Widok czytania

Pomysł państwowego Tindera rozpalił sieć. Brzmi absurdalnie, ale może jest w tym sens?

Rządowy Tinder nie istnieje. Ale wyobraźmy sobie, że powstał – nie dla zysku, jak popularne aplikacje, które żerują na singlach, lecz po to, żeby naprawdę połączyć samotne serca. W takim świecie pary byłyby szczęśliwe, rodziłyby się dzieci, a Polska mogłaby wreszcie zażegnać kryzys demograficzny. Żylibyśmy długo, szczęśliwie i… stadnie. A teraz? Czas się obudzić. Ostatnio nagłówki rozgrzało hasło "państwowy Tinder". Bo jak to, rząd uruchamia aplikację randkową? A od kiedy? Jak będzie wyglądała? I czy rząd będzie odtąd zaglądał nam do łóżek? Otóż nie będzie, bo taka aplikacja nie powstała.  Wszystko zaczęło się od Anny Gromady, socjolożki, która w swoim eseju pisanym dla  "Polityki Insight”, powołując się na twarde dane, dowiodła, że Tinder jest średnio skuteczny. Bo choć aż 70 proc. ludzi szuka miłości w wirtualnym świecie, to jedyne 9 proc. udało się stworzyć stały związek.  A jak nie ma z tego stałej relacji, małżeństwa, to trudno o dzieci. Jak nie ma dzieci, to zaczyna się kryzys demograficzny. W Polsce jest już źle, a będzie jeszcze gorzej. Dane GUS nie pozostawiają złudzeń: współczynnik dzietności spadł w ubiegłym roku do rekordowo niskiego poziomu 1,099. Jeśli trend się utrzyma, do 2060 roku w Polsce zamieszkiwać będzie zaledwie 28,4 mln Polaków. A na dodatek taplamy w uporczywej samotności, czego współczuje nam regularnie dziennikarz Polsat News, Grzegorz Jankowski.  Przytulamy się do psów, głaszczemy koty i zajadamy popcorn przed Netflixem.  Jak to wszystko uratować? Otóż na łamach Klubu Jagiellońskiego pojawiła się myśl, że może nasza samotność jest winą komercyjnych aplikacji randkowych, które wcale nie chcą nam pomóc odnaleźć miłości życia. Którym wcale nie zależy, żebyśmy z kimś byli. Ja to wiem już od socjologa prof. Tomasza Szlendaka, którego "Miłość nie istnieje" przeczytałam jednym tchem, a niedługo pokażę Wam wywiad z nim. Uwierzcie, on nie owija w bawełnę: mówi bez ogródek, że aplikacje randkowe to zwykły biznes.  I zaczęło się gdybanie: jeśli powstałaby niekomercyjna, państwowa aplikacja randkowa, to czy pomogłaby nam połączyć się w pary? Byłaby lekiem na samotność, niską dzietność, życiowe porażki w życiu prywatnym? Czy taka platforma miałaby szansę stworzyć relacje, które przetrwają? I internet zawrzał. Jeszcze goręcej zrobiło się, gdy Mateusz Łakomy, autor książki Demografia jest przyszłością, w rozmowie z Klubem Jagiellońskim podkreślił, że gdyby powstała platforma matchmakingowa, powinna ona łączyć ludzi w oparciu o kryteria naukowo powiązane z trwałością związku i możliwością założenia rodziny. Bo zdjęcia to za mało. Jego zdaniem kluczowe znaczenie mają status społeczno-ekonomiczny, wykształcenie, zawód, dochody oraz subiektywna pozycja w społeczeństwie. Każdy użytkownik wypełniałby szczegółową ankietę: wiek, wartości, plany życiowe, wykształcenie, zainteresowania i inne dane. Algorytm na ich podstawie selekcjonowałby ograniczoną, dobrze dopasowaną pulę profili, zamiast pozwalać na bezkresne przeglądanie setek przypadkowych osób – co, jak tłumaczy Łakomy, prowadzi tylko do frustracji i ciągłego niezadowolenia. Łakomy podkreślił, że platforma musiałaby być atrakcyjna dla użytkownika. Zaznaczył, że jeśli wyglądałaby jak strona urzędu skarbowego, nikt by w nią nie kliknął, natomiast nowoczesny, przyjazny interfejs sprawiłby, że przestałoby mieć znaczenie, kto stoi za serwisem. Niekomercyjne aplikacje matchmakingowe nie są niczym nowym. Cieszą się dużym powodzeniem na przykład w Azji czy USA. Dlaczego więc Polska nie miałaby pójść tą drogą? Rolnik szuka żony Jako że eksperci puścili wodze fantazji na temat rządowego Tindera, postanowiłam zrobić to samo. Gdyby rzeczywiście powstała taka niekomercyjna aplikacja, to czy zwiększyłaby liczbę par w Polsce? I czy miałaby szansę stać się skuteczną, państwową swatką? O to pytam prof. Piotra Szukalskiego, demografa i gerontologa z Uniwersytetu Łódzkiego. – To nie działa w tak prosty sposób – mówi wprost. – W praktyce większość aplikacji randkowych jest wypełniona profilami w pewnym stopniu upiększonymi i często niewiele mającymi wspólnego z rzeczywistością. Trzeba też pamiętać, że dla zdecydowanej większości osób poszukiwanie partnera ogranicza się do relatywnie bliskiej przestrzeni. Niewielu ludzi jest gotowych spotykać się nawet z kimś idealnym, jeśli mieszka on na drugim końcu kraju. Najczęściej akceptowany dystans to kilkadziesiąt kilometrów – powiedzmy 20–50 km – w którym ktoś jest gotów sprawdzić, czy taka relacja ma sens. Profesor zwraca uwagę, że w Polsce występują bardzo duże różnice w liczbie wolnych kobiet i mężczyzn w zależności od miejsca zamieszkania. – Programy telewizyjne pokazujące samotnych chłopaków z Podlasia, którzy szukają żony, nie biorą się znikąd. Z wielu obszarów wiejskich młode kobiety wyjeżdżają częściej niż mężczyźni, co prowadzi do niedoboru kobiet na tych terenach. – Z kolei w największych miastach i powiatach je otaczających sytuacja jest odwrotna – tłumaczy profesor. – Wśród osób około trzydziestoletnich, które zaczynają poważnie myśleć o trwałym związku, kobiet jest często o 10–20 procent więcej niż mężczyzn w tym samym wieku. Pojawia się więc problem niedopasowania przestrzennego. Skupiska młodych kobiet znajdują się przede wszystkim w dużych miastach, podczas gdy tereny peryferyjne to miejsca, gdzie na stu mężczyzn przypada zaledwie 80–85 kobiet w tej grupie wieku. Co mogłoby więc zrobić państwo, żeby pomóc nam stworzyć parę? – Być może część działań mogłyby podejmować samorządy – odpowiada prof. Szukalski. – Proste inicjatywy, jak organizowanie wydarzeń integracyjnych czy imprez tanecznych dla osób między 25. a 35. rokiem życia stanu wolnego, tworzą przestrzeń, w której ludzie o podobnym etapie życia mogą się spotkać i poznać. Profesor podkreśla jednak, że władze publiczne mają większe możliwości nie tyle w kojarzeniu ludzi, ile w zachęcaniu do formalizowania związków. – Innym przykładem mogą być rozwiązania mieszkaniowe – kontynuuje demograf. – Podobne mechanizmy funkcjonowały już ponad 20 lat temu: kredyt mieszkaniowy z częściową dopłatą państwa do odsetek, pod warunkiem że było to pierwsze mieszkanie kupowane przez parę małżeńską lub pierwsze własne mieszkanie każdego z partnerów w takim związku. Takie rozwiązania tworzą dodatkową zachętę do zakładania i stabilizowania związków. Czyli rządowy Tinder nie poprawiłby demografii? – To nie takie proste, bo bardzo wyraźnie rośnie skala dobrowolnej bezdzietności i małodzietności – zauważa prof. Szukalski. – Jeśli mówimy o poprawie sytuacji demograficznej, kluczowe znaczenie mają nie tyle pierwsze dzieci, ile drugie i trzecie. Decyzja o pierwszym dziecku rządzi się innymi prawami niż decyzja o kolejnych – przy kolejnych bardzo silnie działają czynniki materialne, zwłaszcza warunki mieszkaniowe. I dodaje: – Schemat jest powtarzalny. Rodzina wyprowadza się z dużego miasta, buduje dom lub kupuje większe mieszkanie i w krótkim czasie pojawia się drugie, a czasem trzecie dziecko, które wcześniej było odkładane. To pokazuje, jak duże znaczenie mają warunki mieszkaniowe przy decyzjach o powiększeniu rodziny o kolejne dziecko. W powodzenie rządowego Tindera nie wierzy także Żaneta Rachwaniec, socjolożka i psycholożka. Jak zauważa, w Polsce pojawiło się już kilka prób poprawy dzietności, chociażby program 500+. – Trzeba się zastanowić, dlaczego Polacy, a przede wszystkim Polki, nie chcą mieć dzieci. Nie chodzi ani o pieniądze, ani o brak miejsc, gdzie można się poznawać. Problem leży gdzie indziej – między innymi w braku podstawowego poczucia bezpieczeństwa socjalnego – uważa. Ekspertka dodaje, że gdyby powstała rządowa aplikacja randkowa, najpewniej przyciągnęłaby tylko specyficzną grupę osób. – W Polsce mamy wyraźnie podzielone społeczeństwo. Jeśli jedna jego część korzystałaby z takiej aplikacji, druga mogłaby patrzeć na nią z podejrzliwością. Z kolei część osób popierających rząd również nie chce ingerencji państwa w życie prywatne – tłumaczy. Rachwaniec zaznacza, że nawet gdyby rządowy serwis oferował mniej profili niż komercyjne aplikacje, samo to nie zmieni sytuacji. "Nasze związki nie będą wyglądały tak jak u naszych dziadków" Co naprawdę pomaga budować trwałe relacje? Zdaniem Żanety Rachwaniec kluczowe są przede wszystkim wspólne wartości i podobna wizja życia. – Jeśli dążymy do tego samego i mamy podobne priorytety, łatwiej budować trwałą relację. Można próbować łączyć ludzi według podobnego profilu ekonomicznego, ale to nie oznacza jeszcze wspólnych wartości. Dla jednych priorytetem może być kariera zawodowa, dla innych rodzina – i to ma ogromne znaczenie dla trwałości związku – tłumaczy. Rachwaniec zauważa również, że częste kontakty zwiększają szanse na zbudowanie relacji. – Statystycznie więcej związków powstaje między ludźmi, którzy spotykają się na co dzień – w pracy, w kościele, na uczelni czy w sąsiedztwie. W pewnym sensie działa tu mechanizm podobny jak w przypadku muzyki: lubimy to, co znamy – mówi. Ekspertka zwraca też uwagę na znaczenie wspólnych pasji i podobnego środowiska społecznego. – Dzięki temu mniej rzeczy trzeba ustalać na bieżąco, a więcej elementów jest wspólnych już na starcie. Choć różnice mogą fascynować na początku, w dłuższej perspektywie badania pokazują, że podobieństwa zwiększają trwałość związku. Jeśli jedna osoba jest bardzo aktywna, a druga domatorem, początkowo mogą się sobą zachwycać, ale z czasem różnice w stylu życia zaczynają prowadzić do konfliktów – wyjaśnia. W debacie publicznej coraz częściej pojawia się pojęcie "epidemii samotności". Wielu komentatorów zwraca uwagę na rosnącą liczbę singli i zmieniające się modele życia rodzinnego.  Żaneta Rachwaniec podkreśla jednak, że bycie singlem nie oznacza automatycznie samotności. – To, że nie wchodzimy w tradycyjne relacje na całe życie, nie oznacza, że jesteśmy samotni. Wiele osób spotyka się regularnie z przyjaciółmi, znajomymi z pracy i funkcjonuje w różnych kręgach społecznych – mówi. Jej zdaniem obraz społeczeństwa jako powszechnie samotnego jest przesadzony. – To bardzo smutna i uproszczona wizja. Współczesne kobiety i mężczyźni wiedzą, że nie muszą wchodzić w związek kosztem własnego komfortu czy wartości. Kiedyś niezamężna kobieta była określana jako "stara panna", a kawaler jako "stary kawaler". Dziś ludzie mają większą swobodę decydowania o tym, jak chcą żyć – podkreśla. Socjolożka zwraca też uwagę, że zmienia się sam sposób budowania relacji. – Musimy się pogodzić z tym, że nasze związki często nie będą wyglądały tak jak u naszych dziadków czy rodziców. Coraz częściej relacje przyjmują różne formy, a ludzie zaspokajają różne potrzeby w kontaktach z różnymi osobami – mówi. – Z jedną dobrze spędza się czas, z inną uprawia sport, z jeszcze inną buduje bliskość czy planuje rodzicielstwo. Można oczywiście dyskutować, czy to dobre, czy złe, ale jest to zjawisko, które po prostu obserwujemy. Socjolożka zaznacza również, że związek nie zawsze oznacza decyzję o dziecku. – Można być w stałej relacji, a mimo to nie decydować się na potomstwo, choćby z powodów mieszkaniowych czy zawodowych. Z drugiej strony są osoby samotne, które bardzo chcą mieć dziecko i rozważają różne drogi do rodzicielstwa – podsumowuje.

  •  

"Piekło kobiet" trafi zaraz na HBO Max. W Polsce może wywołać niezłą burzę

"Piekło kobiet" jest kolejnym serialem HBO Max, który ma zadatki na to, by stać się hitem w Polsce. W dramacie obyczajowym poświęconym losom kobiet w latach 30. XX wieku główną rolę gra Agata Turkot. Wcześniej aktorka zachwyciła swoją kreacją w "Domu dobrym" Wojciecha Smarzowskiego. Niebawem tytuł trafi do streamingu. Po rewelacyjnie przyjętym "Domu dobrym", którym Wojciech Smarzowski wywołał ogólnokrajową dyskusję na temat przemocy domowej, Agata Turkot wystąpi w roli głównej w serialu kryminalno-obyczajowym pod tytułem "Piekło kobiet". Twórcy najnowszej produkcji oryginalnej HBO Max zabiorą widzów do czasów poprzedzających II wojnę światową. "Piekło kobiet" z Agatą Turkot. O czym jest fabuła nowego serialu HBO Max? "Lata 30. XX wieku. Warszawa – pulsujące serce kraju, miasto kontrastów i nierówności. To świat, w którym kobiety muszą walczyć o własny głos, prawo do wyboru i godność" – czytamy w oficjalnym opisie "Piekła kobiet", którego premierę zaplanowano na 6 marca w serwisie streamingowym HBO Max. Widzowie będą śledzić poczynania Heleny Wróblewskiej, redaktorki pisma matrymonialnego "Fortuna Amandi", która na własną rękę zbada zagadkową śmierć pewnej tancerki rewiowej. Dziewczyna zmarła po nielegalnym zabiegu usunięcia ciąży i pozostawiła po sobie tajemniczy list, który protagonistka postara się odszyfrować. "W pewnym momencie na jej drodze staje Emil Heckmann – brat zmarłej tancerki, który walczy o sprawiedliwość dla swojej siostry" – zapowiadają twórcy. U boku Agaty Turkot zobaczymy na małym ekranie również Mateusza Damięckiego ("Furioza"), Katarzynę Herman ("1670"), Huberta Miłkowskiego ("Hiacynt"), Borysa Szyca ("Heweliusz"), Marię Kowalską ("Znachor"), Piotra Polaka ("The Office PL"), Bogumiłę Bajor ("Kobieta z...") oraz Jacka Komana ("Scheda"). Za kamerą serialu stanęła Anna Maliszewska, która wyreżyserowała "Infamię" Netflixa i nakręciła dramat "Tata" z Erykiem Lubosem. Za scenariusz do "Piekła kobiet" odpowiadają Magdalena Franczuk ("Strych") i Ewa Popiołek ("Lady Love"). Zdjęcia do produkcji HBO Max wykonał Wojciech Zielińskim ("W spirali").

  •  

Minister oberwał za polską flagę na igrzyskach. Trudno uwierzyć, że tego nie widział

W piątek oficjalnie rozpoczęły się Zimowe Igrzyska Olimpijskie Mediolan-Cortina. Na naszym podwórku afera goni aferę: poszło o traktowanie Karola Nawrockiego, o stroje polskich reprezentantów i... zdjęcie ministra sportu z polską flagą. Oburzenie po wpisie Kuby Rutnickiego wyraził nawet szef prezydenckiego gabinetu. Zimowe Igrzyska Olimpijskie Mediolan-Cortina oficjalnie rozpoczęły się w piątek, 6 lutego. Oczy kibiców z całego świata zwrócone są ku wielkiemu wydarzeniu, w którym uczestniczy 59 polskich sportowców. Naszej reprezentacji kibicuje m.in. minister sportu i turystyki Jakub Rutnicki. Wrzucił on do sieci zdjęcie z polską flagą, a w komentarzach wrze. Warto nadmienić, że to już trzecia medialna burza w ciągu niecałej doby. Poniżej przypominamy, co jeszcze zdążyło rozzłościć (przynajmniej część) Polaków. Burza nr 1: minister sportu na igrzyskach z pomiętą flagą Minister Rutnicki uczestniczył w uroczystym otwarciu zimowych igrzysk. Polityk wrzucił na X zdjęcie, do którego zapozował z flagą Polski. "Kibicujemy reprezentacji Polski. Wszyscy jesteśmy biało-czerwoną drużyną. Wielka duma!" – podpisał je. Zapewne nie spodziewał się, jakie reakcje wywoła jego wpis. Poszło o to, że flaga najpewniej była wcześniej złożona w kostkę, a minister sportu i turystyki nie wyprasował jej przed pokazaniem publicznie. "Co za wstyd. Flaga państwowa to nie dekoracja - to zobowiązanie. Szczególnie jeśli występujesz w imieniu Rzeczypospolitej, masz obowiązek dbać o symbole! Szacunek dla flagi to element podstawowej kultury państwowej. Oczekuję, by każdy przedstawiciel rządu dbał o godne, nienaganne eksponowanie barw narodowych. Standardów nie negocjujemy" – grzmi szef Gabinetu Prezydenta RP Karola Nawrockiego Paweł Szefernaker. "Naprawdę Naszego ministerstwa sportu nie stać już na piękną, niewymiętą flagę Polski. Ma Pan jakichś asystentów, którzy o ten 'szczegół' potrafią zadbać?" – pisze były Rzecznik Prasowy Komendanta Głównego Policji Mariusz Ciarka. "Domyślam się, że po rozpakowaniu nie było czasu, żeby flagę wyprasować. W takim razie nie robi się i nie wrzuca takich zdjęć. Zwłaszcza, kiedy jest się ministrem. W USA, w podobnych sytuacjach, kilka razy prosiliśmy organizatorów wydarzeń (zewnętrznych) o wyprasowanie polskiej flagi" – komentuje dziennikarz i były Ambasador RP w Stanach Zjednoczonych Marek Magierowski. Internauci podzielili się na dwa obozy. Jedni reagowali oburzeniem, nierzadko używając niecenzuralnych określeń. Inni tymczasem oceniali te głosy jako "małostkowość". "Świetny pomysł, przecież wiadomo, że każdy albo prawie każdy ma zazwyczaj żelazko przy sobie. A tak na serio, to żeby się na siłę przyczepić to można do takich drobiazgów. To jest detal Panie, gdyby była brudna to rozumiem ale bez przesady bo zwariujemy" – pisał jeden z internautów. Burza nr 2: stroje polskich sportowców Kolejna dyskusja wybuchła wokół strojów polskich olimpijczyków. Przez lata ubierała ich polska marka odzieży sportowej i akcesoriów 4F, niegdysiejszy partner Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Od 2023 roku oficjalnym sponsorem PKOl jest niemiecki Adidas. "Polskie 4F ubiera kilka reprezentacji olimpijskich w Mediolanie. Polską reprezentację – niemiecki adidas. Taką decyzję podjął pan Piesiewicz, bliski współpracownik ludzi PiS. Komentarz zbędny" – grzmiał w sobotnim wpisie na X rzecznik rządu Adam Szłapka. "Szanowny Panie ministrze, przesyłam precyzyjne informacje na nurtujący Pana temat, żeby nie wprowadzał Pan w błąd – oczywiście niecelowo – opinii publicznej. Otóż to była decyzja Prezydium Zarządu PKOl. 18 osób zagłosowało za przy jednej się wstrzymującej. Ponadto powinien Pan wiedzieć, gdyż wielokrotnie to podkreślałem, że adidas jest prawdziwym sponsorem, który poza ubieraniem Olimpijskiej Reprezentacji Polski, także płaci za tę możliwość. Polska firma, o której Pan wspomina, ubierała, ale to PKOl musiał płacić za stroje – a nazywali się sponsorem. Bardzo proszę zweryfikować swoje informacje i nie wprowadzać Polaków w błąd. Bo to najzwyczajniej w świecie nie przystoi. A jeśli ma Pan dowody na swoje tezy, to proszę je przedstawić lub przestać kłamać" – odpowiedział ostro Radosław Piesiewicz w swoim wpisie. Burza nr 3: nie powitano Karola Nawrockiego w TVP W ceremonii otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich Mediolan-Cortina uczestniczył Karol Nawrocki. Wydarzenie emitowano m.in. w Telewizji Polskiej. Jak wcześniej pisaliśmy, komentatorzy nie powitali prezydenta, a w sieci aż zawrzało. Wściekli widzowie domagali się od stacji przeprosin. Sprawę skomentował sam dyrektor TVP Sport Jakub Kwiatkowski, który w wypowiedzi dla Wirtualnej Polski podkreślał: – Nie oglądałem transmisji, ale rozmawiałem z komentatorami. Nie ma żadnego odgórnego zakazu pomijania tego czy innego polityka. Zresztą w transmisji łyżwiarstwa figurowego Przemysław Babiarz wspomniał o obecności Karola Nawrockiego na miejscu. Od ceremonii otwarcia zimowych igrzysk nie minęła jeszcze doba, a burz w sieci było już co najmniej kilka. Rozumiem, że pewne rzeczy mogą nas irytować, ba – zgadzam się z tym, że niektórych z nich przemilczeć po prostu nie można. Mam jednak wrażenie, że głośniej w kontekście całego wydarzenia jest o polityce, kolejnych wpadkach i dyskusjach niż o sportowcach. A przecież to o sport w igrzyskach chodzi. Może połączmy więc siły i skupmy się na kibicowaniu naszym reprezentantom.

  •  

Film o Melanii Trump widzowie już ocenili. Nawet klasyka kina wypada gorzej

Dokument o Melanii Trump wywołuje spore emocje – krytycy mieszają go z błotem, a widzom o dziwo film o pierwszej damie USA się podoba. Ocena publiczności na Rotten Tomatoes jest horrendalnie wysoka i znacznie lepsza od – przykładowo – "Ojcia chrzestnego II". Twórcy agregatora zapewniają, że to nie sprawka botów. Film "Melania" w reżyserii Bretta Ratnera, którego nazwisko miało pojawić się w aktach Jeffreya Epsteina, śledzi 20 dni z życia Melanii Trump poprzedzających ubiegłoroczną inaugurację drugiej kadencji Donalda Trumpa. Dokument poświęcony pierwszej damie Stanów Zjednoczonych oferuje "bezprecedensowe" spojrzenie na przygotowania do wielkiej uroczystości, rozmowy dyplomatyczne, rodzinne dylematy i modę, którą uwielbia żona głowy państwa. Krytycy filmowi nie zostawili na filmie o Melanii suchej nitki. W recenzjach znajdziemy porównania do nagrodzonej Oscarem "Strefy interesów" Jonathana Glazera, a w niektórych esejach dzieło Ratnera postawiono tuż obok propagandowego "Triumfu woli" Leni Riefenstahl z 1935 roku. "Melania" z oceną 99 proc. na Rotten Tomatoes. Twórcy serwisu zapewniają, że to nie są boty "Melania", która trafiła na duży ekran 30 stycznia, doczekała się w agregatorze Rotten Tomatoes 50 recenzji autorstwa krytyków filmowych i ponad tysiąca ocen ze strony widzów. Pierwsza grupa przyznała filmowi dokumentalnemu "zgniłego pomidora", a konkretnie 8 proc. Werdykt widowni składa się zaś z aż 99 proc. pozytywnych opinii. "Melania" wypadła na Rotten Tomatoes lepiej niż niejedno arcydzieło kinematografii. Dla przykładu "Ojciec chrzestny II" Martina Scorsesego i "Skazani na Shawshank" Franka Darabonta mają po 98 proc. pozytywnych ocen. "Życie jest piękne" Roberto Benigniego ma 96 proc., a "Człowiek z blizną" Briana De Palmy 93 proc. Firma Versant, która odpowiada za agregator recenzji Rotten Tomatoes, wyjaśniła na łamach amerykańskiego tygodnika rozrywkowego "Variety", że tak wysoka ocena "Melanii" nie jest spowodowana "żadną manipulacją ze strony botów". "Oceny wyświetlane w Popcornmetrze to zweryfikowane recenzje, co oznacza, że ​​mamy potwierdzenie, iż dani użytkownicy faktycznie kupili bilet na film" – czytamy w oświadczeniu. Magazyn "Rolling Stone" stwierdził, że dokument "Melania" jest obecnie filmem "o największej rozbieżności między opiniami krytyków i widzów w historii Rotten Tomatoes". Przypomnijmy o tym, ile pieniędzy wydano na produkcję "Melanii". Amazon zapłacił około 40 mln dolarów za licencję i przeznaczył kolejne 35 mln na promocję i dystrybucję. Jak podkreśliła Ola Gersz z naTemat, nawet najbardziej kasowe i nagradzane dokumenty polityczne powstawały za ułamek tej kwoty.

  •  

Marta Nawrocka porównana do Melanii Trump. Ale musi odrobić lekcję

Marta Nawrocka jest pierwszą damą od ponad pół roku. Każde jej wystąpienie podlega szczegółowej analizie ze strony opinii publicznej i specjalistów. Jak wypada żona Karola Nawrockiego w swojej roli? Na ten temat wypowiedziała się ekspertka. Porównała pierwszą damę do Melanii Trump i wskazała obszary do poprawy. Najlepszą pierwszą damą w historii III RP w ocenie Polaków jest Jolanta Kwaśniewska. Potwierdził to sondaż na zlecenie WP, który przeprowadzono w listopadzie 2025 roku. Uzyskała aż 55 proc. głosów od respondentów. Na drugim miejscu (z 18 proc. głosów) znalazła się Marta Nawrocka, która pierwszą damą była wtedy od nieco ponad trzech miesięcy. Dziś, po ponad pół roku, o żonie Karola Nawrockiego można już powiedzieć coś więcej. Nie omieszkała tego zrobić ekspertka. Marta Nawrocka jako pierwsza dama. Może wyciągnąć wnioski na przyszłość Ekspertka od PR-u i marki osobistej Marta Rodzik w rozmowie z Plejadą oceniła działalność obecnej pierwszej damy. Nawrocka w pierwszym okresie oswajała się z nową rolą, trudno więc mówić o jakichś przełomowych dokonaniach czy wypowiedziach. – Nie widzimy tu rewolucji ani prób wyjścia przed szereg, raczej strategię ostrożnej obecności: selektywne wystąpienia, wyważony język i unikanie tematów jednoznacznie politycznych. To podejście bezpieczne, szczególnie na początku prezydentury, kiedy społeczne oczekiwania wobec pierwszej damy dopiero się krystalizują. Jednocześnie można odnieść wrażenie, że ten etap "rozgrzewki" mógłby już powoli przechodzić w bardziej wyraźną specjalizację – skomentowała Marta Rodzik. Pierwsza dama wypada spójnie, co podoba się opinii publicznej. Nie da się jednak ukryć, że w budowaniu pozytywnej opinii Polaków istotna jest też pewna wyrazistość. To właśnie charyzma i aktywna działalność, idące w parze z wyznaczaniem modowych trendów, pozwoliły Jolancie Kwaśniewskiej na bycie ulubienicą rodaków. – Po stronie minusów pojawia się jednak brak wyraźnego autorskiego tematu. Wizerunek jest poprawny, ale jeszcze mało charakterystyczny. Z perspektywy komunikacyjnej zmieniłabym właśnie to: postawiłabym na jeden, maksymalnie dwa obszary społeczne (np. zdrowie psychiczne, edukację, wsparcie kobiet), które byłyby konsekwentnie i długofalowo rozwijane. To pozwoliłoby jej wyjść z cienia funkcji reprezentacyjnej i zbudować własną narrację – wskazała w komentarzu dla Plejady Marta Rodzik. Nawrocka porównana do Melanii Trump Żona Karola Nawrockiego jako pierwsza dama niejednokrotnie była (i z pewnością będzie) porównywana do swoich poprzedniczek oraz zagranicznych odpowiedniczek. W zestawieniu z Agatą Dudą wypada w ocenie ekspertki "bardziej zachowawczo", przy czym mimo neutralności to Marta Nawrocka ma według niej "większy potencjał do stopniowego poszerzania aktywności", o ile taki będzie jej pomysł na siebie. Spora różnica występuje jednak między Nawrocką a Jolantą Kwaśniewską. Nie znaczy to, że obecna pierwsza dama nie ma szans dorównać swojej poprzedniczce, ale musiałaby włożyć dużo pracy w zbudowanie wizerunku, który tak zapadnie w pamięć Polakom. – Tu różnica jest najbardziej widoczna. Kwaśniewska bardzo szybko zbudowała silną, samodzielną pozycję społeczną i do dziś pozostaje punktem odniesienia. Marta Nawrocka jest na zupełnie innym etapie – spokojniejszym, mniej ekspresyjnym, ale też mniej zapadającym w pamięć – mówiła Rodzik. Szczególnie interesujące jest jednak porównanie Marty Nawrockiej do... Melanii Trump. Co ciekawe, można znaleźć między nimi pewne dość znaczące podobieństwa. Ale ponownie – żona polskiego prezydenta może jeszcze popracować nad pewnymi detalami, o ile zechce posłuchać rady ekspertki. – Dla przykładu zestawienie Marty Nawrockiej z Melanią Trump pokazuje podobieństwo w strategii dystansu i oszczędności komunikacyjnej. Różnica polega na tym, że Nawrocka funkcjonuje w realiach, które bardziej sprzyjają aktywności społecznej poza sporami politycznymi – i to jest przestrzeń, którą mogłaby jeszcze lepiej wykorzystać – wyjaśniła Marta Rodzik na łamach Plejady.

  •  

Nowe miejsce dla fanów Porsche w Warszawie. To nie jest tylko zwykły salon

Jeśli jesteście fanami Porsche, to będzie jedno z kluczowych miejsc do odwiedzenia w Warszawie. Chodzi o nowy salon – Porsche Centrum Warszawa Wawer. Największy w Polsce i zaprojektowany w taki sposób, że kusi każdego fana motoryzacji. Byliśmy tam i zobaczyliśmy wszystko od środka. To dwunasty salon marki w Polsce i czwarty w Warszawie. I nie było to zwyczajne otwarcie, ponieważ jednocześnie odbyła się polska premiera nowego Porsche Cayenne Electric. Więcej o tym samochodzie już możecie przeczytać w naTemat. Nowy salon Porsche w Warszawie. Największy w Polsce Czym wyróżnia się Porsche Centrum Warszawa Wawer? To przestrzeń o powierzchni 4200 metrów kwadratowych. Znalazło się tam miejsce na serwis dla 18 aut jednocześnie. Co więcej, każdy będzie mógł zobaczyć mechaników w akcji przynajmniej przez szybę, bo serwis nie jest jakoś specjalnie odizolowany. – Skala tego projektu – zarówno pod względem przestrzeni, jak i możliwości serwisowych – plasuje go wśród najbardziej zaawansowanych placówek Porsche w Europie. To naturalna konsekwencja dynamiki rozwoju Porsche w Polsce i odpowiedź na potrzeby naszych klientów – mówi Wojciech Grzegorski, prezes Porsche Polska. Na dzień inauguracji do obejrzenia wystawiono prawdziwe motoryzacyjne rodzynki. Jakie? Na przykład Carrera GT czy 918 Spyder. Poniżej możecie zobaczyć je na zdjęciach. Czy te kultowe pojazdy zostaną tam na dłużej? Pewnie nie, bo to eksponaty z Muzeum Porsche. Można się domyślać, że za chwilę wjadą tam aktualne modele dostępne w ofercie producenta. Chociaż miejsca jest tyle, że mogą pojawić się okazyjnie jakieś niespodzianki. Salon w Wawrze to miejsce, gdzie klienci mogą nie tylko zobaczyć najnowsze propozycje i starsze samochody, ale także uczestniczyć w spotkaniach społeczności marki. Jeśli wystawki z kultowymi modelami zostaną tam na dłużej, pewnie przyciągną nie tylko klientów gotowych na zakup, ale po prostu wielu miłośników czterech kółek. Dokładna lokalizacja salonu to ul. Wał Miedzeszyński 245. Na razie w centrum uwagi jest Cayenne Electric. Auto kosztuje w Polsce od 446 tys. zł, a za wersję Turbo trzeba zapłacić co najmniej 727 tys. zł.

  •  

Trump z kolejnym ultimatum. Ukraińcy zamarzają i nie chcą znów słuchać obietnic

Stany Zjednoczone postawiły Rosji i Ukrainie ultimatum. Prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że Amerykanie oczekują zawarcia porozumienia kończącego wojnę w wyznaczonym terminie. Jak przekazał mediom, w przeciwnym wypadku prawdopodobnie będą "wywierać presję". 24 lutego 2022 roku Rosja najechała Ukrainę, a pełnoskalowa wojna trwa już prawie cztery lata. Jak wyliczyli dziennikarze CNN, Donald Trump co najmniej 53 razy obiecywał, że zakończy konflikt zbrojny w ciągu 24 godzin lub przed objęciem urzędu. Najwyraźniej prezydent Stanów Zjednoczonych traci już cierpliwość, bo Wołodymyr Zełenski poinformował, że Amerykanie postawili ultimatum w sprawie końca wojny. Stany Zjednoczone postawiły Ukrainie i Rosji ultimatum ws. wojny Wypowiedź prezydenta Ukrainy dla dziennikarzy międzynarodowych mediów została opublikowana w sobotni poranek. Wołodymyr Zełenski przekazał, co zacytowała agencja Reutera: – Amerykanie proponują, by strony (ukraińska i rosyjska) zakończyły wojnę na początku tego lata, i najpewniej będą wywierać presję zgodnie z tym harmonogramem. (...) Mówią, że chcą wszystko zakończyć do czerwca. I że zrobią wszystko, by zakończyć wojnę. Chcą jasnego harmonogramu wszystkich działań. Polityk dodał, że Amerykanie zaproponowali zorganizowanie kolejnej rundy rozmów trójstronnych z udziałem przedstawicieli USA, Rosji i Ukrainy. Miałyby one odbyć się w przyszłym tygodniu, prawdopodobnie w Miami. – Potwierdziliśmy nasz udział – zaznaczył Zełenski. Obecna kadencja Donalda Trumpa trwa od 20 stycznia 2025 roku. Nie udało mu się spełnić obietnicy zakończenia wojny w Ukrainie w ciągu 24 godzin, ale ostatnio osobiście próbował powstrzymać rosyjskie ataki, o czym pisaliśmy w naTemat. Trump miał "prosić" Władimira Putina, by przez tydzień "nie bombardował Kijowa i okolicznych miasteczek". Niestety mimo podobno "miłej" reakcji Rosjanie uderzyli z wielką siłą przed upływem wyznaczonego czasu. Gdyby Rosji i Ukrainie udało się dojść do porozumienia, Donald Trump mógłby ogłosić sukces. Mowa jednak o czerwcu, a przypomnijmy, że przypomnijmy, że setki tysięcy domów w Ukrainie są pozbawione prądu i ogrzewania. – Ludzie kupują generatory, powerbanki. Oczywiście w przypadku braku ogrzewania nic nie można z tym zrobić. Pojawia się także problem braku wody. Przed blokami ustawione są toalety przenośne. Ludzie żyją w ruinach, rozpalają ogniska i liczą, że rosyjskie drony ich nie zauważą. Gdy byłem w Kijowie, spałem w mieszkaniu, gdzie było maksymalnie 15-16 stopni. Dyplomaci nocują w pracy, bo w ich domu jest za zimno – relacjonował dla o2 Mateusz Lachowski, podkreślając, że mieszkańcy walczą o przetrwanie. Dziennikarz przekazał również, że Donald Trump początkowo wzbudził sympatię Ukraińców, ale stracił już zaufanie mieszkańców. Według relacji Mateusza Lachowskiego czują się oni "osamotnieni" i nie traktują prezydenta USA poważnie. – Ukraińcy mają żal do Trumpa, że nie wywiera na Rosji presji. Czują natomiast, że coraz częściej to ich kraj stawiany jest pod ścianą. To bardzo boli ludzi – mówił. Zełenski uważa, że "Putin myśli o przerwie" Wołodymyr Zełenski przekazał mediom, że w jego ocenie braki w rosyjskim budżecie sprawiają, iż Kreml zmuszony jest do obniżenia wypłat dla żołnierzy. To z kolei, w połączeniu z rosnącymi stratami na polu walki, ma prowadzić do zmniejszenia sił na linii frontu. Prezydent Ukrainy sądzi, że nie chcąc ogłaszać mobilizacji, Władimir Putin rozważa przerwę w inwazji. – Myślę, że potrzebują przerwy. Myślę, że Putin myśli o przerwie – przekazał w sobotni poranek Zełenski, co zacytowała agencja Interfax-Ukraina. Jak twierdzi ukraiński prezydent, powołując się na dane wywiadu wojskowego (HUR), rzeczywisty deficyt budżetu w Rosji w ubiegłym roku miał wynosić ponad 100 miliardów (oficjalnie mówi się o 80 miliardach), a w tym roku ma on być jeszcze większy. – W ich retoryce [Rosjan] nastąpiły zmiany. Nie wierzę im ani trochę. Myślę, że żywią wobec nas mniej więcej takie same uczucia jak wcześniej, ponieważ nienawidzą Ukrainy, i tyle. To oni wypowiedzieli nam wojnę. I nie była to wojna sprowokowana przez Ukrainę. Przybyli tutaj i zaczęli zabijać Ukraińców. To jest nienawiść. Pamiętacie przecież, ile było znęcania się, tortur, morderstw od samego początku wojny. Dlatego nie mamy żadnych złudzeń – komentował. Trójstronne negocjacje Ukraina-Rosja-USA Spotkanie, którego organizację zaproponowali przedstawiciele USA, byłoby trzecią rundą trójstronnych rozmów między Rosją i Ukrainą z udziałem Stanów Zjednoczonych. Pierwsza tura negocjacji odbyła się w Abu Zabi w dniach 23-24 stycznia, z kolei druga – 5-6 lutego. Jak dotychczas obyło się bez przełomowych postanowień dotyczących wstrzymania wojny, ale wielu analityków uznaje sam fakt, że do rozmów doszło, za sukces.

  •  

Samolot LOT-u musiał pilnie zawrócić. Na pokładzie prawie 300 osób

W sobotę po południu dotarła wiadomość o awarii samolotu Polskich Linii Lotniczych LOT. Maszyna, na której pokładzie znajdowało się prawie 300 osób, musiała zawrócić na warszawskie lotnisko. Samolot Polskich Linii Lotniczych miał przetransportować prawie 300 pasażerów do Dominikany. Maszyna nie ukończyła jednak kursu; dziennikarze RMF24 poinformowali, że musiała ona wrócić na lotnisko w Warszawie. Powodem była awaria techniczna. Reporter RMF FM Michał Dobrołowicz ustalił, że podróżni polecą na Dominikanę innym kursem, który według planu ma odlecieć z lotniska o godz. 13:20. – Lot o numerze LO 6285 wystartował z lotniska w Warszawie, po czym musiał na nie zawrócić z powodu usterki technicznej Dla podróżnych podstawiony zostanie inny samolot, który ma wystartować do Punta Cana o godzinie 13:20 czasu polskiego – potwierdził rzecznik prasowy Polskich Linii Lotniczych LOT, Krzysztof Moczulski, w rozmowie z TVN24.

  •  

Poszukiwany Ziobro i cyrk w TV Republika. Wykręcił numer... dosłownie

Za Zbigniewem Ziobrą oficjalnie wystawiono list gończy. Służby proszą o kontakt tych, którzy mogą wskazać miejsce pobytu polityka. Niespodziewanie poszukiwany Ziobro wystąpił na antenie telewizji Republika, chwycił za telefon i... zadzwonił pod numer z listu gończego. 6 lutego prokuratura wydała list gończy za Zbigniewem Ziobrą. Jak pisaliśmy w naTemat, tym samym polityk jest oficjalnie poszukiwany. Były minister sprawiedliwości i były prokurator generalny ma trafić do aresztu na trzy miesiące. W opublikowanym liście gończym znajduje się wzmianka, że "mężczyzna ukrywa się przed organami ścigania". Służby proszą o kontakt osoby, które znają jego miejsce pobytu. Zbigniew Ziobro w TV Republika. Zadzwonił pod numer z listu gończego Niespodziewanie w piątkowy wieczór pod podany numer telefonu zadzwonił... sam Zbigniew Ziobro. Polityk zrobił to podczas występu na żywo w TV Republika. Przed godz. 22 gościł w programie Adriana Klarenbacha; pracownik stacji powiedział, że były minister sprawiedliwości powinien sam skontaktować się ze służbami i poinformować, że przebywa na Węgrzech. Zbigniew Ziobro wyciągnął więc telefon i wybrał numer z listu gończego. – Przepraszamy, w chwili obecnej linia jest zajęta – usłyszeli widzowie po krótkim oczekiwaniu. Polityk z miejsca skomentował to słowami: – Dzwonią w sprawie Ziobry, widzicie państwo? I o to właśnie chodzi, że teraz w całej Polsce dzwonią w sprawie Ziobry, poszukiwanego listem gończym. Po kilku minutach nieudanych prób poszukiwany rozłączył się. Sąd nakazał aresztowanie Ziobry. Grozi mu surowa kara Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa zdecydował o tymczasowym areszcie dla Zbigniewa Ziobry późnym wieczorem w miniony czwartek, tj. 5 lutego. Dzień później wydano list gończy, a prokuratura zapowiada też Europejski Nakaz Aresztowania. Przypomnijmy, że Zbigniew Ziobro od grudnia 2025 roku korzysta z azylu politycznego na Węgrzech. Śledczy chcą postawić mu 26 zarzutów, z których najcięższy dotyczy kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. Według prokuratury miał on współuczestniczyć w wyprowadzaniu środków z Funduszu Sprawiedliwości, którego założeniem było wspieranie ofiar przestępstw. Polityk deklaruje, że działał na podstawie prawa. W liście gończym czytamy, że Ziobrę podejrzewa się o popełnienie czynów z art. 231 § 1 i 2 k.k. (nadużycie władzy w celu osiągnięcia korzyści osobistej lub majątkowej) oraz art. 258 § 1 k.k. (udział w zorganizowanej grupie przestępczej). Byłemu ministrowi sprawiedliwości grozi do 25 lat więzienia.

  •  

Kot dał popis u Rymanowskiego. Najlepsza parodia Brauna, jaką widziałam

Chyba każdy z nas kojarzy charakterystyczny, niski i głęboki głos Grzegorza Brauna. Tajemnicę chrypki polityka odkrył ostatnio Tomasz Kot. Kapitalnie opanował sposób wypowiedzi i ton Brauna, co zaprezentował u Bogdana Rymanowskiego. Bogdan Rymanowski opublikował w sieci nagranie, które z miejsca zyskało ogromną popularność. Dziennikarz gościł w studiu Tomasza Kota. Ceniony aktor niespodziewanie wyznał, że odkrył sekret głosu Grzegorza Brauna. Wcale nie dziwię się pełnym podziwu komentarzom od internautów. Tomasz Kot jako... Grzegorz Braun Rozmowa Bogdana Rymanowskiego z aktorem opublikowana została na youtube'owym kanale Rymanowski Live. Fragment z parodią Grzegorza Brauna bije rekordy popularności: wideo zamieszczone w serwisie X ma już ponad 120 tysięcy wyświetleń. Zacznijmy jednak od początku, czyli od pytania, jak do tego doszło. Zenek Martyniuk zaśpiewałby: "nie wiem", ale Tomasz Kot opowiedział o kulisach, czyli o tym, jak uświadomił sobie, skąd bierze się specyficzny głos Grzegorza Brauna. – Pamiętam, że szykujemy się do "Nieba", jakieś zdjęcia nocne, ja sobie mówię: "słuchajcie, ten kręgosłup znowu mnie boli", położę się w wannie i mówię: "dobra, kurde, mam ten moment, muszę chwilę się tam powyginać, żeby się sprawdzić". Następnie wybitny aktor zdradził Bogdanowi Rymanowskiemu, że zaczął oglądać najlepsze wypowiedzi Grzegorza Brauna, w tym z telewizyjnych debat. To właśnie wtedy dokonał odkrycia, które pozwoliło mu na idealne odwzorowanie głosu polityka. – Odkryłem jedną rzecz, że ludzie, jak go próbują naśladować [tu zaczął mówić z chrypką], to starają się mówić tak jakby chrypką do przodu – zauważył Kot i odchrząknął. – A ja odkryłem, że ta chrypka [tu zaprezentował głos łudząco podobny do Grzegorza Brauna] musi iść, proszę państwa, tak jakby do tyłu. Tak jakby trzeba, szanowni państwo, połykać pewnego rodzaju powietrze... Aktor wyjawił, że skorzystał z tej nowej umiejętności na planie produkcji HBO. Kapitalne odwzorowanie głosu Grzegorza Brauna wywołało duże emocje wśród reszty ekipy, o czym Tomasz Kot opowiedział w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim, ale również wśród komentujących internautów. Ci z miejsca docenili jego kunszt. "Tomasz Kot to jest KOCUR! To jest Pan Aktor! Ogromnie mi imponuje, że nie znam jego poglądów i preferencji politycznych. Nie pamiętam go manifestującego swój sprzeciw lub poparcie dla którejkolwiek bandy. A może jestem w mylnym błędzie...", "To jest TOP5 polskich aktorów", "Mistrz", "Genialny gość, oby się w politykowanie nie bawił, wiele autorytetów padło od tego" – czytamy. Parodie Grzegorza Brauna Charakterystyczny głos Grzegorza Brauna oraz jego nierzadko kontrowersyjne wypowiedzi i zachowania sprawiają, że doczekał się już wielu parodii. W kwietniu ubiegłego roku on sam zachęcił internautów do nadsyłania filmików, na których będą naśladować jego postać. Autorom najciekawszych obiecywał wówczas wspólną kawę i ciastko. Po tym, jak polityk zgasił świecę chanukową, wielkim hitem w sieci była piosenka "O Grzegorz Braun", wykonana na melodię przeboju Myslovitz "Peggy Brown". Trafiła do sieci w grudniu 2023 roku, a w ciągu ponad dwóch lat zebrała ponad 4,8 miliona wyświetleń. W ubiegłym roku głośnym echem poniosła się z kolei reakcja polityka na parodię, którą twórca Damian Bąbol opublikował w ramach satyrycznego "Dziennika Narodowego". Tomasz Kot też doczekał się odpowiedzi: Grzegorz Braun odpisał na jeden z komentarzy w serwisie X: "Cóż ja na to? No, przecież Sz.Redakcja @NCZAS1 wie, że akurat poczucia humoru - ze szczelnym uwzględnieniem autoironii - jakoś mi jeszcze, chwalić Boga, nie brakuje".

  •  

3 wybitne filmy kostiumowe, które są jak "Bridgertonowie". Lubię do nich wracać

Nie będziecie się nudzić w przerwie od "Bridgertonów". W streamingu natraficie na wiele pozycji, od których serce wali, a tętno przyspiesza. Oto 3 filmy kostiumowe tak dobre, że długo o nich nie zapomnicie. Zaczynamy od "Rozważnej i romantycznej" z Kate Winslet i Emmą Thompson. "Bridgertonowie", serial kostiumowy inspirowany czasami regencji, właśnie powrócił na platformę streamingową Netflix, serwując publiczności 4. sezon będący luźną interpretacją baśni o Kopciuszku. Najnowszą odsłonę przepołowiono – jej ostatnie odcinki ukażą się pod koniec lutego bieżącego roku. Arystokraci najpierw narobili wokół siebie szumu, po czym na kilka tygodni zniknęli. 3 świetne filmy kostiumowe, które znajdziecie w streamingu W oczekiwaniu na finał 4. sezonu "Bridgertonów" warto sięgnąć po te 3 filmy kostiumowe. Każdy z tych tytułów jest dostępny w streamingu. Uwaga: szykujcie się na wir emocji. 1. Rozważna i romantyczna "Rozważna i romantyczna" w reżyserii Anga Lee ("Tajemnica Brokeback Mountain") to melodramat inspirowany prozą Jane Austen, który w wyrazisty sposób pokazuje widzom niezaznajomionym z twórczością angielskiej królowej romansów jej błyskotliwy humor. Dlaczego użyłam stwierdzenia "inspirowany"? W filmie usłyszymy tylko 7 kwestii pochodzących z powieści z 1811 roku, ale to nie zmienia faktu, że w powietrzu czuć austenowską satyrę. Scenariusz śledzi losy sióstr Elinor i Marianne Dashwood, które po śmierci ojca otrzymują w spadku zaledwie 500 funtów rocznie. Sytuacja materialna zmusza panny do przeprowadzki do ciasnego – w porównaniu z ich dotychczasowymi warunkami życia – domku w Devonshire. Marianne zakochuje się tam w pierwszym lepszym pułkowniku, który wyszukanymi komplementami potrafi owinąć sobie wokół palca każdą dziewczynę w okolicy, a Elinor ukrywa przed bliskimi fakt, że tęskni za Edwardem Ferrarsem, arystokratą o wyższym statusie społecznym niż ona. Role sióstr Dashwood powierzono Emmie Thompson ("Okruchy dnia") oraz Kate Winslet ("Titanic"). Znakomitym aktorkom towarzyszą na ekranie m.in. Hugh Grant ("Notting Hill"), Alan Rickman (filmowa seria "Harry Potter"), Greg Wise ("The Crown"), Gemma Jones ("Dziennik Bridget Jones") i Hugh Laurie ("Dr House"). Gdzie obejrzeć? HBO Max 2. Kochanek Lady Chatterley Swego czasu powieść "Kochanek Lady Chatterley" pióra D.H. Lawrence'a z 1928 roku uchodziła za niezwykle obrazoburczą i obsceniczną, o czym świadczył choćby zakaz jej rozpowszechniania w Stanach Zjednoczonych, Indiach oraz Japonii. Oficjalna wersja bez cenzury ukazała się dopiero w latach 60. XX wieku. Lawrence wyprzedzał swoje czasy, w bezpardonowy sposób badając zakątki kobiecego pożądania i nierówności klasowych. Constance Reid wychodzi za mąż za baroneta sir Clifforda Chatterleya, który po I wojnie światowej wraca do domu sparaliżowany od pasa w dół. Między nim a jego żoną istnieje bardzo duża przepaść. Miłosny czar prysł. Podczas spaceru po lesie kobieta poznaje gajowego Olivera Mellorsa, dla którego traci głowę. W adaptacji nakręconej przez Laure de Clermont-Tonnerre ("Mustang") w roli tytułowej kobiety z wyższych sfer wystąpiła niebinarna aktorka Emma Corrin (księżna Diana z serialu "The Crown"), a w postać jej kochanka wcielił się Jack O’Connell ("Grzesznicy", "28 lat później"). W obsadzie filmu z 2022 roku znaleźli się również Matthew Duckett ("Wyznanie"), Joely Richardson ("Patriota"), Faye Marsay ("Andor") i Ella Hunt ("Dickinson"). Gdzie obejrzeć? Netflix 3. Emma Emma Woodhouse jest bogatką swatką, która za wszelką cenę pragnie uszczęśliwiać mieszkańców sennej angielskiej prowincji. Po udanym wydaniu swojej guwernantki za mąż jej kolejnym celem zostaje roztrzepana Harriet Smith. Niestety mężczyźni z okolicznych miasteczek, zamiast zakochiwać się w Harriet, zakochują się w Emmie, a ta przecież obiecała sobie, że za żadne skarby nie stanie na ślubnym kobiercu. Wracamy do świata Jane Austen, która w komedii obyczajowej zatytułowanej "Emma" traktuje o prestiżu społecznym, a także wyższych klasach mających o sobie zbyt wysokie mniemanie. Wędrówka po salonach, piknikach, kościołach i salach balowych staje się dla głównej bohaterki okazją do głębokiej refleksji. Za kamerą "Emmy" stanęła Autumn de Wilde, reżyserka teledysków zespołu indie rockowego Florence and the Machine. Obsadę poprowadzili: Anya Taylor-Joy ("Gambit królowej"), Johnny Flynn ("Lovesick"), Bill Nighy ("To właśnie miłość"), Mia Goth ("Frankenstein"), Josh O'Connor ("Challengers"), Callum Turner ("Władcy przestworzy") i Chloe Pirrie ("Dept. Q"). Gdzie obejrzeć? HBO Max

  •  

Nawrocki na ceremonii otwarcia igrzysk. Widzowie wściekli na TVP, żądają przeprosin

Ceremonia otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich Mediolan-Cortina odbyła się w piątek, 6 lutego. Uczestniczył w niej prezydent Karol Nawrocki, który przywitał polskich reprezentantów. Po tym, jak potraktowali go komentatorzy TVP, w sieci aż zawrzało. Za nami oficjalny start Zimowych Igrzysk Olimpijskich Mediolan-Cortina. Piątkowy wieczór przyniósł historyczną zmianę w tradycji: jednocześnie zapłonęły dwa znicze olimpijskie, przy Łuku Pokoju (Arco della Pace) w Mediolanie i na Piazza Dibona w Cortinie d'Ampezzo. Ceremonię otwarcia zorganizowano w czterech lokalizacjach, a podczas defilady sportowców polską flagę nieśli Natalia Czerwonka i Kamil Stoch. Ceremonia otwarcia igrzysk olimpijskich. Karol Nawrocki też tam był Ceremonię otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich Mediolan-Cortina transmitowała między innymi Telewizja Polska. W wydarzeniu uczestniczył prezydent Karol Nawrocki, ale komentatorzy TVP, Marek Rudziński i Piotr Sobczyński, nie wspomnieli o jego obecności. Drugi z wymienionych dziennikarzy przywitał za to ministra sportu i turystyki. – Ja powiem tylko, że w ceremonii otwarcia bierze udział minister sportu i turystyki Jakub Rutnicki, który reprezentuje rząd podczas tych igrzysk. Przed ceremonią pan minister wziął udział w spotkaniu z innymi ministrami sportu z całego świata. Były rozmowy na temat promocji naszej kandydatury do organizacji letnich igrzysk olimpijskich – mówił Piotr Sobczyński. Zachowanie komentatorów przykuło uwagę Macieja Krzyżanowskiego, który opublikował w serwisie X fragment nagrania z ceremonii i swój komentarz. Były przedstawiciel Prezydenta RP w Krajowej Radzie Sądownictwa napisał [zachowaliśmy pisownię oryginalną]: "Ceremonia Otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Mediolanie trwa. Czy naprawdę dwóch komentatorów TVP w likwidacji siedząc na stadionie San Siro nie wie, że jest na nim także Prezydent Rzeczpospolitej Karol Nawrocki ??? O ministrze sportu jakoś pamiętali...". W komentarzach pod wpisami TVP Sport pojawiła się fala krytyki, a niektórzy internauci domagają się przeprosin za pominięcie obecności prezydenta na ceremonii otwarcia. "Ponieważ dzisiaj prezydent RP miał w Mediolanie spotkanie z premier Meloni, a (w odróżnieniu do ministra sportu) nie został wspomniany w waszym komentarzu przy okazji przemarszu polskiej reprezentacji, to był prezydent Nawrocki na San Siro czy nie był?" – dopytywał dr hab. Stefan Bielański, były członek Społecznej Rady Sportu przy Ministrze Sportu i Turystyki. Tymczasem prezydent Karol Nawrocki podzielił się krótkim nagraniem, na którym widać, jak wita polskich reprezentantów na ceremonii otwarcia igrzysk, machając z widowni. Przypomnijmy, że to już kolejna podobna sytuacja w krótkim czasie. Po niedawnej wizycie głowy państwa w Muzeum Auschwitz w sieci aż huczało. Prezydencki minister mówił o pominięciu Karola Nawrockiego, a przedstawiciele instytucji wydali specjalne oświadczenie w tej sprawie. Zachęcamy do lektury artykułu naTemat.pl, w którym przedstawiliśmy szczegóły. Kiedy Polacy startują na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich Mediolan-Cortina? Oto nasze szanse medalowe Zimowe igrzyska przez kolejne tygodnie będą jednym z głównych sportowych wydarzeń. Zaszczyt reprezentowania Polski we Włoszech otrzymało 59 sportowców. Wśród nich są również faworyci do medali. Warto obserwować starty w łyżwiarstwie szybkim, w których udział wezmą Andżelika Wójcik i Karolina Bosiek oraz Damian Żurek i Marek Kania. Polecamy waszej uwadze również skoki narciarskie, bo choć mówi się, że nasi reprezentanci nie są w najlepszej formie, to może czekać nas miłe zaskoczenie. Najważniejsze terminy dla polskich kibiców to: 9 lutego od godz. 19:00 (rywalizacja mężczyzn na normalnej skoczni), 10 lutego od godz. 18:45 (konkurs drużyn mieszanych) oraz 14 lutego od godz. 18:45 (finał na dużej skoczni). Przypomnijmy, że pierwsze starty polskich sportowców już za nami, a start polsko-ukraińskiej pary łyżwiarzy figurowych wywołał ogromne emocje. Poruszenia nie ukrywali również sami zawodnicy, Sofiia Dovhal i Wiktor Kulesza.

  •  

Tragedia w rodzinie Lil Jona. Znany raper potwierdził najgorsze

Amerykański raper Lil Jon przekazał, że nie żyje jego 27-letni syn DJ Young Slade. Przyczyna śmierci muzyka nie jest znana. Od kilku dni mężczyzna był uznawany za osobę zaginioną. Na początku tygodnia – a dokładnie we wtorek – służby stanu Georgia zostały poinformowane o zaginięciu Nathana Smitha, młodego artysty znanego pod pseudonimem DJ Young Slade. W piątek ojciec 27-latka, raper i producent muzyczny Lil Jon, przekazał w poruszającym wpisie w mediach społecznościowych, że jego syn nie żyje. Nie żyje syn Lil Jona. DJ Young Slade miał 27 lat "Jestem głęboko zasmucony tragiczną śmiercią naszego syna, Nathana Smitha. Jego matka (Nicole Smith) i ja jesteśmy zdruzgotani" – czytamy na profilu rapera z Atlanty na Instagramie. "Nathan był najżyczliwszą osobą, jaką można było spotkać. Był niezwykle troskliwy, rozważny, uprzejmy, pełen pasji i serdeczny – kochał swoją rodzinę i przyjaciół całym sobą. [...] Pociesza nas myśl, że podczas naszych ostatnich wspólnie spędzonych chwil powiedzieliśmy mu o tym, ile dla nas znaczy" – dodali rodzice zmarłego. Dziennikarze TMZ dowiedzieli się wcześniej od policji z Milton (miasta znajdującego się prawie 50 km od Atlanty), że z okolicznego stawu wyłowiono ciało, a ofiarą jest najprawdopodobniej zaginiony Nathan Smith. Służby sugerują, że nic nie wskazuje na udział osób trzecich. Przypomnijmy, że Lil Jon to pionier podgatunku hip-hopu znanego jako crunk, który pochodzi z Atlanty. Na początku lat 90. został odkryty przez rapera Jermaine'a Dupriego. W swojej długoletniej karierze muzyk miał okazję współpracować m.in. z Ice Cubem, Snoop Doggiem, Usherem, Ciarą i Ludacrisem.

  •  

Powraca "Diabeł ubiera się u Prady". Czas szefowych z piekła rodem minął? 

Zwiastun filmu "Diabeł ubiera się u Prady 2" w zaledwie osiem godzin wyświetliło 2,5 mln osób. Wygląda na to, że minęło 20 lat, a Miranda grana przez Meryl Streep jest w dawnej "formie". Przemocowe szefowe są już głównie w kinie czy wciąż mają się dobrze w realu? Pytamy Annę Makowską, prezeskę Krajowego Stowarzyszenia Antymobbingowego. "Diabeł ubiera się u Prady 2 – kontynuacja światowego hitu z 2006 roku trafi do polskich kin 1 maja, ale już budzi olbrzymie emocje. Znów zobaczymy Meryl Streep jako Mirandę Priestly i Anne Hathaway w roli Andy Sachs. Tylko że tym razem zmienia się układ sił. Andy wraca do redakcji "Runway" w specyficznym momencie – Miranda ma problem z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości medialnej, gdy sprzedaż papierowych magazynów dramatycznie spada. I to właśnie od Andy może zależeć los "Runway" i Mirandy. Zwiastun uruchomił falę nostalgii, ale i pytania o to, czy relacje w pracy, pokazane w kultowej pierwszej części filmu, dziś byłyby jeszcze możliwe? Bo w krótkiej scenie, która trafiła do sieci, widzimy, że Miranda raczej się nie zmieniła – udaje, że nie poznaje Andy, dawnej asystentki. Znów próbuje potraktować ją przedmiotowo. O to, czy mobbing w pracy wciąż ma się dobrze, choćby ten "w białych rękawiczkach" i o tym, czy różni się w wykonaniu kobiet i mężczyzn, rozmawiamy z Anną Makowską, prezeską Krajowego Stowarzyszenia Antymobbingowego. Pierwsza część "Diabła ubierającego się u Prady" pokazywała szefową z piekła rodem. 20 lat temu widzów śmieszyły sceny, w których Miranda upokarza podwładnych. A panią? Anna Makowska, prezeska Krajowego Stowarzyszenia Antymobbingowego: Mnie to nie śmieszyło, nawet wtedy, choć była to inna epoka, jeśli chodzi o kulturę zarządzania. Jako osoba, która już wtedy zajmowała się mobbingiem, wiedziałam, jak bardzo jest ona traumatycznym przeżyciem. Film odebrałam bardzo negatywnie i pamiętam, że nawet miałam problem z obejrzeniem go do końca. Dla ludzi, którzy nie doznali mobbingu, zachowania Mirandy mogą być zabawne. Dla tych, którzy przeżyli mobbing – straszne. Widzę to nawet dziś na szkoleniach, które prowadzę w korporacjach. Dla osób, które nie doświadczyły mobbingu, moje szkolenia to kolejne korporacyjne warsztaty do "zaliczenia". Ludzie mają do nich neutralny stosunek. A gdy w grupie są osoby, które przeżyły mobbing, te zajęcie otwierają w nich bardzo trudne emocje – niektórzy nawet w ich trakcie płaczą. Dla ludzi, którzy doświadczyli przemocowego stylu zarządzania, choćby w formie agresji słownej, oglądanie scen, w których Miranda szydzi z podwładnych, także z ich tuszy, co jak wiemy, może wpędzić kobiety w zaburzenia odżywiania, np. w anoreksję, są niezwykle trudne. Też nie mogłam patrzeć na to, jak Miranda upokarza Andę – miłą, skromną, zdolną i pracowitą, młodą asystentkę. A takie zachowania Mirandy, jak w filmie "Diabeł ubiera się u Prady", dziś byłoby możliwe?  W krajach zachodnich – coraz rzadziej, bo mobbing jest tam już realnie ścigany. W Polsce wciąż słyszę o podobnych relacjach w korporacjach – presja, wyścig szczurów, subtelne formy przemocy psychicznej, jakie stosują szefowie wobec podwładnych. To już nie jest krzyk i jawna agresja, jak w latach 90., częściej "tylko" aluzje, sygnały i gesty, w których intencjonalną przemoc wyczuwa tylko osoba, do której jest ona skierowana. Mobber potrafi znaleźć czuły punkt danej osoby i właśnie w niego uderzyć, łamiąc psychikę ofiary. A trauma u takiej osoby często zostaje już na całe życie. I potem taka osoba zmaga się z nią latami – sama albo z pomocą psychologów. W filmie Miranda jest dumna z tego, że jest wobec podwładnych okrutna. To częste wśród mobberów, niezależnie od płci? Bardzo częste. Są ludzie, którzy są dumni ze swojej brutalności. Tylko gdy są przyłapani i grożą im za to konsekwencje, tłumaczą swoje zachowanie charakterem, temperamentem, "przypadkiem". A to nie jest przypadek – to premedytacja. Ale jeśli chodzi akurat o kobiety – wśród tych na wysokich stanowiskach często spotyka się przypominające Mirandę czy to już rzadki ewenement? Spotka się. A takie zachowania najczęściej przejawiają kobiety, których droga kariery nie była klarowna, oparta na jasnych zasadach – nie zostały one np. wyłonione w drodze konkursu. Najczęściej awansowały wewnątrz firmy i to w nie do końca transparentny sposób. Taki awans powoduje, że osoba, która go dostaje, chce, by wszyscy, którzy byli tej drogi świadkami, teraz jej "zeszli z drogi". I niestety, kobiety w korporacjach potrafią zachowywać się bardzo źle np. wobec koleżanek, z którymi wcześniej pracowały na równorzędnych stanowiskach i dla których nie były autorytetem. Próbują je wyeliminować. Nowoprzyjętych pracowników, którzy nie znają ścieżki kariery, łatwiej jest "ustawić". Mobbing w wydaniu mężczyzn jest inny? Mężczyźni oczywiście stosują podobne zachowania, ale kobiety częściej bywają bardziej wyrafinowane. U mężczyzn agresja ma formę prostszą i bardziej bezpośrednią, są to na przykład groźby zwolnienia. Kobiety częściej starają się, by ich działania mobberskie były subtelne, zakamuflowane, trudniejsze do uchwycenia. I kobiety potrafią silniej oddziaływać na psychikę, zwłaszcza innych kobiet, bo lepiej ją znają. A jak to wygląda w statystykach? Statystycznie rozkłada się mniej więcej po równo – sprawcami przemocy, a także jej ofiarami są zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Jestem jednak bardzo ostrożna z podawaniem danych. Problem z nimi polega na tym, że w Polsce brakuje rzetelnych, aktualnych badań. Przedsiębiorcy nie są nimi zainteresowani, a temat mobbingu nie jest regularnie i rzetelnie zgłębiany. Istnieją wprawdzie pojedyncze publikacje, ale zwykle bazują na relacjach osób, które chciały opowiedzieć o swoim doświadczeniu. To głównie głos ofiar i jedynie tych, które chciały mówić. A kobiety są skłonne częściej o tym mówić. W świecie mody coś się zmieniło? W "Top Model" uwagi jury pod adresem kandydatek można uznać za przemocowe. A to program kręcony współcześnie. Oczywiście, że przemocowe zachowania wciąż istnieją w świecie mody. Mówi się, że modelki mają mieć charyzmę i że jest ona premiowana, a nie tylko wygląd. To piękna teoria, bo prawda jest taka, że rywalizacja w świecie mody powoduje ogromną presję psychiczną. Gdy rozmawiam z modelkami, mówią, że wciąż godzą się na rzeczy, na które w innych zawodach kobiety już by się nie zgodziły. Są obrażane, traktowane przedmiotowo, nadal jak "żywe manekiny". Nieważne, że szpilki wbijają im się w stopy tak, że krwawią – kobieta słyszy: "masz w tym wyjść" i idzie po wybiegu. Modelki, podobnie jak wiele osób w innych branżach, godzą się na złe traktowanie, bo mają świadomość, że ich kariera jest krótka. Uznają więc mobbing za cenę wpisaną w ten zawód. I to jest najbardziej przerażające.  A wracając do programów typu "Top Model" – widzimy, jak dziewczyny są w nich wyszydzane, a gdy nie chcą pozować do sesji nago, słyszą, że ciało to ich narzędzie pracy. Podobnie bywa w środowiskach teatralnych i filmowych. Ciało jest narzędziem pracy, ale aktorce czy aktorowi może być trudno wyczuć, czy tzw. scena rozbierana jest uzasadniona i wzmacnia artystyczny wyraz, czy nagie ciało ma być tylko wabikiem dla widza. Tym bardziej że po montażu coś, co na planie wyglądało na uzasadnione, może już wyglądać inaczej. Tak, w filmie bywa podobnie – są sceny, w których nagość jest uzasadniona, ale bywa też tak, że chodzi jedynie epatowaniu golizną. A nawet jeśli rozebranie się jest wizją reżyserską, nie każdy aktor (podobnie jak modelka), musi chcieć budować wizerunek akurat na tym. A kiedy mówimy o mobbingu? Czy dziś, ze względu na większą świadomość przemocowych zachowań, ludzie potrafią go rozpoznać, czy może skłonni są skłonni w każdym niemiłym komentarzu doszukiwać się mobbingu? Nie każda krytyczna uwaga nim jest. Mobbing ma kilka bardzo charakterystycznych cech. Po pierwsze: zwykle jest ukierunkowany na jedną lub dwie osoby, które są przez mobbera systematycznie niszczone. Po drugie: mobber dąży do podzielenia społeczności w pracy –na "swoich" i "obcych", czyli tych, którzy są w jego łaskach i tych, którzy są w niełaskach. Po trzecie: mobber "zarządza" nie tylko przez zastraszanie, ale i przez rozsiewanie plotek, pomówień, wysuwanie oskarżeń, które mają jeden cel – odebrać ofierze wiarygodność. A do tego mobber zwykle przypisuje sobie sukcesy zespołu, a porażki zrzuca na innych. W rozmowach z przełożonymi przedstawia się jako niezastąpiony i przywłaszcza sobie cudze pomysły, a jednocześnie oczernia innych. A że prowadzi je w "w cztery oczy", wszystko odbywa się "w białych rękawiczkach". Ofiara żyje w nieświadomości. Tak, bo nie ma świadków tych rozmów. To są choćby takie sytuacje, gdy mobber przestawia prezesowi jakiś projekt, a przy okazji, np. już wychodząc, wtrąci coś teoretycznie niezwiązanego z tematem, np.: "Ech, mam w zespole takiego Iksińskiego, mówię ci, kosmos!", albo: "Znowu z tym Iksińskim problemy, nie mam już do niego siły!". I gdy wreszcie, po długim czasie, osoba doświadczająca mobbingu – wspomniany Iksiński postanawia zareagować i zgłosić mobbing, staje w drzwiach gabinetu prezesa i przedstawia się: "Jestem Iskiński…", bo jest pewien, że prezes nie ma pojęcia o jego istnieniu. A w głowie prezesa zapala się "czerwona lampka": "A, to ten Iksiński! Nieudacznik, z którym są same problemy!". I prezes już Iksińskiemu nie uwierzy? Iksiński zostanie raczej zwolniony albo sam odejdzie, bo nie wytrzyma psychicznie. I będzie szukać pracy, ale może mieć problem z tym, by ją znaleźć. W wielu branżach na wysokich szczeblach obowiązuje zasada: "ręka rękę myje". Pracodawcy podpytują się nawzajem o byłych pracowników. Ktoś np. dostaje CV i widzi, że osoba, która startuje w rekrutacji, pracowała w firmie, którą kieruje znajomy. Dzwoni więc do niego i pyta: "Słuchaj, pracował u ciebie Iskiński, właśnie stara się u nas na stanowisko Y". I słyszy: "A, daj spokój…!". I to wystarczy, by zablokować komuś karierę. Pracodawcy mają dziś zakaz informowania o powodach czyjegoś odejścia z pracy czy jego zwolnienia. Nie mogą udzielać tak szczegółowych informacji o byłych pracownikach, ale znów wszystko dzieje się w "białych rękawiczkach". Gdyby nawet doszło do konfrontacji, ktoś może się wyprzeć, że sugerował, by nie zatrudniać konkretnej osoby. Przecież powiedział tylko: "A, daj spokój!", więc może zarzekać się, że chodziło jedynie o to, by rozmówca dał sobie spokój z wypytywaniem o czyichś byłych pracowników, bo to nieetyczne. To co można zrobić z mobbingiem? Dopóki państwo polskie nie pochyli się nad tym problemem wystarczająco, czyli tak, by mobberzy byli często i realnie karani, osoby przemocowe nie będą czuły potrzeby zmiany. Nie chodzi o to, by na mobberów nakładać np. wysokie kary finansowe. Wielu z nic sobie z tego nie będzie robić. Chciałabym, żeby mobberzy byli obowiązkowo leczeni – tak, jak osoby z agresją fizyczną. Bo mobbing to też agresja, tylko psychiczna. * Anna Makowska jest prezeską Krajowego Stowarzyszenia Antymobbingowego od ponad 20 lat. Ekspertką w zakresie profilaktyki antymobbingowej, szkoli też z tej tematyki menadżerów i pracowników korporacji niższego szczebla. Jest absolwentką m.in. politologii i zarządzania.

  •  

Air fryer kontra piekarnik. Raz na zawsze ustalamy, co wychodzi taniej

Air fryery to absolutny hit ostatnich lat, który zadomowił się w wielu polskich kuchniach. Część osób uważa je za zbędny gadżet i porównuje do mini-piekarników z termoobiegiem. Fani beztłuszczowych frytkownic uważają, że dzięki nim płacą mniejsze rachunki za prąd. Czy rzeczywiście używanie air fryera wychodzi taniej? Wydaje mi się, że moda na te urządzenia wystrzeliła, gdy nudną nazwę "frytkownica beztłuszczowa" zastąpiono chwytliwym "air fryerem". Ich siła tkwi w rozmiarze. Kompaktowa budowa i bliskość grzałki sprawiają, że proces pieczenia rusza niemal od razu, bez długiego i kosztownego nagrzewania pustej przestrzeni, jak w zwykłym piekarniku. Wbrew nazwie, w air fryerze można używać tłuszczu, np. skraplać frytki olejem, by były bardziej chrupiące (wciąż jest to zdrowsze niż klasyczna frytkownica), a także piec inne rzeczy niż frytki, np. mięso czy chleb. Dla wielu osób są lepsze od mikrofalówki, w której tylko możemy podgrzewać potrawy, ale są też mniej wszechstronne niż Thermomix i jego klony. Są jednak o wiele tańsze, bo porządnego air fryera kupimy już za ok. 500 zł. Air fryer czy piekarnik? Co jest bardziej energooszczędne? Wziąłem na warsztat artykuły z testami z Wielkiej Brytanii, Niemiec oraz Polski, aby raz na zawsze rozstrzygnąć, które urządzenie jest tańsze w eksploatacji. Dzięki temu zestawione są tu różne dane: od kosztów przygotowania pojedynczego kurczaka, po pieczenie ciast i frytek dla całej rodziny. Energy Saving Trust Eksperci z organizacji Energy Saving Trust nie mają wątpliwości, że przy małych posiłkach air fryer jest lepszy. Z ich wyliczeń wynika, że przygotowanie 600 g piersi z kurczaka w beztłuszczowej frytkownicy kosztuje około 0,15 funta (0,73 zł). Ta sama porcja w piekarniku elektrycznym generuje koszt 0,21 funta (1,02 zł). "Air fryer działa jak mały konwekcyjny piekarnik. Ponieważ jest niewielki, zazwyczaj okazuje się tańszy w eksploatacji przy tym samym posiłku" – zauważają specjaliści Energy Saving Trust. Z ich analiz można jeszcze wyciągnąć kilka wniosków: Przygotowanie lasagne w mikrofalówce to koszt zaledwie 0,04 funta (0,19 zł). Użycie wolnowaru do dużej porcji gulaszu kosztuje 0,36 funta (1,75 zł). Piekarnik najlepiej sprawdza się przy gotowaniu "hurtowym", czyli po prostu przy przygotowaniu wielkich lub wielu dań. Which? Portal Which? przeprowadził testy laboratoryjne i porównał zużycie energii podczas pieczenia konkretnych produktów. Kurczak o wadze 1,3 kg w air fryerze potrzebował 53 minut i kosztował 14 pensów (0,68 zł). Piekarnik potrzebował na to samo aż 76 minut, co pochłonęło 30 pensów (1,46 zł). "Nasze badania wykazały, że można uzyskać znaczne oszczędności energii dzięki frytkownicy beztłuszczowej, zwłaszcza przy gotowaniu małych ilości" – przyznaje dr Steph Kipling z Which?. Wyniki testów porównawczych Which?: Pieczenie ziemniaka w mundurku: 10 pensów (0,49 zł) w air fryerze kontra 29 pensów (1,41 zł) w piekarniku. Pieczenie ciasta: 6 pensów (0,29 zł) w air fryerze kontra 19 pensów (0,92 zł) w piekarniku. Mrożone frytki: 8 pensów (0,39 zł) w air fryerze kontra 23 pensy (1,12 zł) w piekarniku. Buergerhaus Rheine Niemiecki serwis Buergerhaus Rheine zwraca uwagę na ogromną różnicę w technologii: powietrze w air fryerze wiruje z prędkością ponad 70 km/h, co drastycznie skraca czas pracy. W przypadku warzyw o wadze 400 g oszczędność energii sięga aż 45 proc. (zużycie 0,25 kWh zamiast 0,55 kWh). "Intensywna cyrkulacja powietrza przenosi ciepło wydajniej. Dodatkowo w wielu przypadkach zbędna jest faza wstępnego nagrzewania" – podkreślają autorzy testu. Z analizy wynikają roczne oszczędności: Codzienne użytkowanie dla małych porcji pozwala zaoszczędzić od 40 do 60 euro (169 – 253 zł) rocznie. Czas pieczenia udek z kurczaka skraca się z 45 do około 30 minut. Inwestycja w sprzęt zwraca się zazwyczaj po 2–3 latach. Pomysł na Obiadek Polski blog Pomysł na Obiadek sprawdził koszty przy uwzględnieniu polskich taryf na 2025 rok. Przy założeniu ceny 1,15 zł za 1 kWh przygotowanie obiadu w air fryerze kosztuje około 0,80–1,00 zł, podczas gdy w piekarniku kwota ta rośnie do 2,30–2,80 zł. "Przygotowując ten sam obiad w air fryerze, oszczędzasz na jednym pieczeniu około 1,50 zł" – zauważa autorka bloga. Wnioski z polskiego testu: W skali roku oszczędność przy codziennym gotowaniu może przekroczyć 500 zł. Air fryer jest idealne do odgrzewania kawałka pizzy, ale całą pizzę zrobimy tylko w piekarniku. Wygrywa też w kategorii tekstury frytek, które są mniej "uduszone" niż te z blachy. Ostateczny werdykt. Air fryer wychodzi taniej, ale... Werdykt płynący z powyższych artykułów jest jednoznaczny: air fryer to obecnie najbardziej ekonomiczne urządzenie do pieczenia i podgrzewania małych oraz średnich porcji jedzenia. W niemal każdym teście zużycie energii było o 30 do 50 proc. niższe niż w przypadku tradycyjnego piekarnika, co wynika głównie z braku konieczności długiego nagrzewania i krótszego czasu obróbki cieplnej. Jeśli więc chcemy obniżyć rachunki za prąd, to zakup tego urządzenia jest strzałem w dziesiątkę. Jest nie tylko modne, wygodne i nie zajmuje dużo miejsca, ale przy obecnych cenach energii staje się wręcz niezbędne do podratowania budżetu domowego. Piekarnik pokonuje air fryera przy większych daniach i dużych rodzinach Warto jednak pamiętać, że żadne urządzenie nie jest uniwersalne. Powyższe testy zazwyczaj opierają się na porcjach dla jednej lub dwóch osób. Jeśli musisz przygotować posiłek dla pięcioosobowej rodziny, próba upieczenia wszystkiego w małym koszyku air fryera na kilka rat będzie karkołomna i po prostu droższa. W takiej sytuacji piekarnik (zwłaszcza te nowoczesne i energooszczędne) wychodzi na prowadzanie, ponieważ jego duża objętość pozwala przygotować wiele porcji jednocześnie przy jednorazowym zużyciu energii. Wybór zależy więc od naszego stylu życia. Dla singli, par czy rodzin 2+1 air fryer to maszyna do oszczędzania pieniędzy, ale dla dużej rodziny lub osób, które lubią dużo gotować, piekarnik będzie dalej niezastąpiony.

  •  

SCT to żyła złota, a kierowcy płacą i płaczą. Kraków zarobił miliony w miesiąc

Kraków jako pierwszy odpalił Strefę Czystego Transportu (SCT) na taką skalę. Efekt? Wystarczyło 31 dni, by miejscy urzędnicy mogli otwierać szampana. Do budżetu wpłynęły kwoty, o których inne miasta mogą tylko pomarzyć, a wszystko to z portfeli kierowców, których auta "nie pasują" do nowej, czystej wizji stolicy Małopolski. Jeżeli wydawało wam się, że wprowadzenie SCT w Krakowie przejdzie bez echa, to spójrzcie na liczby. W zaledwie miesiąc miasto zainkasowało ponad 4 mln zł. Skąd taka suma? To proste: kierowcy wykupili blisko 30 tys. abonamentów i zapłacili za niemal 243 tys. wjazdów godzinowych. To pokazuje skalę zjawiska. Kraków nie wyciął ruchu starego typu "chirurgicznym cięciem", ale postawił bramki, które dla wielu stały się podatkiem od posiadania starszego auta. System został sprawdzony już 1,85 mln razy. To oznacza, że niemal każdy, kto wjeżdża do miasta, nerwowo sprawdza w telefonie: "czy moje auto przejdzie?". Kto musi płacić za SCT w Krakowie? Zasady są brutalnie proste. Jeśli twoje auto nie spełnia norm, a nie jesteś mieszkańcem Krakowa (zameldowanym przed czerwcem 2025 r.), szykuj portfel. Wjazd do SCT w Krakowie dla aut benzynowych wymaga normy Euro 4 (produkcja od 2005 r.), a dla diesli poprzeczka wisi znacznie wyżej, bo to norma Euro 6 (roczniki od 2014 r.). Jeśli twoje auto jest starsze, masz dwa wyjścia: albo zostawiasz je na obrzeżach, albo płacisz. Obecnie stawka za wjazd do SCT to: 2,50 zł za każdą rozpoczętą godzinę, 5 zł za cały dzień (co brzmi jak promocja, ale tylko do 2027 roku, kiedy cena skoczy do 15 zł), 100 zł za abonament miesięczny. Pamiętajcie jednak, że to "okienko płatnicze" zamknie się definitywnie z końcem 2028 roku. Wtedy żadne pieniądze nie pomogą i stary diesel po prostu do Krakowa nie wjedzie. No, chyba że masz "żółte blachy" lub status pojazdu specjalnego. Wojna o znaki i 500 zł mandatu Nie wszystkim podoba się ten "ekologiczny postęp". Obszar SCT w Krakowie obejmuje aż 60 proc. powierzchni miasta, co dla wielu mieszkańców okolicznych gmin jest odcięciem od świata. Frustracja była tak duża, że w pierwszych dniach stycznia z ulic zniknęło lub zostało zniszczonych około 20 znaków informujących o strefie. Dziś sytuacja się uspokoiła, ale straż miejska nie próżnuje. Jeśli wjedziesz do strefy "nielegalnie" i bez opłaty, musisz liczyć się z tym, że mandat za wjazd do SCT wynosi okrągłe 500 zł. Biorąc pod uwagę, że system kamer i kontroli jest coraz szczelniejszy, jazda "na partyzanta" to po prostu kiepski interes. Jak sprawdzić, czy twoje auto może wjechać do Krakowa? Zanim ruszysz na wycieczkę pod Wawel, lepiej odwiedzić oficjalny system rejestracji pojazdów SCT. Wystarczy wpisać numer rejestracyjny, by dowiedzieć się, czy jesteś "czysty", czy musisz sypnąć groszem. Miasto rozpatrzyło już pozytywnie ponad 75 tys. wniosków o bezpłatny wjazd, więc warto sprawdzić, czy nie łapiesz się na któreś ze zwolnień (np. dla seniorów lub osób z niepełnosprawnościami). Kraków stał się polskim poligonem doświadczalnym dla ekologicznych rewolucji. Czy 4 miliony złotych w miesiąc to sukces? Dla budżetu miasta na pewno. Może będą środki na walkę z kopciuchami, które jeszcze bardziej zatruwają powietrze.

  •  

Zenek Martyniuk w nagraniu z 1996 roku. Tak widział przyszłość disco polo

Zenon Martyniuk jest niekwestionowanym królem disco polo, którego kariera sceniczna sięga końca lat 80. Artysta debiutował wówczas z zespołem Akcent. W nagraniu z 1996 roku gwiazdor opowiadał o przyszłości gatunku muzyki, którego do dziś jest twarzą. Jego słuchacze powinni przygotować się na spotkanie z nostalgią. Piosenki Zenona Martyniuka i zespołu Akcent zna cała Polska. "Życie to są chwile", "Królowa nocy", "Przez twe oczy zielone" – utwory te są obecne z nami na weselach i lokalnych imprezach. Jedni słuchają ich na poważnie, drudzy podchodzą do nich w sposób ironiczny. Nie da się jednak ukryć, że lider kapeli z Bielska Podlaskiego nikomu nie jest obcy. W mediach społecznościowych natkniemy się na archiwalne nagrania z czasów młodości Zenona Martyniuka. W wywiadzie z telewizją kablową Zduńska Wola, który przeprowadzono w 1996 roku, artysta został zapytany o przyszłość muzyki disco polo. Jego słowa mogą niektórych zdziwić. Zenon Martyniuk w wywiadzie z 1996 roku. Mówił o przyszłości disco polo W klipie pochodzącym z lat 90. słyszymy, jak dziennikarka pyta Martyniuka, o to, czy moda na disco polo kiedyś minie. – Ja nie wiem, czy to w ogóle się skończy. To będzie coraz lepsze, (...). My na przykład jak zaczynaliśmy grać około 7-8 lat temu, to wówczas pamiętam, że bardzo modne były utwory grupy Modern Talking czy Blue System – powiedział, sugerując, że kawałki wspomnianych kapel – choć śpiewane w języku angielskim – są discopolowe. – Jeśli przełożymy je na dzisiejszy język – sprecyzował wokalista. – Sandra, Sabrina, Bad Boys Blue. (...) Kiedyś to było nazywane muzyką chodnikową, (...), dlatego, że bardzo dużo było sprzedawanych kaset na chodniku po prostu i na straganach – tłumaczył. Następnie Martyniuk określił gatunek disco polo mianem "muzyki środka". W komentarzach pod nagraniem opublikowanym na kanale ZDUŃSKA WOLA – LATA 90. na YouTube znajdziemy wiele komentarzy chwalących Akcent. "Szacun dla Zenona, że przeżył te wszystkie epoki i dalej działa na rynku! Mistrz" – czytamy.

  •  

PiS głośno walczy o bezpieczeństwo kobiet w ciąży. Tak, ten sam PiS...

18 szpitali w Polsce zrezygnowało z prowadzenia porodówek i to w bardzo krótkim czasie. Według ustaleń "Rzeczpospolitej" stało się tak w ciągu czterech tygodni 2026 roku. Nie zazdroszczę kobietom w tych regionach, choć zamiast porodówek pojawia się nowe rozwiązanie. Ale to jak wykorzystuje to PiS i narodowcy, to inna historia. Niesamowite jest to, że nagle tak odwróciły się role... "Piekło kobiet". Jedno z najbardziej znanych haseł za rządów PiS. Symbol polityki ich rządu, który tysiące ludzi w całym kraju wyciągał na ulice. Nie spodziewałam się, że kiedyś zobaczę to hasło na sztandarach tych, którzy za owo piekło odpowiadali. Prezes PiS rzucił kiedyś pod adresem ówczesnej opozycji: – Jeżeli oni czasem mówią o piekle kobiet, że to niby my je tworzymy, to można odpowiedzieć: piekło kobiet to było za waszych czasów. Ale żeby dziś role aż tak się odwróciły? Od kilku tygodni to prawica grzmi o "piekle kobiet". I PiS, i Konfederacja, i prawicowe media. "Piekło kobiet" odmieniane jest przez wszystkie przypadki. "Wiecie, jak wygląda prawdziwe ‘piekło kobiet’? Właśnie tak. Podziękujcie panu Donaldowi Tuskowi" – to poseł PiS Paweł Jabłoński na X. "Piekło kobiet – porodówki do kasacji" – leci na pasku w prawicowej TV wPolsce24. – Mamy do czynienia z prawdziwym dramatem, piekłem kobiet – grzmi w Sejmie posłanka PiS Urszula Rusecka. O "piekle kobiet" pisze katolicka "Fronda". I europosłanka Konfederacji Ewa Zajączkowska-Hernik: "To jest realne piekło kobiet, które funduje ta władza". Szpitale rezygnują z oddziałów położniczych O co chodzi? O zamykane porodówki. Od początku 2026 roku z różnych stron Polski co chwila napływają takie doniesienia, jak to: "Z dniem 31 grudnia 2025 r. nastąpi zamknięcie Oddziału Ginekologiczno-Położniczego oraz Oddziału Noworodkowego w Samodzielnym Publicznym Zespole Opieki Zdrowotnej w Leżajsku". Bieszczady, Mazowsze, Podlasie, Warmia i Mazury, Wielkopolska, Lubelszczyzna... – wszędzie szpitale tak bardzo odczuły gwałtowne spadki liczby porodów, że zaczęły zamykać oddziały. Skala nie jest mała. Jak kilka dni temu ustaliła "Rzeczpospolita", w niespełna cztery tygodnie 2026 roku z prowadzenia porodówki zrezygnowało 18 szpitali. Z kolei w 2025 roku, jak podaje Rynek Zdrowia, szpitale zamknęły 26 oddziałów położniczych.  Jednak zgodnie z nowymi przepisami, w szpitalach, które likwidują oddziały położnicze, od 31 stycznia 2026 roku mają powstać tzw. pokoje narodzin – z całodobową opieką położnych. Czym są pokoje narodzin? To nowe rozwiązanie dla szpitali bez porodówek – Nie będą się tam odbywać planowe porody fizjologiczne. To miejsca, w których będzie możliwość zapewnienia bezpieczeństwa w sytuacji nieplanowanego porodu, który może mieć gwałtowny przebieg. W Polsce zdarzają się one niezwykle rzadko – tłumaczył wiceminister zdrowi Tomasz Maciejewski. Strona rządowa gov.pl tak tłumaczy to rozwiązanie: "Zadaniem [położnej – przy. red.] będzie zbadanie ciężarnej, ocena stanu zaawansowania akcji porodowej i w razie konieczności przewiezienie pacjentki karetką do szpitala, w którym znajduje się oddział położniczo-ginekologiczny. Przyjęcie porodu w izbie porodowej będzie miało charakter incydentalny i nastąpi wyłącznie w sytuacji, gdy stopień zaawansowania akcji porodowej uniemożliwi bezpieczny transport". Zaznacza też, że "projekt jasno określa kompetencje zespołu i wyrównuje dostęp do opieki położniczej" i że "Polki nie będą rodziły na SOR-ach". – Polki nie będą rodzić na SOR-ach. Trzeba pamiętać, że w obrębie izb przyjęć szpitali powiatowych, które mają oddziały położnicze, zawsze był pokój przyjęć pacjentek ciężarnych. To nigdy nie był SOR, ale oddzielne pomieszczenia – tłumaczył Maciejewski. Cytujemy za źródłem, gdyż widz/czytelnik TV Republika lub innych prawicowych mediów otrzymuje inny przekaz. Jaki? Na przykład, że "Tusk zmusza do rodzenia na SOR-ach". Posłanka PiS Marzena Machałek na X: "Donald Tusk urządził kobietom piekło! Hurtowo zamykają porodówki i karzą rodzić na SOR-ach. Jak najszybciej trzeba przywrócić normalność". Prawica dostała nowe paliwo. Teraz oni grzmią o bezpieczeństwie kobiet Sprawa zamykanych oddziałów położniczych budzi ogromne emocje i nie ma się co dziwić. To zrozumiałe pod każdym względem. Każda kobieta w ciąży chce rodzić bezpiecznie, w dobrych warunkach. Każda woli mieć oddział położniczy w swoim mieście, niż przeżywać stres, czy zdąży dojechać do innego miasta. Ale Polacy w mediach społecznościowych reagują też tak: "Nie ma chętnych do zachodzenia w ciążę i rodzenia, nie ma porodówek. Po co utrzymywać oddział, gdzie w miesiącu rodzi się 1 dziecko?", "Porodówki są zamykane, bo dzieci się nie rodzą (niektóre to kilkanaście porodów w roku). A nie, że dzieci się nie rodzą, bo zamykają porodówki. Zaczną rodzić to i otworzą nowe" itp. itd. W każdym razie widać, że PiS i Konfederacja dostały nowe polityczne paliwo. W sieci już od pewnego czasu krążą mapy pod hasłem "Tu nie urodzisz dziecka". A po informacji, że w cztery tygodnie zamknięto 18 oddziałów, aż się zagotowało. Oliwy do ognia dolała też minister do spraw równości Katarzyna Kotula, a właściwie rozmowa Grzegorza Sroczyńskiego z nią w RMF FM. Gdy Sroczyński zapytał: – Dlaczego dajecie twarz do polityki zamykania porodówek? W styczniu zamknięto ich 18! Minister Kotula zaczęła odpowiadać: – W czasie rządów PiS... W prawicowy świat natychmiast poszedł przekaz o "antykobiecej polityce" rządu Tuska. O tym, że Kotula brała udział w protestach w obronie kobiet, a teraz ich nie broni. Na pasku TV Republika alarmuje: "Rząd likwiduje porodówki. Lewica nie widzi w tym problemu!". Tomasz Grabarczyk, kandydat Konfederacji do PE na FB: "To już wiecie, dlaczego na Konfederację głosuje więcej kobiet niż na Lewicę. My naprawdę stoimy po stronie kobiet". Świat staje na głowie. – To jest piekło kobiet, a nie opieka zdrowotna. Kobiety muszą rodzić na SOR-ach – grzmi również na nowym nagraniu Mateusz Morawiecki. Twierdzi też tak: – Najgorsze, że robią to w czasie, gdy demografia w Polsce leży, gdy potrzebujemy wyższej dzietności, a nie niższej. Jak mamy zachęcić kobiety do decydowania się na dzieci, skoro państwo odbiera im podstawowe bezpieczeństwa podczas porodu? Cóż... Za jego rządów najgłośniej było słychać o piekle kobiet. Może zapytajmy więc, co PiS zrobił dla ich bezpieczeństwa? Co zrobił, by zachęcić je do rodzenia dzieci? Co zrobił, by ratować demografię? I dlaczego ta dzietność za jego rządów była i do dziś jest tak niska? Bo wiele kobiet zniechęciły działania PiS i TK. A 500 plus w dzietności, jak wiadomo, też nie pomogło.

  •  

Nowe oszustwo w blokach. Nie wpuszczaj, bo niby chcą "skontrolować" mieszkanie

Nikt nie przypuszczał, że inicjatywa mająca chronić obywateli stanie się narzędziem w rękach przestępców. Oszuści i wyłudzacze zaczęli wykorzystywać "Poradnik bezpieczeństwa", by okradać Polaków. W specjalnym apelu ostrzega przed tym Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Wielu mieszkańców w swoich skrzynkach pocztowych znalazło już przesyłkę od MON i MSWiA. Rządowy program zakłada, że docelowo każda rodzina w kraju otrzyma egzemplarz "Poradnika Bezpieczeństwa". Niestety, całą akcję wykorzystują przestępcy, którzy pod pretekstem nowych przepisów próbują wejść do naszych domów. Poradnik Bezpieczeństwa MON. Co jest w środku? Broszura została przygotowana przez rządowych ekspertów i ma stanowić kompendium wiedzy na trudne czasy. Władysław Kosiniak-Kamysz wyjaśnił, że celem jest edukacja społeczeństwa w zakresie reagowania na kryzysy, takie jak powodzie, pożary czy ataki terrorystyczne. – Chodzi o to, żeby był na stole w kuchni, gdzie wszyscy mają dostęp, a nie na półce między innymi książkami – mówił w zeszłym roku wicepremier. Poradnik można pobrać też w wersji elektronicznej. W poradniku zawarto konkretne instrukcje dotyczące m.in. udzielania pierwszej pomocy, zasad ewakuacji oraz zabezpieczania mienia. Polska chce w ten sposób budować odporność obywatelską na wzór najbezpieczniejszych państw w Europie. Oszustwo na poradnik bezpieczeństwa. Jak działają przestępcy? Niestety, kreatywność złodziei nie ma granic. Służby odnotowują coraz więcej sygnałów o osobach, które pukają do drzwi i podszywają się pod urzędników. Na klatkach schodowych pojawiają się też ogłoszenia o rzekomej kontroli mieszkań w związku z Poradnikiem. Przestępcy twierdzą, że muszą przeprowadzić kontrolę mieszkania pod kątem wytycznych zawartych w nowej broszurze lub oferują jej sprzedaż, mimo że jest ona całkowicie bezpłatna. "Poradnik Bezpieczeństwa nie nakłada na ciebie żadnych obowiązków. Urzędnicy nie prowadzą kontroli w związku z Poradnikiem" – ostrzega MSWiA w oficjalnym komunikacie. "Nie podawaj swoich danych osobowych, zwłaszcza numeru PESEL, osobom, które podają się za urzędników prowadzących kontrole bezpieczeństwa w związku z Poradnikiem" – apelują rządzący. Resort przypomina, że poradnik ma jedynie charakter edukacyjny i nie daje nikomu prawa do sprawdzania naszych mieszkań. Jeśli się z czymś takim spotkamy, od razu zamknijmy drzwi i zadzwońmy na policję.

  •