Widok czytania

Bimbrownia koło Nowej Soli zlikwidowana. 136 litrów alkoholu już czekało na sprzedaż

Funkcjonariusze Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) i policjanci weszli do nielegalnej bimbrowni w powiecie nowosolskim. Na miejscu przejęli 136 litrów gotowego alkoholu oraz 800 litrów zacieru. Wspólne działania lubuskich funkcjonariuszy położyły kres działalności nielegalnej gorzelni ukrytej w budynkach gospodarczych. Podczas gdy właściciel liczył zyski z pominięciem akcyzy, mundurowi zabezpieczyli towar, który nigdy nie powinien trafić do szklanek. Skuteczna akcja służb Funkcjonariusze Służby Celno-Skarbowej (wchodzącej w skład KAS) wraz z policjantami przeprowadzili skuteczną kontrolę posesji w powiecie nowosolskim, gdzie w jednym z budynków gospodarczych funkcjonowała profesjonalna linia do produkcji bimbru. Na miejscu mundurowi znaleźli kompletną aparaturę podłączoną do zbiorników, w których znajdowało się około 800 litrów zacieru. Dodatkowo zabezpieczono 136 litrów gotowego produktu o zróżnicowanej mocy. Właściciel posesji przyznał się do prowadzenia nielegalnego procederu. Szacuje się, że gdyby te wyroby trafiły do obrotu, Skarb Państwa straciłby ponad 13 tysięcy złotych z tytułu nieodprowadzonego podatku akcyzowego. Za samo pędzenie alkoholu mężczyźnie grozi teraz kara grzywny, ograniczenia wolności lub do 3 lat więzienia. Butelka pełna toksyn Choć niska cena nielegalnego alkoholu bywa kusząca, służby przypominają, że taki zakup to w rzeczywistości rosyjska ruletka z własnym zdrowiem. Alkohol produkowany w warunkach urągających jakimkolwiek normom sanitarnym – w stodołach, garażach czy piwnicach – to często chemiczna mieszanka, która z tradycyjnym trunkiem ma niewiele wspólnego. Rzeczniczka Izby Administracji Skarbowej w Zielonej Górze, Ewa Markowicz, podkreśla, że bimbrownicy często wykorzystują skażony alkohol techniczny. Badania laboratoryjne KAS wielokrotnie potwierdzały, że w takich trunkach znajdują się substancje stosowane w środkach owadobójczych, płynach do dezynfekcji czy konserwacji maszyn. Spożycie "okazji" z niewiadomego źródła może prowadzić do nieodwracalnych uszkodzeń wątroby, utraty wzroku, a w najgorszych przypadkach – do zgonu. Walka z czarnym rynkiem  Skala zjawiska wciąż jest ogromna, co potwierdzają dane za ubiegły rok. W 2025 roku funkcjonariusze KAS w całej Polsce zlokalizowali aż 253 miejsca nielegalnej produkcji, rozlewania i odkażania spirytusu, zabezpieczając łącznie blisko 23 tysiące litrów wyrobów spirytusowych. Warto pamiętać, że prawo w tej kwestii jest wyjątkowo surowe nie tylko dla producentów, ale i dla kupców. Handel alkoholem bez polskich znaków akcyzy to przestępstwo skarbowe, za które grozi do 5 lat więzienia. Identyczna kara może spotkać osoby zajmujące się tzw. paserstwem akcyzowym, czyli nabywaniem i przechowywaniem takich towarów. Służby zapowiadają kolejne kontrole, bo każda zlikwidowana bimbrownia to nie tylko ochrona budżetu, ale przede wszystkim wyeliminowanie z rynku potencjalnie zabójczej trucizny.

  •  

LOT przedłuża zawieszenie lotów. Na liście 4 kierunki

Konflikt na Bliskim Wschodzie nie ustaje. A tymczasem Polskie Linie Lotnicze LOT zadecydowały o przedłużeniu zawieszenia lotów do czterech miast. Niektóre miejsca wyłączono z podróży na kolejny miesiąc. Od 28 lutego trwają amerykańsko-izraelskie ataki na Iran. W odwecie Irańczycy ostrzeliwują Izrael i inne państwa Bliskiego Wschodu, uderzając zarówno w amerykańskie bazy wojskowe w tym regionie, jak i w infrastrukturę cywilną. Eskalacja tego konfliktu bardzo odbiła się na światowym ruchu lotniczym. LOT przedłuża zawieszenie podróży do czterech miejsc W poniedziałek (16 marca) Polskie Linie Lotnicze LOT wydały nowy komunikat. "Mając na uwadze obecną sytuację w regionie", poinformowały o przedłużeniu zawieszenia rejsów rozkładowych do i z Tel Awiwu do 18 kwietnia. "Pasażerowie zostaną poinformowani bezpośrednio o dostępnych możliwościach podróży oraz dalszych działaniach" – wspomniano. Ale Tel Awiw to niejedyny kierunek, do którego nadal nie można latać. W oświadczeniu dodano, że poza lotami do Izraela odwołane zostały połączenia z i do Dubaju w Zjednoczonych Emiratach Arabskich do 28 marca, stolicy Arabii Saudyjskiej – Rijadu do 24 marca oraz stolicy Libanu – Bejrutu od 31 marca do 30 kwietnia. Jednocześnie zapewniono, że podróżujący, którzy zakupili już rejsy do Tel Awiwu, Dubaju, Rijadu, Seulu, Tokio, Delhi, Taszkentu, Astany, Kairu, Larnaki, Erewania oraz Baku mają możliwość "zmiany rezerwacji na inny rejs w ramach ważności biletu". Z tej opcji mogą skorzystać pasażerowie, których: bilet został zakupiony nie później niż 28 lutego 2026 r., pierwotna data podróży przypada między 28 lutego 2026 r. a 31 marca 2026 r. (włącznie), numer biletu zaczyna się od 080 - znajdziesz go w wiadomości e-mail z potwierdzeniem rezerwacji. Na Bliski Wschód nie polecicie, ale popularność zyskują inne kierunki Jak pisała w naTemat Klaudia Zawistowska, światowa turystyka przechodzi obecnie bardzo trudny moment. Zamieszanie na Bliskim Wschodzie doprowadziło do chaosu, który skończył się wielotygodniowym zawieszeniem znacznej części połączeń lotniczych. Uwielbiany wiosną Bliski Wschód jest niedostępny. Bardzo popularna Azja jest trudno dostępna, bo trzeba szukać lotów z przesiadką poza ZEA i Dohą. W tym czasie Polacy znaleźli sobie już nowych faworytów. Podróżni zwrócili się w stronę najcieplejszego kraju w Europie, a tym wg statystyk jest Malta ze średnią roczną temperaturą na poziomie ponad 20 st. C. Drugim wyborem mają być natomiast Wyspy Kanaryjskie. – Obecnie obserwujemy rosnące zainteresowanie innymi kierunkami, przede wszystkim Wyspami Kanaryjskimi oraz Maltą. Z kolei w nadchodzącym sezonie letnim widzimy zwiększone zainteresowanie wakacjami w Grecji, Bułgarii oraz Hiszpanii – powiedziała w rozmowie z "Wprost" przedstawicielka biura TUI Poland. Podobne trendy widać także w Itace. Biuro podróży poinformowało co prawda, że wczasy w Egipcie i Turcji nadal sprzedają się dobrze, ale tam również zyskuje Hiszpania.

  •  

Pytanie do pilotów na rozmowie o pracę. Dobra odpowiedź nie każdemu przyjdzie do głowy

Piloci, zanim dostaną swoją wymarzoną pracę i usiądą w kokpicie, muszą – tak jak niemal każdy starający się o zatrudnienie – przejść rozmowę kwalifikacyjną. I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że dostają oni naprawdę nietypowe pytania. O jednym z nich opowiedziała pewna pilotka na Instagramie. Prawidłowa odpowiedź nie każdemu przyjdzie do głowy. Zawód pilota jest jednym z najbardziej prestiżowych, ale jednocześnie wymagających. Na takiej osobie ciąży bowiem duża odpowiedzialność za bezpieczny lot wszystkich pasażerów i załogi. Aby być dobrym pilotem, trzeba mieć sporą odporność na stres i ciągle się dokształcać. Jeśli już jednak taka osoba przejdzie wszystkie kwalifikacje i szuka pracy, to musi przejść rozmowę kwalifikacyjną, która w przypadku pilota jest dość nietypowa. Pilotka Natalia, która prowadzi profil na Instagramie pod nazwą @natalia_aero postanowiła zdradzić szczegóły takiej rozmowy i jedno z pytań, którego mało kto by się spodziewał. Pytanie do pilota na rozmowie o pracę. Takiej odpowiedzi mało kto by się spodziewał – Jedno z wielu pytań, które zawsze się pojawia, brzmi: opowiedz nam o sytuacji, kiedy popełniłaś błąd i jak go naprawiłaś. Słuchajcie, ja nigdy nie znałam formuły odpowiedzi na to pytanie i nie wiedziałam, co do końca za osobą kryje – przyznała pilotka. Choć wydawać by się mogło, że opowiadanie o swoich błędach raczej pozytywnie nie wpłynie na finalny efekt tej rozmowy, to w przypadku pilotów sytuacja wygląda nieco inaczej. – Jakoś intuicyjnie opowiadałam o sytuacjach, kiedy przeceniłam możliwości mojego ucznia pilota, kiedy byłam instruktorką i okazywało się przed egzaminem, że nie jest tak przygotowany, jak być powinien. I musiałam w ostatnim momencie przekładać egzamin. I do tej pory dostałam wszystkie prace, do których aplikowałam – opisała i dodała: – Kiedyś poznała rekrutera i zapytała, go o to pytanie. O co z nim tak naprawdę chodzi? I okazało się, że istnieją osoby, które nie są w stanie przyznać się do błędu. Uważają, że są nieomylne. I firma stara się takich osób unikać, ponieważ zainwestowanie dużej ilości pieniędzy w szkolenie takiej osoby jest zbyt ryzykowne. Może się zdarzyć, że ta osoba odpadnie już podczas treningu. Będzie miała bardzo dużo złych nawyków, których nie będą w stanie wyeliminować i będzie bardzo trudna do współpracy – wyjaśniła. Trudna rozmowa kwalifikacyjna to niejedyne wyzwanie Trudna rozmowa kwalifikacyjna to niejedyne wyzwanie w zawodzie pilota. Aby w ogóle nim zostać, trzeba zainwestować sporo pieniędzy. Swego czasu opowiedział o tym w naTemat Gabriela Ścigaj – zawodowa pilotka liniowa, absolwentka Lotniczej Akademii Wojskowej w Dęblinie, pilotująca turbośmigłowy Saab 340. – Licencja podstawowa PPLA, którą ja zdawałam i która jest niezbędna do ukończenia studiów, kosztowała ok. 20 tys. zł. Studia są darmowe. Płatne są również egzaminy państwowe z Urzędu Lotnictwa Cywilnego. Przygotowanie zapewnia szkoła. Za najdroższy egzamin zapłaciłam ok. 2 tys. zł. Jest to więc dosyć kosztowne. Można też zrobić to prywatnie, wtedy natomiast trzeba się liczyć z kosztami rzędu 150–200 tys. zł – wyjaśniła. Jednocześnie zaznaczyła, że jest to fantastyczny zawód i zachęcała osoby, które zastanawiają się, jaką ścieżkę obrać, aby rozważyły tę możliwość.

  •  

Zapamiętaj nazwę XIMI-V. To może być koniec dominacji Pepco i Action

Nowy lifestyle'owy sklep wkracza do Polski. Od marca 2026 możesz natknąć się na szyld XIMI-V. Segment non-food dyskontów robi się coraz gorętszy, a nowy gracz ma coś, czego nikt do tej pory nie oferował. Polacy pokochali sklepy non-food. Codziennie, z wyłączeniem niedziel niehandlowych, szturmujemy Pepco i Action. Od niedawna w Polsce zaczął działać kolejny gracz na tym rynku. Mowa tu o marce XIMI-V, która podchodzi do tematu zakupów lifestyle'owych z nieco innym konceptem. Sklepy z szyldem XIMI-V miały zdobyć nasz rynek już wcześniej, przeszkodziła im jednak pandemia. Teraz powracają. Niedawno otwarty został market XIMI-V w Blue City w Warszawie. Marka wchodzi do Polski z jasną strategią i zapleczem operacyjnym i już planuje otwieranie kolejnych sklepów w stolicy. Oferta XIMI-V zdecydowanie różni się od tej proponowanej przez konkurencję. Widać to już na pierwszy rzut oka. Co prawda znajdziemy te typy produktów, za które Polacy pokochali Pepco i Action – m.in. gadżety, figurki, pluszaki, akcesoria, wyposażenie wnętrz, artykuły papiernicze, ale jest pewna kluczowa różnica w samym koncepcie. MR.DIY, Woolworth, KiK czy Flying Tiger? Nadchodzi "cute" ewolucja XIMI-V stylizuje swoje produkty na koreański design. Mają one być urocze, kolorowe i pełne energii. Oferta nawiązuje też do japońskiej estetyki "kawaii style". Marka stawia na zabawny, lekki i przyjazny design, który ma przyciągnąć do niej przede wszystkim pokolenie Z. Ale nie tylko. Oferta XIMI-V ma zainteresować także rodziców pokolenia Alfa. Sklep reklamuje się bogatą ofertą akcesoriów szkolnych, zeszytów, czy notatników. Na półkach znajdziemy także kosmetyki, akcesoria do włosów i biżuterię. W XIMI-V da się kupić również drobną elektronikę, np. wentylatory na klips. Ma być pastelowo, ma być uroczo, ma być jakościowo, ma być tanio – taki pomysł na nasz rynek ma XIMI-V. A przede wszystkim ma być modnie – zainteresowanie Polaków azjatyckimi trendami wciąż jest na bardzo wysokim poziomie, zwłaszcza kiedy mówimy o popkulturze koreańskiej i japońskiej. Segment "cute culture" ma się świetnie na social mediach i stanowi łakomy kąsek dla marketingowców XIMI-V. Produkty stylizowane na estetykę "kawaii" zaczynają być coraz częściej dostępne w sklepach innych sieci takich jak Dealz czy Action. Warto jednak zwrócić uwagę, że mocne na polskim rynku sieci wciąż trzymają się minimalizmu, żadna z nich nie eksperymentuje tak odważnie z najnowszymi trendami. XIMI-V ostrzy sobie zęby na nasz rynek. Polacy kochają tanie zakupy w marketach non-food XIMI-V celuje w bycie "najlepszymi lifestyle'owymi sklepami w Polsce" i "wspaniałym doświadczeniem bez nadwyrężania budżetu". Choć marka mocno odróżnia się na tle konkurencji, zbudowała sobie naprawdę solidną pozycję. XIMI-V ma około 1,4 tysiąca sklepów. Może wygląda to blado przy około 4 tysiącach sklepów Pepco, KiK i MR.DIY, czy 3 tysiącach sklepów Action, ale wszystko przed nimi. Oczywiście, nie wszystko jest tak "różowe". Choć XIMI-V reklamuje swoje produkty jako "koreański design", a nazwę inspirowało "pełnymi energii kolorami oceanu na Malediwach" jest to marka pochodząca z Chin. Oferowane produkty, choć stylizowane na koreańskie, są w znacznej większości wytwarzane w Państwie Środka. Choć niekoniecznie musi to być wada, czy zarzut, gdyż dotyczy to praktycznie każdego z konkurencyjnych sklepów. Oferty sieci Action, Pepco, Dealz, KiK, czy nawet Flying Tiger Copenhagen (która na takiej samej zasadzie oferuje duński design) pełne są produktów żywcem wziętych z Temu i Aliexpressu. Nie inaczej jest w przypadku XIMI-V. Choć warto wziąć pod uwagę, że sklepy non-food mają większy wpływ na produkcję i procedury kontroli jakości niż azjatyckie marketplace'y.

  •  

Nowy pomysł Putina. Niepokojące ruchy w Estonii mogą zwiastować atak

Niepokojące sygnały napływają z Estonii. Putin zaszczepia idee separatystyczne u Rosjan mieszkających w prowincji Virumaa Wschodnia. Powstać ma separatystyczna Narwańska Republika Ludowa. Według estońskiej organizacji Propastop aktualne działania przypominają to, co działo się na Ukrainie przed aneksją Krymu. Rosyjskie trolle nie ustają w działaniach przeciwko NATO. Skandynawska flanka sojuszu się zbroi, jednak okazać się może, że Putin uderzy w jeszcze czulszy punkt. Jego celem może paść Estonia, a wskazywać na to mają kanały w social mediach, które propagują separatystyczne idee. O alarmujących ruchach rosyjskich trolli na TikToku, VKontakte i Telegramie informuje organizacja Propastop. Jej głównym celem jest walka z propagandą, która zagraża estońskiej państwowości. Organizacja wyczulona jest na jakiekolwiek zewnętrzne siły, które mogą zagrażać temu bałtyckiemu państwu, ale szczególnie zwraca uwagę na potencjalne wpływy rosyjskie, stanowiące bezsprzecznie największe zagrożenie. W ciągu ostatniego miesiąca w social mediach zaobserwowana została niepokojąca działalność. Rosyjskojęzyczne profile o nazwie "Narwańska Republika Ludowa" zachęcają do czytania "wiadomości z najpiękniejszego kraju na świecie", proponują nową flagę i godło, a także projektują insygnia dla przyszłych sił zbrojnych. "Czekamy na Rosję", czyli jak memy tworzą bojówkę na terenie Estonii "NATO nie przyjdzie", "strefa konfliktu", "symbole państwowe" i "siły zbrojne" to tylko niektóre hasła wykorzystywane przez rosyjskie trolle w swoich komunikatach. W dziele rosyjskiej propagandy ważne są detale – to gotowy projekt państwa z własnym hymnem i strukturami. Separatyści mają nawet dokładną wizję granic, granic niekoniecznie narwańskich, lecz rosyjskich – "od Narwy do Püssi rozciąga się ziemia rosyjska". Püssi jest miastem na zachodnim skraju zamieszkanej przez 130 tys. osób prowincji Virumaa Wschodnia. Na profilach przewijają się także treści podkreślające militarny charakter działania Narwańskiej Republiki Ludowej. Na zdjęciach i grafikach pojawiają się uzbrojeni żołnierze i osoby w kominiarkach. Promowany jest projekt flagi regionu, która przypomina flagę estońską, ale z wykorzystaniem koloru zielonego zamiast niebieskiego. W propagandzie wykorzystywana jest także wizja nowych granic i "agenda Narwy", która przewiduje "atak na Narwę", "zdobycie Sillamäe i Kohtla-Järve" i pokazy fajerwerków. Estońscy aktywiści alarmują – ten scenariusz już miał miejsce wcześniej Propastop zauważa, że w komunikacji Narwańskiej Republiki Ludowej bardzo łatwo jest dostrzec cele tego projektu. Ostatecznie miałyby one doprowadzić do separacji regionu i powstanie autonomii z zachowaniem rosyjskiej tożsamości. Alarmująca jest też sama nazwa, a w zasadzie jej człon "Republika Ludowa". Propastop zwraca uwagę, że takie same terminologie i symboliki były stosowane w 2014 roku. Wówczas powstały Doniecka Republika Ludowa i Ługańska Republika Ludowa. Miało to miejsce niedługo przed przejęciem kontroli nad Krymem. Jednocześnie zwracana jest uwaga na pozornie lekki charakter propagandy. Na pierwszy rzut oka treści propagowane przez prorosyjskie profile są mieszanką zdjęć kotów, prowokacyjnych żartów i memów. Wśród nich znajdują się jednak treści skrajnie alarmujące. Z jednej strony śmieszne obrazki, z drugiej propagowanie autonomii i kontroli terytorialnej.

  •  

30 maja dla Nawrockiego czarną datą. Ten dzień pokaże, ile warte jest weto prezydenta

Karol Nawrocki zawetował ustawę o SAFE. Rząd Donalda Tuska szybko jednak zaczął realizować "plan B", z którego wynika, że umowa z UE zostanie zawarta w najbliższych tygodniach i kontrakty na zakup uzbrojenia też będą podpisywane. 30 maja ma być sądną datą. Wtedy okaże się, ile warta była decyzja prezydenta. – Podjąłem decyzję, że nie podpiszę ustawy, która pozwala na zaciągnięcie przez Polskę pożyczki SAFE – ogłosił w czwartkowy (12 marca) wieczór prezydent Karol Nawrocki. Donald Tusk od razu zapowiedział, że rząd odpowie na weto własnymi decyzjami i nie zamierza rezygnować z programu wzmacniania armii. – Skupiłem się na tym, żeby jak najszybciej dać Polsce i prezydentowi właściwą, rządową odpowiedź na brak podpisu. Historia oceni decyzję prezydenta w sposób dramatycznie zły dla niego – mówił premier. Pieniądze spłyną już niedługo, ale to 30 maja ma być sądny dla Nawrockiego I już dzień po decyzji prezydenta rząd przyjął uchwałę o programie "Polska Zbrojna", w której Rada Ministrów upoważniła ministra obrony narodowej oraz ministra finansów i gospodarki do podpisania umowy dotyczącej SAFE. Jednocześnie premier przyznał, że przez postawę Nawrockiego cały proces może być trudniejszy, ale mimo tego mają działać szybko i muszą działać szybko, bo czas na realizację SAFE jest ograniczony. Jak podaje "Rzeczpospolita", w najbliższych tygodniach, być może jeszcze w marcu, ma dojść do podpisania dwóch umów z Unią Europejską: pożyczkowej i operacyjnej. Zaliczka ma wynieść 15 proc. całej kwoty, a więc ponad 6 mld euro (ponad 25 mld zł). Gdy te umowy zostaną już podpisane, olbrzymią pracę będzie musiała wykonać Agencja Uzbrojenia. To właśnie m.in. jej przedstawiciele odpowiadają za kontraktowanie sprzętu. Dziennik przypomina, że w ciągu 80 dni trzeba będzie podpisać lub aneksować co najmniej kilkadziesiąt umów. A dlaczego czasu jest tak mało? Wszystko przez zasadę "single procurement", według której kontrakty (zgodnie z rozporządzeniem unijnym z 27 maja 2025 roku) można zawierać tylko do 30 maja 2026 r. "W tym czasie polskie Ministerstwo Obrony Narodowej może zawierać kontrakty samodzielnie. Od 1 czerwca w ramach instrumentu SAFE możliwe będzie tylko zawieranie umów, w których wspólnie kupują ten sam sprzęt co najmniej dwa kraje UE (i Ukraina). Plan jest taki, że samodzielnie wydamy zdecydowanie więcej niż połowę pożyczanych środków" – dowiedziała się "Rzeczpospolita". Do tego czasu zapadną więc kluczowe decyzje. Po 30 maja okaże się, ile warte było weto prezydenta. A na co mogło wypłynąć weto Nawrockiego? Jak pisaliśmy już w naTemat, brak podpisu Karola Nawrockiego nie zamyka Polsce drogi do pieniędzy z unijnego programu. Zamiast specjalnej ustawy i nowego instrumentu w BGK gabinet Donalda Tuska chce oprzeć się na już istniejących mechanizmach, przede wszystkim na Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych. Pojawia się jednak pewne "ale". To rozwiązanie może utrzymać część zakupów dla armii, ale jednocześnie ogranicza zakres całego programu i uderza w te obszary, które miały korzystać z SAFE szerzej niż samo wojsko. Mowa tutaj między innymi o zakupie pojazdów dla Straży Granicznej, czy planów Ministerstwa Infrastruktury. 

  •  

Policja reaguje na materiał w programie Polsatu. Padły mocne zarzuty

Łódzka Policja stanowczo zareagowała na wyemitowany niedawno materiał w popularnym programie "Państwo w Państwie". Mundurowi zarzucają Polsatowi przedstawianie działania funkcjonariuszy w złym świetle i powielanie nieprawdziwych informacji. Wywołana do tablicy przez program "Państwo w Państwie" Łódzka Policja zdecydowała się na wydanie oświadczenia stanowiącego sprzeciw wobec tez wyemitowanych w Polsacie. Mundurowi bronią się działaniem zgodnie z prawem i procedurami dotyczącymi nieletnich i zwracają uwagę na błędy w reportażu. Policja sprzeciwia się oskarżeniom Polsatu "Państwo w Państwie" przybliżyło widowni Polsatu historię Igora, który oskarżony został o udział w bójce w parku im. Moniuszki w Łodzi. Nastolatek od pół roku przebywa w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym. Materiałów z kamer, które bezsprzecznie potwierdziłyby jego winę brak. Sąd Okręgowy w Łodzi twierdzi, że sprawstwo Igora jest bardzo prawdopodobne, graniczące wręcz z pewnością, a przyczyny umieszczenia go w ośrodku wychowawczym się nie zmieniły. Nieletni pozbawiony jest wolności ze względu na obawę matactwa lub ucieczki. Igor został również wyrzucony ze szkoły pod pretekstem negatywnego postrzegania ze strony rówieśników. Według relacji Igora, jego grupę zaczepiły osoby pod wpływem alkoholu. Nastolatka bronią także jego rodzice i pełnomocniczka. Zwracają uwagę, że jest on spokojny, grzeczny, sumienny i odpowiedzialny. Chłopak przebywa w ośrodku z osobami, które trafiły tam ze względu na znacznie poważniejsze czyny. Jednym z głównych zarzutów "Państwa w Państwie" było oskarżenie policjantów o działania "na pokaz" i chęć teatralnego zatrzymania nastolatka w szkole. Według Łódzkiej Policji proces zatrzymania nieletniego przebiegał jednak nieco inaczej. Funkcjonariusze starali się dotrzeć do informacji, gdzie przebywa nastolatek. Pierwotnie sprawdzony został adres z baz policyjnych. Na kolejnym etapie poszukiwań ustalony został telefon do jego matki. Ta jednak odmówiła udzielenia informacji, gdzie przebywa jej syn. Funkcjonariusze poprosili więc o stawiennictwo w śródmiejskim komisariacie. Z powodu braku innych możliwości policjanci zdecydowali udać się do szkoły, do której uczęszczał nastolatek. Według oświadczenia, działania funkcjonariuszy były zgodne ze standardowymi procedurami. Zatrzymanie nastąpiło w gabinecie dyrektora, a wyprowadzenie odbyło się w trakcie zajęć, tak by zminimalizować rozgłos. Nie było mowy o pokazowym wyprowadzeniu ucznia w kajdankach. Policja podkreśla także, że to nie ona jest instytucją odpowiedzialną za umieszczenie nastolatka w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym. Była to decyzja sądu. Według Polsatu funkcjonariusze próbowali "wrobić" nastolatka Łódzka Policja szczególnie sprzeciwiła się słowom Przemysława Talkowskiego, który zasugerował, że funkcjonariusze próbowali "wrobić" nieletniego w kolejne czyny. Policjanci przeglądnęli zawartość telefonu nieletniego po zatrzymaniu. W telefonie znajdowały się zdjęcia, które sugerowały związek nastolatka ze środkami odurzającymi, co poskutkowało sformułowaniem kolejnych zarzutów. Stanowisko policji jest jednak takie, że procedura była elementem postępowania dowodowego. Policja ma obowiązek poddać oględzinom telefon w przypadku podejrzenia, że znajdują się tam materiały istotne dla jej postępowania. Policja stanowczo odrzuca perspektywę, która sugeruje, że ich działania miały charakter "pokazowy". W oficjalnym stanowisku stwierdzono, że wszystkie czynności podjęte zostały zgodnie z obowiązującymi przepisami. Funkcjonariusze zwracają uwagę, że prowadzący program "Państwo w Państwie" zadawał nierzetelne pytania sugerujące określoną odpowiedź, co skutkowało przedstawianiem olicji w negatywnym świetle. Łódzka Policja wyraża stanowczy sprzeciw wobec takich praktyk. Zarzuca "Państwu w Państwie" wybiórczą formę materiału i manipulowanie wypowiedziami strony policyjnej. Z jakiegoś jednak powodu strona policyjna nie zdecydowała się na żądanie sprostowania.

  •  

Gala Oscarów to nie tylko czerwony dywan. Jedno zdjęcie ujawnia wyjątkowo przykry widok

Za nami 98. gala rozdania Oscarów. Kiedy zgasły światła na czerwonym dywanie, zakończyło się uroczyste wręczanie statuetek, a goście, nominowani i laureaci poszli świętować, w internecie pojawiło zdjęcie, pokazujące przykry widok w pustej sali w Dolby Theatre. Ludzie są oburzeni tym, co pozostawili po sobie uczestnicy tego wydarzenia. W nocy z niedzieli na poniedziałek (16 marca) w Dolby Theatre przy Hollywood Boulevard odbyła się ceremonia przyznania Oscarów. W tym wyjątkowym miejscu w dzielnicy Los Angeles od ponad 20 lat organizowane jest to wydarzenie. Zjeżdżają się tam wówczas największe gwiazdy kina, wybitni twórcy. Są tam również zapraszani specjalni goście i dziennikarze z różnych krajów. Przykry widok w teatrze po gali Oscarów Tymczasem Matt Neglia, właściciel i redaktor naczelny Next Best Picture, udostępnił w mediach społecznościowych zdjęcie, na którym możemy zobaczyć, jak zakończyła się uroczysta gala. W kadrze widać rzędy foteli, a pomiędzy nimi masa pustych butelek, opakowań po jedzeniu i innych śmieci. W opisie Neglia zażartował, że na sprzątanie czekają wszystkie alejki. Bałagan, który pozostawili po sobie ludzie z widowni, oburzył wiele osób. Zdjęcie stało się bardzo popularne w sieci. Pod nim internauci zaczęli zarzucać gwiazdom hipokryzję i brak szacunku dla pracy osób tam sprzątających. "To są ci ludzie, którzy mówią ci, jak masz żyć i myśleć, ponieważ uważają się za mądrzejszych i stanowią wzór do naśladowania!"; "Obrzydliwe. Oscary jednak nie są tak piękne, jak się wydają"; "Klasy nie kupisz za żadne pieniądze" – czytamy w komentarzach. Niektórzy zwrócili też uwagę na to, że zdjęcie pokazuje balkon w teatrze, a tam zazwyczaj siadają goście i dziennikarze, nie same największe gwiazdy. Jeszcze pozostali pisali, że to nieodosobniony przypadek. "Tak wygląda każda sala kinowa po seansie niestety" – pisali. Pojawiły się też nawet wskazówki dla organizatorów na kolejne lata, jak zapobiec takim sytuacjom: "Może to efekt pewnego zaniedbania w planowaniu. Nie widzę tam ani jednego kosza. Przy tysiącach gości delektujących się jedzeniem i napojami, dostępne kosze na śmieci przy każdym przejściu sprawiłyby, że sprzątnięcie, byłoby łatwiejsze". 98. gala Oscarów dobiegła końca. Było dość przewidywalnie, ale też dobre wieści dla Polaków Tegoroczną galę w naTemat relacjonowały Zuzanna Tomaszewicz i Aleksandra Gersz. Z początku tegoroczne Oscary zapowiadały się wyjątkowo emocjonująco, ale szybko okazały się przewidywalne. "Grzesznicy" w reżyserii Ryana Cooglera nie pobili rekordu w oscarowej historii, ale zabrali do domu 4 złote statuetki, m.in. za najlepszą pierwszoplanową rolę męską dla Michaela B. Jordan. Przypomnijmy, że dramat czerpiący inspiracje z mitologii Głębokiego Południa zdobył aż 16 nominacji do nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej. Absolutnym zwycięzcą tegorocznego święta zachodniego kina została "Jedna bitwa po drugiej" Paula Thomasa Andersona, która sięgnęła po 6 Oscarów, w tym za najlepszy film i najlepszą reżyserię. "Frankensteina" Guillermo del Toro nagrodzono 3 "rycerzykami", a "K-popowe łowczynie demonów" triumfowały w dwóch kategoriach (widzowie dobrze przewidzieli, że "Golden" nie będzie miało sobie równych). Na hucznej gali w Los Angeles nie zabrakło polskiego akcentu. Maćkowi Szczerbowskiemu, współreżyserowi "The Girl Who Cried Pearls", wręczono Oscara za najlepszą krótkometrażową animację.

  •  

Zrobiłem 1000 km nową KIA K4. Polacy pokochają to auto za dwie konkretne funkcje

W dobie drogiego paliwa i zaostrzonych kar za prędkość KIA K4 budzi dwojakie uczucia. Z jednej strony posiada świetne systemy, które pomogą uniknąć wam mandatu na fotoradarze, ale tanio to nią nie pojeździcie. Powiem szczerze, że KIA K4 była jednym z tych aut, na których premierę czekałem z niecierpliwością. W końcu KIA ma już w swoim portfolio i historii modele, które swoją wszechstronnością, solidnością i ceną podbiły serca Polaków. I taka jest KIA K4. Ma ona zastąpić Ceeda, czyli jednego z bestsellerów marki. Na rynku zostaje co prawda Xceed, który dostanie lifting, ale nie zmieniło to faktu, że K4 jako globalny model zawitał też w Polsce i od początku zapowiadał się bardzo ciekawie. W dobie, kiedy rynek zalewały nowe premiery elektryków, pojawienie się czystej spalinówki było jak powiew świeżości. Z KIA K4 spędziłem tydzień, pokonałem dystans 1000 kilometrów i muszę wam powiedzieć, że jest do bólu poprawnie, bo design nadwozia jest okej, środek solidny, ale nie porywa, jeździ dobrze, ma fajne technologie, ale spalanie... no właśnie, to chyba największy minus. Ale do konkretów. Wygląd? Ja bym te lampy dał wyżej Pierwszy rzut oka na nową KIA K4 sprawił, że włączył mi się zmysł designera z wujowym wąsem, czyli "ja bym se tego tak nie zrobił". Tak miałem z przednimi lampami, których klosze są moim zdaniem ciut za nisko. Ogólnie projekt nadwozia jest naprawdę świeży, drapieżny przedni pas, który zwraca uwagę innych na drodze, brak szaleństw z przetłoczeniami i charakterystyczny dla marki pas tylny z podłużnymi, wąskimi lampami. Powiedziałbym, że unowocześniona klasyka KIA. Nie jestem fanem klamek tylnych drzwi, które umieszczone są tak wysoko, jak w przypadku np. Toyoty C-HR, ale nie jest to jakieś poważne nieudogodnienie. I może moje serce szybciej nie zabiło na widok K4, ale kiedy parkowałem pod marketem, ludzie autentycznie przystawali, żeby sprawdzić, co to za marka, więc ten design po prostu działa. Wnętrze KIA K4 jest solidne i cyfrowe Wchodzę do środka i czuję się, jakbym przesiadł się do mniejszego EV9. Wnętrze KIA K4 dominuje ogromny panel z ekranami o łącznej przekątnej niemal 30 cali. Ale spokojnie, fani fizycznych przycisków nie będą płakać. Kia zostawiła kluczowe przełączniki pod ekranem, co w trasie jest zbawienne. Ale żeby nie było, obsługa dotykowych ekranów jest bardzo intuicyjna, system jest dobrze zaprojektowany i responsywny. Do tego pod nim jest rząd fizycznych przycisków skrótowych, które jeszcze bardziej ułatwiają operowanie całym systemem. Co do samego designu wnętrza to podobnie jak z nadwoziem: jest nowocześniej, ale no nie jest on porywający. Owszem, wszystko jest solidnie spasowane, poprawne, ergonomiczne, a tam, gdzie wypada, żeby było miękko, to jest miękko. Plastiki są szare i neutralne, ale nie tandetne. No i nikt na siłę nie wsadził tutaj piano blacka, dlatego pod kątem przyjazności użytkowania też duży plus. Jeździłem wersją Business Line, więc była solidnie dopakowana, bo miała poza wspomnianymi multimediami kamery 360, aktywny tempomat, masę asystentów włącznie z kontrolą martwego pola, jazdy w liniach oraz ostrzegającego przed kolizją. Oczywiście naszpikowanie auta systemami asystującymi ma swoje ogromne plusy, wiadomo, jest bezpieczniej. No ale w przypadku K4 są one tak czułe, że w pewnym momencie zaczynają irytować, bo auto zaczyna non stop na was piszczeć. System ADDW jest tak ustawiony, że wystarczy nawet zerknąć na drogę z prawej lub lewej, żeby sprawdzić, czy coś nie jedzie i już dostaje się „reprymendę”, bo nie patrzy się na drogę przed siebie. Podobnie jest z systemem monitorującym zmęczenie kierowcy. Rozumiem, że jednego dnia można gorzej spać, ale żeby uaktywniał się on o godzinie 8 rano po 10 minutach jazdy samochodem do pracy… No chyba, że KIA K4 chciała, żebym został w domu… Na szczęście systemy można wyłączyć, ale z racji ich wpływu na wasze bezpieczeństwo, nie polecam tego. Już gorsze moim zdaniem są inne dwie rzeczy, które popełnili designerzy tego auta, a mianowicie brak podparcia pod udami, bo fotele są mega wygodne (z elektryczną regulacją, zapamiętywaniem położenia, wentylacją i grzaniem), ale tego mi brakowało przy dłuższej trasie oraz umieszczenie wyświetlacza z wartościami temperatury, oraz kierunkami nawiewów tak blisko kierowcy, że zasłania on sobie je ręką. Nie ma opcji, żeby je odczytać bez specjalnego zapuszczenia żurawia. Gamechanger? Warto kupić te dwie rzeczy Wspomniałem w tytule, że Polacy pokochają to auto za dwie rzeczy. Moim zdaniem to wyświetlacz przezierny (head-up) oraz zamontowana w nim funkcja monitorowania odcinkowych pomiarów prędkości. Mało tego, że na szybie widzicie prędkość, aktualne ograniczenie oraz wskazania nawigacji (nawet Android Auto i Apple Carplay), to jeszcze macie ostrzeżenia, że coś wjeżdża wam w martwe pole oraz wspomniane odczyty w OPP. Z head-upa dowiecie się, że zbliżacie się do pomiaru, a jak wjedziecie w jego strefę, to zobaczycie, jaką ma długość oraz z jaką średnią prędkością jedziecie od momentu przekroczenia startu pomiaru. Mega pomocne zwłaszcza w dobie zaostrzenia przepisów. Do tego K4 jest bardzo pojemnym autem, bo miejsca jest mnóstwo i w pierwszym i w drugim rzędzie siedzeń, a na bagaże macie solidne 438 litrów w kufrze. Spokojnie spakujecie na wakacje 4 osoby do tego kombiaka. A jeśli mało wam przestrzeni bagażowej, to zawsze możecie wybrać wersję Sportswagon, która ma bagażnik o pojemności 604 litry. Jak jeździ KIA K4 2026? Test autostradowy i miejski Pod maską mojego egzemplarza pracował silnik 1.6 T-GDI o mocy 180 KM (możecie mieć jeszcze 1.0 T-GDI o mocy 115 KM z 6-biegowym manualem, a także silnik 1.6 T-GDI o mocy 160 KM), sparowany z klasycznym, 8-stopniowym automatem. I to jest strzał w dziesiątkę. Zapomnijcie o szarpaniu dwusprzęgłówek. Tutaj wszystko działa aksamitnie gładko. Dynamika KIA K4 pozwala na bezstresowe wyprzedzanie na trasie S7, a wyciszenie kabiny przy 140 km/h pozytywnie zaskakuje, chociaż no Mercedes czy BMW to nie jest. Do tego zawieszenie, które bardzo dobrze wybierało nierówności na wyboistych bocznych drogach. A jak ze spalaniem? No… Moja trasa 1000 km obejmowała zarówno warszawskie korki, jak i szybkie przeloty autostradą. Średnie spalanie KIA K4 zamknęło się w okolicach 7,5 litra na setkę. Niestety. W mieście wskazówka mijała cyfrę 8. Z kolei w trasie kręciła się w okolicach 7,3-7,4 litra. Sporo. Wiem, że to 180 KM, ale mimo wszystko to o jakiś litr ponad akceptowalne wartości, zwłaszcza przy tych cenach paliw, jakie mamy obecnie. Czy warto kupić KIA K4? Podsumowując moje 1000 km, muszę powiedzieć, że KIA K4 to obecnie jeden z solidnych wyborów na rynku. Jest świetnie wykonana, oferuje komfort w bardzo konkurencyjnej cenie i dobrze się prowadzi. A skoro mówimy o cenie, to KIA K4 w bazowej wersji M z silnikiem 1.0 i manualem dostaniecie od 107 490 zł. Za wersję L z silnikiem 1.6 T-GDI 150 KM zapłacicie 128 990 złotych. Testowana przeze mnie Business Line zaczyna się od 138 990 złotych za 150-konna wersję, a mój egzemplarz to koszt 143 490 złotych. Oczywiście to nie topka, bo zabrakło tutaj np. panoramicznego dachu (i dobrze) za 3500 zł. Czy te 139 tys. zł to dużo? Myślę, że to optymalna cena, jak za optymalnie skonfigurowane i poprawne auto.

  •  

Polacy nagle zmieniają plany wyjazdowe. Zyskuje najgorętszy kraj Europy

Sytuacja na Bliskim Wschodzie bardzo mocno zmieniła sytuacją w biurach podróży. Te największe zawiesiły wyjazdy do Omanu i ZEA, a także dalej na wschód z powodu lotów przesiadkowych. Nic więc dziwnego, że turyści musieli szukać alternatywnych kierunków. I je znaleźli. Światowa turystyka przechodzi bardzo trudny moment. Zamieszanie na Bliskim Wschodzie doprowadziło do chaosu, który skończył się wielotygodniowym zawieszeniem znacznej części połączeń lotniczych. Uwielbiany wiosną Bliski Wschód jest niedostępny. Bardzo popularna Azja jest trudno dostępna, bo trzeba szukać lotów z przesiadką poza ZEA i Dohą. Gdzie zatem jechać w kwietniu i maju, a także w wakacje? Polacy mają już nowych faworytów. Polacy zmieniają plany urlopowe. Na czoło wysunęła się Malta, ale nie tylko Nasi turyści są dość przewidywalni w kwestii planowania wyjazdów. Niezależnie od pory roku szukamy przede wszystkim kierunków słonecznych i ciepłych. I doskonale to rozumiem. Po długiej i ciemnej zimie zmiana kurtki puchowej na okulary przeciwsłoneczne cieszy podwójnie. Właśnie dlatego tak dużą popularnością cieszyły się zawsze kraje na Bliskim Wschodzie, gdzie temperatura wiosną nie spada poniżej 20 st. C. Jednak w obliczu trwającego konfliktu podróżni zwrócili się w stronę najcieplejszego kraju w Europie, a tym wg statystyk jest Malta ze średnią roczną temperaturą na poziomie ponad 20 st. C. Drugim wyborem mają być natomiast Wyspy Kanaryjskie. – Obecnie obserwujemy rosnące zainteresowanie innymi kierunkami, przede wszystkim Wyspami Kanaryjskimi oraz Maltą. Z kolei w nadchodzącym sezonie letnim widzimy zwiększone zainteresowanie wakacjami w Grecji, Bułgarii oraz Hiszpanii – powiedziała w rozmowie z "Wprost" przedstawicielka biura TUI Poland. Podobne trendy widać także w Itace. Biuro podróży poinformowało co prawda, że wczasy w Egipcie i Turcji nadal sprzedają się dobrze, ale tam również zyskuje Hiszpania. Co ciekawe, podróżnych nie przerażają rekordowo wysokie ceny za wakacje na Wyspach Kanaryjskich czy w Grecji. – Wzrosło zainteresowanie kierunkami europejskimi – Hiszpanią z Wyspami Kanaryjskimi, Maderą, wyspami Morza Śródziemnego (w tym Majorka, Sycylia, Kos), a także Wyspami Zielonego Przylądka czy Zanzibarem – przekazała dziennikarzom Danuta Korwin Małaczyńska, kierownik ds. reklamacji z Centrum Obsługi Klienta Itaki. Wizz Air na razie spokojny. Nie widzi wielkich zmian w rezerwacjach W rozmowie z naTemat do trendów wyjazdowych odniósł się Salvatore Gabriele Imperiale, manager ds. komunikacji korporacyjnej w Wizz Airze. Podkreślił on, że w ich systemach na razie nie widać nerwowych ruchów podróżnych. – Na ten moment nie widzimy jakichś niesamowitych, gwałtownych zmian w zapotrzebowaniu ze strony pasażerów. Oczywiście nie wiem, co będzie w przyszłości, ale jesteśmy w pełni zdeterminowani, aby utrzymać naszą siatkę – zaznaczył. Dodał przy tym, że Bliski Wschód stanowi bardzo niewielką, bo zaledwie 5-procentową część ich oferty. – To jest 50 z około 1000 lotów w całej naszej siatce. Nasza oferta opiera się więc prawie całkowicie na Europie Wschodniej, Europie Zachodniej i oczywiście na Afryce Północnej – dodał Salvatore Gabriele Imperiale.

  •  

Wielkanocne zakupy będą inne. Sklepy wprowadzają zmiany przed świętem

Wielkanoc w 2026 r. wypada znacznie wcześniej niż w ubiegłych latach. Jest więc coraz mniej czasu na świąteczne przygotowania i zakupy. Jak to będzie wygląda w 2026 roku od strony handlowej? Tegoroczna Wielkanoc będzie już 5 kwietnia (w 2025 r. była 20 kwietnia). Powoli można więc zaplanować zakupy, bo sklepy będą w świąteczny weekend działać inaczej niż zwykle. Jak dokładnie będą czynne sklepy w tym gorącym okresie i kiedy najlepiej wybrać się na przedświąteczne zakupy, aby uniknąć tłumów? Niedziela handlowa 29 marca tuż przed Wielkanocą Doskonałą okazją na zrobienie większych zapasów będzie Niedziela Palmowa, która wypada 29 marca. Zgodnie z przepisami jest to niedziela handlowa, więc bez problemu zrobimy zakupy we wszystkich marketach i galeriach. Dyskonty będą otwarte w standardowych, weekendowych godzinach. Godziny otwarcia sklepów w Wielki Piątek 2026 Łatwo policzyć, że Wielki Piątek wypada 3 kwietnia. Warto pamiętać, że w Polsce nie jest to dzień ustawowo wolny od pracy. Oznacza to, że godziny otwarcia sklepów pozostają niezmienione. Wszystkie dyskonty, supermarkety itd. będą funkcjonować jak w każdy zwykły piątek. Sklepy w Wielką Sobotę otwarte krócej Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przeddzień świąt. Wielka Sobota wprawdzie nie jest świętem państwowym, ale przepisy narzucają z góry ostre ograniczenia. Zgodnie z ustawą handel tego dnia może trwać maksymalnie do godziny 14:00. W praktyce większość popularnych sieci zamyka swoje drzwi jeszcze szybciej, zazwyczaj w okolicach 13:00 lub 13:30. Wyjątkiem pozostają m.in. małe sklepy osiedlowe czy franczyza, takie jak popularne Żabki. Tam zakupy na ostatnią chwilę możemy zrobić dłużej, bo o czasie pracy decydują sami właściciele, którzy staną za ladą. Zamknięte sklepy w Wielkanoc i lany poniedziałek W samą Niedzielę Wielkanocną oraz w Poniedziałek Wielkanocny (tudzież lany poniedziałek vel śmigus dyngus), czyli 6 kwietnia, wielkopowierzchniowe markety będą całkowicie zamknięte. Ratunkiem w nagłych sytuacjach pozostaną jedynie te punkty, które mogą działać w dni świąteczne. Należą do nich stacje benzynowe oraz wspomniane małe sklepy franczyzowe. Całodobowe Biedronki i Lidle. Gdzie są sklepy 24/7? Prawdziwą nowością na rynku są dyskonty czynne non stop, które przed świętami ułatwiają życie ludziom pracującym tygodniu. Biedronka jako pierwsza je wprowadziła w zeszłym roku i ma już 25 takich punktów w kraju: Chorzów - ul. Długa 67 Ruda Śląska - ul. Zabrzańska 65 Istebna - Istebna 1651 Gliwice - ul. I. Daszyńskiego 135 Rybnik - ul. Sybiraków 7 Knurów - ul. Witosa 4 Gliwice - ul. Kozielska 111 Poznań - ul. Naramowicka 219 Poznań - ul. Bobrzańska 13 Poznań - ul. Starołęcka 1 Suchy Las - ul. Obornicka 85 Poznań - ul. Bułgarska 121/123 Rzeszów - ul. Hetmańska 56 Lesko - ul. Stawowa 16 Medyka - Medyka 405 Przemyśl - ul. F. Focha 2A Żurawica - ul. 3 Maja 4 Lublin - ul. B. Prusa 8 Terespol - ul. Wojska Polskiego 81/83 Lublin - ul. Diamentowa 19I-H Kraków - ul. Lipska 28 Modlnica - ul. Częstochowska 70 Jawczyce - ul. Poznańska 74 Warszawa - ul. Dolna 3 Warszawa - ul. Krucza 50 W ślady konkurenta idzie też jego największy rywal. W tym roku ruszył pilotażowy program, w ramach którego całodobowy Lidl działa od poniedziałku do soboty. Takie zakupy zrobimy na razie w trzech wybranych placówkach: Warszawa - ul. Kasprowicza 117 Poznań - ul. Bułgarska 113 Bielany Wrocławskie - ul. Tyniecka 1 Na razie nie ma jeszcze oficjalnych komunikatów, czy wymienione sieci wydłużą standardowe godziny pracy w samym Wielkim Tygodniu w "zwykłych" lokalizacjach. Jednak patrząc na coroczne tradycje Lidla i Biedronki przed Bożym Narodzeniem, można się spodziewać, że w ostatnich dniach przed Wielkanocą drzwi dyskontów będą otwarte do późnych godzin nocnych.

  •  

Czarzasty alarmuje ws. Polexitu. Wymienił "szaleńca" i prezydenta w jednym szeregu

Włodzimierz Czarzasty zaczął alarmować w sprawie Polexitu. Wymienił kilka osób, które mogłyby się przyczynić do tego, że Polska wyszłaby z Unii Europejskiej. Marszałek Sejmu w jednym szeregu postawił "szaleńca" Grzegorza Brauna i m.in. Karola Nawrockiego. Lider Lewicy nie owijał w bawełnę i zwrócił uwagę na potrzebne zmiany legislacyjne. – Myślę, że jesteśmy w takim momencie, że rosną w siłę siły, które będą namawiały Polskę do wyjścia z Unii Europejskiej. W jednym szeregu stawiam szaleńca Brauna, prezydenta Nawrockiego, Czarnka, Kaczyńskiego, myślę, że jeden drugiego jest wart w tej sprawie – powiedział podczas poniedziałkowej konferencji Włodzimierz Czarzasty. Marszałek Sejmu jest zdania, że trzeba zacząć "poszukiwania legislacyjnych dróg", żeby tę decyzję co do obecności Polski w UE podejmowaną prostą większością parlamentarną zamienić "w decyzję o wiele bardziej skomplikowaną, na przykład z zapytaniem się narodu o to, co myśli". Czarzasty twierdzi, że potrzebne są zmiany legislacyjne ws. Polexitu – Myślę, że coraz bliżej jesteśmy projektu ustawy, który będzie starał się ten stan zmienić, dlatego że szaleńców, którzy chcą wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej, szaleńców, którzy starają się mówić szczególnie młodemu pokoleniu, że Polska wygląda teraz tak samo, jak wyglądała 40 lat temu, jest coraz więcej – zaznaczył i wspomniał, że referendum powinno być niezbędne przy Polexicie. – Jeżeli wchodziliśmy do Unii Europejskiej poprzez decyzję w ramach referendum, to wydaje mi się, że referendum jest minimalną formą tego, żeby podejmować kierunkowe takie decyzje (ws. obecności Polski w UE) – podsumował Czarzasty. Tusk też ostatnio pisał o Polexicie. I wspomniał o Nawrockim Dodajmy, że po tym, jak w Polsce prezydent zawetował ustawę o przyjęciu programu SAFE, zaczęły się dyskusje m.in. na temat bezpieczeństwa Polski, a także jej obecności w Unii Europejskiej. W miniony weekend na swoim profilu na platformie X napisał o tym Donald Tusk. Premier uderzył przy okazji w polską prawicę. O pragnienie doprowadzenia do Polexitu oskarżył większość PiS i obie konfederacje, a jako patrona tej inicjatywy określił... Karola Nawrockiego. "Polexit to dzisiaj realne zagrożenie! Pragną go obie konfederacje i większość PiS. Nawrocki jest ich patronem. Rozwalić Unię chcą: Rosja, amerykańska MAGA i prawica europejska z Orbanem na czele. Dla Polski byłaby to katastrofa. Zrobię wszystko, żeby ich powstrzymać" – zadeklarował szef rządu. Jego post z weekendu jest kontynuacją poprzednich deklaracji. 14 marca Tusk stwierdził, że o tym, czy Polska pozostanie w Europie, zadecydują najbliższe wybory. Apelował też o "wspólne zastopowanie politycznych szaleńców". Czarnek odpowiedział Tuskowi ws. Polexitu Choć jako "patrona Polexitu" premier wskazał Karola Nawrockiego to w dyskusję włączył się Przemysław Czarnek. W swoim wpisie na X kandydat na premiera z ramienia PiS sparafrazował słowa Tuska, przy tym krytykując go, ale jednocześnie ugasił część anty-unijnych zarzutów. "Likwidacja polskiej państwowości to dziś realne zagrożenie! Pragnie tego Ursula von der Leyen i jej podwładny Donald Tusk. Dla Polski byłaby to katastrofa. Zrobię wszystko, żeby nasza Ojczyzna była suwerenna, z silną pozycją pozwalającą zreformować Unię Europejską" – podsumował Czarnek.

  •  

Twoja krew wie o demencji szybciej niż lekarz. Jeden test może zmienić życie

Czy demencję da się wykryć na długo przed pierwszymi problemami z pamięcią? Naukowcy twierdzą, że tak. Nowe badanie sugeruje, że prosty test krwi może wskazać ryzyko choroby nawet 25 lat przed pojawieniem się objawów. Jeśli wyniki się potwierdzą, może to zmienić sposób diagnozowania i leczenia chorób neurodegeneracyjnych. Demencja, w tym choroba Alzheimera, przez lata rozwija się w mózgu niemal niezauważenie. Objawy, takie jak problemy z pamięcią, koncentracją czy orientacją, pojawiają się zwykle dopiero wtedy, gdy uszkodzenia mózgu są już znaczne. Dlatego naukowcy od lat próbują znaleźć sposób na wykrywanie choroby na bardzo wczesnym etapie. Przełomowe wyniki w tym kierunku przynosi nowe badanie naukowców z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego. Według ich analizy prosty test krwi może przewidywać ryzyko rozwoju demencji nawet do 25 lat przed pojawieniem się pierwszych objawów. Kluczowa rola jednego białka Wspomniane badania, opublikowane na łamach "JAMA Network Open" wykazało, że specyficzne białko biomarkerowe związane z wczesnymi procesami patologicznymi choroby Alzheimera jest silnie powiązane z przyszłym ryzykiem demencji. Chodzi mianowicie o białka o nazwie phosphorylated tau 217 (p-tau217), które zdaniem badaczy są ściśle związane z procesami zachodzącymi w mózgu – m.in. z powstawaniem splątków białka tau, które zaburzają komunikację między neuronami. W badaniu naukowcy przeanalizowali próbki krwi pobrane od 2766 kobiet w wieku 65–79 lat, które na początku obserwacji nie miały żadnych oznak pogorszenia funkcji poznawczych. Próbki pochodziły z dużego projektu badawczego Women’s Health Initiative Memory Study przeprowadzanego pod koniec lat 90. Po ponad 25 latach obserwacji okazało się, że osoby z podwyższonym poziomem białka p-tau217 były znacznie bardziej narażone na rozwój łagodnych zaburzeń poznawczych lub demencji w przyszłości. Tańsza alternatywa dla skomplikowanych badań Dotychczas wykrywanie zmian związanych z demencją wymagało kosztownych i inwazyjnych metod, takich jak: badania obrazowe mózgu (np. PET), analiza płynu mózgowo-rdzeniowego pobieranego podczas punkcji lędźwiowej. Badanie krwi mogłoby być znacznie prostsze i bardziej dostępne. W przyszłości mogłoby pomóc lekarzom identyfikować osoby szczególnie narażone na rozwój choroby i wdrażać działania profilaktyczne, zanim pojawią się objawy. Choć wyniki są obiecujące, badacze podkreślają, że test nie jest jeszcze gotowy do powszechnego stosowania. Należy bowiem podkreślić, że badanie to było przeprowadzone jedynie na kobietach. Nie wiadomo więc jaka jest skuteczność tego testu w przypadku mężczyzn, osób młodszych, czy różnych grup etnicznych. Co więcej, badacze odkryli również, że ryzyko zachorowania nie było takie same nawet dla wszystkich badanych pań, a różnice w wynikach obserwowano w zależności od wieku kobiet, stosowania terapii hormonalnej (HRT) i czynników genetycznych wpływających na demencję. Specjaliści zwracają też uwagę, że podwyższony poziom biomarkera nie oznacza jeszcze pewności zachorowania – wskazuje jedynie na zwiększone ryzyko. Dlaczego wczesne wykrywanie jest tak ważne? W ostatnich latach rozwijane są nowe terapie spowalniające rozwój choroby Alzheimera i demencji. Jednak ich skuteczność jest największa właśnie na bardzo wczesnym etapie choroby. Jeśli więc w przyszłości uda się wiarygodnie wykrywać ryzyko demencji nawet kilkadziesiąt lat wcześniej, lekarze mogliby wcześniej monitorować pacjentów, wprowadzać zmiany stylu życia zmniejszające ryzyko choroby, a także szybciej włączać nowe terapie.

  •  

Coraz popularniejsze rozwiązanie w laptopach. NPU może ci się naprawdę przydać

Jeśli przeglądacie sklepy komputerowe w poszukiwaniu laptopów, coraz częściej natkniecie się na modele, w których opisie widnieje skrót NPU. Czym jest ta technologia? Okazuje się, że ma wiele wspólnego ze sztuczną inteligencją, a skoro tak, to już dzisiaj może być przydatnym w codziennej pracy dodatkiem. NPU mają na swoim pokładzie np. komputery korzystające z procesorów Intel Core Ultra. Takowy znalazłem na laptopie MSI VenturePro 16 AI A1VEG. Przykuł on moją uwagę właśnie symbolem AI na ekranie na oficjalnych grafikach od producenta, gdy buszowałem po ciekawych promocjach w sklepach z elektroniką. Jak się okazuje, procesor Intel Core Ultra 5 125H, który posiada wspomniany model laptopa, należy do rodziny Meteor Lake. Poza tym, że wyróżnia się ona większą efektywnością, oferuje też wsparcie dla sztucznej inteligencji. A to ona w trakcie pracy urządzenia ma robić użytek z NPU. Czyli co konkretnie? Czym jest NPU? Pełna nazwa tej technologii brzmi: Neural Processing Unit, czyli w dosłownym tłumaczeniu jednostka przetwarzania neuronowego. W nowoczesnych procesorach jest to dedykowany układ – swego rodzaju akcelerator sprzętowy, który bierze na swoje barki wykonywanie wszelkich zadań związanych z AI. Można powiedzieć, że w komputerach stanowi on uzupełnienie CPU (procesora ogólnego przeznaczenia) i GPU (procesora graficznego). Warto jeszcze dodać, że NPU to technologia, która powstała również po to, aby łączyć optymalizację szybkości ze stosunkowo niskim zużyciem energii. Wydajność NPU mierzy się parametrem TOP – Tera Operations per Second, czyli operacje Tera na sekundę. Im wyższa pojemność TOP, tym wyższa prędkość obliczeniowa dla NPU. W telegraficznym skrócie oznacza to, że laptop z NPU z wyższym TOP będzie lepiej radził z programami obsługującymi sztuczną inteligencję. Co daje NPU w pracy przy laptopie? Krótko mówiąc, jeśli uruchomiony na laptopie program podpiera się możliwościami AI, to obciążenia robocze sztucznej inteligencji zostaną przeniesione na NPU. Tym samym procesor ogólnego przeznaczenia będzie mógł "odetchnąć". Odciążony zadaniami AI, zapewni wyższą wydajność pracy, wydłużając jednocześnie czas pracy na baterii. Jakie zadania AI mogą zostać przyspieszone przez NPU? Przede wszystkim mowa o przetwarzaniu języka naturalnego oraz analizie obrazu i dźwięku. W tym pierwszym przypadku może być to wsparcie dla funkcji rozpoznawania mowy, automatycznego tłumaczenia, tworzenia podsumowań czy analizy sentymentu, a więc wydźwięku emocjonalnego analizowanych tekstów. Co się tyczy funkcji wideo i audio, to w czasie rzeczywistym NPU może wydatnie pomóc w płynnym przebiegu wideokonferencji. W programach do prowadzenia zdalnych rozmów przejmie na siebie takie obowiązki jak rozmycie tła, automatyczne kadrowanie, śledzenie ruchu gałek ocznych czy redukcja szumów z tła w mikrofonie. Kolejna zaleta z posiadania NPU w laptopie to szybsza obsługa aplikacji AI w lokalnym środowisku. Z takim dedykowanym układem można uruchamiać zaawansowane funkcje AI bezpośrednio na laptopie, a nie w chmurze. Brak konieczności wysyłania danych na zewnętrzny serwer przyspiesza pracę (bo redukuje opóźnienia), a przy tym pozwala na korzystanie z narzędzi AI offline, czyli bez dostępu do internetu. Jak sprawdzić, czy laptop ma NPU? Oczywiście, w praktyce wydajność NPU może wyglądać różnie, a efekty jej działania nie zawsze takie, jakie użytkownik oczekiwał. Dlatego przed zakupem każdego modelu, który chwali się przyspieszeniem zadań AI, warto zrobić dokładny research: przejrzeć specyfikację zamontowanego procesora, sprawdzić, jaka jest jednostka miary wydajności TOP, i poczytać testy wydajnościowe upatrzonego komputera. A może już macie NPU na swoim laptopie, a nawet o tym nie wiecie? W systemie Windows możecie to bardzo prosto sprawdzić. W tym celu otwórzcie menedżera zadań, kliknijcie opcję "Wydajność" i wyszukajcie na liście pozycję NPU. Przy zostawionym okienku podglądu zadań, kiedy układ ten wkroczy do akcji, zobaczycie rosnące wartości procentowe i zmieniający się wykres.

  •  

Pogoda w Polsce nagle się zmieni. Śnieżyc nikt się nie spodziewał, a jednak przyjdą

A było już tak dobrze. Po kilkunastu dniach wiosennej aury w Polsce pogoda ma się zmienić. W niemal całej Polsce słońce zakryje masa szarych chmur, a na południu mogą przejść nawet śnieżyce. Mamy prognozę pogody na najbliższe dni, jednak ona nie napawa optymizmem. Kierowcy w niektórych regionach muszą przygotować się na gorsze warunki do jazdy. W marcu w Polsce w końcu zapanowało przedwiośnie. Po srogim sezonie zimowym i kilkunastu tygodniach mrozów, śnieżyc i gołoledzi w końcu mogliśmy poczuć lekki powiew ciepłego powietrza i słonecznej aury. Do Polski znów przyjdą śnieżyce. Zapowiadana zmiana pogody Tymczasem prognoza pogody na najbliższe dni pokazuje spore zmiany. W poniedziałek (16 marca) na krańcach wschodnich niebo będzie bezchmurne lub z lekkim zachmurzeniem, ale od zachodu napływa już fala szarych chmur, z których popada deszcz lub nawet deszcz ze śniegiem. Największy krach w pogodzie ma nastąpić wieczorem. Niemal całą Polskę przykryją deszczowe chmury, a lokalnie na południowym wschodzie i północnym zachodzie możliwe słabe burze. W Sudetach i na szczytach Karpat zacznie padać śnieg. W tamtych okolicach mocniej zawieje. Temperatura w nocy spadnie do 4 stopni Celsjusza na południowym wschodzie do –1 na zachodzie. We wtorek 17 marca nadal będzie padało na południu. Deszczowe chmury zahaczą też centrum. Będzie nieco chłodniej niż w ostatnich dniach. Od 12 stopni C na wschodzie do 8 na południu, w centrum i na północy. Druga połowa tygodnia wciąż ze śnieżycami Noc z wtorku na środę (18 marca) przyniesie kolejną dawkę śnieżyc na południu kraju. Miejscami pojawi się też mgła ograniczająca widzialność do 200 m. Temperatura minimalna od –3 stopni Celsjusza na wschodzie i w rejonach podgórskich do 1 stopnia C. na południu i nad morzem. Wiatr raczej słaby. Jedynie w Tatrach mocniej zawieje (do 70 km/h) oraz w Sudetach (do 65 km/h). Czwartek (19 marca) ma przynieść nieco cieplejszą aurę. Termometry znów pokażą kilkanaście stopni powyżej zera w prawie całym kraju. Wyjątkiem będzie południe Polski, gdzie w najcieplejszym momencie dnia słupki rtęci dobiją do 8 stopni C. W rejonach górskich temperatura będzie znacznie niższa, miejscami nawet poniżej zera. W ciągu dnia odpoczniemy jednak od opadów deszczu. Piątek zapowiada się deszczowo, ale w sobotę i niedzielę będzie przyjemniej W piątek (20 marca) znów będzie padać. Na południu, miejscami w centrum i na zachodzie potrzebne będą parasole. Deszcz może się też pomieszać ze śniegiem. Temperatura od 5 na wschodzie, po 7 w centrum, do 10 na północnym zachodzie. Chłodniej nad morzem w i rejonach podgórskich tam w granicach czwartej kreski powyżej zera. Weekend (21 i 22 marca) będzie przyjemniejszy, jeśli chodzi o temperaturę. Meteorolodzy zapowiadają 11 stopni Celsjusza w większości kraju, a w górach dobije do 5 stopni. Popada jedynie na zachodzie. Wiatr słaby, okresami umiarkowany, południowo-wschodni. Kolejny tydzień zapowiada się nieco lepiej. Znów wróci ciepło, ale na południu kraju możemy wciąż spodziewać się niskich temperatur i opadów śniegu.

  •  

Nowe limity w bankomatach. Sprawdź, ile maksymalnie gotówki wypłacisz

W ostatnim czasie popularne sieci bankomatów, takie jak Euronet oraz Planet Cash, mocno ograniczyły jednorazowe wypłaty gotówki przy użyciu BLIKA. Fani mobilnych transakcji muszą być gotowi na to, że wypłata większych sum jest teraz trudniejsza. Nowe zmiany w bankomatach dotyczącą przede wszystkim wypłat gotówki przy użyciu smartfona. Do niedawna za pomocą jednego kodu BLIK można było wyciągnąć 800-1000 zł. Teraz to zadanie stało się znacznie trudniejsze i wymaga od klientów o wiele więcej czasu i cierpliwości. Limit wypłat BLIK w Euronet. Cztery razy mniej gotówki na raz Jako pierwszy na cięcia zdecydował się Euronet. Od 19 lutego klienci tej sieci mogą wyciągnąć jednorazowo zaledwie 200 zł smartfonem, a wcześniej standardem było 800 zł. Zmiana ta wynika po prostu z faktu, że koszty obsługi BLIKA przewyższają przychody operatora. "Wprowadzenie zmiany limitu dla wypłaty gotówki realizowanych kodem BLIK jest niezbędne do ograniczenia strat finansowych Euronet Polska, generowanych przez te transakcje" – tłumaczy spółka w oficjalnym komunikacie. Nowe zasady zaskoczyły twórców mobilnego systemu płatności. "W opinii Polskiego Standardu Płatności SA i z perspektywy użytkowników BLIKA zmniejszenie kwoty pojedynczej wypłaty w bankomatach sieci Euronet z 800 zł do 200 zł to istotne obniżenie komfortu i bezpieczeństwa transakcji" – przyznali przedstawiciele PSP. Zmiany w Planet Cash. Cięcia BLIKA, ale i wyższe limity wypłat Visa i Mastercard Niedługo później podobny krok ogłosił konkurencyjny Planet Cash. Wypłaty kodem ze smartfona zostały tam od 2 marca bezpośrednio uzależnione od opłacalności konkretnego bankomatu. Nie ma więc jednych odgórnych, ale o dotychczasowych 1000 zł można pomarzyć. "Decyzja ta jest bezpośrednią konsekwencją braku ekonomicznego zbilansowania usługi wypłat realizowanych z użyciem kodów BLIK w bankomatach, przy jednoczesnym stałym wzroście kosztów" – wyjaśnili krótko przedstawiciele Planet Cash. Jest jednak również dobra wiadomość. Planet Cash podniósł maksymalne progi dla operacji realizowanych w klasyczny sposób. Zgodnie z nowymi wytycznymi jednorazowa wypłata gotówki kartami Visa oraz Mastercard wzrosła aż do 4000 zł. Dzienne limity wypłat w bankomatach. Ile wynoszą w 2026 roku? Wypłacanie większych sum BLIKIEM we wspomnianych sieciach wymaga więc teraz mozolnego dzielenia kwot na części. Alternatywą jest wybór maszyn należących bezpośrednio do twojego banku. Inną opcją jest też usługa cashback, która pozwala wybrać pieniądze przy kasie w sklepie (np. w Żabce czy Dino). Klasyczne transakcje przy użyciu plastikowej karty wciąż są na starych zasadach. Banki stosują następujące dzienne limity wypłat w swoich bankomatach: PKO Bank Polski: limit domyślny 5000 zł, limit maksymalny 20 000 zł Bank Millennium: limit domyślny 5000 zł, limit maksymalny 20 000 zł Santander Bank Polska: limit domyślny 5000 zł, limit maksymalny 15 000 zł Pekao S.A.: limit domyślny 6000 zł, limit maksymalny 20 000 zł mBank: limit domyślny i maksymalny wynosi 10 000 zł ING Bank Śląski: limit domyślny i maksymalny wynosi 10 000 zł Alior Bank: limit domyślny 5000 zł, limit maksymalny 15 000 zł BNP Paribas: limit domyślny 5000 zł, limit maksymalny 20 000 zł Credit Agricole: limit domyślny i maksymalny wynosi 5000 zł Warto na koniec przypomnieć, że w Polsce od dłuższego czasu istnieje również odgórny limit transakcji gotówkowych. Wynosi on równo 15 tys. zł, ale dotyczy wyłącznie sytuacji, w której przynajmniej jedną ze stron jest przedsiębiorca. Od 2027 r. ma to się zmienić w całej UE. Zostanie wprowadzona górna granica 10 tysięcy euro (ok. 42,7 tys. zł) dla wszystkich transakcji, również między osobami prywatnymi.

  •  

Tusk doczekał się złośliwej riposty z Węgier. Wyciągnęli mu... wyniki wyborów

Donald Tusk napisał wymownie o wiecu opozycji na Węgrzech i już doczekał się odpowiedzi. Peter Szijjarto, szef węgierskiego MSZ przypomniał, co się stało cztery lata temu. W ten sposób złośliwie odgryzł się Tuskowi. Zaczęło się od wpisu, który Donald Tusk opublikował 15 marca. "Budapeszt dziś. Wiosna nadchodzi" – napisał premier i dodał jeszcze słynne: "Lengyel, magyar – két jó barát", czyli "Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki". W poście znalazło się też zdjęcie z demonstracji w Budapeszcie. W ten sposób Tusk chciał pokazać, jakie tłumy przyciągnęła manifestacja opozycyjnej partii TISZA pod przewodnictwem Petera Magyara. Tusk napisał o Węgrzech. Peter Szijjarto złośliwie odpowiedział Tusk nie musiał długo czekać na reakcję. "Donald Tusk jest bardzo entuzjastycznie nastawiony do wiecu opozycyjnej Partii TISZA. Szkoda, że ​​tym razem się nie pojawił. Cztery lata temu był na wiecu opozycji 15 marca. Efekt? Wygraliśmy z 20-proc. przewagą" – napisał szef węgierskiego MSZ Peter Szijjarto. Węgierski polityk więcej mówił o tym w rozmowie z dziennikarzami w Brukseli. Jego zdaniem demokracja na Węgrzech jest teraz w o wiele lepszym stanie niż w Polsce. – W Polsce praworządność jest w dużo większym stopniu zagrożona niż na Węgrzech – stwierdził. Szijjarto zapewnił również, że Węgry nie mają zamiaru opuszczać Unii Europejskiej. – Dlaczego mielibyśmy to zrobić? – dopytywał i jednocześnie zapewniał, że rząd w Budapeszcie chce dążyć do silnej UE. Orbán traci grunt pod nogami. TISZA rośnie w sondażach Na niecały miesiąc przed wyborami parlamentarnymi na Węgrzech pojawiła się seria nowych sondaży. W większości z nich wyłania się ten sam obraz: opozycyjna TISZA Pétera Magyara utrzymuje przewagę nad rządzącym Fideszem Viktora Orbána, a kampania staje się coraz bardziej spolaryzowana. Więcej przeczytacie o tym w naTemat. Jak to wygląda dokładniej w liczbach? W sondażach Závecz Research i Publicus partia Magyara prowadzi: w jednym badaniu było to 50 proc. do 38 proc., w drugim 47 proc. do 39 proc. na korzyść TISZY. Przypomnijmy, że 15 marca na Węgrzech odbywały się coroczne obchody święta narodowego – to upamiętnienie rewolucji z lat 1848-1849. W tym roku to również ostatnia prosta przed wyborami, które odbędą się 12 kwietnia. Marsz zorganizowały środowiska sympatyzujące z Orbánem. – Te dwa marsze to taka swoista próba sił pomiędzy obozem, który sprawuje władzę od 16 lat i pokazaniem tego, ilu ludzi ten obóz popiera, a z drugiej strony partii opozycyjnej TISZA – relacjonował wydarzenia z Budapesztu Maciej Warsiński z TVN24. W Marszu Pokoju organizowanym przez Orbána uczestniczyli m.in. Marcin Romanowski oraz Robert Bąkiewicz. "Walczymy o wolną Polskę i wolne Węgry – o Europę suwerennych narodów, która potrafi obronić swoje granice i bezpieczeństwo, swoją kulturę i cywilizację!" – pisał Romanowski na X. "Marsz Pokoju to nie tylko liczby i flagi, to przede wszystkim serce i wierność wartościom" – czytamy z kolei na profilu Ruchu Obrony Granic.

  •  

46 urzędów ujawniło numery PESEL w sieci. Wystarczył prosty trik, by je znaleźć

Alarmujące śledztwo dziennikarzy z cyberdefence24.pl ujawniło liczne naruszenia zasad ochrony danych. Niezabezpieczone numery PESEL dryfują w przestrzeni Internetu i tylko czekają na złodziei tożsamości. Pomimo rozgrywającej się na bieżąco cyberwojny, nie radzimy sobie z podstawowymi zasadami ochrony danych w przestrzeni wirtualnej. Jak się okazuje, wiele numerów PESEL można znaleźć przy zastosowaniu prostej metody OSINT. Śledztwo dziennikarzy cyberdefence24.pl ujawniło czterdzieści sześć jednostek publicznych, które upubliczniły dokumenty z danymi osobowymi. Mowa tu o 15 urzędach gminy, dwunastu urzędach miasta, jedenastu starostwach powiatowych, trzech urzędach miasta i gminy, dwóch domenach rządowych, dwóch uniwersytetach i pojedynczej organizacji niezaklasyfikowanej do powyższych. W upublicznionych przez urzędy dokumentach znajdowały się m.in. numery PESEL. Pochodziły one z pism ogólnych do podmiotu publicznego oraz z uproszczonych ofertach realizacji zadania publicznego. Dokumenty często pochodziły z błędnej publikacji niezanonimizowanych dokumentów z systemu e-PUAP. Oprócz samego dokumentu zdarzały się sytuacje, gdzie publikowano także dane jego nadawcy. Często były to dokumenty, które nie wymagały podawania tych konkretnych danych osobowych. Numery PESEL mógł zobaczyć każdy z dostępem do Google By dostać się do dokumentów, wystarczyło w odpowiedni sposób zmodyfikować parametry wyszukiwania w Google. Dostęp do numerów PESEL mógł mieć każdy z łączem internetowym. Naruszenia zostały zgłoszone danym jednostkom przez dziennikarzy z cyberdefence24.pl. Odpowiedziały na nie trzydzieści dwa podmioty. Sześć organizacji usunęło dostęp do danych bez odpowiedzi na zgłoszenia. Osiem organizacji nie odpowiedziało na zgłoszenia i nie usunęło wrażliwych danych. W przypadku pozostałych trzy potwierdziły zgodę na publikację treści dokumentów, dwie zadeklarowały, że dokumenty dotyczą osób zmarłych, więc nie stanowią naruszenia ochrony danych, a jeden urząd stwierdził, że jego działania są zgodne z prawem. Do naruszenia przyznało się dziewiętnaście urzędów. Choć część winy za tę sytuację ponosi przestarzały system BIP, nie zmienia to faktu, że urzędnicy często po prostu nie przestrzegają standardów cyberbezpieczeństwa. Urzędy nie zawsze korzystają z nowych narzędzi, takich jak Urzędowe Potwierdzenie Przedłożenia (UPP), które jest ekwiwalentem potwierdzenia przyjęcia dokumentu w danym terminie przez dany urząd. Przestarzałe procedury i brak stosowania się do RODO – system jest beznadziejny, ale urzędnicy nie ułatwiają W przypadku części urzędów przed wpłynięciem dokumentu z e-PUAP lub e-Doręczeń do systemu BIP, są one drukowane, podbijane, podpisywane i skanowane. Standardowe skany są trudniejsze do zanonimizowania przed umieszczeniem ich w BIP. Nie można w nich wyszukać newralgicznych danych tak samo, jak w standardowych dokumentach, o ile nie są poddane technice OCR. Jednym z flagowych założeń RODO jest to, by administrator dokonywał oceny niezbędności ujawnienia danych dla realizacji celu informacyjnego. Jeśli cel informacyjny może zostać spełniony bez danej informacji, należy ją zanonimizować. W większości przypadków – i to potwierdza dziewiętnaście urzędów, których dane znalazły się w wyszukiwarce Google, PESEL taką informacją nie jest, więc nie powinien się tam znaleźć. Numery PESEL pozwalają na identyfikację danej osoby, jej daty urodzenia, płci, a ich wyciek może narażać nas na ryzyko kradzieży tożsamości. Przechwycony PESEL z danymi osobowymi może posłużyć do wyłudzenia kredytów, zakupów ratalnych, świadczeń medycznych, czy uwiarygodnienie ataków phishingowych i oszustw w naszym imieniu.

  •  

Rzym obnażył największy problem współczesnej turystyki. To przekleństwo

Podróże są dziś na wyciągnięcie ręki. Dostępne dosłownie dla każdego. I jest to piękne, bo dzięki temu zwiedzanie świata nie jest zarezerwowane tylko dla elit. Z drugiej strony to, co wyprawia się w Rzymie, jest dowodem, że turystyka poszła w nie tę stronę, co powinna. Możliwość podróżowania gdzie się chce i kiedy chce, bez rujnowania domowego budżetu, to spełnienie moich dziecięcych marzeń. Zawsze powtarzałam, że będę zwiedzać świat, na co słyszałam odpowiedź "ciekawe za co". Tanie linie lotnicze sprawiły jednak, że na wyjazdy stać w zasadzie każdego. To piękne i straszne równocześnie. Bo w połączeniu z mediami społecznościowymi sprawiło, że ludzie stoją dwie godziny w kolejce, żeby zrobić zdjęcie w dziurce od klucza. Media społecznościowe zrujnowały podróże. Masowość jest przerażająca Żyjemy w czasach, kiedy masowa turystyka bardzo poważnie daje się we znaki. Jej największym motorem napędowym są oczywiście media społecznościowe. Idealnym przykładem ich działania była scena z piątego sezonu "Emily w Paryżu", kiedy po premierze spotu Solitano zostało najechane przez influencerów. Było to wyolbrzymione, ale w dużym uproszczeniu dokładnie tak to działa. Czasami wystarczy jeden wpis, rolka czy zdjęcie, aby materiał stał się viralem. Później mamy już efekt kuli śniegowej. Przyjeżdżają tam kolejne osoby, robią podobne materiały, które oglądają setki tysięcy lub miliony osób. Każdy chce to zobaczyć na własne oczy i nagle ciche i spokojne miejsce, o którym nikt nie wiedział, staje się oblegane. Idealny przykład mamy w Rzymie. Media społecznościowe oszalały na punkcie dziurki od klucza. Znajduje się ona w drzwiach Przeoratu Kawalerów Maltańskich na wzgórzu Awentyn. A jej wyjątkowość polega na tym, że w pięknym zielonym tunelu widać przez nią kopułę Bazyliki św. Piotra. Przed mediami społecznościowymi o tym miejscu wiedziała garstka osób. W końcu istniało ono od wieków. Kiedy jednak pojawił się Instagram i TikTok, na miejsce zaczęły przyjeżdżać tłumy. Dziś trzeba stać nawet dwie godziny w kolejce tylko po to, żeby zrobić sobie takie samo zdjęcie, jak setki i tysiące innych osób. Unikatowe miejsce tym samym straciło na swojej wyjątkowości i zostało zniszczone masowością. Media społecznościowe zabijają wyjątkowe doświadczenia z podróży Kiedyś planując podróż, czytaliśmy przewodniki w formie książkowej, gdzie nie brakowało ciekawostek na temat danego miejsca, do którego dołączane było 1-2 zdjęcia. Znaliśmy jego architekturę, styl, rok powstania i zarys historyczny. Dziś przeglądamy media społecznościowe, zwłaszcza materiały na YT czy rolki na TikToku i Instagramie. Dokładnie znamy wygląd danego miejsca, ale o jego historii wiemy coraz mniej. Moim zdaniem takie scrollowanie mediów społecznościowych przed wyjazdem to spoilerowanie podróży. Dokładnie wiemy, czego spodziewać się na miejscu. A czasem jest gorzej, bo na rolce nie było tłumów innych odwiedzających i jest duże rozczarowanie. Równocześnie bardzo spłaszczamy wyjazdy. Skupiamy się na ładnych zdjęciach i ujęciach dla lajków w mediach społecznościowych, a doświadczanie i odkrywanie odwiedzanego miejsca straciło na znaczeniu. Odhaczamy kolejne punkty, zamiast dowiedzieć się czegoś o miejscu, które widzimy. Właśnie dlatego staram się podróżować poza utartymi szlakami albo w niskim sezonie. Chcę móc błądzić bez planu, żeby w pełni doświadczać odwiedzanych miejsc i nie musieć przeciskać się przez tłum podążający za instagramowym trendem. I wam także to polecam, bo przyszłość podróży nie wygląda różowo. Wręcz przeciwnie. Nasze lenistwo i korzystanie z AI doprowadzą do tego, że miejsc takich jak dziurka od klucza w Rzymie będzie tylko więcej.

  •  

Sikorski alarmuje ws. NATO. Zwrócił uwagę na jedno słowo użyte przez Trumpa

Radosław Sikorski prosto z Brukseli odpowiada na wezwania Donalda Trumpa skierowane do NATO i jednocześnie ostrzega przed niebezpieczną grą polskich polityków. Szef MSZ apeluje też, aby uważać na rozpowszechniane kłamstwa dotyczące Polski i Unii Europejskiej. Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski bierze dzisiaj udział w posiedzeniu europejskiej Rady do Spraw Zagranicznych w Brukseli. Podczas obrad wicepremier odniósł do ostatniego żądania Trumpa ws. NATO oraz skomentował obecną w Polsce narrację o opuszczeniu Unii Europejskiej. NATO to nie "oni", czyli niepokój w polskim MSZ W naTemat opisywaliśmy już ultimatum Donalda Trumpa, który domaga się od sojuszników wsparcia w odblokowaniu Cieśniny Ormuz. Sytuacja na Bliskim Wschodzie, będąca pokłosiem operacji "Epicka Furia", staje się coraz bardziej zapalna i zaczyna bezpośrednio dotykać członków Paktu Północnoatlantyckiego. Radosław Sikorski, pytany o tę sprawę w Brukseli, wyraził sceptycyzm wobec sposobu, w jaki amerykański prezydent definiuje dzisiejsze relacje wewnątrz sojuszu. – Trochę niepokoi, że Donald Trump mówi o NATO "oni", a nie "my". Z moich informacji wynika, że procedury w NATO nie zostały jeszcze uruchomione (...), ale jeśli USA zwrócą się do NATO w sprawie ochrony Ormuzu, rozważymy to – zadeklarował minister. Sikorski zwrócił uwagę na fakt, że eskalacja konfliktu zaczyna realnie zagrażać wschodnim rubieżom Paktu. – Niestety chyba już czwarta rakieta została wystrzelona w kierunku Turcji, członka NATO, więc Turcja miałaby prawo do prośby o dyskusję w ramach Artykułu 4. Tak jak wtedy, gdy na nas czy na Estonię leciały rosyjskie drony czy myśliwce. Wiecie państwo natomiast, że prezydent Nawrocki wykluczył udział Polski w tej operacji – dodał szef MSZ, wyraźnie kontrastując dyplomatyczną ostrożność rządu z twardym, odmownym stanowiskiem Karola Nawrockiego. Dla Sikorskiego takie stawianie sprawy przez Trumpa podważa fundamenty zaufania, na których budowano bezpieczeństwo Europy przez ostatnie dekady. Lekcja z Brexitu: Kłamstwo ma krótkie nogi, ale długie skutki Równie mocno, co sytuacja w Cieśninie Ormuz, szefa polskiej dyplomacji bulwersuje retoryka niektórych polskich polityków, która coraz śmielej gra kartą Polexitu. Sikorski zauważył, że proces wyprowadzania kraju z europejskiej wspólnoty nie zaczyna się od oficjalnych dokumentów, ale od systematycznego okłamywania opinii publicznej i budowania fałszywego obrazu Brukseli jako wroga suwerenności. Zdaniem wicepremiera niektórzy politycy w kraju już teraz dają się nabrać na narrację, w której Unia Europejska jawi się jako większe zagrożenie niż chociażby agresywny imperializm Władimira Putina. Minister przywołał w Brukseli bolesny przykład sprzed dekady, który powinien być dla nas wszystkich ostrzeżeniem przed igraniem z narodowymi emocjami. – Pamiętajmy, że rząd brytyjski – ogłaszając referendum ws. wyjścia z Unii Europejskiej – też mówił, że absolutnie jest przeciwny wyjściu. A jednak wyszli. Można tak nakręcić emocje, kłamać o Unii Europejskiej, że ludzie w to uwierzą – w jakieś bzdury o zagrożeniu suwerenności – zupełnie wyimaginowane, zamiast skupić się na bardzo realnym niebezpieczeństwie, czyli agresji Putina – punktował Sikorski. Szef MSZ podkreślił, że zamiast ścigać się na kłamstwa i wyimaginowane zagrożenia, należy rzetelnie budować wiedzę o tym, czym jest Unia, bo w dzisiejszych, niespokojnych czasach, osłabianie naszej pozycji w Europie jest po prostu politycznym samobójstwem.

  •