Widok czytania

Dwie ryby "zwiastujące" kataklizmy znów znalezione na plaży

Wczoraj, 11 marca (19:06)

Niecodzienne znalezisko na wybrzeżu Półwyspu Kalifornijskiego w Meksyku - dwa wstęgory królewskie, rzadko widywane ryby głębinowe, pojawiły się na plaży w Cabo San Lucas. Ludowe legendy głoszą, że ich pojawienie się ma zwiastować kataklizmy.

  • Turyści znaleźli wstęgory królewskie na plaży w Cabo San Lucas w Meksyku.
  • Wstęgor królewski to głębinowa ryba, której pojawienie się na powierzchni jest niezwykle rzadkie i owiane licznymi legendami.
  • Wstęgory królewskie są nazywane "rybami końca świata". Dlaczego? Piszemy o tym w poniższym artykule.
  • Więcej ważnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

Turyści spacerujący po plaży w Cabo San Lucas natknęli się na niezwykły widok - dwa ogromne wstęgory królewskie, znane również jako "ryby końca świata". Zdarzenie zostało uwiecznione na nagraniu, które szybko obiegło media społecznościowe.

Na filmie widać, jak dwie osoby próbują pomóc jednej z ryb, gdy nagle kilka metrów dalej przy brzegu pojawia się drugi okaz. Meksykańska prasa podkreśla, że zobaczenie więcej niż jednego wstęgora na powierzchni to prawdziwa rzadkość.

Wstęgor królewski, dawniej nazywany królem śledziowym, to ryba żyjąca zwykle na głębokości kilkuset metrów. Dorosłe osobniki mogą osiągać nawet 11 metrów długości. Ich charakterystyczne, srebrzyste i smukłe ciała z długą płetwą grzbietową sprawiały, że w dawnych opowieściach utożsamiano je z morskimi wężami czy "królami oceanów".

Spotkania z żywymi wstęgorami są niezwykle rzadkie, co tylko podsyca ich legendę.

W kulturze popularnej pojawienie się wstęgora królewskiego bywa interpretowane jako zapowiedź nadchodzących katastrof naturalnych, zwłaszcza trzęsień ziemi i zjawisk na morzu, np. tsunami. Stąd też jego przydomki oznaczające "rybę końca świata": "pez del fin del mundo" (w języku hiszpańskim) i "doomsday fish" (w języku angielskim).

W Japonii legenda ta zyskała na sile po tragicznym trzęsieniu ziemi w 2011 roku, kiedy to w latach poprzedzających kataklizm wielokrotnie znajdowano te ryby na plażach. Jednak naukowcy podkreślają, że nie ma dowodów na związek między pojawianiem się wstęgora królewskiego a aktywnością sejsmiczną - analizy nie wykazały statystycznie istotnej korelacji.

  •  

Oto gigant wśród drzew. Jak wypada przy nim polski rekordzista?

  • Wczoraj, 11 marca (18:06)

    Wysokością przerasta krakowski "szkieletor", wiekiem może sięgać nawet do czasów dynastii Piastów, a jego lokalizacja przez jakiś czas była tajemnicą. Mowa o najwyższym drzewie świata, sekwoi wieczniezielonej. Gdzie rośnie "Hyperion" i ile metrów mierzy? Jak przy nim wypada polski rekordzista?

    Okaz o największej wysokości na świecie to sekwoja wieczniezielona. Drzewo zazwano imieniem Hyperiona - jednego z tytanów w mitologii greckiej. Mierzy niemal 116 metrów wysokości (niektóre źródła podają wartości między 115,5 m a 116 m). To więcej niż krakowskie wieżowce: "szkieletor" (102,5 m), czy "błękitek" (105 m z iglicami). Ma około 600-800 lat.

    Ten najwyższy okaz odnalazło w 2006 roku dwoje podróżników. Przez jakiś czas dokładna lokalizacja "Hyperiona" była tajemnicą - przypomniał portal magazynu "National Geographic". Wynikało to z obawy przed napływem turystów chcących zobaczyć to wyjątkowe drzewo, co mogłoby się przyczynić do zniszczenia jego najbliższego otoczenia. Obecnie jednak wiadomo, że drzewo rośnie w Parku Narodowym Redwood w północnej części Kalifornii w USA.

    Sekwoja wieczniezielona to drzewo iglaste z rodziny cyprysowatych. Naturalnie występuje na części zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych - w wąskim pasie rozciągającym się od południowo-zachodniego Oregonu (przy granicy z Kalifornią), do ponad 700 km na południe nad kalifornijskim wybrzeżem. W swoim naturalnym miejscu występowania z reguły osiąga między 60 a 100 metrów wysokości i dożywa do około 2 tys. lat.

    Jaki jest najwyższy okaz nad Wisłą? Okazuje się, że to rosnąca w Sudetach daglezja zielona. Mierzy 59,4 m - wynika z danych Lasów Państwowych, to podobna wysokość do ok. 20-piętrowego budynku. Drzewo ma ok. 120 lat i znajduje się na terenie Nadleśnictwa Bardo w Dolnośląskiem. Oficjalnych pomiarów dokonano w 2021 roku.

    Daglezja zielona to gatunek introdukowany (wprowadzony celowo lub z przypadku) do Polski. Naturalnie występuje w Ameryce Północnej. Tam dorasta nawet ponad 100 metrów i dożywa kilkuset lat - wskazały Lasy Państwowe. Co ciekawe, po roztarciu w dłoniach igieł daglezji można poczuć świeży, cytrynowy zapach.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

  •  

Wypalenie zawodowe a zwolnienie lekarskie. Kiedy przysługuje L4?

Wypalenie zawodowe a zwolnienie lekarskie. Kiedy przysługuje L4?

Andrzej Zasadni

Wypalenie zawodowe to stan, który może dotykać nawet jedną trzecią polskich pracowników. Co ważne, w polskim systemie nie jest traktowane jako choroba. Czy istnieje więc L4 na wypalenie zawodowe? Wyjaśniamy.


Sylwetka mężczyzny stojącego przy dużym oknie z widokiem na miasto po zmroku; postać jest ukazana w cieniu

Wypalenie zawodowe dotyka coraz większej liczby Polaków. Czy i jak można uzyskać L4 na wypalenie?123RF/PICSEL



Spis treści:

  1. L4 na wypalenie zawodowe. Jak dostać?

  2. Na ile można dostać L4 na wypalenie zawodowe?

Zdefiniowanie wypalenia zawodowego nie jest łatwe. Międzynarodowa Statystyczna Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-11 klasyfikuje wypalenie zawodowe jako syndrom.

Polska wciąż jednak opiera się na ICD-10 (na wdrożenie rewizji klasyfikacji i dostosowanie jej do systemu krajowego mamy czas do 2027 roku), a ta określa wypalenie zawodowe jako osobną jednostkę chorobową. W medycynie to wyodrębniony, konkretny stan patologiczny, który posiada własną nazwę, określony zestaw objawów, patomechanizm oraz charakterystyczny przebieg.

Czym jest wypalenie zawodowe, jeśli chcemy trzymać się zdrowotnych definicji? To można określić jako syndrom wynikający z przewlekłego stresu w miejscu pracy, którym nie udało się skutecznie zarządzać. Co ważne, obejmuje takie elementy jak wyczerpanie, dystans mentalny i cynizm wobec pracy, pojawia się także obniżona efektywność zawodowa. Nie jest to jednak choroba sensu stricto, a kategoria wpływająca na stan zdrowia.

L4 na wypalenie zawodowe. Jak dostać?


Jak wspomnieliśmy na początku, wypalenie zawodowe nie jest chorobą z definicji. A to oznacza, że formalnie nie ma L4 na wypalenie zawodowe. Wynika to z obowiązujących przepisów i traktowania go bardziej jako syndrom czy przypadłość. Mimo to istnieje możliwość otrzymania L4 na dolegliwości związane z wypaleniem zawodowym.

Kto i jak może liczyć na takie wsparcie od lekarza?

Przede wszystkim lekarz internista lub psychiatra muszą uznać na podstawie objawów, że stan zdrowia pacjenta uniemożliwia dalszą pracę. Dopiero wtedy L4 na wypalenie jest możliwe, choć wypisywane jest na objawy. Jeśli pojawiła się depresja i zaburzenia lękowe, a przewlekły stres prowadzi do problemów kardiologicznych czy bezsenności, zwolnienie lekarskie może zostać wystawione.

Czasami zdarza się, że lekarz kieruje pacjenta na dodatkowe badania, na przykład mierzące poziom kortyzolu czy sprawdzające nadciśnienie. Może się też zdarzyć, że pacjent otrzyma skierowanie na terapię. Psychoterapia może pomóc w radzeniu sobie z wypaleniem zawodowym i uniknięciu powrotu problemu w przyszłości.

Nie ma jednego, z góry narzuconego czasu przebywania na L4, kiedy doświadczamy wypalenia. Tutaj działa zasada indywidualnego podejścia do pacjenta.

Jeżeli nasze objawy są lekkie i krótkotrwałe, to prawdopodobnie internista lub psychiatra wystawią L4 na wypalenie zawodowe na kilka dni lub tydzień. To krótki czas na regenerację, po którym warto spotkać się z lekarzem raz jeszcze, by sprawdzić, czy wolny czas wpłynął pozytywnie na nasz nastrój.

L4 na wypalenie zawodowe może być znacznie dłuższe, kiedy objawy są znaczące. Jeśli z powodu pracy cierpimy na bezsenność, towarzyszy nam depresja i stany lękowe, wtedy zwolnienie lekarskie może trwać kilka miesięcy.

Co jednak istotne, w polskim ustawodawstwie maksymalny czas przebywania na L4 w roku nie może przekroczyć 182 dni. Jeżeli pacjent ubiega się o świadczenie rehabilitacyjne, można wydłużyć okres niezdolności do pracy do jednego roku. Takie L4 na wypalenie jest płatne w 80 proc. podstawy wymiaru wynagrodzenia.


Polska broń atomowa. Bocheński skomentował stanowisko prezydentaPolsat NewsPolsat News


  •  

Sfinansują nawet 95 proc. kosztów remontu. Kto może dostać pieniądze?

Agnieszka Boreczek

Koszty remontu mogą przytłoczyć zwłaszcza wtedy, gdy zachodzi konieczność dostosowania mieszkania do potrzeb osoby z niepełnosprawnością. Gdy w domu są przeszkody uniemożliwiające jej poruszanie się, np. schodki, progi, zbyt wąskie przejścia, czy źle zaprojektowana łazienka, można uzyskać dofinansowanie z PFRON na likwidację barier architektonicznych. Oto warunki.


Mężczyzna robiący remont w łazience

Zdj. ilustracyjne​Design PicsEast News



Spis treści:

  1. Dofinansowanie do remontu w 2026 roku. Ile?

  2. Kto może dostać dofinansowanie?

  3. Na co konkretnie można przeznaczyć środki?

  4. Gdzie i jak złożyć wniosek o dofinansowanie w 2026 roku?

Najczęściej spotkasz się z programem, w którym dofinansowanie obejmuje likwidację barier architektonicznych w mieszkaniu lub budynku.

Dofinansowanie do remontu w 2026 roku. Ile?


Oznacza to, że pieniądze mogą zostać przeznaczone na prace, które ułatwiają poruszanie się po domu lub mieszkaniu, poprawiają bezpieczeństwo, umożliwiają korzystanie z łazienki czy kuchni bez pomocy innych osób.

Wysokość wsparcia jest zmienna - dofinansowanie może sięgnąć do 95 proc. kosztów przedsięwzięcia, przy czym wymagany jest wkład własny co najmniej 5 proc.

Obowiązuje też limit kwotowy, tj. maksymalnie do wysokości piętnastokrotności przeciętnego wynagrodzenia.

Kto może dostać dofinansowanie?


Zasady w wielu powiatach są podobne, ale w szczegółach mogą się różnić. Zwykle trzeba spełnić trzy warunki jednocześnie:

1. Mieć ważne orzeczenie o niepełnosprawności (stopień może być różny, od lekkiego po znaczny);

2. Wykazać, że występują trudności w poruszaniu się i że planowane prace mają to zmienić;

3. Posiadać tytuł prawny do lokalu (np. własność, użytkowanie wieczyste, najem) - a przy najmie najczęściej potrzebna jest zgoda właściciela na wykonanie prac.

Ważne jest też to, o czym sporo osób dowiaduje się dopiero "po fakcie": dofinansowanie zazwyczaj nie obejmuje kosztów poniesionych przed przyznaniem środków i podpisaniem umowy. Dlatego najpierw zadbaj o formalności, a dopiero potem zatrudnij ekipę remontową.

Na co konkretnie można przeznaczyć środki?


Najwięcej wniosków dotyczy łazienek, bo to tam bariery są najbardziej odczuwalne. Ale katalog prac jest szerszy, jeśli potrafisz uzasadnić ich sens i związek z niepełnosprawnością.

Najczęściej finansowane zmiany to:

  • łazienka: prysznic bezprogowy, kabina typu walk-in, siedzisko prysznicowe, poręcze, uchwyty, odpowiednia armatura, zmiany układu, by zapewnić miejsce do manewru,

  • drzwi i przejścia: poszerzenie otworów drzwiowych, usunięcie progów, poprawa komunikacji wewnątrz lokalu,

  • dojście do budynku: podjazd, poręcze, rozwiązania ułatwiające wejście i wyjście,

  • inne elementy dostępności: prace, które likwidują przeszkody wynikające z układu mieszkania lub budynku.

Pamiętaj, że urzędnicy patrzą nie na estetykę, tylko na funkcję. Jeśli element nie ma uzasadnienia w likwidacji bariery (np. drogie luksusowe płytki) będzie trudno go obronić we wniosku.

Gdzie i jak złożyć wniosek o dofinansowanie w 2026 roku?


Wnioski najczęściej obsługują jednostki w twoim powiecie lub mieście, takie jak PCPR albo MOPS/MOPR. W wielu miejscach można też składać dokumenty online przez platformę SOW (System Obsługi Wsparcia).

Przygotuj wniosek i dokumenty, którymi są:

  • dokument potwierdzający tytuł prawny do lokalu,

  • zgoda właściciela (gdy mieszkanie jest wynajmowane),

  • zaświadczenie lekarskie lub opis ograniczeń (w zależności od lokalnych wymagań),

  • kosztorys lub wycena (np. od wykonawcy, czasem faktura pro forma),

  • opis planowanych prac i uzasadnienie, w jaki sposób likwidują barierę.

Dobrze napisane uzasadnienie nie musi być długie, ale powinno jasno pokazywać problem i planowany do osiągnięcia efekt po remoncie.


Leśkiewicz w "Graffiti" o szczegółach "SAFE 0": Prezydent nie czuje presji, czuje odpowiedzialnośćPolsat News


  •  

Oferują darmowe wakacje na pięknej wyspie. Warunki zaskakują

Oferują darmowe wakacje na pięknej wyspie. Warunki zaskakują

Wakacje na greckiej wyspie za darmo? Brzmi jak nierealne marzenie, a jednak jest to możliwe. Organizacja zajmująca się leczeniem i opieką nad bezdomnymi kotami ma propozycje nie do odrzucenia. Wystarczy miłość do zwierząt i trochę chęci.


Widok nadmorskiego miasta w blasku zachodzącego słońca, po prawej stronie wznoszą się historyczne budynki i duża kopuła kościoła z dwiema wieżami, w tle rozproszone chmury podświetlone przez promienie słońca.

SyrosMara BrandlAgencja FORUM


Syros jest tą wyspą, którą wybierają miłośnicy słonecznej Grecji w poszukiwaniu spokoju, słońca i przepysznej kuchni. Jej położenie na Cykladach to gwarancja pięknej pogody, pysznej kuchni i nieziemskich widoków.

Mogłoby się wydawać, że w tym rajskim klimacie nie ma miejsca na nic innego, jak tylko błogie lenistwo. Nic bardziej mylnego. Odpoczynek na Syros można połączyć z aktywnością, która przynosi nie tylko mnóstwo satysfakcji, ale też pożytku.

Syros. Problem na pięknej wyspie


W samym sercu wyspy, na jej zachodnim wybrzeżu mieści się siedziba Syros Cats - organizacji, która dba o to, aby kocim mieszkańcom Syros niczego nie brakowało.

Na tej części archipelagu żyje ok. 3 tys. bezdomnych kotów. Krzątają się wokół śmietników, na niezagospodarowanych działkach i w opuszczonych budynkach. Słowem: wszędzie tam, gdzie mogą znaleźć pożywienie. Są głodne, często zarażone pasożytami i zaniedbane.

Pracownicy i wolontariusze Syros Cats każdego dnia dbają o to, aby czworonogom niczego nie brakowało. Brakuje za to rąk do pracy. W poszukiwaniu wsparcia organizacja wyszła z propozycją, która wydaje się nie do odrzucenia dla wszystkich, którym los zwierząt nie jest obojętny.

Greckie wakacje za opiekę nad kotami


Syros Cats oferuje darmowe zakwaterowanie i śniadania w zamian za opiekę nad kotami. Zapraszamy wolontariuszy - osoby samotne lub pary, sprawne fizycznie, dojrzałe, zdrowe i samodzielne, które chciałyby przyjechać na minimum miesiąc, aby pomagać we wszystkich aspektach opieki nad kotami - czytamy na stronie syroscats.com.

Praca zajmuje ok. 5 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu i polega na karmieniu zwierząt - zarówno przebywających na terenie ośrodka, jak i na ulicy oraz plażach; podawaniu odpowiednich leków (m.in. kropel do oczu), czyszczeniu klatek, budek i wybiegu czy praniu.

Poza czynnościami związanymi z opieką i leczeniem, koty potrzebują przytulania, zabawy lub socjalizacji. Może być również potrzebna pomoc przy wizycie u weterynarza.

Organizatorzy wolontariatu podkreślają, że w ośrodku jest zawsze coś do zrobienia - od usuwania chwastów w ogrodzie, które sprzyjają gromadzeniu się kleszczy i komarów, przez prace manualne, po robienie zdjęć do mediów społecznościowych.

Dlatego ważne jest, żeby wolontariusze cechowali się poczuciem obowiązku i odpowiedzialnością. "Szukamy osób, które mają już pewne doświadczenie zawodowe. Jeśli masz mniej niż 25 lat, mało prawdopodobne, abyś mógł/mogła wykazać się poziomem samodzielności i inicjatywy, jakiego potrzebujemy" - brzmi komunikat Syros Cats.

Darmowe wakacje w Grecji - warunki wolontariatu


Poza określonym wiekiem i niezaprzeczalną miłością do kotów, wolontariusze muszą być gotowi do zamieszkania w jednym domu z osobami z różnych części świata. Każdy z ochotników ma do dyspozycji własną sypialnię, jednak kuchnia, łazienka i salon są wspólne.

Zazwyczaj w tym samym czasie na terenie ośrodka przebywa czterech wolontariuszy.

Gotowi do pracy kociarze muszą dotrzeć na Syros na własny koszt. Na miejscu mają zagwarantowany nocleg i śniadania. Wolontariat trwa minimum miesiąc. Mile widziani są technicy weterynarii lub osoby mające doświadczenie w pracy z kotami.

W Syros Cats odnajdą się również cyfrowi nomadzi, jednak należy pamiętać, że godziny pracy wolontariuszy są stałe i należy mieć możliwość dostosować do nich inne zajęcia zawodowe.

Kapitalne smaki i zakaz samochodów


Wolontariat w Grecji z pewnością wymaga pracowitości i dostępności, jednak poza pracą jest jeszcze możliwość zwiedzania. A uroki wyspy zdecydowanie warto poznać.

Syros jest mniej zatłoczona niż Santorini czy Mykonos, jednak swoim pięknem w niczym im nie ustępuje. Nazywana królową Morza Egejskiego kusi połączeniem weneckiej elegancji z grecką tradycją.

Można tu spacerować po piaszczystych plażach i urokliwych rybackich wioskach. Raczyć się winem z rodzinnych winiarni na północy wyspy oraz dojrzewającymi serami i loukoumią - lokalną wersją lokum.

Znajdziemy tu średniowieczne miasteczko Ano Syros, na terenie którego nie można poruszać się autem oraz zatoki z krystalicznie czystą wodą. A po zakończonej pracy warto zajrzeć do jednej z tawern - tutejsza kuchnia zasługuje na oddzielną opowieść, a na pewno na degustację.


Polska nie wejdzie do Rady Pokoju. Błaszczak w ''Gościu Wydarzeń'': Błąd Tuska. Atak na Stany ZjednoczonePolsat NewsPolsat News


  •  

Jak ludzie będą wyglądać za tysiąc lat? Zaskakujące przewidywania naukowców

Sobota, 28 lutego (07:12)

Czy ewolucja człowieka naprawdę się zatrzymała? Z ocen naukowców wynika, że to dopiero początek zmian. Zmieniający się świat, rozwój technologii, podróże kosmiczne i coraz większe mieszanie się populacji sprawiają, że przyszłość naszego gatunku może być zupełnie inna, niż sobie wyobrażamy.

  • Przewiduje się, że za tysiąc lat ludzie będą bardziej jednolici pod względem wyglądu - z ciemniejszą karnacją, przypominającą mieszkańców Mauritiusa czy Brazylii.
  • Naukowcy sugerują, że ludzkość przyszłości może być też bardziej atrakcyjna fizycznie - większy wpływ na dobór partnerów będą miały kobiety.
  • Chcesz wiedzieć, co dzieje się w kraju i na świecie? Wejdź na rmf24.pl.

Choć mogłoby się wydawać, że osiągnęliśmy ostateczną formę, naukowcy przekonują, że ewolucja człowieka trwa. Dzięki narzędziom takim jak sztuczna inteligencja i generator obrazów Google ImageFX, MailOnline pokazał, jak możemy wyglądać za tysiąc lat.

Przewidywania wskazują na to, że ludzkość stanie się bardziej jednolita pod względem wyglądu. Przeciętny człowiek przyszłości będzie miał ciemniejszą karnację, przypominającą osoby z dzisiejszego Mauritiusa czy Brazylii.

Co ciekawe, naukowcy sugerują, że w 3025 roku ludzie mogą być również bardziej atrakcyjni niż obecnie. W przyszłości, dzięki większej swobodzie wyboru partnerów przez kobiety, atrakcyjne cechy u mężczyzn będą coraz częściej przekazywane potomstwu - mówi prof. Mark Thomas, genetyk ewolucyjny z University College London.

Dzięki nowoczesnej medycynie coraz mniej ludzi umiera przed osiągnięciem dorosłości, dlatego ewolucję napędza dziś liczba potomstwa, a nie przeżywalność. Część naukowców uważa, że może to prowadzić do niższego wzrostu - osoby dojrzewające wcześniej mogą mieć więcej dzieci, a to z kolei sprzyja rozprzestrzenianiu się genów odpowiedzialnych za szybsze dojrzewanie i mniejszy wzrost. To tylko jedna z teorii, jednak nie została ona jeszcze potwierdzona w badaniach populacyjnych - podkreśla prof. Thomas.

Zmieni się także różnorodność genetyczna. Dr Jason Hodgson z Anglia Ruskin University wskazuje na rosnącą liczbę małżeństw mieszanych, zwłaszcza w USA. Jeśli ten trend się utrzyma, populacje będą coraz mniej zróżnicowane pod względem wyglądu, a większość ludzi będzie miała lekko brązową skórę - tłumaczy dr Hodgson.

Coraz większy wpływ na ewolucję mogą mieć technologie, takie jak edycja genów za pomocą CRISPR-Cas9. Choć obecnie większość naukowców uznaje takie działania za nieetyczne, przyszłe pokolenia mogą być mniej powściągliwe. 

Już dziś w USA istnieją firmy oferujące usługi "projektowania dzieci", umożliwiające wybór cech takich jak wzrost czy inteligencja. W dalekiej przyszłości zmiany genetyczne mogą zachodzić nawet w ciągu jednego pokolenia - mówi dr Hodgson.

Profesor Robert Brooks z University of New South Wales przewiduje, że wraz z rozwojem komputerów i sztucznej inteligencji, nasze mózgi mogą się zmniejszyć - skoro i tak coraz więcej obliczeń wykonują za nas maszyny. Wzorem zwierząt udomowionych, które straciły od 24 do 30 proc. masy mózgu, ludzie mogą podążyć podobną ścieżką. Może będziemy bardziej ulegli i mniej samodzielni - jak udomowione zwierzęta - pisze dr Nicholas Longrich z University of Bath.

Zmiany mogą dotyczyć także ciała - praca przy komputerze, ciągłe korzystanie ze smartfonów i brak snu mogą prowadzić do problemów z kręgosłupem, osłabienia mięśni czy pogorszenia odporności. Jednak, jak zaznaczają eksperci, nie będą to zmiany ewolucyjne, bo nie są dziedziczone.

Jeśli część ludzkości zamieszka w kosmosie, może dojść do powstania nowych "gatunków" ludzi. Na Marsie, gdzie jest mniej światła i mniejsza grawitacja, ludzie mogą stać się wyżsi, z większymi oczami i jaśniejszą skórą. NASA już dziś obserwuje, że astronauci na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej rosną o kilka procent w pierwszych dniach pobytu w stanie nieważkości.

  •  

Oto recepta na długowieczność. Wystarczy kawałek

Sobota, 21 lutego (08:42)

Spożywanie gorzkiej czekolady może spowalniać proces starzenia - wskazuje nowe badanie naukowców z King's College London. Kluczową rolę odgrywa teobromina – naturalny związek obecny w ziarnach kakaowca. To właśnie ona ma odpowiadać za potencjalne korzyści dla zdrowia i długowieczności.

  • Najnowsze badania naukowców z King’s College London wskazują, że teobromina z ziaren kakaowca może spowalniać proces starzenia.
  • Analizą objęto 1600 osób; wyższy poziom teobrominy we krwi wiązano z biologicznie młodszym wiekiem badanych.
  • Ile czekolady trzeba spożywać?
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

Naukowcy z King’s College London przeprowadzili analizę na 1600 osobach. Wykazała ona, że ci, którzy mają wyższy poziom teobrominy we krwi - to związek, który znajdziemy niemal wyłącznie w ziarnach kakaowca - są biologicznie młodsi. Jak dowiadujemy się z artykułu w czasopiśmie "Aging", wykazano, że związek ten sprzyja utrzymaniu dłuższych telomerów. Telomery to ochronne "nasadki" na końcach naszych chromosomów. Im są one krótsze, tym bardziej zaawansowany jest proces starzenia.

Choć badania dowodzą, że kakao może być swoistym superfood dla długowieczności, zalecają umiar i sięganie po produkty najwyższej jakości. Choć chętnych, by stosować tę przeciwstarzeniową kurację nie zabraknie, warto wybierać mądrze. Jeśli chcemy skorzystać z dobroczynnych właściwości gorzkiej czekolady, powinna ona zawierać minimum 70-80 proc. kakao.

Podobnych wyborów należy dokonywać, jeśli zdecydujemy się sięgnąć po kakao. W tym wypadku lepiej unikać gotowych, słodzonych mieszanek. Zamiast tego można samodzielnie przygotować rozgrzewający napój z dodatkiem przypraw, np. chili czy cynamonu.

Na koniec, najważniejszą wskazówką jest umiar - dwie kostki gorzkiej czekolady dziennie będą wystarczające.

Kakao to składnik, który od tysięcy lat był wykorzystywany przez medyków. Z jego właściwości, jako remedium na choroby układu oddechowego i problemy trawienne, korzystali już Aztekowie. Kakao często spożywali w postaci gęstego napoju z dodatkiem chili. Napój miał dodawać wojownikom sił, zwiększać ich wytrzymałość i niwelować zmęczenie.

W XIX wieku w Europie czekolada była sprzedawana w aptekach, co jedynie podkreślało jej "lecznicze" właściwości. Dziś chętnie wymieniana jest m.in. jako pokarm dla mózgu. Zawarte w niej flawonole niemal natychmiast poprawiają pamięć, koncentrację i funkcje poznawcze, poprzez zwiększenie krążenia krwi w mózgu. Co więcej, może okazać się pomocna w ochronie mózgu przed procesami neurodegeneracyjnymi. 

  •  

Jeden z najdzikszych zakątków Ziemi. Gdy u nas trwa zima, tam mają upał

Jeden z najdzikszych zakątków Ziemi. Gdy u nas trwa zima, tam mają upał

Tasmania jest naj! Najdziksza, najmniejsza, najdalsza… Co prawda niedosłownie, bo znajdziemy odleglejsze zakątki globu, ale loty do Tasmanii trwają w sumie nawet 36 godzin. Pytanie zatem brzmi, czy ta australijska wyspa jest warta tak długiej podróży?


Olbrzymia formacja skalna przypominająca falę, z wyraźnie zarysowanymi pasami i warstwami, na tle niebieskiego nieba. U podnóża skały dwie osoby na tle imponujących rozmiarów formacji, co podkreśla jej monumentalność.

Tasmania zaskakuje turystów przyrodąVICTORIAL PRODUCTIONSAFP


Tasmania to najmniejszy, a zarazem najbardziej zalesiony stan Australii. Leży na Oceanie Spokojnym, ok. 300 km od lądu. Jej krajobraz aż kipi przyrodą.

Liczne jeziora polodowcowe i rzeki współgrają tutaj z zielenią eukaliptusowych i bukowych lasów. Na górskich zboczach dominują z kolei alpejskie wrzosowiska, mchy i porosty. Wśród wysokich traw dumnie przechadza się diabeł tasmański. I bynajmniej nie jest to duma nad wyraz - Tasmania to jego królestwo, gdyż jedynie w tym miejscu występuje w stanie dzikim. Choć nie taki ten diabeł straszny, jak maluje go popkultura. Mimo że po wymarciu tygrysa tasmańskiego został największym mięsożernym torbaczem na świecie, wymiarami przypomina niewielkiego psa.

W wyjątkowości wtóruje mu Astacopsis gouldi. Nie są jednak konkurentami, bo reprezentują zupełnie różne gatunki. Pod łacińską nazwą kryje się bowiem największy rak świata, zwany również homarem tasmańskim.

Matka natura nie żałowała Tasmanii fenomenalnej flory i fauny. Dzika przyroda zajmuje ok. 25 proc. powierzchni wyspy, zachwycając mieszkańców, przyjezdnych, a także artystów. Gdy tam wyruszasz, nie uciekasz od wszystkiego - wracasz do wszystkiego. "Wracasz do tego, co ważne, wracasz do siebie" - pisał w jednym ze swoich esejów Peter Dombrovskis, australijski fotograf i dokumentalista.

Miasto na górze


Jak u siebie można również poczuć się w tasmańskich miastach, Hobartem na czele. To jednocześnie stolica i największa aglomeracja na wyspie. Na swoje miejsce do życia Hobart wybrała prawie połowa Tasmańczyków. I trudno się dziwić. Za jego portowym klimatem kryją się nie tylko urokliwe widoki, ale przede wszystkim świeże powietrze i pyszne owoce morza.

Pejzaż zdominował Mount Welllington - góra, na której zboczach znajduje się część miasta. Wizyta na jej szczycie to punkt obowiązkowy wycieczki. Na wysokość 1270 m n.p.m. wejdziecie pieszo, dojedziecie rowerem, autem, a nawet… koniem. Stolicy Tasmanii niemal nie sposób pominąć. To tutaj mieści się główny port lotniczy, dlatego - jeśli zdecydujecie się na podróż do Tasmanii - zwiedzanie wyspy warto zacząć właśnie od Hobartu.

Drugim co do wielkości miastem Tasmanii jest Launceston. Słynie z pięknych parków, ogrodów i XIX-wiecznych willi o angielskim charakterze. Jest spokojne, zadbane i bardzo zielone. Stąd można udać się do Tamar Valley, winiarskiego regionu wyspy.

Bramą na wyspę nazywane jest Devenport. Tu przypływa z Melbourne prom Spirit of Tasmania, dlatego - jeśli będziecie lecieć przez Melbourne - rozważcie tę opcję jako ostatni odcinek podróży. Jednak Devenport to przede wszystkim świetna baza wypadowa do Cradle Mountain - majestatycznego szczytu w parku narodowym, a także dzikiego północnego wybrzeża.

Czego nie można przegapić na Tasmanii?


A jeśli o północnym wybrzeżu mowa… Grzechem byłoby przegapić Bays of Fires. To 50 km plaż uznanych przez "Lonely Planet" za jedno z najpiękniejszych miejsc w Australii.

Ich śnieżnobiały pasek kontrastuje z pomarańczowymi kamieniami i przejrzystą wodą. Po dniu na rajskiej plaży warto udać się na zachód słońca do Wineglass Bay w Freycinet National Park - ok. 2,5 - 3 godzin jazdy autem od Bays of Fires. To jeden z najpiękniejszych parków na Tasmanii z zatoką w kształcie kieliszka wina lub - bardziej romantyczna interpretacja - półksiężyca.

Tasmania to również majestatyczne klify Tasman Peninsula i Remarkable Cave, idealne na piesze wędrówki i obserwację dzikich ptaków; dziewicze kaniony w Franklin-Gordon Wild Rivers National Park czy wolnożyjące kangury i wombaty w Narawntapu National Park.

I choć krajobraz wyspy nieco różni się od siebie w zależności od jej regionu, jedno pozostaje niezmienne - dzikość natury wiedzie tu prym przed turystyczną komercją.

Tasmania - informacje praktyczne


Wybierając się do Australii, należy pamiętać, że lato trwa tutaj od grudnia do lutego. Temperatury sięgają wówczas od 25 do 40 st. Celsjusza i to najlepszy czas na zwiedzanie Tasmanii.

Koniecznością przed wyjazdem jest zadbanie o wizę - najlepiej zawnioskować o bezpłatną wizę turystyczną eVisitor na pobyt do trzech miesięcy. Można to zrobić za pomocą rządowej strony internetowej.

Na miejscu najlepiej poruszać się wynajętym autem - w końcu do zobaczenia jest aż 19 parków narodowych i 816 rezerwatów! Z kolei najlepszą i najtańszą opcją noclegową są campingi. Znajdziemy na nich wszystko, co potrzebne do życia (łazienkę, prysznice, pralkę) i do aktywnego zwiedzania w XXI wieku, czyli… Wi-Fi. Wieczory na polu namiotowym to z kolei wspólne grillowanie, które dla Australijczyków stało się niemal sportem narodowym.

Spanie "na dziko" jest w Australii zabronione, z kolei ceny noclegów w hotelach przyprawiają o zawrót głowy. Zdecydowanie lepiej i przyjemniej jest emocjonować się tasmańskimi widokami.

Jak dolecieć na Tasmanię?


Z Polski na Tasmanię nie da się dolecieć bez przesiadek, a cała podróż zajmuje od 25 do 36 godzin. Najlepiej wybrać się z Warszawy lub Berlina do jednego z portów w Azji (Stambułu, Singapuru, Tokio, Seulu) lub na Bliskim Wschodzie (Dohy, Dubaju). Drugi etap podróży to lot do jednego z australijskich miast: Melbourne, Sydney lub Brisbane.

W Australii warto skorzystać z połączenia krajowego do Hobart (HBA) lub Lanceston (LST). Z Melbourne można dopłynąć na Tasmanię również wspomnianym wyżej promem, jednak jego koszt często przekracza cenę biletu lotniczego. Dobrze jest jednak sprawdzać ofertę na bieżąco - czasem trafiają się duże promocje.


Dworczyk w ''Graffiti'' o pożyczce z programu SAFE: Chodzi o rozwój Sił Zbrojnych RP na dekady. Rząd powinien to konsultowaćPolsat NewsPolsat News


  •  

Zanim weźmiesz własne jedzenie do samolotu. Oto najnowsze zasady

Wczoraj, 8 lutego (07:13)

Własne przekąski w chmurach? Tak, ale nie wszystko! Podróżowanie z własnym jedzeniem to wygoda i oszczędność, ale trzeba pamiętać o kilku zasadach. Przepisy różnią się w zależności od przewoźnika, a do tego dochodzą ograniczenia unijne. Warto więc przed wylotem sprawdzić najnowsze wytyczne – zarówno linii lotniczych, jak i kraju docelowego.

Podróż samolotem to dla wielu osób początek długo wyczekiwanego urlopu. Nic więc dziwnego, że chcemy, by już w trakcie lotu było nam wygodnie i przyjemnie - również pod względem kulinarnym.

Wysokie ceny pokładowego menu sprawiają, że sporo pasażerów decyduje się zabrać własne przekąski. Jednak czy na pewno wszystko, co zapakujemy do podręcznej torby, będzie mile widziane na pokładzie? 

Przepisy są jasne, ale nie zawsze oczywiste. Oto najnowsze zasady dotyczące jedzenia i napojów na lotach tanich przewoźników, o których pisze brytyjski "The Mirror".

  • TUI: Zimne przekąski mile widziane, ale nie podgrzejesz ich na pokładzie

Linie TUI wychodzą naprzeciw oczekiwaniom pasażerów i pozwalają na wniesienie własnego jedzenia - szczególnie na krótszych trasach, gdzie posiłki nie są wliczone w cenę biletu. W przypadku lotów długodystansowych, trwających ponad siedem godzin, podróżni otrzymują bezpłatne dania i napoje. TUI zaleca wybieranie produktów "o niskim ryzyku", czyli gotowych kanapek, batonów czy owoców, które można jeść na zimno. Warto pamiętać, że obsługa nie podgrzeje nam posiłku - wyjątek stanowią jedynie butelki dla niemowląt. Co więcej, spożywanie alkoholu przyniesionego na pokład jest surowo zabronione.

  • easyJet: Kanapka na pokładzie? Tak, ale sprawdź przepisy kraju docelowego!

easyJet również zezwala na wniesienie własnych przekąsek. Przewoźnik podkreśla jednak, że obowiązuje limit 100 ml na płynne produkty spożywcze, takie jak zupy czy jogurty. Można też zabrać gorący napój kupiony na lotnisku, pod warunkiem, że znajduje się w bezpiecznym kubku z pokrywką. Warto jednak pamiętać, że różne kraje mają odmienne przepisy dotyczące importu żywności.

  • Ryanair: "Feel free", ale nie z gorącą kawą ani własnym alkoholem

Ryanair znany jest z polityki "feel free", pozwalającej zabrać na pokład własne jedzenie i bezalkoholowe napoje. Jednak gorące napoje i alkohol przyniesiony z zewnątrz to już inna historia. Ze względów bezpieczeństwa nie wolno wnosić na pokład gorącej kawy czy herbaty, a własny alkohol, nawet miniaturki, pozostaje nietykalny aż do lądowania. Wszelkie napoje wyskokowe można spożywać tylko wtedy, gdy zostały zakupione u załogi.

  • Jet2: Zakaz gorących napojów i silnie pachnących potraw

Jet2 jeszcze mocniej podkreśla kwestie bezpieczeństwa i komfortu pasażerów. Własne gorące jedzenie czy napoje są całkowicie zakazane. Dodatkowo na pokład nie należy wnosić produktów, które mogą być uciążliwe dla innych - na przykład silnie pachnących potraw, szybko psujących się produktów czy dużych opakowań. Wszystko, co mogłoby zagrażać bezpieczeństwu, zdrowiu lub komfortowi pasażerów i załogi, może zostać zatrzymane na bramce.

Niezależnie od polityki poszczególnych linii lotniczych, podróżni muszą pamiętać o przepisach unijnych. Od niedawna do państw członkowskich UE nie wolno wwozić produktów mięsnych i mlecznych - nawet jeśli to tylko kanapka kupiona na lotnisku po odprawie. Ograniczenia te mają na celu ochronę zdrowia publicznego i bezpieczeństwa żywnościowego. Co to oznacza w praktyce? Jeśli planujesz podróż z jedzeniem, wybieraj przekąski roślinne i produkty, które nie zawierają mięsa ani nabiału.

  •  

Sekret olimpijskich mistrzów kryje się na tej wyspie. Poznaj tajemnicę Ailsa Craig

Wczoraj, 8 lutego (07:11)

Niepozorna, niezamieszkana wyspa u wybrzeży Szkocji odgrywa kluczową rolę podczas najważniejszych zimowych sportowych wydarzeń świata. To właśnie z Ailsa Craig wydobywa się niezwykły granit, z którego powstają kamienie curlingowe wykorzystywane na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich. Curling w programie igrzysk olimpijskich regularnie jest obecny dopiero od 1998 roku. Jego sportowe tradycje sięgają jednak XVI wieku, kiedy był popularną rozrywką w Szkocji, a miejscem zabaw były zamarznięte tafle jezior, stawów i bagien.

  • Ailsa Craig to niezamieszkana szkocka wyspa, która dostarcza unikalny granit do produkcji kamieni curlingowych na Zimowe Igrzyska Olimpijskie.
  • Granit z Ailsa Craig jest niezwykle twardy, odporny na pęknięcia i praktycznie nie ma wad - to zasługa unikatowej chemii skały.
  • Curling to szkocka tradycja sięgająca XVI wieku, dziś sport globalny z rosnącą popularnością w Azji i Ameryce Północnej.

Ailsa Craig to niezamieszkana skalista wyspa, położona 16 kilometrów od południowo-zachodniego wybrzeża Szkocji. Ma w obwodzie zaledwie 3,2 kilometra. To właśnie stąd pochodzi supergęsty granit, z którego powstają wszystkie kamienie curlingowe używane podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Wszystkie od ponad 100 lat, bo historia ich wydobycia sięga pierwszych Zimowych Igrzysk w 1924 roku.

Ailsa Craig powstała miliony lat temu w wyniku aktywności wulkanicznej. Scottish Geology Trust podkreśla, że wyspa składa się "prawie w całości z mikrogranitu", którego "praktycznie bez wad" właściwości czynią go idealnym do produkcji kamieni curlingowych.

Sekret tkwi w odporności na pęknięcia i elastyczności. Dzięki temu kamienie mogą zderzać się ze sobą z dużą siłą, nie ulegając rozłupaniu. Ta odporność na pęknięcia sprawia, że jest idealny do gry w curling.

Proces wydobycia i produkcji kamieni curlingowych to prawdziwa sztuka. Co kilka lat, gdy wyspa jest gotowa na kolejne "żniwa", licencjonowana ekipa zbiera głazy ważące od 6 do 10 ton. Potem granit trafia do zakładu, gdzie jest cięty i formowany w okrągłe "plastry sera". 

Zielony granit tworzy korpus i pierścień uderzeniowy kamienia, natomiast niebieski hone stanowi ślizg. Kamienie ważą średnio 19 kg. Gotowy zestaw 16 kamieni z podwójną wkładką z niebieskiego hone kosztuje nawet 12 000 funtów.

Curling, wywodzący się ze Szkocji, przeżywa światowy rozkwit. Największym rynkiem zbytu kamieni są Kanada i kraje azjatyckie - Chiny, Japonia, Korea Południowa.

Curling narodził się w Szkocji, a pierwsze wzmianki o grze pochodzą z 1541 roku w przekazach z miejscowości Paisley Abbey. Był powszechną rozrywką, a miejscem zabaw były zamarznięte tafle jezior, stawów i bagien.

W 1716 roku powstał pierwszy klub curlingowy na świecie, a w XIX wieku sport wraz osadnikami dotarł do Ameryki Północnej, gdzie szczególnie popularny stał się w Kanadzie.

Na czym polega curlig? W grze biorą udział dwie czteroosobowe drużyny. Zadaniem każdej z nich jest umieszczenie specjalnego kamienia jak najbliżej środka okręgu, znajdującego się kilkadziesiąt metrów od zawodnika wprawiającego go w ruch. Długość toru, na którym odbywają się zawody, wynosi 44,5 m.

Każdy z zespołów ma osiem prób podczas jednej serii, po dwie każdego zawodnika. Takich partii jest 10 w każdym pojedynku. W celu precyzyjnego umieszczenia kamienia w środku okręgu uczestnicy mogą podgrzewać przed nim lód specjalnymi szczotkami, aby zwiększyć prędkość.

Olimpijski debiut curlingu miał miejsce w 1924 roku w Chamonix i w zawodach brali udział wyłącznie mężczyźni, a przez wiele kolejnych lat wyniki uznawano za pokazowe. Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) jako oficjalne wyniki tych zmagań uznał dopiero w 2006 roku.

Do tej pory prym wiedli przede wszystkim reprezentanci Kanady.  

Polacy w curlingu jeszcze nigdy nie zakwalifikowali się do igrzysk.

  •  

Nietypowe prawo w podróży. Sprawdź, czego nie robić za granicą

Nietypowe prawo w podróży. Sprawdź, czego nie robić za granicą

Julia Król

Przepisy obowiązujące w różnych krajach świata mogą być zaskakujące dla turystów, którzy nie zawsze zdają sobie sprawę z ich istnienia podczas planowania podróży. Sprawdź, czego nie robić za granicą.


Jakie nietypowe zakazy obowiązują różnych krajach?

Jakie nietypowe zakazy obowiązują różnych krajach?123RF/PICSEL



Spis treści:

  1. Zakaz żucia gumy w Singapurze

  2. Kontrola wagi w Japonii

  3. Zakaz całowania się na dworcu we Francji

  4. Samotka świnka morska to przestępstwo w Szwajcarii

  5. Surowy zakaz karmienia gołębi w Wenecji

  6. Zakaz plucia na ulicę w Londynie

W wielu krajach obowiązują przepisy, które brzmią absurdalnie, niewiarygodnie lub śmiesznie dla obcokrajowców, lecz jeśli nie będą ich przestrzegać, może czekać ich sroga kara.

Zakaz żucia gumy w Singapurze


Od 1992 roku w Singapurze obowiązuje surowy zakaz importu, sprzedaży i żucia gumy. Celem jest utrzymanie czystości oraz uniknięcie aktów wandalizmu w transporcie publicznym - w latach 90. gumy zapychały drzwi metra i niszczyły infrastrukturę. Za posiadanie i żucie gumy grożą wysokie kary finansowe, a w skrajnych przypadkach nawet prace społeczne. To dlatego Singapur uchodzi za jedno z najczystszych miast świata.

Kontrola wagi w Japonii


W Japonii od 2008 roku obowiązuje tzw. Metabo Law. Jest to prawo, które zobowiązuje firmy i samorządy do kontrolowania obwodu talii obywateli w wieku od 40 do 74 lat. Limitami są 85 cm dla mężczyzn i 90 cm dla kobiet. Jeśli wskaźniki zostaną przekroczone, przewiduje się obowiązkowe zajęcia odchudzające finansowane przez pracodawcę, a w przypadku braku zmian firma podlega grzywnie. Nie karze się tu więc obywatela, otyłość nie jest nielegalna, lecz ustawa odniosła duży sukces. Była to część szerszego programu zwalczającego otyłość - edukacja obywateli także pomogła.

Zakaz całowania się na dworcu we Francji


Aby uniknąć opóźnień i przeludnienia na dworcach kolejowych i peronach, w 1910 roku we Francji wprowadzono ustawę zakazującą całowania się w tych miejscach. Obowiązywała ona przez lata, jednak ciężko było ustalić, jakie kary groziły za jej złamanie. Obecnie prawo to już nie występuje, jednak długo figurowało w regulaminach kolejowych.

Samotka świnka morska to przestępstwo w Szwajcarii


Hodowanie tylko jednej świnki morskiej jest nielegalne w Szwajcarii od 2008 roku. To zwierzę stadne, a jej izolacja uznawana jest za znęcanie się. To samo dotyczy m.in. papug czy niektórych ryb. Prawo odzwierciedla bardzo rygorystyczne szwajcarskie podejście do dobrostanu zwierząt. W przypadku śmierci jednego ze zwierzęcia, kiedy drugie zostaje samo, ale właściciel nie chce adoptować kolejnego, może wynająć towarzysza dla swojej świnki nie na stałe, ale żeby nie cierpiała ona z powodu samotności.

Surowy zakaz karmienia gołębi w Wenecji


Od 2008 roku w Wenecji obowiązuje prawo zakazujące karmienia gołębi na terenie całego miasta, również na placu św. Marka, gdzie wcześniej było to dozwolone. Ptaki niszczą zabytki, a ich odchody uszkadzają kamień i marmur. Za złamanie prawa grożą mandaty nawet do 500 euro.

Zakaz plucia na ulicę w Londynie


Prawo, które powinno obowiązywać wszędzie na świecie - zakaz plucia na ulicę. W Londynie i wielu brytyjskich dzielnicach uznawane jest to za zachowanie antyspołeczne i podlega karze w wysokości minimum 50 funtów, jednak kwoty sięgają czasem nawet 500. Według władz plucie jest wykroczeniem przeciwko środowisku, więc uznano to za przestępstwo. Celem zakazu jest walka z brakiem porządku i higieny w miejscach publicznych.

Chociaż wiele z tych przykładów może się wydawać dziwnych, każdy z nich powstał z powodu realnych problemów, z jakimi mierzą się dane społeczeństwa.


Nie musisz być wybitnym naukowcem, aby pracować na... Antarktydzie© 2026 Associated Press


  •  

Afryka wysycha i dosłownie pęka na pół przez małą ilość wody w jeziorach

Afryka wysycha i dosłownie pęka na pół przez małą ilość wody w jeziorach

Julia Król

Postępujące wysychanie Afryki Wschodniej oraz kurczenie się jezior prowadzą do zmian w przyrodzie i geologii regionu. Przez tysiące lat zmniejszająca się ilość wody wpłynęła na tempo ruchów płyt tektonicznych, a według naukowców w przyszłości może to doprowadzić do powstania nowego oceanu oddzielającego wschodnią część Afryki od reszty kontynentu.


Afryka wysycha. Czy na kontynencie powstanie nowy ocean?

Afryka wysycha. Czy na kontynencie powstanie nowy ocean?123RF/PICSEL


Afryka Wschodnia miała niegdyś znacznie bardziej bujny krajobraz pełen rzek, jezior i rozległych sawann. W afrykańskim okresie wilgotnym (trwającym od około 9600 do 5300 lat temu) kwitło tam życie. Od tysiącleci jednak przechodzi proces narastającej suszy.

Jeziora wschodniej Afryki zanikają. Naukowcy przewidują powstanie oceanu


Skutki kilku tysięcy lat suszy są teraz odczuwalne aż do fundamentów kontynentu afrykańskiego. Christopher Scholz, geolog, fizyk i emerytowany profesor Uniwersytetu Columbia, odkrył, że nawet jeziora, które przetrwały do dziś, drastycznie się cofnęły. Jezioro Turkana ma obecnie długość ok. 250 km i sięga głębokości często przekraczających 120 metrów. Kiedyś jednak jezioro miało głębokość nawet 400 metrów, a wokół niego rozciągały się szerokie sawanny. Fauna i ludzkie osady korzystały z obfitych zasobów wodnych.

To właśnie dzięki swoim rozmiarom w Okresie Wilgotnym jeziora wywierały duże ciśnienie na skorupę ziemską, spowalniając ruch płyt tektonicznych. W takich warunkach woda działała jak stabilizujący ciężar, który tłumił ruchy na uskokach skorupy ziemskiej. Kiedy zasoby się skurczyły, naturalna tarcza ochronna zniknęła, a płyty tektoniczne mają więcej swobody do przemieszczania się, co odkrył Scholz i jego zespół wykorzystując symulacje komputerowe. Tempo odsuwania się tych płyt wynosi dziś około 6,35 mm rocznie. Nie jest to dużo w skali ludzkiego życia, jednak ma ogromne znaczenie w skali geologicznej. Według naukowców mniejsza ilość wody zwiększyła roczne tempo oddalania się tektonicznego o około 3 proc. w ciągu ostatnich 5000 lat.

Wschodnia Afryka leży na strefie ryftu, czyli obszarze, gdzie płyty tektoniczne somalijska i nubijska są stopniowo rozciągane i odsuwane od siebie. To właśnie dlatego może tu w przyszłości powstać nowy ocean.

Na Wyspie Południowej jeziora Turkana znajduje się też aktywny wulkan, którego działalność wzrasta wraz z obniżeniem się poziomu wody w jeziorze, ponieważ powoduje to większą dekompresję płaszcza pod wulkanem, w wyniku czego coraz więcej skał topi się i wycieka do komory magmowej.

Czy Afryka naprawdę się podzieli?


Proces, który obserwujemy dzisiaj, to początkowy etap bardzo długotrwałego geologicznego cyklu. Według ekspertów, jeśli strefa ryftowa będzie się nadal rozszerzać i pogłębiać, w skali milionów lat może dojść do utworzenia nowego oceanu pomiędzy wschodnią częścią Afryki a resztą kontynentu.


Meduzy śpią podobnie jak ludzie, mimo że nie mają mózgu i oczu© 2026 Associated Press


  •  

Czy soki można pić bez umiaru? Eksperci wyjaśniają

Dzisiaj, 7 lutego (08:42)

Jedna szklanka soku do śniadania, kartonik po szkole czy energetyzujący koktajl po treningu – dla wielu z nas soki to codzienność. Ale czy faktycznie są tak zdrowe, jak się powszechnie uważa? Sprawdzamy, które soki warto pić i dlaczego nie należy przesadzać z ich ilością.

Soki owocowe i warzywne od lat królują na naszych stołach. Dla jednych to obowiązkowy element śniadania, dla innych szybka przekąska lub sposób na uzupełnienie witamin. W sklepach półki uginają się od dziesiątek smaków i marek, a producenci prześcigają się w zapewnieniach o niezwykłych korzyściach zdrowotnych płynących z regularnego picia soków.

Ale czy sok rzeczywiście może być częścią zdrowej diety? Odpowiedź nie jest jednoznaczna.

Owszem, soki - szczególnie te 100-procentowe, bez dodatku cukru - są źródłem witamin, potasu, magnezu czy przeciwutleniaczy.

Jednak eksperci ostrzegają: nadmiar może być szkodliwy!

Soki owocowe i warzywne są bogate w bioaktywne polifenole - mikroskładniki roślinne, które działają jak tarcza ochronna naszego organizmu. Pomagają w walce ze stresem oksydacyjnym, stanami zapalnymi, a także zmniejszają ryzyko chorób przewlekłych. Dostarczają też cennych witamin i minerałów, takich jak witamina C, potas czy magnez.

Jednak to, co jest ich zaletą, może okazać się też wadą. Przetwarzanie owoców i warzyw na soki uwalnia naturalne cukry, które w nadmiarze szkodzą zębom i mogą prowadzić do nadwagi czy cukrzycy. Brakuje też błonnika, który obecny jest w całych owocach i warzywach, a który ma kluczowe znaczenie dla zdrowia układu trawiennego.

  • Soki cytrusowe - energia i odporność w jednej szklance

Sok pomarańczowy to klasyka śniadaniowego stołu. Zawiera sporą dawkę witaminy C, wspierającej odporność, oraz działa jak naturalny przeciwutleniacz. Najnowsze badania pokazują, że regularne picie soku pomarańczowego może łagodzić stany zapalne i pomagać w kontroli ciśnienia krwi.

Podobnie korzystnie działa sok z cytryny - spożywany przed posiłkami wspomaga trawienie i pomaga w walce z nadciśnieniem. Ale uwaga! Korzyści te zanikają, gdy przekroczymy dawkę 500 ml dziennie, a ryzyko związane z nadmiarem cukru rośnie.

  • Granat - król polifenoli

Sok z granatu to prawdziwy superfood wśród soków owocowych. Dzięki wysokiej zawartości polifenoli działa jak silny przeciwutleniacz, wspierając serce i układ krążenia. Najlepsze efekty uzyskamy, sięgając po 100-procentowy, czysty sok - ale nie więcej niż 200 ml dziennie. Większa ilość to już nadmiar cukru, bez dodatkowych korzyści zdrowotnych.

  • Burak - warzywny sprzymierzeniec zdrowia

Sok z buraka to hit wśród sportowców i osób walczących z nadciśnieniem. Buraki są bogate w nieorganiczne azotany, które przekształcają się w tlenek azotu, rozluźniający naczynia krwionośne. Szczególnie wyraźne efekty obserwuje się u kobiet po menopauzie i u osób z wysokim ciśnieniem. Co ważne, sok z buraka ma niższą zawartość cukru niż większość soków owocowych, więc można go pić nawet do 500 ml dziennie.

  • Żurawina - naturalna ochrona przed infekcjami

Sok żurawinowy od lat poleca się osobom, które często cierpią na infekcje dróg moczowych. To zasługa proantocyjanidyn, które utrudniają bakteriom osadzanie się na ścianach pęcherza. Badania mówią jasno: produkty z żurawiny mogą zmniejszyć ryzyko infekcji nawet o 30 procent! Pamiętajmy jednak, by wybierać soki 100-procentowe, bez dodatku cukru.

  • Śliwka - ratunek dla układu trawiennego

Śliwki to sprawdzony sposób na zaparcia - i to nie tylko w formie owoców, ale też soku. Sok śliwkowy zawiera jednak sporo naturalnych cukrów, więc nie powinno się pić więcej niż 150 ml dziennie. Najlepsze efekty daje połączenie soku i całych owoców.

  • Jagody - małe owoce, wielka moc

Jagody to prawdziwa bomba witaminowa! Są źródłem witamin C i K, błonnika, manganu i silnych przeciwutleniaczy. Regularne spożywanie jagód - także w formie soku - wspiera serce, mózg i metabolizm. Jednak najwięcej korzyści przynoszą całe owoce. Sok jagodowy daje krótkoterminowe wsparcie dla naczyń krwionośnych i funkcji poznawczych.

Eksperci zgodnie podkreślają, że żaden sok nie zastąpi całych owoców i warzyw. Soki powinny być jedynie uzupełnieniem zrównoważonej diety. Zalecana ilość to jedna mała szklanka (ok. 150 ml) dziennie - taka porcja pozwala czerpać korzyści zdrowotne, nie narażając się na nadmiar cukru.

  • Soki mogą być źródłem witamin, minerałów i przeciwutleniaczy.
  • Najzdrowsze są soki 100-procentowe, bez dodatku cukru.
  • Soki nie zastąpią całych owoców i warzyw - brakuje im błonnika.
  • Zalecana dzienna porcja to maksymalnie 150 ml soku.
  • Nadmiar soku to ryzyko nadwagi, cukrzycy i problemów z zębami.
  • Sok z buraka, granatu czy żurawiny wyróżniają się szczególnymi korzyściami zdrowotnymi.
  • Najwięcej korzyści daje różnorodność - nie warto ograniczać się do jednego rodzaju soku.

  •  

Dlaczego luty ma 28 dni i skąd wziął się rok przestępny?

Dlaczego luty ma 28 albo 29 dni? To dlatego odstaje od innych miesięcy

Krzysztof Sulikowski

Luty to najkrótszy miesiąc w roku. Tylko właściwie dlaczego ma on 28 dni, a w lata przestępne 29 dni? Jest na to naukowe wyjaśnienie. Okazuje się, że ta nieregularność nie ma wcale źródła w obserwacjach astronomicznych, lecz w zaszłościach historycznych. Główny powód to przesądy starożytnych Rzymian. Dokładne obliczenia wskazały jednak na konieczność korekty poprzez wprowadzenie roku przestępnego. Są od tego pewne wyjątki.


Biurkowy kalendarz na luty 2026 ustawiony na drewnianej powierzchni obok dwóch doniczek z sukulentami, tło jasne i minimalistyczne.

Dlaczego luty ma 28 dni i kiedy wypada najbliższy rok przestępny?123RF/PICSEL



Spis treści:

  1. Dlaczego luty ma 28 dni? To wynik przesądów starożytnych Rzymian

  2. Rok kalendarzowy nie jest dokładny. Gdzie potrzebna jest korekta?

  3. Dlaczego luty ma 29 dni co 4 lata i skąd wziął się rok przestępny?

Dlaczego luty ma 28 dni? To wynik przesądów starożytnych Rzymian


Podczas gdy wszystkie inne miesiące mają na przemian po 30 i 31 dni (z wyjątkiem grudnia i stycznia, które oba mają 31), luty znacząco się wyróżnia. Najkrótszy miesiąc w roku ma 28 dni, a w latach przestępnych nawet 29. Kto tak ułożył kalendarz i skąd ta nieregularność? Da się to naukowo wytłumaczyć. Okazuje się, że korzenie tej anomalii nie tkwią w precyzyjnych obliczeniach astronomicznych, lecz w dawnych rzymskich przesądach i konieczności wynikającej z matematyki.

Historia współczesnego systemu datowania, czyli kalendarza gregoriańskiego, sięga pierwszego kalendarza rzymskiego, który pierwotnie składał się z zaledwie dziesięciu miesięcy - od marca do grudnia. Co ciekawe, początek roku pozostawał wówczas nienazwany, ponieważ brak możliwości uprawy roli w tym okresie sprawiał, że Rzymianie nie uważali tego okresu za istotny. Zwyczajnie nie był on wliczany w rachubę czasu.

Przełom nastąpił za panowania króla Numy Pompiliusza (753-673 p.n.e.), który postanowił zsynchronizować system z rokiem księżycowym, dodając do niego styczeń oraz luty. Proces ten napotkał jednak na barierę kulturową. Antyczni Rzymianie wierzyli, że liczby parzyste przynoszą pecha. Aby uczynić kalendarz bardziej pomyślnym, król odjął po jednym dniu od dotychczasowych miesięcy liczących 30 dni, zamieniając je w miesiące 29-dniowe. Inne liczyły 31 dni.

Dążenie do uzyskania nieparzystej sumy dni w skali całego roku postawiło monarchę przed dylematem. Rok księżycowy (lunarny) liczy około 355 dni, a matematyka jest nieubłagana - suma dwunastu liczb nieparzystych zawsze daje wynik parzysty. Aby zachować pożądaną, nieparzystą liczbę dni w całym cyklu, jeden z miesięcy musiał ostatecznie pozostać podzielny przez 2. Wybór padł na luty, który ze względu na odbywające się w tym czasie obrzędy ku czci zmarłych został uznany za odpowiedni do przyjęcia tego piętna. Uznano, że skoro śmierć sama w sobie jest największym nieszczęściem, to "pechowa liczba" parzysta w tym konkretnym miesiącu bardziej już nie zaszkodzi.

Rok kalendarzowy nie jest dokładny. Gdzie potrzebna jest korekta?


Mimo licznych reform, jakie kalendarz przeszedł na przestrzeni wieków, wliczając w to przejście na system oparty na ruchu Słońca za czasów Juliusza Cezara (100-44 p.n.e.), korekty papieża Grzegorza XIII (z 1582 r.), wprowadzenia miesięcy przestępnych i ostatecznego ukształtowania współczesnego dnia przestępnego, luty zachował swoją wyjątkową, skróconą formę. Dziedzictwo rzymskich wierzeń przetrwało do dziś, czyniąc z drugiego miesiąca roku stałe przypomnienie o starożytnych lękach przed liczbami parzystymi.

Jak widzimy, długość lutego nie wynika z obserwacji astronomicznych, lecz raczej z przesądów i numerologii. Nie jest ona powiązana z cyklem Księżyca, czyli z miesiącem synodycznym trwającym 29,53 dnia, ani też z ruchem naszej planety. Ziemia okrąża Słońce w ciągu ok. 365,24 doby, a jak to podzielimy na miesiące, to już kwestia naszej inwencji.

Podobnie jak w przypadku opisywanego przez nas wcześniej problemu podziału roku na Marsie istnieje tu pewna trudność. Podzielenie roku słonecznego na 12 równych części sprawia, że na każdy miesiąc przypada ok. 30,4 dnia. Tworząc kalendarz, Rzymianie najpierw ustalili długość pozostałych miesięcy na 29 lub 31 dni, a lutemu zostawili to, co było potrzebne do dopełnienia pełnego obrotu Ziemi wokół Słońca. 28 dni to po prostu wynik odejmowania, a nie obserwacji gwiazd. Skąd więc wziął się luty mający 29 dni?

Dlaczego luty ma 29 dni co 4 lata i skąd wziął się rok przestępny?


Zazwyczaj co 4 lata luty ma 29 dni. Dlaczego drugi miesiąc roku wydłuża się o kolejny dzień w tzw. lata przestępne? Zmianę tę wprowadzono już w starożytności. Juliusz Cezar wprowadził obowiązujący dawniej kalendarz juliański. Astronomowie wiedzieli już, że Ziemia obiega Słońce w 365,25 doby (dokładnie w 365,24219). Rok kalendarzowy nie był więc zgodny z astronomicznym i coś trzeba było zrobić z tą ćwiartką. Jako że pomnożona przez 4 daje ona jedną dobę, władca Cesarstwa Rzymskiego zarządził dodawanie jednego dnia co 4 lata.

Rok z 366 dniami ustalany jest na lata podzielne przez 4, dlatego najbliższy rok przestępny będzie w 2028 roku. Od tej reguły są jednak wyjątki. Nieprzestępne są lata podzielne przez 100 (np. rok 1900), ale nie w przypadku, gdy są też podzielne przez 400, dlatego też rok 2000 był rokiem przestępnym. Powodem jest niedokładność wspomnianej ćwiartki. Aby nie przesadzić z korektą w jedną lub w drugą stronę, astronomowie doradzili papieżowi Grzegorzowi XIII, by usunąć lata przestępne kończące dany wiek przy zaniechaniu tej praktyki co 400 lat. Gdyby nie ten wyjątek od wyjątku, kalendarz byłby za krótki względem Słońca o około 0,002 dnia.

Dni przestępne wynikają z konieczności korekty naszego kalendarza. Gdybyśmy bowiem ich nie stosowali, doszłoby do desynchronizacji. Na każde 100 lat tracilibyśmy 24 dni. Mimo to kalendarz gregoriański nie jest idealny. Rok z naszego kalendarza jest o ok. 26-30 sekund dłuższy od roku astronomicznego. W związku z tym po ok. 3226 latach nadmiar ten sumuje się do pełnej doby.

Nie ma jeszcze ogólnie przyjętego planu, jak to skorygować. Kalendarz gregoriański ma dopiero 444 lata i błąd nie wpłynął istotnie na nasze odmierzanie dni. Istnieją już jednak pewne środki zaradcze. Do zegarów atomowych dodawane są sekundy przestępne. Proponowane jest także wprowadzenie nowej reguły, zgodnie z którą lata podzielne przez 4000 mają nie być przestępne. Na taką reformę ludzie mają jednak jeszcze sporo czasu.


Grzyb zombie i storczyk udający muchę wśród nowo odkrytych gatunków© 2026 Associated Press


  •  

Turcja ma poważny problem. Gwałtownie rośnie liczba gigantycznych osuwisk


W skrócie

  • W Turcji gwałtownie rośnie liczba lejów krasowych, co powoduje straty w rolnictwie i niepokój lokalnych mieszkańców.

  • Naukowcy wiążą pojawianie się zapadlisk z długotrwałą suszą i nadmiernym poborem wód gruntowych. Problem nasila się od lat 90. XX wieku.

  • Podobne zjawiska obserwuje się w innych regionach świata, a eksperci przestrzegają przed brakiem kontroli nad zużyciem wód gruntowych.

  • Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii

Turecka Agencja ds. Katastrof i Zarządzania Kryzysowego informuje, że na Równinie Konya - jednym z kluczowych regionów rolniczych w kraju - odnotowano 648 dużych osuwisk.

Serwis techno.nv.ua dodaje, że niektórzy komentatorzy łączą to zjawisko z biblijnymi proroctwami o rozstępującej się ziemi. Naukowcy jednak tłumaczą, że przyczyna jest dużo bardziej prozaiczna.

Eksperci, na których ustalenia powołuje się agencja z Turcji, twierdzą bowiem, że pojawianie się lejów jest głównie spowodowane przedłużającą się suszą i nadmiernym pompowaniem wód gruntowych.

Turcja. Osuwiska i leje zagrażają mieszańcom i rolnictwu


Naukowcy z Politechniki w Konyi zidentyfikowali do tej pory ponad 20 nowych osuwisk. Wszystkie powstały w ciągu ostatniego roku. Jednocześnie odkrycia zwiększyły do niemal 1900 liczbę obszarów problemowych, na których ziemia zapada się lub osuwa.

Z doniesień tureckich mediów wynika, że ze względu na osuwiska niektórzy rolnicy stracili swoje plony lub zostali zmuszeni do porzucenia pól, które stały się niebezpieczne.

Ponadto spadek wód gruntowych powoduje wysychanie studni, niszczenie ekosystemów oraz spadek ilości plonów. Rolnicy - próbując ratować m.in. uprawy buraków cukrowych i kukurydzy - wypompowują jeszcze więcej wody, co tylko pogarsza sytuację.

Dane NASA pokazują, że w 2021 roku poziom wody w zbiornikach w Turcji był najniższych od 15 lat. Ponadto badania geologiczne odnotowały gwałtowny spadek poziomu wód gruntowych w regionie Konya.

Dodajmy, że do początku XXI wieku tego typu zapadliska pojawiały się raz na kilka lat. W ciągu ostatnich 25 lat ich liczba jednak drastycznie wzrosła. Serwis techno.nv.ua wskazuje, że obecnie co roku odnotowuje się dziesiątki rozległych zapadlisk, z których niektóre osiągają średnicę ponad 30 metrów.

Osuwiska coraz częściej pojawiają się w innych regionach


Naukowcy ostrzegają, że podobne zagrożenia coraz częściej pojawiają się także w innych częściach świata, w tym w Stanach Zjednoczonych, na Bliskim Wschodzie, w Australii i na Morzu Śródziemnym.

W Teksasie, w pobliżu jednego z opuszczonych odwiertów naftowych, utworzył się niedawno lej krasowy o średnicy około 61 metrów i głębokości 12 metrów. Ponadto w Arizonie i Nowym Meksyku odnotowuje się liczne pęknięcia i kratery o średnicy od trzech do dziewięciu metrów. Niektóre obszary gruntów rolnych zapadają się przez to o ponad 15 centymetrów rocznie.

Eksperci, na których powołuje się techno.nv.ua, ostrzegają, że bez ścisłej kontroli nad wykorzystaniem wód gruntowych i adaptacji do zmian klimatu, ryzyko nagłych osuwisk będzie rosło, zagrażając rolnictwu i infrastrukturze. W niebezpieczeństwie znaleźć się mogą m.in. osiedla mieszkalne.

Źródło: techno.nv.ua


"Wydarzenia": Spotkanie z "żywą książką". Niezwykła inicjatywa w GdyniPolsat News


  •  

Ferie zimowe 2026 ze śniegiem? IMGW pokazał prognozę długoterminową

Ferie zimowe 2026 ze śniegiem? IMGW pokazał prognozę długoterminową

Tomasz Kromp

Centrum Modelowania Meteorologicznego opublikowało na swojej stronie 4-miesięczną eksperymentalną prognozę długoterminową temperatury i opadu. Jaka pogoda czeka nas w ferie zimowe? W wielu miejscach będzie można liczyć na opady śniegu. Prawdopodobieństwo "białych ferii" będzie największe w zimniejszych regionach kraju.


Tegoroczna zima nie będzie odbiegała normami od tych z poprzednich lat. Początki wiosny mogą być natomiast cieplejsze niż zwykle

Jaka pogoda na ferie zimowe 2026?123RF/PICSEL



Spis treści:

  1. Kiedy ferie zimowe 2026? Trzy terminy

  2. Pogoda na ferie zimowe 2026. W niektórych regionach większa szansa na śnieg

Po niedawnych zmianach dokonanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, w 2026 roku czekają nas trzy terminy ferii zimowych, zamiast dotychczasowych czterech.

Kiedy ferie zimowe 2026? Trzy terminy


Harmonogram wygląda następująco:

  • od 19 stycznia do 1 lutego 2026 roku ferie zimowe odbędą się w województwach: mazowieckim, pomorskim, podlaskim, świętokrzyskim, warmińsko-mazurskim;

  • od 2 do 15 lutego 2026 roku ferie zimowe odbędą się w województwach: dolnośląskim, kujawsko-pomorskim, łódzkim, zachodniopomorskim, małopolskim, opolskim;

  • od 16 lutego do 1 marca 2026 roku ferie zimowe odbędą się w województwach: podkarpackim, lubelskim, wielkopolskim, lubuskim, śląskim.

Celem zmniejszenia terminów ferii zimowych z czterech do trzech było zrównoważenie liczby uczniów przebywających na poszczególnych turnusach. Zlikwidowano także nakładanie się terminów ferii w przypadku poszczególnych województw, co miało miejsce przy poprzednim, czteroterminowym podziale.

Pogoda na ferie zimowe 2026. W niektórych regionach większa szansa na śnieg


Zgodnie z danymi zawartymi w eksperymentalnej prognozie IMGW, średnia miesięczna temperatura powietrza oraz miesięczna suma opadów atmosferycznych w styczniu prawdopodobnie nie przekroczy zakresu normy wieloletniej (1991-2020).

Niższych temperatur, również poniżej zera, możemy spodziewać się na wschodzie kraju oraz w górach - tam też zaistnieje największa szansa na opady śniegu i, tym samym, "białe ferie".

Podobnie sprawa wygląda, jeśli chodzi o luty. Temperatury oraz opady nie powinny przekroczyć zakresu normy wieloletniej, choć prawdopodobieństwo śniegu może być nieco mniejsze z powodu tego, że średnia temperatura powietrza w wielu miejscach może być nieco wyższa.

Przedwiośnie może przynieść zjawiska przekraczające wartości zakresu normy wieloletniej. Mowa tutaj o większych opadach w marcu oraz wyższych temperaturach i intensywniejszych opadach w kwietniu.

Co ważne - jak wynika z informacji podanych na stronie IMGW: "Należy pamiętać, że prognoza jest orientacyjna, ma charakter eksperymentalny i dotyczy średniego przebiegu dla całego prognozowanego regionu i danego okresu prognostycznego".


"Wydarzenia": Podkop pod granicą. 180 migrantów weszło do PolskiPolsat News


  •  

8 cech osób, które wolą zostać w domu. Co mówi o nich psychologia?

Nie każdy, kto odmawia wyjścia na miasto, jest introwertykiem czy osobą unikającą kontaktów. Psychologia wskazuje, że osoby preferujące domowe zacisze często posiadają unikalne, a zarazem niezrozumiane cechy. Sprawdź, co naprawdę kryje się za wyborem wieczoru z książką zamiast głośnej imprezy.

  • Osoby wybierające samotność często posiadają wyjątkową wrażliwość na bodźce i głęboką empatię.
  • Ich potrzeba spędzania czasu w domu wynika z dbałości o własną energię i autentyczność w relacjach.
  • Samotność jest dla nich źródłem odnowy, a nie oznaką problemów społecznych.

Współczesna kultura często gloryfikuje aktywność towarzyską, uznając ją za wyznacznik szczęścia i zdrowia psychicznego. Tymczasem wiele osób świadomie wybiera spędzanie czasu w domu, co bywa mylnie interpretowane jako brak energii, depresja lub niechęć do ludzi. Psychologia pokazuje jednak, że za tą decyzją stoją głęboko zakorzenione cechy, które są nie tylko normalne, ale i wartościowe.

Jedną z najczęściej spotykanych cech u osób preferujących domowe zacisze jest wysoka wrażliwość na bodźce. Badania nad tzw. sensoryczną wrażliwością wykazują, że około 20 procent ludzi posiada układ nerwowy, który intensywniej odbiera i przetwarza bodźce z otoczenia. Tłum, hałas, intensywne światła czy wielowątkowe rozmowy mogą być dla nich fizycznie i psychicznie wyczerpujące. To nie kwestia słabości, lecz odmienności w funkcjonowaniu mózgu.

Dla wielu osób samotność nie jest ucieczką, lecz świadomym wyborem, który pozwala na regenerację. Psychologowie podkreślają, że nie każdy, kto unika spotkań, robi to z powodu lęku czy nieśmiałości. Często jest to sposób na odzyskanie równowagi po intensywnym tygodniu pełnym interakcji. Tak jak sen jest niezbędny dla ciała, tak samotność bywa konieczna dla psychicznego dobrostanu.

Osoby, które wolą zostać w domu, zwykle inwestują w głębokie, autentyczne relacje, zamiast utrzymywać szeroką sieć powierzchownych znajomości. Wolą spotkania z kilkoma bliskimi osobami niż duże imprezy. Dzięki temu ich kontakty są bardziej satysfakcjonujące i wartościowe, choć mniej liczne.

W grupowych sytuacjach takie osoby nie tylko słuchają rozmów, ale też wychwytują niuanse - ton głosu, mimikę, niewypowiedziane emocje. Ich mózg pracuje na wielu poziomach, co sprawia, że nawet krótka interakcja może być dla nich wyczerpująca. To nie jest nadmierne analizowanie, lecz naturalna zdolność do głębokiego przetwarzania informacji.

Samotność daje im poczucie wolności i kontroli nad własnym czasem. Nie muszą dostosowywać się do cudzych oczekiwań czy kompromisów. To nie oznacza, że są uparci lub egoistyczni - po prostu cenią możliwość decydowania o sobie i realizowania własnych potrzeb bez zewnętrznej presji.

Dla tych osób wewnętrzny świat jest równie fascynujący, jak zewnętrzne wydarzenia. Potrafią godzinami czytać, pisać, medytować czy spacerować, nie odczuwając przy tym nudy. Ich wyobraźnia i zdolność do refleksji sprawiają, że samotność jest dla nich źródłem inspiracji i spokoju.

Paradoksalnie, osoby unikające częstych spotkań towarzyskich często cechuje wysoka empatia. Każda rozmowa i kontakt z drugim człowiekiem niesie dla nich duży ładunek emocjonalny. Potrzebują więc czasu, by "przetrawić" te doświadczenia i nie dopuścić do emocjonalnego przeciążenia.

Z czasem uczą się, że ich energia jest ograniczona i nie warto jej rozpraszać na aktywności, które nie przynoszą satysfakcji. Zamiast podążać za społecznymi oczekiwaniami, wybierają to, co naprawdę ich wzmacnia. To nie lenistwo, lecz przejaw dojrzałości i samoświadomości.

Warto pamiętać, że preferowanie samotności nie jest problemem do rozwiązania, lecz informacją o indywidualnych potrzebach i sposobie funkcjonowania. W świecie nastawionym na ekstrawersję i nieustanne kontakty, osoby ceniące domowe zacisze często muszą mierzyć się z niezrozumieniem. Tymczasem ich wybory są równie wartościowe i zdrowe, jak te podejmowane przez osoby towarzyskie.

Kluczem jest rozpoznanie, czy decyzja o pozostaniu w domu wynika z autentycznej potrzeby, czy z lęku przed światem. Jeśli to pierwsze - warto zaufać sobie i nie dać się wpędzić w poczucie winy. Każdy z nas ma prawo do własnego stylu życia i sposobu dbania o siebie.

  •  

Oto playlista dla tych, którzy nienawidzą świątecznych hitów. Stworzył ją znany muzyk

Kolorowe światełka, choinki i dźwięki świątecznych przebojów to nieodłączny element grudniowej atmosfery. Jednak nie każdy z nas z radością słucha w kółko tych samych piosenek. Dla wszystkich, którzy mają już dość tradycyjnych świątecznych hitów, David Byrne przygotował coś specjalnego.

  • Po więcej ciekawych informacji z Polski i ze świata zapraszamy na RMF24.pl.

David Byrne, były frontman legendarnego zespołu Talking Heads, postanowił wyjść naprzeciw tym, którzy nie przepadają za klasycznymi świątecznymi utworami.

Na platformie Spotify udostępnił wyjątkową playlistę zatytułowaną "David Byrne Radio Presents: Christmas Music for People Who Hate Christmas Music", czyli "Świąteczna muzyka, dla tych, którzy nienawidzą świątecznej muzyki".  

Składanka zawiera aż 32 utwory, które mają być alternatywą dla wszechobecnych świątecznych szlagierów.

"Ta playlista nie jest o przesileniu, ani nie ma w sobie żadnego pogańskiego przesłania. To zabawne piosenki, które delikatnie nawiązują do świąt. Miłej zabawy!" – wyjaśnił na platformie Byrne.

Wśród propozycji świątecznych piosenek znalazły się m.in. „Christmas Is” hip-hopowego zespołu Run-DMC, „Another Lonely Christmas” Prince’a, „I've Been a Good Girl” Macy Gray, „Dreamer's Holiday” Williego Nelsona czy „Santa Doesn't Know You Like I Do” Sabriny Carpenter. 

Nie zabrakło także własnego utworu Byrne’a – "Fat Man's Comin".

Playlista została stworzona z myślą o tych, którzy nie mogą już słuchać takich hitów jak "All I Want for Christmas" czy "Last Christmas". 

To idealna propozycja dla osób pracujących w galeriach handlowych, kawiarniach czy sklepach, gdzie świąteczne melodie rozbrzmiewają już od listopada.

To także muzyczna odskocznia dla wszystkich, którzy chcą poczuć świąteczny klimat w nieco inny sposób.

Warto przypomnieć, że David Byrne już w przyszłym roku odwiedzi Polskę

Artysta będzie jedną z gwiazd festiwalu Open’er, a jego koncert zaplanowano na 1 lipca 2026 roku. 

We wrześniu tego roku ukazał się także jego najnowszy solowy album studyjny "Who Is The Sky?".

  •  

Masz gorszy sygnał internetu Wi-Fi? To może być winowajca!

Dzisiaj, 9 grudnia (12:20)

Wraz z początkiem adwentu w wielu domach pojawiają się świąteczne dekoracje. Eksperci ostrzegają jednak, że niektóre z nich, zwłaszcza lampki choinkowe, mogą negatywnie wpływać na jakość domowego Wi-Fi. Sprawdź, jak uniknąć problemów z połączeniem internetowym w okresie świątecznym.

  • Świąteczne lampki choinkowe, zwłaszcza te starsze lub tańsze LED-y, mogą zakłócać sygnał Wi-Fi.
  • Problem nasila się, gdy lampki są blisko routera lub gdy dekoracje fizycznie blokują rozchodzenie się sygnału.
  • Nowoczesne lampki zwykle nie wpływają znacząco na internet, ale warto unikać ich stawiania tuż przy routerze.
  • Aby poprawić jakość połączenia, można przesunąć lampki lub router albo użyć przewodowego łącza dla ważnych urządzeń.
  • Spadki prędkości internetu mogą też wynikać z wielu jednoczesnego połączenia wielu urządzeń.
  • Więcej aktualnych informacji znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

Wielu właścicieli domów zauważyło, że wraz z pojawieniem się świątecznych ozdób, pojawiają się również problemy z bezprzewodowym łączem internetowym, czyli Wi-Fi. Okazuje się, że winowajcą mogą być lampki choinkowe - zwłaszcza starsze modele lub tańsze wersje LED.

Emitują one niewielkie ilości promieniowania elektromagnetycznego, które nie jest szkodliwe dla zdrowia, ale może powodować zakłócenia w pracy routera Wi-Fi.

Największe ryzyko występuje, gdy lampki znajdują się blisko routera. Elektromagnetyczne "szumy" wytwarzane przez ozdoby mogą zakłócać sygnał, na którym opiera się domowa sieć bezprzewodowa.

Problem nasila się, jeśli wokół routera ustawiane są inne dekoracje, które fizycznie blokują rozchodzenie się sygnału po pomieszczeniach.

Warto pamiętać, że sygnał Wi-Fi również ma ograniczoną "przepustowość". Oznacza to, że wielu użytkowników korzystających z łącza jednocześnie, może spowodować zauważalny spadek wydajności internetu.

Tymczasem w okresie świątecznym, często przybywają goście, którzy łączą swoje telefony czy tablety z domową siecią internetową. Wówczas możemy zaobserwować przeciążenie domowej sieci i w efekcie spowolnienie internetu.

W takiej sytuacji warto nadać priorytet wybranym, ważnym urządzeniom, które wymagają stabilnego łącza. Dzięki temu istotne sprzęty, jak np. telewizor czy komputer będą sprawnie działać.

Specjaliści podkreślają, że większość nowoczesnych lampek nie powinna znacząco wpływać na jakość internetu. Warto jednak zachować ostrożność i unikać ustawiania ozdób elektrycznych w bezpośrednim sąsiedztwie routera.

Jeśli zauważysz spowolnienie internetu, spróbuj przesunąć lampki lub router w inne miejsce - większy odstęp to mniejsze ryzyko zakłóceń.

Można również skorzystać z przewodowego połączenia dla urządzeń wymagających stabilnego łącza, takich jak komputery, telewizory czy konsole do gier. Dzięki temu sieć Wi-Fi będzie odciążona i wydajniejsza dla pozostałych użytkowników.

  •  

Jak złagodzić ból gardła? Eksperci radzą, co jeść, a czego unikać

Jak złagodzić ból gardła? Eksperci radzą, co jeść, a czego unikaćJesień i zima to czas, kiedy infekcje górnych dróg oddechowych atakują ze zdwojoną siłą. Przeziębienie, grypa, a także sezonowe alergie czy suche powietrze w ogrzewanych pomieszczeniach - to wszystko sprawia, że coraz więcej osób skarży się na uporczywe drapanie i ból gardła. Choć apteki oferują szeroki wybór leków i pastylek, nie mniej ważne jest to, co trafia na nasz talerz w trakcie choroby.


  •