Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 13 czerwca 2026 GeekWeek w INTERIA.PL – technologie, nauka, lifestyle i podróże

240 ton na 240 m. Ten dźwig może przyspieszyć rozwój energetyki wiatrowej

Gigant dla farm wiatrowych. Ten dźwig podnosi 240 ton na wysokość wieżowca

Daniel Górecki

Wbrew temu, co twierdzi Donald Trump, energetyka wiatrowa nieustannie rośnie w siłę, a wraz z nią rosną także same turbiny. Nowoczesne konstrukcje są coraz wyższe, mają większe wirniki i potrafią generować znacznie więcej energii niż ich poprzednicy. Problem w tym, że montaż takich kolosów staje się coraz trudniejszy - chińska firma Zoomlion twierdzi jednak, że znalazła rozwiązanie tego problemu.


Największy dźwig świata. Chińczycy z Zoomlion pokazali kolosa do turbin wiatrowych

Turbiny rosną, więc powstał ten potwór. Nowy dźwig podnosi 240 ton na wysokość 241 m Zoomlionmateriały prasowe


Przedsiębiorstwo zaprezentowało właśnie dźwig wieżowy LW3600-240NB, który określa mianem największego i najwyższego dźwigu przeznaczonego do budowy lądowych farm wiatrowych na świecie. Nowa maszyna robi wrażenie już samymi parametrami. Dźwig może podnosić ładunki o masie do 240 ton i pracować na wysokości przekraczającej 241 metrów. To więcej niż wysokość drapaczy chmur.

Dźwig wyższy niż niejeden wieżowiec


Dla lepszego zobrazowania skali wystarczy wspomnieć, że urządzenie jest w stanie unieść ciężar odpowiadający około 200 samochodom osobowym na wysokość porównywalną z 80-piętrowym budynkiem. Takie możliwości są niezbędne, ponieważ najnowsze turbiny wiatrowe osiągają wysokość przekraczającą 200 metrów, a ich gondole i elementy wież ważą setki ton.

Turbiny rosną, więc dźwigi też muszą


Producenci elektrowni wiatrowych od lat zwiększają rozmiary turbin, ponieważ większe konstrukcje pozwalają pozyskiwać więcej energii przy mniejszej liczbie instalacji. To poprawia opłacalność inwestycji i zwiększa wydajność farm wiatrowych.

Transport oraz montaż takich gigantów jest jednak coraz trudniejszy. Tradycyjne dźwigi gąsienicowe często wymagają ogromnych placów montażowych, kosztownego przygotowania terenu i długiego czasu instalacji. Zoomlion przekonuje, że jego nowa konstrukcja ma ograniczyć te problemy.

Zaprojektowany do ekstremalnych warunków


Praca na wysokości ponad 200 metrów oznacza konieczność zmierzenia się z silnymi podmuchami wiatru oraz ogromnymi obciążeniami działającymi na konstrukcję. Dlatego chiński dźwig wyposażono w specjalne elementy wzmacniające, zaawansowane systemy stabilizacji oraz inteligentny układ cyfrowego monitorowania pracy. Producent twierdzi, że maszyna może bezpiecznie funkcjonować nawet przy wietrze osiągającym 10 stopni w skali Beauforta.

Co ciekawe, Zoomlion nie chce sprzedawać nowego dźwigu jako pojedynczej maszyny. Firma planuje stworzenie całego ekosystemu urządzeń współpracujących przy budowie farm wiatrowych, przypominającego linię produkcyjną dla energetyki odnawialnej. Wraz ze wzrostem rozmiarów turbin coraz ważniejsza staje się bowiem nie tylko siła podnoszenia, ale także szybkość montażu.


Lek na raka jajnika daje nadzieję na dłuższe i lepsze życie© 2026 Associated Press


Papież wracał królewskim odrzutowcem. Falcon 900B, co to za samolot?

Papież wracał królewskim odrzutowcem. Falcon 900B, co to za samolot?

Karol Kubak

Awaria samolotu przygotowanego dla papieża Leona XIV sprawiła, że jego powrót z Teneryfy do Rzymu przebiegł zupełnie inaczej niż planowano. Zamiast Airbusa A320 Ojciec Święty poleciał królewskim odrzutowcem Falcon 900B. To maszyna, z której korzystają rządy, wojskowi i głowy państw na całym świecie.


Król Hiszpanii Filip VI i papież Leon XIV ściskają dłonie przy wejściu do samolotu Falcon 900B.

Królewski Falcon zamiast Airbusa. Tak wracał papież Leon XIVASSOCIATED PRESSEast News


Lot powrotny papieża Leona XIV z Hiszpanii do Rzymu miał przebiegać zgodnie z dobrze znanym scenariuszem. Na lotnisku na Teneryfie czekał Airbus A320 linii Iberia, którym głowa kościoła katolickiego miała wrócić do Włoch po siedmiodniowej podróży. Tuż przed startem wydarzyło się jednak coś, czego uczestnicy papieskich podróży wcześniej nie doświadczyli. Problemy techniczne zmusiły papieża do opuszczenia samolotu. Ostatecznie do Rzymu wrócił inną maszyną. Odrzutowcem udostępnionym przez króla Filipa VI.


Pasażerowie schodzący po schodach z samolotu linii Iberia, który stoi na płycie lotniska w otoczeniu palm i zabudowań.

Po awarii papież oraz dziennikarze opuścili samolot, którym mieli wracać do Rzymu.Stefano RELLANDINI/AFPEast News


Według relacji obecnych na pokładzie dziennikarzy samolot był już gotowy do kołowania, gdy pojawiły się kłopoty techniczne. Załoga próbowała rozwiązać problem, jednak szybko stało się jasne, że maszyna nie odleci zgodnie z planem. Watykan poinformował w komunikacie, że Leon XIV wróci do Rzymu samolotem należącym do hiszpańskiej rodziny królewskiej.

Dla mediów była to wyjątkowa sytuacja. Papieskie konferencje prasowe organizowane podczas lotów powrotnych od lat należą do istotnych punktów zagranicznych podróży. Tym razem zamiast rozmowy z papieżem dziennikarze obserwowali start zupełnie innej maszyny.


Samolot pasażerski wznoszący się nad pasem startowym na tle zabudowań oraz zielonych wzgórz.

Papież Leon XIV odleciał z Hiszpanii na pokładzie Dassault Falcon 900BSIMONE RISOLUTI/AFPEast News


Falcon 900B to biznesowy odrzutowiec o dalekim zasięgu


Samolotem, którym Leon XIV wrócił do Rzymu, był Dassault Falcon 900B. To trójsilnikowy odrzutowiec biznesowy produkowany przez francuską firmę Dassault Aviation. Model pojawił się na rynku w latach 80., a wersja 900B została opracowana jako rozwinięcie wcześniejszych odmian.

Maszyna ma około 20 metrów długości i może przewozić kilkanaście osób w bardzo komfortowych warunkach. Jej największą zaletą jest duży zasięg przekraczający 7 tysięcy kilometrów. Dzięki temu Falcon 900B potrafi wykonywać długie loty bez międzylądowania. Trzy silniki zwiększają także bezpieczeństwo podczas rejsów nad oceanami i słabiej zaludnionymi obszarami.


Tłum osób zgromadzonych wokół schodów prowadzących do wejścia na pokład samolotu rządowego z napisem 'Reino de España'; mężczyzna ubrany na biało wchodzi na pokład, a wokół stoją funkcjonariusze ochrony i oficjele.

Papież Leon XIV wsiada do Falcona 900BEloísa Pérez / ACFI/Associated PressEast News



Duchowny w białej sutannie i pektorale siedzi w luksusowej kabinie samolotu przy oknie, z rękoma opartymi na podłokietnikach fotela.

Leon XIV na pokładzie Falcona 900BSIMONE RISOLUTI/AFP/Vatican MediaEast News


To właśnie dlatego samoloty tej rodziny są chętnie wykorzystywane przez rządy, wojsko i głowy państw. Łączą osiągi dużych odrzutowców z elastycznością mniejszych maszyn biznesowych.

A320 dla dziennikarzy


Pierwotnie papież miał wrócić Airbusem A320. To jeden z najpopularniejszych samolotów pasażerskich świata, obecny na rynku od końca lat 80. Maszyny tej rodziny przewożą zwykle od około 150 do ponad 180 pasażerów i są podstawą flot wielu linii lotniczych.

Po awarii na Teneryfie Iberia wysłała jednak kolejny samolot z Madrytu. Dziennikarze oraz część watykańskiego personelu wrócili nim do Rzymu kilka godzin później. Tymczasem Leon XIV zdążył już wylądować na lotnisku Fiumicino na pokładzie królewskiego Falcona 900B, kończąc jedną z najbardziej nietypowych podróży w historii współczesnych lotów papieskich.


Polak w Wietnamie. Czy tam żyje się lepiej? Deutsche Welle


Najdłuższa wieś w Polsce leży pod Babią Górą. Atrakcje i szlaki Zawoi

Najdłuższa wieś w Polsce leży pod Babią Górą. Atrakcje i szlaki Zawoi

Julia Król

Zawoja to niezwykła wieś położona u stóp Babiej Góry, która wyróżnia się nie tylko długością, ale także malowniczymi krajobrazami i bogatą historią. Choć wieś pamięta czasy epidemii i głodu, dziś przyciąga turystów licznymi szlakami górskimi, stacjami narciarskimi oraz tradycyjną kulturą góralską.


Panorama Zawoi z zielonymi polami, rozproszonymi domami, drzewami i łagodnymi wzgórzami pod pochmurnym niebem.

Czy znasz najdłuższą wieś w Polsce pod Babią Górą? Odkryj atrakcje ZawoiAlbin MarciniakEast News


Poznaj historię najdłuższej wsi w Polsce


W Polsce, pod Babią Górą, znajduje się wieś, która przyciąga miłośników górskich wędrówek, a przy okazji bije rekordy najdłuższej wsi w Polsce. Mowa o Zawoi, której powierzchnia przekracza 100 kilometrów kwadratowych - to więcej niż powierzchnia Tarnowa, i która ciągnie się na 18 kilometrów. Zabudowania wiją się przez kilkanaście kilometrów wzdłuż malowniczej doliny, co sprawia, że podróż przez całą miejscowość zajmuje znacznie więcej czasu niż w przypadku typowych wsi - ale za to można podziwiać wspaniałe widoki. W jej obrębie istnieje sześć sołectw: Zawoja Górna, Centrum, Przysłop, Dolna, Mosorne i Wełcza.

Pierwsza wzmianka o "zwvoi" (z wołoskiego "las nad rzeką") pochodzi z 1646 roku. Pierwsi osadnicy przybyli tu najprawdopodobniej wraz z falą osadnictwa wołoskiego. Z biegiem lat powstały liczne legendy tłumaczące nazwę wsi działalnością zbójników lub charakterystycznymi góralskimi chustami.


Zawoja to największa pod względem powierzchni wieś w Polsce./ na zdj. Skansen Kultury Materialnej im. Józefa Żaka, który znajduje się w Babiogórskim Parku Narodowym.

Zawoja to największa pod względem powierzchni wieś w Polsce./ na zdj. Skansen Kultury Materialnej im. Józefa Żaka, który znajduje się w Babiogórskim Parku Narodowym. MAREK LASYK/REPORTER East News


Przez te wszystkie lata wieś przeżyła wiele - zarówno czasu spokoju, jak i trudne chwile, kiedy w 1847 roku wybuchła epidemia tyfusu i cholery przez wszechobecny głód. Obecnie jednak wieś jest jednym z najpopularniejszych punktów wypadowych w Beskidy.

Babia Góra i inne atrakcje przez cały rok


Nad Zawoją góruje Babia Góra, nazywana też Królową Beskidów. Szczyt wznosi się na wysokość 1725 m n.p.m. i słynie z gwałtownych zmian pogody. To właśnie z tego powodu przez lata zyskał przydomek "Matki Niepogód" - nawet podczas słonecznego dnia warunki na szczycie mogą zmienić się w ciągu kilkunastu minut w bardzo niesprzyjające. Nie trzeba się ograniczać jedynie do tego szczytu - sieć szlaków turystycznych prowadzi na inne, nieco niższe, idealne na rodzinne wędrówki.


Szlak górski prowadzi przez zielone stoki porośnięte trawą, w tle rozciąga się panorama kolejnych pasm górskich pod błękitnym niebem.

Babia Góra jest nazywana "Królową Beskidów". To najwyższy szczyt Beskidu ŻywieckiegoAlbin MarciniakEast News


Zawoja od dawna przyciąga miłośników przyrody. To właśnie tutaj znajduje się siedziba Babiogórskiego Parku Narodowego, jednego z najcenniejszych obszarów chronionych w Polsce. Można tam spotkać wiele rzadkich gatunków roślin i zwierząt, a liczne szlaki prowadzą przez malownicze lasy, polany i górskie grzbiety.

Na dobrą lokalizację wsi wpływają również stacje narciarskie, które cieszą się popularnością - szczególnie ośrodek narciarski Mosorny Groń z kolejką liniową i półtorakilometrową szeroką trasą zjazdową. Latem można wjechać kolejką na szczyt z rowerem, a później pokonać trasę na dwóch kółkach. To nie jest jednak jedyne miejsce, gdzie można się wyszaleć na rowerach. Region jest znany z Babia Góra Trails, czyli tras rowerowych liczących ponad 20 kilometrów wśród lasów, z różnym poziomem trudności. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Tradycje w Zawoi są szczególnie pielęgnowane


Miejscowość zachowała bogate tradycje góralskie. Do dziś można podziwiać regionalną architekturę drewnianą, lokalny haft babiogórski oraz zwyczaje przekazywane z pokolenia na pokolenie - mieszkańcy wciąż posługują się specyficzną gwarą. Symbolem wsi są trzy kamienne piwniczki, w których dawniej przechowywano warzywa, oraz dzwonnica loretańska, używana do ostrzegania przed pożarami i burzami.

W Zawoi znajduje się skansen im. Józefa Żaka, w którym mieści się muzeum. Tworzą go obecnie trzy budynki mieszkalne, kapliczka, kuźnia i wolno stojąca piwnica ze spichlerzem. Całość prezentuje tradycyjne drewniane budownictwo Babiogórców.

Zwierzęta są tu traktowane z czułością. W Happy Alpaca można spotkać 6 różnokolorowych alpak, a nawet wziąć je na dłuższy spacer. A na jeszcze dłuższą przejażdżkę można wybrać się konno, ponieważ w Zawoi znajduje się stajnia. Widoki z końskiego grzbietu zapierają dech w piersiach. Są tu i również barany - na Hali Barankowej, gdzie do dziś odbywa się tradycyjny wypas owiec (od kwietnia do września). Zwierząt pilnuje prawdziwy Baca.


W Zawoi możesz poznać alpaki. Zdj. ilustracyjne

W Zawoi możesz poznać alpaki. Zdj. ilustracyjne123RF/PICSEL


Wojna zostawia ślad w naturze. Ptaki budują gniazda z kabli dronów

Ptaki w Ukrainie budują gniazda z kabli dronów. Wojna zmienia przyrodę

Karolina Majchrzak

Wojna w Ukrainie zmienia nie tylko krajobraz miast i infrastruktury, ale także świat przyrody. W regionie Donbasu odnotowano niezwykłe zjawisko, a mianowicie ptaki zaczęły wykorzystywać odpady pochodzące z nowoczesnych systemów uzbrojenia do budowy swoich gniazd.


Gniazdo zbudowane z przewodu światłowodowego odkryte w Ukrainie

Skutki wojny w Ukrainie. Ptaki wykorzystują kable światłowodowe do budowy gniazdOlena Tregub @OTregubTwitter


Odkrycie dotyczy gniazda, które zostało odnalezione po tym, jak drzewo zostało zniszczone w wyniku eksplozji bomby szybującej. Wśród rozbitych gałęzi znajdowała się niewielka konstrukcja spleciona nie tylko z trawy, ale również z cienkich włókien światłowodowych.

Materiał ten pochodzi z dronów FPV, które są masowo wykorzystywane na froncie. W przeciwieństwie do standardowych modeli sterowanych radiowo, część z nich korzysta z przewodowego połączenia światłowodowego, co pozwala uniknąć zakłóceń elektronicznych.

Niewidzialny odpad nowej wojny


Każdy taki dron rozwija za sobą długi cienki kabel, który po zakończeniu misji pozostaje w terenie. W efekcie pola, drogi i lasy pokrywają się niemal niewidocznymi włóknami z tworzyw sztucznych.

Skala zjawiska może być ogromna. W zależności od konstrukcji, pojedyncza szpula może mieć długość nawet kilkudziesięciu kilometrów. Przy intensywnym wykorzystaniu dronów na froncie oznacza to powstawanie znacznych ilości trudnych do usunięcia odpadów.

Przyroda się dostosowuje


Dla ptaków takie włókna stają się po prostu kolejnym materiałem budulcowym. Są lekkie, wytrzymałe i elastyczne, a dodatkowo mogą zapewniać pewną izolację. To sprawia, że trafiają do gniazd obok naturalnych elementów, jak trawa czy gałązki. I choć zjawisko to pokazuje zdolność przyrody do adaptacji nawet w ekstremalnych warunkach, jego konsekwencje mogą być poważne.

Eksperci ostrzegają, że pozostawione w środowisku włókna światłowodowe mogą stanowić zagrożenie dla zwierząt. Istnieje ryzyko zaplątywania się w nie ptaków, nietoperzy oraz drobnych ssaków. Z czasem materiał ten może również ulegać degradacji, przekształcając się w mikroplastiki trafiające do gleby i wód, co pokazuje, że odpady generowane przez nowoczesne technologie wojskowe mogą wpływać na ekosystemy jeszcze długo po zakończeniu działań zbrojnych.


Lek na raka jajnika daje nadzieję na dłuższe i lepsze życie© 2026 Associated Press


Brytyjczycy pokazali nowość. Namierzy okręty podwodne

Paula Drechsler

Firma Ultra Maritime przeprowadziła pierwsze testy nowej generacji systemu MSARS, który ma znacząco zwiększyć zdolności wykrywania okrętów podwodnych. Projekt realizowany jest w ramach brytyjskiej inicjatywy Atlantic Bastion, a innowacyjne boje mają być zintegrowane z zaawansowanymi systemami bezzałogowymi, co pozwoli na skuteczniejsze działania wobec rosnącej aktywności okrętów podwodnych.


Boje sonarowe MSARS Ultra Maritime na długich przewodach unoszące się w ciemnoniebieskiej wodzie oceanu, ptaki nad wodą.

Firma Ultra Maritime pomyślnie zakończyła pierwszy test rozmieszczenia w wodzie nowej generacji boi sonarowej MSARS.Ultra Maritime via PRNewswiremateriały prasowe



W skrócie

  • Ultra Maritime przeprowadziło w Szkocji pierwsze testy boi nowej generacji - Multistatic Active Receive Sonobuoy (MSARS).

  • Projekt jest częścią zainicjowanego przez brytyjskie ministerstwo obrony programu Atlantic Bastion.

  • Nowość od Ultra Maritime ma zwiększyć możliwości wykrywania i śledzenia okrętów podwodnych.

Pierwsze testy boi sonarowej nowej generacji od Ultra Maritime


Przedsiębiorstwo Ultra Maritime po raz pierwszy przetestowało boję sonarową nowej generacji, która ma znacząco zwiększyć skuteczność wykrywania okrętów podwodnych. Ultra Maritime to firma specjalizująca się w projektach z zakresu inżynierii obronnej, ze szczególnym uwzględnieniem technologii walki podwodnej.

Testy dotyczące nowego systemu MSARS (Multistatic Active Receive Sonobuoy) odbyły się w Szkocji. Projekt powstał pod patronatem Laboratorium Nauki i Technologii Obronnej (DSTL), agencji ministerstwa obrony Wielkiej Brytanii, wchodzącej w skład Krajowej Grupy Dyrektorów ds. Uzbrojenia. Innowacja wpisuje się w program Atlantic Bastion, rozwijający autonomiczne systemy zwalczania okrętów podwodnych. Nowe rozwiązanie ma pomóc reagować m.in. na rosnącą aktywność rosyjskich jednostek na Oceanie Atlantyckim.

Kamień milowy w rozwoju możliwości zwalczania okrętów podwodnych Royal Navy


Pierwsze przeprowadzone przez Ultra Maritime testy rozmieszczania w wodzie nowych boi zostały pomyślnie zakończone, co określono jako ważny kamień milowy w rozwoju możliwości zwalczania okrętów podwodnych przez siły Wielkiej Brytanii.

Nowa aktywna boja multistatyczna to jeden ze elementów inicjatywy Atlantic Bastion, której celem jest budowa cyfrowej sieci dozoru i zwalczania okrętów podwodnych, m.in. poprzez integrację sztucznej inteligencji, autonomicznych bezzałogowych systemów powietrznych i wodnych, a jednocześnie zwiększenie skuteczności platform załogowych, takich jak Merlin HM Mk2.

Boje MSARS od Ultra Maritime będą integrowane m.in. z zaawansowanym amerykańskim bezzałogowym dronem dalekiego zasięgu MQ‑9B SeaGuardian, co zwiększy możliwości obszarowe operacji i skalę monitoringu. MQ‑9B SeaGuardian to morska wersja drona MQ-9B SkyGuardian, zaprojektowana specjalnie do morskich misji patrolowych, rozpoznania oraz zwalczania okrętów podwodnych.

Lepsze wykrywanie okrętów podwodnych. Działania w obliczu trwających napięć


Wprowadzenie boi sonarowej nowej generacji miałoby istotnie poprawić wykrywanie okrętów podwodnych, wzmacniając zdolności zwalczania różnych zagrożeń tego typu.

- Jako jedyny producent boi sonarowych typu G, Ultra Maritime ma wyjątkową pozycję, aby dostarczać te kompaktowe boje idealnie dostosowane do operacji bezzałogowych systemów powietrznych, zapewniając większą elastyczność i trwałość w spornych środowiskach morskich. Ta integracja rozszerzy zasięg operacyjny, zwiększy ładowność boi sonarowych i wesprze rozproszone, multistatyczne operacje zwalczania okrętów podwodnych, wzmacniając zdolność sił sojuszniczych do wykrywania i śledzenia coraz bardziej zaawansowanych zagrożeń podwodnych - podaje firma.


Gen. dyw. Molenda w "Gościu Wydarzeń": Mamy swoich cyberkomandosówPolsat News


Elon Musk pierwszym bilionerem świata. Pomógł debiut SpaceX

Elon Musk pierwszym bilionerem świata. Pomógł debiut SpaceX

Karol Kubak

Elon Musk przeszedł do historii jako pierwszy człowiek, którego majątek przekroczył bilion dolarów. Stało się to po rekordowym debiucie giełdowym SpaceX.


Elon Musk w niebieskiej kurtce i czapce przypominającej ser, na tle amerykańskiej flagi, z mikrofonem.

Elon Musk buduje świat na swój obraz i podobieństwoJEFFREY PHELPS © 2026 Associated Press


Po giełdowym debiucie SpaceX Elon Musk został pierwszym człowiekiem w historii, którego majątek przekroczył bilion dolarów.

W piątek akcje SpaceX zadebiutowały na giełdzie. W ramach największej oferty publicznej w historii spółka sprzedała ponad 555 mln akcji po 135 dolarów za sztukę, pozyskując około 75 mld dolarów. Jak podała CNN, już po rozpoczęciu notowań kurs wzrósł z 150 do 165 dolarów za akcję. W efekcie wycena firmy przekroczyła 2 biliony dolarów, co stawia SpaceX w gronie największych spółek notowanych w Stanach Zjednoczonych.

Od ryzykownego pomysłu do kosmicznego giganta


Podczas symbolicznego otwarcia notowań w Nowym Jorku i Teksasie Elonowi Muskowi towarzyszyła prezes i dyrektorka operacyjna firmy Gwynne Shotwell. Sam założyciel SpaceX przypomniał, że początki przedsiębiorstwa były bardzo niepewne.

- Oceniałem szanse powodzenia SpaceX na mniej niż 10 proc. Mówiłem ludziom wprost: Słuchajcie, najprawdopodobniej poniesiemy porażkę, ale warto spróbować. Bo jeśli tego nie zrobimy, jeśli nie pojawi się nowa firma wchodząca do sektora kosmicznego, nigdy nie staniemy się cywilizacją zdolną do podróży kosmicznych - powiedział Musk.

Firma została założona w 2002 roku. Jej głównym celem było obniżenie kosztów lotów kosmicznych i rozwój technologii, które w przyszłości mają umożliwić ludziom dotarcie na Marsa.

Majątek tak duży, że trudno sobie to wyobrazić


Według serwisu Gizmodo majątek Muska osiągnął około 1,1 biliona dolarów. To o ponad 800 mld dolarów więcej niż majątek współzałożyciela Google Larry'ego Page'a. Różnica jest tak ogromna, że przewyższa produkt krajowy brutto wielu państw świata, np. Irlandii.

Portal zwraca też uwagę na inną ciekawostkę. Gdyby ktoś od narodzin Jezusa Chrystusa dostawałby milion dolarów dziennie, uzbierałby dziś około 740 mld dolarów. To wciąż znacznie mniej niż obecny majątek Muska.

SpaceX patrzy dalej niż giełda


Dla Elona Muska debiut giełdowy to dopiero początek historii. Podczas uroczystości podkreślił, że nadrzędnym celem firmy pozostaje eksploracja kosmosu. - Celem SpaceX jest umożliwienie ludziom podróży na Księżyc, na Marsa, a później jeszcze dalej - oznajmił.

Trzeba jednak zaznaczyć, że nie tylko Elon Musk odniódł korzyści. Według podanych informacji około 4400 obecnych i byłych pracowników SpaceX stało się dzięki temu milionerami. Trudno przewidzieć, jak zachowają się akcje spółki w kolejnych miesiącach, ale debiut SpaceX już przeszedł do historii rynku finansowego i sektora kosmicznego.

Źródła: PAP, Gizmodo


Lek na raka jajnika daje nadzieję na dłuższe i lepsze życie© 2026 Associated Press


Wyłączyli najpotężniejsze modele AI. Rząd wymusił decyzję

Wyłączyli najpotężniejsze modele AI. Decyzja zapadła nagle

Karol Kubak

Anthropic, twórca popularnego Claude, musi wyłączyć swoje najpotężniejsze modele sztucznej inteligencji. Decyzja nie wynika z awarii ani błędów technicznych. Amerykańskie władze uznały, że systemy mogą stwarzać zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego.


Układ scalony AI na tle niebieskich linii przypominających obwody drukowane, ilustracja technologii komputerowej.

Polska na liście krajów objętych ograniczeniami USA w kwestii chipów AI. Jest reakcja rządu. Zdj. ilustracyjne.123RF/PICSEL


Kilka dni temu firma Anthropic chwaliła się premierą nowej generacji sztucznej inteligencji. Teraz musi wyłączyć swoje najbardziej zaawansowane modele, jak podała agencja Rutera. Powodem nie są jednak problemy techniczne, ale... decyzja władz Stanów Zjednoczonych, które powołały się na względy bezpieczeństwa narodowego. To jeden z najbardziej dobitnych przypadków ingerencji państwa w dostęp do nowoczesnych systemów AI.

Popularny twórca Claude znalazł się pod presją


Anthropic należy dziś do grona najważniejszych firm rozwijających sztuczną inteligencję. Jej modele Claude są obok rozwiązań OpenAI jednymi z najpopularniejszych narzędzi AI na rynku. W tym tygodniu przedsiębiorstwo zaprezentowało model Claude Fable 5 oraz nową klasę systemów określaną jako "Mythos".

Niedługo później firma otrzymała jednak polecenie od amerykańskich władz. Zgodnie z nim dostęp do modeli Fable 5 i Mythos 5 miał zostać zawieszony dla wszystkich obcokrajowców. Anthropic poinformował, że nie otrzymał szczegółowych wyjaśnień dotyczących zagrożenia, które stało za tą decyzją.

Według firmy administracja uznała, że istnieje sposób obejścia zabezpieczeń modelu. Chodzi o tzw. jailbreak, czyli metodę pozwalającą ominąć ograniczenia narzucone przez twórców systemu.


Ekran telefonu wyświetlający logo ANTHROPIC z dużym napisem AI na pierwszym planie, w tle rozmyty ekran komputera z napisem Project Glasswing i elementami graficznymi na ciemnym tle.

USA wymusiły wyłączenie najnowszych modeli AI firmy AnthropicSAMUEL BOIVINAFP


Spór o bezpieczeństwo sztucznej inteligencji


Przedstawiciele Anthropic nie ukrywają, że nie zgadzają się z oceną sytuacji. Firma twierdzi, że otrzymała jedynie ustne informacje o potencjalnym, bardzo ograniczonym problemie.

Nie zgadzamy się z tym, że wykrycie wąskiej potencjalnej metody obejścia zabezpieczeń powinno być powodem wycofania komercyjnego modelu używanego przez setki milionów ludzi.

Od lat amerykańskie ograniczenia eksportowe koncentrowały się głównie na układach scalonych i sprzęcie wykorzystywanym do trenowania modeli. Tym razem działania objęły bezpośrednio samą sztuczną inteligencję.

Obawy o cyberataki i przyszłość branży


Eksperci od cyberbezpieczeństwa zwracają uwagę, że modele z klasy Mythos mogą znacząco przyspieszyć wykrywanie luk w oprogramowaniu. W niepowołanych rękach mogłoby to ułatwić przeprowadzanie zaawansowanych cyberataków, szczególnie na sektor bankowy i inne systemy korzystające ze skomplikowanej infrastruktury informatycznej.

Anthropic podkreśla jednak, że skutkiem decyzji jest konieczność natychmiastowego wyłączenia Fable 5 i Mythos 5 dla wszystkich klientów. Pozostałe modele firmy mają działać bez zmian. Spółka uważa również, że doszło do nieporozumienia i deklaruje pracę nad jak najszybszym przywróceniem dostępu. Zdaniem firmy zastosowanie podobnych zasad wobec całej branży mogłoby poważnie spowolnić rozwój najnowocześniejszych systemów sztucznej inteligencji.


QUIZ wiedzy o sztucznej inteligencji. Sprawdź, ile wiesz o AI

Sztuczna inteligencja o humanoidalnym wyglądzie analizuje dane na przezroczystym ekranie dotykowym, otoczonym przez cyfrowe struktury i futurystyczne światła.

Gen. dyw. Molenda w "Gościu Wydarzeń": Mamy swoich cyberkomandosówPolsat News


Kiedy F-35 zaczną bronić polskiego nieba? Generałowie mówią jasno

Marcin Jabłoński

F-35 są już w Polsce, ale zanim wejdą w gotowość operacyjną i będą bronić naszego nieba, jeszcze należy dokonać ważnych przygotowań. Podczas ceremonii przyjęcia pierwszych F-35 pytaliśmy, kiedy nowe myśliwce osiągną gotowość operacyjną i jak długo zajmie budowa systemu ich działania w armii. Rozmawiali z nami czołowi generałowie, zaangażowani w proces przyjęcia F-35 - gen. bryg. pil. Norbert Chojnacki oraz gen. bryg. pil. Tomasz Jatczak.


Dwa samoloty F-35 stojące obok siebie na płycie lotniska na tle pochmurnego nieba.

Kiedy F-35 zaczną bronić polskiego nieba? Generałowie zdradzają proces wdrażania supermyśliwców.Marcin Jabłońskiarchiwum prywatne



W skrócie

  • F-35 są w Polsce, ale zanim będą chronić polską przestrzeń powietrzną, konieczne są określone przygotowania operacyjne.

  • Generałowie informują, że 11. Eskadra Lotnicza powinna osiągnąć gotowość operacyjną w 2027 roku, po spełnieniu warunków dotyczących liczby maszyn, przeszkolenia załogi i infrastruktury.

  • Pełne wdrożenie F-35 to również stworzenie systemu szkolenia i zapewnienie współdziałania z innymi rodzajami sił zbrojnych, co potrwa kilka lat.

W 32. Bazie Lotnictwa Taktycznego w Łasku redakcja Interii GeekWeek rozmawiała z dowódcą 2. Skrzydła Lotnictwa Taktycznego gen. bryg. pil. Norbertem Chojnackim oraz Inspektorem Sił Powietrznych w Dowództwie Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych RP gen. bryg. pil. Tomaszem Jatczakiem. Pytaliśmy o przewagę F-35 nad konkurencyjnymi maszynami, czy oprogramowanie naszych samolotów daje im już pełne zdolności bojowe, jak wygląda proces wdrażania nowych myśliwców do polskiej armii oraz kiedy osiągną gotowość operacyjną.

F-35 jako rozgrywający pola walki


F-35 ma dać naszej armii nowe zdolności. Według generała Chojnackiego szczególnie ważną jest możliwość dystrybucji informacji pomiędzy różnymi rodzajami sił zbrojnych. F-35 działa jak swoisty rozgrywający na polu walki.

Szef Inspektoratu Sił Powietrznych podkreślił, że nasze F-35 już posiadają zdolności bojowe. Dodał, że samoloty też przechodzą stałe aktualizacje oprogramowania przez ich producenta - firmę Lockheed Martin - które to są wpisane w harmonogram.


Myśliwiec F-35 ustawiony na lotniskowym pasie, w tle rząd powiewających polskich flag na masztach.

F-35 w Łasku.Marcin Jabłońskiarchiwum prywatne


Kiedy F-35 staną się operacyjne?


Generał Chojnacki wskazał, że 11. Eskadra Lotnicza - pierwsza polska jednostka wykorzystująca F-35 - według planów ma być gotowa do operacyjnego działania już w 2027 roku. Jak określił, samym ma być gotowa do działania "w każdym miejscu na świecie".

Osiągnięcie gotowości przez 11. Eskadrę Lotniczą będzie pierwszym sukcesywnym etapem wdrożenia F-35 do sił zbrojnych RP. Aby to się stało, wymagane jest, aby w kraju znajdowało się co najmniej 8 maszyn, przeszkolonych została odpowiednia liczba pilotów i personelu naziemnego oraz zapewnione były niezbędne części zamienne. Generał Jatczak podkreślił, że jeszcze w tym roku w Polsce ma być 14 F-35, a ich wstępna gotowość operacyjna (IOC) przewidziana jest na 2027 rok.

Budowa całego systemu


Generał Chojnacki podkreślił w rozmowie, że jednak wdrożenie F-35 to nie tylko kwestia zapewnienia zdolności lotów bojowych i wykonywania operacji. To także stworzenie całego systemu treningowego i doprowadzenie do interoperacyjności z innymi domenami sił zbrojnych. Jak zauważył, dokonanie tego może potrwać lata.


Gen. bryg. pil. Norbert Chojnacki oraz gen. bryg. pil. Tomasz Jatczak odpowiadają Interii GeekWeek na pytania o F-35.Marcin JabłońskiINTERIA.PL


Jak powstaje lód? Fizycy rozwiązali 150-letnią zagadkę nauki

Fizycy rozwikłali 150-letnią zagadkę powstawania lodu. Kluczem jest nieład

Krzysztof Sulikowski

Zagadka powstawania lodu została praktycznie rozwiązana. Naukowcy z laboratorium XFEL pod Hamburgiem wykorzystali potężny laser rentgenowski, by zarejestrować pierwsze mikrosekundy zamarzania cieczy. To przełom w badaniach nad procesem, który od 150 lat wymykał się klasycznym teoriom. Badacze dostrzegli, że kluczowy dla krystalizacji jest strukturalny nieporządek. Odkrycie tego mechanizmu pozwoli udoskonalić modele klimatyczne chmur pierzastych, wyjaśnić zagadkę formowania się jądra Ziemi oraz łatwiej kontrolować właściwości stopów metali w metalurgii.


Fizycy zbadali proces zamarzania. Ich odkrycie ma spore znaczenie dla geofizyki, inżynierii i klimatologii

Fizycy zbadali proces zamarzania. Ich odkrycie ma spore znaczenie dla geofizyki, inżynierii i klimatologiiWilfredor (CC BY-SA 4.0)Wikimedia Commons



W skrócie

  • Badacze z laboratorium XFEL pod Hamburgiem rejestrowali pierwsze mikrosekundy zamarzania cieczy, wykorzystując laser rentgenowski i odkryli znaczenie strukturalnego nieporządku dla procesu krystalizacji.

  • Eksperymenty i symulacje z cieczami Lennarda-Jonesa wskazały, że nieregularne kształty powstających zarodków oraz błędy ułożenia znacząco przyspieszają krzepnięcie materiału.

  • Nowe zrozumienie mechanizmu homogenicznego zamarzania może usprawnić modele klimatyczne chmur pierzastych, wyjaśnić proces formowania jądra Ziemi oraz poprawić kontrolę właściwości stopów w metalurgii.

Jak powstaje lód? Zagadka nie daje fizykom spać


Pod przedmieściami Hamburga, w podziemnym akceleratorze cząstek, naukowcy próbują okiełznać proces, który od ponad 150 lat spędza sen z powiek fizykom teoretykom. Wykorzystując potężny laser rentgenowski w laboratorium European X-Ray Free-Electron Laser Facility (XFEL), badacze uchwycili pierwsze mikrosekundy zamarzania cieczy. To przełom, który może zrewolucjonizować nie tylko fizykę, ale też prognozy klimatyczne, wiedzę o wnętrzu Ziemi i inżynierię materiałową.

Dotychczasowe modele fizyczne opisujące szybkość zamarzania czystych cieczy potrafiły rozmijać się z wynikami eksperymentów o niewiarygodne 20 rzędów wielkości. Jak wyjaśnia Michele Parrinello, profesor fizyki z University of Italian Switzerland w Lugano, "eksperymenty są bardzo trudne. I teoria jest trudna, i komputerowe symulacje też są trudne".

W tym obszarze nauki nawet najmniejszy błąd w symulacji lub założeniach laboratoryjnych całkowicie zmienia ostateczny wynik. Niemieckim badaczom udało się jednak osiągnąć pewien przełom w badaniu zmiany stanu skupienia materii z ciekłego na stały.

Kaprysy czystych cieczy. Jak działa krzepnięcie?


Większość procesów krzepnięcia, z którymi mamy do czynienia na co dzień - jak zamarzanie wody w zamrażarce czy powstawanie lodu w chmurach na bazie pyłu - to tzw. nukleacja heterogeniczna. Znaczy to, że cząsteczki wody zaczynają krystalizować się wokół zanieczyszczeń lub na ściankach naczynia. O wiele trudniejsza do zbadania jest nukleacja homogeniczna, zachodząca w idealnie czystej cieczy, pozbawionej jakichkolwiek obcych drobin.

Klasyczna teoria nukleacji (ang. Classical Nucleation Theory - CNT), czyli zarodkowania (początkowego etapu przemiany fazowej), której korzenie sięgają prac Daniela Gabriela Fahrenheita (1686-1736) i Josiaha Willarda Gibbsa (1839-1903), opiera się na skomplikowanym równaniu wykładniczym. Sprawia ono, że tempo zamarzania jest ekstremalnie czułe na minimalne wahania temperatury, lepkości czy napięcia powierzchniowego między cieczą a ciałem stałym.

"Nawet mała kropelka wody trzymana w temperaturze -20 °C nie zamarznie przez miliard lat, ale ochłodź ją jeszcze o 15 stopni i zamarznie w ułamku sekundy" - obrazuje to dr hab. Robert Grisenti z Centrum Helmholtza Badań Ciężkich Jonów GSI w Darmstadt. Graczom w Diablo II można to zobrazować metaforycznie: to jak przełamanie cechy "nie można zamrozić" i "niewrażliwość na zimno" przy pomocy specjalnego talizmanu.

Ta niezwykła wrażliwość powoduje, że subtelne różnice w przygotowaniu próbek dają diametralnie różne rezultaty. Szacunki teoretyczne badaczy stosujących CNT potrafią różnić się od siebie nawet o 25 rzędów wielkości.

Skroplone gazy szlachetne wystrzelone w próżnię


Aby zbliżyć teorię do praktyki, zespół badawczy pod kierunkiem dr. hab. Grisentiego skupił się na prostszym modelu - tzw. cieczach Lennarda-Jonesa (LJ). W naturze występują one jako skroplone gazy szlachetne, np. krypton lub argon. Cząsteczki tych gazów nie posiadają kierunkowych wiązań wodorowych, które dodatkowo komplikują strukturę wody.

Naukowcy wystrzeliwali szybkie strumienie płynnego kryptonu i argonu w próżnię. Tam, w wyniku gwałtownego parowania, ciecz błyskawicznie schładzała się, przechodząc w stan stały w zaledwie kilka mikrosekund. Analiza obrazów dyfrakcyjnych z lasera XFEL przyniosła zaskakujące wnioski. Okazało się, że w procesie zamarzania znacznie większą rolę, niż dotychczas sądzono, odgrywa strukturalny nieporządek i nieregularne, niesferyczne kształty początkowych zarodków krystalicznych.

Gdy zespół prof. Parrinello uwzględnił w symulacjach te bardziej złożone, odbiegające od idealnej kuli geometrie, przewidywania teoretyczne zbliżyły się do wyników eksperymentalnych o około 100 razy bardziej niż w jakichkolwiek wcześniejszych próbach. Co więcej, symulacje i testy laboratoryjne pokazały, że wczesne kryształy ze superschłodzonej wody wykazują tzw. błędy ułożenia (ang. stacking disorder), czyli losowe mieszanie się warstw o strukturze heksagonalnej i sześciennej. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że właśnie ten specyficzny nieład przyspiesza cały proces krystalizacji.

Odkrycie tego mechanizmu może rozwiązać wiele problemów


Zrozumienie mechanizmu homogenicznego zamarzania to zdaniem ekspertów klucz do rozwiązania wielu globalnych problemów, począwszy od tych klimatycznych. W wysokich partiach troposfery, gdzie temperatury spadają poniżej -40 °C, czyste krople wody zamarzają homogenicznie, tworząc chmury pierzaste (cirrus). Chmury te pochłaniają i emitują promieniowanie długofalowe, generując ogólny efekt ocieplający. Lepsze modele zamarzania pozwolą więc dokładniej przewidywać tempo globalnego ocieplenia wywołanego gazami cieplarnianymi.

Nowa wiedza wspomoże też geofizykę. Obecne modele formowania się stałego, żelaznego jądra Ziemi z płynnego jądra zewnętrznego wskazują, że proces ten (przy założeniu nukleacji homogenicznej) wymagałby dwa razy więcej czasu, niż wynosi wiek naszej planety. Nowe teorie mogą wyjaśnić tę sprzeczność. Jeśli natomiast chodzi o inżynierię, dokładniejsza wiedza o krzepnięciu ułatwi metalurgom kontrolowanie właściwości chłodzonych stopów metali.

Co dalej? W poszukiwaniu kolejnych odpowiedzi naukowcy zaczęli już wdrażać modele uczenia maszynowego (ML) sztucznej inteligencji. Mają one pomóc w wyciąganiu z surowych danych dyfrakcyjnych XFEL niewidocznych dotąd informacji o mikroskopijnych konfiguracjach atomów. "Naprawdę można dzięki temu poznać mikroskopijne konfiguracje wewnątrz kryształu. I to jest piękne" - podsumowuje z optymizmem dr hab. Robert Grisenti. Testy nowej metody mają ruszyć jeszcze w 2026 r.

Źródło: Buchanan M. How ice forms is a mystery - now scientists are cracking the case. Nature 654, 315-317 (2026). DOI: 10.1038/d41586-026-01817-w


Polak w Wietnamie. Czy tam żyje się lepiej? Deutsche Welle


Szwedzi ostrzegają. Rosja może wkrótce zaatakować kraj NATO

Szwedzi ostrzegają. Rosja może wkrótce sprawdzić jedność NATO

Karol Kubak

Rosja może w najbliższych latach spróbować sprawdzić, jak silna jest jedność państw NATO. Takie ostrzeżenie znalazło się w najnowszym raporcie szwedzkiej Komisji Obrony. Autorzy dokumentu wskazują, że Kreml może zdecydować się na działania militarne, jeśli uzna, że sytuacja polityczna będzie dla niego sprzyjająca.


Rosyjskie transportery opancerzone ustawione w szeregu na drodze, otoczone ogrodzeniem i zielenią.

Rosyjskie pojazdy wojskowe. Zdjęcie ilustracyjneMinisterstwo Obrony Rosjidomena publiczna


Wielu ekspertów zakładało, że Rosja będzie potrzebowała lat, by odbudować potencjał wojskowy nadwyrężony wojną w Ukrainie. Tymczasem ze Szwecji płyną coraz bardziej niepokojące sygnały. Według najnowszego raportu tamtejszej Komisji Obrony Rosja może w stosunkowo krótkim czasie podjąć działania mające sprawdzić spójność i determinację państw NATO.

Rosja może przetestować artykuł 5


O sprawie informują szwedzkie media, powołując się na najnowszy raport Komisji Obrony. Dokument przedstawia aktualną ocenę sytuacji bezpieczeństwa. Autorzy wskazują, że sytuacja w regionie Morza Bałtyckiego nadal się pogarsza, a Rosja zwiększa swoją aktywność wojskową.

W raporcie napisano, że rosyjskie działania militarne mające na celu sprawdzenie jedności NATO oraz wiarygodności artykułu 5 mogłyby nastąpić już w niedalekiej przyszłości. Warunkiem byłoby przekonanie Kremla, że okoliczności polityczne są dla niego korzystne. Co istotne, według szwedzkiej oceny nie musi to oznaczać pełnoskalowego konfliktu ani przewagi militarnej Rosji nad Sojuszem.

To kolejne tego typu ostrzeżenie pojawiające się w ostatnich miesiącach. Podobne oceny przedstawiali wcześniej przedstawiciele innych państw NATO oraz szwedzkie dowództwo wojskowe.

Nie tylko Ukraina. Część rosyjskich sił pozostała nienaruszona


Jak przypominają szwedzkie media, wcześniejsze analizy często zakładały, że wojna na Ukrainie znacząco ograniczy zdolności Rosji do prowadzenia operacji poza tym krajem. Nowa ocena jest jednak bardziej ostrożna.

Według raportu część kluczowych elementów rosyjskich sił zbrojnych, w tym lotnictwo, marynarka wojenna, systemy dalekiego zasięgu oraz potencjał działań hybrydowych, nie została w takim stopniu osłabiona jak wojska lądowe walczące na froncie. Autorzy zwracają również uwagę na tworzenie nowych jednostek wojskowych w pobliżu granic NATO.


Świat w ogniu. Wojny po 1945 roku

Wojny po 1945 roku

Europa musi wziąć większą odpowiedzialność


W dokumencie pojawia się także temat relacji transatlantyckich. Komisja Obrony podkreśla, że Stany Zjednoczone pozostają kluczowym partnerem bezpieczeństwa, jednak Europa powinna przygotować się do przejęcia większej odpowiedzialności za własną obronę.

Szwedzcy eksperci uważają również, że zarówno rozbudowa sił zbrojnych, jak i obrony cywilnej powinna przyspieszyć. Ich zdaniem najbliższe lata będą wymagały szybszych decyzji dotyczących personelu, sprzętu oraz infrastruktury. W ocenie autorów raportu czas staje się dziś jednym z najważniejszych czynników wpływających na bezpieczeństwo europejskich państw.

Źródła: svt.se, Polsat News


Polak w Wietnamie. Czy tam żyje się lepiej? Deutsche Welle


Plaga nowotworów u młodych dorosłych. Nowe tropy onkologów


W skrócie

  • Rosnąca liczba przypadków nowotworów wśród młodych dorosłych, szczególnie kobiet, budzi niepokój naukowców, którzy zwracają uwagę na znaczenie czynników środowiskowych, diety i zmian hormonalnych.

  • Badania wskazują na zróżnicowane przyczyny wzrostu zachorowań, m.in. zmiany w diagnostyce, różnice w ekspozycji pokoleniowej, wpływ otyłości, mikrobiomu czy żywności przetworzonej.

  • Specjaliści podkreślają konieczność szerszego podejścia do prewencji, wcześniejszego wykrywania oraz dalszych badań nad genetyką i czynnikami środowiskowymi, by zapobiegać nowotworom u młodych osób.

Nowotwory wśród młodych dorosłych nie mają jednej przyczyny


Naukowcy na całym świecie intensywnie szukają odpowiedzi na niepokojące pytanie - dlaczego u tak wielu młodych ludzi rozwijają się nowotwory, które dotychczas były uznawane za domenę osób w podeszłym wieku. Zagadnienie to zdominowało tegoroczne spotkania największych światowych organizacji onkologicznych, przynosząc wiele hipotez wartych dalszej eksploracji. Na jednym z nich - konferencji American Society of Clinical Oncology (ASCO) w Chicago - ze strony onkolożki Kimmie Ng padło stwierdzenie, że "na świecie rośnie występowanie wiele nowotworów wśród osób poniżej 50 roku życia. Zdecydowana większość jest uważana za sporadyczne, o nieznanej przyczynie".

Z kolei epidemiolożka Hyuna Sung z American Cancer Society, przemawiając na dorocznym zjeździe American Association for Cancer Research (AACR) w San Diego, podkreśliła, że każdego dnia na świecie diagnozuje się ponad 9 tys. przypadków raka u osób poniżej 50. roku życia. Sung ostrzegła jednak przed wrzucaniem wszystkich diagnoz do jednego worka, tłumacząc, że "wzrost występowania raka wśród młodych dorosłych nie odzwierciedla jednej historii". Jak bardzo zniuansowany jest to problem?

Analiza danych pokazuje, że za wzrostem zachorowalności mogą stać zupełnie różne czynniki. W niektórych przypadkach winne są zmiany w wykrywaniu lub klasyfikacji chorób. Przykładowo, na początku lat 2010. rozszerzono definicję raka trzustki, co przyspieszyło wzrost odnotowywanych przypadków wśród osób poniżej 50. roku życia. Choć zmiana ta wyjaśnia sporą część statystyk, nie tłumaczy całego zjawiska.

W przypadku innych nowotworów mamy do czynienia z realnym i niepokojącym trendem. Najbardziej uderzającym przykładem jest rak jelita grubego - w Stanach Zjednoczonych liczba zaawansowanych przypadków u osób w wieku 20-49 lat wzrasta o około 3 proc. rocznie od 2010 r., stając się w 2023 r. główną przyczyną zgonów z powodu nowotworów w tej grupie wiekowej.

Eksperci zauważają także niebezpieczny wzrost zachorowań na raka macicy i wątroby u młodych kobiet, co przypisuje się tzw. "efektowi kohorty urodzeniowej". Oznacza to, że osoby urodzone w określonym czasie są bardziej narażone niż starsze pokolenia. Choć zgony z powodu raka przed pięćdziesiątką to wciąż mały procent ogólnej śmiertelności, trend ten może w ciągu następnych 20-30 lat stanowić większe zagrożenie.

Środowisko, dieta i mikrobiom na celowniku onkologii


Eksperci doszukują się różnych przyczyn wzrostu zachorowalności na nowotwory. Jedną z nich jest rola środowiska sprzyjającego otyłości i chorobom metabolicznym, na które młodzi ludzie są wystawieni znacznie wcześniej niż dawniej - jak wskazał gastroenterolog Andrew Chan z Massachusetts General Hospital. Z drugiej strony Kimmie Ng zaznaczyła, że wielu młodych pacjentów onkologicznych wcale nie ma nadwagi, co zmusza badaczy do szukania nowych czynników ryzyka.

W swoich badaniach Andrew Chan wykazał powiązanie między spożywaniem żywności wysoko przetworzonej a ryzykiem powstawania polipów jelita grubego u młodych kobiet. Z kolei inne badania analizujące zmiany w grupach chemicznych DNA powiązały ryzyko raka z dietą, paleniem oraz ekspozycją na pikloram (rodzaj herbicydu).

Potencjalnym winowajcą są także mikroorganizmy bytujące w naszych jelitach, nazywane zbiorczo mikrobiotą jelitową. Odkryto, że guzy jelita grubego u młodych ludzi częściej wykazują mutacje charakterystyczne dla działania toksyny bakteryjnej - kolibaktyny. Ludmil Alexandrov, biolog obliczeniowy z University of California, wykazał, że niektóre dzieci poniżej 5. roku życia mają w okrężnicy poziom mutacji wywołanych kolibaktyną porównywalny z dorosłymi w wieku 65 lat.

Z tych partykularnych korelacji wyłania się szerszy obraz. "Nie sądzę, żeby istniał jeden 'dymiący pistolet'. To raczej nagromadzenie się czynników ryzyka na przestrzeni czasu, które może prowadzić do raka" - spekuluje Chan.

Perspektywa lekarek z Memorial Sloan Kettering Cancer Center


Problem wzrostu zachorowalności na raka u młodych ludzi stał się też kluczowym obszarem badań w Memorial Sloan Kettering Cancer Center (MSK) w Nowym Jorku. Według danych tej instytucji zachorowalność u kobiet poniżej 50. roku życia jest obecnie o 82 proc. wyższa niż u mężczyzn w tym samym wieku (w 2002 r. różnica wynosiła 51 proc.). U młodych dorosłych najczęściej diagnozuje się nowotwory jelita grubego, piersi, prostaty, macicy, żołądka i trzustki, a prognozy przewidują globalny wzrost zachorowań w tej grupie o 30 proc. na przestrzeni lat 2019-2030.

Jednocześnie rośnie odsetek nowotworów, którym można zapobiec. Lekarze z MSK wyjaśnili w styczniowym oświadczeniu, że obniżenie wieku badań przesiewowych w kierunku raka jelita grubego z 50 do 45 lat poskutkowało wzrostem liczby badań o 62 proc. oraz skokiem wykrywanych przypadków z 1 proc. do 12 proc. w tej grupie wiekowej. Eksperci dopatrują się w tym szansy na wczesne wyleczenie.

Dr Robin Mendelsohn z MSK zauważa, że pacjenci z ich centrum rzadziej są otyli lub palą tytoń, co potwierdza słowa dr Andrei Cercek o poszukiwaniu ekspozycji środowiskowych obecnych od lat 60. lub 70. XX wieku. Co ciekawe, lekarka łączy ten trend z faktem, że u młodych ludzi rośnie także wskaźnik miażdżycy.

Z kolei badania nad mikrobiomem pacjentów z wczesnym rakiem jelita grubego wykazały, że mają oni mniejszą różnorodność bakteryjną niż starsi chorzy, co MSK bada pod kątem czynników z dzieciństwa (np. karmienie piersią, cesarskie cięcia). Z kolei dr Monika Laszkowska badająca raka żołądka, częstszego m.in. u młodych Latynoamerykanek, stawia pytania o agresywność choroby u młodych i jej powiązania z chorobami autoimmunologicznymi.

Czy rak u młodych ludzi różni się biologicznie u tego rozwijającego się u seniorów? W przypadku jelita grubego dr Andrea Cercek wykazała, że pacjenci w wieku 17 i 70 lat reagują na chemioterapię tak samo, a biologia choroby jest podobna. Inaczej jest w przypadku raka piersi - dr Shari Goldfarb zauważa, że u młodych kobiet częściej występują agresywne podtypy (potrójnie ujemny i HER2-dodatni). Wpływ na to może mieć dłuższa ekspozycja na hormony reprodukcyjne (wcześniejsza miesiączka, późniejsze macierzyństwo), ale to wciąż nie tłumaczy wszystkiego.

W obliczu tego kryzysu MSK rozwija zaawansowane badania genetyczne i testy krwi (m.in. w kierunku minimalnej choroby resztkowej), jednocześnie oferując młodym chorym wsparcie dopasowane do ich etapu życia - od zachowania płodności po pomoc psychologiczną.

Etiologia nowotworu może być niezwykle skomplikowana. Istnieją udowodnione korelacje, ale to wciąż tylko statystyka. Zdarza się przecież, że osoby prowadzące zdrowy tryb życia i unikające czynników kancerogennych zapadają na chorobę nowotworową, co może wynikać z genetyki albo utajonych przyczyn. Jak jednak informuje dr Damian Parol, przy odpowiedniej profilaktyce można zapobiec aż 40 proc. nowotworów. Falę zachorowań może przerwać bardziej holistyczne podejście i wcześniejsze wykrywanie, choć prawdopodobnie czynników środowiskowych ciężko będzie uniknąć bez radykalnych zmian na poziomie systemowym.

Źródła:

  1. Ledford H. Why are so many young people getting cancer? What researchers do and don't know. Nature (2026). DOI: 10.1038/d41586-026-01780-6

  2. Piersol W. The Latest Research on Why So Many Young Adults Are Getting Cancer. Memorial Sloan Kettering Cancer Center (2026).


Król drapieżników miał zaskakująco krótkie łapki. Odkryli sekret tyranozaura?© 2026 Associated Press


Chiny budują gigantyczne śluzy. Przepustowość Jangcy wzrośnie dwukrotnie

Nowa megainwestycja Chin. "Wodna winda" przy tamie Trzech Przełomów

Karolina Majchrzak

Chiny rozpoczynają kolejną megainwestycję, która ma wzmocnić pozycję Państwa Środka jako światowego lidera infrastruktury. Przy największej elektrowni wodnej na świecie powstanie nowy system śluz o wartości 11,4 miliarda dolarów. Projekt ma niemal podwoić przepustowość transportową jednej z najważniejszych rzek Azji i usprawnić przepływ milionów ton towarów rocznie.


Tama Trzech Przełomów na rzece Jangcy w Chinach

Nowa megainwestycja Chin. „Wodna winda” przy zaporze Trzech Przełomów123RF/PICSEL


Budowa przy słynnej Tamie Trzech Przełomów na rzece Jangcy, bo to właśnie tutaj powstanie nowoczesny pięciostopniowy system śluz określany przez chińskie media mianem "wodnych schodów" lub "wodnej windy", już ruszyła.

Nowa infrastruktura będzie miała długość blisko 6,7 kilometra i umożliwi sprawniejsze pokonywanie różnic poziomów przez statki o wyporności sięgającej 10 tysięcy ton. Cała inwestycja ma zostać ukończona w ciągu około 112 miesięcy, czyli nieco ponad dziewięciu lat.

Zapora Trzech Przełomów osiągnęła swoje granice


Gdy zapora rozpoczęła działalność na początku XXI wieku, projektanci zakładali, że system śluz będzie obsługiwał około 100 milionów ton ładunków rocznie. Rzeczywistość okazała się jednak znacznie bardziej wymagająca, bo już w 2011 roku przepływ towarów przekroczył pierwotne założenia.

W 2025 roku przez istniejące śluzy przetransportowano aż 173 miliony ton ładunków. Rosnący ruch statków handlowych oraz turystycznych sprawił, że obecna infrastruktura zaczęła tworzyć coraz większe zatory. Według chińskich władz nawet najbardziej ambitne prognozy sprzed kilkudziesięciu lat nie przewidziały tak gwałtownego wzrostu znaczenia Jangcy dla gospodarki kraju.

Przepustowość wzrośnie niemal dwukrotnie


Po zakończeniu budowy nowy system pozwoli zwiększyć roczną przepustowość do około 336 milionów ton ładunków. Oznacza to niemal podwojenie obecnych możliwości transportowych. To szczególnie ważne dla tzw. Pasa Gospodarczego Jangcy, który obejmuje 11 prowincji i metropolii.

Region ten odpowiada za ponad 40 procent chińskiej gospodarki i jest domem dla niemal połowy mieszkańców kraju. Dzięki nowym śluzom transport surowców, komponentów przemysłowych oraz gotowych produktów pomiędzy wybrzeżem a centralnymi regionami Chin ma stać się szybszy i tańszy.

Nowy projekt jest największym przedsięwzięciem infrastrukturalnym na Jangcy od czasu uruchomienia zapory Trzech Przełomów w 2003 roku. Inwestycja została wpisana do 15. chińskiego planu pięcioletniego i stanowi element szerszej strategii modernizacji krajowej sieci transportowej.


Gen. dyw. Molenda w "Gościu Wydarzeń": Mamy swoich cyberkomandosówPolsat News


Czarna dziura i rekordowe wiatry. Na Ziemi byłby to huragan kategorii 79

Czarna dziura i rekordowe wiatry. Na Ziemi byłby to huragan kategorii 79

Dawid Długosz

Naukowcy odkryli odległy kwazar zasilany przez supermasywną czarną dziurę. Wyrzuca ona rekordowe wiatry, których prędkość jest nieporównywalna do tego, z czym mamy do czynienia na Ziemi. Wieje tam z prędkością około 30 proc. prędkości światła, czyli aż kilkuset mln kilometrów na godzinę.


Dysk akrecyjny wokół supermasywnej czarnej dziury, spiralne pasma gazu i pyłu na tle ciemnej przestrzeni.

Czarna dziura i rekordowe wiatry. Na Ziemi byłby to huragan kategorii 79.materiały prasowe


Huragany na Ziemi potrafią mieć niszczącą siłę. Klasyfikuje się je w pięciostopniowej skali Saffira-Simpsona. W przypadku tej najwyższej mamy do czynienia z wiatrami o prędkości przekraczającej 252 kilometry na godzinę, a co powiecie na siłę wiatru porównywalną z 30 proc. prędkości światła?

Rekordowe wiatry z supermasywnej czarnej dziury w odległym kwazarze


Astronomowie zidentyfikowali odległy kwazar J2318, czyli aktywne jądro galaktyki, gdzie znajduje się supermasywna czarna dziura. Masę obiektu szacuje się na około 1,7 mld razy większą od Słońca, a całość znajduje się około 3 mld lat świetlnych od nas.

Uczeni odkryli tam bardzo silne wiatry, które ciężko porównać do czegokolwiek na Ziemi. Wieje tam z prędkością około 30 proc. prędkości światła. Porywy sięgają więc 323 milionów kilometrów na godzinę. To rekordowy wiatr z czarnej dziury, który udało się zaobserwować w ultrafiolecie.

Pod względem prędkości wiatr tego kwazara można by nazwać huraganem kategorii 79. Każda kategoria huraganu jest o około 20 proc. szybsza niż ta niższa. Nazwanie go kategorią 79 daje wyobrażenie o jego prędkości, ale oczywiście ten wiatr nie przypomina niczego na Ziemi

Wiatry z supermasywnych czarnych dziur nie przypominają zjawiska na Ziemi


Każda galaktyka powinna mieć we własnym centrum supermasywną czarną dziurę, ale w rzeczywistości nie wszystkie są w stanie generować tak silne wiatry. Zjawisko przybiera ekstremalne postaci przede wszystkich w kwazarach.

W kwazarach często obserwujemy wiatry gazu odpychane od czarnej dziury przez światło kwazara

"Kwazary emitują tak wiele fotonów, że te niewielkie popychania sumują się do ekstremalnych prędkości" - dodaje Seaton.

Oczywiście warto mieć na uwadze, że takie wiatry nie tylko są nieporównywalne z tym, co zachodzi w atmosferze Ziemi w zakresie osiąganych prędkości, ale też samej natury zjawiska. Wiatry czarnych dziur są napędzane promieniowaniem, popychane przez fotony odbijające się od atomów. Na Ziemi powstają w wyniku różnic ciśnienienia i temperatury.


Instynkt nawigacyjny w wątrobie? Naukowcy odkryli tajemnicę gołębi© 2026 Associated Press


Wieżowiec z widokiem 360 stopni na miasto. Zrówna się z rekordzistą

Paula Drechsler

Postępują przygotowania do budowy nowego wieżowca w Londynie. One London ma zrównać się z najwyższym budynkiem Wielkiej Brytanii - The Shard - osiągając 309,6 metra wysokości. Na szczycie nowego wieżowca ma powstać wielka atrakcja - ogólnodostępny taras widokowy z panoramicznym widokiem 360° na miasto, promowany jako "najwyżej położony w Europie".


Nowoczesne wieżowce w centrum Londynu z wizualizacją One London, nowego 306,5-metrowego wysokościowca .

One London będzie tak wysoki, jak dotychczasowy najwyższy budynek Wielkiej Brytanii - The Shard.Eric Parry Architectsmateriał zewnętrzny



W skrócie

  • W Londynie trwa przygotowanie terenu pod budowę wieżowca One London, który ma mieć taras widokowy z panoramicznym widokiem 360° na miasto.

  • Docelowa wysokość budynku One London wynosi 309,6 metra, co zrówna go z The Shard, najwyższym wieżowcem w Wielkiej Brytanii.

  • Na szczycie wieżowca powstanie atrakcja - taras widokowy, który jest promowany jako "najwyżej położony w Europie".

One London. Zgoda na budowę i postępujące przygotowania


Trwają przygotowania terenu pod budowę nowego wieżowca w Londynie. Ta inwestycja ma stać się jednym z najbardziej charakterystycznych punktów miasta.

One London (wcześniej znany jako 1 Undershaft) to planowany 74-piętrowy wieżowiec w dzielnicy City of London.

Po ukończeniu Ona London ma osiągnąć wysokość 309,6 metra - zrównując się tym samym ze słynnym The Shard, najwyższym budynkiem w Wielkiej Brytanii.

Rozbierają 188-metrowy budynek, by postawić 309,6-metrowego giganta


Wieżowiec One London został zaprojektowany przez Eric Parry Architects na zlecenie Aroland Holdings Ltd. Projekt o wartości przekraczającej 1 miliard funtów jest finansowany przez konsorcjum azjatyckich inwestorów, a zarządza nim firma Stanhope.

One London stanie w samym sercu finansowej dzielnicy City of London, między znanymi drapaczami chmur, takimi jak 30 St Mary Axe (The Gherkin) o wysokości 180 m i 122 Leadenhall Street (The Cheesegrater) o wysokości 225 metrów.

Nowy wieżowiec powstanie w miejscu biurowca St Helen's (znany także jako Aviva). Prace nad wyburzeniem tego 118-metrowego budynku są w toku - proces ten stanowi największą tego typu rozbiórką w historii Londynu.

One London jak Wieża Eiffla? Architekt o inspiracjach


One London ma pełnić głównie funkcję biurową, jednak projekt nowego wieżowca zakłada, że nie tylko. Całość ma łączyć funkcje komercyjne, rekreacyjne i edukacyjne, stając się otwartą częścią miasta.

Oprócz przestrzeni dla firm w One London znajdą się również miejsca dostępne dla mieszkańców i turystów. Przewidziano m.in. publiczny taras z ogrodem na wysokości 11. piętra, najwyżej położony bar w Londynie na 71. piętrze oraz specjalne sekcje edukacyjne dla dzieci na najwyższych kondygnacjach - przestrzenie te powstaną we współpracy z London Museum.

- Ta wersja jest bardzo podobna pod względem wysokości i różnych innych aspektów do Wieży Eiffla w Paryżu. W dolnej części Wieża Eiffla ma taras nad wielkimi łukami, a tutaj mamy taras na 11. piętrze - niesamowite miejsce dla zwiedzających, z którego rozciąga się wspaniały widok na tę wyjątkową okolicę. Nie chciałem tworzyć kolejnej pochyłej szklanej powierzchni - mówił niedawno w rozmowie z Wallpaper architekt Eric Parry.


Nowoczesny biurowiec z przeszkloną fasadą, wsparcie konstrukcyjne na wysokich filarach oraz taras z zielenią i ludźmi, otoczony innymi wieżowcami w centrum miasta.

Filary, które architekt określa "olbrzymimi sekwojami", są ogromne, wykonane z kortenowskiej stali i "smukłe jak piękne drzewo".Eric Parry Architectsmateriał zewnętrzny


Panoramiczny widok ze szczytu. Najwyżej położony taras widokowy


Uwagę mediów przykuwa jednak przede wszystkim planowany taras widokowy na szczycie wieżowca. Ma zapewniać wspaniałe widoki - będzie można podziwiać panoramę Londynu w pełnym, 360‑stopniowym zakresie. Atrakcja już teraz promowana jest jako najwyżej położony w Europie publiczny taras widokowy.

Prace przy budowie One London mają rozpocząć się w 2028 roku, a zakończenie inwestycji przewidziano na 2033 rok.


Wspinaczka na najwyższą górę świata w XXI wieku© 2026 Associated Press


Edytują geny ludzkich embrionów. Nowe badanie i stare dylematy


W skrócie

  • Zespół naukowców z Columbia University opracował nową metodę edycji genów w ludzkich embrionach, eliminując toksyczność tradycyjnego mRNA i poprawiając precyzję modyfikacji.

  • Metoda edycji zasad oparta na CRISPR pozwoliła na dokonanie celowanych zmian genetycznych bez masowych uszkodzeń DNA, jednak technologia nadal nie eliminuje całkowicie problemu mozaicyzmu.

  • Projekt budzi kontrowersje etyczne ze względu na powiązania z firmami oferującymi komercyjną selekcję i potencjalną optymalizację genetyczną zarodków, a eksperci wskazują na potrzebę ścisłych regulacji w tej dziedzinie.

Media się zagalopowały. Wcale nie "po raz pierwszy"


Nowe metody biomedyczne czy odkrycia naukowe od zawsze przykuwały uwagę mediów, a część dziennikarzy mocno wyolbrzymiała ich znaczenie czy wręcz ogłaszała ich gotowość do użycia na masową skalę, gdy te znajdowały się na wczesnych etapach rozwoju. Podobnie było i na początku czerwca 2026 r., gdy szacowny dziennik "The New York Times" zagalopował się, ogłaszając rewolucję. Redakcja doniosła, że "po raz pierwszy naukowcy precyzyjnie wyedytowali geny ludzkiego embrionu".

Pod wpływem krytyki dziennik szybko wycofał się z określenia "po raz pierwszy", lecz doniesienia o badaniach zespołu dr. Dietera Egli z Columbia University ponownie rozpaliły debatę nad modyfikacjami genetycznymi u ludzi. Rzeczywistość jak zwykle jednak okazuje się bardziej złożona, niż sugerowały to sensacyjne doniesienia. Badacz ten otwarcie przyznaje, że nowa metoda wciąż mierzy się z poważnymi ograniczeniami i absolutnie nie powinna być na ten moment stosowana w praktyce klinicznej.

CRISPR ustępuje nowej generacji edycji genów


Dotychczasowe próby edycji embrionów - w tym głośny eksperyment He Jiankui z Chin z 2018 r., który doprowadził do narodzin trojga dzieci ze zmodyfikowanym DNA i który omawialiśmy w GeekWeeku - opierały się na tradycyjnej technologii CRISPR. Metoda ta niesie jednak ogromne ryzyko niepożądanych mutacji w innych genach oraz poważnych anomalii chromosomalnych. Wynika to z faktu, że "molekularne nożyce" przecinają obie nici podwójnej helisy DNA, a komórki mają problem z ich prawidłową naprawą. Pojawia się też problem mozaicyzmu (ang. mosaicism), czyli sytuacji, w której edycji ulega tylko część komórek zarodka, co może zniweczyć terapeutyczny skutek zabiegu.

Genetycy z Columbia University zastosowali bezpieczniejszą alternatywę - tzw. edycję zasad (ang. base editing). To następna generacja CRISPR, która nie przecina całego DNA, lecz tylko nacina jedną nić, precyzyjnie zamieniając pojedynczą "literę" w sekwencji genetycznej.

Do tej pory jednak próby modyfikacji na najwcześniejszym, jednokomórkowym etapie kończyły się niepowodzeniem, a zarodki przestawały rosnąć. Amerykańscy naukowcy odkryli, że tradycyjnie wstrzykiwane mRNA jest toksyczne dla wczesnego embrionu. Ominęli ten problem, syntetyzując kluczowe białko edytujące bezpośrednio w laboratorium, dzięki czemu zmodyfikowane embriony rozwijały się prawidłowo.

Powiązania komercyjne projektu wywołują kontrowersje etyczne


W ramach testów badacze celowo wprowadzili dwie zmiany w embrionach pozyskanych z klinik in vitro (IVF). Wyłączyli oni gen PCSK9 (odpowiedzialny za wysoki poziom cholesterolu) oraz zmodyfikowali regiony genów HBG1 i HBG2, co pozwala na produkcję płodowej formy hemoglobiny po narodzinach (metoda analogiczna do terapii testowanych u chorych z anemią sierpowatą).

Mimo że to się powiodło, technologia edycji zasad nadal wywołuje zjawisko mozaicyzmu. Ponieważ zapłodniona komórka jajowa w momencie podziału posiada cztery zestawy chromosomów, edytor często pomijał niektóre kopie genów. Jak tłumaczy Robin Lovell-Badge z Francis Crick Institute, implantacja tak zmodyfikowanych embrionów w celu doprowadzenia do ciąży byłaby obecnie "bardzo przedwczesna". Z kolei Greg Neely z University of Sydney ocenia podejście zespołu Egli pozytywnie na tle wcześniejszych kontrowersji, spodziewając się, że "to przejdzie do historii w pozytywny sposób - jako mniej lekkomyślne, bardziej ostrożne i etyczne niż poprzednie próby".

Dyskusje wywołują również komercyjne powiązania projektu. Analizę sekwencjonowania DNA bezpłatnie wykonała firma Genomic Prediction, oferująca selekcję embrionów pod kątem ryzyka chorób (np. schizofrenii czy raka), a przyszłe badania finansować ma Nucleus Genomics, której dyrektor otwarcie mówi o "genetycznej optymalizacji" ludzi, co budzi skojarzenia z eugeniką i transhumanizmem. W ich przypadku chodzi nie tylko o eliminację chorób i ich czynników ryzyka, lecz o "ulepszanie" ludzi zdrowych. Konsekwencje takich zabiegów trudno jest przewidzieć.

Stanowczy głos sprzeciwu wobec takich praktyk zabrał prawnik i bioetyk I. Glenn Cohen z Harvard Law School. "Bardzo ważnym jest dla tej domeny, by trzymać użycia 'optymalizacji' i 'ulepszania' z dala o celu, jakim jest uniknięcie bardzo poważnych chorób" - ostrzegł ekspert.

Kiedy edycja genów może być uzasadniona etycznie?


Choć w wielu krajach inżynieria genomu zarodków jest nielegalna (np. w USA prawo zabrania finansowania takich badań z funduszy federalnych), naukowcy oraz międzynarodowe organy naukowe wskazują na rzadkie sytuacje, w których edycja genów byłaby jedyną szansą dla rodziców na posiadanie zdrowego, biologicznego potomstwa.

Etycznie dopuszczalne mogą być przypadki, gdy oboje partnerzy przenoszą mutację chorobową w obu kopiach swoich genów. Wówczas każde ich dziecko bezwzględnie odziedziczy chorobę, a standardowa selekcja zdrowych embrionów podczas procedury in vitro jest niemożliwa. Dieter Egli widzi też uzasadnienie dla zastosowania metody przy ryzyku rzędu 50 proc., gdzie edycja mogłaby oszczędzić pacjentkom wielu bolesnych rund pobierania komórek jajowych w poszukiwaniu choć jednego zdrowego zarodka.

Z drugiej jednak strony nie ma na świecie konsensusu co do jednej, powszechnie obowiązującej etyki. Transhumaniści argumentują przykładowo, że ulepszanie ludzkiego genomu za pomocą inżynierii genetycznej jest nie tylko dopuszczalne, ale wręcz stanowi nasz moralny obowiązek. W ich ocenie przezwyciężanie biologicznych ograniczeń, eliminowanie chorób wrodzonych czy podnoszenie ludzkich zdolności fizycznych i intelektualnych to naturalny etap ewolucji, który pozwoli zminimalizować cierpienie i poprawić jakość życia przyszłych pokoleń.

Edycje genów mogłyby wyeliminować mechanizmy układu nerwowego i psychiki, które dziś stanowią przeżytek, i zastąpić je takimi, które byłyby adekwatne do obecnej rzeczywistości, których nie zdążyła jeszcze wykształcić ewolucja. Ludzka psychika została ukształtowana w paleolicie, kiedy praczłowiek musiał toczyć walkę o przetrwanie na afrykańskiej sawannie. Wtedy kluczowe były instynkty stadne oraz strach przed brakiem zasobów czy zagrożeniem fizycznym. Naukowcy i futuryści wskazują jednak, że postczłowiek z przyszłości (podobnie jak obcy z kosmosu), wolny od biologicznych ograniczeń ciała z mięsa i kości, mógłby wyeliminować niespecjalnie przydatne i coraz częściej destrukcyjne dziś emocje, takie jak strach, zazdrość czy agresja. W świecie pozbawionym ewolucyjnych barier ich miejsce mogłyby zająć zupełnie nieznane nam stany psychiczne.

Choć może brzmieć to zachęcająco, to pojawiają się też głosy sceptyków, według których na takie modyfikacje będą mogli sobie pozwolić jedynie najbogatsi, co doprowadzi do jeszcze większych podziałów. Co więcej, gdyby hipotetycznie świat opanowali "ulepszeni" ludzie, to znów wśród nich mogłaby na nowo zapanować potrzeba wybicia się ponad przeciętność.

Wszystko to niesie za sobą trudne do przewidzenia konsekwencje, wliczając w to dehumanizację i dyskryminację osób "naturalnych", np. na rynku pracy i w życiu społecznym, zawężenie różnorodności genetycznej czy nieprzewidziane skutki ewolucyjne - wszak przez ulepszenie jednego zestawu atrybutów rykoszetem oberwać mogą inne, jako że konkretne geny rzadko odpowiadają za jedną tylko cechę.

Takie zabiegi mogłyby też odbierać ludziom godność poprzez to, że stawaliby się oni dosłownie produktami, a ich życie byłoby zaprogramowane. Świadomość przyczyn własnego istnienia mogłaby dla danej osoby być trudna do udźwignięcia, jednak z drugiej strony futurolodzy zakładają, że mentalność, uczucia i potrzeby "nowych ludzi" mogłyby być zupełnie inne niż nasze. W porównaniu do nich nasze zdolności poznawcze byłyby takie, jak zdolności innych ssaków naczelnych w zestawieniu z Homo sapiens. Innymi słowy ich świat wewnętrzny mógłby być dla nas nieprzeniknioną abstrakcją, a każda taka istota byłaby w naszych kategoriach geniuszem.

Jak widać, perspektywa "optymalizacji genetycznej" jest mocno zniuansowana i prawdopodobnie większość bioetyków zgodzi się co do tego, że dziedzina ta wymaga ścisłych regulacji. O ich kształcie należy debatować już teraz, tak by przepisy po raz kolejny nie zostały w tyle za postępem naukowym.

Źródła:

  1. Travis J. An embryo editing 'first' is more complicated than headlines suggest. Science (2026). DOI: 10.1126/science.z3ntesv

  2. Egli D. et al. Efficient base editing and development in human embryos without chromosomal alterations. bioRxiv (2026). DOI: 10.64898/2026.05.30.728989

  3. Zimmer C. Scientists Edit Human Embryo Genes With Startling Precision. The New York Times (2026).


Instynkt nawigacyjny w wątrobie? Naukowcy odkryli tajemnicę gołębi© 2026 Associated Press


Sensacyjne odkrycie w słynnym zamku. Jak z pracowni alchemika

Niezwykłe odkrycie w słynnym zamku. Jak z pracowni alchemika

Paula Drechsler

Podczas prac prowadzonych na zamku Gnandstein w Niemczech, uważanym za najlepiej zachowaną twierdzę w Saksonii, archeolodzy natrafili na wyjątkowy obiekt z okresu średniowiecza. Jego specyfika przywodzi na myśl tajemnicze praktyki alchemików, którzy m.in. pragnęli zmieniać pospolite metale w złoto. Co udało się ustalić na temat odkrycia?


Zamek Gnandstein w Saksonii. W tym miejscu odkryto nietypowe naczynie, które sugeruje wykorzystanie w alchemii.

Odkrycie na zamku Gnandstein przywodzi na myśl skojarzenia z pracą alchemików.Joachim Schneeleopard, CC BY-SA 3.0 DE <https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/de/deed.en>, via Wikimedia CommonsWikimedia Commons



W skrócie

  • Podczas prac prowadzonych na zamku Gnandstein odnaleziono niezwykłe średniowieczne naczynie.

  • Obiekt o charakterystycznym kształcie i trzech nóżkach mógł być potencjalnie związany z alchemią.

  • Przeznaczenie wyjątkowego znaleziska częściowo pozostaje zagadką.

Nowe odkrycie na zamku Gnandstein w Niemczech


Na terenie zamku Gnandstein w Niemczech, uważanego za najlepiej zachowaną twierdzę w Saksonii, doszło do ciekawego odkrycia. Podczas prac archeologicznych prowadzonych przy okazji renowacji na terenie założenia, którego historia sięga XIII wieku, natrafiono na różne ślady dawnego życia.

Wśród nich znalazł się bardzo intrygujący obiekt - wysokie, szkliwione naczynie ceramiczne o nietypowym kształcie, datowane na średniowiecze.

Ze względu na swoją specyfikę przywodzi ono na myśl historie o paraniu się alchemią, dziedziną łączącej sobie pierwiastki mistyczne, filozoficzne oraz praktyczne. Co ustalili naukowcy?

Tajemnicze naczynie z pracowni alchemika?


Wysokie naczynie ma zaokrąglony korpus, a od góry jest zwężone. Stoi na trzech nóżkach, prawdopodobnie umożliwiających jego stabilne ustawienie nad źródłem ciepła. Według specjalistów taka konstrukcja wskazuje, że nie był to dzbanek ani inny obiekt do przechowywania napojów.

Zdaniem archeologów forma odkrytego naczynia sugeruje raczej wykorzystanie w procesach wymagających długotrwałego podgrzewania i kontroli temperatury. Badacze przypuszczają nawet, że było ono częścią aparatury destylacyjnej. Ten kontekst prowadzi do wniosku, że naczynie mogło być używane w dawnych praktykach alchemicznych.

Uznaje się, że alchemia, początkowo opierająca się w dużej mierze na wierzeniach i symbolice, stanowiła swego rodzaju zaczątek współczesnej chemii, farmacji i metalurgii. Eksperymenty prowadzone przez alchemików - nawet jeśli ich celem było np. przekształcanie metali nieszlachetnych w złoto - przyczyniły się do powstania metod i narzędzi używanych w nauce do dziś.

Zagadka z zamku w Saksonii. Wyjątkowe znalezisko


Choć naczynie znalezione na zamku Gnandstein może kojarzyć się właśnie z legendami o tajemnych eksperymentach alchemików, w rzeczywistości najpewniej było używane do całkiem praktycznych eksperymentów, a nie magicznych rytuałów.

- Przypuszczalnie naczynie służyło celom alchemicznym. Chociaż alchemię często utożsamia się z transmutacją złota lub szarlatanerią, w średniowieczu i wczesnym okresie nowożytnym obejmowała ona również badanie zjawisk i nauk przyrodniczych i była wykorzystywana w górnictwie i hutnictwie - podaje w komunikacie Saksoński Urząd ds. Archeologii.

Region Saksonii w tamtym okresie był silnie związany z górnictwem i metalurgią, co mogło sprzyjać rozwojowi badań związanych z przetwarzaniem materiałów i poszukiwaniem nowych substancji.

Naukowcy zaznaczają jednak, że nie da się jednoznacznie potwierdzić, do czego dokładnie służyło naczynie. Nie znaleziono w środku żadnych pozostałości substancji, które mogłyby dostarczyć konkretnych dowodów. W efekcie funkcja tego fascynującego znaleziska pozostaje częściowo zagadką.


Zamek w Mosznej skrywa wiele tajemnicPolsat NewsPolsat News


Gwiezdny wampir odkryty w kosmosie. Wieloletnia zagadka rozwiązana

Gwiezdny wampir odkryty w kosmosie. Wieloletnia zagadka rozwiązana

Julia Król

Naukowcy z Uniwersytetu w Sydney odkryli potencjalną przyczynę tajemniczych sygnałów radiowych z kosmosu, które intrygowały astronomów przez ponad 20 lat. Dzięki obserwacjom australijskiego radioteleskopu ASKAP stwierdzili, że źródłem zagadkowych impulsów jest układ podwójny składający się z białego i czerwonego karła.


Radioteleskop ASKAP CSIRO w Wajarri Yamaji, antena skierowana na nocne niebo pod Drogą Mleczną, półpustynia.

Radioteleskop ASKAP CSIRO w regionie Wajarri YamajiAlex Cherney/CSIROmateriał zewnętrzny


Astronomowie odkryli przyczynę tajemniczych impulsów radiowych


Przez ponad dwie dekady astronomowie próbowali rozwikłać zagadkę niezwykłych sygnałów radiowych docierających do Ziemi z odległych zakątków kosmosu. Te nietypowe impulsy od dawna wymykały się znanym teoriom, ponieważ pojawiały się w znacznie dłuższych odstępach czasu niż większość obserwowanych zjawisk radiowych. Teraz badacze są przekonani, że znaleźli ważny trop, który może pomóc wyjaśnić ich pochodzenie.

Przełom przyniosły obserwacje wykonane za pomocą australijskiego radioteleskopu ASKAP. W trakcie analizy ogromnej liczby źródeł radiowych naukowcy z Uniwersytetu w Sydney natrafili na obiekt oznaczony jako ASKAP J1745-5051. Początkowo nie pasował on do żadnej znanej kategorii kosmicznych źródeł promieniowania, dlatego postanowiono przyjrzeć mu się znacznie dokładniej.

Naukowcy odkryli gwiezdnego wampira


Kolejne badania prowadzone przy użyciu radioteleskopów, teleskopów optycznych oraz obserwatoriów rentgenowskich pozwoliły ustalić, że źródłem zagadkowych sygnałów może być wyjątkowy układ podwójny. W takim systemie gęsty biały karzeł stopniowo przechwytuje materię od swojego gwiezdnego towarzysza, przez co bywa określany mianem "gwiezdnym wampirem". W miarę jak materiał wiruje, wytwarza potężne impulsy fal radiowych i promieni rentgenowskich w cyklu, który powtarza się co 1,4 godziny.

Nowo zidentyfikowany układ składa się z białego karła - gęstej pozostałości gwiezdnej o rozmiarach zbliżonych do Ziemi, ale masie zbliżonej do masy Słońca - połączonej z większym, ale mniej masywnym czerwonym karłem, którego masa wynosi około jednej dziesiątej masy Słońca. Obie gwiazdy krążą wokół siebie niezwykle blisko, pokonując pełną orbitę w nieco ponad godzinę.


Duża pomarańczowa kula po lewej stronie jest połączona jasnym, falującym strumieniem z mniejszym niebieskawym obiektem po prawej, wokół którego rozciągają się skomplikowane linie obrazujące pole magnetyczne na tle gwiaździstego nieba.

Ilustracja przedstawiająca akreującego białego karłaCarl Knox (OzGrav, Swinburne University of Technology) and Joshua Preston Pritchard (CSIRO)materiał zewnętrzny


Naukowcy podejrzewają, że właśnie oddziaływania zachodzące pomiędzy tymi dwoma obiektami mogą odpowiadać za emisję tajemniczych impulsów radiowych. Gdy gwiazdy zbliżają się do siebie na swojej orbicie, ich pola magnetyczne wchodzą w interakcje, uwalniając ogromne ilości energii. A temu towarzyszy również emisja promieniowania rentgenowskiego, co dodatkowo potwierdza aktywność zachodzącą w tym niezwykłym układzie.

Przez lata wielu astronomów uważało, że za podobne sygnały odpowiadają głównie magnetary, czyli niezwykle silnie namagnesowane gwiazdy neutronowe. Nowe odkrycie nie wyklucza całkowicie tej teorii, jednak pokazuje, że źródeł takich sygnałów może być znacznie więcej.


Król drapieżników miał zaskakująco krótkie łapki. Odkryli sekret tyranozaura?© 2026 Associated Press


Powrót El Niño stał się faktem. Modele wskazują na bardzo silny epizod

Powrót El Niño stał się faktem. Może być rekordowo silne

Karol Kubak

NOAA oficjalnie potwierdziła nadejście El Niño. Naukowcy oceniają, że tegoroczny epizod może znaleźć się wśród najsilniejszych od połowy XX wieku. Jeśli prognozy się sprawdzą, skutki mogą być odczuwalne daleko poza Pacyfikiem.


Ciepła powierzchnia oceanu na wschodnim Pacyfiku z jasnym słońcem przez ciemne chmury.

El Niño występuje, gdy ciepła woda gromadzi się wzdłuż równika na wschodnim Pacyfiku. Ciepła powierzchnia oceanu ogrzewa atmosferę, co pozwala na unoszenie się wilgotnego powietrza i rozwijanie się burz deszczowych.123RF/PICSEL


To już oficjalne. Amerykańska Narodowa Administracja Oceaniczna i Atmosferyczna (NOAA) ogłosiła, że na Pacyfiku rozwinęło się El Niño. Zdaniem naukowców tegoroczny epizod może być jednym z najsilniejszych od początku prowadzenia nowoczesnych obserwacji w połowie XX wieku. To ważna wiadomość nie tylko dla meteorologów. Zjawisko wpływa bowiem na pogodę i temperatury na całym świecie.

Czym jest El Niño i dlaczego naukowcy je śledzą?


Zanim przejdziemy dalej, małe przypomnienie geograficzne. El Niño to naturalny element cyklu klimatycznego ENSO, który co kilka lat zmienia warunki panujące nad równikowym Pacyfikiem. W fazie El Niño powierzchnia oceanu w jego środkowej i wschodniej części staje się cieplejsza niż zwykle. To zmienia układ wiatrów i wpływa na rozkład opadów oraz temperatur na wielu kontynentach.


Cyrkulacja ENSO

Cyrkulacja ENSOopr. GeekWeek.pl/NOAAdomena publiczna


Według najnowszej aktualizacji NOAA zjawisko oficjalnie rozwinęło się w ciągu ostatniego miesiąca. Jeszcze większą uwagę przyciągają jednak prognozy. Analiza wielu modeli wskazuje na 63-procentowe prawdopodobieństwo, że między listopadem a styczniem El Niño osiągnie bardzo dużą siłę i znajdzie się wśród największych wydarzeń tego typu od 1950 roku.

Modele przewidują wyjątkowo silny przebieg


Takie prognozy nie są już zaskoczeniem. W ostatnich dniach podobne wnioski przedstawiały również czołowe modele klimatyczne wykorzystywane na świecie. Coraz więcej z nich wskazuje na bardzo silne ocieplenie wód w kluczowych obszarach Pacyfiku.

Dla porównania, dwa najsilniejsze dotąd epizody El Niño (z lat 1997-1998 i 2015-2016) powodowały wzrost temperatur powierzchni oceanu o około 2,3 st. Celsjusza powyżej normy w jednym z najważniejszych wskaźników używanych przez klimatologów. Obecne prognozy sugerują, że tegoroczne zjawisko może osiągnąć jeszcze wyższe wartości.

Skutki mogą być odczuwalne na całym świecie


Poprzednie El Niño, które trwało od czerwca 2023 do kwietnia 2024 roku, dołożyło dodatkową porcję ciepła do już ocieplającego się klimatu.


Naukowcy spodziewają się, że obecny epizod podniesie globalne temperatury w tym i przyszłym roku.


Badania łączą wcześniejsze występowanie El Niño z suszami, powodziami i pożarami lasów w różnych częściach świata. Naukowcy zwracają też uwagę, że tegoroczne zjawisko rozwija się wyjątkowo szybko. Według ekspertów NOAA tak gwałtowne przejście od warunków La Niña do silnego El Niño w ciągu jednego roku kalendarzowego należy do rzadkości. Ich zdaniem potrzebne są dalsze badania, aby ustalić, czy postępujące ocieplenie klimatu może przyspieszać takie nagłe zmiany.


Myślisz, że znasz El Niño i La Niña? Ten quiz szybko to zweryfikuje

El Nino to zjawisko naturalne, które wiąże się w wahaniami temperatury powierzchni oceanu na Pacyfiku

Gen. dyw. Molenda w "Gościu Wydarzeń": Mamy swoich cyberkomandosówPolsat News


Gdynia rozważa kolej gondolową. Inwestycja za nawet 600 mln zł

Gdynia rozważa kolej gondolową. Inwestycja za nawet 600 mln zł

Karol Kubak

Nad Gdynią mogą kiedyś pojawić się gondole przewożące pasażerów między centrum a północnymi dzielnicami miasta. Władze analizują budowę kolei linowej, która miałaby odciążyć najbardziej zatłoczone trasy. Pomysł wart nawet 600 mln zł budzi jednak równie dużo zainteresowania, co wątpliwości.


Dwie gondole kolei linowej nad Gdynią, zawieszone wysoko na tle nieba o zachodzie słońca.

Kolej gondolowa nad Gdynią? Miasto analizuje projekt za setki milionówZdjęcie ilustracyjne123RF/PICSEL


Mieszkańcy północnych dzielnic Gdyni codziennie korzystają z kilku głównych tras prowadzących do centrum, a te coraz są mocno przeciążone. Władze miasta wracają do pomysłu, który może wydawać się nietypowy jak na polskie warunki. Chodzi o budowę kolei gondolowej nad miastem. Zwolennicy widzą w niej nowoczesny środek transportu, przeciwnicy mówią o kosztownej fanaberii.

Połączenie centrum z północą miasta


Rozważana kolej linowa miałaby połączyć Śródmieście z północnymi dzielnicami Gdyni, takimi jak Oksywie, Obłuże, Pogórze i Babie Doły. Według miejskich założeń mogłaby stać się alternatywą dla zatłoczonych tras, przede wszystkim Estakady Kwiatkowskiego oraz ulicy Janka Wiśniewskiego. To właśnie tam koncentruje się znaczna część ruchu samochodowego i autobusowego.

Pomysł nabiera znaczenia także w kontekście planowanej modernizacji estakady. Jeśli jedna z najważniejszych arterii komunikacyjnych miasta będzie przechodziła gruntowne prace, dodatkowy środek transportu mógłby częściowo przejąć część pasażerów podróżujących między centrum a północą Gdyni.


Współczesna panorama Gdyni

Współczesna panorama Gdyni123RF/PICSEL


Na razie projekt pozostaje jednak na etapie przygotowań


Miasto zabezpieczyło około 1,1 mln zł na opracowanie analiz i koncepcji, które mają pokazać, czy inwestycja jest realna i opłacalna. Wcześniej wydano również ponad 35 tys. zł na wykonanie wizualizacji przyszłej kolei.

Szacowany koszt budowy jest znacznie większy i może wynieść od 300 do nawet 600 mln zł. Taka inwestycja wymagałaby także uzgodnień z wieloma instytucjami i podmiotami związanymi z terenami, przez które mogłaby przebiegać trasa.

Mieszkańcy podchodzą do pomysłu z rezerwą


Choć część osób dostrzega potencjalne korzyści, w internetowych dyskusjach dominują sceptyczne opinie. Wielu mieszkańców uważa, że priorytetem powinny być inne inwestycje transportowe. Wśród proponowanych rozwiązań pojawiają się rozbudowa istniejącej infrastruktury drogowej, nowe połączenia kolejowe czy budowa dodatkowych przepraw.

Pojawiają się również pytania o techniczne możliwości realizacji projektu. Wątpliwości dotyczą między innymi przebiegu trasy, obecności infrastruktury portowej i wojskowej oraz wpływu lokalnych warunków pogodowych. Dlatego zanim nad Gdynią pojawią się gondole, potrzebne będą szczegółowe analizy.

Źródła: propertydesign.pl, portalsamorzadowy.pl


Gen. dyw. Molenda w "Gościu Wydarzeń": Mamy swoich cyberkomandosówPolsat News


Elon Musk ma kolejny pomysł nie z tej Ziemi. Milion satelitów AI na orbicie

Dawid Długosz

Elon Musk ma kolejny pomysł, który ma zrealizować SpaceX. Miliarder chce umieścić na orbicie okołoziemskiej nawet milion satelitów AI. Teraz poznajemy aspekty techniczne związane z tym niecodziennym przedsięwzięciem. Docelowo satelity AI mają być najważniejszym projektem SpaceX, a ich budowa w specjalnej fabryce ma ruszyć pod koniec 2027 r.


Satelita SpaceX z panelami słonecznymi nad zakrzywionym horyzontem Ziemi na tle wschodzącego Słońca.

Milion satelitów AI SpaceX na orbicie. Elon Musk ma szalony pomysł.SpaceXmateriały prasowe


SpaceX wchodzi na giełdę i Elon Musk podgrzewa to istotne wydarzenie. Kontrowersyjny miliarder ujawnił nowe szczegóły projektu, który docelowo ma być najważniejszym w dotychczasowej historii firmy. To satelity AI, które mają trafić na orbitę nawet w liczbie miliona sztuk. Sam pomysł został nakreślony jesienią 2025 r.

Elon Musk chce satelity AI na orbicie i to najważniejszy projekt SpaceX


Wspomniane satelity AI mają docelowo być najważniejszym projektem w dotychczasowej historii SpaceX. Oczywiście umieszczenie aż miliona statków tego typu na orbicie wydaje się dziś pomysłem bez szans na realizację. Dla porównania konstelacja Starlinków budowana jest od lat, a składa się dziś z "zaledwie" ponad 10 tys. sztuk.

Mimo to Elon Musk twierdzi, że jest to możliwe. Takie statki trzeba najpierw zbudować. Dlatego ma powstać specjalna fabryka zdolna do wyprodukowania nawet miliona satelitów. Jej działalność miałaby rozpocząć się pod koniec 2027 r.

Same satelity AI mają bazować w dużym stopniu na rozwiązaniach, które SpaceX umieściło w Starlinkach V3. Elon Musk wyjaśnia więc, że kluczowe technologie istnieją. Wystarczy je zaimplementować do nowych statków.

Milion satelitów AI SpaceX zaleje ziemskie niebo?


Sam pomysł jest bardzo kontrowersyjny. Już dziś środowiska naukowe skarżą się na Starlinki, które skutecznie "zaśmiecają" nocne niebo. Jak nietrudno się domyślić, milion satelitów AI na orbicie mogłoby doprowadzić do znacznego pogorszenia warunków.

Mimo to Elon Musk twierdzi, że przestrzeń kosmiczna jest ogromna i dodał, że nie powinno być ryzyka dla kolizji. Nawet przy tak dużej liczbie satelitów. Założyciel SpaceX ujawnił też kilka aspektów technicznych.

Satelity AI SpaceX zostaną wyposażone w nowoczesne łącza optyczne, co pozwoli na szybką wymianę danych. Ponadto mają generować 120 kW mocy w trybie ciągłym (do 150 kW w szczycie).

Nowe satelity AI mają być wynoszone na orbitę okołoziemską z użyciem rakiety Starship i jej pierwszego stopnia Super Heavy. Konstrukcja nie jest jeszcze gotowa, ale prace idą w dobrym kierunku.


''Wydarzenia'': Stacja kosmiczna, która zastąpi ISS. Wizyta w amerykańskiej fabrycePolsat NewsPolsat News


❌