Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 13 czerwca 2026 Nauka - Nauka - RMF24

Nowa szczepionka kontra narkotykowy koszmar XXI wieku

13 czerwca 2026, 10:22

Dzisiaj, 13 czerwca (10:22)

Naukowcy ze Stanów Zjednoczonych opracowali eksperymentalną szczepionkę, która w testach na myszach wykazała zdolność ochrony przed działaniem fentanylu oraz szeregu jego nielegalnych, syntetycznych pochodnych. Wyniki opisano na łamach czasopisma "Journal of Medicinal Chemistry".

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Badacze przypominają, że fentanyl oraz jego analogi odpowiadają w USA za dziesiątki tysięcy zgonów rocznie. Substancja ta jest wielokrotnie silniejsza od morfiny, a jej przedawkowanie może prowadzić do zatrzymania oddechu i śmierci.

Nowa strategia terapeutyczna polega na "uczeniu" układu odpornościowego produkcji przeciwciał, które wiążą fentanyl we krwi i blokują jego przedostawanie się do mózgu. Dotychczasowe próby tworzenia szczepionek były jednak ograniczone, ponieważ działały one zwykle tylko na pojedyncze substancje, a rynek narkotykowy szybko wprowadza kolejne ich odmiany.

Zespół ze Scripps Research Institute opracował więc rozwiązanie szersze - preparat oparty na zmodyfikowanej cząsteczce, której budowa różniła się od klasycznego fentanylu, ale zachowała część jego elementów chemicznych. Połączono ją z białkiem nośnikowym i wykorzystano jako składnik szczepionki.

Preparat podano myszom w czterech dawkach. Efekty były obiecujące: układ odpornościowy zwierząt wytworzył przeciwciała zdolne do wiązania nie tylko fentanylu, ale także jego niebezpiecznych pochodnych, m.in. karfentanylu, acetylfentanylu i furanylfentanylu. Co istotne, przeciwciała nie reagowały z opioidami stosowanymi w medycynie, takimi jak morfina czy oksykodon.

Po ośmiu tygodniach od szczepienia gryzoniom podano fentanyl. U zaszczepionych zwierząt nie wystąpiły ciężkie zaburzenia oddychania (które normalnie występują po wysokich dawkach tego narkotyku), a ilość substancji docierającej do mózgu była o około 70 procent niższa niż w grupie kontrolnej.

Nasze badanie pokazuje, że nie musimy starać się nadążać za każdym nowym narkotykiem, jaki pojawia się na rynku. Ucząc układ odpornościowy rozpoznawania całej grupy związków fentanylowych, a nie tylko pojedynczych struktur, możemy wyprzedzić producentów i handlarzy tych nielegalnych substancji - podkreślił prof. Kim Janda, główny autor publikacji.

Naukowcy zaznaczają jednak, że to dopiero wczesny etap prac. Konieczne są badania kliniczne, które potwierdzą bezpieczeństwo i skuteczność szczepionki u ludzi. W przyszłości mogłaby ona znaleźć zastosowanie m.in. w terapii uzależnień oraz ochronie osób szczególnie narażonych na kontakt z fentanylem.

Niezwykłe odkrycie na dnie oceanu. Znaleźli gigantyczne cmentarzysko wielorybów

12 czerwca 2026, 13:26

Niezwykłe odkrycie na dnie oceanu. Znaleźli gigantyczne cmentarzysko wielorybów

Wczoraj, 12 czerwca (13:26)

Siedem kilometrów pod powierzchnią Oceanu Indyjskiego, w absolutnej ciemności i pod miażdżącym ciśnieniem, naukowcy dokonali przełomowego odkrycia. Natrafili na największe i najstarsze znane cmentarzysko wielorybów, którego wiek szacuje się na ponad 5 milionów lat. To niezwykłe miejsce nie tylko skrywa szczątki morskich gigantów, ale – ku zaskoczeniu badaczy – tętni unikalnym, nieznanym dotąd życiem. Jak to możliwe, że kości przetrwały miliony lat i co przyciągnęło setki gigantów w jedno miejsce?

  • Naukowcy odkryli gigantyczne cmentarzysko wielorybów 7 km pod powierzchnią południowo-wschodniego Oceanu Indyjskiego - to najgłębsze takie miejsce na Ziemi.
  • Wśród szczątków, sięgających nawet 5,3 mln lat, znaleziono czaszki fiszbinowców i zębowców oraz skamieniałości, które tworzą unikalny ekosystem głębinowy.
  • Na kościach żyją liczne organizmy morskie, jak meduzy, rozgwiazdy, krewetki i małże - wiele z nich może być wcześniej nieznanych nauce.
  • Więcej najnowszych i najważniejszych informacji z kraju i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl

W jednym z najbardziej niedostępnych miejsc na Ziemi, na południowo-wschodnim Oceanie Indyjskim, naukowcy natrafili na niezwykłe cmentarzysko wielorybów. Znajduje się ono aż siedem kilometrów pod powierzchnią oceanu, co czyni je najgłębszym i największym znanym miejscem spoczynku tych morskich olbrzymów.

Badacze, korzystając z głębinowych pojazdów podwodnych podczas ekspedycji w 2023 roku, zidentyfikowali pięć miejsc zawierających ciała wielorybów oraz liczne skamieniałości. Wśród odkrytych szczątków znalazły się czaszki zarówno fiszbinowców, jak i zębowców. Niektóre kości datowane są nawet na 5,3 miliona lat, co świadczy o niezwykłej trwałości i historii tego miejsca.

Cmentarzysko wielorybów to nie tylko zbiór pradawnych szczątków. Okazało się, że miejsce to stanowi centrum życia dla wielu gatunków morskich. Naukowcy odkryli tu meduzy, rozgwiazdy, ogórki morskie, krewetki karłowate oraz małże słonowodne, które żyją na i wokół szczątków wielorybów.

Co ciekawe, wiele z tych organizmów może być zupełnie nieznanych nauce. Badacze podkreślają, że tego typu ekosystemy są możliwe dzięki "upadkom wielorybów" - zjawisku, w którym martwe ciała wielorybów opadają na dno oceanu, stając się długotrwałym źródłem pożywienia.

Ogromny rozmiar wielorybów oraz unikalna chemia ich kości czynią je idealną podstawą dla tych ekosystemów - wyjaśnia Xikun Song, biolog z Instytutu Nauk o Głębinach i Inżynierii Chińskiej Akademii Nauk. 

Jednym z największych zaskoczeń dla naukowców była nie tylko skala cmentarzyska, ale także niezwykłe zachowanie kości przez miliony lat. Eksperci wskazują na kilka czynników, które mogły przyczynić się do tej wyjątkowej trwałości. Kości wielorybów są na tyle gęste, że opierają się atakom robaków. Dodatkowo, ogromna głębokość chroni je przed przysypaniem przez osady, a cienka mineralna powłoka z wody morskiej mogła spowolnić proces rozkładu.

Potencjalna liczba okazów jest po prostu zdumiewająca - komentuje paleontolog Stephen Godfrey z Calvert Marine Museum w USA.

Naukowcy wciąż nie znają jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak wiele wielorybów znalazło się w tym samym miejscu. Jedna z hipotez zakłada, że wieloryby naturalnie żyły i umierały właśnie w tym rejonie. 

Inna możliwość to śmierć z powodu wyczerpania lub choroby związanej z głębokim nurkowaniem. Badacze sugerują także, że specyficzne ukształtowanie dna morskiego w kształcie litery V mogło przez miliony lat kierować szczątki wielorybów do tego samego miejsca.

Odkrycie cmentarzyska wielorybów rzuca nowe światło na wytrzymałość i zdolności adaptacyjne ekosystemów głębinowych. Badanie takich miejsc jest kluczowe dla zrozumienia, jak życie może przetrwać w środowisku pozbawionym światła, o niskiej zawartości tlenu i pod ogromnym ciśnieniem.

Wyniki badań pokazują, jak odporne i różnorodne są ekosystemy głębinowe oraz jak wiele tajemnic kryje przed nami dno oceanów. Odkrycie to stanowi przełom w badaniach nad przeszłością i przyszłością życia na naszej planecie.

Dzieci tego potrzebują, by uniknąć problemów. Nowe badania potwierdzają

12 czerwca 2026, 09:51

Wczoraj, 12 czerwca (09:51)

​Dzieci, które regularnie bawią się na świeżym powietrzu w wieku od 2 do 4 lat, są mniej narażone na rozwój problemów emocjonalnych i behawioralnych w późniejszych latach - wynika z najnowszych badań naukowców z University of Exeter. Każdy dodatkowy dzień spędzony na zabawie na zewnątrz zwiększa szanse na dobre zdrowie psychiczne. Eksperci podkreślają, że to prosty i dostępny sposób na wspieranie rozwoju najmłodszych.

  • Regularna zabawa na świeżym powietrzu w wieku 2-4 lat zmniejsza ryzyko problemów psychicznych u dzieci.
  • Badanie objęło ponad 4 tysiące dzieci i analizowało ich stan psychiczny do 8. roku życia.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Najnowsze badania przeprowadzone przez zespół z University of Exeter rzucają nowe światło na znaczenie zabawy na świeżym powietrzu dla rozwoju najmłodszych dzieci. Analizując dane ponad czterech tysięcy uczestników programu Growing Up in Scotland, naukowcy przyjrzeli się, jak czas spędzany na zabawie na zewnątrz w wieku od 2 do 4 lat wpływa na zdrowie psychiczne dzieci w kolejnych latach życia.

Wyniki są jednoznaczne - dzieci, które częściej bawiły się na zewnątrz, rzadziej wykazywały objawy problemów emocjonalnych i behawioralnych, takich jak lęk, depresja, agresja czy nadpobudliwość. Co więcej, każdy dodatkowy dzień zabawy na świeżym powietrzu w tygodniu przekładał się na wzrost szans na utrzymanie dobrego zdrowia psychicznego nawet o 14 procent.

Badacze nie ograniczyli się jedynie do obserwacji czasu spędzanego na zewnątrz. W analizie uwzględniono szereg zmiennych, które mogą wpływać na rozwój dziecka. Pod uwagę wzięto m.in. płeć, pochodzenie etniczne, poziom wykształcenia rodziców, status zawodowy, liczbę chorób fizycznych oraz dostęp do terenów zielonych - zarówno parków, jak i prywatnych ogrodów.

Dzięki temu udało się wykluczyć wpływ innych czynników i potwierdzić, że to właśnie regularna zabawa na świeżym powietrzu odgrywa kluczową rolę w profilaktyce problemów psychicznych u dzieci.

Zabawa na świeżym powietrzu to nie tylko ruch. Kontakt z naturą pozwala dzieciom rozwijać wyobraźnię, kreatywność, uczy współpracy z rówieśnikami i radzenia sobie z emocjami. Przebywanie w otoczeniu zieleni ma udowodniony, pozytywny wpływ na obniżenie poziomu stresu i poprawę samopoczucia.

Eksperci podkreślają, że nawet krótkie, ale regularne wyjścia na plac zabaw, do parku czy na podwórko mogą mieć długofalowe korzyści dla zdrowia psychicznego najmłodszych.

Naukowcy zwracają uwagę, że wyniki badań powinny znaleźć odzwierciedlenie w polityce zdrowia publicznego, edukacji oraz planowaniu przestrzennym. Zapewnienie dzieciom większych możliwości zabawy na zewnątrz to prosty i niedrogi sposób na wsparcie ich zdrowia psychicznego - podkreśla prof. Helen Dodd, kierująca projektem badawczym.

Eksperci apelują o odpowiednie finansowanie tworzenia i utrzymania placów zabaw oraz ochronę terenów zielonych, zwłaszcza w miastach. Dostęp do parków i przestrzeni rekreacyjnych jest szczególnie ważny dla rodzin, które nie mają własnego ogrodu.

Zabawa na świeżym powietrzu w dzieciństwie to nie tylko lepsze samopoczucie tu i teraz, ale także inwestycja w przyszłość. Dzieci, które mają możliwość regularnego kontaktu z naturą, rzadziej borykają się z problemami psychicznymi w wieku szkolnym i dorosłym. To z kolei przekłada się na lepsze wyniki w nauce, większą odporność na stres i lepsze relacje społeczne.

Zabiła dinozaury, stworzyła "kolebkę życia". To odkrycie zmienia historię Ziemi

11 czerwca 2026, 18:51

Czwartek, 11 czerwca (18:51)

Przełomowe badania opublikowane przez międzynarodowy zespół naukowców, na które powołuje się "National Geographic", rzucają zupełnie nowe światło na skutki uderzenia planetoidy sprzed 66 milionów lat. Okazuje się, że katastrofa, która unicestwiła dinozaury, równocześnie stworzyła podziemny ekosystem idealny do rozwoju życia – i to na znacznie dłużej, niż dotąd sądzono.

  • Około 66 milionów lat temu planetoida o średnicy 10 km uderzyła w Ziemię, powodując masowe wymieranie m.in. dinozaurów.
  • Międzynarodowa ekspedycja pobrała próbki skał z krateru w Meksyku, co pomogło zrozumieć skalę katastrofy i początki nowego życia.
  • Najnowsze badania pokazują, że uderzenie nie tylko zniszczyło życie, ale stworzyło hydrotermalny system sprzyjający powstawaniu mikroorganizmów.
  • Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Około 66 milionów lat temu Ziemię nawiedziło jedno z najbardziej dramatycznych wydarzeń w jej historii. W naszą planetę uderzyła planetoida o średnicy 10 kilometrów, wywołując globalną katastrofę, która doprowadziła do masowego wymierania. Z powierzchni Ziemi zniknęło wtedy około 75 proc. wszystkich gatunków, w tym dinozaury. Ślad po tym wydarzeniu do dziś skrywa się głęboko pod wodami Zatoki Meksykańskiej - to krater Chicxulub, kolosalna blizna o średnicy blisko 200 kilometrów, która sięga głęboko w skorupę ziemską.

Przez dekady krater ten fascynował naukowców z całego świata. Dzięki międzynarodowej ekspedycji wiertniczej Expedition 364 udało się pobrać próbki skał, które stały się kluczem do zrozumienia nie tylko skali zniszczenia, ale i... narodzin nowego życia.

Jak donosi "National Geographic", najnowsze badania przeprowadzone przez zespół kierowany przez dr Annemarie Pickersgill z University of Glasgow, całkowicie zmieniają nasze spojrzenie na skutki uderzenia. Okazuje się, że energia wyzwolona podczas impaktu nie tylko zniszczyła istniejące życie, ale stworzyła niezwykłe warunki do powstania nowego ekosystemu.

W wyniku uderzenia skały zostały stopione i popękane, a do wnętrza krateru wdarła się woda morska. Tak powstał rozległy system hydrotermalny - środowisko, w którym gorąca woda krążyła przez miliony lat wśród porowatych skał. To właśnie takie miejsca, jak podkreślają naukowcy, są idealnym siedliskiem dla mikroorganizmów. Obfitość składników chemicznych, ciepło i schronienie w skalnych porach stworzyły "podziemny raj" dla życia.

Kluczowym pytaniem, które od lat nurtowało badaczy, było: jak długo taki system mógł funkcjonować? Dotychczasowe szacunki mówiły o dwóch milionach lat. Najnowsze analizy, wykorzystujące zaawansowane techniki datowania radiometrycznego, przyniosły jednak zaskakujące wnioski.

Dr Annemarie Pickersgill i jej zespół skupili się na minerałach zwanych skaleniami potasowymi, które powstały w wyniku działania gorącej wody. Dzięki metodzie datowania argonowo-argonowego udało się precyzyjnie określić wiek tych minerałów. Wyniki? System hydrotermalny w kraterze Chicxulub działał przez co najmniej 8 milionów lat - czterokrotnie dłużej niż wcześniej sądzono.

To najdłużej funkcjonujący system hydrotermalny powstały w wyniku uderzenia asteroidy, jaki kiedykolwiek udokumentowano na Ziemi. Analizy wykazały, że minerały krystalizowały stopniowo od momentu impaktu aż do około 58 milionów lat temu.

Wyniki badań laboratoryjnych zostały potwierdzone przez zaawansowane symulacje komputerowe, przeprowadzone przez dr Evangelosa Christou i jego zespół. Modelując przepływ ciepła i wody w kraterze, naukowcy uwzględnili złożoność geologiczną i wysoką porowatość skał. Okazało się, że przy odpowiednich warunkach system hydrotermalny mógł pozostawać aktywny przez miliony lat, zapewniając stabilne i ciepłe środowisko dla mikroorganizmów.

Odkrycie to ma ogromne znaczenie nie tylko dla zrozumienia historii Ziemi, ale także dla poszukiwań życia poza naszą planetą. Jeśli uderzenia asteroid mogą tworzyć stabilne, gorące środowiska wodne trwające miliony lat, to nawet w najbardziej surowych okresach historii planet mogły istnieć "bezpieczne przystanie" dla życia. "National Geographic" podkreśla, że podobne kraterowe systemy hydrotermalne mogą być kluczowe w badaniach nad potencjalnym życiem na Marsie, gdzie powierzchnia planety usiana jest tysiącami kraterów.

Miał ponad metr długości. To największy skorpion jaki żył na Ziemi

11 czerwca 2026, 18:05

Czwartek, 11 czerwca (18:05)

To odkrycie wywołało prawdziwą sensację w świecie nauki. W Wielkiej Brytanii zidentyfikowano szczątki największego skorpiona, jaki kiedykolwiek stąpał po Ziemi. Praearcturus gigas, mierzący ponad metr długości drapieżnik, był jednym z pierwszych gigantów, którzy podbili ląd. Nowe badania rzucają światło na jego tajemniczą przeszłość i zmieniają nasze spojrzenie na ewolucję życia na naszej planecie.

  • Praearcturus gigas to największy skorpion, jaki kiedykolwiek żył na Ziemi. Jego ciało miało ponad metr długości.
  • Ten prehistoryczny gigant zamieszkiwał tereny dzisiejszej Anglii i Walii około 415 milionów lat temu.
  • Był on przystosowany zarówno do warunków do życia na lądzie, jak i w wodzie, co potwierdzają specjalne struktury na jego ciele, tzw. epimery.
  • Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Wyobraźcie sobie skorpiona większego niż przeciętny pies, z potężnymi szczypcami długości 16 centymetrów i ciałem przekraczającym metr. Brzmi jak potwór z horroru? Nic bardziej mylnego. To Praearcturus gigas - największy skorpion, jaki kiedykolwiek chodził po Ziemi - setki milionów lat temu panował na terenach dzisiejszej Anglii i Walii.

Dla porównania współczesne skorpiony mierzą średnio od 1,3 cm do około 23 cm długości, w zależności od gatunku.

Najnowsze badania, opublikowane w prestiżowym czasopiśmie "Palaeontology", potwierdzają, że to właśnie gatunek Praearcturus gigas był jednym z pierwszych dużych drapieżników na lądzie. Jego imponujące rozmiary i niezwykła budowa ciała sprawiają, że stał się prawdziwą ikoną prehistorycznych czasów.

Szczątki Praearcturusa znane były naukowcom już od ponad stu lat, jednak przez dekady ich prawdziwa tożsamość pozostawała zagadką. Początkowo uważano, że są to fragmenty olbrzymiego skorupiaka, przypominającego dzisiejsze stonogi. Dopiero najnowsze analizy porównawcze z innymi skamieniałościami pozwoliły jednoznacznie stwierdzić, że mamy do czynienia z prehistorycznym skorpionem.

Przełom nastąpił dzięki odkryciu w Kanadzie doskonale zachowanego skorpiona Eramoscorpius. Jego charakterystyczna budowa mostka - długiego, trójkątnego elementu z rowkiem - okazała się kluczowa. Podobne struktury odnaleziono u Praearcturusa, co rozwiało wszelkie wątpliwości co do jego przynależności.

415 milionów lat temu, w okresie wczesnego dewonu, życie na lądzie dopiero raczkowało. Rośliny nie przekraczały kilku centymetrów wysokości, a zwierzęta dopiero zaczynały opuszczać wodne środowisko. W tym świecie Praearcturus gigas był prawdziwym królem - nie miał konkurencji wśród drapieżników, co pozwoliło mu osiągnąć gigantyczne rozmiary.

Jego dieta była niezwykle zróżnicowana. Na lądzie polował na mniejsze stawonogi, jednak badania sugerują, że spędzał także sporo czasu w wodzie, gdzie mógł żywić się rybami i innymi dużymi zwierzętami. Specjalne struktury na jego ciele, tzw. epimery, przypominają te spotykane u dzisiejszych krabów i homarów, co potwierdza jego amfibijny tryb życia.

Dlaczego Praearcturus był aż tak duży? Naukowcy są zgodni, że brak konkurencji i niewielka liczba innych dużych drapieżników na lądzie pozwoliły mu zdominować środowisko.

Dr Richie Howard, główny autor badań, podkreśla, że odkrycie Praearcturusa zmienia nasze rozumienie ewolucji stawonogów. Kiedy myślimy o gigantycznych stawonogach, przychodzą nam na myśl olbrzymie wije czy ważki z karbonu, ale one pojawiły się znacznie później. Praearcturus żył, gdy życie na lądzie dopiero się zaczynało, a przodkowie gadów, ssaków i ptaków wciąż pozostawali w wodzie - tłumaczy naukowiec.

Stawonogi to dziś najliczniejsza i najbardziej zróżnicowana grupa zwierząt na Ziemi. Od mikroskopijnych owadów po ogromne kraby - ich rozmiary potrafią zaskakiwać. Jednak największe okazy, takie jak Praearcturus gigas, pojawiły się w czasach, gdy warunki środowiskowe sprzyjały powstawaniu gigantów.

Co ciekawe, badania DNA wskazują, że skorpiony są blisko spokrewnione z innymi pajęczakami, takimi jak pająki, z którymi dzielą podobne narządy oddechowe - tzw. płuca książkowe. To sugeruje, że ich przodkowie byli już przystosowani do oddychania powietrzem, zanim powrócili do wodnego trybu życia.

Jak długo Praearcturus gigas przetrwał na Ziemi? Odpowiedź na to pytanie wciąż pozostaje niejasna. Skamieniałości znalezione w Portishead w hrabstwie North Somerset sugerują, że gatunek ten mógł przetrwać nawet 40 milionów lat dłużej, niż dotychczas sądzono. Jednak, by to potwierdzić, potrzebne są kolejne odkrycia.

To odkrycie zmienia mapę świata. Ósmy kontynent kryje się pod wodą?

11 czerwca 2026, 16:18

Czwartek, 11 czerwca (16:18)

Pod powierzchnią Pacyfiku, w miejscu, gdzie dziś znajduje się Nowa Zelandia, kryje się zatopiony, ósmy kontynent – Zelandia. Choć dziś niemal cała znajduje się pod wodą, jej historia i znaczenie są równie ważne, jak pozostałych siedmiu kontynentów. To dowód na to, że Ziemia wciąż potrafi nas zaskakiwać – nawet w XXI wieku.

  • Dzięki nowoczesnym badaniom geologicznym potwierdzono, że na świecie znajduje się ósmy kontynent - Zelandia.
  • Zelandia rozciąga się na powierzchni prawie 5 milionów kilometrów kwadratowych.
  • 95 proc. powierzchni Zelandii znajduje się pod wodą.
  • Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Zelandia to prawdziwy gigant. Jej powierzchnia rozciągała się na niemal 5 milionów kilometrów kwadratowych - była większa niż Indie i niemal dwie trzecie Australii. Jak to możliwe, że przez tyle lat pozostawała poza mapami i świadomością naukowców? Odpowiedź jest prosta: aż 95 proc. jej powierzchni znajduje się pod wodą, a granice przez dekady były mylone z obrzeżami Australii.

Dopiero niedawno, dzięki zaawansowanym badaniom geologicznym, naukowcy mogą potwierdzić - Zelandia to niezależny kontynent, z własną historią, strukturą tektoniczną i rodowodem sięgającym czasów superkontynentu - Gondwany.

Przełomowe badania rozpoczęły się od pobrania próbek skał z dna morskiego na obszarze Fairway Ridge na Morzu Koralowym. Analizy bazaltów, piaskowców i otoczaków wykazały, że niektóre z nich pochodzą sprzed 130 milionów lat, czyli z czasów, gdy dinozaury były panami Ziemi. Co więcej, bazalty datowane na 40 milionów lat temu potwierdzają, że proces zatapiania Zelandii trwał przez miliony lat.

W 2017 roku międzynarodowy zespół badaczy przeprowadził sześć misji wiertniczych w rejonie Zelandii. Wydobyte rdzenie osadów, sięgające ponad 1250 metrów głębokości, zawierały mikroskamieniałości, ziarna pyłku i ślady płytkich środowisk morskich - dowody na to, że kiedyś był to stały ląd, a nie tylko fragmenty dna oceanicznego.

Dzięki analizom chemicznym, badaniom anomalii magnetycznych i porównaniom z innymi kontynentami, naukowcy mogli po raz pierwszy precyzyjnie wyznaczyć granice Zelandii i potwierdzić jej niezależność geologiczną.

Nie każdy fragment skorupy ziemskiej może nosić miano kontynentu. Kontynent to nie tylko duży kawałek lądu - musi mieć własną skorupę kontynentalną, unikalną strukturę tektoniczną i rodowód. Ten ostatni w przypadku Zelandii sięga czasów Gondwany, superkontynentu, który 600 milionów lat temu łączył Afrykę, Amerykę Południową, Australię, Indie, Antarktydę i Madagaskar. Zelandia spełnia wszystkie te kryteria, co - zdaniem naukowców - czyni ją ósmym kontynentem Ziemi.

Nowa mapa Zealandii pokazuje, że większość jej powierzchni znajdowała się na północy - tam, gdzie dziś fale przyciągają surferów z całego świata. Ale gdyby Zelandia nie zatonęła, jej masywna obecność zablokowałaby dostęp fal do wschodniego wybrzeża Australii. Legendarne miejsca, w których dziś roi się od surferów - takie jak Snapper Rocks czy Byron Bay - mogłyby nigdy nie powstać. Z drugiej strony, to właśnie Zelandia mogłaby być dziś prawdziwą mekką dla surferów.

Odkrycie Zelandii to nie tylko ciekawostka. To fundamentalna zmiana w rozumieniu geologii naszej planety. Dotychczasowe rekonstrukcje kontynentów wokół Australii często były nieprecyzyjne, pełne nienaturalnych wybrzuszeń i przesunięć. Zelandia pozwala lepiej zrozumieć, jak wyglądała Ziemia przed milionami lat i jak zmieniały się granice lądów.

Dzięki temu odkryciu naukowcy mogą teraz dokładniej wyjaśnić powstawanie gór, wysp i innych formacji geologicznych w tej części świata. To także szansa na odkrycie nowych, nieznanych dotąd historii o ewolucji życia na naszej planecie.

Choć odkrycie naukowców rzuca nowe światło na Zelandię, to zdania ekspertów na jej temat są podzielone. W ogólnym dyskursie jest ona uznawana za mikrokontynent - czyli fragment skorupy kontynentalnej, oddzielony od większych kontynentów i nie leżący w obrębie szelfu kontynentalnego. Za mikrokontynenty uznaje się wszystkie lądy, które spełniają te kryteria i mają mniejszą powierzchnię niż Australia.

Motywacja i wsparcie ze strony rodziców kluczem do sukcesów dzieci w matematyce

11 czerwca 2026, 16:11

Czwartek, 11 czerwca (16:11)

Jak dzieci uczą się matematyki? Jak sprawić, by uczyły się chętniej i skuteczniej? Odpowiedzi na te pytania okazują się znacznie bardziej złożone, niż mogłoby się wydawać. Dotychczasowe badania koncentrowały się głównie na tym, czego rodzice uczą swoje pociechy np. przez rozmowy o liczbach czy wspólne rozwiązywanie zadań. Najnowsze analizy naukowców z Uniwersytet Illinois w Urbanie i Champaign wskazują jednak, że ogromną rolę odgrywa nie tylko wiedza przekazywana przez rodziców, ale także ich postawa, wsparcie emocjonalne oraz sposób motywowania dzieci do nauki. Pisze o tym w najnowszym numerze czasopismo "Child Development Perspectives".

Najnowsze badania pokazują, że kluczowe dla sukcesów dzieci w matematyce jest nie tylko przekazywanie wiedzy przez rodziców, ale także ich wsparcie emocjonalne, motywowanie do samodzielności i docenianie wysiłku.Wspieranie dziecka polega na zachęcaniu do samodzielnego rozwiązywania problemów, akceptowaniu błędów i chwaleniu za wytrwałość, a nie tylko za wyniki czy "wrodzone zdolności".Wnioski z badań są ważne nie tylko dla rodziców, ale też dla nauczycieli. Dlaczego? Piszemy o tym w poniższym artykule.Więcej ważnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

Zespół badawczy, analizując dotychczasowe teorie i wyniki badań, zauważył, że przez lata skupiano się niemal wyłącznie na tym, jak rodzice przekazują dzieciom konkretne umiejętności matematyczne, liczenie, rozumienie pojęć liczbowych czy podstawy arytmetyki. Tymczasem coraz więcej dowodów wskazuje na to, że równie ważne są praktyki motywacyjne, czyli sposób, w jaki rodzice zachęcają dzieci do samodzielności, wspierają ich wytrwałość i pomagają czerpać radość z nauki matematyki.

Badacze podkreślają, że dzieci osiągają lepsze wyniki w matematyce nie tylko dzięki temu, czego się uczą, ale także dzięki temu, jak są wspierane przez rodziców. Kluczowe okazuje się stworzenie atmosfery, w której dziecko ma przestrzeń do samodzielnego rozpoznawania zadań i problemów, może popełniać błędy i uczyć się na nich, a także otrzymuje pochwały także za wysiłek i strategie postępowania, a nie tylko za "bycie zdolnym".

W praktyce wsparcie motywacyjne ze strony rodziców polega na kilku istotnych działaniach. Przede wszystkim chodzi o zachęcanie dziecka do samodzielnego rozwiązywania problemów, nawet jeśli wymaga to czasu i wiąże się z frustracją. Ważne jest, by rodzice potrafili powstrzymać własne emocje, nie okazywali zniecierpliwienia i nie wyręczali dziecka zbyt szybko. Istotne jest także, by doceniać wysiłek i wytrwałość, zamiast skupiać się wyłącznie na rezultatach czy "wrodzonych zdolnościach".

Badania pokazują, że takie podejście przynosi szczególne korzyści w okresie dorastania, kiedy motywacja szkolna dzieci często spada, a matematyka w szkole staje się coraz trudniejsza. Wtedy rodzice nie zawsze są w stanie pomóc w rozwiązywaniu konkretnych zadań, ale mogą nadal wspierać dziecko, rozmawiając o znaczeniu matematyki, zachęcając do wytrwałości i szanując potrzebę samodzielności.

Wnioski płynące z badań mają praktyczne znaczenie nie tylko dla rodziców, ale także dla nauczycieli i naukowców. Dla opiekunów najważniejszy jest przekaz, że wspieranie nauki matematyki nie polega wyłącznie na przekazywaniu wiedzy, ale także na budowaniu odpowiedniej atmosfery wokół nauki. Rodzice powinni zadawać sobie pytania: czy pozwalam dziecku próbować samodzielnie? Czy zachęcam do zadawania pytań i szukania własnych rozwiązań? Czy doceniam wysiłek, nawet jeśli rezultat nie jest idealny?

Nauczyciele mogą z kolei wykorzystywać podobne strategie w klasie, dając uczniom przestrzeń do samodzielnego myślenia i nie spiesząc się z poprawianiem każdego błędu. Ważne jest także, by edukatorzy pomagali rodzicom zrozumieć, że pozwolenie dziecku na samodzielne zmaganie się z trudnościami jest formą wsparcia, a nie zaniedbania.

Emocje nauczycieli kluczowe dla sukcesów uczniów

Uważasz, że klaps to nic złego? Te badania mogą zmienić Twoje podejście

11 czerwca 2026, 14:41

Czwartek, 11 czerwca (14:41)

Dzieci, które dostają klapsy, osiągają gorsze wyniki w nauce i częściej nękają rówieśników. Takie wnioski płyną z wieloletnich badań przeprowadzonych przez uczonych z Uniwersytetu w Londynie.

Podstawą badań była ankieta przeprowadzona wśród 19 tys. nastolatków. Zawarte w niej pytania dotyczyły kar cielesnych, których doświadczali w wieku 3, 5 i 7 lat. Uczeni mieli także dostęp do świadectw i wyników szkolnych uczniów.

Jak się okazuje, dzieci karane fizycznie przez rodziców mają trudności z uzyskaniem dobrych wyników na egzaminach gimnazjalnych i wykazują większą skłonność do nękania innych, co negatywnie wpływa na całe społeczeństwo. Zależność ta utrzymała się nawet po uwzględnieniu takich czynników, jak pochodzenie czy status rodziny.

Badania wykazały również, że młodzi ludzie, którzy doświadczali kar cielesnych we wczesnym dzieciństwie wyraźnie częściej nękali swoje rodzeństwo i rówieśników. Dopuszczali się też cyberprzemocy częściej niż dzieci niekarane fizycznie przez rodziców.

Brytyjskie badania dobitnie pokazują, że chroniczny stres wpływa na rozwijający się mózg.

Kiedy dziecko jest karane fizycznie przez osobę, która powinna być dla niego gwarantem bezpieczeństwa, jego mózg przechodzi w stan stałego zagrożenia. Aktywuje się ciało migdałowate, odpowiedzialne za reakcję "walcz lub uciekaj".

Gdy mózg skupia się na przetrwaniu i radzeniu sobie ze stresem, "wyłącza" obszary odpowiedzialne za wyższe funkcje poznawcze - np. planowanie, logiczne myślenie i koncentrację. Dziecko w permanentnym stresie ma fizycznie utrudnioną naukę.

Wyniki badań uczonych z londyńskiego uniwersytetu stały się podstawą do wznowienia debaty na temat obowiązującego na Wyspach prawa. 

Stosowanie kar fizycznych wobec dzieci jest całkowicie zakazane w Walii i Szkocji. Takie obostrzenia nie obowiązują w Anglii i Irlandii Północnej.

Wszechświat wciąż rozszerza się coraz szybciej. Naukowcy rozwiewają wątpliwości

11 czerwca 2026, 12:06

Czwartek, 11 czerwca (12:06)

Międzynarodowy zespół astrofizyków potwierdził, że ekspansja wszechświata nie tylko trwa, ale wciąż przyspiesza. To bezpośrednia odpowiedź na sensacyjne doniesienia z 2025 roku, kiedy to południowokoreańscy badacze ogłosili, że tempo rozszerzania się Kosmosu może zwalniać. Najnowsze wyniki, opublikowane w prestiżowym czasopiśmie "Monthly Notices of the Royal Astronomical Society", nie tylko obalają te rewelacje, ale także wzmacniają obowiązującą od dekad teorię o istnieniu ciemnej energii, tajemniczej siły napędzającej ekspansję wszechświata.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco. 

Jesienią 2025 roku świat nauki zelektryzowała publikacja południowokoreańskiego zespołu, który zakwestionował dotychczasowe ustalenia dotyczące tempa rozszerzania się wszechświata. Badacze sugerowali, że ciemna energia - uznawana za główny czynnik przyspieszający ekspansję - słabnie. Kosmos miałby przechodzić w fazę spowolnienia. Kluczowym argumentem były rzekome błędy w pomiarach odległości do supernowych typu Ia, które od ponad dwóch dekad stanowią podstawę badań nad ekspansją wszechświata.

Potwierdzenie tej hipotezy oznaczałoby konieczność gruntownej rewizji współczesnej kosmologii. "Gdyby twierdzenia z 2025 roku były prawdziwe, podważyłyby nie tylko nasze odkrycia, ale także niemal trzy dekady postępu w astronomii" - podkreślał profesor Adam Riess, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki z 2011 roku. Wyróżniono go wraz z Brianem Schmidtem i Saulem Perlmutterem właśnie za odkrycie zjawiska przyśpieszania tempa rozszerzania się wszechświata.

Adam Riess i Brian Schmidt włączyli się w prace międzynarodowego zespołu naukowców pod kierunkiem dr Phila Wisemana z Uniwersytetu w Southampton. Przeprowadzona przez nich najnowsza analiza, oparta na precyzyjnych pomiarach setek supernowych typu Ia jednoznacznie wykazała, że wszechświat wciąż się rozszerza, a tempo tego procesu nie słabnie.

"Poprzednie, powszechnie akceptowane wyniki pomiarów były w rzeczywistości poprawne, a nasze obecne rozumienie losów wszechświata pozostaje niezmienne" - podkreśla Wiseman. "Na szczęście udało się zażegnać kryzys, ale zagadka, dlaczego tempo ekspansji wszechświata wciąż rośnie, pozostaje nierozwiązana. Dowodząc poprawności naszych pomiarów, możemy wrócić do prób zrozumienia, czym właściwie jest ciemna energia, zamiast zastanawiać się, czy w ogóle istnieje" - dodaje.

Kluczowym elementem sporu były supernowe typu Ia, potężne eksplozje białych karłów, które dzięki swojej przewidywalnej jasności służą astronomom jako tzw. "świece standardowe" do pomiaru odległości we wszechświecie. Koreański zespół sugerował, że wraz z wiekiem wszechświata jasność tych supernowych się zmienia, co mogło prowadzić do błędnych wniosków o przyspieszaniu ekspansji.

Jednak, jak wykazał zespół z Southampton, źródłem nieporozumienia była niewłaściwa metoda szacowania wieku gwiazd. "Poprzednie badania błędnie zakładały, że wiek galaktyki jest tożsamy z wiekiem gwiazdy, która eksplodowała jako supernowa" - wyjaśnia dr Wiseman. Dodatkowo, koreańska publikacja nie uwzględniła masy galaktyk macierzystych, co jest obecnie standardową korektą w kosmologii, pozwalającą na uzyskanie wiarygodnych wyników.

"Nadzwyczajne twierdzenia wymagają szczególnie starannego sprawdzenia. Nasze analizy pokazują, że kiedy kalibrujemy supernowe, biorąc pod uwagę różne środowiska i populacje gwiazd, dowody na przyspieszającą ekspansję wszechświata pozostają niezwykle spójne" - podkreśla prof. Adam Riess. Prof. Mark Sullivan z Uniwersytetu w Southampton zwraca uwagę, że podważanie uznanych teorii i obserwacji jest fundamentem nauki. "W ten sposób dokonuje się postęp. Choć ta konkretna hipoteza nie okazała się trafna, otworzyła nowe drogi rozumowania dotyczące mechanizmów wybuchów supernowych oraz sposobów jeszcze dokładniejszego pomiaru ciemnej energii" - zaznacza. 

Odkrycie przyspieszającej ekspansji wszechświata w 1998 roku było jednym z największych przełomów współczesnej nauki. Od tego czasu ciemna energia pozostaje jednym z najbardziej tajemniczych składników Kosmosu, odpowiadając - według szacunków - za około 70 proc. całkowitej energii wszechświata. Jej natura wciąż pozostaje nieznana, a kolejne badania mają przybliżyć naukowców do rozwiązania jej zagadki.

Teleskop Webba odkrył tajemnicę małych czerwonych kropek

10 czerwca 2026, 18:13

Środa, 10 czerwca (18:13)

Przełomowe odkrycie naukowców, korzystających z Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba, opisuje dziś czasopismo "The Astrophysical Journal". Zespół kierowany przez Vasilija Kokoreva z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin, wskazuje najpoważniejsze dowody na istnienie tzw. "gwiazd czarnych dziur". Pozwoliła na to analiza widma jednego z tajemniczych obiektów znanych jako "małe czerwone kropki" (LRD – Little Red Dots). Naukowcy zidentyfikowali go jako GLIMPSE-17775.

  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl

Od momentu rozpoczęcia obserwacji naukowych przez teleskop Webba w 2022 roku, astronomowie natrafili na nowy, zagadkowy typ obiektów w bardzo wczesnym Wszechświecie. Te obiekty, pojawiające się około 600 milionów lat po Wielkim Wybuchu, przyciągnęły uwagę badaczy ze względu na swoją niezwykłą jasność i charakterystyczną czerwoną barwę. Przez lata rozważano różne hipotezy dotyczące ich natury, a jedną z najbardziej intrygujących była możliwość, że są to tzw. gwiazdy czarnych dziur, supermasywne czarne dziury otoczone gęstą otoczką częściowo zjonizowanego gazu.

Ostatnio zidentyfikowany obiekt, GLIMPSE-17775 okazał się kluczowym elementem tej układanki. Dzięki szczegółowej analizie widma uzyskanego przez teleskop Webba naukowcy uzyskali bezprecedensowy wgląd w strukturę i właściwości tego tajemniczego obiektu. Odkryty został w ramach programu GLIMPSE, którego celem było poszukiwanie najdalszych i najsłabszych źródeł światła we wczesnym Wszechświecie, w tym hipotetycznych gwiazd III populacji oraz odległych galaktyk w gromadzie Abell S1063. 

Co istotne, GLIMPSE-17775 znajduje się jeszcze dalej niż sama gromada galaktyk, a dzięki zjawisku soczewkowania grawitacyjnego został dodatkowo powiększony, co umożliwiło uzyskanie wyjątkowo szczegółowych danych. Teleskop Webba poświęcił 30 godzin na obserwację tego obiektu, jednak dzięki efektowi soczewkowania uzyskano ilość informacji odpowiadającą aż 80 godzinom pracy instrumentu. Efektem tych obserwacji było zarejestrowanie ponad 40 linii widmowych, największej spośród wszystkich dotąd badanych "małych czerwonych kropek".

Analiza widma GLIMPSE-17775 ujawniła szereg niezależnych przesłanek, które wspólnie wskazują na obecność supermasywnej czarnej dziury otoczonej gęstą otoczką gazową. Wśród zidentyfikowanych linii widmowych znalazły się linie wodoru, tlenu i helu, których profile nie odpowiadają prostemu modelowi wirującej chmury gazu. Najlepsze dopasowanie uzyskano, uwzględniając efekt rozpraszania elektronowego, charakterystyczny dla obiektów otoczonych gęstą, warstwową otoczką gazową.

Szczególnie istotne okazały się linie żelaza, tworzące tzw. żelazny las, aż 16 różnych linii tego pierwiastka, których obecność wymaga bardzo energetycznego źródła, takiego jak szybko rosnąca czarna dziura. Dodatkowo, zarejestrowano zjawiska fluorescencji i absorpcji helu, które również wskazują na obecność gęstego ośrodka otaczającego silne źródło energii. Model "gwiazdy czarnej dziury" tłumaczy także, dlaczego większość "małych czerwonych kropek" jest słabo widoczna w promieniowaniu rentgenowskim, pochłanianym przez gęstą otoczkę gazową.

Jednym z elementów, których brakowało w widmie GLIMPSE-17775, był tzw. skok Balmera - charakterystyczny spadek jasności w określonym zakresie widma, typowy dla "małych czerwonych kropek". Aby wyjaśnić tę zagadkę, zespół badawczy sięgnął po dodatkowe dane zebrane przez Teleskop Hubble’a w ramach programów Frontier Fields oraz BUFFALO. Połączenie danych z obu teleskopów pozwoliło ustalić, że GLIMPSE-17775 otoczony jest przez olbrzymią galaktykę macierzystą, co tłumaczy nietypowy kształt widma. Obecność tej galaktyki nie stoi jednak w sprzeczności z modelem gęstej otoczki gazowej, a nadmiar światła w niebieskiej części widma można przypisać właśnie gwiazdom w tej galaktyce.

Początkowo niektórzy naukowcy sądzili, że obecność takich obiektów podważa dotychczasowe rozumienie ewolucji Wszechświata, sugerując, że galaktyki mogły rosnąć zbyt szybko. Jednak nowe dane wskazują, że masa czarnej dziury nie musi być aż tak duża, by wyjaśnić obserwowane szerokie linie emisyjne, co wpisuje się w obecne modele kosmologiczne. 

Odkrycie GLIMPSE-17775 stanowi przełom w badaniach najwcześniejszych etapów ewolucji Wszechświata. Po raz pierwszy udało się zebrać tak wiele niezależnych dowodów potwierdzających istnienie "gwiazd czarnych dziur", obiektów, które mogą odgrywać kluczową rolę w procesie formowania się pierwszych galaktyk i supermasywnych czarnych dziur. Naukowcy przyznają, że wciąż istnieją alternatywne teorie dotyczące natury "małych czerwonych kropek". Przyszłe obserwacje, zarówno za pomocą teleskopu Webba, jak i innych instrumentów, mogą przynieść ostateczną odpowiedź na pytanie, co napędza te niezwykłe obiekty.

​Jest nadzieja dla koali. Zatwierdzono szczepionkę na śmiertelną chorobę

10 czerwca 2026, 16:48

Środa, 10 czerwca (16:48)

Nowa szczepionka może uratować koale przed śmiertelną chorobą wywoływaną przez chlamydie, która odpowiada za nawet połowę zgonów tych torbaczy żyjących w naturze. Dotychczas walka z infekcją była skomplikowana - antybiotyki choć łagodziły objawy, poważnie szkodziły układowi trawiennemu zwierząt. Preparat zatwierdzony przez australijskiego regulatora, daje nadzieję na odwrócenie losów tego zagrożonego gatunku.

  • Choroba wywoływana przez chlamydie to jedna z głównych przyczyn śmierci dzikich koali.
  • Szczepionka na tę chorobę po 10 latach badań została zatwierdzona.
  • Preparat daje szansę na odwrócenie losów populacji.
  • Bądź na bieżąco! Wejdź na RMF24.pl.

Koale, jedne z najbardziej rozpoznawalnych torbaczy na świecie, będące pod całkowitą ochroną, są narażone na wyginięcie. Obok degradacji siedlisk, ataków psów czy potrąceń przez samochody, śmiertelna choroba wywoływana przez chlamydie stanowi jedno z największych zagrożeń dla przetrwania tych zwierząt.

Skala problemu jest zatrważająca - w wielu populacjach zainfekowanych jest około 50 procent osobników, a w grupach najbardziej dotkniętych chorobą wskaźnik ten sięga nawet 70 procent - podkreślił "National Geographic".

Choroba ta może prowadzić do zapalenia pęcherza, bezpłodności, ślepoty, a nawet śmierci głodowej. Jak podkreślił portal, szacuje się, że choroba wywoływana przez chlamydie odpowiada za blisko połowę zgonów koali żyjących na wolności.

Drogi zarażenia są różnorodne - przenosi się przez m.in. wydzieliny ciała i kopulację. Bakterie przekazywane są także przez zarażoną matkę w trakcie porodu.

Przez długi czas walka z tą chorobą była skomplikowana. Standardowe antybiotyki, choć łagodzą objawy, nie dają ochrony przed ponownym zarażeniem. Co więcej, ich stosowanie wiąże się z ogromnym ryzykiem - leki te mogą w sposób śmiertelny zaburzać procesy trawienne koali.

Nadzieja nadeszła po dekadzie intensywnych prac badawczych. Zespół kierowany przez mikrobiologa Petera Timmsa z Uniwersytetu Sunshine Coast w Australii opracował szczepionkę, która właśnie została oficjalnie zatwierdzona przez australijski organ regulacyjny ds. medycyny weterynaryjnej.

Wyniki badań są niezwykle obiecujące. Preparat znacząco zmniejsza prawdopodobieństwo infekcji oraz wystapienia objawów. W rezultacie zapobiega śmierci u niemal dwóch trzecich zaszczepionych osobników.

Peter Timms podkreśla, że wdrożenie szczepionki w najbliższych latach będzie "jedyną rzeczą, która może odwrócić losy populacji". Dzięki pracy naukowców, przyszłość tych wyjątkowych torbaczy rysuje się w znacznie jaśniejszych barwach. Sprawę opisał portal magazynu "National Geographic".

Przełom w leczeniu padaczki i chorób neurologicznych? Odkrycie polskich naukowców

10 czerwca 2026, 12:51

Środa, 10 czerwca (12:51)

Międzynarodowy zespół badaczy, z kluczowym udziałem naukowców z Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, dokonał przełomowego odkrycia w walce z padaczką i innymi schorzeniami neurologicznymi. Nowatorska metoda oparta na modyfikacji transportera glutaminianu otwiera drogę do skuteczniejszych i bezpieczniejszych terapii dla milionów pacjentów na całym świecie.

  • Odkrycie dotyczy nowej strategii leczenia padaczki i chorób neurologicznych związanych z nadmiarem glutaminianu.
  • Kluczową rolę odgrywa transporter EAAT2, odpowiedzialny za usuwanie nadmiaru glutaminianu z mózgu.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Padaczka oraz inne choroby neurologiczne, takie jak choroba Alzheimera, Parkinsona czy stwardnienie rozsiane, od lat stanowią ogromne wyzwanie dla medycyny. Wspólnym mianownikiem wielu z tych schorzeń jest nadmiar glutaminianu - głównego neuroprzekaźnika pobudzającego w mózgu. Choć glutaminian odgrywa kluczową rolę w procesach uczenia się i pamięci, jego nadmiar prowadzi do toksycznego uszkodzenia neuronów, tzw. ekscytotoksyczności.

W zdrowym mózgu poziom glutaminianu jest ściśle kontrolowany przez specjalistyczne białka transportujące. Najważniejszym z nich jest transporter EAAT2, obecny na astrocytach - komórkach wspierających neurony. Gdy mechanizm ten zawodzi, dochodzi do nagromadzenia glutaminianu i uszkodzenia komórek nerwowych, co leży u podstaw wielu chorób neurodegeneracyjnych.

W badaniach, które ukazały się na łamach pisma "ACS Central Science", naukowcy zastosowali innowacyjną strategię polegającą na wymianie wodoru na jego stabilny izotop - deuter. Dzięki temu udało się opracować nową generację pozytywnych modulatorów allosterycznych (PAMs) transportera EAAT2. Otrzymane związki wykazały nie tylko bardzo korzystne właściwości farmakologiczne, ale również silne działanie przeciwdrgawkowe.

Co istotne, badania elektrofizjologiczne potwierdziły, że nowe związki skutecznie wzmacniają prądy transporterowe zarówno w astrocytach mysich, jak i w oocytach, co jednoznacznie potwierdza proponowany mechanizm działania. To pierwszy raz, gdy udało się tak wyraźnie wykazać, że aktywacja transportera EAAT2 może skutecznie usuwać nadmiar glutaminianu i chronić neurony przed uszkodzeniem.

Dotychczasowe terapie padaczki i innych chorób neurologicznych koncentrowały się głównie na neuronach. Najnowsze odkrycie przesuwa punkt ciężkości na astrocyty - komórki, które odgrywają kluczową rolę w utrzymaniu prawidłowego środowiska pracy neuronów. Wzmocnienie funkcji transportera EAAT2 na astrocytach pozwala skuteczniej usuwać nadmiar glutaminianu, zapobiegając ekscytotoksyczności i śmierci komórek nerwowych.

Jak podkreśla prof. Krzysztof Kamiński z Katedry Chemii Farmaceutycznej Collegium Medicum UJ, to zupełnie nowe podejście terapeutyczne, które może zrewolucjonizować leczenie wielu chorób neurologicznych. Wierzymy, że strategia ta przyczyni się do rozwoju innowacyjnych i dobrze tolerowanych terapii chorób związanych z ekscytotoksycznością glutaminianu - zaznacza naukowiec.

Przełomowe badania to efekt ścisłej współpracy naukowców z Wydziału Farmaceutycznego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, Instytutu Farmakologii Polskiej Akademii Nauk, Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie oraz partnerów z Europy i Stanów Zjednoczonych, w tym Università degli Studi dell’Insubria, Drexel University College of Medicine, University of Utah i University of Washington School of Pharmacy. Projekt został sfinansowany przez Narodowe Centrum Nauki.

​To oni polecą w Kosmos. NASA ujawniła nazwiska

9 czerwca 2026, 21:08

Wtorek, 9 czerwca (21:08)

NASA ogłosiła we wtorek, że w składzie załogi misji Artemis III, która przetestuje dokowanie kapsuły Orion z księżycowym lądownikiem, znajdzie się trzech Amerykanów i jeden Włoch. Będzie on pierwszym astronautą Europejskiej Agencji Kosmicznej uczestniczącym w misji Artemis.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco. 

Jak poinformowała amerykańska agencja kosmiczna podczas konferencji prasowej, załogę Artemis III stanowić będą dowódca Randy Bresnik z NASA, Luca Parmitano z Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) jako pilot oraz astronauci NASA Andre Douglas i Frank Rubio jako specjaliści misji. Dla Douglasa będzie to pierwszy lot kosmiczny w karierze. Rezerwowym astronautą lotu został Bob Hines, również z NASA.

Nosicie w sobie żar eksploracji z minionych pokoleń, zaufanie tej agencji i wsparcie tego narodu, a także marzenia milionów ludzi, którzy będą wam kibicować, wiedząc, że to, co inni uważają za niemożliwe, okazuje się tym, co my w NASA robimy najlepiej - powiedział szef NASA Jared Isaacman podczas uroczystości w Kennedy Space Center na Florydzie.

W ramach Artemis III astronauci zostaną wyniesieni rakietą SLS i kapsułą Orion na niską orbitę okołoziemską, gdzie przetestują dokowanie Oriona do lądownika lub lądowników księżycowych, który ma zostać stworzony przez koncerny SpaceX i/lub Blue Origin.

Celem programu Artemis ma być - docelowo - ustanowienie stałej obecności człowieka na Księżycu. Start Artemis III powinien odbyć się w 2027 r., zaś kolejna misja, Artemis IV - lądowanie ludzi na południowym biegunie Srebrnego Globu - w 2028 r.

Parmitano, był pilot myśliwców, będzie pierwszym astronautą Europejskiej Agencji Kosmicznej uczestniczącym w misji Artemis. W poprzedniej misji, Artemis II, która zabrała astronautów na pokładzie Oriona w podróż dookoła Księżyca, udział wziął astronauta z Kanady, Jeremy Hansen.

Rekordowa liczba konfliktów między państwami. Za nami najkrwawszy rok od dziesięcioleci

9 czerwca 2026, 17:45

Wtorek, 9 czerwca (17:45)

Rok 2025 przyniósł dramatyczny wzrost liczby konfliktów zbrojnych między państwami na świecie, wynika z najnowszego raportu Uppsala Conflict Data Program (UCDP). Według opublikowanych danych, liczba takich konfliktów osiągnęła najwyższy poziom od zakończenia II wojny światowej. Eksperci alarmują, że wzrostowi liczby konfliktów towarzyszy bezprecedensowa eskalacja przemocy, której ofiarami coraz częściej padają cywile. Szczegółową analizę danych za 2025 rok opublikowano w czasopiśmie naukowym "Journal of Peace Research".

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco. 

Program UCDP, uznawany za światowego lidera w monitorowaniu i analizie przemocy zorganizowanej, odnotował w 2025 roku aż osiem konfliktów zbrojnych między państwami. To czterokrotnie więcej niż dwa lata wcześniej i najwyższy wynik od początku prowadzenia statystyk w 1946 roku. Wśród najpoważniejszych konfliktów wymienia się wojnę rosyjsko-ukraińską, starcia między Iranem a Izraelem, napięcia na linii Indie - Pakistan oraz walki izraelsko-syryjskie.

Przez długi czas wojny między państwami były stosunkowo rzadkie. Obecne trendy wskazują jednak na rosnące napięcia międzynarodowe i fundamentalne zmiany w globalnym porządku bezpieczeństwa - komentuje Shawn Davies, starszy analityk UCDP. W ubiegłym roku UCDP zarejestrował łącznie 65 konfliktów, w których przynajmniej jedna ze stron była państwem. To najwyższa liczba od momentu rozpoczęcia zbierania danych. Trzynaście z nich zostało sklasyfikowanych jako wojny, czyli konflikty, w których liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła 1000 w ciągu roku kalendarzowego. Tak wysoki poziom nie był notowany od 1992 roku.

Rok 2025 okazał się jednym z najkrwawszych w najnowszej historii. W wyniku zorganizowanej przemocy życie straciło około 244 600 osób, co czyni ten rok drugim pod względem liczby ofiar od czasu ludobójstwa w Rwandzie w 1994 roku. 

Eksperci podkreślają, że nie tylko liczba konfliktów, ale także skala przemocy osiągnęła niepokojący poziom. Szczególnie dramatyczny wzrost dotyczy ataków wymierzonych bezpośrednio w ludność cywilną. Obserwujemy nie tylko wzrost liczby konfliktów, ale także wyjątkowo wysoki poziom przemocy. Szczególnie niepokojące są doniesienia o masowych atakach na cywilów, zwłaszcza w Sudanie - podkreśla Therese Pettersson, starsza analityk UCDP.

Najwięcej ofiar pochłonęła w 2025 roku wojna między Rosją a Ukrainą. Według danych UCDP, w tym konflikcie zginęło co najmniej 94 700 osób, co stanowi aż 62 procent wszystkich ofiar śmiertelnych walk na świecie. 

Wysoką śmiertelność odnotowano także w wojnie Izraela przeciwko palestyńskiemu Hamasowi oraz w Sudanie, gdzie szczególnie tragiczne wydarzenia rozegrały się po zdobyciu miasta El Fasher w Darfurze przez paramilitarny Sojusz Założycielski Sudanu (SFA). Cywile w Sudanie od 2023 roku byli narażeni na ogromną przemoc, jednak wydarzenia w El Fasher w 2025 roku wyróżniają się nawet na tle historycznym. To główny powód, dla którego liczba ofiar jednostronnej przemocy osiągnęła najwyższy poziom od ponad 30 lat - wyjaśnia Pettersson.

Raport przypomina, że od 7 października 2023 roku trwa wojna między Izraelem a Hamasem w Strefie Gazy. Konflikt rozpoczął się od ataku Hamasu na Izrael, w wyniku którego zginęły setki osób, a wielu zostało uprowadzonych. Izrael odpowiedział szeroko zakrojoną operacją wojskową, obejmującą naloty i inwazję lądową, która pochłonęła w sumie ponad 70 tysięcy ofiar, w tym w ubiegłym roku ponad 14 tysięcy. Walki doprowadziły do ogromnych zniszczeń i kryzysu humanitarnego w Gazie. Wielu mieszkańców zostało przesiedlonych, a dostęp do żywności, wody i opieki medycznej był poważnie ograniczony. Równolegle eskalował konflikt Izraela z Hezbollahem na północy kraju. Po atakach rakietowych ze strony Libanu Izrael przeprowadził naloty i inwazję lądową na południowe rejony tego kraju. 

W 2025 roku UCDP zarejestrował około 76 500 ofiar śmiertelnych jednostronnej przemocy, czyli ataków skierowanych wyłącznie przeciwko cywilom. To oznacza wzrost o ponad 400 procent w porównaniu z rokiem poprzednim. W przeciwieństwie do wzrostu liczby konfliktów z udziałem państw, liczba starć między grupami niepaństwowymi, takimi jak kartele narkotykowe w Meksyku, systematycznie maleje. W 2025 roku tego typu konflikty pochłonęły około 14 500 ofiar, co jest najniższym wynikiem od 2013 roku.

Opublikowane dane wskazują na poważne wyzwania stojące przed społecznością międzynarodową. Wzrost liczby konfliktów między państwami, eskalacja przemocy wobec cywilów oraz rekordowa liczba ofiar śmiertelnych wymagają pilnych działań na rzecz deeskalacji i ochrony ludności cywilnej. Eksperci podkreślają, że obecna sytuacja może prowadzić do dalszej destabilizacji i pogłębiania się kryzysów humanitarnych na świecie.

Jak rozmnażanie płciowe przyspieszyło ewolucję? Nowe badania

9 czerwca 2026, 11:39

Wtorek, 9 czerwca (11:39)

Brak seksu zahamował różnorodność życia na Ziemi przez miliony lat. Najnowsze badania naukowców z Uniwersytetu Cambridge sugerują rozwiązanie jednej z największych zagadek paleontologii: dlaczego po pojawieniu się pierwszych zwierząt na Ziemi ich różnorodność przez miliony lat niemal nie wzrastała, by nagle eksplodować w okresie kambryjskim. Wyniki opublikowane w prestiżowym czasopiśmie "Nature Ecology & Evolution" wskazują, że kluczową, blokującą rolę w tym procesie odegrał sposób rozmnażania się najstarszych organizmów, a dokładnie brak rozmnażania płciowego.

Około 635–539 milionów lat temu, w okresie ediakaru, po miliardach lat dominacji prostych organizmów jednokomórkowych, na Ziemi pojawiły się pierwsze zwierzęta. Były to istoty zupełnie odmienne od dzisiejszych zwierząt. Nie miały otworów gębowych, narządów ani możliwości aktywnego poruszania się. Przypominały raczej rośliny takie jak paprocie i najprawdopodobniej wchłaniały substancje odżywcze bezpośrednio z otaczającej je wody. Przykładem takiego organizmu jest Fractofusus, który mógł osiągać nawet dwa metry wysokości. Większość przedstawicieli ówczesnej fauny była jednak znacznie mniejsza.

Te prymitywne zwierzęta, znane głównie z bogatych stanowisk paleontologicznych, takich jak Mistaken Point w Nowej Fundlandii, zniknęły z zapisu kopalnego na początku okresu kambryjskiego, około 540 milionów lat temu. To sprawia, że ich powiązania z dzisiejszymi formami życia są trudne do ustalenia.

Zespół badawczy z Cambridge, pod kierunkiem dr Emily Mitchell i prof. Andrei Manicy, przeanalizował setki skamieniałości z ediakaru, wykorzystując zaawansowane techniki skanowania laserowego, analizę przestrzenną oraz sztuczną inteligencję. Badacze skupili się na sposobie rozmnażania się tych organizmów. Okazało się, że dominującą strategią było rozmnażanie bezpłciowe, rozrastanie się za pomocą rozłogów, podobnie jak współczesne truskawki.

Choć w bogatych w składniki odżywcze wodach ediakaru taka strategia była skuteczna, miała ona poważne konsekwencje dla tempa ewolucji. 

Rozmnażanie bezpłciowe prowadziło do powstawania kolonii klonów, które były ze sobą połączone i dzieliły się zasobami. W efekcie konkurencja między poszczególnymi osobnikami była minimalna, a presja ewolucyjna na zmiany, bardzo niska. Życie w ediakarze było stosunkowo spokojne, więc potrzeba seksu była ograniczona. Niewielka konkurencja oznaczała brak presji na zmiany - tłumaczy dr Mitchell.

Badacze wykorzystali modele komputerowe i sieci neuronowe, by symulować, jak różne strategie rozmnażania wpływały na strukturę pradawnych społeczności zwierząt. Wyniki jednoznacznie wskazują, że ograniczona dyspersja, czyli rozprzestrzenianie się organizmów, związana z rozmnażaniem bezpłciowym, tłumiła różnorodność gatunkową. 

Dopiero pojawienie się rozmnażania płciowego, umożliwiającego szerokie rozprzestrzenianie się i mieszanie genów, doprowadziło do gwałtownego wzrostu liczby gatunków.

Kluczowym czynnikiem, który wymusił tę zmianę, okazały się zmiany środowiskowe. W miarę jak życie przenosiło się z głębokich wód na płytsze obszary, organizmy zaczęły doświadczać większych wahań temperatury, okresowych sztormów i zmian poziomu składników odżywczych. Wzrosła konkurencja o zasoby, a to z kolei sprzyjało powstawaniu nowych, bardziej zróżnicowanych strategii przetrwania.

Jeśli środowisko staje się bardziej nieprzewidywalne, a organizmy są narażone na zagładę nawet kilka razy w roku, sytuacja zmienia się diametralnie. Stres środowiskowy prowadzi do pojawienia się rozmnażania płciowego, a to z kolei skutkuje gwałtownym wzrostem dyspersji i różnorodności - podkreśla dr Mitchell.

Wraz z pojawieniem się rozmnażania płciowego i koniecznością przystosowania się do nowych warunków środowiskowych, rozpoczęła się tzw. "druga fala" ewolucji zwierząt. Proces ten jeszcze bardziej przyspieszył w okresie kambryjskim, kiedy to zwierzęta zyskały zdolność ruchu, co otworzyło przed nimi zupełnie nowe nisze ekologiczne.

Odkrycia naukowców z Cambridge nie tylko wyjaśniają, dlaczego przez miliony lat po pojawieniu się pierwszych zwierząt ewolucja przebiegała tak powoli, ale także podkreślają fundamentalne znaczenie rozmnażania płciowego w kształtowaniu różnorodności życia na Ziemi. 

To właśnie seks, w odpowiedzi na stres i konkurencję, okazał się motorem napędowym ewolucji, który umożliwił powstanie bogactwa form życia, jakie obserwujemy dzisiaj.

Naturalny zastrzyk energii. Ten sok może odmienić twój trening

9 czerwca 2026, 09:43

Wtorek, 9 czerwca (09:43)

Picie soku z buraka na około 2,5 godziny przed wysiłkiem fizycznym może znacząco poprawić wydolność organizmu oraz przyspieszyć regenerację po treningu – udowadniają badania. Choć napój ten od lat cieszy się popularnością wśród sportowców wyczynowych, naukowcy podkreślają, że korzyści mogą odnieść również osoby prowadzące po prostu aktywny tryb życia.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Sekret pozytywnego działania buraków tkwi w wysokiej zawartości azotanów. Po spożyciu są one przekształcane w organizmie w tlenek azotu - związek odpowiedzialny m.in. za rozkurczanie naczyń krwionośnych, przepływ krwi i transport tlenu. Dzięki temu mięśnie mogą wykonywać ten sam, a nawet cięższy wysiłek przy mniejszym zużyciu tlenu.

Przez lata uważano, że sok z buraka jest szczególnie korzystny dla osób uprawiających sporty wytrzymałościowe, takie jak bieganie długodystansowe, kolarstwo czy pływanie. Niedawne badania opublikowane w czasopiśmie naukowym "Scientific Reports" pokazują jednak, że jego działanie może być równie cenne dla sprinterów, osób trenujących siłowo, wspinaczy, miłośników trekkingu oraz zawodników sportów zespołowych.

Naukowcy zaobserwowali, że spożycie skoncentrowanego soku z buraka około 2,5 godziny przed wysiłkiem skutkowało wyraźnym wzrostem maksymalnej mocy osiąganej przez sportowców. Dodatkowo po zakończeniu sprintu odnotowano wyższy poziom natlenienia mięśni, co pozwalało organizmowi znacznie szybciej się regenerować.

Korzyści z regularnego spożywania buraków nie ograniczają się jednak wyłącznie do poprawy wyników sportowych. Liczne badania kliniczne, w tym analizy wspierane przez British Heart Foundation, wskazują na związek między systematycznym spożyciem buraków a obniżeniem ciśnienia tętniczego. Dotyczy to zarówno ciśnienia skurczowego, jak i rozkurczowego.

Eksperci podkreślają, że aby w pełni wykorzystać potencjał buraków, warto wypić około pół litra soku na dwie-trzy godziny przed treningiem. Jednocześnie przypominają, że warzywo to zawiera duże ilości szczawianów, dlatego osoby mające skłonność do kamicy nerkowej powinny zachować ostrożność i kontrolować jego spożycie.

Buraki nie są jedynym źródłem cennych azotanów w diecie. Podobne właściwości mają także zielone warzywa liściaste i niektóre warzywa korzeniowe. Do produktów szczególnie bogatych w te związki należą rukola, szpinak, jarmuż, rzodkiewka oraz seler naciowy.

Przegląd badań opublikowany w "Journal of the Academy of Nutrition and Dietetics" wykazał, że osoby regularnie spożywające duże ilości warzyw bogatych w azotany mogą osiągać nawet o 11 proc. większą siłę mięśni nóg w porównaniu z osobami, które rzadko sięgają po tego typu produkty.

Placebo – więcej niż „tabletka z cukru”. Rozmowa z ekspertem ds. badań klinicznych

8 czerwca 2026, 20:22

Placebo od lat budzi zainteresowanie zarówno lekarzy, jak i pacjentów. Choć często kojarzy się wyłącznie z „leczeniem w głowie”, jego działanie ma realne biologiczne podstawy. O tym, czym jest efekt placebo, dlaczego odgrywa kluczową rolę w badaniach klinicznych i jak wpływa na proces leczenia, opowiadał dr n. farm. Tomasz Kowalski z Uniwersytetu Andrzeja Frycza Modrzewskiego w Krakowie, wykładowca akademicki i ekspert w zakresie badań klinicznych, w podcaście doktora Marka Łabno „Lekarz Dyżurny” w Radiu RMF24.

Czy samo przekonanie, że otrzymujemy skuteczne leczenie, może poprawić nasze samopoczucie? Wbrew pozorom odpowiedź nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Efekt placebo od dekad fascynuje naukowców, lekarzy i pacjentów, ponieważ pokazuje, jak silnie psychika i biologia wzajemnie na siebie oddziałują.

Współczesne badania dowodzą, że placebo nie jest wyłącznie "tabletką z cukru" ani efektem wyobraźni, lecz zjawiskiem opartym na konkretnych mechanizmach neurobiologicznych.

O tym, dlaczego relacja lekarza z pacjentem ma znaczenie terapeutyczne, w jakich schorzeniach placebo działa najsilniej oraz jaką rolę odgrywa w badaniach klinicznych, mówił dr n. farm. Tomasz Kowalski z Uniwersytetu Andrzeja Frycza Modrzewskiego w Krakowie, ekspert w zakresie badań klinicznych, w podcaście "Lekarz Dyżurny" na antenie Radia RMF24.

Placebo. Czym jest i jak działa?Lekarz dyżurny

Z perspektywy badań klinicznych placebo oznacza poprawę stanu pacjenta, która nie wynika bezpośrednio z działania substancji leczniczej.

Najprościej mówiąc, jest to poprawa samopoczucia, również objawów, która wynika nie z działania samej substancji leczniczej, ale również z przekonania, że otrzymaliśmy skuteczne leczenie - tłumaczy dr n. farm. Tomasz Kowalski i dodaje, że współczesna nauka dobrze rozumie biologiczne podstawy tego zjawiska.

QuoteIcon

Badania pokazują, że placebo może aktywować określone obszary mózgu związane z bólem, związane z emocjami i systemem nagrody. To nie jest magia ani również oszustwo

dr Tomasz Kowalski

Mechanizmy te związane są m.in. z wydzielaniem endorfin i dopaminy, które wpływają na odczuwanie bólu, poziom stresu oraz ogólne samopoczucie.

Największy wpływ efektu placebo obserwuje się w schorzeniach, w których istotną rolę odgrywa subiektywne odczuwanie objawów.

Zdecydowanie najsilniej obserwujemy je tam, gdzie ważną rolę odgrywa odczuwanie objawów. Mam tutaj na myśli ból, migrenę, bezsenność, lęk, depresję, ale również innego rodzaju zaburzenia neurologiczne - wymienia dr Tomasz Kowalski.

Jednocześnie ekspert podkreśla wyraźne granice działania placebo.

QuoteIcon

Placebo nie usunie guza nowotworowego, nie naprawi złamanej kości, nie zwalczy infekcji bakteryjnej. Dlatego jego wpływ jest znacznie większy na sposób odczuwania objawów niż na samą przyczynę choroby

dr Tomasz Kowalski

Zdaniem doktora Kowalskiego wokół placebo funkcjonuje wiele nieporozumień. Jednym z najczęstszych jest przekonanie, że jego działanie istnieje wyłącznie "w głowie" pacjenta.

Badania obrazowe mózgu pokazują, że pod wpływem placebo mogą aktywować się konkretne obszary, które są odpowiedzialne za ból i za emocje. Efekt placebo może prowadzić do rzeczywistych zmian biologicznych w organizmie - zaznacza.

Innym popularnym mitem jest przekonanie, że placebo oznacza oszustwo.

Dziś wiemy, że nawet obserwujemy znaczną poprawę u pacjentów, którzy wiedzą, że otrzymują właśnie placebo - zauważa gość podcastu Radia RMF24 "Lekarz Dyżurny".

Nieprawdziwe jest także twierdzenie, że poprawa po placebo oznacza, iż choroba była "wymyślona": Oznacza jedynie, że organizm zareagował na mechanizmy psycho-biologiczne związane z leczeniem - mówi farmaceuta.

Placebo pozostaje jednym z najważniejszych narzędzi współczesnych badań klinicznych.

Placebo odgrywa bardzo ważną rolę w badaniach klinicznych, ponieważ zdecydowanie pozwala nam sprawdzić, czy nowa terapia rzeczywiście działa, czy też obserwowana poprawa wynika z samych oczekiwań pacjenta - wyjaśnia dr n. farm. Tomasz Kowalski - ekspert w zakresie badań klinicznych

W tym celu stosowane są m.in. randomizacja oraz podwójnie ślepa próba, dzięki którym ogranicza się wpływ oczekiwań zarówno pacjentów, jak i badaczy na wyniki badania.

Jednocześnie dr Kowalski podkreśla, że współcześnie placebo stosuje się znacznie rzadziej, niż wielu osobom się wydaje: W szczególności myślę tutaj o onkologii, gdzie my nie możemy sobie pozwolić na pozbawienie pacjenta skutecznego leczenia po to właśnie, aby otrzymywał placebo - dodaje.

Dlatego nowe terapie są obecnie najczęściej porównywane ze standardowym leczeniem, a nie z placebo.

Dane naukowe pokazują, że placebo potrafi wywoływać zaskakująco silne efekty.

Metaanalizy wykazały, że sam efekt placebo może odpowiadać nawet za 30-40 procent poprawy objawów w niektórych badaniach dotyczących depresji - twierdzi gość Radia RMF24.

W przypadku bólu obserwowano około 25-procentową redukcję objawów, natomiast w zaburzeniach czynnościowych, takich jak zespół jelita drażliwego, poprawa związana z placebo mogła sięgać nawet 60 proc.

Nie wystarczy, że pacjent czuje się lepiej. Musimy jeszcze sprawdzić, czy nowa terapia działa lepiej niż sam efekt placebo - podkreśla ekspert:

Jednym z najbardziej fascynujących odkryć współczesnej medycyny jest fakt, że efekt placebo może wystąpić nawet wtedy, gdy pacjent ma świadomość, że nie otrzymuje aktywnego leku.

QuoteIcon

Badania pokazują, że u części osób efekt placebo może wystąpić nawet wtedy, gdy pacjent wie, że otrzymuje samo placebo

dr Tomasz Kowalski

Według dr Kowalskiego znaczenie mogą mieć tutaj takie elementy jak udział w procesie leczenia, regularność przyjmowania preparatu, kontakt z personelem medycznym oraz pozytywne nastawienie pacjenta.

Jak podkreśla dr Tomasz Kowalski, skuteczność terapii nie zależy wyłącznie od leku czy procedury medycznej. Istotną rolę odgrywają także oczekiwania pacjenta oraz jakość relacji z lekarzem.

Efekt placebo nie wynika wyłącznie z samej tabletki czy terapii, ale również z samych oczekiwań pacjenta. Jeżeli jest duże zaufanie pacjenta do lekarza, często pacjent czuje się bardziej wysłuchany, ma poczucie, że ktoś naprawdę zajmuje się jego problemem - podkreśla.

Zaznacza, że dobra komunikacja medyczna może wspierać proces zdrowienia.

Ten sam lek może być przez pacjenta odbierany inaczej w zależności od tego, jak lekarz wyjaśni jego działanie, jakie zbuduje przede wszystkim zaufanie i jakie oczekiwania stworzy wokół samej terapii - zauważa.

Nie oznacza to oczywiście, że sama rozmowa leczy chorobę, jednak może aktywować mechanizmy wspierające leczenie i poprawiające samopoczucie chorego.

QuoteIcon

Chciałbym, żebyśmy zapamiętali, że placebo nie leczy choroby, ale może wpłynąć na sposób, w jaki organizm odczuwa jej objawy

dr Tomasz Kowalski

To właśnie dlatego placebo pozostaje jednym z najciekawszych zjawisk współczesnej medycyny oraz niezbędnym narzędziem w ocenie skuteczności nowych terapii. Jego działanie pokazuje, jak silnie powiązane są procesy biologiczne i psychologiczne, a także jak ogromne znaczenie dla skuteczności leczenia ma zaufanie, komunikacja i relacja między pacjentem a lekarzem.

Łagodzenie bólu bez leków? Naukowcy ogłaszają przełom w badaniach efektu placebo

Otrzymane przedwczoraj Nauka - Nauka - RMF24

Prof. Piotr Sankowski: Wciąż warto uczyć się trudnych rzeczy

7 czerwca 2026, 11:45

Sztuczna Inteligencja to nie jest pierwsza rewolucja technologiczna, choć ona rzeczywiście jest dużo szybsza i może być dużo bardziej dogłębna, niż wszystkie poprzednie. Ale ludzkość przeżyła wiele rewolucji technologicznych i przy każdej były głosy, że to doprowadzi do zagłady ludzkości. Dotychczas się to nie wydarzyło i miejmy nadzieję, że i tym razem też się nie wydarzy - mówi RMF FM prof. Piotr Sankowski, szef instytutu IDEAS. W rozmowie z Grzegorzem Jasińskim przekonuje, że wciąż warto uczyć się trudnych rzeczy, bo zapotrzebowanie na specjalistów będzie rosło.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Piotr Sankowski jest dyrektorem Instytutu Badawczego IDEAS i profesorem w Instytucie Informatyki Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zainteresowania badawcze obejmują algorytmikę, ze szczególnym uwzględnieniem algorytmicznej analizy grafów i algorytmów analizy danych. Jest pierwszym Polakiem, który otrzymał aż cztery prestiżowe granty Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych (ERC). W latach 2021-2024 był prezesem IDEAS NCBR, gdzie kierował grupą roboczą „Inteligentne Algorytmy i Struktury Danych”. Jest m.in. członkiem Niezależnego Międzynarodowego Panelu ONZ ds. AI. Prof. Sankowski był gościem niedawnego Copernicus Festival w Krakowie.

----

Grzegorz Jasiński: Panie profesorze, na ile w tej chwili mamy w Polsce szansę na zachowanie jakiegoś stopnia suwerenności, jeśli chodzi o sztuczną inteligencję? Na ile na tym etapie rozwoju tej technologii mamy szansę na to, żeby mieć w kraju suwerenny system, który pozwoli nam rozwijać się niezależnie od innych? 

Prof. Piotr Sankowski: To dobre pytanie. Trzeba je odnieść do różnych technologii sztucznej inteligencji. No bo to nawet nie jest pytanie, czy w jakimś sensie nie możemy, ale po prostu w jakich kontekstach możemy. I w jakich kontekstach powinniśmy? 

Wiadomo, że nie zbudujemy światowego czata, który będzie porównywalny z czatem GPT, ale budujemy wielkie modele językowe w Polsce, próbujemy coś robić, więc jakie możemy mieć szanse? 

Wydaje mi się, że w takich rzeczywiście zastosowaniach specjalistycznych, zdecydowanie możemy mieć szanse. To znaczy te mniejsze modele, czy inne specjalistyczne rozwiązania, bo nie tylko mówimy o modelach językowych, pozwalają nam rzeczywiście tak jakby nawiązywać walkę. Jeżeli chodzi o te duże modele, o takie właśnie aspekty konkurowania właśnie z tymi dużymi firmami z Ameryki, czy też z Chin, no to powinniśmy to robić na poziomie europejskim. To znaczy, rzeczywiście powinniśmy stworzyć jakiś model współpracy paneuropejskiej, który doprowadziłby do powstania właśnie takiego suwerennego, jeżeli chodzi o Europę, czata czy właśnie jakiegoś rozwiązania. No bo to jest konieczne. To znaczy, rzeczywiście widać, że te rozwiązania, czy ta coraz większa ich inteligencja, powoduje, że ich zastosowania będą coraz szersze. Słyszeliśmy o tym Mythosie, który pozwala dużo łatwiej testować cyberbezpieczeństwo programowania, no ale też coraz większe znaczenie te rozwiązania mają w przypadku wspierania badań naukowych, czy właśnie tworzenia innowacji. No więc widać, że musimy wytworzyć taki model. I widać też właśnie ten trend tych firm w Stanach Zjednoczonych, że one przestały udostępniać te modele w pełni wszystkim. Jak mi zapłacisz, to masz dostęp. Te najnowsze modele są udostępniane w jakiś taki bardzo selektywny sposób, że nie każdy może mieć do nich dostęp. Tak, jak to było z modelem Mythos, który był tylko udostępniony pięćdziesięciu partnerom, a nie całej społeczności badawczej. Więc widać, że nie dość, że to są zamknięte modele, czyli ta technologia jest po prostu w posiadaniu tych firm, no to te firmy jeszcze decydują nie udostępniać tych rozwiązań wszystkim potencjalnym klientom.

Na ile istotne w tym momencie jest tworzenie własnych modeli językowych? W Polsce mamy te dwa: Bielik i PLLuM. Jak pan sądzi, na ile ich rozwój jest realny do takiego poziomu, który mógłby być w praktyce faktycznie wykorzystany i na ile jest celowy? 

Tak jak mówiłem, w niektórych zastosowaniach to muszą być rzeczywiście suwerenne rozwiązania. To znaczy w aspektach związanych z analizami dokumentów, które nie mogą być przetwarzane w sposób publiczny, musimy mieć po prostu swoje własne rozwiązania. Nawet poleganie na tych otwartych modelach chińskich nie jest dobrym rozwiązaniem. Bo te modele mają po prostu zaszyte często różne zabezpieczenia czy różne uwarunkowania. Więc nie możemy tego robić. Musimy na pewno rozwijać te rozwiązania. No i to, co jest ważne, to żeby się nauczyć coś robić, to trzeba to robić. Więc jeżeli chcemy w którymś momencie, a mam nadzieję, że Europa rzeczywiście włączy się do tego wyścigu, w którymś momencie zda sobie sprawę, że to jest jednak ważniejsze i nie może się przyglądać z boku, to po prostu ta wiedza, którą zdobędziemy, nawet robiąc mniejsze modele, bardziej specjalistyczne, po prostu będzie kluczowa, żeby wziąć udział w tym wyścigu. Moim zdaniem nie możemy sobie pozwolić na nieuczestniczenie w rozwoju tej technologii. Ona po prostu będzie miała zbyt duży, zbyt drastyczny wpływ na ekonomię, gospodarkę czy - tak jak mówiłem - na innowacje i naukę. 

A z punktu widzenia użytkowników, którzy oczywiście w dużej części pokochali rozmowy z czatem takim, albo innym, a czasem je pokochali, niektóre systemy prawie wymuszają na nas używanie tych systemów sztucznej inteligencji, to pan sugeruje, żeby jak najwięcej z nas korzystało z tych polskich systemów? Żeby ich używać, żeby pomagać im się trenować, żeby szukać tych zalet nawet w rozumieniu polskich kontekstów? Jak pan sądzi? 

Myślę, że tak. W takich zastosowaniach, w których jest to możliwe, powinniśmy to robić. Są takie rozwiązania i może powinniśmy do takich rozwiązań dążyć, żeby jednak stworzyć system, który decyduje, gdzie to zapytanie zostanie przekierowane. Jeżeli to jest proste zapytanie, no to może właśnie rzeczywiście iść do takiego naszego modelu. A jeżeli będzie skomplikowane, no to może trzeba się posiłkować czymś droższym, bardziej skomplikowanym. Tak więc mamy też takie rozwiązania pośrednie. I zdecydowanie powinniśmy używać polskich rozwiązań, no bo bez ich używania nie zrozumiemy, jakie one mają wady i tych wad nie poprawimy. 

Mówi się o tworzeniu w Polsce AI factories, mówi się o tworzeniu AI Gigafactory. Wykorzystuje się pewne systemy komputerowe, te które już były. Na ile widzi pan szansę na rzeczywisty rozwój tych centrów w obliczu problemów z dostępnością RAM-u, z dostępnością kart, z kosztami energii, które w tym przypadku są bardzo wysokie? Na ile mamy szansę, żeby sprzętowo, nie mówię dogonić, bo to nie jest realne, ale podążać w jakiejś takiej, nie abstrakcyjnie dalekiej odległości. 

Na pewno jako Europa podążamy w tej abstrakcyjnie dalekiej odległości. No bo te gigafabryki, które są planowane, no to są rozmiaru centrów obliczeniowych, które już od jakiegoś czasu działają w Stanach, a są tworzone nawet większe centra obliczeniowe. Jeżeli w końcu zdecydujemy się je tworzyć, to i tak zrobimy to z dużym opóźnieniem. Więc już teraz nie powinniśmy planować gigafabryki, tak jak to robi Unia Europejska i robi to z opóźnieniem, tylko - tak jak miałem okazję też to napisać - planować terafabryki, czyli jednak coś jeszcze większego. Nie wydarzy się bez tego, co pan powiedział, to znaczy jednocześnie z tym planowaniem, powinniśmy też planować, w jaki sposób zapewnić energię do działania tych centrów obliczeniowych. To jest coś bardzo ważnego, coś co powinniśmy też zaplanować i dlatego jak najbardziej trzeba planować powstawanie elektrowni jądrowych w Polsce. To po prostu się zwróci. To jest jasne.

Modele to jedno, a ich wykorzystanie to drugie. To jest ten element tworzenia konkretnych zastosowań. Wydaje się, że może być u nas popularniejsze i bardziej skazane na sukces. Jak pan to ocenia z punktu widzenia prowadzonego przez siebie instytutu i innych firm, które zajmują się już tymi nakładkami, które pozwalają nam na bieżące zastosowania.

Tak. To jest ogromny potencjał. Można myśleć rzeczywiście o tych modelach językowych, jak o takiej elektryczności, którą można napędzać różne rzeczy. No i teraz trzeba wymyślać tę suszarkę, czy kuchenkę elektryczną. Oczywiście, te konkretne zastosowania biznesowe, które przynoszą wartość i te konkretne wdrożenia wśród użytkowników, to jest coś, co ma ogromny potencjał. Nad rozwojem tych rozwiązań powinniśmy się jak najbardziej skupić. No i też - tak jak mówiłem trochę na początku - sztuczna inteligencja to nie są tylko modele językowe. Spektrum tych rozwiązań jest bardzo szerokie, te możliwości są naprawdę różne. Chociażby w analizie obrazu wykorzystuje się inne rozwiązania, które mogą być wielokrotnie tańsze w tworzeniu. Ten potencjał, szukanie swojego miejsca, swoich specjalizacji, jest ogromny. Już nie mówiąc o tym, że takie rozwiązania sztucznej inteligencji, które będą działały na robotach to jest kolejna rzecz, która po prostu może stanowić pewną siłę w Europie. Europa dotychczas słynęła z tworzenia robotów, robotów przemysłowych. Powinniśmy się rzeczywiście tutaj przesiadać w tworzenie bardziej zwinnych rozwiązań i to właśnie wspieranych przez rozwiązania sztucznej inteligencji, które muszą działać na robotach. Więc z założenia one muszą być po prostu wielokrotnie mniejsze, sprawniejsze, bardziej efektywne energetycznie. Tworzenie tych rozwiązań, które będą wbudowywane w roboty, po prostu będzie wielokrotnie tańsze. 

Pojawiły się takie doniesienia, że język polski jako narzędzie do promptowania sztucznej inteligencji jest wyjątkowo dobry. I nie ma to tylko związku z tym, że wielu Polaków uczestniczyło w tworzeniu tych modeli, ale że pewne językowe własności są takie specyficzne, bardzo precyzyjne. I oczywiście my tego słuchamy chętnie, bardzo byśmy chcieli, żeby wszyscy uczyli się języka polskiego, żeby się komunikować ze sztuczną inteligencją. Ale jak jest naprawdę z punktu widzenia badaczy i państwa, którzy się tym zajmujecie? Czy to jest tylko legenda, czy faktycznie coś takiego jest, że w języku polskim można pewne rzeczy mówić prościej i bardziej precyzyjnie?

Język polski ma to do siebie, że jest bardzo skomplikowany, jeżeli chodzi o gramatykę. To prawdopodobnie jeden z najbardziej skomplikowanych gramatycznie języków na świecie, jeżeli nie ten najbardziej skomplikowany. Więc on ma rzeczywiście potencjał, że niektóre rzeczy można wyrazić krócej, szybciej. Myślę, że wszyscy to czujemy. Natomiast możliwości przekładania tego na modele językowe nie są tak duże. Ten artykuł, który pewnie pan ma na myśli, wskazywał niewielkie przewagi w bardzo specyficznych zastosowaniach dla modelu języka polskiego. Natomiast to, o czym oczywiście te rozważania zapominają, jest to, że żeby wytrenować te duże modele językowe, potrzebujemy ogromnych korpusów tekstów, czyli takich zbiorów tekstów napisanych przez człowieka. Tych korpusów tekstów po angielsku jest wielokrotnie więcej. Tak więc, to nie da się tak zrobić, że zapomnimy o języku angielskim i teraz będziemy trenować modele tylko na języku polskim. Po prostu tych danych treningowych jest zdecydowanie za mało. To w żaden sposób nie będzie tak, że ze względu na efektywność ktokolwiek się przesiądzie na jakiś inny język, niż angielski. On zawsze będzie podstawowym językiem. Można oczywiście rozważać język chiński, gdzie też tekstów po chińsku jest bardzo dużo, ze względu na liczebność ludności Chin. 

Panie Profesorze, chciałbym zapytać o sytuację na rynku pracy informatyków. Bo mówi się i widać tego skutki, że sztuczna inteligencja niemal w pierwszej kolejności zabrała pracę wielu informatykom. Niektóre firmy oczywiście tłumaczą zwalnianie informatyków tylko sztuczną inteligencją, co pewnie nie jest do końca prawdą, ale w takim razie, jeśli chcielibyśmy jednak, żeby ta dziedzina w Polsce się rozwijała, no to musimy dla tych informatyków mieć jakąś ofertę. Musimy też mieć ofertę dla ludzi, którzy dopiero zastanawiają się nad tym, czy wybrać się na studia informatyczne. I to być może teraz jest szczególny problem. Do tego dochodzi jeszcze problem tych, którzy myśleli o studiach matematycznych i nagle też zadają sobie pytanie, czy jestem w stanie być wystarczająco dobry, żeby w starciu ze sztuczną inteligencją w przyszłości przetrwać na rynku pracy?

Pierwszy mit, czy fake news rozpowszechniany przez wielu dziennikarzy, czy wiele mediów to to, że nastąpiło załamanie rynku pracy dla informatyków. To się nie wydarzyło. To znaczy nawet w Krakowie, o którym wszyscy pisali, jakie jest załamanie, to ostatnie dane statystyczne pokazują, że tak naprawdę liczba stanowisk dla informatyków w ostatnim roku wzrosła. I tak się dzieje wszędzie na świecie. I w Polsce, i w Stanach, i w Irlandii, czy Kanadzie. Tam, gdzie rzeczywiście są badane takie zależności, to pracy dla informatyków jest więcej. I oczywiście można się zastanawiać, czy to będzie tak dalej, czy nie, ale tak jak to widzimy, to tak się dzieje. I to ma związek z różnymi fenomenami, które są związane z rozwojem technologii. Jest coś, co się nazywa paradoksem Jevonsa, że jeżeli technologia tanieje, to znajduje ona coraz więcej zastosowań. I tak się dzieje - wydaje się - ze sztuczną inteligencją, z informatyką, że jak coś staje się dwa razy tańsze, to dzięki temu używamy tego cztery razy częściej. Tak więc tak naprawdę to ten efekt ekonomiczny, który był obserwowany przy właściwie każdej rewolucji technologicznej powoduje, że ta technologia po prostu jest używana coraz częściej. A jeszcze odnosząc się do innego aspektu pytania, to może trochę je przeformułuję. Czy opłaca się studiować trudne rzeczy? No tak. Opłaca się iść na dobre studia nadal i coraz bardziej się będzie opłacało. Na pewno popyt dla najlepszych, w dowolnej dziedzinie, a w szczególności w informatyce czy sztucznej inteligencji, będzie rósł. Są takie badania, gdzie właśnie śledzi się wynagrodzenia procenta najlepszych informatyków na świecie. I te wynagrodzenia rosną po prostu wykładniczo. Ci najlepsi stali się takimi gwiazdami, które zarabiają już wielokrotnie więcej niż średnia. Tak trochę się żartuje, że rynek stał się taki sam jak dla gwiazd sportowych. Więc rzeczywiście bycie najlepszym i pokazanie tego jest ważne. To się nazywa teoria sygnalizowania, gdzie absolwent kończąc wymagające i trudne studia, sygnalizuje pracodawcy, że po prostu umie ciężko pracować i to zawsze będzie moim zdaniem miało miejsce i będzie tylko nabierało znaczenia. W momencie, w którym te proste prace będzie można zastąpić sztuczną inteligencją, ten popyt na doświadczonych czy najlepszych pracowników będzie rósł.

A jeżeli się chce dopiero wejść, zacząć studiować? Nie można być od razu doświadczonym, nie można być od razu mieć bogatego CV. Można pracować na studiach, oczywiście. Ale na co w takim razie zwracać uwagę? Czy polskie uczelnie kształcące informatyków są w tej chwili przygotowane do tego, żeby to kształcenie prowadzić w sposób, który rzeczywiście z chwilą ukończenia studiów da wystarczające doświadczenie do obecnych realiów? 

Moim zdaniem te najlepsze uczelnie tak funkcjonują. Ja sam uczę od lat na wydziale Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Od lat te studia są skonstruowane tak, żeby uczyć ludzi uczyć się trudnych rzeczy. My nigdy nie uczymy jakichś konkretnych technologii, tylko raczej staramy się pokazać ludziom, że są w stanie każdy nowy problem rozwiązać, że poznać nową technologię czy nowe rzeczy to nie jest problem. I robią to właściwie na każdym semestrze. To te rzeczywiście dobre studia gwarantują. I to będzie miało coraz większe znaczenie, bo rzeczywiście potrzeby rynku pracy się bardzo szybko zmieniają. Bardzo trudno przewidzieć, co się wydarzy za pięć lat, więc taka umiejętność uczenia się nowych rzeczy będzie bardzo ważna. Więc tego rzeczywiście powinniśmy uczyć. Czymś na co powinniśmy zwracać uwagę jest też to, żeby te uczelnie kształciły coraz więcej osób na coraz wyższych stopniach kształcenia. Czyli w szczególności, jeżeli uczelnie w Polsce będą kształciły więcej doktorantów i doktorów, to jest to naturalne źródło bardziej doświadczonych osób na rynku pracy.

Panie profesorze, popatrzmy teraz na najbliższe lata i przyjmijmy, choć nie jest to do końca łatwe, takie optymistyczne założenie, że pewne decyzje, które mogą być podjęte, zostaną dobrze podjęte. Pieniądze, które są potrzebne, się znajdą. Jakie szanse dla polskiej gospodarki widzi pan w rozwoju różnych gałęzi zastosowań AI w najbliższym czasie? Na co powinniśmy postawić? Wspomniał pan o analizie obrazów. Wiadomo, w medycynie między innymi tu widzi się duże nadzieje na to, żeby po prostu z pomocą sztucznej inteligencji przyspieszyć chociażby odczyty radiologiczne i tak dalej, i tak dalej. Jakie jeszcze inne zastosowania widzi pan w tej chwili? 

Na pewno zmieniają się technologie wojskowe. Coraz większe znaczenie ma sztuczna inteligencja, autonomia różnych dronów, czy pojazdów. No więc to na pewno jest coś, w co powinniśmy inwestować. Nasze różne firmy zbrojeniowe produkują bardzo ciekawe rozwiązania, które od strony takiej klasycznej technologii są bardzo dobrze rozwinięte i zaawansowane. I teraz kolejnym krokiem jest oczywiście wdrożenie, czy uzupełnienie ich o rozwiązania oparte o sztuczną inteligencję. Tak więc to jest naturalny kierunek, którym powinniśmy podążać. Inna rzecz, o której powinniśmy myśleć, to jest zastosowanie AI w rolnictwie chociażby, czy w leśnictwie. To jest coś, czego mamy dużo w Polsce i z czego możemy być dumni. Ale ta automatyzacja czy wsparcie po stronie sztucznej inteligencji właśnie w tym przemyśle, też będzie nadchodziło. Coraz częściej niektóre rzeczy można zrobić w sposób automatyczny. Są roboty zbierające różne warzywa, czy w automatyczny sposób niszczące chwasty. To po prostu nadchodzi. Ta rewolucja też się dzieje i w nią powinniśmy inwestować, no bo ten rynek po prostu tutaj jest. Jest rynek zbytu na tego typu rozwiązania. Więc tych rzeczy jest dużo, to nie jest tak, że nie mamy gdzie szukać swojego miejsca w rozwoju sztucznej inteligencji.

Chciałbym zapytać teraz o naukowców, bo oprócz naukowców zajmujących się sztuczną inteligencją i naukowców, którzy zajmują się dziedzinami, gdzie sztuczna inteligencja może poczynić pewne istotne zmiany, to generalnie sztuczna inteligencja dotyczy wszystkich naukowców ze względu między innymi na publikacje, przeszukiwanie publikacji, korzystanie ze sztucznej inteligencji do znajdywania informacji, czasem do pisania tekstów, do tworzenia bibliografii. Jak pan to w tej chwili widzi? Czy mamy jakiś zestaw zasad, przepisów, do jakiego stopnia można, do jakiego stopnia powinno się z AI korzystać? Co z recenzjami? Co z badaniami ewentualnych plagiatów? Jak to się będzie rozwijać? 

Moim zdaniem jest to bardzo niejasne, co się będzie działo. To są trudne procesy. Coś, co na pewno ma duże znaczenie, to jest większa transparentność procesów recenzyjnych czy procesów decyzyjnych o przyjmowaniu prac. Tutaj rzeczywiście informatyka bardzo mocno przewodzi w nowoczesnym podejściu do obsługi tego procesu. Wiele konferencji wiodących w informatyce używa takich systemów jak Open Review, gdzie tak naprawdę i prace, i recenzje są otwarte. Jesteśmy w stanie wszyscy zobaczyć, na jakiej podstawie została podjęta decyzja i dlaczego. Zobaczyć, czy ta recenzja rzeczywiście była, czy nie była wygenerowana przez sztuczną inteligencję, czy jest solidna, czy nie. Jeżeli nie zadbamy też o transparentność innych dziedzinach nauki, to będzie dużo trudniej to kontrolować. Pierwszym krokiem jest rzeczywiście zadbanie o transparentność, przejrzystość, możliwość przeanalizowania. Ten - jakby to powiedzieć - sposób prowadzenia badań w informatyce, też trochę w fizyce, udostępnianie prac w sposób otwarty na różnych portalach typu arXiv powoduje, że przynajmniej wiemy, co się dzieje. Jesteśmy w stanie obserwować te procesy, kiedy w innych dziedzinach jest to po prostu dużo trudniejsze. No i na tej podstawie, wiedząc, co się dzieje, będziemy mogli podejmować jakieś decyzje i modyfikować te procesy. Na pewno nadchodzi moment, gdzie będzie trzeba je przebudować, bo ten potencjał sztucznej inteligencji w pisaniu prac naukowych czy prowadzeniu odkryć naukowych, będzie coraz większy. Ten proces będzie ulegał zmianie. Natomiast trudno przewidzieć tak naprawdę, jak on będzie wyglądał docelowo. 

No właśnie, wspomniał pan o tym. To nie tylko jest pisanie prac, bo żeby napisać pracę, to najpierw trzeba coś zbadać i najlepiej coś odkryć. Jak sztuczna inteligencja i te systemy mogą wpłynąć na sam przebieg pracy naukowej, na to, jak się poszukuje hipotez, weryfikuje je. Czy tutaj widzi pan jakieś istotne zmiany? Bo być może na studiach w różnych dziedzinach trzeba teraz już studentów uczyć trochę innego sposobu pracy. 

Tak, dokładnie tak. Taką dziedziną, która może najbardziej odczuwa te zmiany, jest matematyka. Niedawno rzeczywiście było moim zdaniem dość przełomowe wydarzenie, gdzie modele sztucznej inteligencji, a mianowicie ten model od OpenAI udowodnił czy rozwikłał, a może raczej obalił hipotezę, która funkcjonowała od osiemdziesięciu lat, była nierozwiązana. Dotyczyła dyskretnej geometrii. I zrobił to w sposób rzeczywiście daleko nietrywialny, łączący różne różne dziedziny matematyki. Rzeczywiście, z tego, co wiem, to matematycy zaczynają pracować w zupełnie inny sposób, bardzo mocno posiłkują się tymi modelami w prowadzeniu badań, czy weryfikowaniu twierdzeń, weryfikowaniu pewnych hipotez. I rzeczywiście ta praca się zmienia. Na pewno powinniśmy to wspierać, bo to docelowo przyśpieszy postęp naukowy. To ma ogromny potencjał. Jeśli możemy użyć koparki do wykopania dołku, no to nie powinniśmy robić tego ręcznie. Chyba ostatnio był taki żart, że ktoś mówił, że kopie craftowe doły łopatą i to jest zaleta. No, ale oczywiście powinniśmy się tym posiłkować. Coś, co moim zdaniem jest ważne i z czego nie zdawaliśmy sobie jeszcze pięć lat temu sprawy, to to, że te modele, czy to językowe, ale też te modele generujące grafikę, po prostu są kreatywne. Ta kreatywność jest prostsza, nie tylko zastrzeżona dla człowieka. Ale rzeczywiście sztuczna inteligencja potrafi być kreatywna, więc dlaczego nie używać jej do wspierania też kreatywności człowieka.

Mówi się o tym, że sztuczna inteligencja też będzie miała wpływ na edukację od najwcześniejszych etapów. Mówi się o tym, że pomoże bardziej dopasowanej edukacji do konkretnych dzieci, młodych ludzi. Jakie działania pana zdaniem powinny być podjęte, z punktu widzenia naukowca, który pracuje nad tym wielkim wynalazkiem ludzkości, żeby młodzież się jak najwcześniej uczyła rzeczywiście wykorzystywać sztuczną inteligencję nie tylko do pisania zadań domowych czy rozmawiania z czatem w czasie lekcji, ale rzeczywiście uczyła się żyć w tym ekosystemie w twórczy sposób, czyli wykorzystywać AI do wspomagania myślenia, ale nie zastępować nim swojej myśli?

Myślę, że powinniśmy - pewnie tak jak pan mówi - nie używać tych rozwiązań sztucznej inteligencji do tego, żeby one zastępowały naszą pracę, ale do tego, żeby po prostu ją wspierały, czyli traktować te modele jako takiego sparing partnera. Pewnie docelowo mam nadzieję, że powstaną rozwiązania, które będziemy mogli udostępnić naszym dzieciom, które na pytanie "napisz mi pracę domową" będą odmawiały takiej odpowiedzi, a będą po prostu prowadziły dyskusję z tym dzieckiem, czy studentem, w jaki sposób on tę pracę ma jak najlepiej napisać, będą mu doradzały, a nie po prostu serwowały gotowe rozwiązania. Rzeczywiście są takie badania, które pokazują, że jeżeli zmieniamy sposób użycia tych modeli, czyli to nie jest tak, że przychodzimy do nich, opisujemy problem i kopiujemy rozwiązanie, jakie wygenerują, tylko przychodzimy do nich i dyskutujemy o tym, co chcemy zrobić, to one wspierają nas w podejmowaniu tych decyzji i nawet jak coś wygenerują, to potem też dyskutujemy o tym, co one stworzyły. Ostatecznie mamy dużo lepsze zrozumienie tego, co wspólnie stworzyliśmy, niż nawet jakbyśmy to zrobili sami od zera. Tak więc ten aspekt edukacyjny, ma ogromny potencjał, jest bardzo ważny, ale musimy po prostu wypracować czy zrozumieć bardzo dobrze w jakich modelach współpracy powinniśmy pracować z tymi rozwiązaniami sztucznej inteligencji.

Chciałbym teraz przejść do ostatniego etapu rozmowy i do spraw dotyczących szeroko, bardzo szeroko rozumianego cyberbezpieczeństwa. To jest, jak podejrzewam, jeden z punktów zainteresowania agendy ONZ, w której pan uczestniczy, czyli takiego tworzenia tych systemów, żeby one były bezpieczne i z punktu widzenia na przykład wykradania komuś pieniędzy albo wykradania danych, ale też z punktu widzenia być może też wpływu na nasz sposób myślenia, tworzenia baniek informacyjnych, takiego algorytmicznego, no jednak sterowania ludźmi. Jakie jest pańskie wrażenie, na jakim etapie dyskusji jesteśmy? Z całą pewnością Chiny myślą swoje, Amerykanie myślą swoje, Europa jest trochę z tyłu. Czy mamy szansę na wdrożenie rozwiązań, które jakoś o nas zadbają? Czy to już jest nierealne, bo to po prostu rozpędziło się tak bardzo, że dla pieniędzy, czy z innych powodów, będzie pędzić? 

To jest trudne do przewidzenia. Jakie katastrofy muszą się wydarzyć, żebyśmy rzeczywiście podjęli jakiś nadzór, taki dużo większy i zrozumieli znaczenie tych konsekwencji. Wpływ tych rozwiązań jest potencjalnie ogromny. Rozmowa z czatem na temat kandydatów w wyborach chociażby prezydenckich w Polsce, może mieć ogromny wpływ na nasze preferencje, na to, na kogo zagłosujemy. My rozmawiamy często, czy też często zadajemy pytania polityczne tym czatom. To jest ogromny problem. To jest oczywiście wyzwanie i ogromne ryzyko, że ta manipulacja, czy właśnie taki demontaż tego wspólnego świata poglądów i takiego wspólnego spojrzenia opartego o fakty, może przyśpieszyć. To oczywiście się dzieje już poprzez sieci społecznościowe. Wspomniał pan o tych bańkach, które właśnie są bardzo silnie wspierane przez sieci społecznościowe. To może po prostu mocno przyśpieszyć właśnie poprzez wsparcie algorytmów sztucznej inteligencji. Te bańki mogą być jeszcze mniejsze. Ludzie mogą ostatecznie spędzić życie rozmawiając tylko z takim czatem. A te rozwiązania są - jak sie to mówi sykofantyczne - one bardzo silnie potwierdzają nasze poglądy. Jesli chcemy rzeczywiście przetestować jakiś pomysł z czatem, to bardzo dobrze jest mu zadać przeciwne pytanie niż to, co byśmy chcieli. On rzeczywiście wymyśli odpowiedź taką, która będzie silnie wspierała te nasze poglądy. To znaczy, jeśli przedstawi mu się tą samą sprawę z dwóch różnych punktów widzenia, bardzo często on po prostu poprze jedną stronę albo drugą. Mimo, że ta sprawa jest jasna i te decyzje etyczne są raczej jasne, to te rozwiązania po prostu są w stanie wymyślić też poparcie dla czegoś, co po prostu jest nieetyczne.

Czy to, co już wiemy o tej technologii i pytania nad tym, czego tak naprawdę jeszcze o niej nie wiemy, pana zdaniem wskazują, że ogarniemy problem, zanim stanie się poważniejszy? Czy, to też nie jest do końca pewne? 

Mam nadzieję, że ogarniemy. Dotychczas historia ludzkości pokazuje, że jednak ogarniamy te problemy, chociażby w przypadku, no nie wiem, energii jądrowej czy broni atomowej. Byliśmy w stanie to zrobić, mimo że te ryzyka zawsze tam były. Wydaje mi się, że także tutaj będzie dobrze, no bo jednak rozumujemy tę technologię. To nie jest pierwsza rewolucja technologiczna, choć ona rzeczywiście jest dużo szybsza i może być dużo bardziej dogłębna, niż wszystkie poprzednie. Ale ludzkość przeżyła wiele rewolucji technologicznych i przy każdej tej rewolucji były głosy, że to doprowadzi do zagłady ludzkości. Dotychczas się to nie wydarzyło i miejmy nadzieję, i ja mam nadzieję, że i tym razem też się nie wydarzy.

Storczyki w naturze tak długo nie kwitną. Te, które kupujemy, nigdy tropików nie widziały

7 czerwca 2026, 10:00

"Sprzedawane u nas storczyki nigdy nie widziały lasu tropikalnego, są wynikiem hodowli. To jednak sprzyja ich ochronie" - mówi RMF FM prof. Marta Kolanowska z Uniwersytetu Łódzkiego. Szefowa Katedry Geobotaniki i Ekologii Roślin, która była gościem niedawnego Copernicus Festival w Krakowie, opisała dotychczas ponad 400 nowych gatunków storczyków. W rozmowie z Grzegorzem Jasińskim przyznaje, że storczyki w naturze tak długo nie kwitną, opowiada jak się je odkrywa, opisuje i nazywa.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Marta Kolanowska jest profesorem Uniwersytetu Łódzkiego, kierownikiem Katedry Geobotaniki i Ekologii Roślin. Zajmuje się głównie taksonomią i biogeografią storczykowatych (Orchidaceae). Dotychczas opisała ponad 400 nowych gatunków storczyków. Prowadzi badania obejmujące rewizje materiałów zielnikowych zgromadzonych w kolekcjach na całym świecie oraz intensywne prace terenowe, skoncentrowane przede wszystkim na bioróżnorodności północnych Andów. W swojej pracy analizuje wpływ zmian klimatu na rzadkie i zagrożone gatunki storczyków oraz ich partnerów ekologicznych - zapylaczy, grzyby mikoryzowe, a także drzewa i krzewy, które stanowią dla nich podporę. Prof. Kolanowska była gościem niedawnego Copernicus Festival w Krakowie.

Grzegorz Jasiński: Pani profesor osobiście hoduje storczyki w domu?

Prof. Marta Kolanowska: Próbuję. Z niską skutecznością. Tak, że jak już widzę objawy utraty wigoru, oddaję roślinę mamie, która zawsze je przywraca do życia. No niestety...

Czyli nie ma pani takiego magicznego sposobu, co zrobić, żeby one nie marniały?

Ja wiem, ale tak tylko teoretycznie wiem. Trzeba patrzeć przede wszystkim na korzenie. Ponieważ storczyki - większość z nich, tych tropikalnych - rośnie jako epifity, więc ich korzenie są pokryte taką tkanką, welamenem, która chłonie wilgoć na przykład z tropikalnej mgły. Jak ona jest nasiąknięta wodą, to robi się przezroczysta, przez co widzimy takie zielone korzenie. Więc kiedy widzimy zielone korzenie, znaczy nie podlewamy, bo one już są mokre. A jak są szare, to podlewamy. Ale to tak tylko teoretycznie wiem. Bo tak w praktyce to jak mi się przypomni to je podleję, a jak nie to... różnie bywa.

Proszę mi powiedzieć jak te storczyki, które my mamy, miewamy w domu mają się do tych, które rosną w naturze. To są jakieś odmiany prawdziwe, które gdzieś faktycznie występują? Czy to są jakieś hybrydy? Jakaś hodowla była w międzyczasie?

Te storczyki, które zwykle możemy kupić w markecie, nigdy nie widziały lasu tropikalnego. Były w całości wyhodowane w laboratorium dzięki kulturom in vitro. Ponieważ taki naturalny cykl rozwoju storczyka jest bardzo długi to raz. Dwa, dobrze jest trochę manipulować genetycznie, żeby nam na parapetach ładnie rosły, prawie tak jak w tropikach, żeby kwiaty były duże i kolorowe. Tak, że bardzo podobne gatunki są faktycznie w rzeczywistości, no ale niedokładnie takie, jakie mamy na parapetach. Nawet w sklepach mamy coś takiego, co się nazywa Cambria. Coś, co w ogóle nie występuje w naturze. To jest taka ogrodnicza nazwa dla hybryd z różnych rodzajów storczyków. Ale ładne to ładne.

Nie ocenia tego Pani jako gwałtu na naturze?

Wręcz przeciwnie. Problem pojawił się w epoce wiktoriańskiej, kiedy ludzie faktycznie dostali szału na punkcie roślin tropikalnych, szczególnie storczyków, które miały takie duże kwiaty. Wysyłane były całe ekspedycje tylko po to, żeby zdobyć jak najwięcej storczyków. Już pomijając fakt, że większość tych roślin nie przeżywała całej trasy do Europy, no to bardzo mocno to zburzyło populacje naturalne. Więc dla botanika to, że nie trzeba iść do lasu i zebrać rośliny, żeby ktoś inny mógł mieć ją na parapecie, to jest dobry akurat znak czasów.

Proszę mi powiedzieć, na czym ten fenomen storczyków z punktu widzenia naszych mieszkań polega? No bo to są rzeczywiście rośliny, które są z jednej strony trwałe, bo te kwiaty są długo piękne. To nie jest jak z tulipanami, ale z drugiej strony są niesłychanie delikatne. Jak to się w biologii tej rośliny łączy? Z jednej strony ta - wydaje się - odporność, a z drugiej strony, no ta niesłychana wrażliwość na te subtelności.

W naturze większość storczyków tak długo nie kwitnie. Storczyki kwitną tylko po to, ażeby zostać zapylone. One nie mają cieszyć niczyjego oka. One chcą tylko zwabić zapylacza, żeby de facto się rozmnożyć. No i to już strategie są bardzo różne. Niektóre mają właśnie takie duże kwiaty z różnymi wzorkami. Te wzorki służą jako szlaki nektarowe. Czyli owad myśli, że jak pójdzie tym szlakiem, to będzie nektar. U storczyków zwykle niestety tego nektaru nie dostaje, ponieważ storczyki są nazywane zresztą mistrzami oszustwa. Rzadko oferują owadom nagrody jakiekolwiek, za to często je zwodzą. W Polsce nawet mamy taki gatunek, którego kwiat przypomina samicę owada. Samiec próbując kopulować z tą samicą, która jest kwiatem, przy okazji zapyla storczyka. Tak, że to już jest bardzo skomplikowany proces ewolucyjny, który musiał doprowadzić do tego, że ten kwiat wytwarza nawet substancje chemiczne przypominające owadzie feromony. I te kwiaty też są krótkotrwałe. Pomimo tego, co nam się wydaje, to te piękne kolory, kształty, nie powstały dla nas, tylko dla zapylaczy.

Czy to jest z tego punktu widzenia i różnorodności, tego sprytu wyjątkowa roślina? Czy są jakieś inne odpowiedniki, które może nie są dla nas atrakcyjne, bo nie kwitną tak ładnie, ale które tam gdzieś w tej Amazonii są i też potrafią tak oszukiwać owady?

Ten proces pseudo kopulacji występuje głównie u storczyków, tylko chyba jeszcze u dwóch czy trzech innych roślin był odnaleziony, ale jako grupa tylko storczyki ewoluowały w tę stronę. Natomiast najdziwniejsze storczyki zyją  oczywiście w Australii. Więc tam mamy nawet storczyka, który w zasadzie całe życie spędza pod ziemią. W momencie kwitnienia kwiatostan jest na powierzchni gruntu, tylko widoczny, są takie małe czerwone kwiaty i wydaje się, że są zapylane przez mrówki albo termity, no jakieś owady, które na pewno są gdzieś przy powierzchni gruntu. Tak, że tutaj jakby bogactwo form zapylania jest ogromne.

Z czego to się wzięło? Czy różnorodność miejsc, w których są, czy raczej właśnie to, że są zwykle w wilgotnych miejscach, takich czasem zacienionych? Co zdecydowało o tym, że są takie sprytne?

To bardzo trudne pytanie. Faktycznie, w regionach tropikalnych, gdzie tych storczyków jest najwięcej, jest też bardzo duża konkurencja. Przy ograniczonej przestrzeni bardzo dużo roślin i zwierząt musi tak naprawdę funkcjonować w tym samym czasie. Tak, że tutaj storczyki przede wszystkim znalazły sobie takie nisze na drzewach. Czyli one nie pasożytują na drzewach, tylko jako epifity sobie znajdują różne gałązki, na których sobie żyją. A ponieważ w tropikach na różnych wysokościach lasu mamy różne warunki oświetlenia, wilgotności i tak dalej, no to jeżeli już się ten gatunek dopasował do jednego fragmentu, powiedzmy tego mikrosiedliska, to już się za bardzo nie ruszy. A skoro już tam wylądował, no to musi być też jakoś zapylany. Więc to był bardzo długi proces ewolucyjny, który sprawił, że widzimy to, co mamy, czyli tę ścisłą zależność między storczykami a zapylaczami. Zresztą wykazano w Ameryce Południowej, że w przypadku pszczół, które tam najczęściej zapylają storczyki, powstawanie nowych gatunków pszczół było ściśle związane z powstawaniem nowych gatunków storczyków. Tak, że te wszystkie tak naprawdę organizmy muszą ewoluować poniekąd wspólnie. Szczególnie, że storczyki są o tyle nietypowymi roślinami, że tak jak nas uczono na biologii, zwykle w nasionku mamy zarodek, mamy bielmo, które stanowi te substancje zapasowe. No storczyki tego nie mają. Tak jak są zbyt leniwe, żeby wytwarzać nektar, tak również o substancje zapasowe nie dbają. W związku z tym od razu to nasiono musi wejść w symbiozę z grzybem, od którego będzie czerpać substancje odżywcze i też występowanie tych grzybów w różnych częściach lasu, drzewa i tak dalej, no też limituje gdzie ten storczyk może wyrosnąć. Tak, że jest to bardzo skomplikowany proces i problem polega na tym, że jak jeden z partnerów zniknie, na przykład poprzez działalność człowieka zniknie jakiś owad, albo zmienią się warunki wilgotności i zniknie ten grzyb, no to i storczyk nam zniknie, pomimo tego, że teoretycznie niewiele się dookoła zmieniło.

No tak, to skoro nie zbierają zapasów, skoro nie oferują nektaru, no to muszą nadrabiać urodą. Ewidentnie..

Sprytem bym powiedziała. Ale tak faktycznie, jak się tak pomyśli, to nie wysilają się za bardzo w stronę produkcji.

Jakie znaczenie ma tutaj klimat, bo my u siebie jesteśmy przyzwyczajeni: klimat umiarkowany, zima, lato, wiosna, jesień, plony raz w roku. Narcyzy kwitną wtedy, krokusy wtedy. Tam cały rok sytuacja jest dokładnie taka sama. Tam cały czas ten cykl życiowy biegnie. Ile pokoleń taka orchidea może w ciągu roku wydać?

Storczyki w tropikach są raczej związane z kwitnieniem albo w porze suchej, albo w porze deszczowej. To nie jest tak, że faktycznie cały rok będzie nam ten storczyk kwitnąć, bo jest ciepło. No niestety nie. Tym bardziej, że w górach, szczególnie tropikalnych, tak naprawdę nie mamy sezonowości temperatury tak jak u nas, ale za to jest duża różnica między dniem a nocą. Tak naprawdę jest zima każdej nocy i lato każdego dnia. Tak, że to też wymusza pewne zachowania. Na przykład kwiat się otwiera tylko w ciągu dnia, kiedy jest szansa, że jakiś owad tam przyleci. Albo produkowane są białe kwiaty, żeby zwabić właśnie te owady nocne. To jest całe spektrum. Przez to, że nie ma pór roku, to nie znaczy, że storczyk będzie jakby non stop się rozmnażać. Nie ma takiej opcji. Zwykle raz w sezonie te nasiona są produkowane. Czy sezon to jest lato, zima, czy sezon to jest pora deszczowa i sucha, to już zależy od tego, gdzie jesteśmy.

Pani legitymuje się odkryciem trzystu siedemdziesięciu nowych, nieznanych wcześniej gatunków storczyków?

Chyba jest już trochę więcej, ale coś koło tego, tak.

Jak to w ogóle jest możliwe? Proszę mi powiedzieć. Bo jeśli pisze się, że gatunków jest powiedzmy dwadzieścia, trzydzieści tysięcy, a pewnie więcej, no to na czym to polega? Pani pamięta wszystkie te gatunki? Patrzy sobie tu i myśli sobie: "No ciebie nie widziałam w książkach, to ty jesteś nowy." Jak dokonuje się takiego odkrycia?

Znaczy trochę tak. Patrzę i mówię: O, ciebie nie widziałam, ale trzeba to zweryfikować, niestety. No i faktycznie tych gatunków storczyków jest opisanych między dwadzieścia siedem a trzydzieści pięć tysięcy, więc trzeba sprawdzić poniekąd wszystkie, ale wiadomo, że szukamy wśród najbardziej podobnych, czyli w obrębie jednego rodzaju. Tylko czasami jest tak, że podobnych gatunków jest pięć, no i wtedy łatwo można podjąć decyzję. A są tak duże grupy, gdzie na przykład podobnych gatunków jest siedemset. No i wtedy weryfikacja zajmuje trochę dłużej. Problemem są też gatunki, które były opisane bardzo dawno temu i niewiele o nich wiemy, bo na przykład nie mamy już tej pierwszej rośliny, gdzieś zaginęła. Wiele roślin, które były wysuszone i zdeponowane w zielniku w Berlinie, skąd opisywano dużo nowych gatunków, no po prostu spłynęły podczas wojny. Opisy tych cech morfologicznych były bardzo lakoniczne, bo nikt się nie spodziewał, że przez następne sto lat opiszemy kolejne tysiące storczyków. Więc z tymi gatunkami jest problem, żeby się upewnić, czy czasem te sto lat temu te trzy zdania w książce to właśnie nie dotyczyły tej rośliny, którą znaleźliśmy. No, ale w zasadzie, jak się już sprawdzi, że na pewno jeszcze nikt nie opisał tego, co znaleźliśmy, czy też opisaliśmy z zielnika, to trzeba wybrać nazwę, bo dopiero wtedy, kiedy nadamy nazwę, to ten gatunek dla nauki zaczyna istnieć. Nieważne, że już od setek lat rośnie na tym drzewie. Dopiero jak go nazwiemy, to dla nas zaczyna istnieć...

Jaka jest zasada nadawania tych nazw? To musi być nazwa łacińska, jak rozumiem, ale są też takie narodowe odpowiedniki?

W Polsce nie mamy w zasadzie odpowiedników dla większości roślin tropikalnych. Nadajemy polskie nazwy, no tym roślinom, których albo używamy z jakiegoś powodu, albo właśnie sprowadzamy w celach ogrodniczych i tak dalej. Natomiast to nie jest tak, że każdy storczyk tropikalny będzie miał polską nazwę. Zresztą ze zwierzętami jest chyba tak samo, chociaż zwierzęta są bardziej popularne, bym powiedziała, to faktycznie czasami się staramy nawet dla tych niewystępujących u nas jakieś takie polskie nazwy dobrać.

A jaka jest zasada nadawania tych łacińskich nazw?

W zasadzie nie ma. Znaczy musi być poprawnie gramatycznie, czyli to jest rzeczownik i przymiotnik, dwa wyrazy. Jedyna zasada to nie może być obraźliwe dla nikogo. I od pewnego czasu nie można nadawać nazw związanych powiedzmy z polityką i z tego typu sprawami. Ale tak, to pełna dowolność autora. Ja pamiętam, jak znalazłam storczyka i według mnie jego kwiat przypominał twarz diabła. Według mnie. I to jest moje prawo, żeby nazwać go Diabolicus, bo mi tę twarz przypominał. Tak, że tutaj już jest dowolność autora. Ja pamiętam była taka sprawa, jakiś naukowiec znalazł pełno nowych gatunków owadów na jakiejś wyspie w Indonezji, chyba. Już mu się skończyły pomysły, takie jakieś rozsądne. Więc nazywał od Chewbakki, od mistrza Yody, od Asterixa, Obelixa, już po prostu wszystko było, bo miał setki tych nowych gatunków. No i już po prostu pomysły mu się skończyły.

A oprócz tego Diabolikusa to jakieś nazwy, które pani nadała, szczególnie pani pamięta i jest z nich szczególnie zadowolona?

No ja jeszcze miałam Pterichis Aragogiana, bo mi kwiaty przypominały pająki, a pająk to Aragog z Harry'ego Pottera, to przecież jasne. Rozważałam Teklę, ale Tekla mogłaby nie być zrozumiana dla naszych zachodnich sąsiadów.

Wspomniała pani o tym, że czasem o jakimś gatunku to mamy dosłownie trzy zdania napisane. To co jest w tych trzech zdaniach? Co jest najbardziej charakterystyczne? Pewnie kwiat...

Tak, tak.

Jego kształt, jego kolor, jego cętki? Co się w tych trzech zdaniach musi znaleźć, żeby pani mogła potwierdzić, że to jest pani storczyk?

Niestety, te starsze publikacje faktycznie skupiają się na kolorach kwiatów, które teraz już wiemy, że mogą być zmienne i nie do końca są tym, co pozwala nam odróżnić jeden gatunek od drugiego. Tak, że musi być przynajmniej kształt warżki. U storczyków jeden płatek zwykle jest inny, bo to właśnie on odpowiada za zwabianie zapylaczy. W związku z tym, jeżeli storczyki przystosowały całą swoją ewolucję do owadów, no to zakładamy, że jeżeli ten jeden płatek jest inny między podobnymi gatunkami, to znaczy, że mają różnych zapylaczy. Czyli raczej nie będą się krzyżować, czyli są osobnymi gatunkami. Taki jest nasz tok rozumowania. Czyli dla nas najważniejszy jest ten jeden płatek, który na szczęście zwykle jest opisany dość dokładnie w tych książkach, ponieważ to on jest taki inny od pozostałych płatków okwiatu. Tak, że kluczowa jest ta warżka, ponieważ to ona odpowiada de facto za zapylanie, czyli za rozmnażanie.

Pewnie na dawnych rycinach to są rysunki tych kwiatów. Teraz pewnie są zdjęcia. Ile zdjęć storczyków ma pani w telefonie?

Za dużo. Prawie tyle ile mojego psa bym powiedziała, czyli bardzo dużo. Natomiast pomimo tego, że faktycznie zdjęcia teraz można zrobić no dosłownie wyjmując telefon z kieszeni, choć w tropikach nie jest to takie łatwe, bo tam jest mało światła, dociera do dna lasu. Natomiast w publikacjach naukowych i tak wymagana jest rycina. Tak, że nawet jeżeli mamy zdjęcie, to ryciny trzeba zrobić, ponieważ kwiat nie jest płaski. Często elementy kwiatu są jakoś poskręcane, wygięte, mają jakieś ornamenty, jakieś wyrostki, w związku z czym i tak trzeba zrobić ilustrację, dzięki której będzie można porównać każdą inną roślinę z tą, którą znaleźliśmy i opisujemy jako nowy gatunek.

No wiemy jak jest ze zdjęciami w kartotekach policyjnych. A jak jest z tymi rysunkami? Ile musi być? Jeden, dwa, trzy? Z różnej perspektywy, z boku, z góry?

Wystarczy jeden, o ile obrazuje tę cechę, która pozwoli nam odróżnić nasz gatunek od każdego innego. Problem ze zdjęciami jest też teraz taki, niestety, że jak obserwuję Facebooka, że weszło AI i mamy storczyki, których na pewno w naturze nie ma. One są bardzo ładne, mają na przykład twarz małpy, człowieka i w ogóle. No większość z nich nie istnieje, choć faktycznie są gatunki podobne i gdyby użyć wyobraźni, to te twarze różne byśmy tam zobaczyli. Natomiast faktycznie, no robi się problem z tym, na ile można ufać temu, co widzimy na zdjęciach.

Kto robi te rysunki? Pani oprócz swojego wykształcenia biologicznego, botanicznego musi jeszcze mieć wykształcenie artystyczne? Czy wozi pani w ekipie artystę, który to rysuje?

Na szczęście to są bardziej rysunki techniczne, bym powiedziała, bo ja akurat tutaj talentu mam zero. Natomiast ja robię tylko szkic i mam już powiedzmy swoich ludzi, którzy ładniej to zrobią pod publikację. Ale nie, nie ma takiego komfortu, żeby wozić ze sobą artystę, choć na pewno byłoby to przydatne.

Muszą używać do tego kredek? To jest jakaś w tej chwili konkretna technologia jakiś konkretnych ołówków? Palety kolorów? Ile tam musi być? Bo, jak rozumiem, pani widzi tę roślinę, fotografuje ją. No, nie ukrywajmy tego. I na miejscu robi pani rysunek, czy po prostu ją zabiera?

Kwiat trzeba wziąć, bo zwykle się wrzuca pod binokular, żeby jeszcze zobaczyć, właśnie, czy na elementach tego kwiatu są jakieś wyrostki i tak dalej. Tak, że tak prosto z rośliny nie da się tego zrobić, trzeba i tak rozpłaszczyć w jakiś sposób ten kwiat. Natomiast rysunki w publikacjach nie są raczej kolorowe. To są rysunki takie czarno-białe i większość naszych rysowników używa do tego po prostu kalki i takich cienkopisów. Potem to jest skanowane po prostu. Wiem, że są za granicą ekipy, które używają raczej narzędzi komputerowych, ale jakoś nie jestem przyzwyczajona do takiego działania.

Jakby sobie ktoś chciał na przykład w domu zrobić kolekcję wszystkich storczyków, które udało mu się zamordować i w związku z tym chciał, żeby po jednym kwiatku z każdego mieć na pamiątkę. Jak mógłby to zrobić? Jak to się robi praktycznie? Między kartkami papieru? Wkłada się do jakiegoś pudełeczka? Jak w nowoczesnej nauce to się odbywa?

Naszą podstawową pracę nadal są de facto zielniki, czyli po prostu między gazety najlepiej włożyć roślinę i żeby ona się tam wysuszyła. Oczywiście tę gazetę trzeba zmieniać, żeby tam nie zapleśniało, bo te rośliny mogą wytrzymać naprawdę setki lat, jeżeli są dobre warunki przechowywania, jeżeli się uważa na owady, żeby tam nie podżerały. Natomiast kwiaty faktycznie, żeby zachować ich strukturę, my konserwujemy w takiej mieszaninie alkoholu, gliceryny i tego typu rzeczy. I wtedy faktycznie przez długi czas można je badać w takim kształcie, jakie one są. Bo z zielnika też sobie radzimy. Znaczy, trzeba je nawodnić, czyli wrzucamy do wrzątku i czekamy, aż się uwodnią.

Do wrzątku?

No, tak, znaczy no, ciepła woda szybciej nam nawodni ten kwiat i wtedy można go sobie rozłożyć na płasko i zobaczyć co tam w tym zielniku jest.

Ale rozumiem, że to do takich swoich zielników obecnych, nie do tych gdzieś w bibliotekach?

Nie, nie. Do tych starych też.

Wolno tak zrobić? I co, potem się znowu spłaszcza?

Tak, potem można go znowu wysuszyć. Tak, tak. Tak robimy. Na niektóre trzeba uważać, bo kiedyś, zanim się nauczyliśmy, jak dbać o kolekcje tak w miarę bezpiecznie, to na przykład wszystkie rośliny truto, że tak powiem, arszenikiem. Tak, że trzeba uważać, jak się pracuje z tymi niektórymi roślinami, to lepiej w rękawiczkach.

W rękawiczkach, tak. No, niezwykłe to jest. Czyli, czyli co? Czyli po prostu między gazety i wysuszyć i potem na kartonie z takimi ładnymi paseczkami.

No dokładnie, dokładnie tak. I najlepiej jeszcze do tego dorobić etykietkę, z czego było zebrane, jaka była data zbioru albo kwitnienia, z którego pochodzi ten kwiat. I mamy już pełen okaz zielnikowy.

No proszę, to może odkryjemy w ogóle całą nową pasję miłośników storczyków, którzy uwielbiają je do domu przynosić i potem one tak szybko odchodzą.

No niestety, one szybko odchodzą, ale faktycznie mamy problem z botanikami. Przestajemy kontrolować to, co w Polsce rośnie. Już nie mówię o storczykach, tylko ponieważ teraz naukowcy mają narzucone, żeby publikować w super prestiżowych czasopismach, no więc w czasopiśmie prestiżowym nie opublikujemy, co dzisiaj kwitło w Krakowie. Więc naukowcy przestali chodzić w teren i obserwować to, co się wokół nich dzieje, bo czekają na te wielkie odkrycia, żeby ministerstwo nas dostrzegło. I faktycznie jest problem z danymi. Więc coraz szerzej wchodzi tak zwane citizen science. Czyli musimy liczyć na pasjonatów przyrody, żeby nam zrobili zdjęcie, wrzucili w jakąś bazę danych, żebyśmy w ogóle wiedzieli, co nam w kraju jeszcze rośnie.

A panią to, co w kraju rośnie, to tak w wolnej chwili interesuje? Czy myśli sobie pani, jeżeli to nie jest storczyk, to poza moim zakresem obowiązków i uprawnień?

Ale my w Polsce mamy storczyki także jak najbardziej mnie storczyki polskie interesują.

To, gdzie te storczyki możemy znaleźć w naturze w Polsce?

Powiedziałabym, że prawie wszędzie. Tylko większość ludzi nie wie, że to storczyk, bo nie jest taki ładny, jak to, co mamy na parapetach.

A po czym możemy je poznać? Czy na przykład wchodzimy w internet, piszemy: "storczyki, Polska", patrzymy i wiemy czego szukać?

W Polsce mamy kilka grup, które się mocno między sobą różnią, bo mamy z jednej strony obuwika, to jest taka charakterystyczna roślina bucikowato-rozdęta...

Tu nazwa jest niezwykle obrazowa.

Więc to jest nasz pierwszy storczyk. Inne już są mniej atrakcyjne. To, co jest charakterystyczne dla storczyków między innymi, to jest to, że nie znajdziemy tam jednego słupka otoczonego pręcikami, jak w wielu roślinach to występuje. U storczyków pręcik i słupek są zrośnięte w jedną strukturę, zwaną prętosłupem, żeby było łatwiej zapamiętać. Tak, że, jeżeli widzimy coś takiego, no to prawdopodobnie już jest storczyk.

I to może być taki storczyk, który tu wyrósł naturalnie, czy wypadł komuś z okna po prostu i zatrzymał się na dole?

Te wypadnięte z okna u nas nie przetrzymają, ale mamy pięćdziesiąt gatunków swoich, które uważam, są bardzo ładne, szczególnie jak się zrobi zdjęcie makro, wtedy dużo lepiej wyglądają, korzystniej.

A kiedy komuś w Polsce udało się znaleźć nieznany wcześniej gatunek storczyka? Kiedy ostatnio? Czy znamy je już tak dobrze od pięćdziesięciu, stu lat?

Znamy je dość dobrze, same gatunki, natomiast prawdopodobnie na skutek zmian klimatu pojawiają się w Polsce nowe gatunki. Kilka lat temu zawędrował do nas dwulistnik pszczeli Ophrys apifera. To jest jeden z tych gatunków, które uprawiają pseudokopulację. On przyszedł do nas z zachodu i z południa. Nagle się pojawił w naszej florze. Nigdy tego wcześniej nie było. Tak, że jeszcze zdarzają się takie odkrycia, że nagle coś się pojawia, czego nie było. I wydaje mi się, że w zeszłym roku jakiś nowy kruszczyk się u nas znalazł...

One muszą przywędrować razem z własnymi grzybami? Czy te, które u nas już są, mogą się im przydać i mogą się nauczyć współpracować?

Nie wszystkie storczyki potrzebują konkretnego gatunku grzyba. Czasami to wystarczy, że jest taka grupa, powiedzmy odpowiednia. A ponieważ wiele grup europejskich storczyków to są takie - jakby to powiedzieć - kundelki, one lubią ze sobą się mieszać. I jest troszeczkę bardziej obojętne. Mają szerszą amplitudę, powiedzmy, żeby sobie wybrać tego symbionta grzybowego.

Są mniej wybredne, jak rozumiem?

No tak, tak.

To brzmi bardzo atrakcyjnie. Praca w dżungli amazońskiej, jeszcze w górach, w Andach. No ale codzienność to nie jest taka idealnie prosta, bo to czasem są kraje, w których nie do końca politycznie jest bezpiecznie. Jak się udaje zorganizować te prace, żeby faktycznie dokonywać takiej liczby odkryć?

Trzeba sobie założyć, że plan trzeba mieć, ale prawdopodobnie już pierwszego lub drugiego dnia plan będzie trzeba modyfikować. Ja akurat najczęściej pracuję w Ameryce Południowej i wydaje mi się, że dla kobiet to jest ten obszar, który możemy swobodnie badać. Zdarzyło mi się być gdzieś tam w Papui Nowej Gwinei na przykład, gdzie na szczęście byłam z kolegą, bo wydaje mi się, że sama bym tam raczej nie mogła prowadzić badań. I to też jest coś, o czym jakoś jak byłam studentem, to nie myślałam, że nie wszędzie będę mogła pojechać, a na pewno nie wszędzie sama. Natomiast w tropikach jest o tyle fajnie, że na jednym drzewie czasami mamy kilka, kilkanaście gatunków storczyków. Tak, że nie ma wyprawy, na której się nic nie znajdzie. Po prostu to jest niemożliwe, bo w Kolumbii na przykład niektóre storczyki wyrastają wręcz przy płytach chodnikowych. Tak, że pod względem storczyków kraj tropikalny to jest absolutna bajka. A tak, to trzeba trochę liczyć na łut szczęścia, jak zawsze. Szczególnie że to nie jest tak, że ja jadę i wiem, że tam będzie coś nowego. No nie. Idę w las i albo coś będzie nowego, albo nie. A jak nie będzie, to przynajmniej się dowiem, jakie gatunki są w tym regionie, bo jednak to są obszary nadal słabo zbadane, a jednocześnie bardzo narażone przez ekspansję czy to rolnictwa, wycinanie lasów i tak dalej. Tak, że wiele gatunków prawdopodobnie zniknie z powierzchni ziemi, zanim je w ogóle odkryjemy. Trudno powiedzieć, jaka to jest część naszej bioróżnorodności. 

W przypadku archeologów to oczywiście nikt nie pozwoli im wywieźć kawałka kości, skorupy albo, albo jakiegoś kamiennego narzędzia. A jak jest w przypadku roślin? Pani się musi wylegitymować na lotnisku przy przekraczaniu granicy i ma pani zezwolenie do tego, żeby tam między tymi gazetami te rośliny wywieźć? Oni w Ameryce Południowej dość mają takie ostre zasady dotyczące na przykład przewożenia owoców między tymi krajami. Coś, co nam się wydaje, że właściwie tu banany i tu banany, więc jaki problem. Jak oni, jak oni przyjmują właśnie taką naukową pracę? Ile papierów musi pani mieć wcześniej podpisane, żeby móc to wywieźć?

Za dużo. Natomiast to wynika też ze specyfiki storczyków, które są wpisane na takie aneksy do konwencji waszyngtońskiej. To jest taka konwencja, która ma chronić najbardziej zagrożone gatunki na świecie i o ile zwykle są tam wymienione poszczególne gatunki, to w przypadku storczyków jest wpisana cała rodzina. Także nawet jak coś jeszcze nie było nigdzie opisane, to już jest automatycznie na tej liście i nie można wywozić w ogóle bez odpowiednich pozwoleń. Ja też szczerze mówiąc rzadko wywożę całą roślinę, bo i tak holotyp, czyli ten okaz, na podstawie którego jest opisywany nowy gatunek, powinien zawsze być w kraju, z którego ten gatunek pochodzi. Tak, że holotypy kolumbijskie są w Kolumbii, z Peru są w Peru. Ja zwykle do badań większość rzeczy i tak notuję w terenie i obrabiam. Jeżeli kwiat jest bardzo mały albo wymaga jakichś dodatkowych analiz, no to tylko wtedy ten kwiat w płynie jest jakby przewożony. Tak, że ja tu nie gromadzę, że tak powiem, ton storczyków w Polsce, bo byłoby to zbyt skomplikowane. Tak naprawdę.

Czyli nie ma na uczelni, czy pani w domu, jakiejś takiej kolekcji... Czy ma pani?

Znaczy mam, mam...

Tych odkrytych przez siebie...

A nie, tych odkrytych przeze mnie to w zasadzie w Polsce nie ma, no bo tak jak mówię, to też jest taka dobra praktyka naukowa, że ten gatunek zostaje, że tak powiem, w kraju, skąd pochodzi. Mamy trochę roślin, ale to zwykle są albo duplikaty, czyli było zebranych kilka roślin i wtedy faktycznie jedna czy dwie mogą zostać wywiezione, albo są to jakieś wypożyczenia. No tak naprawdę utrzymanie zielnika - ja akurat jestem kierownikiem katedry i opiekunem zielnika, gdzie mamy trzysta tysięcy okazów różnych roślin - utrzymanie takiej infrastruktury to jest masa roboty. Przy braku wsparcia finansowego - na co wszyscy narzekamy - z ministerstwa. Dokładanie sobie kłopotów w postaci dodatkowych papierów przewozowych, które też trzeba potem trzymać przez wiele lat, to jest gra niewarta świeczki.

Wspomniała Pani o zmianach klimatycznych w kontekście Polski i tego, że możemy liczyć, że jakieś piękne rośliny z południa do nas tutaj się zaplątają. No ale mówiąc poważniej, to oczywiście cały świat mówi o skutkach tych zmian tam właśnie w Amazonii. Jak je pani widzi na miejscu przez te parę lat, kilka lat, kilkanaście lat? Jak to wygląda tam na miejscu? Czy te różnice są widoczne gołym okiem?

Zmiany klimatu wydaje mi się, że nie, ale po prostu część stanowisk zniknęła, bo zostały wycięte lasy. I mieliśmy taką sprawę w Ekwadorze, był to nieduży fragment lasu, ale na takim małym wzgórzu, skąd naukowiec chyba ze Stanów Zjednoczonych opisał kilkanaście nieznanych wcześniej gatunków storczyków. No tylko nikt na to nie zwrócił uwagi. Wycięli las, a razem z lasem zniknęły storczyki. Tak, że no to są takie zmiany. Bo te zmiany klimatu możemy w jakimś stopniu przewidzieć. Ja też zajmuję się modelowaniem tych zmian klimatu i tym, jak się zmieni potencjalnie zasięg na przykład storczyka i zapylacza. Czy one dalej będą kompatybilne? Natomiast problem polega na tym, że my możemy zrobić super symulacje, ale jak przyjdzie ktoś i wytnie nam las, albo zrobi coś innego, co nam zaburzy całą tę równowagę, no to nic się na to nie poradzi. Niektóre zmiany są bardzo subtelne, a też mogą być bardzo niebezpieczne. Chyba w Wielkiej Brytanii już wykazano, że przez zmiany klimatu zmienia się okres aktywności owadów i storczyków. Przez to jest ryzyko, że jeżeli one nie będą się na siebie nakładać...

Rozminą się...

Tak, po prostu się rozminą...

No ale w takim razie to storczyki siedzą w miejscu i czekają, a owady coś sobie muszą znaleźć wtedy innego, tak? Czyli inne rośliny...

Tak jak mówiłam, storczyki nie są tymi najlepszymi, że tak powiem, oferentami nagród dla nich. Tak, że owady sobie poradzą, raczej. O ile oczywiście inne rośliny nektarodajne też nie zaczną, powiedzmy, mieć jakichś zaburzeń w fenologii. Ale tutaj dla storczyka może być dużo gorzej...

Jedzie pani do tego lasu w rejonie, w którym była ileś lat temu, widzi pani te różnice? Bo jak turyści jadą, są pierwszy raz w życiu, no to dla nich jest jakby wszystko jest nowe. Ale jeżeli się to obserwuje cyklicznie, jeszcze tak bardzo szczególnie, bardzo precyzyjnie, no to może coś widać, a może nie? I to akurat byłoby dobrą wiadomością.

Widać na pewno zaburzenie tych, powiedzmy standardowych terminów kończenia się pory deszczowej czy suchej. Ale to wynika też częściowo z tego, że zmienia się intensywność tych większych zjawisk, typu El Niño, które kształtuje mocno ten klimat tropikalny. One są praktycznie niemożliwe do przewidzenia i do wymodelowania. No, zmienia się. Tylko, prawda jest taka, że klimat się na Ziemi cały czas zmienia. To nie jest tak, że zawsze było tak fajnie jak teraz. Tylko problem polega na tym, że to tempo jest za duże i rośliny i zwierzęta po prostu nie mają czasu na przystosowanie się. Czasami jak słyszę, jak jest zimno, to: ooo... planeta płonie. No tylko właśnie o to chodzi, że to są takie długofalowe zmiany, które zachodzą na chwilę obecną wydaje się za szybko. Bo gdyby one zachodziły powoli, to ten owad i ten storczyk i tak by jakoś tam się spasowały. No a tutaj wychodzi na to, że to dla roślin przebiega zbyt szybko.

Mówimy o storczykach, ale powiedziała pani takie zdanie, które nie dotyczy storczyków, tylko ludzi. Powiedziała pani: "mamy kłopot z botanikami". Co to oznacza? Że po prostu studia tej specjalności nie cieszą się popularnością? Nie ma chętnych, nie ma, nazwijmy to, nowych pokoleń badaczy?

Niestety tak. I to nie jest tylko problem Polski. To jest problem globalny. Niektórym się wydaje, że aplikacje, które powstały do identyfikacji roślin, to one już nam zastępują botaników. Ale jak botanik sobie czasami sprawdzi takie bardziej skomplikowane grupy, na przykład jak storczyki, te aplikacje się do niczego nie nadają i póki co jeszcze jest kilku botaników, którzy mogą to zweryfikować. Problem pojawi się, jak tych młodych nie będzie, a nie ma ich, bo też trudno oczekiwać od młodych ludzi, że wybiorą sobie zawód, który nie przynosi im dochodu. A co taki botanik może? Był krótki okres w Polsce, kiedy wchodziła Natura 2000 i faktycznie tych botaników było potrzebnych dużo, bo były inwentaryzacje i tak dalej. Natomiast teraz jakby coraz mniej się ludzie liczą z tą opinią i studenci wolą iść w takie bardziej przyszłościowe, czyli laboratoria, AI, biochemia. Raczej tego typu rzeczy, które są jakby bardzo daleko od terenu. To jest dziwne, bo jednak biolog wydaje się, że najbardziej powinien lubić właśnie tę pracę z przyrodą gdzieś w terenie. A coraz więcej studentów mam wrażenie, że woli jej unikać. Woli się zamknąć w tym laboratorium i tam sobie coś dziubać, nie do końca wiedząc, skąd ten materiał w ogóle pochodzi. A to jest istotne przy wyciąganiu wniosków, bo jakby to, na czym pracujemy w laboratorium ma jakąś historię, skądś się wzięło. Może akurat ten kawałek liścia ktoś przyniósł z jakiegoś super zdegradowanego terenu i dlatego on jest inny? No zobaczymy jak to pójdzie. Na razie to jest problem globalny. To nie jest tak, że tutaj źli Polacy. Nie, mamy problem globalny właśnie ze specjalistami z zakresu botaniki.

To proszę powiedzieć, co takiego jest fascynującego w botanice, żeby nasi słuchacze po prostu nagle odkryli, nasi maturzyści odkryli, powiedzieli sobie nie, zaraz, jak to mogłem nie pomyśleć o karierze botanika albo botaniczki?

Znaczy wydaje mi się, że botanika zawsze była tak traktowana trochę z boku, bo rośliny są postrzegane jako takie statyczne elementy krajobrazu. No bo się nie ruszają. Chociaż inaczej... one się w zasadzie ruszają. Wiemy, znamy mimozę, wiemy, że wykonują jakieś tam ruchy, tak? Pnącza, które się owijają wokół drzew. No one się jakby ruszają. No ale w naszym postrzeganiu świata te rośliny są takim nudnym, statycznym elementem krajobrazu. A tak naprawdę bez roślin, no nie istniejemy. Jeżeli ja bym miała jakoś zachęcić, ale też tak przyszłościowo powiedzieć, do czego na pewno potrzebujemy botaników, to pamiętajmy, że mamy coraz więcej bakterii lekoopornych. Większość naszych leków tak naprawdę gdzieś tam wzięło się od roślin. Oczywiście potem nauczyliśmy się robić syntetyczne odpowiedniki tych substancji. Ale proszę sobie wyobrazić, ile jeszcze roślin jest w tych lasach tropikalnych, które potencjalnie mogą nam, że tak powiem, uratować przyszłość właśnie na przykład przed tymi różnymi lekoopornymi mikroorganizmami. Przetestowaliśmy, z tego co pamiętam, poniżej dwóch procent roślin tropikalnych. Tylko najpierw to trzeba tę roślinę nazwać. Bo problem polega na tym, że plemiona lokalne mają swoje oczywiście nazwy na te rośliny, tylko my musimy dokładnie wiedzieć, który gatunek badamy, żeby nie okazało się, że przez nasz błąd, całe badania się skupią na bardzo podobnym gatunku, którego po prostu nie potrafiliśmy odróżnić. Bo nam aplikacja nie pokazała, że tak naprawdę to jest inna roślina. Tak, że potrzebujemy botaników i to botaników, którzy pójdą w teren. No nie wiem, zostanie pan teraz może botanikiem?

No we mnie pewnie już trochę nie byłoby warto inwestować, ale ma pani rację, jest wiele dziedzin, w których wydaje nam się - chociaż teraz wchodzi sztuczna inteligencja, więc to, co nam się jeszcze chwilę temu wydawało, może nie być do końca, może nie być do końca pewne - że są przyszłościowe. Natomiast ta wydaje się rzeczywiście taka... No ale przecież jest na przykład rolnictwo, które powinno być do przodu, to znaczy czy na uczelniach rolniczych botanicy mają coś do roboty, czy nie.

Tu już jest skupianie się na zupełnie innym aspekcie, ponieważ teraz rolnictwo - również w związku ze zmianami klimatu - raczej skupia się na jakichś manipulacjach genetycznych, czy też faktycznie szukaniu jakichś odmian krzyżówek, które będą bardziej odporne na przykład na suszę i tak dalej. Natomiast, no to jest zupełnie inny kierunek. Nie wiem. Rolnictwo to akurat nie moja bajka. Natomiast faktycznie w regionach tropikalnych po to, żeby ograniczyć ten negatywny wpływ rolnictwa, a jednocześnie tym lokalnym społecznościom dać szansę jakby na przeżycie - nie możemy też zabronić im się rozwijać - stawia się na coś, co się nazywa agro forestry, czyli uprawiamy, ale pod okapem takim z drzew i to też zmieniamy te uprawy tak, aby nie wyjałowić tej ziemi. Różnie to wychodzi, różnie te lokalne społeczności na to patrzą, ale pod względem bioróżnorodności, no to to ma jeszcze sens.

Pani profesor, serdecznie dziękuję. Jeszcze tylko zapytam, czy ma pani może jakiegoś nowego storczyka, którego jeszcze Pani nie opublikowała i tylko czeka na recenzję i dowiemy się o kolejnym?

Na recenzję nie. Natomiast chcielibyśmy wystawić jeden gatunek na aukcję. Zbieramy na leczenie jednego chłopca z Łodzi, tak, że mam nadzieję, że wkrótce wszyscy będą mogli nazwać storczyka.

Czyli będzie to aukcja o to, żeby, żeby można było wymyślić nazwę, tak?

Tak, tak.

Dobrze, to proszę dać znać i będziemy o tym mówić. Serdecznie dziękuję.

Dziękuję bardzo.

Najczarniejszy scenariusz został odwołany. Jest nadzieja dla świata

6 czerwca 2026, 17:00

Sobota, 6 czerwca (17:00)

Najnowsze badania klimatyczne przynoszą nieoczekiwane wieści - najczarniejszy scenariusz globalnego ocieplenia został oficjalnie usunięty z prognoz naukowców. Czy to oznacza, że ludzkość uniknie klimatycznej katastrofy? Eksperci ostrzegają – to dopiero początek drogi, a przyszłość naszej planety wciąż zależy od naszych decyzji.

  • Jeszcze niedawno scenariusz RCP8.5, czyli "najgorszy z możliwych", malował Ziemię z niemal 5 stopniami ocieplenia i katastrofalnymi skutkami klimatycznymi.
  • Teraz naukowcy usunęli ten czarny scenariusz, bo rzeczywiste działania zaczynają przynosić efekty.
  • Najnowsze analizy pokazują aż siedem nowych scenariuszy, z których żaden nie przewiduje ocieplenia powyżej 3,5 stopnia do 2100 roku.
  • Mimo usunięcia najgorszego wariantu, już dziś widać niepokojące zmiany klimatu.
  • Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Jeszcze kilka lat temu wizja Ziemi pogrążonej w klimatycznym chaosie wydawała się nieunikniona. Scenariusz RCP8.5 - znany jako "najgorszy z możliwych" - straszył wizją planety cieplejszej o niemal 5 stopni Celsjusza, z potrojonym poziomem dwutlenku węgla w atmosferze, ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi, suszami, powodziami i globalnym kryzysem żywnościowym. Dziś jednak naukowcy ogłaszają - ten scenariusz został oficjalnie usunięty z prognoz.

Jak podaje National Geographic, decyzja ta nie jest przypadkowa. To efekt realnych działań, które już dziś zaczynają przynosić pierwsze, choć jeszcze nie spektakularne, efekty. Rozwój energetyki solarnej i wiatrowej, coraz wydajniejsze magazyny energii, rosnąca liczba samochodów elektrycznych - wszystko to spowalnia wzrost emisji gazów cieplarnianych.

RCP8.5 oraz jego następca, SSP5-8.5, przez lata były symbolem klimatycznej apokalipsy. Zakładały one, że świat nie podejmie żadnych działań na rzecz ograniczenia emisji, a gospodarka będzie oparta na niepohamowanej konsumpcji energii z paliw kopalnych. Efekt? Do 2100 roku stężenie CO₂ miałoby sięgnąć 1135 ppm, a średnia temperatura wzrosłaby o 4,5 st. C względem epoki przedprzemysłowej.

National Geographic podkreśla, że w takim scenariuszu fale upałów, susze, pożary, huragany i powodzie stałyby się codziennością, a ludzkość musiałaby zmierzyć się z niedoborem wody pitnej i dramatycznym wzrostem cen żywności. Jednak, jak pokazują najnowsze analizy, świat wyraźnie skręcił z tej ścieżki.

Naukowcy nie poprzestają na jednym scenariuszu. Opracowali aż siedem nowych ścieżek rozwoju sytuacji klimatycznej, które różnią się tempem ograniczania emisji i rozwojem technologii. Każda z nich pokazuje, jak bardzo przyszłość zależy od naszych decyzji - zarówno tych politycznych, jak i indywidualnych.

Co ważne, żaden z nowych scenariuszy nie przewiduje już tak dramatycznego wzrostu temperatury, jak RCP8.5. Najgorszy obecnie wariant zakłada ocieplenie o około 3,5 st. C do końca wieku. To wciąż bardzo zła wiadomość, ale - jak podkreślają eksperci - pokazuje, że globalne wysiłki zaczynają przynosić efekty.

Choć najgorszy scenariusz został usunięty, nie oznacza to końca problemów. Już dziś, przy wzroście temperatury o 1,4 st. C, obserwujemy niepokojące zmiany klimatyczne - rekordowe upały, susze, powodzie i anomalie pogodowe. Emisje gazów cieplarnianych są wciąż bardzo wysokie, a tempo globalnego ocieplenia nie zwalnia.

National Geographic zwraca uwagę, że obecna trajektoria emisji plasuje nas pomiędzy skrajnymi scenariuszami - poniżej ścieżki wysokich emisji, ale wciąż powyżej najbardziej optymistycznych prognoz. Jeśli nie przyspieszymy działań, do końca stulecia czeka nas wzrost temperatury o około 2,6 st. C. To wybór "najmniejszego zła", ale wciąż daleki od bezpiecznego.

Historia walki z dziurą ozonową pokazuje, że globalny wysiłek może przynieść spektakularne efekty. Czy uda się powtórzyć ten sukces w walce z globalnym ociepleniem? Eksperci są zgodni - kluczem jest dalszy rozwój technologii odnawialnych, magazynowania energii i elektryfikacji transportu. Każdy rok zwłoki oznacza coraz trudniejsze wyzwania i większe koszty.

National Geographic podkreśla, że przyszłość nie jest przesądzona. To, jak będzie wyglądał świat w 2100 roku, zależy od naszych decyzji tu i teraz. Scenariusze klimatyczne nie są wyrocznią - to narzędzia, które mają pomóc nam zrozumieć, jak wiele zależy od naszych działań.

❌