Widok czytania

Pokój hotelowy syna Roba Reinera pełen krwi

Policja w Los Angeles aresztowała 32-letniego Nicka Reinera, syna znanego reżysera Roba Reinera, który wraz z żoną Michele Singer Reiner został znaleziony martwy w swojej posiadłości w Brentwood. Mężczyzna został osadzony w areszcie bez możliwości wyjścia za kaucją. Sprawa dotyczy podejrzenia podwójnego zabójstwa. W hotelu w Santa Monica, gdzie Nick Reiner był zameldowany, znaleziono mnóstwo krwi pod prysznicem i na łóżku.

  • Nick Reiner został zatrzymany przez policję w Los Angeles pod zarzutem zabójstwa swoich rodziców - Roba Reinera i Michele Singer Reiner. Sprawa trafi do prokuratury, która zdecyduje o ewentualnym postawieniu formalnych zarzutów.
  • Według ustaleń śledczych i doniesień mediów, Reiner w niedzielę nad ranem zameldował się w hotelu w Santa Monica. Personel znalazł później w jego pokoju duże ilości krwi. Kilka godzin wcześniej miał się pokłócić z ojcem podczas świątecznego przyjęcia u Conana O’Briena.
  • Nick Reiner od lat zmagał się z uzależnieniem od narkotyków i problemami psychicznymi, o czym mówił publicznie. Jego doświadczenia stały się podstawą filmu "Being Charlie", który współtworzył z ojcem. Śledztwo w sprawie śmierci jego rodziców trwa.
  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl

Nick Reiner został aresztowany pod zarzutem podwójnego zabójstwa, obecnie przebywa w areszcie bez możliwości wyjścia za kaucją - poinformował w poniedziałek Departament Policji Los Angeles (LAPD).

Jak dodano, materiały ze śledztwa zostaną we wtorek przekazane do Prokuratury Okręgowej hrabstwa Los Angeles, która zdecyduje o ewentualnym wniesieniu aktu oskarżenia.

Policja podkreśla, że zatrzymanie pod zarzutem zabójstwa nie jest równoznaczne z postawieniem formalnych zarzutów.

"Nick Reiner został zatrzymany pod zarzutem zabójstwa, jednak decyzja o konkretnych zarzutach należy wyłącznie do prokuratury" - zaznaczono w komunikacie LAPD.

Według informacji podanych przez amerykańskie media, ciała małżeństwa miała odnaleźć ich 28-letnia córka Romy. Do tragedii doszło w niedzielę w domu rodziny w Los Angeles.

Źródła cytowane przez amerykańską stację CBS News poinformowały, że oboje mieli liczne rany kłute i poderżnięte gardła.

Serwis TMZ podał z kolei, że Nick Reiner w niedzielę nad ranem miał zameldować się w hotelu w Santa Monica - tuż po kłótni z rodzicami na przyjęciu bożonarodzeniowym Conana O’Briena.

"Kiedy personel hotelu wszedł później do pokoju, znalazł pełno krwi zarówno pod prysznicem, jak i na łóżku. Okno było zasłonięte prześcieradłami" - podaje TMZ.

Świadkowie relacjonują, że 32-latek wyglądał na osobę będącą pod wpływem substancji psychoaktywnych i sprawiał wrażenie mocno pobudzonego. 

Zatrzymany został późnym wieczorem, 15 km od posiadłości swoich rodziców.

TMZ oraz inne amerykańskie media informują, że dzień wcześniej Nick Reiner miał pokłócić się z ojcem podczas świątecznego przyjęcia u Conana O’Briena. Powodem kłótni miała być odmowa pójścia na kolejny, 18. już odwyk. Na samym przyjęciu mężczyzna zachowywał się "niestosownie" - "wywoływał u wszystkich panikę, zachowywał się dziwnie, ciągle pytał ludzi, czy są sławni". 

Według relacji bliskich, Michele Singer Reiner miała w ostatnich miesiącach mówić znajomym, że rodzina jest wyczerpana pomocą uzależnionemu od narkotyków synowi.

Jesteśmy u kresu sił. Próbowaliśmy wszystkiego - miała powiedzieć.

Nick Reiner jest środkowym dzieckiem Roba i Michele Reinerów. Najbardziej znany jest z filmu "Being Charlie" z 2015 roku, który powstał wspólnie z jego ojcem i był oparty na jego własnych doświadczeniach z uzależnieniem od narkotyków i bezdomnością.

W wywiadzie dla magazynu "People" w 2016 roku mówił otwarcie o swojej przeszłości:

Kiedy byłem na ulicy, mogłem umrzeć. Miałem ogromne szczęście. (...) Teraz od dłuższego czasu jestem w domu i próbuję na nowo przyzwyczaić się do życia w Los Angeles i bycia z rodziną. Ale to były bardzo mroczne lata.

W 2018 roku, w podcaście "Dopey", opowiadał o swoich nawrotach uzależnienia i konfliktach z rodzicami:

Po prostu mówiłem sobie: "Chcę wrócić do domu", więc byłem trzeźwy tylko na chwilę. Później wracałem (do ćpania) i znowu brałem - przyznał.

Byłem naćpany stymulantami, to była chyba kokaina i coś jeszcze. Nie spałem przez kilka dni i zacząłem demolować dom gościnny moich rodziców.

Na razie Nick Reiner nie usłyszał formalnych zarzutów, trwa śledztwo. O jego dalszym losie zdecyduje Prokuratura Okręgowa hrabstwa Los Angeles. 

  •  

Donald ​Trump wie, dlaczego zginął reżyser Rob Reiner

Wczoraj, 15 grudnia (21:08)

Donald Trump uważa, że Rob Reiner zginął z powodu "gniewu, jaki wywołał u innych" swoją "szaleńczą obsesją" na jego punkcie. Reżyser - według prezydenta USA - miał cierpieć na nieustępliwą i nieuleczalną chorobą wyniszczającą umysł, znaną jako "zespół zaburzenia na punkcie Trumpa". Policja nie podaje, by zbrodnia miała tło polityczne. Podejrzany o zabójstwo reżysera i jego żony jest syn pary, Nick Reiner.

  • Chcesz być na bieżąco? Odwiedź stronę główną RMF24.pl.

Znany amerykański reżyser Rob Reiner i jego żona zostali w niedzielę znalezieni martwi w swoim domu w Los Angeles z ranami kłutymi. W sprawie zatrzymano syna pary, Nicka. 

Motyw zabójstwa nie został dotąd ustalony. Policja ani inne źródła nie podawały, by zbrodnia miała tło polityczne.

Tymczasem Donald Trump podał na platformie Truth Social własne wyjaśnienie przyczyn tej zbrodni.

"Wczoraj wieczorem w Hollywood wydarzyło się bardzo smutne wydarzenie. Rob Reiner, zmagający się z przeciwnościami losu, ale niegdyś bardzo utalentowany reżyser filmowy i gwiazda komedii, zmarł wraz z żoną Michele, podobno z powodu gniewu, jaki wywołał u innych swoją potężną, nieustępliwą i nieuleczalną chorobą wyniszczającą umysł, znaną jako ZESPÓŁ ZABURZENIA NA PUNKCIE TRUMPA, czasami nazywany TDS" - napisał Trump we wpisie na platformie Truth Social.

"Znany był z tego, że doprowadzał ludzi do SZALEŃSTWA swoją szaleńczą obsesją na punkcie prezydenta Donalda J. Trumpa, a jego oczywista paranoja sięgała zenitu, gdy administracja Trumpa przekroczyła wszelkie cele i oczekiwania co do wielkości, a Złota Era Ameryki nastała, być może jak nigdy dotąd. Niech Rob i Michele spoczywają w pokoju!" - dodał prezydent USA.

Rob Reiner od dawna był zagorzałym krytykiem Donalda Trumpa i skrajnej prawicy. W 2024 wyprodukował film dokumentalny "God and Country" na temat rosnących wpływów "chrześcijańskiego nacjonalizmu" w USA i w otoczeniu Trumpa.

Reiner był reżyserem znakomitych adaptacji prozy Stephena Kinga - "Stań przy mnie"("Stand by Me") i "Misery". Reżyserował wiele innych znanych filmów, m.in.  "Narzeczoną dla księcia", "Kiedy Harry poznał Sally", "Ludzi honoru", "Prezydent. Miłość w Białym Domu", "Oto Spinal Tab".

Jego żona Michele była aktorką, a także fotografką. Spotkali się na planie filmu "Kiedy Harry poznał Sally", wzięli ślub w 1989 roku i mieli trójkę dzieci.

  •  

​Nie żyje Sophie Kinsella, autorka bestsellerowej serii powieści "Zakupoholiczka"

Wczoraj, 10 grudnia (21:35)

Sophie Kinsella, autorka światowych bestsellerów i twórczyni kultowej serii powieści "Zakupoholiczka", zmarła w wieku 55 lat. Pisarka od dwóch lat zmagała się z agresywną postacią raka mózgu.

  • Sophie Kinsella, właściwie Madeleine Sophie Wickham, zmarła w wieku 55 lat po walce z glejakiem wielopostaciowym.
  • Jej książki sprzedały się w ponad 50 milionach egzemplarzy, zostały przetłumaczone na ponad 40 języków i wydane w ponad 60 krajach.
  • Była autorką kultowej serii powieści "Zakupoholiczka".
  • Glejak wielopostaciowy to jeden z najbardziej agresywnych nowotworów mózgu.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Sophie Kinsella, jedna z najbardziej rozpoznawalnych autorek literatury kobiecej, odeszła w wieku 55 lat. Pisarka od 2022 roku walczyła z glejakiem wielopostaciowym - wyjątkowo agresywnym nowotworem mózgu. Informację o jej śmierci przekazała rodzina, podkreślając, że ostatnie dni Kinselli upłynęły w otoczeniu najbliższych, muzyki i świątecznej atmosfery.

Kinsella zdobyła międzynarodową sławę dzięki serii "Zakupoholiczka", której główną bohaterką jest Becky Bloomwood - dziennikarka finansowa zmagająca się z uzależnieniem od zakupów. Książki z tej serii sprzedały się w ponad 50 milionach egzemplarzy, a pierwsze dwie części zostały zekranizowane w filmie "Wyznania zakupoholiczki" z Islą Fisher w roli głównej.

"Zdefiniowała na nowo i wyniosła komedię romantyczną na wyższy poziom, wypełniając swoje historie prawdziwymi problemami, łącząc w nich dowcip, głębię emocjonalną i wgląd w społeczeństwo" - czytamy w oświadczeniu wydanym przez jej wieloletniego wydawcę Transworld.

Sophie Kinsella urodziła się w Londynie w 1969 roku. Studiowała muzykę, a następnie filozofię, politykę i ekonomię na Uniwersytecie Oksfordzkim. Swoją pierwszą powieść opublikowała jako Madeleine Wickham, pracując jednocześnie jako dziennikarka finansowa. Dopiero pod pseudonimem Sophie Kinsella osiągnęła światowy sukces.

Pisarka była znana z poczucia humoru, błyskotliwości i umiejętności tworzenia postaci, z którymi czytelnicy mogli się utożsamiać.

Glejak wielopostaciowy, z którym zmagała się Kinsella, to jeden z najgroźniejszych nowotworów mózgu. Choroba rozwija się bardzo szybko, a jej objawy obejmują bóle głowy, zmiany osobowości, problemy z pamięcią i mową, a także napady padaczkowe.

  •  

Nie godzą się na występ Izraela. Kolejny kraj rezygnuje z Eurowizji

Wczoraj, 10 grudnia (18:51)

Islandia nie wystąpi w przyszłorocznym Konkursie Piosenki Eurowizji - podaje Reuters. Publiczny nadawca RUV ogłosił decyzję o wycofaniu się z wydarzenia po tym, jak organizatorzy dopuścili do udziału Izrael. To kolejny kraj, który w geście protestu rezygnuje z udziału w jednym z największych muzycznych widowisk Europy.

  • Islandia nie weźmie udziału w Konkursie Piosenki Eurowizji 2026.
  • Decyzja zapadła po zatwierdzeniu przez EBU udziału Izraela w konkursie w Wiedniu.
  • Wcześniej w proteście wycofały się Hiszpania, Holandia, Irlandia i Słowenia.
  • Islandia domagała się głosowania w sprawie udziału Izraela, ale EBU wprowadziła zamiast tego nowe zasady.
  • Ciekawe informacje z Polski i świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

"Publiczna debata i reakcja na decyzję EBU z zeszłego tygodnia jasno nam pokazała, że nasz udział nie byłby ani radosny, ani spokojny" - przekazał dyrektor generalny RUV, Stefan Eiriksson, w oświadczeniu.  

Decyzja o pozwoleniu Izraelowi na udział w kolejnej Eurowizji, która odbędzie się w maju w Wiedniu, wcześniej skłoniła Hiszpanię, Holandię, Irlandię i Słowenię do wycofania się z konkursu. Wszystkie z tych państw wskazywały, że Izrael nie powinien brać udziału w konkursie ze względu na działania zbrojne w Strefie Gazy. Podkreślano też, jak Izrael nieuczciwie promował swoją piosenkarkę.

Brak Hiszpanów będzie szczególnie dotkliwy - to państwo z tak zwanej "wielkiej piątki", czyli krajów, które mają zagwarantowane miejsce w finale konkursu ze względu na wysokość składek wpłacanych do Europejskiej Unii Nadawców. 

Islandia była jednym z państw, które domagały się głosowania członków EBU w sprawie udziału Izraela w Eurowizji. Jednak Europejska Unia Nadawców zdecydowała się nie przeprowadzać głosowania, wprowadzając za to nowe zasady, które mają ograniczyć wpływ rządów na uczciwość konkursu. 

Islandia nigdy nie wygrała Konkursu Piosenki Eurowizji, ale dwukrotnie zajmowała drugie miejsce - w 1999 i 2009 roku. 

Zupełnie inną decyzję podjęło TVP. Polski nadawca weźmie udział w konkursie. "Jesteśmy świadomi skali napięć, które towarzyszą najbliższej edycji. Rozumiemy emocje i niepokoje. Wierzymy jednak, że Eurowizja ma jeszcze szansę na to, by ponownie stać się przestrzenią, którą wypełnia muzyka. I tylko muzyka. My tę szansę dajemy, tak jak przeważająca większość członków EBU" - podkreślono w komunikacie TVP. 

Niemcy i Austria konsekwentnie opowiadały się za udziałem Izraela w Konkursie Piosenki Eurowizji. Oba te państwa zagroziły, że wycofają się z konkursu, jeżeli Izrael zostanie wykluczony. Taki krok Berlina i Wiednia wymusiłby zorganizowanie w niespełna pół roku konkursu w nowym miejscu. Francja również wyraziła ulgę, że podczas czwartkowych obrad przeważyło proizraelskie stanowisko.

Pierwszy raz Konkurs Piosenki Eurowizji odbył się w 1956 roku. Impreza przyciąga przed telewizory około 160 milionów widzów na całym świecie.

  •  

Pizza, pasta, tiramisu. Włosi świętują po decyzji UNESCO

Wczoraj, 10 grudnia (17:27)

Włoska kuchnia jako pierwsza na świecie została uznana przez UNESCO za niematerialne dziedzictwo kulturowe ludzkości. Decyzja została ogłoszona w środę podczas zgromadzenia organizacji w Delhi i jest efektem wielomiesięcznej kampanii prowadzonej przez rząd premier Giorgii Meloni.

  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl

Premier Meloni, komentując decyzję UNESCO, podkreśliła, że włoska kuchnia to nie tylko zbiór przepisów, ale przede wszystkim kultura, tradycja, praca i bogactwo smaku. "Jesteśmy pierwszym krajem na świecie, który otrzymał to wyróżnienie. To zaszczyt, który oddaje hołd temu, kim jesteśmy i naszej tożsamości" - powiedziała w nagraniu opublikowanym na Instagramie.

Rząd Włoch rozpoczął starania o wpis na listę UNESCO tuż po objęciu władzy w październiku 2022 roku. W oficjalnym wniosku podkreślano, że tradycyjna kuchnia włoska to nie tylko jedzenie, ale także społeczny rytuał, który łączy rodziny i wspólnoty.

W uzasadnieniu UNESCO podkreślono, że włoska kuchnia jest "kulturową i społeczną mieszanką tradycji kulinarnych", sposobem na okazywanie troski o siebie i innych, wyrazem miłości oraz odkrywaniem własnych korzeni. "To wspólna aktywność, która podkreśla bliskość z jedzeniem, szacunek do składników i wspólne chwile przy stole" - napisano w komunikacie.

Włoska tradycja kulinarna obejmuje nie tylko słynne dania, takie jak pasta, mozzarella, wino czy tiramisu, ale także przekazywanie przepisów i historii z pokolenia na pokolenie.

Minister rolnictwa Francesco Lollobrigida podkreślił, że to zwycięstwo jest "świętem dla wszystkich Włochów, bo mówi o naszych korzeniach, kreatywności i umiejętności przekształcania tradycji w rzeczywistość". Eksperci przewidują, że wpis na listę UNESCO przyczyni się do wzrostu zainteresowania turystów włoską kuchnią, podobnie jak miało to miejsce w przypadku innych włoskich tradycji i regionów.

Włoska kuchnia już wcześniej była doceniana przez UNESCO - na liście znalazła się m.in. sztuka wypieku neapolitańskiej pizzy. Tym razem jednak doceniono całość tradycji kulinarnej kraju, co jest wydarzeniem bez precedensu na świecie.

  •  

Mamy się z czego cieszyć. Polska tradycja wpisana na listę UNESCO

Wczoraj, 10 grudnia (17:16)

Polska tradycja plecionkarstwa oficjalnie znalazła się na Liście Reprezentatywnej Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego Ludzkości UNESCO. To ogromne wyróżnienie dla całej społeczności plecionkarzy i szansa na rozwój tej unikalnej sztuki.

  • Polska tradycja plecionkarstwa została wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO podczas konferencji w New Delhi.
  • Wpis ma wspierać rozwój rzemiosła i przekaz tradycji młodszym pokoleniom.
  • Plecionkarstwo w Polsce opiera się głównie na wiklinie i ma wielowiekową tradycję.
  • To siódma polska tradycja na liście UNESCO.
  • Ciekawe informacje z Polski i świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

"Wpis plecionkarstwa na listę UNESCO to szansa na rozwój tego unikalnego rękodzieła poprzez warsztaty, wystawy i projekty edukacyjne, które pozwolą młodszym pokoleniom odkrywać jego bogactwo i zapewnią międzypokoleniowy przekaz tej tradycji" - napisano na stronie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Prezes Stowarzyszenia Polskich Plecionkarzy Wojciech Świątkowski podkreślił w komunikacie, że wpisanie tradycji plecionkarstwa z Polski na listę UNESCO "to ogromne wyróżnienie dla całej społeczności, która od lat kultywuje tę tradycję". "To nie tylko prestiż, ale przede wszystkim potwierdzenie, że praca wykonywana w warsztatach w całej Polsce ma znaczenie globalne. To dowód, że tradycja, która powstaje w naszych dłoniach, jest częścią światowego dziedzictwa" - zaznaczył.

Plecionkarstwo w Polsce ma wielowiekową tradycję, a podstawowym surowcem wykorzystywanym w tej sztuce zawsze były materiały pochodzenia roślinnego - łodygi traw, słomy, korzenie sosny czy jałowca. Najważniejszym materiałem pozostaje jednak wiklina, która stanowi dziś blisko 90 proc. wykorzystywanego surowca.

Historycznie najbardziej charakterystycznym produktem była samołówka (więcierz, wiersza), a rozwój rzemiosła na przestrzeni wieków wspierały kolejne fale osadnictwa, szczególnie od średniowiecza do połowy XIX w. - z istotną rolą osadników olenderskich. Od drugiej połowy XIX w. znaczący wpływ na kształt współczesnego plecionkarstwa miało natomiast szkolnictwo kierunkowe, rozwijające się m.in. w Galicji, Wielkopolsce i centralnym Mazowszu, gdzie tradycje te są pielęgnowane do dziś.

Współcześnie portale społecznościowe ujednolicają wzornictwo na świecie, jednak tym, co wciąż wyróżnia polskie plecionkarstwo, jest dominacja wikliny jako materiału podstawowego - element głęboko zakorzeniony w lokalnej historii i kulturze rzemiosła.

Jednym z dwóch miejsc w kraju, gdzie w ramach kwalifikacyjnych kursów zawodowych od 2014 r. kształci się w zawodzie koszykarz-plecionkarz, jest Zespół Szkół i Placówek Oświatowych Województwa Łódzkiego w Łowiczu.

W poprzednich latach na listę UNESCO wpisano sześć tradycji z Polski: szopkarstwo krakowskie, kulturę bartniczą, sokolnictwo, tworzenie dywanów kwiatowych na Boże Ciało, flisactwo i poloneza - tradycyjny polski taniec.

Ogłoszenie wpisu odbyło się podczas 20. sesji Międzyrządowego Komitetu ds. Ochrony Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego w New Delhi w Indiach.

  •  

Janoszek kontra Stanowski i Kanał Sportowy. Sąd wydał wyrok

Wczoraj, 10 grudnia (16:47)

Sąd Okręgowy w Warszawie wydał wyrok w głośnej sprawie Natalii Janoszek przeciwko Krzysztofowi Stanowskiemu i Kanałowi Sportowemu - informuje serwis wirtualnemedia.pl. Twórcy popularnego filmu o aktorce zostali zobowiązani do usunięcia materiału ze wszystkich platform oraz do zapłaty 20 tysięcy złotych zadośćuczynienia. Wyrok nie jest prawomocny.

  • Sąd nakazał Krzysztofowi Stanowskiemu i Kanałowi Sportowemu usunięcie filmu o Natalii Janoszek z wszystkich platform.
  • Zasądzono 20 tys. zł zadośćuczynienia na rzecz Natalii Janoszek.
  • Sąd uznał, że doszło do naruszenia dóbr osobistych aktorki.
  • Sąd oddalił część roszczeń, a koszty postępowania rozdzielił między strony.
  • W uzasadnieniu podkreślono, że krytyka nie może prowadzić do naruszenia dóbr osobistych.
  • Wyrok jest nieprawomocny.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

W środę 10 grudnia 2025 roku Sąd Okręgowy w Warszawie ogłosił wyrok w sprawie, która od miesięcy budziła ogromne emocje w polskich mediach. Natalia Janoszek, aktorka znana z występów w Bollywood i polskich programach telewizyjnych, pozwała Krzysztofa Stanowskiego oraz Kanał Sportowy za naruszenie dóbr osobistych w związku z publikacją filmu pod tytułem "Jak zmyślić karierę i trafić na szczyt? Natalia Janoszek versus TVN, Polsat i TVP".

Sąd uznał, że materiał naruszał dobra osobiste powódki i nakazał jego trwałe usunięcie z YouTube, oficjalnej strony internetowej, a także z profili społecznościowych Kanału Sportowego na Facebooku, Instagramie, Twitterze i TikToku. Co więcej, Stanowski i Kanał Sportowy nie mogą publikować tego filmu na żadnych innych kanałach telewizyjnych czy internetowych.

Oprócz nakazu usunięcia filmu sąd zasądził solidarnie od pozwanych kwotę 20 tysięcy złotych zadośćuczynienia na rzecz Natalii Janoszek. Kwota ta ma zostać powiększona o ustawowe odsetki, liczone od 5 czerwca 2023 roku do dnia zapłaty. Sąd uznał, że aktorka poniosła szkodę moralną w wyniku publikacji filmu, który wywołał falę hejtu i negatywnych komentarzy w internecie.

W uzasadnieniu wyroku podkreślono, że choć osoby publiczne muszą liczyć się z krytyką, to nie oznacza to, że można wobec nich stosować obraźliwe lub krzywdzące treści. Sąd wskazał, że pozwani mieli prawo do wyrażania opinii, ale przekroczyli granice dopuszczalnej krytyki, naruszając dobra osobiste powódki.

W pozostałym zakresie sąd oddalił powództwo Natalii Janoszek. Aktorka domagała się bowiem 100 tysięcy złotych zadośćuczynienia, argumentując, że po publikacji filmu nie była w stanie utrzymać się w Polsce. Sąd nie zgodził się z tym stanowiskiem, uznając, że zadośćuczynienie ma wyrównać szkodę moralną, a nie rekompensować utracone dochody.

Koszty postępowania zostały rozdzielone między obie strony. Sąd ustalił, że Janoszek wygrała sprawę w 50 procentach w zakresie roszczenia niemajątkowego oraz w 20 procentach w zakresie roszczenia majątkowego.

W ustnym uzasadnieniu wyroku sąd podkreślił, że Natalia Janoszek miała prawo do kreowania swojego wizerunku w mediach społecznościowych, podobnie jak każda inna osoba. Sąd nie dopatrzył się w działaniach aktorki kłamstwa czy oszustwa, jak sugerowali pozwani.

Sprawa ma swoje korzenie w 2023 roku, kiedy to Krzysztof Stanowski, prowadząc program "Dziennikarskie zero" w Kanale Sportowym, opublikował film analizujący karierę Natalii Janoszek. Twierdził w nim, że aktorka zmyśliła swoje osiągnięcia i manipulowała informacjami na swój temat. Materiał szybko stał się najpopularniejszym filmem w historii kanału, osiągając ponad 12 milionów wyświetleń.

Publikacja wywołała lawinę komentarzy i szeroką dyskusję w mediach. W czerwcu 2023 roku Sąd Okręgowy w Warszawie zakazał Stanowskiemu i Kanałowi Sportowemu publikowania nowych materiałów na temat Janoszek, jednak mimo to pojawiały się kolejne filmy, co skutkowało nałożeniem grzywny w wysokości 15 tysięcy złotych.

Krzysztof Stanowski bronił się, twierdząc, że jego działania miały na celu ochronę interesu publicznego oraz firm współpracujących z Janoszek. Sąd jednak nie przyjął tej argumentacji, uznając, że nie istniał interes społeczny, który uzasadniałby naruszenie dóbr osobistych aktorki.

W listopadzie 2024 roku Stanowski informował o decyzji Sądu Apelacyjnego, który uznał, że wcześniejsze zabezpieczenie zakazujące publikacji filmów o Janoszek nie miało podstaw prawnych. Obecny wyrok dotyczy jednak meritum sprawy i jest pierwszym rozstrzygnięciem w tej kwestii.

Dla Krzysztofa Stanowskiego, który już po ogłoszeniu wyroku opublikował w mediach społecznościowych post na ten temat, najważniejsze jest to, że nie będzie musiał przepraszać Natalii Janoszek.

Wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie jest nieprawomocny. Oznacza to, że strony mogą złożyć apelację, a sprawa może trafić do kolejnej instancji.

  •  

Niezwykły zegarek Coppoli sprzedany. Cena zwala z nóg

  • Dzisiaj, 9 grudnia (13:37)

    Za prawie 10,8 mln dolarów sprzedany został na aukcji w Nowym Jorku zegarek należący do Francisa Forda Coppoli. Co ciekawe, reżyser "Ojca chrzestnego" uczestniczył w projektowaniu nietypowego czasomierza.

    Po 11 minutach licytacji zegarek z kolekcji Francisa Forda Coppoli trafił do anonimowego kupca. Jego cena dziesięciokrotnie przewyższyła szacowaną wartość.

    Kwota 10 755 000 dolarów, za którą sprzedano zegarek reżysera, to najwyższa cena uzyskana za tego typu przedmiot na aukcji w Stanach Zjednoczonych od 2017 roku. Wtedy to Rolex Paula Newmana osiągnął rekordową sumę blisko 18 milionów dolarów.

    Wyjątkowy zegarek został zaprojektowany przez reżysera wspólnie z Francois-Paulem Journe - założycielem szwajcarskiej firmy produkującej luksusowe czasomierze. Wyróżnia się czarną tytanową wskazówką w kształcie ludzkiej dłoni. Inspiracją dla twórców miał być Ambroise Paré, nazywany ojcem współczesnej chirurgii. Ten Francuz znacząco przyczynił się do rozwoju protez w XVI wieku, projektując funkcjonalne protezy kończyn dla weteranów wojennych.

    Jak opisuje magazyn "People", firma Journe wykonała jedynie niewielką liczbę zegarków opartych na tym projekcie. Każdy został stworzony na indywidualne zamówienie i kosztuje około miliona dolarów. 

    "Ten prototyp jest bez wątpienia jednym z najważniejszych historycznie zegarków FPJourne, jakie kiedykolwiek powstały. Pokazuje, co można osiągnąć, gdy współpracują ze sobą wybitne, kreatywne umysły" - przekazał w komunikacie Paul Boutros, wiceprezes domu aukcyjnego Phillips.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

  •  

Wpis Kazika ze szpitala: Chciałbym sprostować

Dzisiaj, 9 grudnia (10:47)

"Chciałbym sprostować, że moje obecne dolegliwości wyniknęły z zaniedbania, jakie poczyniłem, a nie z powodu nieprawidłowo wykonanego zabiegu usunięcia wyrostka" - napisał w poniedziałek wieczorem Kazik Staszewski. Muzyk w ten sposób tłumaczył swój pobyt w szpitalu na Teneryfie, do którego trafił dzień przed zaplanowanym koncertem - jak wówczas przekazał - w związku z powikłaniami po operacji wyrostka. Obecnie jednak stan zdrowia Kazika poprawia się, o czym poinformował zespół Kult w poniedziałkowym komunikacie.

  • Kazik Staszewski wyjaśnił, że jego problemy zdrowotne nie były spowodowane błędem lekarzy, lecz własnym zaniedbaniem.
  • Muzyk trafił na Teneryfie do szpitala z - jak początkowo informował - powikłaniami po operacji wyrostka robaczkowego.
  • Stan Kazika powoli się poprawia - został przeniesiony z OIOM-u na zwykłą salę i powoli zaczyna samodzielnie wstawać z łóżka.
  • Więcej aktualnych informacji znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

"Jeśli o zdrowie moje chodzi. Chciałbym sprostować, że moje obecne dolegliwości wyniknęły z zaniedbania, jakie poczyniłem, a nie z powodu nieprawidłowo wykonanego zabiegu usunięcia wyrostka" - napisał w poniedziałek wieczorem na Facebooku Kazik Staszewski.

Lider zespołu Kult odniósł się w ten sposób do poprzedniego wpisu, w którym poinformował, że znalazł się w szpitalu na Teneryfie w związku z powikłaniami po rzekomo nieprawidłowo wykonanym zabiegu usunięcia wyrostka robaczkowego.

"Parę dni temu moje flaki były tak nieczytelne i dalekie od przejrzystości, że na skutek słabości hiszpańskiego doszło do nieporozumienia. Zabieg - powtarzam - został wykonany prawidłowo, co dotarło do mnie, jak zacząłem to i owo kojarzyć, o co na OIOM-ie niełatwo" - wyjaśnił na Facebooku Kazik Staszewski.

Muzyk trafił do szpitala na Teneryfie w przeddzień koncertu zaplanowanego na wyspie. Kazik znalazł się wówczas na oddziale intensywnej terapii. Przekazał, że "sprawa jest poważniejsza". Lider zespołu Kult dodał, że dolegliwości zaczęły się jeszcze przed wyjazdem za granicę, podczas koncertu w Łodzi. 

W nocy z poniedziałku na wtorek lider zespołu Kult opublikował wpis, w którym wydarzenia ostatnich dni określił jako niewyobrażalne.

"To, co się wydarzyło w moim życiu w ciągu ostatnich 10 dni, było jeszcze wtedy kompletnie nie do wyobrażenia" - napisał Kazik Staszewski.

Przypomnijmy, że w jednym z wcześniejszych wpisów ze szpitala, muzyk przekazał niepokojącą informację, że "był bliski końca drogi". Jednocześnie zapowiedział, że być może czeka go operacja.

Tymczasem, jak poinformował zespół, lider grupy szczęśliwie powoli wraca do zdrowia. "Wszystko wskazuje na to, że operacja nie będzie jednak konieczna" - przekazał zespół.

"Drodzy, z ogromną radością i wdzięcznością dzielimy się z Wami dobrą wiadomością - stan zdrowia Kazika powoli, ale systematycznie się poprawia. Wszystko wskazuje na to, że operacja nie będzie jednak konieczna. Kazik został już przeniesiony z OIOM-u na zwykłą salę, co jest dla nas bardzo budującym sygnałem" - przekazał zespół Kult w komunikacie na Facebooku.

Przekazano także, że muzyk zaczyna wstawać z łóżka i siły pozwalają mu na samodzielne przyjmowanie płynów. Jednocześnie zaznaczono, że nie wiadomo jak długo Kazik Staszewski będzie musiał jeszcze zostać w szpitalu.

"Te drobne, ale jakże ważne postępy napełniają nas ogromną nadzieją na jego powrót do pełni sił. (...) wierzymy, że każdy kolejny dzień będzie przynosił dalszą poprawę" - podsumował zespół w komunikacie.

Pod koniec zeszłego miesiąca kontrowersje wywołał koncert Kultu w Zielonej Górze. W niedzielę 30 listopada Staszewski wystąpił na scenie, mimo że był "niedysponowany".

"W trosce o swoje zdrowie chcąc 'ratować się' przed Covidem oraz dokuczliwym bólem brzucha sięgnąłem po środki, które, jak się okazało, w połączeniu z alkoholem zadziałały zupełnie odwrotnie do zamierzonego. Z marnym skutkiem. Przepraszam wszystkich, którzy przyszli i oczekiwali normalnego występu" - artysta napisał w późniejszym oświadczeniu.

Po koncercie w Zielonej Górze lider Kultu nie tylko przeprosił fanów i zaoferował zwrot pieniędzy za bilety, ale też ogłosił, że w 2027 roku Kult zagra znacznie mniej koncertów. Muzyk uzasadniał, że obecna liczba obowiązków przekracza jego możliwości.

"Jest to decyzja, którą muszę podjąć dla dobra swojego zdrowia, rodziny i wszystkich, którzy są częścią tego świata" - podsumował Kazik Staszewski.

  •  

"To genialne, ale...". DiCaprio ostro o AI w sztuce

Dzisiaj, 9 grudnia (08:42)

Leonardo DiCaprio - zdobywca Oscara za rolę w "Zjawie" i jedna z największych gwiazd branży filmowej - zabrał głos ws. wpływu sztucznej inteligencji na sztukę i jej przyszłość. "Myślę, że wszystko, co ma być naprawdę uważane za sztukę, musi pochodzić od człowieka" - podkreślił w wywiadzie dla magazynu "Time".

  • Leonardo DiCaprio, artysta roku 2025 według magazynu "Time", wyraził ambiwalentne stanowisko wobec wykorzystania sztucznej inteligencji (AI) w sztuce.
  • Gwiazdor dostrzegł potencjał AI, ale podkreślił konieczność ludzkiego udziału w tworzeniu prawdziwej sztuki.
  • Więcej informacji znajdziesz na stronie głównej rmf24.pl

Leonardo DiCaprio został okrzyknięty przez magazyn "Time" artystą roku 2025. Aktor, którego w ostatnim czasie mogliśmy oglądać w filmie "Jedna bitwa po drugiej" Paula Thomasa Andersona, w długiej rozmowie podzielił się m.in. swoimi spostrzeżeniami związanymi z AI. 

Może to być narzędzie ułatwiające młodym filmowcom tworzenie czegoś, czego jeszcze nie widzieliśmy - zauważył gwiazdor. Myślę, że wszystko, co ma być naprawdę uważane za sztukę, musi pochodzić od człowieka - dodał. 

Aktor przywołał w rozmowie przykład muzycznych zabaw z AI. Dzięki technologii możemy usłyszeć, jak brzmiałyby współczesne hity w wykonaniu nieżyjących już artystów, takich jak np. Michael Jackson. 

Mówisz: "to jest super". To ma swoje 15 minut sławy i rozpływa się w otchłani innych internetowych śmieci. Nie ma w tym żadnego pierwiastka ludzkiego, mimo że jest to genialne - ocenił DiCaprio. 

Kwestia używania AI w branżach kreatywnych od dawna budzi obawy artystów z całego świata. Związek Zawodowy Aktorów Polskich opublikował niedawno stanowisko w sprawie korzystania z technologii (w tym generatywnej sztucznej inteligencji w celu modyfikacji wizerunku i głosu aktorek i aktorów.

"Związek Zawodowy Aktorów Polskich uczula całe środowisko audiowizualne, że proponowane w umowach zgody "na drobne, techniczne modyfikacje, np. zamiana stroju aktora, alternatywna wersja sceny, itp.", które "mają ułatwić sprawną realizację projektów zgodnie z nowymi standardami klienta" w bardzo krótkim czasie mogą doprowadzić do zastępowalności pracy aktorów i wszystkich innych osób związanych z rynkiem audiowizualnym - wytworem sztucznej inteligencji. Dziś, gdy klient chce aktora w nowym kostiumie, musi zorganizować dodatkowy dzień zdjęciowy. Jeśli będziemy wyrażać zgodę na tego rodzaju zapisy, AI w bardzo krótkim czasie może odebrać nam pracę" - czytamy w dokumencie. 

"Musimy być wszyscy świadomi, że pozwolenie na niekontrolowane stosowanie AI prowadzi do dehumanizacji naszego zawodu. Najlepszym przykładem zagrożenia jest przypadek Tilly Norwood - syntetycznego "wykonawcy" wygenerowanego przez AI. Tilly Norwood nie jest aktorką, lecz postacią wygenerowaną przez program komputerowy. Została stworzona na podstawie prac niezliczonej liczby profesjonalnych wykonawców - bez ich zgody i bez wynagrodzenia" - podkreślono w stanowisku ZZAP, pod którym podpisany jest prezes tej organizacji - Robert Gulaczyk. 

  •