Gdy Elon Musk kilka tygodni temu ogłaszał projekt Terafab — czyli kosztującą jakieś 5 bln dol. wizję masowej produkcji chipów, które w znacznej części miałyby później trafiać na orbitę na pokładzie rakiet Starship — jasne było, że jeśli ma on w ogóle ruszyć z miejsca, szef Tesli i SpaceX będzie potrzebował partnerów. Produkcji zaawansowanych półprzewodników po prostu nie da się rozpocząć od zera bez udziału kogoś, kto — jak to się kolokwialnie mówi — zjadł na tym zęby, ponieważ jest to najbardziej skomplikowana rzecz, którą obecnie zajmuje się ludzkość. Tesla co prawda od lat projektuje własne układy (niektóre z nich bardzo imponujące, jak Tesla Dojo), ale od projektowania chipów do ich produkcji prowadzi długa i kręta droga.
Najbardziej prawdopodobnymi partnerami Elona Muska wydawali się IBM oraz Samsung. IBM dlatego, że współpracuje z japońskim Rapidusem przy rozwijaniu technologii 2 nm i pakowania chipletów, więc ma już doświadczenie w tego typu przedsięwzięciach. Samsung z kolei dlatego, że podpisał z Teslą duży kontrakt na produkcję chipów AI6, rozwija fabrykę w Teksasie niedaleko miejsca, w którym ma powstać pierwsza fabryka Muska, i pozostaje jedynym dużym graczem, który łączy biznes produkcji krzemowej logiki z własną produkcją pamięci. Dlatego Intel jako pierwszy ogłoszony partner projektu Terafab jest zaskoczeniem — choć oczywiście przy stole negocjacyjnym nie wziął się znikąd i nie jest powiedziane, że nie dołączy do niego w przyszłości ktoś ze wspomnianej przed chwilą dwójki.
Głośne deklaracje, ale konkretów brak
Jednak choć padły ogólne deklaracje i Intel w swoim komunikacie powtórzył wizję przyszłej produkcji 1 TW mocy obliczeniowej rocznie, to nie pojawiły się konkrety. Ani wpis Intela, ani komentarz Lip-Bu Tana, czyli CEO firmy, nie wyjaśniają, co dokładnie obejmuje to partnerstwo — czy Intel miałby być operatorem fabryki, partnerem technologicznym, wykonawcą wybranych etapów, czy tylko firmą, która udostępni część kompetencji i infrastruktury. Nie pojawiły się również żadne oficjalne dokumenty złożone do amerykańskich urzędów. I właśnie to jest dziś najważniejsze: skala ogłoszenia jest duża, ale jego praktyczny zakres pozostaje mglisty.
Mimo tego braku konkretów obu stronom z pewnością bardzo zależy na tym, aby z czasem się one pojawiły. Jak wspomniano wyżej, Elon Musk potrzebuje partnera technologicznego, jeśli rzeczywiście myśli o rozpoczęciu własnej produkcji chipów jeszcze w tej dekadzie. W czasie ogłaszania projektu Terafab wspomniał o tym, że chce zintegrować w jednym miejscu produkcję procesorów, pamięci, masek litograficznych i pakowanie chipów, a Intel ma aktualne kompetencje w dwóch z tych czterech dziedzin i kiedyś produkował także pamięć komputerową.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Dla Intela ta współpraca również ma znaczenie wykraczające poza jedną inwestycję. W praktyce to kolejny element próby odbudowy pozycji firmy, która przez lata traciła technologiczną przewagę i udział w rynku. Wejście do projektu Muska daje Intelowi coś bardzo cennego: głośnego partnera, dużą narrację wokół AI oraz szansę, by pokazać, że jego kompetencje produkcyjne są nadal strategicznie potrzebne. Nawet jeśli kosmiczne ambicje szefa Tesli zostaną sprowadzone na ziemię, samo eksperymentowanie z integracją różnych etapów produkcji chipów w jednym miejscu może mieć ogromną wartość i potencjalnie nieodwracalnie zmienić cały wielomiliardowy rynek półprzewodników.
Po ogłoszeniu współpracy akcje spółki urosły we wtorek o ponad 4 proc., więc widać, że rynkowi to partnerstwo się spodobało — choć skala wzrostu sugeruje, że to wciąż nie jest jeszcze ten rodzaj przełomu, na który inwestorzy naprawdę czekają.
Na razie więc Terafab pozostaje bardziej obietnicą niż planem, a współpraca z Intelem — bardziej sygnałem niż gotowym modelem działania. Dla Muska to partner, bez którego jego półprzewodnikowa wizja wyglądałaby zupełnie nierealnie, a teraz przynajmniej ma jakiś punkt wyjścia. Dla Intela to okazja, by pokazać, że nadal może odgrywać ważną rolę w najbardziej ambitnych projektach technologicznych świata. Problem w tym, że obie firmy wykonały dopiero najłatwiejszą część: ogłosiły współpracę. Teraz muszą jeszcze wyjaśnić, co to właściwie oznacza.
W nocy z wtorku na środę ogłoszono dwutygodniowe zawieszenie broni pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, Izraelem i Iranem. Rozejm, który ma obowiązywać także Izrael, został ogłoszony po ponad miesiącu intensywnych działań zbrojnych w regionie. Prezydent USA Donald Trump oraz władze w Teheranie wyrazili nadzieję na deeskalację napięć.
Premier Donald Tusk, odnosząc się do sytuacji, podkreślił, że rząd zamierza działać ostrożnie.
— Nie zamierzamy rezygnować z tego mechanizmu, który wprowadziliśmy, bo będziemy dmuchać na zimne. Tym bardziej że to zimne jest ciągle bardzo gorące, szczerze powiedziawszy — powiedział szef rządu przed środowym posiedzeniem Rady Ministrów.
Zdaniem premiera, zawieszenie broni może przynieść pozytywne skutki dla rynku paliw, co powinno być zauważalne już w najbliższych dniach. — Myślę, że od piątku będzie odczuwalny pozytywny skutek zawieszenia ognia na polskich stacjach paliw — zaznaczył Tusk.
Pakiet "Ceny Paliw Niżej" został wprowadzony jako reakcja na rosnące ceny ropy na światowych rynkach, które były efektem eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie. Rząd zapowiadał wówczas, że mechanizm ten ma chronić polskich konsumentów przed gwałtownymi podwyżkami na stacjach paliw.
O sytuacji polskich lotnisk poinformował Adam Sanocki, członek zarządu Polskich Portów Lotniczych (PPL). Jak przyznał, warszawskie lotnisko mogło stracić przez wojnę na Bliskim Wschodzie nawet 10 proc. przychodów.
— Ok. 9 proc. tej zmiany wynika z redukcji liczby połączeń. W planach na lato 2026 r. mieliśmy 80 rotacji tygodniowo związanych z lotniskami w rejonie konfliktu — powiedział Sanocki podczas konferencji prasowej.
Średnio w 2025 r. warszawskie lotnisko miało przychody rzędu 145-150 mln zł miesięcznie. Szacując na podstawie tych danych, można przyjąć, że straty mogą sięgać kilkunastu milionów złotych. Choć trzeba wziąć poprawkę, że uśrednione dane nie biorą pod uwagę pików ruchu w sezonie wakacyjnym.
Sanocki podkreślił, że PPL analizuje sytuację na Bliskim Wschodzie w szerszym kontekście. Wskazał przy tym na strategiczne plany Polski w zakresie rozwoju infrastruktury lotniskowej, w tym budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego (CPK).
— Jest szansa w najbliższych latach, żeby spróbować wypracować pozycję Polski jako dominującego hubu w tej części Europy. Potencjał jest i jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że jako jedyny kraj w Europie budujemy tak duże lotnisko — zaznaczył.
Mimo geopolitycznych zawirowań Sanocki zapewnił, że sytuacja związana z dostawami paliwa lotniczego pozostaje stabilna. — Na dzisiaj z naszej strony nie widzimy ryzyka braku paliwa. Wszystko wydaje się pod kontrolą. Miejmy nadzieję, że sytuacja zawieszenia konfliktu jest pierwszym krokiem do całkowitej stabilizacji sytuacji i powrotu do normalnego latania — dodał.
Agata Łyżnik, rzeczniczka prasowa Airports Council International Europe (ACI Europe), wskazała, że konflikt na Bliskim Wschodzie skutkuje kurczeniem się bezpiecznej przestrzeni powietrznej, co wymusza zmianę korytarzy lotniczych i przeniesienie ich m.in. nad terytorium Egiptu.
— Rosnące koszty paliwa i omijanie stref konfliktu podważają opłacalność wielu połączeń długodystansowych. Mimo doniesień medialnych o brakach ankieta ACI z końca marca pokazała, że zdecydowana większość lotnisk posiada poprawny — normalny lub ponadnormalny — zapas paliwa lotniczego — podała.
— Żadne loty nie zostały dotąd odwołane z powodu braków paliwowych, jednak najbardziej wrażliwymi na ryzyko zakłóceń rynkami są obecnie Włochy i Wielka Brytania — zaznaczyła.
Polska liderem wzrostu ruchu pasażerskiego w Europie
Agata Łyżnik, rzeczniczka prasowa Airports Council International Europe (ACI Europe), wskazała, że Polska wyróżnia się na tle Europy pod względem wzrostu ruchu pasażerskiego. — Dynamika wzrostu w Polsce jest dwukrotnie wyższa niż średnia dla całego regionu, a w porównaniu do okresu przed pandemią Polska jest absolutnym liderem, wyprzedzając pod tym względem chociażby Grecję — podkreśliła.
Dodała, że Polska ma duży potencjał, aby zbliżyć się do unijnej średniej pod względem liczby podróży lotniczych przypadających na jednego mieszkańca.
Podkreśliła też, że rozwój nowoczesnej infrastruktury lotniskowej postrzegany jest jako osłona przed czynnikami geopolitycznymi. — Europa boryka się z ogromnym problemem zatłoczenia lotnisk — szacuje się, że do 2040 r. z tego powodu niezrealizowanych może zostać 1,5 mln lotów, co oznacza 160 mln nieobsłużonych pasażerów rocznie. Z tego względu działania Polski, takie jak rozbudowa Lotniska Chopina i projekt Centralnego Portu Komunikacyjnego, są postrzegane jako absolutnie strategiczne, a państwa inwestujące teraz w infrastrukturę staną się największymi wygranymi — powiedziała podczas konferencji.
Nawet kilkadziesiąt tysięcy emerytów od lat otrzymuje zaniżoną emeryturę z ZUS. Wynika to z przeprowadzonej ponad dekadę temu zmiany przepisów. W jej efekcie tysiącom nauczycieli i innym emerytom ponownie przeliczono emeryturę, przez co ich świadczenie zostało znacznie obniżone.
Jak informuje serwis Forsal.pl, problem dotyczy osób, które skorzystały z wcześniejszej emerytury przed zmianą przepisów w 2013 r. i po osiągnięciu wieku emerytalnego wystąpiły o nowe wyliczenie świadczenia.
Zaniżona emerytura? Oto, kto może liczyć na przeliczenie i wyrównanie
Przy wprowadzaniu wspomnianych zmian w 2013 r., Polki i Polacy nie mogli przewidzieć, że państwo zmieni zasady wypłaty świadczeń w trakcie ich pobierania. Nowe regulacje obniżyły kapitał początkowy, przez co emerytury po przeliczeniu okazały się niższe niż dotychczasowe.
Jak informuje serwis Forsal.pl, wszystko przez ustawę z 2012 r., która nakazała pomniejszać podstawę emerytury powszechnej o sumę pobranych wcześniejszych świadczeń. Przepis ten objął także osoby, które już pobierały wcześniejszą emeryturę, przez co nie mogły się przygotować na niekorzystne zmiany. Problem został już częściowo uznany przez Trybunał Konstytucyjny, ale tylko w odniesieniu do kobiet z rocznika 1953.
Tysiące Polaków z niższą emeryturą z ZUS po ponownym przeliczeniu. Jest przełom?
Sprawą zainteresował się poseł Łukasz Horbatowski, który interweniował w tej sprawie, domagając się wyjaśnień i działań od Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
"Zwracam się z prośbą o wyjaśnienie oraz podjęcie działań w sprawie obywateli, którzy czują się pokrzywdzeni przez zmiany w przepisach dotyczących obliczania podstawy emerytury. Problem ten dotyczy m.in. nauczycieli, którzy skorzystali z prawa do wcześniejszej emerytury na podstawie art. 88 Karty Nauczyciela" — pisał poseł Horbatowski w interpelacji, którą przywołuje serwis Forsal.pl.
Zaniżona emerytura z ZUS. Resort przygotował ustawę
Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej odpowiedziało na aktywność parlamentarzysty i przyznało, że część emerytów została pokrzywdzona sposobem wprowadzenia nowych zasad.
"Choć sama idea pomniejszania podstawy obliczenia emerytury powszechnej o sumę kwot pobranych emerytur wcześniejszych jest słuszna i zgodna z zasadą sprawiedliwości społecznej, to pozostają jednak zastrzeżenia co do sposobu jej wprowadzenia do porządku prawnego" — przyznało ministerstwo, którego stanowisko przytacza serwis Forsal.pl.
W efekcie ministerstwo przygotowało projekt ustawy, który ma objąć ok. 67 tys. osób. Nowe przepisy pozwolą ponownie przeliczyć emerytury bez pomniejszania ich o pobrane wcześniej świadczenia. Ustawa ma wejść w życie 1 czerwca 2026 r., ale najpierw musi przejść pełną ścieżkę legislacyjną.
Ministerstwo Finansów planuje ujednolicić zasady dotyczące korekty elektronicznych ksiąg podatkowych, które przesyłane są do organów podatkowych. To kluczowy element nowelizacji Ordynacji podatkowej, nad którą trwają prace — wynika z informacji opublikowanej we wtorek w wykazie prac legislacyjnych Rady Ministrów.
księgowość
|
Foto:
Shutterstock
We wtorek na stronach kancelarii premiera pojawiła się informacja o projekcie ustawy zmieniającej przepisy Ordynacji podatkowej oraz niektórych innych ustaw.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Nowelizacja ma na celu uproszczenie procedur związanych z korektą dokumentacji podatkowej przesyłanej drogą elektroniczną.
"Celem projektu jest ujednolicenie zasad dokonywania korekt ksiąg podatkowych, przesyłanych organowi podatkowemu w formie elektronicznej, oraz umiejscowienie tych zasad w przepisach ogólnych prawa podatkowego, czyli w Ordynacji podatkowej" — podano w oficjalnej informacji o projekcie.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Dodatkowo nowelizacja ma wprowadzić przepisy umożliwiające udostępnianie w pełni automatycznie generowanych danych podatnika lub płatnika, które znajdują się w Centralnym Rejestrze Danych Podatkowych. Dane te będą potwierdzane w wygenerowanym dokumencie w formie elektronicznej.
Na razie jednak szef resortu energii ogłosił maksymalne ceny paliw, które będą obowiązywały w czwartek.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Według opublikowanego w Monitorze Polskim obwieszczenia Ministra Energii z 8 kwietnia maksymalne ceny paliw w czwartek 9 kwietnia będą następujące: litr benzyny 95 ma kosztować nie więcej niż 6,27 zł (wzrost o sześć groszy), benzyny 98 — 6,88 zł (wzrost o sześć groszy), a oleju napędowego — 7,83 zł (spadek o cztery grosze).
Tak są wyliczane maksymalne ceny paliw
Mechanizm wyznaczania maksymalnych cen paliw opiera się na określonej formule. Uwzględnia ona średnią cenę hurtową paliw na rynku krajowym, do której doliczane są podatki — akcyza, opłata paliwowa — a także marża sprzedażowa na poziomie 30 gr za litr oraz podatek VAT.
Sprzedaż paliw powyżej ustalonej ceny maksymalnej wiąże się z poważnymi konsekwencjami. Przedsiębiorcom grożą kary sięgające nawet 1 mln zł. Kontrolą przestrzegania przepisów zajmuje się Krajowa Administracja Skarbowa.
W ciągu ostatnich 12 lat Otwarte Fundusze Emerytalne pomnażały kapitał przyszłych emerytów ze średnioroczną stopą zwrotu (IRR) na poziomie 13 proc. — wynika z najnowszego raportu Analiz Online. Analiza objęła okres od lutego 2014 r. (momentu zmiany profilu inwestycyjnego OFE na akcyjny) do stycznia 2026 r. Wynik uwzględnia opłaty manipulacyjne.
Ze względu na systematyczny charakter składek uiszczanych do OFE, do oceny ich efektywności wykorzystano IRR, czyli metodę wewnętrznej stopy zwrotu. Uwzględnia ona realny przepływ kapitału w czasie, co oddaje faktyczną praktykę inwestycyjną członków funduszy.
Wyniki OFE na tle innych form oszczędzania
Dla porównania fundusze akcji polskich osiągnęły 10,7 proc. IRR, a węższa ich kategoria, czyli małych i średnich firm, przyniosła 12,3 proc. WIG20 Total Return (uwzględniający wypłacane dywidendy) osiągnął 11,28 proc., a indeks szerokiego rynku, czyli WIG, 12,3 proc. Dla porównania fundusze akcji globalnych dały w tym czasie zarobić 8,7 proc. — wynika z raportu Analiz Online. Fundusz polskich obligacji skarbowych TBSP przyniósł 3,6 proc.
Jak te stopy zwrotu wyglądają na tle ZUS? Przez analizowanych 12 lat konto główne w ZUS osiągnęło prawie 11,3 proc. IRR, a subkonto ZUS 7,5 proc. (efekt waloryzacji).
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
W samym 2025 r. średnia stopa zwrotu OFE wyniosła 42,1 proc. To najlepszy wynik otwartych funduszy emerytalnych w historii, pobity został poprzedni rekord, czyli 36,5 proc. z 2023 r. To spektakularny rezultat, biorąc pod uwagę średni zysk OFE z poprzednich lat i inne formy oszczędzania. Powodem tak dobrego rezultatu jest polityka inwestycyjna OFE — ponad 91 proc. ich aktywów to akcje (przede wszystkim te notowane na GPW), a rok 2025 dla naszego rynku akcji był fenomenalny: WIG zyskał 47,3 proc., a WIG20 ponad 45 proc.
— O sukcesie funduszy emerytalnych zadecydowały wysoka alokacja w akcje notowane na GPW oraz niskie koszty zarządzania. Sukcesem wartym podkreślenia jest to, że OFE udało się pokonać indeks WIG — tłumaczył Michał Duniec, prezes Analiz Online, komentując 12-letni wynik IRR.
Tłumaczył, że przewaga WIG nad OFE w tym okresie była widoczna w nielicznych silnych latach wzrostowych na GPW. W okresach słabszej koniunktury OFE osiągają relatywnie lepsze wyniki dzięki części obligacyjnej stabilizującej portfel. Dodatkowo fundusze emerytalne mają pewną ekspozycję na duże spółki zagraniczne, choć jest ona nieduża, to wysokie wzrosty tych firm podbijają stopę zwrotu OFE.
Takie zyski przyniosły OFE i inne instrumenty
Stopa zwrotu IRR w 12 latach liczona była w ten sposób, że co miesiąc pobierana była składka na OFE z wynagrodzenia pracownika i łącznie zgromadzony w ten sposób kapitał, który był regularnie inwestowany, sięgnął 24 tys. 385 zł. Z tego kapitału zysk wypracowany przez OFE wyniósł równe 25 tys. zł.
Dla porównania w tym samym czasie inne formy oszczędzania wypracowały 18 tys. 199 zł jak w przypadku funduszy akcji polskich, 22 tys. 306 zł jak fundusze małych i średnich firm. Analogiczna inwestycja w WIG przyniosłaby 23 tys. 910 zł, w WIG20 TR 20 tys. 991 zł, a fundusze akcji globalnych 13 tys. 521 zł. Konto główne w ZUS dodało do kapitału nieco ponad 21 tys. zł. Przy wpłaconym kapitale rzędu 24,4 tys. zł, oszczędzanie w OFE pozwoliło na niemal dwukrotne pomnożenie środków (zysk ponad 25 tys. zł), podczas gdy tradycyjne depozyty ledwo pokonały wartość wpłaconego kapitału, lądując poniżej poziomu inflacji. Poniższa tabela pokazuje IRR i łączną wartość portfela (wpłacony kapitał + wypracowany zysk).
Forma
oszczędzania
Wynik
(z opłatami manipulacyjnymi)
Wartość
portfela (zł)
OFE
13,00%
49 386 zł
fundusze
akcji polskich
10,65%
42 584 zł
fundusze
akcji polskich MiŚ
12,32%
46 691 zł
fundusze
akcji globalnych
8,72%
37 906 zł
inflacja
5,21%
32 180 zł
depozyty
2,77%
28 193 zł
WIG20TR
11,28%
45 376 zł
WIG20
8,12%
37 857 zł
WIG
12,34%
48 295 zł
konto główne
w ZUS
11,28%
45 392 zł
subkonto w
ZUS
7,51%
36 563 zł
TBSP
3,59%
29 461 zł
Raport zawiera również prognozę dalszego przyrostu kapitału w perspektywie 5, 10 i 15 lat. Symulacja ta zakłada dalsze inwestowanie zgromadzonych środków przy utrzymaniu dotychczasowej wewnętrznej stopy zwrotu (IRR), ale przy założeniu braku kolejnych wpłat.
Celem tych wyliczeń jest zilustrowanie, jak istotną rolę w budowaniu oszczędności emerytalnych odgrywa horyzont czasowy oraz skuteczność inwestycyjna danej formy oszczędzania. Im dłużej oszczędzamy, tym wyraźniejsze stają się różnice w końcowej wartości kapitału pomiędzy poszczególnymi rozwiązaniami. Analiza dowodzi, że w długim okresie nawet niewielkie różnice w rocznych stopach zwrotu generują znaczące, niekiedy kilkukrotne, dysproporcje w ostatecznej kwocie zgromadzonych środków. Najefektywniejsze rozwiązanie (OFE) pozwoliłoby przez 15 lat zgromadzić prawie 309 tys. zł, a najmniej efektywne 42,5 tys. zł (depozyty).
— Nasze ostatnie osiągnięcia pokazują, że rynki kapitałowe umożliwiają korzystne inwestycje, a my realizujemy je dla członków OFE. Warto jednak pamiętać, że rynki mają swoje cykle oraz dynamikę. Choć na 2026 rok możemy patrzeć z ostrożną nadzieją, to jednak nie powinniśmy oczekiwać uzyskania podobnie wysokich rezultatów — stwierdził Andrzej Sołdek, przewodniczący Komisji Rewizyjnej IGTE, prezes zarządu PZU PTE.
Duże oszczędności zgromadzone w OFE
OFE, które zajmują się gromadzeniem i inwestowaniem pieniędzy swoich członków, razem z subkontem w ZUS tworzą II filar publicznego systemu emerytalnego. Na koniec stycznia 2026 r. wartość aktywów OFE przekraczała 310 mld zł (dla porównania w PPK było 47 mld zł). Do funduszy emerytalnych należy około 13,9 mln członków, a średnia wartość rachunku wynosi 22 282 zł.
Rachunek w OFE, a zatem i zgromadzone na nim środki, posiadają wszyscy, którzy przystąpili do OFE w okresie od 1999 r. i przekazali tam składki (z wyjątkiem obecnych emerytów). Nie wszystkie te osoby na bieżąco zasilają swój rachunek w OFE. Aktualnie do OFE składkują osoby, które w czasie tzw. okienka transferowego w latach 2014, 2016 i 2024 zadeklarowały chęć dalszego odprowadzania składek do funduszy, tzn. złożyły w ZUS odpowiednie oświadczenie. Obecnie to około 2 mln 150 tys. osób.
Składka na ubezpieczenie emerytalne wynosi obecnie 19,52 proc. podstawy wymiaru, tj. najczęściej pensji brutto: 12,22 proc. trafia na konto ubezpieczonego w ZUS, a 4,38 proc. trafia na subkonto ubezpieczonego w ZUS. Ubezpieczony może zdecydować czy pozostałe 2,92 proc. trafi na subkonto w ZUS, czy na jego rachunek w OFE.
Najbliższe okno transferowe OFE w 2028 roku
Składkowanie do OFE jest dobrowolne. Chcący zasilać swój rachunek mają dwie możliwości. Osoby podejmujące pierwszą pracę lub rozpoczynające działalność gospodarczą w ciągu 4 miesięcy mogą podjąć decyzję o przystąpieniu do OFE. Niezależnie od tego wszyscy, którzy chcieliby odprowadzać składki do OFE, mogą zadeklarować taką wolę w czasie tzw. okien transferowych. Najbliższa taka możliwość będzie miała miejsce w 2028 r.
W ciągu 10 lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego środki z OFE są sukcesywnie przenoszone na do ZUS i ewidencjonowane na subkoncie ubezpieczonego (to tzw. suwak). W tym okresie co miesiąc transferowana jest tam 1/120 część zgromadzonych środków. Po całkowitym przeniesieniu służą one do wyliczenia i wypłaty świadczenia emerytalnego.
Autor: Maciej Rudke, dziennikarz Business Insider Polska
Z najnowszego, wstępnego odczytu wynika, że inflacja w strefie euro wzrosła do 1,9 proc. rok do roku, wobec 1,7 proc. miesiąc wcześniej.
Dalszy ciąg tekstu znajduje się pod materiałem wideo
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Inflacja znów rośnie. Eurostat pokazuje liczby
To pierwszy wyraźniejszy wzrost po okresie spadków, który przybliża inflację do celu Europejskiego Banku Centralnego wynoszącego około 2 proc.
W ujęciu miesięcznym ceny wzrosły o 0,7 proc., co było jednym z najsilniejszych wzrostów od blisko dwóch lat.
Inflacja w strefie euro
|Stworzone przy użyciu AI / Copilot
Co napędza wzrost cen?
Największą presję inflacyjną wciąż generują usługi — ich ceny rosną najszybciej spośród głównych kategorii i osiągnęły dynamikę ok. 3,4 proc. rok do roku.
Istotny wpływ mają również:
żywność, alkohol i tytoń (ok. 2,6 proc.),
towary przemysłowe (ok. 0,7 proc.).
Z kolei ceny energii nadal spadają w ujęciu rocznym (ok. -3,2 proc.), choć tempo spadków wyraźnie wyhamowało.
Zróżnicowanie w krajach UE
Inflacja pozostaje zróżnicowana w poszczególnych krajach strefy euro.
Najwyższe odczyty notowane są m.in. w Europie Środkowo-Wschodniej, podczas gdy największe gospodarki — jak Niemcy czy Francja — pozostają bliżej średniej lub poniżej niej.
Co to oznacza dla gospodarki?
Choć inflacja nadal pozostaje umiarkowana, jej odbicie może oznaczać, że proces dezinflacji nie jest jeszcze zakończony.
Ekonomiści zwracają uwagę, że presja cenowa w usługach oraz potencjalne czynniki zewnętrzne — jak sytuacja na rynku energii — mogą w kolejnych miesiącach utrzymywać inflację na podwyższonym poziomie.
Dane Eurostat pokazują, że inflacja w strefie euro ponownie rośnie i zbliża się do celu banku centralnego.
"Przygotowania do debiutu giełdowego to dla nas ważny krok. Dzięki doświadczeniu zespołu i skutecznemu modelowi biznesowemu, w ciągu niespełna czterech lat osiągnęliśmy 159 restauracji własnych, a w sumie zarządzamy ponad 250 lokalami" — wyjaśnia cytowany komunikacie spółki Olgierd Danielewicz, prezes Rex Concepts.
"Wierzymy, że przeprowadzenie oferty publicznej i debiut spółki na Giełdzie Papierów Wartościowych pozwoli nam skutecznie wykorzystać możliwości, jakie daje rynek publiczny oraz zrealizować ambitne plany obejmujące rozwój sieci Popeyes i Burger King do około 850 restauracji, w tym ponad 700 restauracji własnych do 2032 r." — podkreśla Danielewicz.
Dynamiczny wzrost i ambitne cele Rex Concepts
Rex Concepts, jak informuje spółka w komunikacie, stawia na rozwój organiczny, otwierając nowe lokale w Polsce, Czechach i Rumunii, a także planując ekspansję na kolejne rynki Europy Środkowej.
W 2025 r. spółka zarządzała 159 restauracjami, w tym 65 lokalami Popeyes i 94 restauracjami Burger King. W tym samym roku otwarto 59 nowych restauracji, z czego 23 w Polsce, 16 w Czechach i 20 w Rumunii.
Na 2026 r. zaplanowano otwarcie ok. 70 nowych lokali, z czego pierwsze 12 zostało już uruchomionych w pierwszym kwartale roku. Strategia grupy zakłada także wprowadzanie nowych marek i formatów oraz działania konsolidacyjne na rynku.
W 2025 r. spółka zanotowała wzrost przychodów o 66 proc. rok do roku, osiągając 594,6 mln zł, a wynik EBITDA wyniósł 43,4 mln zł, co stanowi znaczącą poprawę w porównaniu do 6 tys. zł rok wcześniej.
"Te liczby potwierdzają wysoką jakość zarządzania grupą oraz skalowalność modelu biznesowego" — ocenia Henry McGovern, przewodniczący rady nadzorczej Rex Concepts i współzałożyciel McWin Capital Partners, który podkreśla, że debiut na GPW ma wzmocnić pozycję spółki na rynku i zapewnić finansowanie dalszego rozwoju. "Zespół, marka i skala to kluczowe elementy sukcesu, a Rex Concepts posiada wszystkie te atuty" — zaznacza McGovern.
W lutym 2026 r. ceny producentów (PPI) w przemyśle w strefie euro obniżyły się o 0,7 proc. w porównaniu ze styczniem. W całej Unii Europejskiej spadek był nieco mniejszy i wyniósł 0,6 proc. miesiąc do miesiąca. Był to kolejny sygnał osłabienia presji kosztowej w sektorze przemysłowym. W danych za marzec trudno będzie się jednak spodziewać tego samego, ze względu na wpływ wojny na Bliskim Wschodzie.
Jeszcze dotychczasowy trend ten widać w ujęciu rocznym. W porównaniu z lutym 2025 r. ceny producentów spadły o 3,0 proc. w strefie euro oraz o 2,8 proc. w całej UE. Dane te potwierdzają, że przedsiębiorstwa funkcjonowały w otoczeniu malejących kosztów produkcji.
Kluczową rolę w tym procesie odgrywał sektor energetyczny. To właśnie spadki cen energii w największym stopniu przyczyniły się do obniżenia ogólnego wskaźnika cen producentów. Po wyłączeniu energii zmiany cen w przemyśle były znacznie bardziej umiarkowane, co wskazywało na względną stabilizację w pozostałych segmentach gospodarki.
W strefie euro w lutym 2026 r., w porównaniu ze styczniem 2026 r., ceny producentów przemysłowych:
wzrosły o 0,3 proc. w przypadku dóbr pośrednich,
spadły o 2,4 proc. w przypadku energii,
wzrosły o 0,3 proc. w przypadku dóbr inwestycyjnych,
wzrosły o 0,2 proc. w przypadku dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku,
spadły o 0,2 proc. w przypadku dóbr konsumpcyjnych nietrwałego użytku.
Ceny w całym przemyśle z wyłączeniem energii wzrosły o 0,1 proc.
W Unii Europejskiej ceny producentów przemysłowych:
wzrosły o 0,3 proc. w przypadku dóbr pośrednich,
spadły o 1,8 proc. w przypadku energii,
wzrosły o 0,2 proc. w przypadku dóbr inwestycyjnych,
wzrosły o 0,3 proc. w przypadku dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku,
spadły o 0,2 proc. w przypadku dóbr konsumpcyjnych nietrwałego użytku.
Ceny w całym przemyśle z wyłączeniem energii wzrosły o 0,1 proc.
Największe miesięczne spadki cen producentów przemysłowych odnotowano w Hiszpanii (-3,1 proc.), Irlandii (-2,6 proc.) oraz Portugalii (-1,8 proc.). Najwyższe wzrosty zaobserwowano natomiast w Chorwacji (+3,8 proc.), Finlandii (+2,7 proc.) oraz na Litwie (+1,8 proc. ).
W Polsce w tym czasie ceny producentów urosły o 0,5 proc.
Hapag‑Lloyd poinformował, że w związku z eskalacją napięć na Bliskim Wschodzie, w tym wokół Iranu, jego dodatkowe koszty operacyjne sięgają 50–60 mln dolarów tygodniowo. Źródłem obciążeń są przede wszystkim dłuższe trasy żeglugowe, wyższe ceny paliwa oraz zwiększone wydatki na bezpieczeństwo.
Dalsza część artykułu znajduje się pod materiałem wideo
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Dziesiątki milionów dolarów dodatkowych kosztów. Morze Czerwone i cieśniny pod presją
Jak pisze Reuters,spółka, podobnie jak inni globalni armatorzy, zmuszona jest omijać newralgiczne obszary, co wydłuża czas transportu i obniża efektywność floty.
Kluczowym problemem pozostaje bezpieczeństwo żeglugi w regionach o strategicznym znaczeniu dla światowego handlu. Ataki i groźby wobec statków handlowych zmusiły wielu przewoźników do ograniczenia lub czasowego zawieszenia rejsów przez Morze Czerwone i okolice cieśnin prowadzących do Kanału Sueskiego.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Dla armatorów oznacza to konieczność kierowania statków wokół Afryki, co zwiększa zużycie paliwa, wydłuża dostawy i podnosi koszty obsługi ładunków.
Presja kosztowa wraca do globalnej gospodarki
Choć stawki frachtowe w ostatnich miesiącach pozostawały relatywnie stabilne, przedłużający się kryzys może ponownie uruchomić presję kosztową w globalnych łańcuchach dostaw. Wyższe koszty transportu z czasem przenoszone są na importerów, producentów, a ostatecznie na konsumentów.
Hapag‑Lloyd sygnalizuje, że sytuacja jest dynamiczna, a skala obciążeń będzie zależeć od dalszego rozwoju wydarzeń geopolitycznych oraz ewentualnej deeskalacji konfliktu.
Armatorzy między bezpieczeństwem a rentownością
Dla branży żeglugowej obecny kryzys to trudny test równowagi między bezpieczeństwem załóg i ładunków a utrzymaniem rentowności operacji. Po okresie rekordowych zysków z czasów pandemii sektor wszedł w fazę normalizacji, a dodatkowe koszty związane z napięciami geopolitycznymi znacząco komplikują ten proces, pisze Reuters.
— Chyba wszyscy się cieszymy, że mamy to zawieszenie broni. Rynki zareagowały pozytywnie — powiedział w środę w Polsat News minister finansów i gospodarki Andrzej Domański.
— Spadki, które widzimy na rynkach, znajdą przełożenie na ceny na stacjach paliw, ale to zajmie kilka dni — bo najpierw spada cena ropy, potem cena w hurcie, a potem ceny na stacjach paliw — wyjaśnił Domański.
Minister podkreślił, że oprócz spadków cen surowca, widoczne są także obniżki cen produktów gotowych, w tym oleju napędowego. Domański był pytany o przyszłość rządowego programu mającego na celu obniżkę cen paliw.
— Będziemy w ramach rządu rozmawiać o sytuacjach. Wiemy, że rozporządzenia obniżające VAT i akcyzę mają charakter czasowy i będziemy analizować sytuacje, czy należy wydłużać daty rozporządzeń — powiedział minister. Przepisy obniżające VAT na paliwo z 23 do ośmiu proc. obowiązują do 30 kwietnia br. Rozporządzenie obniżające akcyzę wygasa 15 kwietnia br.
Minister energii o spadkach cen paliw. "O kilkanaście groszy przynajmniej"
Przyjęty przez rząd pakiet "Ceny Paliwa Niżej" (CPN) ma charakter tymczasowy. W ramach pakietu wprowadzono również ceny maksymalne benzyny i oleju napędowego, które codziennie ogłasza Minister Energii.
Sam minister energii Miłosz Motyka był pytany o ceny paliw na antenie Radia ZET. On również zapowiedział spadek cen hurtowych paliw, a następnie także spadek cen na stacjach.
— Jeśli nie do końca tygodnia, to na początku przyszłego. W ciągu najbliższych dni. Jeśli nie dojdzie znów do eskalacji, to ceny w hurcie powinny spaść, ceny na stacjach także. O kilkanaście groszy przynajmniej — zapowiedział na antenie Radia ZET minister energii Miłosz Motyka.
Jak wylicza PAP Biznes, wskaźnik Stoxx 600 Europe wzrósł w środę nad ranem o 3,67 proc., a główne europejskie indeksy, takie jak niemiecki DAX (+4,85 proc.), francuski CAC 40 (+3,61 proc.) i brytyjski FTSE 100 (+2,50 proc.), również zanotowały solidne zwyżki.
Na rynku surowców ropa naftowa doznała gwałtownej przeceny. Baryłka WTI na nowojorskim NYMEX spadła o 14,79 proc., osiągając cenę 96,25 dol., a Brent notowana na ICE staniała o 13,43 proc., do poziomu 94,59 dol. Równocześnie ceny gazu w Europie odnotowały spadek o 18 proc., osiągając 43,70 euro za MWh.
Spadki cen surowców negatywnie wpłynęły na wycenę spółek energetycznych. Wskaźnik Stoxx Europe 600 Energy zanurkował o 4,1 proc., a akcje BP i Shella straciły odpowiednio 9,7 proc. i 8,9 proc., co jest ich największym spadkiem od sześciu lat.
Z kolei spółki technologiczne oraz branże związane z podróżami i hotelarstwem zanotowały imponujące wzrosty. Akcje ASML i STMicro wzrosły odpowiednio o 7 proc. i 8 proc., podczas gdy spółki z sektora lotniczego, takie jak easyJet (+13 proc.), Lufthansa (+12 proc.) i TUI (+11 proc.), odnotowały najwyższe wzrosty od kilku lat.
W sektorze hotelowym InterContinental Hotels Group zyskał 9,6 proc., osiągając najlepszy wynik od pięciu lat.
Waluty, złoto i bitcoin
Na rynku walutowym dolar amerykański osłabił się wobec jena i euro, tracąc 0,9 proc. do obu walut. Bitcoin zyskał 3,6 proc., osiągając cenę 71 796 dol. za token.
Złoto, tradycyjnie postrzegane jako bezpieczna przystań w czasach niepewności, wzrosło o 2,8 proc., osiągając wartość 4 839 dol. za uncję.
W ostatni weekend w systemie energetycznym ziścił się łatwy do przewidzenia scenariusz. Kiedy Polacy obchodzili święta wielkanocne, korzystając z zasłużonego odpoczynku, zapotrzebowanie na moc spadło do niskich poziomów, podczas gdy słoneczna i wietrzna pogoda doprowadziła do wysokiej produkcji ze źródeł fotowoltaicznych i wiatrowych. Na rynku doszło do nadpodaży, a ceny energii zaczęły spadać do ujemnych poziomów. Ponieważ na energię nie było zbytu, instalacje na polecenie były wyłączane.
Dalsza część artykułu znajduje się pod materiałem wideo:
— W ciągu czterech dni, od Wielkiego Piątku do Lanego Poniedziałku, PSE (Polskie Sieci Elektroenergetyczne — operator systemu przesyłowego, który trzyma pieczę nad całym Krajowym Systemem Elektroenergetycznym i pilnuje jego zbilansowania — tego, żeby podaż energii i popyt na nią w każdej sekundzie się ze sobą spotykały przyp. red.) zleciło redukcję 127 GWh energii z OZE, czyli niemal 9 proc. łącznego krajowego zużycia energii elektrycznej w tym okresie. Maksymalny wolumen redukcji wyniósł 5,4 GW w jednym kwadransie, z czego ok. 2,9 GW przypadło na źródła wiatrowe, a 2,5 GW na fotowoltaikę — mówi Kamil Moskwik, analityk Plentra Research.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Dodaje też, że redukcje obu rodzajów źródeł odnawialnych nałożyły się na siebie w momencie spadku zapotrzebowania w sobotę i niedzielę do 11-12 GW. — Ten splot okoliczności zepchnął ceny hurtowe energii elektrycznej do rekordowo ujemnych poziomów, niższy niż -700 zł/MWh — wyjaśnia.
Wyłączenia OZE. Eksport nie wystarczył
Energetyczny przebieg Wielkanocy w komentarzu dla Business Insidera objaśnia też Maciej Wapiński, rzecznik Polskich Sieci Elektroenergetycznych.
—W związku ze świętami i weekendem zapotrzebowanie na moc było bardzo niskie, w niedzielę w ciągu dnia osiągając poziom ok. 12-13 GW, czyli niższy niż w nocy w zwykłym tygodniu. Na to wszystko nałożyła się bardzo wysoka produkcja energii z wiatru i ze słońca. Podobnie wyglądała sytuacja za granicą, choć i tak w niedzielę osiągnęliśmy bardzo wysoki eksport bliski 5 GW. Dziś, w poniedziałek, jest na podobnym poziomie — tłumaczy Wapiński.
Wysoki udział źródeł pogodozależnych, sięgający kilkunastu GW, przełożył się na "ekstremalnie niskie", ujemne ceny energii.
— Na rynku dnia następnego ceny z dostawą w niedzielę na niedzielę osiągnęły rekord ceny ujemnej; ok. 900 zł za megawatogodzinę. — wyjaśnia rzecznik operatora. Handlowy eksport nadwyżek zagranicę nie wystarczył, tak samo jak polecenia zejścia do poziomu minimum technicznego w elektrowniach konwencjonalnych.
Wyłączenia OZE. "W skrajnym przypadku mogłoby dojść do blackoutu"
— Nie wystarczyło również ograniczanie produkcji w instalacjach przez samych właścicieli w reakcji na bardzo niskie ceny na rynku hurtowym. Redysponowanie było potrzebne, żeby zapewnić bezpieczeństwo systemowi. Jako operator musieliśmy zainterweniować. Nikt się z tego nie cieszy, bez tego jednak mogłoby dojść do awarii, a w skrajnym przypadku — do blackoutu — przekonuje nasz rozmówca.
Co do samego przebiegu redukcji, decyduje o nim krajowa dyspozycja mocy — znajdujące się w siedzibie PSE "centrum dowodzenia" polską energetyką.
— Dyspozytorzy monitorują sytuację i kiedy widzą, że nie ma już innego wyjścia, wydają takie polecenia operatorom systemów dystrybucyjnych (OSD). Ci z kolei przekazują polecenia dalej do właścicieli podłączonych do swoich sieci instalacji. W przypadku największych instalacji przyłączonych do sieci przesyłowej polecenia są wydawane bezpośrednio ich właścicielom — opowiada Wapiński.
Siedziba Polskich Sieci Elektroenergetycznych w Konstancinie-Jeziornej
|Adam Burakowski/East News / East News
Wyłączenia OZE. "Cały czas doskonalimy procedury"
Rzecznik zastrzega, że w przypadku najczęstszego redysponowania bilansowego (kiedy brakuje odbioru dla wyprodukowanej energii) PSE nie wskazują konkretnych źródeł, które mają zostać wyłączone.
— Są one podzielone na różne kategorie w zależności od parametrów technicznych. Polecenia redukcji są formułowane w taki sposób, by zapewnić oczekiwany efekt dla systemu — mówi.
— Zjawisko redysponowania występuje na większą skalę od 2023 roku, jest więc cały czas stosunkowo nowe. Cały czas doskonalimy nasze procedury. Spotykaliśmy się z zarzutami o nierówne traktowanie różnych wytwórców, udało nam się jednak wypracować rozwiązania, które znacznie usprawniły proces redysponowania. Dziś nie otrzymujemy już takich sygnałów — oświadcza Maciej Wapiński.
Wyłączenia OZE. "I tak jest lepiej niż było"
Krytyczny wobec skali przymusowych wyłączeń farm wiatrowych i słonecznych jest Grzegorz Wiśniewski, prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej (IEO). Mówi o marnowaniu taniej i czystej energii, która mogłaby się przydać w gospodarce, a zamiast tego "idzie w błoto".
— Dziś i tak jest już lepiej niż było. W te święta spodziewałem się jeszcze większej liczby wyłączanych instalacji, Polskie Sieci Elektroenergetyczne jednak uczą się coraz dokładniej prognozować zapotrzebowanie na energię i generację OZE, co pozwala uniknąć części nadmiernych wyłączeń. Jeszcze kilka lat temu zdarzały się prognozy zapotrzebowania na następny dzień przestrzelone nawet o 1-2 GW — opowiada ekspert.
Mimo tej diagnozy, Wiśniewski uważa, że — o ile nie zostaną wdrożone sposoby zagospodarowania nadwyżek prądu z OZE — sytuacja będzie się pogarszać.
— Tempo przyrostu nowych mocy jest wyższe od poprawy krótkoterminowych prognoz operatora i jednocześnie przybywa tzw. epizodów meteo. Źródła słoneczne się dziś kanibalizują, a kiedy pod koniec tego roku do systemu wejdą pierwsze moce z morskich farm wiatrowych, zacznie to dotyczyć też wiatraków na lądzie i rykoszetem uderzy w PV — przewiduje szef IEO. Jak stwierdza, system nie jest elastyczny i pogłębia powracające curtailmenty (przymusowe wyłączenia — przyp. red).
Na czym to polega? Według Grzegorza Wiśniewskiego problem tkwi m.in. w elastyczności Krajowego Systemu Elektroenergetycznego. Tzw. minima techniczne, czyli niemożliwe do dalszego zredukowania poziomy pracy tych źródeł, powodują, że w chwili wysokiej generacji tańszej i czystszej energii z OZE, elektrownie węglowenie mogą ustąpić im miejsca. Na dodatek, stwierdza specjalista, zarabiają przy tym niemałe kwoty.
— Elektrownie węglowe otrzymują wysokie wynagrodzenia w ramach kontraktów z rynku mocy. Ten instrument wymyślono, żeby zabezpieczyć dostawy energii na wypadek braku produkcji z OZE, węglówki zarabiają jednak także, gdy zielonego prądu jest dużo, ceny spadają poniżej zera, a instalacje słoneczne i wiatrowe są wyłączane — mówi nasz rozmówca i postuluje odejście od wynagradzania konwencjonalnych źródeł z rynku mocy w momentach ewidentnej nadwyżki produkcji w energetyce odnawialnej, której towarzyszą ujemne ceny energii; na wzór braku rekompensat dla OZE ograniczanych w tych okresach. Tę część ryzyka, dodaje, mogą zaplanować i wziąć na siebie elektrownie konwencjonalne.
Wspomina też o nadmiarowych zyskach na rynku energii, na którym elektrownie węglowe powinny zrobić miejsce dla OZE.
— Kiedy OZE są wyłączane, spada też cena profilu generacji OZE, ale rośnie cena profilu generacji konwencjonalnej w pozostałych godzinach z uwagi na brak konkurencji. Najwięksi sprzedawcy energii zintegrowani w grupach energetycznych z wytwórcami przenoszą zyski na rachunki, a prąd, zamiast tanieć, drożeje — mówi Wiśniewski.
Wyłączenia OZE. "Dla fotowoltaiki to zabójcze"
Redysponowanie nierynkowe, czyli przymusowe wyłączenia na polecenie operatora, występują wszędzie, gdzie działa sporo źródeł odnawialnych, sama branża twierdzi jednak, że PSE nie traktuje go jako ostateczności, ale używa coraz częściej. Prezes IEO porównuje sytuację w Polsce do państw z wyższym udziałem OZE.
—W Hiszpanii, gdzie pogodozależne OZE odpowiadają już za ponad 42 proc. miksu energetycznego, w 2025 r. wyłączono 2,7 proc. energii ze źródeł pogodozależnych. Przy nieco większych udziałach energii wiatru i słońca w Niemczech (43 proc.). w ubiegłym roku zmarnowano niemal proc. energii z OZE. U nas tymczasem redysponowaniem objęto 3,3 proc. energii z OZE, chociaż udział wiatraków i fotowoltaiki w całej produkcji energii wyniósł niecałe 26 proc.— argumentuje ekspert. Wskazuje przy tym, że farmy wiatrowe w Polsce straciły w zeszłym roku 1,7 proc. wyprodukowanej energii, a bardziej dotknięte redysponowaniem instalacje słoneczne — 5 proc.
—Po wyłączeniu z analizy prosumentów oraz innych podmiotów wytwarzających energię na własny użytek, dla niektórych farm PV straty generacji rosną nawet do 10-12 proc. strat, a czasami sięgają 20 proc. Przy ujemnych cenach na rynku PSE nie wypłaca też rekompensat za wyłączanie. Dla właścicieli zawodowej fotowoltaiki to zabójcze — mówi specjalista.
Jakie są rozwiązania? Oprócz często podpowiadanych w dyskusji magazynów energii — bardziej elastyczne jej zużycie. Grzegorz Wiśniewski mówi o taryfach dynamicznych na sprzedaż energii dla odbiorców, ale też o potrzebie zdynamizowania taryf dystrybucyjnych za przesył prądu.
— Również w tym obszarze stawki opłat powinny się różnić i podążać za rynkiem. Niższe opłaty nie tylko za samą energię, ale i dystrybucję, kiedy produkcji OZE jest z dużo, mogą skłonić gospodarstwa domowe i odbiorców przemysłowych do przesuwania zużycia, zmniejszając skalę marnotrawienia energii. Niektóre stawki za dystrybucję w momencie nadwyżek energii z OZE mogłyby spadać do zera — ocenia.
To jednak nie wszystko. Wiśniewski postuluje promowanie specjalnych umów PPA (na zakup energii) między producentami OZE, a ciepłowniami komunalnymi i przemysłem. Chodzi tu przede wszystkim o elektryfikację ciepłowni komunalnych i przemysłowych, które dzięki kotłom elektrodowym i magazynom ciepła mogłyby zagospodarowywać nadwyżki zielonego prądu i dalej "oddawać" je odbiorcom jako ciepło niskotemperaturowe (CO i CWU) oraz wysokotemperaturowe, np. w postaci pary technologicznej.
—Ciepłownie, elektrociepłownie, ale też zakłady przemysłowe, mogłyby zobowiązywać się do zwiększania poboru w momentach nadwyżek energii z OZE i za taką elastyczność powinny być promowane. Kupowałyby wtedy prąd od producentów energii z OZE wraz z kosztem jej dystrybucji po niższej cenie niż cena ciepła, a ci ostatni nie marnowaliby swojego produktu. Wygrane byłyby więc obie strony — ekspert opisuje pomysł, który Instytut Energetyki Odnawialnej przedstawiał też w resortach klimatu i energii oraz na komisjach sejmowych.
Umowy zakładałyby kary w przypadku zadeklarowanego zwiększonego odbioru energii w momentach nadprodukcji, co zabezpieczałoby wytwórców i chroniło stabilność pracy systemu. Z kolei PSE rozpoznawałoby producentów z takimi kontraktami w osobnym rejestrze, który zapewniałby wyłączenie z redysponowania.
Zakłady ciepłownicze miałyby zobowiązywać się do odbierania nadwyżek zielonej energii i zamieniać ją na energię cieplną
|Filip Naumienko/REPORTER / East News
— Musimy zmodyfikować też opłatę mocową dla ciepłownictwa i przemysłu (opłatę, która pokrywa funkcjonowanie rynku mocy — przyp. red.). Dziś jest naliczana w dni robocze od 7:00 do 21:59, czyli latem zasadniczo w godzinach nadprodukcji OZE (9:00-18:00), a sposób ustalania jej zniechęca zakłady przemysłowe i usługowe do tego, żeby zwiększać pobór energii w momentach wysokiej produkcji OZE, nawet w słoneczne południe — dodaje Wiśniewski.
Wyłączenia OZE. "To nie jest przypadek"
Wnioski z weekendu wysuwa też Kamil Moskwik. Jak mówi, redukcje OZE wskazują na brak elastyczności systemu, czyli np. deficyt magazynów, ale też na zbyt duży wzrost mocy w tych technologiach jak na możliwości infrastruktury systemowej. Mechanizmy rynkowe, które miałyby zbilansować system, okazują się niewystarczające, skoro operator tak często posuwa się do środka pomyślanego jako ostateczność. Ekspert zaznacza przy tym, że problem nie jest nowy.
—To nie jest przypadek ani świąteczna osobliwość. W całym 2025 r. nierynkowemu redysponowaniu poddano 1,4 TWh energii z OZE, ponad dwukrotnie więcej niż rok wcześniej, a ograniczenia pojawiają się już w co trzeciej godzinie każdego miesiąca — diagnozuje.
Podobnie jak Grzegorz Wiśniewski, Moskwik zauważa, że presja na redysponowanie będzie rosnąć kiedy w systemie pojawią się morskie farmy wiatrowe. Proponowane recepty także dotyczą rozwoju magazynów energii i ciepła czy popularyzacji taryf dynamicznych. Istnieją też pomysły na wykorzystanie "klęski urodzaju" do jeszcze innych celów.
—W dłuższym horyzoncie rozwiązaniem może być np. produkcja zielonego wodoru lub biometanu, pozwalająca przekształcać chwilowe nadwyżki energii elektrycznej w zasoby tych paliw, pozyskiwanych w sposób lokalny i dający możliwość obniżenia zależności od importu i czynników geopolitycznych — podpowiada.
Zmiana adresu zamieszkania lub numeru konta bankowego to obowiązek, o którym wielu emerytów i rencistów zapomina. ZUS przypomina seniorom, że brak poinformowania urzędu na czas może zablokować wypłaty.
Z pozoru niewinna czynność może spowodować inne, daleko idące konsekwencje. Nieaktualne dane mogą prowadzić do poważnych problemów, w tym nawet do kradzieży tożsamości.
Kiedy ZUS może wstrzymać emeryturę? Wyjaśniamy zasady
Jak przypomina ZUS, nieaktualny adres lub numer konta w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych oznacza, że pieniądze wrócą do Zakładu, a korespondencja może trafić w niepowołane ręce. To nie tylko opóźnienie wypłaty, ale też ryzyko naruszenia danych osobowych i potencjalnych strat finansowych.
ZUS podkreśla, że każda zmiana powinna być zgłoszona najpóźniej na 12 dni roboczych przed terminem wypłaty świadczenia. Jeśli nie zgłosi się zmiany adresu, ZUS uzna doręczenie korespondencji na stary adres za skuteczne.
Adresat odpowiada wówczas za wszelkie skutki prawne, nawet jeśli nie odebrał pisma. Podobnie jest z kontem bankowym — jeśli nieaktualny rachunek zostanie zamknięty, pieniądze wrócą do ZUS, a wypłata się opóźni.
Jak dokonać zmiany danych w ZUS? Nie trzeba nawet wychodzić z domu
"Każdą zmianę adresu i numeru rachunku bankowego nasz klient powinien zgłosić najpóźniej na 12 dni roboczych przed terminem, w którym wypłacamy mu co miesiąc jego pieniądze. Jeśli ktoś zrobi to zbyt późno lub w ogóle o tym zapomni, wypłacona przez nas emerytura lub renta wróci z powrotem do nas" — wyjaśnia Iwona Kowalska-Matis, rzeczniczka ZUS na Dolnym Śląsku.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Zmiany danych — zarówno tych związanych z adresem zamieszkania lub do korespondencji, jak również numerem konta do wypłat — można dokonać samodzielnie przez konto na PUE ZUS lub w każdej placówce Zakładu. Warto pamiętać o tym obowiązku, by uniknąć niepotrzebnych problemów i opóźnień w wypłacie świadczeń.
Kiedy jeszcze ZUS zawiesza emeryturę? Oto główne zasady
Poza niedopełnieniem obowiązku poinformowania o zmianie danych, jest wiele sytuacji, w których ZUS może wstrzymać lub zawiesić wypłatę emerytury. Serwis Prawo.pl wskazuje główne powody:
przekroczenie limitów zarobków (dotyczy wcześniejszej emerytury) — ZUS zawiesi wypłatę, jeśli dodatkowy przychód przekracza 130 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Od marca 2026 r. jest to kwota powyżej 11 tys. 957,20 zł brutto;
przekroczenie wysokości dodatkowych zarobków — jeśli senior uzyskuje zarobki w wysokości powyżej 70 proc. (6438,50 zł od marca 2026 r.), ale nie przekraczające 130 proc. (11 tys. 957,20 zł) przeciętnego wynagrodzenia, wówczas ZUS zmniejszy emeryturę;
brak rozwiązania stosunku pracy — starając się o rozpoczęcie wypłat emerytury należy rozwiązać umowę o pracę z dotychczasowym pracodawcą. Kontynuacja pracy u tego samego pracodawcy, kiedy świadczenie zostało już przyznane, skutkuje zawieszeniem emerytury.
Równocześnie ZUS przypomina, że nie zawiesi ani nie obniży emerytury, kiedy osoba ma prawo do emerytury i ukończyła powszechny wiek emerytalny (60 lat kobieta i 65 lat mężczyzna) oraz jest uprawniona do innego świadczenia (np. renty rodzinnej), które pobiera jako świadczenie korzystniejsze. Wówczas renta przysługuje w pełnej wysokości, niezależnie od tego, jak wysokie są zarobki.
Dynamiczny wzrost cen LPG zaskoczył nawet analityków, którzy jeszcze niedawno przewidywali, że po świętach cena autogazu nie powinna przekroczyć 3,79 zł za litr.
Jednakże sytuacja na rynku paliw uległa gwałtownym zmianom. Paweł Bielski, prezes Polskiej Izby Gazu Płynnego, podkreśla, że tempo wzrostu cen LPG jest bezprecedensowe.
— Jeszcze pod koniec lutego cena była o 1,19 zł niższa. Od wybuchu konfliktu na Bliskim Wschodzie ceny rosły dzień po dniu, a zakończenie wojny nie przyniosło ulgi na rynku LPG — wskazuje Bielski, którego słowa przytacza PAP Biznes.
Eksperci podkreślają, że 4 zł za litr LPG to nie tylko rekordowa cena, ale także bariera psychologiczna dla milionów użytkowników tego paliwa w Polsce. Jak zauważa Adrian Sinkowski, dyrektor Polskiej Izby Gazu Płynnego, rosnące ceny mogą wpłynąć na opłacalność instalacji LPG w samochodach.
— Jeśli różnica między cenami LPG a benzyny będzie maleć, czas zwrotu inwestycji w instalację LPG znacząco się wydłuży, co może zniechęcić kierowców do korzystania z tego paliwa — wyjaśnia Sinkowski dla PAP Biznes.
Rynek LPG w Polsce
|Stworzone przy użyciu AI / Copilot
Ceny LPG w Polsce. Rynek na rozdrożu
Polska, jak przypomina PAP Biznes, jest największym rynkiem autogazu w Unii Europejskiej, a samochody zasilane LPG stanowią od 11,7 proc. do 13,4 proc. wszystkich pojazdów w kraju.
Największe udziały w rynku odnotowano w województwach lubelskim (16,2 proc.) i łódzkim (15,9 proc.). Z LPG korzysta około 3 mln kierowców, głównie osoby mniej zamożne oraz mikroprzedsiębiorcy, tacy jak taksówkarze czy rolnicy.
Jednak rynek autogazu w Polsce nieustannie zmaga się z wyzwaniami. Konflikt w Zatoce Perskiej doprowadził do wzrostu cen LPG o 1/3 w ciągu zaledwie miesiąca. Jak wskazuje Polska Izba Gazu Płynnego, głównym problemem jest nie tylko wzrost cen, ale także ograniczona dostępność produktu.
— Od wybuchu wojny w Zatoce Perskiej rynek azjatycki zmaga się z ogromnym deficytem LPG, co sprawia, że transporty z USA częściej trafiają do Azji niż do Europy — tłumaczy Izba.
Sytuację na polskim rynku LPG dodatkowo komplikuje unijne embargo na gaz płynny z Rosji, które weszło w życie w grudniu 2024 roku. Przed jego wprowadzeniem aż 40 proc. importu LPG pochodziło z Rosji. Obecnie Polska sprowadza gaz głównie z krajów zachodnich, takich jak USA, Wielka Brytania czy Norwegia, a także z regionu Morza Czarnego.
Jak wynika z ustaleń, do prokuratury trafiły zawiadomienia dotyczące działalności giełdy kryptowalut Zondacrypto. Impulsem do podjęcia działań przez śledczych miały być zgłoszenia klientów, którzy informowali o problemach z dostępem do środków oraz realizacją operacji finansowych.
Dalsza część artykułu znajduje się pod materiałem wideo
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Prokuratura bada sygnały z rynku w sprawie Zondacrypto
Postępowanie znajduje się na wczesnym etapie i dotyczy weryfikacji, czy w działaniach giełdy mogło dojść do naruszenia przepisów prawa, w tym potencjalnego narażenia użytkowników na straty finansowe. Na obecnym etapie nikomu nie postawiono zarzutów.
Spór o wypłaty i komunikację
W tle zainteresowania organów ścigania pojawiają się relacje klientów, którzy sygnalizowali opóźnienia w realizacji wypłat oraz trudności w kontakcie z obsługą platformy. To właśnie te problemy miały skłonić część użytkowników do złożenia zawiadomień.
Z perspektywy rynku kluczowe znaczenie ma nie tylko sama skala potencjalnych nieprawidłowości, ale również sposób komunikacji z klientami. W sektorze krypto, opartym w dużej mierze na zaufaniu i płynności, nawet krótkotrwałe zakłócenia mogą wywoływać efekt domina.
Stanowisko Zondacrypto. „Działamy zgodnie z prawem”
Zondacrypto odpiera zarzuty, podkreślając, że prowadzi działalność zgodnie z obowiązującymi przepisami, a ewentualne opóźnienia mają charakter techniczny lub operacyjny, a nie systemowy. Spółka deklaruje współpracę z organami państwa oraz gotowość do wyjaśnienia wszelkich wątpliwości.
Jednocześnie przedstawiciele giełdy zwracają uwagę, że rynek kryptowalut jest szczególnie wrażliwy na dezinformację, a publiczne spekulacje mogą pogłębiać niepokój wśród inwestorów.
O potencjalnym złożu poinformowała państwowa spółka KazMunayGaz, podkreślając, że budowa geologiczna odkrycia przypomina pole naftowe Kaszagan — jednego z największych i najbardziej wymagających technologicznie złóż na świecie.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo:
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Nowo odkryta struktura, określana jako karbonatytowy masyw, wzbudziła duże zainteresowanie w branży energetycznej. Podczas wstępnych prac poszukiwawczych uzyskano przypływ gazu pod wysokim ciśnieniem, co potwierdza obecność węglowodorów. Eksperci jednak zaznaczają, że projekt znajduje się na bardzo wczesnym etapie.
Aby potwierdzić wielkość zasobów nadających się do wydobycia, konieczne będą dalsze odwierty i szczegółowe analizy.
— Struktura geologiczna tego złoża jest bardzo podobna do Kaszaganu, co daje nadzieję na ogromne zasoby, ale jednocześnie stawia przed nami wyzwania technologiczne — podkreślają przedstawiciele KazMunayGaz.
Wyzwania technologiczne i koszty
Porównania do Kaszaganu, złoża zawierającego gigantyczne rezerwy ropy i gazu, mają swoje uzasadnienie, ale także budzą obawy. Eksploatacja Kaszaganu trwała wiele lat i wiązała się z licznymi trudnościami technicznymi, takimi jak wysokie ciśnienie czy obecność toksycznych związków siarki. Produkcja na tym polu rozpoczęła się z opóźnieniem, a koszty projektu znacząco przekroczyły pierwotne założenia.
Kazachstan od lat współpracuje przy eksploatacji Kaszaganu z międzynarodowymi koncernami paliwowymi. Relacje te jednak nie zawsze przebiegały bezproblemowo. Władze kraju prowadziły spory prawne z partnerami zagranicznymi dotyczące m.in. podziału zysków i kosztów projektu, co wymagało rozstrzygnięć na drodze arbitrażu międzynarodowego.
O tym, jak trudny jest kazachski rynek wydobycia ropy naftowej, przekonały się także polskie firmy oraz polscy inwestorzy. Wystarczy przypomnieć historię spółki Petrolinvest, która w pierwszej dekadzie XXI wieku próbowała rozwijać projekty poszukiwawcze w tym kraju.
Należąca do Ryszarda Krauzego, jednego z najbogatszych Polaków, firma uzyskała licencje na kilka obszarów naftowo-gazowych, wiążąc z nimi duże nadzieje eksploracyjne, jednak działalność w trudnych warunkach geologicznych i regulacyjnych okazała się znacznie bardziej wymagająca, niż zakładano. Całe przedsięwzięcie ostatecznie zakończyło się niepowodzeniem.
Kazachstan na surowcowej mapie świata
Kazachstan już teraz zajmuje ważne miejsce na globalnej mapie energetycznej. Kraj posiada około 30 mld baryłek potwierdzonych rezerw ropy naftowej, co stanowi 1,7 proc. światowych zasobów. Stawia to Kazachstan w drugiej dziesiątce największych posiadaczy ropy.
Oprócz tego państwo dysponuje znacznymi zasobami gazu ziemnego i jest największym na świecie producentem uranu. Wydobywa również węgiel, miedź i cynk.
Eksperci wskazują jednak, że od momentu odkrycia nowego złoża do rozpoczęcia jego eksploatacji może minąć nawet kilkanaście lat. Według analiz Global Energy Monitor, średni czas potrzebny na uruchomienie wydobycia w przypadku takich projektów wynosi obecnie około 15 lat.
Jeśli wstępne szacunki dotyczące nowego złoża się potwierdzą, Kazachstan może umocnić swoją pozycję jako jednego z kluczowych producentów surowców energetycznych w Azji Centralnej. Jednak droga do pełnego wykorzystania potencjału nowej struktury geologicznej będzie długa i pełna wyzwań.
Mimo niepewności związanej z konfliktem na Bliskim Wschodzie, popyt na nowe mieszkania nie słabnie. Lepsza dostępność kredytów sprawiła, że kupujący wrócili na rynek z większą determinacją. Deweloperzy jednak reagują ostrożniej, co widać po spadającej liczbie mieszkań w ofercie i rosnącym udziale droższych lokali.
W siedmiu największych polskich metropoliach — Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Łodzi, Poznaniu oraz miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii — deweloperzy sprzedali w pierwszym kwartale 2026 r. około 14,8 tys. mieszkań. To wzrost o 17 proc. względem poprzedniego kwartału i o 19 proc. r/r.
Wyraźne ożywienie sprzedaży widać niemal w całym kraju. Największy wzrost odnotowano w Warszawie, gdzie deweloperzy sprzedali 4,9 tys. mieszkań — o 32 proc. więcej niż rok wcześniej. Dwucyfrowe wzrosty pojawiły się także we Wrocławiu (+25 proc.), Łodzi (+24 proc.), Krakowie (+21 proc.) i Trójmieście (+10 proc.). Wyjątkiem pozostaje Poznań, gdzie rynek wykazuje oznaki stagnacji, choć dane marcowe sugerują odbudowę popytu.
Wzrost sprzedaży zbiegł się z ograniczeniem podaży. W pierwszym kwartale 2026 r. deweloperzy wprowadzili na rynek około 11,8 tys. mieszkań — o 8 proc. mniej niż kwartał wcześniej i aż o 25 proc. mniej niż rok temu. Największe spadki podaży odnotowano w Łodzi (–55 proc. r/r), Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (–48 proc.) oraz w Poznaniu (–39 proc.).
Jak zauważa Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl, jeszcze w 2024 i przez większą część 2025 roku to podaż przewyższała popyt, co dawało kupującym komfort wyboru i negocjacji. Teraz jednak sytuacja się odwraca.
Kurcząca się oferta i rosnące ceny
Pod koniec marca 2026 r. w Warszawie dostępnych było ok. 16,8 tys. mieszkań — o 4 proc. mniej niż na koniec 2025 r. Spadki zanotowano także w Łodzi (–5 proc.), Wrocławiu (–2 proc.), Poznaniu i Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (po –1 proc.). Wyjątkiem jest Kraków, gdzie oferta wzrosła o 7 proc., oraz Trójmiasto, gdzie odnotowano niewielki, 1-proc. wzrost.
Zmniejszająca się oferta przekłada się na wzrost średnich cen. W Warszawie średnia cena metra kwadratowego nowych mieszkań wzrosła o 7 proc., osiągając 19,6 tys. zł za mkw. To efekt wprowadzenia na rynek kilku dużych, drogich inwestycji. Jeśli ten trend się utrzyma, średnia cena może przekroczyć 20 tys. zł za mkw. jeszcze w tym półroczu — prognozuje Marek Wielgo.
Podobne tendencje widać w Krakowie (17,1 tys. zł za mkw., +2 proc.) i Poznaniu (14,2 tys. zł za mkw., +2 proc.). Wzrosty odnotowano także we Wrocławiu (15,3 tys. zł za mkw., +1 proc.) i Trójmieście (17,7 tys. zł za mkw., +1 proc.). Stabilizacja cenowa utrzymuje się w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii oraz w Łodzi.
Najtańszych mieszkań coraz mniej
Najbardziej kurczy się segment najtańszych mieszkań — w Warszawie ich liczba spadła w pierwszym kwartale o 16 proc., w Trójmieście o 14 proc., a w Poznaniu o 12 proc. Wyjątkiem są Kraków i Łódź, gdzie liczba najtańszych ofert wzrosła.
Rynek sprzedającego? Warszawa już, reszta jeszcze nie
Zdaniem Jana Dziekońskiego, głównego ekonomisty portalu RynekPierwotny.pl, w Warszawie można już mówić o rynku sprzedającego. W pozostałych metropoliach oferta mieszkań pozostaje na tyle duża, że kupujący wciąż mają przewagę negocjacyjną, o czym świadczy liczba ofert promocyjnych i rabatów.
Ekspert zwraca jednak uwagę na ryzyka związane z rosnącym oprocentowaniem kredytów. Wzrost stóp procentowych mógłby skutecznie ostudzić zapał kupujących i wpłynąć na dalszy rozwój rynku.