Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 8 kwietnia 2026 GeekWeek w INTERIA.PL – technologie, nauka, lifestyle i podróże

Katastrofa bezzałogowego YFQ-42A w Kalifornii. Armia analizuje incydent

Katastrofa drona przyszłości. YFQ-42A spadł z nieba tuż po starcie

Daniel Górecki

Program bezzałogowych skrzydłowych dla amerykańskich myśliwców zaliczył poważny incydent. Prototypowy dron bojowy YFQ-42A rozbił się krótko po starcie podczas rutynowego lotu testowego w Kalifornii, zmuszając producenta do natychmiastowego wstrzymania prób w powietrzu.


Trzy egzemplarze lojalnego skrzydłowego YFQ-42A na pasie startowym na pustyni

YFQ-42A rozbił się podczas lotu testowego w Kalifornii. USAF i General Atomics prowadzą dochodzenieGeneral Atomics Aeronautical Systemsmateriały prasowe


Lojalny skrzydłowy to koncepcja bezzałogowego bojowego statku powietrznego, wyposażonego w sztuczną inteligencję, który ma współpracować z myśliwcami szóstej generacji. Podstawowym założeniem takich maszyn jest wspieranie w walce samolotów obsługiwanych przez pilotów, m.in. przez dodatkowe czujniki i radary poprawiające świadomość sytuacyjną ludzkiego pilota. Oprócz tego mają one w założeniu być zdolne do działań autonomicznych, czyli samodzielnej detekcji i rażenia celu.

Tak ambitne cele wymagają jednak szeroko zakrojonych testów, w czasie których należy spodziewać się różnych nieprzyjemnych niespodzianek, o czym przekonało się właśnie General Atomics Aeronautical Systems. Jego prototypowy dron bojowy YFQ-42A rozbił się krótko po starcie podczas rutynowego lotu testowego w Kalifornii, zmuszając producenta do natychmiastowego wstrzymania prób w powietrzu.

Katastrofa tuż po starcie


Do zdarzenia doszło 6 kwietnia 2026 roku około godziny 13:00 czasu lokalnego. Maszyna wystartowała z należącego do firmy lotniska testowego Gray Butte w pobliżu Palmdale, po czym uległa wypadkowi jeszcze na wczesnym etapie lotu. Producent potwierdził incydent, zaznaczając, że nikt nie odniósł obrażeń, a procedury bezpieczeństwa zadziałały zgodnie z założeniami.

W odpowiedzi na wypadek firma zdecydowała jednak o czasowym wstrzymaniu wszystkich lotów testowych YFQ-42A. Jak podkreślono, to standardowa procedura "z nadmiaru ostrożności", stosowana w programach rozwojowych. Na tym etapie przyczyna katastrofy pozostaje nieznana, trwa szczegółowe dochodzenie, a priorytetem jest zebranie danych i odtworzenie przebiegu zdarzenia. W analizę zaangażowane są również Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych, które prowadzą własne procedury badania incydentów lotniczych.

Bezpieczeństwo jest naszym najwyższym priorytetem - zarówno dla naszych pracowników, jak i dla społeczeństwa. W tym przypadku obowiązujące procedury i zabezpieczenia zadziałały zgodnie z założeniami i nikt nie ucierpiał. Dokładnie przeanalizujemy to zdarzenie, zbierzemy wszystkie dane i pozwolimy, aby wyniki dochodzenia wyznaczyły dalsze działania

Czym jest YFQ-42A?


YFQ-42A to autonomiczny bezzałogowiec bojowy opracowany jako element programu Collaborative Combat Aircraft, czyli jednego z kluczowych projektów przyszłości amerykańskiego lotnictwa. Maszyna należy do kategorii tzw. lojalnych skrzydłowych i jest jednym z kilku prototypów o konfiguracji zbliżonej do produkcyjnej, wykorzystywanych do testów. I choć w programach lotniczych podobne incydenty uchodzą za element procesu rozwojowego, z pewnością nie są pożądane.

Owszem, dane zebrane po katastrofie posłużą do wprowadzenia poprawek i zwiększenia bezpieczeństwa przyszłych wersji maszyny, ale warto pamiętać, że program Collaborative Combat Aircraft rozwijany jest w formule konkurencyjnej. Obok General Atomics nad własnym rozwiązaniem pracuje również Anduril Industries, rozwijając dron YFQ-44A, a w tle pojawiają się także inni gracze, w tym Northrop Grumman, który rozwija własne koncepcje bezzałogowych systemów bojowych. Siły Powietrzne USA planują podjąć decyzję o produkcji jeszcze w 2026 roku, co dodatkowo podnosi stawkę.


Czy ultradźwięki mogą uratować jeże przed śmiercią na drogach?© 2026 Associated Press


Statki też mają swój internetowy radar. Jak śledzić ich trasy?

Julia Król

Cieśnina Ormuz to dziś punkt na mapie, który ze wstrzymanym oddechem śledzi cały świat. Po blokadzie wywołanej konfliktem między Iranem, USA i Izraelem i tymczasowym zawieszeniu broni, z Zatoki Perskiej ruszają pierwsze transporty uwięzionych tam statków z surowcami. Dzięki systemom śledzenia statków, takim jak AIS, oraz ogólnodostępnym serwisom typu VesselFinder czy MarineTraffic, to geopolityczne "wąskie gardło" nie jest już tylko abstrakcją. Każdy internauta może na żywo obserwować ten ruch, śledząc pozycję tankowców czy gazowców.


Dwa tankowce na morzu, jeden z nazwą EMERALD 8N, w tle mapa ruchu w cieśninie Ormuz w Zatoce Perskiej

Statki są blokowane w cieśninie Ormuz w Zatoce Perskiej.BIOS/EAST NEWSEast News



W skrócie

  • System AIS pozwala na zbieranie i wymianę danych o położeniu, prędkości i kursie statków na całym świecie.

  • Na stronach VesselFinder i MarineTraffic można śledzić ruch morski na żywo oraz sprawdzać szczegółowe informacje o statkach według numeru IMO.

  • Interfejs narzędzi jest prosty i umożliwia każdemu użytkownikowi internetu uzyskanie informacji o wybranych jednostkach.

  • Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu

Cieśnina Ormuz jest punktem na mapie, który teraz śledzi cały świat. Iran zablokował ją w pierwszych dniach wojny, rozpoczętej 28 lutego amerykańsko-izraelskim atakiem na ten kraj.

Tymczasowe zawieszenie broni i ponowne otwarcie cieśniny Ormuz ma umożliwić eksporterom z Bliskiego Wschodu transport znacznych ilości ropy naftowej, która od początku działań wojennych pozostaje uwięziona w Zatoce Perskiej.

Według danych firmy analitycznej Kpler, ok. 200 znajdujących się w regionie tankowców załadowanych jest ok. 130 mln baryłek ropy naftowej i 46 mln baryłkami paliw rafinowanych.

Cieśnina jest najwęższym punktem Zatoki Perskiej. Leży na wodach terytorialnych Iranu i Omanu. Zgodnie z prawem międzynarodowym jest traktowana jako międzynarodowy szlak wodny, jednak Iran nie zgadza się z tą oceną i nigdy nie ratyfikował stosownych aktów prawnych.

Jak śledzić statki przez internet w czasie rzeczywistym?


Niedawno w Geekweeku pisaliśmy o tym, jak FlightRadar śledzi samoloty. W przypadku lokalizowania samolotów niezbędne są systemy ADS-B. Do śledzenia statków stosuje się podobne nadajniki, które przekazują dane radarom. System ten nazywa się AIS (Automatic Identification System) i jest standardem obowiązującym na całym świecie, dzięki czemu statki przesyłają między sobą własne położenie i tym samym redukują szanse kolizji.

System pozwala zbierać informacje na temat pozycji statku, jego prędkości, kursu, a także portu docelowego. Dane te są regularnie aktualizowane - nawet co kilkadziesiąt sekund, czyli nieco rzadziej niż jest to u samolotów. Mimo wszystko mapa pokazuje aktualne położenie jednostek na wodach całego świata.


Mapa świata z zaznaczonymi trasami i lokalizacjami statków w czasie rzeczywistym, prezentująca gęstą sieć żeglugową na głównych oceanach oraz wzdłuż wybrzeży, szczególnie w Europie, Azji i u wybrzeży Ameryki Północnej, gdzie nawigacja jest najbardziej ...

Na VesselFinder możesz śledzić statki na całym świecie.vesselfinder.commateriał zewnętrzny


Strony, na których można śledzić ruch statków na morzach i oceanach


Takie mapy pełne ruszających się strzałek można zobaczyć na stronie VesselFinder. Jest to internetowy radar statków, dzięki któremu na własne oczy możemy zobaczyć trasę dowolnego kontenerowca czy łodzi rybackiej na żywo.

Każdy statek ma swój numer IMO, który służy do jego identyfikacji, więc można się nim posiłkować w wyszukiwarce. Prócz numeru strona internetowa pokaże nam trasę, prędkość oraz przedstawi szczegóły dotyczące wybranej przez nas jednostki - możemy m.in. ujrzeć port docelowy lub dowiedzieć się, jaki to typ statku.


Mapa morska z zaznaczoną trasą statku TIAARA, szczegółowymi informacjami o statku po lewej stronie ekranu, kolorowymi liniami prezentującymi przebytą trasę oraz lokalizacją w pobliżu Zatoki Gdańskiej.

Na stronie internetowej VesselFinder możesz wyszukać statek i zobaczyć jego trasę podróży.vesselfinder.commateriał zewnętrzny


Interfejs jest prosty i intuicyjny w obsłudze, więc każdy z dostępem do internetu jest w stanie odnaleźć wartościowe dla niego informacje.

Nie tylko VesselFinder oferuje mapę statków. Popularną alternatywą jest MarineTraffic, oferujący zbliżone funkcje. Są to doskonałe narzędzia nie tylko dla osób związanych z logistyką i transportem morskim, ale także hobbystów.


"Wydarzenia": Kolejna tajemnica Bałtyku odkryta. Nurek odnalazł bombę lotnicząPolsat News


TikTok przyspiesza w Europie. Finlandia na celowniku

TikTok buduje drugie centrum danych w Europie za miliard euro

Karol Kubak

TikTok inwestuje kolejny miliard euro w Europie i znów wybiera Finlandię. W tle są nie tylko technologie i rozwój infrastruktury, ale też rosnące napięcia wokół danych użytkowników i presja polityków. Nowe centrum danych to część większej strategii, która może zmienić sposób przechowywania informacji Europejczyków.


Logo TikTok na ekranie smartfona leżącego na klawiaturze, widoczne kolorowe symbole i napis aplikacji.

TikTok buduje drugie centrum danych w Europie. Firma wyłoży ogromne pieniądzeGUO DEXINAFP



W skrócie

  • TikTok przeznacza miliard euro na budowę drugiego centrum danych w Europie.

  • Inwestycja w Lahti w Finlandii jest częścią większej strategii o wartości 12 miliardów euro, mającej na celu zwiększenie bezpieczeństwa danych ponad 200 milionów Europejczyków.

  • Pojawiają się obawy dotyczące bezpieczeństwa i przejrzystości działań firmy, mimo entuzjastycznego przyjęcia decyzji przez władze fińskiego miasta.

  • Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu

Chiński gigant mediów społecznościowych TikTok ogłasza kolejną dużą inwestycję w Europie. Jak podaje Reuters, firma zamierza przeznaczyć miliard euro na budowę drugiego centrum danych w Europie, a dokładniej - Finlandii. To element szerzej zakrojonych działań przenoszenia danych europejskich na teren Unii Europejskiej.

Dane bliżej użytkowników


Nowe centrum ma powstać w mieście Lahti, na południu kraju, które znamy z Pucharu Świata w skokach narciarskich. Na początek jego moc obliczeniowa wyniesie 50 megawatów, z możliwością rozbudowy do 128 MW. W praktyce oznacza to ogromne "magazyny danych", w których przechowywane są zdjęcia, filmy i inne informacje użytkowników. TikTok wpisuje tę inwestycję w szerszy plan o wartości 12 miliardów euro, który ma zwiększyć bezpieczeństwo danych ponad 200 milionów Europejczyków.

To ważne w kontekście rosnącej presji ze strony europejskich państw. Politycy coraz częściej domagają się lepszej ochrony prywatności i ograniczenia wpływu algorytmów na młodszych użytkowników. Równolegle firma-matka TikToka, ByteDance, uniknęła niedawno zakazu działalności w USA, również związanego z obawami o dane.

Dlaczego właśnie Finlandia?


Inwestycja trafia do Finlandii nieprzypadkowo. Kraj ten przyciąga technologicznych gigantów takich jak Microsoft czy Google. Powód jest prosty... chłodny klimat obniża koszty chłodzenia serwerów, a energia elektryczna jest stosunkowo tania i niskoemisyjna, czyli bardziej przyjazna środowisku. Do tego dochodzi stabilne prawo i przewidywalne warunki dla biznesu.

Nowa inwestycja ma być gotowa do 2027 roku, a pierwsze fińskie centrum TikToka w Kouvoli powinno działać już pod koniec tego roku. Władze Lahti przyjęły decyzję z entuzjazmem, widząc w niej szansę na rozwój lokalnej gospodarki.

Jak to jednak bywa z dużymi inwestycjami, pojawiają się również obawy. Już przy pierwszym projekcie fińscy politycy zwracali uwagę na kwestie bezpieczeństwa i brak przejrzystości działań firmy. Teraz będzie kolejne centrum danych, ale obawy nie zniknęły. Mimo to inwestycja pokazuje, że TikTok nie zamierza zwalniać tempa w Europie, że walka o dane użytkowników staje się jednym z kluczowych tematów technologicznych ostatnich lat.

Źródło: Reuters


Czy ultradźwięki mogą uratować jeże przed śmiercią na drogach?© 2026 Associated Press


Dziwne pytania o Księżyc. Do kogo należy i jaki tam jest czas?


Spis treści:

  1. Do kogo należy Księżyc?

  2. Jaki jest czas na Księżycu?

  3. Kto może wydobywać surowce na Księżycu?

  4. Kto może wybudować bazę na Księżycu?

  5. Jak pachnie pył księżycowy?

  6. Czy na Księżycu panuje absolutna cisza?

Status prawny Księżyca, warunki panujące na jego powierzchni oraz możliwość wykorzystania jego zasobów regulują dziś konkretne przepisy międzynarodowe i rozwijane projekty eksploracyjne. Na początku kwietnia 2026 roku NASA zrealizowała misję Artemis II - pierwszy załogowy lot w okolice Księżyca od czasu Apollo 17 z 1972 roku. Przelot czteroosobowej załogi statku Orion wokół Srebrnego Globu miał przygotować grunt pod przyszłe operacje na jego powierzchni.

Do kogo należy Księżyc?


Księżyc należy do całej ludzkości. Taki status prawny wprowadził Traktat o przestrzeni kosmicznej z 27 stycznia 1967 roku (Outer Space Treaty), podpisany przez ponad 117 państw, w tym Stany Zjednoczone, Rosję oraz kraje Unii Europejskiej.

Artykuł II dokumentu stanowi, że żadne państwo nie może przejąć na własność żadnego ciała niebieskiego poprzez ogłoszenie suwerenności, okupację, użytkowanie ani zasiedlenie. Wbicie flagi w księżycowy regolit nie daje nikomu żadnych praw majątkowych. Srebrny Glob to dobro wspólne całej cywilizacji, podobnie jak Antarktyda, która służy badaniom naukowym i współpracy międzynarodowej, a jej terytorium pozostaje wyłączone spod klasycznej własności państwowej.

Kolejny krok nastąpił w 1979 roku wraz z przyjęciem Układu w sprawie działalności państw na Księżycu (Moon Agreement). Dokument wprowadził pojęcie "wspólnego dziedzictwa ludzkości" oraz zapowiedział stworzenie globalnego systemu zarządzania przyszłym wydobyciem surowców pozaziemskich. Takie zasoby już dziś wzbudzają ogromne zainteresowanie - szczególnie hel‑3, czyli rzadki izotop helu, potencjalnie użyteczny w reaktorach fuzyjnych przyszłości. Według raportu naukowców z University of Wisconsin-Madison (2019), Lunar Helium‑3 as a Fusion Energy Source, księżycowy regolit - sypka warstwa pyłu i rozdrobnionej skały pokrywająca powierzchnię Księżyca - może zawierać ponad milion ton tej substancji. Taka ilość teoretycznie wystarczyłaby na setki lat produkcji czystej energii termojądrowej.


Tak mogłaby wyglądać baza na Księżycu

Tak mogłaby wyglądać baza na KsiężycuESA/Foster + Partnersdomena publiczna


Prawo międzynarodowe zabrania zawłaszczania Księżyca przez państwa, lecz traktat z 1967 roku pomija osoby prywatne. Tę właśnie lukę wykorzystał amerykański przedsiębiorca Dennis Hope, który w 1980 roku ogłosił się właścicielem Księżyca, powołując się na brak jednoznacznego zakazu dotyczącego jednostek fizycznych w treści dokumentu ONZ. Wysłał w tej sprawie formalne zawiadomienie do Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz rządu Stanów Zjednoczonych, informując o zamiarze podzielenia powierzchni globu na działki i ich komercyjnej sprzedaży. Ponieważ żadna instytucja międzynarodowa nie odpowiedziała na pismo, Hope uznał milczenie za brak sprzeciwu i przystąpił do realizacji swojego biznesplanu.

Założona przez niego firma Lunar Embassy rozpoczęła sprzedaż akrowych działek na widocznej stronie Księżyca. Cena początkowa wynosiła około 20 dolarów za akr, natomiast pakiet obejmujący hipotetyczne prawa do zasobów mineralnych wyceniano na około 25 dolarów. W zamian kupujący otrzymywali ozdobny certyfikat własności, mapę parceli oraz dokument określany jako "konstytucja kosmiczna". Firma wydała ponad milion takich aktów, a według doniesień medialnych klientami stali się nawet aktorzy Hollywood oraz byli prezydenci Stanów Zjednoczonych.

Działalność Lunar Embassy od lat budziła wątpliwości prawników zajmujących się prawem kosmicznym. W żadnym miejscu na świecie nie istnieje organ prowadzący rejestr własności gruntów poza Ziemią, dlatego sprzedawane dokumenty mają charakter czysto pamiątkowy i kolekcjonerski. Informacje z kalifornijskiego rejestru przedsiębiorstw wskazują ponadto, że spółka LUNAR EMBASSY INC. posiada status "FTB Suspended", oznaczający zawieszenie działalności gospodarczej w świetle lokalnego prawa podatkowego.

Jaki jest czas na Księżycu?


Na Księżycu czas płynie szybciej niż na Ziemi. Wynika to bezpośrednio z efektów przewidzianych przez ogólną teorię względności Alberta Einsteina - w słabszym polu grawitacyjnym upływ czasu przyspiesza. Grawitacja Srebrnego Globu stanowi zaledwie około jednej szóstej ziemskiej, dlatego zegary atomowe umieszczone na jego powierzchni "tykają" odrobinę szybciej. Według badań National Institute of Standards and Technology (NIST) z 2024 roku, różnica wynosi średnio około 56 mikrosekund na dobę. Mikrosekunda to milionowa część sekundy, więc zmiana wydaje się niezauważalna, jednak dla systemów nawigacji kosmicznej oznacza narastający błąd pozycji liczony w metrach lub nawet kilometrach w skali czasu trwania misji.

Dodatkową komplikację stanowi długość doby księżycowej. Na powierzchni globu pełen cykl dnia i nocy trwa około 29,5 dnia ziemskiego, czyli blisko jeden miesiąc kalendarzowy. Oznacza to mniej więcej dwa tygodnie intensywnego nasłonecznienia, po których następują dwa tygodnie ciemności. W przeciwieństwie do Ziemi na Księżycu nie funkcjonuje żaden wspólny standard pomiaru czasu. Historycznie każda misja korzystała z czasu obowiązującego w centrum kontroli lotów. Apollo 11 operował według czasu strefy centralnej USA z Houston, natomiast współczesne misje chińskie korzystają z czasu standardowego Chin. Rosnąca liczba projektów badawczych oraz planowanych baz sprawia, że taki model przestaje być praktyczny i zwiększa ryzyko błędów komunikacyjnych.

Z tego powodu 2 kwietnia 2024 roku Biały Dom, poprzez Office of Science and Technology Policy, zobowiązał NASA do opracowania jednolitego standardu czasu dla Księżyca - nazwanego Coordinated Lunar Time (LTC) - najpóźniej do 31 grudnia 2026 roku. System będzie oparty na średniej wartości wskazań wielu zegarów atomowych rozmieszczonych na jego powierzchni, analogicznie do ziemskiego UTC. Według NASA wspólny standard umożliwi precyzyjne dokowanie statków kosmicznych, synchronizację transmisji danych oraz dokładne mapowanie powierzchni, ponieważ nawet odchylenia rzędu kilkudziesięciu mikrosekund potrafią zaburzyć trajektorię lądownika lub komunikację satelitarną w przestrzeni cislunarnej, czyli na obszarze między Ziemią a Księżycem oraz w jego sąsiedztwie.

Takie rozwiązanie będzie fundamentem przyszłej infrastruktury orbitalnej oraz powierzchniowej. Planowane systemy komunikacji, lądowniki robotyczne i załogowe misje Artemis wymagają synchronizacji czasu z dokładnością większą niż milionowa część sekundy. Nawet minimalne przesunięcia mogą prowadzić do błędów nawigacyjnych lub niezgodności map terenu. Z fizycznego punktu widzenia zegar na Księżycu wskazuje więc inną "godzinę" niż identyczny instrument na Ziemi - i właśnie dlatego przyszłe bazy będą funkcjonować według zupełnie nowej miary czasu.

Kto może wydobywać surowce na Księżycu?


Wydobywanie surowców na Księżycu jest prawnie dopuszczalne. Międzynarodowe prawo kosmiczne wprowadza rozróżnienie pomiędzy własnością terenu a własnością materialnych zasobów fizycznie pozyskanych z jego powierzchni. Powierzchnia Księżyca jest wspólnym dobrem ludzkości, jednak substancje wydobyte z regolitu mogą stać się własnością podmiotu, który przeprowadził ich ekstrakcję. Taki model prawny funkcjonuje już w legislacji kilku państw.

Luksemburg przyjął 20 lipca 2017 roku ustawę o eksploracji i wykorzystaniu zasobów kosmicznych, która wprost stanowi, że surowce pozaziemskie podlegają zawłaszczeniu przez prywatne przedsiębiorstwa po uzyskaniu zgody rządu. Podobne podejście obowiązuje w Stanach Zjednoczonych oraz Japonii, wpisując się w globalny trend tworzenia podstaw prawnych dla przyszłego górnictwa poza Ziemią.

Znaczenie tych regulacji rośnie wraz z rozwojem międzynarodowych porozumień dotyczących eksploracji Księżyca. Artemis Accords, ustanowione w 2020 roku przez NASA i Departament Stanu USA, tworzą ramy współpracy dla cywilnych misji kosmicznych i dopuszczają wykorzystanie zasobów pozaziemskich przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa oraz przejrzystości działań.

Według danych NASA z 26 stycznia 2026 roku, dokument podpisało już 61 państw, w tym Polska od 2021 roku. Sygnatariusze zobowiązali się do ustanawiania tzw. stref bezpieczeństwa wokół infrastruktury badawczej i instalacji wydobywczych. Takie obszary mają zapewniać wyłączność operacyjną bez przejęcia suwerenności nad fragmentem powierzchni globu, co stanowi istotną różnicę prawną w stosunku do klasycznego modelu własności naziemnej.

Realne zainteresowanie komercyjną eksploatacją Srebrnego Globu rośnie również w sektorze prywatnym. W 2025 roku amerykańska firma kosmiczna Interlune, założona przez byłego inżyniera NASA Roba Meyersona, zaprezentowała pełnowymiarowy prototyp autonomicznej koparki przeznaczonej do wydobycia helu‑3 z księżycowego gruntu. W tym samym roku przedsiębiorstwo zawarło również umowę z firmą Bluefors na dostawy tego izotopu w latach 2028-2037, przeznaczonego m.in. do chłodzenia komputerów kwantowych.

Według analiz opublikowanych 2 kwietnia 2026 roku, firma Interlune prowadzi program rozpoznania potencjalnych złóż w rejonie południowego bieguna Księżyca, obejmujący wcześniejsze misje mapowania z użyciem kamery multispektralnej oraz planowane loty pobierające próbki regolitu w kolejnych etapach projektu. Celem przedsięwzięcia jest identyfikacja najbardziej zasobnych obszarów przed rozpoczęciem próbnej ekstrakcji surowców w drugiej połowie obecnej dekady.

Poza helem‑3 Księżyc skrywa także inne zasoby o znaczeniu strategicznym. Należy do nich przede wszystkim lód wodny, wykorzystywany do produkcji paliwa rakietowego oraz powietrza i wody dla przyszłych baz, a także metale przemysłowe, takie jak tytan, aluminium i magnez obecne w jego gruncie. Regolit zawiera również metale ziem rzadkich wykorzystywane w elektronice oraz duże ilości krzemu, który może posłużyć do produkcji paneli fotowoltaicznych i materiałów budowlanych potrzebnych do wznoszenia infrastruktury na powierzchni globu.

Kto może wybudować bazę na Księżycu?


Traktat o przestrzeni kosmicznej z 1967 roku pozwala na prowadzenie badań oraz instalowanie infrastruktury na powierzchni ciał niebieskich, pod warunkiem działania w interesie całej ludzkości oraz bez ogłaszania suwerenności nad zajętym obszarem. A zatem państwo lub firma może postawić habitat, moduł badawczy albo instalację energetyczną, jednak grunt pod taką konstrukcją pozostaje dobrem wspólnym. Obiekt staje się własnością podmiotu, który go zbudował, natomiast powierzchnia globu pod nim zachowuje status neutralny w świetle prawa międzynarodowego.

Realizacja takiej koncepcji przebiega już w ramach programu Artemis. Projekt ma na celu ustanowienie długoterminowej obecności człowieka w rejonie południowego bieguna Księżyca przed końcem obecnej dekady. Instalacje księżycowe mają przyjmować formę modułowych habitatów, systemów magazynowania energii oraz zamkniętych układów podtrzymywania życia, wykorzystujących recykling powietrza i wody.

Równolegle rozwijany jest chińsko‑rosyjski projekt International Lunar Research Station (ILRS), zakładający budowę autonomicznej stacji naukowej na powierzchni globu jeszcze przed 2035 rokiem. Rosnące znaczenie sektora prywatnego zwiększa dynamikę całej inicjatywy. Firma SpaceX prowadzi testy systemu transportowego Starship, przystosowanego do przewozu ładunków oraz załóg na powierzchnię Księżyca w ramach kontraktu Human Landing System dla NASA. Takie konstrukcje wielokrotnego użytku umożliwią logistykę przyszłych baz, obejmującą dostawy wyposażenia, paneli słonecznych czy systemów osłony przed mikrometeoroidami oraz promieniowaniem kosmicznym.

Jak pachnie pył księżycowy?


Astronauci programu Apollo są w tej kwestii zgodni. Pył księżycowy pachnie jak spalony proch strzelniczy. Taką obserwację zgłosili zarówno uczestnicy misji Apollo 11, jak i Apollo 17 po powrocie do wnętrza modułu księżycowego i zdjęciu hełmów. Harrison "Jack" Schmitt, geolog uczestniczący w misji Apollo 17 w grudniu 1972 roku, relacjonował wprost, że świeżo przyniesiony do kabiny regolit miał zapach identyczny z pozostałością po oddanym strzale z broni palnej. Podobne skojarzenia zgłaszał również Gene Cernan, według którego woń przypominała atmosferę strzelnicy tuż po wystrzale z karabinu.

Wyjaśnienie tego zjawiska ma charakter chemiczny. W próżni kosmicznej zapach nie występuje, ponieważ brakuje powietrza umożliwiającego transport cząsteczek do receptorów węchowych. Regolit nabiera zapachu dopiero po kontakcie z tlenem w zamkniętym środowisku kabiny. Zdaniem naukowców powierzchnia świeżo rozdrobnionych ziaren pyłu zawiera tzw. nienasycone wiązania elektronowe - reaktywne miejsca powstałe wskutek bombardowania przez mikrometeoryty oraz promieniowanie słoneczne. Po zetknięciu z atmosferą wewnątrz modułu dochodzi do reakcji utleniania, analogicznej do tej, która zachodzi podczas spalania prochu.

Mikroskopijne cząstki regolitu mają nieregularny kształt i ostre krawędzie przypominające drobne fragmenty szkła. W przeciwieństwie do ziemskiego piasku nie uległy erozji wodnej ani wietrznej, dlatego zachowują strukturę zdolną do mechanicznego podrażniania komórek nabłonka płuc. Badania zespołu University of Technology Sydney z czerwca 2025 roku wskazują, że inhalacja drobin regolitu może prowadzić do podrażnienia dróg oddechowych wskutek ich właściwości ściernych. Pył powoduje kichanie, kaszel i łzawienie oczu u astronautów przebywających w module po spacerach księżycowych. Właśnie takie objawy zaobserwowano u Harrisona Schmitta podczas misji Apollo 17 - reakcję określoną później mianem "lunar hay fever", czyli księżycowego kataru siennego.

Projektowanie przyszłych habitatów będzie musiało zatem uwzględniać systemy hermetyzacji oraz mechanizmy usuwania pyłu z kombinezonów, ponieważ jego mikroskopijne cząstki wykazują zdolność penetracji filtrów i osadzania się w układzie oddechowym.

Czy na Księżycu panuje absolutna cisza?


Na powierzchni Księżyca panuje absolutna cisza w sensie akustycznym. Srebrny Glob praktycznie nie posiada atmosfery, czyli gazowej powłoki zdolnej do przenoszenia fal dźwiękowych. Dźwięk, rozumiany jako drgania cząsteczek powietrza, wymaga ośrodka materialnego. W próżni taka transmisja staje się niemożliwa. Nawet bardzo silny hałas, eksplozja lub krzyk astronauty nie zostaną przekazane dalej niż do wnętrza własnego hełmu skafandra.

Mimo braku dźwięku w klasycznym znaczeniu Księżyc wypełniają drgania mechaniczne o charakterze sejsmicznym. W latach 1969-1977 aparatura zainstalowana przez misje Apollo zarejestrowała setki tzw. moonquakes, czyli wstrząsów księżycowych generowanych przez naprężenia we wnętrzu globu oraz oddziaływania pływowe ze strony Ziemi. Modele opracowane przez zespoły Smithsonian Institution oraz Arizona State University w 2019 roku wskazują, że Księżyc kurczy się w tempie kilku milimetrów rocznie, co prowadzi do powstawania uskoków tektonicznych.

Cisza dotyczy wyłącznie fal akustycznych w próżni. Fale mechaniczne mogą jednak rozchodzić się poprzez kontakt bezpośredni z podłożem lub konstrukcją. Astronauta dotykający metalowej powierzchni lądownika odczuje wibrację wywołaną pracą urządzeń pokładowych, mimo że nie usłyszy żadnego dźwięku w otoczeniu.

Odległa półkula Księżyca posiada także wyjątkowe właściwości radiowe. Całkowite ekranowanie sygnałów emitowanych przez Ziemię sprawia, że obszar ten uznaje się za najcichsze środowisko radiowe w Układzie Słonecznym. Europejska Agencja Kosmiczna wskazała ten region jako potencjalną lokalizację przyszłych teleskopów radioastronomicznych, przeznaczonych do obserwacji najwcześniejszych faz ewolucji Wszechświata.

Źródła: nasa.gov, nature.com, unoosa.org


Woda na Księżycu. Jak ją wytworzyć? Polsat NewsPolsat News


WhatsApp trafia na ekrany samochodów. Kierowcy będą wniebowzięci

WhatsApp trafia na ekrany samochodów. Kierowcy będą wniebowzięci

Dawid Długosz

WhatsApp to najpopularniejszy komunikator świata, który doczekał się ważnej integracji. Jest nią wsparcie dla platformy Apple CarPlay, na którą Meta kazała czekać latami. Teraz to ulega zmianie i nowości docenią przede wszystkim kierowcy. Natywne wsparcie dla CarPlay wprowadza aktualizacja WhatsApp na iPhone'y z numerkiem 26.13.74.


Ekran samochodu z aplikacją WhatsApp działającą w trybie Apple CarPlay po najnowszej aktualizacji.

WhatsApp trafia do samochodów. Komunikator z nową wersją dla Apple CarPlay.materiały prasowe


WhatsApp to bezapelacyjnie najpopularniejszy komunikator świata, który ciągle jest rozwijany. Meta przygotowała nową aktualizację platformy, którą tym razem docenią kierowcy. Dzięki dodaniu natywnej obsługi dla Apple CarPlay.

Komunikator WhatsApp z natywnym wsparciem dla Apple CarPlay


WhatsApp już wcześniej oferował prostą integrację z CarPlay, ale była ona bardzo ograniczona i realizowana poprzez komendy Siri. Najnowsza aktualizacja komunikatora, która została udostępniona przez Metę, dodaje natywną obsługę platformy Apple dla samochodów.

Dotychczas użytkownicy WhatsApp nie mieli w CarPlay dostępu do wiadomości czy szczegółów kontaktów. Teraz to ulega zmianie. Natywna wersja dla ekranów w samochodach wprowadza interfejs z zakładkami, który oddziela czaty, połączenia i ulubione.


Interfejs komunikatora samochodowego z widocznymi ikonami aplikacji z lewej strony ekranu oraz listą czatów po prawej, na której znajdują się rozmowy z WhatsApp, Ludmiłą i Tatą oraz podział na kategorie Czaty, Calls, Ulubione.

Aplikacja WhatsApp w Apple CarPlay.Dawid DługoszINTERIA.PL


Dla przykładu w sekcji połączeń można uzyskać widok chronologicznej listy wychodzących, przychodzących i nieodebranych, wraz z sygnaturami czasowymi czy ikonkami profili, co pozwala szybko zidentyfikować rozmówcę. Ponadto można tu szybko oddzwonić.

Wszystkie te nowości sprawiają, że korzystanie z WhatsApp na ekranie samochodu jest teraz wygodne. Ponadto Meta zadbała o aspekty związane z bezpieczeństwem w trakcie jazdy, a więc nie liczcie na możliwość pisania wiadomości tekstowych w trakcie prowadzenia pojazdu.

Wsparcie dla Apple CarPlay z aktualizacją WhatsApp na iPhone'y


Chcąc uzyskać dostęp do opisanych nowości należy zaktualizować aplikację WhatsApp na iPhone'y do najnowszej wersji z numerkiem 26.13.74. Aktualizacja jest już dostępna do pobrania z App Store i pojawia się po kilku tygodniach beta testów nowych rozwiązań, które w ostatnim czasie prowadziła Meta.

Uruchomienie jest bardzo proste i wygląda tak samo, jak w przypadku pozostałych aplikacji zgodnych z CarPlay. Jest to możliwe poprzez dedykowaną ikonkę, która aktywuje okno aplikacji na ekranie samochodu po podłączeniu iPhone'a.

Co z wersją dla Android Auto? Użytkownicy oprogramowania Google na razie muszą zadowolić się ograniczoną integracją z WhatsApp, która dotychczas była dostępna w CarPlay. Pozostaje wierzyć, że w tym przypadku również zostanie zapewniona natywna obsługa.


Czy ultradźwięki mogą uratować jeże przed śmiercią na drogach?© 2026 Associated Press


Samsung usunie z telefonów popularną aplikację do wiadomości SMS

Samsung usunie z telefonów popularną aplikację do wiadomości SMS

Klaudia Kuryśko

Samsung upraszcza obsługę swoich telefonów. Jeszcze w tym roku zrezygnuje z własnej aplikacji do SMS-ów, Samsung Messages i zastąpi ją Wiadomościami Google. Dzięki temu rozwiązaniu użytkownicy nie będą się już mylić, mając dwie podobne aplikacje, a samo pisanie będzie wygodniejsze. Co ta zmiana oznacza w praktyce dla właścicieli smartfonów Samsung?


Smartfon Samsung z otwartą klawiaturą ekranową i wpisaną wiadomością podczas pisania SMS-a.

Samsung usuwa swoją aplikację do wysyłania wiadomości itakdalee123RF/PICSEL



W skrócie

  • Samsung oficjalnie zapowiedział wycofanie aplikacji Samsung Messages do lipca 2026 roku i zastąpienie jej Wiadomościami Google jako domyślnym rozwiązaniem na nowych urządzeniach.

  • Przejście na Wiadomości Google zapewnia interoperacyjność oraz pełną synchronizację konwersacji między urządzeniami marki Galaxy i innymi telefonami z Androidem.

  • Użytkownicy muszą samodzielnie skonfigurować Wiadomości Google jako domyślną aplikację SMS, a urządzenia sprzed 2022 roku oraz zegarki Galaxy Watch z systemem Tizen mogą mieć ograniczone wsparcie.

  • Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu

Po 15 latach Samsung usuwa aplikację Wiadomości


Producent oficjalnie zapowiedział, że w lipcu 2026 roku autorska aplikacja Samsung Messages zostanie całkowicie wycofana, ustępując miejsca rozwiązaniu od Google jako jedynemu domyślnemu standardowi. Wielu użytkowników będzie musiało przejść samodzielnie na Wiadomości Google. Jak to zrobić?
Decyzja o wygaszeniu autorskiej aplikacji do przesyłania wiadomości przez Samsunga to jeden z najistotniejszych kroków w stronę unifikacji systemu Android w ostatnich latach. Aplikacja Samsung Messages zadebiutowała w 2009 roku. Przez ponad dekadę pełniła funkcję strategicznego filaru ekosystemu Galaxy, mając na celu odróżnienie urządzeń południowokoreańskiego giganta od propozycji konkurencji. Mimo gruntownego odświeżenia interfejsu w 2019 roku (wraz z premierą nakładki OneUI), aplikacja zaczęła budzić kontrowersje wśród użytkowników, którzy coraz częściej wskazywali na niepotrzebne powielanie funkcji oferowanych przez rozwiązania Google.

Poza tym pojawił się konflikt pomiędzy Samsungiem a Google, dotyczący domyślnych aplikacji. Dodatkowo usunięcie autonomicznego narzędzia do wysyłania wiadomości pozawala Samsungowi na ograniczenie kosztów związanych z utrzymaniem infrastruktury i ciągłymi aktualizacjami oprogramowania. Niemniej jednak kluczowym argumentem za przejściem na Wiadomości Google była kwestia niezawodności standardu RCS. Wdrożenie RCS przez Samsunga było w dużej mierze uzależnione od wsparcia konkretnych operatorów sieci komórkowych, co prowadziło do fragmentacji usługi.

Proces rezygnacji z Samsung Messages był planowany i realizowany etapami. W 2021 roku Wiadomości Google stały się domyślnym wyborem w serii Galaxy S21. W lipcu 2024 roku Samsung zaprzestał preinstalowania własnej aplikacji na nowych modelach (Galaxy Z Fold 6 oraz Z Flip 6) w wybranych regionach. Z kolei w 2026 roku wraz z premierą serii Galaxy S25, aplikacja Samsung Messages została całkowicie usunięta z systemów nowych urządzeń.

Choć wycofanie Samsung Messages ogranicza różnorodność aplikacji autorskich, przynosi korzyści w zakresie interoperacyjności. Przejście na standard Wiadomości Google gwarantuje pełną kompatybilność między różnymi markami telefonów. Użytkownik może swobodnie zmieniać urządzenia, mając pewność, że historia rozmów, grupy czatowe oraz przesyłane multimedia pozostaną nienaruszone i w pełni czytelne.

Jak ustawić Wiadomości Google do odbierania SMS-ów?


Proces przejścia na rozwiązanie Google zależy od wersji systemu operacyjnego zainstalowanego na urządzeniu Galaxy. W najnowszych wersjach systemu (Android 14 i nowsze) procedura jest maksymalnie uproszczona:

  1. Uruchom aplikację Wiadomości Google.

  2. Po wyświetleniu systemowego komunikatu wybierz opcję "Ustaw domyślną aplikację SMS" i potwierdź wybór.

W starszych wersjach systemu (Android 12 i 13) aplikacja Google nie zastępuje automatycznie ikony w pasku szybkiego dostępu (tzw. docku), dlatego wymagana jest ręczna konfiguracja:

  1. Usuwanie starej aplikacji - naciśnij i przytrzymaj ikonę Samsung Messages w dolnym pasku, a następnie wybierz opcję "Usuń".

  2. Dodawanie nowej aplikacji - otwórz menu aplikacji, odszukaj Wiadomości Google, przytrzymaj ikonę i wybierz "Dodaj do ekranu głównego".

  3. Personalizacja - przeciągnij nową ikonę w miejsce poprzedniej, do paska szybkiego dostępu na dole ekranu.

Przed dokonaniem zmiany warto zwrócić uwagę na specyficzne ograniczenia dotyczące starszych urządzeń oraz akcesoriów. Zegarki Galaxy Watch z systemem Tizen nie obsługują pełnej historii rozmów w aplikacji Wiadomości Google. Synchronizacja treści na tych urządzeniach będzie ograniczona. Poza tym urządzenia wyprodukowane przed 2022 rokiem mogą doświadczyć tymczasowych zakłóceń w działaniu istniejących czatów RCS.

Co ważne aplikacja Samsung Messages nie jest już dostępna na sprzętach z rodziny Galaxy S26. Wszyscy pozostali użytkownicy nie będą mogli jej poprać po lipcu 2026 roku. Przy czym urządzenia z systemami Android 11 oraz starszymi nie będą objęte wyłączeniem.

Celem tej zmiany jest zapewnienie spójnego standardu komunikacji w całym ekosystemie Androida. Według producenta przejście na Wiadomości Google przynosi szereg korzyści, w tym pełną synchronizację konwersacji między wieloma urządzeniami, powszechny dostęp do standardu RCS oraz zaawansowane funkcje oparte na sztucznej inteligencji. Istotnym argumentem jest również podniesienie poziomu bezpieczeństwa dzięki systemom wykrywania spamu i oszustw.


Naukowcy badają, jak mogły wyglądać pradawne psy i skąd pochodziły© 2026 Associated Press


Jeden z najgroźniejszych wulkanów świata znów gromadzi magmę

Wulkan Kikai ponownie napełnia się magmą. Naukowcy zajrzeli pod jego dno

Karol Kubak

Pod powierzchnią oceanu, u wybrzeży Japonii, dzieje się coś, czego nie widać gołym okiem. Jeden z groźniejszych wulkanów w historii Ziemi powoli znów gromadzi magmę. Naukowcy sprawdzili jego wnętrze.


Kolorowa mapa topograficzna kaldery Kikai z widocznymi dolinami, pagórkami i obniżeniami terenu.

Kaldera KikaiSeama Nobukazu/CC BY 4.0 (https://creativecommons.org/licenses/by/4.0/deed.pl)INTERIA.PL


Około 7,3 tysiąca lat temu doszło do jednej z najpotężniejszych erupcji w historii naszej planety. Wulkan położony u wybrzeży dzisiejszej japońskiej wyspy Kiusiu, wyrzucił wówczas w powietrze gigantyczne ilości materiału skalnego, zmieniając krajobraz całego regionu. Dziś, na pierwszy rzut oka pozostaje spokojny, ale naukowcy zauważyli coś niepokojącego... jego wnętrze znów się "ładuje".

Wulkan odbudowuje siły pod powierzchnią oceanu


Wulkan, o którym mowa, nosi nazwę Kikai. To tzw. kaldera, czyli ogromne zapadlisko powstałe po zapadnięciu się komory magmowej. Dziś większość tej struktury znajduje się pod wodą, co utrudnia badania. Ale jednocześnie pozwala lepiej zachować ślady dawnych erupcji. Zespół badaczy z Uniwersytetu w Kobe oraz japońskiej agencji JAMSTEC przeprowadził szczegółowe pomiary sejsmiczne dna morskiego. W praktyce wyglądało to jak "prześwietlanie" skorupy ziemskiej. Naukowcy wysyłali impulsy dźwiękowe i analizowali, jak rozchodzą się pod powierzchnią.

Dzięki temu odkryli rozległą komorę magmową, która najprawdopodobniej odpowiadała za starożytną erupcję Akahoya. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że nie jest ona już pusta.

Ze względu na jej rozmiar i położenie jest jasne, że to ten sam rezerwuar magmy, który brał udział w poprzedniej erupcji.

Szykuje się nowe zagrożenie w Azji?


Najciekawsze jest jednak to, że obecna magma różni się składem chemicznym od tej sprzed tysięcy lat. To oznacza, że nie mamy do czynienia z "resztkami", lecz z nowym materiałem napływającym z głębi Ziemi. Dodatkowym dowodem jest powstawanie kopuły lawowej, która formuje się od około 3,9 tysiąca lat.

- To oznacza, że magma znajdująca się obecnie w rezerwuarze pod kopułą lawową to najprawdopodobniej nowo wtłoczona magma - dodaje geofizyk.

Nie wiadomo, kiedy (i czy w ogóle) dojdzie do kolejnej dużej erupcji, ale historia pokazuje, że takie wulkany potrafią budzić się po tysiącach lat ciszy.

Erupcja sprzed 7,3 tysiąca lat była katastrofalna


Materiały wulkaniczne pokryły ogromne obszary Japonii i dotarły aż na Półwysep Koreański. Naukowcy przypuszczają, że mogła ona doprowadzić do upadku społeczności Jōmon. Dziś, przy znacznie większej gęstości zaludnienia, skutki podobnego zdarzenia byłyby nieporównywalnie poważniejsze.


mapa przedstawia zasięg erupcji kaldery Kikai sprzed 7300 lat, z podziałem na strefy opadu popiołu wulkanicznego oznaczone różnymi kolorami oraz grubością warstw (0 cm, 20 cm, 30 cm), a także miejscem występowania przepływu piroklastycznego Koya

Obszary dotknięte erupcją 7,3 tys. lat temu© Hugo Lopez –Yug / Wikimedia Commons / CC-BY-SA-3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.en)Wikimedia Commons


Badacze podkreślają, że zrozumienie, jak gromadzi się magma w takich systemach, to klucz do przewidywania przyszłych erupcji.

- Musimy zrozumieć, jak tak duże ilości magmy mogą się akumulować, aby zrozumieć, jak dochodzi do gigantycznych erupcji kalderowych - tłumaczy prof. Nobukazu - Naszym ostatecznym celem jest lepsze monitorowanie kluczowych wskaźników przyszłych erupcji.

Źródło: Kobe University, ScienceAlert
Publikacja: Nagaya, A., Seama, N., Fujie, G. Melt re-injection into large magma reservoir after giant caldera eruption at Kikai Caldera Volcano. 7, 237 (2026). https://doi.org/10.1038/s43247-026-03347-9


Czy ultradźwięki mogą uratować jeże przed śmiercią na drogach?© 2026 Associated Press


Gemini zmieni się na smartfonach. Rusza wielka aktualizacja

Krzysztof Sulikowski

Po modyfikacjach designu w lutym i marcu Google wdraża właśnie kolejną dużą aktualizację wizualną i funkcjonalną dla nakładki Gemini i usługi Gemini Live. Ta pierwsza zyskała m.in. odświeżony i wygodniejszy układ UI oraz nowy panel narzędzi z karuzelą skrótów do plików oraz funkcji kreatywnych (obraz, wideo, muzyka). Tryb naturalnej konwersacji z AI porzuca z kolei pełny ekran na rzecz pływającego interfejsu z animacją fali i łatwym dostępem do przycisków. Nowości są obecnie dostępne w wersji beta aplikacji Google.


Gemini Live i nakładka z asystentem AI zmieniają się na Androidzie (zdj. ilustracyjne)

Gemini Live i nakładka z asystentem AI zmieniają się na Androidzie (zdj. ilustracyjne) Made by GoogleYouTube



W skrócie

  • Google wdraża dużą aktualizację wizualną nakładki Gemini oraz funkcji Gemini Live, wprowadzając nowy panel narzędzi i karuzelę skrótów w wersji beta aplikacji.

  • Nakładka Gemini otrzymała odświeżony układ UI z pływającym panelem, nową animacją fali, zmienionym polem tekstowym oraz zintegrowanym menu narzędzi i załączników.

  • Funkcja Gemini Live zyskała nowoczesny, pływający interfejs z wizualizacją fali dźwiękowej, uproszczone sterowanie i zmiany w prezentacji odpowiedzi podczas konwersacji.

  • Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu

Nowe oblicze nakładki Gemini na Androida


Nakładka Gemini (Gemini Overlay) to specjalny tryb wyświetlania asystenta w systemie Android, który pozwala na korzystanie ze sztucznej inteligencji bez przerywania pracy w innych aplikacjach. Zamiast otwierania aplikacji na pełnym ekranie, nakładka pojawia się jako pływające okno lub panel nad tym, co aktualnie robisz. Najnowsza wersja tego rozwiązania przynosi zauważalne zmiany w sposobie interakcji z narzędziami.

Google zdecydowało się na połączenie menu załączników z menu narzędzi, wskutek czego dolny pasek zyskał nowy wygląd. "Pigułka", czyli charakterystyczny owalny element UI, stała się nieco węższa, a pole tekstowe "Zapytaj Gemini" zostało powiększone. Zmianie uległa również ikona mikrofonu, która zyskała teraz formę konturową.


Ekrany smartfona z interfejsem aplikacji AI Ask Genesis, z widocznymi opcjami tworzenia obrazów, wideo, muzyki, badania oraz sekcją ustawień, na tle zdjęcia lotniczego oceanu z falami i fragmentem wybrzeża.

Nowy interfejs nakładki Gemini Overlay na Androidzie9to5Google (zrzut ekranu)materiał zewnętrzny


Nowe oblicze nakładki ujrzymy też po dotknięciu ikony plusa. Zamiast dotychczasowego układu z dołu ekranu wysuwa się interfejs zawierający w górnej części karuzelę z dużymi, zaokrąglonymi kwadratami prowadzącymi do Zdjęć, Aparatu, Plików, Dysku oraz Notebooków. Poniżej umieszczono skróty do zaawansowanych funkcji, takich jak tworzenie obrazów, wideo i muzyki, a także dostęp do Canvas, głębokiego researchu, nauki z przewodnikiem oraz przełącznik inteligencji osobistej.

Kompaktowy wygląd nakładki uzupełniają smuklejsze ikony oraz zupełnie nowa animacja fali widoczna na środku podczas korzystania z wprowadzania głosowego. Co istotne, odpowiedzi asystenta Gemini są teraz prezentowane bezpośrednio w nowym interfejsie.

Dalsza ewolucja funkcji Gemini Live


Równie głębokie zmiany dotknęły funkcję Gemini Live - zaawansowanego trybu konwersacji w czasie rzeczywistym, który przypomina bardziej naturalną wymianę zdań z drugim człowiekiem niż sztywne wklepywanie komend dla robota. Google porzuciło dotychczasowy, zajmujący niemal całą szerokość ekranu pasek na rzecz nowoczesnego, pływającego interfejsu.

W nowej odsłonie centralne miejsce zajmuje wizualizacja fali dźwiękowej, obok której umieszczono przyciski udostępniania ekranu oraz ikonę klawiatury umożliwiającą wyjście z trybu Live. W prawym górnym rogu użytkownicy znajdą natomiast przycisk napisów. Podczas nawigowania po telefonie cały interfejs Gemini Live zwija się w znacznie mniejszy niż dotychczas okrąg.


Ekran smartfona z aplikacją Google, widok na ocean w tle, na środku zestaw ikon najważniejszych aplikacji, w prawym panelu wyświetlone opcje interakcji z asystentem, takie jak tworzenie obrazów czy wyszukiwanie informacji.

Nowa odsłona funkcji Gemini Live na Androidzie9to5Google (zrzut ekranu)materiał zewnętrzny


Przemodelowano także sposób uruchamiania usługi wewnątrz samej aplikacji Gemini. Zrezygnowano z osobnego, pełnoekranowego trybu sterowania. Obecnie po aktywacji Live użytkownik pozostaje na tym samym ekranie, widząc pod spodem normalną stronę główną aplikacji. Sterowanie stało się bardziej intuicyjne - podwójne dotknięcie centralnego przycisku pozwala na szybkie wyciszenie mikrofonu, a przycisk klawiatury kończy sesję. Ważnymi nowościami są też wyświetlanie odpowiedzi w formie tekstowej na ekranie w trakcie rozmowy oraz wprowadzenie odświeżonego interfejsu dla funkcji wideo w trybie Live.

Wspomniane wyżej nowości są już widoczne w wersji beta aplikacji Google (wersja 17.3). Użytkownicy Androida, którzy nie widzą jeszcze zmian u siebie, mogą spróbować wymusić zatrzymanie aplikacji w ustawieniach systemowych. Należy jednak pamiętać, że redesign nie trafił jeszcze do stabilnego kanału dystrybucji. Zmiany te powinny stać się ogólnodostępne już wkrótce.


Archeolodzy odkryli duński okręt wojenny zatopiony 225 lat temu© 2026 Associated Press


Teufel Motiv Go 2 wygląda elegancko, a do tego posiada wielką moc

Teufel Motiv Go 2 wygląda elegancko, a do tego posiada wielką moc

Przemysław Bicki

Niemiecka marka Teufel od lat udowadnia, że świetny dźwięk może iść w parze z minimalistycznym, przemyślanym designem. Na rynek wkracza właśnie odświeżona wersja ich popularnego głośnika przenośnego - Teufel MOTIV GO 2. Poprzednik postawił poprzeczkę wysoko, jednak nowa iteracja celuje jeszcze wyżej, dodając do sprawdzonej formuły nowocześniejszą łączność, wsparcie dla aplikacji mobilnej i unikalną funkcję przesyłania dźwięku bezpośrednio przez kabel USB-C.


article cover

Recenzja Teufel MOTIV GO 2: Mały głośnik, wielkie brzmienieTeufelmateriały prasowe


Czy wyceniony na 999 zł głośnik Bluetooth ma szansę pokonać silną konkurencję w segmencie premium? Zapraszam na szczegółowy test.

Specyfikacja techniczna


Zanim przejdziemy do wrażeń z użytkowania, rzućmy okiem na to, co kryje się we wnętrzu tego stylowego urządzenia.

  • Przetworniki: 2x głośniki szerokopasmowe, 2x pasywne membrany basowe

  • Łączność bezprzewodowa: Bluetooth 5.3 z obsługą kodeka AAC

  • Łączność przewodowa: Złącze USB-C (służące do ładowania i przesyłania dźwięku)

  • Czas pracy na baterii: Do 15 godzin (w trybie Eco)

  • Klasa odporności: IPX5 (ochrona przed zachlapaniem i strugami wody)

  • Aplikacja mobilna: Teufel Go (iOS / Android)

  • Cechy dodatkowe: Technologia Dynamore, Google Fast Pair

Design i jakość wykonania


Teufel MOTIV GO 2 zachowuje to, co najlepsze w designie serii - elegancję i solidność. Konstrukcja budzi zaufanie od pierwszego wzięcia do ręki. Głośnik nie jest krzyczącą, kolorową "imprezową tubą", lecz lifestylowym elementem wyposażenia, który równie dobrze wygląda w nowocześnie urządzonym salonie, co na piknikowym kocu.

Nowością, która od razu zwraca uwagę, jest odświeżona paleta barw. Obok klasycznych wariantów Night Black (czarny) i White Silver (biało-srebrny), producent po raz pierwszy wprowadził odcień Soft Lavender (delikatna lawenda). To świetny ruch, który nadaje bryle świeżości.

Urządzenie może pochwalić się certyfikatem IPX5. W praktyce oznacza to, że głośnik bez obaw można zabrać do łazienki pod prysznic lub postawić obok zlewu w kuchni. Niespodziewany, letni deszcz na tarasie również nie zrobi na nim żadnego wrażenia.

Funkcjonalność i łączność


W tej kategorii nastąpił spory skok względem pierwszej generacji sprzętu. Na pokładzie znajdziemy teraz moduł Bluetooth 5.3, co gwarantuje natychmiastowe i wyjątkowo stabilne parowanie. Użytkowników systemu Android ucieszy obecność technologii Google Fast Pair - wystarczy zbliżyć sprzęt do smartfona, by na ekranie błyskawicznie pojawiło się powiadomienie o połączeniu.

Ogromnym, często pomijanym przez innych producentów atutem jest wielofunkcyjne złącze USB-C. Spełnia ono podwójną rolę:

  1. Błyskawicznie ładuje akumulator głośnika.

  2. Służy do przewodowego przesyłania dźwięku.


fioletowa obudowa urządzenia elektronicznego z widocznym portem USB-C, ustawiona na drewnianej powierzchni, z fragmentem otworów wentylacyjnych po prawej stronie

Głośnik MOTIV GO 2 posiada jedno proste złącze - USB-C.Przemysław BickiINTERIA.PL


To genialne rozwiązanie dla osób, które chcą podłączyć głośnik do laptopa (np. podczas oglądania filmu) i cieszyć się cyfrowym dźwiękiem całkowicie pozbawionym jakichkolwiek opóźnień. Sterowanie ułatwia nowo dodana obsługa aplikacji mobilnej Teufel Go, w której dostosujemy parametry audio bezpośrednio z poziomu telefonu, choć fizyczne przyciski na górnym panelu wciąż są dostępne i wygodne w obsłudze.

Jakość dźwięku: Dynamore robi różnicę


Teufel to firma z mocnymi, berlińskimi korzeniami audiofilskimi, co wyraźnie słychać. Pod maską zamknięto dwa przetworniki pełnopasmowe, wspomagane przez dwie pasywne membrany odpowiedzialne za niskie tony.

Bas: Jest sprężysty, kontrolowany i schodzi zaskakująco nisko jak na tak kompaktową konstrukcję. Nie ma tu jednak efektu "dudnienia" i zalewania innych pasm, co często bywa bolączką głośników konkurencji w tym rozmiarze.

Środek i góra: Wokale są krystalicznie czyste, a instrumenty wyraźnie odseparowane. Zastosowany kodek AAC świetnie radzi sobie z bezstratnym streamingiem w usługach takich jak Spotify, Apple Music czy TIDAL.

Przestrzeń (Dynamore): To prawdziwy "game changer" tego sprzętu. Autorska technologia Teufel Dynamore, aktywowana za naciśnięciem jednego przycisku, wirtualnie poszerza scenę stereofoniczną. Złudzenie obcowania z fizycznie szerzej rozstawionym zestawem stereo jest niesamowite - głośnik brzmi na dwa razy większy, niż jest w rzeczywistości.

Bateria


Producent deklaruje do 15 godzin odtwarzania muzyki w trybie oszczędzania energii (Eco). W codziennym, rzeczywistym użytkowaniu - przy głośności ustawionej na ok. 60 proc. i aktywowanej funkcji Dynamore - wynik wynosi bezpieczne 12-13 godzin. To rezultat plasujący MOTIV GO 2 w górnej części stawki urządzeń tej klasy. Pojedyncze naładowanie bez problemu wystarczy na cały weekendowy wyjazd lub długą imprezę plenerową.


fioletowy głośnik bezprzewodowy marki Teufel z siateczkową maskownicą ustawiony na jasnej powierzchni, na tle rozmytych kolorowych pasów

Teufel Motiv Go 2 wygląda elegancko w każdym miejscumateriały prasowe


Podsumowanie - dla kogo jest ten sprzęt?


Wyceniony na około 999 złotych Teufel MOTIV GO 2 to pozycjonowany w segmencie premium produkt dla świadomego słuchacza. Nie próbuje konkurować na to, kto wygeneruje najwięcej decybeli i najmocniej zatrzęsie stołem. Oferuje w zamian znacznie więcej: kulturalne, zbalansowane i zaskakująco przestrzenne brzmienie, nienaganną jakość materiałów oraz nowoczesne, praktyczne rozwiązania użytkowe.

Plusy:

  • Genialnie poszerzona scena dźwiękowa dzięki technologii Dynamore®

  • Funkcja bezstratnego przesyłania dźwięku przez złącze USB-C

  • Wsparcie dla wygodnej aplikacji Teufel Go i funkcji Google Fast Pair

  • Certyfikat odporności na zachlapania (IPX5)

  • Piękny design i nowa, przyciągająca oko kolorystyka (Soft Lavender)

Minusy:

  • Brak tradycyjnego, analogowego złącza AUX 3.5 mm (zostało całkowicie zastąpione cyfrowym USB-C)

Jak najnowsza propozycja z Berlina wypada w starciu z konkurencją z okolic 1000 złotych? Głównymi rywalami dla MOTIV GO 2 wydają się być lifestylowy Marshall Emberton II, klasyczny Bose SoundLink Mini II oraz niezwykle popularny JBL Charge 5.

Teufel wziął bardzo dobry głośnik i wyeliminował jego słabe punkty, dostosowując go do standardów drugiej połowy lat dwudziestych. Jeżeli zależy ci na przenośnym głośniku Bluetooth, który równie świetnie brzmi, co wygląda - MOTIV GO 2 jest bez wątpienia pozycją obowiązkową do rozważenia.


Miłośnicy samolotów domagają się wydzielenia specjalnego miejsca do obserwacji© 2026 Associated Press


Awantura w samolocie Ryanaira. 61-latek trafił do więzienia

Awantura w samolocie Ryanaira. 61-latek trafił do więzienia

Tomasz Wróblewski

10 miesięcy pozbawienia wolności. Taki wyrok usłyszał 61-letni Stephen Blofield za wywołanie niebezpiecznej awantury na pokładzie samolotu linii Ryanair z Krakowa do Bristolu. Pijany Brytyjczyk znieważał załogę, groził pasażerom i zmusił pilota do przerwania manewru lądowania.


Samolot Ryanair ląduje na lotnisku; w tle terminal i płyta lotniska otoczona zieloną trawą.

Za skandaliczne zachowanie na pokładzie Ryanaira 61-letni Anglik został skazany na 10 miesięcy wolności.123RF/PICSEL


Do incydentu doszło 11 listopada 2025 roku podczas lotu z Krakowa do Bristolu. Według relacji z Sądu Koronnego w Bristolu przytaczanej przez "Daily Mail", 61-latek tłumaczył, że zgubił leki na ból pleców, depresję i stany lękowe. Aby "ukoić nerwy" przed lotem pił alkohol kupiony w strefie wolnocłowej, co kontynuował po wejściu na pokład.

Z czasem mężczyzna stał się agresywny wobec personelu pokładowego i współpasażerów. Z zeznań wynika, że gdy załoga prosiła go o spokój, miał odpowiedzieć: "Nie możecie mi mówić, co mam robić, jestem Anglikiem". 

Sytuacja stała się krytyczna podczas podchodzenia do lądowania w Bristolu. Blofield stanowczo odmówił zajęcia miejsca i zapięcia pasów bezpieczeństwa. Z tego powodu pilot musiał przerwać pierwszą próbę posadzenia maszyny.

Gdy samolot w końcu wylądował, na krewkiego mężczyznę czekała policja. 61-latek nie zamierzał jednak współpracować - wyzywał funkcjonariuszy, a podczas zakuwania w kajdanki niemal uderzył osobę siedzącą obok.
Oficer policji zeznał później, że spotkał się z najgorszymi wyzwiskami w swojej 20-letniej karierze. Aby bezpiecznie ewakuować agresora, służby musiały użyć specjalnego podnośnika przeznaczonego na co dzień dla osób niepełnosprawnych. W tym czasie zszokowani pasażerowie byli uwięzieni w samolocie, wysłuchując kolejnych wulgaryzmów.

Mężczyzna przyznał się do zarzucanych mu czynów. Jego obrońca tłumaczył, że incydent był efektem głębokiego zespołu odstawiennego po utracie leków oraz panicznego strachu przed lataniem.
Sąd nie znalazł jednak usprawiedliwienia dla tak skrajnego narażenia bezpieczeństwa lotu i wymierzył bezwzględną karę 10 miesięcy więzienia.

Z zadowoleniem przyjmujemy wyrok wydany przez Sąd Koronny w Bristolu wobec agresywnego pasażera. To jeden z wielu przykładów konsekwencji takiego zachowania (w tym zakazów podróżowania i kar za usunięcie z samolotu), jakie ponoszą pasażerowie zakłócający przebieg lotów w ramach polityki zerowej tolerancji linii Ryanair. Mamy nadzieję, że ten wyrok będzie stanowił dodatkowy środek odstraszający przed zakłócaniem porządku podczas lotów

Sądy bezlitosne dla pasażerów


Sądy w Polsce i w innych europejskich krajach coraz surowiej traktują agresywnych pasażerów. Jeśli ktoś liczy, że wyczyny w samolocie uchodzą na sucho, to jest w błędzie. Wyroki więzienia, czy kary finansowe, potrafią zrujnować budżet.

Jak w praktyce kończą się lotnicze awantury?

15 tys. euro (ponad 60 tys. zł) za zakłócanie lotu. W lutym 2026 roku taką grzywną ukarano pasażera lecącego z Dublina na Lanzarote (Wyspy Kanaryjskie). Jego zachowanie zmusiło załogę do przymusowego lądowania w portugalskim Porto. Awanturnik pokrzyżował plany 160 podróżnym i 6 członkom personelu pokładowego.

Więzienie i 10 tys. euro (ponad 40 tys. zł) za napaść. W listopadzie minionego roku hiszpański sąd w Vigo skazał pasażera Ryanaira, który podczas rejsu z Londynu do Lizbony atakował inne osoby na pokładzie (maszyna musiała awaryjnie lądować w Hiszpanii). Finał: 8 miesięcy bezwzględnego pozbawienia wolności i potężna kara finansowa.

Zniszczenie samolotu i wyrok w zawieszeniu. Polskie sądy działają równie stanowczo. W czerwcu 2025 roku w Krakowie zapadł wyrok 8 miesięcy więzienia (w zawieszeniu na 3 lata) oraz 4700 euro kary (ok. 20 tys. zł) dla mężczyzny, który podczas lotu z Krakowa do Paryża ignorował polecenia załogi, atakował pasażerów i uszkodził samolot.

Awaryjne lądowanie w Rzeszowie. W połowie maja 2025 roku słono zapłacił również pasażer lecący rok wcześniej liniami Ryanair na trasie Glasgow-Kraków. Przez jego zachowanie samolot lądował awaryjnie na Podkarpaciu, skąd mężczyzna został usunięty siłą. Dostał za to grzywnę w wysokości 3230 euro (ok. 14 tys. zł).


Leasing w wersji online – jak działa nowa usługa mBanku?Content Studio


Tego nikt wcześniej nie widział. Niezwykłe zdjęcia z misji Artemis II

Załoga Artemis II przesłała niesamowite zdjęcia. Takich jeszcze nie było!

Karolina Majchrzak

Po raz pierwszy w historii ludzie oddalili się od Ziemi tak bardzo i przy okazji zajrzeli tam, gdzie jeszcze nikomu się nie udało. Załoga misji Artemis II wraca z materiałami, które pomogą nam lepiej zrozumieć naszego naturalnego satelitę, a przy okazji dzieli się spektakularnymi obrazami, wyglądającymi jak z najdroższych hollywoodzkich produkcji science fiction.


Zaćmienie Słońca oglądane z perspektywy załogi misji Artemis II

Z perspektywy załogi Księżyc wydawał się wystarczająco duży, aby zapewnić prawie 54 minuty całkowitego zaćmienia SłońcaNASA domena publiczna


Kluczowym etapem misji Artemis II był siedmiogodzinny przelot wokół Księżyca, który odbył się 6 kwietnia 2026 roku. W jego trakcie statek kosmiczny Orion znalazł się po niewidocznej stronie globu, co oznaczało całkowitą utratę łączności z Ziemią na około 40 minut, ale to właśnie wtedy astronauci wykonali też jedne z najważniejszych zdjęć. Co więcej, Reid Wiseman, Victor Glover, Christina Koch i Jeremy Hansen obserwowali powierzchnię, do której nie zbliżył się wcześniej żaden człowiek.

Czworo naszych astronautów misji Artemis II - Reid, Victor, Christina i Jeremy - zabrało ludzkość w niezwykłą podróż wokół Księżyca i przywiozło obrazy tak wyjątkowe i bogate naukowo, że będą inspirować kolejne pokolenia

Zaćmienie w kosmosie i uderzenia meteoroidów


Statek zbliżył się do Księżyca na 6545 kilometrów, by chwilę później oddalić się na rekordowe ponad 406 tysięcy kilometrów od Ziemi - dalej niż jakakolwiek załogowa misja w historii. W tym czasie załoga była świadkiem wielu unikatowych kosmicznych spektakli, w tym niemal godzinnego całkowitego zaćmienia Słońca - zjawiska obserwowanego z zupełnie innej perspektywy niż na Ziemi, a także uderzeń sześciu meteoroidów w powierzchnię Księżyca.


Księżyc z wyraźnie widocznymi kraterami w pierwszym planie oraz półksiężyc Ziemi na tle czarnej przestrzeni kosmicznej.

Zdjęcie zatytułowane "The Edge of Two Worlds"NASA domena publiczna



Widoczna powierzchnia Księżyca pokryta licznymi kraterami z jasnoniebieską Ziemią wynurzającą się zza jego krawędzi na tle czarnego kosmosu.

Zdjęcie "A New View of the Moon"NASA domena publiczna



ciemna, tajemnicza planeta po prawej stronie kadru z lekko podświetlonym konturem, na tle głębokiej czerni kosmosu z pojedynczym jasnym punktem świetlnym po lewej

Zaćmienie Słońca widoczne dla załogi misji Artemis II. Błyszczący obiekt z lewej strony to WenusNASA domena publiczna


Takie obserwacje są niezwykle rzadkie i mogą dostarczyć cennych danych o współczesnej aktywności bombardowania jego powierzchni. Dodatkowo uchwycono spektakularne obrazy Ziemi "zachodzącej" i "wschodzącej" nad krawędzią Księżyca - to widoki, które do tej pory były zarezerwowane głównie dla sond bezzałogowych.

Dlaczego niewidoczna strona Księżyca wciąż jest zagadką?


Zdjęcia wykonane podczas misji pokazują coś, co od lat intryguje naukowców. Niewidoczna strona Księżyca wygląda zupełnie inaczej niż ta zwrócona ku Ziemi, jest znacznie bardziej "poszarpana", pełna kraterów i niemal pozbawiona rozległych równin bazaltowych. Dla porównania widoczna strona to w dużej mierze gładkie, ciemne morza powstałe w wyniku dawnych erupcji wulkanicznych - po drugiej stronie takich struktur niemal nie ma.

To właśnie dlatego każdy nowy zestaw danych jest na wagę złota, a jak podkreśla NASA, załoga udokumentowała kratery, stare potoki lawy i pęknięcia powierzchni, które mogą pomóc odtworzyć geologiczną historię Księżyca.


powierzchnia Księżyca z licznymi kraterami o różnych rozmiarach, z jednym wyraźnie większym kraterem pośrodku sceny wyróżniającym się uniesioną krawędzią i centralnym wzniesieniem; tło to jaśniejsza, nierówna i kamienista powierzchnia księżycowa

Zbliżenie na krater Wawiłowa na krawędzi starszego i większego basenu Hertzsprunga wykonane przez załogę Artemis IINASA domena publiczna



powierzchnia Księżyca z licznymi kraterami i wyraźnymi strukturami geologicznymi, widoczna w półcieniu na tle czarnego nieba

Załoga misji Artemis II uchwyciła ponad dwie trzecie jego tarczy, ukazując szczegółowe struktury widocznej strony. W tym krater uderzeniowy Orientale, o średnicy ok. 965 km, który znajduje się na granicy między stroną widoczną i niewidocznąNASA domena publiczna


Najbardziej ryzykowny etap dopiero przed nimi


I choć największe emocje związane z obserwacjami są już za załogą, misja wciąż się nie zakończyła. Statek Orion jest obecnie w drodze powrotnej na Ziemię, a wodowanie zaplanowano na 11 kwietnia.

To właśnie ten etap może być najniebezpieczniejszy, wejście w atmosferę z ogromną prędkością i precyzyjne lądowanie w Oceanie Spokojnym zawsze stanowi jedno z największych wyzwań.

Artemis II to jednak dopiero początek, już teraz planowane są kolejne etapy programu, w tym Artemis III, który ma przetestować kluczowe manewry na orbicie okołoziemskiej oraz Artemis IV, zakładający załogowe lądowanie w rejonie południowego bieguna Księżyca.


Leasing w wersji online – jak działa nowa usługa mBanku?Content Studio


Polska rakieta Perun szykowana do lotu. W tym roku trzy próby

Polska rakieta Perun szykowana do lotu. W tym roku trzy próby

Dawid Długosz

Polska rakieta Perun ostatni raz poleciała z Centralnego Poligonu Sił Powietrznych w Ustce. Już wkrótce odbędzie się jej kolejny lot. Gdyńska firma SpaceForest rozpoczęła przygotowania i przy okazji poznajemy plany związane z testami rakiety Perun na najbliższe miesiące. Starty odbędą się nie tylko z Polski.


Start rakiety Perun nad wybrzeżem morza, ślad dymu, otoczenie lasu i szerokiej plaży.

Polska rakieta Perun szykowana do lotu. Jakie plany ma SpaceForest?SpaceForestmateriały prasowe


Perun to polska rakieta suborbitalna opracowana przez firmę SpaceForest. Jej ostatni lot odbył się jesienią, gdy wystrzelono ją z Centralnego Poligonu Sił Powietrznych w Ustce. Próba nie zakończyła się pełnym sukcesem. Już wkrótce konstrukcja poleci kolejny raz i obecnie trwają przygotowania do następnego testu.

SpaceForest szykuje rakietę Perun do kolejnego lotu


Gdyńska firma rozpoczęła przygotowania do kolejnej próby rakiety Perun, która odbędzie się w ramach programu Boost! finansowanego przez Europejską Agencję Kosmiczną. ESA przeznaczyła na ten projekt 2,4 mln euro (ponad 10 mln złotych).

W ramach współpracy z ESA firma SpaceForest zobligowała się do przeprowadzenia co najmniej czterech startów Peruna na wysokość 50, 80, 100 oraz 150 kilometrów, co pozwoli na określenie możliwości rakiety oraz jej parametrów w warunkach mikrograwitacji.

Obecnie trwają przygotowania do misji i jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, to następny próbny lot odbędzie się jeszcze w tym kwartale. SpaceForest rozpoczęło montaż nowej konstrukcji i ta powinna być gotowa do końca kwietnia.

Polska rakieta Perun w tym roku poleci trzy razy


SpaceForest nie zasypia gruszek w popiele i do końca 2026 r. chce zrealizować trzy próbne loty rakiety. Każdy z nich odbędzie się w innym miejscu i są to:

  • Ośrodek Atlantic Spaceport Consortium na Azorach w Portugalii

  • Centralny Poligon Sił Powietrznych w Ustce

  • Platforma morska EuroSpaceport u wybrzeży Danii


Rakieta o pomarańczowo-białym korpusie zamocowana na mobilnej platformie startowej wśród roślinności i leśnego otoczenia, techniczna infrastruktura oraz fragmenty drzew w tle.

Rakieta Perun na poligonie Sił Powietrznych w UstceSpaceForestmateriały prasowe


Gdyńska firma chce w ten sposób sprawdzić Peruna w różnych scenariuszach i udowodnić, że rakieta jest uniwersalna. Docelowo ma być kompatybilna z różnymi środowiskami startowymi. Dopełnienie formalności dla prób mających odbyć się w Danii i Portugalii nadal znajduje się na etapie finalizowania.

SpaceForest przy okazji chwali się udaną współpracą z poligonem w Ustce, gdzie ma już doświadczenie. Ostatni raz Perun poleciał z tego miejsca w listopadzie 2025 r. i wzniósł się na wysokość około 20 kilometrów, a więc nie osiągnięto założonego celu. Próba trwała 277,2 sekundy (wraz z opadaniem). Rakieta miała wynieść ładunki badawcze dostarczone przez różne podmioty.

Polska rakieta Perun to suborbitalna konstrukcja wielokrotnego użytku


SpaceForest postawiło sobie za cel opracowanie rakiety suborbitalnej wielokrotnego użytku, co pozwoli zmniejszyć koszty misji. Perun ma 11,5 metra wysokości oraz 45 sentymentów średnicy. Docelowo będzie w stanie wynosić na niską orbitę okołoziemską ładunki o masie do 50 kilogramów. Głównie w celach badawczych, co umożliwi prowadzenie eksperymentów w warunkach mikrograwitacji przez kilka minut.

Polska rakieta ma silnik SF-1000. W roli paliwa SpaceForest wykorzystało parafinę. Natomiast utleniaczem jest podtlenek azotu. Perun ma wynosić ładunki na wysokość do 150 kilometrów.


Leasing w wersji online – jak działa nowa usługa mBanku?Content Studio


Bandikhan II odkrywa swoje tajemnice. Tak żyli ludzie 3000 lat temu

Odkopali miasto sprzed 3 tys. lat. Było częścią Jedwabnego Szlaku

Karolina Majchrzak

Chińsko-uzbecki zespół archeologów dokonał niezwykłego odkrycia w południowym Uzbekistanie. W Bandikhan, jednej z kluczowych oaz wilajetu surchondaryjskiego, odnaleziono pozostałości liczącego 3000 lat miasta. Kryją one bogactwo artefaktów, pozwalając naukowcom lepiej zrozumieć rozwój osadnictwa wczesnej epoki żelaza w Azji Środkowej.


Bandikhan II, stanowisko archeologiczne w południowym Uzbekistanie (wilajet surchondaryjski)

Ukryte miasto z epoki żelaza odnalezione. Naukowcy badają starożytną BaktrięChina's Northwest Universitydomena publiczna


Co ciekawe, miejsce zostało zidentyfikowane już w 1969 roku, ale wykopaliska rozpoczęły się dopiero w 2023 roku, koncentrując się na wschodniej części ogromnego kompleksu Bandikhan II, który zajmuje aż 10 tys. metrów kwadratowych. I choć dotąd przebadano jedynie niewielki obszar, odkrycia pozwoliły zidentyfikować osadę jako część kultury Yaz, kluczowej dla starożytnej Baktrii.

Podczas prac archeolodzy odsłonili fragment wschodniego muru o trapezoidalnym przekroju, liczne konstrukcje oraz połączone ze sobą pomieszczenia, dające wgląd w codzienne życie mieszkańców. Jeden z pokojów służył do spania i zawierał niszę na lampę, której funkcję odkryto dzięki śladom wielokrotnego spalania.

Codzienne życie w epoce żelaza


Wśród odnalezionych artefaktów znalazły się również ceramiczne naczynia, w tym dzbany, misy i talerze o płaskim dnie, których kształty i zdobienia odpowiadają tym z innych stanowisk Yaz, jak Kuchuktepa czy Yaztepa. Układ miasta też wykazuje pewne podobieństwa do tych miejsc, ale Bandikhan II wyróżnia się brakiem półkolistych wież obronnych na murach.

Oprócz ceramiki odkryto narzędzia kamienne, w tym żarna, moździerze i tłuczki, co wskazuje na przetwarzanie zbóż na miejscu. Znaleziono też brązowe noże i groty strzał, a także muszle, prawdopodobnie używane w codziennym życiu lub w celach dekoracyjnych.

To dopiero początek


Dotychczasowe wykopaliska przyniosły imponujące efekty, jednak badacze planują dalsze prace. Bandikhan II, jako największe i najlepiej zachowane tego typu miejsce w oazie, wciąż skrywa wiele tajemnic, których odkrycie może rzucić więcej światła na życie starożytnych mieszkańców Jedwabnego Szlaku.

Przy okazji, w odpowiedzi na odkrycia, uruchomiono program szkoleniowy z archeologii Jedwabnego Szlaku, mający na celu ochronę i przekazywanie dziedzictwa kulturowego regionu, podkreślając znaczenie tego miejsca nie tylko dla nauki, ale także dla edukacji i kultury.


Leasing w wersji online – jak działa nowa usługa mBanku?Content Studio


Ukraina atakuje. Fregata "Admirał Makarow" trafiona, płoną zbiorniki ropy

Ukraina atakuje rosyjską bazę. W akcji nowy uzbrojony dron morski

Daniel Górecki

Ukraińskie wojska przeprowadziły skoordynowaną operację uderzeniową na rosyjskim zapleczu, łącząc atak na cele wojskowe z uderzeniem w infrastrukturę energetyczną. Według informacji przekazanych przez Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy, w porcie w Noworosyjsku uszkodzona została fregata "Admirał Makarow", czyli jedna z kluczowych jednostek rosyjskiej Floty Czarnomorskiej zdolnych do przenoszenia pocisków manewrujących Kalibr, a jednocześnie Ukraińcy zaatakowali terminale i magazyny naftowe.


Ukraińskie drony podczas ataku na fregatę „Admirał Makarow”

Ukraińskie drony uderzyły w „Admirała Makarowa” i rosyjskie terminale ropyMAGYARYouTube


Wojna w Ukrainie coraz wyraźniej przenosi się poza linię frontu, a precyzyjne uderzenia w głębi Rosji stają się nie tylko możliwe, ale i coraz bardziej dotkliwe. A wszystko w ramach szeroko zakrojonej strategii Kijowa polegającej na równoczesnym osłabianiu zdolności militarnych Kremla oraz uderzaniu w jego zaplecze ekonomiczne. Wystarczy tylko spojrzeć na ostatnie skoordynowane ataki na fregatę zdolną do przenoszenia pocisków manewrujących oraz kluczowe obiekty energetyczne w regionie.

Ukraina atakuje rosyjskie zaplecze morskie


Celem operacji była fregata projektu 11356R typu Buriewiestnik, wykorzystywana przez Rosję do przeprowadzania uderzeń dalekiego zasięgu na terytorium Ukrainy. Jak podano w oficjalnym komunikacie, w jednostkę - zidentyfikowaną jako "Admirał Makarow" - trafiły dwa drony bojowe i choć skala zniszczeń nie została jeszcze w pełni oszacowana, samo skuteczne uderzenie w chroniony port wskazuje na rosnące możliwości Kijowa w zakresie projekcji siły na dużą odległość.

Równocześnie z uderzeniem na okręt, Ukraińcy zaatakowali kluczowe obiekty energetyczne w regionie. Terminal naftowy Szeskharis, jeden z ważniejszych punktów przeładunkowych ropy nad Morzem Czarnym, doznał uszkodzeń infrastruktury portowej, w tym stanowisk załadunkowych oraz systemów rurociągowych.

Na tym jednak operacja się nie zakończyła, bo uderzenia objęły również bazę przeładunkową ropy naftowej Gruszowaja w Kraju Krasnodarskim. Według dostępnych danych trafione zostały trzy duże zbiorniki magazynowe, co mogło znacząco zakłócić funkcjonowanie całego łańcucha logistycznego obsługującego eksport ropy z tego regionu.

Jak już wspomnieliśmy, cała operacja wpisuje się w coraz wyraźniejszą strategię Ukrainy polegającą na jednoczesnym osłabianiu zdolności militarnych Rosji oraz uderzaniu w jej zaplecze ekonomiczne. Atak na jednostkę zdolną do przenoszenia pocisków manewrujących ogranicza możliwości prowadzenia ostrzałów rakietowych, podczas gdy uszkodzenia infrastruktury naftowej mogą wpływać na dochody z eksportu surowców.

I to połączenie celów nie jest przypadkowe, bo rosyjska gospodarka w dużej mierze opiera się na sprzedaży energii, a środki z tego źródła zasilają jej wysiłki wojenne. Uderzając w oba te obszary jednocześnie, Ukraina zwiększa presję na Moskwę - zarówno na poziomie operacyjnym, jak i strategicznym.

Nowa generacja ukraińskich dronów morskich


Jak zauważa serwis Defence Blog, podczas jednej z ostatnich prób ataku na Noworosyjsk, który stał się kluczowym zapleczem rosyjskiej Floty Czarnomorskiej po ograniczeniu jej działań na Krymie - mogliśmy po raz pierwszy zobaczyć też nieznany wcześniej wariant ukraińskiego drona nawodnego, wyposażony w zdalnie sterowane stanowisko karabinu maszynowego.

Nagrania publikowane przez rosyjskie kanały rozpoznawcze pokazują zaś, że jednostka była częścią większej fali dronów zmierzających w stronę portu. Już wcześniej widzieliśmy podobne próby zwiększenia przeżywalności bezzałogowców, bo zamontowany na kadłubie karabin maszynowy może pełnić funkcję aktywnej obrony.

W praktyce oznacza to zdolność do zwalczania dronów rozpoznawczych przeciwnika lub innych nisko lecących zagrożeń, które do tej pory stanowiły jedno z największych wyzwań dla takich konstrukcji. 

Jednocześnie jednostka nadal pełni funkcję uderzeniową, co potwierdzają obecność systemów nawigacji satelitarnej oraz silna eksplozja wtórna po trafieniu - ten konkretny dron nie zdołał osiągnąć celu i został przechwycony przez amunicję krążącą Lancet jeszcze przed wejściem do portu.


Miłośnicy samolotów domagają się wydzielenia specjalnego miejsca do obserwacji© 2026 Associated Press


Ukryte procesy w oceanie ujawnione. Wykryto nieznane dotąd sygnały

Ukryte procesy w oceanie ujawnione. Wykryto nieznane dotąd sygnały

Paula Drechsler

W głębinach oceanu zachodzą procesy, których dotąd nie potrafiliśmy dostrzec. Nowa metoda pozwoliła naukowcom wychwycić te subtelne sygnały ukryte w wodzie. To dopiero początek odkryć, które mogą zmienić nasze rozumienie oceanów, a także wyznaczyć nowe możliwości badawcze nawet poza Ziemią.


Formacje skalne z glonami na dnie oceanu otoczone niebieską wodą i rozproszonym światłem z powierzchni.

Naukowcy opracowali nową metodę, która pozwoliła odkryć ukryte procesy w oceanach.raulmellado123RF/PICSEL


Ukryte procesy w oceanach. Zebrali i przeanalizowali dane


Zespół badawczy pod kierownictwem Szkoły Nauk o Morzu, Atmosferze i Ziemi Rosenstiel przy Uniwersytecie w Miami zastosował opracowaną przez siebie nową metodę wykrywania ukrytych procesów w oceanach.

Badania prowadzone były m.in. w tropikalnej części północnego Oceanu Spokojnego, gdzie rozmieszczono autonomiczne boje, które rejestrowały dane. Informacje te następnie przetwarzano z wykorzystaniem nowego podejścia.

Nowa metoda ujawniła dotychczas nierozpoznane sygnały


Dzięki nowej metodzie zespół zidentyfikował dotychczas nierozpoznane sygnały w wodzie. Sposób polega na innowacyjnym podejściu do analizy danych zbieranych przez sensory na autonomicznych bojach oceanicznych. Co ok. 10 dni urządzenia te rejestrowały różne parametry, a połączenie zebranych przez nie informacji z nowym modelem biochemicznym pozwoliło na świeże ustalenia odnośnie do ukrytych wcześniej procesów.

Jak wskazują badacze, nowy sposób badań umożliwił detekcję subtelnych śladów chemicznych w wodzie, ujawniając, że obieg azotu w obszarach oceanu o bardzo niskiej zawartości tlenu jest znacznie bardziej dynamiczny, niż wcześniej sądzono. Nie jest on ani stały ani jednolity, a reaguje na zmienne warunki środowiskowe i aktywność mikroorganizmów. Ma to ogromne znaczenie, ponieważ w takich strefach o niskiej zawartości tlenu azot bywa przez nie przekształcany w formy, które "uciekają" do atmosfery, trwale usuwając ten pierwiastek z oceanu.

- Nasze nowe podejście pozwala nam wydobyć znacznie więcej informacji z istniejących zbiorów danych. Dzięki identyfikacji kluczowych związków pośrednich możemy teraz powiązać obserwowaną zmienność chemiczną z podstawowymi procesami mikrobiologicznymi i zmianami środowiskowymi - powiedziała główna autorka badania, adiunktka Mariana Bif z Rosenstiel.

Lepsze zrozumienie roli oceanów na Ziemi i szansa na badania poza nią


Nowa metoda jest szczególnie cenna, bo opiera się na pomiarach optycznych, niewymagających odczynników chemicznych, co czyni ją idealną dla autonomicznych sensorów i potencjalnie użyteczną nie tylko w oceanach Ziemi, ale także w innych środowiskach wodnych - a nawet w badaniach planetarnych.

- Zrozumienie, kiedy i gdzie dochodzi do utraty azotu, ma kluczowe znaczenie, ponieważ proces ten wpływa na produktywność oceanów, globalny obieg węgla, a nawet równowagę gazów cieplarnianych w atmosferze - zaznaczyła Bif.

Wyniki nowych badań opublikowano w czasopiśmie Communications Earth & Environment.


Najstarsze nagranie śpiewu wieloryba może pomóc w rozwikłaniu tajemnic oceanu© 2026 Associated Press


Jest nas 8,3 miliarda. Populacja Ziemi przekroczyła możliwości planety

Jest nas 8,3 miliarda. Populacja Ziemi przekroczyła możliwości planety

Karol Kubak

Ziemia ma swoje granice i wygląda na to, że właśnie je przekroczyliśmy. Nowe badania pokazują, że przy obecnym stylu życia ludzi jest już po prostu za dużo, aby planeta mogła nas utrzymać w dłuższej perspektywie. Problem nie dotyczy dalekiej przyszłości.


Tłum ludzi na przejściu dla pieszych w mieście, widoczny różnorodny ubiór przechodniów.

Ziemia nie daje rady. Naukowcy alarmują o liczbie ludzi123RF.com123RF/PICSEL


Ponad 8 miliardów ludzi. Tyle mamy obecnie ludzi na Ziemi. No dobrze, dokładniej jest nas 8,3 miliarda, ale nawet zaokrąglając w dół i tak według nowych badań to już za dużo, by planeta mogła nas utrzymać w sposób stabilny. Modele naukowców pokazują, że żyjemy ponad możliwościami Ziemi, zużywając zasoby szybciej, niż natura jest w stanie je odtworzyć.

Zespół kierowany przez prof. Coreya Bradshawa z australijskiego Flinders University przeanalizował ponad 200 lat danych demograficznych. Skoncentrowali się na "pojemności środowiska", czyli maksymalnej liczby ludzi, jaką Ziemia może utrzymać na dłuższą metę, biorąc pod uwagę dostępne zasoby i tempo ich odnawiania.

Ilu ludzi może utrzymać Ziemia? Liczby są zaskakujące


Badacze rozróżniają dwa poziomy. Maksymalny, czyli absolutny limit, oraz optymalny, tj. taki, który zapewnia ludziom przyzwoite warunki życia. Ten drugi jest znacznie niższy. Według ich wyliczeń wynosi około 2,5 miliarda ludzi. Dla porównania dziś jest nas ponad trzy razy więcej.

Ziemia nie nadąża za sposobem, w jaki wykorzystujemy zasoby. Nie jest w stanie sprostać nawet dzisiejszemu zapotrzebowaniu bez poważnych zmian. Nasze wyniki pokazują, że naciskamy na planetę bardziej, niż jest w stanie wytrzymać.

Co ciekawe, gwałtowny wzrost populacji nie byłby możliwy bez paliw kopalnych. To one pozwoliły zwiększyć produkcję żywności i energii, sztucznie "podnosząc" możliwości planety. Problem w tym, że to rozwiązanie krótkoterminowe.

Paliwa kopalne i złudzenie nieskończonego wzrostu


Badacze zauważają, że współczesna gospodarka opiera się na założeniu ciągłego wzrostu. Tymczasem Ziemia ma swoje granice.

- Dzisiejsze gospodarki, oparte na nieprzerwanym wzroście, najwyraźniej nie uwzględniają ograniczeń regeneracyjnych związanych z rosnącą populacją, ponieważ paliwa kopalne sztucznie wypełniają tę lukę - piszą autorzy badania.

Choć tempo wzrostu ludności spada od lat 60., liczba ludzi wciąż rośnie. Naukowcy przewidują, że osiągnie szczyt na poziomie około 12 miliardów w drugiej połowie XXI wieku. To jednak poziom daleki od bezpiecznego.

- Systemy podtrzymujące życie na planecie są już przeciążone i bez szybkich zmian w sposobie wykorzystania energii, ziemi i żywności miliardy ludzi staną w obliczu rosnącej niestabilności - ostrzega Bradshaw.

Problem w tym, że wcale nie mówimy o dalekiej przyszłości. Autorzy podkreślają, że te procesy już się dzieją. Zmiany klimatu, niedobory wody czy spadek liczebności zwierząt to sygnały, że granice zostały przekroczone.

I choć przekaz jest dla nas ewidentnym ostrzeżeniem, to oczywiście nie chodzi o nagłe załamanie, armagedon itp. Tak, jest jeszcze czas na reakcję.


Czy ultradźwięki mogą uratować jeże przed śmiercią na drogach?© 2026 Associated Press


Dziesiątki ukrytych strumieni gwiazd. Odkryto je w naszej galaktyce

Dziesiątki ukrytych strumieni gwiazd. Odkryto je w naszej galaktyce

Dawid Długosz

Droga Mleczna ma setki milionów gwiazd i odkrycie oraz identyfikacja ich wszystkich jest wręcz niemożliwa. Astronomowie dostrzegli coś nowego. To ukryte strumienie gwiazd, które znajdują się na obrzeżach galaktyki. Sugeruje się, że Droga Mleczna może mieć dziesiątki tego typu struktur.


Droga Mleczna na tle czerni kosmosu; widoczne ramiona spiralne i centrum galaktyki z ciemnymi smugami pyłu.

Droga Mleczna ma dziesiątki ukrytych strumieni gwiazd. Gdzie się znajdują?RubinObs/NOIRLab/SLAC/NSF/DOE/AURA/J. daSilva, M. Zamanimateriał zewnętrzny


Droga Mleczna to galaktyka spiralna mająca około 13 mld lat i w niej jest całe mnóstwo gwiazd. Część z nich tworzy większe struktury nazywane strumieniami. Okazuje się, że na obrzeżach naszego zakątku wszechświata może ich być całkiem sporo. Skąd to wiemy?

Czy są strumienie gwiazd na obrzeżach naszej galaktyki?


Zacznijmy od tego, czym są wspomniane strumienie gwiazd? To łukowate pasma, które powstają, gdy zwarte gromady gwiazd przemieszczają się przez pole grawitacyjne galaktyki. Przypomina to poniekąd ciągnące się wstęgi.

To jak jazda na rowerze z workiem z piaskiem, tyle że w worku jest dziura. Te ziarenka piasku są jak gwiazdy pozostawione na swojej trajektorii

Droga Mleczna zawiera takie struktury i około 20 z nich udało się zidentyfikować w danych zebranych m.in. w ramach misji Gaia Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA). Nierzadko przypadkowo i próbka była zbyt mała, aby naukowcy mogli wyciągnąć daleko idące wnioski.

Uczeni kierowani przez Yingtiana "Billa" Chena z Uniwersytetu Michigan postanowili dokładniej zgłębić to zagadnienie. W tym celu wykorzystano zaawansowane modele komputerowe oraz dotychczasowe dane. W ten sposób udało się zidentyfikować aż 87 kandydatów na strumienie gwiazd związanych z gromadami kulistymi.

Odkryte struktury znajdują się na obrzeżach Drogi Mlecznej, a więc w miejscu odpowiadającym dotychczasowej wiedzy o tych strukturach.

Okazuje się, że o wiele łatwiej jest znaleźć obiekty, mając teoretyczne oczekiwania co do tego, czego się szuka, i dysponując prostym obrazem fenomenologicznym

Przy okazji badania wykazały pewne rozbieżności na temat teorii strumieni gwiazd. Pewne struktury były krótsze czy szersze. Były też takie, które nie pokrywały się z orbitami swoich macierzystych gromad. Uczeni dodają jednak, że nie wszyscy kandydaci do takich obiektów muszą pokrywać się z rzeczywistością. Co nie zmienia faktu, że dzięki temu znacznie lepiej poznamy ta tajemnicze struktury i nauczymy się je lepiej identyfikować.


Miłośnicy samolotów domagają się wydzielenia specjalnego miejsca do obserwacji© 2026 Associated Press


Naukowcy odkryli, jak powstał najpotężniejszy prąd oceaniczny

Naukowcy odkryli, jak powstał najpotężniejszy prąd oceaniczny

Karol Kubak

To nie rzeka i nie pojedynczy ocean, ale gigantyczny wir wody oplatający Antarktydę. Naukowcy właśnie odtworzyli jego początki i pokazali, że narodziny najpotężniejszego prądu na Ziemi były ściśle związane z ruchem kontynentów, wiatrem i jednym z największych zwrotów klimatycznych w historii planety.


Antarktyda otoczona oceanami, z podwodnymi liniami tektonicznymi w kolorach na czarnym tle.

Antarktyczny Prąd Okołobiegunowy Instytut Alfreda Wegenera / Hanna Knahl, Patrick Scholzmateriały prasowe


Transportuje więcej wody niż wszystkie rzeki świata razem wzięte. Naukowcy właśnie ustalili, skąd wziął się Antarktyczny Prąd Okołobiegunowy (Prąd Wiatrów Zachodnich, w starszych podręcznikach do geografii znajdziecie też pod nazwą Dryf Wiatrów Zachodnich), najpotężniejszy prąd na Ziemi. Ale żeby go lepiej poznać, zabiorę was najpierw kilkadziesiąt milionów lat wstecz.

Początek wielkiego wiru wokół Antarktydy


Historia zaczyna się około 34 milionów lat temu, gdy klimat Ziemi przeszedł gwałtowną zmianę. Planeta wychłodziła się, bieguny zaczęły pokrywać się lodem. W tym samym czasie zmieniała się geografia. Australia i Ameryka Południowa oddalały się od Antarktydy, otwierając nowe drogi dla wód oceanicznych.

Zespół badaczy pod kierunkiem dr Hanny Knahl z Alfred Wegener Institute postanowił sprawdzić, jak dokładnie powstał ten prąd. Wykorzystano zaawansowane symulacje klimatyczne, odtwarzając układ kontynentów sprzed 33,5 miliona lat. Co ważne, modele połączyły atmosferę, ocean i ląd z pokrywą lodową Antarktydy. To podejście jest jednym z najbardziej wymagających w nauce o klimacie.

- Aby przewidzieć możliwy przyszły klimat, konieczne jest spojrzenie w przeszłość z wykorzystaniem symulacji i danych, aby zrozumieć naszą planetę w cieplejszych i bogatszych w dwutlenek węgla warunkach niż dziś. Ale uwaga - klimatu przeszłości nie można przełożyć jeden do jednego na przyszłość. Nasze badanie pokazuje, że prąd okołobiegunowy w swojej "młodości" wpływał na klimat zupełnie inaczej niż dzisiejszy, w pełni rozwinięty system - tłumaczy dr Knahl.


Mapa prądów morskich

Mapa prądów morskichPopadius/Szczureq/Wikimedia Commonsdomena publiczna


Wiatr uruchomił ocean


Symulacje pokazały, że dopiero gdy Australia odsunęła się wystarczająco daleko od Antarktydy, silne wiatry zachodnie mogły swobodnie przepływać przez tzw. Bramę Tasmańską - morskie przejście między kontynentami.

Istniały już wskazówki, że wiatr w rejonie Bramy Tasmańskiej odgrywał ważną rolę w powstawaniu prądu. Nasze symulacje jasno to potwierdzają. Tylko wtedy, gdy Australia oddaliła się bardziej od Antarktydy, a silne wiatry zachodnie zaczęły wiać bezpośrednio przez to przejście, prąd mógł w pełni się rozwinąć.

Co ciekawe, ówczesny ocean wokół Antarktydy nie był jednolity. Modele sugerują, że jego część pacyficzna pozostawała spokojna, podczas gdy w rejonach Atlantyku i Oceanu Indyjskiego prąd był już silny.


Co wiesz o wnętrzu Ziemi?

Wnętrze Ziemi

Dlaczego to odkrycie ma znaczenie dziś?


No dobrze, ale Antarktyczny Prąd Okołobiegunowy jest daleko od nas. Po co nam to do szczęścia potrzebne, skoro mamy bliższe, nawet te środowiskowe problemy bliżej nas?Nowe wyniki pokazują coś więcej niż tylko historię jednego, oddalonego od Europy prądu. Antarktyczny system cyrkulacji odegrał ogromną rolę w pochłanianiu dwutlenku węgla przez oceany, co przyczyniło się do ochłodzenia klimatu i rozpoczęcia epoki lodowej, która (uwzględniając obecny interglacjał) trwa do dziś.

To zrozumienie ma kluczowe znaczenie, ponieważ powstanie tego prądu silnie napędzało pochłanianie węgla przez ocean. Zmniejszenie stężenia gazów cieplarnianych w atmosferze mogło zapoczątkować chłodniejszy klimat tzw. kenozoicznej epoki lodowej, która trwa do dziś.

Dzięki takim badaniom możemy lepiej zrozumieć, jak oceany reagują na zmiany klimatu. A to dziś jedna z najważniejszych zagadek naszej planety.

Źródło: Instytut Alfreda Wegenera
Publikacja: Configuration of circum-Antarctic circulation at the last green- to icehouse climate transition, Proceedings of the National Academy of Sciences (2026). DOI: 10.1073/pnas.2520064123


''Wydarzenia'': Nowy rozdział podboju kosmosu z Artemis 2. Czekano na to 58 latPolsat NewsPolsat News


Alvernia Planet koło Krakowa otwiera największe kino 360° w Europie

Paula Drechsler

Alvernia Planet to niezwykły kompleks kilkunastu kopuł połączonych szklanymi korytarzami, który jest dobrze widoczny z A4. Centrum rozrywki właśnie wzbogaciło się o nową atrakcję - powstało tu największe w Europie kino 360°. Spółka ogłosiła już, kiedy odbędzie się pierwszy seans. Co zostanie pokazane, ile kosztują bilety i jak dojechać do kompleksu?


Kompleks kopuł Alvernia Planet przy autostradzie A4, otoczony zielenią i parkingami, widok z lotu ptaka.

Przy autostradzie A4 na trasie Kraków-Katowice znajduje się kompleks kopuł. Powstało tam największe kino 360° w Europie.Autorstwa Alvernia2013 - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/Wikimedia Commons



W skrócie

  • Alvernia Planet w Nieporazie otwiera największe w Europie kino 360° w jednej z kopuł kompleksu widocznego z autostrady A4.

  • Pierwszy seans odbędzie się 18 kwietnia 2026 roku.

  • Do kompleksu można dojechać samochodem lub pociągiem do Krzeszowic i taksówką; na miejscu znajduje się ponad 300 miejsc parkingowych.

  • Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu

Kompleks widoczny z A4. W kopułach powstało coś wyjątkowego


Jadąc autostradą A4 przez woj. małopolskie, trudno nie zwrócić uwagi na niezwykły kompleks, który jest dobrze widoczny z trasy. To zbiór charakterystycznych kopuł, które mogą przywodzić na myśl specjalistyczne laboratoria, ośrodki badawcze lub miejsca testowania tajnych technologii. Ten intrygujący widok to Alvernia Planet - unikalne centrum rozrywki i nowoczesnych doświadczeń audiowizualnych.

To właśnie w tym niezwykłym obiekcie powstało teraz wyjątkowe nie tylko w skali Polski, ale i największe w Europie kino 360°. Przestrzeń ta oferuje widzom zupełnie nowy wymiar odbioru filmów. To 15 m wysokości kopuły, 2000 m² powierzchni kopuły i 48 m średnicy przestrzeni. Już niedługo odbędzie się pierwszy seans, który zapowiada się jako spektakularne wydarzenie, które może przyciągnąć zarówno miłośników nowych technologii, jak i osoby szukające niecodziennych wrażeń.

- Kino 360° to największe kino tego typu w Europie i skaluje pokaz do poziomu, którego nie da się osiągnąć w tradycyjnej sali - czytamy na stronie Alvernia Planet.

Alvernia Planet otwiera Kino 360°. Największe w Europie


Kompleks 13 kopuł powstał w latach 2000-2002. Alvernia Planet to "unikalny w skali świata kompleks kopuł filmowych i centrum wydarzeń. Alvernia Planet łączy świat filmu, technologii i edukacji. Nasze kopuły goszczą eventy, produkcje filmowe i immersyjne atrakcje dla odwiedzających", czytamy na stronie kompleksu. Teraz do oferty dołącza nowoczesne kino. Pierwszy seans w Kinie 360° odbędzie się już 18 kwietnia 2026 r. Pokazany zostanie film One Step Beyond: A Journey to Mars. Produkcja została stworzona specjalnie do projekcji w kopułach, otaczając oglądającego obrazem wypełniającym całe pole widzenia i wciągając w przestrzeń dźwięków.

- Premierowy pokaz otwiera Kino 360° formatem, który ma działać skalą, przestrzenią i pełnym zanurzeniem, a nie zwykłym ekranem w sali - podaje Alvernia Planet.

One Step Beyond to historia o przyszłości podróży kosmicznych i szlaku prowadzącym poza Księżyc. Narratorem jest Richard Armitage, a historia jest przedstawiona także z perspektywy maskotki astronauty.

Kino 360° w Alvernia Planet. Ceny biletów i dojazd


Według informacji udostępnionych na stronie Alvernia Planet bilet normalny na seans w Kinie 360° to koszt rzędu 49 zł, natomiast bilet ulgowy kosztuje 39 zł. Podczas rezerwacji biletu można wybrać odpowiednią datę i godzinę seansu.

W kopułach mieści się również zakulisowa ścieżka przez plany zdjęciowe, gdzie na ośmiu etapach można zobaczyć m.in. rekwizyty oraz technologię wykorzystywaną w produkcjach filmowych. W Alvernia Planet prezentowane są co jakiś czas także wystawy tematyczne i organizowane wydarzenia.

Alvernia Planet znajduje się w miejscowości Nieporaz, w gminie Alwernia, w woj. małopolskim. Kompleks kopuł mieści się przy ul. Ferdynanda Wspaniałego 1. Dojazd do kompleksu jest możliwy autem, da się też dojechać pociągiem do Krzeszowic i następnie taksówką. Alvernia Planet leży ok. 25 km z Krakowa, ok. 47 z Katowic, z Warszawy to już ok. 330 km. Przy obiekcie znajduje się ponad 300 miejsc parkingowych.


Makabryczna wystawa przyciąga tłumy zwiedzających. Jej bohaterami są… seryjni mordercy© 2026 Associated Press


Ukryty wymiar przemocy w USA. Miliony ludzi myślą o użyciu broni

Badanie: 19 mln Amerykanów myślało o użyciu broni przeciwko innym

Karolina Majchrzak

Dane z najnowszego badania ogólnokrajowego pokazują, że przemoc z użyciem broni palnej w Stanach Zjednoczonych to nie tylko statystyki dotyczące ofiar, ale także miliony osób, które przynajmniej raz w życiu poważnie rozważały użycie broni palnej przeciwko drugiemu człowiekowi.


Mężczyzna ukrywający pistolet za paskiem spodni i koszulą

"Niewidzialna grupa ryzyka". Aż 19 mln Amerykanów myślało o użyciu broni przeciwko drugiej osobie123RF/PICSEL


Analiza przeprowadzona przez naukowców z University of Michigan wskazuje, że aż 7,3 proc. dorosłych Amerykanów, czyli ponad 19 mln osób, miało w swoim życiu myśli o postrzeleniu kogoś. Co więcej, 3,3 proc. deklaruje, że takie rozważania pojawiły się w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

Skala problemu większa, niż sądzono


To liczby, które wyraźnie rozszerzają dotychczasowe spojrzenie na problem przemocy z użyciem broni. Do tej pory badania skupiały się głównie na faktycznych incydentach, tymczasem nowe dane pokazują, że istnieje ogromna, w dużej mierze "niewidzialna" grupa ryzyka.

A skala realnej przemocy pozostaje ogromna, w 2023 roku odnotowano ponad 116 tys. przypadków napaści z użyciem broni wymagających interwencji medycznej oraz ponad 16 tys. zabójstw. Rok później liczby również pozostawały dramatyczne, dziesiątki tysięcy ofiar i setki rannych dziennie.

Cienka granica od myśli do działania


Badanie pokazuje, że w części przypadków rozważania nie kończą się wyłącznie na poziomie teoretycznym, bo 1,6 proc. respondentów przyznało, że rozważało zdobycie broni w celu postrzelenia kogoś, a 0,6 proc. deklaruje, że zabrało broń w konkretne miejsce z takim zamiarem. To oznacza, że mówimy nie tylko o impulsach czy chwilowych fantazjach, ale o sytuacjach, w których pojawia się element planowania.

Jednocześnie istnieją też sygnały ostrzegawcze, które mogą stanowić punkt wyjścia do interwencji. Około 1,5 proc. badanych przyznało, że powiedziało komuś o swoich myślach, a część - choć niewielka - zdecydowała się nawet oddać broń do przechowania w czasie kryzysu.

Kogo dotyczą takie myśli?


Profil osób częściej zgłaszających tego typu rozważania jest zaskakująco spójny z tym, co wiadomo o sprawcach przemocy - częściej są to osoby młodsze, mężczyźni, mieszkańcy miast i osoby z niższym poziomem wykształcenia.

Co jednak ciekawe, posiadanie broni - które wydaje się automatycznie czynnikiem ryzyka - nie zwiększało istotnie prawdopodobieństwa takich myśli. To sugeruje, że problem ma głębsze podłoże społeczne i psychologiczne i nie sprowadza się wyłącznie do dostępu do broni. Najczęściej wskazywanym celem był zaś "wróg", tj. pojęcie szerokie i niejednoznaczne, obejmujące ponad połowę odpowiedzi.

Na kolejnych miejscach pojawiali się nieznajomi w sytuacjach konfliktowych, urzędnicy państwowi, partnerzy lub byli partnerzy, członkowie rodziny i współpracownicy. Część wskazań - zwłaszcza dotyczących przedstawicieli władz czy służb - może sugerować obecność motywacji politycznych lub ideologicznych, pomimo że w badaniu nie było widać wyraźnego związku z dochodami czy przynależnością polityczną.

Problem, którego nie widać


Autorzy badania podkreślają, że osoby rozważające użycie broni tworzą słabo rozpoznaną, ale potencjalnie kluczową grupę w kontekście prewencji przemocy, zwłaszcza że ich profil demograficzny pokrywa się z czynnikami ryzyka faktycznych incydentów z użyciem broni.

Jednym z najciekawszych wniosków płynących z badania jest jednak zdaniem naukowców to, że miliony osób dzielą się swoimi myślami z innymi. To potencjalnie kluczowy moment, w którym możliwa jest reakcja - zarówno ze strony bliskich, jak i systemu. W tym kontekście badacze wskazują na znaczenie przepisów typu "red flag", które pozwalają na czasowe odebranie broni osobom uznanym za potencjalnie niebezpieczne.

Jednocześnie podkreślają, że skuteczna prewencja wymaga czegoś więcej niż regulacji prawnych. Kluczowe jest lepsze zrozumienie czynników psychologicznych, społecznych i kontekstowych oraz współpraca wielu środowisk, od systemu ochrony zdrowia po instytucje publiczne.


Miłośnicy samolotów domagają się wydzielenia specjalnego miejsca do obserwacji© 2026 Associated Press


❌