Szwajcaria, bogaty kraj, który historycznie wspierał swobodny przepływ osób i inwestycje zagraniczne, będzie głosować nad wprowadzeniem limitu populacji — i zaostrzeniem przepisów imigracyjnych.
W niedzielę w Szwajcarii odbędzie się referendum w sprawie ograniczenia liczby ludności do 10 mln. Jeśli rozwiązanie zdobędzie poparcie, władze Szwajcarii będą musiały wdrożyć środki mające na celu zahamowanie wzrostu populacji do 2050 r. Przedsiębiorcy ostrzegają, że ograniczenie imigracji będzie miało negatywny wpływ na wzrost gospodarczy i konkurencyjność Szwajcarii.
Niedzielne referendum odbywa się po tym, jak populacja kraju wzrosła o 10 proc. w ciągu 10 lat. Na koniec 2025 r. wynosiła nieco ponad 9,1 mln.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Stosunkowo niskie podatki sprawiły, że Szwajcaria stała się domem dla globalnych konglomeratów, takich jak gigant dóbr konsumpcyjnych Nestle, farmaceutyczny gigant Novartis i inne międzynarodowe firmy z branży finansowej, dóbr luksusowych i technologicznej. Szwajcaria ma jedną z najwyższych na świecie koncentracji miliarderów i znacznie wyższy wskaźnik PKB na mieszkańca niż wiele innych rozwiniętych gospodarek.
Pod koniec 2024 r. 41 proc. populacji miało "pochodzenie migracyjne", termin odnoszący się do imigrantów i ich dzieci urodzonych w Szwajcarii.
Szacuje się, że w Szwajcarii mieszka 1,4 mln obywateli UE, co stanowi około 16 proc. populacji kraju. Kolejne 340 tys. obywateli UE codziennie przekracza granicę, aby tam pracować.
Jeśli wyborcy poprą propozycję ograniczenia populacji, Rada Federalna i parlament kraju będą musiały wdrożyć środki mające na celu ograniczenie wzrostu populacji do 2050 r.
Systemy imigracyjne zostaną zaostrzone, jeśli liczba ludności przekroczy 9,5 mln, a w pierwszej kolejności zostaną ograniczone programy azylowe i łączenia rodzin. Szwajcarska inicjatywa dotycząca swobodnego przepływu osób z Unią Europejską również może się zakończyć, jeśli liczba ludności przekroczy próg 10 mln.
Szwajcaria nie należy do UE, ale jest częścią strefy Schengen, w której obowiązuje bezgraniczny ruch pasażerski. UE i Szwajcaria zawarły również porozumienie umożliwiające swobodny przepływ obywateli, umożliwiając im zamieszkanie i pracę na swoim terytorium, pod warunkiem posiadania pracy lub innego źródła dochodu.
Prawicowa partia SVP w Szwajcarii wzywa wyborców do "wysłania jasnego sygnału" decydentom politycznym, aby powstrzymali to, co nazywa "przytłaczającym" wzrostem populacji.
Firmy mające siedzibę w Szwajcarii twierdzą, że wprowadzenie znaczących ograniczeń imigracyjnych osłabiłoby konkurencyjność kraju i obciążyłoby jego gospodarkę, która zmaga się z powolnym wzrostem, deflacją i systemem taryfowym prezydenta USA Donalda Trumpa.
Economiesuisse — organizacja branżowa, do której należą m.in. Amazon Web Services, Roche, Google i Johnson & Johnson — sprzeciwiła się inicjatywie wprowadzenia limitu demograficznego.
"Limity migracyjne grożą podważeniem umów z UE"
Główny ekonomista Rudolf Minsch stwierdził w oświadczeniu przesłanym do CNBC, że dobrobyt Szwajcarii zależy od "otwartości, innowacyjności i silnych relacji gospodarczych z Europą".
"Rozumiemy, że obawy dotyczące mieszkalnictwa, infrastruktury i wzrostu populacji muszą być traktowane poważnie, a te wyzwania wymagają pragmatycznych rozwiązań politycznych" — powiedział.
"Sztywne limity imigracyjne nie są właściwym rozwiązaniem, zwłaszcza jeśli grożą podważeniem dwustronnych umów z Unią Europejską, które mają kluczowe znaczenie dla szwajcarskiej gospodarki".
Firmy alarmują: ograniczenia migracyjne mogą osłabić konkurencyjność
Minsch dodał, że Szwajcaria jest uzależniona od wysoko wykwalifikowanych pracowników zagranicznych, zwłaszcza w sektorach takich jak farmaceutyka, technologia i opieka zdrowotna.
"Poważne ograniczenia imigracyjne osłabiłyby innowacyjność, wzrost gospodarczy i konkurencyjność, a jednocześnie utrudniłyby firmom przyciąganie międzynarodowych talentów" — powiedział.
Piątkowy debiut giełdowy SpaceX o wartości 75 mld dol. wywołał ogromne poruszenie na nowojorskiej giełdzie Nasdaq, gdzie akcje zaczęły być notowane pod symbolem SPCX.
Dla rynków finansowych to długo wyczekiwane wydarzenie, ale dla wielu szeregowych pracowników — moment, który bezpowrotnie odmienił ich status materialny. Wśród nich jest Juan Hernandez, imigrant z Meksyku, który przez dziesięć lat pracował w firmie jako spawacz, przygotowując rakiety do startu i budując infrastrukturę stanowisk startowych.
"Nie wiem, czym jest SpaceX"
Historia Hernandeza to klasyczny przypadek amerykańskiego snu, w którym kluczową rolę odegrał przypadek. O rekrutacji dowiedział się od znajomego spawacza w 2015 r.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
— Pomyślałem wtedy: nie wiem, czym jest SpaceX, ale spróbujmy. To była dla mnie po prostu kolejna praca kontraktowa — wspomina Hernandez w wywiadzie dla CBS News.
Gdy podpisywał umowę, firma zaoferowała mu na start pakiet akcji powitalnych o wartości 10 tys. dol. Pracując wcześniej na stawce godzinowej, Hernandez nigdy nie spotkał się z taką formą gratyfikacji i nie przywiązywał do niej większej wagi. W ciągu dekady sumiennej pracy piął się jednak po szczeblach kariery, zostając ostatecznie kierownikiem. Choć obecnie przeszedł już do konkurencyjnego start-upu rakietowego Jeffa Bezosa — Blue Origin — w jego portfelu pozostało około 6,5 tys. akcji SpaceX.
W piątek, na zamknięciu sesji giełdowej, kurs SPCX osiągnął poziom 160,95 dolara (około 590 zł). To oznacza, że pakiet udziałów meksykańskiego imigranta jest obecnie wart dokładnie 1 mln 46 tys. 175 dol., czyli ponad 3,8 mln zł.
Hernandez podkreśla, że oferowanie pracownikom fizycznym udziałów w firmie całkowicie zmienia ich podejście do obowiązków. Sprawia, że czują się współwłaścicielami i pracują znacznie lepiej, bo dbają o wspólny majątek. Pomimo zdobytej fortuny były spawacz SpaceX nie zamierza rezygnować z pracy. Wychowany w duchu szacunku do ciężkiej pracy, chce teraz przekazać te wartości swoim dzieciom.
Na bazie własnych doświadczeń uczy trójkę swoich dzieci, w tym 16-letnią córkę, jak mądrze inwestować na giełdzie. Nastolatka już teraz posiada akcje m.in. koncernu Meta i prowadzi własne drobne biznesy. Pytany o przesłanie dla Elona Muska, Hernandez odpowiada krótko: podziękowałby mu za szansę na spełnienie marzenia, o którym sam wcześniej nie wiedział.
— On sprawia, że życie wielu ludzi staje się lepsze i bardziej wartościowe także dla ich rodzin — podsumowuje świeżo upieczony milioner.
Jak zauważa Anna Gniadek, ekspertka HR i założycielka firmy Crispy HR, w dobie gig economy, masowych zwolnień i rosnącej popularności kontraktów B2B, to nie pracownik jest inicjatorem zmian. — Nie można negatywnie oceniać "skoczka", skoro często to nie jest jego decyzja — podkreśla.
W warunkach zmiennego rynku pracy liczy się nie tyle stabilność, co umiejętność reagowania. A to wymaga zupełnie innego zestawu narzędzi niż kiedyś. Kariera mozaikowa to celowe kolekcjonowanie zróżnicowanych kompetencji i doświadczeń, które tworzą unikalną całość.
— Łączymy różne, pozornie nie związane ze sobą umiejętności, aby ten, jak ja to nazywam, plecaczek z kompetencjami wypełnić i, kiedy trzeba, wyjmować tę, która jest potrzebna — tłumaczy Gniadek.
— Nie chodzi już o wąską specjalizację, ale o budowanie pakietu, który da nam elastyczność i przewagę konkurencyjną. Psycholog uczący się projektowania UX , prawnik zdobywający wiedzę o nowych technologiach czy analityk danych rozwijający kompetencje trenerskie — to właśnie przykłady budowania takiej mozaiki — dodaje.
Najważniejsza jest zmiana podejścia. Myślmy o kompetencjach, nie tylko o stanowiskach. Kluczowa zmiana, jaka zaszła na rynku pracy, to przesunięcie punktu ciężkości. Pracodawcy coraz częściej rozumieją, że konkretnych narzędzi można się nauczyć, a kluczowe są unikalne zdolności — tłumaczy Anna Gniadek.
Zamiast pytać "na jakie stanowisko?", trzeba pomyśleć "co umiem robić i w jakim kontekście mogę to wykorzystać?". Dopiero potem pojawia się pytanie o nazwę funkcji. Kluczowe stają się nie role, lecz zasoby — a te warto dobrze poznać. Bez tej samoświadomości nie da się zbudować skutecznej strategii.
Ekspertka radzi, by zacząć od kilku podstawowych kroków:
Na początek powinniśmy zrobić inwentaryzację swoich zasobów. — To twarde i miękkie kompetencje, doświadczenia zawodowe, preferowany styl pracy. Dobrze jest przemyśleć, czy wolimy pracę projektową, czy powtarzalną, z procedurami czy bez — wyjaśnia.
Kiedy już mamy jasny obraz swoich mocnych stron i potrzeb możemy zabrać się za tworzenie swojej mapy możliwości. Zasoby łączymy w zbiory, by odkryć potencjalne ścieżki. — Jeśli ktoś ma doświadczenie w HR a jednocześnie lubi analizować dane, może sprawdzić się w HR analytics. Warto analizować ogłoszenia o pracę, przeglądać profile osób z branży na LinkedIn, a nawet korzystać z narzędzi, takich jak Mapa Karier, czy sztuczna inteligencja, by znaleźć inspiracje — radzi Gniadek.
— "Znam trendy, umiem rozmawiać z ludźmi, moim konikiem jest storytelling. Dodatkowo potrafię używać narzędzi, dzięki czemu mogę zaprojektować to i to, mogę tłumaczyć ludziom trendy w zrozumiały i empatyczny sposób, mogę doradzać" — podaje przykład ekspertka.
Szukajmy wsparcia i innej perspektywy. — Warto poszukać mentora w swoim obszarze, ale czasem wystarczy porozmawiać ze znajomymi. Nawet jedna rozmowa i mała wskazówka od kogoś z zewnątrz wystarczą by otworzyć głowę na zupełnie nowe możliwości.
Uniwersalne kompetencje, które dobrze mieć
Nie każda umiejętność musi być specjalistyczna. Wręcz przeciwnie, najbardziej uniwersalne stają się te, które pozwalają działać niezależnie od branży.
— Dziś każdy powinien się uczyć jakiegoś programu analitycznego, każdy powinien znać podstawy zarządzania projektami i podstawy krytycznego myślenia — radzi Anna Gniadek. To właśnie one pozwalają przechodzić między kontekstami i odnaleźć się tam, gdzie potrzeba.
Coraz częściej to właśnie te umiejętności — a nie konkretne stanowisko — decydują o zatrudnieniu. Firmy, szczególnie te borykające się z niedoborami kadrowymi, przesuwają akcent z przeszłości zawodowej na kompetencje możliwe do wykorzystania tu i teraz.
Kariera mozaikowa wymaga fundamentalnej zmiany w myśleniu. Musimy być otwarci na to, że praca, którą dziś wykonujemy, jest tylko na jakiś czas. To przystanek na naszej drodze, który służy do realizacji kolejnego celu.
Zmiana nie zawsze oznacza porzucenie obecnego miejsca pracy. Czasem wystarczy przyjrzeć się wewnętrznym możliwościom w organizacji albo uzupełnić kompetencje, które pozwolą na przekształcenie obecnej roli.
W tym modelu pracy awans poziomy przestaje być porażką. Przejście do innego działu czy branży na podobnym stanowisku to nie krok w tył, a zdobycie nowego, cennego elementu do naszej układanki. — To jest zupełnie nowy kafelek, w naszej mozaice życia zawodowego— mówi Gniadek. To świadomy i pozytywny "job hopping", nad którym mamy pełną kontrolę, budując karierę, która daje nam sens, elastyczność i równowagę.
— Ruch poziomy może przynieść więcej strategicznych możliwości niż awans pionowy — szczególnie w firmach, które wiedzą, że za kilka lat i tak trzeba będzie zmieniać kompetencje zespołów. Pracodawca już wie, że w przeciągu dwóch, trzech lat będzie redukować zatrudnienie w dziale i potrzebuje, żeby ktoś nadbudował sobie nowe umiejętności i zmienił stanowisko — dodaje.
Przyszłość to praca projektowa?
Współczesna ścieżka zawodowa to nie tylko zmiany stanowisk. To także przerwy, powroty, nieoczywiste ruchy. Gniadek zauważa, że coraz więcej osób decyduje się na świadomy "gap year" — nie tylko po to, by odpocząć, ale by zdobyć nowe kwalifikacje i przeprojektować swoje życie zawodowe. Młodzi ludzie coraz częściej najpierw zdobywają doświadczenie, a dopiero później decydują się na studia, by mieć realny obraz rynku pracy i swoich potrzeb.
Wszystko wskazuje na to, że w nadchodzących latach ten mozaikowy model stanie się normą. — Nikt z młodego pokolenia nie będzie siedział 20 lat na etacie. To jest absolutnie niemożliwe — mówi Gniadek. — Praca coraz częściej będzie przyjmować formę projektów, z wyraźnym początkiem, końcem i tematem przewodnim. A osoby, które potrafią się dopasować, szybciej odnajdą się w tej rzeczywistości.
W świecie, w którym nie da się zaplanować kariery na 10 lat do przodu, elastyczność, samoświadomość i gotowość do dokładania nowych "kafelków" do mozaiki kompetencji mogą okazać się najważniejszymi atutami zawodowymi.
Po dekadach korupcji i złego zarządzania produkcja ropy w Wenezueli spadła z historycznego szczytu 3,5 mln baryłek dziennie w latach 70. do ok. 1,2 mln obecnie. Teraz sytuacja ulega diametralnej zmianie.
Pierwszy taki krok na amerykańskiej giełdzie
Wśród podmiotów, które wykonały najszybszy ruch, jest Lionheart Capital — fundusz inwestycyjny z Miami założony przez Ophira Sternberga. Firma podpisała list intencyjny w sprawie fuzji swojej giełdowej spółki Lionheart Holdings z Keo Energy, grupą posiadającą aktywa naftowe w zagłębiu Maracaibo.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Fuzja ta ma stworzyć pierwszą spółkę notowaną na Nasdaq, która zapewni inwestorom bezpośredni dostęp do wenezuelskich złóż. Planowana wycena firmy to około 1 mld dol.
Keo Energy (zależna od szwedzkiego Maha Capital) posiada 40 proc. udziałów w PetroUrdaneta. Choć w latach 50. tamtejsze pola produkowały setki tysięcy baryłek dziennie, brak inwestycji zepchnął produkcję poniżej 2 tys. baryłek na dobę. Nowe środki mogą jednak podnieść ten wskaźnik do 54 tys. baryłek ekwiwalentu ropy dziennie do 2029 r.
Nowe prawo i amerykański apel
Dodatkowo Wenezuela przyjęła nowe prawo o węglowodorach, które drastycznie osłabia państwowego giganta PDVSA i pozwala prywatnym firmom na bezpośrednie zarządzanie odwiertami. Amerykańscy inwestorzy odpowiadają tym samym na styczniowy apel Trumpa o zainwestowanie 100 mld dol. w odbudowę wenezuelskiego przemysłu.
W kwietniu kraj odwiedził Bryan Sheffield, współzałożyciel funduszu Formentera Partners, który wcześniej uczestniczył w szczycie w Białym Domu. Spotkał się tam z tymczasową prezydent Delcy Rodríguez. — Rozmawialiśmy o biznesie naftowym i gazowym oraz o tym, co może on oznaczać dla Wenezueli, i to może zmienić reguły gry — powiedział Sheffield.
Z kolei Ali Moshiri, były szef Chevronu na Amerykę Łacińską, próbuje zebrać 2 mld dol. w ramach swojego funduszu Amos Global Energy Management. Wybór kierunku ułatwia też sytuacja geopolityczna. Jak zauważa jeden z menedżerów funduszy w Caracas: — To niewiarygodne: Bliski Wschód płonie, a Wenezuela jest stabilna.
Inwestycje poza sektorem naftowym
Gorączka dotyczy nie tylko energii. Powiązany z rodziną Trumpa fundusz Yorkville Advisors utworzył spółkę SPAC, planując zebrać 200 mln dol. na zakup biznesu w Wenezueli.
Z kolei konglomerat medialny Grupo Cisneros zabezpieczył już dwie trzecie z planowanego 1 mld dol. na fundusz Intrépida, który zainwestuje w agrobiznes, komunikację i nieruchomości.
Flagowe, najnowsze narzędzia producenta nie mogą trafić do jakichkolwiek obcokrajowców — zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i poza ich granicami, włączając w to zagranicznych pracowników samej firmy. Ze względu na globalny i sieciowy charakter swoich usług, Anthropic został zmuszony do podjęcia drastycznego kroku: całkowitego wyłączenia obu systemów dla wszystkich swoich dotychczasowych klientów.
Zbyt potężne, by je udostępnić
Zablokowane systemy zadebiutowały na rynku zaledwie trzy dni wcześniej, 9 czerwca, i z miejsca zostały okrzyknięte technologicznym przełomem. Fable 5, pozycjonowany jako bezpośredni konkurent dla GPT-5.5 od OpenAI oraz Gemini od Google'a, wykazywał niespotykane dotąd możliwości w programowaniu i realizacji złożonych, autonomicznych zadań.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Jeszcze większe kontrowersje budziła jednak architektura klasy Mythos. Podczas kwietniowych testów laboratoryjnych jej wersja podglądowa okazała się tak skuteczna w automatycznym wykrywaniu i wykorzystywaniu luk w systemach operacyjnych, że sam producent określił ją jako "zbyt potężną do publicznego udostępnienia".
Choć w komercyjnej wersji Fable 5 wprowadzono filtry bezpieczeństwa, administracja Donalda Trumpa uznała, że ryzyko dla cyberprzestrzeni jest zbyt duże. Z oficjalnego komunikatu wynika, że rząd wszedł w posiadanie raportu demonstrującego metodę obejścia zabezpieczeń, która pozwalała modelowi na analizę baz kodu i wskazywanie krytycznych podatności. Mogłoby to zostać wykorzystane przez wrogich hakerów do ataków na infrastrukturę krytyczną, np. energetyczną czy bankową.
Dolina Krzemowa odpiera zarzuty
Twórcy technologii stanowczo odrzucają te oskarżenia. Anthropic podkreśla, że przed premierą system przeszedł tysiące godzin testów typu red-teaming z udziałem m.in. brytyjskiego AI Safety Institute oraz agencji rządowych USA.
Wykazano wówczas, że zapory Fable 5 są najskuteczniejsze w branży, a wspomniane przez urzędników podatności są powszechnie znane i możliwe do odtworzenia w modelach konkurencji, takich jak GPT-5.5. Według firmy rząd podjął drastyczne kroki na podstawie jednej, wąskiej i nieszkodliwej prezentacji, co stanowi głębokie nieporozumienie.
W listopadzie 2024 r. prof. Todd Humphreys, specjalista od systemów GPS z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin, otrzymał zagadkową wskazówkę. Ktoś zasugerował mu sprawdzenie dwóch konkretnych dni i godzin w archiwalnych danych z sieci monitorujących sygnały nawigacji satelitarnej. Dane pochodziły z 2021 r. i były publicznie dostępne, dlatego wydawało się mało prawdopodobne, by kryło się w nich coś niezwykłego.
Jednak gdy Humphreys i jego doktorant przeanalizowali wskazane momenty, odkryli coś niepokojącego. W tym samym czasie odbiorniki rozmieszczone w wielu krajach odnotowały gwałtowny spadek stosunku sygnału do szumu tła (SNR). Innymi słowy — sygnały nawigacyjne były chwilowo zagłuszone, a siła sygnału spadła nawet dziesięciokrotnie.
Stacje w różnych częściach Europy rejestrowały zakłócenia dokładnie w tej samej chwili
|www.youtube.com/@veritasium
Jeszcze bardziej zaskakujące było to, co odkryto później. Analiza historycznych zapisów wykazała, że pomiędzy 2019 i 2026 r. podobne zdarzenia wystąpiły aż 75 razy. Za każdym razem wzorzec był identyczny: stacje w różnych częściach Europy rejestrowały ten sam spadek dokładnie w tej samej chwili.
Skala zjawiska była bezprecedensowa. Efekt obserwowano od Svalbardu na północy po Hiszpanię na południu, od Kanady na zachodzie po wschodnią Polskę na wschodzie. Rozkład zakłóceń sugerował, że ich centrum mogło znajdować się w rejonie Polski lub rosyjskiego obwodu kaliningradzkiego.
Mapa stacji, w kórych obserowano zakłócenia - przykładowo 9 czerwca 2021 r
|Todd E. Humphreys, Argyris Kriezis, Zachary L. Clements / University of Texas
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Ustalenia naukowców
Odkrycie skłoniło naukowców do dalszej, obszernej analizy. Oto najważniejsze ustalenia opublikowanego badania.
Zakłócenia krótkie, ale częste i silne
Zdarzenia były rejestrowane nawet przez kilkadziesiąt stacji równocześnie. Pojedyncze zakłócenia trwały zwykle od 3 do 10 sekund, ale występowały wielokrotnie w ciągu godzin i danych dni dnia.
Liczba stacji, które wykryły zakłócenia w ciągu różnych dni Zakłócenia mogą występować kilka razy dziennie
|Todd E. Humphreys, Argyris Kriezis, Zachary L. Clements / University of Texas
W tym czasie obserwowano spadek jakości odbioru sygnałów GPS nawet o 10 dB, co wystarczy do poważnego pogorszenia działania odbiorników.
Najbardziej dotknięte były Polska i region Bałtyku.
Najsilniejsze efekty obserwowano regularnie w Polsce, krajach bałtyckich i okolicach Morza Bałtyckiego. Największy odnotowany spadek jakości sygnału wystąpił w Polsce.
Mapy przykładowych detekcji. Odbiorniki w regionie bałtyckim są najbardziej dotknięte, co generalnie odzwierciedla niemal wszystkie przypadki zakłóceń
|Zachary L. Clements, Argyris Kriezis, Todd E. Humphreys / University of Texas
Zakłócenia w działaniu GPS potwierdził polski rząd, np. w komunikacie z 2025 r.
Komunikat rządu o zakłóceniach GPS z 2025 r.
|Gov.pl
Zakłócenia nie mają pochodzenia naziemnego, a kosmiczne
Pierwszym podejrzeniem było zagłuszanie radiowe z powierzchni Ziemi. Kaliningrad wydawał się logicznym kandydatem — to silnie zmilitaryzowana rosyjska enklawa znana z aktywności związanej z wojną elektroniczną. Jednak tę hipotezę szybko odrzucono. Zakłócenia pojawiały się jednocześnie na bardzo dużym obszarze, co wykluczało całkowicie pojedyncze źródło naziemne. Nawet bardzo silny nadajnik naziemny nie byłby w stanie jednocześnie oddziaływać na odbiorniki rozmieszczone w tak oddalonych rejonach, bo na dużych odległościach sygnał blokowałaby krzywizna Ziemi.
Analiza geometrii zasięgu zakłóceń wskazuje, że aby móc oddziaływać równocześnie na wszystkie odbiorniki, źródło musiałoby znajdować się w kosmosie, co najmniej 1200 km nad powierzchnią Ziemi.
Ze względu na krzywiznę Ziemi źródło musiałoby znajdować się co najmniej 1200 km nad powierzchnią, żeby oddziałoywać na odbiornik na takim obszarze
To nie są rozbłyski słoneczne
Naturalnym kandydatem stały się zjawiska słoneczne. Silne burze słoneczne potrafią zakłócać działanie systemów GPS na całym świecie. Autorzy porównali obserwowane zakłócenia z silnymi burzami słonecznymi. Jednak analizowane zdarzenia nie przypominały znanych efektów aktywności słonecznej. Typowe zakłócenia powodowane rozbłyskami słonecznymi rozwijają się stopniowo, trwają od kilkudziesięciu do setek sekund, występują na obszarze całej półkuli, powodują większe pogorszenie jakości sygnałów i na znacznie większym spektrum częstotliwości. Opisywane zakłócenia też były znacznie krótsze, bardziej selektywne i miały odmienną charakterystykę czasową.
Zakłócenia spowodowane wybuchem słoneczym - mają znacznie dłużczy czas, obejmują większy obszar i mają większą siłę
|Todd E. Humphreys, Argyris Kriezis, Zachary L. Clements / University of Texas
Zakłócenia mają charakterystyczne częstotliwości
Do tego nie obserwowano szerokiego spektrum zakłóceń, jak przy rozbłyskach słonecznych, ale emisję bardzo wąskiego sygnału około 1577,5 MHz, czyli blisko głównego pasma GPS L1. W części przypadków pojawiało się także drugie pasmo w okolicy 1558,5 MHz. Oba rodzaje sygnałów miały powtarzalną strukturę i nie przypominały przypadkowego szumu.
Widmo mocy zarejestrowane w Amsterdamie 11 lutego 2026 r.
|Zachary L. Clements, Argyris Kriezis, Todd E. Humphreys / University of Texas
Zjawisko nie wygląda na naturalne
Co więcej, analiza siedmiu lat danych wykazała, że zakłócenia występowały zwłaszcza we wtorki, środy i czwartki, w godzinach pracy obowiązujących w Europie. Taki rozkład czasowy sugeruje działalność człowieka, a nie proces naturalny.
Rozkład dnia tygodnia i godziny, w której wystąpiły zakłócenia, gdy co najmniej jedna stacja odnotowała spadek sygnału o 5 dB lub większy
|Zachary L. Clements, Argyris Kriezis, Todd E. Humphreys / University of Texas
Identyfikacja źródła
Trop prowadził do satelitów
Po wykluczeniu innych możliwości, autorzy postanowili przeanalizować położenie wszystkich znanych satelitów znajdujących się nad obszarami objętymi zakłóceniami. W pierwszym etapie badacze ograniczyli listę ponad 15 tys. aktywnych satelitów do ok. 200 podejrzanych znajdujących się na odpowiednio wysokich orbitach. Po dalszej analizie liczba ta zmalała do 14.
Jednym z głównych kandydatów był satelita należący do Algierii, który posiadał nadajnik pracujący w interesującym paśmie częstotliwości. Jednak dalsze badania wykazały, że satelita ten sam był ofiarą zakłóceń, a nie ich źródłem.
Przez kilka miesięcy śledztwo utknęło w martwym punkcie. Kluczowym problemem był brak dostępu do surowych danych radiowych. Standardowe odbiorniki GNSS zapisują jedynie uproszczone informacje o jakości sygnału raz na sekundę, podczas gdy zakłócenia trwały zaledwie kilka sekund. Przełom nastąpił zaledwie 3 miesiące temu, w lutym 2026 r., gdy naukowcy otrzymali szczegółowe zapisy sygnałów z dwóch stacji: w Amsterdamie w Holandii i w Trondheim w Norwegii.
Metoda, która wskazała jednego winowajcę
Dzięki takim surowym zapisom z próbkowaniem milionów razy na sekundę, badacze mogli dokładnie określić moment dotarcia zakłócenia do stacji od siebie odległych. Sygnał pojawił się w Trondheim około 139 µs wcześniej niż w Amsterdamie oddalonym o 1 270 km. To znaczy, że satelita był nieznacznie bliżej Trondheim.
Odległość między Trondheim a Amsterdamem
|Google (screen)
Tak niewielka różnica pozwoliła wyznaczyć geometryczną powierzchnię. Ponieważ surowe dane mają tak dużą rozdzielczość, pozwoliło to ustalić płaszczyznową lokalizację źródła z marginesem błędu wynoszącym zaledwie około 5 m.
Możliwe położenie źródła sygnału i satelity w tym rejonie
|www.youtube.com/@veritasium
Dzięki temu naukowcy mogli sprawdzić zgodność lokalizacji nie tylko dla 14 wytypowanych wcześniej satelitów, ale też dla innych możliwych źródeł, o zbliżonej znanej lokalizacji w tym dniu. Wynik był jednoznaczny. Tylko jeden satelita idealnie pasował do danych — znajdował się na płaszczyźnie gwarantującej taką różnicę czasu. Źródłem zakłóceń okazał się rosyjski satelita wojskowy Kosmos 2546.
Jeden satelita idealnie pasował do danych - Kosmos-2546
|www.youtube.com/@veritasium
Kosmos 2546 – główny podejrzany
Satelita Kosmos 2546 został wyniesiony w przestrzeń kosmiczną 22 maja 2020 r. na pokładzie drugiego stopnia Fregat-M rakiety Soyuz-2.1b z kosmodromu Plesieck w północnej Rosji, położonego około 400 km od granicy z Finlandią.
Satelita systemu EKS
|everydayastronaut.com
Kosmos 2546 porusza się po orbicie silnie eliptycznej (HEO), która w najbliższym miejscu ma 1654 km, a w najdalszym aż 35 807 km.
Orbita i obszar obserwacji Kosmos-2546 (NORAD ID 45608)
|satcat.com
Kosmos 2546 to 4. z 6 satelitów należących do konstelacji EKS — rosyjskiego systemu monitorowania i wczesnego ostrzegania przed atakiem pociskami balistycznymi. Satelity te poruszają się po tzw. orbitach Mołnia ("błyskawica"), które zapewniają długotrwałą obserwację wysokich szerokości geograficznych.
Satelity systemu EKS
|satellitemap.space
Konstelacja ma potencjalnie zdolność obserwowania (a więc i oddziaływania) na znacznie większy obszar niż Europa, obejmujący również część terytorium Stanów Zjednoczonych.
Choć badania nie przeszły jeszcze pełnego procesu recenzji naukowej, niezależne zespoły europejskie potwierdziły część wyników.
Wnioski
Badanie dostarcza silnych i jednoznacznych dowodów, że od 2019 r. nad Polską i Europą regularnie występują krótkotrwałe, szerokoobszarowe zakłócenia GNSS wywoływane przez rosyjskie satelity wojskowe. Autorzy podkreślają, że jest to pierwszy tak dobrze udokumentowany przypadek bardzo silnego i dużego zakłócania sygnałów GNSS przez satelity niebędące częścią systemów nawigacyjnych. Zjawisko budzi szczególne obawy, ponieważ:
obejmuje obszary wielkości kontynentu
wpływa na najważniejsze pasmo GPS L1 wykorzystywane w lotnictwie, żegludze i systemach ustalania czasu
wskazuje, że źródła zakłóceń mogą znajdować się w przestrzeni kosmicznej, co utrudnia ich monitorowanie i przeciwdziałanie
Test nowej broni czy ukryta komunikacja?
Najważniejsze pytanie pozostaje jednak bez odpowiedzi: po co emitowano te sygnały? Według jednego z autorów najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem są okresowe testy systemu zdolnego do zagłuszania nawigacji satelitarnej. Przemawia za tym fakt, że emisje pojawiały się głównie w dni robocze i w godzinach pracy. Taki wzorzec trudno uznać za przypadkowy. Co więcej, sygnał był bardzo silny, ale znajdował się nieco obok właściwego pasma GPS. Zdaniem badacza może to oznaczać, że operatorzy testowali sprawność systemu, nie ujawniając jednocześnie jego pełnych możliwości.
Jednak przez ostatnie miesiące i tygodnie wciąż występują zakłócenia GPS w Polsce. Tak wygląda mapa zakłóceń z dnia 10 czerwca 2026 r. Samodzielnie można to sprawdzać np. na tej stronie.
Mapa zakłóceń GPS nad Polską 10 czerwca 2026 r.
|gpswise.aero
Istnieje też inna hipoteza. Pewna część ekspertów uważa, że krótkie impulsy mogą być formą wojskowej komunikacji między satelitami i segmentem naziemnym. Wykorzystanie częstotliwości sąsiadujących z GNSS dawałoby dodatkowe bezpieczeństwo, ponieważ przeciwnik nie chciałby zagłuszać własnych systemów nawigacyjnych.
Na razie żadna z tych teorii nie została ostatecznie potwierdzona.
Ostrzeżenie dla świata
Niezależnie od rzeczywistego celu emisji, odkrycie pokazuje, jak podatna na zakłócenia jest infrastruktura oparta na sygnałach satelitarnych. Eksperci od lat ostrzegają, że GPS nie powinien być jedynym źródłem pozycjonowania i synchronizacji czasu. Dlatego niektóre państwa rozwijają alternatywne rozwiązania, takie jak systemy naziemne czy sieci światłowodowe rozprowadzające sygnały z zegarów atomowych.
Badania pokazują, że zagrożenie nie jest już wyłącznie teoretyczne. Jeśli ustalenia zostaną potwierdzone, świat może mieć do czynienia z pierwszym udokumentowanym przypadkiem działania systemu, który z orbity potrafi zakłócać nawigację satelitarną na Ziemi – i to na skalę całego kontynentu.
W czwartek 11 czerwca 2026 r. wystartowało wielkie święto sportowe, czyli mistrzostwa świata w piłce nożnej. Przez kolejny miesiąc na boiska wybiegną reprezentacje 48 krajów. Składa się na nie 1248 piłkarzy, których rynkowa wartość (według portalu Transfer Markt) szacowana jest na ponad 17 mld euro.
Wśród 48 krajów grających na mundialu są wielkie państwa pokroju Stanów Zjednoczonych i Niemiec, a także małe wyspy takie jak Republika Zielonego Przylądka i Curacao. Zmierzą się ze sobą reprezentacje gospodarek, których wielkość szacowana jest zarówno na niemal 26 bln euro, jak i niecałe 3 mld euro. W sumie nominalny produkt krajowy brutto (PKB) w 2025 r. wszystkich krajów występujących na mistrzostwach według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) to ok. 63 bln euro.
Co ciekawe, w wielu przypadkach wartość drużyn piłkarskich mocno rozjeżdża się z tym, jak duże lub małe gospodarczo kraje reprezentują.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Mundial 2026. Gospodarcze potęgi i malutkie wyspy
Gdybyśmy spojrzeli na potencjał gospodarczy (a więc także finansowy, ludzki i organizacyjny), to zdecydowanym faworytem mistrzostw świata w piłce nożnej byłyby Stany Zjednoczone. Ich PKB w 2025 r. szacuje się na niecałe 27 bln euro. Daleko z tyłu są Niemcy, a więc drugi mundialowy kraj w zestawieniu, którego wartość gospodarki to ok. 4,4 bln euro. Na trzecim stopniu podium pod tym względem byłaby Japonia (3,8 bln euro).
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
W sumie na mundialu mamy reprezentacje 14 krajów, których PKB przekracza 1 bln euro. Są wśród nich m.in. Anglia, Francja, Brazylia i Hiszpania.
Kliknij, aby otworzyć w nowym oknie (tabela powstała za pomocą narzędzia Flourish)
|Damian Słomski / Business Insider Polska
Gdyby Polska dostała się na mundial, gospodarczo byłaby na 17. miejscu. Z wynikiem na poziomie 898 mld euro znaleźlibyśmy się tuż za Szwajcarią (905 mld euro), ale bardzo wyraźnie przed Belgią (628 mld euro).
Zdecydowanie najsłabszy potencjał ekonomiczny mają wyspiarskie kraje takie jak: Republika Zielonego Przylądka i Curacao, których PKB jest na poziomie niecałych 3 mld euro. Przed nimi w dolnej części tabeli są: Haiti, Bośnia i Hercegowina oraz Senegal (po ok. 30 mld euro).
Mundial 2026. Najwięcej i najmniej warte reprezentacje
Duże przetasowania są w zestawieniu 48 krajów biorących udział w mundialu, jeśli weźmiemy pod uwagę wyceny piłkarzy. Numerem jeden jest reprezentacja Francji, którą rynek transferowy wycenia na ok. 1,52 mld euro. Za nią jest Anglia, której wartość piłkarzy na mistrzostwach ocenia się na 1,36 mld euro, a podium zamyka Hiszpania (1,22 mld euro).
Jeszcze tylko jedna reprezentacja może się pochwalić wynikiem przekraczającym 1 mld euro. To Portugalia. Dopiero za nią są Niemcy, Brazylia i Argentyna.
Kliknij, aby otworzyć w nowym oknie (tabela powstała za pomocą narzędzia Flourish)
|Damian Słomski / Business Insider Polska
Gdyby Polska dostała się na mundial, pod względem wartości reprezentacji mogłaby się znaleźć w okolicach 26. miejsca. Transfermarkt szacuje wartość naszych piłkarzy na 231 mln euro. To wynik nieco gorszy od Ghany i wyraźnie lepszy od Kanady.
Zdecydowanie najsłabszych piłkarzy (pod względem wycen transferowych) ma Katar, Jordania i Irak. Cała trójka ma reprezentacje wyceniane po ok. 20 mln euro. Co ciekawe, nieco wyżej jest Curacao i Iran.
Mundial 2026. Wartość reprezentacji względem PKB
Mając dane o PKB i wartości piłkarzy wszystkich krajów biorących udział w mundialu 2026, można policzyć wskaźnik względnej siły piłkarskiej do potęgi ekonomicznej. Pokazuje on, czy dany kraj dobrze, czy źle wykorzystuje potencjał sportowy, jaki niesie ze sobą siła gospodarki.
Jeśli na 1 euro wartości piłkarza przypada ogromna kwota PKB, oznacza to jedną z dwóch sytuacji:
Potęgi gospodarcze o niskiej kulturze piłkarskiej: kraje takie jak USA, Arabia Saudyjska czy Australia mają wielki PKB, ale ich kadry narodowe nie są równie jakościowe
Kraje bogate w przeliczeniu na mieszkańca (np. Katar), które generują wielki dochód, ale nie szkolą najdroższych zawodników świata
Jeśli na 1 euro piłkarza przypada niska kwota PKB, oznacza to, że reprezentacja piłkarska jest "warta" względnie dużo w stosunku do wielkości całej gospodarki. Taki wynik mają małe kraje takie jakRepublika Zielonego Przylądka czy Curacao oraz afrykańskie reprezentacje: Senegal i Wybrzeże Kości Słoniowej.
Kraje, które wyciskają z potencjału gospodarczego piłkarsko względnie najwięcej, mają wyniki na poziomie kilkudziesięciu euro PKB przypadających na 1 euro wartości piłkarza. Po przeciwnej stronie są kraje, gdzie są to dziesiątki tysięcy euro.
Kliknij, aby otworzyć w nowym oknie (tabela powstała za pomocą narzędzia Flourish)
|Damian Słomski / Business Insider Polska
Polska z wynikiem 3878 euro (to kwota PKB przypadająca na 1 euro wartości piłkarza reprezentacji) znalazłaby się wśród krajów, które nie wykorzystują w pełni swojego potencjału. Znaleźlibyśmy się pomiędzy Niemcami i Turcją.
Autor: Damian Słomski, dziennikarz Business Insider Polska
Podczas konferencji Wisdom at Work fundacji Heart&Mind — Wisdom of Generations, poświęconej sytuacji osób 45+ na rynku pracy padło pytanie, które wywołało nerwowy śmiech na sali: gdzie w korporacjach są pokoje rehabilitacyjne? Problem, który za tym pytaniem stoi, jest jednak poważny.
Firmy proponują uniwersalny model kariery i wszyscy mają się w nim zmieścić
|
Foto:
Yaroslav Astakhov / Shutterstock
Na rynku pracy spotykają się dziś bardzo różne grupy — osoby szukające pierwszego mentora, rodzice małych dzieci i doświadczeni pracownicy, którzy chcą zostać aktywni zawodowo jeszcze przez lata. Każda z nich ma inne oczekiwania, tempo pracy i potrzeby wsparcia.
Polskie firmy wciąż projektują środowisko pracy pod jeden, dość wąski etap życia. Dobrze rozumieją potrzeby młodych rodziców i pracowników w środku kariery — stąd pokoje dla matek, benefity czy programy wsparcia. Znacznie gorzej radzą sobie z rzeczywistością, w której w jednej organizacji funkcjonują jednocześnie cztery pokolenia.
Jeszcze kilkanaście lat temu nie było to dużym wyzwaniem. Kariery były bardziej przewidywalne, a ścieżki rozwoju — podobne. Dziś pracujemy dłużej, częściej zmieniamy zawód i rzadziej mieścimy się w jednym schemacie. Mimo to wiele firm nadal działa tak, jakby ich pracownicy byli na tym samym etapie życia, a różnorodność istniała głównie w raportach ESG.
Szef rządu został zapytany przez dziennikarzy o to, jak długo będzie jeszcze obowiązywał wprowadzony pod koniec marca pakiet interwencyjny określany skrótem CPN.
"Myśmy zakładali i z tego się wywiązaliśmy, że do lata będziemy dopłacać do tego, aby ceny paliw nie wystrzeliły w górę — zrealizowaliśmy. Mieliśmy najtańsze paliwo w Europie przez ten czas kryzysu, ale oczywiście ten projekt będziemy kończyli teraz, latem" — poinformował Donald Tusk.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Nadzieja płynie z Bliskiego Wschodu. Donald Tusk o "niezłych" perspektywach
Program "Ceny Paliwa Niżej" (CPN) powstał jako tarcza chroniąca konsumentów przed drastycznymi skutkami kryzysu paliwowego wywołanego wojną na Bliskim Wschodzie. Atak USA i Izraela na Iran 28 lutego doprowadził do gwałtownego wzrostu notowań ropy naftowej i paliw gotowych na światowych giełdach, co natychmiast uderzyło w kieszenie polskich kierowców.
W ramach przeciwdziałania kryzysowi rząd obniżył stawkę VAT z 23 do 8 proc., a akcyzę ściął o 29 groszy na litrze benzyny oraz o 28 groszy na litrze oleju napędowego (do minimalnych poziomów unijnych). Wprowadzono też mechanizm cen maksymalnych na stacjach.
Choć w piątek opublikowano nowelizację rozporządzenia przedłużającego niższy VAT, PAP ustaliła w źródłach zbliżonych do Ministerstwa Finansów, że ulgi w akcyzie nie zostaną przedłużone. W efekcie od połowy do końca czerwca obok obniżonego VAT-u będą obowiązywać już tylko ceny maksymalne wyznaczane codziennie przez ministra energii. Przepisy stanowią bowiem, że odgórne limity cenowe na stacjach funkcjonują tak długo, jak długo utrzymuje się obniżona stawka podatku VAT.
Wycofanie się z kosztownych dopłat budżetowych zbiega się z optymistycznymi sygnałami z areny międzynarodowej. Jak ocenił premier, perspektywy zakończenia konfliktu amerykańsko-irańskiego "są niezłe".
Tusk podkreślił, że choć pozytywne symptomy pojawiały się już wcześniej, to obecne "pierwsze informacje, decyzje o m.in. odblokowaniu pieniędzy irańskich przez Emiraty (Arabskie) w związku z postępem w rozmowach pokojowych, dają nadzieję na to, że wzrost cen paliw spowodowany wojną zostanie zatrzymany i one wrócą do jakiegoś normalnego poziomu".
Ukraińskie mobilne grupy obrony przeciwlotniczej uczą się obsługi nowych, zaawansowanych technologicznie dronów przechwytujących. Jednak nawet po otrzymaniu nowej broni nie są jeszcze gotowe pożegnać się z wiekowym M2 Browning.
IRPIEŃ, Ukraina — Żołnierze przybyli po zmroku. Zatrzymali furgonetkę przy polu i zaczęli po cichu rozstawiać stanowisko kontroli naziemnej przy drodze. Światła czołówek przecinały noc, gdy przygotowywali się do startu.
Zanim wypuścili drona przechwytującego, wysłali mniejszą maszynę, aby zbadała okolicę i sprawdziła, czy nie występują zakłócenia radarowe. Wewnątrz furgonetki Ukraińcy obserwowali jego lot na ekranie komputera.
Od godziny 9:00 w sobotę 13 czerwca aż do godziny 2:00 w nocy w poniedziałek 15 czerwca całkowicie niedostępne będą bankowość internetowa, aplikacja mobilna oraz popularny system płatności Blik.
Choć tradycyjne płatności kartami w sklepach stacjonarnych oraz wypłaty z bankomatów mają działać bez zakłóceń, instytucja ostrzega, że w tym czasie nie uda się zrealizować transakcji kartowych w sieci, które wymagają autoryzacji za pomocą kodu ePIN.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
"Przygotowujemy się do kolejnego ważnego etapu rozwoju VeloBanku. W związku z migracją bankowości detalicznej Citi Handlowy zaplanowaliśmy przerwę techniczną w weekend 13-14 czerwca" — przekazało biuro prasowe banku, uspokajając jednocześnie, że operacja to rutynowy i niezbędny krok do bezpiecznego połączenia obu systemów.
Koniec epoki w Citi, nowy gigant rośnie w siłę
Prace technologiczne to finał transakcji, której warunkową umowę podpisano pod koniec maja 2025 r. VeloBank postawił sobie za cel formalne domknięcie fuzji operacyjnej do 15 czerwca. W ramach tego przejęcia bank przejmuje wszystkich klientów detalicznych Citi Handlowego oraz około 1,6 tys. jego pracowników.
Ponadto VeloBank kupuje całe portfolio usług dla osób prywatnych i mikrofirm: od segmentu zarządzania majątkiem i usług maklerskich, przez karty kredytowe, pożyczki i kredyty detaliczne, aż po fizyczną sieć oddziałów.
Z kolei Bank Handlowy — jeden z najstarszych polskich banków, kontrolowany w 75 procentach przez amerykańskiego giganta Citibank i obecny na warszawskiej giełdzie od 1997 r. — zdecydował się na niemal całkowity odwrót od tradycyjnego klienta indywidualnego. Przy strukturach Citi Handlowego pozostanie jedynie niszowy, detaliczny portfel kredytów hipotecznych wyrażonych w walutach obcych, którego wartość szacuje się na około 24 mln zł.
SpaceX rusza na giełdę i przechodzi do historii jako największy debiut w dziejach. W podcaście Business Insidera "Biznes i Pieniądze" Bartek Godusławski i Grzegorz Kowalczyk przyglądają się fenomenowi firmy Elona Muska, pytając, czy inwestorzy faktycznie kupują przyszłość, czy raczej technologiczne rozczarowanie. I jaka lekcja może płynąć z tego dla Polski.
Space X Elona Muska pobiło absolutny rekord
|
Foto:
Josh Edelson/AFP/East News, RONALDO SCHEMIDT/AFP/East News / East News
Największe IPO w historii. SpaceX celuje w giełdową orbitę
SpaceX, jedna z najważniejszych firm technologicznych świata, dokonała czegoś, co jeszcze kilka lat temu wydawało się scenariuszem z pogranicza science fiction. Spółka Elona Muska weszło na giełdę jako największy debiut w historii rynku kapitałowego, detronizując nawet Saudi Aramco, naftowego giganta z Arabii Saudyjskiej, który zebrał ok. 30 mld dol.
SpaceX przygotowuje się do startu rakiety wielokrotnego użytku Starship w Boca Chica Beach w Teksasie
|Brandon Bell / Getty Images
To symboliczna zmiana epoki. Rekord giełdowy, który należał do spółki paliwowej, może zostać przejęty przez firmę budującą rakiety, satelitarny internet i narrację o międzyplanetarnej przyszłości ludzkości. W tej historii jest niemal wszystko, co definiuje współczesny kapitalizm technologiczny: prywatna wizja, publiczne kontrakty, ogromne potrzeby finansowe, spektakularne ryzyko i inwestorzy gotowi płacić za obietnicę przyszłości.
Skala robi wrażenie nawet w czasach, w których inwestorzy przyzwyczaili się do astronomicznych wycen firm technologicznych. Kwota 75 mld dol., którą SpaceX pozyskuje z rynku jest absolutnie rekordowa. Taki poziom emisji oznacza wycenę całej spółki na poziomie ok. 1,8 bln dol.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
— Elon Musk nie traci kontroli nad SpaceX, a pozyskanie tych 75 mld dol., to tak mniej więcej dwie trzecie, może troszkę więcej polskiego budżetu, tego, ile wydajemy w skali roku — wyliczał Godusławski.
Inwestorzy nie kupują dywidendy. Kupują marzenie
Największy paradoks potencjalnego debiutu SpaceX polega na tym, że mówimy o firmie o gigantycznej wycenie, która — jak wskazywali rozmówcy — nadal generuje straty liczone w miliardach dolarów. To jednak nie musi odstraszać inwestorów. Przeciwnie: w przypadku spółek technologicznych rynek często nie płaci za obecny zysk, lecz za przyszłą dominację.
SpaceX idealnie wpisuje się w ten model. Nie jest klasyczną spółką dywidendową. Nie przyciąga inwestorów stabilnym przepływem gotówki i regularną wypłatą zysków. Przyciąga wizją: obniżenia kosztów lotów kosmicznych, globalnego internetu satelitarnego, infrastruktury orbitalnej, kontraktów wojskowych i cywilnych, a w najdalszej perspektywie — ekspansji poza Ziemię.
— Kosmiczne pieniądze i wydaje mi się, że dość szybko ta spółka osiągnie wycenę po debiucie 2 bln dol., bo mówimy o spółce, która generuje straty liczone w miliardach dolarów — mówił Godusławski.
Gdy Kowalczyk dopowiedział, że inwestorzy "kupują marzenia", Godusławski rozwinął tę myśl:
— Kupują marzenia, kupują przyszłość, kupują wizję. I tak trochę jest ze wszystkimi tymi dużymi technologicznymi firmami. OpenAI też wybiera się w kierunku rynku kapitałowego, Anthropic i tak dalej. SpaceX pewnie przetrze ten szlak i też pokaże, jak te wyceny mogą wyglądać.
To klucz do zrozumienia fenomenu SpaceX. Firma Muska nie jest wyceniana wyłącznie jako producent rakiet czy operator satelitów. Jest wyceniana jako potencjalny monopolista przyszłych rynków, które dopiero się kształtują: komunikacji satelitarnej, transportu orbitalnego, usług dla wojska, infrastruktury kosmicznej, a być może także technologii związanych z eksploracją innych planet.
SpaceX to nie tylko Mars. Starlink jest już realnym biznesem
W narracji o SpaceX łatwo ulec obrazom rakiet, kolonizacji Marsa i wielkich deklaracjach Elona Muska. Kowalczyk zwracał jednak uwagę, że firma ma również bardzo twardy, działający biznes. SpaceX nie składa się wyłącznie z futurystycznych projektów. W audycji rozmówcy wyróżnili kilka głównych segmentów: rakiety Falcon, projekt Starship, satelitarny internet Starlink oraz obszar związany ze sztuczną inteligencją.
Najbardziej namacalnym źródłem przychodów jest Starlink. To właśnie ten segment — jak mówią dziennikarze — ma odpowiadać za znaczną część wpływów firmy. I nie jest wyłącznie produktem konsumenckim dla mieszkańców odległych regionów. Starlink stał się elementem infrastruktury strategicznej i odpowiada za ok. 60 proc. wpływów SpaceX.
— Ta firma dzieli się zasadniczo na cztery główne segmenty. Jest segment rakiet Falcon, jest projekt Starship i powiedzmy, że to są bardziej wizjonerskie programy, przy czym Falcon akurat dzięki współpracy z NASA i też tej unikalnej technologii pozwalającej na wielokrotne lądowania jest czymś unikatowym, co już działa. Jest Starlink, czyli telekomunikacja, czyli spektakularna część przychodów tej firmy. To nie jest marzenie. To jest praktyka — mówił Kowalczyk.
SpaceX jest jednocześnie firmą realnie dostarczającą usługi i wehikułem marzeń o przyszłości. Falcony latają, Starlink działa, kontrakty są realizowane. Ale równolegle spółka potrzebuje gigantycznych nakładów na rozwój, a część jej najbardziej widowiskowych projektów — ze Starshipem na czele — pozostaje obciążona ogromnym ryzykiem technologicznym i finansowym.
Godusławski zwracał uwagę, że nawet dochodowe segmenty mogą jeszcze długo nie wystarczyć do przykrycia skali inwestycji.
— Nakłady inwestycyjne, jakie firma musi ponosić, będą jeszcze pewnie przez lata prowadziły do sytuacji, w której tych zysków nie będzie, mimo tych dochodowych gałęzi, o których wspomniałeś, ze Starlinkiem na czele — oceniał.
Państwo jako klient. NASA, Pentagon i wywiad w tle sukcesu
Jednym z najważniejszych elementów modelu SpaceX jest relacja z amerykańskim państwem. To nie jest firma rozwijająca się w próżni wolnego rynku. Jej skala, wiarygodność i tempo wzrostu są w dużym stopniu związane z kontraktami publicznymi — przede wszystkim z NASA, ale także z Departamentem Obrony USA i amerykańskim wywiadem.
To szczególnie ważne, bo pokazuje, jak działa amerykański model innowacji. Państwo nie zawsze musi samo budować technologie. Czasem wystarczy, że tworzy stabilny, długoterminowy popyt, który pozwala prywatnym firmom finansować badania, rozwój, skalowanie produkcji i komercjalizację rozwiązań.
— Trzeba sobie popatrzeć, kto jest odbiorcą i takim głównym kontrahentem SpaceX. To jest NASA, ale to jest też Departament Obrony USA czy amerykański wywiad. To są stabilny popyt na te usługi i tacy kontrahenci, którzy płacą za to, co kupują — mówił Godusławski.
W tym sensie SpaceX nie jest jedynie historią geniuszu prywatnego przedsiębiorcy. To także przykład partnerstwa publiczno-prywatnego w najbardziej zaawansowanej technologicznie branży. Musk zbudował firmę, która potrafi wykonywać zadania szybciej i taniej niż tradycyjni wykonawcy sektora kosmicznego, ale nie zrobił tego bez państwowego popytu, zamówień i strategicznego zainteresowania Waszyngtonu.
To lekcja, którą rozmówcy przenieśli później na polski grunt. Jeśli państwo chce mieć przełomowe technologie, musi umieć zamawiać, ryzykować, wspierać i pozwalać firmom rosnąć na bazie publicznych potrzeb. W Stanach Zjednoczonych takie mechanizmy działały nie tylko w sektorze kosmicznym, ale także w branży czipowej, internetowej czy obronnej.
Model Muska. Jedna noga na ziemi, druga w przyszłości
Kowalczyk zauważa, że SpaceX wpisuje się w szerszy sposób prowadzenia biznesu przez Elona Muska. Jego firmy łączą dwa porządki: realny produkt, który już znajduje klientów, oraz ogromną wizję, która pozwala inwestorom wierzyć, że obecna wycena jest dopiero początkiem.
Podobnie było z Teslą. Firma przez lata była opowieścią o autonomicznej przyszłości motoryzacji, ale jej dzisiejszy sukces opiera się również na czymś znacznie bardziej przyziemnym: produkcji atrakcyjnych cenowo, popularnych samochodów elektrycznych. Autonomiczna rewolucja nie została w pełni dowieziona, ale biznes samochodowy stał się realny.
— Tym się charakteryzują biznesy Muska, że z jednej strony jest ten komponent takiego stąpania po ziemi, który się biznesowo spina, z drugiej strony są wielkie marzenia. Wystarczy przypomnieć Teslę. Wielką obietnicą Tesli były samochody autonomiczne. Dzisiaj oczywiście ta autonomia jest widoczna w tych autach, ale przede wszystkim to jest atrakcyjny cenowo, najpopularniejszy na świecie samochód elektryczny i w tym zakresie ten biznes się udaje — mówi Kowalczyk.
Pytanie brzmi, czy SpaceX powtórzy ten schemat. Czy Starlink, Falcony i kontrakty z instytucjami publicznymi wystarczą, by zbudować fundament pod wycenę liczonych w bilionach dolarów? A może rynek zbyt łatwo przenosi doświadczenia Tesli na kolejną spółkę Muska, zakładając, że skoro raz udało się zamienić wizję w globalny biznes, to uda się ponownie?
— Pytanie, jak będzie tym razem. Czy to się okaże wielka, niespełniona nadzieja, czy faktycznie dowiezione obietnice? — zastanawiał się Kowalczyk.
Bańka czy nowa fala technologicznej hossy?
Godusławski przyznawał, że ma problem z obecnym poziomem wycen firm technologicznych. Rynek coraz chętniej zalicza kolejne spółki do elitarnego grona przedsiębiorstw wartych co najmniej 1 bln dolarów. Z jednej strony za tymi wycenami stoją realne trendy: sztuczna inteligencja, automatyzacja, cyberbezpieczeństwo, obronność, kosmos, półprzewodniki. Z drugiej — trudno nie zauważyć elementu gorączki inwestycyjnej.
— Te firmy technologiczne dzisiaj coraz śmielej wchodzą, a właściwie inwestorzy wpychają te firmy do tego grona firm wartych co najmniej 1 bln dolarów. I to już jest bardzo napompowane. Nie mówię, że to jest bańka, bo z bańkami to jest trochę tak, że dopóki ona nie pęknie, to nie jest bańką, ale jak pęknie, no to wtedy się okazało, że jest bańką — mówił Godusławski.
To zdanie dobrze oddaje dylemat inwestorów. Jeśli SpaceX po debiucie urośnie do 2 bln dol. i pociągnie za sobą kolejne spółki technologiczne, wielu uzna, że byliśmy świadkami początku nowej ery. Jeśli jednak wyceny oderwą się od fundamentów, a rynek skoryguje oczekiwania, ten sam okres zostanie opisany jako klasyczny przykład spekulacyjnej euforii.
Rozmówcy zwracali uwagę, że SpaceX może stać się czymś więcej niż pojedynczym IPO. Może być katalizatorem dla całego rynku. Udany debiut może podnieść wyceny innych firm technologicznych i zachęcić kolejne przedsiębiorstwa, w tym związane ze sztuczną inteligencją, do wejścia na giełdę.
— W najbliższych tygodniach będziemy żyli tymi debiutami i przygotowaniami też innych firm do debiutów i rekordowymi wycenami amerykańskich firm technologicznych. Ja głęboko wierzę, że to będzie taki pozytywny efekt zarażania, że udany debiut SpaceX spowoduje, że inne firmy też będą rosły — oceniał Godusławski.
Nasdaq otwiera drzwi szerzej. SpaceX ma być potrzebny wszystkim
Szczególnie ciekawy jest wątek szybkiego wejścia SpaceX do indeksu Nasdaq 100. Kowalczyk zwracał uwagę, że dla spółki Muska mają zostać zastosowane wyjątkowe zasady, dzięki którym trafiłaby do indeksu dużo szybciej, niż wynikałoby to ze standardowych regulacji.
— Wpychają je inwestorzy, ale też wpycha się je inwestorom, bo na przykład na Nasdaq 100 SpaceX znajdzie się dużo szybciej niż planowano, niż zakładały pierwotne regulacje. Specjalnie dla nich robi się wyjątek. Oni się znajdą w tym indeksie już po 15 dniach — mówił Kowalczyk.
To ma ogromne znaczenie praktyczne. Obecność w indeksie automatycznie zwiększa popyt na akcje, bo fundusze pasywne i ETF-y odwzorowujące Nasdaq 100 będą musiały uwzględnić SpaceX w portfelach. W efekcie także inwestorzy, którzy nie zdecydują się kupić akcji bezpośrednio, mogą stać się pośrednimi akcjonariuszami spółki przez produkty indeksowe.
W ocenie Bartka Godusławskiego debiut SpaceX już wcześniej może wysysać kapitał z rynku. Fundusze i inwestorzy będą sprzedawać inne aktywa, by zgromadzić gotówkę na udział w IPO. To typowe dla wielkich debiutów, ale w tym przypadku skala może być wyjątkowa.
— Dzisiaj widzimy, że debiut SpaceX wysysa kapitał. Widać, że inwestorzy, fundusze pozbywają się różnego rodzaju aktywów, żeby mieć gotówkę na wzięcie udziału w tym IPO — mówił Godusławski.
SpaceX pod strzechy. Detaliczni inwestorzy dostaną większy kawałek tortu
Jednym z ciekawszych elementów planowanego debiutu ma być duża transza dla inwestorów indywidualnych. Przy największych IPO dominują zwykle inwestorzy instytucjonalni, a inwestorzy detaliczni dostają niewielki ułamek oferty. Tym razem — jak wskazywali rozmówcy — udział ten może być znacznie większy.
— Tu jest jeszcze jedna ciekawostka, że będzie prawdopodobnie bardzo duża transza dla inwestorów detalicznych, bo zazwyczaj przy takich dużych debiutach, przy dużych IPO to jest kilka procent, a tutaj ma być nawet 20 do 30 proc. dla inwestorów indywidualnych, więc trochę ten SpaceX trafi pod strzechy — mówił Godusławski.
To może być decyzja o dużym znaczeniu psychologicznym. SpaceX jest marką masowej wyobraźni. Miliony ludzi znają starty rakiet, Starlinka, Muska, Teslę i narrację o Marsie. Dopuszczenie inwestorów indywidualnych do większej części oferty może wzmocnić emocjonalną więź rynku ze spółką. Może też stworzyć szeroki, rozproszony akcjonariat, choć — jak zaznaczono — Elon Musk i tak ma nie utracić kontroli nad firmą.
Taka konstrukcja ma jednak drugą stronę. Im więcej inwestorów detalicznych wejdzie w akcje spółki na fali entuzjazmu, tym większe ryzyko, że w razie korekty najbardziej ucierpią ci, którzy kupowali nie na podstawie chłodnej analizy, lecz strachu przed przegapieniem okazji.
Strach przed przegapieniem kolejnego Amazona
Godusławski zwracał uwagę na jeszcze jeden mechanizm: psychologię inwestorów, którzy nie załapali się na wcześniejsze wielkie fale wzrostu. Wielu ludzi patrzy dziś na historię Amazona, Google’a, Facebooka czy firm zbrojeniowych i myśli, że przegapiło życiową okazję. SpaceX może uruchomić dokładnie ten sam odruch: tym razem nie mogę zostać z boku.
— Wiele osób na świecie, które nie załapały się na tę wielką falę technologiczną pierwszą, mam na myśli Google’a, Amazona, Metę, Facebooka, na to się nie załapały. Później te akcje były drogie, te wzrosty już nie były takie imponujące, a teraz jest szansa na złapanie się być może na kolejną hossę technologiczną — mówił.
Tyle że rynek kapitałowy zawsze działa w dwóch kierunkach. To, co wygląda jak historyczna okazja, może okazać się zakupem na szczycie. Szczególnie jeśli debiutowi towarzyszy skrajny entuzjazm, rekordowe wyceny i narracja, że "tym razem nie można przegapić".
Kowalczyk przypominał więc krótko:
— Ale obarczone ryzykiem.
Godusławski nie miał wątpliwości:
— Rynek kapitałowy zawsze jest obarczony ryzykiem.
To zdanie powinno wybrzmieć mocno, bo w przypadku SpaceX ryzyko może być ukryte pod warstwą fascynacji. Firma ma realne osiągnięcia, ale jej wycena będzie zależała od przyszłości, która jeszcze się nie wydarzyła. Inwestorzy będą więc płacić dziś za scenariusze rozpisane na wiele lat do przodu.
SpaceX wpadnie do ETF
Dla części inwestorów alternatywą wobec bezpośredniego kupowania akcji SpaceX może być inwestowanie w szeroki indeks, na przykład przez ETF-y. Jeśli spółka szybko trafi do Nasdaq 100, fundusze indeksowe automatycznie dadzą inwestorom ekspozycję na jej notowania. To zmniejsza ryzyko koncentracji na jednej firmie, ale nie eliminuje ryzyka rynkowego.
— Inwestorzy, którzy nie będą chcieli ryzykować, bo nie będą wiedzieli, co się tutaj stanie i czy to faktycznie nie będzie tak, że to się napompuje i gdzieś tam później ten balonik trochę tego powietrza straci, mogą zawsze zainwestować w szeroki indeks rynku, kupując takie instrumenty jak ETF-y — tłumaczył Godusławski.
To ważny fragment debaty, bo pokazuje, jak ogromne IPO może zmienić strukturę całego rynku. Jeśli SpaceX trafi do najważniejszych indeksów, wpływ jego wyceny nie ograniczy się do posiadaczy akcji. Będzie oddziaływać na portfele milionów osób inwestujących pasywnie, często nawet bez pełnej świadomości, jakie spółki znajdują się w koszyku indeksowym.
Polska lekcja ze SpaceX. Prywatna wizja potrzebuje publicznego popytu
Najciekawszy fragment rozmowy dotyczył jednak nie samego debiutu, ale wniosków dla Polski. Kowalczyk zapytał, czy SpaceX może być przykładem udanego partnerstwa publiczno-prywatnego. Firma Muska rośnie dzięki wizji i unikalnej technologii, ale jej historia nie byłaby możliwa bez zamówień NASA i szeroko rozumianego amerykańskiego państwa.
— Co wynika z tej lekcji SpaceX? Czy to może być taki przykład udanego partnerstwa publiczno-prywatnego? No bo mamy zamówienia z NASA, mamy zamówienia, które pomagają rosnąć, okazały się największemu debiutowi giełdowemu w dziejach, który dysponuje jednak unikalną technologią i takim spojrzeniem wizjonera. Czy warto brać przykład z tej lekcji? — pytał Kowalczyk.
Godusławski wskazywał, że amerykański model jest inny niż polski. W USA istnieją branże, które od początku wiedzą, że bez współpracy z państwem nie osiągną skali. Państwo zamawia, wyznacza potrzeby, finansuje rozwój i tworzy rynek dla technologii, które później mogą być komercjalizowane.
Kowalczyk dopowiadał, że mit czysto prywatnego amerykańskiego kapitalizmu jest uproszczeniem.
— Firmy technologiczne bez wsparcia Pentagonu też by się nie rozwinęły. Bo państwo rodzi popyt na pewnego rodzaju usługi, rozwiązania, produkty i pozwala te produkty w jakiejś wersji albo efekty uboczne jakichś badań skomercjalizować.
W Polsce nadal brakuje zaufania między państwem a biznesem
To prowadzi do najważniejszego polskiego pytania: czy państwo potrafi współpracować z prywatnym biznesem tak, by tworzyć globalne technologie, a nie tylko system podejrzeń, kontroli i politycznych napięć?
Godusławski był sceptyczny. Jego zdaniem w Polsce relacja między państwem a biznesem wciąż jest naznaczona brakiem zaufania. Gdy prywatna firma współpracuje ze spółką Skarbu Państwa albo administracją, niemal automatycznie pojawiają się pytania o drugie dno, układy, polityczne powiązania i brak transparentności.
— U nas mam wrażenie, że między państwem a biznesem jest ciągle jakiś taki elementarny brak zaufania i ciągle taka podejrzliwość. Jeżeli biznes coś robi z państwem, to wszyscy szukają drugiego dna — oceniał.
Kowalczyk zaznaczał, że ta podejrzliwość nie wzięła się znikąd. Polska ma za sobą doświadczenia wielkich skandali, nietransparentnych prywatyzacji i kontrowersyjnych relacji publiczno-prywatnych. Problem w tym, że jeśli każda współpraca państwa z biznesem będzie z definicji traktowana jako podejrzana, trudno będzie stworzyć projekty o skali SpaceX.
To być może najważniejsza lekcja z amerykańskiego przykładu. Wielkie technologie nie rodzą się wyłącznie z genialnego pomysłu i prywatnego kapitału. Potrzebują cierpliwego finansowania, odważnego klienta, stabilnego regulatora i państwa, które umie zamawiać przyszłość, nie zabijając przy tym przedsiębiorczości.
Biznes i Pieniądze. Videocast Business Insidera
Zastanawiasz się, co tak naprawdę znaczą dla ciebie zmiany w gospodarce, finansach i biznesie? Jak przekładają się na ceny, inwestycje i domowy budżet? W wideocaście Biznes i Pieniądze Bartek Godusławski i Grzegorz Kowalczyk z Business Insider Polska co tydzień analizują najważniejsze zjawiska i pokazują, co naprawdę oznaczają dla firm, portfeli Polaków i twoich codziennych decyzji. Rzetelnie, jasno i praktycznie. Bądź na bieżąco.
Z informacji uzyskanych od osób zaznajomionych ze sprawą wynika, że unijny komisarz ds. handlu, Maros Sefovic, przedstawił ministrom państw członkowskich propozycję radykalnego uproszczenia procedur.
Podczas ubiegłomiesięcznego spotkania zaproponował, aby proces przygotowania niedawnego porozumienia z Indonezją — w tym szczegółowa weryfikacja prawna (tzw. legal scrubbing) — odbywał się w całości wyłącznie po angielsku.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Standardowo procedury te ciągną się nawet do dwóch lat. Wynika to z faktu, że każda, nawet najmniejsza zmiana w tekście umowy musi zostać uzgodniona i formalnie wprowadzona we wszystkich 24 oficjalnych językach UE.
Sefovic, słowacki polityk, chce skrócić ten czas o połowę, odkładając pełne tłumaczenie traktatu na sam koniec procesu. Argumentuje, że biurokratyczne opóźnienia hamują europejską gospodarkę, odsuwając w czasie realne zyski z wymiany handlowej. W ostatnich dwóch latach UE podpisała pięć takich porozumień, próbując uniezależnić się od USA i Chin, które coraz mocniej ograniczają import.
"Jeśli spojrzeć na jakiekolwiek szacunki dotyczące tego, ile pieniędzy tracimy, gdy ten proces trwa długo, uważam, że — szczególnie w tym niestabilnym świecie — jest to coś, na co nie możemy już sobie pozwolić" — tłumaczył dziennikarzom na początku roku, podając za przykład umowę z południowoamerykańskim blokiem Mercosur, sfinalizowaną w styczniu. Według raportu think-tanku ECIPE każdy rok zwłoki we wdrożeniu tego paktu kosztuje UE ponad 50 mld euro utraconego wzrostu PKB.
Konstytucyjny mur i strach przed erozją zasad
Choć komisarz przekonywał o "szerokim konsensusie" i otrzymał silne poparcie od części dyplomatów dążących do szybszego otwierania rynków dla firm, na drodze stanęły kwestie fundamentalne. Francja i Włochy zgłosiły oficjalne obiekcje natury konstytucyjnej.
— To kwestia francuskiej konstytucji. Francja nie może być związana ani zobowiązać się do tekstu, który nie został sporządzony po francusku — ucina jednoznacznie francuski urzędnik w rozmowie z gazetą. Podobne ograniczenia prawne, jak potwierdzają źródła, posiada w swojej ustawie zasadniczej rzymski rząd.
Przeciwnicy forsowania języka angielskiego obawiają się również niebezpiecznej erozji unijnego zobowiązania do wielojęzyczności. Co prawda angielski, francuski i niemiecki dominują w codziennej pracy instytucji, ale od rozszerzenia UE w 2004 r. pozycja angielskiego drastycznie wzrosła (zwłaszcza w krajach takich jak Polska czy Czechy, gdzie jest najpopularniejszym drugim językiem). Jednak Karta Praw Podstawowych gwarantuje każdemu obywatelowi UE prawo do komunikacji z urzędami w dowolnym z 24 języków, a akty prawne muszą być bezwzględnie dostępne we wszystkich oficjalnych wersjach.
Komisja odpiera zarzuty
Rzecznik Komisji Europejskiej zapewnia, że Bruksela jest "całkowicie skoncentrowana na jak najszybszym wejściu w życie umów o wolnym handlu". Zapewnia jednocześnie, że nowa strategia nie jest drogą na skróty kosztem tradycji.
— Praca w jednym języku jako lingua franca podczas przeglądu techniczno-prawnego jest standardową praktyką w skomplikowanych negocjacjach międzynarodowych. Nie przesądza to w żaden sposób ani nie skraca pełnego tłumaczenia umowy na wszystkie 24 oficjalne języki UE, wymagane przez prawo UE i przy pełnym poszanowaniu naszych instytucjonalnych prerogatyw oraz procesów kontroli demokratycznej — podsumowuje rzecznik.
Spór o to, czy unijny pośpiech może stać ponad tradycją językową, pozostaje jednak otwarty.
W piątek, wraz z wyczekiwanym debiutem firmy SpaceX na amerykańskim parkiecie giełdowym, uwaga świata finansów ponownie mocno skoncentrowała się na osobie Elona Muska.
Miliarder oficjalnie przekroczył barierę, która do tej pory pozostawała w sferze teorii — stał się pierwszym na świecie bilionerem. Amerykański "Newsweek" podkreślił w swojej piątkowej analizie, że skalę tak gigantycznego majątku jest nam niezwykle trudno sobie wyobrazić. Aby przybliżyć czytelnikom ten finansowy fenomen, dziennikarze postanowili przełożyć abstrakcyjne liczby na konkretne, choć wciąż hipotetyczne, zakupy.
Własne miasto lub zastrzyk gotówki dla obywateli
Jak przeliczył "Newsweek", gdyby Elon Musk zdecydował się na bezpośrednie i równe rozdysponowanie swojego biliona dolarów między wszystkie gospodarstwa domowe w Stanach Zjednoczonych — których liczbę szacuje się na około 128 mln — na każde z nich przypadłaby niebagatelna kwota około 7,8 tys. dol. (prawie 30 tys. zł).Taki jednorazowy zastrzyk gotówki diametralnie zmieniłby sytuację finansową milionów amerykańskich rodzin.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Łączna wartość wszystkich mieszkań i domów w metropolii takiej jak Chicago opiewa na setki miliardów dolarów. W praktyce oznacza to, że za swój bilion dolarów Musk mógłby teoretycznie wykupić każdą nieruchomość mieszkalną w dużym amerykańskim mieście. Co najbardziej zdumiewające, po dokonaniu tej transakcji na jego koncie wciąż pozostałyby setki miliardów dolarów rezerwy. Eksperci rynkowi potwierdzają te niecodzienne wyliczenia.
"Za taką kwotę mógłby kupić ponad 2 mln domów w USA" — wskazuje wprost Alex Beene, analityk z Uniwersytetu Tennessee w Martin.
W skali makroekonomicznej majątek szefa SpaceX wytrzymuje porównanie z potencjałem finansowym całych państw oraz potężnych instytucji rządowych. Wartość fortuny Muska jest w pełni porównywalna z roczną wartością PKB średniej wielkości rozwiniętego kraju, takiego jak chociażby Szwajcaria.
Sam bilion dolarów odpowiada również około dwóm miesiącom nieprzerwanego funkcjonowania rządu Stanów Zjednoczonych. — Mógłby sfinansować roczne wydatki na obronność, które zazwyczaj stanowią największą pozycję w budżecie federalnym — podkreśla Alex Beene.
Gdyby natomiast przedsiębiorca zapragnął zainwestować w infrastrukturę transportową, wspomniana kwota pozwoliłaby mu na teoretyczne sfinansowanie budowy kilkudziesięciu najnowocześniejszych portów lotniczych na całym świecie.
Kosmiczny debiut SpaceX
Ten nagły i bezprecedensowy skok wartości majątku to bezpośredni efekt spektakularnego sukcesu giełdowego SpaceX. W ramach jednej z największych w historii pierwszych ofert publicznych (IPO) spółka sprzedała dużym inwestorom 555,6 mln akcji w cenie 135 dol. za sztukę.
Pozwoliło to na pozyskanie z rynku około 75 mld dol. gotówki. Taki wynik przekłada się na całkowitą wycenę SpaceX na poziomie od 1,75 do 1,77 bln dol. Spółka z miejsca stała się jedną z największych firm publicznych na globie.
"Newsweek" tonuje jednak nadmierny entuzjazm i przypomina o kluczowej specyfice współczesnych fortun. Choć technicznie rzecz biorąc Musk jest teraz bilionerem, przeważająca większość jego majątku jest ulokowana w akcjach spółek takich jak Tesla i SpaceX, a nie w żywej gotówce. Miliarder nie ma możliwości swobodnego i natychmiastowego upłynnienia tak potężnego pakietu udziałów.
Z najnowszych danych opublikowanych przez PKN Orlen wynika, że koncern obniżył w sobotę hurtowe ceny benzyny Eurosuper 95 o 62 zł, benzyny Super Plus 98 o 55 zł, a oleju napędowego Ekodiesel o 31 zł na m sześc.
Według aktualnego, sobotniego cennika hurtowego za metr sześcienny benzyny bezołowiowej Eurosuper 95 przyjdzie zapłacić 5 tys. 228 zł. Z kolei benzyna bezołowiowa Super Plus 98 kosztuje obecnie 5 tys. 739 zł za m sześc., natomiast olej napędowy Ekodiesel wyceniono na 5 tys. 597 zł za m sześc.
Weekend z wyższymi limitami na stacjach
Przypomnijmy, że od 31 marca na wszystkich stacjach w Polsce obowiązują ceny maksymalne paliw, wprowadzone czasowo w ramach rządowego pakietu regulacji "Ceny Paliwa Niżej", który ma ograniczać wzrost cen tych produktów. Ceny te kalkulowane są na bazie średniej ceny hurtowej, powiększonej o akcyzę, opłatę paliwową, marżę oraz podatek VAT.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Jak wynika z ostatniego obwieszczenia ministra energii o cenach maksymalnych paliw, od soboty do poniedziałku włącznie litr benzyny bezołowiowej 95 kosztował będzie nie więcej niż 6,04 zł, benzyny bezołowiowej 98 — 6,58 zł, a oleju napędowego — 6,40 zł. Oznacza to wzrost ceny wszystkich tych paliw w porównaniu z piątkiem, gdy limity wynosiły odpowiednio 5,98 zł, 6,55 zł oraz 6,37 zł.
Kolejne obwieszczenie, które określi stawki na wtorek, poznamy w poniedziałek.
Warto pamiętać, że pierwszego dnia obowiązywania obostrzeń, czyli pod koniec marca, limity były zauważalnie wyższe — dla benzyny 95 wynosiły 6 zł i 16 gr, a dla oleju napędowego aż 7 zł i 60 gr za litr.
Głównym motorem wcześniejszych napięć na rynku była globalna geopolityka. Atak USA i Izraela na Iran 28 lutego spowodował wzrost notowań ropy naftowej na świecie, a także notowań paliw gotowych, co przełożyło się na ceny detaliczne tych produktów na stacjach, również w Polsce. Ostatnie godziny przyniosły jednak silne odprężenie na rynkach surowcowych.
W piątek w USA kontrakty na ropę WTI w dostawach na lipiec zniżkowały o 3,94 proc. do 84,25 dol. za baryłkę, natomiast sierpniowe futures na ropę Brent traciły 3,98 proc. do 86,78 dol. za baryłkę. To właśnie to tąpnięcie otworzyło Orlenowi przestrzeń do sobotnich obniżek hurtowych.
Przed rynkiem paliw rysują się jednak istotne zmiany podatkowe. W piątek opublikowano nowelizację rozporządzenia przedłużającego niższy, 8-procentowy VAT na paliwa.
Jednocześnie źródło zbliżone do Ministerstwa Finansów poinformowało tego dnia PAP, że nie będzie przedłużenia obniżki akcyzy na niektóre paliwa. Tym samym, od 16 do 30 czerwca, poza obniżką stawki VAT z 23 do 8 proc., będą obowiązywały ceny maksymalne na stacjach, które są codziennie wyznaczane przez ministra energii. Zgodnie z ustawą, odgórne ceny maksymalne obowiązują tak długo, jak długo utrzymana jest obniżka stawek podatku VAT.
Poprosiłam ponad 200 podróżników o podzielenie się największymi błędami popełnionymi podczas wyjazdu do Japonii i zauważyłam wyraźne schematy. Najczęstsze dotyczyły planów, komunikacji i oczekiwań. Ich rady były zaskakująco zgodne.
Jeśli twój Instagram lub TikTok wygląda choć trochę jak mój, prawdopodobnie masz wrażenie, że wszyscy albo są właśnie w Tokio, planują wyjazd do Kioto, albo właśnie wrócili z Japonii.
Podróżuję po Japonii od ponad dekady, a od kilku lat mieszkam w Kobe. Niedawno zadałam grupie "The Navigatio's Japan Travel Tips & Planning" na Facebooku jedno proste pytanie: jaki był wasz największy błąd podczas podróży do Japonii?
Spośród 900 tys. członków odpowiedziało ponad 200 osób. Oto moje najważniejsze wnioski na podstawie ich odpowiedzi — oraz kilka własnych rad.
W Europie i na świecie coraz częściej wiek emerytalny nie jest już stałą liczbą, a zależy od długości życia i kondycji finansów państwa. Warto też pamiętać, że porównywanie systemów emerytalnych nie jest proste, bo liczy się nie tylko ustawowy wiek, ale też tempo zmian i realny moment kończenia pracy.
Dyskusja na temat wieku emerytalnego — a konkretnie jego obniżenia lub podniesienia — toczy się w Polsce od wielu lat. Dane demograficzne są nieubłagane, przez co wielu ekspertów postuluje podwyższenie momentu, kiedy zgodnie z prawem można zakończyć aktywność zawodową.
Gdzie jest najwyższy wiek emerytalny?
Polska ma jeden z najniższych progów w Europie — 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. To efekt decyzji politycznych i społecznej akceptacji, a nie tylko poziomu rozwoju gospodarczego. A jaki kraj ma najwyższy wiek emerytalny? Który natomiast kraj ma najniższy wiek emerytalny?
Jak wyjaśnia serwis Rynekonline.pl, w Europie najwyższy ustawowy próg to 67 lat — m.in. w Danii, Norwegii czy Niemczech. Przy czym wspomniana Dania planuje dalsze podwyżki, powiązując wiek emerytalny z długością życia. W debacie pojawia się nawet liczba 74 lat dla osób przechodzących na emeryturę w 2060 r.
Wśród europejskich krajów we Francji wiek emerytalny podniesiono kilka lat temu do poziomu 64 lat. W Niemczech próg dochodzi do 67 lat, zaś w Wielkiej Brytanii aktualnie granicę ustalono na poziomie 68 lat. I to właśnie tam — jak i w Irlandii — jest w Europie najwyższy obecnie wiek emerytalny.
Jaki kraj ma najwyższy wiek emerytalny?
Z kolei dla przeciwwagi — jak zauważa serwis Rynekonline.pl — najniższy wiek emerytalny jest aktualnie w Mołdawii, gdzie kobiety mogą przechodzić na emeryturę w wieku 57 lat, a mężczyźni w wieku 62 lat.
Większość pułapów dla wieku emerytalnego oscyluje w granicach 60-65 lat. Niemniej przykładowo w Arabii Saudyjskiej mężczyźni przechodzą na emeryturę w wieku 60 lat, a kobiety 55 lat. W Turcji zrównano wiek emerytalny i wynosi od 58 lat.
W Rosji granice ustalono na poziomie 62 lat dla mężczyzn i 57 dla kobiet. Z kolei w Chinach wiek emerytalny dla mężczyzn to 60 lat, zaś dla kobiet albo 55 lat, albo 50 lat w zależności od sektora, w którym pracują.
Jak podkreśla serwis Rynekonline.pl, wiek emerytalny to nie zawsze jedna liczba — różni się w zależności od kraju, płci, zawodu czy stażu pracy. Przykładowo, w USA można pobierać świadczenie już od 62 lat, ale z obniżką. Japonia zachęca do pracy nawet po 65. roku życia.
— Naprawdę mówimy tutaj o możliwości przywracania funkcji organizmu i odwracania chorób na bardzo fundamentalnym poziomie — mówi w rozmowie z Business Insiderem szef Life Biosciences, start-upu, który stoi za "magicznym" zastrzykiem. Wśród jego konkurentów działających w tej dziedzinie znajdują się projekty wspierane przez Sama Altmana, Jeffa Bezosa oraz firmę Eli Lilly.
Po raz pierwszy w historii człowiek otrzymał zastrzyk, który ma potencjał odwracania procesów starzenia.
To przełomowy moment dla badań nad długowiecznością — w końcu naukowcy mają szansę udowodnić, że przeprogramowanie epigenetyczne, czyli technika "ucząca" starzejące się komórki ponownego zachowywania się jak młode, może rzeczywiście poprawić sposób, w jaki ludzie się starzeją w realnym świecie.
We wtorek bostoński start-up biotechnologiczny Life Biosciences ogłosił, że pierwszy pacjent otrzymał dawkę terapii przeprogramowania komórkowego w formie zastrzyku, zaprojektowanej do odwracania chorób związanych z wiekiem.
Miliarderzy, tacy jak Jeff Bezos i Sam Altman, a także farmaceutyczni giganci Eli Lilly i Merck, coraz intensywniej inwestują w tę koncepcję, która do tej pory była badana jedynie na myszach i małpach.
Eksperci oceniają, że Czechy w ponad 80 proc. przypominają Polskę. Gospodarczo ostatnie lata to nasz kraj lepiej sobie radził. Sprawdziliśmy, kto ma lepsze perspektywy.
Polska pod wieloma względami jest bardzo charakterystycznym krajem. Duże różnice uwidaczniają się nie tylko w porównaniach z przedstawicielami innych kontynentów, ale też Europy. Jeśli jednak mielibyśmy poszukać na mapie naszego brata bliźniaka, to kto by nim był?
W Business Insiderze poszliśmy drogą statystyk dotyczących głównie ekonomii i gospodarki, ale też demografii. Sztuczna inteligencja, porównując główne wskaźniki, sugeruje, że w naszym regionie geograficznym najbliżej nam do Czech, Słowacji, Węgier i Litwy. Z bardziej odległych krajów wiele podobieństw można znaleźć np. do Portugalii.
Spółka zadebiutowała na Nasdaq, a jej akcje już na otwarciu osiągnęły cenę 150 dol. za sztukę. W efekcie SpaceX stała się szóstą najbardziej wartościową firmą w Stanach Zjednoczonych, wyprzedzając takie giganty jak Meta i Tesla.
SpaceX rozpoczęło notowania z ceną 150 dol. za akcję, co przełożyło się na wycenę spółki tuż poniżej 2 bln dol. W trakcie dnia kurs akcji kontynuował wzrosty, a na zamknięciu osiągnął poziom 161 dol., co oznaczało wzrost o 19 proc. i kapitalizację rynkową na poziomie 2,1 bln dol. Był to największy debiut giełdowy w historii, a inwestorzy objęli łącznie 555,6 mln akcji.
SpaceX, znane z produkcji rakiet wielokrotnego użytku, obecnie generuje zyski głównie dzięki działalności internetowej Starlink. W lutym 2026 r. spółka przejęła startup xAI, należący do Muska, wraz z jego centrami danych, modelem Grok AI, zaawansowanym chatbotem oraz siecią społecznościową X, wcześniej znaną jako Twitter.
Wyzwania finansowe i inwestycje w przyszłość
Mimo spektakularnego debiutu, SpaceX od momentu powstania w 2002 r. zanotowało deficyt w wysokości około 41,3 mld dol. Firma zainwestowała już ponad 15 mld dol. w rozwój rakiety Starship, która w przyszłości ma być w pełni wielokrotnego użytku i umożliwić powrót astronautów NASA na Księżyc, a docelowo także na Marsa.
Według prospektu emisyjnego, dział łączności SpaceX, oparty głównie na Starlinku, wygenerował w 2025 r. 11,39 mld dol., co stanowiło 61 proc. całkowitej sprzedaży. W pierwszym kwartale bieżącego roku udział ten wzrósł do 69 proc. Spółka informowała inwestorów o poniesionych stratach netto w przeszłości oraz o możliwości braku rentowności w przyszłości. W ubiegłym roku strata wyniosła 4,9 mld dol., a w pierwszym kwartale 2026 r. — 4,28 mld dol. Przewiduje się, że zarówno koszty kapitałowe, jak i operacyjne będą rosły wraz z inwestycjami w projekty Starship i sztuczną inteligencję.
Nowa fala debiutów firm AI
SpaceX jest pierwszą z trzech firm związanych ze sztuczną inteligencją, których wartość przekracza 1 bln dol. i które w tym roku debiutują na giełdzie. Podobne plany ogłosiły już Anthropic oraz OpenAI. Według analityków, łączna wycena tych trzech spółek może przekroczyć 3,6 bln dol., co przyciąga uwagę inwestorów technologicznych. Jednocześnie niektórzy eksperci ostrzegają przed możliwością korekty na rynkach, zwłaszcza że indeksy znajdują się blisko historycznych szczytów.
Mark Klein, dyrektor generalny SuRo Capital, zwrócił uwagę, że obecna fala IPO przypomina wręcz panikę, która narastała od dłuższego czasu. Według niego debiut SpaceX może stać się wyznacznikiem trendu na rynku. Jeff Kilburg, prezes KKM Financial, zauważył, że temat sztucznej inteligencji zyskuje na znaczeniu, a na Nasdaqu pojawiły się pewne zawirowania, które mogą być związane z napięciami geopolitycznymi wokół debiutu SpaceX. Dodał, że jego zdaniem przywództwo tzw. "Siedmiu Wspaniałych" powinno się utrzymać.
Wpływ sytuacji geopolitycznej i rynku surowców
W piątek na rynku ropy naftowej odnotowano spadki po tym, jak prezydent Donald Trump ostrzegł Iran, by "lepiej, żeby się ogarnął", mimo że pojawiły się doniesienia o możliwym porozumieniu między USA a Iranem. Premier Pakistanu Shehbaz Sharif poinformował później, że osiągnięto "ostateczny, uzgodniony tekst" umowy, co wpłynęło na częściowe odbicie głównych indeksów giełdowych.
Irańskie media państwowe podały, że projekt amerykańsko-irańskiego memorandum przewiduje zniesienie sankcji naftowych przez Stany Zjednoczone oraz ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz przez Iran. Według informacji Bloomberga, podpisanie porozumienia pokojowego w Szwajcarii może nastąpić już w niedzielę.
Analitycy podkreślają, że rosnąca jastrzębia postawa banków centralnych i wyższe stopy procentowe mogą negatywnie wpłynąć na wyceny spółek technologicznych. Lerner zauważył, że przy wyższej inflacji pojawia się ryzyko powtórzenia sytuacji z lat 1999–2000, kiedy to Rezerwa Federalna agresywnie podnosiła stopy procentowe aż do szczytu bańki internetowej.
Na rynku surowców kontrakty na ropę WTI na lipiec spadły o 3,94 proc. do 84,25 dol. za baryłkę, natomiast sierpniowe futures na Brent zniżkowały o 3,98 proc. do 86,78 dol. za baryłkę.