Beat the Champions - recenzja. W przerwach między mundialem a mundialem
W skrócie
Gra Beat the Champions, mimo argentyńskiej licencji i obecności znanych piłkarzy, charakteryzuje się prostą, szybko nudzącą rozgrywką oraz niedopracowanym interfejsem.
Zabawa koncentruje się na zręcznościowej rywalizacji, gdzie dominują szybkie sprinty, brutalne zagrania i uproszczony system umiejętności specjalnych.
Tytuł najlepiej sprawdza się w rozgrywce kanapowej ze znajomymi, ale dla fanów dłuższej i taktycznej zabawy nie stanowi satysfakcjonującej propozycji.
Spis treści:
Argentyna przodem
Sędzia może iść do domu
Magia gaśnie po kilku meczach
Kreskówkowa otoczka i tryb kanapowy
Beat the Champions - werdykt
Beat the Champions - dla kogo jest ta gra?
Beat the Champions - dla kogo nie jest ta gra?
Gry sportowe zdominowali najwięksi wydawcy (obecnie w zasadzie tylko jeden - Electronic Arts ze swoim EA Sports FC), więc mniejsze studia rzadko próbują z nimi walczyć. Twórcy z Purple Tree i Whiteboard Games poszli inną drogą, zamieniając realizm na zręcznościową zabawę w stylu retro. Beat the Champions wjeżdża na PlayStation 5 z obietnicą prostej kopaniny, w której taktyka ustępuje miejsca potężnym uderzeniom. Na okładce prężą się Leo Messi i Diego Maradona, więc apetyt przed przystąpieniem do zabawy miałem poważnie rozbudzony. Niestety, licencje i znane twarze to zaledwie ładne opakowanie dla płytkiej i nużącej rozgrywki.
Argentyna przodem
Beat the Champions chwali się współpracą z AFA, czyli argentyńską federacją piłkarską. Dzięki temu na boisko wybiegamy prawdziwymi zawodnikami z tego kraju, w oficjalnych strojach i ze znanymi twarzami. Reszta świata musi zadowolić się zmyślonymi nazwiskami. Polski, niestety, brak (buuu).
Brak pełnej licencji na wszystkie reprezentacje nie razi aż tak bardzo w grze zręcznościowej. Gorzej wypada czytelność interfejsu. Kiedy przed meczem wybieramy drużynę, ekran nie wyświetla żadnych statystyk piłkarzy. Musimy więc uczyć się możliwości wybranego zespołu metodą prób i błędów. Zawodnicy różnią się szybkością sprintu albo siłą uderzenia, ale odkrywamy te detale dopiero po pierwszym gwizdku. Sytuacji nie poprawia dobór barw, bo stroje fikcyjnych reprezentacji często zlewają się ze sobą na ekranie.

Beat the Championsmateriały prasowe
Sędzia może iść do domu
Na murawie od pierwszych sekund panuje chaos. Zapomnijcie o misternym budowaniu akcji na połowie przeciwnika, precyzyjnych dośrodkowaniach w pole karne czy szukaniu luki w obronie. Tutaj liczy się wyłącznie szaleńczy sprint.
Przeciwników zatrzymujemy brutalnymi wślizgami od tyłu oraz agresywną grą barkiem. Arbiter zazwyczaj milczy, chyba że wykosimy napastnika we własnym polu karnym - wtedy przypomina sobie, że ma gwizdek. Ten brak kar za łamanie zasad początkowo bawi i przypomina czasy osiedlowych turniejów na 8-bitowych konsolach.

Beat the Championsmateriały prasowe
Magia gaśnie po kilku meczach
Twórcy dodali prosty system umiejętności specjalnych, które ładują się w trakcie spotkania. Odpalamy widowiskowy drybling albo potężny strzał rodem z japońskich animacji sportowych, wykonując krótki quick time event. Trafienie w odpowiedni przycisk na padzie aktywuje przerywnik i zazwyczaj kończy się golem.
Tyle że te efekty szybko powszednieją. Kiedy opanujemy podstawowe sztuczki, Beat the Champions traci impet. Rozgrywka staje się monotonna, a mecze na niższych poziomach trudności wygrywamy na autopilocie - wystarczy powtarzać w kółko ten sam schemat ataku. Ale podniesienie poziomu trudności w opcjach też nie poprawia sytuacji. Zamiast satysfakcjonującego wyzwania, dostajemy po prostu serię frustrujących porażek.

Beat the Championsmateriały prasowe
Kreskówkowa otoczka i tryb kanapowy
Graficznie Beat the Champions broni się nieźle (lepiej niż nasza reprezentacja w ostatnich meczach, he, he…). Kreskówkowa stylistyka pasuje do przerysowanego charakteru zabawy, boiska są zróżnicowane, a efekty wizualne nie zasłaniają akcji. Klasyczne tryby turniejowe oraz wirtualne mistrzostwa świata dają pretekst do rozegrania kilkunastu spotkań z rzędu.
Najwięcej radości daje jednak kanapowa kooperacja. Wspólne wbijanie goli ze znajomym na jednym ekranie maskuje największe niedostatki mechaniki. Jeśli jednak planujecie grać solo, to nawet biorąc pod uwagę stosunkowo niską cenę - 85 złotych - Beat the Champions nie ma wystarczająco dużo argumentów, abym mógł z czystym sumieniem wam go polecić.

Beat the Championsmateriały prasowe
Beat the Champions - werdykt
Twórcy z Purple Tree i Whiteboard Games przygotowali sensowny grunt pod zręcznościową piłkę nożną. Niestety brak wystarczająco złożonej mechaniki, powtarzalność akcji i słaby balans poziomu trudności sprawiają, że entuzjazm zaczyna opadać już po kilku rozegranych pucharach. Beat the Champions to co najwyżej niezobowiązująca rozgrzewka przed większymi premierami, o której zapomnimy zaraz po wyłączeniu konsoli. Poleciłbym fanom piłki nożnej, gdyby kosztowała o połowę mniej.
Beat the Champions - dla kogo jest ta gra?
Głównie dla fanów lokalnego grania ze znajomymi, którzy szukają prostej alternatywy dla EA Sports FC 26. Tryb kanapowy, absurdalne faule oraz widowiskowe strzały z połowy boiska dają najwięcej frajdy.

Beat the Championsmateriały prasowe
Beat the Champions - dla kogo nie jest ta gra?
Dla graczy oczekujących satysfakcjonującej na dłuższy czas rozgrywki, taktycznych niuansów czy licencjonowanych drużyn. Jeśli lubicie misternie konstruować akcje i zarządzać kondycją zespołu, tutaj zanudzicie się na śmierć.
Beat the Champions
Zalety
- przez godzinę-dwie daje sporo frajdy
- brak kar za wślizgi
- przyjemny tryb kanapowy
- kreskówkowa oprawa wizualna
Wady
- po godzinie-dwóch wkrada się nuda
- brak statystyk zawodników
- mylące kolory koszulek
- tylko jedna prawdziwa kadra
- brak polskiej reprezentacji
Ocena redakcji50/100
Dying Light: The Beast - Restored Land - trailermateriały prasowe






































