Przez setki lat spoczywał nienaruszony w całkowitych ciemnościach na głębokości 600 metrów. U wybrzeży Norwegii odkryto XVIII-wieczny wrak, który skrywa niespotykany dotąd w północnej Europie ładunek. Na dnie morza odnaleziono luksusowe towary, ale naukowców najbardziej intryguje jedno pytanie: co stało się z załogą?
U wybrzeży Norwegii na rekordowej głębokości 600 metrów odnaleziono doskonale zachowany wrak statku handlowego z około 1750 roku.
Podwodny ładunek zawiera unikalne w skali Europy Północnej dobra, w tym chińską porcelanę i zabytkowe żyrandole.
Do wydobycia delikatnych artefaktów w warunkach całkowitej ciemności wykorzystywane są zaawansowane drony z robotycznymi ramionami.
Wrak statku, który przez setki lat spoczywał nietknięty na głębokości 600 metrów u południowych wybrzeży Norwegii, został niedawno odnaleziony przez właściciela firmy zajmującej się wydobyciem wraków. O odkryciu poinformowało Norweskie Muzeum Morskie, które od razu rozpoczęło prace archeologiczne. Statek, datowany na połowę XVIII wieku, przewoził wyjątkowy ładunek, niespotykany dotychczas w żadnym innym wraku w północnej Europie.
Wśród znalezisk znajdują się porcelanowe miski oraz kielichy, tekstylia, zboże, a także części żyrandoli. Wszystko to wydobywane jest z pomocą nowoczesnych dronów podwodnych, wyposażonych w kamery i robotyczne ramiona, które ostrożnie podnoszą artefakty z dna morza.
To znalezisko jest nie tylko niezwykłe, ale także ma ogromną wartość naukową i świadczy o ważnym postępie technologicznym w archeologii podwodnej - podkreślił norweski minister klimatu i środowiska, Andreas Bjelland Eriksen.
Prace na takiej głębokości to ogromne wyzwanie logistyczne i technologiczne. Zespół archeologów musi przez wiele godzin płynąć łodzią, by dotrzeć na miejsce, a następnie polegać na zdalnie sterowanych maszynach, które penetrują wrak w całkowitej ciemności. Każde wydobycie wymaga precyzji i ostrożności, ponieważ znaleziska są bardzo delikatne.
Misja wydobycia skarbów zależy nie tylko od zaawansowanego sprzętu, lecz także od dobrej pogody. Tak daleko od brzegu nie ma miejsca na pomyłki czy przestoje. Badacze podkreślają, że nie istnieją porównywalne projekty realizowane na takiej głębokości w północnej Europie, a każda kolejna operacja wymaga modyfikacji dotychczasowych metod archeologicznych.
Konstrukcja statku jest wciąż dobrze zachowana. Wrak stoi niemal pionowo na kile, a w pobliżu dziobu odnaleziono dwie kotwice i rury kotwiczne. Na rufie widoczny jest koniec stępki rufowej, jednak brakuje steru. Kadłub statku wciąż zachował swój kształt, z widocznymi elementami konstrukcyjnymi wewnętrznymi i zewnętrznymi. To, jak duża część statku jest zakopana w piasku i mule, pozostaje niejasne.
Nie odnaleziono żadnych armat, co sugeruje, że była to jednostka handlowa, a nie wojskowa. Wciąż nie wiadomo, co było przyczyną zatonięcia - czy była to burza, czy może inne dramatyczne wydarzenie na morzu. Statki tego typu miały zazwyczaj załogę liczącą pięć lub sześć osób. Tajemnicą pozostaje, czy załoga zdołała się uratować, czy też morze stało się ich ostatecznym miejscem spoczynku.
Wrak kryje w sobie niezwykłą kombinację ładunku - luksusowe żyrandole, prawdopodobnie pochodzenia niemieckiego lub angielskiego, chińską porcelanę oraz zboże.
Porcelana pochodzi z Chin i reprezentuje typowe dla epoki wyroby, które wówczas cieszyły się wielkim zainteresowaniem wśród europejskich elit oraz rodzącej się klasy średniej.
Interesującym znaleziskiem jest też kubek z pozostałością monogramu na spodzie, który może pomóc w identyfikacji właściciela lub klienta.
Wśród ładunku znalazło się także zboże, z którego próbki trafiły już do analizy DNA. Badacze chcą ustalić, czy pochodzi ono z regionu Morza Bałtyckiego, który w XVIII wieku był spichlerzem północnej Europy.
Na razie nie udało się ustalić, skąd dokładnie pochodził statek i dokąd zmierzał. Jedną z poszlak jest cegła z Lubeki, znaleziona w kuchni statku, jednak nie daje ona jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o port macierzysty. Archeolodzy liczą, że kolejne znaleziska pozwolą ustalić trasę, jaką pokonała jednostka oraz jej nazwę.
Według zebranych dowodów statek zatonął około 1750 roku, w czasach głębokich przemian politycznych, gospodarczych i społecznych w północnej Europie.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ma planować przyjazd do Polski na Konferencję na rzecz Odbudowy Ukrainy - przekazał PAP ukraiński parlamentarzysta z prezydenckiego ugrupowania Sługa Narodu. Wizyta ma mieć miejsce 25 i 26 czerwca. - Są takie plany - powiedział Mykyta Poturajew, podkreślając, że nie może jednak mówić w imieniu Zełenskiego. Nawiązał także do sporu o upamiętnienie UPA.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Wołodymyr ZełenskiROBIN VAN LONKHUIJSEN / ANP AFP
W skrócie
Wołodymyr Zełenski według ukraińskiego parlamentarzysty planuje przyjazd do Polski na Konferencję na rzecz Odbudowy Ukrainy w dniach 25-26 czerwca.
Mykyta Poturajew zaznaczył, że pomimo sporów związanych z historią Ukraina nie dąży do konfliktu z Polską.
Konferencja w Gdańsku ma skoncentrować się na wsparciu odbudowy Ukrainy, inwestycjach i wzmocnieniu wymiaru bezpieczeństwa.
Mykyta Poturajew stwierdził w rozmowie z PAP, że Zełenski "ma tam być".
- Są takie plany i wiem, że wszyscy (ukraińscy uczestnicy konferencji - red.) planujemy przyjazd. Chociaż nie mogę mówić w jego (Zełenskiego - red.) imieniu - podkreślił.
Deputowany zaznaczył, że pomimo sporów wokół wydarzeń historycznych między Polską i Ukrainą, Kijów nie chce konfliktu z Warszawą.
- Na wojnę z Polską nikt się nie wybiera. Jednak nie można mówić, że wszyscy w UPA (Ukraińska Powstańcza Armia - red.) to bandyci. Czy w tej sytuacji wszystkie chłopaki z AK też byli bandytami? - zapytał.
Poturajew przypomniał, że w Polsce nie było tak gorących dyskusji na temat historii z Ukrainą nawet w czasie, gdy były prezydent Wiktor Juszczenko nadawał tytuły Bohaterów Ukrainy ukraińskim przywódcom nacjonalistycznym, Stepanowi Banderze i Romanowi Szuchewyczowi.
- Ta dyskusja już dawno poszła w nieodpowiednią stronę - ocenił Poturajew.
Relacje polsko-ukraińskie. Odebranie Zełenskiemu Orderu Orła Białego
Przypomnijmy, że pod koniec maja prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ogłosił, że nadał imię "Bohaterów UPA" Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych "Północ" Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy.
Decyzja ta wywołała falę krytyki w Polsce. Z inicjatywy prezydenta Nawrockiego jednym z punktów zwołanego na 8 czerwca posiedzenia Kapituły Orderu Orła Białego było odebranie tego odznaczenia ukraińskiemu prezydentowi. Kapituła przedstawiła uczestniczącemu w jej obradach Karolowi Nawrockiemu opinię w tej sprawie. Przedstawiciele KPRO informowali później, że prezydent podejmie decyzję w tej sprawie "w odpowiednim czasie".
W poniedziałek premier Donald Tusk zaapelował do prezydentów Polski i Ukrainy o "bezpośrednią i szczerą rozmowę", zanim "emocje zrujnują naszą solidarność". Podkreślił też, że współpraca leży w interesie obu państw i narodów, a konflikt w interesie Moskwy.
Polska i Ukraina od lat różnią się w ocenie działalności Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Dla polskiej strony wydarzenia z 1943 r. na Wołyniu były zbrodnią ludobójstwa, dla Ukraińców był to efekt symetrycznego konfliktu zbrojnego, za który w równym stopniu odpowiedzialne były obie strony. Dodatkowo Ukraińcy postrzegają OUN i UPA przeważnie jako organizacje antysowieckie (ze względu na ich powojenny ruch oporu wobec ZSRR), a nie antypolskie.
Gdańsk. Konferencja Odbudowy Ukrainy
Konferencja Odbudowy Ukrainy 2026 odbędzie się w Gdańsku w dniach 25-26 czerwca 2026 r. Jej celem jest wzmocnienie międzynarodowego wsparcia dla odbudowy Ukrainy oraz pobudzenie inwestycji w ukraińską gospodarkę. Główne tematy konferencji to energetyka, infrastruktura krytyczna i logistyka - sektory najbardziej dotknięte rosyjską agresją.
Przewodniczący Rady ds. Współpracy z Ukrainą Paweł Kowalpodkreślił, że będzie to jedno z najważniejszych wydarzeń polityczno-biznesowych w Europie w 2026 roku. Konferencja ma stworzyć warunki gospodarcze i finansowe dla udziału firm zachodnich, w tym polskich, w odbudowie Ukrainy.
W wydarzeniu wezmą udział m.in. szefowie państw i rządów, przedstawiciele instytucji międzynarodowych i finansowych, parlamentarzyści, przedsiębiorcy, samorządowcy oraz organizacje społeczne. Szczególną nowością będzie wprowadzony z inicjatywy Polski wymiar bezpieczeństwa i obrony, uznawany za kluczowy dla skutecznej odbudowy i rozwoju Ukrainy.
"Wydarzenia": Kłusownicy nad jeziorem. Podczas sprzątania znaleziono wnykiPolsat News
Tomasz Walczak, Interia: Elon Musk na naszych oczach staje się pierwszym bilionerem w historii. W swojej książce jego życie i twórczość określacie mianem "muskizmu". Czym on jest? To jakaś spójna ideologia w rodzaju leninizmu czy neoliberalizmu?
Ben Tarnoff, amerykański dziennikarz i komentator, współautor książki "Muskizm. Świat według Elona Muska": - Naszym punktem odniesienia jest fordyzm, który badacze używali, by określić wpływ Henry'ego Forda na świat. Różni ludzie różnie definiowali fordyzm, ale ich metodologia była podobna: nie interesowało ich to, dlaczego Henry Ford stał się Henrym Fordem. Ani co dokładnie doprowadziło go do innowacji takich jak ruchoma linia montażowa. Chodziło im o to, jakiego rodzaju świata wymagało istnienie fabryk zorganizowanych na wzór tych fordowskich. To samo podejście staraliśmy się przyjąć w przypadku Muska.
Musk sprzedaje ideę, że zarówno jednostki, jak i państwa narodowe mogą w coraz bardziej niestabilnym świecie wzmocnić swoją samowystarczalność poprzez podłączenie się do oferowanej przez niego infrastruktury
Czyli muskizm, podobnie jak fordyzm, jest symptomem świata, w którym żyjemy, tak jak fordyzm był symptomem świata z początku XX wieku?
- Powiedziałbym, że Musk jest awatarem, symbolem konkretnej ery kapitalizmu, w taki sam sposób, w jaki Ford był reprezentatywny dla wcześniejszego etapu kapitalizmu. Nasza najkrótsza definicja muskizmu brzmi tak: jest to obietnica suwerenności poprzez technologię.
Co to znaczy?
- W naszym przekonaniu Musk nie tyle sprzedaje samochody, rakiety czy satelity, co ideę, że zarówno jednostki, jak i państwa narodowe mogą w coraz bardziej niestabilnym świecie wzmocnić swoją samowystarczalność poprzez podłączenie się do oferowanej przez niego infrastruktury. Oczywiście, robiąc to, pogłębiają one swoją zależność od człowieka, który ją kontroluje - w tym przypadku samego Muska.
Czy coś Muska wyróżnia na tyle innych szefów gigantów technologicznych z Doliny Krzemowej takich jak właściciel Amazona Jeff Bezos czy właściciel Facebooka Mark Zuckerberg?
- Musk jest jednocześnie z Doliny Krzemowej i spoza niej. Powiedziałbym, że stoi w niej jedną nogą. Dolina Krzemowa to miejsce, gdzie Musk zbił swoją pierwszą fortunę jako przedsiębiorca internetowy w latach 90. To tam zarobił pieniądze, które później wykorzystał do założenia SpaceX w 2002 roku i stania się głównym inwestorem oraz dyrektorem generalnym Tesli w 2008 roku. To przejście od stron internetowych do samochodów i rakiet naprawdę odróżnia Muska od jego rówieśników i kolegów.
- Jeśli pomyślimy zwłaszcza o latach 2000., to bogaty biznesmen internetowy, który wziął swoje zyski, przeniósł się do Południowej Kalifornii i powiedział: "Hej, kupię magazyn i będę budował rakiety", był postrzegany jako szaleniec.
- Tymczasem Musk zbudował swoją reputację jako ktoś, kto wytwarza realne produkty, w przeciwieństwie do np. Marka Zuckerberga. To podtrzymało jego renomę w sposób, który nie dotyczy wielu innych postaci z Doliny Krzemowej, nawet do dziś. Nie tworzy tylko aplikacji uzależniających nastolatki od algorytmu; on faktycznie wysyła rzeczy w kosmos, buduje cały sektor pojazdów elektrycznych.
Nie możemy wejść do jego umysłu, ale uważamy, że jeśli zestawimy jego unikalną filozofię przemysłową z ekonomią polityczną RPA czasów apartheidu, znajdziemy intrygujące analogie, które mogą pomóc wyjaśnić, dlaczego był zmotywowany do pójścia ścieżką, której nikt inny wtedy nie wybierał
- W jaki sposób jest więc jedną nogą w Dolinie Krzemowej?
- Wchodząc w świat fizycznych produktów, zabiera ze sobą techniki i technologie Doliny Krzemowej. One nie znikają. To właśnie odróżnia go jako przemysłowca od dotychczasowych liderów rynku, których stara się wyprzeć: pozostaje on połączony ze światem oprogramowania. Tesla jest idealnym przykładem.
- W jakim sensie?
- Często opisuje ją jako "laptopa na kołach". Jest to urządzenie podłączone do internetu, które może otrzymywać aktualizacje bezprzewodowo. Nie trzeba go zawozić do dealera - w środku nocy, podobnie jak komputer automatycznie aktualizujący system operacyjny, Tesla może wchłonąć nowe funkcje i nagle auto potrafi rzeczy, których wcześniej nie potrafiło. Zatem Tesla jest w dużej mierze obiektem z Doliny Krzemowej, ale Musk różni się w istotny sposób od tamtejszej elity technologicznej i to prawdopodobnie pozwoliło mu ich wyprzedzić.
Goethe pisał, że "jeśli chcesz zrozumieć poetę, musisz udać się do jego kraju. Wybierzmy się więc do Republiki Południowej Afryki epoki aparthaidu, w której wychował się Elon Musk. Bo przekonująco piszecie w swojej książce, że tamten reżim wiele może nam powiedzieć o działalności Muska.
- Dla krytyków Muska fakt, że dorastał w RPA w czasach apartheidu, jest często przywoływany jako sposób na wyjaśnienie jego późniejszego skrętu ku retoryce skrajnej prawicy. Mój współautor i ja nie odrzucamy tego argumentu z góry, ale nie na nim kładziemy nacisk. Patrzymy na RPA czasów apartheidu bardziej przez pryzmat ekonomii politycznej.
Co dostrzegliście?
- Reżim apartheidu dążył do pewnego stopnia samowystarczalności zarówno ekonomicznej, jak i technologicznej. Ówcześni biali przywódcy RPA postrzegali siebie jako osaczonych przez wrogów wewnętrznych i zewnętrznych. Aby zagwarantować przetrwanie reżimu, chcieli z jednej strony budować swoje zdolności technologiczne w nowoczesny sposób.
- RPA stworzyło program badań nuklearnych i do początku lat 80., z pomocą amerykańskich i izraelskich naukowców, zbudowało operacyjną bombę atomową.
- Importowali również komputery typu mainframe od IBM - bardzo zaawansowaną technologię w tamtym czasie - aby z pomocą ich mocy obliczeniowych wprowadzać system segregacji rasowej.
- Próbowali także budować niezależne moce produkcyjne: uzyskali licencje od Forda i Datsuna na budowę własnych fabryk samochodów na rynek wewnętrzny. Do dziś RPA jest wiodącym producentem samochodów w Afryce Subsaharyjskiej.
Tak jak my wszyscy jako konsumenci subskrybujemy usługi oprogramowania – na przykład Netfliksa, pakiet Google czy obecnie ChatGPT – tak samo państwo, stając się ściślej powiązane z dostawcami technologii, wchodzi w logikę suwerenności jako usługi
Wszystko ze strachu?
- Wszystkie te wysiłki miały na celu przetrwanie polityczne, ponieważ postrzegano świat jako wrogie, niestabilne miejsce, a człowiek musi produkować jak najwięcej samemu, aby chronić się przed wrogami. To doświadczenie staje się interesujące, gdy spojrzymy na filozofię przemysłową Muska w SpaceX i Tesli.
Muskizm rymuje się z ekonomią polityczną rasistowego reżimu w RPA?
- Musk od samego początku swojej działalności przemysłowej kładł nacisk na coś, co nazywa się integracją pionową. Mówiąc prościej, w swoich firmach próbuje ograniczyć poleganie na zewnętrznych dostawcach i budować jak najwięcej własnymi siłami. Na początku XXI w. w szczycie wolnorynkowej globalizacji z jej rozbudowanymi łańcuchami dostaw z różnych krajów było to raczej ekstrawaganckie podejście. Musk sprzeciwił się ówczesnej powszechnej mądrości rynkowej. Skąd wziął ten pomysł?
- Nie możemy wejść do jego umysłu, ale uważamy, że jeśli zestawimy jego unikalną filozofię przemysłową z ekonomią polityczną RPA czasów apartheidu, znajdziemy intrygujące analogie, które mogą pomóc wyjaśnić, dlaczego był zmotywowany do pójścia ścieżką, której nikt inny wtedy nie wybierał.
Muska, jako wielu ludzi z Doliny Krzemowej uważa się za wściekłego przeciwnika państwa. Piszecie jednak wyraźnie, że kocha on państwo na swój własny nieco perwersyjny sposób.
- Musk zawsze dążył do tego, by wykorzystywać instytucje państwa dla poszerzania swojej władzy i zysku. Można to zobaczyć bardzo konkretnie na przykładzie SpaceX i Tesli. SpaceX zaczynał jako wykonawca rządowy w pierwszych latach globalnej wojny z terroryzmem, kiedy Donald Rumsfeld w Pentagonie chciał zmienić sposób prowadzenia wojen. W szczególności chciał zwiększyć zależność armii od zaawansowanych technologii, zwłaszcza satelitów.
Jak sami piszecie, Rumsfeld, stary republikański jastrząb, chciał w końcu wcielić w życie program "gwiezdnych wojen" Reagana. Musk chętnie z tego skorzystał.
- Musk zaproponował umieszczenie na orbicie większej liczby tańszych satelitów przy znacznie niższych kosztach niż jakikolwiek z uznanych kontrahentów obronnych. Miało to pozwolić państwu na prowadzenie inwigilacji, rozpoznania i naprowadzania amunicji.
- I faktycznie, Musk spełnił tę obietnicę. W ciągu 20 lat obniżył koszt wyniesienia rzeczy na orbitę o 90 proc. Przekształcił ekonomię startów orbitalnych poprzez innowacje procesowe na hali produkcyjnej, rozwijanie innowacji takich jak rakiety wielokrotnego użytku i tak dalej. Dla naszej argumentacji ważne jest, aby nie postrzegać Muska wyłącznie jako libertarianina, ale też nie jako przedstawiciela kapitalizmu kolesiowskiego (ang. crony capitalism), czyli kogoś, kto jest po prostu pasożytem państwa, wyciągającym wartość i nieoferującym nic w zamian.
Wizja przyszłości Muska jest dość postludzka. Z jednej strony twierdzi, że jego przedsięwzięcia służą interesom całej ludzkości. Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej, on mocno wierzy, że ludzkość zanika, stając się coraz głębiej spleciona z technologią
Co to jest, jeśli nie pasożytnictwo?
- W ekologii mówimy o symbiozie jako o relacji między dwoma organizmami przynoszącej obopólne korzyści. Chcemy to podkreślić, ponieważ jeśli jesteś Pentagonem, doświadczasz wzrostu zdolności i - można by rzec - wzrostu możliwości sprawowania suwerenności. Jednak ten wzrost ma swoją cenę.
Jaką?
- Ceną jest pogłębienie zależności od prywatnego monopolisty. Musk kontroluje obecnie ponad 80 proc. amerykańskiego rynku startów orbitalnych. Jeśli jesteś wojskowym lub pracujesz w służbach wywiadowczych w USA, musisz pytać Muska o zgodę, gdy chcesz umieścić swojego satelitę w kosmosie.
- Zatem muskizm polega na zwiększaniu zdolności państwa, ale za pomocą prywatnych środków, co wprowadza nowe słabe punkty, które wcześniej nie istniały.
Wysiłek zbrojny Ukrainy uzależniony jest od systemów Starlink produkowanych przez Muska. Media donosiły, że wyłączał ukraińskiej armii dostęp do niego, by uniemożliwić ataki na rosyjskie celeBULENT KILICAFP
Państwo traci swoją suwerenność na rzecz Muska?
- Opisujemy tę dynamikę jako "suwerenność jako usługa" (ang. sovereignty as a service). Tak jak my wszyscy jako konsumenci subskrybujemy usługi oprogramowania - na przykład Netfliksa, pakiet Google czy obecnie ChatGPT - tak samo państwo, stając się ściślej powiązane z dostawcami technologii, wchodzi w logikę suwerenności jako usługi. Możliwość sprawowania suwerenności przez Pentagon w zakresie prowadzenia wojny staje się coraz bardziej zależna od jego relacji z niewielką liczbą firm technologicznych.
Obecny sekretarz obrony USA starał się jakiś czas temu nie poddać dyktatowi jednej z firm.
- Tak, mieliśmy konflikt między Pete'em Hegsethem a firmą Anthropic wokół wojny w Iranie. Anthropic wyznaczało czerwone linie dotyczące zastosowań, do których nie chciało udostępniać swojej technologii, a Hegseth z Pentagonu mówił: "Nie możemy tego zaakceptować, musimy móc jej używać do wszystkiego, do czego chcemy". Ilustruje to ważny aspekt tej relacji państwa i kapitału.
To znaczy?
- Symbioza z państwem nie jest stabilną relacją. To relacja, w której każdy podmiot walczy o prymat. Równowaga sił między nimi musi być ciągle negocjowana. Myślę, że niezwykły ruch Pentagonu pod wodzą Hegsetha, by uznać Anthropic za ryzyko dla łańcucha dostaw - co jest dość radykalnym krokiem - można interpretować jako sposób na odzyskanie kontroli nad prywatnym monopolistą.
Musk zyskał ogromną kontrolę nad suwerennością państw, ale nie poprzestaje na tym. Dąży do jeszcze większej władzy, ponieważ przeszedł od produkcji przemysłowej do kontrolowania przestrzeni cyfrowej. Chce być jak Aleksander Wielki, który, jak pisze Plutarch, widząc ogrom swojego królestwa, zapłakał, albowiem nie było już nic więcej do zdobycia?
- Musk z jednej strony zaczął bardziej interesować się światem wirtualnym, odchodząc od nacisku na ciężką materialność samochodów i rakiet ku światom sieci społecznościowych i AI. Ale co równie ważne, łączy te przedsięwzięcia w sposób bardziej zintegrowany pionowo.
- Opisuje SpaceX jako silnik innowacji i chce połączyć przedsięwzięcia, które wydają się dość odległe i odmienne - jak firma AI i media społecznościowe - z rakietami. To zmotywowało go do wysunięcia kilku bardziej osobliwych pomysłów. Propozycją, która zyskała największy rozgłos w związku z debiutem giełdowym SpaceX, jest koncepcja orbitalnych centrów danych: idea, że Musk będzie mógł umieścić na orbicie sieć małych satelitów służących do trenowania i wdrażania dużych modeli językowych, które będą czerpać energię ze słońca.
Z co osobliwszych koncepcji Muska szczególnie uderza mnie jego przeświadczenie, że w jego świecie istoty ludzkie są w gruncie rzeczy zbędne.
- Wizja przyszłości Muska jest dość postludzka. Z jednej strony twierdzi, że jego przedsięwzięcia służą interesom całej ludzkości. Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej, on mocno wierzy, że ludzkość zanika, stając się coraz głębiej spleciona z technologią. Co więcej - uważa, że powinniśmy celebrować i przyspieszać ten proces dezintegracji człowieka poprzez cybernetyczne ulepszenia.
- Pamiętajmy, że jedną z jego firm jest Neuralink, który tworzy interfejsy mózg-komputer pozwalające jednostkom manipulować komputerem wyłącznie za pomocą myśli. Musk chce tworzyć cyborgi i mówił o tym bardzo wyraźnie.
Naczytał się za dużo powieści s-f i nic z nich nie zrozumiał? Bo opisane w nich dystopijne światy miały być ostrzeżeniem, a nie instrukcją obsługi.
- Cóż, przyszłość według Muska to taka, w której istoty ludzkie zajmują coraz mniejszy udział w działalności gospodarczej, a także w tym, co Musk rozumie przez inteligencję i aktywność poznawczą. Uważa on, że z czasem sztuczna inteligencja będzie stanowić coraz większy procent globalnej inteligencji, a ludzie będą się wycofywać. Jego zdaniem najlepsze, na co możemy liczyć, to nasycenie sztucznej inteligencji naszymi wartościami i naszym sposobem myślenia, zanim znikniemy.
Wysokie technologie i niskie życie - tak najkrócej opisuje się podgatunek s-f znany jako cyberpunk, w którym ludzkość jest zrośnięta fizycznie z technologią. Nie przynosi to jednak zbawienia, tylko cierpienie. Taki świat chce nam zbudować Musk?
- Nawiązanie do cyberpunka jest interesujące, ponieważ jako gatunek science fiction jest on, jak pan mówi, bardzo skupiony na kwestii cybernetycznych ulepszeń. Zazwyczaj jednak akcja toczy się w realiach skrajnych nierówności społecznych.
- Dystopijny aspekt cyberpunka jest zazwyczaj mniej techniczny, a bardziej społeczny. Jest to świat, który - w czasie swojego powstania - wyobrażał sobie antyspołeczny ład polityczny stworzony przez Margaret Thatcher w wersji turbo. Był to sposób na przetworzenie tego, co działo się w USA w latach 80. i przełożenie tego na kilka dekad w przód. Nie chodzi więc po prostu o to, że ludzkość jako całość zniknie, ale o to, że następuje będzie jeszcze bardziej podzielona na zwycięzców i przegranych.
To znaczy?
- Hierarchie klasowe, rasowe i płciowe ulegają wzmocnieniu i utwierdzeniu; ludzkość zostaje podzielona wzdłuż tych linii w jeszcze bardziej ekstremalnej formie. W książce opisujemy tę dynamikę jako cyborg-konserwatyzm, gdzie zaawansowane technologie są zaprzęgane do służby konserwatywnemu porządkowi społecznemu.
Jak to rozumieć?
- Potencjał tych technologii do inspirowania i koordynowania równościowych ruchów społecznych czy eksperymentowania z nowymi formami tożsamości i cielesności zostaje zduszony na rzecz tradycyjnej hierarchii i tradycyjnych tożsamości społecznych, które są ożywiane, przywracane i wzmacniane poprzez użycie technologii.
Perspektywa muskizmu, którą pan tu zarysował wygląda trochę jak próba roszczenia sobie boskich praw. Musk poczuł się bogiem?
- Na pewno czuje się przekonany o własnej wyjątkowości. Z jednej strony mamy bowiem oczywiście ekstremalną koncentrację władzy oraz przekonanie Muska i wielu innych postaci z jego kręgu, że taka koncentracja jest naturalna i nieunikniona - że zdobyli tę władzę, ponieważ na nią zasłużyli.
- Z drugiej strony tradycyjnie Dolina Krzemowa była postrzegana jako miejsce obojętne lub wrogie religii. W ostatnich latach coś się zmieniło i sam Musk nie jest na to odporny. Opisał siebie jako "chrześcijanina kulturowego", co moim zdaniem oznacza po prostu przywiązane do ideologii "białej supremacji".
- Sądzę, że zmiana, jaka zaszła - jeśli miałbym spekulować - wynika z tego, że w miarę wzrostu potęgi tej branży i prób wynegocjowania nowego kontraktu społecznego, który legitymizowałby ich władzę w oczach świata.
Religijny aspekt się tu przydaje?
- Religia, a konkretnie religia instytucjonalna, stała się użytecznym punktem odniesienia. Są to instytucje, które wciąż cieszą się sporym uznaniem w oczach ludzi. Odwołanie się do nich przez wielu przedstawicieli Big Techu postrzegam jako część szerszego wysiłku, by wyjść z enklaw Doliny Krzemowej i spróbować budować legitymację potrzebną do skonsolidowania własnej władzy.
Rozmawiał Tomasz Walczak
I prezes SN w "Gościu Wydarzeń" do ministra Żurka: Ja nie kapitulujęPolsat News
Operacja wywiadowcza USA i Wenezueli. Trump ogłosił sukces
Przywódca międzynarodowego gangu Tren de Aragua został zabity podczas wspólnej operacji Stanów Zjednoczonych i Wenezueli - potwierdziły wenezuelskie władze. Wcześniej o udanym ataku informował prezydent USA Donald Trump. "Szybkie i śmiercionośne uderzenie", "na mój rozkaz" - relacjonował w serwisie Truth Social.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Trump o udanej operacji militarnej USA i WenezueliSAUL LOEB/AFP/East News123RF/PICSEL
W skrócie
Wenezuelskie władze potwierdziły, że przywódca międzynarodowego gangu Tren de Aragua został zabity podczas wspólnej operacji z udziałem Stanów Zjednoczonych.
Operacja, podczas której zneutralizowano Hectora Rusthenforda Guerrero Floresa, obejmowała współpracę technologiczną i wymianę informacji wywiadowczych między Caracas a Waszyngtonem.
Zlikwidowany Guerrero Flores kierował grupą Tren de Aragua i został oskarżony o przestępstwa związane z narkotykami i bronią palną.
42-letni Hector Rusthenford Guerrero Flores, pseudonim "Nino Guerrero", stał na czele grupy Tren de Aragua, która została uznana przez Stany Zjednoczone za organizację terrorystyczną - podaje agencja AFP. Poza Wenezuelą gang działa również w Kolumbii, Peru i Chile.
"Doszło do starć z członkami tych struktur przestępczych, w wyniku których zneutralizowano Hectora Rusthenforda Guerrero Floresa, ps. 'Nino Guerrero'" - poinformowało w oświadczeniu Ministerstwo Łączności Wenezueli.
Operacja wojskowa USA i Wenezueli. Nie żyje przywódca gangu
Jak dodał resort, "wspólna operacja" Caracas i Waszyngtonu obejmowała "specjalistyczne wsparcie technologiczne" oraz wymianę informacji wywiadowczych między krajami.
O śmierci Floresa informował wcześniej prezydent USA Donald Trump. Amerykański przywódca napisał na swojej platformie Truth Social, że wojsko przeprowadziło "szybki i śmiercionośny atak kinetyczny" na Wenezuelczyka. Podkreślił, że był on "ściśle skoordynowany z naszymi przyjaciółmi w Wenezueli, z którymi dobrze współpracujemy".
"W rezultacie terroryści z Tren de Aragua nie mają już bezpiecznego schronienia w Wenezueli ani nigdzie indziej" - ocenił Trump.
Prezydent USA zamieścił w sieci nagranie z lotu ptaka, na którym widać moment eksplozji budynku.
Pomyślne zakończenie operacji potwierdził również szef Departamentu Obrony USA Pete Hegseth.
Caracas i Waszyngton zacieśniają więzi. Trump ogłosił sukces
Zlikwidowany przez wojsko USA i Wenezueli Guerrero Flores w grudniu ubiegłego roku usłyszał zarzuty między innymi posiadania narkotyków oraz broni palnej. Zdaniem śledczych stał on na czele gangu Tren de Aragua w szczytowym momencie jego istnienia i koordynował jego przemianę z gangu więziennego do międzynarodowej organizacji terrorystycznej.
Prokurator Jay Clayton stwierdził, że dopuścił się on "niezliczonych aktów przemocy, wymuszeń i handlu narkotykami w całej Ameryce Północnej, Południowej i Europie".
Operacja mająca na celu zlikwidowanie Floresa jest kolejnym przykładem zacieśniania relacji USA i Wenezueli od czasu schwytania przez amerykańskie wojsko prezydenta Nicolasa Maduro w styczniu tego roku.
Źródło: AFP
Przydacz w "Gościu Wydarzeń" o byłym szefie: Zawsze był politykiem proukraińskimPolsat News
Incydent podczas podróży papieża. Leon XIV niespodziewanie opuścił pokład
W samolocie, którym Leon XIV miał wracać w piątek z Teneryfy do Rzymu, wykryto awarię silnika. - Ku swojemu zdumieniu wysłannicy mediów zobaczyli, że w kierunku samolotu idzie król Filip VI, a następnie papież opuszcza pokład - relacjonowała obecna w maszynie dziennikarka PAP. Ostatecznie głowa Kościoła wróciła do Watykanu samolotem hiszpańskich sił powietrznych Falcon.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Awaria samolotu, którym miał podróżować papież. Maszyna nie wystartowałaJORGE GUERREROAFP
W skrócie
W samolocie, którym Leon XIV miał wracać z Teneryfy do Rzymu, wykryto awarię silnika przed odlotem.
Król Filip VI towarzyszył papieżowi podczas opuszczania pokładu i powrotu do terminalu na lotnisku.
Leon XIV ostatecznie wrócił do Watykanu samolotem hiszpańskich sił powietrznych Falcon po nieudanej próbie startu linią Iberia.
Jak przekazała w piątek agencja Reutera, Leon XIV wsiadł już na pokład samolotu obsługiwanego przez linie Iberia po pożegnaniu przez króla Filipa VI i innych hiszpańskich dostojników, lecz niespodziewanie został wyprowadzony z maszyny przez króla z powrotem do terminalu.
Zdarzenie relacjonowała dla PAP obecna na pokładzie polska dziennikarka.
"Kiedy samolot zaczął przygotowywać się do kołowania w kierunku pasa startowego, nagle podjechały pod maszynę schody. Ku swojemu zdumieniu wysłannicy mediów zobaczyli, że w kierunku samolotu idzie król Filip VI, a następnie papież opuszcza pokład. Obaj weszli ponownie do budynku lotniska, w którym nieco wcześniej przeprowadzili prywatną rozmowę" - podano.
Król Filip VI towarzyszył papieżowi podczas opuszczania pokładu samolotu z usterką silnikaSIMONE RISOLUTIAFP
Papież opuścił pokład samolotu. Podano przyczynę usterki
Dziennikarze, którzy w drodze do Watykanu mieli odbyć konferencję prasową z udziałem papieża, usłyszeli od kapitana, że pojawił się problem techniczny. Oczekiwanie na rozwój sytuacji trwało kilkadziesiąt minut.
"Pilot poinformował, że przyczyną problemu był wiatr i to z jego powodu, jak się okazało, nie włączał się silnik. Kapitan wyjaśnił, że samolot zostanie ustawiony w innej pozycji, co wkrótce potem nastąpiło. W kolejnym komunikacie załoga przekazała, że problemu technicznego nie da się natychmiast rozwiązać. Dlatego zapadła decyzja, że wszyscy muszą opuścić pokład" - opisywała przedstawicielka PAP.
Linie Iberia poinformowały następnie w oświadczeniu, że samolot miał "nieokreślone problemy techniczne" i że z Madrytu wysyłany został samolot zastępczy, który dokończy podróż do Rzymu.
Sam papież wrócił natomiast do Watykanu samolotem hiszpańskich sił powietrznych Falcon, którym przyleciał wcześniej na miejsce król.
Nieoczekiwana w swoim przebiegu podróż była zakończeniem bardzo intensywnej, siedmiodniowej pielgrzymki papieża do Hiszpanii. Jej ostatnim etapem były Wyspy Kanaryjskie, które Leon XIV odwiedził jako pierwszy papież w historii.
Źródło: Reuters
"DE:KOD": Niemcy nadal lubią płacić gotówką INTERIA.PL
Decyzja sądu ws. zaplanowanej gali MMA przed Białym Domem. Trump może odetchnąć
Kosztująca ok. 60 mln dolarów gala MMA przed Białym Domem nie została zablokowana przez amerykański sąd. Chcieli do tego doprowadzić dwaj mieszkańcy Wirginii. Niedzielne wydarzenie "UFC Freedom 250", mające upamiętnić 250. rocznicę powstania Stanów Zjednoczonych i uczcić Dzień Flagi, odbędzie się więc bez komplikacji. Media podkreślają, że 14 czerwca to także dzień urodzin Donalda Trumpa, a jednym z gości ma być prezydent Karol Nawrocki.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Niedzielna gala MMA przy Białym Domu pozostaje niezagrożonaMark Schiefelbein/Associated Press/EN;Evan Vucci/ReutersAgencja FORUM
W skrócie
Amerykański sąd nie zablokował gali "UFC Freedom 250" zaplanowanej na trawniku Białego Domu w niedzielę, podczas której jednym z gości ma być prezydent Karol Nawrocki.
Na tymczasowej arenie odbędzie się siedem walk, a na trybunach zasiądzie około 4 tysiące gości.
Wydarzenie w całości finansowane przez UFC, wywołało kontrowersje dotyczące zgodności z prawem oraz jego etyczności, a sondaż wskazuje, że tylko 16 procent Amerykanów uważa takie wydarzenie za stosowne.
Wniosek do sądu w imieniu dwóch mieszkańców Wirginii złożyła organizacja Public Integrity Project, domagając się zablokowania zaplanowanego na niedzielę wydarzenia "UFC Freedom 250". W pozwie argumentowano, że organizowanie takich prywatnych wydarzeń na trawniku Białego Domu jest zabronione, zbudowana tam arena nie uzyskała wymaganych zezwoleń i oceniono, że wydarzenie jest "głęboko skorumpowane".
Administracja Donalda Trumpa wnioskowała o oddalenie tego pozwu.
Wniosek o blokadę gali MMA oddalony. Biały Dom triumfuje
W piątek sędzia federalny Amit Mehta orzekł, że organizatorzy mogą wykorzystać trawnik Białego Domu jako miejsce gali UFC. Uznał, że powodowie najprawdopodobniej nie mają legitymacji procesowej do zakwestionowania tego wydarzenia i nie wykazali, że poniosą nieodwracalną szkodę, jeśli impreza odbędzie się zgodnie z planem. Sędzia wskazał również na "nieuzasadnioną zwłokę" powodów w złożeniu pozwu dotyczącego wydarzenia, które było planowane od wielu miesięcy - podała agencja AP.
Biały Dom oświadczył, że jest wdzięczny za tę decyzję sądu.
Gala ma upamiętnić 250. rocznicę powstania Stanów Zjednoczonych i uczcić Dzień Flagi, ale to będzie także dzień 80. urodzin prezydenta Trumpa, który prywatnie jest fanem UFC. Trump i szef UFC Dana White są przyjaciółmi.
W czwartek sekretarz stanu USA Marco Rubio podpisał porozumienie ramowe z White'em w sprawie promowania dyplomacji sportowej. Rubio określił UFC jako "zjednoczone narody walki" i pochwalił federację za to, że walki "edukują Amerykanów o kulturach i społeczeństwach z całego świata".
- Jest tylko kilka rzeczy, które łączą ludzi w jednym miejscu i czasie, zjednoczonych wspólnym zainteresowaniem. Potrzebujemy więcej takich rzeczy, więcej takich form i przestrzeni, w których możemy się spotkać i wspólnie coś przeżywać oraz znaleźć coś wspólnego. Jeśli byłeś na galach UFC, a byłem na wielu, i spojrzysz na publiczność, to jest ona tak różnorodna, jak to tylko możliwe - dodał.
- Liczba zagranicznych przywódców, którzy chcą wziąć w tym udział, jest niewiarygodna. Dochodzi do tego, że możemy mieć kryzys dyplomatyczny, bo nie możemy zaprosić wszystkich. I oni się zgłaszają, a niektórzy nawet nie mają zawodnika z własnego kraju walczącego w gali. Po prostu chcą przyjechać, bo są fanami tego sportu i go śledzą - kontynuował żartobliwie Rubio, odnosząc się zapewne do niedzielnej gali.
UFC Freedom 250. Wielka gala MMA w urodziny Trumpa
W związku z tym widowiskiem na południowym trawniku Białego Domu zbudowano tymczasową arenę, a na jej środku stoi już ring (oktagon, nazywany też klatką), na którym w niedzielę stoczonych zostanie siedem walk.
Na trybunach zasiąść ma około 4 tys. gości: weteranów, żołnierzy, osób zaproszonych przez Biały Dom i UFC. Jednym z gości wydarzenia ma być prezydent Karol Nawrocki. Wiadomo, że wezmą w nim też udział członkowie rodziny Trumpa, w tym pierwsza dama Melania.
Ok. 80-100 tys. widzów będzie mogło oglądać galę w pobliskim parku Ellipse, gdzie przygotowywana jest specjalna strefa dla fanów. Chętni mogli zdobyć darmowe bilety w loterii. Główną walkę stoczą gruzińsko-hiszpański zawodnik Ilia Topuria i Amerykanin Justin Gaethje. Wydarzenie będzie transmitowane przez Paramount+, którego właścicielem jest David Ellison, sojusznik prezydenta.
Jak zaznaczył serwis Hill, niektórzy wyrażają obawy dotyczące powiązań Białego Domu z UFC, wskazując na inwestycje prezydenta Trumpa w jej spółkę-matkę TKO Group Holdings oraz kwestie etyczne związane z walkami w klatce.
Kontrowersje wokół gali. Biały Dom zaprzecza zarzutom
Wydarzenie kosztowało organizatorów co najmniej 60 mln dolarów. Biały Dom przekazał, że koszty ponosi UFC.
- UFC finansuje i opłaca całe to wydarzenie - powiedział w oświadczeniu dla magazynu "Time" przedstawiciel Białego Domu.
- Nie są wykorzystywane żadne pieniądze podatników poza tym, co i tak byłoby przeznaczone na normalne obowiązki pracowników - dodał.
W wydarzenie zaangażowanych jest co najmniej siedem agencji federalnych. Ze złożonego w miniony weekend pozwu wynika, że federacja sprzedaje pakiety VIP na galę w cenie od 1 do 1,5 mln dolarów.
Z badania Reuters/Ipsos wynika, że niewielu Amerykanów popiera organizację walki w klatce na terenie Białego Domu. Jedynie 16 proc. Amerykanów uznało to za stosowne, a 46 proc. ankietowanych było odmiennego zdania. Pozostali nie wyrazili opinii na ten temat. Tylko 31 proc. Republikanów uznało to za właściwe.
Gala rozpocznie się o godz. 20 czasu lokalnego (godz. 2 w nocy w Polsce). Po jej zakończeniu Trump ma udać się do Francji na szczyt G7.
"Wydarzenia": Przelot od morza po Tatry. F-35 zaczęły służbę w polskim wojskuPolsat News
60-letni Polak został zatrzymany we Włoszech w śledztwie dotyczącym organizacji zajmującej się podrabianiem i nielegalnym handlem papierosami. Włoskie media szacują, że proceder mógł przynosić dochody rzędu 32 milionów euro zaledwie w pół roku. Służby przeprowadziły nalot na fabrykę, w której pracowały głównie osoby pochodzące z Europy Wschodniej.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
60-letni Polak zatrzymany przez włoskie służbyMATTEO DELLA TORRE / NurPhotoAFP
Tajna fabryka wyrobów tytoniowych ujawniona przez włoskie służby znajdowała się w Reggio Emilia, na północy kraju. Do prac wykorzystano piwnice dawnego magazynu w dzielnicy Villaggio Crostolo, który nielegalnie eksploatowano najprawdopodobniej od stycznia ubiegłego roku.
Włoskie służby - m.in. formacja policyjna Guardia di Finanza - zarekwirowały ponad 40 ton tytoniu i zatrzymały pracowników, głównie Białorusinów, Ukraińców i Łotyszy.
Nielegalna produkcja tytoniu we Włoszech. Zatrzymano 60-letniego Polaka
W dochodzeniu koordynowanym przez prokuraturę Reggio Emilia wykorzystano podsłuchy, w tym telefoniczne. Dzięki nim udało się ustalić, że proceder trwał od kwietnia ubiegłego roku. Przez kilka miesięcy służby obserwowały ciężarówkę, która wyjeżdżała z obiektu.
Ostatecznie po jej zatrzymaniu w listopadzie ubiegłego roku, ujawniono w niej siedem ton podrabianych papierosów wzorowanych na jednej z popularnych marek. Jak informuje serwis Ansa, w ostatnich dniach dokonano kolejnych zatrzymań.
Zajęto ok. 33 ton tytoniu i aresztowano 60-letniego obywatela Polski, który podejrzany jest o prowadzenie i nadzorowanie całego procederu. Oprócz niego zatrzymany został 50-letni Włoch będący właścicielem firmy w Niemczech upoważnionej do skupu tytoniu.
Jak wskazuje Ansa, produkcja była w stanie wytworzyć ponad milion podrobionych papierosów dziennie. Przy możliwości sprzedaży na nielegalnych rynkach, w ciągu sześciu miesięcy działalność mogła przynieść korzyść sięgającą 32 milionów euro.
Źródło: Ansa
"Wydarzenia": Przelot od morza po Tatry. F-35 zaczęły służbę w polskim wojskuPolsat News
Łukaszenka przewiduje koniec wojen. Wskazał konkretny termin
Nawet konflikt między Rosją a Ukrainą można zakończyć w tym roku - ocenił Alaksandr Łukaszenka. Przywódca Białorusi w wywiadzie dla telewizji Al Arabiya wyraził przekonanie, że zarówno wojna w Ukrainie, jak i konflikt na Bliskim Wschodzie dobiegną końca jeszcze przed końcem 2026 roku. Jak stwierdził, o losach obu wojen decyduje dziś wola "zaledwie kilku osób".
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Alaksandr ŁukaszenkaContributorGetty Images
W skrócie
Alaksandr Łukaszenka ocenił, że wola zaledwie kilku osób może zakończyć zarówno wojnę w Ukrainie, jak i konflikt na Bliskim Wschodzie jeszcze przed końcem 2026 roku.
Łukaszenka stwierdził, że wojny te wynikają z decyzji ludzi i obecnie możliwe jest ich zakończenie, jeśli odpowiedni przywódcy podejmą taką decyzję.
Podkreślił, że sytuacja na Bliskim Wschodzie zależy w dużej mierze od stanowiska Stanów Zjednoczonych, a oba konflikty powinny zakończyć się przed końcem bieżącego roku.
Samozwańczy prezydent BiałorusiAlaksandr Łukaszenka w wywiadzie dla arabskiej stacji Al Arabiya został zapytany o szanse na zakończenie trwających konfliktów zbrojnych. W odpowiedzi podkreślił, że odpowiedzialność za wojny spoczywa na ludziach, a nie na czynnikach niezależnych od człowieka.
- Świat jest obecnie bardzo niespokojny właśnie z powodu czynnika ludzkiego. To nie Pan Bóg zesłał nam te wojny. To my sami do tego doszliśmy. Dlatego musimy pomyśleć o tym, jak te wojny zakończyć - powiedział białoruski przywódca.
Jego zdaniem zarówno w Europie Wschodniej, jak i na Bliskim Wschodzie pojawiła się obecnie realna możliwość zakończenia działań wojennych.
Wojna w Ukrainie i na Bliskim Wschodzie. Łukaszenka: Wszystko zależy od kilku osób
Łukaszenka ocenił, że kluczowe znaczenie ma decyzja niewielkiej grupy polityków i przywódców państw.
- Wszystko zależy od woli dosłownie kilku osób. Jeśli taka wola się pojawi, to te wojny można zakończyć na pewno jeszcze w tym roku. Nawet konflikt między Rosją a Ukrainą można zakończyć w tym roku - stwierdził.
Według Białorusina obecna sytuacja międzynarodowa sprzyja poszukiwaniu rozwiązań pokojowych. Polityk nie wskazał jednak konkretnych działań, które mogłyby doprowadzić do zawarcia porozumienia między stronami konfliktu.
Odnosząc się do sytuacji na Bliskim Wschodzie, białoruski przywódca przekonywał, że dalsza eskalacja nie jest możliwa i konflikt musi zakończyć się w najbliższym czasie.
- Nie ma tam innych opcji poza zakończeniem wojny. I zostanie ona zakończona w tym roku. Mam nadzieję, że nawet w najbliższym czasie - powiedział.
Łukaszenka zaznaczył jednocześnie, że nie postrzega obecnych napięć jako bezpośredniej wojny między Stanami Zjednoczonymi a Iranem. W jego ocenie jest to przede wszystkim konflikt pomiędzy Izraelem i Iranem, w który Amerykanie zostali zaangażowani.
- Jest to przede wszystkim wojna między Izraelem a Iranem, w którą Amerykanie zostali wciągnięci z powodu krótkowzrocznego stanowiska i polityki niektórych przywódców Stanów Zjednoczonych Ameryki - ocenił.
Łukaszenka o zakończeniu wojen. "Jestem przekonany'
Zdaniem Łukaszenki wiele zależy obecnie od decyzji podejmowanych w Waszyngtonie. Jak podkreślił, zna stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych i uważa, że amerykański przywódca dąży do zakończenia konfliktu.
- Jego celem jest jej zakończenie. Jeszcze raz podkreślam: ponieważ nie ma innego wyjścia, nie ma innego rozwiązania - powiedział.
Białoruski przywódca zwrócił uwagę, że sytuacja na Bliskim Wschodzie różni się od wojny w Ukrainie. Jak ocenił, konflikt wokół Iranu, Cieśniny Ormuz i Zatoki Omańskiej jest mniej skomplikowany niż starcie Rosji z Ukrainą.
Według Łukaszenki również obiektywne okoliczności mają skłaniać amerykańskie władze do ograniczenia presji militarnej wobec Iranu. Dodał przy tym, że Izrael pozostaje w dużej mierze zależny od stanowiska Stanów Zjednoczonych.
Podsumowując swoją ocenę sytuacji międzynarodowej, Alksandr Łukaszenka wyraził pewność, że oba konflikty zakończą się jeszcze przed końcem roku.
- Dlatego uważam, że w tym roku można zakończyć te konflikty. I nawet nie mam nadziei, ale jestem przekonany, że zostaną one zakończone" - podsumował przywódca Białorusi.
Źródło: BELTA
"Lepsza jakość i nowe możliwości". Były pilot myśliwców o F-35Polsat News
Polska "pasażerem na Titanicu". Rosjanie kpią i protestują
Polska rości sobie prawo do stałego miejsca w G20, ale jej argumenty nie są przekonywujące - ocenił ambasador ds. G20 i APEC w rosyjskim MSZ, Marat Berdijew. Stwierdził, że przynależność naszego kraju do 20 największych gospodarek świata zależy od tego, "jakimi obliczeniami się kierujesz".
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Rosja nie chce stałego udziału Polski w G20Mid.ru/ MILES ERTMAN / ROBERT HARDING PREMIUM / ROBERTHARDINGAFP
W skrócie
Rosyjski ambasador ds. G20 i APEC uznał, że argumenty Polski za stałym członkostwem w G20 są nieprzekonujące i zależą od wybranych kryteriów ekonomicznych.
Decyzją USA Polska została zaproszona do udziału w szczycie G20 w grudniu 2026 roku w Miami, zastępując RPA ze względu na spór amerykańsko-południowoafrykański.
Przedstawiciel rosyjskiego MSZ wskazał, że Polska należy do Unii Europejskiej, a jej gospodarka według niego rośnie wolniej niż rosyjska.
Polska została zaproszona przez Donalda Trumpa do udziału w szczycie G20, który odbyć ma się w połowie grudnia w Miami. Inwitacja stanowi dla naszego kraju pierwszy krok w drodze do uzyskania stałego członkostwa w gremium.
Idea ta nie podoba się Rosji. Ambasador ds. G20 i APEC w rosyjskim MSZ Marat Berdijew w wywiadzie dla RIA Nowosti stwierdził, że nie ma potrzeby, by Polska brała udział w międzynarodowym forum.
Polska "pasażerem na Titanicu"? Rosjanie nie chcą nas w G20
- Oczywiście, (Polska) chce zostać członkiem G20. Twierdzi, że reprezentuje swoich wschodnich kolegów z Unii Europejskiej i pewnego regionu państw Trójmorza - wskazywał dyplomata.
Stwierdził jednak, że nie jest to przekonujące uzasadnienie, z racji faktu, że w G20 jest całkiem duża liczba krajów europejskich, w tym tych reprezentujących Unię Europejską. Poddał też w wątpliwość to, że Polska stanowi jedną z 20 największych gospodarek świata.
- To zależy od tego, jakimi obliczeniami się kierujesz. Według niektórych obliczeń to prawda, według innych - nie. W każdym razie Warszawa znajduje się gdzieś u podnóża piramidy. Ponadto istotne są wskaźniki dotyczące przyszłości - stwierdził Berdijew.
- Polska jest krwią i ciałem z Unią Europejską i stoi w miejscu - ocenił rosyjski ambasador.
Przekonywał, że w ciągu ostatnich trzech lat gospodarka Rosji wzrosła o 10 proc., podczas gdy ta w Europie tylko o 3 proc. - To dowód na gospodarczy kryzys Unii Europejskiej, a Polska jest pasażerem na Titanicu - ironizował Berdijew.
Historyczny moment dla Polski. USA zapraszają do udziału w G20
Uczestnictwo Polski w grudniowym szczycie G20 odbywa się - de facto - w zastępstwie RPA, choć kraj ten nadal jest formalnym członkiem grupy. Stało się tak za sprawą decyzji USA, które nie zaprosiły afrykańskiego państwa na spotkania ze względu na spór o los białych rolników w tym kraju i oskarżenia Waszyngtonu o ich rzekome "ludobójstwo".
Wcześniej polscy ministrowie brali udział w spotkaniach G20, lecz w charakterze specjalnie zaproszonych gości.
Przejmując tegoroczne przewodnictwo w G20, sekretarz stanu USA Marco Rubio ogłosił, że "Polska, jako kraj niegdyś uwięziony za żelazną kurtyną, a obecnie znajdujący się w gronie 20 największych gospodarek świata, dołączy, aby zająć należne mu miejsce w G20".
Źródło: RIA Nowosti
"Nie ma zamrażarki". Siwiec o blokowaniu projektów ustawPolsat NewsPolsat News
"Ważny krok naprzód". Przełom ws. dołączenia Ukrainy i Mołdawii do UE
Przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa poinformował, że wszystkie państwa Unii Europejskiej zgodziły się na otwarcie pierwszego klastra negocjacji akcesyjnych z Ukrainą i Mołdawią. "Unia Europejska zrobiła dziś ważny krok naprzód. (...) Rozszerzenie to strategiczny wybór" - napisał Costa. Pierwsze rozmowy w tej sprawie odbędą się w poniedziałek.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Antonio Costa poinformował decyzji Unii Europejskiej ws. Ukrainy i MołdawiiPavlo Bahmut;Nicolas Tucat/AFPEast News
W skrócie
Przewodniczący Rady Europejskiej poinformował, że wszystkie kraje UE zgodziły się na rozpoczęcie pierwszego etapu negocjacji akcesyjnych z Ukrainą i Mołdawią.
Pierwsza konferencja negocjacyjna odbędzie się w poniedziałek i ma dotyczyć podstawowych zasad Unii Europejskiej, w tym praworządności oraz instytucji demokratycznych.
Przedstawiciele Ukrainy i Mołdawii stwierdzili wcześniej, że ich kraje są gotowe do negocjacji i kolejnych etapów integracji europejskiej.
"Unia Europejska zrobiła dziś ważny krok naprzód. Wszystkie państwa członkowskie zgodziły się na otwarcie pierwszego klastra negocjacji akcesyjnych z Ukrainą i Mołdawią" - poinformował Costa w oświadczeniu opublikowanym w mediach społecznościowych.
Przełom ws. Ukrainy i Mołdawii. "To strategiczny wybór"
Wskazał, że pierwsza konferencja w tej sprawie odbędzie się w poniedziałek. Zostanie ona poświęcona "kwestiom fundamentalnym", związanym z podstawowymi zasadami Unii Europejskiej "od praworządności po silne instytucje demokratyczne".
Ten sam komunikat opublikowała także Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej. Zaznaczono w nich, że "rozszerzenie to strategiczny wybór", a który "leży w naszym wspólnym interesie".
Przed kilkoma dniami prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski stwierdził, że Ukraina spełniła warunki niezbędne do otwarcia wszystkich klastrów negocjacyjnych w rozmowach dotyczących przyszłego członkostwa w Unii Europejskiej.
- Właśnie teraz, podczas najbliższych spotkań UE, powinny zostać podjęte odpowiednie decyzje. Nie ma żadnych przeszkód. Ważne jest, aby ten postęp nastąpił, aby klastry zostały otwarte i aby Rosjanie również widzieli, że Europa dotrzymuje obietnic i nie rezygnuje ze swoich europejskich interesów - mówił Zełenski.
W podobnym tonie wypowiadała się w maju prezydent Mołdawii Maia Sandu.
- Zarówno Komisja Europejska, jak i Rada UE twierdzą, że jesteśmy gotowi - podkreśliła. Jak dodała, rozpoczęcie negocjacji pozwoliłoby krajowi przejść do kolejnych etapów integracji europejskiej.
"Graffiti": Czy Ziobro może liczyć na uczciwy proces? Wiceminister sprawiedliwości tłumaczyPolsat NewsPolsat News
W Hucie Pieniackiej odkryto pierwszą mogiłę. "Szczątki częściowo spalone"
"Pierwsza mogiła odkryta w Hucie Pieniackiej" - poinformował w mediach społecznościowych Instytut Pamięci Narodowej. W środku odnaleziono szczątki; wszystko wskazuje na to, że w miejscu tym dokonano zbiorowego pochówku. - Część szczątków nosi ślady spalenia - mówi ks. Tomasz Trzaska z Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Odkrycia w Hucie PieniackiejVladyslav MusiienkoPAP
W skrócie
Instytut Pamięci Narodowej poinformował o odkryciu pierwszej mogiły w Hucie Pieniackiej, gdzie znaleziono spalone szczątki ludzkie.
Ekshumacyjna ekipa IPN ujawniła fragment grobowca z ludzkimi szczątkami, których stan sugeruje zbiorowy pochówek.
Według historyków, w Hucie Pieniackiej doszło do zamordowania polskich mieszkańców przez ukraińskie formacje zbrojne pod dowództwem niemieckim w 1944 roku.
"W czwartym dniu prac terenowych w Hucie Pieniackiej, w pobliżu wczoraj odkrytych fundamentów świątyni, odkryliśmy pierwsze szczątki osób pomordowanych" - oświadczył IPN na platformie X.
"Zakładamy, że jest to miejsce pochówku zbiorowego. Wczesny etap odkrywania jamy nie pozwala na ten moment określić jej całkowitej powierzchni. Ujawniono szczątki ludzkie, częściowo spalone" - ogłoszono w komunikacie.
Odkrycie IPN w Hucie Pieniackiej. Znaleziono pierwszą mogiłę
Ks. Tomasz Trzaska z Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN, który uczestniczy w poszukiwaniach, powiedział PAP, że prawdopodobną mogiłę zbiorową odkryto w Hucie Pieniackiej w piątek w godzinach popołudniowych.
- Czwartego dnia (poszukiwań - red.), czyli dzisiaj, w godzinach popołudniowych odsłoniliśmy skraj, niewielki fragment jamy grobowej, w której znaleźliśmy ludzkie szczątki. Na ten moment ujawniliśmy szczątki kilku osób, ale trzeba pamiętać, że jest to kilkudziesięciocentymetrowy skraj tej jamy grobowej, ponieważ badaliśmy ten teren kolejnymi pasami - poinformował w rozmowie telefonicznej.
- I więc ten pas, który właśnie odkopywaliśmy, odsłonił tylko ten mały fragment około 30-40 cm, może pół metra kwadratowego. Natomiast tutaj znaleźliśmy już szczątki. Są to bez wątpienia szczątki ludzkie, należące do przynajmniej kilku osób. W tym część szczątków nosi ślady spalenia, więc przypuszczamy, że jest to mogiła zbiorowa - relacjonował Trzaska.
Śladami pomordowanych Polaków. Trwają prace ekshumacyjne
Według historyków 28 lutego 1944 r. w Hucie Pieniackiej, nieistniejącej dziś wsi w obecnym obwodzie lwowskim, jej polscy mieszkańcy zostali zamordowani przez ukraińskich żołnierzy 4 Galicyjskiego Pułku Ochotniczego SS - Policyjnego (wydzielonego z 14 Dywizji Waffen SS "Galizien") pod dowództwem niemieckim, przy udziale oddziału UPA i oddziału paramilitarnego ukraińskich nacjonalistów pod dowództwem Włodzimierza Czerniawskiego.
Huta Pieniacka jest jednym z symboli martyrologii Polaków, zamordowanych na terenach dzisiejszej Ukrainy.
"Lepsza jakość i nowe możliwości". Były pilot myśliwców o F-35Polsat News
Niemiecka strategia wojskowa bez Francji i Polski. "Cios w plecy"
We Francji narasta nieufność wobec nowej niemieckiej polityki obronnej - wynika z analizy "Frankfurter Allgemeine Zeitung". W Paryżu coraz częściej pojawiają się obawy, że zapowiadany przez Niemcy zwrot w kierunku większej odpowiedzialności za bezpieczeństwo Europie idzie w parze z działaniami osłabiającymi wspólne projekty zbrojeniowe i francusko-niemiecką współpracę militarną.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Media: Niemiecka strategia wojskowa bez Francji i Polski (zdj. ilustracyjne)LUDOVIC MARIN/AFPEast News
Niemiecki zwrot w polityce obronnej ogłoszony po inwazji Rosji na Ukrainę początkowo został odebrany we Francji pozytywnie. Jednak teraz w coraz większym stopniu traktowany jest z nieufnością - pisze w piątek dziennik "Frankfurter Allgemeine Zeitung" (FAZ).
Jak ocenia paryska korespondentka gazety Michaela Weigel, niepokój związany z niemieckimi wysiłkami zbrojeniowymi znacznie wzrósł, odkąd Berlin ogłosił zakończenie projektu wspólnego samolotu bojowego FCAS.
"Pojawia się podejrzenie, że Niemcy wprawdzie roszczą sobie prawo do przejęcia odpowiedzialności w Europie, ale nie chcą jej sprawować na równi z europejskimi partnerami" - pisze Weigel.
I dodaje: "Dawne obawy przed niemiecką dominacją w Europie wracają".
Paryż coraz bardziej nieufny wobec Berlina. "Cios w plecy"
Zdaniem dziennikarki "FAZ" już nie tylko politycy skrajnej lewicy czy prawicy "ostrzegają przed iluzją partnerstwa niemiecko-francuskiego". "Inicjatywa ośmiu niemieckich firm zbrojeniowych, by samodzielnie opracować nowy myśliwiec szóstej generacji, pogłębiła nieufność w Paryżu. Gotowy już projekt czołowych producentów zbrojeniowych dotyczący czysto krajowego przedsięwzięcia, który pojawił się zaraz po ogłoszeniu zerwania współpracy z koncernem zbrojeniowym Dassault, podsyca francuskie legendy o "ciosie w plecy". Już sama niefortunna komunikacja ze strony Berlina wzbudziła w Paryżu niechęć. Dlaczego nie udało się sformułować wspólnego oświadczenia z Francją i Hiszpanią w sprawie rezygnacji z samolotu bojowego?" - zastanawia się Michaela Weigel.
Jej zdaniem wycofanie się Berlina z projektu FCAS, czyli nowoczesnego systemu walki powietrznej, wzmacnia narrację prawicowych populistów skupionych wokół Marine Le Pen i Jordana Bardelli, którzy od dawna ostrzegają, że na Niemcy jako sojusznika wojskowego nie można polegać.
"Krytyka nie dotyczy już tylko tego, że Bundeswehra woli kupować sprzęt wojskowy w Stanach Zjednoczonych, zwiększając w ten sposób swoją zależność. Od teraz obawy dotyczą też dominacji niemieckiego przemysłu zbrojeniowego w Europie" -pisze.
Media: Niemiecka strategia wojskowa bez Francji i Polski
Obawy wyrażają także przedstawiciele francuskiej armii. Szef sztabu generalnego generał Fabien Mandon powiedział niedawno podczas przesłuchania przed Senatem, że "to bardzo niepokojące, iż Francja nie została wspomniana w nowej strategii wojskowej Niemiec" - czytamy.
"Niemiecka strategia nosi wprawdzie tytuł 'Odpowiedzialność za Europę', ale nie wspomina się w niej o europejskich partnerach. Nie ma w niej też mowy o Polsce" - zauważa korespondentka "FAZ".
Jak dodaje, zapis strategii, że Bundeswehra ma stać się najsilniejszą armią konwencjonalną w Europie, wielu ekspertów odebrało jako przesłanie dla Francji, że Berlin nie akceptuje już dążeń francuskiego mocarstwa atomowego do pełnienia przywództwa wojskowego w Europie.
Irytacje w Paryżu ma tez, jak pisze "FAZ", budzić plan stworzenia dla Bundeswehry własnej konstelacji satelitów komunikacyjnych. "Niemiecki dział zbrojeniowy Airbusa, Rheinmetall i OHB to główne firmy, a europejscy partnerzy nie mają być w to włączeni. Francja natomiast pokłada nadzieję w planowanej europejskiej konstelacji satelitów IRIS2, w której Niemcy oficjalnie uczestniczą. W Paryżu są obawy, że Niemcy wycofają się z tego europejskiego projektu. Nie można tych obaw lekceważyć" - dodaje Weigel.
Francja boi się spadku znaczenia. Media: Nie może konkurować nawet z Polską
Jak wskazuje, tłem jest francuski lęk przed spadkiem znaczenia politycznego kraju, który boryka się z wysokim zadłużeniem, utrudniającym wielkie inwestycje w obronność. Mniejszościowy rząd w Paryżu ma niewielkie pole manewru. "Niemcy w najbliższych latach zainwestują trzy razy więcej w sektor zbrojeń konwencjonalnych. Francja nie może też konkurować nawet z Polską, która przeznacza 4,5 procent swojego PKB na wydatki obronne" - pisze Michaela Weigel.
"Fakt, że plany prezydenta Emmanuela Macrona wzmocnienia integracji w dziedzinie zbrojeń zakończyły się fiaskiem, dodaje skrzydeł przeciwnikom Unii Europejskiej. Brakuje konkretnego sygnału z Berlina, jak ma wyglądać dalsza współpraca niemiecko-francuska. Z okazji francuskiego święta narodowego nad Łukiem Triumfalnym w Paryżu mają przelecieć też niemieckie samoloty wojskowe. Byłoby szkoda, gdyby w przyszłości przyjaźń sprowadzała się tylko do pustej symboliki" - konkluduje dziennikarka "Frankfurter Allgemeine Zeitung".
oprac. Anna Widzyk
Redakcja Polska Deutsche Welle
"Nie ma zamrażarki". Siwiec o blokowaniu projektów ustawPolsat NewsPolsat News
Mocny apel papieża ws. migrantów. "Zatrzymajcie się! Nawróćcie się!"
Nawróćcie się! Krew i łzy naszych braci wołają do Boga - tymi słowami papież Leon XIV zwrócił się do osób czerpiących zyski z kryzysu migracyjnego. Podczas swojej wizyty na Teneryfie mówił o dramatycznej sytuacji migrantów docierających na Wyspy Kanaryjskie. W swoim przesłaniu wzywał zarówno do zdecydowanej ochrony migrantów, jak i do ich integracji oraz ewangelizacji w duchu "powołania do gościnności".
Papież Leon XIV mówił o migracji i "powołaniu do gościnności" (zdj. ilustracyjne)EPA/RAMON DE LA ROCHAPAP
W skrócie
Papież Leon XIV podczas wizyty na Teneryfie zwrócił się do osób czerpiących korzyści z kryzysu migracyjnego.
W trakcie mszy w Santa Cruz papież podkreślił symbolikę Wysp Kanaryjskich jako miejsca spotkań różnych kultur i zaapelował do mieszkańców o pielęgnowanie gościnności wobec przybywających z Afryki migrantów.
Leon XIV wezwał zarówno migrantów, jak i wspólnoty przyjmujące do wzajemnego otwarcia, uczenia się od siebie i budowania wspólnoty ponad podziałami.
Leon XIV zakończył w piątek swoją wizytę w Hiszpanii mszą świętą odprawioną na Teneryfie. W wydarzeniu w porcie w Santa Cruz, stolicy wyspy, uczestniczyło około 40 tysięcy osób.
Była to jednocześnie pierwsza w historii wizyta papieska na Wyspach Kanaryjskich, zorganizowana w kontekście narastającego kryzysu migracyjnego na szlaku z Afryki do Europy.
W homilii podczas uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa papież podkreślił duchowy wymiar spotkania z wiernymi. - Cieszę się, że mogę celebrować z wami Eucharystię dziękując za wiarę i miłość, których tak wiele świadectw otrzymałem podczas tej podróży apostolskiej - mówił.
Leon XIV zwrócił uwagę na symbolikę miejsca. - Morze przed nami przywołuje nieskończoność, podobnie jak czyni to niebo. Nieskończone jest jednak przede wszystkim pragnienie, które łączy serce Boga z tak wieloma ludzkimi sercami - dodał. W innym fragmencie podkreślił, że "żadna istota ludzka nie jest wyspą", wskazując na potrzebę budowania relacji i wspólnoty ponad podziałami.
Mieszkańcom Teneryfy papież mówił o ich szczególnym "powołaniu do gościnności", podkreślając rolę wysp jako miejsca spotkania kultur i ludzi.
Teneryfa. Papież z mocnym przesłaniem: Zatrzymajcie się! Nawróćcie się!
Msza odbyła się w porcie w Santa Cruz, w miejscu symbolicznym dla Wysp Kanaryjskich, które są jednym z głównych punktów docelowych migrantów z Afryki. Papież przypomniał, że jest to trasa szczególnie niebezpieczna.
- Największą łaską jest to, byśmy pozwolili się ewangelizować tym, którym pomagamy - mówił, wskazując jednocześnie na doświadczenie osób ubogich i wykluczonych, które "ufając Bogu z przekonaniem, że nikt inny nie traktuje ich poważnie (...) nauczyli się wielu rzeczy, które zachowują w tajemnicy swojego serca".
Jak opisuje Vatican News, w mszy uczestniczyli zarówno mieszkańcy wyspy, jak i turyści. Tysiące osób zgromadziło się także na ulicach i w oknach hoteli, witając papieża przejeżdżającego w papamobile.
Podczas spotkania z organizacjami zajmującymi się integracją migrantów Leon XIV wygłosił jedno z najmocniejszych przesłań wizyty. - Nawróćcie się! Krew i łzy naszych braci wołają do Boga - apelował, odnosząc się do osób wykorzystujących sytuację migrantów.
- Do tych, którzy organizują szlaki śmierci, handlują ludźmi, zatrzymują dokumenty, wyzyskują pracowników, zastraszają kobiety, oszukują rodziny i z cudzego cierpienia czynią źródło zysku. Zatrzymajcie się! Nawróćcie się! - kontynuował.
W ostrych słowach dodał także, iż "za każde utracone życie, za każdą oszukaną rodzinę, za każde zniewolone ciało (...) będą musieli odpowiedzieć przed Bożą sprawiedliwością".
Leon XIV zwrócił się do migrantów: Otwierajcie się z ufnością
Leon XIV podkreślał, że pomoc migrantom nie może ograniczać się jedynie do wsparcia materialnego. Wskazywał na potrzebę integracji, aby "nie tworzyć światów równoległych, zamkniętych na siebie nawzajem".
Zwrócił się zarówno do migrantów, jak i wspólnot ich przyjmujących. - Otwierajcie się z ufnością na wspólnotę, która was przyjmuje, uczycie się jej języka, szanujcie jej prawa, poznawajcie jej zwyczaje - apelował do przybywających.
Jednocześnie zaznaczył rolę Kościoła w głoszeniu wiary. - Kościół, który przyjmuje, jest również Kościołem, który głosi, proponuje Chrystusa, ale Go nie narzuca - tłumaczył.
Papież odniósł się także do katolików migrujących, m.in. z Ameryki Łacińskiej i Filipin. Podkreślił, że stają się oni istotną częścią lokalnych wspólnot i mogą je ubogacać.
- Pozwólcie, aby także oni was ewangelizowali - mówił Leon XIV, wskazując, że integracja oznacza również otwartość na doświadczenia i wiarę osób przybywających z innych części świata. Dodał, że "w ten sposób obcy z wczoraj może stać się dzisiaj bratem i sąsiadem".
Wizyta na Teneryfie zakończyła podróż apostolską papieża po Hiszpanii, której głównym tematem była sytuacja migrantów oraz odpowiedzialność społeczności europejskich wobec kryzysu humanitarnego na Morzu Śródziemnym i Atlantyku.
Źródło: Vatican News
Gawkowski w "Gościu Wydarzeń": Trzeba założyć wielkim platformom chomątoPolsat News
Rosyjska zemsta na problematycznym sojuszniku? Nagle pojawił się zakaz
Rosja nałożyła ograniczenia na import produktów żywnościowych z Armenii. Rosyjskie organy nadzoru uzasadniają swoją decyzję wykryciem "groźnego chrząszcza" w części dostaw. Komunikat ogłaszający zakaz pojawił się na kilka dni po armeńskich wyborach - zdecydowanie wygranych przez optującego za wzmocnieniem relacji z UE Nikola Paszyniana.
Rosja wprowadziła ograniczenia na import wybranych produktów spożywczych z Armenii ze względu na wykrycie chrząszcza w dostawach.
Według rosyjskich urzędników wykrycie szkodnika w dostawach z Armenii wskazuje na niewystarczającą kontrolę ze strony odpowiednich służb armeńskich.
Ograniczenia pojawiły się krótko po ogłoszeniu wyników armeńskich wyborów, w których zwyciężył Nikol Paszynian, dążący do zacieśnienia relacji z UE.
Federalna Służba Nadzoru Weterynaryjnego i Fitosanitarnego (Rossielchoznadzor) ogłosiła wprowadzenie ograniczeń dostaw do Rosji produktów podlegających kwarantannie fitosanitarnej z Armenii w czwartek.
Oficjalnie decyzja ma związek z trzema przypadkami wykrycia w armeńskich orzechach, suszonych brzoskwiniach i suszonych pomidorach niebezpiecznego chrząszcza - skórka zbożowego, który należy do najgroźniejszych inwazyjnych szkodników magazynowych na świecie.
Rosja - Armenia. Rosyjscy urzędnicy uderzają w Erywań
"Świadczy to o niewystarczającej kontroli ze strony uprawnionego organu Armenii i podważa zaufanie do systemu certyfikacji fitosanitarnej. Nieskuteczność działań armeńskiej służby ds. kwarantanny i ochrony roślin zagraża bezpieczeństwu fitosanitarnemu Rosji" - argumentują urzędnicy.
Moment wprowadzenia ograniczenia wydaje się jednak nieprzypadkowy. W niedzielę, 7 czerwca, w Armenii odbyły się kluczowe z punktu widzenia relacji z Rosją wybory. Zdecydowanie zwyciężył w nich urzędujący premier Nikol Paszynian.
Według oficjalnych danych - Umowa Społeczna, ugrupowanie szefa rządu, zdobyła 49,81 proc. głosów. Taki rezultat zapewnia partii większość parlamentarną i pozwala na samodzielne sformowanie rządu.
Armenia. Rosyjska "zemsta" na Paszynianie
Paszynian od miesięcy znajduje się na kursie kolizyjnym z Moskwą. Polityk deklaruje, że nie zamierza w pełni rezygnować z relacji z Rosją, ale jednocześnie zdecydowanie dąży do pojednania z Zachodem i wyjścia z rosyjskiej strefy wpływów.
Prezydent Rosji Władimir Putin wielokrotnie wprost ostrzegał Armeńczyków, że tego typu działania "nie skończą się dla nich dobrze". Ograniczenie handlu z Erywaniem nie byłoby pierwszą rosyjską próbą wywierania presji ekonomicznej na "problematycznych sojuszników".
W 2013 roku, kiedy Mołdawia podpisała umowę stowarzyszeniową z UE, najpierw zakazano importu tamtejszych win, później - owoców i warzyw. Wykorzystano wtedy ten sam pretekst, co w przypadku Armenii - obecność szkodników w dostawach.
Źródło: Vot-Tak
"Nie ma zamrażarki". Siwiec o blokowaniu projektów ustawPolsat NewsPolsat News
Emocje wokół Ukrainy eskalują w internecie. Raport wskazuje na nowy trend
Niechęć wobec Ukrainy w polskiej przestrzeni internetowej wyraźnie rośnie, a antyukraińskie treści generują coraz większe zasięgi i zaangażowanie użytkowników - wynika z raportu ośrodka analitycznego Res Futura. Zauważono, iż w mediach społecznościowych niemal zanikły wpisy przychylne Ukrainie. Autorzy analizy wskazują, że ponad połowę negatywnych emocji wobec Ukrainy w polskiej debacie internetowej wywołują tematy podnoszone przez Konfederację.
Raport Res Futura: Antyukraińskie treści zdobywają zasięgi w mediach społecznościowych (zdj. ilustracyjne)Adam Chelstowski Agencja FORUM
W skrócie
Rosnący brak sympatii do Ukrainy w polskiej przestrzeni internetowej objawia się coraz większymi zasięgami i zaangażowaniem wobec antyukraińskich treści.
W maju 2026 r. prawie całkowicie zanikły wpisy przychylne Ukrainie, a tematy promowane przez Konfederację odpowiadają za ponad połowę negatywnych emocji wyrażanych w sieci.
Nowy podział w mediach społecznościowych opiera się nie tylko na linii lewica-prawica, ale także na stosunku do Ukrainy, a spór o UPA połączył przedstawicieli obu stron politycznych przeciwko Ukrainie.
Press Club Polska i Data House Res Futura zaprezentowały w piątek wyniki monitoringu polskiej debaty internetowej dotyczącej Ukrainy i Ukraińców: "Wizerunek Ukrainy i Ukraińców w polskim Internecie".
Analiza nie jest badaniem opinii publicznej i nastrojów Polaków, ale stanowi podsumowanie informacji, które pojawiły się w przestrzeni internetowej na temat Ukraińców.
W tym celu zanalizowano wpisy w mediach społecznościowych od 1 do 31 maja 2026 r. Ukazało się wówczas 520 tys. 155 wpisów o Ukrainie, które wygenerowały 7,76 mln reakcji i komentarzy.
Tematy antyukraińskie rozgrzewają sieć. Zasięgi rosną wraz z niechęcią
Michał Fedorowicz z Res Futura podkreślił, że niechęć do Ukrainy w przekazach medialnych rośnie z tygodnia na tydzień.
- Oznacza to, że bardzo dynamicznie rośnie nam suma negatywnych komentarzy. Nigdy nie widzieliśmy takiego wzrostu z tygodnia na tydzień od lutego 2022 r. Praktycznie nie występują już albo są w bardzo małych ilościach komentarze, które bronią Ukrainy, co najwyżej tonują - wskazał.
Z analizy wynika, że wpisy przychylne Ukraińcom prawie zniknęły: został jeden na tysiąc. Na początku maja co siódmy wpis był krytyczny, pod koniec miesiąca już co piąty.
Statystyki pokazują, że Polaków w sieci porusza nie wojna, lecz historia i sąsiedztwo. W tym przypadku rekord padł, gdy prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zdecydował o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia Bohaterów UPA, sprawców rzezi wołyńskiej. Ukazało się wówczas 247 tys. wpisów w tydzień, więcej niż przez trzy wcześniejsze tygodnie razem.
Tematy ukraińskie w mediach społecznościowych. Raport wskazał na jedną z partii
Z analizy wynika, że ponad połowę całego gniewu na Ukraińców wywołuje jedna partia- Konfederacja co tydzień podrzuca nowy temat, który złości ludzi: tanie NFZ dla Ukraińców, pół miliona wniosków o pobyt, zabrane pieniądze na muzeum Wołynia. Według autorów raportu sprostowania zawsze przychodzą za późno.
Fedorowicz zwrócił uwagę, że Konfederacja wspólnie z partią Grzegorza Brauna "wymuszają" na PiS postawy antyukraińskie.
- Politycy po prawej stronie dzisiaj widzą, że jedynym nawozem, który daje im zasięg, daje im wyświetlenia, są tematy antyukraińskie. Wtedy dostają więcej serduszek, mają więcej komentarzy, więcej udostępnień - zauważył.
Dodał, że algorytm premiuje dzisiaj postawy antyukraińskie - one dają zasięg.
- Od sierpnia 2025 r. obserwujemy jeszcze jedną rzecz: jeżeli jakikolwiek twórca w Polsce chce zarobić więcej lajków, mieć więcej interakcji, większy zasięg, wystarczy, że będzie miał treści antyukraińskie. To przełoży się jednoznacznie na wzrost jego zasięgu - podkreślił Fedorowicz.
Powstaje nowy podział w mediach społecznościowych. "Tego jeszcze nie było"
Zdaniem Fedorowicza w polskich mediach społecznościowych występuje już nie tylko podział na lewicę i prawicę, ale także na polityków anty- i proukraińskich.
- To jest nowość, tego też nie było i to oznacza, że ten spór ma duży potencjał, żeby w przeciągu następnych 12 miesięcy eskalować i stać się jedną z głównych osi sporu, jeśli chodzi o polską politykę i wybory - ocenił.
Zaznaczył jednocześnie, że spór o UPA po raz pierwszy połączył oba światy sceny politycznej przeciw Ukrainie: od lewicy po prawicę.
- W tym wypadku uważamy, a jesteśmy też organizacją, która bada rosyjską i białoruską przestrzeń informacyjną, że jest to dzisiaj najbardziej wymarzony scenariusz dla Federacji Rosyjskiej - przyznał Fedorowicz.
Wskazał, że farmy rosyjskich trolli praktycznie nie mają już dzisiaj pracy w polskich mediach społecznościowych.
- Większość komentarzy powstaje w sposób naturalny. (...) Decyzja prezydenta Zełenskiego doprowadziła do sytuacji, że temat UPA stał się tematem jednoczącym obie bańki i jednocześnie napędzającym, chcąc nie chcąc, sentyment antyukraiński - zauważył Fedorowicz.
W analizie zwrócono uwagę, że poprzednie afery cichły po 1-2 tygodniach, ale każda zostawiała ślad nieufności. Pytanie, czy po sporze o UPA sympatia do Ukrainy odbije, czy zostanie trwale niższa.
Gawkowski w "Gościu Wydarzeń" o kryptowalutach: Prezydent kryje bandziorówPolsat News
Afera w Hiszpanii. Kosztowna biżuteria w biurze byłego premiera
W Hiszpanii prowadzone jest śledztwo w sprawie rzekomych oszustw podatkowych byłego premiera, Jose Luisa Rodrigueza Zapatero - poinformowała agencja AFP. Jak donosi "El Mundo", dochodzenie zostało wszczęte po tym, jak podczas przeszukania jego biura znaleziono kosztowną biżuterię.
Jose Luis Rodriguez Zapatero pod lupą śledczych. Chodzi o kosztowną biżuterię Ballesteros / EFEAgencja FORUM
W skrócie
Hiszpańscy śledczy analizują możliwość popełnienia przez byłego premiera Jose Luisa Rodrigueza Zapatero przestępstw podatkowych związanych z posiadaniem nierozliczonej biżuterii o wartości ponad 1,3 mln euro.
Zapatero został również oskarżony o domniemane pranie brudnych pieniędzy w sprawie dotacji dla linii lotniczych Plus Ultra Lineas Aereas.
Ostatnio pojawiły się też informacje o skandalach korupcyjnych dotyczących współpracowników i rodziny obecnego premiera Pedra Sancheza.
"El Mundo" opisuje, że pochodzenie biżuterii znalezionej podczas przeszukania biura Jose Luisa Rodrigueza Zapatero z 19 maja jest obecnie "nieznane". Jej wartość oszacowano na 1 323 915 euro.
Śledztwo dotyczące byłego premiera Hiszpanii jest prowadzone w kierunku rzekomych oszustw podatkowych. Sędzia Jose Luis Calama uważa, że posiadanie dóbr luksusowych o wysokiej wartości, przy jednoczesnym braku dokumentacji podatkowej dotyczącej ich nabycia, stanowi "obiektywny i racjonalny dowód na możliwość zaistnienia poważnego oszustwa podatkowego".
Jak wyjaśnia "El Mundo" w hiszpańskim prawie nabycie biżuterii o wysokiej wartości wiąże się z obowiązkami podatkowymi - w zależności od sytuacji może chodzić o VAT, podatek od spadków i darowizn, przeniesienia wartości czy też podatek dochodowy. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, stawka opłaty mogłaby sięgnąć nawet 46 proc.
Miał omijać podatki. Były premier Hiszpanii pod lupą śledczych
Sędzia Calama uważa, że Zapatero mógł się również dopuścić przestępstwa przemytu, rozumianego w tym przypadku jako "wprowadzenie, posiadanie lub obrót na terytorium kraju biżuterią o łącznej wartości około 1 323 915 euro bez dowodu uiszczenia cła, akcyzy lub innych podatków związanych z jej importem". Śledczy podejrzewają, że kosztowności mogły zostać wprowadzone na obszar celny Unii Europejskiej z pominięciem obowiązujących kontroli i obowiązków podatkowych.
Agencja AFP podała, iż "podejrzewa się, że Zapatero nie jest w stanie udokumentować zapłaty ceł ani poniesienia innych opłat związanych z importem biżuterii". Były premier Hiszpanii został poinformowany o zarzutach za pośrednictwem swojego pełnomocnika.
Termin przesłuchania wyznaczono na 17 i 18 czerwca. W tych dniach Zapatero będzie miał możliwość złożenia wszelkich wyjaśnień w sprawie oraz przedstawienia ewentualnej dokumentacji co do sposobu nabycia oraz importu biżuterii.
Hiszpania. Jose Luis Rodriguez Zapatero znowu na językach
To nie jedyne kontrowersje wokół byłego premiera Hiszpanii. W maju media obiegła informacja o tym, że Zapatero został oskarżony o domniemane pranie brudnych pieniędzy w ramach śledztwa w sprawie dofinansowania publicznego w wysokości 53 mln euro przyznanego w 2021 roku liniom lotniczym Plus Ultra Lineas Aereas podczas pandemii COVID-19.
Były premier Hiszpanii został wezwany do złożenia wezwań w sprawie domniemanego przestępstwa prania pieniędzy w ramach sprawy Plus Ultra. Jak opisała agencja Reutera, jego biuro oraz trzy inne pomieszczenia zostały przeszukane przez specjalną grupę policyjną, zajmującą się zwalczaniem korupcji.
W ostatnich miesiącach kilka skandali korupcyjnych wybuchło także wokół współpracowników i rodziny obecnego premiera Hiszpanii, Pedro Sancheza. Z zarzutami mierzą się jego brat i żona, a byli najbliżsi współpracownicy trafili do aresztu.
Źródła: "El Mundo", AFP, agencja Reutera
Gawkowski w "Gościu Wydarzeń": Trzeba założyć wielkim platformom chomątoPolsat News
Rośnie niepokój w Belfaście. "Boją się wychodzić z domów"
Atmosfera strachu narasta w Belfaście - donoszą irlandzkie media oraz Reuters. Członkowie mniejszości etnicznych boją się o swoje bezpieczeństwo, studenci opuszczają domy. To pokłosie napaści nożownika, która doprowadziła do wybuchu zamieszek. Zaatakowany mężczyzna doznał poważnych obrażeń. Przekazano nowe informacje o jego stanie.
Zamieszki w Glengormley, na północ od Belfastu w Irlandii PółnocnejHenry NichollsAFP
W skrócie
W Belfaście pojawiły się obawy o bezpieczeństwo wśród członków mniejszości etnicznych po brutalnym ataku przy użyciu noża i zamieszkach, które nastąpiły po tym wydarzeniu.
Studenci dzielnicy Holylands opuszczali domy z powodu obaw, zwłaszcza po publikacji listy adresów w mediach społecznościowych.
W wyniku ataku nożownika ofiara doznała poważnych obrażeń, a sprawca został oskarżony o usiłowanie zabójstwa i postawiony przed sądem.
Studenci opuszczają swoje domy w Belfaście ze względu na rozpowszechniane w mediach społecznościowych doniesienia, jakoby wraz z nimi mieli mieszkać przedstawiciele mniejszości etnicznych. Sprawa dotyczy dzielnicy Holylands, w której dużą część mieszkańców stanowią właśnie te dwie grupy. Na opublikowanej w sieci "liście celów" umieszczono około 25 dokładnych adresów.
Irlandia Północna. Media: Popłoch w Belfaście po zamieszkach
Właściciel jednego ze znajdujących się w tej części Belfastu mieszkań, którego słowa przytaczają irlandzkie media, relacjonował, że część młodych osób "była tak przerażona, że uciekła z dzielnicy pomimo braku adresu ich mieszkania na liście". - Widziałem młode dziewczyny wyjeżdżające, mimo że ich nieruchomości nie znalazły się na liście. Były przerażone i wracały do domu, aż sytuacja nieco się uspokoi - mówił.
Członkowie mniejszości etnicznych, jak podaje Reuters, boją się wychodzić z domów. - Kobiety i dzieci są przerażone. Są w szoku - powiedziała w rozmowie z agencją Twasul Mohammed, która przybyła do Irlandii Północnej z Sudanu jako uchodźczyni w 2016 r.
- Trzymam dzieci w domu, nie wysyłam ich do szkoły od czasu tych wydarzeń - dodała. Brytyjski minister ds. Irlandii Północnej Hilary Benn nazwał ataki na migrantów "rasistowskim bandytyzmem". Przekazał również, że we wtorek wolontariusze pomogliewakuować co najmniej 15 rodzin z ich domów, a w środę kolejnych 15. Mieszkańcy obawiali się potencjalnych ataków.
- Pracownicy są zatrzymywani przez straż obywatelską na ulicach Belfastu, zwłaszcza przed szpitalami (…) Sprawdzają ich pochodzenie etniczne, nagrywają numery rejestracyjne (…) Są śledzeni w drodze do i z pracy. A wczoraj w nocy w jednym z dużych szpitali we wschodniej części miasta czterech zamaskowanych mężczyzn ścigało pielęgniarkę. To nienawiść, która zagraża życiu - poinformował Benn.
Atak nożownika w Belfaście. Ofiara ma zostać wybudzona ze śpiączki
W piątek "Irish Indepentent" przekazał informacje o stanie mężczyzny zaatakowanego w poniedziałek przez Sudańczyka. Możliwe, że w ciągu najbliższych 48 godzin ofiara zostanie wybudzona ze śpiączki.
Stephen Ogilvie w wyniku napaści stracił lewe oko. Doznał również głębokich ran ciętych głowy, twarzy i pleców. W środę sprawca Hadi Alodid stanął przed sądem pod zarzutem usiłowania zabójstwa. W następstwie brutalnego ataku Belfast objęły zamieszki, w których wzięły udział setki osób. Dochodziło do podpaleń zarówno pojazdów, jak i mieszkań.
Źródła: Reuters, The Irish News, Irish Independent
"Lepsza jakość i nowe możliwości". Były pilot myśliwców o F-35Polsat News
Ewakuowano setki osób. Niebezpieczny incydent na lotnisku, duża siła uderzenia
Samolot Turkish Airlines uderzył w maszt radarowy na lotnisku w Antalyi podczas kołowania - donoszą media. Z maszyny ewakuowanych zostało 267 pasażerów. Jedna osoba została ranna, jednak jej stan jest stabilny. W sieci pojawiły się nagrania i zdjęcia obrazujące skutki incydentu.
Chwile grozy na tureckim lotnisku. Samolot uderzył w maszt radarowy, setki ewakuowanychX / @Fahadnaimb / @karsitmedya / Ali Ihsan Ozturk/Anadolu Agency/Getty Imagesmateriał zewnętrzny
W skrócie
Samolot linii Turkish Airlines uderzył skrzydłem w maszt radarowy na lotnisku w Antalyi podczas kołowania, skutkiem czego ewakuowano 267 pasażerów.
W wyniku incydentu jedna osoba została lekko ranna, a jej stan określono jako dobry.
Maszyna i maszt radarowy zostały uszkodzone, a samolot został wycofany z obsługi do czasu zakończenia oględzin technicznych i napraw.
Zdaniem portalu do zdarzenia doszło w czwartek. Wówczas Boeing 777 linii Turkish Airlines obsługiwał lot ze Stambułu do Antalyi. Na lotnisku docelowym, już w trakcie kołowania, prawe skrzydło maszyny uderzyło w maszt radaru należący do służb kontroli ruchu lotniczego.
Z samolotu ewakuowanych zostało 267 pasażerów. Akcję przeprowadzono z zachowaniem procedur bezpieczeństwa. U jednej osoby stwierdzono lekkie obrażenia. Jej stan określany jest jako "dobry".
W mediach społecznościowych pojawiły się zdjęcia oraz nagrania, na których widać skutki incydentu. Na filmach można dostrzec powalony maszt, otworzone schowki w samolocie oraz ewakuowanych pasażerów.
Skutki incydentu były widoczne zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz maszyny. Odnotowano zauważalne uszkodzenia w części skrzydła. Siła uderzenia była tak duża, że ze schowków nad głowami pasażerów wypadły maski tlenowe.
Poważnie naruszony został także sam maszt radarowy, w który uderzył Boeing. Według aviation24.pl załoga za bardzo zbliżyła się do krawędzi drogi kołowania. Następnie samolot uderzył w maszt połączony z naziemnym radarem. Konstrukcja zawaliła się i uszkodziła poszycie samolotu.
Szczegółowe okoliczności zdarzenia będą wyjaśniane. Zgodnie z obowiązującymi procedurami linie Turkish Airlines wycofały maszynę z obsługi do czasu zakończenia oględzin technicznych i przeprowadzenia niezbędnych napraw.
Źródło: flymag.com, aviation24.pl
Gawkowski w "Gościu Wydarzeń": Trzeba założyć wielkim platformom chomątoPolsat News
Tragedia na indonezyjskiej wyspie Taliabu, należącej do archipelagu Moluki. 44-letnia kobieta padła ofiarą potężnego pytona siatkowego - niemal ośmiometrowego węża dusiciela. Do ataku doszło na jednej z lokalnych plantacji.
Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.
Mąż wyruszył na poszukiwania kobiety, gdy nie wróciła do domu po tym, jak wyszła zagonić bydło - poinformowali miejscowi policjanci. W okolicy plantacji na mężczyznę czekał przerażający widok - dostrzegł ogromnego, blisko ośmiometrowego pytona owiniętego wokół ciała żony.
Wąż próbował już połknąć swoją ofiarę. Mężczyzna natychmiast zareagował - ostrym narzędziem zabił pytona i uwolnił ciało kobiety. Niestety, na ratunek było już za późno.
Tragiczne zdarzenie wstrząsnęło całą społecznością. To nie pierwszy tego typu przypadek w Indonezji - pytony siatkowe zaliczane są do największych węży na świecie i są powszechnie spotykane zarówno w lasach, jak i na plantacjach oraz terenach wiejskich kraju. Od czasu do czasu dochodzi tam do dramatycznych ataków na ludzi - zwłaszcza w odległych, słabiej zaludnionych miejscach.
Eksperci podkreślają, że pytony siatkowe zwykle polują na ssaki średniej wielkości, jednak wzrost ingerencji człowieka w ich naturalne środowisko zwiększa ryzyko niebezpiecznych spotkań.
Pytony siatkowe potrafią dorastać nawet do 10 metrów długości. Choć ataki na ludzi nie są zbyt częste, ich ofiary zwykle nie mają szans na ucieczkę. Władze lokalne zapowiadają wzmożone kontrole i działania edukacyjne dotyczące bezpieczeństwa mieszkańców regionu.
W sobotę nad ranem robotnicy rozpoczęli usuwanie nazwiska Donalda Trumpa z fasady sali koncertowej Kennedy Center w Waszyngtonie. Prace ruszyły kilka godzin po tym, jak sąd federalny odrzucił wniosek władz placówki o wstrzymanie wykonania wcześniejszego nakazu.
Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Wokół fragmentu elewacji, na którym widniało nazwisko amerykańskiego prezydenta, ustawiono rusztowania. Następnie ekipy techniczne przystąpiły do demontażu oznaczeń. Robotnicy zakończyli pracę około godz. 03:30 czasu lokalnego (09:30 czasu polskiego), pozostawiając jednak osłony z brezentu. Z tego powodu nie było od razu jasne, czy usunięto wszystkie litery tworzące nazwisko Trumpa - podała agencja AP.
Kontrowersje sięgają grudnia 2025 roku, kiedy wyznaczony przez Trumpa zarząd Kennedy Center zdecydował o zmianie oficjalnej nazwy obiektu na "Donald J. Trump and John F. Kennedy Center for the Performing Arts". Na fasadzie budynku umieszczono wówczas złote litery z nazwiskiem prezydenta nad dotychczasową nazwą centrum.
Rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt oświadczyła, że obiekt został nazwany na cześć Trumpa ze względu na "niewiarygodną pracę, jaką prezydent wykonał w ostatnim roku na rzecz ocalenia tego budynku".
29 maja sędzia Christopher Cooper uznał jednak zmianę nazwy za niezgodną z prawem. W wydanym orzeczeniu nakazał usunięcie w ciągu dwóch tygodni wszelkich odniesień do Trumpa - zarówno z fasady budynku, jak i ze strony internetowej instytucji.
Według sądu jedynie Kongres Stanów Zjednoczonych posiada kompetencje do zmiany nazwy instytucji. Nakaz obejmuje również usunięcie odniesień do innych osób niż patron centrum, czyli prezydent John F. Kennedy.
W odrębnej, ale związanej z całą sprawą decyzji sąd przychylił się do wniosku demokratycznej kongresmenki Joyce Beatty. Tymczasowo zablokowano plan zarządu zakładający zamknięcie sali koncertowej na dwa lata z powodu remontu.
Jednocześnie sędzia dopuścił prowadzenie niezbędnych prac modernizacyjnych, wskazując, że stan obiektu wymaga pilnych działań.
Trump zareagował zapowiedzią, że "będzie pracował z Kongresem nad przekazaniem mu" kontroli nad Kennedy Center.