Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 7 lutego 2026

"Polski" An-28 w nowej roli. Ukraińcy przerobili samolot pasażerski w łowcę dronów

"Polski" An-28 w nowej roli. Ukraińcy przerobili samolot pasażerski w łowcę dronów

Daniel Górecki

Ukraina wykorzystuje transportowe samoloty An-28 w nowej roli, jako platformy do przechwytywania rosyjskich dronów-kamikadze typu Shahed. Według materiału francuskiego kanału TF1, załogi tych maszyn, składające się z ochotników cywilnych, zestrzeliły już około 150 wrogich bezzałogowców.


Cywile kontra drony. Ukraina skutecznie wykorzystuje An-28 do obrony przestrzeni powietrznej

Cywile kontra drony. Ukraina skutecznie wykorzystuje An-28 do obrony przestrzeni powietrznejscreen z nagrania TF1 videoTwitter


Jeszcze rok temu był to zwykły samolot transportowy, dziś - uzbrojony w sześciolufowy karabin maszynowy M134 Minigun - An-28 stał się jednym z najbardziej niezwykłych elementów ukraińskiej obrony powietrznej. Co więcej, jego załoga to nie wojskowi, lecz cywile, którzy dobrowolnie zgłosili się, by nocami polować na rosyjskie drony-kamikadze typu Shahed.

TF1 zarejestrowało jedną z takich nocnych misji, podczas której zestrzelono pięć dronów. Operacje prowadzone są wyłącznie nad terenami niezamieszkałymi, głównie nad polami i lasami, aby zminimalizować ryzyko dla ludności cywilnej.

Shahedy spadają z nieba


Pomysł wykorzystania cywilnych maszyn w roli "łowców dronów" pojawił się oficjalnie dopiero latem 2025 roku. W czerwcu władze zezwoliły prywatnym samolotom na wsparcie działań obronnych, a wkrótce potem An-28 przeszedł stosowną adaptację - zamontowano w nim uchwyty pod M134 Minigun, wzmocniono strukturę skrzydeł i przygotowano miejsce dla strzelca.

Jak przyznaje Defense Express, jest to przykład wykorzystania "wszystkich dostępnych zasobów" w walce z rosyjskim terroryzmem. I choć rozwiązanie ma swoje ograniczenia, bo uzbrojenie obsługuje strzelec pokładowy, który otwiera ogień po wizualnym wykryciu celu, a cały proces naprowadzania odbywa się przy wsparciu naziemnych kontrolerów, bez udziału zaawansowanych systemów obserwacyjnych, skuteczność załogi An-28 zaskoczyła nawet wojskowych.

Polska myśl techniczna


An-28 to samolot zaprojektowany przez biuro Antonowa z myślą o krótkodystansowym transporcie pasażerów i ładunków, który powstawał w Polsce w zakładach WSK Mielec (obecnie PZL Mielec). Solidna konstrukcja pozwoliła jednak na łatwą adaptację do zadań specjalnych, stąd choćby opracowana przez polskiego producenta i Sierra Nevada Corporation nowoczesna wersja MC-145B SOMA (Special Operations Multi-Role Aircraft) wykorzystywana m.in. przez siły specjalne USA.

Ta wielozadaniowa maszyna krótkiego startu i lądowania może operować na nieprzygotowanych lądowiskach, przenosić uzbrojenie podwieszane oraz zrzucać pociski z ładowni. Ukraińska adaptacja An-28 nie jest więc przypadkowa, to improwizacja oparta na solidnych podstawach konstrukcyjnych.

Co dalej? Ukraińskie doświadczenia z An-28 już teraz są analizowane w kontekście dalszego rozwoju lotnictwa lekkiego dla zadań OPL. Toczą się rozmowy na temat pozyskania kolejnych lekkich samolotów bojowych do roli "łowców dronów" i chociaż nie wypalił pomysł pozyskania czeskich L-159, producent oferuje Ukrainie nową maszynę L-39NG Skyfox.


"Wydarzenia": "Dron" Słowem Roku 2025Polsat News


Wykrywa detonacje jądrowe, krążył nad Europą. Amerykanie poderwali WC-135R

Wykrywa detonacje jądrowe, krążył nad Europą. Amerykanie poderwali WC-135R

Marcin Jabłoński

Na platformach śledzących trasy lotów zaobserwowano dziś przelot nad Morzem Śródziemnym samolotu WC-135R Constant Phoenix. Ta maszyna ma tylko jedno zadanie - wykrywać anomalie skażenia radioaktywnego, występujące m.in. po awariach elektrowni atomowych czy wybuchach nuklearnych.


Duży samolot pasażerski w trakcie startu z pasa startowego, silniki wydzielają ciemny dym, wokół jasne, pustynne otoczenie, a maszyna unosi się stopniowo nad ziemią.

Amerykanie poderwali samolot. Ma wykryć skażenie nuklearneUnited States Air ForceWikimedia Commons


Podniebny wykrywacz radiacji nad Europą


Samolot WC-135R Constant Phoenix o kodzie wywoławczym JAKE27 wystartował dziś około godziny 7.00 czasu uniwersalnego z bazy lotniczej RAF Mildenhall w Wielkiej Brytanii. Maszyna skierowała się na południe i około 9.30 pojawiła się nad miejscem początku swojego patrolu w pobliżu wybrzeży Tunezji i Sycylii. Po tym przez około siedem godzin sprawdzała teren nad Morzem Śródziemnym, zanim zaczęła wracać do bazy Mildenhall. Na moment publikacji artykułu samolot dalej pozostaje w locie.

Przypomnijmy, że WC-135R Constant Phoenix przyleciał z USA do Wielkiej Brytanii pod koniec stycznia. To jeden z najbardziej unikalnych samolotów sił zbrojnych USA. Posiada specjalną aparaturę do mierzenia poziomu radiacji. W założeniu ma monitorować lub wykrywać różne anomalie, występujące m.in. po awariach elektrowni nuklearnych czy testach broni jądrowej. WC-135 pomogły m.in. wykryć Amerykanom skażenie po katastrofie w Czarnobylu w 1986, były aktywne po awarii elektrowni w Fukushimie w 2011 i patrolowały Koreę Północną podczas testów nuklearnych w 2017.

Przygotowanie wobec do w Iranie?


Nie ma dokładnych informacji, dlaczego Amerykanie akurat teraz postanowili przenieść jeden ze swoich trzech WC-135 do Europy. Najbardziej zasadne podejrzenia sugerują przygotowania do możliwej operacji Amerykanów wobec irańskiej infrastruktury nuklearnej. Samolot miałby pomóc w zidentyfikowaniu efektów uderzenia.

Administracja Donalda Trumpa prowadzi obecnie negocjacje z Iranem po ostatnich napięciach na linii Waszyngton-Teheran. Jednym z tematów rozmów ma być porozumienie w sprawie irańskiego programu nuklearnego. Obecnie na Bliskim Wschodzie Amerykanie zebrali ogromne siły militarne, na czele z lotniskowcem USS Abraham Lincoln. Możliwe uderzenie mogłoby skupić się na irańskich instalacjach nuklearnych i rakietowych.


"Wydarzenia": "Dron" Słowem Roku 2025Polsat News


Ukraina z wielkim wsparciem od kraju NATO. Chodzi o broń przeciwlotniczą

Ukraina tylko na to czekała. Kraj z drugiego końca świata wyśle wielkie wsparcie

Marcin Jabłoński

Ukraiński minister obrony Mychajło Fedorow poinformował, że jego kraj otrzyma od Kanady nowe pociski przeciwlotnicze do myśliwców F-16 i systemów NASAMS. Mają zwalczać rosyjskie rakiety i drony, które niszczą cywilną infrastrukturę.


Wyrzutnia rakiet przeciwlotniczych ustawiona na twardym podłożu, w tle widoczne jasne baraki biurowe pod zachmurzonym niebem.

Kanada wysyła pomoc dla Ukrainy. Pociski przeciwlotnicze, które mogą trafić na NASAMSEMIL NICOLAI HELMSAFP


Ukraina otrzymuje kolejne wsparcie. Pociski już w drodze


Ukraiński minister poinformował dostawach nowej broni po rozmowach ze swoim kanadyjskim odpowiednikiem. Według niego pociski są już przekazywane w ramach inicjatywy Prioritized Ukraine Requirements List (PURL), czyli zakupu przez kraje NATO broni z zapasów Stanów Zjednoczonych.

Fedorow stwierdził, że ostatnie działania w ramach inicjatywy PURL odegrały decydującą rolę w odparciu zmasowanych rosyjskich ataków powietrznych na Ukrainę. Dostawy nowych pocisków mają pomóc w utrzymaniu obrony.

Ukraina potrzebuje broni przeciwlotniczej do zwalczania rosyjskich ataków, wymierzonych w infrastrukturę energetyczną. Rosjanie chcą rzucić na kolana ukraińskie społeczeństwo, odcinając je od dostępu do ciepła i prądu. Dlatego w styczniu użyli rekordowej liczby bomb i pocisków, o czym pisaliśmy na łamach Interii GeekWeek.

Broń do ochrony nieba


Fedorow nie zdradził, jakiego rodzaju pociski przeciwlotnicze Ukraina otrzymuje od Kanady. Branżowy portal Militarnyi zauważył, że najprawdopodobniej może chodzić o pociski serii AIM, konkretnie AIM-7, AIM-9 oraz AIM-120. To tych pocisków Ukraińcy używają do niszczenia dronów.

AIM-7 Sparrow to kierowany pocisk rakietowy klasy powietrze-powietrze średniego zasięgu. Ukraina zintegrowała je pociski z wyrzutniami Buk. Pocisk może zestrzeliwać cele o maksymalnym zasięgu 20 kilometrów i wysokości od 8 do 15 kilometrów.

AIM-9 Sindewinder to kierowany pocisk rakietowy klasy powietrze-powietrze krótkiego zasięgu z głowicą naprowadzaną na podczerwień. Ukraińcy używają ich na myśliwcach F-16 oraz naziemnych systemach obrony NASAMS. Mają zasięg 30 kilometrów po odpaleniu z platformy powietrznej oraz 12 z platformy naziemnej.

AIM-120 AMRAAM to kierowany pocisk rakietowy klasy powietrze-powietrze średniego zasięgu, wykorzystywany w Ukrainie na myśliwcach F-16 i systemach obrony NASAMS. Ma zasięg około 70 kilometrów po odpaleniu z platformy powietrznej oraz 30 z platformy naziemnej.


Niezwykła wystawa olbrzymich owadów. Niektóre eksponaty ważą ponad tonęInteria pl© 2026 Associated Press


Kałasznikow ujawnia RUS-PE. Skopiował sobie izraelskie Hero-90?

Kałasznikow ujawnia RUS-PE. Skopiował sobie izraelskie Hero-90?

Daniel Górecki

Koncern Kałasznikow zaprezentował nowy przenośny system amunicji krążącej RUS-PE, który z miejsca wzbudził duże zainteresowanie analityków wojskowych. Bo już na pierwszy rzut oka konstrukcja przypomina izraelski system Hero-90 firmy UVision - nie wiadomo, czy system powstał na licencji, czy może jest kolejną rosyjską próbę odwzorowania cudzej technologii.


Bezzałogowy dron wojskowy z kamerą, zawieszony w powietrzu wysoko nad chmurami, wyposażony w skrzydła w układzie krzyżowym. Na tle rozległego krajobrazu widać niebieskie niebo oraz delikatne warstwy chmur.

Czy RUS-PE to licencja czy nieautoryzowana replika Hero-90?Russian Defence Export za X/Defence Analysis and Geopolitics @ChamanKant44703domena publiczna


Rosja kopiuje pomysł Izraela


Na chwilę przed World Defense Show w Rijadzie, które odbędzie się w dniach 8-12 lutego, zaprezentował przenośny system amunicji krążącej RUS-PE, który już na pierwszy rzut oka wygląda jak izraelskie Hero-90. Wczesne zdjęcia i opisy techniczne opublikowane przez Kałasznikowa pokazują, że rosyjska konstrukcja odtwarza jego układ, metodę startu, koncept misji oraz kluczowe parametry operacyjne.

A mowa choćby o pneumatycznym odpalaniu z tuby transportowo-startowej, aerodynamicznym układzie w kształcie "X", integracji ładunku bojowego z pokładową elektroniką i głowicą śledzącą oraz trybach pracy obejmujących autonomię, półautonomię i sterowanie manualne.

Producent deklaruje, że RUS-PE posiada dwukanałowy, żyroskopowo-stabilizowany seeker optyczny z możliwością wykrywania i śledzenia celów ruchomych i stałych oraz wsparciem automatycznego rozpoznawania celów przez algorytmy sztucznej inteligencji, a podawany czas lotu sięga do 30 minut przy prędkości przelotowej rzędu 140 km/h.

Z punktu widzenia zastosowań operacyjnych system ma pełnić rolę taktycznej przenośnej broni precyzyjnej dla oddziałów lądowych - oferuje szybkie wykrycie, śledzenie i trafienie pojedynczych lub skupionych celów o krótkim i średnim zasięgu, bez angażowania kosztownych platform lotniczych.

Odpalanie z tuby umożliwia dyskretne i relatywnie szybkie rozmieszczenie systemu na polu walki, a tryb półautonomiczny z możliwością ręcznej korekty integrację z lokalnym systemem dowodzenia i kontrolą pola walki na szczeblu taktycznym. Opis ten odpowiada roli operacyjnej Hero-90, zaprojektowanego do precyzyjnych uderzeń na poziomie piechoty.

Licencja czy kopia?


Czy to oznacza, że Moskwa podpisała umowę z izraelskim producentem tego systemu i będzie produkować RUS-PE lokalnie na licencji, dokładnie jak w przypadku Shahedów/Gierań? UVision nie odniósł się publicznie do prezentacji rosyjskiego systemu, Kałasznikow i rosyjscy urzędnicy też tego nie skomentowali, ale trudno przewidzieć, co przyniosą targi.


Meduzy śpią podobnie jak ludzie, mimo że nie mają mózgu i oczu© 2026 Associated Press


Samolot z Polski gromi drony na Ukrainie. Nie wiadomo skąd się tam wziął

Samolot z Polski gromi roje dronów na Ukrainie. Nie wiadomo skąd się tam wziął

Marcin Jabłoński

Po raz pierwszy w Siłach Zbrojnych Ukrainy zaobserwowano samolot AN-28, który powstał w zakładach w Mielcu. Maszyna zniszczyła już przynajmniej 150 dronów


Wojskowy samolot transportowy w zielono-brązowym kamuflażu z polskimi oznaczeniami lotniczymi na kadłubie i skrzydłach lecący na tle pochmurnego nieba. Śmigła w ruchu, podwozie wysunięte.

Samolot wyprodukowany w Polsce niekoczekiwanie pojawił się na Ukrainie i niszczy roje dronówGerard van der Schaaf Wikimedia Commons


Francuski kanał telewizyjny TF1 przeprowadził reportaż z ukraińską załogą samolotu, wykorzystywanego do polowania na rosyjskie drony Shahed. Została uzbrojona w amerykański karabin maszynowy M134 Minigun. Francuscy reporterzy zostali zabrani na jedną z misji, podczas której nagrali zniszczenie rosyjskiego drona. Załoga miała już zestrzelić ich "przynajmniej 150". Co ciekawe nie stanowią zawodowego personelu wojskowego, a cywilnych ochotników.

Po kilku elementach można było zauważyć, że samolot w reportażu to maszyna jedyna w swoim rodzaju. Przypomina PZL AN-28 - wczesną wersję samolotu M28, produkowanego w zakładach WSK PZL Mielec.

Pierwszy AN-28 opuścił zakłady w Mielcu 22 lipca 1984 roku. Ich początkowa produkcja dała polskim inżynierom doświadczenie do opracowania właśnie M28. Nowy samolot został zaprojektowany w latach 90. pod wodzą konstruktora mgr. inż. Adama Warzochy. Modyfikacje względem sowieckiego AN-28 obejmowały m.in. nowe silniki turbośmigłowe i elektronikę.

PZL M28. Największy lotniczy hit eksportowy z Polski


Powstały dwie główne wersje M28 - Bryza oraz Skytruck. Pierwsza została stworzona na krajowy użytek dla polskich sił zbrojnych oraz Straży Granicznej i posiada silniki PZL-10S. Druga została zaprojektowana z myślą o rynkach zagranicznych i otrzymała silniki Pratt & Whitney Canada PT6A-65B, trafiając m.in. do Wenezueli, USA, Estonii czy Jordanu. Co ciekawe M28 Skytruck dalej sprzedawane, o czym pisaliśmy na łamach Interii GeekWeek.

Nie jest znana historia jak ten konkretny samolot z Mielca trafił na Ukrainę. To pierwszy potwierdzony przypadek zaobserwowania tej maszyny w siłach zbrojnych naszego wschodniego sąsiada. Do roli łowcy dronów nadaje się idealnie, ze względu na możliwość startowania i lądowania nawet bez nawierzchni.


Nie musisz być wybitnym naukowcem, aby pracować na... Antarktydzie© 2026 Associated Press


Technologia ukraińskich dronów i laserów. Oto co Polska może dostać za MiGi

Technologia ukraińskich dronów i laserów. Oto co Polska może dostać za MiGi

Marcin Jabłoński

Polski rząd coraz szerzej akcentuje możliwe pozyskanie ukraińskiej technologii dronów. Nasz wschodni sąsiad tworzy obecnie topowy sprzęt, na bazie doświadczenia bojowego na froncie. Mowa tu przede wszystkim o tanich dronach dalekiego zasięgu, a nawet technologii laserów bojowych. Część tego uzbrojenia możemy pozyskać dla naszej armii za dodatkowe wsparcie militarne dla Kijowa.


Modele wojskowych dronów rakietowych ustawione na stojakach w pomieszczeniu z ciemnym tłem i kolorowym oświetleniem, głównie niebieskim oraz pomarańczowym.

Polska chce od Ukrainy jej technologii dronowej. Oto co może dostać@ZelenskyyUamateriał zewnętrzny


Polska armia chce technologie dronowe od Ukrainy


Prawie cztery lata po pełnoskalowej inwazji Rosji, Ukraina coraz bardziej zacieśnia współpracę zbrojeniową z Polską. Podczas wizyty w Kijowie premier Donald Tusk ogłosił podpisanie listu intencyjnego w celu dalszych działań na rzecz wspólnej produkcji broni i amunicji. Niemniej na horyzoncie dalej znajduje się wizja pozyskania ukraińskiej technologii dronów w zamian za dostawy kolejnego sprzętu na Ukrainę.

Przypomnijmy, że polskie władze oferują Ukrainie myśliwce MiG-29 w ramach transakcji za dostęp do technologii dronowych. Nasze samoloty zbliżają się już do końca resursów, przez co nie będą mogły już pełnić dyżurów bojowych. Dla walczącej Ukrainy jednak MiG-29 to dalej podstawowy samolot bojowy.

Na ten moment nie wiadomo jednak czy Ukraina będzie chciała przyjąć polskie MiGi za swoją technologię. Niemniej cały czas trwają dyskusje na temat transferu. Oto co w jego ramach możemy pozyskać.

Topowe drony dalekiego zasięgu


W kontekście technologii dronowych, możemy mówić najpewniej o bezzałogowcach dalekiego zasięgu. Ukraina rozpoczynała pełnoskalową wojnę z Rosją bez systemów mogących razić tereny Rosji, więc sama zaczęła ją rozwijać. Z dużymi sukcesami.

Obecnie w ukraińskim arsenale jest wiele bezzałogowców, które mają deklarowany zasięg ponad 1000 kilometrów. Są to na przykład AN-196 Lutyj czy UJ-26 Bóbr. Ukraińcy opracowują też coś co nazywają drono-pociskami, czyli bezzałogowcami z napędem rakietowym o zasięgu kilkuset kilometrów. Przykładem takiego rozwiązania jest konstrukcja nazywana Piekło, o której pisaliśmy na łamach Interii GeekWeek.

Bezzałogowce dalekiego zasięgu to broń wykorzystywana do ataków za liniami wroga na kluczową infrastrukturę np. fabryki broni. Stanowi tanie uzupełnienie do klasycznych pocisków rakietowych. Pozyskanie takiej technologii przez Polskę jest o tyle zasadne, że niedawno Sztab Generalny RP zapowiedział potrzebę pozyskania zdolności dalekich ataków w najbliższych latach.

Technologie systemów dronowych od Ukrainy mogą jeszcze dotyczyć dronów morskich np. Sea Baby czy Magura, które Ukraińcy wykorzystują do atakowania celów na Morzu Czarnym. W Polsce już kilka ośrodków prowadzi prace nad tego typu rozwiązaniami, więc pozyskanie technologii państwa, które w nich przoduje, przyspieszyłoby prace.

Lasery antydronowe


Obok samych dronów dla Polski, mówi się także o pozyskaniu systemów antydronowych. Pod tym pojęciem może chować się wiele konstrukcji, od już znanych na zachodzie "zagłuszarek" mających zakłócać elektronicznie drony, aż po drony myśliwskie, czyli wyposażone w uzbrojenie mające zestrzeliwać inne bezzałogowce. Jednak bardzo ciekawym rozwiązaniem może byś system laserowy "Trójząb".

Ujawniony w grudniu 2024 roku ukraiński laser może niszczyć amunicję krążącą, bomby lotnicze, rakiety manewrujące i balistyczne w odległości do 3 kilometrów, a śmigłowce, samoloty i drony do 5 kilometrów. Ponadto może być wykorzystany do oślepiania zagrożeń w powietrzu na odległości do 10 kilometrów.

Broń wykorzystująca skupioną energię wiązki lasera jest jednym z najlepszych rozwiązań do niszczenia fal tanich celów jak roje dronów. Jej szczególnym plusem jest stosunek koszt-efekt. Za energię w cenie kilkudziesięciu złotych laser może zniszczyć cele warte tysiące czy nawet miliony dolarów. Sumarycznie koszty energii, jej zabezpieczenie oraz samo urządzenie mogą być jednostkowo tańsze niż niszczone obiekty. Dlatego coraz więcej państw inwestuje w tę technologię m.in. USA, Chiny, Rosja czy właśnie Ukraina. Broń laserowa uznawana jest za przyszłość obrony powietrznej i warto było, aby Polska też zainteresowała się tą technologią.


Niezwykła wystawa olbrzymich owadów. Niektóre eksponaty ważą ponad tonęInteria pl© 2026 Associated Press


Trwa wojna hybrydowa w kosmosie. Rosja mogła przechwycić satelity UE

Trwa wojna hybrydowa w kosmosie. Rosja mogła przechwycić satelity UE

Daniel Górecki

Jak informuje w swojej nowej publikacji Financial Times, europejskie służby bezpieczeństwa alarmują, że dwa rosyjskie pojazdy kosmiczne, Łucz-1 i Łucz-2, od miesięcy niebezpiecznie zbliżają się do kluczowych satelitów obsługujących łączność nad Europą. Według informacji, do których dotarły zachodnie media, Rosja mogła przechwycić transmisje z co najmniej kilkunastu najważniejszych satelitów, w tym zawierające poufne dane rządowe i część komunikacji wojskowej.


Satelita na orbicie ziemskiej z rozłożonymi panelami słonecznymi, na tle ciemnego kosmosu oraz widocznej części kuli ziemskiej oświetlonej światłem słonecznym.

Unia Europejska pracuje nad GOVSATCOM, czyli swoją wersją Starlinka, ale do pełnej operacyjności jeszcze daleka droga123RF/PICSEL


Z danych zebranych przez europejskie agencje kosmiczne wynika, że rosyjskie satelity wielokrotnie zbliżały się na bardzo małą odległość do europejskich obiektów geostacjonarnych - tych, które utrzymują stałą pozycję nad kontynentem i obsługują nie tylko łączność cywilną, ale też infrastrukturę rządową oraz wojskową. Od momentu swojego wystrzelenia w 2023 roku Łucz-2 miał podejść aż do 17 europejskich satelitów, spędzając w ich sąsiedztwie nawet kilka tygodni. Zachodni analitycy nie mają wątpliwości, że takie zachowanie nie jest przypadkowe.

Prawdopodobnie Rosjanie ustawiają swoje satelity w wąskim stożku transmisyjnym między stacjami naziemnymi a satelitami, co pozwala im podsłuchiwać komendy i sygnały kontrolne

Dane bez szyfrowania


Najbardziej niepokojący jest jednak fakt, że część europejskich satelitów nadal nie korzysta z szyfrowania danych. Wiele z nich zostało wyniesionych na orbitę ponad dekadę temu, w czasach, gdy zagrożenie cyberatakami z kosmosu wydawało się teoretyczne. Brak nowoczesnych komputerów pokładowych i zabezpieczeń sprawia, że przechwycone dane mogą posłużyć nie tylko do podsłuchu, ale też do manipulacji trajektoriami satelitów.

W cieniu wojny hybrydowej


Rosyjskie działania w przestrzeni kosmicznej wpisują się w szerszy scenariusz wojny hybrydowej prowadzonej przez Moskwę przeciwko Europie, od cyberataków po sabotaż infrastruktury. Tym razem jednak celem stają się satelity, które odpowiadają za transmisję danych, komunikację rządową i sygnały nawigacyjne.

Sieci satelitarne to pięta achillesowa współczesnych społeczeństw. Ktokolwiek je zaatakuje, może sparaliżować całe państwa. Rosyjskie działania stanowią fundamentalne zagrożenie dla nas wszystkich, zwłaszcza w przestrzeni kosmicznej - zagrożenie, którego nie możemy już ignorować

Eksperci zwracają uwagę, że choć Rosja, Stany Zjednoczone i Chiny posiadają technologie zdolne do monitorowania obiektów na orbicie, Moskwa wykorzystuje je najbardziej agresywnie - nie tylko do obserwacji, ale także do gromadzenia danych, które mogą posłużyć do przyszłych zakłóceń lub ataków orbitalnych.

Na razie brak jest też jasnej strategii, jak chronić satelity przed podobnymi incydentami. Dopiero niedawno komisarz UE ds. obrony i przestrzeni kosmicznej Andrius Kubilius zapowiedział uruchomienie programu Govsatcom, który ma zintegrować systemy komunikacji satelitarnej wszystkich 27 państw członkowskich.

Do 2030 roku ma też powstać nowy, bezpieczny system łączności satelitarnej UE dla potrzeb wywiadu wojskowego. To jednak dopiero plan, a w tym czasie Rosja wciąż rozwija jeden z najbardziej zaawansowanych programów szpiegostwa kosmicznego na świecie.


Niezwykła wystawa olbrzymich owadów. Niektóre eksponaty ważą ponad tonęInteria pl© 2026 Associated Press


Donald Tusk o wysłaniu MiGów. My chcemy, a Ukraina nie?

Sprzęt pancerny i MiGi. Donald Tusk ujawnił nowe informacje o pomocy dla Ukrainy

Marcin Jabłoński

Podczas swojej wizyty w Kijowie premier Donald Tusk ujawnił nowe informacje w sprawie polskiej pomocy militarnej dla Ukrainy. Okazuje się, że gotowy jest już kolejny pakiet pomocy, który zawiera wsparcie dla ukraińskich wojska pancernych. Ponadto premier Tusk ujawnił nowe informacje na temat negocjacji w sprawie wymiany polskich myśliwców MiG na ukraińskie technologie dronów


Portret mężczyzny w garniturze na tle myśliwca wojskowego MiG-29 z biało-czerwoną szachownicą polskich sił powietrznych. Samolot widoczny w locie, z wyraźnie zaznaczonymi dopalaczami.

Donald Tusk ujawnił skalę kolejnej pomocy dla Ukrainy. Przekażemy sprzęt pancerny, możemy wysłać MiGiJulian Herzog/CC BY 4.0 (https://creativecommons.org/licenses/by/4.0/deed.en)Wikimedia Commons


Kolejna pomoc dla Ukrainy


Podczas konferencji dla mediów premier Donald Tusk w towarzystwie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego ujawnił najnowszą skalę pomocy militarnej dla Ukrainy. Nasz walczący sąsiad miał już otrzymać 47. pakiet pomocy o wartości około 100 mln złotych.

W nim głównie miała znajdować się amunicja artyleryjska kalibru 155 mm. To podstawowa amunicja używana przez armie NATO. W Ukrainie mogła trafić do jednostek wyposażonych m.in. w armatohaubice Krab.

Sprzęt pancerny w drodze


Jak zdradził premier Tusk, gotowy jest już 48. pakiet pomocy militarnej dla Ukrainy o łącznej wartości około 200 mln złotych. W nim miał znaleźć się przede wszystkim sprzęt pancerny. Mowa tu najpewniej o kolejnych czołgach, których Polska już wcześniej przekazała najwięcej ze wszystkich państw wspierających - aż 318 sztuk.

Na Ukrainę Polska może jeszcze wysłać swoje najstarsze czołgi serii T-72, których nasza armia posiada mniej niż 100. Możliwe jest też przekazanie ich polskiej modyfikacji - PT-91 Twardy - których w naszych zasobach według oficjalnych danych może być 170-200 sztuk. Obie maszyny w planach Wojska Polskiego mają zostać zastąpione nowocześniejszymi maszynami serii M1 Abrams oraz K2 Black Panther.

Polskie MiGi za ukraińskie technologie dronów


Premier Tusk ujawnił też nowe informacje w sprawie transferu polskich myśliwców MiG-29 na Ukrainę. Przypomnijmy, że w styczniu wiceminister obrony narodowej Paweł Zalewski potwierdził w mediach, że przygotowywany jest taki transfer. Wyraził przy tym przekonanie, że strona ukraińska chce przyjąć ofertę.

MiG-29 to ciągle podstawowy samolot bojowy Sił Powietrznych Ukrainy. Polska już wcześniej przekazała nieodpłatnie 14 tych samolotów z zasobów lotnictwa wojskowego. Obecnie może chodzić o 10 maszyn, za które Ukraińcy mieliby zapłacić dostępem do technologii od ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego, przede wszystkim rozwiniętych technologii dronów

Polska gotowa wysłać MiGi. Ukraina się wstrzymuje


Podczas konferencji zdradzono, że transakcja cały czas jest wstrzymywana przez stronę ukraińską, która teraz wcale może nie chcieć naszych samolotów. Za to może potrzebować innej broni m.in. pocisków obrony powietrznej, co może być przedmiotem dalszej dyskusji.

- MiGi-29 czekają. Z prezydentem Zełenskim będziemy działać elastycznie w ramach aktualnych potrzeb. Jeśli Ukraina utrzyma potrzebę MiGów to jesteśmy w stanie teraz je przekazać, mówiliśmy tu o wymianie i Ukraina jest gotowa do tej wymiany. Mówimy tu o ukraińskich dronach [...]. Ale dziś prezydent Zełenski zwrócił uwagę, że mogą być inne pilniejsze potrzeby względem bezpieczeństwa - podkreślił na konferencji premier Tusk.

Ostatnie MiGi polskiej armii


Według szacunkowych wyliczeń w Polsce mogło zostać jeszcze około 14 samolotów MiG-29, która stacjonują w 22. Bazie Lotnictwa Taktycznego pod Malborkiem. Wszystkie te maszyny zbliżają się do końca swojej służby, ze względu na koniec resursów. Ostatnie polskie MiGi mogą pozostać w aktywnej służbie do końca 2027 roku.

Prawdopodobnie do Ukrainy mogą zostać wysłane najbardziej wysłużone samoloty, które mogą posłużyć do kanibalizacji na części. W Polsce może zaś zostać utrzymana mikroflota, potrzebna do pełnienia dyżurów bojowych na Bałtyku.


Nie musisz być wybitnym naukowcem, aby pracować na... Antarktydzie© 2026 Associated Press


Tajemniczy obiekt pod plandeką. Chiny testują broń przyszłości GJ-21?

Tajemniczy obiekt pod plandeką. Chiny testują broń przyszłości GJ-21?

Daniel Górecki

Jak zauważył w jednym ze swoich ostatnich wpisów na X specjalista od lotnictwa i weteran Royal Air Force - Mike Alderson, w chińskich mediach społecznościowych pojawiły się zdjęcia sugerujące, że marynarka wojenna Chin rozpoczęła nowy etap prób morskich okrętu desantowego-doku typu 076 Syczuan. Szczególnie interesujące w temacie wydaje się zaś to, co Pekin chciał ukryć przed wzrokiem osób postronnych, a mianowicie tajemniczy obiekt przykryty zieloną plandeką.


Lotniskowiec płynący po morzu, na pokładzie widoczne detale infrastruktury, a w powiększonym fragmencie znajduje się wojskowy dron lub samolot bezzałogowy przygotowany do startu.

Tajemniczy obiekt na pokładzie okrętu Syczuan. Chiny mogą testować pierwszy morski dron stealth GJ-21Mike Alderson FRSA @OpenEyeCommsTwitter


Marynarka Wojenna Chin coraz wyraźniej wzmacnia swoje zdolności. Dopiero co pisaliśmy o udanym treningu bojowym niszczyciela Zunyi Typu 055, który jeszcze kilka lat temu był postrzegany głównie jako okręt obrony powietrznej i walki nawodnej, ale ostatnio wyraźnie zmienił profil misji i obecnie Pekin rozwija go w kierunku pełnoprawnej platformy do zwalczania okrętów podwodnych. Teraz zaś docierają do nas nowe informacje na temat zwodowanego pod koniec grudnia 2024 roku pierwszego dużego okrętu desantowego-doku typu 076 Syczuan.

Czym jest obiekt pod zieloną plandeką?


W chińskich mediach społecznościowych pojawiły się zdjęcia, które mogą potwierdzać, że marynarka wojenna Chin rozpoczęła nowy etap prób morskich tej jednostki. Uwagę obserwatorów zwrócił na nich szczególnie jeden element, który Pekin wyraźnie starał się ukryć przed niepożądanym wzrokiem - chodzi o obiekt na pokładzie okrętu przykryty zieloną plandeką, który według analityków może być zaawansowanym dronem bojowym stealth GJ-21.

Na pokładzie chińskiego okrętu desantowego Syczuan prawdopodobnie sfotografowano zaawansowany dron bojowy stealth, co może stanowić kolejny krok w kierunku wprowadzenia do służby okrętu typu 076, który ma odegrać kluczową rolę w Cieśninie Tajwańskiej

Jeśli doniesienia się potwierdzą, będzie to pierwszy przypadek, gdy chiński bezzałogowy samolot bojowy przystosowany do działań morskich weźmie udział w testach z udziałem okrętu tej klasy. To może oznaczać, że Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza (PLA) wchodzi w nową fazę integracji lotnictwa bezzałogowego z dużymi platformami nawodnymi, a to rozwiązanie, które znacząco zwiększa jej zasięg operacyjny na zachodnim Pacyfiku.

Syczuan zbliża się do roli lekkiego lotniskowca


Pierwszy w historii chińskiej floty okręt typu 076, nazwany na cześć prowincji Syczuan i oznaczony numerem 51, został zwodowany w Szanghaju i według doniesień może mieć wyporność ponad 40 000 ton. Jednostka jest zdolna do przenoszenia śmigłowców, bezzałogowców i potencjalnie samolotów o stałych skrzydłach.

Jej największym wyróżnikiem jest nowoczesny system katapult elektromagnetycznych, zbliżony technologicznie do tego zastosowanego na lotniskowcu Fujian, który wszedł do służby w listopadzie ubiegłego roku. Katapulty tego typu pozwalają na szybsze starty i większe obciążenie maszyn paliwem i uzbrojeniem, co czyni je idealnym rozwiązaniem dla dronów o dużym zasięgu i masie startowej.

Analitycy zwracają uwagę, że Syczuan może pełnić rolę "lekkiego lotniskowca dla dronów" - pomostu między klasycznym okrętem desantowym a pełnoprawnym lotniskowcem. Taka koncepcja idealnie wpisuje się w chińską strategię rozwoju floty ekspedycyjnej, szczególnie w kontekście ewentualnych działań w rejonie Cieśniny Tajwańskiej.

GJ-21, czyli morski następca drona stealth GJ-11


Prawdopodobnym kandydatem na "tajemniczy obiekt" widoczny na pokładzie okrętu jest zaś GJ-21, czyli morska wersja znanego drona bojowego stealth GJ-11. To bezzałogowy samolot bojowy (UCAV) zaprojektowany z myślą o uderzeniach dalekiego zasięgu, zwiadzie i współpracy z załogowymi myśliwcami.

Według doniesień South China Morning Post, już w 2023 roku w wizualizacji opublikowanej przez China State Shipbuilding Corporation można było dostrzec kilka dronów GJ-21 na pokładzie okrętu tego typu. Nowa wersja UCAV ma być przystosowana do startu za pomocą katapulty elektromagnetycznej i lądowania z użyciem lin hamujących, co umożliwia wielokrotne operacje w warunkach morskich.

GJ-21 jest też pierwszym chińskim dronem bojowym, który według oficjalnych materiałów PLA współpracował w locie z myśliwcem stealth J-20. W przyszłości takie tandemy mogą stanowić podstawę chińskiej koncepcji "mieszanych skrzydeł", łączącej przewagę manewrową myśliwców z odpornością i zasięgiem bezzałogowców.

Jeśli Syczuan faktycznie przeszedł do etapu testów z dużymi dronami stealth, będzie to przełom nie tylko technologiczny, ale i strategiczny. Połączenie katapult elektromagnetycznych z zaawansowanymi bezzałogowcami oznacza, że Chiny są coraz bliżej stworzenia pełnoprawnego systemu lotniskowców bezzałogowych.


Grzyb zombie i storczyk udający muchę wśród nowo odkrytych gatunków© 2026 Associated Press


Europa się budzi. Rozwija pocisk, którego obawia się Rosja

Marcin Jabłoński

W 2026 roku Francja ma rozpocząć prace nad modernizacją pocisku manewrującego SCALP/Storm Shadow do wersji Mk2. Broń ta już pokazała swoją skuteczność, szczególnie podczas wojny na Ukrainie, niszcząc rosyjskie bazy i infrastrukturę daleko za linią frontu. Oto dlaczego modernizacja pocisku SCALP/Storm Shadow jest tak ważna.


Duża szara rakieta manewrująca z rozwiniętymi skrzydłami, zawieszona na ekspozycji wewnętrznej, oznaczona żółtymi symbolami ostrzegawczymi.

Franzuzi planują ulepszyć pociski SCALP/Storm Shadow. To europejska superbrońRept0n1x Wikimedia Commons


Europa uderzy z daleka. SCALP/Storm Shadow po 15 latach będą jeszcze potężniejsze


Przypomnijmy, że SCALP/Storm Shadow to francusko-brytyjski pocisk manewrujący powietrze-ziemia, przeznaczony do niszczenia bardzo ufortyfikowanych celów. Opracowany został jeszcze pod koniec lat 90. Może dolecieć na odległość ponad 400 kilometrów, aby uderzyć specjalną głowicą penetrującą BROACH o masie 450 kilogramów, mogącą się przebić przez grubą warstwę betonu czy ziemi.

O możliwościach tej broni regularnie można było usłyszeć podczas wojny na Ukrainie. Siły Zbrojne Ukrainy od 2023 roku użytkują SCALP-EG i Storm Shadow, przekazane przez Francję i Wielką Brytanię. Pociski były wykorzystane do ataków na mosty, centra dowodzenia, porty czy okręty, stając się prawdziwą zmorą rosyjskiej armii, o czym regularnie pisaliśmy na łamach Interii GeekWeek.

Sukcesy SCALP oraz jej bliźniaczej wersji z Wielkiej Brytanii Storm Shadow doprowadziły do tego, że w lipcu 2025 roku Paryż i Londyn po około 15 latach wznowiły produkcję tych pocisków. Jednak teraz Francuzi zapowiadają pójście o krok dalej i zmodernizowanie już istniejących pocisków.

Najważniejsze zmiany


Francja ma rozpocząć prace nad wersją Mk2 pocisku manewrującego SCALP w tym roku. Co ciekawe ulepszenia mają objąć także Storm Shadow, utrzymując francusko-brytyjską kooperację. Jak podaje portal Army Recognition konfiguracja Mk2 prawdopodobnie poprawi funkcje naprowadzania, namierzania celów i funkcje związane z planowaniem misji.

Plany modernizacji pocisków SCALP/Storm Shadow zbiegają się z uruchomieniem ich ponownej produkcji w lipcu 2025. Zakłady w Wielkiej Brytanii wznowiły produkcję elementów naprowadzających i sterujących, natomiast zakłady we Francji wznowiły prace nad napędem, montażem i końcową integracją.

Dostawy innych elementów jak głowice bojowe opierają się na międzynarodowej sieci dostaw, które po długiej przerwie w produkcji wymagają ponownej kwalifikacji.

Europejska broń


Rozwój pocisków SCALP i Storm Shadow jest również związany z przygotowaniami do wprowadzenia ich następców w ramach programu FC/ASW. Nowe systemy mają wejść do produkcji w latach 2028-2034. Do tego czasu, Francja i Wielka Brytania muszą utrzymać swoje zdolności ataku za liniami wroga.

W dalszej perspektywie decyzje o produkcji i modernizacji pocisków SCALP/Storm Shadow może nie tylko utrzymać niezależność obronną tych europejskich mocarstw atomowych, ale i skusić inne kraje na Starym Kontynencie do zakupu tej broni.


Meduzy śpią podobnie jak ludzie, mimo że nie mają mózgu i oczu© 2026 Associated Press


Otrzymane przedwczoraj

USA ujawniły możliwości hipersonicznych pocisków Dark Eagle. Rosja bezradna

Amerykańska armia ujawniła nowe szczegóły dotyczące swojej długodystansowej broni hipersonicznej Long-Range Hypersonic Weapon (LRHW), znanej potocznie jako Dark Eagle. Podczas wizyty sekretarza obrony Pete'a Hegsetha w Redstone Arsenal w Alabamie, oficerowie armii zaprezentowali kluczowe parametry systemu, w tym masę głowicy bojowej i zasięg. Te informacje potwierdzają, że Dark Eagle opiera się przede wszystkim na ogromnej energii kinetycznej, a nie na dużej ilości materiału wybuchowego.

Pocisk w bojowej części ok. 13,6 kg materiału wybuchowego. Dla porównania, standardowy pocisk artyleryjski 155 mm M107 zawiera ok. 6,86 kg materiału wybuchowego, więc głowica Dark Eagle odpowiada mniej więcej dwóm takim pociskom pod względem ilości ładunku. Podobne rozwiązanie stosuje pocisk GMLRS M30A1 do systemów HIMARS. W tym przypadku głowica waży ok. 88 kg, z czego 23 kg to materiał wybuchowy rozpraszający ok. 180 tys. kulek wolframowych. Zakładając podobne proporcje, całkowita masa głowicy Dark Eagle oscyluje wokół 50-60 kg. To znacznie mniej niż w tradycyjnych rakietach dalekiego zasięgu, ale w przypadku broni hipersonicznej nie jest to wadą. Otóż prędkość i manewrowość pozwalają na precyzyjne niszczenie celów o wysokim priorytecie, takich jak systemy obrony powietrznej, radary czy węzły dowodzenia.

Armia USA planuje pełne uzbrojenie pierwszej baterii Dark Eagle jeszcze w tym roku. Jednostka w Joint Base Lewis-McChord (stan Waszyngton) otrzymała już większość rakiet, a bateria składa się z czterech mobilnych wyrzutni (każda z dwoma pociskami) oraz pojazdu dowodzenia. System był testowany w ćwiczeniach, m.in. Bamboo Eagle i Talisman Sabre, w tym po raz pierwszy poza USA, a mianowicie w Australii.

Generał dywizji Frank Lozano, dyrektor wykonawczy Programu Rakietowego i Kosmicznego USA, w wywiadzie dla Defense News poinformował niedawno, że najnowsza broń hipersoniczna Stanów Zjednoczonych zostanie rozmieszczona w Japonii i w Niemczech już na początku 2026 roku.

Mówimy tutaj o broni, która może wywrzeć presję psychologiczną na władze Rosji przed dokonaniem ataku na europejskie kraje NATO. Hipersoniczne pociski balistyczne Dark Eagle rozmieszczone w Niemczech bez problemu bardzo szybko sięgną strategicznych obiektów dla Kremla. Bez nich prowadzenie wojny będzie niemożliwe.

Rosja bezbronna wobec pocisków Dark Eagle


Pocisk balistyczny LRHW Dark Eagle składa się z przyspieszacza rakietowego pierwszego stopnia z układem napędowym na paliwo stałe SRM (Solid Rocket Motor) oraz drugiego stopnia, zintegrowanego z uniwersalnym kadłubem hipersonicznego pocisku szybującego o kryptonimie C-HGB (Common-Hypersonic Glide Body).

Zasięg ocenia się na ponad 3300 kilometrów, zatem mówimy tutaj o broni hipersonicznej dalekiego zasięgu, ale w kwestii balistycznej, już średniego zasięgu. Pentagon ujawnił, że pocisk może przemieszczać się z prędkością 6100 km/h (Mach 5), ale już pojazd szybujący C-HGB, przed uderzeniem w cel może rozpędzić się do 8600 km/h (Mach 7).

Dark Eagle ma być pierwszym pociskiem hipersonicznym USA, wobec którego nawet najnowsze i najpotężniejsze rosyjskie systemy obrony powietrznej mają być całkowicie bezradne. Mowa tutaj o systemach S-400 Trumf i S-500 Prometeusz. Jest to broń obronna, której zestaw kosztuje nawet miliard dolarów. Obecnie Kreml ma posiadać zaledwie kilka sztuk systemów S-500.

Systemy S-400 i S-500 nie ochronią Rosji


Jak tłumaczą eksperci BulgarianMilitary, S-400 i S-500 zostały zaprojektowane i zbudowane do obrony przed pociskami hipersonicznymi zdolnymi rozwinąć prędkość do 6100 km/h, czyli ponad 2000 km/h mniej od możliwości najnowszej amerykańskiej broni. Rosyjskie systemy nie mogą też śledzić pocisków, które manewrują w locie z tą prędkością, a taki atrybut ma pocisk USA.

Jak podaje Pentagon, Dark Eagle jest zaprojektowany do wystrzeliwania zarówno z mobilnych platform naziemnych, jak okrętów nawodnych i podwodnych. To zwiększa jego wszechstronność. Mobilność systemu jest kluczową cechą, ponieważ umożliwia szybkie rozmieszczenie i zmianę pozycji w odpowiedzi na zmieniające się sytuacje taktyczne.

To wszystko sprawia, że potencjalny atak Rosji na kraje NATO, będzie niczym innym jak samobójstwem, ponieważ baterie pocisków LRHW Dark Eagle mogą w ramach odwetu już po kilku minutach zniszczyć wszystkie strategiczne obiekty militarne Rosji i doprowadzić do jej upadku. Oczywiście, Rosja posiada broń jądrową, jednak pociski Dark Eagle mają również potencjał do skutecznego zniszczenia nawet silosów atomowych.

***

Bądź na bieżąco i zostań jednym z 88 tys. obserwujących nasz fanpage - polub GeekWeek na Facebooku i komentuj tam nasze artykuły!


"Wydarzenia": Legendarny "Dar Młodzieży" będzie miał swojego następcęPolsat News


Historyczny atak Ukrainy na rosyjski okręt "Warszawianka"

Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) ogłosiła przeprowadzenie unikalnej operacji specjalnej, w ramach której po raz pierwszy w historii skutecznie zaatakowano rosyjski okręt podwodny za pomocą podwodnych dronów kamikadze o nazwie Sub Sea Baby. Atak miał miejsce w porcie w Noworosyjsku, gdzie trafiono jednostkę projektu 636.3 klasy Warszawianka. W wyniku eksplozji okręt doznał krytycznych uszkodzeń i został de facto wyłączony z działań bojowych. Operacja była wspólnym dziełem 13. Głównego Zarządu Kontrwywiadu Wojskowego SBU oraz Marynarki Wojennej Ukrainy.

Na opublikowanych przez SBU nagraniach widać moment potężnej eksplozji w porcie, gdzie cumowały rosyjskie okręty wojenne, w tym trafiony okręt podwodny. Sub Sea Baby, będące podwodną wersją znanych i cenionych dronów nawodnych Sea Baby, zbliżyły się do celu i zdetonowały ładunki wybuchowe. Eksperci nie mają wątpliwości, że to innowacyjne użycie broni bezzałogowej podkreśla ewolucję ukraińskiej taktyki morskiej, która pozwala na precyzyjne uderzenia nawet w dobrze chronionych bazach Rosji. Atak ten jest uznawany za przełomowy, gdyż po raz pierwszy podwodny dron skutecznie wyeliminował okręt podwodny.

Historyczny atak Ukrainy na rosyjski okręt "Warszawianka"


Okręty klasy Warszawianka są kluczowymi nosicielami pocisków manewrujących Kalibr, które Rosja od początku pełnoskalowej inwazji w 2022 roku wielokrotnie wykorzystywała do ataków na ukraińskie miasta i infrastrukturę krytyczną. Te precyzyjne pociski o zasięgu do 2500 km wielokrotnie trafiały w cele cywilne, powodując zniszczenia elektrowni, sieci energetycznych i budynków mieszkalnych. W efekcie ataków dochodziło do przerw w dostawach prądu, ciepła i wody dla milionów mieszkańców. Uszkodzenie takiego okrętu bezpośrednio osłabia zdolność Rosji do prowadzenia tych zbrodniczych uderzeń z morza, ratując życie cywilów i ograniczając zniszczenia w Ukrainie.

Trafiony okręt był nosicielem czterech wyrzutni pocisków manewrujących Kalibr. SBU podkreśliła, że okręt musiał stacjonować w Noworosyjsku właśnie z powodu wcześniejszych skutecznych operacji dronów nawodnych Sea Baby, które zmusiły Rosjan do wycofania floty z Zatoki Sewastopolskiej na okupowanym Krymie. Okręt podwodny projektu 636.3, znany jako klasa Warszawianka, to nowoczesna diesel-elektryczna jednostka o długości około 74 metrów, wyporności podwodnej ponad 3900 ton i załodze liczącej 52 osoby. Wyposażony jest w sześć wyrzutni torpedowych kalibru 533 mm, może przenosić miny morskie oraz pociski Kalibr-PL, zdolne do rażenia celów na odległość do 2500 km.

Rosja używa tych jednostek do ataków rakietowych


Specjalna anechoiczna powłoka kadłuba pochłania fale dźwiękowe, czyniąc go jednym z najcichszych okrętów podwodnych na świecie, stąd przydomek "Czarna Dziura" nadany przez NATO. Rosja posiada kilka takich jednostek w Flocie Czarnomorskiej, zbudowanych w latach 2010-2016. Wartość jednego takiego okrętu szacowana jest na około 400 milionów dolarów, jednak ze względu na międzynarodowe sankcje koszt budowy nowego egzemplarza mógłby przekroczyć 500 milionów.

Strata ta jest więc nie tylko militarnym, ale i finansowym ciosem dla Rosji. Ten atak dowodzi rosnącej asymetrii w wojnie morskiej na Morzu Czarnym, gdzie Ukraina, mimo braku tradycyjnej floty, skutecznie neutralizuje rosyjską przewagę, dzięki innowacyjnym technologiom dronowym. Jak tłumaczą eksperci militarni, Sub Sea Baby, podobnie jak nawodni odpowiednicy, stają się kluczowym elementem ukraińskiej strategii, pozwalając na głębokie uderzenia w rosyjskie cele i zmuszając przeciwnika do ciągłego przemieszczania sił.

Okręty te zaprojektowano jeszcze za czasów Związku Radzieckiego, jako wersję rozwojową projektu 877. Co ciekawe, Polska też posiada taką jednostkę. Jest nią słynny i jedyny w naszej flocie ORP Orzeł, który został zwodowany w 1985 roku. Okręty podwodne projektu 636.3 "Warszawianka" charakteryzują się klasycznym, diesel-elektrycznym napędem, w zależności od wariantu mają 70-74 metry długości i wypierają w zanurzeniu ok. 3100 ton.

***

Bądź na bieżąco i zostań jednym z 88 tys. obserwujących nasz fanpage - polub GeekWeek na Facebooku i komentuj tam nasze artykuły!


Rewolucyjny implant. Przywraca zdolność czytania niewidomym© 2025 Associated Press


Polskie miasto zostaje kolebką tych czołgów w Europie. Umowy podpisane

Nowe umowy przywracają pancerną potęgę Gliwic


Dwie nowe umowy stanowią kontynuację wysiłków w polonizacji czołgów K2, jednego z najważniejszych procesów modernizacji polskiej armii. Jak podaje portal Defence24 pierwsza umowa licencyjna została podpisana między Hyundai Rotem, producentem czołgów K2, a Polską Grupą Zbrojeniową na serwis, remonty, naprawy i modernizację maszyn. Natomiast druga umowa sublicencyjna została zawarta między Agencją Uzbrojenia a Zakładami Mechanicznymi Bumar-Łabędy w Gliwicach i obejmuje uprawnienia m.in. do obsługi i napraw.

Dwie umowy licencyjne stanowią ważne uzupełnienie do już pozyskanych kompetencji przez Zakłady Bumar-Łabędy i PGZ. Przypomnijmy, że 28 października pomiędzy Hyundai Rotem, Polską Grupą Zbrojeniową oraz Zakładami Bumar-Łabędy podpisano umowę dotyczącą transferu technologii produkcji. Zakłady W Gliwicach otrzymają specjalistyczne wyposażenie oraz narzędzia, które są niezbędne do uruchomienia montażu końcowego czołgów podstawowych serii K2 i pochodnych wozów.

Dodatkowo transfer technologii już ma obejmować wytwarzanie w polskich zakładach części elementów czołgów K2 m.in. produkcję struktur wieży i kadłuba. Zakres tej produkcji jest dalej ustalany, łącznie z wpięciem w niego innych polskich producentów, co ma być przedmiotem kolejnych kontraktów.

Centrum polonizacji czołgów K2 są Zakłady Bumar-Łabędy. Tym samym Gliwice po prawie 20 latach znów zaczną tworzyć nowe czołgi. Przy tym stają się swoistym hubem koreańskich maszyn w całej Europie, gdzie rośnie zainteresowanie K2 m.in. na Słowacji oraz w Rumunii.

Co potrafi K2, nowy czołg polskiej armii


Przypomnijmy, że Polska wybrała K2 jako nowy typ czołgów podstawowych swojej armii w 2022 roku, po potrzebie szybkiego przezbrojenia i uzupełnienia pustek po przekazaniu ogromnego wsparcia Ukrainie. 27 lipca tamtego roku ówczesny minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak podpisał pierwszą umowę wykonawczą na dostawy 180 czołgów K2GF dla naszej armii. Pierwsze z nich trafiły do 20. Bartoszyckiej Brygady Zmechanizowanej jeszcze w grudniu 2022, o czym pisał na łamach interii GeekWeek Filip Mielczarek.

Czołgi K2GF mają trzyosobową załogę, 10,8 m długości, 3,6 m szerokości i 2,4 m wysokości. Jako napęd wykorzystują silnik wysokoprężny HD Hyundai Infracore DV27K o mocy 1500 KM z automatyczną skrzynią biegów. Przy masie maksymalnej ok. 55 ton osiągają prędkość do 65 km/h na drodze i 50 km/h w terenie, mogąc jechać maksymalnie na odległość do 450 km. Ich uzbrojenie stanowi armata gładkolufowa Hyundai WIA CN08 120 mm o długości 55 kalibrów.


Nowoczesny czołg poruszający się po błotnistym terenie, otoczony gęstym lasem, z widocznym żołnierzem w otwartym włazie wieży.

Czołg K2GF w służbie 16. Dywizji Zmechanizowanej@16Dywizjamateriał zewnętrzny


Nadchodzi K2PL. Jedyny taki czołg na świecie


28 sierpnia bieżącego roku podpisana została druga umowa wykonawcza na czołgi K2, która dotyczyła m.in. planów produkcji w Polsce. Na jej podstawie zakupiono kolejnych 180 K2, z czego 116 w wersji GF a 64 w zmodernizowanej wersji K2PL. 61 K2PL ma zostać zmontowanych właśnie w Gliwicach. K2PL będzie posiadał generalną charakterystykę K2GF, jednak z ważnymi modyfikacjami, skrojonymi pod wymogi Wojska Polskiego. Jednym z najważniejszych będzie aktywny system ochrony oraz zagłuszacz dronów. Czołgi K2PL mają zostać dostarczone do 2030 roku. Warto dodać, że w Polsce ma postać także 81 wozów towarzyszących na bazie czołgów K2 (31 wozów zabezpieczenia technicznego, 25 wozów inżynieryjnych i 25 mostów towarzyszących). Istotne jest, że spodziewane są kolejne umowy na czołgi K2PL, które będą powstawać w Polsce, przede wszystkim dla naszej armii.


Kiedy atakuje cię własne ciało. Toczeń i inne choroby autoimmunologiczne© 2025 Associated Press


Sztuczna inteligencja na torach. Rosja ulepsza pociągi pancerne

Przypomnijmy, że pociąg pancerny to pociąg złożony z lokomotywy pancernej i kilku wagonów uzbrojonych w działa i broń maszynową, a czasami także z drezyn lub bojowych wagonów motorowych. Po raz pierwszy pomysł budowy pociągów pancernych pojawił się w 1826 roku we Francji, w 1846 roku w Austrii zastosowano pierwszą częściowo opancerzoną platformę kolejową z działem, a z opancerzonych w sposób prowizoryczny pociągów korzystali też Brytyjczycy podczas II wojny burskiej.

Dojrzałe konstrukcje pociągów pancernych, pokryte w całości stalowym pancerzem i uzbrojone w obrotowe wieże artyleryjskie, pojawiły się dopiero podczas I wojny światowej. Używane były głównie przez Austro-Węgry, Niemcy i Rosję na froncie wschodnim. Podczas II wojny światowej pociągów pancernych bojowo używała Polska, Niemcy i Związek Radziecki - oprócz zadań bojowych pełniły także funkcje patrolowe i policyjne. Jak już wspomnieliśmy, większość użytkowników - poza Federacją Rosyjską - dawno porzuciła jednak to rozwiązanie.

Rosja wprowadza pociągi pancerne w XXI wiek


Takie platformy oferują ograniczoną ochronę i mogą być przydatne w operacjach o niskiej intensywności lub wsparcia, szczególnie wzdłuż stosunkowo bezpiecznych korytarzy kolejowych. Pociągi nadal pozostają jednak podatne na ostrzał artyleryjski, ataki dronów i sabotaż - zagrożenia powszechne na dynamicznym ukraińskim polu walki. Niemniej rosyjskie media wczesnym latem tego roku opublikowały właśnie zdjęcia zmodernizowanego pociągu opancerzonego "Jenisej", który ma operować na kierunku Pokrowsk we wschodniej Ukrainie.

Zgodnie z informacjami podanymi przez serwis In Factum, pociąg ma pełnić wielozadaniową rolę w rejonie działań zbrojnych, tj. wspierać naprawy torowisk, eskortować transporty logistyczne oraz prowadzić rozpoznanie. Skład wyposażony został w systemy przeciwlotnicze, jak podwójne działko ZU-23-2 oraz wieżyczki przystosowane do ciężkich karabinów maszynowych NSW, a także… bojowy wóz piechoty BMP-2 umieszczony na jednym z wagonów platformowych.

Rosja stawia na AI


Jak się właśnie dowiadujemy, był to jednak dopiero początek działań Kremla w tym zakresie, bo zamierza on wyposażyć wszystkie swoje pociągi pancerne w systemy wizyjne oparte na sztucznej inteligencji, które mają znacząco zwiększyć ich zdolności rozpoznawcze i obronne. Według doniesień rosyjskich mediów, tzw. wizja techniczna ma trafić do wszystkich jednostek tego typu pozostających w służbie, w tym do składów "Bajkał", "Amur", "Wołga" i wspomniany już "Jenisej".

Nowy system ma umożliwiać automatyczne monitorowanie otoczenia przy użyciu sieci kamer zdolnych do identyfikacji potencjalnych zagrożeń. Po wykryciu celu system wysyła sygnał alarmowy do załogi, która może natychmiast odpowiedzieć ogniem z działek automatycznych, karabinów maszynowych lub zestawów przeciwlotniczych. Rozwiązanie ma chronić pociągi przed dronami rozpoznawczymi i bojowymi, które w ostatnich miesiącach stały się poważnym zagrożeniem na froncie.

Według rosyjskich źródeł system był już testowany w warunkach bojowych, ale wykorzystywane w nim "oprogramowanie" wciąż wymagać ma dalszego "treningu", aby zapewnić dokładną identyfikację obiektów w zróżnicowanych warunkach terenowych. I nie da się ukryć, że brzmi to trochę jak "nie działa", bo choć rosyjskie media przedstawiają projekt jako dowód technicznego postępu, eksperci zwracają uwagę, że Moskwa ma dużo do nadrobienia w temacie AI, a do tego pomysł łączenia jej z XIX-wiecznym środkiem transportu jest raczej dowodem desperacji niż innowacyjność rosyjskiej armii.


Wioska czarownic w Andaluzji. Tradycja sięga mrocznych czasów© 2025 Associated Press


Polska chce rozmawiać o przekazaniu Ukrainie kolejnych MiG-29

Wątek przekazania Ukrainie polskich myśliwców MiG-29 wraca w momencie, gdy wojskowa współpraca Warszawy i Kijowa coraz częściej przestaje dotyczyć wyłącznie pomocy, a zaczyna zahaczać o pewne wymagania. Po wcześniejszych dostawach sprzętu i amunicji coraz wyraźniej pojawia się pytanie nie tylko o to, co Polska może jeszcze przekazać, ale też co może otrzymać (a właściwie czego może się nauczyć) od państwa prowadzącego pełnoskalową wojnę. Taki kontekst wybrzmiał przed zapowiadaną wizytą prezydenta Ukrainy w Polsce.

MiG-29 wracają na polityczny stół


Wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział, że jest zainteresowany rozmową na temat przekazania Ukrainie pozostałych w polskim lotnictwie samolotów MiG-29, podczas wizyty Wołodymyra Zełenskiego, zaplanowanej na piątek, 19 grudnia. O deklaracji szefa MON poinformowała w niedzielę Polska Agencja Prasowa, po briefingu prasowym ministra w trakcie jego wizyty w Turcji.

Pytany, czy piątkowe spotkanie może być okazją do ostatecznego rozstrzygnięcia kwestii przekazania maszyn oraz uzyskania przez Polskę zdolności w zamian, Kosiniak-Kamysz odpowiedział jednoznacznie:

Jestem tym bardzo zainteresowany.

Donacja tak, ale nie jednostronna


Minister obrony zaznaczył, że ewentualne przekazanie samolotów nie miałoby charakteru bezwarunkowego. Polska, oprócz dalszego wsparcia sprzętowego, oczekuje skorzystania z ukraińskich doświadczeń zdobytych w czasie wojny, zwłaszcza w obszarze dronów i systemów antydronowych, a także możliwości przenoszenia tych technologii do kraju.

Tak, chcemy przekazać sprzęt, ale też oczekujemy podzielenia się tymi umiejętnościami. To by był bardzo dobry sygnał, myślę też dobry dla społeczeństwa.

Jak dodał, pierwsze elementy takiej współpracy już się realizują w formie szkoleń, podczas których polscy żołnierze zdobywają kompetencje związane z wykorzystaniem dronów. Zdaniem ministra pokazuje to, że solidarność wojskowa powinna mieć charakter dwukierunkowy i praktyczny.

Czym są polskie MiG-29?


Przekazanie pozostałych maszyn byłoby kolejną donacją MiG-29 po tej z 2023 roku, gdy Polska oddała Ukrainie 14 samolotów, czyli połowę swojej floty. Myśliwce te zostały wówczas wycofane z bazy w Mińsku Mazowieckim, gdzie zastąpiły je lekkie samoloty FA-50, a pozostałe MiG-i do dziś służą w Malborku, m.in. w misjach przechwytywania nad Bałtykiem.

MiG-29 to dwusilnikowy myśliwiec frontowy zdolny do lotów z prędkością ponad dwukrotnie przekraczającą prędkość dźwięku i operowania na pułapie około 18 kilometrów. Polskie egzemplarze zostały po wejściu do NATO częściowo zmodernizowane, otrzymując m.in. zachodnie systemy łączności i nawigacji. Choć konstrukcja pamięta jeszcze realia zimnej wojny, wciąż uchodzi za maszynę zwrotną, odporną i stosunkowo łatwą w utrzymaniu, co w warunkach konfliktu zbrojnego nadal ma znaczenie operacyjne.

Źródło: PAP


Rewolucyjny implant. Przywraca zdolność czytania niewidomym© 2025 Associated Press


Walki na granicy Kambodży i Tajlandii. Fiasko "pokoju Trumpa"

Na liczącej niespełna 800 km granicy między Tajlandią a Kambodżą odżył właśnie jeden z najstarszych i najbardziej złożonych sporów terytorialnych świata. Spór, którego źródłem jest mapa sprzed ponad wieku, sporządzona w 1907 roku przez francuskich kartografów, gdy Kambodża znajdowała się pod protektoratem kolonialnym. Linia graniczna została na niej poprowadzona w sposób, który do dziś budzi kontrowersje, szczególnie w rejonie świątyń z czasów Imperium Khmerskiego, jak Preah Vihear i Ta Muen Thom.

Wojna, którą zaczęli koloniści


W 1962 roku Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości uznał, że świątynia Preah Vihear należy do Kambodży, lecz Tajlandia nigdy nie pogodziła się z utratą okolicznych terenów. Kolejne orzeczenie Trybunału w 2011 roku potwierdziło decyzję sprzed pół wieku, ale pozostawiło część granicy bez jasnej delimitacji i to właśnie te "białe plamy" stały się punktem zapalnym.

W 2008 roku Kambodża wystąpiła o wpisanie Preah Vihear na listę UNESCO. Tajlandia odebrała to jako prowokację i wysłała wojska w rejon świątyni. W starciach zginęło wówczas 20 osób, a tysiące zostały przesiedlone. Od tego czasu napięcia wybuchają regularnie, z różnym nasileniem, ale tą samą przyczyną - żadna ze stron nie chce oddać ziemi, którą uważa za swoją.

Regularne cykle przemocy


Ostatni cykl przemocy rozpoczął się wiosną 2024 roku, kiedy w potyczce zginął kambodżański żołnierz. Kolejne miesiące przyniosły eksplozje min i wzajemne oskarżenia o prowokacje. W lipcu 2025 roku konflikt przerodził się w otwartą wojnę, w której zginęło co najmniej 48 osób, a 300 tys. cywilów uciekło z pogranicza. Po pięciu dniach walk do akcji wkroczyły Stany Zjednoczone. Donald Trump zagroził, że wstrzyma negocjacje handlowe zarówno z Tajlandią, jak i Kambodżą, jeśli te nie zakończą walk.

Pod naciskiem dyplomatycznym, w obecności premiera Malezji Anwara Ibrahima i obserwatorów Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej (głównym zadaniem organizacji jest współpraca gospodarcza, naukowo-techniczna i kulturalna w regionie), kraje podpisały więc w październiku porozumienie pokojowe w Kuala Lumpur. Amerykański prezydent w swoim stylu nazwał je zaś dowodem swojego "talentu do kończenia wojen", a Kambodża - w geście wdzięczności - zgłosiła nawet jego kandydaturę do Pokojowej Nagrody Nobla.

Rozejm nie przetrwał


Eksperci od początku ostrzegali, że tzw. pokój Trumpa był pozornym sukcesem. Nie rozwiązywał sporu granicznego, a jedynie zobowiązywał strony do wycofania ciężkiej broni i wymiany jeńców. W listopadzie Tajlandia oskarżyła Kambodżę o ponowne rozkładanie min, zawiesiła realizację porozumienia i wstrzymała wymianę 18 kambodżańskich żołnierzy.

Na początku grudnia napięcia przerodziły się w otwartą walkę, w ciągu dwóch dni zginęło co najmniej osiem osób, a ponad 400 tys. mieszkańców strefy przygranicznej ewakuowano. Najnowsze dane mówią o kolejnych trzech ofiarach wśród żołnierzy (w dniach 8-9 grudnia). Minister spraw zagranicznych Tajlandii Sihasak Phuangketkeow w rozmowie z CNN stwierdził, że "operacje wojskowe będą trwały, dopóki suwerenność kraju będzie zagrożona". Z kolei były premier Kambodży Hun Sen wezwał armię, by "odpowiadała ogniem na każdy atak".

I jak zauważają eksperci, choć konflikt ma historyczne korzenie, jego współczesny wymiar jest w dużej mierze polityczny. Tajlandia przygotowuje się do wyborów, a rząd premiera Anutina Charnvirakula, wspieranego przez armię, nie może sobie pozwolić na wizerunek "słabego przywódcy". W Kambodży z kolei rośnie presja wewnętrzna - Hun Sen, obecnie przewodniczący Senatu, stara się zachować wpływy po przekazaniu władzy swojemu synowi, premierowi Hun Manetowi.


"Wydarzenia": Hejt, przemoc, wyśmiewanie. Aplikacja ma pomóc gorzowskim uczniomPolsat News


Uzbrojony robo-pies w Ukrainie. Zauważony podczas ćwiczeń

Uzbrojony robo-pies w Ukrainie. Zauważony podczas ćwiczeń

Daniel Górecki

Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) opublikowała nowe nagranie, które szybko niesie się po sieci. Wszystko dlatego, że można na nim zobaczyć uzbrojonego w karabinek szturmowy robo-psa, wykonującego manewry w pomieszczeniu i oddającego celne strzały. To element nowej kampanii rekrutacyjnej, mającej pokazać, że ukraińskie służby aktywnie eksperymentują z technologiami przyszłości.


Czteronożny robot wyposażony w urządzenia techniczne znajduje się obok osoby w mundurze wojskowym w pomieszczeniu o surowych ścianach.

SBU stawia na technologie przyszłości, m.in. zdalnie sterowane robo-psy z karabinamiSłużba Bezpieczeństwa Ukrainydomena publiczna


Ukraińskie służby bezpieczeństwa zaprezentowały w nowym filmie rekrutacyjnym czworonożnego robota wyposażonego w karabinek szturmowy. Na nagraniu możemy zobaczyć robo-psa, który samodzielnie porusza się w zamkniętej przestrzeni i prowadzi ogień do celów w symulowanym środowisku. Na jego grzbiecie zamontowano karabinek samopowtarzalny CZ BREN 2 z 60-nabojowym magazynkiem Magpul PMAG D-60, sterowany zdalnie przez operatora SBU.

Robo-pies z karabinem CZ BREN 2


CZ BREN 2 to modułowy karabinek szturmowy opracowany przez Česką Zbrojovkę Uherský Brod jako rozwinięcie wcześniejszego modelu BREN 805. Broń zaprojektowano z myślą o lekkości, niezawodności i prostocie obsługi w warunkach bojowych. W porównaniu z poprzednikiem BREN 2 ma krótszy, lżejszy zamek, przeprojektowaną komorę spustową i ulepszoną ergonomię, co zwiększa komfort użytkowania i skraca czas reakcji strzelca.

Karabinek wykorzystuje system gazowy z tłokiem o krótkim skoku, dzięki czemu działa pewnie nawet w trudnych warunkach środowiskowych. Konstrukcja jest dostosowana do amunicji 5,56×45 mm NATO lub 7,62×39 mm, co czyni ją elastyczną i uniwersalną. Dzięki połączeniu niskiej masy, dużej precyzji i wysokiej niezawodności, CZ BREN 2 jest obecnie używany przez siły zbrojne Czech, Francji, Węgier i Ukrainy - zarówno w wersjach bojowych, jak i specjalistycznych.

Testowo czy już na froncie?


Służba Bezpieczeństwa Ukrainy nie ujawniła, ani kto stoi za konstrukcją robota, ani czy ten konkretny system został już przetestowany w realnych działaniach bojowych. Bo nieuzbrojone robo-psy już wcześniej działały w Ukrainie, w tym słynny model Spot od Boston Dynamics.

Ich aktywność ograniczała się jednak do rozpoznania, wykrywania min, przenoszenia amunicji i leków czy pomagania w oczyszczaniu terenu z niewybuchów. Nie ma jednak wątpliwości, że przekaz nowego filmu jest jasny - SBU szuka młodych specjalistów, inżynierów, programistów i konstruktorów, którzy chcą rozwijać autonomiczne systemy wojskowe.

Uzbrojone robo-psy to coraz częstszy widok, bo podobne projekty testowano wcześniej w Stanach Zjednoczonych czy Chinach, a teraz do tego grona dołącza Ukraina. To jasno wskazuje kierunek rozwoju jej sił, czyli zdalne i autonomiczne systemy, które mają w przyszłości pełnić rolę wsparcia dla żołnierzy w trudnych warunkach walki miejskiej.


Wioska czarownic w Andaluzji. Tradycja sięga mrocznych czasów© 2025 Associated Press


Baza w Powidzu odebrała największy samolot wojskowy. Czekano na to dwa lata

Największy samolot polskiej armii wylądował w Powidzu. Czekano na to dwa lata

Marcin Jabłoński

Do 33. Bazy Lotnictwa Transportowego w Powidzu przyleciał kolejny C-130H Hercules polskich Sił Powietrznych. To największy samolot wojskowy naszej armii. Ponad dwa lata musiał spędzić na przeglądzie, zanim trafił w ręce żołnierzy.


Wojskowy samolot transportowy polskich sił powietrznych z szachownicą na ogonie przelatujący nisko nad pasem startowym na tle zielonego terenu lotniska.

Największy samolot polskiej armii trafił w ręce żołnierzy. Czekali na to ponad dwa lataMichael SteffenWikimedia Commons


Nowy Hercules w rękach polskich żołnierzy. To najpopularniejszy samolot transportowy świata


8 grudnia na platformie FlightRadar24 można było zauważyć przelot samolotu C-130H Hercules, który wystartował z bazy RAF Mildenhall. Dla polskich obserwatorów znacząca była rejestracja samolotu - 89-1185. Wskazywała, że to jeden z pięciu Herculesów, które polski rząd zakupił od Stanów Zjednoczonych w kwietniu 2021 roku.

C-130 Hercules to średni samolot transportowy, produkowany od 1956 roku przez firmę Lockheed Martin. To jeden z najpopularniejszych wojskowych samolotów, który do dziś służy w armiach ponad 70 krajów. Maszyny tej serii przechodziły przez lata liczne modyfikacje. C-130H posiada szereg ulepszeń obejmujących m.in. nowocześniejszą awionikę, nowy radar oraz mocniejsze silniki turbośmigłowe Allison T56-A-15.

Hercules to też największy samolot wojskowy w polskich Siłach Powietrznych. Może przenosić do 70 pasażerów czy 64 skoczków spadochronowych. Herculesy w polskich siłach zbrojnych służą przede wszystkim do transportu żołnierzy i zaopatrzenia. Polskie Herculesy brały udział w ewakuacji polskich obywateli z Afganistanu w 2021 roku i ewakuacji z Izraela po ataku Hamasu w 2023.

(Nie)kończąca się saga z polskimi Herculesami


Przypomnijmy, że pięć samolotów C-130H Hercules pozyskano za 14,3 mln dolarów w ramach procedury EDA (Excess Defense Articles), a to znaczy, że to sprzęt już wcześniej wycofany z zasobów lotnictwa USA i kilka lat spędził na pustyni. Przed wejściem do służby musiał przejść specjalny przegląd strukturalny PDM.

Hercules o rejestracji 89-1185 przechodził ten przegląd w portugalskich zakładach OGMA w miejscowości Alverca do Ribatejo. Według medialnych informacji zdobytych przez portal ZBiAM przegląd ten odbywał się już przynajmniej od maja 2023 roku.

Nie jest to pierwszy długi przegląd Herculesów C-130H dla Polski. Jeszcze pod koniec listopada do Powidza przyleciała trzecia maszyna tego typu, która na naprawach w zakładach w Bydgoszczy spędziła ponad trzy lata, co opisaliśmy na łamach Interii GeekWeek.

Czwarty C-130H Hercules w 33. Bazie Lotnictwa Transportowego w Powidzu otrzyma numer 1513, wchodząc na wyposażenie krajowego lotnictwa. Żołnierze czekają jeszcze na jedną maszynę z Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 1 w Bydgoszczy. 33. Baza Lotnictwa Transportowego wykorzystuje też jednego starszego Herculesa C-130E.


"Wydarzenia": Legendarny "Dar Młodzieży" będzie miał swojego następcęPolsat News


Tragiczny wypadek w rosyjskiej jednostce. Przypadkowe katapultowanie

W jednym z pułków lotnictwa bombowego Federacji Rosyjskiej doszło do tragicznego wypadku z udziałem samolotu stojącego w hangarze. Jak podał rosyjski propagandysta publikujący pod pseudonimem Fighterbomber, na pokładzie maszyny doszło do przypadkowego uruchomienia systemu katapultowania, w wyniku czego zginęli zarówno pilot, jak i nawigator.

Według dostępnych informacji incydent miał miejsce na terenie jednostki lotniczej, a zaangażowany w zdarzenie samolot to prawdopodobnie Su-34 (rosyjski wielozadaniowy bombowiec taktyczny, klasyfikowany również jako samolot myśliwsko-bombowy) lub Su-24 (bombowiec frontowy). Maszyna znajdowała się w zamkniętym hangarze, gdy doszło do niespodziewanej aktywacji foteli wyrzucanych.

Rosyjskie samoloty same katapultują pilotów


Rosyjskie źródła wojskowe sugerują, że podobne przypadki mogą być wynikiem nieprawidłowej konserwacji systemu katapultowania lub błędnego uruchomienia mechanizmu bezpieczeństwa w trakcie obsługi naziemnej. Na miejsce skierowano państwową komisję śledczą, która ma ustalić przyczyny tragedii.

Nie jest to pierwszy tego rodzaju incydent w rosyjskich siłach powietrznych, bo w maju 2021 roku na lotnisku wojskowym Saki na okupowanym Krymie doszło do podobnego z udziałem samolotu Su-30SM. Jak podała agencja TASS, podczas rutynowych przygotowań do lotu doszło do przypadkowego uruchomienia systemu katapultowania, w wyniku czego obaj członkowie załogi - pilot i nawigator-- zostali gwałtownie wyrzuceni z kabiny, mimo że maszyna stała nieruchomo na pasie.

Ale to już było w 2021 r.


Obaj mężczyźni przeżyli, jednak jeden z techników obsługi naziemnej, znajdujący się w pobliżu samolotu, odniósł oparzenia spowodowane działaniem ładunku prochowego wyrzucanych foteli. Według źródeł cytowanych przez TASS, katapultowanie nastąpiło podczas kontroli przedstartowej, gdy system uzbrojenia i ewakuacji był aktywny. Po zdarzeniu powołano komisję wojskową mającą ustalić dokładne przyczyny wypadku, która ustaliła, że prawdopodobnie doszło do błędu technicznego lub nieprawidłowej obsługi mechanizmu katapultowania, który w samolotach tej klasy wykorzystuje silne ładunki miotające i generuje ekstremalne ciśnienie nawet w sytuacji postoju.

Incydent był szeroko komentowany w rosyjskich mediach jako przykład problemów z konserwacją i kontrolą bezpieczeństwa w jednostkach lotnictwa stacjonujących na Krymie. Nowy wypadek potwierdza zaś, że rosyjskie lotnictwo wojskowe wciąż zmaga się z problemami technicznymi i brakiem rygoru bezpieczeństwa przy obsłudze skomplikowanych systemów ratunkowych, które w teorii mają chronić życie pilotów, a w praktyce coraz częściej prowadzą do tragicznych skutków.

I w sumie nie tylko lotnictwo, bo wystarczy przypomnieć również o wadzie rosyjskich czołgów nazwanej "jack in the box", powodującej oderwanie i wyrzucenie w powietrze wieży czołgu, która nawiązuje do popularnej zabawki w formie pudełka z niespodziewanie wyskakującym klaunem na sprężynie. Jak sugerują specjaliści, to prawdziwa plaga wśród rosyjskich czołgów obecnych w Ukrainie, chociaż zachodnie siły zdają sobie sprawę z istnienia tego problemu już od czasów I wojny w Zatoce Perskiej, czyli początku lat 90. ubiegłego wieku.

To, co widzimy w przypadku rosyjskich czołgów, to wada konstrukcyjna. Każdy skuteczny atak... szybko inicjuje ogromną eksplozję amunicji i wieża zostaje dosłownie zdmuchnięta z czołgu

"Wydarzenia": Hejt, przemoc, wyśmiewanie. Aplikacja ma pomóc gorzowskim uczniomPolsat News


Abrams z dronami Switchblade. Amerykańska armia testuje nowy system

Amerykańskie koncerny General Dynamics Land Systems (GDLS) i AeroVironment (AV) zademonstrowały nowy system integracji amunicji krążącej Switchblade z pojazdami bojowymi pierwszej linii. Modułowy zestaw wyrzutni PERCH (Precision Effects & Reconnaissance, Canister-Housed) został przetestowany na czołgach M1A2 Abrams SEPv3 oraz transporterach Stryker podczas ćwiczeń U.S. Army MARS (Machine Assisted Rugged Sapper), które odbyły się w bazie Fort Hood w Teksasie.

❌