Widok czytania

Smartfon do zdjęć od trzech koła w górę. Z hulajnogą albo robotem

Xiaomi to firma, którą Polacy uwielbiają, bo ma w ofercie produkty o świetnym stosunku ceny do jakości. W przypadku smartfonów średniopółkowce od lat wyróżniają się za sprawą specyfikacji, lecz w przypadku modeli z linii Xiaomi 17T marka zaproponowała coś interesującego: flagowce w cenie dotychczas kojarzonej z segmentem mid-range. W sprzedaży pojawiły się dwa telefony z tej rodziny, czyli Xiaomi 17T i Xiaomi 17T Pro, w kilku wersjach kolorystycznych i pojemnościowych.

Xiaomi 17T Pro - ekran i obudowa

Pierwszym z nowych urządzeń jest Xiaomi 17T Pro. Smartfon wyposażono w ogromny, bo aż 6,83-calowy calowy wyświetlacz typu AMOLED o rozdzielczości 1.5K (2722 na 1280 pikseli, ~447 ppi). Zajmuje on 91,1 proc. frontu urządzenia, dzięki czemu ramki dookoła panelu są wąskie, a urządzenie mierzy dokładnie 162.2 x 77.5 x 8.3 mm, nieźle więc leży w dłoni biorąc pod uwagę, jaką panel ma powierzchnię.

Wyświetlacz, podobnie jak plecki tego urządzenia, pokryto wzmocnionym szkłem Gorilla Glass 7i. Obudowa z aluminiową ramką spełnia wymagania normy IP68 (zanurzenie na głębokość do 1,5 m w czasie do 30 min.) przy wadze 219 gramów. Smartfon czuć w ręku i w kieszeni, ale, co na plus, przez swój kształt nie męczy dłoni podczas korzystania z niego nawet przez dłuższy czas.

Wyświetlacz odświeżany jest z częstotliwością do 144 Hz, co na pewno docenią gracze. Bez problemu można korzystać z niego również w ostrym słońcu (szczytowa jasność do 3500 nitów), jak i w nocy (minimalna jasność 1 nit). Nie zabrakło też obsługi trybów HDR (Dolby Vision, HDR10+) oraz funkcji ochrony wzroku Xiaomi Vision Care, zarządzającej niebieskim światłem, migotaniem i rozmyciem ruchu.

Xiaomi 17T Pro - procesor i wydajność

Xiaomi 17 Pro dostał ośmiordzeniowy procesor Mediatek Dimensity 9500, wykonany w 3-nanometrowym procesie technologicznym z 12 GB pamięci operacyjnej. Smartfon wyposażono również w szybki modem 5G z obsługą trybu Dual-SIM oraz wsparciem dla technologii ESIM. Nie zabrakło również gniazd nano-SIM.

Xiaomi 17T Pro może pochwalić się również szybkimi modułami Wi-Fi 7 (działający w dwóch zakresach) oraz Bluetooth 6.0 (z obsługą audio Hi-Res Wireless Audio; 24-bit / 192 kHz). Do tego dochodzi NFC do płatności zbliżeniowych oraz GPS z GLONASS, BDS, GALILEO i QZSS do precyzyjnej lokalizacji. Całością zarządza Android 16 z najnowszą nakładką Xiaomi, czyli HyperOS 3.

Oprócz tego w Xiaomi 17T Pro znalazło się miejsce na skaner linii papilarnych umieszczony w warstwie pod ekranem oraz port USB-C służący zarówno do ładowania HyperCharge z mocą nawet 100 W, jak i przewodowego ładowania zwrotnego innych gadżetów z mocą do 22,5 W. Energię w ogniwie o pojemności aż 7000 mAh można uzupełniać również drogą bezprzewodową - w tym przypadku z mocą 50 W.

Xiaomi 17T Pro - aparat

Jedną z największych zalet Xiaomi 17T Pro jest potrójny aparat fotograficzny o naprawdę wyśrubowanych parametrach. Ten podstawowy obiektyw robi zdjęcia o wielkości do 50 Mpix przy ekwiwalencie ogniskowej 23 mm z przysłoną f/1.7, z obrazem przechwytywanym na matrycy o wielkości 1/1.31”. Oznacza to, że pojedynczy piksel ma wielkość zaledwie 1.2 um.

Nie zabrakło tutaj też peryskopowego telefoto, które również robi zdjęcia o wielkości do 50 Mpix z zoomem 5x (115 mm) z przysłoną f/3.0 na matrycy o wielkości 1/2.76” (0,64 um) z optyczną stabilizacją obrazu. Obiektyw ultrawide o ekwiwalencie ogniskowej 15 mm pozwala z kolei na obrazowanie o wielkości do 12 Mpix z przysłoną f/2.2 (1/3.06”, 1.12 um, 120 stopni).

Obiektyw portretowy zasługuje na szczególną uwagę, bo mamy tu do czynienia z konstrukcją optyczną Leica UltraPure z hybrydową strukturą obiektywu Leica Summilux (1G + 6P). Można robić nim zdjęcia makro z odległości 30 cm, ale może on pracować również w trybie zoomu optycznego 10x (wycina kadr ze środka matrycy). A co z selfie? Te mają wielkość do 32 MPix (21 mm, f/2.2, 1/3.42", 0.64µm).

Xiaomi 17T Pro - unikalne funkcje aparatu

Za sprawą algorytmów sztucznej inteligencji, seria Xiaomi 17T pozwala na robienie zdjęć obiektywem portretowym w trybie AI Ultra Zoom z nawet 120-krotnym zoomem. Do tego dochodzi funkcja Leica Live Moment obsługująca wszystkie trzy obiektywy, dzięki której telefon nie rejestruje jedynie statycznego zdjęcia, ale przechwytuje też ruch, w tym mimikę twarzy, a tym samym emocje fotografowanych przez nas osób.

Przykładowe zdjęcia wykonane Xiaomi 17T Pro w trybach 15/23/115/230 mm; pomniejszone do 1280px na dłuższym boku

Do tego dochodzi tryb Leica Live Portrait z rozmyciem tła poprzez dodanie efektu bokeh. Konsumenci, którzy zdecydują się na Xiaomi 17T Pro, będą mogli kręcić też filmy z rozmyciem tła w rozdzielczości 4K i 60 FPS-ach jednocześnie, a Tryb kinowy Live z funkcją Ultra-HD Live Moment w 4K pozwala uzyskać płynny efekt zoomu za pomocą funkcji Freestyle lub Portrait Live cinematography.

W oprogramowaniu pojawił się również tryb Scena, optymalizujący przechwytywanie obrazu w trudnych warunkach oświetleniowych. Xiaomi 17T Pro sprawdzi się zatem zarówno jako aparat, jak i jako kamera, nie tylko za dnia, ale również po zmroku oraz w zamkniętych pomieszczeniach - w tym np. na halach koncertowych i stadionach.

Xiaomi 17T Pro i Xiaomi 17T - podobieństwa i różnice

Ofertę uzupełnia Xiaomi 17T, mniejszy i tańszy, ale wyposażony w dokładnie ten sam teleobiektyw z 5-krotnym zoomem, co Xiaomi 17T Pro. Identyczne są w nim również obiektywy ultrawide i ten do selfie. Aparat główny z kolei również robi zdjęcia o wielkości 50 Mpix przy ekwiwalencie ogniskowej 23 mm z przysłoną f/1.7; ma jedynie nieco mniejszą matrycę (1/1.55", 1.0µm).

A czym jeszcze pod względem parametrów różnią się od siebie Xiaomi 17T Pro i Xiaomi 17T? W tym tańszym modelu zamontowano nieco mniejszy ekran (6.59”, 2756 x 1268 pikseli, ~460 ppi, 120 Hz), inny procesor MediaTek Dimensity 8500-Ultra (4 nm) z Wi-Fi 6e i akumulator o pojemności 6500 mAh ładowany z mocą 67 W. Poza tym telefony współdzielą ze sobą specyfikację techniczną.

Xiaomi 17T i Xiaomi 17T Pro - kolory, polskie ceny i promocja na start

Xiaomi 17T w bazowej wersji z 256 GB pamięci został wyceniony na jedynie 2999 zł (cena rekomendowana), a to naprawdę niezła kwota jak na to, co smartfon oferuje pod względem specyfikacji i możliwości fotograficznych. Za model z 512 GB przestrzeni na system i dane użytkownika płacimy z kolei 3399 zł (cena rekomendowana). Smartfony są dostępne w trzech kolorach: czarnym, eterycznym fioletowym (Deep Violet) i żywym niebieskim (Deep Blue).

Xiaomi 17T Pro w podstawowej wersji również ma 256 GB pamięci, a jego cena rekomendowana to 3699 zł. Oprócz tego, w sprzedaży dostępne są modele wyposażone w 512 GB i 1 TB przestrzeni dyskowej, których ceny rekomendowane wynoszą odpowiednio 3999 zł i 4499 zł. Niezależnie od tego, na który wariant pojemnościowy się zdecydujemy, możemy wybrać też jeden z trzech kolorów: czarny, ciemnoniebieski (Blue) i ciemnofioletowy (Violet).

Czytaj inne nasze teksty poświęcone marce Xiaomi:

Do tego, w ramach oferty premierowej w sieciach partnerskich, przy zakupie Xiaomi 17T w wersji z 512 GB lub Xiaomi 17T Pro w wersjach z 512 GB lub 1 TB możliwe jest bezpłatne dobranie do zamówienia jednego z dwóch sprzętów o rekomendowanej cenie 1499 zł. Do wyboru są hulajnoga elektryczna Xiaomi Electric Scooter 6 Lite i robot sprzątający Xiaomi Vacuum Cleaner G30 Max.

Biorąc pod uwagę te ceny oraz bonusy, warto rozważyć zakup tych urządzeń w wersji z 512 GB pamięci wewnętrznej. To niezwykle atrakcyjna oferta premierowa, a Xiaomi 17T i 17T Pro to bardzo udane, świetnie wyglądające sprzęty. Aparaty z dużym zoomem, w połączeniu z wysoką wydajnością oraz długim czasem na jednym ładowaniu, to coś, co nabywcy smartfonów w 2026 r. z pewnością docenią, zwłaszcza w tym segmencie cenowym.

Dziennikarz działu technologie. W Grupie Spider’s Web od 2012 r. W swoich tekstach skupia się na Apple’u, telekomunikacji i grach wideo. Jest też felietonistą Rozrywka.Blog, gdzie prowadzi cykl #Nerdcorner poświęcony komiksom, superbohaterom, Gwiezdnym wojnom i wszystkiemu innemu, co geekowe. Jako nastolatek pisał do czasopisma Bike Action i administrował jego forum, a w latach 2011-2016 współpracował z IDG Poland przy magazynie PC World. Odwiedza najważniejsze branżowe targi na całym świecie, wizytuje plany zdjęciowe i pojawia się jako ekspert w telewizji oraz w radiu. W wolnym czasie jeździ na rowerze i łapie Pokemony, a w sieci używa nicka pgkrzywy.

Lokowanie produktu:Xiaomi

  •  

Pika, pika i wybucha. Szkoliłeś drony, a nie Pokemony

pokemon-go-ar-skany-niantic-spatial-vantor-ai-drony-0

Do tego, iż internauci za parę kolorowych pikseli oddają w apkach i grach wideo zarówno swoje dane, jak i pełne listy kontaktów, zdjęcia oraz treść prywatnych rozmów, już przywykliśmy. Z kolei korporacja wykorzystująca graczy do tego, by ćwiczyli wojskowe drony podczas łapania Pokemonów, to jednak mimo wszystko pewne novum, a coś takiego stało się w przypadku hitu od Niantic.

Pokemon GO od początku było kopalnią danych.

Pokemon GO to wydana dekadę temu gra mobilna, która podbiła świat. Pobrały ją miliony ludzi na całym świecie, którzy potem wyszli na ulicę i do parków. Produkcja, w której mapa była cyfrowym odbiciem prawdziwego świata, wymagała udania się do konkretnych fizycznych lokalizacji, bo tylko w nich mogliśmy złapać konkretne kolorowe stworki potrzebne do uzupełnienia swojej kolekcji.

Oprócz tego w grze od początku był tryb AR, czyli Augmented Reality (rzeczywistości poszerzonej), nakładający model stworka na obraz z aparatu w telefonie. Od samego początku tak silne przenikanie się świata wirtualnego z tym realnym budziło uzasadniony niepokój, więc szukaliśmy w tym wszystkim drugiego dna. Teraz się okazuje, iż są w nim kolejne warstwy mułu.

Z jednej strony twórcy tej gry, czyli firma Niantic, zarabiali od samego początku na mikropłatnościach, ale jednocześnie zbierali tonę danych na temat tego, gdzie i jak długo przebywają ludzie - a te dla wielu podmiotów mogły okazać się łakomym kąskiem. Firma wykorzystywała je w przeszłości już na różne sposoby, w tym do szkolenia robotów dostarczających jedzenie. Ale to nie koniec.

Szkolisz drony, nie Pokemony

Jednym z zadań trenerów w Pokemon GO jest ulepszanie zdolności swoich stworków, ale mało kto zdawał sobie sprawę, iż grając, przykłada się rękę do tego, by szkolić wojskowe drony. Okazało się, iż wykorzystano w tym celu pośrednio funkcję dodaną w aktualizacji - ta wymagała zeskanowania aparatem w telefonie komórkowym naszego otoczenia przy PokeStopie w zamian za dodatkowe zasoby.

Gracze długo się zastanawiali, po co właściwie Niantic wysyła armię trenerów do robienia takich skanów. Od początku podejrzewaliśmy, że zebrane dane mogą trafić w cudze ręce, ale sprawa jest bardziej zawiła niż mogłoby się wydawać. Do tego Niantic sprzedało prawa do Pokemon GO firmie Scopely, ale inny dział firmy, ten zajmujący się geoprzestrzenią, funkcjonuje nadal - pod nazwą Niantic Spatial.

Skany z Pokemon GO posłużyły do wytrenowania AI, a z powstałych modeli korzysta teraz właśnie Niantic Spatial, które to weszło w komitywę z firmą Vantor zajmującą się oprogramowaniem do dronów. Do publicznej wiadomości podano, iż obrazów przechwyconych przez graczy nie przekazano na mocy umowy partnerskiej per se, ale… to nie oznacza, iż kontrahent na nich nie skorzysta.

Do czego dronom potrzebne jest AI trenowane na Pokemon GO?

Drony, w tym wojskowe, mogą wykorzystywać nawigację GPS, ale sygnał z satelitów może być zakłócany - zwłaszcza w warunkach bojowych. Z tego powodu twórcy tego typu urządzeń opracowują autonomiczne systemy nawigacji wizualnej i to właśnie w ich projektowaniu oraz trenowaniu pomaga Niantic Spatial, które to przemieliło skany otoczenia wykonane w popularnej grze mobilnej.

Czytaj inne nasze teksty poświęcone dronom:

Vantor, czyli partner Niantic Spatial, ogłosił z kolei, iż będzie współpracował z amerykańską armią, za co przytulił miłą sumkę od rządu Stanów Zjednoczonych. Niantic Spatial pytany o wykorzystanie skanów AR do trenowania swojego AI, zasłania się zaś oczywiście tym, iż gracze przecież sami przekazali je firmie oraz zgodzili się na ich wykorzystanie akceptując regulamin.

I na papierze może się wszystko zgadza, ale fakt, iż grając w niewinnie wyglądającą grę mobilną szkolimy przy okazji wojskowe drony, to po prostu kolejny dowód na to, że niczym przysłowiowa gotowana żaba obudziliśmy się pewnego dnia w Cyberpunku. I tak się żyje w tej globalnej wiosce, meatbagi wespół zespół z clankerami, wśród postępującego gównowacenia.

Dziennikarz działu technologie. W Grupie Spider’s Web od 2012 r. W swoich tekstach skupia się na Apple’u, telekomunikacji i grach wideo. Jest też felietonistą Rozrywka.Blog, gdzie prowadzi cykl #Nerdcorner poświęcony komiksom, superbohaterom, Gwiezdnym wojnom i wszystkiemu innemu, co geekowe. Jako nastolatek pisał do czasopisma Bike Action i administrował jego forum, a w latach 2011-2016 współpracował z IDG Poland przy magazynie PC World. Odwiedza najważniejsze branżowe targi na całym świecie, wizytuje plany zdjęciowe i pojawia się jako ekspert w telewizji oraz w radiu. W wolnym czasie jeździ na rowerze i łapie Pokemony, a w sieci używa nicka pgkrzywy.

  •  

MacBook przestanie odpalać masę aplikacji. Wciąż jest szansa na ratunek

apple-rosetta-2-arm-x86-aplikacje-intel-translacja-macOS-28-0

Apple w 2020 r. wywrócił cały swój ekosystem do góry nogami. Komputery z rodziny Mac, w których przez lata montowane były chipy Intela oparte o architekturę x86, dostały autorskie procesory firmy z Cupertino z rodziny Apple Silicon zbudowane na wzór tych z iPhone’ów i iPadów wykorzystujących od lat ARM. Dało to sprzętom, na których instalowany jest macOS, prawdziwego kopa - zwłaszcza jeśli chodzi o stosunek zapewnianej przez nie mocy obliczeniowej w stosunku do poboru prądu.

Przejście na nową architekturę w komputerach wiązało się z wyzwaniami, zwłaszcza w zakresie kompatybilności softu. Stare apki pisane z myślą o chipach Intela musiały być w locie „tłumaczone”. Aby to osiągnąć, powstała Rosetta 2, czyli mechanizm translatujący - czy to zawczasu, czy to w locie - instrukcje x86 kierowane w stronę procesora ARM, co odbywało się w tle. Z tym jednak koniec. Apple w tym roku odciął pępowinę, a w kolejnym przyłoży poduszkę.

Rosetta 2 zniknie wraz z premierą macOS 28. Co teraz?

Przez ostatnie sześć lat apki pisane na komputery Mac z procesorami Intela były obsługiwane dzięki wspomnianemu mechanizmowi Rosetta 2. Ten był doinstalowywany, gdy tylko otwieraliśmy pierwszy program tego typu na komputerze z procesorem z rodziny Apple M. W tym okresie wielu deweloperów zdecydowało się jednak przepisać swój soft, a lwią większość oprogramowania, które jest aktywnie rozwijane, zmodyfikowano tak, aby działało na chipach Apple Silicon natywnie.

Problem w tym, że nie dotyczy to wszystkich aplikacji będących w użyciu, a te, które zostały przez ich twórców porzucone, aktualizacji już nigdy nie dostaną. Zaprezentowany podczas WWDC 2026 system operacyjny macOS 27 Golden Gate, czyli pierwszy, którego zgodnie z planem nie zainstalujemy na żadnym Maku z procesorem Intela, jest też ostatnim wydaniem, w którym działa Rosetta 2. Za rok pojawi się macOS 28, który aplikacji pisanych z myślą o chipach x86 nie obsłuży wcale.

Jeśli ktoś korzysta z oprogramowania, które nie istnieje w wersji natywnej na procesory Apple’a o architekturze ARM, za rok stanie przed dylematem, czy robić aktualizację do macOS 28. Uaktualnienie nie jest w końcu obowiązkowe, no ale zapewne przyniesie ono masę nowych funkcji - podobnie będzie w przypadku następnych wydań w kolejnych latach. Pozostanie na macOS 27 nie jest bynajmniej rozwiązaniem przyszłościowym. Tylko czy będzie to realnym problemem?

Jak sprawdzić, które apki nie działają natywnie na chipach Apple M?

W internecie są strony www, które agregują informacje o kompatybilności aplikacji z procesorami Apple’a, ale posiadacze Maków mogą sami łatwo sprawdzić, czy nadal korzystają z programów pisanych z myślą o chipach Intela. W tym celu należy wejść do menu Ustawienia | Ogólne | Informacje, odszukać opcję Raport systemowy i ją kliknąć. W nowym okienku po lewej jest sekcja Aplikacje, gdzie zawarta jest lista wszystkich programów, jakie są zainstalowane na komputerze.

Przy każdej z pozycji możemy sprawdzić, w jakim trybie się ona uruchamia, a tabelę możemy posortować tak, aby zgrupować ze sobą apki różnego typu, w tym pisane z myślą o chipach ARM („układ scalony Apple”), zgodne z oboma architekturami (Uniwersalne), jak i te pisane z myślą o procesorach x86 (Intel). W moim przypadku jedynym programem, który po aktualizacji do macOS 28 przestałby działać, jest polskie GOG Galaxy do pobierania gier z GOG-a.

Z tego powodu nie trzęsę portkami przed przyszłym rokiem, ale w przypadku wielu osób na liście mogą pojawić się z dopiskiem Intel kluczowe dla nich programy. Te w systemie macOS 27 Golden Gate będą jeszcze działać, ale za rok po aktualizacji macOS 28 przestaną. Na szczęście rok to sporo czasu na to, by… poprosić deweloperów o to, by przygotowali na czas stosowaną aktualizację. Im więcej osób to zrobi, tym większa szansa, iż programiści poświęcą na to czas.

Oczywiście w niektórych przypadkach może się okazać, iż twórcy oprogramowania nie będą zainteresowani przygotowaniem uaktualnienia - a do tego może się zdarzyć, iż korzystamy z softu, który został już porzucony. Wtedy nie pozostaje nic innego niż znaleźć dla takowego rodzynka zamiennik lub zdecydować się na to, by w przyszłości aktualizacji nie robić. Jeśli zaś dla kogoś żadne z tych rozwiązań nie jest akceptowalne, to będzie mieć spory problem.

A dlaczego w ogóle Apple pozbywa się Rosetty?

Translacja instrukcji x86 tak, by rozumiały je procesory Apple M oparte o architekturę ARM, to coś więcej niż parę linijek kodu. Aby to osiągnąć, Apple musiał projektować swoje procesory w określony sposób. Firma najwyraźniej dojrzała jednak do tego, aby całkowicie odciąć się od procesorów Intela. Zapewne rezygnuje z kompatybilności wstecznej ze starymi apkami, aby ułatwić sobie projektowanie chipów z rodziny Apple Silicon w przyszłości.

Translacja instrukcji ma przy tym negatywny wpływ zarówno na wydajność komputera, jak i pobór energii, a w obu tych obszarach Apple chciałby w świecie komputerów brylować. Skoro zaś większość oprogramowania dostępna jest już natywnie na chipy Apple Silicon, to firma stwierdziła, iż może sobie pozwolić na tak gruntowną zmianę - nawet kosztem tego, iż będzie wiele osób, którym brak mechanizmu Rosetta 2 w macOS 28 będzie doskwierać.

Czytaj inne nasze teksty poświęcone nowościom z WWDC 2026:

Warto też dodać, że to nie pierwszy raz, gdy Apple wykonuje podobny ruch. Dwie dekady temu firma przeszła w końcu z procesorów PowerPC na… te produkowane przez Intela. Wtedy powstała pierwsza wersja Rosetty, aby z perspektywy użytkowników ówczesna zmiana architektury była możliwie jak najmniej problematyczna, a ta po kilku latach zniknęła z kolejnych wersji systemu na komputery Mac. Teraz, po przejściu z chipów x86 na ARM, historia się powtarza.

Dziennikarz działu technologie. W Grupie Spider’s Web od 2012 r. W swoich tekstach skupia się na Apple’u, telekomunikacji i grach wideo. Jest też felietonistą Rozrywka.Blog, gdzie prowadzi cykl #Nerdcorner poświęcony komiksom, superbohaterom, Gwiezdnym wojnom i wszystkiemu innemu, co geekowe. Jako nastolatek pisał do czasopisma Bike Action i administrował jego forum, a w latach 2011-2016 współpracował z IDG Poland przy magazynie PC World. Odwiedza najważniejsze branżowe targi na całym świecie, wizytuje plany zdjęciowe i pojawia się jako ekspert w telewizji oraz w radiu. W wolnym czasie jeździ na rowerze i łapie Pokemony, a w sieci używa nicka pgkrzywy.

  •  

To nie jest już internet dla starych ludzi. Wszyscy jesteśmy robotami

Po raz pierwszy z internetu skorzystałem w latach 90. ubiegłego wieku, kiedy jeszcze nie rozumiałem, jaki będzie ten wynalazek miał implikacje dla całej ludzkości. Doskonale pamiętam wdzwanianie się na nr 0202122 za pośrednictwem modemu podpinanego do linii telefonicznej, który zapewniał transfery rzędu 56 kb/s i taryfikował jako impuls każde kolejne trzy minuty spędzone online.

Jak wczoraj pamiętam to łączenie się ze stoperem w ręku i pobieranie na wyścigi do trybu offline stron www z pełną listą wydanych w Polsce kart do budek telefonicznych, które wówczas kolekcjonowałem. Dopiero później nastała era ADSL, a sam byłem tym niesławnym „dzieckiem Neostrady”. Pojawienie się jej w rodzinnym domu oznaczało nielimitowany czas połączenia. No i nielimitowane transfery.

Koniec nabijania rachunków, cyfrowy świat staje otworem.

Lata później ten otwór stał się co prawda tym, czym jest dzisiaj, no ale początek pierwszej dekady obecnego tysiąclecia to był naprawdę nowy, wspaniały świat! Fora internetowe pełne ludzi chętnych anonimowo rozmawiać na interesujące mnie tematy, programy do pobierania dóbr popkultury, komunikatory pozwalające utrzymywać kontakt ze znajomymi, słowniki online, pierwszy gry multiplayer…

Jak wielu rówieśników zachłysnąłem się tym wszystkim, ale przy okazji czułem się w internecie jak w domu. Pomagał rozwijać moje zainteresowania, a chociaż dało się w nim zatracić i przepalać godziny na surfowaniu, to przynajmniej miałem poczucie, iż to miejsce powstało dla ludzi takich, jak ja. Miesiąc miodowy trwał w praktyce latami, ale wreszcie przyszedł czas na kubeł zimnej wody.

Internet stał się przy tym moim miejscem pracy, a życie zawodowe związałem z siecią już dwie dekady temu. Cieszyło mnie, że tworzyli ją wtedy oddolnie ludzie dla ludzi, ale mimowolnie oddaliśmy władzę korporacjom, algorytmom oraz botom. Sieć stała się siedliskiem reklam i skryptów śledzących, a my, maluczcy, jesteśmy teraz niczym te bateryjki u Wachowskich. Walutą jest zaś nasz czas.

Kiedy internet się aż tak zepsuł?

Globalna sieć to żywy i stale ewoluujący organizm, więc trudno wskazać na osi czasu konkretny moment, gdy z przyjaznego i nieco tajemniczego miejsca stał się elementem naszej kolektywnej i ponurej codzienności. Podłączaliśmy się do tego Matriksa falami. Jak o tym jednak myślę, to kamieniem milowym nie był zaś światłowód, tylko pojawienie się powszechnie dostępnego internetu w… kieszeni.

W czasach, gdy telefony służyły jedynie do dzwonienia i wysyłania SMS-ów, do internetu się w końcu „wchodziło”. Sprawdzanie nowych maili, odpowiedzi na forach i aktualnych newsów było swoistym rytuałem, który wymagał od nas tego, by usiąść na fotelu przed biurkiem i komputer najpierw włączyć. Smartfony z dostępem do internetu mobilnego ten paradygmat zmieniły. Na dobre i na złe.

Niemalże z dnia na dzień obudziliśmy się w rzeczywistości, gdy po wejściu do internetu już nigdy z niego nie wyszliśmy. Powiadomienia z poczty, komunikatorów i serwisów społecznościowych, które wygryzły fora, trafiają do nas w czasie rzeczywistym, a doomscrolling nas demotywuje. Filmów, seriali i gier nie musimy zaś już pobierać, bo są dostępne od ręki w modelu „na żądanie”.

I to wtedy internet trafił szlag.

Nie wiążę tej katastrofy z tą całą sztuczną inteligencją, gdyż nasze łącza zaczęły gnić znacznie wcześniej. Mój pierwszy tekst opublikowany na łamach Spider’s Web, wówczas jeszcze gościnnie, co miało miejsce w 2012 r., nosił tytuł „Cały internet jest w wiecznej wersji beta”. Jak wracam do niego ponad półtorej dekady później to okazuje się, iż… wcale nie stracił na aktualności.

Tam gdzie skupia się uwaga ludzi, tam zaraz znajdą się inni liczący na łatwy zarobek. Z jednej strony mamy Google’a et consortes, czyli korporacje żyjące z wciskania nam reklam, a z drugiej - cyberprzestępców, którzy czekają tylko na to, by wykraść nam dane. Tylko tak jak dwie dekady temu wirus komputerowy dla nornika był najwyżej niedogodnością, tak dziś malware może zniszczyć życie.

Największy problem mam zaś z tym, że tak jak rozwój internetu wystrzelił, tak nikt już nie dba o to, by ten stawał się łatwiejszy w użyciu. Software, z którego korzystamy, pisany jest na kolanie i zwykle trafia na produkcję pełen błędów. „Gównowacenie”, czyli termin ukuty przez Cory’ego Doctorowa już w 2022 r., nadal idealnie opisuje cyfrową rzeczywistość, która jest naszym udziałem.

Komputery zaczęły utrudniać życie

I ja wiem, że dziś mamy znacznie więcej możliwości zarówno jeśli chodzi o dostęp do wiedzy, jak i o możliwość kreatywnej ekspresji, niż dekadę czy dwie temu. Do tego przez te pierwsze kilka lat powszechnego dostępu do stałych łącz wraz z każdą aktualizacją oprogramowania skracał się czas potrzebny na to, by wykonywać konkretne czynności. Doszliśmy jednak do wirtualnej ściany.

Globalna wioska stała się metropolia i tak jak każde imperium zaczyna się zapadać pod własnym ciężarem. Cofnęliśmy się w rozwoju, bo dziś aktualizacje softu utrudniają życie zamiast je ułatwiać. W wynikach wyszukiwania znajdujemy coraz więcej spamu, w tym AI-slopu, a aktywności, które drzewiej były proste jak konstrukcja cepa, są znacznie bardziej upierdliwe.

Nawet tak prozaiczne rzeczy, jak przenoszenie danych na nowy telefon, wkurza. Dekadę temu po kupnie nowego iPhone’a mogłem sklonować na niego zawartość ze starego, a teraz prawie każda apka wymaga już ponownego logowania. Czynność, która zajmowała kilka minut, dzisiaj wymaga godzin. Niby eliminuje to ryzyko, że ktoś wykradnie nam kopię zapasową i odtworzy ją u siebie, ale niesmak pozostaje.

A z tym logowaniem to kto to słyszał!

W historii internetu był ten krótki okres, w którym logowanie się uproszczono do granic możliwości. Podczas zakładania konta menedżer haseł w przeglądarce je dla nas generował, a później w naszym imieniu wpisywał je na ekranie logowania. I nikt nie narzekał do czasu, aż weszli do gry cyberprzestępcy, a ze względu na zalew botów dostanie się na swoje konto dziś wymaga dodatkowych kroków.

Pojawienie się kolejnych poziomów zabezpieczeń sprawiło, że teraz często po otwarciu formularza logowania najpierw musimy podać sam adres e-mail, a dopiero po jego weryfikacji, już w następnym okienku, mamy wklepać z palca lub z użyciem autouzupełniania hasło. Dobrze jest też włączyć uwierzytelnianie dwuskładnikowe, co wymaga podania jeszcze jednorazowego kodu z apki, maila albo SMS-a.

Samo zakładanie kont użytkownika dziś również jest utrudnione. Kiedyś po prostu wymyślaliśmy login oraz hasło i tyle. Z czasem doszły do tego linki aktywacyjne wysyłane na maila, a dziś musimy zwykle rozwiązać jakąś łamigłówkę. Zabezpieczenia typu CAPTCHA stały się solą w oku internautów, zwłaszcza że niektóre implementacje wołają o pomstę do nieba. A królem jest tu Microsoft.

Zakładanie konta w GitHub to bareizm.

GitHub to platforma dla programistów, którą Microsoft wykupił w 2018 r. i od czego czasu ją rozwija. Internauci sobie z tego przejęcia dworują, iż od momentu akwizycji zaczęły się tam piętrzyć problemy, ale by mieć świadomość, iż GitHub nie działa, najpierw trzeba z niego korzystać. Sam miałem zaś potrzebę założyć konto niedawno, by zgłosić błąd w apce dystrybuowanej z użyciem tej platformy.

No i się zaczęło! Microsoft wymyślił bodaj najbardziej irytujące zabezpieczenie typu CATPCHA, jakie się dało. Tak jak zwykle tego typu mechanizmy wymagają wpisania ciągu znaków lub zaznaczenia konkretnych fragmentów obrazka, tak podczas zakładania konta GitHub wymagane jest od nas kilkukrotne wskazanie jednego z ośmiu obrazków, na których stopy ludzika przykrywają dany symbol.

Procedurę musimy powtórzyć kilkukrotnie, a jeśli popełnimy jeden błąd, to wracamy na start bez pobierania 200 eurodolców i zabawę zaczynamy od zera. Najgorsze jest zaś to, iż często te łamigłówki… nie miały prawidłowej odpowiedzi. W rezultacie próbowałem to konto założyć kilkukrotnie na przestrzeni dwóch tygodni za każdym razem odbijając się od wirtualnej ściany.

Konto w serwisie GitHub udało mi się założyć dopiero po kilku tygodniach

Problem z zakładaniem konta GitHub to nie bug, tylko feature.

Z czasem zacząłem gdybać, że może problem nie leży w formularzu, tylko w interfejsie organicznym siedzącym przed monitorem, tj. we mnie; może czegoś tutaj nie kumam? Postanowiłem spytać o to Google’a, który przekierował mnie do portalu Reddit (będącego dziś swoją drogą moim ulubionym serwisem social media, bo mimo swoich wad najbliżej mu do starych dobrych for phpBB by Przemo).

Jak to zwykle bywa w przypadku szukania odpowiedzi na swoje pytania na Reddicie, okazało się, iż w swojej konfuzji nie jestem sam. Masa innych osób od lat również miewa problem z założeniem konta w serwisie GitHub. Część z nich uznała, że nierozwiązywalna łamigłówka to element zabezpieczenia przeciwko botom, który aktywuje się, gdy np. korzystamy z VPN-a lub czegoś podobnego.

Problem w tym, że te „zabezpieczenia” nie działają. Odcinają nie tylko boty, ale i prawdziwych ludzi. Moment, w którym firmie takiej jak Microsoft bardziej zależy na tym, by obronić swoją usługę przed clankerami, a meatbagi jej nie interesują, to ten, w którym mam ochotę z tego pociągu zwanego internetem wysiąść. Tym bardziej że Microsoft nie jest jedyną firmą, gdzie CAPTCHA to horror.

A w dobie AI będzie tylko gorzej.

Twórcy stron internetowych oraz aplikacji muszą zabezpieczać się nie tylko przed cyberprzestępcami, ale i scrapperami, co dodatkowo utrudnia korzystanie z sieci ludziom. Do tego mleko i tak się już rozlało, bo największe korporacje świata rozwijające swoje modele językowe i tak zdążyły już ukraść cały internet, by szkolić te swoje LLM-y, a potem wciskać sztuczną inteligencję i jej twory gdzie się da.

Czytaj inne nasze teksty o internecie w 2026 r.:

Problem w tym, że to całe AI również nie jest dla ludzi, a służy głównie korporacjom. Zachłysnęliśmy się co prawda nowoczesnymi chatbotami, ale z czasem okazało się, iż te halucynują, więc nie można na nich polegać. Sprawdzają się w wąskich zastosowaniach, ale i tutaj ich opłacalność staje pod znakiem zapytania, bo generowanie odpowiedzi nie tylko pali lasy w Amazonii, ale i kosztuje.

Korporacje nie mogą się jednak teraz przyznać przed akcjonariuszami, że wpompowali miliardy w AI, zanim do nich dotarło, iż to bez sensu, więc będą dalej psuć internet, tak jak Google z tymi swoimi głupotkami i kłamstwami nad wynikami wyszukiwania, a w mediach społecznościowych będzie tylko więcej i więcej boomer-trapów. A kto ma zarobić, to i tak zarobi - tylko zwykłych internautów szkoda.

Do tego jakość oprogramowania leci na łeb, a zmiany w Messengerze od Facebooka sprawiają, że tęsknię za starym dobrym Gadu-Gadu

Obserwuj nas w Google Discover

Piotr Grabiec

09.05.2026 09:45

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-05-09T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T21:05:26+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T20:22:18+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T19:28:19+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T19:25:21+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T18:18:04+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T18:16:32+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T18:06:56+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T17:27:46+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T17:19:52+02:00

  •  

Jaka drukarka do firmy? Ta do czerni i bieli, tamta do koloru

Dziś coraz rzadziej mamy potrzebę drukowania papierowych dokumentów. Dziś często faktury za zamówienia wystawiamy w wersji online, a przez internet podpisujemy również umowy z kontrahentami oraz pracownikami zdalnymi. Możliwość archiwizacji w chmurze również pomaga w odwrocie od papieru - nie musimy składować segregatorów w archiwum. To jednak tylko jedna strona medalu.

Drukarka do firmy w 2026

Każdy szef ma świadomość, iż są sytuacje, w których np. fizyczne potwierdzenia transakcji oraz dokumentacja są niezbędne. Do tego jeśli korzystamy regularnie z usług kurierów, to często ci najbardziej opłacalni wymagają samodzielnego drukowania i przyklejania etykiet. Nie powinno być zaskoczeniem, że mimo upływu lat sprzedaż drukarek w Polsce utrzymuje się na stabilnym poziomie.

Ze względu na charakter zmian w świecie biznesu, w tym wdrożenia Krajowego System e-Faktur (KSeF), zmieniły się natomiast oczekiwania firm wobec drukarek, w tym ich wydajności i dodatkowych funkcji. Modele, które sprawdzały się dekadę temu, dzisiaj mogą nie być odpowiednie. Który model drukarki do firmy w takim razie warto wybrać i na co dokładnie warto zwracać uwagę przy zakupie w 2026 r.?

Drukowanie w firmie - list przewozowy dla kuriera

Pytanie o optymalny model drukarki zadaje sobie wielu szefów i zaopatrzeniowców. Sami testowaliśmy w ostatnim czasie dwie z oferty marki HP, którymi są HP LaserJet MFP M234dw i HP Color LaserJet Pro 3202dw. Nie da się jednak polecać takiego sprzętu w próżni. To, która drukarka będzie optymalna, zależy przede wszystkim od tego, ile osób i z jaką częstotliwością będzie z niej regularnie korzystać.

Jaka powinna być nowoczesna drukarka?

Z jednej strony mamy w końcu te większe firmy, które zajmują np. biurowiec lub całe piętro w takowym, w których z firmowej drukarki (lub wręcz kilku drukarek) korzysta co rusz na zmianę i to regularnie cały zespół. Z drugiej są te mniejsze przedsiębiorstwa, w których do biura przychodzi jedynie kilku pracowników, a drukarka jest im niezbędna, ale korzystają z niej jedynie okazjonalnie.

HP Color LaserJet Pro 3202dw (po lewej) i HP LaserJet MFP M234dw (po prawej)

Inne potrzeby mają przy tym wspomniani pracownicy stacjonarni, a inne - zdalni. Ci ostatni zwykle pracują z użyciem narzędzi online, ale w praktyce muszą często drukować dokumenty oraz listy przewozowe, by wysyłać za pośrednictwem kurierów podpisane własnoręcznie papierowe arkusze, czy to bezpośrednio do klientów, czy to do współpracowników bywających w siedzibie firmy.

Niezależnie przy tym od tego, gdzie i jak będziemy korzystać z drukarki, stabilna łączność bezprzewodowa jest kluczowa. Podpięcie drukarki do sieci Wi-Fi pozwala drukować materiały z dowolnego urządzenia - czy to komputerów, czy to tabletów i smartfonów. Warto też się zastanowić, czy potrzebujemy jedynie opcji drukowania, czy też również kserowania i skanowania.

HP Color LaserJet Pro 3202dw (po lewej) i HP LaserJet MFP M234dw (po prawej)

Drukarka w firmie: kolorowa czy monochromatyczna?

Podczas wybierania drukarki do firmy rekomendujemy te z tonerem laserowym, który zapewnia wyższe prędkości drukowania niż modele atramentowe - a to istotne, gdy wiele osób korzysta z nich na zmianę). Nie ma tu też ryzyka zasychania tonera, a wydajność wkładu jest dużo wyższa. Drukarki laserowe zapewniają też niższy koszt wydruku pojedynczej strony oraz wskaźnik TCO (Total Cost of Ownership).

Bez podjęcia kluczowych decyzji się jednak nie obejdzie. Podstawową kwestią jest to, czy planujemy drukować jedynie w czerni i bieli, czy też w kolorze. Modele monochromatyczne są tańsze w zakupie i w eksploatacji i sprawdzają się przy raportach, umowach i fakturach. Drukarki kolorowe cieszą się popularnością tam, gdzie zajmujemy się tworzeniem materiałów marketingowych, ofert handlowych itd.

Drukowanie w kolorze z użyciem aplikacji HP

Jak już zrobimy rachunek sumienia i precyzyjnie określimy potrzeby, bo ta dotychczas używana drukarka się popsuła, zużyła lub nie spełnia oczekiwań, możemy przejść do procesu wybierana konkretnego modelu. Warto postawić na sprzęt renomowanej firmy, a właśnie taką jest HP. Producent ma dekady doświadczenia w tej branży. Przyjrzyjmy się bliżej dwóm drukarkom, które samodzielnie testowaliśmy.

Drukarka monochromatyczna HP LaserJet MFP M234dw

Ta drukarka, a właściwie urządzenie wielofunkcyjne z serii HP LaserJet, kierowana jest do firm, których pracownicy - stacjonarni oraz zdalni - potrzebują zadrukowywać kartki dwustronnie w czerni i bieli. HP LaserJet MFP M234dw z tym zadaniem radzi sobie świetnie, a do tego ten konkretny model pod względem szybkości atomatycznego wydruku dwustronnego (duplex) jest liderem w swojej kategorii.

HP LaserJet MFP M234dw to szybka drukarka monochromatyczna

HP LaserJet MFP M234dw to drukarka kompaktowa (36,8 x 43,37 x 24,14 cm), więc bez problemu uda się ją w odpowiednim miejscu, by mieć do niej później wygodny dostęp. Na wyposażeniu mamy tutaj automatyczny podajnik dokumentów oraz niezawodny moduł łączności bezprzewodowej z opcją automatycznego resetowania. Dzięki temu  urządzenie samo poprawi stabilność łącza.

Do tego, jeśli zależy nam przy tym na długotrwałej pracy bez zakłóceń, to w przypadku tego modelu możemy zdecydować się przy tym na opcjonalne wkłady drukujące o dużej pojemności. Zapewni to spokój na długi czas i sprawdzi się przede wszystkim w tych biurach, gdzie z drukarki takiej jak HP LaserJet MFP M234dw korzysta często kilka osób na zmianę.

HP LaserJet MFP M234dw może służyć do skanowania…

Nie zabrakło oczywiście portu USB i opcji podłączenia poprzez Ethernet, jeśli układ biura lub mieszkania na to pozwala. Urządzenie ma też funkcję skanowania oraz kopiowania, co przeprowadzane jest sprawnie ze względu na fakt obecności automatycznego podajnika dokumentów (ADF). Do obsługi sprzętu służą inteligentne przyciski, które pojawiają się, gdy akurat są potrzebne oraz apka HP.

A co z firmami, które potrzebują nowego sprzętu tego typu, ale niekoniecznie z aż tyloma dodatkowymi funkcjami, bo i tak by z nich nie korzystały? Dobrym wyborem może być inny, tańszy model z tej samej serii, czyli HP LaserJet M209dw. Nie ma wyświetlacza oraz funkcji skanowania i kopiowania, ale jak już zacznie pracę, to również drukuje w czerni i bieli z prędkością do aż 29 str./min.

…oraz do kopiowania dokumentów w firmie

Drukarka kolorowa HP Color LaserJet Pro 3202dw

W przypadku większych zespołów, które potrzebują potężniejszego sprzętu, i to w dodatku takiego, który drukuje również w kolorze, dobrym wyborem będzie HP Color LaserJet Pro 3202dw. W przypadku tego modelu możemy liczyć na wydruki świetnej jakości - zarówno klasyczne, jak i dwustronne. Sprawdzi się w tych nieco większych biurach - jej wydajność to do 40 tys. stron miesięcznie.

W przypadku firm bardzo istotne jest bezpieczeństwo, a drukarka HP Color LaserJet Pro 3202dw dostała proaktywne, dynamiczne zabezpieczenia (w tym ochronę Wolf Pro Security). Urządzenie jest w stanie realizować automatyczne dwustronne drukowanie w kolorze z prędkością do 26 str./min. (w formacie letter/A4).

HP Color LaserJet Pro 3202dw zapewnia druk w kolorze

Jakość obrazu jest przy tym przednia, co jest zasługą tonera HP TerraJet nowej generacji. Dzięki temu, iż drukować można przez długi czas bez czynności konserwacyjnych pozwala pracownikom skupić się na prowadzeniu działalności bez niepotrzebnych, kosztownych przestojów.

Rozbudowane funkcje administracyjne z kontrolą dostępu i zabezpieczenia klasy biznesowej to jednak nie wszystko. Również i w tym przypadku mamy intuicyjny panel sterowania, dwuzakresowe Wi-Fi z automatyczną poprawą stabilności połączenia oraz porty Ethernet i USB. Urządzenie nie zużywa przy tym niepotrzebnie prądu, gdyż zużycie energii jest optymalizowane dzięki technologii Auto-On/Auto-Off.

HP Color LaserJet Pro 3202dw ma dwa podajniki papieru

W przypadku firm, które potrzebują drukarki o tak wysokiej wydajności, ale bez funkcji drukowania w kolorze, dobrym wyborem może być inny model z tej samej serii, czyli HP LaserJet Pro 3002dw. W jego obudowie zabrakło co prawda wyświetlacza, ale za to ma większy odbiornik na arkusze (150 szt.) i jeszcze szybciej radzi sobie z drukiem (do 33 str./min.).

Która z drukarek lepiej sprawdzi się w firmie?

To zależy przede wszystkim od tego, czy zajmujemy się drukowaniem dokumentów w czerni i bieli, czy też zależy nam na kolorze, bo np. w dokumentach pojawiają się często wykresy itd. W tym drugim przypadku dobrym wyborem będzie HP Color LaserJet Pro 3202dw. To drukarka o wysokiej wydajności.

HP Color LaserJet Pro 3202dw (po lewej) i HP LaserJet MFP M234dw (po prawej)

Jeśli zainteresowani jesteśmy drukarką monochromatyczną, a mamy duży zespół potrzebujący do niej dostępu, to warto przyjrzeć się modelowi HP LaserJet Pro 3002dw. Jego zaletą jest bardzo duża szybkość wynosząca do 33 str./min. Do tego na pierwszą kartę czekamy zaledwie 7 sekund, a dobrze wiemy, że każda sekunda przed ważnym spotkaniem jest na wagę złota.

W przypadku mniejszych firm oraz pracowników zdalnych, którzy oprócz drukowania potrzebują od czasu do czasu dokument zeskanować i skopiować, warto postawić na urządzenie wielofunkcyjne HP LaserJet MFP M234dw ze względu najwyższą szybkość druku w tej klasie. Jeśli zaś skanowanie oraz kopiowanie potrzebne nie będą, decydując się na HP LaserJet M209dw można nieco zaoszczędzić.

Drukowanie dokumentów z użyciem HP Color LaserJet Pro 3202dw

Dlaczego warto wybrać drukarkę HP?

Poza zaletami opisanymi powyżej, mamy tutaj do czynienia z marką, która zdaje sobie sprawę, iż klienci biznesowi bywają sfrustrowani sprzętem kiepskiej jakości o wysokich kosztach eksploatacji. Wiedzą, że w przypadku tego typu sprzętów niska cena nie jest jedyną rzeczą, na którą nabywcy zwracają uwagę. Sprzęt musi być niezawodny - inaczej naraża nas na niepotrzebne koszty.

Do tego dochodzi wspomniana aplikacja o prostej nazwie HP, która jest niezwykle prosta i intuicyjna w obsłudze oraz ułatwia konfigurację sprzętu. Pliki do druku można udostępniać również bezpośrednio z poczty elektronicznej lub chmury, w tym z usług takich jak Google Drive czy Dropbox. Apka wysyła do użytkownika w dodatku powiadomienia podczas drukowania, skanowania lub kopiowania.

Drukowanie z użyciem sieci Wi-Fi za pośrednictwem aplikacji HP

W przypadku urządzeń HP, które mieliśmy okazję osobiście testować w redakcji, możemy liczyć na niezawodność, wydajność oraz niski koszt pojedynczego wydruku. Z tego powodu, jeśli planujecie zakup drukarki do firmy, to takie modele HP LaserJet MFP M234dw i HP Color LaserJet Pro 3202dw możemy szczerze polecić - bo sprawdziły się w naszym przypadku.

W ofercie marki znajduje się na szczęście masa innych sprzętów z tej kategorii, w tym tańszych, co dotyczy oczywiście serii 200 i HP 3000, takich jak np. wspomniane HP LaserJet M209dw i HP LaserJet Pro 3002dw. Z pełną ofertą możecie zapoznać się na stronie internetowej HP, gdzie opisano funkcje dostępne w konkretnych modelach, co będzie pomocne przy podejmowaniu decyzji o zakupie.

Obserwuj nas w Google Discover

Piotr Grabiec

10.04.2026 08:00

Lokowanie produktu: HP

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-10T07:24:28+02:00

Aktualizacja:

2026-04-10T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-10T06:44:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-10T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-10T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-10T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-10T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-09T21:48:27+02:00

Aktualizacja:

2026-04-09T21:22:06+02:00

Aktualizacja:

2026-04-09T20:23:56+02:00

Aktualizacja:

2026-04-09T19:31:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-09T19:07:30+02:00

Aktualizacja:

2026-04-09T18:35:09+02:00

Aktualizacja:

2026-04-09T18:13:19+02:00

Aktualizacja:

2026-04-09T18:07:28+02:00

Aktualizacja:

2026-04-09T17:18:44+02:00

Aktualizacja:

2026-04-09T16:48:12+02:00

Aktualizacja:

2026-04-09T16:07:01+02:00

Aktualizacja:

2026-04-09T15:36:07+02:00

Aktualizacja:

2026-04-09T14:44:46+02:00

  •  

Jaki router do światłowodu kupić? 5 propozycji na każdą kieszeń

Stałe łącze internetowe jest usługą, która może być świadczona z użyciem wielu różnych technologii. Z początku korzystaliśmy z modemów podłączanych do linii telefonicznej, a potem przeszliśmy na technologię ADSL wykorzystującą kable miedziane. Potem przyszła jednak rewolucja w postaci światłowodu, który zapewnia znacznie lepsze parametry połączenia - i to nie tylko w kwestii przepustowości, ale również stabilności i długowieczności, bo kable nie są podane na korozję.

Czytaj inne nasze teksty poświęcone łączom światłowodowym:

Wykupując usługę internetu stacjonarnego dostajemy zwykle od operatora sprzęt, który będzie zwykle w pełni wystarczający dla zwykłego użytkownika, ale osoby o nieco wyższych wymaganiach w stosunku do łącza (w tym np. gracze) lub mieszkańcy piętrowych domów mogą rozważyć zakup lepszego routera we własnym zakresie, aby poprawić parametry domowej sieci. Wybierając router do światłowodu musimy zaś ustalić sobie budżet. Dobry sprzęt sieciowy można kupić już za kilkaset złotych, ale niektóre modele potrafią kosztować i kilka tysięcy.

Przed zakupem musimy również sobie odpowiedzieć na pytanie, czy potrzebujemy routera do gier - bo modele gamingowe mają dodatkowe funkcje dla graczy. Inne pytanie dotyczy tego, czy wystarczy nam jedno urządzenie (zwykle decydują się na to właściciele mieszkań), czy też potrzebujemy kilku łączących się ze sobą routerów w ramach tzw. Mesha (to dobre rozwiązanie do domów jednorodzinnych). A jakie modele są faktycznie warte uwagi? Sprawdźmy.

Do niedzielnego gamingu: MSI RadiX AX6600

Ten router przypadnie do gustu fanom gier wideo, którzy nie chcą wydawać na sprzęt sieciowy majątku. MSI RadiX AX6600 za niecałe 700 zł to trzyzakresowy router gamingowy. Urządzenie wyposażono w moduł Wi-Fi 6, a za osiąganie prędkości sieci domowej na poziomie 6600 Mb/s odpowiada to, że urządzenie łączyć się podwójnie na paśmie 5 GHz oraz na paśmie 2,4 GHz jednocześnie.

W obudowie routera znalazło się też miejsce na złącze Ethernet WAN/LAN 2.5G i 4x Ethernet 1 Gbe. Za wydajność odpowiada czterordzeniowy procesor, któremu producent zapewnił wydajny mechanizm chłodzący. Oprogramowanie routera MSI RadiX AX6600, wykorzystujące sztuczną inteligencję, dba o nadawanie odpowiednich priorytetów wybranym pakietom danych, aby rozgrywka była maksymalnie płynna.

SPRAWDŹ OFERTĘ

Amazon

Tani mesh do dużych domów: TP-Link Deco X50

TP-Link Deco X50 z Wi-Fi 6 to coś więcej niż pojedynczy router. W zestawie otrzymujemy trzy urządzenia, które łączą się ze sobą w ramach sieci Mesh. Tylko jedno z nich musi być podłączone bezpośrednio do routera z modemem od operatora albo bezpośrednio do gniazdka w ścianie. Pozostałe dwa mogą łączyć się z tym głównym, przekazując sygnał dalej, poprawiając zasięg sieci domowej.

Dzięki sieci typu Mesh możemy objąć zasięgiem tej samej głównej sieci Wi-Fi znacznie większy obszar niż w przypadku pojedynczego urządzenia - jak dobre by nie było. Tego typu rozwiązania, takie jak TP-Link Deco X50 za 729 zł, przydadzą się przede wszystkim osobom mieszkającym w dużych piętrowych domach z ogrodem. Pozwoli to cieszyć się szybkim internetem dosłownie wszędzie na terenie posesji.

Wi-Fi 7 za małą kasę: Tenda TE6L Pro

Wi-Fi 7 to nowy i przyszłościowy standard, ale mało osób ma jak na razie sprzęty (telefony, laptopy, konsole itd.), które go obsługują. Kupując dzisiaj router możemy zaoszczędzić, decydując się na taki, który obsługuje starszy standard taki jak np. Wi-Fi 6 lub Wi-Fi 6e. Jeśli jednak zależy nam na zakupie na lata, to warto na router z jeszcze nowszym Wi-Fi postawić już dziś.

Dobrym przykładem takiego routera jest Tenda TE6L Pro za nieco ponad 300 zł, do którego mogą podpiąć się najróżniejsze sprzęty z Wi-Fi 7, takie jak np. konsola PlayStation 5 Pro osiągając wysoką przepustowość transferu danych. Urządzenie wygląda przy tym nieźle - ma wystające anteny, ale nie jest przynajmniej smutną szarą skrzynką. Do tego ma wbudowany port Ethernet 2.5G i 3x Ethernet 1 Gbe.

Screenshot

Dla wymagających graczy: ASUS ROG Rapture GT-BE19000

Jesteś graczem i nie chcesz iść na żadne kompromisy? No to w takim razie postaw na ten sprzęt marki Asus. ROG Rapture GT-BE19000 to topowy router z najwyżej półki, który wyposażono w moduł Wi-Fi 7 oraz masę zaawansowanych technologii takich jak modulacja 4096-QAM. Operuje na kanałach o szerokości aż 320 MHz i może działać trójzakresowo, co zapewnia przepustowość rzędu do 19 Gb/s.

ASUS ROG Rapture GT-BE19000 podczas łączenia się ze sprzętami wyposażonymi w moduły Wi-Fi 7 może komunikować się z użyciem pasm 2,4 GHz, 5 GHz i 6 GHz jednocześnie dzięki technologii MLO. A co z łącznością przewodową? W obudowie znalazł się dedykowany grom port 10 G, a maksymalną wydajność i niskie opóźnienia w grach wideo zapewnia tryb Game Boost. Cena? Niecałe 2000 zł.

Mesh z wyższej półki: TP-LINK Deco BE85

Jeśli wiesz, że potrzebujesz szybkiej sieci na terenie całego domu i ogrodu, a do tego możesz pozwolić sobie na zakup sprzętu z wyższej półki, to dobrym wyborem będzie TP-LINK Deco BE85. To zestaw dwóch atrakcyjnie wyglądających urządzeń sieciowych łączących się w ramach sieci Mesh upchanych najnowszymi technologiami, z modułami Wi-Fi 7 na czele o przepustowości do 19 Gb/s.

Routery mogą przesyłać dane za pomocą 12 równoległych strumieni, a do tego w ich obudowach znalazło się miejsce na dwa szybkie porty WAN/LAN o przepustowości 10 Gb/s oraz dwa dodatkowe 2,5 Gb/s. Nie zabrakło oczywiście obsługi trybu MLO do łączenia trzech pasm w ramach Wi-Fi 7 oraz dodatkowej ochrony danych za sprawą TP-Link HomeShield. Cena? Dwupak to koszt 3249 zł.

A jaki światłowód wybrać?

Jeśli szukasz łącza o zadowalających parametrach w dobrej cenie, to warto przyjrzeć się ofercie Plusa, który brylował w naszym rankingu światłowodów do gierserwisów VOD i wideokonferencji. Zapewnia on w ramach pakietu Plus Oferta S łącze o przepustowości do 300 Mb/s za jedyne 40 zł miesięcznie po uwzględnieniu rabatów za e-fakturę i zgody marketingowe (w niektórych wypadkach trzeba dopłacić 20 zł/mies., co zależy od typu infrastruktury i zabudowy).. Usługi świadczone są w oparciu o łącza PON, HFC lub ETTH.

Umowę z Plusem podpisujemy na dwa lata, a ceny po przejściu na czas nieokreślony rzecz jasna rosną, ale jedynie o 5 zł/mies. Opłata aktywacyjna jest z kolei jednorazowa i wynosi w tym przypadku 60 zł. Warto jednak pamiętać, że dokupując inne usługi, obniża się koszt aktywacji o połowę oraz… obniża sumaryczny koszt. Dodatkowym profitem, na jaki możemy liczyć w przypadku oferty Plusa jest wliczony w cenę internet mobilny 5G. Na karcie SIM idealnej np. do tabletu mamy pakiet 5 GB odnawiany co miesiąc.

Obserwuj nas w Google Discover

Piotr Grabiec

08.04.2026 14:00

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-08T13:28:22+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T12:53:18+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T12:12:39+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T11:32:22+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:46:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:19:15+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T10:00:13+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T09:28:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T08:11:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T07:26:03+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:41:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:31:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:21:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-08T06:11:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:45:42+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:42:45+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T21:20:40+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:58:43+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T20:27:25+02:00

  •  

Antyterroryści w Warszawie. To nie były ćwiczenia

antyterrorysci-w-warszawie-to-nie-byly-cwiczenia

Do tego typu wiadomości przyzwyczajeni nie jesteśmy - kojarzą nam się raczej z filmami i serialami. Nic dziwnego, że informacja o akcji policyjnej, podczas której uzbrojeni funkcjonariusze z użyciem policyjnego helikoptera Black Hawk spuszczali się na linach na dach budynku polskiej stolicy, odbiła się w sieci szerokim echem. Z rana do internetu trafiło nagranie, na którym widać funkcjonariuszy w akcji.

Nagranie pojawiło się na profilu TVN24 w mediach społecznościowych. Wiele osób z rana zastanawiało się, czy to może jedynie jakieś ćwiczenia, a może przerobione nagranie z innego kraju lub klip w całości przez AI. Sytuacja, która miała miejsce 7 kwietnia 2026 r. nad blokiem w okolicach Ronda Radosława, a konkretnie przy ulicy Kłopot 2 w stolicy, była jednak zaplanowaną akcją policyjną.

Co robili antyterroryści w Warszawie?

Wedle ustaleń Radia Zet, policyjny śmigłowiec Black Hawk zatrzymał się nad blokiem w okolicy Ronda Radosława w Warszawie, a uzbrojeni funkcjonariusze spuścili się z niego na linach. Przed budynkiem zatrzymało się kilka ciemnych, nieoznakowanych pojazdów. Operację przeprowadziły oddziały antyterrorystyczne, których celem była grupa przestępcza nielegalnie produkująca farmaceutyki.

Wedle ustaleń dziennikarz śledczego Radia ZET, Mariusza Gierszewskiego, akcję przeprowadzili antyterroryści z Centralnego Pododdziału Kontrterrorystycznego Policji, „BOA” po tym, jak gliwicka prokuratura wystawiła nakaz zatrzymania 11 osób. Wydarzenia miały miejsce ok. godz. 6:00, a taras został zabezpieczony, gdyż mógł być drogą ucieczki osób znajdujących się w budynku.

Czytaj inne nasze teksty poświęcone pracy policji:

Informacje o tym, iż ta akcja służb, w tym policji we wsparciu kontrterrorystów, miała miejsce, a nie były to jedynie ćwiczenia, wedle Radia ZET potwierdziła Katarzyna Nowak, dyrektorka biura komunikacji społecznej Komendy Głównej Policji. Obecnie czekamy na oficjalne oświadczenie policji w tej sprawie.

Obserwuj nas w Google Discover

Piotr Grabiec

07.04.2026 12:11

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-07T12:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T11:03:57+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T11:00:37+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T09:51:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T09:21:22+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T08:01:13+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T06:33:49+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T06:19:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T06:18:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T05:56:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T05:17:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T08:32:00+02:00

  •  

System kaucyjny ma jedną zaletę. Nadrobiłem podcasty

system kaucyjny problem kolejki

System kaucyjny budzi emocje, często sprzeczne i to w tych samych ludziach. Wiem to po sobie. Tak jak co do zasady popieram inicjatywy, których celem jest ograniczenie negatywnego wpływu działalności człowieka na środowisko naturalne, tak implementacja tego pomysłu mogłaby być lepsza. Dziś przypomina mi groźby wobec piratów, którymi raczeni byli właściciele legalnych DVD.

Zazdrościłem systemu kaucyjnego zachodnim sąsiadom, a teraz wkurzam się, że muszę w domu składować powietrze, bo butelek po mineralnej ani puszek nie można teraz zgniatać (podczas gdy do zgniatania ich byłem kondycjonowany przez ostatnie trzy dekady). Do tego kaucjomaty powinny być stawiane nie tylko w sklepach, ale również, a może przede wszystkim, przy altankach śmietnikowych.

No i maszynom nie można ufać.

Ja wiem, że system kaucyjny dopiero co się pojawił, ale zwracanie opakowań po napojach to jak upierdliwa gra w ruletkę, a jego twórcy dostrzegają nie te problemy, które powinni. Często spotykam się z sytuacją, iż butelkomaty i puszkomaty, tak po prostu, nie działają. Problem z ich awaryjnością musi być przy tym powszechny - niektóre punkty usługowe czekają na przyjazd serwisantów tygodniami…

Do tego sprzedawcy w sklepach, gdzie maszyn nie ma, często odmawiają przyjęcia puszek i butelek, mimo że nalepka na drzwiach informuje o tym, że dana placówka takowe przyjmować powinna. Do tego czasem jesteśmy świadkami tego, że system kaucyjny naprawdę działa, gdy osoba w kolejce przed nami przyniosła ze sobą akurat tego dnia o tej porze kilka dużych czarnych worków pełnych opakowań.

Osobnym problemem jest to, iż pod kaucjomatami bywa… brudno. Z przewracających się puszek wyciekają resztki coli, soków i piwa, tworząc breję akurat w miejscu, w którym trzeba stanąć, aby zwrócić swoje opakowania. Nie w każdym sklepie pracownicy mają czas, by na bieżąco sprzątać - ale ich nie winię, bo i tak muszą teraz poświęcać czas na latanie z workami na zaplecze, gdy maszyna się zapełni.

A co mają wspólnego system kaucyjny i samochody elektryczne?

Przede wszystkim to, że w imię ekologii zmuszeni jesteśmy rozwiązywać problemy, których wcześniej nie mieliśmy. W przypadku aut elektrycznych, które ładują się znacznie dłużej, niż trwa zatankowanie baku, ich zwolennicy szafują argumentem, iż „w czasie ładowania mogą zjeść obiad, pooglądać seriale lub posłuchać podcastu”. Idąc oddać puszki i butelki, muszę wychodzić z tego samego założenia.

Wczoraj, z zegarkiem w ręku, czekałem bite 20 minut, aż osoba przede mną skończy wrzucać przyniesione opakowania - chyba biła rekord. Z jednej strony cieszy, że fura śmieci nie trafiła do lasu, ale proces wydłużał fakt, iż część z opakowań nie miała kodów, inne były nieco zgniecione i trzeba było je do maszyny wkładać kilkukrotnie, a w przypadku butelek trzeba było je najpierw… nadmuchać.

Czytaj inne nasze teksty poświęcone systemowi kaucyjnemu:

Na szczęście nauczyłem się już, że jak teraz idę do sklepu na zakupy, a przy okazji odnoszę do niego śmieci, to muszę rezerwować sobie po prostu znacznie więcej czasu, niż do tej pory. Do tego czekanie, aż współobywatele zwrócą swoje puszki i butelki to dobry moment na to, by stanąć z boku i albo oddać się zadumie, albo puścić sobie jakiś zaległy podcast.

Tylko z tymi obiadami gorzej, bo jak pójdę coś zjeść, to miejsce w kolejce mi ucieknie.

Obserwuj nas w Google Discover

Piotr Grabiec

07.04.2026 06:19

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-07T06:18:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T05:56:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-07T05:17:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T08:32:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T08:17:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T08:02:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T07:32:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T07:17:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T06:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-06T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-05T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-05T16:10:00+02:00

  •