Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 13 czerwca 2026

Elon Musk pierwszym bilionerem świata. Pomógł debiut SpaceX

Elon Musk pierwszym bilionerem świata. Pomógł debiut SpaceX

Karol Kubak

Elon Musk przeszedł do historii jako pierwszy człowiek, którego majątek przekroczył bilion dolarów. Stało się to po rekordowym debiucie giełdowym SpaceX.


Elon Musk w niebieskiej kurtce i czapce przypominającej ser, na tle amerykańskiej flagi, z mikrofonem.

Elon Musk buduje świat na swój obraz i podobieństwoJEFFREY PHELPS © 2026 Associated Press


Po giełdowym debiucie SpaceX Elon Musk został pierwszym człowiekiem w historii, którego majątek przekroczył bilion dolarów.

W piątek akcje SpaceX zadebiutowały na giełdzie. W ramach największej oferty publicznej w historii spółka sprzedała ponad 555 mln akcji po 135 dolarów za sztukę, pozyskując około 75 mld dolarów. Jak podała CNN, już po rozpoczęciu notowań kurs wzrósł z 150 do 165 dolarów za akcję. W efekcie wycena firmy przekroczyła 2 biliony dolarów, co stawia SpaceX w gronie największych spółek notowanych w Stanach Zjednoczonych.

Od ryzykownego pomysłu do kosmicznego giganta


Podczas symbolicznego otwarcia notowań w Nowym Jorku i Teksasie Elonowi Muskowi towarzyszyła prezes i dyrektorka operacyjna firmy Gwynne Shotwell. Sam założyciel SpaceX przypomniał, że początki przedsiębiorstwa były bardzo niepewne.

- Oceniałem szanse powodzenia SpaceX na mniej niż 10 proc. Mówiłem ludziom wprost: Słuchajcie, najprawdopodobniej poniesiemy porażkę, ale warto spróbować. Bo jeśli tego nie zrobimy, jeśli nie pojawi się nowa firma wchodząca do sektora kosmicznego, nigdy nie staniemy się cywilizacją zdolną do podróży kosmicznych - powiedział Musk.

Firma została założona w 2002 roku. Jej głównym celem było obniżenie kosztów lotów kosmicznych i rozwój technologii, które w przyszłości mają umożliwić ludziom dotarcie na Marsa.

Majątek tak duży, że trudno sobie to wyobrazić


Według serwisu Gizmodo majątek Muska osiągnął około 1,1 biliona dolarów. To o ponad 800 mld dolarów więcej niż majątek współzałożyciela Google Larry'ego Page'a. Różnica jest tak ogromna, że przewyższa produkt krajowy brutto wielu państw świata, np. Irlandii.

Portal zwraca też uwagę na inną ciekawostkę. Gdyby ktoś od narodzin Jezusa Chrystusa dostawałby milion dolarów dziennie, uzbierałby dziś około 740 mld dolarów. To wciąż znacznie mniej niż obecny majątek Muska.

SpaceX patrzy dalej niż giełda


Dla Elona Muska debiut giełdowy to dopiero początek historii. Podczas uroczystości podkreślił, że nadrzędnym celem firmy pozostaje eksploracja kosmosu. - Celem SpaceX jest umożliwienie ludziom podróży na Księżyc, na Marsa, a później jeszcze dalej - oznajmił.

Trzeba jednak zaznaczyć, że nie tylko Elon Musk odniódł korzyści. Według podanych informacji około 4400 obecnych i byłych pracowników SpaceX stało się dzięki temu milionerami. Trudno przewidzieć, jak zachowają się akcje spółki w kolejnych miesiącach, ale debiut SpaceX już przeszedł do historii rynku finansowego i sektora kosmicznego.

Źródła: PAP, Gizmodo


Lek na raka jajnika daje nadzieję na dłuższe i lepsze życie© 2026 Associated Press


Otrzymane przedwczoraj

Mount Everest pokonał graczy. Czy mistrzowie przetrwają "Awanturę o kasę"

Karol Kubak

Emocje udzieliły się graczom i trochę jakby się poplątali w licytacjach. Ale ostatecznie poznaliśmy mocną drużynę, która zmierzyła się z mistrzami. Wielkie emocje na koniec.


Krzysztof Ibisz przy biurku, gestykulujący ręką, logo programu 'Quantum Quiz' i tunel świetlny w tle.

Jak poradzą sobie drużyny w nowym odcinku "Awantury o kasę"?Polsatmateriały prasowe


Co to był za odcinek! Naprawdę rzadko zdarza się sytuacja, w której już po drugim pytaniu wiadomo, kto wejdzie do finału "Awantury o kasę". A właśnie tak wyglądał sobotni program.

Najpierw drużyna niebieskich odpadła po mocnej licytacji i wejściu va banque przy pytaniu z motoryzacji. Chwilę później zieloni zakończyli grę po kategorii "co to jest?". I nagle wszystko stało się jasne.

Finał bez odpowiedzi na ani jedno pytanie


Żółci awansowali do finału… nie odpowiadając na ani jedno pytanie. Co więcej, weszli tam z pulą aż 26 tysięcy 400 złotych.

I wtedy zaczęła się prawdziwa gra. Drużyna, którą Krzysztof Ibisz porównał do znaku zapytania (bo w zasadzie nie zdążyliśmy jej poznać) okazała się niezwykle mocnym przeciwnikiem dla mistrzów. Grali spokojnie, bardzo dobrze licytowali i walczyli do samego końca. O wszystkim zdecydowało pytanie z fizyki:

"Żadne dwa elektrony w atomie nie mogą mieć takiego samego kompletu czterech liczb kwantowych". Jaką nazwę, od nazwiska jej odkrywcy, nosi ta reguła?

Nie było łatwo. Kapitanka drużyny postawiła na Schrödingera, mistrzowie typowali zasadę nieoznaczoności Heisenberga. Szczerze? Sam pewnie strzelałbym podobnie.

Tymczasem poprawną odpowiedzią był zakaz Pauliego.

Dzięki temu mistrzowie po raz czwarty z rzędu wracają do loży honorowej. Do tej pory wygrali już 188 tysięcy 800 złotych.

Więcej pytań z kategorii "anatomia i medycyna" znajdziesz w naszym quizie z "Awantury o kasę".


QUIZ z Awantury o kasę. Kategoria: anatomia i medycyna. Lekarz zdobędzie 7/7, a ty?

Rok 2021 w medycynie nie był tylko zdominowany przez walkę z COVID-19

Nowe drużyny i kolejne wysokie pule


W niedzielnym odcinku do gry wkroczyły nowe drużyny. Niebiescy to kuzyni z przyjaciółką. Mateusz jest prawnikiem, Anna psycholożką, Filip studiuje archeologię i filologię klasyczną, a kapitanem drużyny został Cezary - pracownik produkcji w branży drukarskiej.

Zieloni to rodzina i przyjaciele ze Śląska. Michał pracuje w marketingu, Rafał jest analitykiem bankowym i korepetytorem matematyki, Krzysztof to emerytowany policjant, a drużyną dowodzi Aleksander - drukarz cyfrowy.

Żółci stworzyli skład złożony z jednej pary i dwóch przyjaciół. Daniel jest trenerem piłki nożnej, Rafał trenerem bramkarzy, Kacper pracownikiem agencji marketingowej, a kapitanką została Zuzanna - technik farmacji.

Kategorie? "Co to jest?", przysłowia i cytaty, motoryzacja, a także "weź, co chcesz" - między innymi w nich musieli zmierzyć się gracze w niedzielnym odcinku.

Początek był dość spokojny, ale później zrobiło się naprawdę gorąco. Jedno z pytań, warte ponad 18 tysięcy złotych, dotyczyło historii:

W której wielkiej bitwie Brytyjczycy po raz pierwszy wykorzystali czołgi?

Wiecie? Jeśli nie, warto włączyć Polsat o 17:30 i sprawdzić, czy drużyna poradziła sobie z tym pytaniem.

Wielkie emocje w finale


Finał był równie emocjonujący, a może nawet bardziej. Zwłaszcza gdy pula urosła do 40 tysięcy złotych, a pytanie dotyczyło sztuki. W sumie trudno się dziwić - sztuka od dawna potrafi być warta fortunę.

Ostatecznie jednak wszystko rozstrzygnęło pytanie ze sportu, a dokładniej dotyczące zdobywcy Mount Everestu.

I właśnie takie momenty najlepiej pokazują, dlaczego "Awantura o kasę" nadal potrafi trzymać widzów w napięciu do samego końca.


Psy-roboty z głowami Muska, Bezosa, Zuckerberga i Warhola na wystawie amerykańskiego artysty © 2026 Associated Press


Tak szybkiego dojścia do finału w Awanturze o kasę jeszcze nie było

Wystarczyły dwa pytania by poznać finalistów. Rekordowa pierwsza runda "Awantury kasę"

Karol Kubak

Va banque już na początku gry, finał po drugim pytaniu i fizyka, która ostatecznie przesądziła o zwycięstwie. Ten odcinek "Awantury o kasę" od pierwszych minut wymknął się spod kontroli i pokazał, że tutaj wszystko może zmienić się błyskawicznie.


Mistrzowie "Awantury o kasę" w togach i biretach za stołem z napisem „MISTRZOWIE”; przed nimi Krzysztof Ibisz w garniturze.

Finał po drugim pytaniu To był niezwykły odcinek "Awantury o kasę"Agata Kubismateriały prasowe


W "Awanturze o kasę" widzieliśmy już wiele niespodziewanych zwrotów akcji, ale ten odcinek od samego początku zapowiadał się wyjątkowo. Drużyny weszły do gry bez kalkulowania i bardzo szybko okazało się, że jedna decyzja może wywrócić cały przebieg programu.

Kogo zobaczymy w sobotnim odcinku "Awantury o kasę"?


Niebiescy to silne osobowości z Wybrzeża. Jakub pracuje jako informatyk, Krzysztof jest śpiewakiem operowym, Kamil asystentem doradcy podatkowego, a drużyną dowodzi Wojciech - audytor finansowy.

Zieloni to z kolei małżeństwo i znajomi z Krakowa. Krzysztof oraz Maciej pracują w branży IT jako handlowcy, Paweł jest programistą, a Magdalena - adwokatką. Kapitanem drużyny został Maciej.

Żółci tworzą rodzinno-przyjacielski skład. Szymon pracuje jako górnik mechanik w kopalni soli, Marta jest ekspedientką w sklepie z toruńskimi piernikami, Małgorzata dyrektorką szkoły podstawowej, a Katarzyna - inżynierka cyberbezpieczeństwa - pełni rolę kapitanki.

W loży honorowej ponownie zasiedli mistrzowie, których widzowie zdążyli już dobrze poznać. Michał - dziennikarz i lektor radiowy, Przemysław - informatyk, Gustaw - lekarz i kapitan drużyny oraz Maja - tłumaczka przysięgła języka angielskiego wygrali już trzy odcinki programu. Na ich koncie znajduje się 139 tysięcy 500 złotych.

Va banque już na początku gry


Tym razem rywalizacja rozpoczęła się od kategorii "podpowiedź", która przy dobrej strategii potrafi dać ogromną przewagę. Później pojawiła się motoryzacja i… va banque. I to już przy pierwszym pytaniu.

Odważnie? Zdecydowanie.

Jeszcze większe zaskoczenie przyszło chwilę później. Po drugim pytaniu wszystko było już jasne - poznaliśmy finalistów. To chyba jedna z najbardziej niecodziennych sytuacji w historii "Awantury o kasę".

Jeśli właśnie pojawiła wam się w głowie myśl: "jak to możliwe?", to włączajcie szybko Polsat, bo od 17:30 leci już kultowy teleturniej.

Więcej pytań z kategorii "technologie" i "nauka" znajdziesz z naszym quizie.


QUIZ z Awantury o kasę. Kategorie: nauka i technologie. Zdobędziesz 7/7?

Spółki Big Tech stały się ulubieńcami inwestorów

Finał rozstrzygnęła fizyka


Po takim początku finał zapowiadał się wyjątkowo ciekawie - i rzeczywiście nie zawiódł. Drużyny mierzyły się z pytaniami z historii, kulinariów, sztuki, technologii i rozmaitości. Emocji nie brakowało do samego końca.

Jedno z pytań szczególnie mogło zainteresować fanów Geekweeka, bo dotyczyło fizyki:

"Żadne dwa elektrony w atomie nie mogą mieć takiego samego kompletu czterech liczb kwantowych". Jaką nazwę, od nazwiska jej odkrywcy, nosi ta reguła?

Powiem więcej, to pytanie w zasadzie rozstrzygnęło cały odcinek i wyłoniło zwycęzcę w niezwykle równej walce. Zobaczcie koniecznie ten odcinek, warto!


Naukowcy stworzyli obraz mężczyzny uciekającego przed erupcją w Pompejach. Wykorzystali niedawno odkryte szkielety© 2026 Associated Press


Zagadka logiczna w "Awanturze o kasę". Pytanie zaskoczyło mistrzów

Karol Kubak

Próby randkowania, taniec na oczach widzów i zagadka z niedźwiedziem. Ten odcinek "Awantury o kasę" pokazuje, że tu liczy się nie tylko wiedza. Czasem wygrywa refleks, dystans i… odrobina odwagi.


Mężczyzna za biurkiem w studiu telewizyjnym „Awantury o kasę”, spiralne tło i logo programu w tle.

Rywalizacja nabiera tempa! W niedzielnym odcinku „Awantury o kasę” drużyny staną do kolejnej bitwy o wielkie pieniądze.Agata Kubismateriały prasowe


W kolejnym odcinku "Awantury o kasę" znów spotykają się drużyny, które łączy coś więcej niż tylko chęć wygranej. Są przyjaciele, znajomi z różnych miast i rodzina - a każdy z nich przywozi do studia nie tylko wiedzę, ale też swoją historię.

Niebiescy to przyjaciele ze szkoły i grilla. Maciej - programista, Kacper - analityk danych, Wiktor - specjalista ds. bezpieczeństwa finansowego i kapitan drużyny i Iwo - student Uniwersytetu Technicznego w Kopenhadze.

Zieloni to znajomi z różnych miast. Weronika - dyrektor artystyczna w agencji reklamowej, Szymon - menadżer biura coworkingowego, Kacper - teatrolog i tancerz ludowy i Justyna - farmaceutka i nauczycielka hiszpańskiego, kapitanka drużyny.

Żółci to mieszanka relacji: rodzeństwo, małżeństwo i sąsiad z Myślenic. Artur - magazynier w firmie kosmetycznej, Wojciech - specjalista ds. wdrożeń oprogramowania, Paweł - operator maszyn budowlanych i kapitan drużyny oraz Adrianna.- sekretarka w zespole szkół ponadpodstawowych.

A jak pewnie pamiętacie, drużyna mistrzów póki co pozostaje bez większych zmian.A w niej: Szymon - student dziennikarstwa, Karolina - menadżerka ds. mediów społecznościowych, Marysia - architektka, kapitanka drużyny i Nikodem - opiekun pacjenta w stomatologii.

Do tej pory, w dwóch grach, zdobyli 89 tysięcy 300 złotych.

Uczestnik wyciął hołubca na prośbę Krzysztofa Ibisza


Niedzielny odcinek zaczął się od fizyki, która chyba już samą nazwą odstraszyła graczy - chętnych do licytacji nie było wielu. Za to po wylosowaniu zrobiło się ciekawie. Szybko zeszło na żarty i osobiste wątki, bo okazało się, że kapitan drużyny niebieskiej szuka partnerki, a jego rozmowa z mistrzami zaczęła przypominać… randkę. Tylko czy w ciemno?

W kolejnych rundach pojawiły się pytania z czasów współczesnych, geografii, technologii czy kategorii "co to jest". Droga do finału, jak zwykle, nie należała do najłatwiejszych.

Ale w "Awanturze o kasę" czasem to nie pytania grają pierwsze skrzypce, tylko ludzie. Tym razem uwagę zwrócił Kacper z drużyny zielonych, który popularyzuje folklor - tańczy i uczy tańca. I właśnie to zobaczyliśmy w studiu. Na prośbę Krzysztofa Ibisza obiecał, że po poprawnej odpowiedzi "wytnie hołubca". No i wyciął.

Dla niewtajemniczonych - nie chodzi o żadną wycinankę, tylko o efektowną figurę w tańcach ludowych. To dynamiczny wyskok z uderzeniem obcasów o siebie w powietrzu, często zakończony przytupem. Wymaga koordynacji, siły i pewnej odwagi - czyli dokładnie tego, co przydaje się też w teleturnieju.

Z kolei Wojciech z drużyny żółtych na nagranie programu przyleciał aż z Meksyku. To tylko pokazuje, jak dużą siłę przyciągania ma teleturniej Polsatu, o czym z resztą nie raz odnotowałem opisując dla was poprzedni sezon.

Pytanie o niedźwiedzia zaskoczyło drużynę


Najczęściej w "Awanturze o kasę" pojawiają się pytania trudne, ale jednak dość standardowe. Tym razem było inaczej. Pierwsze pytanie finałowe niemal rozbroiło mistrzów, którzy je wylicytowali.

Podróżnik wyruszył na południe. Po przejściu 1 km skręcił na wschód i po 1 km zobaczył przed sobą niedźwiedzia, więc skręcił na północ. Po przejściu kolejnego 1 km znalazł się w punkcie wyjścia. Jakiego koloru był niedźwiedź?

Brzmi jak zagadka. I rzeczywiście nią jest. Ale da się ją rozwiązać.

Znacie odpowiedź?

I to nie było ostatnie zaskoczenie tego odcinka. Dlatego warto włączyć Polsat w niedzielę o 17:30 i sprawdzić, kto tym razem wygra.


Naukowcy badają, jak mogły wyglądać pradawne psy i skąd pochodziły© 2026 Associated Press


Wszyscy to słyszą ale mało kto zna odpowiedź. Pytanie zaskoczyło wszystkich

Karol Kubak

W "Awanturze o kasę" czasem wystarczy jedno pytanie, by nawet pewni siebie gracze zaczęli się wahać. Tym razem chodziło o… gramatykę. Zdanie, które widzowie słyszą w każdym odcinku, nagle stało się pułapką i pokazało, jak zdradliwy potrafi być język.


Mężczyzna z otwartą złotą skrzynką na scenie programu Awantura o kasę, logo Polsat i szczegóły emisji w tle.

Awantura o kasę. W soboty i niedziele o 17:30 w PolsaciePolsatmateriały prasowe


Nowy odcinek "Awantury o kasę". Krzysztof Ibisz. Kolejne drużyny walczą o finał


Nie każda drużyna powstaje przypadkiem. Niebieskich połączyła jedna z najbardziej legendarnych kategorii "Awantury o kasę" - wędkarstwo. Przy stole zasiedli Piotr, przedsiębiorca, Robert - logistyk, Maciej - mechanik samochodowy oraz Daniel, handlowiec z branży IT i jednocześnie kapitan zespołu.

Zieloni to z kolei znajomi z czasów studenckich z Krakowa. Ewelina jest inżynierką materiałową, Michał pracuje jako programista, Mateusz zajmuje się administracją aplikacji, a drużyną dowodzi Bartłomiej - analityk w korporacji.

Żółci stawiają na rodzinne relacje. To wielkopolskie rodzeństwo z kuzynem - Markiem, elektronikiem w koncernie motoryzacyjnym. W skład zespołu wchodzą także Agnieszka, pracowniczka samorządowa w dziale oświaty, Katarzyna - audytorka jakości oraz Krzysztof, główny technolog w firmie meblarskiej i kapitan drużyny.

No i tym razem warto również przypomnieć mistrzów, ponieważ sobotni odcinek będzie ich debiutem w tej roli. Po raz pierwszy w tej roli zasiedli: Szymon - student dziennikarstwa, Karolina - menadżerka ds. mediów społecznościowych, Marysia - architektka, kapitanka drużyny i Nikodem - opiekun pacjenta w stomatologii. W ubiegłym tygodniu zdobyli 39 tysięcy 700 złotych. Czy zachowają togi i birety na dłużej?

Kategorie? Klasyczne, ale zdradliwe: literatura, język polski, anatomia i medycyna, rozmaitości - oraz oczywiście wędkarstwo.

Pytanie, które zaskoczyło drużyny


Jedno z pytań szczególnie przykuło moja uwagę. Dotyczyło zdania, które prowadzący wypowiada przynajmniej kilka razu w każdym odcinku kultowego teleturnieju.

"Biorę 500 zł z konta każdej drużyny" - która część tego zdania jest okolicznikiem?

I nagle robi się trudniej, niż mogłoby się wydawać. Bo choć to poziom szkoły średniej, po tylu latach używania codziennej polszczyzny, pełnej "cofania się do tyłu", "spadania w dół" czy "faktów autentycznych" takie pytanie może być dużym wyzwaniem.

Czy któraś z drużyn poprawnie odpowiedziała na to pytanie? Zobaczycie w sobotnim wydaniu "Awantury o kasę" w Polsacie od 17:30. Szkoda tylko, że prowadzący nie zapytał się mistrzów, czy oni znają odpowiedź. A w tym przypadku wcale nie byłaby to złośliwość, ponieważ mimo młodego wieku, mistrzowie zaprezentowali się dość dobrze pod kątem wiedzy w ubiegłym tygodniu.

W drugiej rundzie także nie zabraknie emocji. Tym bardziej, że w pewnym momencie pula przekroczy 37 tysięcy złotych. Kto ją przejmie? Czy uda się to mistrzom, czy całość przejmą ich przeciwnicy?


''Wydarzenia'': Nowy rozdział podboju kosmosu z Artemis 2. Czekano na to 58 latPolsat NewsPolsat News


Ukryty wymiar przemocy w USA. Miliony ludzi myślą o użyciu broni

Badanie: 19 mln Amerykanów myślało o użyciu broni przeciwko innym

Karolina Majchrzak

Dane z najnowszego badania ogólnokrajowego pokazują, że przemoc z użyciem broni palnej w Stanach Zjednoczonych to nie tylko statystyki dotyczące ofiar, ale także miliony osób, które przynajmniej raz w życiu poważnie rozważały użycie broni palnej przeciwko drugiemu człowiekowi.


Mężczyzna ukrywający pistolet za paskiem spodni i koszulą

"Niewidzialna grupa ryzyka". Aż 19 mln Amerykanów myślało o użyciu broni przeciwko drugiej osobie123RF/PICSEL


Analiza przeprowadzona przez naukowców z University of Michigan wskazuje, że aż 7,3 proc. dorosłych Amerykanów, czyli ponad 19 mln osób, miało w swoim życiu myśli o postrzeleniu kogoś. Co więcej, 3,3 proc. deklaruje, że takie rozważania pojawiły się w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

Skala problemu większa, niż sądzono


To liczby, które wyraźnie rozszerzają dotychczasowe spojrzenie na problem przemocy z użyciem broni. Do tej pory badania skupiały się głównie na faktycznych incydentach, tymczasem nowe dane pokazują, że istnieje ogromna, w dużej mierze "niewidzialna" grupa ryzyka.

A skala realnej przemocy pozostaje ogromna, w 2023 roku odnotowano ponad 116 tys. przypadków napaści z użyciem broni wymagających interwencji medycznej oraz ponad 16 tys. zabójstw. Rok później liczby również pozostawały dramatyczne, dziesiątki tysięcy ofiar i setki rannych dziennie.

Cienka granica od myśli do działania


Badanie pokazuje, że w części przypadków rozważania nie kończą się wyłącznie na poziomie teoretycznym, bo 1,6 proc. respondentów przyznało, że rozważało zdobycie broni w celu postrzelenia kogoś, a 0,6 proc. deklaruje, że zabrało broń w konkretne miejsce z takim zamiarem. To oznacza, że mówimy nie tylko o impulsach czy chwilowych fantazjach, ale o sytuacjach, w których pojawia się element planowania.

Jednocześnie istnieją też sygnały ostrzegawcze, które mogą stanowić punkt wyjścia do interwencji. Około 1,5 proc. badanych przyznało, że powiedziało komuś o swoich myślach, a część - choć niewielka - zdecydowała się nawet oddać broń do przechowania w czasie kryzysu.

Kogo dotyczą takie myśli?


Profil osób częściej zgłaszających tego typu rozważania jest zaskakująco spójny z tym, co wiadomo o sprawcach przemocy - częściej są to osoby młodsze, mężczyźni, mieszkańcy miast i osoby z niższym poziomem wykształcenia.

Co jednak ciekawe, posiadanie broni - które wydaje się automatycznie czynnikiem ryzyka - nie zwiększało istotnie prawdopodobieństwa takich myśli. To sugeruje, że problem ma głębsze podłoże społeczne i psychologiczne i nie sprowadza się wyłącznie do dostępu do broni. Najczęściej wskazywanym celem był zaś "wróg", tj. pojęcie szerokie i niejednoznaczne, obejmujące ponad połowę odpowiedzi.

Na kolejnych miejscach pojawiali się nieznajomi w sytuacjach konfliktowych, urzędnicy państwowi, partnerzy lub byli partnerzy, członkowie rodziny i współpracownicy. Część wskazań - zwłaszcza dotyczących przedstawicieli władz czy służb - może sugerować obecność motywacji politycznych lub ideologicznych, pomimo że w badaniu nie było widać wyraźnego związku z dochodami czy przynależnością polityczną.

Problem, którego nie widać


Autorzy badania podkreślają, że osoby rozważające użycie broni tworzą słabo rozpoznaną, ale potencjalnie kluczową grupę w kontekście prewencji przemocy, zwłaszcza że ich profil demograficzny pokrywa się z czynnikami ryzyka faktycznych incydentów z użyciem broni.

Jednym z najciekawszych wniosków płynących z badania jest jednak zdaniem naukowców to, że miliony osób dzielą się swoimi myślami z innymi. To potencjalnie kluczowy moment, w którym możliwa jest reakcja - zarówno ze strony bliskich, jak i systemu. W tym kontekście badacze wskazują na znaczenie przepisów typu "red flag", które pozwalają na czasowe odebranie broni osobom uznanym za potencjalnie niebezpieczne.

Jednocześnie podkreślają, że skuteczna prewencja wymaga czegoś więcej niż regulacji prawnych. Kluczowe jest lepsze zrozumienie czynników psychologicznych, społecznych i kontekstowych oraz współpraca wielu środowisk, od systemu ochrony zdrowia po instytucje publiczne.


Miłośnicy samolotów domagają się wydzielenia specjalnego miejsca do obserwacji© 2026 Associated Press


Kawa w nocy może zwiększać impulsywność. Odkryli nieoczekiwany efekt

Pijesz kawę wieczorem? Możesz podejmować bardziej ryzykowne decyzje

Karolina Majchrzak

Jak wynika z nowego badania naukowców University of Texas at El Paso, kofeina spożywana w nocy może mieć nieoczekiwany skutek uboczny, a mianowicie zwiększać impulsywność i skłonność do ryzykownych zachowań, a problem dotyczy szczególnie kobiet.


Barista z filiżanką w ręku przygotowujący kawę

Mimo wysokich cen Polacy nie rezygnują z kawy na mieściePiotr MoleckiEast News


Naukowcy badali wpływ kofeiny na impulsywność, wykorzystując muszki owocowe - organizm często stosowany w badaniach neurologicznych i behawioralnych ze względu na podobieństwa genetyczne i funkcjonowanie układu nerwowego do ludzi. Eksperyment polegał na podawaniu kofeiny w różnych porach dnia i w różnych dawkach, a następnie sprawdzaniu, jak badane osobniki reagują na bodziec stresowy. 

Kofeina o różnych porach dnia


Wyniki badania opublikowanego w czasopiśmie naukowym iScience pokazują, że kluczowe znaczenie może mieć nie tylko ilość kofeiny, ale również pora jej spożywania. I tak, muszki naturalnie zatrzymują się, gdy są narażone na silny strumień powietrza.

Te, które otrzymywały kofeinę w nocy, znacznie częściej ignorowały zagrożenie i nadal się poruszały, co naukowcy uznali za zachowanie impulsywne. Co ważne, ten efekt nie występował u osobników, które spożywały kofeinę w ciągu dnia, co sugeruje, że kofeina może inaczej wpływać na mózg w zależności od rytmu dobowego.

Kobiety mogą reagować silniej


Badacze zauważyli również różnice między płciami. Przy podobnym poziomie kofeiny w organizmie samice wykazywały znacznie wyższy poziom impulsywności niż samce. Może to oznaczać, że biologiczne różnice w funkcjonowaniu organizmu wpływają na reakcję na kofeinę i niekoniecznie muszą być związane wyłącznie z hormonami.

To odkrycie może mieć znaczenie dla osób pracujących w nocy - lekarzy, ratowników, pracowników zmianowych czy żołnierzy, którzy często sięgają po kofeinę, aby utrzymać koncentrację.

Naukowcy przypominają, że kofeina jest najczęściej używaną substancją psychoaktywną na świecie. Regularnie spożywa ją ogromna większość dorosłych, dlatego nawet stosunkowo niewielkie zmiany w zachowaniu związane z jej działaniem mogą mieć duże znaczenie społeczne, szczególnie w sytuacjach wymagających podejmowania szybkich i odpowiedzialnych decyzji.


Naukowcy badają, jak mogły wyglądać pradawne psy i skąd pochodziły© 2026 Associated Press


Zrobiłam detoks dopaminowy. Dwa tygodnie bez telefonu, muzyki i słodyczy


Spis treści:

  1. Detoks dopaminowy pod lupą. Rezygnacja z technologii to dopiero początek

  2. Przetestowałam detoks dopaminowy. Założenia były proste

  3. Detoks dopaminowy po dwóch tygodniach. Co teraz? Plusy i minusy

Telefon mamy cały czas w ręku albo przynajmniej w zasięgu wzroku, dłoń wyciągamy po niego niemal nieświadomie. Powiadomienia z różnych aplikacji prześcigają się o naszą uwagę. Gdy już otworzymy ulubioną apkę - przepadamy na długie godziny.

Dostępne treści są dynamiczne, kolorowe, zabawne, wzruszające, znowu zabawne i nawet jeśli na konkretne wideo poświęcamy góra 20 sekund, a scrollowanie zdecydowanie pozbawione jest dogłębnej analizy, nasz mózg jest wręcz karmiony dopaminą i czujemy się, jakbyśmy non stop byli nagradzani małym kolorowym cukierkiem. Jak wspaniale! A potem odkładamy telefon i wracamy do smutnej, szarej rzeczywistości, wszystko wydaje się nieatrakcyjne.

O detoksie dopaminowym powstało kilka książek, swego czasu termin też był na językach twórców lifestylowych, którzy zdają się regularnie karmić naszą chęcią wprowadzenia zmian w życiu, zwłaszcza jeśli przynajmniej ze sloganu mają one być rewolucyjne. Co ciekawe, na jego temat różne zdanie mają naukowcy. Zacznijmy jednak od początku: co to właściwie jest detoks dopaminowy?

Jak czytamy w artykule "A Literature Review on Holistic Well-Being and Dopamine Fasting: An Integrated Approach", którego autorzy pochylili się nad szeroką gamą materiałów naukowych dotyczących tego tematu, jest to koncepcja mająca na celu zmniejszenie uzależnienia od natychmiastowej gratyfikacji i nadmiernej stymulacji, by "osiągnąć jasność umysłu". Mamy też naturalnie odczuwać mniej stresu i niepokoju, a jednocześnie czerpać radość z codziennych, prostych wydarzeń. Brzmi dobrze, czyż nie?

Niektórzy naukowcy twierdzą jednak, że ten konkretny detoks nie ma naukowego uzasadnienia i może wcale nie rozwiązywać problemu zaburzeń regulacji dopaminy, a co więcej, może nawet prowadzić do pogorszenia naszego stanu psychicznego. W najbardziej "intensywnych" założeniach wyszczególniono bowiem, że wskazana jest izolacja oraz rygorystyczna dieta, co faktycznie może wpływać na pogorszenie samopoczucia partycypujących. Jakby tego było mało, w literaturze dotyczącej detoksu dopaminowego możemy przeczytać, że te ekstremalne formy postu mogą prowadzić do zwiększenia poczucia samotności, lęku, a nawet niedożywienia.

Autorzy analizy podkreślają, że nie ma uniwersalnego podejścia do tego detoksu, a jeśli chcemy spróbować, powinniśmy koniecznie uwzględnić nasze indywidualne potrzeby, preferencje oraz możliwości. Ma to mieć kluczowe znaczenie przede wszystkim dla skuteczności eksperymentu, ale i po prostu po to, aby nie zrobić sobie przypadkiem krzywdy. Naukowcy dodają, że w dzisiejszych czasach te praktyki mogą być po prostu trudne do wdrożenia, trzeba więc pójść na pewne ustępstwa, o czym musiałam pamiętać przed rozpoczęciem detoksu.

Przetestowałam detoks dopaminowy. Założenia były proste


W związku z tym, że na co dzień pracuję przy komputerze (a właściwie dwóch), musiałam pójść na swego rodzaju kompromis. Obawiam się bowiem, że mój szef nie zrozumiałby potrzeby całkowitej rezygnacji z elektroniki wokół mnie na rzecz dziergania i uspokajania umysłu - trzeba było więc pogodzić się z faktem, że osiem godzin dziennie spędzam w pracy.

Większe zmiany wprowadzałam po niej: przede wszystkim dotyczyło to włączenia trybu skupienia w telefonie, który wyciszał wszelkie powiadomienia. To rozwiązanie nie do końca spodobało się mojej rodzinie, bo zdarzało się, że po prostu nie odbierałam połączeń i oddzwaniałam dopiero po jakimś czasie. Czy coś się w związku z tym stało? No nie, po prostu zirytowałam parę osób, które są przyzwyczajone do tego, że odpowiedź otrzymują natychmiast. Smartfon po pracy często też po prostu lądował w szufladzie.

Nie widziałam większego sensu w tym, żeby rezygnować ze sporadycznie oglądanych seriali czy filmów, bo nie tu leżał mój problem. Sporo czasu poświęcałam jednak na przeglądanie YouTube'a i to to medium postanowiłam ukrócić. W związku z tym, że dzierganie zadomowiło się w mojej rutynie na dobre już dwa lata temu, nie było szokiem, że to właśnie tę aktywność wybierałam, tylko tym razem bez wideo lecącego w tle. Nie zdziwi, jeśli powiem, że pracowałam dzięki temu szybciej.

Niedawno w mediach społecznościowych panowała moda na "analogowe hobby". Wśród nich było oczywiście wspomniane już dzierganie, ale i kolorowanie, scrapbooking, haftowanie, czytanie, malowanie, wszystko to, do czego nie potrzebujemy ekranu. Muszę przyznać, ze to doskonałe rozwiązanie, jeśli chcemy ograniczyć nasz czas online. Każda z tych czynności w jakiś sposób rozwija, a przy okazji jesteśmy w stanie odpocząć i zrelaksować się.

Mam skomplikowaną relację z ciszą. Bywa, że pragnę jej ponad wszystko, ale są też momenty, kiedy nie mogę jej znieść. Dlatego gdziekolwiek idę - w tle gra muzyka. Momenty, w których musiałam wyjść z domu i zrezygnować ze słuchania muzyki wspominam z dreszczem niepokoju i raczej nie jest to nawyk, który ze mną zostanie.

W założeniach detoksu dopaminowego jest też rezygnacja ze słodyczy, co wcale nie było proste. Obecnie nazywamy to "cukrownikiem", za czasów mojego dzieciństwa wszelkie słodkości trzymaliśmy w "barku" - jakkolwiek tego miejsca nie nazwiemy, często jest wypełnione po brzegi łakociami. Współlokatorzy nie uczestniczyli w detoksie, nie miało więc sensu opróżniać go dla jednej osoby. No więc walka. Kilkukrotnie przegrana, trudna, ale muszę przyznać, że faktycznie udało mi się ograniczyć spożywanie słodyczy.

Z pewnością korzystne dla zdrowia byłoby również włączenie regularnych spacerów w momentach, w których normalnie siedzielibyśmy przed ekranami. Problem polegał na tym, że było po prostu zimno, a spacer dla idei w temperaturze zbliżonej do zera jakoś mnie nie przekonywał.

Detoks dopaminowy po dwóch tygodniach. Co teraz? Plusy i minusy


Przy ekranach siedziałam więc głównie w pracy, próbowałam oswoić się z ciszą i własnymi myślami (co bywa niewygodne), nie słyszałam powiadomień, ograniczyłam spożywanie słodyczy, czas wolny wypełniałam "analogowym hobby". I tak minęły mi dwa tygodnie.

Pierwszy z nich był dziwny, bywało, że czułam się nieswojo. Cisza przeszkadzała, a oczy i dłonie same szukały telefonu. Drugi tydzień był znacznie łatwiejszy.

W obliczu tego eksperymentu zdecydowanie warto zastanowić się nad tym, czy naprawdę większość z tych czynności, które mamy odrzucić, faktycznie powinna zostać odrzucona. Komu będzie lepiej z tym, że nie obejrzymy filmu jednego wieczoru w tygodniu? Sytuacja naturalnie wygląda gorzej, jeśli włączamy interesujące nas wideo, a w międzyczasie i tak scrollujemy na telefonie i poddajemy się tysiącom innych rozpraszaczy - w końcu jeśli spojrzeć na to chłodno, to i tak dojdziemy do wniosku, że niczego właściwie nie oglądamy i nie wynosimy z tej rozrywki.

To z kolei prowadzi do wniosków, które wysnuli już autorzy analizujący kilkadziesiąt artykułów na ten temat, czyli że najważniejszy jest zdrowy rozsądek i dopasowanie detoksu do swoich potrzeb i możliwości. Sami najlepiej wiemy, w których sferach przesadzamy i co sprawia, że z jakiegoś powodu czujemy się niekomfortowo, a plastrem na nasze bolączki zdecydowanie nie będzie rozwiązanie przekopiowane z Instagrama.

Część zmian ze mną zostanie. Z pewnością nie pozbędę się trybów skupienia z telefonu, bo wiem, że rezygnacja z ciągłych powiadomień jest dla mnie korzystna. Nie ma jednak opcji, że zrezygnuję także ze słuchania muzyki albo oglądania wideo do robótek ręcznych, dlatego że siedzenie w ciszy dla samej idei siedzenia w ciszy nie daje mi na tyle korzyści, żeby miało to sens. Co ciekawe, przez eksperyment teraz dużo mniej chętnie sięgam po wideo na YouTube'ie. To duża zmiana, bo bywało, że leciały w tle non stop, obecnie czar prysł, a ta aktywność nie wydaje mi się aż tak atrakcyjna.

Mamy czas Wielkanocy, moment mojej detoksowej próby złożył się więc idealnie - w sam raz do tego, żebym siedząc przy świątecznym stole, nie odczuwała ogromnej potrzeby przeglądania internetu czy właściwie robienia czegokolwiek, co da mi więcej rozrywki i dopaminy. Chociaż na pierwszy rzut oka eksperyment może okazać się przerażający albo niemożliwy, myślę, że warto spróbować, pamiętając jednak, żeby uwzględnić swoje potrzeby oraz możliwości i monitorowanie swojego stanu - jeśli czujemy, że coś nam nie służy, nie ma sensu się do tego zmuszać.


Miłośnicy samolotów domagają się wydzielenia specjalnego miejsca do obserwacji© 2026 Associated Press


Emocje sięgnęły zenitu w "Awanturze o kasę". Jedno pytanie zmieniło wszystko

Karol Kubak

Rodzinne układy, znajomi z jednej paczki i czekający na wygranych pierwszej rundy mistrzowie. W "Awanturze o kasę" znów zrobiło się gorąco. Wystarczyło jedno pytanie o ptaka o łacińskiej nazwie, by stawka nagle urosła, a los jednej z drużyn zawisł na włosku.


Krzysztof Ibisz za nowoczesnym biurkiem, gestykulujący, z logo programu "Awantura o kasę".

Jak poradzą sobie drużyny w nowym odcinku "Awantury o kasę"?Polsatmateriały prasowe


Emocje w "Awanturze o kasę" nie zwalniają ani na chwilę. Kolejny odcinek to mieszanka rodzinnych historii, teleturniejowych strategii i pytań, które potrafią wywrócić grę do góry nogami. Na starcie trzy zupełnie różne drużyny - i każda z własnym pomysłem na zwycięstwo.

Trzy drużyny i jeden cel


W niebieskiej drużynie spotykają się dwie pary z Tarnowa. Gabriela i Monika pracują jako nauczycielki wychowania przedszkolnego, Kamil jest menadżerem w branży spożywczej, a Daniel - programista - pełni rolę kapitana i to na nim spoczywa ciężar decyzji przy stole.

Zieloni to z kolei rodzinny skład z Ciechanowa - małżeństwo i teściowie, co samo w sobie zapowiada ciekawą dynamikę. Tadeusz, emerytowany pracownik drukarni, gra u boku Anny, nauczycielki przedszkolnej. Drużyną dowodzi Jarosław, dyrektor w branży szyb samochodowych, a skład uzupełnia Elżbieta, była pracowniczka cywilna Wojska Polskiego.

Żółci stawiają na znajomość i wspólną pasję do teleturniejów. Szymon studiuje dziennikarstwo, Karolina pracuje w mediach społecznościowych, Nikodem zajmuje się opieką nad pacjentami w stomatologii, a liderką zespołu jest Marysia - architektka, która bierze na siebie rolę kapitanki.

Wszystkich łączy jedno... siedem pytań i tylko jedna przepustka do finałowego starcia.

Na końcu tej drogi czekają jednak oni - "Warszawskie Gibalaki", kibice Legii Warszawa, którzy wracają jako mistrzowie. Kapitan Grzegorz i Mieszko pracują w branży cateringowej, Adrian jest handlowcem w sektorze spożywczym, a Tomasz prowadzi firmę zajmującą się monitoringiem pojazdów. To już ich drugi odcinek i jak na razie mają na koncie 40 tysięcy 500 złotych.


Zasługujesz na tytuł mistrza? Zdobądź 10/10 w quizie z "Awantury o kasę"

Nowe studio, w którym jest nagrywany teleturniej ''Awantura o kasę''

Pytania, które zmieniają wszystko


Kategorie? Klasyczny miks: piłka nożna, muzyka klasyczna, sport, rozmaitości - albo ryzykowne "weź co chcesz".

Już na początku robi się ciekawie. Drużyna, która wylicytowała pytanie z piłki nożnej, trafia na temat Legii Warszawa. A to przecież naturalne środowisko mistrzów. Oni nie mieli wątpliwości. Pytanie tylko, czy ich potencjalni rywale również.

Druga runda to już bezpośrednie starcie, a wtedy gra wchodzi na zupełnie inny poziom. Stawki rosną, emocje rosną, a każde pytanie zaczyna ważyć znacznie więcej.

I wtedy pada jedno z tych, przy których wstrzymuje się dech:

Naukowa, łacińska nazwa tego gatunku brzmi Upupa epops. Co to za ptak?

Niby proste, przynajmniej jeśli ktoś jest ornitologiem, albo chociaż miłośnikiem ptaków. Dla reszty to chwila zawahania, szybkie bicie serca, nerwowe spojrzenia i kalkulacje. Bo w puli są już konkretne pieniądze.

Powiem wam, że od tego pytania zrobiło się naprawdę ciekawie. W puli pojawiły się ogromne pieniądze, a los jednej z drużyn zawisł na włosku. Czy udało się odbić od dna? Sprawdźcie sami w niedzielę o 17:30 w Polsacie.


''Wydarzenia'': Nowy rozdział podboju kosmosu z Artemis 2. Czekano na to 58 latPolsat NewsPolsat News


Śpimy o godzinę krócej. W który weekend jest zmiana czasu na letni?

Śpimy o godzinę krócej. W który weekend jest zmiana czasu na letni?

Klaudia Kuryśko

Zmiana czasu ma miejsce dwa razy w roku. Niebawem będziemy przestawiać zegarki pierwszy raz w 2026 roku. Dłuższe dni staną się codziennością, chociaż ceną będzie jedna krótsza noc i zmiana rytmu poranka. Kiedy dokładnie zmieniamy czas z zimowego na letni?


Zegar budzik na granicy śniegu i zielonej trawy z kwiatami stokrotek.

Kiedy zmieniamy czas na letni? ARKADIUSZ ZIOLEKEast News



Spis treści:

  1. Dlaczego dwa razy w roku zmieniamy czas?

  2. Kiedy zmiana czasu z zimowego na letni w 2026 roku?

  3. Co ze zmianą czasu w przyszłości?

Zmiana czasu na letni powoduje, że dni stają się dłuższe, a poranki (szczególnie w pierwszych tygodniach) są ciemniejsze. Przestawianie zegarków to również spore wyzwanie dla osób, które funkcjonują zgodnie z rytmem dobowym. Taka zmiana może wprowadzać chwilowe zamieszanie, a organizm będzie potrzebował czasu, aby się "przestawić".

To także modyfikacja dla zwierząt domowych - przyzwyczajone do stałych godzin posiłków mogą czuć się zdezorientowane, jeśli będą go otrzymywać o innej porze.

Dlaczego dwa razy w roku zmieniamy czas?


W Polsce zegarki przedstawiamy dwa razy - w marcu oraz w październiku. Praktyka ta budzi sporo kontrowersji i nie brakuje głosów sprzeciwu. Głównym założeniem zmiany czasu było efektywniejsze wykorzystanie światła dziennego. Dlatego też czas letni obowiązuje 7 miesięcy, a kiedy dni stają się krótsze wprowadza się czas zimowy, który trwa 5 miesięcy. Jeszcze kilka dekad temu miało to spore znaczenie, jednak obecnie wraz z rozwojem technologicznym sporo osób wskazuje, że zmiana ta ma więcej wad niż zalet.

Wiele krajów europejskich wprowadziło tę praktykę po wojnie. Pierwszym krajem były Niemcy - zrobili to już w 1916 roku, chcąc zaoszczędzić energię węglową. Następnie dołączyły do nich inne państwa, przyczynił się do tego również kryzys naftowy, mającym miejsce w latach 70. ubiegłego wieku. W Unii Europejskiej zmianę czasu reguluje dyrektywa 2000/84/WE z 2001 roku. Zgodnie z nią wszystkie państwa członkowskie muszą zmieniać czasu dwa razy do roku - to również Unia Europejska wskazuje, kiedy należy to zrobić.

Kiedy zmiana czasu z zimowego na letni w 2026 roku?


Zmiana czasu na letni zawsze następuje w ostatni weekend marca. W 2026 roku zegarki będziemy przestawiać z 28 na 29 marca. Wskazówki z 2:00 przesunął się na 3:00. W praktyce oznacza to, że będziemy spać godzinę krócej.

Większość urządzeń, w tym telefony czy też laptopy samodzielnie zmienią godzinę. Jednak w standardowych zegarach trzeba będzie to zrobić ręcznie.

Co ze zmianą czasu w przyszłości?


Wiele osób zastanawia się, czy w 2026 roku będziemy zmieniać czas po raz ostatni. Choć od 2018 roku temat ten regularnie powraca w debacie publicznej, obecnie - ze względu na obowiązującą dyrektywę unijną - rezygnacja z tego procederu nie jest łatwa. Co prawda Polska zaproponowała wprowadzenie dwuletniego pilotażu, podczas którego czas nie byłby zmieniany, a rozmowy w tej sprawie miały już ruszyć, jednak wciąż brakuje porozumienia pomiędzy Parlamentem Europejskim a Radą UE. Bez nowelizacji unijnych przepisów nie można na stałe skończyć z przestawianiem zegarków.

Polska jednoznacznie opowiada się za odejściem od zmiany czasu - co istotne 4 kwietnia 2025 roku do Sejmu trafił projekt nowelizacji ustawy o czasie urzędowym. Niemniej jednak nasz kraj jest związany przepisami unijnymi. Oznacza to, że nawet gdyby wspominany projekt został zatwierdzony, nie ma pewności, czy Polska - jako jedyne państwo członkowskie - mogłaby jednostronnie zrezygnować z tej praktyki bez naruszania unijnych zobowiązań.

Co istotne, wielu ekspertów oraz obywateli wskazuje na negatywne skutki zmiany czasu, podkreślając przede wszystkim kwestie zdrowotne (zaburzenia rytmu dobowego) oraz organizacyjne (utrudnienia w transporcie i logistyce).


Niemowlęta wiedzą więcej, niż się wydawało. "Złożone procesy poznawcze"© 2026 Associated Press


To nie sąsiad. Skąd w bloku jest ten dziwny dźwięk spadającej kulki?

Spadająca kulka w bloku. Skąd bierze się ten dziwny dźwięk?

Jacek Waśkiel

Wieczorami w wielu blokach wraca ten sam odgłos: krótki stuk, po którym słychać dźwięk przypominający toczenie się metalowej kulki. Dla części mieszkańców to źródło irytacji i sąsiedzkich napięć, dla innych ciekawa zagadka, bo identyczny dźwięk pojawia się także tam, gdzie nikt nie mieszka piętro wyżej.


Dłoń trzymająca gładką, lśniącą metalową kulę na białym tle. Odbicia światła na powierzchni kuli podkreślają jej idealną gładkość i połysk.

Dlaczego w blokach słychać dźwięk spadającej kulki? Nie zawsze winni są sąsiedzi.123RF.com123RF/PICSEL



Spis treści:

  1. Spadająca kulka w bloku. Dlaczego słyszymy ten dźwięk?

  2. Naprężenia w wielkiej płycie. Fizyczne wyjaśnienie zagadki

Spadająca kulka w bloku. Dlaczego słyszymy ten dźwięk?


Dla wielu mieszkańców to jeden z najbardziej irytujących odgłosów domowej codzienności: pojedynczy stuk, a po nim krótki dźwięk przypominający toczenie się metalowej kulki. Pojawia się nagle, bez zapowiedzi, często w chwilach ciszy, gdy łatwo zwrócić na niego uwagę. Naturalną reakcją jest próba znalezienia winnego, bo brzmienie sugeruje nieostrożne zachowanie kogoś z góry, a frustracja narasta wraz z kolejnymi powtórzeniami tego samego schematu dźwiękowego. W wielu przypadkach zaczyna się więc od prostych domysłów i rozmów o sąsiedzkiej nieuwadze.

Zaskoczenie przychodzi wtedy, gdy okazuje się, że identyczny odgłos słychać także w innych mieszkaniach. Często zdarza się, że dźwięk pojawia się w lokalach oddalonych od siebie, w różnych pionach, a nawet tam, gdzie nad sufitem nie ma już żadnych lokatorów. To moment, w którym pierwotne wyjaśnienie przestaje wystarczać, bo trudno uznać, że wszyscy sąsiedzi jednocześnie upuszczają metalowe przedmioty w podobny sposób. Powtarzalność zjawiska i jego obecność w wielu miejscach jednocześnie budzą wątpliwości i prowokują pytanie, czy źródło rzeczywiście znajduje się w czyimś mieszkaniu.

Sam charakter dźwięku dodatkowo utrudnia interpretację, bo ludzki słuch chętnie porządkuje bodźce w znane schematy. Krótki, wyraźny stuk łatwo skojarzyć z upuszczeniem przedmiotu, a następujące po nim wygasające odgłosy automatycznie odbierane są jako toczenie po podłodze. Taka sekwencja brzmi znajomo i logicznie, choć nie musi mieć nic wspólnego z realnym ruchem kulki w czyimś mieszkaniu.

Naprężenia w wielkiej płycie. Fizyczne wyjaśnienie zagadki


W budynkach wznoszonych w technologii wielkopłytowej kluczową rolę odgrywa żelbet, czyli połączenie betonu i stalowego zbrojenia, które razem przenoszą obciążenia i stabilizują całą konstrukcję. Materiały te zaprojektowano tak, by reagowały na zmiany temperatury w zbliżony sposób, jednak w praktyce nie eliminuje to drobnych ruchów i narastania naprężeń w skali całego obiektu. W ciągu doby elementy konstrukcyjne nagrzewają się i chłodzą, a wraz z nimi pracują pręty zbrojeniowe, połączenia między płytami oraz strefy podparcia. Gdy lokalnie dochodzi do nagłego rozładowania tej energii, konstrukcja reaguje krótkim, wyraźnym impulsem akustycznym, który odbierany jest jako pojedyncze uderzenie.

Po tym pierwszym dźwięku często pojawia się wrażenie "toczenia", choć w rzeczywistości nie ma ono związku z ruchem żadnego przedmiotu. Jest to efekt serii drobnych drgań i wygaszających się przemieszczeń, gdy konstrukcja po gwałtownym impulsie wraca do stanu równowagi. Energia nie znika od razu, lecz rozprasza się w kolejnych elementach budynku, dając kilka krótkich, coraz cichszych odgłosów.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa najistotniejsze jest to, że sam dźwięk "spadającej kulki" nie oznacza automatycznie problemów konstrukcyjnych. Jest on najczęściej zwykłym efektem pracy materiałów pod wpływem zmian temperatury i sposobu, w jaki żelbet przenosi drgania. To właśnie dlatego zjawisko najczęściej powraca w okresach przejściowych, gdy różnice temperatur między dniem a nocą są największe, a konstrukcja budynku częściej wchodzi w cykl nagrzewania i schładzania.


Meduzy śpią podobnie jak ludzie, mimo że nie mają mózgu i oczu© 2026 Associated Press


Trwa budowa największego budynku na świecie. Efekty już widać z satelity

Mukaab został zaprojektowany jako centralny punkt 19-kilometrowego osiedla New Murabba w północno-zachodniej części Rijadu. Firma deweloperska poinformowała o rozpoczęciu budowy. Obecnie trwają prace ziemne, których stan zaawansowania oceniany jest na 86 proc. Środki na budowę pochodzą z centralnego Funduszu Inwestycji Publicznych Arabii Saudyjskiej.

Zaprojektowany przez AtkinsRéalis wieżowiec z zewnątrz będzie wyglądał jak gigantyczny sześcian o boku 400 m. Co prawda ta wysokość nie zagwarantuje mu podium wśród najwyższych drapaczy chmur świata, ale z wysokością przekraczającą 300 m znajdzie się na liście superwysokich wieżowców. Będzie jednak największym budynkiem w historii. Serwis Bloomberg określił go mianem "największej zbudowanej konstrukcji na świecie". Po wybudowaniu wyprzedzi fabrykę Boeing Everett w Stanach Zjednoczonych, która obecnie cieszy się mianem największego budynku na świecie.


Ogromna, sześcienna budowla o bokach długości 400 metrów ozdobiona geometrycznymi wzorami z zewnątrz, na górze znajduje się zielony teren rekreacyjny z budynkami, wokół konstrukcji rozlokowane są pofalowane platformy z roślinnością.

Gigantyczny wieżowiec w kształcie sześcianu powstanie w RijadzieNew Murabba/Ferrari Press/East NewsEast News



Ogromna sześcienna budowla z ażurowymi, geometrycznymi ścianami, która w jednej z fasad posiada wycięty łuk, odsłaniający niezwykłą, spiralną wieżę górującą nad krajobrazem pustynnym. Konstrukcja otoczona jest przez nowoczesne miasto.

To będzie największy budynek na świecie. Wnętrze też zachwycaNew Murabba/Ferrari Press/East NewsEast News


Postępy prac i widoczność z satelity


Choć pełna bryła Mukaabu na razie istnieje głównie na wizualizacjach, skala prac prowadzonych na pustyni w Rijadzie jest już wyraźnie widoczna z kosmosu. Na najnowszych zdjęciach satelitarnych można dostrzec wytyczone strefy budowy, zaplecze techniczne oraz pierwsze fundamenty pod przyszłą megastrukturę. Budowa ruszyła pełną parą w 2024 roku, a według medialnych doniesień w ramach prac ziemnych usunięto już ponad 10 milionów metrów sześciennych gruntu.


Satelitarny widok obszaru miejskiego i pustynnego z oznaczonym szpitalem Diriyah Hospital, siecią dróg oraz współrzędnymi geograficznymi; widoczne rzadkie zabudowania, gęsta infrastruktura drogowa oraz rozległe tereny pustynne.

Widok na zarys budynkuGoogle Earthmateriał zewnętrzny



Widok satelitarny ukazujący fragment pustynnego obszaru z rozległą infrastrukturą drogową, dużym placem z geometryczną budowlą oraz wyraźnie oznaczoną ulicą King Salman Bin Abdulaziz.

New Murabba - charakterystyczny prostokątny kształt już widocznyGoogle Earthmateriał zewnętrzny



Widok satelitarny dużego, kwadratowego kompleksu otoczonego pustynią. Wewnątrz kompleksu widoczne są różne struktury i budynki, wyraźnie oddzielone od otaczającego obszaru wysokimi murami lub barierami. W pobliżu znajduje się lokalizacja oznaczona napi...

New Murabba już widoczny na zdjęciach satelitarnychGoogle Earthmateriał zewnętrzny


Murabba. Nowy megaprojekt Arabii Saudyjskiej


Nowoczesny obiekt to dwa miliony metrów kwadratowych sklepów, atrakcji kulturalnych i turystycznych oraz atrium niemal tak wysokie jak sam budynek, ze spiralną wieżą pośrodku. Rozmach inwestycji najlepiej pokazuje udostępnione wideo.

W szerszym ujęciu cała inwestycja będzie obejmowała ponad 100 tysięcy mieszkań, 9 tysięcy pokoi hotelowych, ponad 980 tys. metrów kwadratowych powierzchni handlowych oraz 1,4 miliona metrów kwadratowych biur. Zaplanowano tu 80 obiektów rozrywkowych i kulturalnych, a także uniwersytet technologiczny.

Według pierwotnych zapowiedzi projekt miał zostać ukończony do 2030 roku. Najnowsze doniesienia wskazują jednak na zmianę harmonogramu całego przedsięwzięcia. Saudyjski Fundusz Inwestycji Publicznych przesunął planowane zakończenie projektu New Murabba o dekadę. Obecnie mówi się o roku 2040, przy czym do końca obecnej dekady ma powstać pierwszy etap inwestycji, w tym sam Mukaab.

To jeden z kilku megaprojektów realizowanych w Arabii Saudyjskiej w ramach wizji 2030, której celem jest dywersyfikacja gospodarki kraju. Najbardziej znanym i kontrowersyjnym przedsięwzięciem pozostaje Neom, krytykowany za wpływ na środowisko i łamanie praw człowieka. Peter Frankental z Amnesty International w rozmowie z portalem Dezeen mówił, że firmy zaangażowane w Neom stoją przed "dylematem moralnym" i powinny "dwa razy pomyśleć" o dalszym udziale w projekcie.

Źródła: Geekweek, Polsat News, Google Earth


"Wydarzenia": Legendarny "Dar Młodzieży" będzie miał swojego następcęPolsat News


To najlepszy trening dla mózgu. Naukowcy nie mają wątpliwości

Chcielibyśmy naszym dzieciom dać jak najlepszy start. Zapisujemy je na zajęcia językowe, sportowe, szachy… Tymczasem zapominamy o aktywności, która nie kosztuje nic, można ją podejmować spontanicznie i zawsze przynosi korzyści. Czytanie. To najprostszy, a zarazem potężny trening dla mózgów naszych dzieci, który wzmacnia nie tylko ich rozwój, ale też więź między nami a naszymi pociechami. Nauka nie ma tu żadnych wątpliwości.

❌