Gigant dla farm wiatrowych. Ten dźwig podnosi 240 ton na wysokość wieżowca
Wbrew temu, co twierdzi Donald Trump, energetyka wiatrowa nieustannie rośnie w siłę, a wraz z nią rosną także same turbiny. Nowoczesne konstrukcje są coraz wyższe, mają większe wirniki i potrafią generować znacznie więcej energii niż ich poprzednicy. Problem w tym, że montaż takich kolosów staje się coraz trudniejszy - chińska firma Zoomlion twierdzi jednak, że znalazła rozwiązanie tego problemu.
Turbiny rosną, więc powstał ten potwór. Nowy dźwig podnosi 240 ton na wysokość 241 m Zoomlionmateriały prasowe
Przedsiębiorstwo zaprezentowało właśnie dźwig wieżowy LW3600-240NB, który określa mianem największego i najwyższego dźwigu przeznaczonego do budowy lądowych farm wiatrowych na świecie. Nowa maszyna robi wrażenie już samymi parametrami. Dźwig może podnosić ładunki o masie do 240 ton i pracować na wysokości przekraczającej 241 metrów. To więcej niż wysokość drapaczy chmur.
Dźwig wyższy niż niejeden wieżowiec
Dla lepszego zobrazowania skali wystarczy wspomnieć, że urządzenie jest w stanie unieść ciężar odpowiadający około 200 samochodom osobowym na wysokość porównywalną z 80-piętrowym budynkiem. Takie możliwości są niezbędne, ponieważ najnowsze turbiny wiatrowe osiągają wysokość przekraczającą 200 metrów, a ich gondole i elementy wież ważą setki ton.
Turbiny rosną, więc dźwigi też muszą
Producenci elektrowni wiatrowych od lat zwiększają rozmiary turbin, ponieważ większe konstrukcje pozwalają pozyskiwać więcej energii przy mniejszej liczbie instalacji. To poprawia opłacalność inwestycji i zwiększa wydajność farm wiatrowych.
Transport oraz montaż takich gigantów jest jednak coraz trudniejszy. Tradycyjne dźwigi gąsienicowe często wymagają ogromnych placów montażowych, kosztownego przygotowania terenu i długiego czasu instalacji. Zoomlion przekonuje, że jego nowa konstrukcja ma ograniczyć te problemy.
Zaprojektowany do ekstremalnych warunków
Praca na wysokości ponad 200 metrów oznacza konieczność zmierzenia się z silnymi podmuchami wiatru oraz ogromnymi obciążeniami działającymi na konstrukcję. Dlatego chiński dźwig wyposażono w specjalne elementy wzmacniające, zaawansowane systemy stabilizacji oraz inteligentny układ cyfrowego monitorowania pracy. Producent twierdzi, że maszyna może bezpiecznie funkcjonować nawet przy wietrze osiągającym 10 stopni w skali Beauforta.
Co ciekawe, Zoomlion nie chce sprzedawać nowego dźwigu jako pojedynczej maszyny. Firma planuje stworzenie całego ekosystemu urządzeń współpracujących przy budowie farm wiatrowych, przypominającego linię produkcyjną dla energetyki odnawialnej. Wraz ze wzrostem rozmiarów turbin coraz ważniejsza staje się bowiem nie tylko siła podnoszenia, ale także szybkość montażu.
Fizycy rozwikłali 150-letnią zagadkę powstawania lodu. Kluczem jest nieład
Zagadka powstawania lodu została praktycznie rozwiązana. Naukowcy z laboratorium XFEL pod Hamburgiem wykorzystali potężny laser rentgenowski, by zarejestrować pierwsze mikrosekundy zamarzania cieczy. To przełom w badaniach nad procesem, który od 150 lat wymykał się klasycznym teoriom. Badacze dostrzegli, że kluczowy dla krystalizacji jest strukturalny nieporządek. Odkrycie tego mechanizmu pozwoli udoskonalić modele klimatyczne chmur pierzastych, wyjaśnić zagadkę formowania się jądra Ziemi oraz łatwiej kontrolować właściwości stopów metali w metalurgii.
Fizycy zbadali proces zamarzania. Ich odkrycie ma spore znaczenie dla geofizyki, inżynierii i klimatologiiWilfredor (CC BY-SA 4.0)Wikimedia Commons
W skrócie
Badacze z laboratorium XFEL pod Hamburgiem rejestrowali pierwsze mikrosekundy zamarzania cieczy, wykorzystując laser rentgenowski i odkryli znaczenie strukturalnego nieporządku dla procesu krystalizacji.
Eksperymenty i symulacje z cieczami Lennarda-Jonesa wskazały, że nieregularne kształty powstających zarodków oraz błędy ułożenia znacząco przyspieszają krzepnięcie materiału.
Nowe zrozumienie mechanizmu homogenicznego zamarzania może usprawnić modele klimatyczne chmur pierzastych, wyjaśnić proces formowania jądra Ziemi oraz poprawić kontrolę właściwości stopów w metalurgii.
Jak powstaje lód? Zagadka nie daje fizykom spać
Pod przedmieściami Hamburga, w podziemnym akceleratorze cząstek, naukowcy próbują okiełznać proces, który od ponad 150 lat spędza sen z powiek fizykom teoretykom. Wykorzystując potężny laser rentgenowski w laboratorium European X-Ray Free-Electron Laser Facility (XFEL), badacze uchwycili pierwsze mikrosekundy zamarzania cieczy. To przełom, który może zrewolucjonizować nie tylko fizykę, ale też prognozy klimatyczne, wiedzę o wnętrzu Ziemi i inżynierię materiałową.
Dotychczasowe modele fizyczne opisujące szybkość zamarzania czystych cieczy potrafiły rozmijać się z wynikami eksperymentów o niewiarygodne 20 rzędów wielkości. Jak wyjaśnia Michele Parrinello, profesor fizyki z University of Italian Switzerland w Lugano, "eksperymenty są bardzo trudne. I teoria jest trudna, i komputerowe symulacje też są trudne".
W tym obszarze nauki nawet najmniejszy błąd w symulacji lub założeniach laboratoryjnych całkowicie zmienia ostateczny wynik. Niemieckim badaczom udało się jednak osiągnąć pewien przełom w badaniu zmiany stanu skupienia materii z ciekłego na stały.
Kaprysy czystych cieczy. Jak działa krzepnięcie?
Większość procesów krzepnięcia, z którymi mamy do czynienia na co dzień - jak zamarzanie wody w zamrażarce czy powstawanie lodu w chmurach na bazie pyłu - to tzw. nukleacja heterogeniczna. Znaczy to, że cząsteczki wody zaczynają krystalizować się wokół zanieczyszczeń lub na ściankach naczynia. O wiele trudniejsza do zbadania jest nukleacja homogeniczna, zachodząca w idealnie czystej cieczy, pozbawionej jakichkolwiek obcych drobin.
Klasyczna teoria nukleacji (ang. Classical Nucleation Theory - CNT), czyli zarodkowania (początkowego etapu przemiany fazowej), której korzenie sięgają prac Daniela Gabriela Fahrenheita (1686-1736) i Josiaha Willarda Gibbsa (1839-1903), opiera się na skomplikowanym równaniu wykładniczym. Sprawia ono, że tempo zamarzania jest ekstremalnie czułe na minimalne wahania temperatury, lepkości czy napięcia powierzchniowego między cieczą a ciałem stałym.
"Nawet mała kropelka wody trzymana w temperaturze -20 °C nie zamarznie przez miliard lat, ale ochłodź ją jeszcze o 15 stopni i zamarznie w ułamku sekundy" - obrazuje to dr hab. Robert Grisenti z Centrum Helmholtza Badań Ciężkich Jonów GSI w Darmstadt. Graczom w Diablo II można to zobrazować metaforycznie: to jak przełamanie cechy "nie można zamrozić" i "niewrażliwość na zimno" przy pomocy specjalnego talizmanu.
Ta niezwykła wrażliwość powoduje, że subtelne różnice w przygotowaniu próbek dają diametralnie różne rezultaty. Szacunki teoretyczne badaczy stosujących CNT potrafią różnić się od siebie nawet o 25 rzędów wielkości.
Skroplone gazy szlachetne wystrzelone w próżnię
Aby zbliżyć teorię do praktyki, zespół badawczy pod kierunkiem dr. hab. Grisentiego skupił się na prostszym modelu - tzw. cieczach Lennarda-Jonesa (LJ). W naturze występują one jako skroplone gazy szlachetne, np. krypton lub argon. Cząsteczki tych gazów nie posiadają kierunkowych wiązań wodorowych, które dodatkowo komplikują strukturę wody.
Naukowcy wystrzeliwali szybkie strumienie płynnego kryptonu i argonu w próżnię. Tam, w wyniku gwałtownego parowania, ciecz błyskawicznie schładzała się, przechodząc w stan stały w zaledwie kilka mikrosekund. Analiza obrazów dyfrakcyjnych z lasera XFEL przyniosła zaskakujące wnioski. Okazało się, że w procesie zamarzania znacznie większą rolę, niż dotychczas sądzono, odgrywa strukturalny nieporządek i nieregularne, niesferyczne kształty początkowych zarodków krystalicznych.
Gdy zespół prof. Parrinello uwzględnił w symulacjach te bardziej złożone, odbiegające od idealnej kuli geometrie, przewidywania teoretyczne zbliżyły się do wyników eksperymentalnych o około 100 razy bardziej niż w jakichkolwiek wcześniejszych próbach. Co więcej, symulacje i testy laboratoryjne pokazały, że wczesne kryształy ze superschłodzonej wody wykazują tzw. błędy ułożenia (ang. stacking disorder), czyli losowe mieszanie się warstw o strukturze heksagonalnej i sześciennej. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że właśnie ten specyficzny nieład przyspiesza cały proces krystalizacji.
Odkrycie tego mechanizmu może rozwiązać wiele problemów
Zrozumienie mechanizmu homogenicznego zamarzania to zdaniem ekspertów klucz do rozwiązania wielu globalnych problemów, począwszy od tych klimatycznych. W wysokich partiach troposfery, gdzie temperatury spadają poniżej -40 °C, czyste krople wody zamarzają homogenicznie, tworząc chmury pierzaste (cirrus). Chmury te pochłaniają i emitują promieniowanie długofalowe, generując ogólny efekt ocieplający. Lepsze modele zamarzania pozwolą więc dokładniej przewidywać tempo globalnego ocieplenia wywołanego gazami cieplarnianymi.
Nowa wiedza wspomoże też geofizykę. Obecne modele formowania się stałego, żelaznego jądra Ziemi z płynnego jądra zewnętrznego wskazują, że proces ten (przy założeniu nukleacji homogenicznej) wymagałby dwa razy więcej czasu, niż wynosi wiek naszej planety. Nowe teorie mogą wyjaśnić tę sprzeczność. Jeśli natomiast chodzi o inżynierię, dokładniejsza wiedza o krzepnięciu ułatwi metalurgom kontrolowanie właściwości chłodzonych stopów metali.
Co dalej? W poszukiwaniu kolejnych odpowiedzi naukowcy zaczęli już wdrażać modele uczenia maszynowego (ML) sztucznej inteligencji. Mają one pomóc w wyciąganiu z surowych danych dyfrakcyjnych XFEL niewidocznych dotąd informacji o mikroskopijnych konfiguracjach atomów. "Naprawdę można dzięki temu poznać mikroskopijne konfiguracje wewnątrz kryształu. I to jest piękne" - podsumowuje z optymizmem dr hab. Robert Grisenti. Testy nowej metody mają ruszyć jeszcze w 2026 r.
Źródło: Buchanan M. How ice forms is a mystery - now scientists are cracking the case. Nature 654, 315-317 (2026). DOI: 10.1038/d41586-026-01817-w
Polak w Wietnamie. Czy tam żyje się lepiej? Deutsche Welle
Naukowcy ze Stanów Zjednoczonych opracowali eksperymentalną szczepionkę, która w testach na myszach wykazała zdolność ochrony przed działaniem fentanylu oraz szeregu jego nielegalnych, syntetycznych pochodnych. Wyniki opisano na łamach czasopisma "Journal of Medicinal Chemistry".
Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Badacze przypominają, że fentanyl oraz jego analogi odpowiadają w USA za dziesiątki tysięcy zgonów rocznie. Substancja ta jest wielokrotnie silniejsza od morfiny, a jej przedawkowanie może prowadzić do zatrzymania oddechu i śmierci.
Nowa strategia terapeutyczna polega na "uczeniu" układu odpornościowego produkcji przeciwciał, które wiążą fentanyl we krwi i blokują jego przedostawanie się do mózgu. Dotychczasowe próby tworzenia szczepionek były jednak ograniczone, ponieważ działały one zwykle tylko na pojedyncze substancje, a rynek narkotykowy szybko wprowadza kolejne ich odmiany.
Zespół ze Scripps Research Institute opracował więc rozwiązanie szersze - preparat oparty na zmodyfikowanej cząsteczce, której budowa różniła się od klasycznego fentanylu, ale zachowała część jego elementów chemicznych. Połączono ją z białkiem nośnikowym i wykorzystano jako składnik szczepionki.
Preparat podano myszom w czterech dawkach. Efekty były obiecujące: układ odpornościowy zwierząt wytworzył przeciwciała zdolne do wiązania nie tylko fentanylu, ale także jego niebezpiecznych pochodnych, m.in. karfentanylu, acetylfentanylu i furanylfentanylu. Co istotne, przeciwciała nie reagowały z opioidami stosowanymi w medycynie, takimi jak morfina czy oksykodon.
Po ośmiu tygodniach od szczepienia gryzoniom podano fentanyl. U zaszczepionych zwierząt nie wystąpiły ciężkie zaburzenia oddychania (które normalnie występują po wysokich dawkach tego narkotyku), a ilość substancji docierającej do mózgu była o około 70 procent niższa niż w grupie kontrolnej.
Nasze badanie pokazuje, że nie musimy starać się nadążać za każdym nowym narkotykiem, jaki pojawia się na rynku. Ucząc układ odpornościowy rozpoznawania całej grupy związków fentanylowych, a nie tylko pojedynczych struktur, możemy wyprzedzić producentów i handlarzy tych nielegalnych substancji - podkreślił prof. Kim Janda, główny autor publikacji.
Naukowcy zaznaczają jednak, że to dopiero wczesny etap prac. Konieczne są badania kliniczne, które potwierdzą bezpieczeństwo i skuteczność szczepionki u ludzi. W przyszłości mogłaby ona znaleźć zastosowanie m.in. w terapii uzależnień oraz ochronie osób szczególnie narażonych na kontakt z fentanylem.
Naukowcy ze Stanów Zjednoczonych opracowali eksperymentalną szczepionkę, która w testach na myszach wykazała zdolność ochrony przed działaniem fentanylu oraz szeregu jego nielegalnych, syntetycznych pochodnych. Wyniki opisano na łamach czasopisma "Journal of Medicinal Chemistry".
Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Badacze przypominają, że fentanyl oraz jego analogi odpowiadają w USA za dziesiątki tysięcy zgonów rocznie. Substancja ta jest wielokrotnie silniejsza od morfiny, a jej przedawkowanie może prowadzić do zatrzymania oddechu i śmierci.
Nowa strategia terapeutyczna polega na "uczeniu" układu odpornościowego produkcji przeciwciał, które wiążą fentanyl we krwi i blokują jego przedostawanie się do mózgu. Dotychczasowe próby tworzenia szczepionek były jednak ograniczone, ponieważ działały one zwykle tylko na pojedyncze substancje, a rynek narkotykowy szybko wprowadza kolejne ich odmiany.
Zespół ze Scripps Research Institute opracował więc rozwiązanie szersze - preparat oparty na zmodyfikowanej cząsteczce, której budowa różniła się od klasycznego fentanylu, ale zachowała część jego elementów chemicznych. Połączono ją z białkiem nośnikowym i wykorzystano jako składnik szczepionki.
Preparat podano myszom w czterech dawkach. Efekty były obiecujące: układ odpornościowy zwierząt wytworzył przeciwciała zdolne do wiązania nie tylko fentanylu, ale także jego niebezpiecznych pochodnych, m.in. karfentanylu, acetylfentanylu i furanylfentanylu. Co istotne, przeciwciała nie reagowały z opioidami stosowanymi w medycynie, takimi jak morfina czy oksykodon.
Po ośmiu tygodniach od szczepienia gryzoniom podano fentanyl. U zaszczepionych zwierząt nie wystąpiły ciężkie zaburzenia oddychania (które normalnie występują po wysokich dawkach tego narkotyku), a ilość substancji docierającej do mózgu była o około 70 procent niższa niż w grupie kontrolnej.
Nasze badanie pokazuje, że nie musimy starać się nadążać za każdym nowym narkotykiem, jaki pojawia się na rynku. Ucząc układ odpornościowy rozpoznawania całej grupy związków fentanylowych, a nie tylko pojedynczych struktur, możemy wyprzedzić producentów i handlarzy tych nielegalnych substancji - podkreślił prof. Kim Janda, główny autor publikacji.
Naukowcy zaznaczają jednak, że to dopiero wczesny etap prac. Konieczne są badania kliniczne, które potwierdzą bezpieczeństwo i skuteczność szczepionki u ludzi. W przyszłości mogłaby ona znaleźć zastosowanie m.in. w terapii uzależnień oraz ochronie osób szczególnie narażonych na kontakt z fentanylem.
Czarna dziura i rekordowe wiatry. Na Ziemi byłby to huragan kategorii 79
Naukowcy odkryli odległy kwazar zasilany przez supermasywną czarną dziurę. Wyrzuca ona rekordowe wiatry, których prędkość jest nieporównywalna do tego, z czym mamy do czynienia na Ziemi. Wieje tam z prędkością około 30 proc. prędkości światła, czyli aż kilkuset mln kilometrów na godzinę.
Czarna dziura i rekordowe wiatry. Na Ziemi byłby to huragan kategorii 79.materiały prasowe
Huragany na Ziemi potrafią mieć niszczącą siłę. Klasyfikuje się je w pięciostopniowej skali Saffira-Simpsona. W przypadku tej najwyższej mamy do czynienia z wiatrami o prędkości przekraczającej 252 kilometry na godzinę, a co powiecie na siłę wiatru porównywalną z 30 proc. prędkości światła?
Rekordowe wiatry z supermasywnej czarnej dziury w odległym kwazarze
Astronomowie zidentyfikowali odległy kwazar J2318, czyli aktywne jądro galaktyki, gdzie znajduje się supermasywna czarna dziura. Masę obiektu szacuje się na około 1,7 mld razy większą od Słońca, a całość znajduje się około 3 mld lat świetlnych od nas.
Uczeni odkryli tam bardzo silne wiatry, które ciężko porównać do czegokolwiek na Ziemi. Wieje tam z prędkością około 30 proc. prędkości światła. Porywy sięgają więc 323 milionów kilometrów na godzinę. To rekordowy wiatr z czarnej dziury, który udało się zaobserwować w ultrafiolecie.
Pod względem prędkości wiatr tego kwazara można by nazwać huraganem kategorii 79. Każda kategoria huraganu jest o około 20 proc. szybsza niż ta niższa. Nazwanie go kategorią 79 daje wyobrażenie o jego prędkości, ale oczywiście ten wiatr nie przypomina niczego na Ziemi
Wiatry z supermasywnych czarnych dziur nie przypominają zjawiska na Ziemi
Każda galaktyka powinna mieć we własnym centrum supermasywną czarną dziurę, ale w rzeczywistości nie wszystkie są w stanie generować tak silne wiatry. Zjawisko przybiera ekstremalne postaci przede wszystkich w kwazarach.
W kwazarach często obserwujemy wiatry gazu odpychane od czarnej dziury przez światło kwazara
"Kwazary emitują tak wiele fotonów, że te niewielkie popychania sumują się do ekstremalnych prędkości" - dodaje Seaton.
Oczywiście warto mieć na uwadze, że takie wiatry nie tylko są nieporównywalne z tym, co zachodzi w atmosferze Ziemi w zakresie osiąganych prędkości, ale też samej natury zjawiska. Wiatry czarnych dziur są napędzane promieniowaniem, popychane przez fotony odbijające się od atomów. Na Ziemi powstają w wyniku różnic ciśnienienia i temperatury.
Nowy antybiotyk z gleby. Może przełamać oporność superbakterii
Narastająca oporność bakterii na antybiotyki staje się jednym z największych zagrożeń zdrowia publicznego, a tempo jej wzrostu budzi coraz większy niepokój - już dziś odpowiada za ponad milion zgonów rocznie na całym świecie, a sytuacja tylko się pogarsza. Międzynarodowy zespół badaczy, w skład którego wchodzą naukowcy University of Illinois Chicago oraz McMaster University, ma jednak dobre wieści. Udało mu się zidentyfikować nowy antybiotyk o unikatowym działaniu, a chodzi o naturalnie wytwarzaną przez bakterie glebowe manikomycynę.
Manikomycyna - antybiotyk z gleby atakuje bakterie w nieznany wcześniej sposób (zdj. ilustracyjne)123RF/PICSEL
Substancja ta wykazuje skuteczność wobec wybranych patogenów, w tym groźnych szczepów opornych na leczenie, jak pałeczka zapalenia płuc (Klebsiella pneumoniae). Podobnie jak wiele istniejących antybiotyków oddziałuje ona na rybosomy bakterii, czyli struktury odpowiedzialne za produkcję białek niezbędnych do ich funkcjonowania i namnażania, ale robi to w zupełnie nowy sposób - taki, jakiego dotąd nie obserwowaliśmy.
Rybosom jest celem dla około jednej trzeciej wszystkich obecnie przepisywanych antybiotyków. Ten nowy antybiotyk jest jednak niezwykły, ponieważ atakuje miejsce w rybosomie, które nigdy wcześniej nie było celem żadnej innej cząsteczki
Nowy sposób ataku na znany cel
Manikomycyna nie tylko blokuje produkcję białek, ale także uniemożliwia opuszczanie rybosomu przez kluczowe cząsteczki, co całkowicie zatrzymuje funkcjonowanie komórki bakteryjnej. Ten nowatorski mechanizm działania sprawia, że bakteriom znacznie trudniej jest wykształcić oporność - w testach laboratoryjnych jedynie pojedyncze komórki przeżywały ekspozycję na manikomycynę, w przypadku niektórych szczepów była to zaledwie jedna na dziesiątki milionów!
Jak zauważa Alexander Mankin, współautor publikacji, bakterie muszą "przejść przez prawdziwe akrobacje, by wykształcić oporność". Dodatkowym utrudnieniem dla patogenów jest fakt, że manikomycyna wykorzystuje kilka różnych mechanizmów przenikania do komórek, co ogranicza możliwość zablokowania jej działania pojedynczą mutacją.
Odkrycie ukryte w glebie
Źródłem nowego antybiotyku jest bakteria Streptomyces rimosus, znana nauce od dekad i wykorzystywana wcześniej m.in. do produkcji oksytetracykliny. Tym razem badacze zastosowali bardziej zaawansowane metody analizy, które pozwoliły wykryć związki obecne w bardzo małych ilościach i wcześniej pomijane. Jak obrazowo tłumaczy to Mankin, dotychczas naukowcy skupiali się na "najbardziej oczywistych" substancjach:
To jak sytuacja, gdy wszyscy sięgają po stek na talerzu, ignorując niewielką porcję kawioru obok.
Mimo dużego potencjału manikomycyna nie jest jeszcze gotowa do zastosowania klinicznego, a jednym z głównych problemów jest jej szybki rozkład w organizmie, co ogranicza skuteczność w leczeniu infekcji u ludzi i zwierząt. Jednocześnie naukowcy podkreślają, że znają już dokładną strukturę chemiczną związku oraz sposób jego wiązania z rybosomem, co otwiera drogę do dalszych prac nad jego modyfikacją i opracowaniem bardziej stabilnych pochodnych.
Niezwykłe odkrycie na dnie oceanu. Znaleźli gigantyczne cmentarzysko wielorybów
Wczoraj, 12 czerwca (13:26)
Siedem kilometrów pod powierzchnią Oceanu Indyjskiego, w absolutnej ciemności i pod miażdżącym ciśnieniem, naukowcy dokonali przełomowego odkrycia. Natrafili na największe i najstarsze znane cmentarzysko wielorybów, którego wiek szacuje się na ponad 5 milionów lat. To niezwykłe miejsce nie tylko skrywa szczątki morskich gigantów, ale – ku zaskoczeniu badaczy – tętni unikalnym, nieznanym dotąd życiem. Jak to możliwe, że kości przetrwały miliony lat i co przyciągnęło setki gigantów w jedno miejsce?
Naukowcy odkryli gigantyczne cmentarzysko wielorybów 7 km pod powierzchnią południowo-wschodniego Oceanu Indyjskiego - to najgłębsze takie miejsce na Ziemi.
Wśród szczątków, sięgających nawet 5,3 mln lat, znaleziono czaszki fiszbinowców i zębowców oraz skamieniałości, które tworzą unikalny ekosystem głębinowy.
Na kościach żyją liczne organizmy morskie, jak meduzy, rozgwiazdy, krewetki i małże - wiele z nich może być wcześniej nieznanych nauce.
W jednym z najbardziej niedostępnych miejsc na Ziemi, na południowo-wschodnim Oceanie Indyjskim, naukowcy natrafili na niezwykłe cmentarzysko wielorybów. Znajduje się ono aż siedem kilometrów pod powierzchnią oceanu, co czyni je najgłębszym i największym znanym miejscem spoczynku tych morskich olbrzymów.
Badacze, korzystając z głębinowych pojazdów podwodnych podczas ekspedycji w 2023 roku, zidentyfikowali pięć miejsc zawierających ciała wielorybów oraz liczne skamieniałości. Wśród odkrytych szczątków znalazły się czaszki zarówno fiszbinowców, jak i zębowców. Niektóre kości datowane są nawet na 5,3 miliona lat, co świadczy o niezwykłej trwałości i historii tego miejsca.
Cmentarzysko wielorybów to nie tylko zbiór pradawnych szczątków. Okazało się, że miejsce to stanowi centrum życia dla wielu gatunków morskich. Naukowcy odkryli tu meduzy, rozgwiazdy, ogórki morskie, krewetki karłowate oraz małże słonowodne, które żyją na i wokół szczątków wielorybów.
Co ciekawe, wiele z tych organizmów może być zupełnie nieznanych nauce. Badacze podkreślają, że tego typu ekosystemy są możliwe dzięki "upadkom wielorybów" - zjawisku, w którym martwe ciała wielorybów opadają na dno oceanu, stając się długotrwałym źródłem pożywienia.
Ogromny rozmiar wielorybów oraz unikalna chemia ich kości czynią je idealną podstawą dla tych ekosystemów - wyjaśnia Xikun Song, biolog z Instytutu Nauk o Głębinach i Inżynierii Chińskiej Akademii Nauk.
Jednym z największych zaskoczeń dla naukowców była nie tylko skala cmentarzyska, ale także niezwykłe zachowanie kości przez miliony lat. Eksperci wskazują na kilka czynników, które mogły przyczynić się do tej wyjątkowej trwałości. Kości wielorybów są na tyle gęste, że opierają się atakom robaków. Dodatkowo, ogromna głębokość chroni je przed przysypaniem przez osady, a cienka mineralna powłoka z wody morskiej mogła spowolnić proces rozkładu.
Potencjalna liczba okazów jest po prostu zdumiewająca - komentuje paleontolog Stephen Godfrey z Calvert Marine Museum w USA.
Naukowcy wciąż nie znają jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak wiele wielorybów znalazło się w tym samym miejscu. Jedna z hipotez zakłada, że wieloryby naturalnie żyły i umierały właśnie w tym rejonie.
Inna możliwość to śmierć z powodu wyczerpania lub choroby związanej z głębokim nurkowaniem. Badacze sugerują także, że specyficzne ukształtowanie dna morskiego w kształcie litery V mogło przez miliony lat kierować szczątki wielorybów do tego samego miejsca.
Odkrycie cmentarzyska wielorybów rzuca nowe światło na wytrzymałość i zdolności adaptacyjne ekosystemów głębinowych. Badanie takich miejsc jest kluczowe dla zrozumienia, jak życie może przetrwać w środowisku pozbawionym światła, o niskiej zawartości tlenu i pod ogromnym ciśnieniem.
Wyniki badań pokazują, jak odporne i różnorodne są ekosystemy głębinowe oraz jak wiele tajemnic kryje przed nami dno oceanów. Odkrycie to stanowi przełom w badaniach nad przeszłością i przyszłością życia na naszej planecie.
Chiński detektor JUNO bada neutrina. To ogromna kula pod ziemią
Podziemne laboratorium Jiangmen Underground Neutrino Observatory (JUNO) w Chinach opublikowało w czasopiśmie "Nature" swoje pierwsze, przełomowe odkrycia. 59 dni zbierania danych od momentu ukończenia budowy olbrzymiego sferycznego detektora 700 metrów pod ziemią wystarczyło, by naukowcy uzyskali rekordowo precyzyjne pomiary dotyczące zachowania neutrin. Badania nad tymi niezwykle lekkimi cząstkami kosmicznymi, których biliony przenikają przez ludzkie ciała każdej sekundy, przybliżają naukę do poznania ich masy oraz oscylacji i stanowią krok milowy w rozwoju fizyki cząstek elementarnych.
Podziemny detektor neutrin JUNO w Chinach. Ogromna sferyczna konstrukcja o średnicy 35 m bada tajemnicze cząstki elementarneJADE GAO/AFP/East NewsAFP
W skrócie
Eksperyment JUNO w Chinach umożliwił wyjątkowo dokładne pomiary dotyczące neutrin po 59 dniach zbierania danych.
Detektor pozwolił na precyzyjne wyznaczenie parametrów oscylacji neutrin, osiągając 1,6 razy lepszą dokładność od wcześniejszych eksperymentów.
W ciągu kolejnych lat wyniki mają być weryfikowane przez projekty w Japonii oraz USA, a badania mogą przyczynić się do wyjaśnienia natury ciemnej materii.
Sukces podziemnego detektora JUNO w Chinach
Zlokalizowany 700 metrów pod ziemią w Kaiping (prowincja Guangdong) w Chinach, olbrzymi sferyczny detektor JUNO (Jiangmen Underground Neutrino Observatory) udowodnił swoją gotowość do rewolucjonizowania fizyki cząstek elementac`rnych. Urządzenie o szerokości 35 metrów, wypełnione 20 tys. ton płynnego scyntylatora (organicznego roztworu emitującego światło pod wpływem promieniowania jonizującego), zostało zaprojektowane do wychwytywania antyneutrin powstających w reakcjach w dwóch pobliskich elektrowniach jądrowych oddalonych o blisko 52 km.
Kiedy antyneutrino uderza w proton w jądrze atomowym płynu, dochodzi do dwóch następujących po sobie błysków światła, które są rejestrowane przez system 43 tys. fotopowielaczy (detektorów światła) wyściełających wnętrze olbrzymiej kuli. Choć wielu badaczy wątpiło, czy instrument osiągnie pożądaną czułość, technologia opracowywana od 2009 r. pozwoliła uzyskać bezprecedensową precyzję pomiaru energii.
"Było wiele mąk, komplikacji, trudności, krytycznych i bolesnych momentów, ale myślę, że ostatecznie czujemy się z tym bardzo dobrze. Mówiąc szczerze, nigdy nie wątpiłem w możliwość dokonania tego" - wspomina prof. Wang Yifang, fizyk cząstek elementarnych i akceleratorów, inicjator oraz rzecznik JUNO od momentu zatwierdzenia projektu w 2013 r.
Eksperyment doprowadził do nowych odkryć na temat neutrin
Neutrina to niezwykle liczne we wszechświecie cząstki elementarne o zerowym ładunku elektrycznym i minimalnej masie. Ze względu na swoją specyfikę niemal bez śladu przenikają przez materię. Te kosmiczne "duchy" rodzą się w wyniku reakcji jądrowych, rozpadów promieniotwórczych czy zderzeń cząstek i pełnią kluczową rolę w zrozumieniu ewolucji gwiazd, galaktyk oraz struktury kosmosu, wliczając w to hipotetycznie także naturę ciemnej materii. Choć prawdopodobieństwo ich interakcji z otoczeniem jest znikome, współczesna nauka dysponuje już technologią pozwalającą na ich bezpośrednią rejestrację i badanie.
Cząstki te występują w trzech odmianach: elektronowej, muonowej i taonowej. JUNO bada proces oscylacji, czyli samoczynnej zmiany jednego "smaku" w inny. Analizując antyneutrina elektronowe z reaktorów, zespół naukowców sprawdza, ile z nich dotarło do detektora bez zmiany rodzaju oraz jak ta liczba zależy od ich energii.
59,1 dnia zbierania danych umożliwiło wysoce precyzyjne wyznaczenie dwóch parametrów oscylacji neutrin - leptonowych kątów mieszania smaków, określającego, jak często i z jakim prawdopodobieństwem neutrina zmieniają swój smak podczas podróży, oraz różnicę kwadratów mas neutrin, opisującego gęstość/odległość przerw między masami poszczególnych stanów neutrin. Uzyskane wyniki są o 1,6 raza dokładniejsze niż wszystkie dotychczasowe pomiary, prowadzone od dekad.
Nad zagadką fizyki pracować będą też projekty w Japonii i USA
Głównym celem długoterminowym JUNO jest ustalenie tzw. hierarchii mas neutrin. Wiadomo, że dwie z trzech wartości mas różnią się nieznacznie, a trzecia jest od nich mocno oddalona. Badacze starają się ustalić, czy dwie odmiany są ciężkie, a jedna lekka, czy też odwrotnie. Pierwsze wyniki nie przyniosły jeszcze ostatecznej odpowiedzi, ale potwierdziły, że detektor posiada odpowiednią czułość do wychwycenia subtelnych różnic dzielących smaki i masy cząstek. Jak zaznacza współautor badania, prof. fizyki Liangjian Wen, detektor "będzie w stanie przetestować najdrobniejsze zmarszczki".
Projekt odnotował także sukces na polu organizacyjnym. Skupiający 750 członków z 17 krajów zespół jest największą międzynarodową współpracą naukową pracującą przy eksperymencie w Chinach. "W pewnym stopniu to także eksperyment dotyczący tego, jak potrafimy ze sobą współpracować. Ten sukces dowodzi, że nie jesteśmy dla siebie obcy - jesteśmy tacy sami jak wszyscy inni i potrafimy pracować razem" - powiedział prof. Wang Yifang.
Co dalej? W ciągu najbliższej dekady pracę mają rozpocząć dwa inne duże eksperymenty: Hyper-Kamiokande w Japonii oraz Deep Underground Neutrino Experiment (DUNE) w USA. Zweryfikują one wyniki chińskiego detektora za pomocą odmiennych metod badawczych. JUNO ma jednak szansę wyprzedzić konkurencję w rozwiązaniu zagadki mas neutrin, realizując przy tym szeroki program naukowy, obejmujący również badanie cząstek pochodzących z wnętrza Ziemi, Słońca, atmosfery oraz wybuchów supernowych.
Lepsze poznanie zachowania i właściwości neutrin może okazać się także kluczem do rozwiązania jednej z największych zagadek współczesnej nauki, jaką jest natura ciemnej materii. Kilka lat temu naukowcy z Polski, Francji i Wielkiej Brytanii postawili hipotezę, według której ta nieuchwytna forma materii komunikuje się z wszechświatem właśnie poprzez oddziaływania z neutrinami. Obserwacja ta pokrywa się z niezależnymi analizami widm odległych galaktyk i kwazarów, jednak wymaga potwierdzenia przez dane z kolejnej generacji zaawansowanych projektów obserwacyjnych, takich jak teleskop CMB-S4 czy instrument DESI.
Źródła:
The JUNO Collaboration. Measurement of reactor neutrino oscillation with the first JUNO data. Nature (2026). DOI: 10.1038/s41586-026-10538-z
Castelvecchi D. Chinese detector edges closer to solving the mystery of neutrino mass. Nature (2026). DOI: 10.1038/d41586-026-01851-8
P. Brax, Bruck C.v.d., Di Valentino E., Giare W., Trojanowski S. New Insight on Neutrino Dark Matter Interactions from Small-Scale CMB Observations. MNRAS: Letters (2024). DOI: 10.1093/mnrasl/slad157
P. Brax, Bruck C.v.d., Di Valentino E., Giare W., Trojanowski S. Extended analysis of neutrino-dark matter interactions with small-scale CMB experiments. Phys.Dark Univ (2023). DOI: 10.1016/j.dark.2023.101321
Co decyduje o tym, czy pszczoła zostanie królową? INTERIA.PL
Dzieci, które regularnie bawią się na świeżym powietrzu w wieku od 2 do 4 lat, są mniej narażone na rozwój problemów emocjonalnych i behawioralnych w późniejszych latach - wynika z najnowszych badań naukowców z University of Exeter. Każdy dodatkowy dzień spędzony na zabawie na zewnątrz zwiększa szanse na dobre zdrowie psychiczne. Eksperci podkreślają, że to prosty i dostępny sposób na wspieranie rozwoju najmłodszych.
Regularna zabawa na świeżym powietrzu w wieku 2-4 lat zmniejsza ryzyko problemów psychicznych u dzieci.
Badanie objęło ponad 4 tysiące dzieci i analizowało ich stan psychiczny do 8. roku życia.
Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.
Najnowsze badania przeprowadzone przez zespół z University of Exeter rzucają nowe światło na znaczenie zabawy na świeżym powietrzu dla rozwoju najmłodszych dzieci. Analizując dane ponad czterech tysięcy uczestników programu Growing Up in Scotland, naukowcy przyjrzeli się, jak czas spędzany na zabawie na zewnątrz w wieku od 2 do 4 lat wpływa na zdrowie psychiczne dzieci w kolejnych latach życia.
Wyniki są jednoznaczne - dzieci, które częściej bawiły się na zewnątrz, rzadziej wykazywały objawy problemów emocjonalnych i behawioralnych, takich jak lęk, depresja, agresja czy nadpobudliwość. Co więcej, każdy dodatkowy dzień zabawy na świeżym powietrzu w tygodniu przekładał się na wzrost szans na utrzymanie dobrego zdrowia psychicznego nawet o 14 procent.
Badacze nie ograniczyli się jedynie do obserwacji czasu spędzanego na zewnątrz. W analizie uwzględniono szereg zmiennych, które mogą wpływać na rozwój dziecka. Pod uwagę wzięto m.in. płeć, pochodzenie etniczne, poziom wykształcenia rodziców, status zawodowy, liczbę chorób fizycznych oraz dostęp do terenów zielonych - zarówno parków, jak i prywatnych ogrodów.
Dzięki temu udało się wykluczyć wpływ innych czynników i potwierdzić, że to właśnie regularna zabawa na świeżym powietrzu odgrywa kluczową rolę w profilaktyce problemów psychicznych u dzieci.
Zabawa na świeżym powietrzu to nie tylko ruch. Kontakt z naturą pozwala dzieciom rozwijać wyobraźnię, kreatywność, uczy współpracy z rówieśnikami i radzenia sobie z emocjami. Przebywanie w otoczeniu zieleni ma udowodniony, pozytywny wpływ na obniżenie poziomu stresu i poprawę samopoczucia.
Eksperci podkreślają, że nawet krótkie, ale regularne wyjścia na plac zabaw, do parku czy na podwórko mogą mieć długofalowe korzyści dla zdrowia psychicznego najmłodszych.
Naukowcy zwracają uwagę, że wyniki badań powinny znaleźć odzwierciedlenie w polityce zdrowia publicznego, edukacji oraz planowaniu przestrzennym. Zapewnienie dzieciom większych możliwości zabawy na zewnątrz to prosty i niedrogi sposób na wsparcie ich zdrowia psychicznego - podkreśla prof. Helen Dodd, kierująca projektem badawczym.
Eksperci apelują o odpowiednie finansowanie tworzenia i utrzymania placów zabaw oraz ochronę terenów zielonych, zwłaszcza w miastach. Dostęp do parków i przestrzeni rekreacyjnych jest szczególnie ważny dla rodzin, które nie mają własnego ogrodu.
Zabawa na świeżym powietrzu w dzieciństwie to nie tylko lepsze samopoczucie tu i teraz, ale także inwestycja w przyszłość. Dzieci, które mają możliwość regularnego kontaktu z naturą, rzadziej borykają się z problemami psychicznymi w wieku szkolnym i dorosłym. To z kolei przekłada się na lepsze wyniki w nauce, większą odporność na stres i lepsze relacje społeczne.
Przełomowe badania opublikowane przez międzynarodowy zespół naukowców, na które powołuje się "National Geographic", rzucają zupełnie nowe światło na skutki uderzenia planetoidy sprzed 66 milionów lat. Okazuje się, że katastrofa, która unicestwiła dinozaury, równocześnie stworzyła podziemny ekosystem idealny do rozwoju życia – i to na znacznie dłużej, niż dotąd sądzono.
Około 66 milionów lat temu planetoida o średnicy 10 km uderzyła w Ziemię, powodując masowe wymieranie m.in. dinozaurów.
Międzynarodowa ekspedycja pobrała próbki skał z krateru w Meksyku, co pomogło zrozumieć skalę katastrofy i początki nowego życia.
Najnowsze badania pokazują, że uderzenie nie tylko zniszczyło życie, ale stworzyło hydrotermalny system sprzyjający powstawaniu mikroorganizmów.
Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Około 66 milionów lat temu Ziemię nawiedziło jedno z najbardziej dramatycznych wydarzeń w jej historii. W naszą planetę uderzyła planetoida o średnicy 10 kilometrów, wywołując globalną katastrofę, która doprowadziła do masowego wymierania. Z powierzchni Ziemi zniknęło wtedy około 75 proc. wszystkich gatunków, w tym dinozaury. Ślad po tym wydarzeniu do dziś skrywa się głęboko pod wodami Zatoki Meksykańskiej - to krater Chicxulub, kolosalna blizna o średnicy blisko 200 kilometrów, która sięga głęboko w skorupę ziemską.
Przez dekady krater ten fascynował naukowców z całego świata. Dzięki międzynarodowej ekspedycji wiertniczej Expedition 364 udało się pobrać próbki skał, które stały się kluczem do zrozumienia nie tylko skali zniszczenia, ale i... narodzin nowego życia.
Jak donosi "National Geographic", najnowsze badania przeprowadzone przez zespół kierowany przez dr Annemarie Pickersgill z University of Glasgow, całkowicie zmieniają nasze spojrzenie na skutki uderzenia. Okazuje się, że energia wyzwolona podczas impaktu nie tylko zniszczyła istniejące życie, ale stworzyła niezwykłe warunki do powstania nowego ekosystemu.
W wyniku uderzenia skały zostały stopione i popękane, a do wnętrza krateru wdarła się woda morska. Tak powstał rozległy system hydrotermalny - środowisko, w którym gorąca woda krążyła przez miliony lat wśród porowatych skał. To właśnie takie miejsca, jak podkreślają naukowcy, są idealnym siedliskiem dla mikroorganizmów. Obfitość składników chemicznych, ciepło i schronienie w skalnych porach stworzyły "podziemny raj" dla życia.
Kluczowym pytaniem, które od lat nurtowało badaczy, było: jak długo taki system mógł funkcjonować? Dotychczasowe szacunki mówiły o dwóch milionach lat. Najnowsze analizy, wykorzystujące zaawansowane techniki datowania radiometrycznego, przyniosły jednak zaskakujące wnioski.
Dr Annemarie Pickersgill i jej zespół skupili się na minerałach zwanych skaleniami potasowymi, które powstały w wyniku działania gorącej wody. Dzięki metodzie datowania argonowo-argonowego udało się precyzyjnie określić wiek tych minerałów. Wyniki? System hydrotermalny w kraterze Chicxulub działał przez co najmniej 8 milionów lat - czterokrotnie dłużej niż wcześniej sądzono.
To najdłużej funkcjonujący system hydrotermalny powstały w wyniku uderzenia asteroidy, jaki kiedykolwiek udokumentowano na Ziemi. Analizy wykazały, że minerały krystalizowały stopniowo od momentu impaktu aż do około 58 milionów lat temu.
Wyniki badań laboratoryjnych zostały potwierdzone przez zaawansowane symulacje komputerowe, przeprowadzone przez dr Evangelosa Christou i jego zespół. Modelując przepływ ciepła i wody w kraterze, naukowcy uwzględnili złożoność geologiczną i wysoką porowatość skał. Okazało się, że przy odpowiednich warunkach system hydrotermalny mógł pozostawać aktywny przez miliony lat, zapewniając stabilne i ciepłe środowisko dla mikroorganizmów.
Odkrycie to ma ogromne znaczenie nie tylko dla zrozumienia historii Ziemi, ale także dla poszukiwań życia poza naszą planetą. Jeśli uderzenia asteroid mogą tworzyć stabilne, gorące środowiska wodne trwające miliony lat, to nawet w najbardziej surowych okresach historii planet mogły istnieć "bezpieczne przystanie" dla życia. "National Geographic" podkreśla, że podobne kraterowe systemy hydrotermalne mogą być kluczowe w badaniach nad potencjalnym życiem na Marsie, gdzie powierzchnia planety usiana jest tysiącami kraterów.
To odkrycie wywołało prawdziwą sensację w świecie nauki. W Wielkiej Brytanii zidentyfikowano szczątki największego skorpiona, jaki kiedykolwiek stąpał po Ziemi. Praearcturus gigas, mierzący ponad metr długości drapieżnik, był jednym z pierwszych gigantów, którzy podbili ląd. Nowe badania rzucają światło na jego tajemniczą przeszłość i zmieniają nasze spojrzenie na ewolucję życia na naszej planecie.
Praearcturus gigas to największy skorpion, jaki kiedykolwiek żył na Ziemi. Jego ciało miało ponad metr długości.
Ten prehistoryczny gigant zamieszkiwał tereny dzisiejszej Anglii i Walii około 415 milionów lat temu.
Był on przystosowany zarówno do warunków do życia na lądzie, jak i w wodzie, co potwierdzają specjalne struktury na jego ciele, tzw. epimery.
Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Wyobraźcie sobie skorpiona większego niż przeciętny pies, z potężnymi szczypcami długości 16 centymetrów i ciałem przekraczającym metr. Brzmi jak potwór z horroru? Nic bardziej mylnego. To Praearcturus gigas - największy skorpion, jaki kiedykolwiek chodził po Ziemi - setki milionów lat temu panował na terenach dzisiejszej Anglii i Walii.
Dla porównania współczesne skorpiony mierzą średnio od 1,3 cm do około 23 cm długości, w zależności od gatunku.
Najnowsze badania, opublikowane w prestiżowym czasopiśmie "Palaeontology", potwierdzają, że to właśnie gatunek Praearcturus gigas był jednym z pierwszych dużych drapieżników na lądzie. Jego imponujące rozmiary i niezwykła budowa ciała sprawiają, że stał się prawdziwą ikoną prehistorycznych czasów.
Szczątki Praearcturusa znane były naukowcom już od ponad stu lat, jednak przez dekady ich prawdziwa tożsamość pozostawała zagadką. Początkowo uważano, że są to fragmenty olbrzymiego skorupiaka, przypominającego dzisiejsze stonogi. Dopiero najnowsze analizy porównawcze z innymi skamieniałościami pozwoliły jednoznacznie stwierdzić, że mamy do czynienia z prehistorycznym skorpionem.
Przełom nastąpił dzięki odkryciu w Kanadzie doskonale zachowanego skorpiona Eramoscorpius. Jego charakterystyczna budowa mostka - długiego, trójkątnego elementu z rowkiem - okazała się kluczowa. Podobne struktury odnaleziono u Praearcturusa, co rozwiało wszelkie wątpliwości co do jego przynależności.
415 milionów lat temu, w okresie wczesnego dewonu, życie na lądzie dopiero raczkowało. Rośliny nie przekraczały kilku centymetrów wysokości, a zwierzęta dopiero zaczynały opuszczać wodne środowisko. W tym świecie Praearcturus gigas był prawdziwym królem - nie miał konkurencji wśród drapieżników, co pozwoliło mu osiągnąć gigantyczne rozmiary.
Jego dieta była niezwykle zróżnicowana. Na lądzie polował na mniejsze stawonogi, jednak badania sugerują, że spędzał także sporo czasu w wodzie, gdzie mógł żywić się rybami i innymi dużymi zwierzętami. Specjalne struktury na jego ciele, tzw. epimery, przypominają te spotykane u dzisiejszych krabów i homarów, co potwierdza jego amfibijny tryb życia.
Dlaczego Praearcturus był aż tak duży? Naukowcy są zgodni, że brak konkurencji i niewielka liczba innych dużych drapieżników na lądzie pozwoliły mu zdominować środowisko.
Dr Richie Howard, główny autor badań, podkreśla, że odkrycie Praearcturusa zmienia nasze rozumienie ewolucji stawonogów. Kiedy myślimy o gigantycznych stawonogach, przychodzą nam na myśl olbrzymie wije czy ważki z karbonu, ale one pojawiły się znacznie później. Praearcturus żył, gdy życie na lądzie dopiero się zaczynało, a przodkowie gadów, ssaków i ptaków wciąż pozostawali w wodzie - tłumaczy naukowiec.
Stawonogi to dziś najliczniejsza i najbardziej zróżnicowana grupa zwierząt na Ziemi. Od mikroskopijnych owadów po ogromne kraby - ich rozmiary potrafią zaskakiwać. Jednak największe okazy, takie jak Praearcturus gigas, pojawiły się w czasach, gdy warunki środowiskowe sprzyjały powstawaniu gigantów.
Co ciekawe, badania DNA wskazują, że skorpiony są blisko spokrewnione z innymi pajęczakami, takimi jak pająki, z którymi dzielą podobne narządy oddechowe - tzw. płuca książkowe. To sugeruje, że ich przodkowie byli już przystosowani do oddychania powietrzem, zanim powrócili do wodnego trybu życia.
Jak długo Praearcturus gigas przetrwał na Ziemi? Odpowiedź na to pytanie wciąż pozostaje niejasna. Skamieniałości znalezione w Portishead w hrabstwie North Somerset sugerują, że gatunek ten mógł przetrwać nawet 40 milionów lat dłużej, niż dotychczas sądzono. Jednak, by to potwierdzić, potrzebne są kolejne odkrycia.
Pod powierzchnią Pacyfiku, w miejscu, gdzie dziś znajduje się Nowa Zelandia, kryje się zatopiony, ósmy kontynent – Zelandia. Choć dziś niemal cała znajduje się pod wodą, jej historia i znaczenie są równie ważne, jak pozostałych siedmiu kontynentów. To dowód na to, że Ziemia wciąż potrafi nas zaskakiwać – nawet w XXI wieku.
Dzięki nowoczesnym badaniom geologicznym potwierdzono, że na świecie znajduje się ósmy kontynent - Zelandia.
Zelandia rozciąga się na powierzchni prawie 5 milionów kilometrów kwadratowych.
95 proc. powierzchni Zelandii znajduje się pod wodą.
Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Zelandia to prawdziwy gigant. Jej powierzchnia rozciągała się na niemal 5 milionów kilometrów kwadratowych - była większa niż Indie i niemal dwie trzecie Australii. Jak to możliwe, że przez tyle lat pozostawała poza mapami i świadomością naukowców? Odpowiedź jest prosta: aż 95 proc. jej powierzchni znajduje się pod wodą, a granice przez dekady były mylone z obrzeżami Australii.
Dopiero niedawno, dzięki zaawansowanym badaniom geologicznym, naukowcy mogą potwierdzić - Zelandia to niezależny kontynent, z własną historią, strukturą tektoniczną i rodowodem sięgającym czasów superkontynentu - Gondwany.
Przełomowe badania rozpoczęły się od pobrania próbek skał z dna morskiego na obszarze Fairway Ridge na Morzu Koralowym. Analizy bazaltów, piaskowców i otoczaków wykazały, że niektóre z nich pochodzą sprzed 130 milionów lat, czyli z czasów, gdy dinozaury były panami Ziemi. Co więcej, bazalty datowane na 40 milionów lat temu potwierdzają, że proces zatapiania Zelandii trwał przez miliony lat.
W 2017 roku międzynarodowy zespół badaczy przeprowadził sześć misji wiertniczych w rejonie Zelandii. Wydobyte rdzenie osadów, sięgające ponad 1250 metrów głębokości, zawierały mikroskamieniałości, ziarna pyłku i ślady płytkich środowisk morskich - dowody na to, że kiedyś był to stały ląd, a nie tylko fragmenty dna oceanicznego.
Dzięki analizom chemicznym, badaniom anomalii magnetycznych i porównaniom z innymi kontynentami, naukowcy mogli po raz pierwszy precyzyjnie wyznaczyć granice Zelandii i potwierdzić jej niezależność geologiczną.
Nie każdy fragment skorupy ziemskiej może nosić miano kontynentu. Kontynent to nie tylko duży kawałek lądu - musi mieć własną skorupę kontynentalną, unikalną strukturę tektoniczną i rodowód. Ten ostatni w przypadku Zelandii sięga czasów Gondwany, superkontynentu, który 600 milionów lat temu łączył Afrykę, Amerykę Południową, Australię, Indie, Antarktydę i Madagaskar. Zelandia spełnia wszystkie te kryteria, co - zdaniem naukowców - czyni ją ósmym kontynentem Ziemi.
Nowa mapa Zealandii pokazuje, że większość jej powierzchni znajdowała się na północy - tam, gdzie dziś fale przyciągają surferów z całego świata. Ale gdyby Zelandia nie zatonęła, jej masywna obecność zablokowałaby dostęp fal do wschodniego wybrzeża Australii. Legendarne miejsca, w których dziś roi się od surferów - takie jak Snapper Rocks czy Byron Bay - mogłyby nigdy nie powstać. Z drugiej strony, to właśnie Zelandia mogłaby być dziś prawdziwą mekką dla surferów.
Odkrycie Zelandii to nie tylko ciekawostka. To fundamentalna zmiana w rozumieniu geologii naszej planety. Dotychczasowe rekonstrukcje kontynentów wokół Australii często były nieprecyzyjne, pełne nienaturalnych wybrzuszeń i przesunięć. Zelandia pozwala lepiej zrozumieć, jak wyglądała Ziemia przed milionami lat i jak zmieniały się granice lądów.
Dzięki temu odkryciu naukowcy mogą teraz dokładniej wyjaśnić powstawanie gór, wysp i innych formacji geologicznych w tej części świata. To także szansa na odkrycie nowych, nieznanych dotąd historii o ewolucji życia na naszej planecie.
Choć odkrycie naukowców rzuca nowe światło na Zelandię, to zdania ekspertów na jej temat są podzielone. W ogólnym dyskursie jest ona uznawana za mikrokontynent - czyli fragment skorupy kontynentalnej, oddzielony od większych kontynentów i nie leżący w obrębie szelfu kontynentalnego. Za mikrokontynenty uznaje się wszystkie lądy, które spełniają te kryteria i mają mniejszą powierzchnię niż Australia.
Jak dzieci uczą się matematyki? Jak sprawić, by uczyły się chętniej i skuteczniej? Odpowiedzi na te pytania okazują się znacznie bardziej złożone, niż mogłoby się wydawać. Dotychczasowe badania koncentrowały się głównie na tym, czego rodzice uczą swoje pociechy np. przez rozmowy o liczbach czy wspólne rozwiązywanie zadań. Najnowsze analizy naukowców z Uniwersytet Illinois w Urbanie i Champaign wskazują jednak, że ogromną rolę odgrywa nie tylko wiedza przekazywana przez rodziców, ale także ich postawa, wsparcie emocjonalne oraz sposób motywowania dzieci do nauki. Pisze o tym w najnowszym numerze czasopismo "Child Development Perspectives".
Najnowsze badania pokazują, że kluczowe dla sukcesów dzieci w matematyce jest nie tylko przekazywanie wiedzy przez rodziców, ale także ich wsparcie emocjonalne, motywowanie do samodzielności i docenianie wysiłku.Wspieranie dziecka polega na zachęcaniu do samodzielnego rozwiązywania problemów, akceptowaniu błędów i chwaleniu za wytrwałość, a nie tylko za wyniki czy "wrodzone zdolności".Wnioski z badań są ważne nie tylko dla rodziców, ale też dla nauczycieli. Dlaczego? Piszemy o tym w poniższym artykule.Więcej ważnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.
Zespół badawczy, analizując dotychczasowe teorie i wyniki badań, zauważył, że przez lata skupiano się niemal wyłącznie na tym, jak rodzice przekazują dzieciom konkretne umiejętności matematyczne, liczenie, rozumienie pojęć liczbowych czy podstawy arytmetyki. Tymczasem coraz więcej dowodów wskazuje na to, że równie ważne są praktyki motywacyjne, czyli sposób, w jaki rodzice zachęcają dzieci do samodzielności, wspierają ich wytrwałość i pomagają czerpać radość z nauki matematyki.
Badacze podkreślają, że dzieci osiągają lepsze wyniki w matematyce nie tylko dzięki temu, czego się uczą, ale także dzięki temu, jak są wspierane przez rodziców. Kluczowe okazuje się stworzenie atmosfery, w której dziecko ma przestrzeń do samodzielnego rozpoznawania zadań i problemów, może popełniać błędy i uczyć się na nich, a także otrzymuje pochwały także za wysiłek i strategie postępowania, a nie tylko za "bycie zdolnym".
W praktyce wsparcie motywacyjne ze strony rodziców polega na kilku istotnych działaniach. Przede wszystkim chodzi o zachęcanie dziecka do samodzielnego rozwiązywania problemów, nawet jeśli wymaga to czasu i wiąże się z frustracją. Ważne jest, by rodzice potrafili powstrzymać własne emocje, nie okazywali zniecierpliwienia i nie wyręczali dziecka zbyt szybko. Istotne jest także, by doceniać wysiłek i wytrwałość, zamiast skupiać się wyłącznie na rezultatach czy "wrodzonych zdolnościach".
Badania pokazują, że takie podejście przynosi szczególne korzyści w okresie dorastania, kiedy motywacja szkolna dzieci często spada, a matematyka w szkole staje się coraz trudniejsza. Wtedy rodzice nie zawsze są w stanie pomóc w rozwiązywaniu konkretnych zadań, ale mogą nadal wspierać dziecko, rozmawiając o znaczeniu matematyki, zachęcając do wytrwałości i szanując potrzebę samodzielności.
Wnioski płynące z badań mają praktyczne znaczenie nie tylko dla rodziców, ale także dla nauczycieli i naukowców. Dla opiekunów najważniejszy jest przekaz, że wspieranie nauki matematyki nie polega wyłącznie na przekazywaniu wiedzy, ale także na budowaniu odpowiedniej atmosfery wokół nauki. Rodzice powinni zadawać sobie pytania: czy pozwalam dziecku próbować samodzielnie? Czy zachęcam do zadawania pytań i szukania własnych rozwiązań? Czy doceniam wysiłek, nawet jeśli rezultat nie jest idealny?
Nauczyciele mogą z kolei wykorzystywać podobne strategie w klasie, dając uczniom przestrzeń do samodzielnego myślenia i nie spiesząc się z poprawianiem każdego błędu. Ważne jest także, by edukatorzy pomagali rodzicom zrozumieć, że pozwolenie dziecku na samodzielne zmaganie się z trudnościami jest formą wsparcia, a nie zaniedbania.
Dzieci, które dostają klapsy, osiągają gorsze wyniki w nauce i częściej nękają rówieśników. Takie wnioski płyną z wieloletnich badań przeprowadzonych przez uczonych z Uniwersytetu w Londynie.
Podstawą badań była ankieta przeprowadzona wśród 19 tys. nastolatków. Zawarte w niej pytania dotyczyły kar cielesnych, których doświadczali w wieku 3, 5 i 7 lat. Uczeni mieli także dostęp do świadectw i wyników szkolnych uczniów.
Jak się okazuje, dzieci karane fizycznie przez rodziców mają trudności z uzyskaniem dobrych wyników na egzaminach gimnazjalnych i wykazują większą skłonność do nękania innych, co negatywnie wpływa na całe społeczeństwo. Zależność ta utrzymała się nawet po uwzględnieniu takich czynników, jak pochodzenie czy status rodziny.
Badania wykazały również, że młodzi ludzie, którzy doświadczali kar cielesnych we wczesnym dzieciństwie wyraźnie częściej nękali swoje rodzeństwo i rówieśników. Dopuszczali się też cyberprzemocy częściej niż dzieci niekarane fizycznie przez rodziców.
Brytyjskie badania dobitnie pokazują, że chroniczny stres wpływa na rozwijający się mózg.
Kiedy dziecko jest karane fizycznie przez osobę, która powinna być dla niego gwarantem bezpieczeństwa, jego mózg przechodzi w stan stałego zagrożenia. Aktywuje się ciało migdałowate, odpowiedzialne za reakcję "walcz lub uciekaj".
Gdy mózg skupia się na przetrwaniu i radzeniu sobie ze stresem, "wyłącza" obszary odpowiedzialne za wyższe funkcje poznawcze - np. planowanie, logiczne myślenie i koncentrację. Dziecko w permanentnym stresie ma fizycznie utrudnioną naukę.
Wyniki badań uczonych z londyńskiego uniwersytetu stały się podstawą do wznowienia debaty na temat obowiązującego na Wyspach prawa.
Stosowanie kar fizycznych wobec dzieci jest całkowicie zakazane w Walii i Szkocji. Takie obostrzenia nie obowiązują w Anglii i Irlandii Północnej.
Międzynarodowy zespół astrofizyków potwierdził, że ekspansja wszechświata nie tylko trwa, ale wciąż przyspiesza. To bezpośrednia odpowiedź na sensacyjne doniesienia z 2025 roku, kiedy to południowokoreańscy badacze ogłosili, że tempo rozszerzania się Kosmosu może zwalniać. Najnowsze wyniki, opublikowane w prestiżowym czasopiśmie "Monthly Notices of the Royal Astronomical Society", nie tylko obalają te rewelacje, ale także wzmacniają obowiązującą od dekad teorię o istnieniu ciemnej energii, tajemniczej siły napędzającej ekspansję wszechświata.
Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Jesienią 2025 roku świat nauki zelektryzowała publikacja południowokoreańskiego zespołu, który zakwestionował dotychczasowe ustalenia dotyczące tempa rozszerzania się wszechświata. Badacze sugerowali, że ciemna energia - uznawana za główny czynnik przyspieszający ekspansję - słabnie. Kosmos miałby przechodzić w fazę spowolnienia. Kluczowym argumentem były rzekome błędy w pomiarach odległości do supernowych typu Ia, które od ponad dwóch dekad stanowią podstawę badań nad ekspansją wszechświata.
Potwierdzenie tej hipotezy oznaczałoby konieczność gruntownej rewizji współczesnej kosmologii. "Gdyby twierdzenia z 2025 roku były prawdziwe, podważyłyby nie tylko nasze odkrycia, ale także niemal trzy dekady postępu w astronomii" - podkreślał profesor Adam Riess, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki z 2011 roku. Wyróżniono go wraz z Brianem Schmidtem i Saulem Perlmutterem właśnie za odkrycie zjawiska przyśpieszania tempa rozszerzania się wszechświata.
Adam Riess i Brian Schmidt włączyli się w prace międzynarodowego zespołu naukowców pod kierunkiem dr Phila Wisemana z Uniwersytetu w Southampton. Przeprowadzona przez nich najnowsza analiza, oparta na precyzyjnych pomiarach setek supernowych typu Ia jednoznacznie wykazała, że wszechświat wciąż się rozszerza, a tempo tego procesu nie słabnie.
"Poprzednie, powszechnie akceptowane wyniki pomiarów były w rzeczywistości poprawne, a nasze obecne rozumienie losów wszechświata pozostaje niezmienne" - podkreśla Wiseman. "Na szczęście udało się zażegnać kryzys, ale zagadka, dlaczego tempo ekspansji wszechświata wciąż rośnie, pozostaje nierozwiązana. Dowodząc poprawności naszych pomiarów, możemy wrócić do prób zrozumienia, czym właściwie jest ciemna energia, zamiast zastanawiać się, czy w ogóle istnieje" - dodaje.
Kluczowym elementem sporu były supernowe typu Ia, potężne eksplozje białych karłów, które dzięki swojej przewidywalnej jasności służą astronomom jako tzw. "świece standardowe" do pomiaru odległości we wszechświecie. Koreański zespół sugerował, że wraz z wiekiem wszechświata jasność tych supernowych się zmienia, co mogło prowadzić do błędnych wniosków o przyspieszaniu ekspansji.
Jednak, jak wykazał zespół z Southampton, źródłem nieporozumienia była niewłaściwa metoda szacowania wieku gwiazd. "Poprzednie badania błędnie zakładały, że wiek galaktyki jest tożsamy z wiekiem gwiazdy, która eksplodowała jako supernowa" - wyjaśnia dr Wiseman. Dodatkowo, koreańska publikacja nie uwzględniła masy galaktyk macierzystych, co jest obecnie standardową korektą w kosmologii, pozwalającą na uzyskanie wiarygodnych wyników.
"Nadzwyczajne twierdzenia wymagają szczególnie starannego sprawdzenia. Nasze analizy pokazują, że kiedy kalibrujemy supernowe, biorąc pod uwagę różne środowiska i populacje gwiazd, dowody na przyspieszającą ekspansję wszechświata pozostają niezwykle spójne" - podkreśla prof. Adam Riess. Prof. Mark Sullivan z Uniwersytetu w Southampton zwraca uwagę, że podważanie uznanych teorii i obserwacji jest fundamentem nauki. "W ten sposób dokonuje się postęp. Choć ta konkretna hipoteza nie okazała się trafna, otworzyła nowe drogi rozumowania dotyczące mechanizmów wybuchów supernowych oraz sposobów jeszcze dokładniejszego pomiaru ciemnej energii" - zaznacza.
Odkrycie przyspieszającej ekspansji wszechświata w 1998 roku było jednym z największych przełomów współczesnej nauki. Od tego czasu ciemna energia pozostaje jednym z najbardziej tajemniczych składników Kosmosu, odpowiadając - według szacunków - za około 70 proc. całkowitej energii wszechświata. Jej natura wciąż pozostaje nieznana, a kolejne badania mają przybliżyć naukowców do rozwiązania jej zagadki.
Przełomowe odkrycie naukowców, korzystających z Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba, opisuje dziś czasopismo "The Astrophysical Journal". Zespół kierowany przez Vasilija Kokoreva z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin, wskazuje najpoważniejsze dowody na istnienie tzw. "gwiazd czarnych dziur". Pozwoliła na to analiza widma jednego z tajemniczych obiektów znanych jako "małe czerwone kropki" (LRD – Little Red Dots). Naukowcy zidentyfikowali go jako GLIMPSE-17775.
Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl
Od momentu rozpoczęcia obserwacji naukowych przez teleskop Webba w 2022 roku, astronomowie natrafili na nowy, zagadkowy typ obiektów w bardzo wczesnym Wszechświecie. Te obiekty, pojawiające się około 600 milionów lat po Wielkim Wybuchu, przyciągnęły uwagę badaczy ze względu na swoją niezwykłą jasność i charakterystyczną czerwoną barwę. Przez lata rozważano różne hipotezy dotyczące ich natury, a jedną z najbardziej intrygujących była możliwość, że są to tzw. gwiazdy czarnych dziur, supermasywne czarne dziury otoczone gęstą otoczką częściowo zjonizowanego gazu.
Ostatnio zidentyfikowany obiekt, GLIMPSE-17775 okazał się kluczowym elementem tej układanki. Dzięki szczegółowej analizie widma uzyskanego przez teleskop Webba naukowcy uzyskali bezprecedensowy wgląd w strukturę i właściwości tego tajemniczego obiektu. Odkryty został w ramach programu GLIMPSE, którego celem było poszukiwanie najdalszych i najsłabszych źródeł światła we wczesnym Wszechświecie, w tym hipotetycznych gwiazd III populacji oraz odległych galaktyk w gromadzie Abell S1063.
Co istotne, GLIMPSE-17775 znajduje się jeszcze dalej niż sama gromada galaktyk, a dzięki zjawisku soczewkowania grawitacyjnego został dodatkowo powiększony, co umożliwiło uzyskanie wyjątkowo szczegółowych danych. Teleskop Webba poświęcił 30 godzin na obserwację tego obiektu, jednak dzięki efektowi soczewkowania uzyskano ilość informacji odpowiadającą aż 80 godzinom pracy instrumentu. Efektem tych obserwacji było zarejestrowanie ponad 40 linii widmowych, największej spośród wszystkich dotąd badanych "małych czerwonych kropek".
Analiza widma GLIMPSE-17775 ujawniła szereg niezależnych przesłanek, które wspólnie wskazują na obecność supermasywnej czarnej dziury otoczonej gęstą otoczką gazową. Wśród zidentyfikowanych linii widmowych znalazły się linie wodoru, tlenu i helu, których profile nie odpowiadają prostemu modelowi wirującej chmury gazu. Najlepsze dopasowanie uzyskano, uwzględniając efekt rozpraszania elektronowego, charakterystyczny dla obiektów otoczonych gęstą, warstwową otoczką gazową.
Szczególnie istotne okazały się linie żelaza, tworzące tzw. żelazny las, aż 16 różnych linii tego pierwiastka, których obecność wymaga bardzo energetycznego źródła, takiego jak szybko rosnąca czarna dziura. Dodatkowo, zarejestrowano zjawiska fluorescencji i absorpcji helu, które również wskazują na obecność gęstego ośrodka otaczającego silne źródło energii. Model "gwiazdy czarnej dziury" tłumaczy także, dlaczego większość "małych czerwonych kropek" jest słabo widoczna w promieniowaniu rentgenowskim, pochłanianym przez gęstą otoczkę gazową.
Jednym z elementów, których brakowało w widmie GLIMPSE-17775, był tzw. skok Balmera - charakterystyczny spadek jasności w określonym zakresie widma, typowy dla "małych czerwonych kropek". Aby wyjaśnić tę zagadkę, zespół badawczy sięgnął po dodatkowe dane zebrane przez Teleskop Hubble’a w ramach programów Frontier Fields oraz BUFFALO. Połączenie danych z obu teleskopów pozwoliło ustalić, że GLIMPSE-17775 otoczony jest przez olbrzymią galaktykę macierzystą, co tłumaczy nietypowy kształt widma. Obecność tej galaktyki nie stoi jednak w sprzeczności z modelem gęstej otoczki gazowej, a nadmiar światła w niebieskiej części widma można przypisać właśnie gwiazdom w tej galaktyce.
Początkowo niektórzy naukowcy sądzili, że obecność takich obiektów podważa dotychczasowe rozumienie ewolucji Wszechświata, sugerując, że galaktyki mogły rosnąć zbyt szybko. Jednak nowe dane wskazują, że masa czarnej dziury nie musi być aż tak duża, by wyjaśnić obserwowane szerokie linie emisyjne, co wpisuje się w obecne modele kosmologiczne.
Odkrycie GLIMPSE-17775 stanowi przełom w badaniach najwcześniejszych etapów ewolucji Wszechświata. Po raz pierwszy udało się zebrać tak wiele niezależnych dowodów potwierdzających istnienie "gwiazd czarnych dziur", obiektów, które mogą odgrywać kluczową rolę w procesie formowania się pierwszych galaktyk i supermasywnych czarnych dziur. Naukowcy przyznają, że wciąż istnieją alternatywne teorie dotyczące natury "małych czerwonych kropek". Przyszłe obserwacje, zarówno za pomocą teleskopu Webba, jak i innych instrumentów, mogą przynieść ostateczną odpowiedź na pytanie, co napędza te niezwykłe obiekty.
Nowa szczepionka może uratować koale przed śmiertelną chorobą wywoływaną przez chlamydie, która odpowiada za nawet połowę zgonów tych torbaczy żyjących w naturze. Dotychczas walka z infekcją była skomplikowana - antybiotyki choć łagodziły objawy, poważnie szkodziły układowi trawiennemu zwierząt. Preparat zatwierdzony przez australijskiego regulatora, daje nadzieję na odwrócenie losów tego zagrożonego gatunku.
Choroba wywoływana przez chlamydie to jedna z głównych przyczyn śmierci dzikich koali.
Szczepionka na tę chorobę po 10 latach badań została zatwierdzona.
Preparat daje szansę na odwrócenie losów populacji.
Koale, jedne z najbardziej rozpoznawalnych torbaczy na świecie, będące pod całkowitą ochroną, są narażone na wyginięcie. Obok degradacji siedlisk, ataków psów czy potrąceń przez samochody, śmiertelna choroba wywoływana przez chlamydie stanowi jedno z największych zagrożeń dla przetrwania tych zwierząt.
Skala problemu jest zatrważająca - w wielu populacjach zainfekowanych jest około 50 procent osobników, a w grupach najbardziej dotkniętych chorobą wskaźnik ten sięga nawet 70 procent - podkreślił "National Geographic".
Choroba ta może prowadzić do zapalenia pęcherza, bezpłodności, ślepoty, a nawet śmierci głodowej. Jak podkreślił portal, szacuje się, że choroba wywoływana przez chlamydie odpowiada za blisko połowę zgonów koali żyjących na wolności.
Drogi zarażenia są różnorodne - przenosi się przez m.in. wydzieliny ciała i kopulację. Bakterie przekazywane są także przez zarażoną matkę w trakcie porodu.
Przez długi czas walka z tą chorobą była skomplikowana. Standardowe antybiotyki, choć łagodzą objawy, nie dają ochrony przed ponownym zarażeniem. Co więcej, ich stosowanie wiąże się z ogromnym ryzykiem - leki te mogą w sposób śmiertelny zaburzać procesy trawienne koali.
Nadzieja nadeszła po dekadzie intensywnych prac badawczych. Zespół kierowany przez mikrobiologa Petera Timmsa z Uniwersytetu Sunshine Coast w Australii opracował szczepionkę, która właśnie została oficjalnie zatwierdzona przez australijski organ regulacyjny ds. medycyny weterynaryjnej.
Wyniki badań są niezwykle obiecujące. Preparat znacząco zmniejsza prawdopodobieństwo infekcji oraz wystapienia objawów. W rezultacie zapobiega śmierci u niemal dwóch trzecich zaszczepionych osobników.
Peter Timms podkreśla, że wdrożenie szczepionki w najbliższych latach będzie "jedyną rzeczą, która może odwrócić losy populacji". Dzięki pracy naukowców, przyszłość tych wyjątkowych torbaczy rysuje się w znacznie jaśniejszych barwach. Sprawę opisał portal magazynu "National Geographic".
Międzynarodowy zespół badaczy, z kluczowym udziałem naukowców z Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, dokonał przełomowego odkrycia w walce z padaczką i innymi schorzeniami neurologicznymi. Nowatorska metoda oparta na modyfikacji transportera glutaminianu otwiera drogę do skuteczniejszych i bezpieczniejszych terapii dla milionów pacjentów na całym świecie.
Odkrycie dotyczy nowej strategii leczenia padaczki i chorób neurologicznych związanych z nadmiarem glutaminianu.
Kluczową rolę odgrywa transporter EAAT2, odpowiedzialny za usuwanie nadmiaru glutaminianu z mózgu.
Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.
Padaczka oraz inne choroby neurologiczne, takie jak choroba Alzheimera, Parkinsona czy stwardnienie rozsiane, od lat stanowią ogromne wyzwanie dla medycyny. Wspólnym mianownikiem wielu z tych schorzeń jest nadmiar glutaminianu - głównego neuroprzekaźnika pobudzającego w mózgu. Choć glutaminian odgrywa kluczową rolę w procesach uczenia się i pamięci, jego nadmiar prowadzi do toksycznego uszkodzenia neuronów, tzw. ekscytotoksyczności.
W zdrowym mózgu poziom glutaminianu jest ściśle kontrolowany przez specjalistyczne białka transportujące. Najważniejszym z nich jest transporter EAAT2, obecny na astrocytach - komórkach wspierających neurony. Gdy mechanizm ten zawodzi, dochodzi do nagromadzenia glutaminianu i uszkodzenia komórek nerwowych, co leży u podstaw wielu chorób neurodegeneracyjnych.
W badaniach, które ukazały się na łamach pisma "ACS Central Science", naukowcy zastosowali innowacyjną strategię polegającą na wymianie wodoru na jego stabilny izotop - deuter. Dzięki temu udało się opracować nową generację pozytywnych modulatorów allosterycznych (PAMs) transportera EAAT2. Otrzymane związki wykazały nie tylko bardzo korzystne właściwości farmakologiczne, ale również silne działanie przeciwdrgawkowe.
Co istotne, badania elektrofizjologiczne potwierdziły, że nowe związki skutecznie wzmacniają prądy transporterowe zarówno w astrocytach mysich, jak i w oocytach, co jednoznacznie potwierdza proponowany mechanizm działania. To pierwszy raz, gdy udało się tak wyraźnie wykazać, że aktywacja transportera EAAT2 może skutecznie usuwać nadmiar glutaminianu i chronić neurony przed uszkodzeniem.
Dotychczasowe terapie padaczki i innych chorób neurologicznych koncentrowały się głównie na neuronach. Najnowsze odkrycie przesuwa punkt ciężkości na astrocyty - komórki, które odgrywają kluczową rolę w utrzymaniu prawidłowego środowiska pracy neuronów. Wzmocnienie funkcji transportera EAAT2 na astrocytach pozwala skuteczniej usuwać nadmiar glutaminianu, zapobiegając ekscytotoksyczności i śmierci komórek nerwowych.
Jak podkreśla prof. Krzysztof Kamiński z Katedry Chemii Farmaceutycznej Collegium Medicum UJ, to zupełnie nowe podejście terapeutyczne, które może zrewolucjonizować leczenie wielu chorób neurologicznych. Wierzymy, że strategia ta przyczyni się do rozwoju innowacyjnych i dobrze tolerowanych terapii chorób związanych z ekscytotoksycznością glutaminianu - zaznacza naukowiec.
Przełomowe badania to efekt ścisłej współpracy naukowców z Wydziału Farmaceutycznego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, Instytutu Farmakologii Polskiej Akademii Nauk, Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie oraz partnerów z Europy i Stanów Zjednoczonych, w tym Università degli Studi dell’Insubria, Drexel University College of Medicine, University of Utah i University of Washington School of Pharmacy. Projekt został sfinansowany przez Narodowe Centrum Nauki.
NASA ogłosiła we wtorek, że w składzie załogi misji Artemis III, która przetestuje dokowanie kapsuły Orion z księżycowym lądownikiem, znajdzie się trzech Amerykanów i jeden Włoch. Będzie on pierwszym astronautą Europejskiej Agencji Kosmicznej uczestniczącym w misji Artemis.
Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Jak poinformowała amerykańska agencja kosmiczna podczas konferencji prasowej, załogę Artemis III stanowić będą dowódca Randy Bresnik z NASA, Luca Parmitano z Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) jako pilot oraz astronauci NASA Andre Douglas i Frank Rubio jako specjaliści misji. Dla Douglasa będzie to pierwszy lot kosmiczny w karierze. Rezerwowym astronautą lotu został Bob Hines, również z NASA.
Nosicie w sobie żar eksploracji z minionych pokoleń, zaufanie tej agencji i wsparcie tego narodu, a także marzenia milionów ludzi, którzy będą wam kibicować, wiedząc, że to, co inni uważają za niemożliwe, okazuje się tym, co my w NASA robimy najlepiej - powiedział szef NASA Jared Isaacman podczas uroczystości w Kennedy Space Center na Florydzie.
W ramach Artemis III astronauci zostaną wyniesieni rakietą SLS i kapsułą Orion na niską orbitę okołoziemską, gdzie przetestują dokowanie Oriona do lądownika lub lądowników księżycowych, który ma zostać stworzony przez koncerny SpaceX i/lub Blue Origin.
Celem programu Artemis ma być - docelowo - ustanowienie stałej obecności człowieka na Księżycu. Start Artemis III powinien odbyć się w 2027 r., zaś kolejna misja, Artemis IV - lądowanie ludzi na południowym biegunie Srebrnego Globu - w 2028 r.
Parmitano, był pilot myśliwców, będzie pierwszym astronautą Europejskiej Agencji Kosmicznej uczestniczącym w misji Artemis. W poprzedniej misji, Artemis II, która zabrała astronautów na pokładzie Oriona w podróż dookoła Księżyca, udział wziął astronauta z Kanady, Jeremy Hansen.
Rok 2025 przyniósł dramatyczny wzrost liczby konfliktów zbrojnych między państwami na świecie, wynika z najnowszego raportu Uppsala Conflict Data Program (UCDP). Według opublikowanych danych, liczba takich konfliktów osiągnęła najwyższy poziom od zakończenia II wojny światowej. Eksperci alarmują, że wzrostowi liczby konfliktów towarzyszy bezprecedensowa eskalacja przemocy, której ofiarami coraz częściej padają cywile. Szczegółową analizę danych za 2025 rok opublikowano w czasopiśmie naukowym "Journal of Peace Research".
Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Program UCDP, uznawany za światowego lidera w monitorowaniu i analizie przemocy zorganizowanej, odnotował w 2025 roku aż osiem konfliktów zbrojnych między państwami. To czterokrotnie więcej niż dwa lata wcześniej i najwyższy wynik od początku prowadzenia statystyk w 1946 roku. Wśród najpoważniejszych konfliktów wymienia się wojnę rosyjsko-ukraińską, starcia między Iranem a Izraelem, napięcia na linii Indie - Pakistan oraz walki izraelsko-syryjskie.
Przez długi czas wojny między państwami były stosunkowo rzadkie. Obecne trendy wskazują jednak na rosnące napięcia międzynarodowe i fundamentalne zmiany w globalnym porządku bezpieczeństwa - komentuje Shawn Davies, starszy analityk UCDP. W ubiegłym roku UCDP zarejestrował łącznie 65 konfliktów, w których przynajmniej jedna ze stron była państwem. To najwyższa liczba od momentu rozpoczęcia zbierania danych. Trzynaście z nich zostało sklasyfikowanych jako wojny, czyli konflikty, w których liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła 1000 w ciągu roku kalendarzowego. Tak wysoki poziom nie był notowany od 1992 roku.
Rok 2025 okazał się jednym z najkrwawszych w najnowszej historii. W wyniku zorganizowanej przemocy życie straciło około 244 600 osób, co czyni ten rok drugim pod względem liczby ofiar od czasu ludobójstwa w Rwandzie w 1994 roku.
Eksperci podkreślają, że nie tylko liczba konfliktów, ale także skala przemocy osiągnęła niepokojący poziom. Szczególnie dramatyczny wzrost dotyczy ataków wymierzonych bezpośrednio w ludność cywilną. Obserwujemy nie tylko wzrost liczby konfliktów, ale także wyjątkowo wysoki poziom przemocy. Szczególnie niepokojące są doniesienia o masowych atakach na cywilów, zwłaszcza w Sudanie - podkreśla Therese Pettersson, starsza analityk UCDP.
Najwięcej ofiar pochłonęła w 2025 roku wojna między Rosją a Ukrainą. Według danych UCDP, w tym konflikcie zginęło co najmniej 94 700 osób, co stanowi aż 62 procent wszystkich ofiar śmiertelnych walk na świecie.
Wysoką śmiertelność odnotowano także w wojnie Izraela przeciwko palestyńskiemu Hamasowi oraz w Sudanie, gdzie szczególnie tragiczne wydarzenia rozegrały się po zdobyciu miasta El Fasher w Darfurze przez paramilitarny Sojusz Założycielski Sudanu (SFA). Cywile w Sudanie od 2023 roku byli narażeni na ogromną przemoc, jednak wydarzenia w El Fasher w 2025 roku wyróżniają się nawet na tle historycznym. To główny powód, dla którego liczba ofiar jednostronnej przemocy osiągnęła najwyższy poziom od ponad 30 lat - wyjaśnia Pettersson.
Raport przypomina, że od 7 października 2023 roku trwa wojna między Izraelem a Hamasem w Strefie Gazy. Konflikt rozpoczął się od ataku Hamasu na Izrael, w wyniku którego zginęły setki osób, a wielu zostało uprowadzonych. Izrael odpowiedział szeroko zakrojoną operacją wojskową, obejmującą naloty i inwazję lądową, która pochłonęła w sumie ponad 70 tysięcy ofiar, w tym w ubiegłym roku ponad 14 tysięcy. Walki doprowadziły do ogromnych zniszczeń i kryzysu humanitarnego w Gazie. Wielu mieszkańców zostało przesiedlonych, a dostęp do żywności, wody i opieki medycznej był poważnie ograniczony. Równolegle eskalował konflikt Izraela z Hezbollahem na północy kraju. Po atakach rakietowych ze strony Libanu Izrael przeprowadził naloty i inwazję lądową na południowe rejony tego kraju.
W 2025 roku UCDP zarejestrował około 76 500 ofiar śmiertelnych jednostronnej przemocy, czyli ataków skierowanych wyłącznie przeciwko cywilom. To oznacza wzrost o ponad 400 procent w porównaniu z rokiem poprzednim. W przeciwieństwie do wzrostu liczby konfliktów z udziałem państw, liczba starć między grupami niepaństwowymi, takimi jak kartele narkotykowe w Meksyku, systematycznie maleje. W 2025 roku tego typu konflikty pochłonęły około 14 500 ofiar, co jest najniższym wynikiem od 2013 roku.
Opublikowane dane wskazują na poważne wyzwania stojące przed społecznością międzynarodową. Wzrost liczby konfliktów między państwami, eskalacja przemocy wobec cywilów oraz rekordowa liczba ofiar śmiertelnych wymagają pilnych działań na rzecz deeskalacji i ochrony ludności cywilnej. Eksperci podkreślają, że obecna sytuacja może prowadzić do dalszej destabilizacji i pogłębiania się kryzysów humanitarnych na świecie.