Widok czytania

Ziobro zakpił z policji. Telefon na żywo w programie

Były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro na antenie Telewizji Republika postanowił zakpić z wydania za nim listu gończego i zadzwonił pod numer, jaki się w nim znalazł. „Widzicie państwo i o to właśnie chodzi, że teraz w całej Polsce dzwonią w sprawie Ziobry poszukiwanego listem gończym” – mówił polityk.

  • Bądź na bieżąco! Informacje z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Wczoraj prokurator wydał postanowienie o poszukiwaniu podejrzanego, byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, listem gończym w związku z nieprawidłowościami w Funduszu Sprawiedliwości. Tak, jak dzieje się to w każdym takim przypadku, wizerunek Ziobry został opublikowany na policyjnych stronach. W ogłoszeniach dotyczących poszukiwanej osoby policja zawsze publikuje też numer, na który należy zadzwonić jeśli wie się, gdzie dana osoba przebywa. Tak też jest w przypadku listu gończego za politykiem PiS.

Były minister sprawiedliwości skomentował działania prokuratury w Telewizji Republika. To jest ta rzeczywistość Żurkowo-Tuskowego wymiaru sprawiedliwości. Tak naprawdę to jest komedia. Polskie przepisy mówią jasno, że list gończy ma zastosowanie wyłącznie na terenie Polski - mówił. Podkreślał, że druga przesłanka do wydania listu istnieje, jeśli miejsce przebywania danej osoby nie jest znane. Wszyscy w Polsce wiedzą, że nie przebywam na terytorium Polski, a więc ta przesłanka odpada. A tym bardziej moje miejsce pobytu jest znane. Przebywam w Budapeszcie lub w Brukseli. Oba adresy mojego pobytu są znane i znajdują się w aktach prokuratury i sądu - mówił.

Ziobro w czasie programu postanowił zadzwonić na numer Komendy Stołecznej Policji wskazany w liście gończym. Nikt jednak nie odebrał, pojawił się komunikat głosowy, że numer jest zajęty (w liście podkreślono, że na ten numer należy dzwonić w godzinach 8:00-16:00 w tygodniu, a w innym przedziale czasowym na 112).

Dzwonią w sprawie Ziobry. Widzicie państwo i o to właśnie chodzi, że teraz w całej Polsce dzwonią w sprawie Ziobry poszukiwanego listem gończym. Problem polega na tym, że prawo mówi... ta prawniczka, która jest w studiu kompromituje się, bo gdyby znała prawo to by wiedziała, że list gończy ma zastosowanie tylko na terenie Polski - mówił były minister sprawiedliwości i dodawał, że w jego sprawie powinien być wydany Europejski Nakaz Aresztowania.

Prokuratura zarzuca byłemu szefowi resortu sprawiedliwości z czasów rządów PiS m.in., że kierował zorganizowaną grupą przestępczą oraz wykorzystywał swoje stanowisko do działań o charakterze przestępczym. Ziobro miał popełnić 26 przestępstw, m.in. wydawać swoim podwładnym polecenia łamania prawa, by zapewnić wybranym podmiotom dotacje z Funduszu Sprawiedliwości, ingerować w przygotowanie ofert konkursowych i dopuszczać do przyznawania środków nieuprawnionym podmiotom.

Prokuratura zarzuca też Ziobrze, że zdecydował o nielegalnym przekazaniu z Funduszu Sprawiedliwości 25 mln zł CBA na zakup inwigilującego oprogramowania Pegasus oraz 14 mln zł na remont Prokuratury Krajowej, mimo braku podstaw prawnych.

Obecnie Ziobro - według jego obrońców - jest objęty ochroną międzynarodową przez władze Węgier, które uznały, że grożą mu prześladowania polityczne.

  •  

Polska w centrum uwagi świata? Minister twierdzi, że nasz kraj to "hot topic"

Dzisiaj, 7 lutego (09:48)

"Z całą pewnością udział Polski w Davos był wielkim sukcesem. Polska jest absolutnie takim 'hot topic' (z ang. gorącym tematem - przyp. RMF FM) dla świata" - powiedział minister aktywów państwowych Wojciech Balczun. Jego zdaniem zagraniczne media poświęcają Polsce sporo uwagi.

  • Najnowsze informacje z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Szef MAP uczestniczył w tegorocznej 56. edycji Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, która odbyła się w dniach 19-23 stycznia. Minister brał udział m.in. w panelu dyskusyjnym "Beyond Recovery: Shaping Ukraine’s Future through Polish-Ukrainian Cooperation" oraz odbył bilateralne spotkania, na których poruszano tematy bezpieczeństwa oraz rozwoju technologicznego.

Podkreślił, że przed i po Davos zagraniczne media poświęcały Polsce wiele uwagi. W jego ocenie zauważana jest również pozycja Polski jako jednej z 20 największych gospodarek świata.

Z każdej strony płynęły bardzo pozytywne opinie, recenzje i reakcje na temat tego, co osiąga i co będzie osiągała w najbliższym czasie Polska - powiedział PAP. Podkreślił, że Polska ma aspiracje i jest 20. gospodarką świata.

Polska po raz pierwszy została zaproszona na szczyt grupy G20, który odbędzie się w grudniu w Miami.

Balczun stwierdził, że obecność Polski w Davos była zauważalna m.in. dzięki Polish Hub, w ramach którego odbywały się panele, dyskusje i spotkania bilateralne. Zwrócił uwagę także na aktywność spółek Skarbu Państwa, w tym PKO BP i Orlenu.

Dodał, że w Davos poruszano m.in. tematy inwestycji w Polsce, rozwoju sztucznej inteligencji, centrów danych oraz projektów z sektorów strategicznych, w tym energetycznego i finansowego.

Polskę w Davos reprezentowali, oprócz szefa MAP, m.in. prezydent Karol Nawrocki, wicepremier i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski oraz minister finansów i gospodarki Andrzej Domański.

  •  

Sikorski o deklaracjach ambasadora Toma Rose'a. Sprawa wymaga wyjaśnienia

Wczoraj, 6 lutego (23:49)

W piątek wieczorem podczas spotkania z polskimi mediami w Polskim Muzeum w Ameryce w Chicago, wicepremier i szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski nie krył zaniepokojenia ostatnimi wypowiedziami ambasadora USA Toma Rose’a. Słowa amerykańskiego dyplomaty, które padły w kontekście marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego, wywołały w Warszawie niemałe poruszenie. “Będę chciał wiedzieć na ile to było stanowisko władz amerykańskich” – mówił Sikorski.

  • Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

Radosław Sikorski, pytany przez dziennikarzy o stanowisko polskiego rządu wobec deklaracji ambasadora, nie pozostawił wątpliwości, że sprawa wymaga wyjaśnienia na najwyższym szczeblu. Ja nie zamierzam się odnosić do tego, będąc w Stanach Zjednoczonych, rozważę to po powrocie do kraju. Natomiast, będę chciał wiedzieć na ile to było stanowisko władz amerykańskich, a na ile osobiste pana ambasadora i czy tu była jakaś koordynacja z naszą opozycją - podkreślił wicepremier.

Do tej pory Departament Stanu USA nie zajął oficjalnego stanowiska w sprawie wypowiedzi Rose’a, a pytania o to, czy zapowiadane przez ambasadora zerwanie kontaktów z marszałkiem Sejmu jest oficjalną polityką Białego Domu, pozostają bez odpowiedzi.

Sikorski, zapytany o możliwą koordynację działań ambasadora z polską opozycją, nie chciał wchodzić w szczegóły. Wskazał jednak, że w przeszłości sojusznicy unikali ingerencji w wewnętrzne procesy polityczne swoich partnerów. Rzeczywiście w przeszłości tak bywało, że wśród sojuszników nie ingerowaliśmy w procesy rywalizacji partyjnej w swoich krajach nawzajem i mnie się to bardziej podobało - zaznaczył.

Wicepremier nie odpowiedział także jednoznacznie na pytanie, czy decyzja marszałka Sejmu o odmowie poparcia wniosku o Nagrodę Nobla dla Donalda Trumpa była konsultowana z rządem. Ograniczył się do stwierdzenia, że "jest zawsze do dyspozycji najwyższych władz państwowych, a więc i prezydenta i drugiej osoby w państwie, jaką jest marszałek".

Podczas briefingu w Chicago Sikorski odniósł się również do piątkowego spotkania europosła i wiceprezesa PiS Patryka Jakiego z Anną Pauliną Luną, amerykańską kongresmenką znaną z prorosyjskich sympatii. Minister porównał to spotkanie do wcześniejszych kontaktów Antoniego Macierewicza z byłym kongresmenem Daną Rohrabacherem, niegdyś określanym jako "człowiek Putina" w Kongresie. Tradycja zobowiązuje (...) Wydaje mi się, że to się samo komentuje - skwitował Sikorski.

W ostatnich dniach media obiegła informacja o symulacji wojennej opisywanej przez "Wall Street Journal", według której Rosja już w przyszłym roku mogłaby zająć państwa bałtyckie, wykorzystując do tego zaledwie 15 tysięcy żołnierzy. Sikorski jednak uspokaja: Rosyjskie zdolności okazały się w wyniku agresji na Ukrainę znacznie słabsze, niż my sądziliśmy i niż Putin sądził, ale ich intencje okazały się jeszcze gorsze niż wielu na Zachodzie sądziło. Myślę, że dopóki Ukraina dzielnie się broni, Rosja nie ma zdolności ofensywnych.

Minister dodał, że Rosja znajduje się obecnie w znacznie gorszej sytuacji strategicznej niż przed wojną w Ukrainie i stopniowo traci sojuszników, czego przykładem jest ostatni zwrot w polityce Wenezueli. Zaznaczył jednak, że prowadzenie tego typu symulacji jest potrzebne i pozwala lepiej przygotować się na ewentualne zagrożenia.

  •  

​Jak brzmiała polska odpowiedź ws. Pokojowego Nobla dla Donalda Trumpa

  • ​Jak brzmiała polska odpowiedź ws. Pokojowego Nobla dla Donalda Trumpa

    Wczoraj, 6 lutego (18:58)

    Poważne zaburzenie stosunków polsko-amerykańskich ma swoje źródło jedynie w osobistym oświadczeniu marszałka Sejmu do propozycji wsparcia przyznania Pokojowej Nagrody Nobla prezydentowi USA. Jak ustalił dziennikarz RMF FM, korespondencja w tej sprawie była jednak prowadzona przez urzędników parlamentów, nie polityków. Treść przytaczanej poniżej polskiej odpowiedzi jest znacznie bardziej dyplomatyczna niż późniejsze interpretacje.

    Odpowiedź na propozycję wsparcia starań o przyznanie Pokojowego Nobla prezydentowi Trumpowi otwiera przekazane w imieniu Włodzimierza Czarzastego "uznanie dla wszelkich działań podejmowanych na rzecz ograniczania konfliktów zbrojnych oraz ratowania życia ludzkiego. Wysiłki na rzecz deeskalacji napięć międzynarodowych i poszukiwania trwałych rozwiązań pokojowych niewątpliwie zasługują na uwagę społeczności międzynarodowej" - czytamy.

    Odpowiedź na samą propozycję przewodniczących Izby Reprezentantów i Knesetu ujęta została w kolejnym akapicie: "Jednakże po wnikliwej analizie przedstawionej inicjatywy oraz towarzyszącej jej argumentacji Marszałek Sejmu podjął decyzję o nieudzieleniu poparcia dla wskazanej nominacji" - brzmi bezpośrednio jej poświęcony fragment odpowiedzi.

    I dalej: "Stanowisko to wynika z przekonania, że trwały pokój i bezpieczeństwo międzynarodowe powinny opierać się na poszanowaniu prawa międzynarodowego, polityce zasad, odpowiedzialności instytucjonalnej oraz wzmacnianiu wielostronnych struktur współpracy" - pisze w piśmie do urzędników Izby Reprezentantów i Knesetu ich polski odpowiednik.

    "Jednocześnie pragnę zaznaczyć, że Marszałek Sejmu wyraził gotowość rozważenia poparcia podobnej inicjatywy w przyszłości, jeżeli działania Prezydenta Donalda J. Trumpa doprowadzą do trwałego i sprawiedliwego pokoju w Ukrainie" - podkreślono w dalszej części odpowiedzi.

    Niekontrowersyjne wydaje się też podkreślenie jednej z podstaw polskiego stanowiska wobec najbliższego naszemu krajowi konfliktu zbrojnego: "Przez sprawiedliwy pokój należy rozumieć jednoznaczne uznanie odpowiedzialności stron konfliktu - rozróżnienie między agresorem a ofiarą, co w przypadku tragicznej wojny toczącej się w Europie pozostaje kwestią fundamentalną".

    Powyższy tekst zawiera obszerne fragmenty pisma, jakie wyszło z Sejmu w poniedziałek. Według naszej wiedzy autorami pism w tej sprawie nie byli kierujący parlamentami politycy. Oficjalna korespondencja mailowa w sprawie poparcia dla przyznania Donaldowi Trumpowi Pokojowej Nagrody Nobla prowadzona była na poziomie urzędników średniego lub nieco wyższego szczebla.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

  •  

Jarosław Kaczyński interweniuje. "Padło kilka niepotrzebnych słów"

"Spory między frakcjami w PiS, które wybuchły z błahego powodu, powinny się skończyć" - tak w wywiadzie dla Kanału Tak! na Youtubie mówił prezes tej partii Jarosław Kaczyński. "Mam nadzieję, że skończą się szybko" - dodał.

  • Prezes PiS Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla Kanału Tak! na YouTube zaapelował o zakończenie sporów między frakcjami w partii.
  • Kaczyński wyraził nadzieję, że konflikty szybko się skończą, bo dotyczą spraw personalnych, które nie są najważniejsze.
  • Od kilku tygodni media informują o napięciach między frakcjami Mateusza Morawieckiego a Zbigniewa Ziobry.
  • Najnowsze informacje, także ze świata polityki, na rmf24.pl.

Od kilku tygodni w mediach pojawiają się informacje o napiętych relacjach między frakcją byłego premiera Mateusza Morawieckiego a byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Morawiecki w wywiadzie dla Gazety.pl powiedział, że - jeśli byłby premierem - to "nie planuje", by Ziobro został ministrem sprawiedliwości. Media wskazywały też, że były premier nie znalazł się m.in. w zespole ds. opracowania programu PiS. To - jak podawano - miało osłabić jego pozycję w partii. Z kolei w zeszłym tygodniu był minister aktywów państwowych Jacek Sasin, ocenił, że Morawiecki nie będzie kandydatem PiS na premiera, ponieważ "reprezentuje w partii bardziej centrowy nurt".

Ponadto podczas piątkowego posiedzenia Prezydium Komitetu Politycznego PiS w sprawie napięć w partii nie pojawił się Morawiecki.

W poniedziałek w wywiadzie na Kanale Tak! na Youtube Kaczyński pytany, jak nazwałby opisywane w mediach w ostatnim czasie konflikty między frakcjami w PiS, ocenił, że jest to spór, ale nie on zagraża partii.

Kaczyński podkreślił, że spory między frakcjami toczą się ws. interesów personalnych. Mimo to - jego zdaniem - te interesy "powinny być nie na drugim, tylko na szóstym miejscu, bo są nieporównanie ważniejsze sprawy". Takie spory, jakie w tej chwili z błahego powodu zaczęły się toczyć, wybuchły, powinny się jak najszybciej skończyć i mam nadzieję, że się szybko skończą - dodał.

Kaczyński poinformował, że rozmawiał w poniedziałek z Morawieckim i "umówiliśmy się w pewnych sprawach". Efekty (tej rozmowy - przyp. RMF FM) będzie można oceniać po nieco dłuższym czasie, ale sama rozmowa nie była najgorsza - podsumował.

Szef PiS pytany o poniedziałkowy wpis na platformie X byłego prezesa TVP Jacka Kurskiego, który skrytykował deklaracje Morawieckiego w wywiadzie dla portalu gazeta.pl, ocenił, że - w świetle jego rozmowy z byłym premierem - wpis Kurskiego jest "wydarzeniem niefortunnym".

(Między politykami PiS - przyp. RMF FM) padło kilka niepotrzebnych słów w różnych miejscach, różne zapowiedzi, kto kim będzie. Inni protestowali i w związku z tym doszło do sporu. Był jeden wywiad, który się niektórym nie spodobał, bywał nadinterpretowany. Były nieobecności, które mogły być, mogły nie być, ale ja bym wolał, żeby jednak te osoby były obecne. Sądzę, że najbliższe dni to wszystko załatwią, wyprostują, chociaż pewne napięcie oczywiście będzie trwało - stwierdził lider PiS.

W kontekście przedwczesnego - w ocenie Kaczyńskiego - rozdzielania funkcji, w przyszłym teoretycznym rządzie prawicy, prezes powiedział, że w PiS różnią się głosy ws. wyboru premiera. W partii jest z jednej strony grupa, która by chciała na premiera człowieka naprawdę niezwykle sprawnego, niezwykle zdolnego - wiadomo, o kim w tej chwili mówię - i są tacy, którzy uważają, że tych sprawnych i zdolnych (polityków - przyp. RMF FM) jest więcej - skonkludował.

Kaczyński dodał, że część członków PiS "oczekuje człowieka wyraźnie młodszego, który by jednocześnie budował układ w niezmiernie ważnych dzisiaj relacjach z prezydentem, który by umacniał jedność, która jest dzisiaj potrzebna na prawicy". Niewątpliwie budowniczym tej jedności może być prezydent Karol Nawrocki - zaznaczył.

Kaczyńskiego zapytano również, czy bierze pod uwagę stworzenie paktu senackiego po prawej stronie sceny politycznej. Jak odparł, takie rozmowy się nie toczą, ale takie rozwiązanie bierze pod uwagę. Uważam, że to dobre i racjonalne rozwiązanie, tylko, że racjonalni muszą być wszyscy - zaznaczył.

Podkreślił, że w ewentualnym pakcie senackim PiS chce, by pod uwagę zostały wzięte proporcje sił między partiami. Jak zaznaczył, PiS chce także, by zostały zachowane "pewne elementy rozsądku" opierające się na tym, że "polskie życie publiczne musi się toczyć w pewnych ramach, które mają charakter międzynarodowy". Negacjonizm w stosunku do Holocaustu jest już poza tymi ramami. Jeżeli ktoś tego rodzaju wypowiedzi prezentuje publicznie, to oznacza, że może być tutaj rzeczywiście bardzo poważny kłopot - dodał.

Na początku września do PE został skierowany wniosek w związku z zamiarem postawienia europosłowi Grzegorzowi Braunowi zarzutu publicznego zaprzeczania zbrodniom popełnionym w byłym niemieckim, nazistowskim obozie KL Auschwitz-Birkenau.

  •  

Macron: Idziemy zjednoczeni na rzecz trwałego pokoju

Dzisiaj, 16 grudnia (06:22)

​Prezydent Francji Emmanuel Macron zamieścił w mediach społecznościowych komentarz, w którym odniósł się do efektów prowadzonych rozmów na Berlinie o przyszłości konfliktu w Ukrainie. "Idziemy naprzód zjednoczeni na rzecz solidnego i trwałego pokoju w Ukrainie" - napisał w serwisie X. Francuski przywódca zaapelował także o to, by "Ukraina pozostała suwerenna, a Europa bezpieczna".

  • W poniedziałek w Berlinie zakończyła się kolejna runda rozmów pokojowych dotyczących wojny w Ukrainie. 
  • Kanclerz Niemiec Friedrich Merz, gospodarz szczytu, podkreślił w mediach społecznościowych, że po raz pierwszy od początku konfliktu pojawiła się realna szansa na zawieszenie broni. 
  • Prezydent Francji Emmanuel Macron podkreślił, że Europa musi pozostać bezpieczna, a Ukraina - suwerenna. 
  • Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow stwierdził, że kluczową kwestią w rozmowach pozostaje nieprzystępowanie Ukrainy do NATO. 
  • Po więcej aktualnych informacji ze świata zapraszamy na stronę główną RMF24.pl

Kanclerz Niemiec Friedrich Merz, który był gospodarzem szczytu w Berlinie, poświęconego rozmowom pokojowym, napisał w serwisie X po zakończeniu ich poniedziałkowej rundy, że po raz pierwszy od początku wojny widać na horyzoncie szanse na rozejm w Ukrainie. 

"Po raz pierwszy, odkąd zaczęła się wojna, można sobie wyobrazić zawieszenie broni. Chcemy razem iść tą drogą ku pokojowi, z Ukraińcami, naszymi europejskimi sąsiadami i USA" - głosi wpis kanclerza.

Wcześniej Merz oznajmił, że rokowania w Berlinie dają "realną szansę na proces pokojowy", a zawieszenie broni przed świętami Bożego Narodzenia "zależy już tylko od Rosji". Szef niemieckiego rządu wyjaśnił na konferencji prasowej, że podczas rozmów w Berlinie skupiano się głównie na gwarancjach bezpieczeństwa dla Ukrainy, skutecznym mechanizmie egzekwowania zawieszenia broni oraz sprawach terytorialnych.

Z kolei prezydent Francji zamieścił komentarz, w którym podkreślił, że "Europa powinna pozostać bezpieczna, a Ukraina suwerenna". Do wpisu, zamieszczonego w serwisie X prezydent Francji zamieścił zdjęcie przywódców, uczestniczących w berlińskim szczycie. 

"Wraz z Europejczykami, Ukraińcami i Amerykanami wzmacniamy naszą zgodność: wsparcie militarne, solidne gwarancje bezpieczeństwa, odbudowę" - napisał francuski prezydent w komentarzu w poniedziałek późnym wieczorem.

"Teraz to Rosja powinna poczynić wybór na rzecz pokoju" - dodał. 

O prowadzonych rozmowach pokojowych wypowiedział się także rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow, który stwierdził, że nieprzystępowanie Ukrainy do NATO jest fundamentalną kwestią w rozmowach dotyczących ewentualnego porozumienia pokojowego i stanowi przedmiot specjalnych dyskusji. Oczywiście kwestia ta jest jednym z kamieni węgielnych i oczywiście podlega specjalnym dyskusjom - powiedział Pieskow dziennikarzom.

Jak dodał, Rosja oczekuje, że Stany Zjednoczone przekażą jej najnowsze informacje po rozmowach, które przedstawiciele administracji amerykańskiej w poniedziałek prowadzili w Berlinie z przywódcami europejskimi i prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. 

Zapytany o to, czy jest szansa na to, że negocjacje zakończą się przed Bożym Narodzeniem, Pieskow określił próbę przewidzenia potencjalnego terminu zawarcia porozumienia pokojowego jako "niewdzięczne zadanie". 

Reuters przypomniał natomiast, że przywódca Rosji Władimir Putin wielokrotnie domagał się, aby Ukraina oficjalnie zrezygnowała z ambicji przystąpienia do NATO i wycofała wojska z około 10 proc. terytorium Donbasu, które nadal kontroluje. Moskwa domaga się również, by Ukraina została krajem neutralnym, a na jej terytorium nie stacjonowały żadne wojska NATO.

W Berlinie odbyło się w poniedziałek wieczorem spotkanie europejskich polityków najwyższego szczebla z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. W szczycie uczestniczył także premier RP Donald Tusk. Z przywódcami połączył się telefonicznie prezydent USA Donald Trump. Spotkanie odbyło się po dwóch dniach negocjacji w Berlinie między delegacjami ukraińską i amerykańską, z udziałem wysłanników Trumpa: Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera.

  •  

Media: W tym tygodniu do Polski przyjedzie szef NATO

  • Dzisiaj, 16 grudnia (05:45)

    ​Sekretarz generalny NATO Mark Rutte odwiedzi w czwartek Polskę, gdzie spotka się z szefem resortu obrony narodowej Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem i sojuszniczymi żołnierzami - poinformowała PAP, powołując się na źródła zbliżone do Ministerstwa Obrony Narodowej. Tego samego dnia ogłoszona ma zostać pełna gotowość polskich baterii Patriot.

    Informację o planowanej wizycie Ruttego jako pierwszy podał Polsat News. 

    Jak wynika z informacji PAP, Rutte ma się spotkać z Kosiniakiem-Kamyszem i odwiedzić żołnierzy NATO stacjonujących w Bemowie Piskim (Warmińsko-Mazurskie). W skład stacjonującej tam Batalionowej Grupy Bojowej NATO wchodzą żołnierze ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Rumunii i Chorwacji. Na co dzień współdziałają oni z 15. Giżycką Brygadą Zmechanizowaną.

    Także w czwartek ma zostać ogłoszona pełna gotowość bojowa dwóch bojowych systemów obrony powietrznej Patriot, które na co dzień są wykorzystywane przez żołnierzy z 3. Warszawskiej Brygady Rakietowej Obrony Powietrznej operującej na terenie całego kraju. Jedna z baterii rozmieszczona jest w mazowieckim Sochaczewie.

    Zbliżone do MON źródło zastrzegł jednak, że program wizyty sekretarza generalnego nie jest jeszcze w pełni znany.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

  •  

Polacy ocenili władzę. Jak wypadł prezydent, a jak Sejm i Senat?

  • Wczoraj, 15 grudnia (18:24)

    W grudniowym sondażu CBOS większość Polaków pozytywnie oceniła działalność prezydenta Karola Nawrockiego. Zdecydowanie gorzej wypadły parlamentarne instytucje - Sejm i Senat. Wyniki badania pokazują, że nastroje społeczne wobec najważniejszych organów państwa pozostają stabilne.

    Z najnowszego badania CBOS wynika, że 51 proc. respondentów dobrze ocenia działalność prezydenta Karola Nawrockiego. To wzrost o 1 punkt procentowy w porównaniu z listopadem.

    Negatywnie o pracy głowy państwa wypowiedziało się 34 proc. ankietowanych (również wzrost o 1 punkt procentowy), a 15 proc. nie miało zdania w tej sprawie (spadek o 2 punkty procentowe).

    Znacznie gorzej wypadły oceny parlamentu. Pracę Sejmu pozytywnie oceniło 34 proc. badanych, co oznacza spadek o 2 punkty procentowe względem poprzedniego miesiąca. Negatywnie o izbie niższej wypowiedziało się 51 proc. respondentów (wzrost o 1 punkt procentowy), a 15 proc. nie potrafiło zająć stanowiska.

    W przypadku Senatu 36 proc. ankietowanych wyraziło pozytywną opinię (spadek o 2 punkty procentowe), a 37 proc. oceniło jego działalność negatywnie - bez zmian w stosunku do listopada. Brak zdania zadeklarowało 27 proc. badanych (wzrost o 2 punkty procentowe).

    Autorzy badania podkreślają, że grudniowe wyniki nie przynoszą istotnych zmian w postrzeganiu najważniejszych instytucji politycznych. Odnotowane różnice mieszczą się w granicach błędu statystycznego, co świadczy o utrzymującej się stabilności opinii publicznej.

    Badanie zrealizowano w dniach od 27 listopada do 8 grudnia br. na próbie liczącej 948 osób (w tym: 62 proc. metodą CAPI, 24,8 proc. - CATI i 13,2 proc. - CAWI).

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

  •  

​"GW" ujawniła dane o zdrowiu Cenckiewicza. Jest decyzja prokuratury

Wczoraj, 15 grudnia (17:23)

Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła z urzędu czynności sprawdzające w sprawie ujawnienia danych o zdrowiu szefa BBN Sławomira Cenckiewicza. Chodzi o opublikowany w poniedziałek w "Gazecie Wyborczej" artykuł dotyczący leków, które miał przyjmować Cenckiewicz. Według "GW" niewpisanie do ankiety bezpieczeństwa przyjmowania tych leków stało się przyczyną cofnięcia Cenckiewiczowi przez SKW poświadczenia bezpieczeństwa i dostępu do informacji niejawnych. Sam Cenckiewicz zapowiada działania prawne wobec autora artykułu i kierownictwa SKW.

  • Warszawska prokuratura wszczęła czynności sprawdzające w sprawie ujawnienia danych medycznych Sławomira Cenckiewicza.
  • Cenckiewicz zapowiada działania prawne wobec autora artykułu i kierownictwa SKW.
  • Poseł PiS Mariusz Błaszczak zapowiedział zawiadomienie do prokuratury i wniosek o nadzwyczajne posiedzenie sejmowej Komisji Służb Specjalnych.
  • Naczelna Izba Lekarska zaapelowała o natychmiastowe wyjaśnienie sprawy i zachowanie ostrożności w publikowaniu danych medycznych, które są szczególnie wrażliwe.
  • "GW" podała, że Cenckiewicz zataił konsultacje u lekarza specjalisty i zażywanie dwóch leków działających na ośrodkowy układ nerwowy. Dziennik nie podał ich nazw, podkreślając, że fakt leczenia psychiatrycznego nie jest powodem do wstydu. Problemem jest jednak - jak podkreśliła gazeta - zatajanie tego faktu przy staraniu się o dostęp do informacji niejawnych.
  • Więcej aktualnych informacji znajdziesz na stronie RMF24.pl.

W związku z tym artykułem (w "GW" - przyp. red.) warszawska prokuratura okręgowa z urzędu wszczęła czynności sprawdzające w kierunku ewentualnego popełnienia przestępstwa z art. 107 ust. 2, tj. nielegalnego przetwarzania danych osobowych i ewentualnie innych przestępstw - przekazał PAP rzecznik Prokuratury Okręgowej prok. Piotr Antoni Skiba.

Sam Sławomir Cenckiewicz zapowiada działania prawne wobec autora artykułu i kierownictwa Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Sławomir Cenckiewicz napisał na platformie X, że w opublikowanym w poniedziałek przez "GW" tekście Wojciecha Czuchnowskiego oprócz "wielu błędów, przeinaczeń i kłamstw" wykorzystano informacje wrażliwe pochodzące z niejawnych akt postępowania sprawdzającego i kontrolnego Służby Kontrwywiadu Wojskowego na temat złożonej przez szefa BBN w 2021 r. ankiety bezpieczeństwa na temat m.in. jego zdrowia, leczenia i zażywanych leków.

W związku z tym zapowiedział, że podejmie przewidziane prawem działania w celu pociągnięcia do odpowiedzialności cywilnej i karnej autora tekstu zatytułowanego "Wiemy, co brał i zataił Cenckiewicz" za naruszenie jego dóbr osobistych.

Szef BBN napisał, że - jego zdaniem - nie ma znaczenia, że autor tekstu nie podał nazw dwóch przepisanych mu leków. Ocenił, że ich identyfikacja - dzięki przywołanej specyfikacji, cytatom i opisowi - nie sprawia jakichkolwiek trudności. Cenckiewicz podkreślił, że w ubiegły piątek Czuchnowski wysłał na publiczną skrzynkę BBN oraz na jego prywatny numer telefonu pytania, w których otwarcie posługiwał się nazwami obu specyfików.

Przekazał, że podobne kroki prawne zamierza podjąć w stosunku do kierownictwa SKW, gdyż informacje wykorzystane w artykule pochodzą zarówno z ankiety bezpieczeństwa i wywiadów przeprowadzonych z nim przez oficerów SKW w związku z postępowaniem sprawdzającym z 2021 r., jak i z akt postępowania kontrolnego prowadzonego od kwietnia do lipca 2024 r. przez Zarząd V SKW.

Jeszcze przed publikacją wpisu szefa BBN Wojciech Czuchnowski odniósł się obszernie na X do podnoszonych przez KPRP i polityków PiS zarzutów dotyczących artykułu. Napisał m.in., że to nie "GW" wywołała publiczną dyskusję o leczeniu Cenckiewicza i o tym, jakie brał leki. "Zachęcał do tego sam Cenckiewicz" - podkreślił. Według dziennikarza szef BBN nie miał pretensji do innej publikacji prasowej, w której podano m.in. informacje o: konsultacji psychiatrycznej z 2020 r.; 8 miesięcznym leczeniu farmakologicznym; 5 receptach na leki działające na ośrodkowy układ nerwowy oraz ocenie tych leków przez sąd jako nieistotnych z punktu widzenia Ankiety Bezpieczeństwa.

Wcześniej poseł PiS Mariusz Błaszczak zapowiedział złożenie zawiadomienia do prokuratury dotyczące szefa SKW Jarosława Stróżyka.

"Ujawnienie lub spreparowanie informacji pochodzących z ankiety bezpieczeństwa osobowego prof. Cenckiewicza to podważenie zaufania do państwa i naruszenie elementarnych zasad funkcjonowania służb specjalnych; to także przestępstwo przekroczenia uprawnień" - napisał Błaszczak na X.

W poniedziałek po południu Błaszczak poinformował, że klub parlamentarny PiS składa wniosek o nadzwyczajne posiedzenie sejmowej Komisji Służb Specjalnych "ws. wycieku danych medycznych i ataku na prof. Cenckiewicza".

"Domagamy się, aby minister (koordynator służb specjalnych Tomasz) Siemoniak i Jarosław Stróżyk wytłumaczyli się ze swoich działań. W ciągu dwóch lat doszło do obniżenia skuteczności działań służb specjalnych i utraty do nich zaufania" - napisał na platformie X szef klubu PiS.

Minister koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak zapowiedział w poniedziałek postępowanie wyjaśniające, czy dane dotyczące leków szefa BBN Sławomira Cenckiewicza wyciekły ze służb specjalnych.

Nie ma zgody na wycieki ze służb w każdej sprawie, kogokolwiek to dotyczy - zapewnił.

Z kolei Naczelna Izba Lekarska podkreśliła w poniedziałek, że "informacje o przyjmowanych przez pacjenta lekach są daną szczególnie wrażliwą i ich publiczne ujawnienie nigdy nie powinno mieć miejsca". Izba zwróciła się do organów państwa "o natychmiastowe wszczęcie postępowania wyjaśniającego w sprawie wycieku tych danych, z niezwłocznym ujawnieniem opinii publicznej źródła tego wycieku".

NIL zaapelowała do przedstawicieli mediów o "szczególną ostrożność w przekazywaniu tego typu treści, gdyż mogą one nie tylko naruszyć fundamentalne prawa pacjenta, ale doprowadzić do spadku zaufania pacjentów do całego procesu leczenia i bezpieczeństwa ich danych medycznych, a także stygmatyzacji osób chorych".

O zatajeniu informacji w ankiecie bezpieczeństwa przez Sławomira Cenckiewicza Onet informował już rok temu. W poniedziałek "GW" podała, że chodzi o konsultacje u lekarza specjalisty i zażywanie dwóch leków działających na ośrodkowy układ nerwowy. "Wyborcza" nie podała ich nazw, podkreślając, że fakt leczenia psychiatrycznego nie jest powodem do wstydu. Problemem jest jednak - jak podkreśliła gazeta - zatajanie tego faktu przy staraniu się o dostęp do informacji niejawnych, co stanowiło naruszenie procedur.

W artykule "GW" przytoczono odpowiedź - w imieniu Cenckiewicza - radcy prawnego Alicji Kurek, za czasów rządów PiS dyrektor Biura Prawnego SKW. Kurek stwierdziła, że treść przedstawionych przez dziennikarza "GW" pytań i zawartych w nich sugestii wskazują, że pozyskane przez niego informacje są niekompletne. Poinformowała, że Cenckiewicz nie wyraża zgody na publikowanie i rozpowszechnianie informacji dotyczących jego prywatnej sfery życia, w tym kwestii zdrowotnych, pod rygorem pociągnięcia do odpowiedzialności cywilnej i karnej.

W październiku "Rzeczpospolita" napisała, że kwestie zdrowotne Cenckiewicza uruchomiły machinę sprawdzania go przez służby. Sąd jednak ocenił, że obecny szef BBN niczego nie zataił, bo żaden z przepisanych mu leków nie był "substancją psychotropową".

31 lipca 2024 r. Służba Kontrwywiadu Wojskowego odebrała Cenckiewiczowi poświadczenie bezpieczeństwa, które jest wymagane przy dostępie do dokumentów niejawnych. Po skardze Cenckiewicza sprawa trafiła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który 17 czerwca br. tę decyzję uchylił. 5 sierpnia kancelaria premiera wniosła do Naczelnego Sądu Administracyjnego skargi kasacyjne od wyroku WSA. 

  •  

Prezydent Nawrocki podpisał ustawę, choć "nie była idealna"

Wczoraj, 15 grudnia (17:12)

Aktualizacja: Wczoraj, 15 grudnia (17:46)

Prezydent Karol Nawrocki podpisał nowelizację ustawy górniczej, która wprowadza szerokie osłony dla odchodzących z pracy pracowników przedsiębiorstw górniczych. Nowe przepisy obejmą nie tylko górników, ale także pracowników administracji i zakładów specjalistycznych działających w branży.

  • Prezydent Karol Nawrocki podpisał nowelizację ustawy, która wprowadza osłony dla pracowników odchodzących z firm górniczych.
  • Pracownicy będą mogli korzystać z urlopów górniczych z 80 proc. wynagrodzenia oraz jednorazowych odpraw do 170 tys. zł netto, zwolnionych z podatku. 
  • Ustawa rozszerza ochronę na wszystkich pracowników firm górniczych, w tym administrację i wyspecjalizowane jednostki, a nie tylko na załogę kopalń. 
  • Nowe przepisy mają wejść w życie od 1 stycznia 2026 roku.
  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl

Nowelizacja ustawy przewiduje m.in. osłony dla pracowników odchodzących z przedsiębiorstw górniczych. Zgodnie z nowymi przepisami, uprawnieni będą mogli skorzystać z urlopów górniczych oraz urlopów dla części innych pracowników, z zachowaniem 80 proc. wynagrodzenia obliczanego jak za urlop wypoczynkowy, bez obowiązku wykonywania pracy. Przewidziano także jednorazowe odprawy w wysokości 170 tys. zł netto, zwolnione z podatku.

Odprawy i urlopy osłonowe będą przysługiwać nie tylko pracownikom Polskiej Grupy Górniczej, Południowego Koncernu Węglowego i Węglokoksu Kraj, ale także Jastrzębskiej Spółki Węglowej oraz - w przyszłości - Bogdanki. Nowelizacja rozszerza zakres ochrony na wszystkich pracowników przedsiębiorstw górniczych, a nie tylko na osoby zatrudnione bezpośrednio w zakładach górniczych, jak przewidywała pierwotna wersja projektu.

Minister w kancelarii prezydenta Karol Rabenda podkreślił, że ustawa nie jest idealna, a po rozmowach ze stroną społeczną prezydent Karol Nawrocki zapowiedział inicjatywę dalszych zmian. "Nie można doprowadzić do sytuacji, gdzie pracownicy jednej branży będą różnie traktowani w Polsce" - napisał Rabenda na portalu X.

Dzięki nowelizacji z osłon będą mogli skorzystać także pracownicy administracji oraz wyspecjalizowanych zakładów, takich jak jednostki remontowe czy inwestycyjne działające w obrębie spółek górniczych.

Nowe przepisy mają wejść w życie 1 stycznia 2026 roku. Termin jest istotny ze względu na procedury związane m.in. z rozpoczęciem z tą datą likwidacji kopalni Bobrek spółki Węglokoks Kraj, a także zaplanowane przez Polską Grupę Górniczą łączenie ruchów Bielszowice i Halemba kopalni Ruda.

W Ocenie Skutków Regulacji projektowanej nowelizacji oszacowano, że koszt likwidacji kopalń węgla kamiennego w ciągu najbliższych 10 lat wyniesie 11,275 mld zł. Wskazano, że spośród 44 tys. pracowników PGG, PKW i Węglokoksu Kraj z urlopu górniczego skorzysta 3,5 tys. osób, a z urlopu dla pracowników zakładów przeróbki mechanicznej węgla 240 osób.

W przypadku JSW oszacowano, że z urlopu górniczego skorzysta 3 tys. osób, a z urlopu dla pracowników zakładów przeróbki mechanicznej węgla 103 osoby, przy zatrudnieniu ponad 32 tys. osób na koniec 2024 roku. 

  •  

"Nie jest na rękę wszystkim". Szukają większości dla tej ustawy

Piątek, 12 grudnia (09:00)

​Na pierwszym posiedzeniu po Nowym Roku Sejm zajmie się ustawą antyalkoholową - dowiedział się dziennikarz RMF FM Kacper Wróblewski. Projekt ustawy w tej sprawie Lewica złożyła kilka miesięcy temu.

  • Sejm już 8 stycznia rozpocznie prace nad ustawą antyalkoholową - dowiedział się dziennikarz RMF FM.
  • Projekt ustawy został złożony przez Lewicę kilka miesięcy temu.
  • Najważniejsze propozycje to: całkowity zakaz reklamy i promocji wszystkich napojów alkoholowych, zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach paliw oraz zakaz sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych na terenie całego kraju.
  • Poprzednia wersja ustawy przygotowana przez resort zdrowia nie miała szans na wejście w życie z powodu sprzeciwów w rządzie.
  • Chcesz być na bieżąco? Odwiedź stronę główną RMF24.pl.

Przepisy, które zawiera projekt ustawy, to m.in. całkowity zakaz reklamy i promocji wszystkich napojów alkoholowych, zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach paliw oraz w godzinach nocnych na terenie całego kraju.

Jak powiedział RMF FM były wiceminister zdrowia, senator Wojciech Konieczny, który jest współautorem przepisów, podobna ustawa, nad którą kilka miesięcy temu pracował resort zdrowia, nie miała szans na wejście w życie.

Również w rządzie były pewne sprzeciwy. Ustawa nie mogła przejść przez pozaministerialne tryby, również rządowe. To, że ona nie jest na rękę wszystkim, to prawda - podkreślił Konieczny.

Także teraz Lewica musi znaleźć sejmową większość dla tego projektu. Jak dowiedział się dziennikarz RMF FM Kacper Wróblewski, część przepisów - np. zakaz promocji alkoholu - może wejść w życie.

Jak jednak powiedział nam senator Prawa i Sprawiedliwości Stanisław Karczewski, te przepisy trzeba przyjąć ponadpolitycznie.

Jestem również gorącym zwolennikiem tego, aby na stacjach benzynowych nie było w ogóle alkoholu. Będę na pewno popierał, nawet gdyby moi koledzy nie popierali, ale podejrzewam, że będziemy popierać - zaznaczył.   

Posiedzenie Sejmu, na którym mają rozpocząć się prace nad ustawą, rozpocznie się 8 stycznia.

  •  

Swiatłana Cichanouska zamieszka w Polsce? Zaskakujące doniesienia

Wczoraj, 10 grudnia (17:39)

Aktualizacja: Wczoraj, 10 grudnia (21:41)

​Według informacji Radia Swaboda, które powołuje się na swoje źródła, liderka białoruskiej opozycji i bezpośrednia rywalka dyktatora Alaksandra Łukaszenki w wyborach prezydenckich w 2020 roku, Swiatłana Cichanouska wraz z częścią swojego biura przeniesie się z Wilna do Warszawy. "Według naszej informacji data przenosin i to, kto z ekipy może pojechać za Cichanouską do Warszawy, są na razie otwarte" - napisało Radio Swaboda.

  • Biuro Swiatłany Cichanouskiej, liderki białoruskiej opozycji, wkrótce ma przenieść się z Wilna do Warszawy. 
  • Obecnie Cichanouska przebywa pod ochroną litewskich służb państwowych. Jej doradca, Dzianis Kuczynski, podkreśla, że zespół czeka na ostateczne decyzje dotyczące systemu ochrony na Litwie. 
  • Ochrona Cichanouskiej kosztuje litewski budżet około miliona euro rocznie. 
  • Liderka białoruskiej opozycji mieszka w Wilnie od sierpnia 2020 roku, po tym jak musiała opuścić Białoruś w wyniku sfałszowanych wyborów prezydenckich. 
  • Decyzja o ewentualnym przeniesieniu biura do Warszawy ma zapaść w najbliższym czasie.
  • Po więcej aktualnych informacji z kraju i ze świata zapraszamy na RMF24.pl.

Sprawa wydaje się przesądzona. Jedno ze źródeł radia zapewniło bowiem, że "decyzja o przenosinach do Warszawy została podjęta na 100 proc.". Wśród kilku opcji rozpatrywana jest jednak też taka, że część biura Cichanouskiej pozostanie w stolicy Litwy.

Doradca Cichanouskiej, Dzianis Kuczynski, powiedział Radiu Swaboda, że ekipa liderki opozycji ciągle czeka na "ostateczny system ochrony, jaki ma zostać zagwarantowany" Cichanouskiej na Litwie. W tej chwili Cichanouska jest pod opieką Litwy, państwowej służby ochrony. Dopiero gdy otrzymamy od Litwy ostateczną decyzję, przeanalizujemy propozycję i zdecydujemy, jak działać - oznajmił.

Kuczynski powiedział, że zespół "chciałby zostać i dalej pracować w Wilnie", ale "kilka miesięcy temu, gdy powstała obecna sytuacja, zaczęliśmy rozpatrywać różne warianty". Zespół przebywającej na uchodźstwie na Litwie Cichanouskiej poinformował na początku października, że został zmuszony do tymczasowego zamknięcia biura w Wilnie w związku ze zmniejszeniem poziomu ochrony liderki białoruskiej opozycji przez litewski rząd. 

Z kolei według informacji portalu LRT.lt obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa Cichanouskiej został przeniesiony z Państwowej Służby Ochrony na Biuro Policji Kryminalnej. Instytucja ta ma zapewniać Białorusince ochronę nie jako ważnemu politykowi, ale jako osobie, która może znaleźć się w realnym niebezpieczeństwie.

17 października Radio Swaboda podało, że władze litewskie tymczasowo przywróciły Cichanouskiej poprzedni poziom ochrony, dopóki nie zostanie ustalony nowy system zapewniania bezpieczeństwa.

Cichanouska mieszka w Wilnie od sierpnia 2020 roku. Wyjechała tam, po rzekomo wygranych przez Alaksandra Łukaszenkę wyborach prezydenckich na Białorusi, które większość krajów zachodnich uważa za sfałszowane. Wówczas litewski rząd przyznał białoruskiej opozycjonistce status oficjalnego przedstawiciela jej kraju.

Cichanouska otrzymała status gościa oficjalnego kategorii C - przyznawany zazwyczaj ambasadorom innych państw, szefom misji organizacji międzynarodowych akredytowanym na Litwie, członkom rządów innych krajów i Komisji Europejskiej oraz innym osobom w podobnej randze. Białorusinka nie posiada jednak statusu dyplomatycznego.

Według źródeł portalu LRT.lt ochrona Cichanouskiej i związane z nią wydatki kosztują Litwę około miliona euro rocznie. Szacuje się, że kwota ta obejmuje całodobową ochronę fizyczną na Litwie i za granicą, samochody służb bezpieczeństwa, utrzymanie rezydencji oraz korzystanie z terminali VIP na lotniskach.

Cichanouska w środę udzieliła wywiadu agencji Reutera. Białorusinka powiedziała w nim, że "Stany Zjednoczone powinny stosować w negocjacjach z białoruskim przywódcą Alaksandrem Łukaszenką nie tylko marchewkę, ale i kij". 

Nasze zadanie polega na tym, by prezydent (Donald) Trump miał marchewki - a właśnie ich używa - ale też kije na wypadek, jeśli reżim białoruski nie dotrzyma umowy. By można było jak najszybciej wprowadzić sankcje - oznajmiła.

Prezydent USA polecił swemu wysłannikowi na Białoruś Johnowi Coale’owi, by pracował nad uwolnieniem około 1300 więźniów, których Trump określił jako "zakładników". Ale od czasu zwolnienia we wrześniu 51 osób Centrum Praw Człowieka "Wiasna" uznało za więźniów politycznych na Białorusi kolejne 157 osób. Trzeba mieć świadomość, że dla Łukaszenki więźniowie polityczni są kartami przetargowymi. Chce ich sprzedać najdrożej, jak się da. A w tej chwili to działa jak drzwi obrotowe: niektóre osoby są zwalniane, ale dwa razy więcej się zatrzymuje. Musimy całkowicie powstrzymać represje - powiedziała Cichanouska.

Podkreśliła, że białoruska opozycja cieszy się z dotychczasowych zwolnień i ma nadzieję na "dobre nowiny pod koniec roku". Opozycjonistka nie zgodziła się z sugestią, by USA zbyt hojnie nagradzały za to Łukaszenkę łagodzeniem sankcji. Amerykanie nie są naiwni. Zdają sobie sprawę, które sankcje można znieść, a które nie, i ich decyzje są dość mądre - oceniła. 

Zdaniem Swiatłany Cichanouskiej drogą dyplomatyczną nie da się wbić klina między Łukaszenkę a rosyjskiego przywódcę Władimira Putina, co - jak powiedzieli Reuterowi amerykańscy urzędnicy - jest elementem strategii administracji USA. Powinniśmy przestać sądzić, że możemy oddzielić Łukaszenkę i Putina. Łączy ich symbiotyczna przyjaźń. Wspierają się nawzajem i pomagają sobie, na przykład w obchodzeniu sankcji - podkreśliła. 

Jak mówiła, "naszym zadaniem nie jest ich rozdzielenie ani uratowanie Łukaszenki przed Putinem". Naszym zadaniem jest uratowanie naszego kraju, Białorusi, zarówno przed Łukaszenką, jak i przed Putinem - zaznaczyła. 

Liderka białoruskiej opozycji udzieliła wywiadu na marginesie uroczystości wręczenia Pokojowej Nagrody Nobla przywódczyni wenezuelskiej opozycji Marii Corinie Machado (nagrodę odebrała w jej imieniu córka), którą nazwała "fantastyczną i nieustraszoną kobietą". Cichanouska przyniosła ze sobą portret białoruskiego obrońcy praw człowieka Alesia Bialackiego, który otrzymał tę nagrodę w 2022 roku, a obecnie przebywa w więzieniu. 

Oznajmiła, że "chcę zaznaczyć, że ten wspaniały człowiek wciąż przebywa w więzieniu i musimy dołożyć wszelkich starań, by zwolniono jego i 1300 innych więźniów politycznych".

  •  

Ekstradycja ukraińskiego oligarchy do USA. Austriacki sąd podjął decyzję

  • Wczoraj, 10 grudnia (17:03)

    ​Ekstradycja ukraińskiego oligarchy Dmytro Firtasza do USA decyzją sądu apelacyjnego w Wiedniu nie dojdzie do skutku. Oligarcha w Stanach Zjednoczonych został uznany winnym łapówkarstwa. Wiedeński sądu podkreślił, że decyzja o zablokowaniu ekstradycji oligarchy jest ostateczna i nie podlega apelacji.

    Firtasz w 2013 roku został uznany za winnego wypłacenia łapówek wartości wielu milionów dolarów władzom Indii w zamian za prawo do eksploatacji złóż tytanu w tym kraju. Oligarcha zaprzeczał zarzutom.

    Dwa lata później - w kwietniu 2015 roku - sąd niższej instancji odrzucił wniosek władz Stanów Zjednoczonych o jego ekstradycję, uznając, że materiał dowodowy przedstawiony przez amerykańskie organy ścigania, nie był wystarczający, a wniosek o wydanie Firtasza uznał za motywowany politycznie. 

    Z kolei w lutym 2017 r. wiedeński Wyższy Sąd Krajowy orzekł, że możliwa jest jego ekstradycja do USA, a w maju 2019 r. Sąd Najwyższy podtrzymał tę decyzję. Ponieważ jednak obrońcy wnieśli skargę o wznowienie postępowania sądowego, która musiała zostać rozpatrzona, Firtasz pozostał w Austrii.

    Dmytro Firtasz to jeden z najbardziej wpływowych ukraińskich oligarchów. Został zatrzymany w marcu 2014 roku w Wiedniu na wniosek władz amerykańskich. Wkrótce jednak zwolniono go za kaucją w wysokości 125 mln euro.  

    Oligarcha realizował inwestycje w branży gazowej na Ukrainie - zgromadził olbrzymi majątek za prezydentury Wiktora Janukowycza (2010-2014). W przeszłości finansował nawet Partię Regionów Janukowycza. Później jednak zdystansował się od tego polityka, obalonego w lutym 2014 roku, po masowych protestach na kijowskim Majdanie.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

  •  

Przepis Wałęsy na uratowanie świata. Demokracja doprowadzona do karykatury

Wczoraj, 10 grudnia (16:05)

Były prezydent Lech Wałęsa podczas spotkania ze studentami Uniwersytetu Gdańskiego ostrzegł, że demokracja została doprowadzona do karykatury i znajduje się w głębokim kryzysie. Zaapelował do młodego pokolenia o aktywne zaangażowanie w życie publiczne, podkreślając, że to właśnie młodzi mają szansę zbudować lepszy świat.

  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl.

Lech Wałęsa, spotykając się ze studentami z okazji Międzynarodowego Dnia Praw Człowieka, podzielił się refleksjami na temat obecnej sytuacji geopolitycznej. Jego zdaniem świat znalazł się "między epokami" - stary porządek upadł, a nowy jeszcze nie powstał. Były prezydent podkreślił, że obecnie kluczowe jest ustalenie nowych fundamentów, na których młode pokolenie będzie mogło budować przyszłość.

Wałęsa ostrzegał, że demokracja przeżywa głęboki kryzys, a jej obecny kształt stał się karykaturą. Zamiast polityków wizji, mamy polityków w telewizji - mówił. 

Jego zdaniem kryzys ten sprzyja populistom i demagogom, a ludzie tracą zaufanie do polityków i samej idei demokracji. Były prezydent zwrócił uwagę, że z życia publicznego wycofują się osoby kompetentne, co prowadzi do dominacji "odpadów politycznych".

Lech Wałęsa wskazał trzy konkretne zmiany, które mogłyby - jego zdaniem - uratować demokrację.

Noblista wymienił ograniczenie władzy liderów do dwóch pięcioletnich kadencji, możliwość odwołania każdego polityka w dowolnym momencie, jeśli zebranych zostanie więcej podpisów niż głosów, które uzyskał, pełna przejrzystość finansowania partii i kampanii wyborczych. To powinno być wpisane do programów. Jeśli tego nie zrobimy, podpalimy Europę i świat - ostrzegł.

Wałęsa ocenił, że tradycyjny podział na lewicę i prawicę jest przestarzały i wymaga nowego zdefiniowania. Wszystkie partie trzeba od nowa zorganizować - zaznaczył. 

W odpowiedzi na pytania studentów przyznał, że nie zna prostych rozwiązań, ale podkreślił, że bez zaangażowania młodego pokolenia nie uda się zbudować nowego ładu. Wy, młodzi, macie dziś największą szansę na pokój, rozwój i dobrobyt. Gdyby wam się chciało chcieć, piękną Polskę i świat będziemy mieć - zakończył były prezydent.

  •  

Ważne głosowanie ws. umowy z Mercosur. Znamy datę

Wczoraj, 10 grudnia (14:08)

Aktualizacja: Wczoraj, 10 grudnia (16:33)

Umowa z krajami Mercosur ze wzmocnionymi klauzulami chroniącymi unijnych rolników zostanie przyjęta w przyszłym tygodniu? Jest to możliwe. Jak ustaliła nasza dziennikarka, w Brukseli jest już wstępny kalendarz, chociaż sprawa przepisów budzi tyle emocji, że na różnych etapach mogą pojawić się jeszcze jakieś problemy. Komisja Europejska wciąż podtrzymuje, że szefowa KE Ursula von der Leyen chce 20 grudnia polecieć na szczyt do Brazylii z krajami Mercosur, z przyjętą już rzez kraje Unii Europejskiej umową.

Parlament Europejski ma zagłosować na sesji plenarnej 16 grudnia nad wzmocnieniem klauzul ochronnych dla rolników. Datę tę wpisano już do opublikowanej dzisiaj - wstępnej agendy przyszłotygodniowej sesji plenarnej PE. 

Chodzi o przyjęte w poniedziałek przez komisję do spraw handlu PE poprawki dotyczące szybszego, łatwiejszego i szerszego stosowania tych bezpieczników. 

Przypomnijmy: początkowo Komisja Europejska chciała za pomocą szybkiej ścieżki pozbawiać PE wpływu na tę umowę. "Walcowi" KE postawiła się jednak grupa eurodeputowanych na czele między innymi z Krzysztofem Hetmanem z PSL. Udało się przegłosować w poniedziałek na komisji ds. handlu większość polskich poprawek. 

Zgodnie z nimi zawieszenie importu z krajów Mercosuru może nastąpić, gdy import wzrośnie o 5 procent, a nie tak jak chciała KE 10 proc. Także lista produktów wrażliwych, podpadających pod uruchomienie takiej klauzuli została poszerzona o jaja, a kontrole importu mają być częstsze.

Wynikiem głosowania klauzuli na sesji plenarnej będzie mandat negocjacyjny europarlamentu na negocjacje w tej sprawie między KE a krajami członkowskim. Dopiero po tym klauzule bezpieczeństwa staną się unijnym prawem. 

Jak dowiedziała się dziennikarka RMF FM negocjacje te przewodnicząca w UE Dania zaplanowała wstępnie na 17 grudnia. Oznacza to, że w ciągu jednego dnia musiałyby porozumieć się trzy instytucje. Przy dobrej woli wszystkich jest to możliwe - usłyszeliśmy od źródła w Parlamencie Europejskim.

Z naszych ustaleń wynika, że Komisja Europejska "może zaakceptować poprawki, które wyszły z komisji ds. handlu". Wzmocnione klauzule poprą z pewnością także kraje UE. W klauzulach chodzi głównie o przekonanie Francji. Gdy porozumienie zostanie osiągnięte kolejnego dnia - najdalej 19 grudnia - umowę można poddać pod głosowanie krajom UE. W tej sprawie wystarczy kwalifikowana większość. Na razie nie ma mniejszości blokującej. 

Z przyjętą umową szefowa KE poleci do Brazylii. KE jest tak zdeterminowana, żeby mieć gotową umowę 20 grudnia, że gotowa byłaby nie czekać na wyniki trilogu. "Nie jest konieczne ostateczne przyjęcie klauzul przed głosowaniem, trilog mógłby się odbyć w styczniu" - usłyszała dziennikarka RMF FM. Dla PE byłoby to jednak nie do przyjęcia.

  •  

Ustawa o kryptoaktywach: Rząd składa projekt identyczny z zawetowanym

Kolejny projekt ustawy o kryptoaktywach złożony przez rząd nie różni się od tego zawetowanego już przez prezydenta Karola Nawrockiego - poinformował we wtorek Adam Szłapka. "Zostanie przesłany teraz do Sejmu, będzie opracowywany zgodnie ze ścieżką legislacyjną" - mówił rzecznik. Dlaczego Rada Ministrów decyduje się na ponowne procedowanie identycznej ustawy, która nie przeszła przez prezydenckie sito?

  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl.

Po posiedzeniu rządu rzecznik poinformował, że Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o rynku kryptowalut.

O "nową-starą" ustawę o kryptoaktywach zapytał Szłapkę dziennikarz RMF FM Michał Radkowski.

Rzecznik przyznał, że jest to projekt identyczny, jak ten już zawetowany przez Karola Nawrockiego.

Zawetowana ustawa miała wdrożyć unijne przepisy - rozporządzenie MiCA - i przekazać nadzór nad rynkiem kryptowalut Komisji Nadzoru Finansowego. Prezydent podpisał natomiast nowelizację ustawy o produktach biobójczych, ułatwiającą dostęp do informacji o wpływie tych produktów na środowisko.

W uzasadnieniu decyzji podkreślono m.in., że przepisy ustawy zagrażają wolnościom obywateli, ich majątkowi oraz stabilności państwa. Kontrowersje wzbudził m.in. zapis umożliwiający rządowi blokowanie stron internetowych firm działających na rynku kryptowalut. Prezydent zarzucał autorom ustawy przesadzenie z nadmiernymi regulacjami. Argumentowano, że dokument ustawy liczy ponad 100 stron, podczas gdy inne kraje zmieściły nowe prawo na kilkunastu stronach.

Mimo to rząd wydaje się nie przejmować aktywnością prezydenta i postanawia zrobić kolejne podejście z tą samą ustawą.

Projekt "nie różni się" od tego przesłanego na biurko prezydenta. Zostanie przesłany teraz do Sejmu, będzie opracowywany zgodnie ze ścieżką legislacyjną, trzy czytania, komisje, możliwość składania poprawek. Projekt jest ważny i pilny. Jeśli w uzasadnieniu weta pojawiały się informacje, że wiedza na ten temat była niepełna, to myślę, że teraz jest już pełna i pan prezydent może podjąć decyzję na podstawie pełnej wiedzy. Dlatego też decydujemy się, żeby szybko składać projekt, który się niczym nie różni - powiedział Szłapka.

Po zawetowaniu ustawy o kryptoaktywach przez prezydenta Karola Nawrockiego, Donald Tusk w trakcie utajnionej części posiedzenia Sejmu przekazał parlamentarzystom dodatkowe informacje, które miały świadczyć o konieczności implementowania nowego prawa. Kwestie, które poruszył premier dotyczyły bezpieczeństwa kraju i faktu, że obce służby - w tym rosyjskie - finansują akty dywersji, propagandy i sabotażu przy pomocy kryptowalut.

  •  

Rekomendacje Polski 2050 na wiceministrów. Znamy nazwiska

Rekomendacje Polski 2050 na wiceministrów. Znamy nazwiska

Polska 2050 rekomendowała troje posłów na stanowiska wiceministrów - dowiedział się dziennikarz RMF FM Kacper Wróblewski. Chodzi o posady w ministerstwach: pracy, sportu i funduszy.

Po tym, jak Szymon Hołownia oddał fotel marszałka Włodzimierzowi Czarzastemu, Polska 2050 nadal czeka na powołanie nowego wicepremiera. Wszystko wskazuje na to, że stanie się to dopiero po wewnętrznych wyborach w partii.

Takiego scenariusza nie wykluczają politycy tego ugrupowania. Jednocześnie Polska 2050 liczy na podpis premiera Donalda Tuska pod trzema nominacjami na stanowiska wiceministrów, które na biurku szefa rządu leżą od kilkunastu tygodni.

My oczekujemy też na dokończenie rekonstrukcji na poziomie wiceministrów z naszej strony. Tam są trzy czy cztery propozycje, które powinny zostać uwzględnione. Spodziewam się, że to się stanie - mówił w Sejmie wicemarszałek izby Szymon Hołownia.

Według informacji RMF FM w grze są trzy nazwiska. Nową wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej miałaby zostać posłanka Maja Nowak, która zastąpiłaby wiceministra Łukasza Krasonia. Według nieoficjalnych informacji Polska 2050 już w czerwcu wycofała jego rekomendację.

Nową wiceminister sportu i turystyki miałaby zostać Żaneta Cwalina-Śliwowska. O tej nominacji jako pierwsza informowała Wirtualna Polska. Z kolei do ministerstwa funduszy i polityki regionalnej miałby dołączyć poseł Łukasz Osmalak. Wcześniej rekomendowany na to stanowisko był Bartosz Romowicz, jednak ostatecznie polityk z Podkarpacia wycofał swoją kandydaturę.

Wszystko wskazuje na to, że dopiero po wewnętrznych wyborach w Polsce 2050, zarówno temat wicepremiera, jak i wiceministrów zostanie zamknięty. Europoseł Michał Kobosko w Rozmowie o 7:00 w Radiu RMF24 nie wykluczył scenariusza, że to Szymon Hołownia pozostanie liderem, jeśli nie zostanie komisarzem w ONZ.

Polityk zarysował też możliwy scenariusz dotyczący funkcji wicepremiera, sugerując, że wybór przewodniczącego partii może mieć wpływ na nominację. Jeżeli Hołownia wygra, logiczne byłoby, że to on znajdzie się w rządzie jako wicepremier - stwierdził europoseł.

  •  

Trybunał Stanu dla byłych ministrów i premiera? Nierealny

Dzisiaj, 9 grudnia (12:04)

Dwa tygodnie temu Waldemar Żurek zaproponował Sejmowi rozważenie postawienia przed Trybunałem Stanu Zbigniewa Ziobry. Kilka dni później powiadomił Sejm o podobnej możliwości w sprawach byłego premiera Mateusza Morawieckiego oraz byłych ministrów – Mariusza Błaszczaka i Jana Krzysztofa Ardanowskiego. Do wszczęcia procedury wystarczy zebranie pod wnioskami po 115 podpisów posłów. Problem w tym, że procedury nie da się zakończyć.

Możliwość pociągnięcia do odpowiedzialności konstytucyjnej wynika z tego, że prokuratura postawiła lub, jak w wypadku Zbigniewa Ziobry, zamierza postawić byłym członkom rządu poważne zarzuty karne. Zgodnie zaś z art. 156 ust. 1 Konstytucji, członkowie Rady Ministrów za naruszenie Konstytucji lub ustaw w związku z zajmowanym stanowiskiem ponoszą też odpowiedzialność konstytucyjną przed Trybunałem Stanu. Problem w tym, że dziś to właściwie niemożliwe.

Po dwóch tygodniach od zawiadomienia Prokuratora Generalnego zbieranie wymaganych do wszczęcia procedury ws. Zbigniewa Ziobry nie ruszyło. Z oczywistego powodu - nie ma jeszcze wniosku, pod którym można by je było składać. Dokument musi być sporządzony według bardzo szczególnych wymagań, jego przygotowanie i weryfikacja trwa zwykle co najmniej kilka tygodni.

Po złożeniu z odpowiednią liczbą minimum 115 podpisów wstępny wniosek o postawienie przed Trybunałem Stanu procedowany jest w komisji odpowiedzialności konstytucyjnej. Zwykle trwa to długie miesiące, czasem lata. Oskarżeni sięgają po pomoc prawną, odnoszą się do zarzutów. Zarzuty są badane, świadkowie są przesłuchiwani etc. 

W jedynej w tej kadencji sprawie, która dotarła do TS, od zapowiedzi złożenia wniosku (ws. szefa KRRiTV Macieja Świrskiego) do jego złożenia upłynął miesiąc. Postępowanie przed komisją zajęło ponad rok. Drugie z postępowań, ws.  prezesa NBP Adama Glapińskiego, po ponad 1,5 roku nadal trwa.

Większość posłów ma przy tym świadomość, że postawienie przed Trybunałem Stanu panów Ziobry, Ardanowskiego, Błaszczaka i Morawieckiego jest niemożliwe. Stara ustawa o Trybunale Stanu wymaga do tego poparcia trzech piątych ustawowej większości posłów, czyli 276 głosów. Koalicja nie ma ich tyle i bez głosów PiS nie ma co o tym marzyć. Jeśli więc koalicjanci deklarują poparcie ew. wniosku to tylko po to, żeby gonić króliczka, a nie żeby go złapać. To zresztą jest wykluczone także z innego powodu.

Od stycznia ub. roku w ustawie o Trybunale Stanu nie ma przepisów dotyczących liczby głosów wymaganych do postawienia przed TS byłych członków rządu i premiera. Trybunał Konstytucyjny pod kierownictwem Julii Przyłębskiej uznał je wtedy za niekonstytucyjne, a wyrok TK w tej sprawie został przez rząd ogłoszony w Dzienniku Ustaw. Nie dodano do niego adnotacji podważającej jego ważność, bo w orzekającym składzie TK nie było żadnego z tzw. sędziów dublerów. Wyrok zatem obowiązuje, przepisy z ustawy o TS wyleciały i niczym ich nie zastąpiono.

Wcześniej obowiązujący przepis, mówiący o 3/5 ustawowej większości utracił moc, a nowego nie ma. Sejm miał go zgodnie z wyrokiem TK uchwalić, ale tego nie zrobił.

Reasumując - jeśli posłowie koalicji złożą w Sejmie wnioski o postawienie przed TS byłego premiera czy ministrów, będą one procedowane, prawdopodobnie długie miesiące. Kiedy jednak dojdzie do głosowania ws. postawienia byłych członków rządu przed Trybunałem Stanu albo nie znajdą przepisów, mówiących ile głosów do tego trzeba, albo - jeśli zignorują wyrok TK -  będą ich mieli za mało.

  •