Widok czytania

Wizz Air chce zabrać Polaków do mistrzów all inclusive. Planują nowe trasy

Siatka połączeń z Polski stale rośnie. W dużym stopniu zawdzięczamy to linii Wizz Air, która słynie z szalonych pomysłów na otwieranie nowych tras. Tym razem mogą jednak solidnie namieszać. Doniesienia o ich najnowszym celu rozbudzą marzenia Polaków. Wizz Air nie ma za sobą łatwego czasu. Z powodu konfliktu na Bliskim Wschodzie musieli odwołać loty do ZEA, a także do Jordanii i Izraela. Problematyczna może być zwłaszcza anulacja połączeń do ostatniego z tych krajów. Izrael miał być jednym z kierunków ekspansji przewoźnika z Węgier, a z planów pewnie nic nie wyjdzie. Ostatecznie jednak, gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Tym sposobem raj all inclusive już zaciera ręce na zupełnie nową grupę turystów. Wizz Air może szykować wielką nowość dla Polaków. Kochamy ten kraj Doniesienia egipskich mediów wskazują, że Wizz Air może być zainteresowany zdecydowaną ekspansją w Egipcie. W ich ofercie są już loty do kraju faraonów. Do Kairu można latać m.in. z Włoch, Węgier i Wielkiej Brytanii. Wg "Egypt Independent" teraz przewoźnik może jednak pójść dalej. Saif Bahgat, prezes NSAS Travel, w rozmowie z dziennikarzami poinformował, że Wizz Air złożył dokumenty o wydanie zezwolenia na zwiększenie liczby lotów do Egiptu. I to od razu trzykrotne – z 80 do aż 240 połączeń tygodniowo. To miałoby im umożliwić otwarcie dużej liczby nowych połączeń, a lista potencjalnych krajów, które by na tym zyskały, jest bardzo długa. Dodajmy jednak, że sam przewoźnik na razie nie zabrał głosu ws. operowania do Egiptu. Jednak wg egipskich mediów jednym z najważniejszych krajów mogłaby być Polska. Nasi turyści wprost uwielbiają wczasy w Egipcie, ale mogą na nie jeździć w zasadzie wyłącznie z biurami podróży. Jedyną alternatywą są bezpośrednie połączenia do Kairu z PLL LOT, ale te nie należą do najbardziej przystępnych cenowo. Oprócz nas nowe połączenia do kraju faraonów miałyby dostać także: Macedonia, Rumunia, Bułgaria, Słowacja, Litwa, Armenia, Albania i Mołdawia. Wizz Air poznał już Egipt. Latają tam także z Polski Wizz Air wydaje się być zadowolony z dotychczasowej współpracy z lotniskami w Egipcie. Oprócz regularnych połączeń rejsowych niedawno zaczął tam oferować także loty czarterowe. Jak informował serwis Fly4free.pl, dzięki współpracy z biurem podróży Coral Travel na pokładzie "landrynki" na all inclusive w Sharm el-Sheikh latają m.in. podróżni z Katowic. Uruchomienie rejsowych połączeń byłoby jednak szansą na wejście na zupełnie nowy poziom dla tamtejszej turystyki. Egipt od lat słynie jako kierunek na wczasy z biurami podróży. Dzięki temu zyskał nawet przydomek mistrza all inclusive, z którym naprawdę trudno jest się nie zgodzić. Jednak z biegiem lat kraj zaczął myśleć także o innych segmentach swojej turystyki. Po otwarciu kairskiego lotniska Sphinx, a także rozpoczęciu działalności Wielkiego Muzeum Egipskiego, kraj zaczął myśleć o rozwoju jako kierunek na city breaki. Ten segment już lata temu rozwinęło Maroko, dzięki czemu to właśnie ono stało się liderem turystyki w Afryce. Jeżeli kraj faraonów chce odzyskać ten tytuł, będzie potrzebował m.in. lotów Wizz Aira. A na te chętnych nie powinno zabraknąć.

  •  

Toyota po cichu przeprowadziła zmiany w swoich autach. Powód jest prozaiczny, ale ma to sens

Zauważyłeś to? Toyota po cichu zmienia swoje logo. Słynna niebieska obwódka to już przeszłość. Jeśli ostatnio mijałeś na ulicy nową Toyotę Camry albo najnowszą generację Priusa, mogłeś odnieść wrażenie, że czegoś brakuje. Spokojnie, to nie twoja spostrzegawczość zawodzi. To japoński gigant przeprowadza właśnie cichą rewolucję wizerunkową. Charakterystyczne niebieskie logo Toyoty, które przez ponad 15 lat krzyczało do nas: "Hej, patrzcie, jestem ekologiczną hybrydą!", właśnie odchodzi do lamusa. Dlaczego marka, która właściwie zbudowała potęgę napędów hybrydowych, rezygnuje ze swojego najbardziej rozpoznawalnego symbolu? Odpowiedź jest prostsza, niż mogłoby się wydawać, i ma sporo wspólnego z tym, jak dziś postrzegamy samochody elektryczne i przyszłość motoryzacji. Koniec ery "niebieskiej poświaty". Jak to się zaczęło? Wszystko zaczęło się w 2009 roku, kiedy na drogi wyjechała trzecia generacja Toyoty Prius. To właśnie wtedy Japończycy uznali, że ich przełomowy napęd hybrydowy zasługuje na specjalne wyróżnienie. Trzy elipsy tworzące logo Toyoty dostały niebieskie wypełnienie (tzw. halo), które stało się synonimem oszczędności i nowoczesności. Przez lata sprawa była jasna: widzisz niebieski znaczek, więc masz do czynienia z hybrydą. Ale świat poszedł do przodu. Dziś, w 2026 roku, kiedy niemal każdy model w salonie jest w jakimś stopniu zelektryfikowany, takie rozróżnienie przestało mieć sens. Toyota uznała, że czas na nowe otwarcie. Czym jest projekt Beyond Zero i tajemnicza niebieska kropka? Zamiast świecącej obwódki, nowe modele, takie jak Toyota Camry czy RAV4, otrzymują teraz dyskretne oznaczenie HEV (Hybrid Electric Vehicle) oraz małą, niebieską kropkę na klapie bagażnika. Ten niepozorny detal to symbol nowej strategii marki o nazwie Beyond Zero. Co to oznacza dla przeciętnego kierowcy? To sygnał, że Toyota nie skupia się już tylko na tym, by auto "mało paliło". Projekt Beyond Zero to cały parasol rozwiązań: od klasycznych hybryd, przez hybrydy typu plug-in (PHEV), aż po auta wodorowe (Toyota Mirai) i pełne "elektryki". Niebieska kropka ma łączyć je wszystkie, sugerując, że marka wykracza poza samą redukcję emisji spalin. Czy "stara" hybryda stanie się klasykiem? Można się zastanawiać, czy za kilka lat fani tuningu nie będą szukać niebieskich emblematów na portalach aukcyjnych, by dodać swoim autom nieco "retro" klimatu. Skoro moda na lata 90. wróciła z pełną siłą, to i niebieskie logo Toyoty może kiedyś stać się poszukiwanym gadżetem. Póki co, fakty są takie: Toyota w 2025 roku sprzedała blisko milion sztuk modelu RAV4. Popyt jest tak ogromny, że fabryki w Kentucky czy Japonii ledwo nadążają z produkcją. Nowe znaczki i rebranding najwyraźniej nie przeszkadzają klientom, którzy wciąż ustawiają się w kolejkach po sprawdzone napędy hybrydowe.

  •  

Nowy sondaż i czerwony alert dla Tuska. KO wygrywa, ale nie utrzyma władzy

Spłynęły wyniki najnowszego sondażu przeprowadzonego przez Ogólnopolską Grupę Badawczą. Wynika z nich, że tylko cztery partie weszłyby dziś do Sejmu. Choć Koalicja Obywatelska może liczyć na pozycję lidera, to pojawia się pewne "ale" i czerwony alert w kwestii objęcia władzy. OGB przeprowadziła to badanie między 25 marca a 4 kwietnia. Tysiąc osób zapytano: jeśli wybory parlamentarne odbyłyby się w najbliższą niedzielę, na jaką partię oddaliby swój głos. Wyniki nowego sondażu partyjnego I tak wyniki wskazują na to, że największe poparcie wciąż ma Koalicja Obywatelska. Na partię Donalda Tuska chciałoby zagłosować 37,99 proc. badanych. To wynik, który od ostatniego badania prawie wcale się nie zmienił (odnotowano minimalny wzrost 0,1 pkt proc.). Nieco większa różnica pojawiła się przy Prawie i Sprawiedliwości. Ugrupowanie, którego prezesem jest Jarosław Kaczyński, odnotowało 29,77 proc. poparcia. To wynik lepszy od ostatniego sondażu o cały punkt procentowy. Tuż za KO i PiS uplasowała się Konfederacja. Swój głos na partię Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka chciałoby oddać 11,4 proc. respondentów. To nie są jednak aż tak dobre wieści dla tych polityków, bowiem Konfederacja zaliczyła kolejny spadek, tym razem o 1,5 pkt proc. Z kolei druga Konfederacja, a dokładnie Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna, odnotowała poparcie równe 10 proc. (tutaj mowa o wzroście o 1 pkt proc.). I to w sumie ostatnia partia, która dostałaby się do Sejmu. Pozostałe nie przekroczyły progu wyborczego. Lewica, która w ostatnim czasie mogła liczyć na coraz wyższe wyniki, tutaj ociera się o próg, osiągając 4,9 proc. (spadek o 0,4 pkt proc.). Zyskuje nieco Partia Razem (wzrost o 0,8 pkt proc.), ale 3,2 proc. poparcia to nadal wynik niewystarczający, aby wejść do Sejmu. Na PSL jest gotowych głosować 1,6 proc. badanych (spadek o 0,7 pkt proc.), a najgorszy wynik – 1 procent – należy do Polski 2050 (tutaj też spadek o 0,4 pkt proc.). Wygląda więc na to, że koalicjantom partii Donalda Tuska sporo brakuje, aby zasiąść w ławach sejmowych. A sam wynik KO nie pozwoliłby na utrzymanie władzy. Symulacja rozkładu mandatów według najnowszego sondażu Na podstawie wyników najnowszego sondażu przedstawiono też możliwy rozkład mandatów w Sejmie. I tak Koalicja Obywatelska miałaby 209 mandatów, PiS – 159, Konfederacja – 47, a Konfederacja Korony Polskiej – 45. Dodajmy, że sejmowa większość to 231 mandatów. Przypomnijmy, że ostatni sondaż pracowni United Surveys by IBRiS na zlecenie Wirtualnej Polski pokazał też coś ciekawego. A mianowicie obie frakcje polityczne w wynikach tego badania nie osiągały większości. Okazało się bowiem, że koalicja KO (186), Lewicy (31) i PSL (13) zdobyłaby łącznie 230 mandatów. Natomiast PiS – 134, Konfederacja – 63 i Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna – 33. To także dawało wynik 230 mandatów. Ostatnio wiele też mówi się o tym, że gdyby Mateusz Morawiecki stworzył swoją partię, mocno namieszałby w sondażach. Sprawdziła to nawet firma SW Research. Na zlecenie "Rzeczpospolitej" zapytała o głosy na potencjalną partię byłego premiera i wyszło, że mogłaby ona liczyć na blisko 17 proc. poparcia.

  •  

Doktor z TikToka obala teorie spiskowe o Artemis II. Zapamiętajcie jedną datę i nazwę

Jakie teorie spiskowe powstały o misji Artemis II? Kiedy ponownie będziemy świadkami lądowania człowieka na Księżycu i dlaczego w podboju kosmosu wcale nie powinniśmy się skupiać tak bardzo na lądowaniu na Marsie? O tym w "Rozmowie naTemat" mówi Konrad Skotnicki, doktor nauk chemicznych, popularyzator nauki i twórca znany jako Doktor z TikToka.

  •  

Tusk o cenach paliw po rozejmie z Iranem. Padła data, na którą czekają kierowcy

Donald Trump zgodził się na rozejm z Iranem, a warunkiem było ponowne otworzenie Cieśniny Ormuz. Już od rana donoszono o spadających cenach gazu oraz ropy naftowej. Ale czy to znaczy, że niższe będą też ceny paliw na stacjach benzynowych? Donald Tusk wprost powiedział, od kiedy polscy kierowcy mogą poczuć różnicę. Donald Trump ogłosił dwutygodniowe zawieszenie broni w konflikcie z Iranem. Tym samym świat nie dowiedział się, czy prezydent USA zamierzał spełnić pojawiające się we wcześniejszych godzinach groźby o końcu "całej cywilizacji" w przypadku niespełnienia przez Iran warunków jego ultimatum, czyli ponownego otwarcia Ormuzu. Cieśnina Ormuz otwarta. Ceny ropy i gazu poleciały w dół Na kilkadziesiąt minut przed upływem podanego przez Trumpa terminu poinformowano o rozejmie. Warunkiem wstrzymania ataków było otwarcie Cieśniny Ormuz, przez którą przepływa kluczowa część globalnej ropy oraz skroplonego gazu ziemnego (LNG). Rezultat? Ceny ropy naftowej na światowych rynkach zaliczyły błyskawiczny zjazd w dół. I tak ropa WTI w dostawach na maj błyskawicznie staniała o blisko 15 procent, osiągając poziom 96,20 dolara. Z kolei europejska ropa Brent zanurkowała do poziomu 94,46 dolara. Na tę chwilę (8 kwietnia około godz. 16) cena baryłki ropy WTI wynosi 92,77 dolara, a ropy Brent – ok. 92,40 dolara. Obniżki objęły również ceny gazu. Jak podawała agencja Bloomberga, 8 kwietnia w godzinach porannych benchmarkowe kontrakty terminowe na gaz w Amsterdamie (ICE Entawex Dutch TTF) kształtowały się na poziomie 43,70 euro za MWh. To oznacza, że osiągnęły najniższy poziom od rozpoczęcia wojny. Maksymalne ceny paliw po rozejmie z Iranem. Obwieszczenie na 9 kwietnia Polski konsument ma jednak w głowie jedno podstawowe pytanie. Czy benzyna, olej napędowy i gaz na stacjach benzynowych będą tańsze? Cóż, na pewno nie w ciągu najbliższej doby. Zgodnie z najnowszą aktualizacją 9 kwietnia, czyli w czwartek, maksymalne ceny za litr paliw wynosić będą kolejno: Benzyna 95 – 6,27 zł (wzrost o 6 groszy). Benzyna bezołowiowa 98 – 6,88 zł (wzrost o 6 groszy). Olej napędowy – 7,83 zł (spadek o 4 grosze). Przypomnijmy, że limit oblicza się na podstawie średniej stawki hurtowej, marży 30 groszy i obniżonych podatków. Pakiet osłonowy zakłada cięcie VAT-u do 8 proc. i redukcję akcyzy do unijnego minimum (o 29 groszy na benzynie i 28 groszy na dieslu). Daje to gwarancję stabilnych cen paliw w czasie kryzysu. Obniżona akcyza obowiązuje do 15 kwietnia, a niższy VAT do 30 kwietnia 2026 roku. Nie wiadomo, czy rząd przedłuży te regulacje. Czy i kiedy ceny na stacjach benzynowych spadną? Tusk podał datę Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański ostrożnie komentował kwestię cen na stacjach benzynowych. Polityk zwracał uwagę na to, że na spadki trzeba poczekać, a zanim zobaczymy na pylonach niższe ceny za litr paliwa, minie kilka dni. Mechanizm działa bowiem następująco: najpierw spada cena ropy naftowej, później obniżki obejmują ceny w hurcie, np. w Orlenie, a na końcu odczuwają je kierowcy. Ale Donald Tusk podczas konferencji prasowej przekazał, że już lada moment polscy kierowcy poczują ulgę przy tankowaniu. Przypomniał jednocześnie, że trudno mówić o długotrwałej stabilności. – Wszystko można powiedzieć, tylko nie to, że sytuacja jest na pewno ustabilizowana na trwałe, mając na uwadze dotychczasowe doświadczenia, działania i słowa polityków zaangażowanych w ten konflikt. Z dużą ostrożnością patrzę na tę perspektywę kilku tygodni, ale jedna rzecz jest absolutnie pewna. Pokój, a nawet czasowe przerwanie ognia zawsze jest lepsze od wojny z oczywistych względów – mówił premier. A przerwanie ognia i otwarcie Cieśniny Ormuz oznacza niższe ceny na stacjach paliw. Zdaniem Donalda Tuska zobaczymy je jeszcze w tym tygodniu. – To ma także bezpośrednie konsekwencje, jeśli chodzi o ceny paliw. Możemy się spodziewać, że jeszcze w tym tygodniu, myślę, że od piątku, będzie odczuwalny pozytywny skutek zawieszenia ognia na polskich stacjach paliw – stwierdził szef rządu.

  •  

Koniec procesu ws. śmierci Perry'ego. Rodzina nie odpuszcza Królowej Ketaminy

Sprawa śmierci Matthew Perry'ego wciąż budzi ogromne emocje. W środę przed sądem ma zapaść wyrok dla Jasveen Sanghy, znanej jako "Królowa Ketaminy". Kobieta przyznała się do sprzedania aktorowi dawki ketaminy, która doprowadziła do jego śmierci. Prokuratura domaga się 15 lat więzienia, a macocha gwiazdy "Przyjaciół" apeluje o "najwyższy możliwy wyrok". Obrońcy Sanghy zawarli ugodę, ale sędzia nie musi jej brać pod uwagę. Matthew Perry zmarł w październiku 2023 roku w wieku 54 lat. Aktora znaleziono nieprzytomnego w jacuzzi w jego domu w Los Angeles. Jak ustalili śledczy, przyczyną śmierci były "ostre skutki działania ketaminy". Choć gwiazdor "Przyjaciół" od lat zmagał się z uzależnieniami i korzystał z ketaminy – silnego leku znieczulającego i przeciwbólowego – w ramach innowacyjnej i legalnej terapii depresji, w pewnym momencie zaczął szukać substancji poza kontrolą lekarzy, gdy odmówiono mu zwiększenia dawek. Proces w sprawie śmierci Matthew Perry'ego. Jasveen Sangha usłyszy wyrok W sprawie oskarżono pięć osób, w tym dwóch lekarzy, pośrednika Erika Fleminga oraz osobistego asystenta Perry'ego Kennetha Iwamasę, który wielokrotnie podawał Perry'emu ketaminę – także w dniu jego śmierci, kiedy miał wykonać co najmniej trzy zastrzyki. Kluczową postacią okazała się jednak dilerka Jasveen Sangha. 42-latka z dzielnicy North Hollywood w LA w ramach ugody przyznała, że nielegalnie dostarczyła aktorowi około 50 fiolek ketaminy. Sangha, nazywana "Królową Ketaminy", prowadziła działalność narkotykową od lat – przyznała, że od 2019 roku rozprowadzała z domu m.in. ketaminę i metamfetaminę. Co więcej, sprzedała wcześniej ketaminę także innemu mężczyźnie, Cody'emu McLaury'emu, który zmarł krótko po jej zażyciu. Mimo tej wiedzy kobieta nie przerwała działalności. Po śmierci Perry'ego miała dodatkowo polecić Flemingowi: "usuń wszystkie nasze wiadomości". Prokuratura nie ma wątpliwości co do oceny jej działań. W dokumentach sądowych podkreślono: "Działania oskarżonej pokazują chłodną bezduszność i lekceważenie ludzkiego życia. Wybrała zysk zamiast ludzi, a jej czyny spowodowały ogromny ból dla rodzin i bliskich ofiar". Śledczy wskazują również, że Sangha pochodzi z uprzywilejowanego środowiska, ukończyła renomowaną uczelnię i posiada tytuł magistra, a mimo to weszła w nielegalny biznes z pobudek takich jak chciwość. Zupełnie inaczej sytuację przedstawia obrona. Prawnicy podkreślają, że Sangha przyznała się do winy i nie umniejsza swojej odpowiedzialności. W trakcie pobytu w areszcie od 2024 roku miała przejść proces rehabilitacji i utrzymać trzeźwość przez dwa lata. "Udokumentowana rehabilitacja pani Sanghy, w tym dwa lata utrzymywanej trzeźwości, konsekwentny udział w programach zdrowienia oraz silne wsparcie społeczności, odzwierciedlają realne zaangażowanie w zmianę i niskie ryzyko powrotu do przestępstwa" – napisali jej adwokaci, wnioskując o zwolnienie za odsiedziany już czas. Rodzina Matthew Perry'ego walczy o sprawiedliwość. "Najwyższy możliwy wyrok" Głos w sprawie zabrała także rodzina aktora. Macocha Perry'ego, Debbie, w emocjonalnym oświadczeniu zaapelowała o najwyższy możliwy wyrok. – Ból, który spowodowałaś u setek, a może tysięcy osób, jest nieodwracalny. Nie ma radości… Nie ma światła w oknie. Oni nie wrócą – mówiła w sądzie. – To ty to spowodowałaś… Ty, która miałaś wystarczający talent do robienia pieniędzy, wybrałaś jedyną drogę, która krzywdzi ludzi – zwróciła się do "Królowej Ketaminy". I zaapelowała do sądu: "Proszę, wymierz tej bezdusznej kobiecie najwyższy możliwy wyrok, żeby nie mogła skrzywdzić kolejnych rodzin". Sama Sangha przeprosiła rodzinę aktora, przyznając: "Nie ma żadnych usprawiedliwień dla tego, co zrobiłam. Jest mi bardzo przykro z powodu bólu, który spowodowałam, zwłaszcza rodzinie Matthew". Choć zawarła ugodę, sędzia nie jest związany jej warunkami. Maksymalnie kobiecie grozi nawet ponad 60 lat więzienia, a wyrok ma zapaść w środę.

  •  

Wakacje za granicą tańsze niż Bałtyk. W te 3 miejsca jeżdżą w tym roku Polacy

Wakacje już za pasem, a wraz z nimi wyjazdy w ciepłe regiony. Choć jeszcze niedawno wielu turystów planowało urlop nad polskim morzem, dziś coraz częściej okazuje się, że zagraniczne wakacje mogą być… tańsze niż pobyt nad Bałtykiem. Choć ulubieńcami Polaków pozostają niezmiennie Turcja i Egipt, wyraźnie widać nowe trendy. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się mniej oczywiste kierunki, które kuszą nie tylko pogodą i widokami, ale też znacznie niższymi cenami. W tym roku szczególnie mocno wyróżniają się trzy kraje, które mogą zaskoczyć nawet doświadczonych podróżników. Albania i Gruzja. Wakacje all inclusive za mniej niż 2 tys złotych Albania od kilku lat wchodzi do wakacyjnych zestawień. To kierunek, który często porównywany jest do Chorwacji sprzed lat – zanim stała się droga i zatłoczona. Popularnością cieszą się m.in. Ksamil, Saranda czy Durrës, gdzie bez problemu znajdziemy zarówno hotele, jak i tańsze apartamenty. Albania jest obecnie jednym z najtańszych kierunków śródziemnomorskich. Oferty all inclusive na rok 2026 po za sezonem zaczynają się od około 1866–2100 zł. Coraz śmielej na turystycznej mapie zaznacza się również Gruzja. Choć dla wielu wciąż jest to kierunek egzotyczny, liczba połączeń lotniczych z Polski rośnie. Turyści przyciągani są nie tylko przez góry Kaukazu, ale też wybrzeże Morza Czarnego i klimatyczne miasta, takie jak Tbilisi czy Batumi. Gruzja oferuje więc unikalny klimat i góry w cenach często niższych niż oblegane kierunki, choć loty mogą być droższe. Oferty czterodniowych wakacji all inclusive zaczynają się już od 1700 zł za osobę. Bośnia i Hercegowina na wakacje. Wciąż nieodkryty kierunek na Bałkanach Na popularności zyskuje także Bośnia i Hercegowina – kierunek wciąż niedoceniany, ale niezwykle różnorodny. Choć kraj bardzo krótkie, bo ok. 20-kilometrowe wybrzeże, to przyciąga turystów malowniczymi krajobrazami. Największymi magnesami są Mostar, a także Sarajewo. Zwłaszcza drugie z nich (stolica) łączy wpływy Wschodu i Zachodu. Coraz więcej osób odkrywa też naturalne atrakcje tego kraju, takie jak wodospady Kravica. Ze względu na niewielką liczbę połączeń lotniczych, wakacje z biurem podróży mogą wyjść dość drogo. Regularnie z Lotniska Chopina w Warszawie latają tam jedynie PLL LOT, a tanie linie takie jak Wizz Air czy Ryanair zabiorą nas tam jedynie z przesiadką. Wycieczki autokarowe mogą być tańsze, bo zaczynają się już od około 1900 zł. Jeżeli jednak odejmiemy koszty dojazdu, okaże się, że Bośnia i Hercegowina to wyjątkowo tani kraj. Ceny na miejscu są wyraźnie niższe niż nad polskim Bałtykiem, zwłaszcza w kategorii gastronomii i usług. Najwyraźniej widać to w przypadku jedzenia. Tradycyjną potrawę ćevapi zjemy już za 12 do 19 zł, a za kawę w kawiarni zapłacimy od 5 do 7 zł.

  •  

Ile Agnieszka Kaczorowska zarabia w "Klanie"? Wcale nie tyle, ile myślisz

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy "Klanu" na chwilę znika z ekranu, ale to nie koniec jej historii. Agnieszka Kaczorowska uspokaja fanów – Bożenka niedługo wróci. Przy okazji na jaw wyszło, ile aktorka i tancerka naprawdę zarabia w serialu. Kwota może zaskakiwać, zwłaszcza w zestawieniu z jej innymi źródłami dochodu. Agnieszka Kaczorowska jest związana z "Klanem" od końca lat 90. i przez ponad 27 lat dorastała na oczach widzów jako Bożenka Lubicz, adoptowana córka Grażynki i zmarłego Ryśka. To jedna z tych ról, które na stałe wpisały się w historię polskich seriali – postać przeszła długą drogę, od dziecka z domu dziecka po dorosłą kobietę z własną rodziną. I choć dziś – podobnie jak cała telenowela – Bożenka z "Klanu" jest częstą bohaterką memów, to każda informacja o jej nieobecności budzi emocje. Tym razem jednak chodzi wyłącznie o chwilowy "urlop". – Poprosiłam o krótką przerwę w nagrywaniu "Klanu", bo jesteśmy w intensywnej trasie z "7", a mam też oczywiście obowiązki prywatne. Nie da się być w kilku miejscach naraz. Na plan wracam w maju, gdy trasa będzie już lżejsza – mówiła Kaczorowska w rozmowie z "Plejadą". Ile zarabia Agnieszka Kaczorowska w "Klanie"? Przy okazji "Super Express" wyjawił, ile Kaczorowska zarabia w "Klanie". Z ustaleń tabloidu wynika, że za jeden dzień zdjęciowy aktorka otrzymuje około 1350 zł "na rękę". Przy średnio trzech dniach pracy w miesiącu daje to 4050 złotych, a przy ewentualnych pięciu – 6750 zł. Jak na jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci serialu, to stawka raczej umiarkowana i może zdziwić tych, którzy myślą, że na serialowych planach w Telewizji Polskiej zarabia się kokosy. Z drugiej strony "Klan" nie jest produkcją o intensywnym harmonogramie zdjęć, a dla wielu aktorów stanowi stabilne, dodatkowe źródło dochodu, a nie główne zarobki. Podobnie jest u Kaczorowskiej, która od dawna rozwija się poza planem – dziś jej największe pieniądze, według doniesień medialnych, pochodzą z mediów społecznościowych. Za jeden post sponsorowany na Instagramie może inkasować od 20 do 25 tysięcy złotych – to już zupełnie inna liga niż serialowe wynagrodzenie. Dalsza część artykułu poniżej. Do tego dochodzą dodatkowe projekty. Obecnie aktorka i tancerka występuje we wspomnianym spektaklu "7" razem ze swoim partnerem Marcinem Rogacewiczem, z którym jeździ po Polsce. Widowisko łączy taniec, muzykę i teatr, a jego motywem przewodnim jest wolność i zaczynanie od nowa. W ostatnich latach Kaczorowska rozwija także własne biznesy – od platformy z kursami tańca online po autorską linię perfum. Wcześniej była też jedną z gwiazd programu "Taniec z Gwiazdami", gdzie – według mediów – za odcinek mogła otrzymywać nawet około 10 tysięcy złotych. Obraz jest więc dość klarowny: "Klan" daje stabilność i rozpoznawalność, o które w showbiznesie wcale nie jest łatwo. Może 1350 zł za dzień zdjęciowy nie robi dziś większego wrażenia, ale dla samej Kaczorowskiej wciąż jest to ważny element zawodowej tożsamości. W końcu regularnie wraca do Bożenki, mimo znacznie bardziej dochodowych zajęć.

  •  

Trump ogłosił "owocną zmianę reżimu" w Iranie. I od razu nastawił celownik

Donald Trump przekazał nowe wieści dotyczące sytuacji między USA i Iranem. W nowym wpisie na Truth Social prezydent USA powiadomił, że w Teheranie nastąpiła "bardzo owocna zmiana reżimu". Jednocześnie zapowiedział dalsze działania, zadeklarował, że "wiele z 15 punktów zostało uzgodnionych" i zagroził 50-procentowymi cłami. W nocy z wtorku na środę upływał termin ultimatum dla Iranu. Ale po północy czasu polskiego amerykański prezydent powiadomił, że "wstrzymuje bombardowania i ataki na Iran na dwa tygodnie". Od tego momentu minęło kilkanaście godzin, a Donald Trump przekazał nowe wieści na temat współpracy z Iranem oraz dalszych działań Stanów Zjednoczonych. Trump o sytuacji w Iranie. Zapowiada "ścisłą współpracę" "Stany Zjednoczone będą ściśle współpracować z Iranem, który, jak ustaliliśmy, przeszedł przez bardzo owocną zmianę reżimu" – zapowiedział Donald Trump na platformie Truth Social. To jeszcze nie wszystko. Prezydent Stanów Zjednoczonych stwierdził bowiem, że "nie będzie już wzbogacania uranu". Następnie dodał też, że "Stany Zjednoczone, współpracując z Iranem, wykopią i usuną cały głęboko zakopany (bombowce B-2) 'pył' nuklearny". Teheran ma ponad 400 kg wzbogacanego uranu, który miał zostać przeniesiony do podziemnych tuneli w rejonie Isfahanu i Natanz przed zeszłorocznymi atakami. Trump przekazał w sieci, że obszar "jest obecnie i był już wcześniej pod bardzo ścisłą obserwacją satelitarną", dzięki czemu wiadomo, że od dnia ataku "nic nie zostało naruszone". Według jego relacji Stany Zjednoczone prowadzą też rozmowy z Iranem. Te mają dotyczyć złagodzenia ceł i sankcji wobec Teheranu. "Wiele z 15 punktów zostało już uzgodnionych" – twierdzi prezydent USA w internetowym wpisie. W kolejnej publikacji na Truth Social Donald Trump przekazał, że każdy kraj, który dostarcza broń do Iranu, musi liczyć się z natychmiastowym nałożeniem 50-procentowego cła na wszystkie towary sprzedawane do USA "ze skutkiem natychmiastowym". Od razu zastrzegł też, że "nie będzie żadnych wyjątków ani zwolnień". Wojna w Iranie. Trump poinformował o rozejmie Donald Trump jeszcze we wtorek zapowiadał, że "w nocy zginie cała cywilizacja", o ile nie dojdzie do porozumienia z Iranem. Jednocześnie w swoich groźbach na Truth Social podkreślał: "Nie chcę, żeby tak się stało, ale prawdopodobnie tak będzie". Dyplomata Jerzy Marek Nowakowski mówił w naTemat, jak traktować te pogróżki. – Tak samo, jak wszystkie wcześniejsze wypowiedzi Trumpa. Czyli nie wiadomo jak. Czy to jest na serio? Czy nie? Wydaje mi się jednak, że może to być bardzo na serio – komentował. Ale Trump nie spełnił swoich gróźb. Zgodził się na dwutygodniowy rozejm, informując, że decyzję podjął po rozmowach z premierem Pakistanu Shehbazem Sharifem oraz marszałkiem polowym Asimem Munirem, którzy, jak pisał na Truth Social, zwrócili się do niego " z prośbą o wstrzymanie wysłania niszczycielskich sił do Iranu dziś wieczorem pod warunkiem, że Iran zgodzi się na całkowite, natychmiastowe i bezpieczne otwarcie cieśniny Ormuz". Te doniesienia zostały potwierdzone także przez drugą stronę, tj. Najwyższą Radę Bezpieczeństwa Narodowego Iranu. Wystosowała ona komunikat, w którym informowała, że zawieszenie broni osiągnięto za zgodą nowego Najwyższego Przywódcy Iranu ajatollaha Modżtaby Chameneiego i że jest to "zwycięstwo Iranu". Rozejm ma być "obustronny", a Trump informował, że Iran przekazał 10-punktową propozycję, która w ocenie prezydenta USA stanowi "praktyczną podstawę do negocjacji". Strony miały uzgodnić "prawie wszystkie kwestie sporne z przeszłości", a amerykański polityk podkreślał, że dwa tygodnie to wystarczający czas, by "sfinalizować i zawrzeć porozumienie".

  •  

Ukryte perełki polecane przez Foodies. TE restauracje musisz odwiedzić podczas RestaurantWeek®

Czy wiesz, że w Polsce kryją się kulinarne perełki, o których wiedzą tylko Foodies? Podczas RestaurantWeek® masz okazję je odkryć - to miejsca pełne zaskakujących smaków, kreatywnych dań i wyjątkowych doświadczeń, które sprawią, że Twój Festiwal będzie niezapomniany. Warto czasem zejść z utartych kulinarnych ścieżek i przekonać się, gdzie i co jedzą prawdziwi Foodies. Rezerwacje trwają na RestaurantWeek.pl. Trwający właśnie RestaurantWeek® to wyjątkowa okazja, by odkrywać kulinarne perełki, testować nieoczywiste miejsca i czerpać inspiracje od Foodies. Cena za autorskie, 3-daniowe menu przygotowane specjalnie na Festiwal zaczyna się od 69,99 zł (+ opłata rezerwacyjna 9,99 zł, min. 2 osoby + 10 zł prime time). Zarezerwuj stolik i dołącz do sezonu, w którym Foodies polecają i odkrywają miejsca, o których wiedzą tylko nieliczni! Poniżej zdradzamy adresy tych wyjątkowych perełek! Wrocław - Panczo Wita Stwosza  Pierwsza kulinarna perełka to Panczo przy ul. Wita Stwosza 13. Restauracja łączy kameralną, muzyczną atmosferę z wyrafinowaną kuchnią meksykańską. W festiwalowym menu warto spróbować chrupiących taquitos z szarpanym kurczakiem w pikantnej paście tinga podanych z kremowym guacamole, długo pieczonej wieprzowiny z grillowanym ziemniakiem, majo aji, marynowaną czerwoną cebulką i rzodkiewką oraz czekoladowego ciasta z kremem limonkowym i karmelizowaną brzoskwinią. Miłośnicy roślinnych smaków zachwycą się kremową zupą z kukurydzy z dodatkiem ricotty oraz tacos fajitas wypełnionymi boczniakami i papryką, podawanymi z guacamole i pastą z czarnej fasoli. Idealne zwieńczenie tej wybornej uczty? Czekoladowe tres leches z kremem limonkowym i malinowym grysikiem. Obłęd! Warszawa - Antresolec Na warszawskim Solcu 97 czeka Antresolec - nowoczesne bistro, w którym lokalne składniki spotykają się z kreatywnością i odrobiną szaleństwa w smakach. Foodie Season nie mogło pominąć tego miejsca, bo każde danie tu to prawdziwa kulinarna przygoda. Festiwalowe menu to odważne i oryginalne połączenia: pieczony boczek w słodko-kwaśnej glazurze z puree z kalafiora i brokułami, flagowy flatbread z domową finocchioną, serem i hot honey, profitrola z kremem karmelowym i bitą śmietaną, a w wersji B - małże z marchewkowym puree, New England roll z krewetkami i szyjkami raków oraz profitrola z crème pâtissière z mango. Kulinarne niebo! Warmia i Mazury - Nóż w Wodzie Kolejna restauracja, o której wiedzą nieliczni to Nóż w Wodzie w sercu Mikołajek przy ul. Kajki 62/54. To właśnie tutaj krajobraz łączy się z kulinariami, a widok na spokojną taflę jeziora i eleganckie wnętrze tworzą atmosferę idealną do degustacji. W festiwalowym menu znajdziesz odważne połączenia: muffin ziemniaczany z chrupiącym boczkiem i kremem buraczanym, soczyste żeberka wieprzowe teriyaki z puree z zsiadłego mleka i sałatką z kapusty oraz puszysty racuch drożdżowy z jabłkami i lodami waniliowymi. Miłośnicy roślinnych smaków pokochają krem z marchewki podkręcony imbirem, tagliatelle z pesto z jarmużu, kozim serem i prażonymi pestkami dyni oraz delikatną piankę waniliową z konfiturą z dzikiej róży.  Śląsk - Placek Kulinarny szlak festiwalowych odkryć prowadzi także na Śląsk. Szczególną uwagę warto zwrócić na restaurację Placek  (ul. Dworcowa 8), która wyróżnia się nowoczesnym podejściem do comfort food – pełnym smaku, a przy tym lekkim i wolnym od pszenicy oraz cukru. Festiwalowe menu łączy kreatywność z sezonowością w dwóch dopracowanych odsłonach. W wersji A znalazły się kulki serowe z guacamole i sosem tatarskim, indyk sous vide z suszonymi pomidorami i potatkami oraz panna cotta na kremie kokosowym z musem truskawkowym. Wersja B to równie udany zestaw – krem z marchewki na kremie kokosowym, zapiekany naleśnik z serem wędzonym, sosem czosnkowym i wegańskim zamiennikiem kurczaka z żurawiną oraz mini gofr z twarożkiem i prażonymi jabłkami w sosie cynamonowym. Po prostu pycha! Poznań - Czarnomorka Zestawienie zamyka debiutująca Czarnomorka (Stary Rynek 62), czyli restauracja, która łączy świeżość morza, autorską kuchnię i swobodną, przyjazną atmosferę. To idealny punkt dla tych, którzy lubią odkrywać nowe smaki, próbować kreatywnych, sezonowych dań i… zapamiętywać każdy kęs. W pierwszym festiwalowym menu znalazły się ośmiornica na miksie sałat w aromatycznym sosie imbirowym, kremowe risotto bisque z delikatnym łososiem tataki oraz tort śmietanowy z musem owocowym. W drugiej propozycji pojawiły się chrupiące placki ziemniaczane z soczystym mięsem rapana, macki kałamarnicy sauté w maślanym sosie na purée ziemniaczanym oraz cytrynowe tiramisu. Bajka! Najlepsze spotkania… zaczynają się od dobrego smaku! Dlatego do każdej rezerwacji Goście mogą dodać festiwalową herbatę Lipton na bazie Earl Grey z nutami rozmarynu, soczystej gruszki, miodu i cytryny. Ta wiosenna, aromatyczna i subtelnie słodka kompozycja, doskonale dopełnia trzydaniowe menu, wprowadzając do festiwalowego doświadczenia lekkość i świeżość To wyjątkowy akcent, który sprawia, że chwile przy stole smakują jeszcze lepiej. Spróbuj, odkryj smak sezonu i daj się zachwycić! Zainspiruj się rekomendacjami Foodies i wyrusz w kulinarną podróż po Polsce. Rezerwacje stolików trwają na RestaurantWeek.pl. Poranek pełen smaków z BreakfastWeek! Niech Twój poranek zacznie się od dobrego wyboru! Rezerwacja śniadania z Bliskimi to mały rytuał o wielkiej mocy. Kawa z aksamitną pianką, chrupiące pieczywo, idealnie ścięte jajko i rozmowy przy stole – to luksus osiągalny za pomocą kilku kliknięć. BreakfastWeek to wspaniała okazja, by odkrywać nowe miejsca lub wracać do sprawdzonych adresów, celebrując poranki tak, by tej dobrej energii z iście królewskiego śniadania wystarczyło na cały dzień. W tej edycji o roślinny start dnia dba marka Alpro, oferując specjalne propozycje na bazie napojów roślinnych. Goście mogą wybierać spośród menu śniadaniowych i kaw przygotowanych na roślinnych napojach. Festiwalowa cena takiego zestawu to 35 zł + opłata rezerwacyjna 6 zł/Gość. Wśród propozycji znajdują się Alproccino - subtelne cappuccino na kremowym owsianym Alpro Barista  oraz Alprolatte - latte na pysznym migdałowym Alpro Barista z puszystą pianką, które dodają porankowi wyjątkowego smaku i energii.  Dodatkowo – aby poranek stał się jeszcze przyjemniejszy – marka Lajkonik przygotowała dla każdego Gościa próbkę Mini Paluchów Dobry Chrup o smaku musztardy z miodem. Jest to pyszna, intensywnie przyprawiona przekąska wypiekana z mąki pełnoziarnistej z dodatkiem ziaren lnu. Festiwalowe śniadania dostępne będą w najlepszych śniadaniowniach w Krakowie, Warszawie, Poznaniu, Trójmieście, Szczecinie, we Wrocławiu oraz na Śląsku. BreakfastWeek, tak jak RestaurantWeek®, potrwa od 4 marca do 22 kwietnia. Dziel się odkryciami i zrób komuś dzień dobry! Rezerwacje trwają na: https://BreakfastWeek.pl Najlepsze stoliki szybko znikają –  do zobaczenia przy stole! Rezerwacje: https://RestaurantWeek.pl/ oraz https://app.rclb.pl Termin Festiwalu: 4 marca - 22 kwietnia.

  •  

Przejechała tak z Czech do Szklarskiej Poręby. Iskry zamiast gumy, a alkohol zamiast mózgu

Są takie historie, w które trudno uwierzyć, dopóki nie zobaczy się policyjnych zdjęć. To, co wydarzyło się w nocy z 5 na 6 kwietnia 2026 roku na dolnośląskich drogach, wymyka się wszelkim racjonalnym kategoriom. To nie był zwykły brak wyobraźni, to był czysty, mechaniczny i alkoholowy obłęd. Wszystko zaczęło się od anonimowego zgłoszenia. Świadkowie przecierali oczy ze zdumienia, widząc samochód jadący ze Szklarskiej Poręby w kierunku Piechowic. Z auta odpadały elementy karoserii, a zamiast szumu opon, okolice rozdzierał przeraźliwy pisk metalu trącego o asfalt. Policjanci, którzy błyskawicznie ruszyli w pościg, namierzyli pojazd na jednej ze stacji paliw. Widok był przedziwny. Samochód, a właściwie to, co z niego zostało, nie posiadał dwóch opon. Kierująca nim kobieta pokonywała kolejne kilometry na samych felgach, kompletnie ignorując fakt, że jej auto znajduje się w stanie technicznym stwarzającym śmiertelne niebezpieczeństwo. 3 promile i "wycieczka" z Czech Za kierownicą siedziała 49-letnia Czeszka. Jak ustalili mundurowi, kobieta przyjechała z Jablonca na wycieczkę. Niestety, zamiast podziwiać widoki Karkonoszy, postanowiła sprawdzić wytrzymałość swojego organizmu i podzespołów auta. Od kierującej już przy pierwszym kontakcie wyczuwalna była silna woń alkoholu. Wynik badania alkomatem wprawił funkcjonariuszy w osłupienie: kobieta miała blisko 3 promile alkoholu w organizmie. Przy takim stężeniu większość ludzi ma problem z utrzymaniem pionu, a 49-latka uznała, że to świetny moment na rajd po górskich serpentynach bez opon. Policja nie miała cienia litości i słusznie. Jazda pod wpływem alkoholu w tak ekstremalnym wydaniu to proszenie się o tragedię. Samochód został natychmiast odholowany na parking, a "turystka" trafiła do aresztu. Z racji tego, że dowody są niepodważalne, a zagrożenie było ogromne, sprawą zajmie się sąd w trybie przyspieszonym. Kobiecie grozi nie tylko wysoka grzywna i wieloletni zakaz prowadzenia pojazdów, ale także kara pozbawienia wolności. To brutalne przebudzenie z alkoholowego snu o "wycieczce" do Polski. Bezpieczeństwo na drodze to nie żart Ten incydent to drastyczne przypomnienie o tym, jak wielką plagą są nietrzeźwi kierowcy. Mundurowi ze Szklarskiej Poręby apelują o rozsądek. Pamiętajmy, że każdy promil za kółkiem zmienia samochód w niebezpieczne narzędzie. Jeśli widzisz na drodze pojazd, który zachowuje się nienaturalnie, z którego odpadają części lub którego kierowca nie trzyma toru jazdy, nie wahaj się. Jeden telefon pod numer alarmowy może uratować życie postronnych osób, które miały pecha znaleźć się na trasie kogoś, kto pomylił odwagę z promilami.

  •  

Przymrozki nadchodzą do całej Polski. Lepiej zabezpiecz rośliny i samemu uważaj

Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej ostrzega: wiosenne ciepło pozostanie na razie wyłącznie miłym wspomnieniem ze świąt. Nad Polskę nadciąga fala przymrozków, która może pokrzyżować plany nie tylko kierowcom, ale przede wszystkim rolnikom i działkowcom. Po kilku dniach zmagań z porywistymi i niebezpiecznymi wichurami, które wciąż przetaczają się przez niemal cały kraj, natura serwuje nam kolejny pogodowy zwrot. Choć wielkanocne ciepło rozbudziło w nas nadzieje na pierwsze pikniki i stałą wiosenną aurę, najbliższe noce brutalnie sprowadzą nas na ziemię. Warto jednak zrozumieć, że nie czeka nas powrót siarczystego mrozu trzymającego przez całą dobę, a jedynie zdradliwe zjawisko typowe dla okresów przejściowych. W meteorologii przymrozek definiuje się jako spadek temperatury powietrza przy gruncie poniżej 0 stopni Celsjusza, podczas gdy w ciągu dnia temperatura pozostaje dodatnia, a średnia dobowa przekracza 0 stopni. To zjawisko występuje w Polsce głównie wiosną i jesienią, stanowiąc ogromne zagrożenie dla przyrody, ponieważ powoduje dotkliwe uszkodzenia młodych pędów i pąków roślin, które zdążyły już zareagować na wcześniejsze ocieplenie. Prognoza zagrożeń meteorologicznych. Mapa Polski zmieni kolor Synoptycy IMGW opublikowali najnowszą prognozę zagrożeń meteorologicznych, która nie pozostawia złudzeń: przed nami seria lodowatych nocy. Już dzisiaj, w środę 8 kwietnia, sytuacja zacznie się drastycznie zmieniać. Podczas gdy na południu kraju, zwłaszcza w województwach małopolskim i podkarpackim, spodziewane są nawet opady śniegu, reszta Polski zacznie "zamarzać". Przymrozki mają wystąpić niemal w każdym zakątku kraju – jedynymi regionami, które według przewidywań unikną dziś żółtych alertów, są: południowy wschód Polski, część województwa zachodniopomorskiego oraz pas nadmorski. Kolejne dni wcale nie przyniosą ulgi. W czwartek 9 kwietnia do niskich temperatur w całym kraju dołączy niebezpieczne oblodzenie, które szczególnie da się we znaki mieszkańcom południowych powiatów śląskiego, małopolskiego i podkarpackiego. Jezdnie i chodniki mogą zamienić się wtedy w lodowiska. W piątek 10 kwietnia fala przymrozków obejmie całą Polskę, omijając jedynie Lubelszczyznę. Z kolei w sobotę 11 kwietnia zimno dalej utrzyma się w przeważającej części kraju, a oddechu od mroźnych prognoz mogą spodziewać się jedynie mieszkańcy województwa łódzkiego. Alerty pierwszego stopnia. Co oznacza żółty komunikat? Warto wyjaśnić, czym dokładnie jest prognoza zagrożeń, o której informuje IMGW. Można określić ją jako pewien rodzaj wczesnego systemu ostrzegania. Meteorolodzy dają nam znać z wyprzedzeniem, że w konkretnych regionach warunki pogodowe mogą stać się niebezpieczne. To sygnał, by zacząć śledzić komunikaty i przygotować się na utrudnienia, zanim jeszcze oficjalne ostrzeżenie wejdzie w życie. W przypadku nadchodzących przymrozków mowa o ostrzeżeniach pierwszego stopnia. Choć żółty kolor na mapie wydaje się najłagodniejszy, nie należy go lekceważyć. Według kryteriów IMGW, takie zjawiska mogą powodować realne straty materialne oraz stwarzać zagrożenie dla zdrowia i życia. Co istotne, w klasyfikacji IMGW przymrozki posiadają tylko jeden stopień zagrożenia – właśnie pierwszy – więc żółty alert jest w tym przypadku sygnałem maksymalnej czujności. Dla kogo mróz jest najgroźniejszy? Rolnicy mają powody do obaw Nagłe spadki temperatury przy gruncie to fatalna wiadomość dla kilku konkretnych grup. Największy niepokój panuje obecnie wśród rolników, sadowników i właścicieli ogrodów. O tej porze wegetacja wielu roślin ruszyła pełną parą. Drzewa owocowe, które zdążyły już wypuścić pąki lub zakwitnąć, są teraz ekstremalnie narażone na przemarznięcie, co może drastycznie wpłynąć na tegoroczne zbiory. Każdy, kto zdążył już posadzić pierwsze sadzonki na działce, powinien pilnie zabezpieczyć je agrowłókniną lub osłonami. Również kierowcy muszą zachować wzmożoną ostrożność. Wielu właścicieli aut, zachęconych wcześniejszym ciepłem, zdążyło już wymienić opony na letnie. Przy zerowej temperaturze i lokalnym oblodzeniu guma letnia twardnieje i traci przyczepność, co w połączeniu z porannym skrobaniem szyb może sprawić, że droga do pracy stanie się niebezpiecznym wyzwaniem. Z przedstawionych prognoz wynika, że najbliższe dni to czas, w którym zamiast planować grillowanie, będziemy musieli skupić się na ochronie naszych upraw i bezpiecznym poruszaniu się na jezdniach.

  •  

Tusk bierze się za kryptowaluty. Na głos odczytał informacje otrzymane z ABW

Donald Tusk przed posiedzeniem rządu zabrał głos w sprawie kryptowalut. Przekazał informacje, które otrzymał od Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Premier nawiązał do głośnego zamieszania wokół jednej z czołowych giełd, a także do weta prezydenta w sprawie ustawy mającej kryptowalutowy rynek uregulować na nowo. Karol Nawrocki odmówił podpisania wspomnianej ustawy 1 grudnia 2025 r., a Kancelaria Prezydenta tłumaczyła tę decyzję m.in. nadmierną ingerencją państwa, ryzykiem blokowania działalności oraz wysokością opłat nadzorczych. Podobną argumentację od miesięcy podnosiła część branży krypto. To właśnie zbieżność tych argumentów, a także polityczne komentarze po wecie, uruchomiły spekulacje o możliwym wpływie środowiska kryptowalutowego na decyzję prezydenta. Ostatnio w mediach głośno o relacjach klientów, którzy zaczęli skarżyć się na opóźnienia w wypłatach pieniędzy z rynku krypto. Niepokój narasta, a ludzie, jak nie wiedzą, o co chodzi, to myślą od razu, że chodzi o pieniądze, a bardziej ich brak. Donald Tusk o kryptowalutach. Odczytał informacje z ABW – O uwagę proszę przede wszystkim prezydenta Nawrockiego, jego ludzi, także liderów PiS-u i Konfederacji. Coraz głośniej jest w sprawie rynku kryptowalut w Polsce, a dokładnie problemów klientów. I zbliża się nieuchronnie czas ponownego głosowania nad wetem prezydenta – rozpoczął swoje przemówienie przed posiedzeniem rządu w środę (8 kwietnia) Tusk. – Mam informacje, które rodzą bardzo dramatyczne pytania: dlaczego PiS konfederacja i prezydent blokują te rozwiązania. I być może ta informacja zmusi ich do refleksji, że trzeba odrzucić to weto i może przyczynią się do tego te ponure informacje w tej sprawie – stwierdził premier i przytoczył notatkę, którą dostał z ABW. – Na przełomie października i listopada 2025 roku. Miesiąc przed głosowanie weta prezydenta ws. regulacji rynku kryptowalut Przemysław Kral, prezes zarządu zondacrypto dokonał wpłat na rzecz dwóch fundacji. 450 tys. wpłacono na fundację "Instytut Polski Suwerennej" Zbigniewa Ziobro. Część z tych środków przekazano na prawników, obrońców Dariusza Mateckiego i księdza Michała Olszewskiego – czytał Tusk. – Inna spółka związana z zondacrypto i panem Kralem Expofer Servis House zrealizowała transakcję na rzecz fundacji posła Przemysława Wiplera. Fundacja, żeby było zabawniej, nazywa się "Dobry rząd". Spółka przelała jej 70 tys. euro. Zondacrypto była również głównym sponsorem imprezy CPAC, imprezy prawicowych działaczy. W trakcie kampanii prezydenckiej najważniejszymi uczestnikami tej imprezy byli prezydenci Duda i Nawrocki – wspomniał szef rządu. – To jest tylko część materiału. Nic tu chyba nie trzeba więcej dodawać. Ja apeluję do wszystkich, którzy uczestniczyli w tym procederze, żeby zastanawiali się nad tym, czy to jest jeszcze do zatrzymania: ta akcja blokowania państwa polskiego. Akcja, która ma na celu prezentowanie interesów kilku wybranych firm i ludzi przeciwko interesom państwa polskiego i tysięcy obywateli. (...) Liczę na zmianę stanowiska w tej kwestii – podsumował. Szef zondacrypto wyjaśnia w naTemat: Nie znam prezydenta Nawrockiego Przypomnijmy, że Przemysław Kral rozmawiał o tym niedawno z Pawłem Orlikowskim w naTemat.pl. Padło wówczas pytanie o spekulacje po prezydenckim wecie do ustawy o rynku kryptowalut. – Ja nie znam prezydenta Nawrockiego, nie lobowałem u niego. Są różne tezy, już słyszałem ich bardzo wiele. Absolutnie jest to nieprawda – przekonywał Przemysław Kral. – Ta ustawa de facto nie ma żadnego znaczenia dla naszej firmy. Więc czy ona jest, czy jej nie ma, naprawdę to jest dla nas zupełnie nieistotne. Absolutnie ten zarzut lobbingu jest jakiś wyssany z palca – dodał. Według Przemysława Krala do klientów, mimo opóźnień, trafiają wszystkie pieniądze. – Powiem tak, absolutnie nie bankrutujemy, absolutnie zwracamy pieniądze klientom. No i cóż powiedzieć, w najbliższym czasie będziemy informować, ile zwróciliśmy, jak to wygląda i ilu klientów zostało przez nas obsłużonych – zapowiedział Przemysław Kral.

  •  

Nawet 10 tys. zł za rynnę przy twoim domu. Masowe kontrole właśnie ruszyły

Samorządy ruszają z masową akcją sprawdzania przydomowych instalacji odprowadzających deszczówkę. Jeden błąd w podpięciu rynny może kosztować właściciela posesji nawet 10 tysięcy złotych kary, a wykrycie nieprawidłowości jest prostsze, niż mogłoby się wydawać. Problem nielegalnego odprowadzania wody opadowej do sieci sanitarnej stał się plagą, z którą gminy zamierzają walczyć bez taryfy ulgowej. Systemy, które mają odbierać ścieki z naszych łazienek i kuchni, nie wytrzymują naporu deszczówki, co coraz częściej prowadzi do paraliżu lokalnej infrastruktury. Właśnie dlatego spółki wodociągowe w całym kraju rozpoczynają wnikliwe kontrole posesji. Dlaczego deszczówka w kanalizacji to groźna pułapka? Wiele osób wychodzi z założenia, że woda to woda – niezależnie od tego, do której rury trafi. To jednak błąd, który może doprowadzić do katastrofy. Kanalizacja sanitarna ma znacznie mniejsze średnice rur niż systemy deszczowe, ponieważ projektuje się ją wyłącznie pod kątem odbioru ścieków bytowych. Gdy podczas ulewy do tego systemu trafiają tysiące litrów wody z dachu, sieć błyskawicznie staje się niewydolna. Skutki są odczuwalne dla wszystkich mieszkańców. Przeciążony system reaguje tzw. "cofkami", czyli zalewaniem piwnic i najniższych kondygnacji budynków fekaliami. Dodatkowo woda z rynien niesie ze sobą piasek, kamienie i liście, które zapychają rury i niszczą kosztowne urządzenia w przepompowniach. Dla gmin to także ogromne koszty finansowe – oczyszczalnie muszą przerobić gigantyczne ilości wody deszczowej, co drastycznie podnosi zużycie energii i ostatecznie może wpływać na wyższe stawki za ścieki dla wszystkich podatników. Technologia zadymiania. Czyli jak dym ujawnia błędy Spółki komunalne nie muszą wchodzić do domów, by wykryć nielegalne przyłącze. Obecnie najpopularniejszą i najbardziej skuteczną metodą jest zadymianie kanalizacji sanitarnej. Urzędnicy korzystają ze specjalnych wytwornic, które wtłaczają do studzienek gęstą, białą mgłę. Jest to roztwór posiadający odpowiednie atesty – dym jest bezwonny, nietoksyczny i całkowicie bezpieczny dla ludzi, zwierząt oraz środowiska. Zasada działania jest banalnie prosta: jeśli dym wpompowany do sieci sanitarnej nagle zacznie wydostawać się z rynny, kratki ściekowej na podjeździe lub instalacji wewnątrz budynku, sprawa jest jasna. Oznacza to, że systemy są połączone niezgodnie z prawem. Gminy zazwyczaj publikują harmonogramy takich akcji dymowych na swoich stronach i w mediach społecznościowych, dając mieszkańcom szansę na samodzielne usunięcie problemu. Surowe mandaty i procedura usuwania nielegalnych przyłączy Właściciel posesji, na której wykryto nieprawidłowości, musi liczyć się z konsekwencjami. W łagodniejszym scenariuszu kontrolerzy wystawiają wezwanie do trwałego odcięcia nielegalnego odpływu. Właściciel zostaje wtedy zobowiązany do zagospodarowania deszczówki na własnym terenie, na przykład poprzez montaż zbiorników na wodę do podlewania ogrodu, budowę drenażu rozsączającego lub – o ile istnieje taka możliwość – wpięcie się do dedykowanej kanalizacji deszczowej. Jeśli jednak właściciel zignoruje zalecenia lub uporczywie łamie przepisy, wchodzą w grę rygorystyczne kary finansowe. Zgodnie z obowiązującym prawem, za nielegalne wprowadzanie wód opadowych do kanalizacji sanitarnej grozi grzywna sięgająca nawet 10 tysięcy złotych. Samorządy zapowiadają, że będą działać bezkompromisowo, ponieważ każda taka nielegalna rura to realne zagrożenie dla stabilności całego systemu i bezpieczeństwa pozostałych użytkowników sieci. W przypadku braku reakcji, sprawy będą automatycznie przekazywane do nadzoru budowlanego.

  •  

Jaki będzie finał "szaleństw" Trumpa? Gen. Polko dla naTemat: Nadchodzi nowy porządek

Najpierw usłyszeliśmy o "końcu cywilizacji", chwilę później o "złotej erze pokoju". Ten chaos komunikatów Donalda Trumpa – zdaniem gen. Romana Polko – nie jest przypadkiem, tylko oznaką groźnego braku kontroli. W "Rozmowie naTemat" były dowódca GROM mówi wprost: nadchodzi nowy porządek świata. Generał Roman Polko w "Rozmowie naTemat" wskazuje, że za szumem informacyjnym Donalda Trumpa ws. wojny na Bliskim Wschodzie kryje się chaos, brak strategii i realne zagrożenia dla globalnego bezpieczeństwa. Jego zdaniem, nie ma w tym żadnej logiki, a na domiar złego – sam Trump brzmi już jak Putin. Generał Polko o działaniach Trumpa: Czyste szaleństwo – Porażające jest to, że prezydent największego kraju świata, kraju, który oparty jest na demokracji, na poszanowaniu człowieka, zapowiada koniec cywilizacji – mówi gen. Roman Polko. Jak podkreśla, przekroczona została granica, której wcześniej nie naruszano nawet podczas kontrowersyjnych operacji wojskowych. Jednocześnie generał odrzuca narrację o "strategicznej grze" Trumpa. – Otóż ten bałagan i chaos na Bliskim Wschodzie zaprowadził prezydent Trump nieprzemyślaną interwencją i w tym szaleństwie nie ma żadnej metody. Tego się uczyłem w samych Stanach Zjednoczonych, a prezydent Trump niestety nie słucha swoich podwładnych. Nie słucha ekspertów, tylko słucha samego siebie i codziennie budzi się z innym snem – dodaje były dowódca GROM. Jego zdaniem to nie "wielopoziomowe szachy", ale chaos, który destabilizuje relacje międzynarodowe. Polko zwraca uwagę, że na napięciach korzysta przede wszystkim Kreml. – Rosja też była zainteresowana uwikłaniem Stanów Zjednoczonych w taką drugą wojnę, bo wiadomo było, że wsparcie w żaden sposób ze strony amerykańskiej nie będzie udzielane Ukrainie – podkreśla. NATO nie jest już "papierowym tygrysem" W kontekście zapowiedzi Kremla, które sugerują przetestowanie artykułu 5. NATO – ważne jest pytanie o trwałość Sojuszu. Choć przez lata pakt był krytykowany za słabość, dziś – zdaniem generała – sytuacja się zmienia. – Europa mocno wzięła się za zacieśnienie szeregów i dzisiaj mówienie o tym, że NATO jest papierowym tygrysem jest nieporozumieniem. To jest woda na młyn kremlowskiej propagandy. Europa na szczęście się obudziła – twierdzi gen. Polko. Jednocześnie ostrzega, że Rosja będzie testować jedność NATO – szczególnie w przypadku mniejszych państw, jak Kraje bałtyckie. "Buduje się nowy porządek świata" Jednocześnie generał podkreśla, że w ujęciu globalnym jesteśmy świadkami przetasowania mocarstw i ostrej gry o wpływy. – Buduje się tak naprawdę nowy porządek światowy. Niestety, ale prezydent Trump chciałby takiego koncertu mocarstw, którym dominującą rolę w świecie mają Stany Zjednoczone, Chiny i nie wiadomo dlaczego Rosja, która ma ropę i broń jądrową. Europa nie może na to pozwolić –  ostrzega. To właśnie od reakcji Europy – i jej jedności – zależy, czy ten scenariusz się ziści. Jakie są przewidywania gen. Romana Polko? Zobacz całą "Rozmowę naTemat" na naszym kanale YouTube.

  •  

Ale jak to hybryda tańsza od diesla? Mazda odpaliła bombę z CX-60 i CX-80

Mazda właśnie wyłożyła karty na stół i, co tu dużo mówić, mocno namieszała w segmencie premium. Jeśli planowaliście zakup dużego SUV-a, lepiej usiądźcie. Japończycy właśnie udowodnili, że potężny PHEV i luksusowe wyposażenie nie muszą oznaczać ceny zaporowej. W świecie motoryzacji przyzwyczailiśmy się do pewnego schematu: chcesz ekologiczną hybrydę z kablem, musisz dopłacić. Mazda właśnie wywróciła ten stolik. Od kwietnia 2026 roku Mazda CX-60 oraz jej większa siostra Mazda CX-80 w wersjach PHEV 327 KM kosztują o 3 000 zł mniej niż porównywalne odmiany z silnikiem wysokoprężnym i napędem na wszystkie koła. To genialne w swojej prostocie zagranie, bo wybierasz to, co bardziej pasuje do twojego stylu życia, a nie to, na co pozwala portfel. Mazda CX-60 z R6 poniżej 200 tysięcy złotych. To nie pomyłka Największym zaskoczeniem w nowym cenniku jest jednak pozycjonowanie modelu Mazda CX-60 z genialnym, sześciocylindrowym dieslem o pojemności 3,3 litra (200 KM) i napędem na tył. Dzięki gigantycznemu voucherowi o wartości 40 000 zł, wersję Exclusive-Line można teraz wyrwać za 196 700 zł. Umówmy się, w 2026 roku dostać kawał solidnego SUV-a z takim silnikiem w tej cenie to jak wygrać los na loterii. Żeby było jeszcze milej, Mazda dorzuca za symboliczną złotówkę pakiet Comfort. Co to oznacza w praktyce? Dostajemy skórzane, wentylowane fotele z elektryczną regulacją, elektryczną klapę bagażnika i przyciemniane szyby niemal za darmo. To "pomost", który ma przyciągnąć tych, którzy dotąd zaglądali do salonów po topowe wersje mniejszej CX-5. Rabaty, vouchery i wallbox za złotówkę Nowy cennik to jedno, ale promocje na start sezonu 2026 wyglądają jak festiwal okazji. Do auta z rocznika 2025, dostajecie wspomniane vouchery o wartości nawet 40 000 zł (dla CX-80). Z kolei dla nowych zamówień z rocznika 2026 bonus wynosi solidne 25 000 zł. To jednak nie koniec prezentów od Japończyków: Pełne ubezpieczenie OC/AC/NW za 1 zł – bez względu na rocznik. Dla fanów wtyczek: stacja ładowania typu wallbox za 1 zł przy zakupie wersji PHEV. Stałe oprocentowanie w Mazda Finance. Zarówno Mazda CX-60, jak i siedmioosobowa (lub sześcioosobowa z kapitańskimi fotelami) Mazda CX-80 doczekały się drobnych, ale istotnych usprawnień na ten rok modelowy. Najważniejsza zmiana? Podwójne szyby akustyczne w przednich drzwiach. Jeśli ktoś narzekał na szum przy autostradowych prędkościach, teraz będzie mógł podróżować w niemal studyjnej ciszy. Do listy opcji wjechała też nowa skórzana tapicerka Nappa w kolorze Tan (brązowym), która pokrywa nie tylko fotele, ale i deskę rozdzielczą czy kierownicę. Japończycy grają va banque. Oferując nowy cennik Mazdy, który realnie obniża próg wejścia w segment dużych, prestiżowych SUV-ów, uderzają tam, gdzie konkurencja zazwyczaj zaczyna Windować ceny. SUV klasy premium z sześcioletnią gwarancją, potężnym silnikiem pod maską i wyposażeniem, które u innych wymaga długiej listy dopłat, w cenie poniżej 200 tys. zł to oferta, obok której trudno przejść obojętnie.

  •  

Nowe limity cen paliw od 9 kwietnia. Kierowcy benzyniaków teraz też przeklną

Rząd ogłosił maksymalne ceny paliw, które zaczną obowiązywać w czwartek, 9 kwietnia. Zgodnie z pakietem zmian CPN drożej na stacjach być nie może. Kierowcy samochodów z silnikami benzynowymi zapłacą więcej niż dzisiaj, za to właściciele diesli będą tankować za mniej. Choć Donald Trump ogłosił nagle rozejm z Iranem, ceny na stacjach paliw nie zareagują aż tak błyskawicznie na wieści zza oceanu. Rządowy mechanizm ochronny "CPN" uwzględnia średnie ceny w hurcie, więc stawki na dystrybutorach są zawsze z lekkim poślizgiem. Na horyzoncie widać jednak przynajmniej chwilowe wyhamowanie drożyzny. Maksymalne ceny paliw 9 kwietnia (czwartek) Odgórny limit jest obliczany na podstawie średniej stawki hurtowej, marży 30 groszy i obniżonych podatki. Pakiet osłonowy zakłada cięcie VAT-u do 8 proc. i redukcję akcyzy do unijnego minimum (o 29 groszy na benzynie i 28 groszy na dieslu). Daje to gwarancję stabilnych cen paliw w czasie kryzysu. Z dzisiejszego obwieszczenia (z 8 kwietnia 2026 r.) wynika, jak zmienią się koszty jutro. 9 kwietnia ceny maksymalne za litr paliwa prezentują się następująco: Benzyna 95 – 6,27 zł (wzrost o 6 groszy) Benzyna bezołowiowa 98 – 6,88 zł (wzrost o 6 groszy) Olej napędowy – 7,83 zł (spadek o 4 grosze) Mechanizm ten opiera się na ustawie z 27 marca 2026 roku, która nakłada na Ministerstwo Energii obowiązek publikowania nowych limitów w każdy dzień roboczy. Nowe stawki wchodzą w życie zawsze dzień po ich ogłoszeniu. Regulacja rynku paliw spotyka się z ogromnym poparciem społecznym. Z sondażu "Super Expressu" wynika, że aż 80 proc. respondentów chce utrzymania urzędowych cen maksymalnych co najmniej do końca bieżącego roku (póki co ustawa zakłada koniec 15 kwietnia, ale umożliwia przedłużenie do 30 czerwca). Zaledwie co piąty badany jest przeciwnego zdania. Dla właścicieli stacji, którzy próbowaliby zignorować rządowe limity przewidziano dotkliwe sankcje. Nad przestrzeganiem limitów czuwa Krajowa Administracja Skarbowa (KAS). Jeśli stacja zdecyduje się sprzedawać paliwo drożej, niż wynika to z publikacji w Monitorze Polskim, naraża się na karę finansową sięgającą nawet 1 miliona złotych. Trump zgadza się na zawieszenie broni z Iranem Sytuację na rynku wywróciły nocne wiadomości z USA. Donald Trump przyjął propozycję Pakistanu i ogłosił dwutygodniowe zawieszenie broni. To niesamowity zwrot akcji po wcześniejszych groźbach o tym, że "w nocy zginie cała cywilizacja i nigdy już nie powróci". "Na podstawie rozmów z premierem Pakistanu Shehbazem Sharifem oraz marszałkiem polowym Asimem Munirem, w których zwrócili się do mnie z prośbą o wstrzymanie wysłania niszczycielskich sił do Iranu dziś wieczorem pod warunkiem, że Iran zgodzi się na całkowite, natychmiastowe i bezpieczne otwarcie cieśniny Ormuz, zgadzam się zawiesić bombardowanie i ataki na Iran na dwa tygodnie" – zapewnił. Trump dodał, że rozejm z Iranem będzie "obustronny", a on sam zgodził się wstrzymać ataki z uwagi na "duży postęp w rozmowach na temat długoterminowego pokoju" z Teheranem. Cena ropy naftowej mocno w dół po decyzji USA Na reakcję rynku nie trzeba było długo czekać. Perspektywa otwarcia Cieśniny Ormuz i pokoju na Bliskim Wschodzie uspokoiła inwestorów, przynosząc ogromne spadki. Cena ropy naftowej w końcu zjechała poniżej bariery 100 dolarów. Amerykańska ropa staniała do nieco ponad 96 dolarów, a europejska mieszanka (Brent) w okolice 94 dolarów za baryłkę. Baryłka wciąż jest jednak dużo droższa niż przed wybuchem wojny z Iranem. Pod koniec lutego ceny ropy były bliżej 70-73 dol. za baryłkę.

  •  

Polskie lotnisko zamyka się na nocne loty. Wielkie zmiany jeszcze w tym roku

Polskie lotniska rozwijają się w bardzo szybkim tempie. Cieszy to turystów, a często także mieszkańców. W tej ostatniej grupie jest jednak wielu sceptyków. Więcej lotów oznacza większy hałas. To właśnie sąsiedzi jednego z większych portów w Polsce walczyli o zmiany i się ich doczekali. Polskie miasta biją rekordy liczby odwiedzin. W 2025 roku do Wrocławia dotarło 7 mln turystów, z czego 30 proc. stanowili podróżni zagraniczni. Bardzo dobrze rozwija się także turystyka w Poznaniu. Dzięki rozwojowi lotniska jego mieszkańcy mogą latać m.in. do Włoch, Hiszpanii, na Maltę czy do Grecji. Jednak hałas generowany przez samoloty denerwował okolicznych mieszkańców. To wymusiło na lotnisku duże zmiany w funkcjonowaniu. Lotnisko w Poznaniu kasuje nocne loty. Zmiany szybko wejdą w życie Przelatujący samolot generuje hałas rzędu 80–110 dB. To tyle, co bardzo natężony ruch uliczny, dyskoteka, kosiarka czy motocykl bez tłumika. Jest to naprawdę donośny dźwięk, a kiedy trzeba go słuchać kilkadziesiąt razy dziennie (za dnia i w nocy), sytuacja robi się naprawdę trudna. Wielu mieszkańców Poznania miało dość słuchania ryku silników samolotów. Choć wielu z nich wprowadzało się w okolice lotniska po jego uruchomieniu, to zaczęli walczyć z nim o redukcję hałasu. I osiągnęli pewien sukces. We wtorek 7 kwietnia lotnisko poinformowało, że skasuje wszystkie nocne połączenia. "Wprowadzamy 'core night' – ciszę nocną między 1:00 a 5:00" – przekazał port w oficjalnym komunikacie. "To nasz krok w stronę większego komfortu życia w sąsiedztwie lotniska. Jednocześnie dbamy o to, by ruch lotniczy mógł się rozwijać się w sposób zrównoważony i bezpieczny" – dodano. Nie oznacza to jednak, że lotnisko wraz z jego pasem startowym będą zamknięte w trakcie ciszy nocnej. Cisza nocna na lotnisku w Poznaniu. Są wyjątki, których nie da się uniknąć Nowe przepisy na lotnisku w Poznaniu będą obowiązywały od 25 października 2026 roku, czyli od jesienno-zimowego rozkładu lotów. Jeżeli zatem macie zaplanowane np. loty czarterowe na godzinę 2:45 w nocy (takich w sezonie letnim nie brakuje), to możecie spać spokojnie. Nikt nie odwoła waszego połączenia z powodu ciszy nocnej. Wprowadzenie nowych zasad w praktyce oznacza, że od jesieni w godzinach 1:00-5:00 nie będą planowane loty rejsowe. Nie jest to jednak równoznaczne z całkowitym zamknięciem portu. Jak podaje lotnisko w Poznaniu, pas startowy nadal będzie dostępny m.in. dla lotów wojskowych, a także dla przewoźników podczas sytuacji od nich niezależnych. "Lotnisko pozostaje otwarte i działa całą dobę, wyjątkowymi sytuacjami o szczególnym charakterze pozostają natomiast loty ratunkowe, państwowe, humanitarne i sytuacje niezależne od przewoźników" – wyjaśnił port w Poznaniu. W praktyce mieszkańcy częściowo dopięli swego, bo jednak loty przestaną wyrywać ich z łóżek w środku nocy. Z drugiej jednak strony przeloty o bardzo późnych porach nadal będą możliwe w nadzwyczajnych sytuacjach. Jest to kompromis, który może zadowolić każdą ze stron.

  •  

Ludzie pytają: kiedy tańsze paliwo? Ropa niby idzie w dół, ale minister rozkłada ręce

Ostatnie tygodnie na stacjach paliw to był emocjonalny rollercoaster z przewagą stanów lękowych. Ale środowy poranek przyniósł informację, która zmieniła wszystko. Donald Trump ogłosił dwutygodniowe zawieszenie broni w konflikcie z Iranem, a rynki zareagowały tak, jakby ktoś nagle spuścił powietrze z gigantycznego balona. Całe zamieszanie zaczęło się od wpisu na platformie Truth Social. Prezydent USA Donald Trump poinformował, że po rozmowach z premierem Pakistanu zgadza się wstrzymać ataki na Iran. Warunek jest jeden i niezwykle konkretny: całkowite i bezpieczne otwarcie Cieśniny Ormuz. To wąskie gardło światowej energetyki, przez które przepływa kluczowa część globalnej ropy, było dotąd zablokowane, co trzymało świat w szachu. "Zgadzam się zawiesić bombardowanie i ataki na Iran na okres dwóch tygodni" – napisał Trump, dodając, że widzi szansę na długoterminowy "POKÓJ". Reakcja giełd była natychmiastowa i brutalna dla spekulantów. Ceny ropy naftowej zaliczyły największy zjazd od niemal 6 lat. Baryłka ropy poniżej 100 dolarów. Takich spadków nie widzieliśmy dawno Dane z giełd w Nowym Jorku i Londynie wyglądają dziś jak marzenie każdego kierowcy, który planuje dłuższą trasę. Baryłka ropy WTI w dostawach na maj staniała o blisko 15 procent, osiągając poziom 96,20 dolara. Z kolei europejska ropa Brent zanurkowała do poziomu 94,46 dolara. Jeszcze kilka dni temu eksperci zastanawiali się, jak wysoko przebijemy sufit, a dziś główny temat to granica 80 dolarów. Choć analitycy, jak Jason Schenker z Prestige Economics, studzą entuzjazm, twierdząc, że do tak niskich poziomów potrzebny byłby kolejny "cud", to obecny trend jest jasny: ryzyko geopolityczne wyparowuje z cen szybciej, niż się w nich pojawiło. Co ciekawe, europejskie kontrakty na diesel spadły aż o 23 procent, co jest absolutnym rekordem ostatnich lat. Ceny paliw na stacjach. Kiedy zapłacimy mniej za benzynę i ON? Najważniejsze pytanie brzmi: kiedy te giełdowe słupki zobaczymy na pylonach w Warszawie, Krakowie czy Gdańsku? Głos w tej sprawie zabrał minister finansów i gospodarki, Andrzej Domański. Potwierdził to, co wszyscy przeczuwaliśmy – spadki będą, ale musimy uzbroić się w cierpliwość. – Spadki, które widzimy na rynkach, znajdą przełożenie na ceny na stacjach paliw, ale to zajmie kilka dni – wyjaśnił minister na antenie Polsat News. Mechanizm jest prosty i nieubłagany: najpierw tanieje ropa naftowa, potem spadają ceny w hurcie (np. w Orlenie), a na samym końcu korzystamy na tym my, podjeżdżając pod dystrybutor. Co z tanim paliwem? Rządowy program "Ceny Paliwa Niżej" pod lupą W tle tych wielkich spadków toczy się gra o polskie podatki. Obecnie korzystamy z rozporządzeń obniżających VAT na paliwo (z 23 do 8 proc.) oraz akcyzę. Problem w tym, że te rozwiązania mają datę ważności. Obniżona akcyza obowiązuje do 15 kwietnia, a niższy VAT do 30 kwietnia 2026 roku. Czy w obliczu tańszej ropy rząd zdecyduje się na ich przedłużenie? Minister Domański zapowiada analizy, ale nie daje jasnych deklaracji. Jeśli światowe ceny utrzymają się na poziomie poniżej 100 dolarów, rząd może uznać, że "kroplówka" w postaci niższego podatku nie jest już niezbędna. Jedno jest pewne: rynek paliw wreszcie dostał dawkę tlenu, której tak bardzo potrzebował. Nawet jeśli ropa wciąż jest o 40 proc. droższa niż przed wybuchem lutowego konfliktu, dzisiejsza "czerwień" na giełdach to najlepsza wiadomość tygodnia.

  •  

Ślub Viki Gabor wywołał burzę. Dziadek jej "męża" wyjawił prawdę – jaśniej się nie da

Domniemany ślub 18-letniej Viki Gabor od miesięcy elektryzuje fanów i media. Teraz głos zabrał dziadek jej wybranka – Bogdan Trojanek – który w środowym wydaniu Dzień dobry TVN stanowczo uciął spekulacje i wyjaśnił, jak było naprawdę. Wyjasnił, że w romskie tradycji ślub i wesele to dwie różne rzeczy. Muzyk, który pojawił się w programie z okazji Międzynarodowego Dnia Romów, odniósł się do krążących od końcówki końca ubiegłego roku doniesień o ślubie swoja wnuka Giovanniego Trojanka i Viki Gabor. W rozmowie z prowadzącymi nie pozostawił złudzeń. – Szanowni państwo, żadnego wesela jeszcze nie było. Nie wiem, skąd takie informacje – powiedział na wizji. Jak podkreślił Bogdan Trojanek, doszło do nieporozumienia wynikającego z różnic między romskimi tradycjami a powszechnym rozumieniem ceremonii ślubnej. – Ślub a wesele to dwie różne rzeczy – zaznaczył lider zespołu Terne Roma. Trojanek wyjaśnił, że odbył się jedynie tzw. ślub romski, czyli rytuał błogosławieństwa udzielanego młodym przez najstarszych członków rodziny. To jednak dopiero jeden z etapów – właściwe wesele, zgodnie z tradycją, ma odbyć się później. Viki Gabor wzięła ślub? Bogdan Trojanak wywołał burzę, sama musiała uciąć plotki Lawina spekulacji ruszyła po świętach Bożego Narodzenia, kiedy Bogdan Trojanek opublikował w sieci nagranie, w którym ogłosił: "Tak miało być i tak się stało. Chciałem państwa poinformować, że jesteśmy w Krakowie. Viki Gabor i mój wnuczek Giovanni pobrali się według tradycji romskiej. Nie złamali prawa romskiego. Uciekli sobie, tak jak ich dziadkowie i pradziadkowie – i oni też. Od dzisiaj mój wnuczek jest w rodzinie Viki Gabor, a Viki jest w mojej rodzinie". Na koniec filmiku padła też zapowiedź: "Teraz jedziemy do jej dziadków i rodziców, żebyśmy zrobili tradycję cygańską. Czekajcie na cygańskie, piękne wesele". Nagranie szybko zniknęło z internetu, co tylko podgrzało atmosferę. Brak jednoznacznego potwierdzenia ze strony managementu wokalistki ("Nie potwierdzam, nie zaprzeczam") dodatkowo napędzał plotki. Sama artystka odniosła się do sprawy dopiero później, publikując wpis: "Tak, zaręczyłam się i jestem mega happy". Dalsza część artykułu poniżej. Jak wygląda romski ślub? Tradycyjny romski ślub, określany jako bijav, należy do najważniejszych wydarzeń w tej kulturze i opiera się na wielowiekowych zwyczajach, zupełnie innych od zachodnich form zawierania małżeństw. Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów poprzedzających bijav jest symboliczne – a czasem rzeczywiste – "porwanie" panny młodej. Para znika na kilka dni, co traktowane jest jako swoista próba przedmałżeńska. Sam ślub odbywa się w obecności starszyzny, a jego centralnym momentem jest związanie dłoni młodych chustą oraz publiczne potwierdzenie zgody kobiety na małżeństwo. Nieodłączną częścią tradycji jest także huczne wesele, które może trwać nawet tydzień i obfituje w muzykę, taniec oraz ucztowanie. Romowie rzadko decydują się na ślub kościelny, uznając bijav za w pełni wiążący rytuał. Zaślubiny nie mają jednak mocy prawnej w polskim systemie – aby związek był uznany przez państwo, konieczne jest zawarcie ślubu cywilnego. W romskiej tradycji kluczowe znaczenie ma jednak nie formalność urzędowa, lecz zgodność z niepisanym kodeksem Romanipen. Z tej perspektywy słowa Bogdana Trojanka wpisują się w tradycyjny schemat: pierwszy etap został już spełniony, ale najważniejsze – huczne wesele – dopiero przed Viki Gabor i jej wybrankiem.

  •