednym zamachem oddano ponad 1000 opakowań, łącznie w ciągu dnia zwrócono blisko 2000 sztuk.

- Widzimy duże zaangażowanie klientów w zwroty opakowań, co przekłada się na realny ruch. Cieszy mnie, że jesteśmy w stanie sprawnie to obsłużyć i utrzymać porządek w sklepie nawet przy większej liczbie zwrotów – mówił właściciel sklepu.

Aniela Osowska z Departamentu Organizacji Sprzedaży w Kaufland Polska w rozmowie z wyborcza.biz przyznała, że statystyczny klient sieci przy jednej wizycie zwraca średnio 12,6 opakowania. Co ciekawe, jeszcze pod koniec lutego sklep ujawniał, że jest to przeciętnie 6,5 opakowań. Ta różnica pokazuje, że rośnie liczba zwrotów, a butelki i puszki z kaucją nie kiszą się magazynach, jak miało to miejsce jeszcze pod koniec 2025 r.

Zdjęcie główne: Vernerie Yann / Shutterstock.com

Adam Bednarek

08.04.2026 09:28

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T08:11:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:49:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:14:07+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:30:32+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:20:47+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:47:02+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:05:16+02:00

  •  

Galaxy Watch Ultra 2 w dwóch wariantach. Samsung szykuje ważną zmianę

Galaxy Watch Ultra 2

Zeszłoroczne Galaxy Unpacked co prawda przyniosło nam nowego Galaxy Watch Ultra, jednak nie było to pełnoprawny sequel a jedynie delikatne przypudrowanie noska modelowi z 2024 roku. Dlatego obecne plotki na temat Galaxy Watch Ultra 2 rozpalają wyobraźnię - a zwłaszcza ta najnowsza, dotycząca możliwości sprzedaży zegarka w dwóch wariantach.

Galaxy Watch Ultra 2 dostanie 5G. Ale jest haczyk

O szczegółach informuje nas holenderski GalaxyClub. Z opublikowanych przez serwis informacji wynika, że Samsung Galaxy Watch Ultra 2 może trafić na rynek w dwóch wersjach różniących się łącznością: z modemem 5G oraz w bardziej klasycznym wariancie 4G/LTE.

Na trop takiego scenariusza prowadzą oznaczenia modeli, które pojawiły się w bazach danych i na serwerach producenta. Urządzenie o numerze SM-L716, wcześniej identyfikowane jako Galaxy Watch Ultra 2, wpisuje się w schemat nazewnictwa Samsunga, gdzie cyfra "6" wskazuje na obsługę 5G. Z kolei nowo odkryty wariant SM-L715F - poprzez cyfrę "5" - sugeruje obecność wersji z łącznością 4G/LTE. Warianty zegarków "tylko Wi-Fi" posiadają 0 w numerze modelu.

Według przecieków Samsung rozważa ograniczenie dostępności modelu 5G do wybranych regionów, takich jak Stany Zjednoczone i Korea Południowa. Zdaniem GalaxyClub w Europie do sprzedaży może trafić jedynie wersja LTE.

Teoretycznie możemy czuć się skrzywdzeni, bo "Amerykanie i Koreańczycy zawsze mają fajne rzeczy". Praktycznie nie wiem jaki zakres zadań wymagałby od smartwatcha bycia podłączonym do sieci 5G, zamiast standardowego 4G. Netflixa raczej na nim nie odpalimy, ale być może super szybkie pobieranie informacji o pogodzie?

Jednocześnie byłby to istotny krok w strategii Samsunga, który dotąd nie oferował zegarków z natywną obsługą 5G. Z kolei w ofercie Apple'a, największej konkurencji Koreańczyków, smartwatche z obsługą 5G pojawiły się już w ubiegłym roku. Dlatego nawet jeżeli 5G będzie ograniczone regionalne i nie znajdzie zastosowania w praktyce, to przynajmniej nikt nie zarzuci Samsungowi posiadania zegarka "z gorszym internetem".

Jak będzie w praktyce i co przyniesie ze sobą nowy Galaxy Watch Ultra 2, przekonamy się podczas lipcowego wydarzenia Galaxy Unpacked. Obok nowych zegarków zadebiutować mają także nowe składane smartfony producenta.

Więcej na temat urządzeń Samsunga:

Malwina Kuśmierek

08.04.2026 08:11

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:49:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:14:07+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:30:32+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:20:47+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:47:02+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:05:16+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T15:22:35+02:00

  •  

Koniec starego Chrome'a. Włączysz tę opcję i nie wrócisz 

Przez ostatni rok najpopularniejsza przeglądarka na świecie przeszła zauważalną i bardzo potrzebną ewolucję, skupiając się głównie na poprawie ogólnej wydajności oraz głębokiej integracji ze sztuczną inteligencją. Twórcy wprowadzili odświeżony interfejs oparty na nowoczesnych wytycznych Material You, który estetycznie zaokrąglił rogi okien i dostosował paletę kolorów do indywidualnych preferencji użytkowników.

Znacznie rozbudowano również tak potrzebne narzędzia oszczędzania pamięci i energii. Pozwoliło to wreszcie skutecznie ograniczyć legendarny już apetyt programu na zasoby sprzętowe komputera, automatycznie usypiając nieużywane okna działające w tle.

I tak, rozwój nie polegał na drastycznych rewolucjach, wywracających przyzwyczajenia do góry nogami, lecz na stopniowym wdrażaniu funkcji realnie ułatwiających codzienne przeglądanie internetu i zarządzanie rosnącą liczbą danych.

Obecnie Google ogłasza wdrożenie dwóch kolejnych, niezwykle istotnych aktualizacji dla desktopowej wersji Chrome, które całkowicie odmienią sposób, w jaki pracujemy z tekstem i zakładkami.

Pionowe karty: wybawienie dla pracujących na wielu oknach

Pierwszą i zarazem najbardziej rzucającą się w oczy nowością są pionowe karty. Są one wreszcie jakąś alternatywą dla klasycznego, poziomego paska na samej górze okna, który towarzyszył użytkownikom nieprzerwanie od samego początku istnienia programu.

Nowe rozwiązanie po prostu przenosi całą listę otwartych stron na lewą stronę ekranu w formie czytelnej listy.

Pionowe karty (źródło: Google)

Główną zaletą pionowego układu jest możliwość swobodnego odczytania pełnych tytułów stron, nawet w sytuacji, gdy liczba otwartych kart staje się dwucyfrowa i w tradycyjnym widoku zamieniłaby się w zaciśnięte, nieczytelne ikonki. Zarządzanie całymi grupami kart jest w tym bocznym widoku znacznie sprawniejsze i bardziej intuicyjne.

Co więcej, gdy zachodzi potrzeba powiększenia głównej przestrzeni roboczej dla samej witryny, boczny panel można sprytnie zwinąć do wąskiej kolumny wyświetlającej jedynie ikony stron. Ułatwia to wielozadaniowość bez tracenia z oczu aktywnych okien.

Immersyjny tryb czytania bez rozpraszaczy

Drugą potężną nowością jest immersyjny tryb czytania, który nareszcie doczekał się pełnoekranowego interfejsu zamiast dotychczasowego, mało wygodnego panelu bocznego.

Nowy tryb imersyjnego czytania bez rozpraszaczy

Funkcja ta bezlitośnie eliminuje wszelkie wizualne rozpraszacze ze strony internetowej - takie jak agresywne reklamy, wyskakujące okienka czy niepotrzebne paski nawigacyjne - przekształcając ją w czyste, skupione wyłącznie na tekście środowisko.

Dodatkowo, z poziomu prawego górnego rogu można w każdej chwili uruchomić wbudowany syntezator mowy, który przeczyta nam artykuł na głos, a także swobodnie dostosować wygląd samego układu (wielkość czcionki, kolor tła czy marginesy) do naszych preferencji.

Jak sprawdzić nowe funkcje?

Jak przetestować nowości w praktyce? Gdy Google włączy funkcję u ciebie, aby włączyć pionowe karty, należy kliknąć prawym przyciskiem myszy na górnym pasku okna przeglądarki i po prostu wybrać opcję wyświetlania ich w pionie. Przełączanie się między widokami jest bezproblemowe i działa natychmiastowo. 

Tryb czytania aktywuje się z kolei równie łatwo: prawym kliknięciem na dowolnej stronie i wybraniem odpowiedniej opcji z menu kontekstowego, albo poprzez szybkie kliknięcie dedykowanej ikony trybu czytania ukrytej w pasku adresu.

Muszę jednak uczciwie przyznać, że na ten moment opisywane funkcje jeszcze u mnie nie działają - Google najpewniej wdraża tę aktualizację falami. Mimo to muszę przyznać, że całość zapowiada się na niezwykle miłą i przydatną zmianę.

Werdykt: czy to faktycznie ułatwia pracę?

Bądźmy szczerzy: to jest dokładnie ta zmiana, której wszyscy od dawna potrzebowaliśmy. Ja z pewnością potrzebowałem jej jak tlenu, bo wertykalne karty wyglądają po prostu o niebo lepiej i nowocześniej niż archaiczny, poziomy pasek upchnięty na górze ekranu. Wprowadzone przez Google modyfikacje prezentują się fantastycznie i w końcu mają czysto użytkowy sens.

Pionowy panel jest niezwykle przejrzysty, a zminimalizowanie go do samych ikon pozwala szybko odzyskać cenne miejsce, co sam ogromnie doceniam podczas pracy na 13-calowym laptopie. Pełnoekranowy tryb czytania to z kolei rewelacyjne narzędzie, które brutalnie i skutecznie usuwa cały irytujący szum informacyjny, bez zmuszania nas do instalowania jakichkolwiek zewnętrznych wtyczek.

Oliwier Nytko

08.04.2026 07:26

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:49:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:14:07+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:30:32+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:20:47+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:47:02+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:05:16+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T15:22:35+02:00

  •  

Pokażą, czy gra będzie śmigać przed wydaniem kasy. Koniec rozczarowań

Steam wydajność

Zasadniczym problemem laptopów i komputerów z Windowsem jest mnogość konfiguracji sprzętowych. Wiele z maszyn po prostu nie nadaje się do grania w najnowsze gry. Nie każdy jednak zna się na tyle, aby zweryfikować, czy na jego konfiguracji dana produkcja się uruchomi i w jaki sposób będzie działać. Steam tworzy jednak narzędzie, które pozwoli oszacować wydajność przed zakupem gry.

Steam oszacuje wydajność w grze jeszcze przed jej zakupem

Steam do bezsprzecznie największa platforma gamingowa na świecie. Obsługuje setki tysięcy gier oraz działa na milionach komputerów. Choć w wielu przypadkach są to maszyny stworzone typowo do grania wyposażone w niezły procesor oraz kartę graficzną, spora część z nas wciąż korzysta ze starszych lub mniej zaawansowanych maszyn o wydajności, która w dzisiejszych czasach powoli przestaje wystarczać.

Nierzadko po zakupie gry na Steamie wymagany jest zwrot pieniędzy, ponieważ produkcja nie działa tak jakbyśmy tego chcieli. Niebawem takie sytuacje będą rzadkością - twórcy platformy pracują nad rozwiązaniem, które wykorzysta i przetworzy dane dotyczące specyfikacji naszego komputera. 

Na podstawie tych informacji oszacuje, ile klatek na sekundę komputer wygeneruje w danej grze przy różnych rozdzielczościach i ustawieniach graficznych. Zbierze dane dotyczące zastosowanego w maszynie procesora, karty graficznej i dostępnej pamięci systemowej i wskaże, czy w określonej produkcji jesteśmy w stanie osiągnąć 60 kl./s w rozdzielczości 1440p najwyższych ustawieniach graficznych. Przyda się to zatem posiadaczom zaawansowanych maszyn.

Moim zdaniem ważniejsza jest jednak możliwość oszacowania wydajności w przypadku bardzo podstawowych konfiguracji sprzętowych. Dzięki temu będziemy mogli sprawdzić, czy gra w ogóle się uruchomi i jakiej wydajności np. w rozdzielczości FullHD i średnich ustawieniach graficznych możemy się spodziewać. 

Czytaj też:

Steam pracuje nad wdrożeniem takiego systemu na podstawie milionów komputerów

Steam od lat zbiera dane dotyczące sprzętu wykorzystywanego przez graczy. Od niedawna platforma zaczęła prosić o udostępnianie informacji dotyczących liczby klatek na sekundę za każdym razem, gdy uruchomią grę. Dzięki temu, bazując na milionach użytkowników Steama z całego świata Valve będzie w stanie stworzyć narzędzie, które w miarę precyzyjnie będzie szacować wydajność w grach, jeszcze przed ich zakupem.

Obecnie nie wiemy, kiedy funkcja zawita do powszechnego użytku. W kodzie źródłowym aplikacji Steam znaleziono wskazówki na temat rozwiązania, lecz finalne wdrożenie to najprawdopodobniej kwestia kilku tygodni lub miesięcy. Mimo wszystko możemy liczyć na naprawdę potężne narzędzie, które pozwoli uniknąć rozczarowania i niepotrzebnych zakupów gier. 

Obserwuj nas w Google Discover

Albert Żurek

08.04.2026 06:51

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:49:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:14:07+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:30:32+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:20:47+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:47:02+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:05:16+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T15:22:35+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T15:00:18+02:00

  •  

Samsung ma potężną odpowiedź na składanego iPhone'a. Wygląda niesamowicie

Z Fold 8

Samsung to niekwestionowany lider rynku „składaków”. To firma, która własnoręcznie spopularyzowała elastyczne wyświetlacze, wprowadzając pierwszego Galaxy Folda w 2019 r. Choć wielu producentów poszło w te same ślady, Apple był jedynym, który nie decydował się na podobny krok. W ciągu najbliższych miesięcy to się jednak zmieni. Aby móc walczyć z Apple'em, Samsung musiał wykonać zmiany w projekcie Galaxy Z Folda.

Galaxy Z Fold 8 Wide wygląda niesamowicie. Szeroki ekran zmieni grę 

Dotychczasowe smartfony z serii Galaxy Z Fold charakteryzowały się kwadratową proporcją ekranu głównego. Z kolei pierwsze podejście Apple’a do składanych smartfonów ma być zupełne inne - urządzenia ma wyróżniać się prostokątną budową w trybie rozłożonym. Aby Samsung mógł bezpośrednio konkurować z Apple'em, tuż obok bazowego Z Fold 8 wyda zupełnie nowy model: Galaxy Z Fold 8 Wide.

O urządzeniu wiemy naprawdę sporo: niedawno dowiedzieliśmy się, jak będzie wyglądać za sprawą grafik CAD. Teraz do sieci wyciekła animacja z systemu One UI 9.0, na której widzimy funkcję dublowania zewnętrznego ekranu. Po rozłożeniu urządzenia możemy liczyć na dwukrotnie większą przestrzeń roboczą i co za tym idzie, ikony oraz widżety również dostosują się do większego wyglądu. 

Ta funkcja jest dobrze znana z wcześniejszych składanych modeli w kształcie książki. Największą zmianą będą jednak nieco odmienne proporcjami: smartfon będzie zatem niższy oraz szerszy w porównaniu z dotychczasowymi Foldami. Dotyczy to zarówno zewnętrznego, jak i głównego panelu składającego się na pół.

Najnowszy raport Android Authority obejmuje też szczegółowe informacje na temat proporcji. Grafiki i animacje wyciekłe z wczesnej wersji nakładki One UI 9.0 sugerują, że elastyczny ekran Galaxy Z Fold 8 Wide ma charakteryzować się proporcjami 1,3:1 (czyli ok. 4:3). Mówimy zatem o prostokątnym wyświetlaczu Z kolei klasyczny Z Fold powinien zapewnić ekran o współczynniku 1,11:1, czyli wyglądem przypominającym kwadrat.

Czytaj też:

Co wiemy jeszcze o Galaxy Z Fold 8 Wide?

Z Fold 8 Wide ma być nowością w ofercie Samsunga, która powinna pojawić się latem 2026 r., tuż obok zwykłego Z Folda 8. Urządzenie zostanie wyposażony w 5,4-calowy ekran zewnętrzny, a wewnętrzny panel ma mieć rozmiar 7,6 cala. W telefonie znajdą się tylko dwa moduły aparatów na tyle oraz duża bateria 5000 mAh ze wsparciem szybkiego ładowania o mocy 45 W.

Wymiary urządzenia w trybie złożonym to 123,9 × 82,2 × 9,8 mm, a po złożeniu ma mierzyć 4,9 mm grubości.

Obserwuj nas w Google Discover

Albert Żurek

08.04.2026 06:41

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T10:19:15+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:00:13+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T09:28:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T08:11:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:49:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:14:07+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:30:32+02:00

  •  

Szef NASA stawia sprawę jasno: "szanse na odkrycie kosmitów są całkiem wysokie"

Brzmi jak nagłówek z tabloidu? Jasne. Ale w tle jest bardzo konkretna zmiana akcentów w NASA: oficjalnie, wprost i bez owijania w bawełnę, poszukiwanie życia pozaziemskiego zostaje nazwane jednym z głównych sensów istnienia agencji. Jak mówi Isaacman - „to samo serce tego, co robimy”.

Co dokładnie powiedział szef NASA?

W wywiadzie dla CNN Isaacman został zapytany o to, czy wierzy w istnienie obcych. Odpowiedź była zaskakująco bezpośrednia: nie widział żadnych dowodów na wizyty kosmitów, nie spotkał ich podczas swoich dwóch lotów w kosmos, ale biorąc pod uwagę skalę Wszechświata, „szanse są całkiem wysokie”.

Czytaj też:

Kluczowy fragment jest jednak inny. Isaacman mówi, że pytanie „czy jesteśmy sami?” jest wpisane w praktycznie każdą naukową i eksploracyjną misję NASA - od budowy bazy na południowym biegunie Księżyca, przez łaziki na Marsie, po przyszłe teleskopy kosmiczne.

Warto też pamiętać, kim jest sam Isaacman. To nie jest urzędnik, który całe życie spędził w biurach w Waszyngtonie. To człowiek, który był już w kosmosie dwa razy, dowodził prywatnymi misjami w 2021 i 2024 r., a teraz stoi na czele największej agencji kosmicznej świata.

2 bln galaktyk. Serio, 2 000 000 000 000

Isaacman w rozmowie odwołuje się do liczby, która powinna na stałe zamieszkać w głowie każdego, kto lubi patrzeć w niebo: szacuje się, że we Wszechświecie może istnieć nawet około 2 bln galaktyk.

I tak jeszcze na drugą nóżkę: nasza Droga Mleczna to jedna galaktyka, w samej Drodze Mlecznej mamy setki miliardów gwiazd, przy wielu z tych gwiazd krążą planety, a w skali całego obserwowalnego Wszechświata mówimy o liczbie układów planetarnych, którą można spokojnie zapisać w notacji naukowej i przestać udawać, że „czujemy” jej wielkość. W tym kontekście stwierdzenie, że „szanse są całkiem wysokie”, brzmi wręcz zachowawczo.

W praktyce NASA od lat robi dokładnie to, o czym mówi Isaacman - tylko zwykle opakowane to było w bardziej stonowany, naukowy język. Mars? Pięć łazików i cztery lądowniki, które badały i badają powierzchnię Czerwonej Planety - w dużej mierze po to, by odpowiedzieć na pytanie czy kiedyś istniało tam życie mikrobiologiczne. Dzisiejsze misje - jak Perseverance - nie tylko robią zdjęcia i wiercą w skałach, ale też pakują próbki w pojemniki, które w przyszłości mają wrócić na Ziemię.

lazik perseverance

Perseverance

Europa Clipper? Sonda, która wystartowała w 2024 r., leci w stronę Europy - lodowego księżyca Jowisza, pod którego skorupą ma znajdować się ocean. Woda w stanie ciekłym, energia, związki chemiczne - to są składniki, które naukowcy mają na myśli, gdy mówią o „warunkach sprzyjających życiu”.

Do tego dochodzi cała armia misji i instrumentów, które polują na egzoplanety - planety krążące wokół innych gwiazd. Mamy już katalog tysięcy takich światów, a część z nich znajduje się w tzw. strefie zamieszkiwalnej, gdzie temperatura pozwala na istnienie wody w stanie ciekłym na powierzchni. To nie jest jeszcze dowód na życie, ale to jest selekcja „miejsc, w których warto szukać”.

Europa Clipper

Teleskopy nowej generacji: Roman i spółka

NASA wysyła w kosmos swój nowy potężny teleskop. Będzie szukał obcych

Nancy Grace Roman Space Telescope

Isaacman w rozmowie wspomina też o przyszłych teleskopach, które mają „pomóc kontynuować wielkie poszukiwania”. Pada konkretna nazwa: Nancy Grace Roman Space Telescope, którego start planowany jest na okolice 2027 r.

Roman ma być w pewnym sensie uzupełnieniem Jamesa Webba. Zamiast ekstremalnie szczegółowych zdjęć małych fragmentów nieba będzie patrzył szerzej, ale nadal z bardzo wysoką czułością. Dla poszukiwań życia oznacza to lepsze statystyki: więcej egzoplanet, lepsze dane o ich atmosferach, większą szansę na wychwycenie tzw. biosygnatur - śladów gazów, które trudno wytłumaczyć inaczej niż procesami biologicznymi. 

Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba

W tle pojawiają się też inne projekty - od koncepcji teleskopów takich jak Habitable Worlds Observatory po bardziej egzotyczne pomysły w stylu ExoLife Finder, które mają wykorzystywać interferometrię do bezpośredniego obrazowania planet podobnych do Ziemi.

W tle tej „oficjalnej” narracji naukowej buzuje temat UAP, czyli niezidentyfikowanych zjawisk anomalnych (dawniej po prostu UFO). W 2023 r. ówczesny administrator NASA, Bill Nelson, powołał specjalny zespół naukowców, który miał zająć się „podejrzeniami dotyczącymi obcych” - mówiąc wprost: uporządkować temat, oddzielić dane od memów i teorii spiskowych.  

Warto jednak ostudzić oczekiwania. To, że szef NASA mówi o „wysokich szansach” nie oznacza, że jutro zobaczymy konferencję z zielonym ludzikiem w tle. W nauce „wysoka szansa” to często perspektywa dekad, a nawet dłużej. Najbardziej prawdopodobny scenariusz pierwszego „kontaktu” jest zresztą mało filmowy. Zamiast flotylli statków nad wielkimi miastami prędzej zobaczymy wykres z widma atmosfery jakiejś egzoplanety, na którym ktoś zauważy nietypową kombinację gazów. Albo analizę próbek z Marsa czy Europy, w której pojawi się sygnał sugerujący dawne mikroorganizmy. Zero fajerwerków, dużo statystyki, masa weryfikacji. 

Tym niemniej jeśli Isaacman ma rację - a statystyka Wszechświata jest po jego stronie - to gdzieś tam, w jednej z tych 2 bilionów galaktyk, ktoś może właśnie zadawać sobie dokładnie to samo pytanie patrząc na swoje odpowiedniki łazików, teleskopów i sond. I być może też ma szefa agencji kosmicznej, który w telewizji mówi: „szanse, że nie jesteśmy sami, są całkiem wysokie”.

Maciej Gajewski

08.04.2026 06:31

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:49:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:14:07+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:30:32+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:20:47+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:47:02+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:05:16+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T15:22:35+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T15:00:18+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T13:53:59+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T13:36:38+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T12:39:31+02:00

  •  

Pokazał, dlaczego warto aktualizować telefon. Cała magia tkwi w jednym detalu

iOS 26.1 już zaraz

Coraz nowsze wersje systemów operacyjnych nierzadko bywają bardziej zasobożerne. W efekcie czego na starszych urządzeniach mogą działać po prostu wolniej. Nie zawsze tak jednak jest. Wielu producentów oprogramowania przykłada się do optymalizacji i efekty potrafią być niesamowite. Pokazał to nowy test iOS 18 oraz iOS 26.

Pokazał, że warto aktualizować smartfony do nowych wersji

iOS 26 wprowadził rewolucję w wyglądzie systemu smartfonów Apple’a. To największy pakiet zmian stylistycznych od czasów iOS’a 7 z 2013 r. Nowa wersja systemu przyniosła przede wszystkim Liquid Glass, który był początkowo hejtowany i porównywany z Windowsem Vistą wydanym niemal dwie dekady temu. 

System powodował też problemu dla wielu użytkowników, którzy narzekali na spadki wydajności iPhone’a. Prawda jest jednak taka, że najnowszy system ma być znacznie szybszy niż wcześniejsza wersja iOS 18, a przynajmniej wydaje się szybszy. Sprawdzony informator i specjalista w zakresie systemu iPhone’ów John Gruber wykonał test zakładający porównanie płynności obu wersji.

Na jednym urządzeniu - iPhone 16 Pro - miał zainstalowanego iOS 18.7.7. Na drugim z kolei iOS 26. Bezpośrednie porównanie pokazuje różnice między wersjami systemów. W nowszym wydaniu animacje wydają się znacznie szybsze i płynniejsze. Wynika to z faktu kluczowej zmiany z iOS 26: przyspieszania animacji uruchamiania aplikacji. 

Można to zauważyć w wielu zakątkach oprogramowania. Wystarczy wykonywać zwykłe, codzienne czynności: np. uruchamiać aplikacje lub wracać do nich z zasobnika. 

Tyle drobiazgów wydaje się wolniejszych. Nie wiem, czy cokolwiek faktycznie jest wolniejsze, ale ponieważ animacje są wolniejsze, wygląda na wolniejsze, a to oznacza, że ​​jest wolniejsze. Możesz tego nie zauważyć, jeśli używasz tylko iPhone'ów, ale osoby rozważające przejście z Androida na pewno to zauważą - pisze John Gruber.

Kluczowe jest to, że płynniejsze animacje w iOS 26 wpływają także na starsze iPhone’y. Mimo początkowych problemów z wydajnością wersji oznaczonej numerem 26.0 Apple wykonał mnóstwo ulepszeń wraz z kolejnymi wydaniami systemu. Obecnie możemy pobrać iOS 26.4, który pozbył się większości problemów z wydajnością. Prosty test porównania obu wersji systemów pokazuje, że nowa wersja tak naprawdę działa szybciej, zamiast spowalniać urządzenie.

Czytaj też:

Problemem jest tu brak możliwości powrotu do starej wersji

Zasadniczy problem jest jednak taki, że Apple nie pozwala użytkownikom powrócić do starej wersji systemu iOS w łatwy sposób. Aktualizacja do wyższego wydania oznacza obowiązek pozostania z oprogramowaniem do momentu pojawienia się nowszej wersji. Gdyby Apple pozwolił korzystającym z iPhone’ów w prosty sposób przywrócenie się do iOS 18 wielu z nich zobaczyłoby, że iOS 26 jest znacznie lepszy i płynniejszy. 

Obserwuj nas w Google Discover

Albert Żurek

08.04.2026 06:21

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:49:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:14:07+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:30:32+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:20:47+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:47:02+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:05:16+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T15:22:35+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T15:00:18+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T13:53:59+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T13:36:38+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T12:39:31+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T12:20:10+02:00

  •  

Nvidia znalazła wytrych na RAMagedon. 8-gigowe karty mogą wrócić do łask

Nvidia Neural Texture Compression

Nvidia od kilku lat próbuje przekonać branżę, że przyszłość renderingu to nie tylko coraz większa moc obliczeniowa, ale też sprytne wykorzystanie małych, wyspecjalizowanych sieci neuronowych. DLSS to tylko wierzchołek góry lodowej - działa na końcu procesu renderowania, poprawiając finalny obraz. Neural Texture Compression działa znacznie wcześniej, w samym sercu pipeline’u, tam gdzie gry przechowują i przetwarzają tekstury.

W tradycyjnym podejściu tekstury są kompresowane blokowo (np. BC7), ale nadal zajmują sporo VRAM-u. NTC idzie krok dalej: zamiast przechowywać teksturę w formie gotowych bloków gra trzyma jej „ukrytą” reprezentację - zakodowaną przez małą sieć neuronową. Podczas renderowania ta sieć na bieżąco dekoduje dane do postaci potrzebnej GPU. Brzmi zawile, ale w praktyce to po prostu inny sposób kompresji, tyle że oparty na uczeniu maszynowym, a nie na sztywnych algorytmach.

Czytaj też:

6,5 GB → 970 MB. I to bez widocznej utraty jakości

Nvdia podczas prezentacji na żywo zademonstrowała, że zestaw tekstur zajmujący około 6,5 GB VRAM-u można skompresować do 970 MB, zachowując jakość „bardzo bliską oryginałowi”. Na dodatek przy tym samym budżecie 970 MB NTC zachowywało więcej detali niż klasyczna kompresja blokowa. To redukcja rzędu 85 proc. -  coś, co w realnych grach mogłoby oznaczać mniejsze instalacje i mniejsze patche,  krótsze czasy ładowania,  mniejszy streaming danych z dysku a przede wszystkim możliwość upchnięcia bardziej szczegółowych tekstur na kartach z mniejszą ilością VRAM-u.

A to nie koniec, bo NTC to tylko jedna część większej układanki. Nvidia pokazała też Neural Materials, czyli podobne podejście do materiałów i shaderów. Zamiast przechowywać kilkanaście czy kilkadziesiąt kanałów opisujących zachowanie powierzchni dane są kompresowane do zwartej reprezentacji, a mała sieć neuronowa odtwarza je podczas renderowania. W demonstracji materiał z 19 kanałów udało się zredukować do 8, a renderowanie przyspieszyło od 1,4× do 7,7× w zależności od sceny.

Czy to koniec problemów z 8 GB VRAM-u?

To pytanie, które zadaje sobie dziś wielu graczy. Ostatnie lata pokazały, że 8 GB stało się wąskim gardłem w grach AAA - zwłaszcza w tytułach opartych na Unreal Engine 5, z teksturami 4K i agresywnym streamingiem danych. Czy NTC może to zmienić? Tak, ale…

Po pierwsze, technologia musi zostać zaimplementowana przez twórców gier. To nie jest magiczny suwak w sterownikach - to zmiana w pipeline’ie produkcyjnym. Po drugie, nawet jeśli NTC zmniejszy zapotrzebowanie na VRAM to gry będą nadal rosnąć pod względem szczegółowości. Historia pokazuje, że każda oszczędność prędzej czy później zostaje „zjedzona” przez ambicje grafików.

Bądźmy jednak sprawiedliwy i zapomnijmy na chwilę o cynizmie. Neural Texture Compression to jedna z najciekawszych technologii, jakie Nvidia pokazała od lat. Nie dlatego, że jest efektowna, ale dlatego, że rozwiązuje realny problem - gigantyczne zapotrzebowanie gier na VRAM i przestrzeń dyskową. Redukcja z 6,5 GB do 970 MB to wynik, którego nie da się zignorować.

Maciej Gajewski

08.04.2026 06:11

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:49:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:14:07+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:30:32+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:20:47+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:47:02+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:05:16+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T15:22:35+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T15:00:18+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T13:53:59+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T13:36:38+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T12:39:31+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T12:20:10+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T12:11:57+02:00

  •  

Honor MagicPad 4 genialnie udaje laptopa. Najpierw się zachwyciłem, potem zacząłem liczyć

tablet Honor MagicPad 4

Tablety z segmentu premium to trudne urządzenia. Nie mają praktycznie żadnych słabych punktów, ich wydajność stoi na kosmicznym poziomie. Jakość wykonania to absolutna topka, a system operacyjny potrafi udawać laptop. Jednak mam największy problem z ich ceną. Gdy przy nazwie modelu widzę kwotę, za którą można sobie ułożyć życie na nowo lub kupić BMW E46, to coś mnie boli. Z drugiej strony znam całą masę ludzi, którzy zapłacili znacznie więcej za swoje urządzenia. A jak się sprawuje nowy flagowiec od Honora? Cenę podam na końcu, wiecie, taki chwyt marketingowy.

Honor MagicPad 4 nie bawi się w konwenanse

To urządzenie z segmentu premium i nie ma tu żadnej przesady. 10-bitowy, 12,3-calowy ekran OLED o częstotliwości odświeżania 165 Hz, stosunek ekranu do całości to imponujące 93 proc. Jasność na poziomie 2400 nitów, rozdzielczość 3000 x 1920 pikseli. To wszystko razem przekłada się na niesamowitą radość z użytkowania. Kolory są fenomenalne, kontrast idealny i nie ma tu miejsca na żadną niedoskonałość. Nie będziecie chcieli przesiadać się na cokolwiek innego. Każdy film, serial, czy gra wyglądają wspaniale. Serio, zakochałem się w tym ekranie, bo jest po prostu piękny. Dodajmy do tego 8 głośników i mamy idealne urządzenie do rozrywki.

Jednak nie ma rzeczy idealnych i jak dla mnie ekran ma jedną wadę. Nie jest matowy, przez co mamy dużo refleksów, zwłaszcza gdy korzystamy z niego przy sztucznym świetle. Widać to na zdjęciach do recenzji, a naprawdę starałem się wybrać te, na których jest lepiej. W tej półce cenowej da się znaleźć bez problemu ekrany matowe, które znacznie podnoszą komfort obsługi.

Premium jest też wydajność. Potężny Snapdragon 8 Gen 5, do tego 12 GB RAM i mamy potwora, który nie zająknie się w absolutnie każdym zastosowaniu. Edytowanie zdjęć? Luzik. Edytowanie video w CapCut? Arbuzik. Tablet nawet się nie spoci specjalne przy tych zastosowaniach. Proporcje 3:2 sprawiają, że praca jest wygodniejsza, zwłaszcza ta z tekstem. Stoję na stanowisku, że jak raz spróbujecie takich proporcji, to nie będziecie chcieli wracać. Honor chwali się swoim trybem komputera i powiem wam, że dałem się przekonać.

Tablet działa wtedy w trybie poziomy, aplikacje można otwierać w oknach, których wielkość sami dostosujecie. Kopiowanie treści pomiędzy nimi jest wygodne, intuicyjne. Taki układ pomaga przy tworzenie tekstów, robieniu notatek, czy pracy na kilku oknach. Jest intuicyjny, w moich zastosowaniach, które obejmują tworzenie tekstów, obróbkę plików graficznych i delikatny montaż, sprawdzał się świetnie. Co więcej - obsługuje myszkę, więc możecie mieć pełne doświadczenie laptopa, bez korzystania z laptopa. Nawet z dołączoną klawiaturą tablet jest lekki, a bateria o pojemności ponad 10 tys. mAh, zapewnia nawet dwa dni działania na jednym ładowaniu. Z minusów: brak eSIM i brak obsługi karty pamięci.

Honor MagicPad 4 działa na MagicOS 10. To przyjemna nakładka z mnóstwem wbudowanych usług AI. Macie tutaj podsumowania tekstów, automatyczne robienie notatek, transkrypcję Audio na Tekst, tworzeni map myśli i wiele więcej. To mój ulubiony system, więc odnajduję się tu błyskawicznie. Jest przyjemny dla oka, responsywny, bez zbędnych śmieci w oprogramowaniu. Obsługuje swojego rodzaju AirDropa, więc możecie przesyłać wygodnie pliki nie tylko pomiędzy urządzeniami producenta, ale również na ekosystem Apple. Integracja weszła na taki poziom, że tablet może pełnić funkcję ekranu dla Maca. Kosmos.

Premium są odczucia z korzystania Grubość to zaledwie 4,8 mm, waga 450 g i mamy tablet, który jest wręcz filigranowy. Jakość wykonania stoi na topowym poziomie. Metalowa ramka daje przyjemne wrażenia, a podczas pracy nie nagrzewa się zbytnio.

Klawiatura jest wygodna w obsłudze, ma przyjemny skok klawiszy, więc piszecie na niej bezproblemowo. Rysik to branżowy standard, nie wyróżnia się w żadną stronę. Razem dają poczucie korzystania z laptopa, ale do pełni szczęścia zabrakło mi touchpada. Wtedy byłbym zachwycony. Stworzyłem przy użyciu tego tabletu kilka tekstów i jest naprawdę intuicyjnie. Co ważne - klawiatura w trybie komputera obsługuje dobrze znane skróty klawiszowe jak CTRL+C i CTRL+V. Nie muszę dodawać, że ułatwia to pracę i zaciera granicę pomiędzy laptopem a tabletem.

Honor MagicPad 4, a ile to kosztuje?

Za wersję 12/256 GB zapłacicie 3899 zł. To sporo, ale jednocześnie to absolutnie topowy sprzęt w świecie Androida. Do końca kwietnia kupicie go za 3499 zł i w gratisie dostaniecie ładowarkę, więc nie jest to taki zły deal. Otrzymujecie potężny i piękny tablet. Cena może i wydaje się wysoka, ale mamy topowe podzespoły, tryb laptopa i urządzenie na lata. RAM też swoje kosztuje i w efekcie mamy tablet, który nie odstaje cenowo od swojej bezpośredniej konkurencji w świecie Androida. Honor swoim tabletem wchodzi do segmentu premium urządzeń z Androidem i ma papiery na utrzymanie się w tej lidze.

Paweł Grabowski

07.04.2026 21:45

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:54:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T19:27:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:49:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T18:14:07+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:30:32+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T17:20:47+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:47:02+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T16:05:16+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T15:22:35+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T15:00:18+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T13:53:59+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T13:36:38+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T12:39:31+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T12:20:10+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T12:11:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T12:00:00+02:00

  •