Meksykański imigrant Juan Hernandez, podejmując pracę w SpaceX Elona Muska, otrzymał na start pakiet akcji spółki. Po spektakularnym debiucie giełdowym firmy w piątekm jego udziały znacząco zyskały na wartości, dzięki czemu stał się milionerem.
W najbliższych tygodniach prezydent Karol Nawrocki może jeszcze raz odwiedzić Stany Zjednoczone - dowiedział się amerykański korespondent RMF FM Paweł Żuchowski. Jutro głowa państwa udaje się z wizytą do Waszyngtonu, gdzie będzie gościć u Donalda Trumpa.
Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Amerykański korespondent RMF FM dowiedział się, że prezydent już w lipcu może polecieć do Nowego Jorku.
Karol Nawrocki 4 lipca może wejść na pokład Daru Młodzieży i wziąć udział w paradzie żaglowców z okazji 250. urodzin Stanów Zjednoczonych. Jednostki przepłyną wzdłuż Manhattanu, obok Statuły Wolności.
Na razie, jak ustalił nasz dziennikarz, prowadzone są rozmowy w tej sprawie. Nie ma jeszcze ostatecznej decyzji.
Weźmie udział w organizowanej w Białym Domu gali mieszanych sztuk walki UFC Freedom 250, upamiętniającej 250. rocznicę powstania USA i organizowanej w dzień urodzin amerykańskiego prezydenta.
W planach wizyty głowy państwa w USA jest też m.in. rozmowa w cztery oczy z przywódcą USA, a także spotkania ze środowiskiem politycznym w Waszyngtonie i Polonią na Florydzie.
Gigant dla farm wiatrowych. Ten dźwig podnosi 240 ton na wysokość wieżowca
Wbrew temu, co twierdzi Donald Trump, energetyka wiatrowa nieustannie rośnie w siłę, a wraz z nią rosną także same turbiny. Nowoczesne konstrukcje są coraz wyższe, mają większe wirniki i potrafią generować znacznie więcej energii niż ich poprzednicy. Problem w tym, że montaż takich kolosów staje się coraz trudniejszy - chińska firma Zoomlion twierdzi jednak, że znalazła rozwiązanie tego problemu.
Turbiny rosną, więc powstał ten potwór. Nowy dźwig podnosi 240 ton na wysokość 241 m Zoomlionmateriały prasowe
Przedsiębiorstwo zaprezentowało właśnie dźwig wieżowy LW3600-240NB, który określa mianem największego i najwyższego dźwigu przeznaczonego do budowy lądowych farm wiatrowych na świecie. Nowa maszyna robi wrażenie już samymi parametrami. Dźwig może podnosić ładunki o masie do 240 ton i pracować na wysokości przekraczającej 241 metrów. To więcej niż wysokość drapaczy chmur.
Dźwig wyższy niż niejeden wieżowiec
Dla lepszego zobrazowania skali wystarczy wspomnieć, że urządzenie jest w stanie unieść ciężar odpowiadający około 200 samochodom osobowym na wysokość porównywalną z 80-piętrowym budynkiem. Takie możliwości są niezbędne, ponieważ najnowsze turbiny wiatrowe osiągają wysokość przekraczającą 200 metrów, a ich gondole i elementy wież ważą setki ton.
Turbiny rosną, więc dźwigi też muszą
Producenci elektrowni wiatrowych od lat zwiększają rozmiary turbin, ponieważ większe konstrukcje pozwalają pozyskiwać więcej energii przy mniejszej liczbie instalacji. To poprawia opłacalność inwestycji i zwiększa wydajność farm wiatrowych.
Transport oraz montaż takich gigantów jest jednak coraz trudniejszy. Tradycyjne dźwigi gąsienicowe często wymagają ogromnych placów montażowych, kosztownego przygotowania terenu i długiego czasu instalacji. Zoomlion przekonuje, że jego nowa konstrukcja ma ograniczyć te problemy.
Zaprojektowany do ekstremalnych warunków
Praca na wysokości ponad 200 metrów oznacza konieczność zmierzenia się z silnymi podmuchami wiatru oraz ogromnymi obciążeniami działającymi na konstrukcję. Dlatego chiński dźwig wyposażono w specjalne elementy wzmacniające, zaawansowane systemy stabilizacji oraz inteligentny układ cyfrowego monitorowania pracy. Producent twierdzi, że maszyna może bezpiecznie funkcjonować nawet przy wietrze osiągającym 10 stopni w skali Beauforta.
Co ciekawe, Zoomlion nie chce sprzedawać nowego dźwigu jako pojedynczej maszyny. Firma planuje stworzenie całego ekosystemu urządzeń współpracujących przy budowie farm wiatrowych, przypominającego linię produkcyjną dla energetyki odnawialnej. Wraz ze wzrostem rozmiarów turbin coraz ważniejsza staje się bowiem nie tylko siła podnoszenia, ale także szybkość montażu.
Flagowe, najnowsze narzędzia producenta nie mogą trafić do jakichkolwiek obcokrajowców — zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i poza ich granicami, włączając w to zagranicznych pracowników samej firmy. Ze względu na globalny i sieciowy charakter swoich usług, Anthropic został zmuszony do podjęcia drastycznego kroku: całkowitego wyłączenia obu systemów dla wszystkich swoich dotychczasowych klientów.
Zbyt potężne, by je udostępnić
Zablokowane systemy zadebiutowały na rynku zaledwie trzy dni wcześniej, 9 czerwca, i z miejsca zostały okrzyknięte technologicznym przełomem. Fable 5, pozycjonowany jako bezpośredni konkurent dla GPT-5.5 od OpenAI oraz Gemini od Google'a, wykazywał niespotykane dotąd możliwości w programowaniu i realizacji złożonych, autonomicznych zadań.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Jeszcze większe kontrowersje budziła jednak architektura klasy Mythos. Podczas kwietniowych testów laboratoryjnych jej wersja podglądowa okazała się tak skuteczna w automatycznym wykrywaniu i wykorzystywaniu luk w systemach operacyjnych, że sam producent określił ją jako "zbyt potężną do publicznego udostępnienia".
Choć w komercyjnej wersji Fable 5 wprowadzono filtry bezpieczeństwa, administracja Donalda Trumpa uznała, że ryzyko dla cyberprzestrzeni jest zbyt duże. Z oficjalnego komunikatu wynika, że rząd wszedł w posiadanie raportu demonstrującego metodę obejścia zabezpieczeń, która pozwalała modelowi na analizę baz kodu i wskazywanie krytycznych podatności. Mogłoby to zostać wykorzystane przez wrogich hakerów do ataków na infrastrukturę krytyczną, np. energetyczną czy bankową.
Dolina Krzemowa odpiera zarzuty
Twórcy technologii stanowczo odrzucają te oskarżenia. Anthropic podkreśla, że przed premierą system przeszedł tysiące godzin testów typu red-teaming z udziałem m.in. brytyjskiego AI Safety Institute oraz agencji rządowych USA.
Wykazano wówczas, że zapory Fable 5 są najskuteczniejsze w branży, a wspomniane przez urzędników podatności są powszechnie znane i możliwe do odtworzenia w modelach konkurencji, takich jak GPT-5.5. Według firmy rząd podjął drastyczne kroki na podstawie jednej, wąskiej i nieszkodliwej prezentacji, co stanowi głębokie nieporozumienie.
Makabra w Lutoryżu. Jest wniosek o aresztowanie patomorfolog
Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie skierowała do sądu wniosek o tymczasowy areszt dla Magdaleny H., lekarki podejrzewanej o zakopanie ponad 30 szczątków płodów ludzkich obok domu w Lutoryżu pod Rzeszowem. Po przesłuchaniu kobiety poinformował o tym prokurator Krzysztof Ciechanowski.
Patomorfolożka usłyszała zarzut dot. zbezczeszczenia zwłok i porzucenia odpadów niebezpiecznych. Te przestępstwa zagrożone są karą do 12 lat więzienia.
W dniu dzisiejszym prokurator zdecydował o skierowaniu wniosku do sądu rejonowego w Rzeszowie o zastosowaniu wobec zatrzymanej tymczasowego aresztowania - mówił Ciechanowski. Nie jest jasne, czy wniosek zostanie rozpatrzony dziś czy jutro. Sąd na podjęcie decyzji ma 24 godziny.
Śledczy przekazali, że do tej pory znaleziono 32 płody.
Kobieta powiedziała prokuratorom, że sama zakopała płody. Zostanie jej wyznaczony obrońca z urzędu.
Służby cały czas przekopują teren, na którym odnaleziono płody. Prace zakończą się prawdopodobnie dopiero w poniedziałek.
Na razie nie ma dowodów, by ktoś pomagał kobiecie w zakopywaniu płodów. Śledczy w tej chwili nie podejrzewają też, że płody mogły być zakopywane w innym miejscu niż przeszukiwana posesja.
Prokurator odniósł się też do informacji dotyczących stanu zdrowia kobiety. Przypomnijmy, że dziś kobieta zgłosiła policjantom, którzy mieli ją przewieźć do prokuratury na przesłuchanie, że źle się czuje. W szpitalu przeszła badania, a po nich trafiła na przesłuchanie.
Złe samopoczucie podejrzanej wynikało z faktu, że podejrzana bierze leki, a dziś rano nie miała ich ze sobą. Nie zażyła ich - tłumaczył prok. Ciechanowski.
Na podwórku należącym dawniej do lekarki odnaleziono, poza szczątkami ludzkich płodów, bardzo dużo odpadów medycznych, m.in. płytek mikroskopowych i fragmentów dokumentacji. Wszystko zostało zabezpieczone i będzie przedmiotem badań.
W piątek na miejscu pracował pies policyjny wyspecjalizowany w odnajdywaniu zwłok, ale nie wskazał żadnych miejsc na sąsiednich podwórkach.
Śledczy przesłuchują też kolejne osoby. Prokuratura zwróci się do szpitali, w których pracowała zatrzymana kobieta, z prośbą o dokumentację.
Prokurator, odpowiadając na pytania dziennikarzy, podkreślił, że analizowanych jest kilka wersji wydarzeń. Jak zaznaczył, obecnie nie ma żadnych dowodów, że kobieta dokonywała nielegalnych aborcji.
W listopadzie 2024 r. prof. Todd Humphreys, specjalista od systemów GPS z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin, otrzymał zagadkową wskazówkę. Ktoś zasugerował mu sprawdzenie dwóch konkretnych dni i godzin w archiwalnych danych z sieci monitorujących sygnały nawigacji satelitarnej. Dane pochodziły z 2021 r. i były publicznie dostępne, dlatego wydawało się mało prawdopodobne, by kryło się w nich coś niezwykłego.
Jednak gdy Humphreys i jego doktorant przeanalizowali wskazane momenty, odkryli coś niepokojącego. W tym samym czasie odbiorniki rozmieszczone w wielu krajach odnotowały gwałtowny spadek stosunku sygnału do szumu tła (SNR). Innymi słowy — sygnały nawigacyjne były chwilowo zagłuszone, a siła sygnału spadła nawet dziesięciokrotnie.
Stacje w różnych częściach Europy rejestrowały zakłócenia dokładnie w tej samej chwili
|www.youtube.com/@veritasium
Jeszcze bardziej zaskakujące było to, co odkryto później. Analiza historycznych zapisów wykazała, że pomiędzy 2019 i 2026 r. podobne zdarzenia wystąpiły aż 75 razy. Za każdym razem wzorzec był identyczny: stacje w różnych częściach Europy rejestrowały ten sam spadek dokładnie w tej samej chwili.
Skala zjawiska była bezprecedensowa. Efekt obserwowano od Svalbardu na północy po Hiszpanię na południu, od Kanady na zachodzie po wschodnią Polskę na wschodzie. Rozkład zakłóceń sugerował, że ich centrum mogło znajdować się w rejonie Polski lub rosyjskiego obwodu kaliningradzkiego.
Mapa stacji, w kórych obserowano zakłócenia - przykładowo 9 czerwca 2021 r
|Todd E. Humphreys, Argyris Kriezis, Zachary L. Clements / University of Texas
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Ustalenia naukowców
Odkrycie skłoniło naukowców do dalszej, obszernej analizy. Oto najważniejsze ustalenia opublikowanego badania.
Zakłócenia krótkie, ale częste i silne
Zdarzenia były rejestrowane nawet przez kilkadziesiąt stacji równocześnie. Pojedyncze zakłócenia trwały zwykle od 3 do 10 sekund, ale występowały wielokrotnie w ciągu godzin i danych dni dnia.
Liczba stacji, które wykryły zakłócenia w ciągu różnych dni Zakłócenia mogą występować kilka razy dziennie
|Todd E. Humphreys, Argyris Kriezis, Zachary L. Clements / University of Texas
W tym czasie obserwowano spadek jakości odbioru sygnałów GPS nawet o 10 dB, co wystarczy do poważnego pogorszenia działania odbiorników.
Najbardziej dotknięte były Polska i region Bałtyku.
Najsilniejsze efekty obserwowano regularnie w Polsce, krajach bałtyckich i okolicach Morza Bałtyckiego. Największy odnotowany spadek jakości sygnału wystąpił w Polsce.
Mapy przykładowych detekcji. Odbiorniki w regionie bałtyckim są najbardziej dotknięte, co generalnie odzwierciedla niemal wszystkie przypadki zakłóceń
|Zachary L. Clements, Argyris Kriezis, Todd E. Humphreys / University of Texas
Zakłócenia w działaniu GPS potwierdził polski rząd, np. w komunikacie z 2025 r.
Komunikat rządu o zakłóceniach GPS z 2025 r.
|Gov.pl
Zakłócenia nie mają pochodzenia naziemnego, a kosmiczne
Pierwszym podejrzeniem było zagłuszanie radiowe z powierzchni Ziemi. Kaliningrad wydawał się logicznym kandydatem — to silnie zmilitaryzowana rosyjska enklawa znana z aktywności związanej z wojną elektroniczną. Jednak tę hipotezę szybko odrzucono. Zakłócenia pojawiały się jednocześnie na bardzo dużym obszarze, co wykluczało całkowicie pojedyncze źródło naziemne. Nawet bardzo silny nadajnik naziemny nie byłby w stanie jednocześnie oddziaływać na odbiorniki rozmieszczone w tak oddalonych rejonach, bo na dużych odległościach sygnał blokowałaby krzywizna Ziemi.
Analiza geometrii zasięgu zakłóceń wskazuje, że aby móc oddziaływać równocześnie na wszystkie odbiorniki, źródło musiałoby znajdować się w kosmosie, co najmniej 1200 km nad powierzchnią Ziemi.
Ze względu na krzywiznę Ziemi źródło musiałoby znajdować się co najmniej 1200 km nad powierzchnią, żeby oddziałoywać na odbiornik na takim obszarze
To nie są rozbłyski słoneczne
Naturalnym kandydatem stały się zjawiska słoneczne. Silne burze słoneczne potrafią zakłócać działanie systemów GPS na całym świecie. Autorzy porównali obserwowane zakłócenia z silnymi burzami słonecznymi. Jednak analizowane zdarzenia nie przypominały znanych efektów aktywności słonecznej. Typowe zakłócenia powodowane rozbłyskami słonecznymi rozwijają się stopniowo, trwają od kilkudziesięciu do setek sekund, występują na obszarze całej półkuli, powodują większe pogorszenie jakości sygnałów i na znacznie większym spektrum częstotliwości. Opisywane zakłócenia też były znacznie krótsze, bardziej selektywne i miały odmienną charakterystykę czasową.
Zakłócenia spowodowane wybuchem słoneczym - mają znacznie dłużczy czas, obejmują większy obszar i mają większą siłę
|Todd E. Humphreys, Argyris Kriezis, Zachary L. Clements / University of Texas
Zakłócenia mają charakterystyczne częstotliwości
Do tego nie obserwowano szerokiego spektrum zakłóceń, jak przy rozbłyskach słonecznych, ale emisję bardzo wąskiego sygnału około 1577,5 MHz, czyli blisko głównego pasma GPS L1. W części przypadków pojawiało się także drugie pasmo w okolicy 1558,5 MHz. Oba rodzaje sygnałów miały powtarzalną strukturę i nie przypominały przypadkowego szumu.
Widmo mocy zarejestrowane w Amsterdamie 11 lutego 2026 r.
|Zachary L. Clements, Argyris Kriezis, Todd E. Humphreys / University of Texas
Zjawisko nie wygląda na naturalne
Co więcej, analiza siedmiu lat danych wykazała, że zakłócenia występowały zwłaszcza we wtorki, środy i czwartki, w godzinach pracy obowiązujących w Europie. Taki rozkład czasowy sugeruje działalność człowieka, a nie proces naturalny.
Rozkład dnia tygodnia i godziny, w której wystąpiły zakłócenia, gdy co najmniej jedna stacja odnotowała spadek sygnału o 5 dB lub większy
|Zachary L. Clements, Argyris Kriezis, Todd E. Humphreys / University of Texas
Identyfikacja źródła
Trop prowadził do satelitów
Po wykluczeniu innych możliwości, autorzy postanowili przeanalizować położenie wszystkich znanych satelitów znajdujących się nad obszarami objętymi zakłóceniami. W pierwszym etapie badacze ograniczyli listę ponad 15 tys. aktywnych satelitów do ok. 200 podejrzanych znajdujących się na odpowiednio wysokich orbitach. Po dalszej analizie liczba ta zmalała do 14.
Jednym z głównych kandydatów był satelita należący do Algierii, który posiadał nadajnik pracujący w interesującym paśmie częstotliwości. Jednak dalsze badania wykazały, że satelita ten sam był ofiarą zakłóceń, a nie ich źródłem.
Przez kilka miesięcy śledztwo utknęło w martwym punkcie. Kluczowym problemem był brak dostępu do surowych danych radiowych. Standardowe odbiorniki GNSS zapisują jedynie uproszczone informacje o jakości sygnału raz na sekundę, podczas gdy zakłócenia trwały zaledwie kilka sekund. Przełom nastąpił zaledwie 3 miesiące temu, w lutym 2026 r., gdy naukowcy otrzymali szczegółowe zapisy sygnałów z dwóch stacji: w Amsterdamie w Holandii i w Trondheim w Norwegii.
Metoda, która wskazała jednego winowajcę
Dzięki takim surowym zapisom z próbkowaniem milionów razy na sekundę, badacze mogli dokładnie określić moment dotarcia zakłócenia do stacji od siebie odległych. Sygnał pojawił się w Trondheim około 139 µs wcześniej niż w Amsterdamie oddalonym o 1 270 km. To znaczy, że satelita był nieznacznie bliżej Trondheim.
Odległość między Trondheim a Amsterdamem
|Google (screen)
Tak niewielka różnica pozwoliła wyznaczyć geometryczną powierzchnię. Ponieważ surowe dane mają tak dużą rozdzielczość, pozwoliło to ustalić płaszczyznową lokalizację źródła z marginesem błędu wynoszącym zaledwie około 5 m.
Możliwe położenie źródła sygnału i satelity w tym rejonie
|www.youtube.com/@veritasium
Dzięki temu naukowcy mogli sprawdzić zgodność lokalizacji nie tylko dla 14 wytypowanych wcześniej satelitów, ale też dla innych możliwych źródeł, o zbliżonej znanej lokalizacji w tym dniu. Wynik był jednoznaczny. Tylko jeden satelita idealnie pasował do danych — znajdował się na płaszczyźnie gwarantującej taką różnicę czasu. Źródłem zakłóceń okazał się rosyjski satelita wojskowy Kosmos 2546.
Jeden satelita idealnie pasował do danych - Kosmos-2546
|www.youtube.com/@veritasium
Kosmos 2546 – główny podejrzany
Satelita Kosmos 2546 został wyniesiony w przestrzeń kosmiczną 22 maja 2020 r. na pokładzie drugiego stopnia Fregat-M rakiety Soyuz-2.1b z kosmodromu Plesieck w północnej Rosji, położonego około 400 km od granicy z Finlandią.
Satelita systemu EKS
|everydayastronaut.com
Kosmos 2546 porusza się po orbicie silnie eliptycznej (HEO), która w najbliższym miejscu ma 1654 km, a w najdalszym aż 35 807 km.
Orbita i obszar obserwacji Kosmos-2546 (NORAD ID 45608)
|satcat.com
Kosmos 2546 to 4. z 6 satelitów należących do konstelacji EKS — rosyjskiego systemu monitorowania i wczesnego ostrzegania przed atakiem pociskami balistycznymi. Satelity te poruszają się po tzw. orbitach Mołnia ("błyskawica"), które zapewniają długotrwałą obserwację wysokich szerokości geograficznych.
Satelity systemu EKS
|satellitemap.space
Konstelacja ma potencjalnie zdolność obserwowania (a więc i oddziaływania) na znacznie większy obszar niż Europa, obejmujący również część terytorium Stanów Zjednoczonych.
Choć badania nie przeszły jeszcze pełnego procesu recenzji naukowej, niezależne zespoły europejskie potwierdziły część wyników.
Wnioski
Badanie dostarcza silnych i jednoznacznych dowodów, że od 2019 r. nad Polską i Europą regularnie występują krótkotrwałe, szerokoobszarowe zakłócenia GNSS wywoływane przez rosyjskie satelity wojskowe. Autorzy podkreślają, że jest to pierwszy tak dobrze udokumentowany przypadek bardzo silnego i dużego zakłócania sygnałów GNSS przez satelity niebędące częścią systemów nawigacyjnych. Zjawisko budzi szczególne obawy, ponieważ:
obejmuje obszary wielkości kontynentu
wpływa na najważniejsze pasmo GPS L1 wykorzystywane w lotnictwie, żegludze i systemach ustalania czasu
wskazuje, że źródła zakłóceń mogą znajdować się w przestrzeni kosmicznej, co utrudnia ich monitorowanie i przeciwdziałanie
Test nowej broni czy ukryta komunikacja?
Najważniejsze pytanie pozostaje jednak bez odpowiedzi: po co emitowano te sygnały? Według jednego z autorów najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem są okresowe testy systemu zdolnego do zagłuszania nawigacji satelitarnej. Przemawia za tym fakt, że emisje pojawiały się głównie w dni robocze i w godzinach pracy. Taki wzorzec trudno uznać za przypadkowy. Co więcej, sygnał był bardzo silny, ale znajdował się nieco obok właściwego pasma GPS. Zdaniem badacza może to oznaczać, że operatorzy testowali sprawność systemu, nie ujawniając jednocześnie jego pełnych możliwości.
Jednak przez ostatnie miesiące i tygodnie wciąż występują zakłócenia GPS w Polsce. Tak wygląda mapa zakłóceń z dnia 10 czerwca 2026 r. Samodzielnie można to sprawdzać np. na tej stronie.
Mapa zakłóceń GPS nad Polską 10 czerwca 2026 r.
|gpswise.aero
Istnieje też inna hipoteza. Pewna część ekspertów uważa, że krótkie impulsy mogą być formą wojskowej komunikacji między satelitami i segmentem naziemnym. Wykorzystanie częstotliwości sąsiadujących z GNSS dawałoby dodatkowe bezpieczeństwo, ponieważ przeciwnik nie chciałby zagłuszać własnych systemów nawigacyjnych.
Na razie żadna z tych teorii nie została ostatecznie potwierdzona.
Ostrzeżenie dla świata
Niezależnie od rzeczywistego celu emisji, odkrycie pokazuje, jak podatna na zakłócenia jest infrastruktura oparta na sygnałach satelitarnych. Eksperci od lat ostrzegają, że GPS nie powinien być jedynym źródłem pozycjonowania i synchronizacji czasu. Dlatego niektóre państwa rozwijają alternatywne rozwiązania, takie jak systemy naziemne czy sieci światłowodowe rozprowadzające sygnały z zegarów atomowych.
Badania pokazują, że zagrożenie nie jest już wyłącznie teoretyczne. Jeśli ustalenia zostaną potwierdzone, świat może mieć do czynienia z pierwszym udokumentowanym przypadkiem działania systemu, który z orbity potrafi zakłócać nawigację satelitarną na Ziemi – i to na skalę całego kontynentu.
Republika nie musi się reaktywować. Ona cały czas jest, tylko nie gra - mówi Leszek Biolik. W rozmowie z TVN24+ instrumentalista, kompozytor i producent muzyczny opowiada o zespole Republika i zbliżających się koncertach "Moja Krew, Twoja Krew". Wspomina również Grzegorza Ciechowskiego: - Nie ma drugiej takiej osoby. Nie chodzi o talent czy głos, po prostu każda inna osoba nie jest nim.Artykuł dostępny w subskrypcji
Pierwszy koncert Republika zagrała 25 kwietnia 1981 roku w toruńskim klubie Od Nowa, ostatni w pełnym składzie - 11 listopada 2001 roku w Poznaniu.
W 1986 roku rozwiązali działalność, aby powrócić po czterech latach. W 1991 roku z grupy odszedł basista Paweł Kuczyński i w ten sposób uformował się skład: wokalista i autor tekstów Grzegorz Ciechowski, Sławomir Ciesielski na perkusji, gitarzysta Zbigniew Krzywański i Leszek Biolik na gitarze basowej.
Wspólnie nagrali pięć płyt, z których pochodzą, m.in. utwory "Biała flaga", "Odchodząc" czy "Śmierć na pięć" z albumu "Ostatnia płyta", wydanej już po śmierci Ciechowskiego.
W filmie Bergmana "Siódma pieczęć" śmierć gra z rycerzem w szachy o życie. Nie liczę na taką łaskawość. Liczę się z tym, że założy mi czarną szarfę na oczy w najmniej oczekiwanym momencie.
Grzegorz Ciechowski
Boooklet albumu "Siódma pieczęć" zespołu Republika
W 2001 roku Grzegorz Ciechowski, Leszek Biolik i menedżer Republiki Jerzy Tolak otrzymali zaproszenie na firmową wigilię wydawnictwa muzycznego. - Pamiętam, że dojechałem na miejsce i dostałem informację, że Grzegorz jest w szpitalu. Biorąc pod uwagę różne przygody, jakie mieliśmy przez lata w trasach koncertowych, początkowo trochę machnąłem na to ręką - wspomina Biolik.
To przekonanie nie trwało długo, bo okazało się, że konieczna była operacja. - Wtedy do niego zadzwoniłem, chociaż w mojej głowie to ciągle było na zasadzie: "nic się nie martw, w razie czego będę wyprowadzać twojego psa". Chciałem, aby wiedział, że o nim myślę. Dopiero słysząc jego głos, który mnie przeraził, po raz pierwszy poczułem lęk - przyznaje.
I dodaje: - W noc operacji nie zmrużyłem oka. Około pierwszej lub drugiej dostałem informację, że wszystko się udało, ale wciąż nie mogłem zasnąć. Wypiłem wino i przekonywałem siebie, że teraz wszystko będzie dobrze. O siódmej rano zadzwonił kolejny telefon od naszego menedżera, który przekazał, że Grzegorz nie żyje.
Był 22 grudnia.
Z tego artykułu dowiesz się:
Dlaczego Republika nie planuje reaktywacji?
Jak wyglądał proces twórczy Grzegorza Ciechowskiego według jego współpracowników?
Co dla muzyków oznacza udział w projekcie "Moja Krew, Twoja Krew"?
Jaką rolę dla Leszka Biolika w dalszych działaniach odgrywa pamięć o Ciechowskim?
W sobotę ok. godz. 14 w Gdańsku zatrzymany został poszukiwany przez policję Mateusz G. - podała oficer prasowa chojnickiej policji st. asp. Magdalena Zblewska. Sprawa dotyczy śmierci 75-letniego mężczyzny, którego ciało odnaleziono w miejscowości Młynki (woj. pomorskie).
Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.
Zwłoki starszego mężczyzny zostały znalezione w nocy z 12 na 13 czerwca na parkingu przy drodze krajowej nr 22.
Od tego czasu funkcjonariusze prowadzili intensywne czynności operacyjne mające na celu wyjaśnienie wszystkich okoliczności zdarzenia.
Mateusz G. był poszukiwany, bo według śledczych może posiadać informacje istotne dla prowadzonego postępowania.
Wcześniej policja wydała komunikat z ostrzeżeniem, aby nie zbliżać się do mężczyzny i nie podejmować prób jego samodzielnego zatrzymania.
Policja kontynuuje działania w celu ustalenia dokładnego przebiegu zdarzeń w rejonie miejscowości Młynki w gminie Czersk.
Odliczanie do pokoju. Świat czeka na porozumienie Ameryki z Iranem
W ciągu najbliższych 24 godzin może dojść do podpisania historycznego porozumienia między Stanami Zjednoczonymi a Iranem - twierdzi premier Pakistanu Shehbaz Sharif. Dokument ma otworzyć drogę do trwałego pokoju w regionie i zakończyć wieloletni spór wokół irańskiego programu nuklearnego.
Premier Pakistanu stwierdził, że porozumienie pokojowe między USA a Iranem może zostać podpisane w ciągu najbliższych 24 godzin.
Uzgodniony tekst porozumienia ma opierać się na czterech kluczowych filarach. O szczegółach piszemy w poniższym artykule.
Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Premier Pakistanu poinformował w sobotę, że rozmowy między Stanami Zjednoczonymi a Iranem osiągnęły kluczowy etap. "Jesteśmy bliżej porozumienia pokojowego niż kiedykolwiek. Jego finalizacja nastąpi prawdopodobnie w ciągu najbliższych 24 godzin. Pakistan szykuje się do elektronicznego podpisania porozumienia zaraz potem, po czym w przyszłym tygodniu dojdzie do rozmów technicznych" - napisał Shehbaz Sharif na platformie X.
Szef pakistańskiego rządu podziękował obu stronom za zaangażowanie oraz wyraził uznanie dla partnerów regionalnych. "Jesteśmy przekonani, że to historyczne porozumienie pokojowe będzie stanowić mocny fundament trwałego pokoju" - podkreślił.
Według przedstawiciela administracji USA, na którego powołuje się agencja Reutera, uzgodniony tekst porozumienia opiera się na czterech kluczowych filarach:
otwarcie cieśniny Ormuz i zakończenie jej blokady,
demontaż irańskiego programu jądrowego oraz przekazanie stronie amerykańskiej wzbogaconego uranu, który ma zostać "zniszczony na miejscu, a następnie wywieziony z kraju",
zapewnienie długoterminowego pokoju regionalnego,
wprowadzenie reżimu inspekcji umożliwiającego weryfikację zobowiązań.
W zamian Iran ma uzyskać stopniowe złagodzenie sankcji oraz możliwość reintegracji ze światową gospodarką. Przedstawiciel Białego Domu stanowczo zdementował jednak doniesienia o wypłacie Teheranowi konkretnych kwot przy podpisaniu memorandum.
Premier Pakistanu podkreślił, że jego kraj ściśle współpracuje z obiema stronami, by sfinalizować kolejne kroki. Jeśli porozumienie zostanie podpisane, może ono stać się punktem zwrotnym dla bezpieczeństwa i stabilności na Bliskim Wschodzie.
Papież wracał królewskim odrzutowcem. Falcon 900B, co to za samolot?
Awaria samolotu przygotowanego dla papieża Leona XIV sprawiła, że jego powrót z Teneryfy do Rzymu przebiegł zupełnie inaczej niż planowano. Zamiast Airbusa A320 Ojciec Święty poleciał królewskim odrzutowcem Falcon 900B. To maszyna, z której korzystają rządy, wojskowi i głowy państw na całym świecie.
Królewski Falcon zamiast Airbusa. Tak wracał papież Leon XIVASSOCIATED PRESSEast News
Lot powrotny papieża Leona XIV z Hiszpanii do Rzymu miał przebiegać zgodnie z dobrze znanym scenariuszem. Na lotnisku na Teneryfie czekał Airbus A320 linii Iberia, którym głowa kościoła katolickiego miała wrócić do Włoch po siedmiodniowej podróży. Tuż przed startem wydarzyło się jednak coś, czego uczestnicy papieskich podróży wcześniej nie doświadczyli. Problemy techniczne zmusiły papieża do opuszczenia samolotu. Ostatecznie do Rzymu wrócił inną maszyną. Odrzutowcem udostępnionym przez króla Filipa VI.
Po awarii papież oraz dziennikarze opuścili samolot, którym mieli wracać do Rzymu.Stefano RELLANDINI/AFPEast News
Według relacji obecnych na pokładzie dziennikarzy samolot był już gotowy do kołowania, gdy pojawiły się kłopoty techniczne. Załoga próbowała rozwiązać problem, jednak szybko stało się jasne, że maszyna nie odleci zgodnie z planem. Watykan poinformował w komunikacie, że Leon XIV wróci do Rzymu samolotem należącym do hiszpańskiej rodziny królewskiej.
Dla mediów była to wyjątkowa sytuacja. Papieskie konferencje prasowe organizowane podczas lotów powrotnych od lat należą do istotnych punktów zagranicznych podróży. Tym razem zamiast rozmowy z papieżem dziennikarze obserwowali start zupełnie innej maszyny.
Papież Leon XIV odleciał z Hiszpanii na pokładzie Dassault Falcon 900BSIMONE RISOLUTI/AFPEast News
Falcon 900B to biznesowy odrzutowiec o dalekim zasięgu
Samolotem, którym Leon XIV wrócił do Rzymu, był Dassault Falcon 900B. To trójsilnikowy odrzutowiec biznesowy produkowany przez francuską firmę Dassault Aviation. Model pojawił się na rynku w latach 80., a wersja 900B została opracowana jako rozwinięcie wcześniejszych odmian.
Maszyna ma około 20 metrów długości i może przewozić kilkanaście osób w bardzo komfortowych warunkach. Jej największą zaletą jest duży zasięg przekraczający 7 tysięcy kilometrów. Dzięki temu Falcon 900B potrafi wykonywać długie loty bez międzylądowania. Trzy silniki zwiększają także bezpieczeństwo podczas rejsów nad oceanami i słabiej zaludnionymi obszarami.
Papież Leon XIV wsiada do Falcona 900BEloísa Pérez / ACFI/Associated PressEast News
Leon XIV na pokładzie Falcona 900BSIMONE RISOLUTI/AFP/Vatican MediaEast News
To właśnie dlatego samoloty tej rodziny są chętnie wykorzystywane przez rządy, wojsko i głowy państw. Łączą osiągi dużych odrzutowców z elastycznością mniejszych maszyn biznesowych.
A320 dla dziennikarzy
Pierwotnie papież miał wrócić Airbusem A320. To jeden z najpopularniejszych samolotów pasażerskich świata, obecny na rynku od końca lat 80. Maszyny tej rodziny przewożą zwykle od około 150 do ponad 180 pasażerów i są podstawą flot wielu linii lotniczych.
Po awarii na Teneryfie Iberia wysłała jednak kolejny samolot z Madrytu. Dziennikarze oraz część watykańskiego personelu wrócili nim do Rzymu kilka godzin później. Tymczasem Leon XIV zdążył już wylądować na lotnisku Fiumicino na pokładzie królewskiego Falcona 900B, kończąc jedną z najbardziej nietypowych podróży w historii współczesnych lotów papieskich.
Polak w Wietnamie. Czy tam żyje się lepiej? Deutsche Welle
W czwartek 11 czerwca 2026 r. wystartowało wielkie święto sportowe, czyli mistrzostwa świata w piłce nożnej. Przez kolejny miesiąc na boiska wybiegną reprezentacje 48 krajów. Składa się na nie 1248 piłkarzy, których rynkowa wartość (według portalu Transfer Markt) szacowana jest na ponad 17 mld euro.
Wśród 48 krajów grających na mundialu są wielkie państwa pokroju Stanów Zjednoczonych i Niemiec, a także małe wyspy takie jak Republika Zielonego Przylądka i Curacao. Zmierzą się ze sobą reprezentacje gospodarek, których wielkość szacowana jest zarówno na niemal 26 bln euro, jak i niecałe 3 mld euro. W sumie nominalny produkt krajowy brutto (PKB) w 2025 r. wszystkich krajów występujących na mistrzostwach według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) to ok. 63 bln euro.
Co ciekawe, w wielu przypadkach wartość drużyn piłkarskich mocno rozjeżdża się z tym, jak duże lub małe gospodarczo kraje reprezentują.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Mundial 2026. Gospodarcze potęgi i malutkie wyspy
Gdybyśmy spojrzeli na potencjał gospodarczy (a więc także finansowy, ludzki i organizacyjny), to zdecydowanym faworytem mistrzostw świata w piłce nożnej byłyby Stany Zjednoczone. Ich PKB w 2025 r. szacuje się na niecałe 27 bln euro. Daleko z tyłu są Niemcy, a więc drugi mundialowy kraj w zestawieniu, którego wartość gospodarki to ok. 4,4 bln euro. Na trzecim stopniu podium pod tym względem byłaby Japonia (3,8 bln euro).
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
W sumie na mundialu mamy reprezentacje 14 krajów, których PKB przekracza 1 bln euro. Są wśród nich m.in. Anglia, Francja, Brazylia i Hiszpania.
Kliknij, aby otworzyć w nowym oknie (tabela powstała za pomocą narzędzia Flourish)
|Damian Słomski / Business Insider Polska
Gdyby Polska dostała się na mundial, gospodarczo byłaby na 17. miejscu. Z wynikiem na poziomie 898 mld euro znaleźlibyśmy się tuż za Szwajcarią (905 mld euro), ale bardzo wyraźnie przed Belgią (628 mld euro).
Zdecydowanie najsłabszy potencjał ekonomiczny mają wyspiarskie kraje takie jak: Republika Zielonego Przylądka i Curacao, których PKB jest na poziomie niecałych 3 mld euro. Przed nimi w dolnej części tabeli są: Haiti, Bośnia i Hercegowina oraz Senegal (po ok. 30 mld euro).
Mundial 2026. Najwięcej i najmniej warte reprezentacje
Duże przetasowania są w zestawieniu 48 krajów biorących udział w mundialu, jeśli weźmiemy pod uwagę wyceny piłkarzy. Numerem jeden jest reprezentacja Francji, którą rynek transferowy wycenia na ok. 1,52 mld euro. Za nią jest Anglia, której wartość piłkarzy na mistrzostwach ocenia się na 1,36 mld euro, a podium zamyka Hiszpania (1,22 mld euro).
Jeszcze tylko jedna reprezentacja może się pochwalić wynikiem przekraczającym 1 mld euro. To Portugalia. Dopiero za nią są Niemcy, Brazylia i Argentyna.
Kliknij, aby otworzyć w nowym oknie (tabela powstała za pomocą narzędzia Flourish)
|Damian Słomski / Business Insider Polska
Gdyby Polska dostała się na mundial, pod względem wartości reprezentacji mogłaby się znaleźć w okolicach 26. miejsca. Transfermarkt szacuje wartość naszych piłkarzy na 231 mln euro. To wynik nieco gorszy od Ghany i wyraźnie lepszy od Kanady.
Zdecydowanie najsłabszych piłkarzy (pod względem wycen transferowych) ma Katar, Jordania i Irak. Cała trójka ma reprezentacje wyceniane po ok. 20 mln euro. Co ciekawe, nieco wyżej jest Curacao i Iran.
Mundial 2026. Wartość reprezentacji względem PKB
Mając dane o PKB i wartości piłkarzy wszystkich krajów biorących udział w mundialu 2026, można policzyć wskaźnik względnej siły piłkarskiej do potęgi ekonomicznej. Pokazuje on, czy dany kraj dobrze, czy źle wykorzystuje potencjał sportowy, jaki niesie ze sobą siła gospodarki.
Jeśli na 1 euro wartości piłkarza przypada ogromna kwota PKB, oznacza to jedną z dwóch sytuacji:
Potęgi gospodarcze o niskiej kulturze piłkarskiej: kraje takie jak USA, Arabia Saudyjska czy Australia mają wielki PKB, ale ich kadry narodowe nie są równie jakościowe
Kraje bogate w przeliczeniu na mieszkańca (np. Katar), które generują wielki dochód, ale nie szkolą najdroższych zawodników świata
Jeśli na 1 euro piłkarza przypada niska kwota PKB, oznacza to, że reprezentacja piłkarska jest "warta" względnie dużo w stosunku do wielkości całej gospodarki. Taki wynik mają małe kraje takie jakRepublika Zielonego Przylądka czy Curacao oraz afrykańskie reprezentacje: Senegal i Wybrzeże Kości Słoniowej.
Kraje, które wyciskają z potencjału gospodarczego piłkarsko względnie najwięcej, mają wyniki na poziomie kilkudziesięciu euro PKB przypadających na 1 euro wartości piłkarza. Po przeciwnej stronie są kraje, gdzie są to dziesiątki tysięcy euro.
Kliknij, aby otworzyć w nowym oknie (tabela powstała za pomocą narzędzia Flourish)
|Damian Słomski / Business Insider Polska
Polska z wynikiem 3878 euro (to kwota PKB przypadająca na 1 euro wartości piłkarza reprezentacji) znalazłaby się wśród krajów, które nie wykorzystują w pełni swojego potencjału. Znaleźlibyśmy się pomiędzy Niemcami i Turcją.
Autor: Damian Słomski, dziennikarz Business Insider Polska
Przez dekady czytaliśmy książki i oglądaliśmy filmy o świecie, w którym jedna potęga kontroluje dostęp do technologii decydującej o przyszłości cywilizacji i może ją wyłączyć dowolnej grupie ludzi, dowolnemu krajowi, w dowolnym momencie. Traktowaliśmy to jako metaforę, swoiste ostrzeżenie. Jako coś co "może się zdarzyć za 50 lat, jeśli nie będziemy uważać".
To się stało w piątek wieczorem. Bez żadnej debaty publicznej, bez głosowania w ONZ, bez konferencji prasowej z udziałem światowych liderów. Jeden list od jednego urzędnika do jednej firmy i najbardziej zaawansowane modele AI na świecie przestały istnieć dla każdego, kto nie jest obywatelem USA.
Czytaj także:
Nie dla wrogów Ameryki. Dla wszystkich - dla Wielkiej Brytanii, najbliższego sojusznika USA od stuleci, dla Niemiec, Japonii, Polski i całej Unii Europejskiej. Dla każdego naukowca, programisty, przedsiębiorcy na planecie, który nie ma amerykańskiego paszportu.
To jest właśnie najbardziej szokujące w tej decyzji. Chiny i tak nie miały dostępu do tych modeli - obowiązują je wcześniejsze kontrole eksportowe, to nie jest dla nich żadna nowość. Ale teraz w tym samym koszyku, z tym samym statusem, znalazła się Wielka Brytania. Sojusznik z NATO. Kraj, z którym USA dzielą wywiad na poziomie niedostępnym dla żadnego innego państwa na świecie.
Przez całą historię ludzkości wojny prowadzono o terytorium, surowce, ideologię. Granice przesuwano armiami. Blokady nakładano na porty i szlaki handlowe. Tym razem granica nie przebiega przez terytorium. Przebiega przez dostęp do inteligencji. Pierwsza wojna technologiczna właśnie się zaczęła. I nikt nie wystrzelił ani jednej kuli.
Chodzi o AI, sztuczną inteligencję - nie kolejną aplikację, nie kolejny gadżet. To skoncentrowana zdolność do myślenia, analizowania, projektowania, odkrywania na poziomie, który jeszcze rok temu wydawał się nieosiągalny. Kraj, firma, naukowiec z dostępem do najlepszych modeli AI ma przewagę, którą trudno przecenić - w nauce, w biznesie, w obronności, no we wszystkim w zasadzie.
I właśnie tę przewagę Stany Zjednoczone w piątek zarezerwowały wyłącznie dla siebie
To nie jest sankcja gospodarcza w tradycyjnym sensie. To coś nowego - wykluczenie technologiczne na poziomie globalnym, oddzielające ludzkość na tych, którzy mają dostęp do najbardziej zaawansowanej inteligencji jaką stworzono i tych, którzy go nie mają. Linia podziału nie przebiega według ideologii, czy bogactwa. Przebiega według jednego kryterium - czy masz amerykański paszport.
Dlaczego to ma znaczenie dla Polski i dlaczego powinno cię to przerażać bardziej niż jakakolwiek wiadomość z ostatnich miesięcy
Przez ostatnie lata budowaliśmy w Polsce wszystko na założeniu, że dostęp do najlepszej technologii świata jest czymś trwałym, czymś co po prostu jest - tak jak dostęp do internetu albo elektryczności. Firmy budowały produkty na amerykańskich modelach AI. Naukowcy prowadzili badania korzystając z najnowocześniejszych narzędzi. Nasze startupy konkurowały na globalnym rynku mając dostęp do tych samych zasobów, co konkurenci z Doliny Krzemowej.
W piątek wieczorem to założenie się rozpadło.
Nie dlatego, że Polska zrobiła coś źle. Nie dlatego, że zerwaliśmy jakąś umowę. Po prostu jeden kraj zdecydował, że odtąd najlepsza technologia na świecie będzie dostępna tylko dla jego obywateli, a reszta planety będzie musiała sobie radzić z tym, co zostanie.
Czytaj także:
To dokładnie to, czego ostrzegaliśmy się bojąc się Chin. Przedstawialiśmy to jako dystopię, gdyby władzę nad globalną technologią przejęła jakaś autorytarna potęga. Okazało się, że nie potrzeba do tego żadnej nowej potęgi. Wystarczy jeden podpis - nomen omen - sojusznika, którego mieliśmy za gwaranta wolnego świata.
Co jeśli to się powtórzy? Bo nic nie wskazuje, że się nie powtórzy
Najbardziej niepokojące w tym wszystkim nie jest to, co się stało w piątek lecz to, co to oznacza dla przyszłości. Jeśli można zablokować dostęp do jednego modelu AI jednym podpisem - można zablokować dostęp do każdego innego. Jeśli można to zrobić wobec jednej firmy - można to zrobić wobec każdej innej amerykańskiej firmy technologicznej. Cała infrastruktura cyfrowa, na której funkcjonuje świat - chmura, oprogramowanie, modele AI, nawet systemy operacyjne - jest dziś w rękach kraju, który właśnie udowodnił, że jest gotów użyć tej władzy jednostronnie, bez ostrzeżenia, wobec własnych sojuszników.
To nie jest już abstrakcyjne ryzyko opisywane w raportach think-tanków. To precedens - coś co się wydarzyło, zadziałało bezproblemowo technicznie i może się powtórzyć w każdej chwili wobec dowolnej technologii.
I jest jeszcze druga strona tego precedensu. Jeśli USA mogą zamknąć dostęp do swojej technologii kiedy uznają to za stosowne - to inne potęgi, budujące własne przełomowe technologie, będą się czuły w pełni uprawnione do tego samego. Świat, w którym dostęp do najważniejszych technologii zależy od paszportu i politycznej łaski, nie jest już teoretycznym scenariuszem z think-tanku. Od piątku jest faktem geopolitycznym.
Wyobraź sobie świat, w którym Europa - łącznie z Polską - traci dostęp nie tylko do najlepszych modeli AI, ale do aktualizacji systemów operacyjnych, do chmury przechowującej dane firm i instytucji publicznych, do infrastruktury na której działa cała gospodarka cyfrowa. Nie w wyniku wojny, lecz wyniku jednego listu.
Czytaj także:
Piątek 12 czerwca 2026 r. jest piekielnie smutnym i groźnym momentem dla globalnej technologii. Niezależnie od tego, czy ten konkretny zakaz zostanie cofnięty za tydzień (jak to w stylu Trumpa), miesiąc czy nigdy - świat już wie, że taki mechanizm istnieje, działa i może być użyty.
Każdy kraj, każda firma, każdy rząd na świecie - łącznie z Polską - musi dziś zadać sobie pytanie, które jeszcze tydzień temu wydawało się abstrakcyjne: co się stanie z naszą gospodarką, obronnością, nauką, jeśli dostęp do kluczowej technologii zostanie nam jednego dnia odebrany? To pytanie nie jest już teoretyczne. Dostaliśmy na nie odpowiedź w piątek wieczorem.
Tylko jeszcze nie wiemy, czy będziemy mieli czas na przygotowanie się na to, co to oznacza.
Podczas konferencji Wisdom at Work fundacji Heart&Mind — Wisdom of Generations, poświęconej sytuacji osób 45+ na rynku pracy padło pytanie, które wywołało nerwowy śmiech na sali: gdzie w korporacjach są pokoje rehabilitacyjne? Problem, który za tym pytaniem stoi, jest jednak poważny.
Firmy proponują uniwersalny model kariery i wszyscy mają się w nim zmieścić
|
Foto:
Yaroslav Astakhov / Shutterstock
Na rynku pracy spotykają się dziś bardzo różne grupy — osoby szukające pierwszego mentora, rodzice małych dzieci i doświadczeni pracownicy, którzy chcą zostać aktywni zawodowo jeszcze przez lata. Każda z nich ma inne oczekiwania, tempo pracy i potrzeby wsparcia.
Polskie firmy wciąż projektują środowisko pracy pod jeden, dość wąski etap życia. Dobrze rozumieją potrzeby młodych rodziców i pracowników w środku kariery — stąd pokoje dla matek, benefity czy programy wsparcia. Znacznie gorzej radzą sobie z rzeczywistością, w której w jednej organizacji funkcjonują jednocześnie cztery pokolenia.
Jeszcze kilkanaście lat temu nie było to dużym wyzwaniem. Kariery były bardziej przewidywalne, a ścieżki rozwoju — podobne. Dziś pracujemy dłużej, częściej zmieniamy zawód i rzadziej mieścimy się w jednym schemacie. Mimo to wiele firm nadal działa tak, jakby ich pracownicy byli na tym samym etapie życia, a różnorodność istniała głównie w raportach ESG.
Premier Donald Tusk poinformował w sobotę, że rząd zakończy latem program "Ceny Paliwa Niżej". Jego zdaniem pojawiają się "niezłe sygnały" dotyczące perspektywy zakończenia konfliktu na Bliskim Wschodzie.
Magda Linette nie zagra w finale turnieju WTA 250 na kortach trawiastych w 's-Hertogenbosch. Polska tenisistka przegrała po ponad dwugodzinnym boju z Barborą Krejcikovą 4:6, 6:7 (4-7).
Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.
Linette zajmuje 60. miejsce w rankingu, a Krejcikova 45. Czeszka to jednak wiceliderka listy WTA z 2022 roku, a w Wielkim Szlemie zanotowała triumfy w Wimbledonie i French Open. W regularnym osiąganiu świetnych wyników przeszkadzają jej jednak częste problemy zdrowotne.
Polka zaprezentowała się w sobotę bardzo dobrze, ale na wracającą do formy Krejcikovą to nie wystarczyło. W pierwszym secie 34-letnia Poznanianka pierwsza uzyskała przełamanie, a miało to miejsce w trzecim gemie. Rywalka natychmiast jednak odrobiła stratę. Czeszka na dobre inicjatywę przejęła wychodząc na 5:3. Kilka minut późnej zamknęła seta.
Drugi miał podobny przebieg. Znów pierwsza przewagę osiągnęła Linette. Prowadziła 5:3 i serwowała na wygraną w partii, ale Krejcikova odrobiła przełamanie. Ostatecznie potrzebny był tie-break.
Ponownie początek należał do Polki, która zdobyła trzy pierwsze punkty. Później jednak pięć z rzędu padło łupem rywalki. Chwilę później Czeszka cieszyła się z pierwszego awansu do finału imprezy WTA od wspomnianego triumfu w Wimbledonie 2024.
To było ich piąte spotkanie i czwarta wygrana Krejcikovej.
Czeszka o dziewiąty tytuł w karierze powalczy z lepszą w parze Robin Montgomery (USA) - Ajla Tomljanovic (Australia).
Najdłuższa wieś w Polsce leży pod Babią Górą. Atrakcje i szlaki Zawoi
Zawoja to niezwykła wieś położona u stóp Babiej Góry, która wyróżnia się nie tylko długością, ale także malowniczymi krajobrazami i bogatą historią. Choć wieś pamięta czasy epidemii i głodu, dziś przyciąga turystów licznymi szlakami górskimi, stacjami narciarskimi oraz tradycyjną kulturą góralską.
Czy znasz najdłuższą wieś w Polsce pod Babią Górą? Odkryj atrakcje ZawoiAlbin MarciniakEast News
Poznaj historię najdłuższej wsi w Polsce
W Polsce, pod Babią Górą, znajduje się wieś, która przyciąga miłośników górskich wędrówek, a przy okazji bije rekordy najdłuższej wsi w Polsce. Mowa o Zawoi, której powierzchnia przekracza100 kilometrów kwadratowych - to więcej niż powierzchnia Tarnowa, i która ciągnie się na 18 kilometrów. Zabudowania wiją się przez kilkanaście kilometrów wzdłuż malowniczej doliny, co sprawia, że podróż przez całą miejscowość zajmuje znacznie więcej czasu niż w przypadku typowych wsi - ale za to można podziwiać wspaniałe widoki. W jej obrębie istnieje sześć sołectw: Zawoja Górna, Centrum, Przysłop, Dolna, Mosorne i Wełcza.
Pierwsza wzmianka o "zwvoi" (z wołoskiego "las nad rzeką") pochodzi z 1646 roku. Pierwsi osadnicy przybyli tu najprawdopodobniej wraz z falą osadnictwa wołoskiego. Z biegiem lat powstały liczne legendy tłumaczące nazwę wsi działalnością zbójników lub charakterystycznymi góralskimi chustami.
Zawoja to największa pod względem powierzchni wieś w Polsce./ na zdj. Skansen Kultury Materialnej im. Józefa Żaka, który znajduje się w Babiogórskim Parku Narodowym. MAREK LASYK/REPORTER East News
Przez te wszystkie lata wieś przeżyła wiele - zarówno czasu spokoju, jak i trudne chwile, kiedy w 1847 roku wybuchła epidemia tyfusu i cholery przez wszechobecny głód. Obecnie jednak wieś jest jednym z najpopularniejszych punktów wypadowych w Beskidy.
Babia Góra i inne atrakcje przez cały rok
Nad Zawoją góruje Babia Góra, nazywana też Królową Beskidów. Szczyt wznosi się na wysokość 1725 m n.p.m. i słynie z gwałtownych zmian pogody. To właśnie z tego powodu przez lata zyskał przydomek "Matki Niepogód" - nawet podczas słonecznego dnia warunki na szczycie mogą zmienić się w ciągu kilkunastu minut w bardzo niesprzyjające. Nie trzeba się ograniczać jedynie do tego szczytu - sieć szlaków turystycznych prowadzi na inne, nieco niższe, idealne na rodzinne wędrówki.
Babia Góra jest nazywana "Królową Beskidów". To najwyższy szczyt Beskidu ŻywieckiegoAlbin MarciniakEast News
Zawoja od dawna przyciąga miłośników przyrody. To właśnie tutaj znajduje się siedziba Babiogórskiego Parku Narodowego, jednego z najcenniejszych obszarów chronionych w Polsce. Można tam spotkać wiele rzadkich gatunków roślin i zwierząt, a liczne szlaki prowadzą przez malownicze lasy, polany i górskie grzbiety.
Na dobrą lokalizację wsi wpływają również stacje narciarskie, które cieszą się popularnością - szczególnie ośrodek narciarski Mosorny Groń z kolejką liniową i półtorakilometrową szeroką trasą zjazdową. Latem można wjechać kolejką na szczyt z rowerem, a później pokonać trasę na dwóch kółkach. To nie jest jednak jedyne miejsce, gdzie można się wyszaleć na rowerach. Region jest znany z Babia Góra Trails, czyli tras rowerowych liczących ponad 20 kilometrów wśród lasów, z różnym poziomem trudności. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.
Tradycje w Zawoi są szczególnie pielęgnowane
Miejscowość zachowała bogate tradycje góralskie. Do dziś można podziwiać regionalną architekturę drewnianą, lokalny haft babiogórski oraz zwyczaje przekazywane z pokolenia na pokolenie - mieszkańcy wciąż posługują się specyficzną gwarą. Symbolem wsi są trzy kamienne piwniczki, w których dawniej przechowywano warzywa, oraz dzwonnica loretańska, używana do ostrzegania przed pożarami i burzami.
W Zawoi znajduje się skansen im. Józefa Żaka, w którym mieści się muzeum. Tworzą go obecnie trzy budynki mieszkalne, kapliczka, kuźnia i wolno stojąca piwnica ze spichlerzem. Całość prezentuje tradycyjne drewniane budownictwo Babiogórców.
Zwierzęta są tu traktowane z czułością. W Happy Alpaca można spotkać 6 różnokolorowych alpak, a nawet wziąć je na dłuższy spacer. A na jeszcze dłuższą przejażdżkę można wybrać się konno, ponieważ w Zawoi znajduje się stajnia. Widoki z końskiego grzbietu zapierają dech w piersiach. Są tu i również barany - na Hali Barankowej, gdzie do dziś odbywa się tradycyjny wypas owiec (od kwietnia do września). Zwierząt pilnuje prawdziwy Baca.
W Zawoi możesz poznać alpaki. Zdj. ilustracyjne123RF/PICSEL
Dlaczego ogólne portale pracy nie wystarczają w rekrutacji IT?
Widoczna poprawa koniunktury w IT nie oznacza powrotu do masowych rekrutacji sprzed kilku lat. Pracodawcy koncentrują się dziś przede wszystkim na doświadczonych specjalistach, którzy potrafią łączyć kompetencje technologiczne z rozumieniem celów biznesowych. Rosnące zapotrzebowanie na seniorów i ekspertów pokazuje, że firmy szukają osób zdolnych projektować architekturę rozwiązań, weryfikować jakość pracy algorytmów i brać odpowiedzialność za decyzje podejmowane przy wsparciu AI. – komentuje obecny rynek Piotr Trzmiel, Dyrektor ds. rozwoju biznesu w theprotocol.it.
Uniwersalne serwisy ogłoszeniowe często generują tzw. szum rekrutacyjny - dużą liczbę aplikacji, które nie spełniają technicznych wymagań stanowiska. W tym przypadku więcej naprawdę nie oznacza lepiej.
To w takim razie gdzie publikować oferty pracy IT? Choć serwisy ogólne są niezastąpione pod kątem budowania szerokiej świadomości marki to tak naprawdę docierają do tysiąca kandydatów, którzy nie są zainteresowani pracą w branży IT. Według danych Grupy Pracuj, w skali roku w serwisie ogólnym publikowanych jest około 762 tysiące ofert, z czego sektor IT stanowi blisko 10% całości. Twoje oferty znikają więc w gąszczu konkurencji, przez co proces rekrutacji wydłuża się, a poszukiwanie dopasowanego eksperta staje się naprawdę dużym wyzwaniem.
Nowoczesny proces rekrutacyjny wymaga od platformy czegoś więcej niż tylko formularza aplikacyjnego. Dziś pracodawcy oczekują przede wszystkim:
transparentności,
strukturyzacji danych, które skracają czas potrzebny na analizę CV.
Kluczowe jest także dostarczenie narzędzi, które już na etapie publikacji ogłoszenia wymuszają konkretne informacje: od jasnego określenia technologii „must-have” po precyzyjne zdefiniowanie metodyki pracy zespołu. Jobboard IT ma prowadzić niejako za rękę, naprowadzając rekrutera na obszary, których potrzebuje kandydat.
Widełki wynagrodzeń, filtry AI, specjalizacja branżowa - nowy standard
Badania Grupy Pracuj jasno wskazują, że współczesny kandydat oczekuje konkretów. Przykładem jest jasne wskazanie widełek wynagrodzenia, które są pierwszym sposobem na odsiewanie nieodpowiednich kandydatów - dziś 32% ofert pracy IT zawiera taką informację. Szczególnie często dotyczy to stanowisk eksperckich i seniorskich.
Wraz z wynagrodzeniem kluczowa jest wygoda i czytelny interfejs - ten docenia 68% kandydatów. Równie ważna jest opcja automatycznych rekomendacji (opartych na doświadczeniu zawodowym, lokalizacji albo trybu pracy) - 61%.
Nowoczesne platformy, tj. theprotocol.it, wprowadzają zaawansowane filtry oparte na sztucznej inteligencji, które pozwalają kandydatom sortować oferty nie tylko według języka programowania, ale także poziomu znajomości konkretnych bibliotek czy preferowanego modelu pracy (zdalna, hybrydowa, on-site). Ponadto umożliwiają pracodawcom dostęp do wyspecjalizowanej społeczności IT, wsparcie employer brandingowe, dedykowanego opiekuna i zaawansowane narzędzia rekrutacyjne. theprotocol.it rozwija się w synergii z Grupą Pracuj, która od 25 lat współtworzy rynek pracy w Polsce.
Jak nowoczesny jobboard IT zwiększa jakość aplikacji?
Wysoka jakość aplikacji wynika bezpośrednio z odpowiedniego kontekstu - miejsce to zbiera konkretnych specjalistów z konkretnej branży. Tylko w 2025 roku takich ogłoszeń było prawie 50 tysięcy.
Użytkownicy korzystający z dedykowanych serwisów są zazwyczaj bardziej zorientowani na konkretne cele zawodowe i posiadają wyższe kompetencje techniczne niż użytkownicy przypadkowi. Dzięki temu rekruterzy nie tracą czasu na przeglądanie setek niedopasowanych CV, lecz skupiają się na rozmowach z osobami, które realnie posiadają wymagane umiejętności.
Model przyszłości: dopasowanie algorytmiczne zamiast mass apply
Można przypuszczać, że przyszłość rekrutacji IT należeć będzie do modeli subskrypcyjnych i inteligentnego parowania kompetencji, które całkowicie wyeliminują zjawisko „mass apply” (czyli masowego wysyłania CV). Zamiast wysyłać dziesiątki przypadkowych aplikacji, kandydaci będą wspierani przez algorytmy rekomendacyjne. To dzięki nim zaaplikują wyłącznie na te oferty, w których mają największą szansę na sukces. Zaoszczędzą w ten sposób nie tylko swój czas, ale i czas rekrutera.
Pracodawcy będa otrzymywać krótką, ale wartościową listę kandydatów „szytych na miarę”.
Systemy zaczną rozumieć, że biegłość w C# i .NET Core pozwala na szybką adaptację w środowisku Java/Spring, nawet jeśli kandydat nie ma komercyjnego doświadczenia w tej drugiej technologii.
Zanim człowiek spojrzy na dokumenty, algorytmy przeanalizują publiczne repozytoria, wkład w Open Source czy profile na platformach typu Stack Overflow.
Algorytmy AI będą w stanie analizować kulturę pracy zespołu (np. wysoka autonomia vs. ścisła hierarchia) i dopasują kandydatów, których profil psychologiczny i styl komunikacji najlepiej rokuje w danej strukturze.
Skrócenie procesu do niezbędnego minimum - 61% badanych kandydatów deklaruje, że podczas wysyłania CV zwykle nie dodaje do niego listu motywacyjnego.
Bibliografia
Grupa Pracuj. (2024). Kompendium HR 2024. https://wyzwaniahr.pracuj.pl/wp-content/uploads/2024/09/kompendium-2024.pdf
Tragedia na indonezyjskiej wyspie Taliabu, należącej do archipelagu Moluki. 44-letnia kobieta padła ofiarą potężnego pytona siatkowego - niemal ośmiometrowego węża dusiciela. Do ataku doszło na jednej z lokalnych plantacji.
Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.
Mąż wyruszył na poszukiwania kobiety, gdy nie wróciła do domu po tym, jak wyszła zagonić bydło - poinformowali miejscowi policjanci. W okolicy plantacji na mężczyznę czekał przerażający widok - dostrzegł ogromnego, blisko ośmiometrowego pytona owiniętego wokół ciała żony.
Wąż próbował już połknąć swoją ofiarę. Mężczyzna natychmiast zareagował - ostrym narzędziem zabił pytona i uwolnił ciało kobiety. Niestety, na ratunek było już za późno.
Tragiczne zdarzenie wstrząsnęło całą społecznością. To nie pierwszy tego typu przypadek w Indonezji - pytony siatkowe zaliczane są do największych węży na świecie i są powszechnie spotykane zarówno w lasach, jak i na plantacjach oraz terenach wiejskich kraju. Od czasu do czasu dochodzi tam do dramatycznych ataków na ludzi - zwłaszcza w odległych, słabiej zaludnionych miejscach.
Eksperci podkreślają, że pytony siatkowe zwykle polują na ssaki średniej wielkości, jednak wzrost ingerencji człowieka w ich naturalne środowisko zwiększa ryzyko niebezpiecznych spotkań.
Pytony siatkowe potrafią dorastać nawet do 10 metrów długości. Choć ataki na ludzi nie są zbyt częste, ich ofiary zwykle nie mają szans na ucieczkę. Władze lokalne zapowiadają wzmożone kontrole i działania edukacyjne dotyczące bezpieczeństwa mieszkańców regionu.
Apoloniusz Tajner powraca na fotel prezesa Polskiego Związku Narciarskiego. Wyboru dokonano podczas odbywającego się w Krakowie Walnego Zjazdu Sprawozdawczo-Wyborczego. Tajner, który był jedynym kandydatem, zastąpił na tym stanowisku Adama Małysza.
Apoloniusz Tajner ponownie prezesem Polskiego Związku Narciarskiego - decyzja zapadła podczas Walnego Zjazdu w Krakowie.
Tajner zastąpił na stanowisku Adama Małysza, który był prezesem przez cztery lata.
Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.
Za wyborem Apoloniusza Tajnera głosowało 75 spośród 81 delegatów, jedna osoba nie oddała głosu.
Dla 72-letniego Tajnera to powrót na to stanowisko. Poprzednio pełnił je w latach 2006-2022. Wcześniej (1999-2006) był trenerem reprezentacji Polski w skokach narciarskich.
Pod jego kierunkiem Adam Małysz zaczął odnosić pierwsze wielkie sukcesy - trzykrotnie z rzędu zdobył Puchar Świata, wywalczył trzy tytuły mistrza świata, wygrał 49. Turniej Czterech Skoczni oraz zdobył srebrny i brązowy medal na igrzyskach olimpijskich w 2002 roku w Salt Lake City.
Na zjeździe wyborczym w 2022 roku, gdy został zastąpiony przez Małysza, otrzymał tytułu Honorowego Prezesa PZN. Tajner od 2023 roku jest posłem na Sejm (KO). Zapowiedział, że do końca kadencji Sejmu będzie pełnił funkcję posła, ale nie wystartuje w następnych wyborach.
Wybrano także nowy zarząd PZN. W jego skład weszli: Mirosław Graf (przedstawiciel Dolnośląskiego Związku Narciarskiego), Wojciech Gumny (przedstawiciel Tatrzańskiego Związku Narciarskiego), Jarosław Konior - (przedstawiciel Śląsko-Beskidzkiego Związku Narciarskiego), Rafał Kot, Marek Pach i Zbigniew Wuwer.