Widok czytania

Niezwykła maska z czaszki kozła. Wyjątkowe odkrycie w niemieckiej wiosce

Niezwykła maska z czaszki kozła. Wyjątkowe odkrycie w niemieckiej wiosce

Karolina Majchrzak

Maska z czaszki kozła znaleziona w wiosce w Eilsleben w północnych Niemczech rzuca nowe światło na relacje między łowcami-zbieraczami a pierwszymi rolnikami w Europie. Badania pokazują, że ponad 7500 lat temu te dwie społeczności wymieniały się narzędziami oraz przedmiotami o znaczeniu symbolicznym.


Czaszka zwierzęcia z dwiema dużymi, szpiczastymi rogami, ustawionymi pionowo, na czarnym tle.

Jak mezolityczne tradycje przetrwały w neolitycznej wiosce. Nowe odkrycia archeologiczne w NiemczechLandesamt für Denkmalpflege und Archäologie Sachsen-Anhalt, J. Liptákdomena publiczna


Osada w Eilsleben, położona około 100 km na wschód od Hanoweru, została odkryta w latach 70. XX wieku, a ostatnie analizy geomagnetyczne ujawniły, że zajmowała niemal 20 akrów, co mogło czynić ją największą w regionie w tamtych czasach.

Mieszkańcy wioski należeli do kultury LBK (Linearbandkeramik), neolitycznych rolników, którzy przybyli do Europy Środkowej z regionu Morza Egejskiego i Anatolii. Choć osada była wyraźnie neolityczna, archeolodzy znaleźli tam również liczne artefakty mezolityczne, co świadczy o kontakcie z lokalnymi łowcami-zbieraczami.

Maska z czaszki sarny- most między epokami


Najbardziej spektakularnym odkryciem jest maska wykonana z czaszki i poroża dorosłego samca sarny. Pod względem stylu i technologii hełm jest mezolityczny i przypomina znaleziska z angielskiego Star Carr, datowane na 11 tys. lat. To przykład tzw. transferu technologii, w którym neolityczni rolnicy kopiowali praktyki łowców-zbieraczy, w tym wykorzystanie poroża do produkcji narzędzi.

Na stanowisku znaleziono też narzędzia z poroża i wiórów rogowych, rzadko spotykane w kulturze LBK. Archeolodzy sugerują, że wioska była miejscem wymiany nie tylko przedmiotów użytkowych, ale też symboli i wierzeń, co pokazuje złożone relacje między dwiema społecznościami.

To była paradoksalna relacja. Neolityczne fortyfikacje mówią: "mieszkamy tutaj", ale w osadzie jest wiele elementów mezolitycznych, związanych z łowiectwem i zbieractwem, co jest niesamowite

Dziedzictwo genetyczne


Genetyka współczesnych Europejczyków odzwierciedla te pradawne migracje. Poza śladami neolitycznych rolników z Anatolii i Morza Egejskiego w genomach obecnych mieszkańców kontynentu widoczne są również wpływy mezolitycznych łowców-zbieraczy oraz późniejszych nomadów z kultury Jamna. Znaleziska w Eilsleben pokazują zaś, że pierwsze wioski rolnicze w Europie nie były odizolowane od wcześniejszych mieszkańców, lecz stanowiły oś wymiany technologii i idei.


Meduzy śpią podobnie jak ludzie, mimo że nie mają mózgu i oczu© 2026 Associated Press


  •  

Jak pachniał starożytny Egipt? Goście muzeum nakarmią zmysły

Jak pachniał starożytny Egipt? Odwiedzający muzeum nakarmią zmysł zapachu

Krzysztof Sulikowski

Wizyty w muzeum mogą wkrótce przestać kojarzyć się wyłącznie z oglądaniem eksponatów za szybą, a staną się w pełni multisensorycznym doświadczeniem. Archeologia biomolekularna pozwoliła naukowcom wykrywać lotne związki organiczne na artefaktach i identyfikować zapachy towarzyszące ludziom tysiące lat temu, a następnie je odtwarzać. To immersyjne podejście pozwala odwiedzającym poznawać wieloma zmysłami dawną medycynę, obrzędy pogrzebowe i życie codzienne mieszkańców starożytnego Egiptu.


Nie trzeba ich oglądać zza szyby. Dzięki osiągnięciom nauki odwiedzający muzeum będą mogli poczuć starożytne zapachy

Nie trzeba ich oglądać zza szyby. Dzięki osiągnięciom nauki odwiedzający muzeum będą mogli poczuć starożytne zapachy123RF/PICSEL



Spis treści:

  1. Multisensoryczne wystawy. Dzięki nauce poczujemy starożytne zapachy

  2. "Zapach życia pozagrobowego", czyli jak pachniały mumie egipskie?

  3. Patrz i wąchaj, ale nie dotykaj. Jak będą wyglądać wizyty w muzeum?

Multisensoryczne wystawy. Dzięki nauce poczujemy starożytne zapachy


Wizyta w muzeum najczęściej kojarzy się z oglądaniem eksponatów, w tym często przez szybę. Multimedialność kończy się najczęściej na dodatkowym zaangażowaniu zmysłu wzroku, gdy odwiedzający mogą wysłuchać komentarza lub obejrzeć film. Co prawda istnieją już wystawy multisensoryczne czy też immersyjne, które oddziałują na wiele zmysłów (w tym np. poprzez gogle VR), jednak to wciąż bardziej innowacja charakterystyczna dla konkretnych placówek niż typowa praktyka muzealna.

Do tej pory niewiele można było w tej materii zrobić. O ile muzealnicy potrafią urozmaicić wizualnie i dźwiękowo swoje ekspozycje (w końcu ludzie są głównie wzrokowcami), o tyle nie ma mowy o dotykaniu kruchych eksponatów, a zapach najczęściej w ogóle nie jest elementem wystawy. To się jednak zmienia.

Naukowcy potrafią już identyfikować molekuły odpowiedzialne za zapach, mimo że artefakty już dawno zwietrzały i dla ludzkiego nosa pachną tak, jak ich otoczenie. Ta technika znajdzie zastosowanie także w muzeach. Szerzej opowiada o niej międzynarodowy zespół m.in. archeologów, egiptologów oraz ekspertów perfumiarstwa i badania zapachów w publikacji naukowej na łamach "Frontiers in Environmental Archaeology", która ukazała się 5 lutego 2026.

"Ostatnie osiągnięcia w archeologii biomolekularnej umożliwiły wykrywanie lotnych związków organicznych (VOCs) i metabolitów zapachowo czynnych w materiałach archeologicznych, odkrywając zapachy oraz środowiska olfaktoryczne starożytnego świata. Ten rozwój oferuje nowe możliwości rekonstrukcji światów zmysłowych przeszłości poprzez sygnatury molekularne - od praktyk perfumeryjnych, rytualnych i medycznych, po aspekty życia codziennego" - wyjaśniają autorzy badania.

"Zapach życia pozagrobowego", czyli jak pachniały mumie egipskie?


Metody laboratoryjne to jedno, ale w jaki sposób mogą to wykorzystać instytucje kultury mogą to wykorzystać do urozmaicenia wystaw? Naukowcy znaleźli sposób na integrację tej technologii i opracowali przenośne karty zapachowe oraz dyfuzory, które już zostały użyte w pierwszym tego typu projekcie muzealnym. Nosi on nazwę "Zapach życia pozagrobowego" ("Scent of the Afterlife") i jest poświęcony starożytnym mumiom egipskim. A konkretnie temu, jak one pachniały.

"To olfaktoryczna reprodukcja oparta na biomolekularnej analizie 3500-letniego egipskiego balsamu mumifikacyjnego. Opracowany wspólnie przez archeologów, chemików, kuratorów, perfumiarza i konsultanta dziedzictwa olfaktorycznego, projekt ten przetłumaczył dowody chemiczne na zapach uwzględniający kontekst historyczny" - tłumaczą autorzy tej metody. Znalazła ona już zastosowanie poprzez dwa interfejsy - stałą stację zapachową oraz kartę zapachową do mobilnej dyfuzji - zintegrowane z wystawą "Starożytny Egipt - Obsesja Życia" ("Ancient Egypt - Obsessed with Life") w Moesgaard Museum w Aarhus w Danii. Wcześniej natomiast zostały one przetestowane w Museum August Kestner w Hanowerze w Niemczech.


Czworo dorosłych ludzi oglądających eksponaty związane ze starożytnym Egiptem w gablocie muzealnej, skupieni na artefaktach, w tle granatowe ściany oraz fragment obrazu.

Odwiedzający muzeum mogą wąchać próbki zapachowe opracowane na podstawie sygnatur molekularnychBarbara Huber, Ulrike Dubiel, Museum August Kestner (CC BY 4.0)materiał zewnętrzny


Aby jednak to wszystko było możliwe, potrzebne było zaangażowanie ekspertów z wielu dziedzin. "Prawdziwym wyzwaniem jest wyobrażenie sobie zapachu jako całości. Dane biomolekularne dostarczają kluczowych wskazówek, ale to perfumiarz musi przełożyć informacje chemiczne w kompletne i koherentne doświadczenie węchowe, które przywołuje złożoność oryginalnego materiału, a nie tylko poszczególnych składników" - wyjaśnia w oświadczeniu współautorka badania, perfumiarka i farmaceutka Carole Calvez.

Patrz i wąchaj, ale nie dotykaj. Jak będą wyglądać wizyty w muzeum?


Ten niezwykły projekt łączący naukę ze sztuką przez jego twórców postrzegany jest jako przełom w sposobie dzielenia się odkryciami naukowymi z szeroką publicznością. Jak podkreśliła w oświadczeniu współautorka badania, archeochemiczka Barbara Huber z Instytutu Geoantropologii im. Maxa Plancka i Uniwersytetu w Tybindze, dzięki niemu "wyniki badań naukowych mogą być udostępniane poza publikacjami akademickimi".

Pomysłem tym są zachwyceni także kuratorzy, którzy dostrzegają, w jaki sposób stymulacja polisensoryczna (wielozmysłowa) może pomóc odwiedzającym lepiej zrozumieć tajemnice starożytnego Egiptu. "Zapach zapewnia nowe podejście do mumifikacji, odchodząc od czynnika strachu i klisz z filmowych horrorów w kierunku docenienia motywacji stojącymi za tymi działaniami oraz ich pożądanych efektów" - skomentowali kuratorzy Christian E. Loeben i Ulrike Dubiel.

Jak z kolei dostrzegł Steffen Terp Laursen, dzięki wspomnianej wcześniej stacji zapachowej goście muzeum mogli zrozumieć czy wręcz poczuć balsamowanie w nowy sposób: "Zapach dodał głębię emocjonalną i sensoryczną, której same etykiety tekstowe nigdy nie dostarczają". Teraz w końcu ludzie sami przekonają się, jak pachniała mumia 3,5 tysiąca lat temu.

Twórcy tego rozwiązania mają nadzieję, że będą mogli dostarczać swoje narzędzia kolejnym instytucjom kultury. Nie muszą one wcale być związane z Egiptem. W rezultacie więcej zwiedzających otrzyma szansę pełniej doświadczać historii - a nie tylko ją oglądać i o niej słuchać bądź czytać. Dotykać jednak wciąż nie wolno.

Źródła:

  • Ehrich S.C., Calvez C., Loeben C.E., Dubiel U., Terp Laursen S., Huber B., From biomolecular traces to multisensory experiences: bringing scent reproductions to museums and cultural heritage. Front. Environ. Archaeol. 4:1736875 (2026). doi: 10.3389/fearc.2025.1736875

  • Max Planck Institute of Geoanthropology, Breathing in the past: How museums can use biomolecular archaeology to bring ancient scents to life, EurekAlert! (2026).


Meduzy śpią podobnie jak ludzie, mimo że nie mają mózgu i oczu© 2026 Associated Press


  •  

Archeolodzy znaleźli rzymski wrak, a w nim wielkie skarby

Archeolodzy znaleźli rzymski wrak, a w nim wielkie skarby

Marcin Jabłoński

Na południu Włoch archeolodzy odkryli wrak rzymskiego okrętu. Zaskoczył ich ładunek, który w starożytnym imperium wart byłby krocie.


Nurek w pełnym wyposażeniu wydobywa z dna morskiego dużą, starożytną amforę pokrytą muszlami i osadem, wokół widoczne są fragmenty innych przedmiotów oraz piasek.

Archeolodzy zdumieni. Skarb krył się tuż pod ich nosemMinisterstwo Kultury WłochFacebook


Nowo odkryty wrak statku został odkryty w pobliżu wybrzeża Apulia na południu Półwyspu Apenińskiego. Co ciekawe znaleziono go już w czerwcu 2025 roku, ale włoskie władze chciały zachować to w tajemnicy, aby uniknąć możliwego szabrowania.

Statek zidentyfikowano jako duży navis oneraria, rzymski statek handlowy używany do dalekomorskiego handlu. Spoczywający na dnie morskim statek został opisany przez włoskie władze jako "wyjątkowo dobrze zachowany". Co jednak ważniejsze, jego ładunek pozostał nienaruszony.

Ładunek też okazał się jedyny w swoim rodzaju. Statek przewoził amfory wypełnione garum, sfermentowanym sosem rybnym, który był jednym z najbardziej cenionych i drogich towarów w świecie rzymskim. Garum było nie tylko podstawowym składnikiem kuchni rzymskiej, ale także produktem luksusowym, sprzedawanym w całym Imperium Rzymskim.

Archeolodzy uważają, że statek był częścią rozległej sieci handlowej zaopatrującej elitarne rynki. To odkrycie daje nowe możliwości badania rzymskich systemów gospodarczych, zwyczajów konsumpcyjnych i życia codziennego wielkiego imperium.

Początek pracy archeologów


Eksperci podkreślają, że znaleziska tej skali i w tak dobrym stanie zachowania są rzadkością. Układ amfor na dnie morskim nadal odzwierciedla pierwotny kształt statku, co pozwala badaczom z niespotykaną dotąd dokładnością odtworzyć techniki jego budowy.

To najnowsze odkrycie potwierdza, że Morze Jońskie jest jednym z najbogatszych podwodnych obszarów archeologicznych w południowych Włoszech, co wzmacnia potrzebę długoterminowej ochrony i inicjatyw badawczych. Ministerstwo Kultury Włoch ogłosiło, że po ostatnim odkryciu wraku nastąpi systematyczna dokumentacja oraz planowanie przyszłych wykopalisk i działań konserwatorskich.


Niezwykła wystawa olbrzymich owadów. Niektóre eksponaty ważą ponad tonęInteria pl© 2026 Associated Press


  •  

Niezwykłe odkrycie w Grenoble. Szubienica i dziesiątki szkieletów

Niezwykłe odkrycie w Grenoble. Szubienica i dziesiątki szkieletów

Karolina Majchrzak

Zespół archeologów z Francuskiego Narodowego Instytutu Archeologii Prewencyjnej (INRAP) odkrył w rejonie Grenoble pozostałości XVI-wiecznej szubienicy oraz towarzyszących jej masowych grobów. To jedno z najlepiej udokumentowanych znalezisk związanych z dawnym wymiarem sprawiedliwości na terenie Francji.


Pozostałości archeologiczne prostokątnej kamiennej konstrukcji z widocznymi komorami w wykopie otoczonej ziemią i gruzem.

Widok na szubienicę w Grenoble z lotu ptakaNordine Saadi, Inrapdomena publiczna


Podczas wykopalisk prowadzonych w 2024 roku na obrzeżach miasta natrafiono na kwadratową ceglaną konstrukcję oraz dziesięć jam grobowych, które - jak wskazuje analiza archeologiczna i historyczna - datowane są na lata 1544-1547. Początkowo przypuszczano, że mogą być to pozostałości kaplicznego cmentarza lub kolonii trędowatych.

XVI-wieczna szubienica i groby skazańców


Dopiero wgląd w archiwalne dokumenty budowlane, zawierające opis drewnianej konstrukcji szubienicy, pozwolił ustalić prawdziwą funkcję tego miejsca jako publicznego pola egzekucyjnego. Według ustaleń INRAP, szubienica miała formę kwadratowej platformy o boku około ośmiu metrów, wspieranej na ośmiu kamiennych filarach o wysokości sięgającej pięciu metrów.

Na filarach zamocowane były belki poprzeczne tworzące konstrukcję służącą do wykonywania wyroków przez powieszenie oraz do wystawiania ciał skazańców na widok publiczny. Tego typu budowle były w XVI wieku nie tylko elementem systemu karnego, lecz także symbolem siły władzy królewskiej.

Nowe dane o dawnym wymiarze sprawiedliwości


Jak ustalili badacze, szubienica w Grenoble mogła umożliwiać jednoczesne powieszenie do ośmiu osób. W odkrytych w jej pobliżu jamach grobowych zidentyfikowano szczątki co najmniej 32 osób, w większości mężczyzn.

Analiza archiwów pozwoliła powiązać znalezisko z dwoma znanymi egzekucjami: protestanta Benoita Croyeta, uczestnika ataku na Grenoble w 1573 roku oraz Charlesa Du Puy Montbruna, przywódcy hugenotów z Delfinatu, straconego w 1575 roku za bunt przeciwko królowi.

Badacze INRAP podkreślają, że pochówek skazańców w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca egzekucji miał charakter symboliczny i był formą przedłużenia wymierzonej kary. Do tego część szczątków nosi ślady pośmiertnego okaleczenia, w tym dekapitacji i rozczłonkowania, co interpretowane jest jako element "hańbiącego traktowania" typowego dla epoki.

Odnalezione osoby celowo pozbawiono prawa do godnego pogrzebu

Odkrycie to dostarcza cennego materiału do badań nad historią sądownictwa i praktyk egzekucyjnych we Francji okresu renesansu. Według archeologów, szubienica w Grenoble została najprawdopodobniej opuszczona na początku XVII wieku, wraz ze zmianami w prawie karnym i ewolucją norm religijnych, które stopniowo odchodziły od publicznego eksponowania skazańców.


Rewolucyjny implant. Przywraca zdolność czytania niewidomym© 2025 Associated Press


  •  

Zaskakujące odkrycie naukowców. Rzymski fresk przedstawia ogolonego Jezusa

Zaskakujące odkrycie naukowców. Rzymski fresk przedstawia ogolonego Jezusa

Daniel Górecki

W północno-zachodniej Turcji, w pobliżu historycznego miasta Iznik, archeolodzy dokonali niezwykłego odkrycia. W podziemnym grobowcu w wiosce Hisardere natrafili na utrzymany w stylu rzymskim fresk przedstawiający Jezusa jako "Dobrego Pasterza". Znalezisko datowane jest na III wiek, czyli okres, w którym chrześcijanie byli często prześladowani w ramach Imperium Rzymskiego.


Ścienna malowidło przedstawiające postać otoczoną przez sześć owiec na tle zieleni i elementów roślinnych, całość utrzymana w kolorystyce pastelowej, część dolna obrazu jest częściowo zasłonięta cieniem.

Jezus w rzymskim wydaniu. Dobry Pasterz bez brody i z kozą na ramionacheuronews.com/screen z nagraniadomena publiczna


Fresk przedstawia młodego ogolonego Jezusa ubranego w togę, niosącego na barkach kozę. To jeden z nielicznych przykładów, w których postać Chrystusa posiada wyraźnie rzymskie cechy, co czyni znalezisko wyjątkowym w kontekście Anatolii (kraina historyczna w Turcji, która obejmuje cały półwysep Azji Mniejszej oraz część terenów na wschód od niego). Przed popularyzacją krzyża jako uniwersalnego symbolu chrześcijaństwa, motyw Dobrego Pasterza pełnił ważną rolę, symbolizując ochronę, zbawienie i boskie prowadzenie.

Rzymski Jezus w Anatolii


Według głównej archeolożki Gulsen Kutbay, fresk w Hisardere może być "jedynym tego rodzaju przykładem w Anatolii". Ściany i sufit grobowca zdobią motywy roślinne i ptaki, a także portrety zamożnych osób wraz z ich służbą. Eren Erten Ertem z Muzeum w Izniku zauważa, że freski pokazują "przejście od późnego pogaństwa do wczesnego chrześcijaństwa, przedstawiając zmarłych w pozytywny sposób podczas przejścia do życia pośmiertnego".

Znalezisko szkieletów i kontekst historyczny


Podczas wykopalisk odnaleziono szczątki pięciu osób. Trudności w konserwacji uniemożliwiły ustalenie wieku dwóch z nich, natomiast pozostali to dwójka młodych dorosłych oraz sześciomiesięczne dziecko. Warto także odnotować, że Iznik jest miejscem historycznie istotnym dla chrześcijaństwa, ponieważ tutaj w 325 roku powstał Sobór Nicejski, ustanawiający wyznanie wiary, które do dziś jest odmawiane przez miliony chrześcijan.

Papież Leon XIV odwiedził Iznik w zeszłym miesiącu, podczas pierwszej zagranicznej podróży, aby upamiętnić 1700. rocznicę Soboru Nicejskiego. W ceremonii uczestniczyli patriarsze i duchowni z kościołów Wschodu i Zachodu. Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan zaprezentował papieżowi fresk podczas tej wizyty.

Region Anatolii był świadkiem kluczowych wydarzeń w historii chrześcijaństwa. To tutaj urodził się św. Paweł z Tarsu, św. Jan spędził ostatnie lata życia w Efezie, a według tradycji Maryja mogła spędzić swoje ostatnie dni w okolicach tego miasta. Odkrycie w Hisardere stanowi zaś nowe cenne źródło wiedzy o wczesnych praktykach chrześcijańskich i ikonografii okresu rzymskiego. Zachowany w niemal nienaruszonym stanie, pozwala bowiem na lepsze zrozumienie wczesnych wierzeń i wizualnej reprezentacji Jezusa przed popularyzacją krzyża jako uniwersalnego symbolu.


Wioska czarownic w Andaluzji. Tradycja sięga mrocznych czasów© 2025 Associated Press


  •  

Złoty pociąg zostanie zbadany. Odkrywca wpuści do tunelu kamerę


Spis treści:

  1. Szef projektu "Złoty Pociąg 2025" w pierwszym wywiadzie

  2. Radiestezja skonfrontowana z geofizyką

  3. Odwiert potwierdzi lokalizację? "Ja wiem, co tam jest, jestem tego pewny"

Szef projektu "Złoty Pociąg 2025" w pierwszym wywiadzie


W tym roku poszukiwaczom złotego pociągu się poszczęściło. Co prawda nie położyli jeszcze ręki na skarbie, ale mają już ku temu sposobność. Najpierw otrzymali od Nadleśnictwa Świdnica potrzebne zezwolenia na badania georadarowe. Był to ponoć warunek, po którego spełnieniu lider poszukiwaczy z grupy "Złoty Pociąg 2025" obiecał się ujawnić. I tak też zrobił, o czym pisaliśmy na początku grudnia. Michał Motak ujawnił swoją tożsamość i wyjaśnił, że odkrył lokalizację skarbu techniką radiestezji, a teraz zamierza to udowodnić przy użyciu instrumentów naukowych.

Lider poszukiwaczy wystąpił właśnie w pierwszym wywiadzie na YouTube. W ponad godzinnej rozmowie, którą prowadziła Joanna Lamparska, wziął udział także drugi gość - Dariusz Gwiazda z firmy TechDiam, która zajmuje się pracami geofizycznymi, wierceniem i cięciem betonu. To ona zweryfikuje, czy wskazania Motaka są poprawne. Rozmówcy przygotowują się już do prac z georadarem.

"Po raz pierwszy publicznie wypowiada się człowiek, który oficjalnie zgłosił do urzędu lokalizację trzech wagonów z okresu II wojny światowej, ukrytych w zamaskowanym tunelu na terenie Wałbrzycha. Choć robocza nazwa przedsięwzięcia 'Zloty Pociąg 2025' brzmi sensacyjnie, Zgłaszający, Michał Motak z Kudowy Zdroju, mówi o czymś znacznie mniejszym" - głosi fragment opisu wywiadu. A o czym on jest?

Radiestezja skonfrontowana z geofizyką


W rozmowie z szefem grupy poszukiwawczej złotego pociągu oraz szefem firmy, która zajmie się pracami geofizycznymi, ujawniono kulisy poszukiwań i plany prac. Michał Motak podał dokładny opis tunelu o wymiarach 9 x 9 metrów, a także stalowej, rozsuwanej bramy i trzech wagonów towarowych wypełnionych skarbami.

W wywiadzie zaadresowano też największą kontrowersję ostatniego miesiąca, a mianowicie radiestezję - technikę poszukiwania rzekomych promieniowań, takich jak żyły wodne czy podziemne pustki, przy pomocy różdżki lub wahadełka, co przez naukowców uznawane jest za pseudonaukę.

Ta technika została skonfrontowana z tzw. twardą geofizyką. Radiesteta, który odkrył lokalizację złotego pociągu, bynajmniej od tej konfrontacji nie ucieka i sam stara się o niepodważalne potwierdzenie przy użyciu powszechnie uznanych metod.

Jak wyjaśnił Dariusz Gwiazda, georadar ma szansę powodzenia, jeśli pozwoli na to struktura gruntu. Gdy jednak znajdować się tam będzie glina pochłaniająca fale elektromagnetyczne, to detekcja podziemnej pustki może być niemożliwa. Niemal na pewno do gry wejdzie koparka i łopaty. Przede wszystkim jednak właściciel firmy planuje odwiert i wpuszczenie do środka kamery.

Odwiert potwierdzi lokalizację? "Ja wiem, co tam jest, jestem tego pewny"


"Odwiert byłby dobrym rozwiązaniem. Byśmy zajrzeli do środka, co tam jest. Ja wiem, co tam jest, jestem tego pewny" - mówi Michał Motak. Gość programu szczegółowo wyjaśnił, w jaki sposób dokonał wykrycia podziemnej struktury, a także przedstawił jej rzut na schematycznym rysunku. W tunelu widzimy trzy wagony.

Poszukiwacz odpowiadał też na pytania dotyczące pochodzenia złotego pociągu, szybu, w którym został ukryty, oraz relacji świadków. Przyznał też, że w przypadku potwierdzenia odkrycia skorzysta z przysługującego mu 10% znaleźnego. W wywiadzie padają daty, nazwiska i nieznane wcześniej publicznie szczegóły zgłoszenia do urzędu.

Wiemy już, że zgoda od właściciela terenu jest. Co dalej? Teraz do zdobycia zostało tylko pozwolenie od Dolnośląskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków i można będzie ruszyć z pracami.


Kiedy atakuje cię własne ciało. Toczeń i inne choroby autoimmunologiczne© 2025 Associated Press


  •  

Zabytkowa kopalnia zyska nowe życie. Powstaje wyjątkowe centrum

Karol Kubak

W zabytkowej kopalni w Jawiszowicach, miejscu naznaczonym wojną, niewolniczą pracą i oporem wobec władzy, rodzi się nowa instytucja pamięci. Małopolskie Centrum Wolności i Solidarności ma opowiadać o podziemnym ruchu opozycyjnym w PRL i lokalnych zrywach wolnościowych, łącząc historię z edukacją.


Zdjęcie ilustracyjne

Zabytkowa kopalnia zyska nowe życie. Powstaje centrum wolnościTomasz WojtasikPAP


W Jawiszowicach, w nieczynnej i zabytkowej kopalni, powstanie Małopolskie Centrum Wolności i Solidarności. To oddolna inicjatywa historyczno-edukacyjna, która ma przypominać o podziemnym ruchu wolnościowym w czasach PRL oraz o lokalnych doświadczeniach walki z totalitaryzmem. Pomysłodawcą przedsięwzięcia jest fundacja Pobliskie Miejsca Pamięci Auschwitz-Birkenau.

Data inauguracji nie jest przypadkowa. Jak podkreśla jeden z inicjatorów, Dagmar Kopijasz, rozpoczęcie prac zaplanowano 13 grudnia, w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego.

- 13 grudnia, rocznica wprowadzenia w 1981 roku stanu wojennego, to dla Polaków bardzo ważna data. Dla naszej fundacji istotne jest zachowanie pamięci. Dziś w zabytkowej kopalni w Jawiszowicach rozpoczynamy tworzenie placówki historyczno-edukacyjnej: Małopolskiego Centrum Wolności i Solidarności. To całkowicie oddolna inicjatywa pozarządowa - powiedział Dagmar Kopijasz w rozmowie z PAP.

Centrum wolności wzorowane na kopalni "Wujek"


Tworzone w Jawiszowicach centrum ma nawiązywać do doświadczeń znanych z kopalni "Wujek" na Śląsku, gdzie w grudniu 1981 roku milicja brutalnie spacyfikowała strajk górników. W nowej placówce kluczową rolę odegra ekspozycja dokumentów i pamiątek związanych z podziemnym ruchem opozycyjnym, zwłaszcza z działalnością NSZZ "Solidarność".

- Pod opiekę fundacji trafił zbiór około tysiąca sztuk wydawnictw z tak zwanego drugiego obiegu. To między innymi prasa podziemna, książki, plakaty i zdjęcia z lat 70. i 80. XX wieku. Wydawane były w kraju oraz Paryżu i Londynie. W skład zbioru wszedł też powielacz wykorzystywany w druku prasy podziemnej w latach 80 - dodał Kopijasz.

Wybór lokalizacji ma głębokie uzasadnienie historyczne


Kopalnia w Brzeszczach-Jawiszowicach to ponad 120 lat dziejów, naznaczonych dramatem II wojny światowej i oporem wobec kolejnych form zniewolenia. Pracowali tu więźniowie niemieckiego obozu Auschwitz, a w 1945 roku górnicy udaremnili próbę zniszczenia zakładu przez wycofujących się Niemców. W czasach PRL w kopalni doszło do jednego z najdłuższych podziemnych strajków po ogłoszeniu stanu wojennego.

- Kopalnia ze swą historią, której ważną częścią jest walka z okupantem oraz wolnościowe zrywy, jest idealnym miejscem, by taka placówka tu powstała. Będzie pierwszą na mapie Małopolski, a pod wieloma względami unikatową w kraju - wyjaśnił Kopijasz.

Ekspozycja ma zostać udostępniona zwiedzającym już wiosną przyszłego roku. Fundacja apeluje również o przekazywanie pamiątek związanych z ruchem wolnościowym i "Solidarnością", by tworzone centrum stało się wspólnym archiwum pamięci.


Rewolucyjny implant. Przywraca zdolność czytania niewidomym© 2025 Associated Press


  •  

Wykopaliska w Wersalu. Archeolodzy odkrywają sekrety pałacu

Wykopaliska w Wersalu. Archeolodzy odkrywają sekrety pałacu

Paula Drechsler

Ostatnie badania archeologiczne na terenie Pałacu Wersalskiego we Francji ujawniły szereg nieznanych dotąd fragmentów monumentalnej rezydencji. Wśród odkryć znalazły się relikty podziemnej infrastruktury, dawnych tuneli i grot oraz elementy porcelany i fajansu. Wyniki badań pozwalają lepiej zrozumieć, jak pałac ewoluował na przestrzeni wieków.


Zamek w Wersalu widziany z lotu ptaka, majestatyczna rezydencja otoczona rozległymi ogrodami, symetrycznymi alejkami oraz fontannami, wokół zabudowania miejskie i rozprzestrzeniające się lasy na horyzoncie.

Pałac wersalski po raz kolejny stał się miejscem badań archeologicznych.ToucanWings - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/Wikimedia Commons


Nowe odkrycia w Pałacu Wersalskim. Naukowcy odsłaniają sekrety rezydencji


Pałac Wersalski położony w Wersalu pod Paryżem we Francji został poddany badaniom archeologicznym. Budowa rozpoczęta za panowania Ludwika XIV przechodziła liczne przemiany, a naukowcy odsłonili teraz mało znane elementy.

Wykopaliska przeprowadzono na tarasie północnym i na dziedzińcach wewnętrznych. Badania pozwalają udokumentować fazy rozwoju, poziomy budowy oraz metody kolejnych przekształceń jednego z najsłynniejszych pałaców na świecie.

Nowe fakty o historii przebudowy francuskiego pałacu


Francuski Instytut Badań Archeologicznych (INRAP) ogłosił wyniki badań. Dziedzińce Królowej i Delfina powstały częściowo na dawnym nasypie fosy Le Vau. Otaczała ona pawilon myśliwski Ludwika XIV. Wykopaliska dotarły aż do naturalnego podłoża na głębokości ok. 3,2 m i ujawniły świetnie zachowane warstwy, pozwalające odtworzyć kolejne etapy przekształceń terenu.

Odkryto m.in. fundamenty zaginionych tuneli, kamienne systemy odwadniające i elementy infrastruktury hydraulicznej, w tym kolektory wody deszczowej. Najcenniejsze są konstrukcje z końca XVII w. ze sklepieniami o łuku półkolistym, świadczące o zaawansowanej organizacji podziemnej infrastruktury obsługującej apartamenty królewskie.

Przebudowy Wersalu. "Organizm w ciągłej transformacji"


Taras północny skrywał natomiast fragmenty rzeźb z XVII-XVIII w., pozostałości dawnej groty Tetydy i fundamenty wykorzystujące elementy balustrad, które były prawdopodobnie związane z ogrodzeniami z XVIII w. Inne odkrycia z dwóch kampanii to fragmenty chińskiej porcelany i białe oraz niebieskie odłamki fajansu. Ponadto na dawnym Wielkim Dziedzińcu ujawniono pozostałości zbiornika wodnego o nieznanej funkcji, bogate zdobienia sugerują, że być może była to fontanna, ale temat wymaga dokładniejszych badań. Kilka sklepionych galerii serwisowych, przeznaczonych do utrzymania i kontroli sieci wodnych, również wywodzi się z tego kompleksu.

Badania pokazują, że jeden z najsłynniejszych pałaców świata należy postrzegać "organizm w ciągłej transformacji", złożony z nakładających się faz budowy i przebudowy. Badania Wersalu trwają, uzupełniając dotychczasowe ustalenia. Eksperci łączą dane archeologiczne z archiwaliami i analizą architektury, aby odtworzyć historię tego monumentalnego kompleksu.

Pełne dane na temat badań w Wersalu opublikował INRAP.


Bajkowy zamek trafił na listę dziedzictwa UNESCODeutsche WelleDeutsche Welle


  •  

Tajemnice pochówku gipsowego w Brytanii. Czyje to odciski palców?


Spis treści:

  1. Zobaczyć Zmarłych. Rzymskie pochówki gipsowe w starożytnej Brytanii

  2. Naukowcy odkryli nieznany wcześniej element rytuału pochówkowego

  3. Tanatopraktor lub członek rodziny. Czyje palce odcisnęły się w gipsie?

Zobaczyć Zmarłych. Rzymskie pochówki gipsowe w starożytnej Brytanii


Badacze z University of York w ramach projektu "Seeing the Dead" (ang. "Zobaczyć Zmarłych") badają starożytne pochówki gipsowe z czasów Cesarstwa Rzymskiego w okolicach Yorkshire. Ta zapomniana praktyka funeralna, rozpowszechniona na tych terenach w III-IV w. n.e., wykorzystywała płynny gips do pokrywania ciał zmarłych - dorosłych i dzieci - przed złożeniem ich do kamiennych lub ołowianych trumien.

Jak wyjaśniają członkowie projektu, ten specyficzny element rytuału pochówku wykonywano tuż przed zamknięciem wieka trumny i złożeniu jej w ziemi. Gips wysychał i twardniał wewnątrz trumny, tworząc jak gdyby trójwymiarową formę odlewniczą zmarłego, dzięki czemu współcześni badacze mogą odtworzyć ich wizerunki oraz fakturę ich odzieży.

Substancja służąca do smarowania zwłok powstawała prawdopodobnie poprzez nagrzanie sproszkowanego gipsu do temperatury ok. 150-200 °C, a następnie jego zmieszanie z wodą do uzyskania dość płynnej, lepkiej konsystencji. Wcześniej zakładano, że ta mieszanka być może była po prostu wlewana do trumny. Nowe odkrycia naukowców dowodzą jednak czegoś innego.

Naukowcy odkryli nieznany wcześniej element rytuału pochówkowego


Ostatnie badania pochówków gipsowych doprowadziły do odkrycia odcisków palców w zachowanym materiale. Ku zaskoczeniu naukowców okazało się, że niektóre mieszanki wcale nie były mocno rozcieńczone, lecz raczej miały konsystencję miękkiej pasty, którą można było nakładać ręcznie na zwłoki.

Zwłoki, odziane i owinięte w całuny, były smarowane ręcznie, przez co dawni mieszkańcy Brytanii (a dzisiejszej Wielkiej Brytanii) zostawili w zaschniętym gipsie odciski palców nawet 1700-1800 lat temu.

"Wskazujące na to dowody stanowi spektakularne odkrycie śladów i odcisków palców w stwardniałym gipsie z pochówku dorosłego mężczyzny i kobiety w Yorku, co wskazuje, że ktoś 1700 lat temu wprowadził wilgotną i plastyczną masę gipsową do trumny i uklepał ją lub wygładził ręcznie na zwłokach. Nawet odciski koniuszka jednego z palców są wyraźnie widoczne" - relacjonują brytyjscy naukowcy.

Tanatopraktor lub członek rodziny. Czyje palce odcisnęły się w gipsie?


Co jeszcze mówią nam te nowe dane? Zdaniem archeologów z projektu "Seeing the Dead" owe wyjątkowe ślady dłoni i odciski palców oferują nowe spojrzenie na charakter oraz ewolucję rzymskich rytuałów pogrzebowych. Dostrzegają oni również wyraz "bardzo bliskiego, osobistego kontaktu między zmarłym a ostatnią żywą osobą, z którą wchodzi w kontakt w czasie pochówku".

Co dalej? Choć wyżej opisane odkrycie uznawane jest za spektakularne, to eksperci wciąż nie wiedzą wszystkiego. Starają się znaleźć odpowiedź na pytanie, czy osoby, które ręcznie nakładały gips na zwłoki, były spokrewnione ze zmarłymi, czy może raczej świadczyły takie usługi profesjonalnie - jak dzisiejsi tanatopraktorzy. Naukowcy będą też starali się zbadać ewentualne próbki DNA zachowane w odciskach, aby ustalić, kto mógł zostawić te ślady.

Wspomniany fragment odlewu gipsowego znajduje się w kolekcji York Museums Trust (YORYM : 2010.1219).


Rewolucyjny implant. Przywraca zdolność czytania niewidomym© 2025 Associated Press


  •  

Ośrodki internowania w stanie wojennym. Jak wyglądała izolacja opozycji?

Stan wojenny, wprowadzony w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r., zmienił w mgnieniu oka życie społeczne, polityczne i prywatne w całej Polsce. W ramach działań represyjnych władze komunistyczne podjęły masową akcję internowań, czyli przymusowego odizolowania ludzi bez procesu sądowego, często tylko z podejrzenia, że mogą stanowić "zagrożenie" dla państwa.

Internowanie nie było zwykłym aresztowaniem. W większości przypadków ludzie nie zostali skazani żadnym wyrokiem. Zamiast tego trafiali do tzw. ośrodków odosobnienia, oddzielnych pawilonów w więzieniach, aresztach śledczych, zakładach karnych, ale też (w mniej typowych przypadkach) do ośrodków wczasowych lub innych specjalnych miejsc.

Decyzje o internowaniu wydawali komendanci wojewódzcy Milicji Obywatelskiej, co oznaczało, że praktycznie każda ważniejsza opozycyjna aktywność, przynależność do związków zawodowych czy nawet domniemanie takiej przynależności mogło skutkować utratą wolności.

Skala internowania. Ile osób, kto i jak długo?


Liczby mówią same za siebie. W czasie całego stanu wojennego wydano łącznie ponad 10 tysięcy decyzji o internowaniu.

Wśród nich było około 9 tysięcy mężczyzn i około 1 tysiąca kobiet. Osoby do 25 lat stanowiły niespełna 15 proc., najliczniejszą grupą były osoby w przedziale 26-40 lat (ok. 58 proc.), a także 41-60 lat (ponad 26 proc.). Jedynie około 0,9 proc. to osoby powyżej 60. roku życia.

Jeśli chodzi o wykształcenie, to stosunkowo duży odsetek był ze średnim (ok. 35 proc.) lub wyższym (blisko 25 proc.). Niemal co piąty był pracownikiem umysłowym, ale istotna część to były osoby pracujące fizycznie, co pokazuje, że represje dotykały bardzo różne warstwy społeczne.

Najwięcej osób (blisko 5 tys.) trafiło do ośrodków w pierwszych dniach stanu wojennego. Już 21 grudnia 1981 r. jednocześnie było przetrzymywanych 5 128 osób, co było rekordem dla całego okresu represji. Później liczba ta stopniowo malała. Pod koniec lutego 1982 r. internowanych było około 4 tys. osób.

Gdzie osadzano "winnych"? Główne ośrodki internowania


Ośrodki internowania powstały w wielu miejscach w całym kraju. Według instytucji odpowiedzialnych za dokumentację było ich początkowo 36, a z czasem liczba wzrosła do ponad 50, co różni się w zależności od źródła.

Wśród najbardziej znanych znalazły się ośrodki:

Arłamów - luksusowy ośrodek wczasowy, przekształcony w miejsce dla internowanych prominentów i działaczy opozycji. To tam trafił m.in. przywódca opozycji, po jakimś czasie zwolniony z innych ośrodków. Osobny, lepszy status miał np. Lech Wałęsa.

Gołdap - ośrodek szczególnie dla kobiet. W latach 1981-1982 przetrzymywano tam blisko 400 internowanych pań, w tym znane działaczki opozycyjne. Warunki miały być "relatywnie lepsze".

Jaworze i Głębokie - kolejne ośrodki, często urządzone w ośrodkach wczasowo-rekreacyjnych, stanowiły "miękką" część systemu internowań. Internowani tam mieli relatywnie lepsze warunki, jak np. wieloosobowe pokoje, dostęp do sanitariatów, możliwość poruszania się po obiekcie. Wśród nich byli znani intelektualiści, działacze opozycji, politycy.

Oprócz wyżej wymienionych, ośrodki powstały w wielu zakładach karnych, aresztach śledczych, czyli miejscach dotychczas pełniących funkcję więzienną. Dla części internowanych ten wybór oznaczał niestety dramatycznie gorsze warunki - zimne, brudne cele, zniszczone sanitariaty, słabe wyżywienie. To one były prawdziwym obliczem szykan i represji.

Życie w izolacji. Co działo się w obozach dla internowanych?


W praktyce każdy ośrodek miał własny reżim. Decydujący głos należał do lokalnych komendantów oraz funkcjonariuszy służb (głównie SB i Służby Więziennej).

Wiele internowanych wspomina, że pierwsze dni (zwłaszcza noc z 12 na 13 grudnia 1981 roku) były chaotyczne. Funkcjonariusze czasami nie wiedzieli, jak traktować osoby, które trafiały do ośrodków, bo nie były skazane, a więc formalnie nie były więźniami.

W typowych ośrodkach z pawilonami więziennymi panował rygor. Ciasne, często przepełnione cele, zimne, zaniedbane sanitariaty, ubogie wyżywienie, brak intymności, restrykcje dotyczące poruszania się, ograniczona korespondencja, często cenzurowana lub wręcz uniemożliwiona. Dla wielu to był szok, zwłaszcza dla tych, którzy wcześniej nigdy nie mieli do czynienia z więzieniem.

W ośrodkach "wczasowych" jak wspomniane wcześniej: Arłamów, Gołdap, Jaworze czy Głębokie, warunki były nieporównywalnie lepsze. Internowani mieli względnie godne zakwaterowanie, dostęp do sanitariatów, a czasem nawet swobodę poruszania się w obrębie obiektu. W niektórych przypadkach mogli kontaktować się z rodziną, czytać (ale pod nadzorem) i choć byli odizolowani, życie miało tam coś z "codzienności".

Jednym z celów internowania była nie tylko izolacja, ale i złamanie oporu. Reżim próbował wymusić lojalność, zmusić do milczenia, zastraszyć. W niektórych ośrodkach prowadzono tzw. rozmowy ostrzegawcze, czyli formę psychicznej presji. Osoby, które odmawiały podpisania deklaracji lojalności, mogły być ponownie osadzone lub poddane surowszym restrykcjom.

Z czasem, gdy część internowanych opuszczała ośrodki (zwłaszcza kobiety; jak choćby 22 lipca 1982 r., gdy wypuszczono wszystkie internowane kobiety) część instytucji zamykano, a liczba ośrodków malała.

Dlaczego internowano ludzi? Takie były cele władzy


Internowania były centralnym elementem represji wprowadzonych przez władze PRL pod pretekstem zagrożenia porządku publicznego. Miały na celu przede wszystkim rozbicie struktur niezależnej opozycji, w tym szczególnie NSZZ "Solidarność", ale też zastraszenie społeczeństwa i pokaz siły.

Uderzono w osoby o różnym statusie. Od działaczy związkowych, przez robotników i pracowników umysłowych, po studentów, intelektualistów, dziennikarzy. Internowano także dawnych prominentów partii, jak np. Edwarda Gierka, Piotra Jaroszewicza, Edwarda Babiucha, co miało w propagandowym wymiarze pokazać, że żaden "czynnik" nie jest bezpieczny.

Internowania to był ogromny koszt także dla samych internowanych. Utrata wolności, oderwanie od rodziny, pracy, codziennych obowiązków. W wielu przypadkach trwałe piętno, trauma, izolacja, brak sprawiedliwości. Poza tym, jakkolwiek reżim z czasem ograniczał liczbę ośrodków, fakt internowania często przekreślał studia czy możliwość kariery.

To nie tylko rozdział z podręcznika. Musimy o tym pamiętać


Ośrodki internowania w okresie stanu wojennego to jeden z najbardziej dramatycznych symboli represji politycznej w PRL. To dzięki nim władza próbowała natychmiast zdusić opór, dobitnie pokazać, że kto myśli inaczej, ten traci wolność. I koniec, kropka.

Jednocześnie, patrząc z dzisiejszej perspektywy, warto zauważyć, że wielu z internowanych (mimo traumatycznego doświadczenia) po zwolnieniu wróciło do aktywności opozycyjnej, do życia społecznego, często stało się potem świadkami i budowniczymi transformacji. Internowania, zamiast złamać ducha w wielu przypadkach go wzmocniły, utwierdziły w przekonaniu, że walka o wolność ma sens.


Wioska czarownic w Andaluzji. Tradycja sięga mrocznych czasów© 2025 Associated Press


  •  

Cicha walka stanu wojennego. Jak pirackie radio rzuciło wyzwanie SB

Pirackie radiostacje stanu wojennego


Media były pierwszym celem władz komunistycznych podczas stanu wojennego. To właśnie do rozgłośni radiowych i oddziałów telewizyjnych najpierw wkroczyło wojsko i Służba Bezpieczeństwa. Wiadome było, że od pierwszego dnia stanu wojennego przekaz miał być podporządkowany władzy w telewizji prasie i radiu.

Działacze opozycyjni, ale i zwykli ludzie nie mieli jednak zamiaru się poddawać i wytoczyli komunistycznej władzy wojnę medialną. Jedna z "najkrwawszych" batalii odbywała się w eterze, gdzie ogromny aparat państwa i służb przez miesiące próbował zwalczyć opozycjonistów, którzy szybko zaczęli nadawać przekaz inny niż "jedyny słuszny". Była to historia o pirackim radiu, który rzucił wyzwanie całej władzy.

Radio Solidarność nadaje!


Już 14 grudnia podczas strajku w Hucie im. Lenina w Krakowie mieszkańcy 5 kilometrów od mogli usłyszeć hasło "Tu Radio Wolna Huta". Był to sygnał niewielkiej rozgłośni nadającej na paśmie UKF na częstotliwości 66,5 Mhz, która informowała o wydarzeniach z huty oraz grała pieśni patriotyczne.

12 kwietnia 1982 roku o godzinie 21.00 z dachu budynku przy ul. Grójeckiej 19/25 w Warszawie nadana została pierwsza audycja "Radia S", które potem nazywane było Radiem Solidarność. Rozpoczęło to ogólnokrajowy fenomen "radiowego piractwa" w kraju, gdzie fale transmisyjne zaczęły być wykorzystywane jako symbol oporu wobec władzy. Nie istniała żadna ogólnopolska organizacja o nazwie "Radio Solidarność", jednak poszczególne grupki nielegalnych radiowców w Warszawie, Poznaniu, Krakowie czy Świdniku, łączyła idea podawania przekazu innego niż ten z Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Pirackie rozgłośnie opozycyjne prowadziły np. audycje o ważnych rocznicach czy pomijanych wydarzeniach, chociażby pojmania ks. Jerzego Popiełuszki

Jak tworzono pirackie stacje lat 80.?


Praktycznie każda z pirackich radiostacji podczas stanu wojennego charakteryzowała się prowizorycznym charakterem. Były to niewielkie stacje, zbudowane na własnym sprzęcie, skrzętnie poukrywane w najróżniejszych miejscach. Ich twórcami byli często lokalni technicy czy krótkofalowcy-amatorzy.

Takie radiostacje nadawały na falach krótkich, najczęściej UKF, mając zasięg do kilku kilometrów. Nadajniki były umieszczane na dachach budynków, a często nawet ukrywane w kominach czy stropach. Niekiedy chowano je w różnych częściach dzielnicy, aby miały większy zasięg.

Twórcy takich stacji dobrze wiedzieli też, że służby po odkryciu sygnału będą tropić jego źródło. Toteż audycje trwały do kilku minut i w razie potrzeby same radiostacje były przenoszone w inne miejsce. Ze względu na partyzanckie warunki działania takie pirackie radio było bardziej wyrazem oporu wobec władzy, a niekoniecznie alternatywnym źródłem informacji. Ostatecznie dostęp do nich nie był tak powszechny, gdyż wymagał nie tylko znajomości momentu nadawania, ale także odpowiednio dostrojonego sprzętu do odbierania sygnału, co nie było tak oczywiste.


Maszynopis z apelem dotyczącym porwania księdza Jerzego Popiełuszki, wyrażający oburzenie społeczne i zachęcający do protestów zainicjowanych przez ruch Solidarność.

Jednym ze sposobów rozprowadzania informacji o działaniu rozgłośni stanu wojennego były ulotki, na których zapisywano czas zbliżających się audycji i zarys poruszanego na nich tematuStanisław SkowronWikimedia Commons


Warto dodać, że niektóre stacje potrafiły nadawać także w paśmie telewizyjnym. Dzięki temu mogły wyświetlać niektóre informacje na telewizorach w zasięgu nadajników. Wykorzystywano to np. do wyświetlania różnych wiadomości podczas codziennych transmisji Dziennika Telewizyjnego.

Władza kontratakuje


Środowisko tej radiowej partyzantki narzucała sama władza, która miała dostęp do nieproporcjonalnie większych zasobów i duże doświadczenie w zwalczaniu niechcianych audycji. Zajmowało się tym m.in. Biuro Radio Kontrwywiadu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, które powstało w 1973 roku. Na początku lat 80. zostało rozszerzone i zdobyło szereg dodatkowych kompetencji w celu inwigilacji. Funkcjonariusze byli wyspecjalizowani w radionamierzaniu i zagłuszaniu sygnałów. W otwartej "wojnie w eterze" opozycjoniści nie mieliby więc żadnych szans. Jednak inaczej wyglądało to w momencie walki partyzanckiej.

Problemem dla aparatu bezpieczeństwa była dość niewielka skala i wspomnienia mobilność takich stacji. Nie nadawały regularnie, więc istotne było ciągłe nasłuchiwanie i wyłapywanie sygnałów, które mogły nosić znamiona nielegalnej radiostacji opozycji. Ze względu na mnogość anten i radiostacji, krótkiego czasu nadawania i szybkości przemieszczania przypominało to próbę znalezienia igły w stogu siana.

Władza do wyszukiwania takich radiostacji zaczęła nawet używać mobilnych jednostek namierzania, które znajdowały się w milicyjnych furgonetkach. Niemniej twórcy pirackich stacji odpowiadali dodatkową kreatywnością. Chociażby audycje zaczęto prowadzić z wykorzystaniem kilku stacji, gdzie każda nadawała na kilkadziesiąt sekund w specjalnych odstępach. Był to nieustanny wyścig zbrojeń. O tym, jak trudno było znajdować nadajniki pirackich radiostacji opozycyjnych, może świadczyć operacja SB Świdniku o kryptonimie "Nadajnik", gdzie rozbicie komórki radia "S" trwało ponad półtora roku. Było to jednak chwilowe zwycięstwo władzy, gdyż kilka miesięcy później opozycjoniści...zdobyli nowy nadajnik.

Spuścizna pirackich stacji w Polsce


Pirackie rozgłośnie nie były domeną tylko stanu wojennego. Nadawały prawie przez całe lata 80. Co ciekawe boom pirackiego radia w Polsce nastąpił po zmianach władzy i uwolnieniu wielu pasm radiowych w całym kraju. W wielu przypadkach tworzone były przez osoby, które "robiły radio" jeszcze w czasach PRL-u.

Co ciekawe niektóre z tych pirackich stacji, które zaczynały jako prowizoryczne radia tworzone w partyzanckich warunkach, były kuźniami dla osób, które w późniejszych latach tworzyły ogromne korporacje medialne. Chociażby w Radiu Solidarność, spadkobiercy Radia Wolny Kraków działał Stanisław Tyczyński - założyciel Radia RMF FM.


"Wydarzenia": Legendarny "Dar Młodzieży" będzie miał swojego następcęPolsat News


  •  

Toksyczne skutki rzymskiej okupacji. Sprowadziła nowe choroby

Toksyczne skutki rzymskiej okupacji. Sprowadziła nowe choroby

Karolina Majchrzak

Nowe badania archeologów z University of Reading rzucają ponure światło na skutki rzymskiej okupacji Brytanii. Wbrew utrwalonemu przekonaniu o "cywilizacyjnym" charakterze rzymskich reform, naukowcy dowiedli, że rozwój miast i infrastruktury przyniósł mieszkańcom pogorszenie zdrowia, wzrost chorób zakaźnych i zatrucia ołowiem.


Badania włoskich naukowców wykazały, że w powietrzu w Rzymie wzrosła zawartość kokainy i innych nielegalnych środków (zdj. ilustracyjne)

Toksyczna spuścizna imperium w Brytanii - ołów, nierówności i choroby123RF/PICSEL


Zespół badaczy przeanalizował ponad 600 szkieletów z okresu epoki żelaza i czasów rzymskich, pochodzących z południowej i środkowej Anglii. Wśród nich znalazły się szczątki niemowląt i kobiet, których stan zdrowia jest szczególnie czułym wskaźnikiem warunków życia w danej epoce.

Miasta pełne ołowiu i chorób


Analiza - opublikowana w prestiżowym czasopiśmie Antiquity - ujawniła wyraźny kontrast między wsią a miastem. W rzymskich ośrodkach miejskich odnotowano wzrost zachorowań, oznaki niedożywienia, infekcji i stresu biologicznego, podczas gdy na terenach wiejskich zmiany były znacznie mniejsze. Archeolodzy łączą to z urbanizacją, przeludnieniem i powszechnym użyciem ołowiu w wodociągach, naczyniach oraz kosmetykach.

Rzymianie uważali, że przynoszą Brytanii cywilizację, lecz w rzeczywistości wprowadzili nierówności, zanieczyszczenia i nowe choroby

Dzieci to pierwsze ofiary imperium


Badacze skupili się na szkieletach niemowląt, które często zachowywano w całości, w przeciwieństwie do dorosłych poddawanych rytualnym praktykom rozdzielania ciała. Dzięki temu udało się wykryć tzw. markery stresu biologicznego - ślady niedożywienia, infekcji i zaburzeń rozwoju. Analiza relacji między zdrowiem matek a dzieci ujawniła, że skutki życia w miastach były wielopokoleniowe.

Negatywne efekty środowiska miejskiego - od zanieczyszczeń po ograniczony dostęp do pożywienia

Zdaniem badaczy odkrycie ma więc znaczenie nie tylko dla archeologii, ale i dla współczesnej debaty o zdrowiu publicznym. Bo ich zdaniem dziś również widzimy, że zanieczyszczenie środowiska i nierówności ekonomiczne wpływają na zdrowie dzieci i całych rodzin: "Tak jak w czasach rzymskich, skutki tych warunków mogą trwać przez pokolenia".

Naukowcy zapowiadają dalsze analizy, które mają pomóc zrozumieć, jak cywilizacyjne innowacje imperium wpływały na codzienne życie jego poddanych i jak wiele z tych skutków przetrwało w dzisiejszych społeczeństwach.


Wioska czarownic w Andaluzji. Tradycja sięga mrocznych czasów© 2025 Associated Press


  •  

Odkrywamy tajne mechanizmy propagandy PRL. Tak manipulowano Polakami

Współczesne fake newsy kojarzymy z mediami społecznościowymi, algorytmami, szybkim obiegiem informacji i wzajemnym nakręcaniem emocji. To zjawisko, które rozwija się błyskawicznie. Fałszywa wiadomość potrafi w ciągu kilku minut dotrzeć do milionów osób, a jej odkręcanie zajmuje wielokrotnie więcej czasu. Fake news działa, bo łączy prosty przekaz z silnymi emocjami - strachem, oburzeniem, poczuciem zagrożenia. Mylimy się jednak, jeśli uznajemy je wyłącznie za produkt naszej nowej ery cyfrowej. Dezinformacja istniała na długo przed internetem i wcale nie potrzebowała technologii, żeby wpływać na zbiorowe wyobrażenia.

Jeszcze zanim wirtualny świat stworzył swoje algorytmy, propaganda w świecie analogowym potrafiła wykorzystywać podobne mechanizmy. Operowała konkretną narracją, selekcją faktów, kreowaniem wroga i emocjonalnym tonem przekazu.

Jednym z bardziej drastycznych przykładów takiej analogowej machiny fake newsów był stan wojenny w Polsce, wprowadzony 13 grudnia 1981 roku. To był czas, w którym cała informacyjna rzeczywistość została podporządkowana jednemu celowi - utrzymaniu pełnej kontroli nad społeczeństwem.


Plakat z apelem do Polaków o powstrzymanie się od przemocy i unikanie wznoszenia barykad w miejscach, gdzie potrzebna jest jedność, z wyraźnym hasłem w dolnej części oraz godłem Polski na górze.

Afisz a apelem gen. Wojciecha Jaruzelskiego; 18 grudnia 1981 r.Bogdan SarwińskiEast News


Stan wojenny i narodziny propagandowej rzeczywistości


W nocy z 12 na 13 grudnia generał Wojciech Jaruzelski ogłosił wprowadzenie stanu wojennego. Telewizja i radio nadawały odezwy władzy, a jeszcze przed świtem Polacy dowiedzieli się o ograniczeniu swobód obywatelskich, blokadach ulic, internowaniach działaczy "Solidarności" i wprowadzeniu wojsk na ulice. Razem restrykcjami fizycznymi przyszła także blokada informacyjna. Władze doskonale rozumiały, że jeśli chcą usprawiedliwić tak drastyczne działania, muszą stworzyć jednolitą narrację i natychmiast zatrzymać wszystkie inne głosy.


Widok ekranu telewizyjnego z wyświetlonym maszynopisanym dokumentem, którego treść związana jest z działalnością NSZZ Solidarność, wprowadzeniem stanu wojennego oraz instrukcjami dotyczącymi zachowania w przypadku ataku służb porządkowych.

14 grudnia 1981 r., stan wojenny. Dziennik Telewizyjny podaje informacje o kontrrewolucji przygotowywanej przez "Solidarność"Bogdan SarwińskiEast News


Już pierwszego dnia kontrola nad mediami była niemal całkowita. Redakcje obsadzono przedstawicielami wojska i funkcjonariuszami, studia telewizyjne pracowały pod nadzorem, a telewizja zaczęła nadawać niemal bez przerwy. Prezenterzy pojawiali się w mundurach, co miało symbolicznie podkreślać, że przekaz pochodzi bezpośrednio "z państwa". Najważniejsze media (Trybuna Ludu, Dziennik Telewizyjny, Polskie Radio) stały się narzędziem kontroli zbiorowej percepcji.


Mężczyzna w mundurze wojskowym siedzi za biurkiem, mówi do mikrofonu, w tle jednolite tło, całość widoczna przez ekran telewizora.

14 grudnia 1981 r. Major WP w Dzienniku TelewizyjnymBogdan SarwińskiEast News


Propaganda stanu wojennego. Strach, chaos i tworzenie wroga


Propaganda tamtych dni była zaprojektowana tak, by nikt nie wątpił w "konieczność" wprowadzenia stanu wojennego. W oficjalnych przemówieniach dominował język zagrożenia i katastrofy. W słynnym wystąpieniu Jaruzelskiego, wielokrotnie cytowanym w prasie i radiu, padły słowa:

Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści sieje spustoszenie psychiczne. Chaos i demoralizacja przybrały rozmiary klęski. Dalszy ich rozwój grozi załamaniem życia narodowego.

Tak budowano przekonanie, że Polska stoi na krawędzi rozpadu. Jednocześnie konsekwentnie kreślono portret opozycji jako grupy nieodpowiedzialnych radykałów, którzy mieli sprowadzić państwo na skraj katastrofy. Z relacji znikały informacje o brutalnych pacyfikacjach strajków, o śmierci górników z kopalni "Wujek", o represjach wobec tysięcy internowanych. Fałszowano kontekst i proporcje, podkreślając jedynie to, co wzmacniało oficjalną narrację, czyli rzekomy chaos gospodarczy, anarchię i moralny rozkład.

Mechanizm był prosty, ale do bólu skuteczny. Jeśli w mediach nie ma alternatywy, jeśli odbiorca nie ma żadnego innego punktu odniesienia, propagandowy przekaz zaczyna tworzyć nową "prawdę" i kreuje rzeczywistość.

Analogowe fake newsy. Jak działał świat bez alternatywy informacyjnej?


Różnica między współczesnymi fake newsami a propagandą stanu wojennego polegała przede wszystkim na skali kontroli. Dzisiejsze fałszywe treści krążą w obiegu, który jest chaotyczny i nie w pełni kontrolowany (o ile w ogóle możemy mówić o kontroli w przypadku viralowych treści). W latach 80. XX w. propaganda miała charakter systemowy i pełny monopol medialny. Nie chodziło o rywalizację poglądów, ale o całkowite zduszenie informacji, które nie zgadzały się z linią partii.

Prasa niezależna została wyłączona lub znacząco ograniczona. Radio i telewizja nadawały wyłącznie oficjalne komunikaty. Jak się zastanowimy, to wręcz przerażające, ile ludzi nie miało szansy na weryfikację faktów, ile polegało na tym, co słyszeli w mediach kontrolowanych przez władzę. Strach potęgował podatność na manipulacje, a emocjonalny ton narracji sprawiał, że nawet absurdalne uzasadnienia mogły wydawać się przekonujące.

Propaganda działała więc nie tylko poprzez fałsz, ale też przez zaniechanie... przez milczenie o tych rzeczach najważniejszych, przez wymazanie istotnych wydarzeń z publicznej świadomości. Mechanizm ten (choć z dzisiejszego punktu widzenia prosty, wręcz prymitywny) wywoływał trwałe skutki społeczne. Tworzył informacyjną bańkę, z której nie dało się wyjść, i zmieniał sposób myślenia o kraju, władzy oraz przeciwnikach politycznych.


Czarno-białe zdjęcie gazety z nagłówkiem o dialogu oraz fragmentami artykułu, widoczna jest scena publicznego przemówienia mężczyzny do zgromadzonego tłumu, wokół obecne inne osoby, teksty dotyczą znaczenia uczciwości i ról społecznych.

Media były podporządkowane przekazowi władzyBogdan SarwińskiEast News


Skutki tej propagandy są widoczne do dziś. Niewiarygodne? A jednak


Choć od wprowadzenia stanu wojennego minęły dekady, jego informacyjna konsekwencja wciąż rezonuje w pamięci społecznej. Wiele osób latami wierzyło w mit o "mniejszym złu", w narrację, że stan wojenny był jedyną możliwą odpowiedzią na kryzys. Ale taki sposób rozumienia historii nie wziął się z naturalnej refleksji, własnych obserwacji, ale tego, że przez długi czas to właśnie propaganda kształtowała przekaz. Dopiero po transformacji zaczęły pojawiać się alternatywne głosy i zaczęły wychodzić na wierz ówczesne dokumenty.

Historia stanu wojennego czasów PRL-u, nawet dla osób urodzonych już pod koniec lat 80. XX w. i później (czyli tych, którzy nie mają prawa pamiętać nawet strzępków tych wydarzeń) powinna być ważnym ostrzeżeniem. Pokazuje, że fałszywe treści nie rodzą się wyłącznie we współczesnym cyfrowym chaosie. Mogą być groźnym narzędziem w użytku tego, kto przejmie kontrolę nad przepływem informacji. A w obecnej sytuacji społecznej, geopolitycznej, to temat niezwykle aktualny.

Współczesna lekcja z analogowej dezinformacji


Stan wojenny udowadnia, że propaganda (i to niezależnie od epoki) działa na najbardziej wrażliwych obszarach. Na emocjach, lękach i pragnieniu bezpieczeństwa. Analogowe fake newsy wykorzystywały mechanizmy, które dziś działają w internecie, chociaż ich środowisko było zupełnie inne. Wspólny pozostaje jednak efekt - zniekształcony obraz rzeczywistości.

Ostatnio słuchając wiadomości radiowych jadąc samochodem, usłyszałem o badaniu społeczeństwa, w którym wyszło, że Polacy charakteryzują wyjątkowo wysokim poziomem braku zaufania. Że gorzej jest już tylko w krajach ogarniętych wojną domową. I choć tamta informacja dotyczyła nepotyzmu, to niestety pokazuje jeszcze coś innego. Że jako społeczeństwo żywiąc... strach?... niechęć?... albo inne negatywne emocje do innych, możemy być bardziej podatni na manipulacyjne fake newsy. Także te dotyczące naszej najnowszej historii, która bywa zaciągana do walki w sporach politycznych. Ale to już temat na inny artykuł.


Kiedy atakuje cię własne ciało. Toczeń i inne choroby autoimmunologiczne© 2025 Associated Press


  •  

Odtwarzają język sprzed 2000 lat. Pierwszy słownik starożytnego celtyckiego

Odtwarzają język sprzed 2000 lat. Pierwszy słownik starożytnego celtyckiego

Karolina Majchrzak

Zespół badaczy z Uniwersytetu Aberystwyth w Walii prowadzi prace nad stworzeniem pierwszego w historii kompletnego słownika starożytnego języka celtyckiego. Projekt ma na celu zebranie i opracowanie wszystkich znanych fragmentów tej zaginionej mowy, którą posługiwali się mieszkańcy Wysp Brytyjskich i Irlandii ponad dwa tysiące lat temu.


Stary kamienny mur z wbudowanymi schodami prowadzącymi na górę, na tle nieba z delikatną chmurą, otoczony zieloną trawą.

Zamek Stirling w Szkocji Kit Leong123RF/PICSEL


Choć nie zachowało się wiele źródeł, naukowcy spodziewają się zgromadzić ponad tysiąc słów pochodzących z okresu między 325 r. p.n.e. a 500 r. n.e. Ich analiza ma umożliwić rekonstrukcję najstarszych warstw językowych, z których wywodzą się współczesne języki celtyckie, jak walijski, irlandzki, szkocki gaelicki, bretoński czy kornijski.

Zaginiony język Celtów powraca


Jak podkreśla dr Simon Rodway z Katedry Studiów Walijskich i Celtyckich Uniwersytetu Aberystwyth, jest to pierwsza próba zebrania tak różnorodnych źródeł w jednym miejscu. Nigdy wcześniej nie połączono tych rozproszonych materiałów w sposób, który dawałby tak szeroki wgląd w naturę języków celtyckich używanych na tych wyspach u progu epoki historycznej.

To projekt, który zainteresuje nie tylko językoznawców, lecz także historyków i archeologów

Ze starych kamieni do komputera


Źródła materiału językowego obejmują zarówno zapisy Juliusza Cezara dotyczące jego wypraw do północnej Europy, jak i rzymskie dokumenty administracyjne, w których zachowały się pojedyncze słowa celtyckie. Cenne dane pochodzą także z inskrypcji kamiennych wykonanych alfabetem ogamicznym - systemem prostych nacięć stosowanym w Irlandii i Kornwalii w pierwszych wiekach naszej ery.

Badacze wskazują, że wiele nazw geograficznych i osobowych z epoki rzymskiej pozwala zidentyfikować rdzenie celtyckie, które przetrwały w późniejszych językach. Przykładem jest słowo oznaczające "morze": walijskie môr i staroirlandzkie muir odpowiadają formie mori w starożytnych nazwach, jak Moridunum ("morska twierdza") - dawna nazwa miasta Carmarthen w południowo-zachodniej Walii.

Większość materiału pochodzi z okresu rzymskiego w Brytanii, od I do IV wieku n.e. oraz z Irlandii od połowy II wieku. W tym ostatnim przypadku źródeł jest jednak znacznie mniej, ponieważ wyspa nigdy nie znalazła się w granicach Imperium Rzymskiego.

Projekt ma zakończyć się publikacją słownika w wersji drukowanej i cyfrowej, dostępnej dla badaczy i miłośników języków dawnych. Naukowcy liczą, że inicjatywa nie tylko przyczyni się do lepszego poznania językowych korzeni Europy Zachodniej, ale także pozwoli zrozumieć, jak wyglądała komunikacja i tożsamość mieszkańców Wysp w epoce sprzed powstania pisanej historii.


Kiedy atakuje cię własne ciało. Toczeń i inne choroby autoimmunologiczne© 2025 Associated Press


  •  

Neandertalczycy szyli skórzaną odzież. Już 130 tys. lat temu

Odkryli obóz łowiecki sprzed 130 tys. lat. Zdradził sekrety neandertalczyków

Daniel Górecki

Najnowsze badania wskazują, że neandertalczycy mogli opanować "modę użytkową" znacznie wcześniej, niż dotąd sądziliśmy. Odkrycie nietypowego narzędzia z kości sugeruje, że nasi pradawni kuzyni potrafili skutecznie skórować zwierzynę i wykorzystywać tak pozyskane surowce do produkcji wytrzymałych wodoodpornych ubrań, a być może także prostych toreb czy worków.


Renifer w szwedzkiej Laponii

Renifer w szwedzkiej Laponii (zdj. poglądowe)Alexandre BuissWikimedia Commons


Znalezisko pochodzi z stanowiska Abri du Maras na południu Francji, które służyło neandertalczykom jako sezonowy obóz myśliwski od około 105 do 132 tys. lat temu. Grupy łowców regularnie wracały w to samo miejsce, polując głównie na renifery oraz dzikie konie. To właśnie podczas rozłupywania kości udowej tego pierwszego - w celu dotarcia do szpiku - powstała niewielka kościana drzazga, która zdaniem naukowców pozwala nam spojrzeć zupełnie inaczej na naszych dawnych kuzynów.

Tajemnicze ślady na kości


Analiza mikroskopowych uszkodzeń powierzchni wykazała, że nie pasują one do czynności ściernych, jak skrobanie skór. Przeciwnie, idealnie odpowiadają śladom powstającym przy wielokrotnym kontakcie z miękkimi tkankami. Eksperymenty z rekonstrukcjami potwierdziły, że identyczne wzory zużycia tworzą się podczas skórowania zwierząt. Etnograficzne analogie dodatkowo wzmacniają tę tezę, ponieważ współczesne ludy Ameryki Północnej, takie jak Nehiyawak i Nakawēk, też używają prostych fragmentów kości do oddzielania skóry od mięsa bez jej uszkadzania.

Narzędzie łowcy w terenie


Badacze są zdania, że odkryty fragment kości był wyspecjalizowanym narzędziem do skórowania. Wygładzone krawędzie świadczą o długotrwałym użytkowaniu, co sugeruje, że łowca mógł nosić go ze sobą jako część osobistego zestawu narzędzi podczas wypraw. Autorzy pracy podkreślają, że taki scenariusz dowodzi nie tylko znajomości właściwości kości jako materiału technologicznego, lecz także zdolności do planowania, w tym wyboru lekkich przedmiotów, które można było łatwo przenosić i które były gotowe do użycia po udanym polowaniu.

Fakt, że narzędzie pozwalało unikać przebijania skóry, jest wyjątkowo istotny. Nienaruszone skóry nadają się do późniejszego szycia i tworzenia wytrzymałych wodoodpornych wyrobów, od ubrań chroniących przed chłodem po sakwy do przenoszenia sprzętu. Co ciekawe, na tym samym stanowisku odnaleziono również ślady nici wytwarzanych przez późniejszych neandertalczyków - to dodatkowy dowód na to, że nie tylko starannie obrabiali skóry, ale posiadali też zdolności do ich łączenia w funkcjonalne formy.

Odkrycie rzuca więc nowe światło na poziom technologiczny neandertalczyków, którzy najprawdopodobniej nie byli wcale prymitywnymi zbieraczami, jakimi widzieliśmy ich do niedawna. Potrafili planować produkcję narzędzi, przetwarzać surowce i wytwarzać złożone przedmioty codziennego użytku, w tym skórzaną odzież, już 100 tys. lat temu.


"Wydarzenia": Hejt, przemoc, wyśmiewanie. Aplikacja ma pomóc gorzowskim uczniomPolsat News


  •  

Zaginiona historia wyszła na jaw. O tym miejscu pisano w XVII wieku

Podczas wykopalisk nad rzeką Rappahannock, w regionie Northern Neck w Wirginii w USA, archeolodzy natrafili na tysiące przedmiotów, które powiązano z wioskami rdzennych Amerykanów. O osadach wspominał w XVII wieku brytyjski kolonizator John Smith, pojawiają się one też w opowieściach ludu Rappahannock. Odkrycia wzmacniają starania członków plemienia o odzyskanie utraconych ziem.

  •  

Kobieta z odwróconą koroną. Tajemniczy pochówek z Grecji

Podczas robót budowlanych w środkowo-wschodniej Grecji archeolodzy natrafili na niezwykłe znalezisko. Chodzi o grób młodej arystokratki nazwanej przez badaczy "damą z odwróconą koroną". Został on odkryty na terenie nowo zidentyfikowanego starożytnego cmentarzyska, około 95 km na północny zachód od Aten, pochówek datowany jest na VII wiek p.n.e.

  •  

Wiszące trumny w Chinach. Naukowcy odkryli coś dziwnego w DNA

Tradycje pogrzebowe w Azji mogą zaskakiwać ludzi Zachodu. Jednym z tajemniczych fenomenów są "wiszące trumny" w Chinach i Tajlandii, umieszczane w jaskiniach i szczelinach skalnych bądź na drewnianych wspornikach wbitych w pionowe ściany. Ta starożytna praktyka od dawna interesowała naukowców. W końcu odkryli oni, kto został pochowany w ten nietypowy sposób. Uczeni zbadali DNA szczątków nawet sprzed ponad 2000 lat i odkryli ich genetyczne pochodzenie oraz pokrewieństwa. Co ciekawe, potomkowie tych ludzi żyją współcześnie.

  •  

DNA z osadów jaskiń ujawnia dane o Europie w epoce lodowcowej

Naukowcy korzystają z najnowszych metod, by analizować DNA z osadów jaskiniowych, co może pomóc uzyskać nowe dane o życiu w Europie w czasach epoki lodowcowej. To może dać nowe spojrzenie na współistnienie gatunków, migracje i wpływ człowieka na środowisko. "Setki próbek są obecnie przetwarzane, a przed nami wielkie odkrycia", zaznaczają badacze.

  •