Widok czytania

Nowi nomadzi. Praca sezonowa przechodzi zaskakującą transformację


W skrócie

  • Praca sezonowa przestała być tylko sposobem na dorabianie dla studentów i coraz częściej wybierają ją osoby dążące do większej niezależności lub chcące więcej zarobić za granicą.

  • Na rynku pracy sezonowej pojawia się mniej ofert niż rok wcześniej, jednak wzrosło zainteresowanie kandydatów tego typu stanowiskami.

  • Zmienił się charakter pracy sezonowej - obecnie dotyczy ona szerszego zakresu branż, a sezon na takie zatrudnienie trwa praktycznie cały rok.

Luiza i Emil, autorzy profilu "Gimme That Trip", cztery lata temu zrezygnowali z pracy na etatach w korporacjach. Od tamtej pory utrzymują się z prac sezonowych.

- Naszym głównym założeniem było to, że chcemy zacząć podróżować na pełen etat - mówi Emil. Swoją przygodę z pracą sezonową rozpoczęli od zbiorów winogron we Francji.

- Potem zajmowaliśmy się ich pielęgnacją. Później pracowaliśmy na kempingu w Norwegii, malowaliśmy tam również domy. Ostatnio spędziliśmy sezon zimowy w ski resorcie, także w Norwegii - wylicza Luiza.

Część ofert znaleźli za pośrednictwem mediów społecznościowych, do innych pracodawców zgłaszali się bezpośrednio. Od czterech lat wygląda to tak, że przez około cztery miesiące w roku pracują, a przez osiem podróżują.

- Podróżujemy budżetowo, dlatego zwykle udaje nam się utrzymać taki styl życia. Wybieramy też kierunki, które są stosunkowo tanie. Chcemy po prostu korzystać z życia i poczuć prawdziwą wolność. Wiemy też, że praca zdalna nie dałaby nam takiego poczucia swobody - podkreśla Luiza.

Chociaż praca sezonowa daje im dużą niezależność, nie jest pozbawiona wyzwań.

- Za każdym razem musimy wyjść ze swojej strefy komfortu, bo trafiamy do środowiska, którego wcześniej nie znaliśmy. Tak było chociażby wtedy, gdy pojechaliśmy do Norwegii pracować przy sprzątaniu w ski resorcie. Wiedzieliśmy, że to będzie dla nas duże wyzwanie. Oboje skończyliśmy studia, mieliśmy dobre prace, a nagle jedziemy sprzątać hotel. Ale uznaliśmy, że to będzie przygoda - wyjaśnia Emil.

Z zakwaterowaniem bywa różnie. Czasem zapewnia je pracodawca, jednak Luiza i Emil najczęściej nocują w vanie, którym podróżują, lub wynajmują coś w okolicy.

- Taki model pracy na pewno opłaca się bardziej niż szukanie zatrudnienia w Polsce. Do tej pory najlepiej sprawdziła nam się Norwegia, bo właśnie tam udało nam się odłożyć najwięcej środków - zauważa Luiza.

Podczas sezonowych wyjazdów spotykają ludzi z bardzo różnych środowisk. Wielu z nich, podobnie jak oni, łączy pracę z podróżowaniem.

- Spotykamy również osoby, które wyjeżdżają wyłącznie po to, by zarobić pieniądze na życie w swoim kraju. Chcą odłożyć jak najwięcej, na przykład na zakup domu. Są też tacy, którym odpowiada taki rytm życia, mieszkają w jednym miejscu, później wyjeżdżają do pracy sezonowej, a po zakończeniu kontraktu wracają do siebie - mówi Emil.

Jak przyznają, nie każdy odnajdzie się w takim stylu życia. - Na pewno łatwiej będzie osobom otwartym na ludzi i nowe doświadczenia, które szukają w życiu przygody. Jeśli ktoś bardzo ceni wygodę i stabilizację, może mieć z tym problem. To nie jest życie oparte na rutynie. Ciągle coś się zmienia, często jest się daleko od rodziny i przyjaciół, a to dla wielu osób może być trudne - przyznaje Luiza.

Podróżowanie i praca za granicą pozwalają im także lepiej poznawać inne kultury. - W każdym kraju wszystko wygląda trochę inaczej. Nawet codzienne rzeczy, takie jak zakupy, produkty spożywcze czy sposób komunikacji między ludźmi. To jednak bardzo ciekawe doświadczenie. Dzięki temu możemy też cały czas ćwiczyć język i utrwalać go w praktyce - dodaje.

"Odpadają wszystkie koszty życia"


Aleksandra Kopaczyńska przez pięć sezonów pracowała za granicą. - Któregoś roku pojechałam do Austrii z kolegą. Nie miałam żadnego doświadczenia w pracy na kuchni, ale zawsze lubiłam piec i tak się zaczęło - opowiada.

Zaczynała jako pomoc kuchenna, ale z czasem awansowała. Zimą pracowała w kurortach narciarskich, latem w tych bliżej jezior. Zakwaterowanie i wyżywienie za każdym razem zapewniał pracodawca.

- W takim układzie odpadają wszystkie koszty życia, więc można praktycznie tylko oszczędzać. To naprawdę dobre pieniądze, bo w Polsce, żeby tyle zarobić trzeba przepracować przynajmniej 300 godzin miesięcznie na kuchni - mówi Aleksandra.

Zaoszczędzone w sezonie pieniądze mogła przeznaczać na wymarzone podróże. - I to na naprawdę dobrym poziomie - dodaje. Praca sezonowa, jak każda, ma jednak swoje wyzwania.

- Jak trafi się na trudnych ludzi, bywa ciężko. Chodzi głównie o szefów kuchni. Czasem lepiej po prostu być miłym, jak najmniej się odzywać i jakoś to przetrwać. Chociaż nie mogę powiedzieć, zdarzają się też bardzo sympatyczni przełożeni - przyznaje.

Pracy jest dużo, a dni wolnych niewiele. - Kiedy już mieliśmy wolny dzień, wykorzystywaliśmy go maksymalnie. Zwiedzanie, a zimą jazda na nartach - wymienia.

Jak podkreśla Aleksandra, nie każdy odnajdzie się w tego rodzaju pracy. - Bez pewności siebie ani rusz. Przydaje się też energia, bo w sezonie jest ogromny napływ ludzi, a co za tym idzie dużo pracy. Trzeba czasem wytrzymać 10 czy 12 godzin jedynie z krótką przerwą. Polecam więc mieć dużo wytrwałości - zaznacza. Chociaż dziś zawodowo Aleksandra zajmuje się działalnością internetową, nie wyklucza, że jeszcze kiedyś wróci do pracy sezonowej.

Więcej chętnych do pracy


Chociaż ofert pracy sezonowej jest mniej niż rok temu, chętnych do ich podjęcia nie brakuje. Z danych OLX Praca wynika, że od stycznia do kwietnia 2026 r. liczba ogłoszeń dotyczących pracy sezonowej spadła o 15 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.

Jednocześnie zainteresowanie kandydatów wzrosło. Liczba przesłanych aplikacji zwiększyła się o 12 proc. W efekcie na jedno ogłoszenie przypada dziś średnio o 32 proc. więcej kandydatów niż przed rokiem.

- Jeszcze kilkanaście lat temu praca sezonowa kojarzyła się głównie z uczniami i studentami dorabiającymi w wakacje -mówi Katarzyna Pietraczyk, manager regionalna w Manpower i ekspertka rynku pracy.

Dziś profil takich pracowników jest znacznie bardziej zróżnicowany. - Są wśród nich osoby zatrudnione na etacie, które traktują pracę sezonową jako dodatkowe źródło dochodu i sposób na dywersyfikację zarobków. Są też tacy, którzy świadomie zmieniają styl życia, rezygnując z tradycyjnego etatu na rzecz pracy sezonowej połączonej z podróżowaniem - zauważa.

To jednak nie koniec listy. Pracę sezonową podejmują również osoby znajdujące się pomiędzy jednym a drugim zatrudnieniem, które nie chcą tracić kontaktu z rynkiem pracy. - Dla części jest ona sposobem na powrót do aktywności zawodowej po dłuższej przerwie. W tej grupie znajdują się także cudzoziemcy oraz emeryci, którzy coraz częściej decydują się na dodatkowe zajęcie - wyjaśnia ekspertka.

Praca sezonowa przez cały sezon


Zmienił się również sam charakter rynku pracy sezonowej. Jeszcze niedawno dominowały rolnictwo, sadownictwo, hotelarstwo i gastronomia. Dziś katalog branż jest znacznie szerszy.

- O ile kiedyś wyraźnie wyróżniały się trzy, może cztery sektory, o tyle obecnie coraz częściej w kontekście pracowników sezonowych mówimy o magazynach, centrach logistycznych, handlu internetowym, a nawet produkcji - tłumaczy Katarzyna Pietraczyk.

To sprawia, że pojęcie pracy sezonowej przestało być nierozerwalnie związane z wakacjami. Zdaniem ekspertki sezon trwa dziś właściwie przez cały rok.

- Letnie miesiące nadal pozostają okresem wzmożonego zatrudnienia, jednak równie istotny staje się czas jesienno-zimowy. Rosnące znaczenie e-commerce oraz przedświąteczny boom zakupowy powodują gwałtowny wzrost zapotrzebowania na pracowników w logistyce, magazynach i handlu - podkreśla ekspertka.

Wraz z przemianami rynku zmieniły się także oczekiwania samych pracowników. Dziś nie wystarczy już jedynie atrakcyjna stawka godzinowa.

- Pracodawcy poszukujący dużej liczby pracowników na krótki okres muszą oferować dodatkowe premie, benefity czy elastyczne formy wypłaty wynagrodzenia. Coraz większe znaczenie ma szybkość otrzymywania pieniędzy, przy krótkoterminowych zleceniach wielu pracowników preferuje wypłaty tygodniowe, a nawet dzienne. W przypadku pracy wymagającej wyjazdu kluczowe stają się natomiast zapewniony transport i zakwaterowanie - zaznacza eksperta rynku pracy.

Autorka tekstu Anna Korytowska - dziennikarka specjalizująca się w tematach społecznych. Lubi ludzi, a każda rozmowa pozwala jej lepiej rozumieć świat. Chce oddawać głos osobom, które są go pozbawiane. Absolwentka dziennikarstwa i socjologii na Uniwersytecie Warszawskim.


Polskie rozmowy z Rosją? Poseł Konfederacji w "Graffiti": Musimy mieć planPolsat News


  •  

Wakacje w Wietnamie? Pamiętaj o nowym obowiązku dla turystów

Wakacje w Wietnamie? Pamiętaj o nowym obowiązku dla turystów

Planujesz wakacje w Wietnamie? Władze kraju wprowadziły nowe zasady wjazdu. Warunek trzeba spełnić przed przylotem i obowiązuje wszystkich podróżnych posiadających paszport zagraniczny.


Tłum podróżnych z walizkami na lotnisku w Wietnamie, obok grafika samolotu i kontur mapy kraju

Wietnam. Nowy obowiązek dla turystów na najbardziej obleganym lotnisku w kraju123RF/ MICHAEL NGUYEN / NURPHOTOAFP


Lotnisko Tan Son Nhat w Ho Chi Minh to jeden z najbardziej obleganych portów lotniczych w Wietnamie. W minionym roku obsłużyło prawie 45 milionów pasażerów. To o 10 milionów więcej niż lotnisko w Hanoi, stolicy państwa.

Kolejki do kontroli paszportowej powodowały stres i zniecierpliwienie podróżnych oraz obciążenie obsługi. Rządzący postanowili temu zaradzić, wprowadzając nowy wymóg wjazdowy.

Nowe zasady wjazdu do Ho Chi Minh


Od 15 kwietnia turyści wybierający się do Ho Chi Minh są zobligowani do wypełnienia elektronicznej deklaracji przed przylotem, czyli pre-arrival form. Obowiązkiem objęci są wszyscy przyjezdni z zagranicy.

Wyjątek stanowią pasażerowie tranzytowi, którzy nie przechodzą przez kontrolę graniczną, a także Wietnamczycy podróżujący na wietnamskim paszporcie.

Formularz jest dostępny online na rządowej stronie Wietnamu i należy go uzupełnić najwcześniej trzy dni przed przylotem. To program pilotażowy, które na razie obejmuje jedynie port lotniczy Tan Son Nhat.

"Wietnamskie służby imigracyjne wprowadzają tę deklarację przed przyjazdem, aby usprawnić obsługę pasażerów, skrócić czas oczekiwania na kontroli granicznej oraz poprawić komfort przylotu na jednym z najbardziej ruchliwych lotnisk w kraju" - czytamy w komunikacie zamieszczonym na visasnews.com.

Jeśli ktoś wybiera się do Ho Chi Minh tej wiosny, musi jednak liczyć się z chaosem na lotnisku. Z racji, że pre-arrival form jest programem pilotażowym, pierwsze tygodnie będą testowe - zarówno dla systemu, jak i obsługi.

Jak wypełnić formularz przed wjazdem do Wietnamu?


Nie musisz o nim pamiętać w chwili zakupu biletów lotniczych czy rezerwacji wycieczki. Trzeba go wypełnić nie wcześniej niż trzy dni przed lądowaniem w Ho Chi Minh.

Jak informuje gov.pl, po poprawnym uzupełnieniu pre-arrival form, generowany jest kod QR, który należy okazać podczas kontroli paszportowej po przylocie. Pamiętaj, aby zrobić zrzut ekranu lub zapisać kod na telefonie.

Obywatele Polski, w polu "Visa Type/Purpose" powinni wybrać opcję "Default visa exemption by country". Wypełnienie formularza jest całkowicie darmowe - to deklaracja zastępująca dawną kartę papierową. Choć w sieci pojawiają się pośrednicy proponujący płatną "pomoc" w uzupełnieniu dokumentu, należy to zrobić samodzielnie na oficjalnej stronie.

Czy do Wietnamu potrzebna jest wiza?


Warto zaznaczyć, że obywatele Polski nie potrzebują wizy, aby dostać się do Wietnamu. Oczywiście pod warunkiem, że jest to pobyt turystyczny nietrwający dłużej niż 45 dni.

Co ciekawe, ruch bezwizowy dla Polaków został wprowadzony dopiero w sierpniu 2025. Granicę można przekroczyć wyłącznie na podstawie paszportu lub paszportu tymczasowego, który musi być ważny minimum sześć miesięcy od daty wjazdu do Wietnamu.


"Wydarzenia": Matury, czas start. Na rozgrzewkę język polskiPolsat News


  •  

Niesamowite skutki zamknięcia plaży. Surowe zasady wciąż obowiązują

O tej rajskiej plaży zrobiło się głośno po premierze dramatu "The Beach" ("Niebiańska plaża"). Turyści, podobnie jak filmowy Richard, tłumnie ruszyli na Maya Bay w poszukiwaniu przygody i odpoczynku z dala od cywilizacji. Niestety, tamtejszemu ekosystemowi nie wyszło to na dobre. Władze Tajlandii zdecydowały o zamknięciu zatoki, co przyniosło już pierwsze rezultaty. Jak sytuacja wygląda w 2026 roku?


Biała piaszczysta plaża Maya Bay w Tajlandii, turyści, turkusowa woda, zielone klify, bezchmurne niebo

Niebiańska plaża w Tajlandii ponownie otwartaREDAGetty Images


Maya Bay to przepiękna, wręcz ikoniczna plaża znajdująca się na wyspie Koh Phi Phi Leh w Tajlandii. Kiedy w 2000 roku, na dużym ekranie, pojawiła się hollywoodzka produkcja z miejscem akcji właśnie na Maya Bay, władze kraju zacierały ręce.

To był złoty strzał dla tajlandzkiej gospodarki. Turyści z całego świata szturmem podbili rajską zatokę. Turystyka kwitła, PKB Tajlandii rosło, a społeczeństwo się wzbogacało. Wielu podróżników opuszczało Azję z poczuciem doświadczenia wakacji życia. Mogłoby się wydawać, że to książkowy przykład sytuacji win-win, w której obie strony "wygrywają".

Problem tkwi w tym, że istnieje też trzecia strona, która - niestety - dostała rykoszetem. To delikatna natura wyspy Koh Phi Phi Leh. Tamtejszy ekosystem uległ zniszczeniu - piasek został skażony, rośliny i koralowce zdewastowane, a ryby i inne zwierzęta wodne zniknęły. Do tego doszło skrajne przeludnienie i chaos łodziowy - do zatoki wpływało nawet 200 - 300 łodzi dziennie.

Zamknięcie Maya Bay


Dramatyczna sytuacja doprowadziła władze Tajlandii do podjęcia jedynej słusznej decyzji o tymczasowym zamknięciu Maya Bay. W latach 2018-2022 wejście na plażę było niemożliwe. Przez ten czas na miejscu pracowali ekolodzy i oceanolodzy, którzy ruszyli w sukurs "zmęczonej" naturze.

Oczyścili zatokę ze śmieci, posadzili nowe drzewa i rośliny, zadbali o okaleczone przez kotwice koralowce. Zbudowano również nową promenadę, mającą na celu ochronę piasku i flory przed skażeniami, a łodziom zakazano kotwiczenia w zatoce.

Cel był jeden - przywrócić pierwotny ekosystem Maya Bay.

Maya Bay - nowe zasady


Cztery lata zamknięcia, oczyszczania i odnawiania okazały się być idealnym remedium dla "obolałej" przyrody. Gdy zimą 2022 roku ponownie otwarto Maya Bay, jej stan był zdecydowanie lepszy niż przed 2018 rokiem.

- Do zatoki powróciły rekiny, rafy koralowe znów się rozwijają, a woda jest nareszcie czysta. Natura jest w stanie sama się uzdrowić, jeśli tylko jej na to pozwolimy - mówiła wówczas dla agencji Reuters dr Yuthasak Supasorn, minister do spraw turystyki Tajlandii.

W myśl zasady o zwalczaniu nie tylko skutków, ale też przyczyny, władze kraju wprowadziły restrykcje mające na celu uniknięcie powtórnego zniszczenia ekosystemu. Wejście na plażę możliwe jest jedynie na 60 minut w godzinach 10-16. Obowiązuje również limit osób - 375 na godzinę.

Łodzie motorowe mogą cumować poza zatoką, wyłącznie w określonych miejscach. Turyści docierają na plażę przez drewniany deptak. Nurkowanie, snurkowanie, a nawet pływanie są surowo zabronione - do wody można wejść jedynie na głębokość kolan. Głębsze wejście mogłoby spłoszyć rekiny i uszkodzić niedawno odbudowane rafy koralowe.

Przestrzegania zasad pilnują ukryci w dyskretnych wieżach wśród drzew ratownicy. Za złamanie regulaminu grozi grzywna w wysokości 5000-10000 batów (ok. 558 - 1116 zł).

Czy Maya Bay jest otwarta w 2026 roku?


To jednak nie koniec obostrzeń obowiązujących na Maya Bay. Od momentu zakończenia renowacji plaża nie jest dostępna całorocznie. Dokładając wszelkich starań, aby sytuacja sprzed lat nie powtórzyła się, władze Tajlandii zdecydowały o corocznym zamykaniu zatoki.

Na szczęście dla turystów, zamknięcia są okresowe i mają miejsce od 1 sierpnia do 30 września. To ważna informacja dla podróżników, którzy nie wyobrażają sobie urlopu w Tajlandii bez odwiedzenia Maya Bay. Warto się pospieszyć albo… poczekać do jesieni.


"Wydarzenia": Matury, czas start. Na rozgrzewkę język polskiPolsat News


  •  

Narzeczona uciekła z "wygraną". Potem wyszła na jaw zaskakująca prawda

Narzeczona uciekła z "wygraną". Po miesiącu wyszła na jaw zaskakująca prawda

Aleksandra Czurczak

Mieszkaniec włoskiej Abruzji zgłosił Gwardii Finansowej, że jego narzeczona uciekła z kuponem zdrapki wartym - jak sądzili - pół miliona euro. Dopiero po miesiącu kontroli okazało się jednak, że żadna wygrana nie padła, bo jedna z cyfr została błędnie odczytana. Dalsze losy pary nie są znane.


Kobieta na tle banknotów euro i miasteczka w prowincji L'Aquila we Włoszech.

Włochy. Narzeczona uciekła ze "zwycięskim" kuponem, fatalna pomyłka123RF/PICSEL



W skrócie

  • Mieszkaniec Abruzji zgłosił Gwardii Finansowej, że jego narzeczona uciekła z kuponem zdrapki wartym pół miliona euro.

  • Po miesiącu kontroli ustalono, że kupon nie był zwycięski z powodu błędnego odczytania jednej z cyfr.

  • Dalsze losy pary nie są znane.

  • Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii

Mieszkaniec włoskiej Abruzji zawiadomił Gwardię Finansową, że jego narzeczona uciekła z kuponem tzw. zdrapki, w którym wygrali pół miliona euro.

Po miesiącu kontroli w państwowym urzędzie okazało się jednak, że nie był to szczęśliwy los, bo jedna z cyfr została błędnie odczytana.

Jak zaznaczyła włoska telewizja, sprawę ucieczki narzeczonej, która nie chciała podzielić się wygraną ze swoim partnerem, nagłośniło przed miesiącem wiele mediów.

Narzeczona uciekła ze zwycięskim kuponem. Mężczyzna zawiadomił służby


8 marca, a więc w Dzień Kobiet, mieszkaniec miejscowości Carsoli koło L'Aquili zamiast kupić narzeczonej tradycyjny bukiecik mimozy, wręczył jej kupon zdrapki.

Zawarli wtedy porozumienie, że w razie wygranej podzielą się nią po równo. Razem zdrapali zakryte pola i odkryli, że wygrali pół miliona euro. Potwierdził to również pracownik baru, w którym kupili kupon.

Narzeczona mężczyzny nagle zniknęła z ich wspólnego domu ze zwycięskim kuponem, co on uznał za ucieczkę. Zawiadomił o tym Gwardię Finansową zarzucając kobiecie, że uciekła z jego połową sumy.

Uciekła ze zdrapką od narzeczonego. Niefortunny błąd kobiety


W tym czasie narzeczona zgodnie z procedurami obowiązującymi w przypadku wygranej złożyła kupon w banku, a tam zgłosił się przedstawiciel urzędu z Rzymu nadzorującego wygrane.

Kontrola przeprowadzona przez Włoską Agencję Celną i Monopolową, która sprawuje nadzór nad rynkiem gier i zakładów, wykazała jednak, że kupon nie był zwycięski, bo w liczbie 43 cyfra 4 została odczytana jako 1, a wygraną miała dać 13. Odkrycie to doprowadziło do umorzenia sprawy we włoskiej policji finansowej.


Matczak w "Gościu Wydarzeń": Uważam, że to ślubowanie jest ważnePolsat News


  •  

Wypalenie zawodowe a zwolnienie lekarskie. Kiedy przysługuje L4?

Wypalenie zawodowe a zwolnienie lekarskie. Kiedy przysługuje L4?

Andrzej Zasadni

Wypalenie zawodowe to stan, który może dotykać nawet jedną trzecią polskich pracowników. Co ważne, w polskim systemie nie jest traktowane jako choroba. Czy istnieje więc L4 na wypalenie zawodowe? Wyjaśniamy.


Sylwetka mężczyzny stojącego przy dużym oknie z widokiem na miasto po zmroku; postać jest ukazana w cieniu

Wypalenie zawodowe dotyka coraz większej liczby Polaków. Czy i jak można uzyskać L4 na wypalenie?123RF/PICSEL



Spis treści:

  1. L4 na wypalenie zawodowe. Jak dostać?

  2. Na ile można dostać L4 na wypalenie zawodowe?

Zdefiniowanie wypalenia zawodowego nie jest łatwe. Międzynarodowa Statystyczna Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-11 klasyfikuje wypalenie zawodowe jako syndrom.

Polska wciąż jednak opiera się na ICD-10 (na wdrożenie rewizji klasyfikacji i dostosowanie jej do systemu krajowego mamy czas do 2027 roku), a ta określa wypalenie zawodowe jako osobną jednostkę chorobową. W medycynie to wyodrębniony, konkretny stan patologiczny, który posiada własną nazwę, określony zestaw objawów, patomechanizm oraz charakterystyczny przebieg.

Czym jest wypalenie zawodowe, jeśli chcemy trzymać się zdrowotnych definicji? To można określić jako syndrom wynikający z przewlekłego stresu w miejscu pracy, którym nie udało się skutecznie zarządzać. Co ważne, obejmuje takie elementy jak wyczerpanie, dystans mentalny i cynizm wobec pracy, pojawia się także obniżona efektywność zawodowa. Nie jest to jednak choroba sensu stricto, a kategoria wpływająca na stan zdrowia.

L4 na wypalenie zawodowe. Jak dostać?


Jak wspomnieliśmy na początku, wypalenie zawodowe nie jest chorobą z definicji. A to oznacza, że formalnie nie ma L4 na wypalenie zawodowe. Wynika to z obowiązujących przepisów i traktowania go bardziej jako syndrom czy przypadłość. Mimo to istnieje możliwość otrzymania L4 na dolegliwości związane z wypaleniem zawodowym.

Kto i jak może liczyć na takie wsparcie od lekarza?

Przede wszystkim lekarz internista lub psychiatra muszą uznać na podstawie objawów, że stan zdrowia pacjenta uniemożliwia dalszą pracę. Dopiero wtedy L4 na wypalenie jest możliwe, choć wypisywane jest na objawy. Jeśli pojawiła się depresja i zaburzenia lękowe, a przewlekły stres prowadzi do problemów kardiologicznych czy bezsenności, zwolnienie lekarskie może zostać wystawione.

Czasami zdarza się, że lekarz kieruje pacjenta na dodatkowe badania, na przykład mierzące poziom kortyzolu czy sprawdzające nadciśnienie. Może się też zdarzyć, że pacjent otrzyma skierowanie na terapię. Psychoterapia może pomóc w radzeniu sobie z wypaleniem zawodowym i uniknięciu powrotu problemu w przyszłości.

Nie ma jednego, z góry narzuconego czasu przebywania na L4, kiedy doświadczamy wypalenia. Tutaj działa zasada indywidualnego podejścia do pacjenta.

Jeżeli nasze objawy są lekkie i krótkotrwałe, to prawdopodobnie internista lub psychiatra wystawią L4 na wypalenie zawodowe na kilka dni lub tydzień. To krótki czas na regenerację, po którym warto spotkać się z lekarzem raz jeszcze, by sprawdzić, czy wolny czas wpłynął pozytywnie na nasz nastrój.

L4 na wypalenie zawodowe może być znacznie dłuższe, kiedy objawy są znaczące. Jeśli z powodu pracy cierpimy na bezsenność, towarzyszy nam depresja i stany lękowe, wtedy zwolnienie lekarskie może trwać kilka miesięcy.

Co jednak istotne, w polskim ustawodawstwie maksymalny czas przebywania na L4 w roku nie może przekroczyć 182 dni. Jeżeli pacjent ubiega się o świadczenie rehabilitacyjne, można wydłużyć okres niezdolności do pracy do jednego roku. Takie L4 na wypalenie jest płatne w 80 proc. podstawy wymiaru wynagrodzenia.


Polska broń atomowa. Bocheński skomentował stanowisko prezydentaPolsat NewsPolsat News


  •  

Sfinansują nawet 95 proc. kosztów remontu. Kto może dostać pieniądze?

Agnieszka Boreczek

Koszty remontu mogą przytłoczyć zwłaszcza wtedy, gdy zachodzi konieczność dostosowania mieszkania do potrzeb osoby z niepełnosprawnością. Gdy w domu są przeszkody uniemożliwiające jej poruszanie się, np. schodki, progi, zbyt wąskie przejścia, czy źle zaprojektowana łazienka, można uzyskać dofinansowanie z PFRON na likwidację barier architektonicznych. Oto warunki.


Mężczyzna robiący remont w łazience

Zdj. ilustracyjne​Design PicsEast News



Spis treści:

  1. Dofinansowanie do remontu w 2026 roku. Ile?

  2. Kto może dostać dofinansowanie?

  3. Na co konkretnie można przeznaczyć środki?

  4. Gdzie i jak złożyć wniosek o dofinansowanie w 2026 roku?

Najczęściej spotkasz się z programem, w którym dofinansowanie obejmuje likwidację barier architektonicznych w mieszkaniu lub budynku.

Dofinansowanie do remontu w 2026 roku. Ile?


Oznacza to, że pieniądze mogą zostać przeznaczone na prace, które ułatwiają poruszanie się po domu lub mieszkaniu, poprawiają bezpieczeństwo, umożliwiają korzystanie z łazienki czy kuchni bez pomocy innych osób.

Wysokość wsparcia jest zmienna - dofinansowanie może sięgnąć do 95 proc. kosztów przedsięwzięcia, przy czym wymagany jest wkład własny co najmniej 5 proc.

Obowiązuje też limit kwotowy, tj. maksymalnie do wysokości piętnastokrotności przeciętnego wynagrodzenia.

Kto może dostać dofinansowanie?


Zasady w wielu powiatach są podobne, ale w szczegółach mogą się różnić. Zwykle trzeba spełnić trzy warunki jednocześnie:

1. Mieć ważne orzeczenie o niepełnosprawności (stopień może być różny, od lekkiego po znaczny);

2. Wykazać, że występują trudności w poruszaniu się i że planowane prace mają to zmienić;

3. Posiadać tytuł prawny do lokalu (np. własność, użytkowanie wieczyste, najem) - a przy najmie najczęściej potrzebna jest zgoda właściciela na wykonanie prac.

Ważne jest też to, o czym sporo osób dowiaduje się dopiero "po fakcie": dofinansowanie zazwyczaj nie obejmuje kosztów poniesionych przed przyznaniem środków i podpisaniem umowy. Dlatego najpierw zadbaj o formalności, a dopiero potem zatrudnij ekipę remontową.

Na co konkretnie można przeznaczyć środki?


Najwięcej wniosków dotyczy łazienek, bo to tam bariery są najbardziej odczuwalne. Ale katalog prac jest szerszy, jeśli potrafisz uzasadnić ich sens i związek z niepełnosprawnością.

Najczęściej finansowane zmiany to:

  • łazienka: prysznic bezprogowy, kabina typu walk-in, siedzisko prysznicowe, poręcze, uchwyty, odpowiednia armatura, zmiany układu, by zapewnić miejsce do manewru,

  • drzwi i przejścia: poszerzenie otworów drzwiowych, usunięcie progów, poprawa komunikacji wewnątrz lokalu,

  • dojście do budynku: podjazd, poręcze, rozwiązania ułatwiające wejście i wyjście,

  • inne elementy dostępności: prace, które likwidują przeszkody wynikające z układu mieszkania lub budynku.

Pamiętaj, że urzędnicy patrzą nie na estetykę, tylko na funkcję. Jeśli element nie ma uzasadnienia w likwidacji bariery (np. drogie luksusowe płytki) będzie trudno go obronić we wniosku.

Gdzie i jak złożyć wniosek o dofinansowanie w 2026 roku?


Wnioski najczęściej obsługują jednostki w twoim powiecie lub mieście, takie jak PCPR albo MOPS/MOPR. W wielu miejscach można też składać dokumenty online przez platformę SOW (System Obsługi Wsparcia).

Przygotuj wniosek i dokumenty, którymi są:

  • dokument potwierdzający tytuł prawny do lokalu,

  • zgoda właściciela (gdy mieszkanie jest wynajmowane),

  • zaświadczenie lekarskie lub opis ograniczeń (w zależności od lokalnych wymagań),

  • kosztorys lub wycena (np. od wykonawcy, czasem faktura pro forma),

  • opis planowanych prac i uzasadnienie, w jaki sposób likwidują barierę.

Dobrze napisane uzasadnienie nie musi być długie, ale powinno jasno pokazywać problem i planowany do osiągnięcia efekt po remoncie.


Leśkiewicz w "Graffiti" o szczegółach "SAFE 0": Prezydent nie czuje presji, czuje odpowiedzialnośćPolsat News


  •  

Oferują darmowe wakacje na pięknej wyspie. Warunki zaskakują

Oferują darmowe wakacje na pięknej wyspie. Warunki zaskakują

Wakacje na greckiej wyspie za darmo? Brzmi jak nierealne marzenie, a jednak jest to możliwe. Organizacja zajmująca się leczeniem i opieką nad bezdomnymi kotami ma propozycje nie do odrzucenia. Wystarczy miłość do zwierząt i trochę chęci.


Widok nadmorskiego miasta w blasku zachodzącego słońca, po prawej stronie wznoszą się historyczne budynki i duża kopuła kościoła z dwiema wieżami, w tle rozproszone chmury podświetlone przez promienie słońca.

SyrosMara BrandlAgencja FORUM


Syros jest tą wyspą, którą wybierają miłośnicy słonecznej Grecji w poszukiwaniu spokoju, słońca i przepysznej kuchni. Jej położenie na Cykladach to gwarancja pięknej pogody, pysznej kuchni i nieziemskich widoków.

Mogłoby się wydawać, że w tym rajskim klimacie nie ma miejsca na nic innego, jak tylko błogie lenistwo. Nic bardziej mylnego. Odpoczynek na Syros można połączyć z aktywnością, która przynosi nie tylko mnóstwo satysfakcji, ale też pożytku.

Syros. Problem na pięknej wyspie


W samym sercu wyspy, na jej zachodnim wybrzeżu mieści się siedziba Syros Cats - organizacji, która dba o to, aby kocim mieszkańcom Syros niczego nie brakowało.

Na tej części archipelagu żyje ok. 3 tys. bezdomnych kotów. Krzątają się wokół śmietników, na niezagospodarowanych działkach i w opuszczonych budynkach. Słowem: wszędzie tam, gdzie mogą znaleźć pożywienie. Są głodne, często zarażone pasożytami i zaniedbane.

Pracownicy i wolontariusze Syros Cats każdego dnia dbają o to, aby czworonogom niczego nie brakowało. Brakuje za to rąk do pracy. W poszukiwaniu wsparcia organizacja wyszła z propozycją, która wydaje się nie do odrzucenia dla wszystkich, którym los zwierząt nie jest obojętny.

Greckie wakacje za opiekę nad kotami


Syros Cats oferuje darmowe zakwaterowanie i śniadania w zamian za opiekę nad kotami. Zapraszamy wolontariuszy - osoby samotne lub pary, sprawne fizycznie, dojrzałe, zdrowe i samodzielne, które chciałyby przyjechać na minimum miesiąc, aby pomagać we wszystkich aspektach opieki nad kotami - czytamy na stronie syroscats.com.

Praca zajmuje ok. 5 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu i polega na karmieniu zwierząt - zarówno przebywających na terenie ośrodka, jak i na ulicy oraz plażach; podawaniu odpowiednich leków (m.in. kropel do oczu), czyszczeniu klatek, budek i wybiegu czy praniu.

Poza czynnościami związanymi z opieką i leczeniem, koty potrzebują przytulania, zabawy lub socjalizacji. Może być również potrzebna pomoc przy wizycie u weterynarza.

Organizatorzy wolontariatu podkreślają, że w ośrodku jest zawsze coś do zrobienia - od usuwania chwastów w ogrodzie, które sprzyjają gromadzeniu się kleszczy i komarów, przez prace manualne, po robienie zdjęć do mediów społecznościowych.

Dlatego ważne jest, żeby wolontariusze cechowali się poczuciem obowiązku i odpowiedzialnością. "Szukamy osób, które mają już pewne doświadczenie zawodowe. Jeśli masz mniej niż 25 lat, mało prawdopodobne, abyś mógł/mogła wykazać się poziomem samodzielności i inicjatywy, jakiego potrzebujemy" - brzmi komunikat Syros Cats.

Darmowe wakacje w Grecji - warunki wolontariatu


Poza określonym wiekiem i niezaprzeczalną miłością do kotów, wolontariusze muszą być gotowi do zamieszkania w jednym domu z osobami z różnych części świata. Każdy z ochotników ma do dyspozycji własną sypialnię, jednak kuchnia, łazienka i salon są wspólne.

Zazwyczaj w tym samym czasie na terenie ośrodka przebywa czterech wolontariuszy.

Gotowi do pracy kociarze muszą dotrzeć na Syros na własny koszt. Na miejscu mają zagwarantowany nocleg i śniadania. Wolontariat trwa minimum miesiąc. Mile widziani są technicy weterynarii lub osoby mające doświadczenie w pracy z kotami.

W Syros Cats odnajdą się również cyfrowi nomadzi, jednak należy pamiętać, że godziny pracy wolontariuszy są stałe i należy mieć możliwość dostosować do nich inne zajęcia zawodowe.

Kapitalne smaki i zakaz samochodów


Wolontariat w Grecji z pewnością wymaga pracowitości i dostępności, jednak poza pracą jest jeszcze możliwość zwiedzania. A uroki wyspy zdecydowanie warto poznać.

Syros jest mniej zatłoczona niż Santorini czy Mykonos, jednak swoim pięknem w niczym im nie ustępuje. Nazywana królową Morza Egejskiego kusi połączeniem weneckiej elegancji z grecką tradycją.

Można tu spacerować po piaszczystych plażach i urokliwych rybackich wioskach. Raczyć się winem z rodzinnych winiarni na północy wyspy oraz dojrzewającymi serami i loukoumią - lokalną wersją lokum.

Znajdziemy tu średniowieczne miasteczko Ano Syros, na terenie którego nie można poruszać się autem oraz zatoki z krystalicznie czystą wodą. A po zakończonej pracy warto zajrzeć do jednej z tawern - tutejsza kuchnia zasługuje na oddzielną opowieść, a na pewno na degustację.


Polska nie wejdzie do Rady Pokoju. Błaszczak w ''Gościu Wydarzeń'': Błąd Tuska. Atak na Stany ZjednoczonePolsat NewsPolsat News


  •  

Jeden z najdzikszych zakątków Ziemi. Gdy u nas trwa zima, tam mają upał

Jeden z najdzikszych zakątków Ziemi. Gdy u nas trwa zima, tam mają upał

Tasmania jest naj! Najdziksza, najmniejsza, najdalsza… Co prawda niedosłownie, bo znajdziemy odleglejsze zakątki globu, ale loty do Tasmanii trwają w sumie nawet 36 godzin. Pytanie zatem brzmi, czy ta australijska wyspa jest warta tak długiej podróży?


Olbrzymia formacja skalna przypominająca falę, z wyraźnie zarysowanymi pasami i warstwami, na tle niebieskiego nieba. U podnóża skały dwie osoby na tle imponujących rozmiarów formacji, co podkreśla jej monumentalność.

Tasmania zaskakuje turystów przyrodąVICTORIAL PRODUCTIONSAFP


Tasmania to najmniejszy, a zarazem najbardziej zalesiony stan Australii. Leży na Oceanie Spokojnym, ok. 300 km od lądu. Jej krajobraz aż kipi przyrodą.

Liczne jeziora polodowcowe i rzeki współgrają tutaj z zielenią eukaliptusowych i bukowych lasów. Na górskich zboczach dominują z kolei alpejskie wrzosowiska, mchy i porosty. Wśród wysokich traw dumnie przechadza się diabeł tasmański. I bynajmniej nie jest to duma nad wyraz - Tasmania to jego królestwo, gdyż jedynie w tym miejscu występuje w stanie dzikim. Choć nie taki ten diabeł straszny, jak maluje go popkultura. Mimo że po wymarciu tygrysa tasmańskiego został największym mięsożernym torbaczem na świecie, wymiarami przypomina niewielkiego psa.

W wyjątkowości wtóruje mu Astacopsis gouldi. Nie są jednak konkurentami, bo reprezentują zupełnie różne gatunki. Pod łacińską nazwą kryje się bowiem największy rak świata, zwany również homarem tasmańskim.

Matka natura nie żałowała Tasmanii fenomenalnej flory i fauny. Dzika przyroda zajmuje ok. 25 proc. powierzchni wyspy, zachwycając mieszkańców, przyjezdnych, a także artystów. Gdy tam wyruszasz, nie uciekasz od wszystkiego - wracasz do wszystkiego. "Wracasz do tego, co ważne, wracasz do siebie" - pisał w jednym ze swoich esejów Peter Dombrovskis, australijski fotograf i dokumentalista.

Miasto na górze


Jak u siebie można również poczuć się w tasmańskich miastach, Hobartem na czele. To jednocześnie stolica i największa aglomeracja na wyspie. Na swoje miejsce do życia Hobart wybrała prawie połowa Tasmańczyków. I trudno się dziwić. Za jego portowym klimatem kryją się nie tylko urokliwe widoki, ale przede wszystkim świeże powietrze i pyszne owoce morza.

Pejzaż zdominował Mount Welllington - góra, na której zboczach znajduje się część miasta. Wizyta na jej szczycie to punkt obowiązkowy wycieczki. Na wysokość 1270 m n.p.m. wejdziecie pieszo, dojedziecie rowerem, autem, a nawet… koniem. Stolicy Tasmanii niemal nie sposób pominąć. To tutaj mieści się główny port lotniczy, dlatego - jeśli zdecydujecie się na podróż do Tasmanii - zwiedzanie wyspy warto zacząć właśnie od Hobartu.

Drugim co do wielkości miastem Tasmanii jest Launceston. Słynie z pięknych parków, ogrodów i XIX-wiecznych willi o angielskim charakterze. Jest spokojne, zadbane i bardzo zielone. Stąd można udać się do Tamar Valley, winiarskiego regionu wyspy.

Bramą na wyspę nazywane jest Devenport. Tu przypływa z Melbourne prom Spirit of Tasmania, dlatego - jeśli będziecie lecieć przez Melbourne - rozważcie tę opcję jako ostatni odcinek podróży. Jednak Devenport to przede wszystkim świetna baza wypadowa do Cradle Mountain - majestatycznego szczytu w parku narodowym, a także dzikiego północnego wybrzeża.

Czego nie można przegapić na Tasmanii?


A jeśli o północnym wybrzeżu mowa… Grzechem byłoby przegapić Bays of Fires. To 50 km plaż uznanych przez "Lonely Planet" za jedno z najpiękniejszych miejsc w Australii.

Ich śnieżnobiały pasek kontrastuje z pomarańczowymi kamieniami i przejrzystą wodą. Po dniu na rajskiej plaży warto udać się na zachód słońca do Wineglass Bay w Freycinet National Park - ok. 2,5 - 3 godzin jazdy autem od Bays of Fires. To jeden z najpiękniejszych parków na Tasmanii z zatoką w kształcie kieliszka wina lub - bardziej romantyczna interpretacja - półksiężyca.

Tasmania to również majestatyczne klify Tasman Peninsula i Remarkable Cave, idealne na piesze wędrówki i obserwację dzikich ptaków; dziewicze kaniony w Franklin-Gordon Wild Rivers National Park czy wolnożyjące kangury i wombaty w Narawntapu National Park.

I choć krajobraz wyspy nieco różni się od siebie w zależności od jej regionu, jedno pozostaje niezmienne - dzikość natury wiedzie tu prym przed turystyczną komercją.

Tasmania - informacje praktyczne


Wybierając się do Australii, należy pamiętać, że lato trwa tutaj od grudnia do lutego. Temperatury sięgają wówczas od 25 do 40 st. Celsjusza i to najlepszy czas na zwiedzanie Tasmanii.

Koniecznością przed wyjazdem jest zadbanie o wizę - najlepiej zawnioskować o bezpłatną wizę turystyczną eVisitor na pobyt do trzech miesięcy. Można to zrobić za pomocą rządowej strony internetowej.

Na miejscu najlepiej poruszać się wynajętym autem - w końcu do zobaczenia jest aż 19 parków narodowych i 816 rezerwatów! Z kolei najlepszą i najtańszą opcją noclegową są campingi. Znajdziemy na nich wszystko, co potrzebne do życia (łazienkę, prysznice, pralkę) i do aktywnego zwiedzania w XXI wieku, czyli… Wi-Fi. Wieczory na polu namiotowym to z kolei wspólne grillowanie, które dla Australijczyków stało się niemal sportem narodowym.

Spanie "na dziko" jest w Australii zabronione, z kolei ceny noclegów w hotelach przyprawiają o zawrót głowy. Zdecydowanie lepiej i przyjemniej jest emocjonować się tasmańskimi widokami.

Jak dolecieć na Tasmanię?


Z Polski na Tasmanię nie da się dolecieć bez przesiadek, a cała podróż zajmuje od 25 do 36 godzin. Najlepiej wybrać się z Warszawy lub Berlina do jednego z portów w Azji (Stambułu, Singapuru, Tokio, Seulu) lub na Bliskim Wschodzie (Dohy, Dubaju). Drugi etap podróży to lot do jednego z australijskich miast: Melbourne, Sydney lub Brisbane.

W Australii warto skorzystać z połączenia krajowego do Hobart (HBA) lub Lanceston (LST). Z Melbourne można dopłynąć na Tasmanię również wspomnianym wyżej promem, jednak jego koszt często przekracza cenę biletu lotniczego. Dobrze jest jednak sprawdzać ofertę na bieżąco - czasem trafiają się duże promocje.


Dworczyk w ''Graffiti'' o pożyczce z programu SAFE: Chodzi o rozwój Sił Zbrojnych RP na dekady. Rząd powinien to konsultowaćPolsat NewsPolsat News


  •  

Turcja ma poważny problem. Gwałtownie rośnie liczba gigantycznych osuwisk


W skrócie

  • W Turcji gwałtownie rośnie liczba lejów krasowych, co powoduje straty w rolnictwie i niepokój lokalnych mieszkańców.

  • Naukowcy wiążą pojawianie się zapadlisk z długotrwałą suszą i nadmiernym poborem wód gruntowych. Problem nasila się od lat 90. XX wieku.

  • Podobne zjawiska obserwuje się w innych regionach świata, a eksperci przestrzegają przed brakiem kontroli nad zużyciem wód gruntowych.

  • Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii

Turecka Agencja ds. Katastrof i Zarządzania Kryzysowego informuje, że na Równinie Konya - jednym z kluczowych regionów rolniczych w kraju - odnotowano 648 dużych osuwisk.

Serwis techno.nv.ua dodaje, że niektórzy komentatorzy łączą to zjawisko z biblijnymi proroctwami o rozstępującej się ziemi. Naukowcy jednak tłumaczą, że przyczyna jest dużo bardziej prozaiczna.

Eksperci, na których ustalenia powołuje się agencja z Turcji, twierdzą bowiem, że pojawianie się lejów jest głównie spowodowane przedłużającą się suszą i nadmiernym pompowaniem wód gruntowych.

Turcja. Osuwiska i leje zagrażają mieszańcom i rolnictwu


Naukowcy z Politechniki w Konyi zidentyfikowali do tej pory ponad 20 nowych osuwisk. Wszystkie powstały w ciągu ostatniego roku. Jednocześnie odkrycia zwiększyły do niemal 1900 liczbę obszarów problemowych, na których ziemia zapada się lub osuwa.

Z doniesień tureckich mediów wynika, że ze względu na osuwiska niektórzy rolnicy stracili swoje plony lub zostali zmuszeni do porzucenia pól, które stały się niebezpieczne.

Ponadto spadek wód gruntowych powoduje wysychanie studni, niszczenie ekosystemów oraz spadek ilości plonów. Rolnicy - próbując ratować m.in. uprawy buraków cukrowych i kukurydzy - wypompowują jeszcze więcej wody, co tylko pogarsza sytuację.

Dane NASA pokazują, że w 2021 roku poziom wody w zbiornikach w Turcji był najniższych od 15 lat. Ponadto badania geologiczne odnotowały gwałtowny spadek poziomu wód gruntowych w regionie Konya.

Dodajmy, że do początku XXI wieku tego typu zapadliska pojawiały się raz na kilka lat. W ciągu ostatnich 25 lat ich liczba jednak drastycznie wzrosła. Serwis techno.nv.ua wskazuje, że obecnie co roku odnotowuje się dziesiątki rozległych zapadlisk, z których niektóre osiągają średnicę ponad 30 metrów.

Osuwiska coraz częściej pojawiają się w innych regionach


Naukowcy ostrzegają, że podobne zagrożenia coraz częściej pojawiają się także w innych częściach świata, w tym w Stanach Zjednoczonych, na Bliskim Wschodzie, w Australii i na Morzu Śródziemnym.

W Teksasie, w pobliżu jednego z opuszczonych odwiertów naftowych, utworzył się niedawno lej krasowy o średnicy około 61 metrów i głębokości 12 metrów. Ponadto w Arizonie i Nowym Meksyku odnotowuje się liczne pęknięcia i kratery o średnicy od trzech do dziewięciu metrów. Niektóre obszary gruntów rolnych zapadają się przez to o ponad 15 centymetrów rocznie.

Eksperci, na których powołuje się techno.nv.ua, ostrzegają, że bez ścisłej kontroli nad wykorzystaniem wód gruntowych i adaptacji do zmian klimatu, ryzyko nagłych osuwisk będzie rosło, zagrażając rolnictwu i infrastrukturze. W niebezpieczeństwie znaleźć się mogą m.in. osiedla mieszkalne.

Źródło: techno.nv.ua


"Wydarzenia": Spotkanie z "żywą książką". Niezwykła inicjatywa w GdyniPolsat News


  •  

Ferie zimowe 2026 ze śniegiem? IMGW pokazał prognozę długoterminową

Ferie zimowe 2026 ze śniegiem? IMGW pokazał prognozę długoterminową

Tomasz Kromp

Centrum Modelowania Meteorologicznego opublikowało na swojej stronie 4-miesięczną eksperymentalną prognozę długoterminową temperatury i opadu. Jaka pogoda czeka nas w ferie zimowe? W wielu miejscach będzie można liczyć na opady śniegu. Prawdopodobieństwo "białych ferii" będzie największe w zimniejszych regionach kraju.


Tegoroczna zima nie będzie odbiegała normami od tych z poprzednich lat. Początki wiosny mogą być natomiast cieplejsze niż zwykle

Jaka pogoda na ferie zimowe 2026?123RF/PICSEL



Spis treści:

  1. Kiedy ferie zimowe 2026? Trzy terminy

  2. Pogoda na ferie zimowe 2026. W niektórych regionach większa szansa na śnieg

Po niedawnych zmianach dokonanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, w 2026 roku czekają nas trzy terminy ferii zimowych, zamiast dotychczasowych czterech.

Kiedy ferie zimowe 2026? Trzy terminy


Harmonogram wygląda następująco:

  • od 19 stycznia do 1 lutego 2026 roku ferie zimowe odbędą się w województwach: mazowieckim, pomorskim, podlaskim, świętokrzyskim, warmińsko-mazurskim;

  • od 2 do 15 lutego 2026 roku ferie zimowe odbędą się w województwach: dolnośląskim, kujawsko-pomorskim, łódzkim, zachodniopomorskim, małopolskim, opolskim;

  • od 16 lutego do 1 marca 2026 roku ferie zimowe odbędą się w województwach: podkarpackim, lubelskim, wielkopolskim, lubuskim, śląskim.

Celem zmniejszenia terminów ferii zimowych z czterech do trzech było zrównoważenie liczby uczniów przebywających na poszczególnych turnusach. Zlikwidowano także nakładanie się terminów ferii w przypadku poszczególnych województw, co miało miejsce przy poprzednim, czteroterminowym podziale.

Pogoda na ferie zimowe 2026. W niektórych regionach większa szansa na śnieg


Zgodnie z danymi zawartymi w eksperymentalnej prognozie IMGW, średnia miesięczna temperatura powietrza oraz miesięczna suma opadów atmosferycznych w styczniu prawdopodobnie nie przekroczy zakresu normy wieloletniej (1991-2020).

Niższych temperatur, również poniżej zera, możemy spodziewać się na wschodzie kraju oraz w górach - tam też zaistnieje największa szansa na opady śniegu i, tym samym, "białe ferie".

Podobnie sprawa wygląda, jeśli chodzi o luty. Temperatury oraz opady nie powinny przekroczyć zakresu normy wieloletniej, choć prawdopodobieństwo śniegu może być nieco mniejsze z powodu tego, że średnia temperatura powietrza w wielu miejscach może być nieco wyższa.

Przedwiośnie może przynieść zjawiska przekraczające wartości zakresu normy wieloletniej. Mowa tutaj o większych opadach w marcu oraz wyższych temperaturach i intensywniejszych opadach w kwietniu.

Co ważne - jak wynika z informacji podanych na stronie IMGW: "Należy pamiętać, że prognoza jest orientacyjna, ma charakter eksperymentalny i dotyczy średniego przebiegu dla całego prognozowanego regionu i danego okresu prognostycznego".


"Wydarzenia": Podkop pod granicą. 180 migrantów weszło do PolskiPolsat News


  •