Widok normalny

Otrzymane przedwczoraj Spider's Web

Prada pokazała kombinezon dla astronautów. To w nim będą chodzić po Księżycu

8 czerwca 2026, 11:48

Kombinezon chłodząco-wentylacyjny LCVG (Liquid Cooling and Ventilation Garment), zaprojektowany został do noszenia przez astronautów w skafandrze kosmicznym Axiom Extravehicular Mobility Unit (AxEMU). Kombinezon ten został zaprojektowany wspólnie przez Axiom i włoski dom mody Prada.

Łącząc to, co najlepsze w inżynierii lotniczej, luksusowym rzemiośle i zaawansowanym rozwoju produktów, stworzyliśmy odzież, której żadna z firm nie mogłaby stworzyć niezależnie - powiedział dr Jonathan Cirtain, dyrektor generalny i prezes Axiom Space.

Więcej na Spider's Web:

Skafander zaczyna się od warstwy przy skórze

Rezultatem jest odzież nowej generacji, opracowana z wykorzystaniem zaawansowanych technik modelowania 3D, która zapewnia chłodzenie i wentylację, jednocześnie zwiększając komfort podczas ośmiogodzinnych spacerów kosmicznych.

Ugruntowana wiedza Prady na temat materiałów o wysokiej wydajności pomogła również w identyfikacji i pozyskiwaniu specjalistycznych włókien, które umożliwiają wielokrotne noszenie odzieży podczas długotrwałych misji - czytamy w komunikacie.

Praca fizyczna w warunkach księżycowych generuje ogromne ilości ciepła metabolicznego. Astronaci zwyczajnie mocno się pocą. Odzież LCVG radzi sobie z tym problemem poprzez zintegrowany system rurek oplatających główne partie mięśniowe człowieka.

Krąży w nich zimna woda, która nieustannie pochłania ciepło z ciała i transportuje je do przenośnego systemu podtrzymywania życia (PLSS) umieszczonego na plecach astronauty, skąd jest ono następnie odprowadzane w przestrzeń kosmiczną.

Kombinezon LCVG (Liquid Cooling and Ventilation Garment) - po lewej i skafander kosmiczny Axiom Extravehicular Mobility Unit (AxEMU) - po prawej.

Kombinezon pomaga również oddychać

Axiom Space wprowadziło tu ważne rozwiązanie konstrukcyjne, w pełni redundantny, czyli podwójny obwód chłodzenia. Jeśli główny system ulegnie awarii, automatycznie aktywuje się zapasowa sieć rurek. Na Księżycu, gdzie nie ma możliwości szybkiego powrotu do hermetycznej bazy i zdjęcia skafandra, taka redundancja jest więc bezwzględnym wymogiem warunkującym przetrwanie załogi.

Funkcja wentylacyjna skafandra działa jako niezależny mechanizm. Oddzielna sieć przewodów w sposób ciągły dostarcza świeży tlen bezpośrednio w okolice twarzy astronauty, jednocześnie wypłukując stamtąd wydychany dwutlenek węgla w czasie rzeczywistym.

Zebrane w ten sposób gazy trafiają z powrotem do układu podtrzymywania życia. Tam specjalne filtry (tzw. skrubery) pochłaniają CO2, pozwalając na ponowne wprowadzenie oczyszczonego tlenu do obiegu wewnątrz ubioru. System chłodzenia i system wentylacji pracują symultanicznie przez cały czas trwania aktywności poza statkiem.

Kombinezony z technologią Prada i Axiom Space zostaną wykorzystane przez astronautów NASA podczas nadchodzącej misji Artemis IV, oznaczającej powrót człowieka na Księżyc po ponad pięciu dekadach przerwy.

Kombinezon LCVG (Liquid Cooling and Ventilation Garment).

To właśnie ten strój poleci na Księżyc

Skafander AxEMU (Axiom Extravehicular Mobility Unit) to nowa generacja odzieży kosmicznej opracowywana przez firmę Axiom Space na potrzeby programu Artemis. Konstrukcja została zaprojektowana z myślą o pracy na powierzchni Księżyca, gdzie astronauci będą musieli poruszać się po nierównym terenie, schylać się, pobierać próbki gruntu i obsługiwać sprzęt naukowy.

W porównaniu ze skafandrami używanymi podczas misji Apollo nowy model zapewnia znacznie większą swobodę ruchów, lepszą ochronę przed pyłem księżycowym oraz bardziej zaawansowane systemy podtrzymywania życia. Skafander został fabrycznie wyposażony w zintegrowany system potężnego oświetlenia, kamery HD przesyłające obraz z perspektywy astronauty w czasie rzeczywistym

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

08.06.2026 11:48

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T11:23:07+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T11:09:03+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T11:00:59+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:17:44+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:04:46+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T09:08:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Microsoft pokazał jubileuszowego Xboxa. Aż łezka się w oku kręci

8 czerwca 2026, 11:23

Xbox Series X25 Limited Edition to jubileuszowa konsola Microsoftu

Już pierwszy rzut oka wystarcza, by zrozumieć, do czego nawiązuje nowy model. Microsoft postawił na półprzezroczystą zieloną obudowę inspirowaną wzornictwem pierwszego Xboxa. Choć zielony kolor od lat pozostaje znakiem rozpoznawczym marki, to przezroczyste elementy oraz czterokolorowe przyciski ABXY stanowią puszczenie oczka w stronę najstarszej konsoli Microsoftu.

Detale konsoli Xbox Series X25 Limited Edition

Producent podkreśla, że jest to pierwszy raz gdy w Xbox Series X oficjalnie zastosowano przeźroczysta konstrukcję. Konsola zachowuje charakterystyczną bryłę obecnego modelu, jednak dzięki nowemu wykończeniu pozwala częściowo zajrzeć do wnętrza urządzenia. Na froncie pojawiło się również logo 25-lecia Xboxa.

Nawiązań do przeszłości jest więcej. Po uruchomieniu sprzętu podświetlane logo "X" świeci na zielono, przypominając charakterystyczną identyfikację wizualną pierwszej generacji konsoli. Microsoft zapowiada również dodatkowe detale i ukryte elementy przygotowane specjalnie dla wieloletnich fanów marki.

Pod obudową jednak nie kryją się żadne niespodzianki

Xbox Series X25 Limited Edition oferuje dokładnie tę samą specyfikację co standardowy Xbox Series X. Użytkownicy otrzymują więc pełną wydajność obecnej generacji oraz dysk SSD o pojemności 1 TB.

Równolegle z konsolą zadebiutuje także Xbox Wireless Controller X25 Special Edition. Kontroler utrzymano w tej samej półprzezroczystej zielonej stylistyce, a projektanci zadbali o liczne odniesienia do pierwszego pada Xboxa.

Kontroler Xbox Wireless Controller X25 Special Edition

Kolory przycisków ABXY odtwarzają wygląd oryginalnego kontrolera z 2001 r. Z kolei górne przyciski przypominają czarny i biały przycisk obecne w słynnym kontrolerze Duke, który towarzyszył premierze pierwszego Xboxa. Przezroczysta tylna część obudowy oraz klapka baterii odsłaniają klasyczne logo marki.

Limitowana edycja konsoli oraz specjalny kontroler trafią do sprzedaży w listopadzie. Kontroler będzie dostępny zarówno w zestawie z konsolą, jak i osobno. Microsoft nie ujawnił jeszcze ceny ani dokładnego terminu rozpoczęcia przedsprzedaży. Szczegóły mają zostać podane w późniejszym terminie.

Czytaj też:

Malwina Kuśmierek

08.06.2026 11:23

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T11:09:03+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T11:00:59+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:17:44+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:04:46+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T09:08:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Kupujesz używane rzeczy w sieci? Rząd ma dobrą wiadomość

8 czerwca 2026, 11:09
uzywane przedmioty

Resort finansów po raz pierwszy od 24 lat chce dokonać zmian w podatku od czynności cywilnoprawnych (PCC) - donosi "Fakt"

Obecnie limit wynosi 1 tys. zł. Rząd chce podnieść tę poprzeczkę do 3 tys. zł. 

Dziś transakcje do 1 tys. zł nie wymagają dodatkowej opłaty. Jeśli jednak sprzęt AGD, RTV, inna elektronika czy meble kupowane na platformach z ogłoszeniami kosztują więcej, kupujący powinien zapłacić 2 proc. podatku od wartości rynkowej przedmiotu. 

"Pułapka na użytkowników"

Jak zaznacza "Fakt", może to być o tyle niewygodne, że należy samemu złożyć deklarację PCC-3 w urzędzie skarbowym. "To pułapka na wielu użytkowników portali, takich jak OLX, Vinted czy Allegro" - przekonuje "Fakt". 

Polacy masowo zapominają o tym obowiązku przy zakupach z drugiej ręki, a potem muszą tłumaczyć się przed fiskusem i narażają się na kary ze skarbówki - czytamy w serwisie. 

Resort uzasadniając zmiany, przekonuje, że "konieczność egzekwowania podatku od umów o niskiej wartości ich przedmiotu generuje po stronie organów egzekucyjnych koszty przewyższające kwotę podatku, co czyni go nieefektywnym fiskalnie". 

Zaproponowane w projekcie podniesienie limitu zwolnienia sprzedaży rzeczy ruchomych do 3 tys. zł jest efektem skalibrowania tej 'niewielkiej' wartości przyjmowanej przy zwolnieniu z PCC umów sprzedaży, z uwzględnieniem skumulowanego wzrostu cen, które od 2001 r. wzrosły o blisko 111 proc., oraz wzrostu siły nabywczej obywateli, wyrażającego się we wzroście przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w gospodarce narodowej o 297 proc. - dodaje ministerstwo. 

"Fakt" wylicza, że dziś w przypadku przedmiotu kupionego za 2,9 tys. zł należy uiścić podatek PCC w wysokości 58 zł. Wraz z podniesieniem limitu nie będzie to już konieczne. Kupujący będą mieć więc lżej, bo nie będą musieli wypełniać deklaracji, wpłacać drobnych sum lub martwić się ewentualnymi wyjaśnieniami. Odetchną też same urzędy, które nie będą tracić czasu na zajmowanie się dosłownie groszowymi sprawami, pochłaniającymi więcej energii i pracy niż są warte. 

Skąd jednak wiadomo, że doszło do takiej transakcji?

Ministerstwo Finansów wyjaśniało w 2025 r. tę sprawę portalowi businessinsider.com.pl.

- Podstawę typowania podmiotów do weryfikacji prawidłowości wywiązywania się z obowiązków podatkowych stanowi analiza ryzyka. Podczas analizy ryzyka uwzględniane są różne rodzaje i źródła informacji, zarówno wewnętrzne, tj. informacje i bazy danych posiadane przez Krajową Administrację Skarbową (KAS), jak i zewnętrzne, w tym m.in. informacje z portali ogłoszeniowych oraz przekazywane do KAS raporty - wyjaśnia Ministerstwo Finansów. 

Adam Bednarek

08.06.2026 11:09

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T11:00:59+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:17:44+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:04:46+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T09:08:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Trump chce położyć łapę na OpenAI. Rząd USA wejdzie do spółki i podzieli zyski

8 czerwca 2026, 11:00

Administracja Donalda Trumpa miała rozpocząć wstępne rozmowy z największymi firmami sztucznej inteligencji o tym, czy rząd USA mógłby dostać udziały w ich biznesie. Oficjalnej decyzji nie ma, szczegóły są płynne, a sam pomysł pozostaje jeszcze na bardzo wczesnym etapie. Waszyngton coraz wyraźniej traktuje AI nie jak zwykłą branżę technologiczną, ale jak strategiczną infrastrukturę, na której państwo chce położyć łapę, zanim największe zyski trafią wyłącznie do inwestorów.

To jeszcze nie nacjonalizacja, ale jest kierunek aż nadto jasny

Przez lata amerykańskie big techy rosły głównie według zasad Doliny Krzemowej: prywatny kapitał, szybka ekspansja, ogromne wyceny i relatywnie luźna relacja z państwem, dopóki nie pojawiały się sprawy antymonopolowe, prywatność albo bezpieczeństwo narodowe. W przypadku AI ten układ zaczyna się zmieniać. I to bardzo.

Waszyngton najwyraźniej po prostu widzi, że modele sztucznej inteligencji, centra danych, układy scalone, energia i dane stają się infrastrukturą o znaczeniu porównywalnym z telekomunikacją, zbrojeniówką, sektorem kosmicznym albo energetyką. Jeśli AI ma przynieść biliony dolarów wartości, administracja chce móc powiedzieć wyborcom: to nie będzie tylko prywatna gorączka złota.

OpenAI ma iść na pierwszy ogień

W całej sprawie najwięcej uwagi przyciąga OpenAI. Nie dlatego, że inne firmy się nie liczą, ale dlatego, że ChatGPT stał się twarzą obecnej rewolucji AI. Spółka właśnie szykuje się do kolejnego rozdziału. Jeżeli firma rzeczywiście będzie zmierzać intensywniej w stronę giełdy, pytanie o to, kto zarobi na jej przyszłej wycenie, stanie się bardzo konkretne.

Według doniesień Reutersa, Sam Altman miał już wcześniej rozmawiać o podobnej idei z Donaldem Trumpem, a potem wracać do niej w kontaktach z wysokimi urzędnikami administracji. Skoro AI może radykalnie zwiększyć produktywność, zmienić rynek pracy i wygenerować gigantyczne bogactwo, część z tego bogactwa mogłaby trafić do obywateli?

Zwolennicy takiego rozwiązania argumentują, że rozwój AI nie odbywa się wyłącznie dzięki prywatnemu kapitałowi. Wskazują na rolę publicznych instytucji, infrastruktury, systemu edukacji, energetyki oraz zamówień rządowych, które tworzą warunki dla wzrostu całego sektora. W ich ocenie część korzyści finansowych generowanych przez AI powinna więc wracać do społeczeństwa.

Problem jednak w tym, że od hasła do konstrukcji prawnej jest jeszcze naprawdę bardzo daleko. Nie wiadomo, jaki rodzaj udziałów miałby trafić do państwa, czy dawałyby one prawo głosu, czy byłyby przekazywane dobrowolnie, czy w zamian za przywileje regulacyjne, kontrakty, gwarancje kredytowe albo dostęp do infrastruktury.

Pomysł na wypłaty dla obywateli brzmi kusząco, ale rodzi wiele pytań

Według pojawiających się pomysłów zyski z ewentualnych udziałów państwa w firmach AI mogłyby zasilać budżet albo trafiać bezpośrednio do obywateli w formie specjalnej dywidendy.

Propozycję można interpretować jako próbę adresowania dwóch równoległych nastrojów społecznych. Pierwszy to dostrzeganie gospodarczego potencjału AI i zdolności sektora technologicznego do generowania wysokich przychodów. Drugi wiąże się z obawami dotyczącymi wpływu AI na rynek pracy, obciążenia infrastruktury energetycznej oraz rosnącej koncentracji siły rynkowej w rękach największych podmiotów.

Przeczytaj także:

Dywidenda z AI byłaby więc polityczną odpowiedzią na lęk przed tym, że korzyści z technologii zostaną sprywatyzowane, a koszty społeczne rozłożone na wszystkich. Trump mógłby przedstawić taki mechanizm jako prostą transakcję: firmy dostają warunki do wzrostu, Amerykanie dostają udział w zyskach.

Tyle że historia takich pomysłów pokazuje, że łatwo je sprzedać, a trudno dobrze zaprojektować. Jeśli państwo dostaje udziały, pojawia się pytanie, kto nimi zarządza. Jeśli zyski mają trafiać do obywateli, trzeba określić zasady wypłat. Jeśli udziały są dobrowolne, trzeba wyjaśnić, dlaczego firmy miałyby je oddać. Jeśli nie są dobrowolne, zaczyna się zupełnie inna rozmowa o własności prywatnej i granicach interwencji państwa.

*Źródło grafiki wprowadzającej: Joey Sussman / Shutterstock; Canva Pro

Marcin Kusz

08.06.2026 11:00

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T10:17:44+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:04:46+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T09:08:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Nasze F-35 szykują wyjątkowy pokaz. Przelecą tuż nad twoją głową

8 czerwca 2026, 10:17

Dla fanów lotnictwa i nowoczesnych technologii wojskowych piątek 12 czerwca będzie najważniejszym dniem tego roku. Jeśli mieszkacie w Warszawie, Krakowie lub Trójmieście, szykujcie się na potężny ryk silników.

Polskie Siły Powietrzne oficjalnie zaprezentują swoje najnowsze nabytki. Trzy myśliwce piątej generacji F-35A, które pod koniec maja wylądowały w 32. Bazie Lotnictwa Taktycznego w Łasku, wyruszą w spektakularną trasę nad krajem w ramach oficjalnej akcji "Powitanie z Polską".

To nie będzie zwykły przelot na dużej wysokości. Ministerstwo Obrony Narodowej zapowiada widowisko, które ma być widoczne i słyszalne dla tysięcy mieszkańców. Samoloty F-35A mają celowo obniżyć pułap lotu nad kluczowymi punktami w kraju, dając Polakom unikatową okazję do zobaczenia z bliska sprzętu, który przez najbliższe dekady będzie stanowił fundament naszego bezpieczeństwa powietrznego.

Pierwsze polskie F-35 są już w kraju

Pod koniec maja do 32. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Łasku dotarły trzy pierwsze samoloty F-35A. To właśnie stamtąd wystartują maszyny do przelotu nad Polską.

Zakup F-35A jest jednym z największych programów modernizacyjnych w historii polskich sił zbrojnych. Umowę podpisano w styczniu 2020 r., a jej wartość wyniosła 4,6 mld dolarów. Kontrakt obejmuje 32 samoloty, pakiet szkoleniowy, zaplecze logistyczne oraz zapasowe silniki.

Pierwsze egzemplarze przeznaczone dla Polski zostały wyprodukowane wcześniej i przez długi czas stacjonowały w Stanach Zjednoczonych. To tam szkolili się polscy piloci, instruktorzy oraz technicy odpowiedzialni za obsługę nowych maszyn. Dopiero teraz F-35A zaczynają trafiać do kraju, gdzie będą budowane ich docelowe zdolności operacyjne.

Trasa przelotu F-35A nad Polską

Wiceszef MON Cezary Tomczyk zapowiedział, że w ramach akcji Powitanie z Polską samoloty wykonają specjalny przelot nad trzema miastami związanymi z historią i tożsamością państwa.

Samoloty F-35A wystartują z bazy w Łasku i skierują się nad Kraków, gdzie mają przelecieć w rejonie Wawelu. Następnie obiorą kurs na północ kraju, pojawiając się nad Westerplatte w Gdańsku. Ostatnim etapem będzie Warszawa i przelot wzdłuż Wisły, po czym myśliwce wrócą do swojej bazy - zpowiedział minister Tomczyk.

Według zapowiedzi resortu obrony samoloty mają obniżyć pułap lotu nad wybranymi punktami tak, aby mieszkańcy mogli łatwiej dostrzec nasze nowe F-35A. Dla wielu osób będzie to pierwsza okazja do zobaczenia z bliska samolotu piątej generacji w polskich barwach.

Akcja ma również wymiar edukacyjny. Ministerstwo Obrony Narodowej podkreśla, że inwestycje w nowoczesny sprzęt wojskowy finansowane są z pieniędzy podatników, dlatego społeczeństwo powinno mieć możliwość zobaczenia efektów tych wydatków.

F-35A nowym symbolem polskiego lotnictwa

Pojawienie się F-35A znanych w Polsce pod oficjalną nazwą Husarz to moment zwrotny, realizowany w ramach programu o kryptonimie Harpia. Nowe myśliwce mają ostatecznie odesłać do historii wysłużone, postsowieckie samoloty Su-22 oraz MiG-29.

Polska otrzymuje F-35A w najnowszym standardzie konfiguracji TR-3 (Technology Refresh 3). F-35 to nie jest po prostu samolot myśliwski, to przede wszystkim latające centrum dowodzenia i potężny hub informatyczny.

Oprócz zaawansowanych właściwości stealth, które drastycznie utrudniają wykrycie maszyny przez systemy radiolokacyjne przeciwnika, kluczem do przewagi F-35A jest fuzja sensorów. Samolot na bieżąco zbiera gigantyczne ilości danych z otoczenia, przetwarza je i przekazuje nie tylko do pilota, ale również do innych jednostek, w tym do polskich systemów obrony przeciwlotniczej Patriot oraz operujących na morzu i ziemi sił sojuszniczych.

Maszyny te dysponują również ogromnym potencjałem ofensywnym. Mogą przenosić szeroki wachlarz nowoczesnego uzbrojenia, w tym pociski manewrujące dalekiego zasięgu AGM-158 JASSM-ER. Pozwalają one na precyzyjne rażenie celów oddalonych o kilkaset kilometrów, co poważnie zwiększa nasze możliwości odstraszania.

Warto przypomnieć, że Departament Stanu USA wydał w marcu oficjalną zgodę na zakup przez Polskę aż 821 sztuk tego typu pocisków. Docelowo F-35A stworzą zgrany duet z użytkowanymi już przez Polskę myśliwcami F-16, tworząc rdzeń obrony powietrznej kraju.

Więcej na Spider's Web:

Dostawy potrwają do końca dekady

Proces wdrażania F-35 do polskich sił powietrznych to operacja rozłożona na lata. Pierwszy egzemplarz dla Polski zjechał z linii produkcyjnej w listopadzie 2024 r.

Nasze F-35A stacjonowały dotychczas w amerykańskich bazach, gdzie polscy piloci, instruktorzy oraz personel naziemny przechodzili rygorystyczne, wielomiesięczne szkolenia z obsługi tak skomplikowanego systemu uzbrojenia.

Przylot trzech pierwszych egzemplarzy do Łasku zamyka etap szkolenia początkowego w USA, kolejne schodzące z taśm montażowych samoloty będą już kierowane bezpośrednio do Polski. Plany są bardzo napięte. Do końca tego roku w kraju ma zameldować się łącznie 14 egzemplarzy F-35. Następna transza, licząca kolejne 12 sztuk, dotrze nad Wisłę do końca 2027 r. Ostateczny finał dostaw całego zamówienia obejmującego 32 myśliwce zaplanowano na 2029 r.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

08.06.2026 10:17

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T11:23:07+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T11:09:03+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T11:00:59+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:17:44+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:04:46+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T09:08:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

System kaucyjny działa za dobrze. Dlatego pojawił się nowy problem

8 czerwca 2026, 10:04
kaucja

"Stwierdzenie, że wzrost kosztów wynika z uruchomienia w Polsce systemu kaucyjnego, jest zbyt daleko idące" – przekonywało kilka miesięcy temu Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Nie brakowało jednak w Polsce gmin, które właśnie nowymi przepisami tłumaczyły podwyżki opłat za wywóz śmieci.

Główne przyczyny tej sytuacji to wzrost ilości odpadów o 12 proc., skok płacy minimalnej o 80 proc., inflacja na poziomie 43 proc. oraz nowe regulacje, w tym system kaucyjny, który obniżył nasze przychody o ponad 2 mln zł - wyjaśniał w grudniu 2025 r. Piotr Kryszewski, dyrektor zarządzający ds. Zielonego Gdańska. 

Jak informuje portal trojmiasto.pl, trójmiejskie wysypiska już podliczają pierwsze straty związane z systemem kaucyjnym. Według ich przewidywań te będą jeszcze rosły. 

"Nie można zgodzić się ze stanowiskiem, że system kaucyjny jest neutralny finansowo dla gmin" - odpowiadał Kryszewski na jedną z interpelacji.

Najbardziej wartościowe, a jednocześnie lekkie frakcje (m.in. PET, czyli plastik) częściowo opuszczają system gospodarki odpadami komunalnymi. W I kwartale 2026 r. odnotowano spadek ilości PET: bezbarwnego o ok. 33 proc., niebieskiego o 41 proc., a zielonego o 51 proc. Przełożyło się to na spadek przychodów ze sprzedaży surowców o ok. 700 tys. zł (ok. 38 proc.). Szacuje się, że roczna utrata przychodów może przekroczyć 8 mln zł - precyzował. 

Co jednak najważniejsze, najciekawsze i paradoksalne, "na obecnym etapie wpływ systemu kaucyjnego na budżet Gdańska w 2026 r. oceniany jest jako marginalny". Czyli konsekwencje są, ale ostatecznie nie aż tak duże. 

Mowa tu jednak o 2026 r. A co dalej? W Gdańsku zaznaczają, że trzeba poczekać na koniec roku, aż spłyną wszystkie dane. Podobnie twierdzi Marcin Paszkiewicz, rzecznik Eko Doliny. Spółka wprawdzie już odnotowała spadek liczby butelek PET i puszek, co przekłada się na obniżenie przychodów z ich sprzedaży. 

- Bardziej wiarygodna ocena skutków funkcjonowania systemu kaucyjnego będzie możliwa najwcześniej po ok. roku od jego wdrożenia, gdy dostępne będą dane obejmujące pełny cykl jego działania - dodaje. 

Eko Dolina zapewnia jednak, że "nie planuje obecnie podwyższania opłat za zagospodarowanie odpadów".

Systemem kaucyjnym usprawiedliwiano podwyżkę opłat za odbiór śmieci w Olsztynie

Tamtejszy Urząd Miasta wymieniał jeszcze inne czynniki, jak np. rosnące ceny paliwa czy wyższe koszty pracy, a za ten najważniejszy uznano… wzrost ilości odpadów odbieranych od mieszkańców Olsztyna. 

Nadzieje na możliwość utrzymania dotychczasowych cen miało dać wprowadzenie systemu kaucyjnego, jednak mimo tego w I kwartale tego roku odnotowaliśmy wzrost ilości odpadów ze szkła o 3 procent, a tworzyw sztucznych o 6 procent. Natomiast łączna masa odpadów odebranych w tym okresie była o 5,5 procent wyższa, niż w analogicznym okresie poprzedniego roku - mówił Patryk Pulikowski z Urzędu Miasta Olsztyna, cytowany przez Radio Olsztyn.

"Pożyjemy, zobaczymy" - mówią w natomiast Koninie. Paweł Adamów, zastępca prezydenta, przyznał, że choć nie jest zwolennikiem systemu kaucyjnego, to "na pewno nie wpłynie on negatywnie" na miasto. Tam też zwracano uwagę, że rośnie liczba odpadów wielkogabarytowych, które są droższe do zagospodarowania. 

Mniejsze przychody w sortowniach odnotowano w Łodzi, ale na razie nikt nie mówi o podwyżkach opłat za wywóz śmieci. 

Tomasz Ogorzały, prezes EkoNysa, w rozmowie z portalem "Nowiny Nyskie" przyznaje, że przez system kaucyjny do sortowni trafia znacznie mniej butelek PET. Straty szacowane są na "dużo więcej niż 600 tys. zł".

Sam prezes EkoNysa dodaje jednak, że system kaucyjny pomoże gminie w osiągnięciu wymaganego poziomu recyklingu. A to dlatego, że każdy operator butelkomatów ma obowiązek raportowania gminie liczbę zwracanych opakowań. "Nie będzie już problemu z osiąganiem wymaganych poziomów recyklingu" – ocenił Ogorzały.  

Temat podwyżek opłat za wywóz śmieci poruszony został niedawno przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska jako przykład narracji dezinformacyjnej

- W tej narracji podważana jest skuteczność systemu kaucyjnego. Pojawiają się twierdzenia, że system zwiększa koszty wywozu odpadów, prowadzi do większego śladu węglowego lub nie poprawia poziomu recyklingu. Eksperci wskazują jednak, że większość dostępnych analiz środowiskowych pokazuje odwrotny efekt - wyższy poziom zbiórki opakowań i lepszą jakość odzyskiwanego surowca - przekonuje resort. 

Zdjęcie główne: Fariddudin Ar-razi AB / Shutterstock.com

Adam Bednarek

08.06.2026 10:04

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T09:08:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Tajemnica płac to potężna władza. A my oddaliśmy ją szefom

8 czerwca 2026, 09:40
fot. Shutterstock / Drawlab19

"Ile zarabiasz?" – pytanie, które w polskich firmach i instytucjach przez dekady uchodziło za niestosowne, a w wielu miejscach było wręcz nieformalnie zakazane, staje się fundamentem nowego ładu społecznego. Być może niebawem przestaniemy je wypowiadać szeptem i w tajemnicy przed przełożonymi. Wszystko za sprawą wchodzącej w życie unijnej dyrektywy o transparentności wynagrodzeń, która może zakończyć erę domysłów i sekretów w zakresie płac.

Dyrektywa, znana szerzej jako Pay Transparency Directive, to unijne prawo, które ma raz na zawsze zlikwidować lukę płacową ze względu na płeć oraz wymusić stosowanie zasady równej płacy za taką samą pracę lub pracę o równej wartości. Nowe przepisy nakładają na pracodawców obowiązek ujawniania widełek płacowych, regularnego raportowania różnic w pensjach oraz opierania polityki wynagrodzeń wyłącznie na obiektywnych i neutralnych kryteriach.

Efekty regulacji  mamy odczuć już na etapie rekrutacji. Kandydaci zyskują bowiem prawo do informacji o widełkach wynagrodzeń jeszcze przed pierwszą rozmową kwalifikacyjną, czyli na przykład w ogłoszeniu o pracę. Zmiany idą jednak znacznie dalej i obejmują także osoby już zatrudnione, które zyskują narzędzie w postaci prawa do informacji o płacach. Każdy pracownik będzie mógł złożyć wniosek do pracodawcy z żądaniem przedstawienia danych o indywidualnym poziomie wynagrodzenia oraz o średnich zarobkach w grupach osób wykonujących te same obowiązki.

Czy same przepisy będą wystarczające, aby zmiana była realna? Tutaj  nie brakuje wątpliwości. O tym rozmawiamy z  Aliną Czyżewską, byłą aktorką teatralną, dziś polską działaczką polityczno-społeczną, która jest ambasadorką kampanii #ZnamyStawki promującą transparentność wynagrodzeń.

Alina Czyżewska jest ambasadorką kampanii #ZnamyStawki promującą transparentność wynagrodzeń Fot. Szymon Łaszewski

Alina Czyżewska jest ambasadorką kampanii #ZnamyStawki promującą transparentność wynagrodzeń Fot. Szymon Łaszewski

Jest Pani, jak sama o sobie mówi, byłą już aktorką. Jednak zna Pani teatr, i w ogóle artystyczne środowisko. A to środowisko hierarchiczne, oparte na nierównościach, układach, znajomościach; mało kto zna w nim swoje stawki czy wysokość pensji. Dlaczego?

Żyjemy w kulturze tajemnicy pieniądza. Rozmawianie o pieniądzach owiane jest zaklęciami, które służą tym, którzy je rzucili. Stąd te wszelkie powielane frazesy w stylu: dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach.

Nie będę w takim razie dżentelmenem i zapytam, czy w Pani aktorskiej karierze były chwile, że tajemnica wokół zarobków dała się Pani we znaki?

Powinniśmy pamiętać, że jesteśmy przede wszystkim obywatelami, pracownikami, a nie „dżentelmenami”. Kiedy słyszymy takie stwierdzenie, trzeba się zastanowić, komu ono służy. 

Komu?

Zazwyczaj tym, którzy są wyżej w hierarchii. Dam Panu przykład z mojego dawnego teatralnego świata. Codziennością jest w nim wciąż to, że aktorzy grający tę samą rolę dostają różne stawki, bo ktoś miał lepsze zdolności negocjacyjne. Wiem, że dla wielu to jest oczywistość – jak sobie nie wyszarpiesz, to twoja strata. Tylko że my nie żyjemy w dżungli, ale w demokratycznym państwie prawa, które obliguje dyrektorów do stosowania konstytucji i Kodeksu pracy, czyli do równego traktowania i niedyskryminowania. Wiem, dla wielu to szok.

Aktorzy etatowi są inaczej traktowani niż gościnni.

Znam przypadek, że aktor, znajomy dyrektora, pojawiał się na scenie na trzy minuty, a dostał stawkę za spektakl kilkukrotnie wyższą niż dziewczyna, która grała główną rolę. Ale co najważniejsze, informacja ta wypłynęła przypadkiem. Wszystkim dyrektor mówił, że stawki są niskie, bo teatr jest biedny. Okazuje się, że jednym płaciło się mniej, by kumple dyrektora dostali kilka stów za trzy minuty na scenie.

To znaczy?

Znam przypadek, że aktor, znajomy dyrektora pojawiał się na scenie na trzy minuty a dostał stawkę za spektakl kilkukrotnie więcej niż dziewczyna, która grała główną rolę. Ale co najważniejsze, informacja ta wypłynęła przypadkiem. Wszystkim dyrektor mówił, że stawki są niskie, bo teatr jest biedny. Okazuje się, że jednym płaciło się mniej, by kumple dyrektora dostali kilka stów za trzy minuty na scenie.

Niestety to codzienność w wielu teatrach, którą umożliwia brak transparentności, a wręcz zakaz rozmawiania o stawkach. To zakaz oczywiście bezprawny.

Dlaczego nie ma tej transparentności?

Chyba po prostu nigdy nie było inaczej. Żyjemy w kulturze tajemnicy – ona jest jakąś naszą dziwną normą. To ciekawy temat do jakichś badań socjologiczno-historyczno-psychologicznych.

fot. Shutterstock / Drawlab19

Uznaniowość w kwestii premii i wynagrodzeń może prowadzić do nieprawidłowości fot. Shutterstock / Drawlab19

A co z aktorami gościnnymi?

Tutaj też często panuje uznaniowość. Nie ma w ramach kontroli zarządczej ustanowionych transparentnych reguł określania stawek ani dla pracowników artystycznych, ani dla twórców i twórczyń z zewnątrz. Jesteś gwiazdą, kumplem dyrektora – zjadasz ogromny kawał budżetu. Reszta musi się cieszyć z ochłapów i nie narzekać, bo dostaniesz łatkę trudnej aktorki czy aktora. Albo reżysera. Młodych twórców szczególnie traktuje się jak wyrobników. Niektóre teatry wręcz wychodziły z założenia, że oto dają szansę, że ktoś u nich może wyreżyserować, i wpisanie sobie tego do CV powinno być wystarczającym wynagrodzeniem. Z jednym takim czołowym teatrem już wyjaśniliśmy, że to patologia, i wprowadzono w końcu cywilizowane zmiany. Ale musiał zmienić się dyrektor.

Ale chyba krążą chociaż mniej więcej jakieś stawki, bo jak inaczej żyć, planować wydatki?

Oczywiście krążą w kulisach, po korytarzach. Tylko proszę zwrócić uwagę, jak my wtedy o tych pieniądzach rozmawiamy.

Jak?

Przyciszonym głosem. Szepcząc.

Dlaczego?

Bo uwierzyliśmy, że nie wypada? Że to nieeleganckie? Mamy w sobie zakorzenione przekonanie, że o pieniądzach może mówić tylko władza. Ci wyżej od nas. Czujemy pod skórą, że to niesprawiedliwe, ale jednocześnie dajemy prawo szefom, dyrektorom publicznych placówek, ale też menedżerom w firmach, słowem tym, którzy mają władzę, aby tą tajemnicą dotyczącą stawek zarządzali. Ta dysproporcja informacji to w ich rękach ogromna władza.

Te relacje władzy są zresztą obecne nie tylko w świecie twórców, artystów, lecz także szerzej w świecie pracy ogółem.

Przywilej zawsze podąża za silniejszym. A w relacji pracownik – pracodawca przytłaczająca większość tych pierwszych jest słabsza. Musi się podporządkować. My jesteśmy tego posłuszeństwa uczeni od najmłodszych lat w systemie oświaty.

To znaczy?

Polska szkoła nie wyszła z mentalności poddanego. Jesteśmy w niej trenowani do tego, aby klękać przed silniejszym. Podporządkowywać się, słuchać, wręcz wyznawać. Pracować na niego. Spędzamy 12 lat w systemie oświaty, w którym wchłaniamy ten standard nieintencjonalnie, przez osmozę. Na WOS-ie czy na edukacji obywatelskiej można mówić o wartościach i demokracji, ale w szkole wciąż rządzi nie prawo, ale wola nauczycielki czy nauczyciela.

Czyli szkoła kształtuje ludzi na posłusznych pracowników?

Dokładnie. Szkoła jest naszym pierwszym doświadczeniem państwa i społeczeństwa. Uczy nas, aby nie sprawiać problemów. Nie zadawać niewygodnych pytań. Mamy być potulni i się uśmiechać. Oczywiście są szkoły, wyjątkowi nauczyciele, ale to promil. W większości szkół młody człowiek, oczywiście nieintencjonalnie (bo dorośli powielają schematy, w których sami się wychowali), trenowany jest do posłuszeństwa. Potem idzie do pracy, do dorosłego życia, nauczony, że z władzą się nie dyskutuje.

A to się jednak nie zmieniło? Dziś jest inaczej niż choćby dwie, trzy dekady temu. Teraz to dzieci wchodzą nauczycielom na głowę, przy wsparciu rodziców zresztą. Nauczyciel zwykle nie ma już takiej władzy jak dawniej, bo często nie może używać narzędzia, które mu tę władzę dawało, czyli strachu, przemocy, poniżania. 

Dzieci przeczytały prawo i zaczęły domagać się jego respektowania. I tu pojawił się problem, bo wiele szkół tego prawa nie zna. Oparte są na "zawsze tak było"; "szacunek do starszych" oznacza tak naprawdę podporządkowanie się i niedyskutowanie z bezprawną zasadą ustanowioną przez nauczyciela. Nie chcę tu wymieniać konkretnych naruszeń, bo to odrębna opowieść, piszę o tych przypadkach dużo w social mediach. Efekt jest taki, że uczniowie uczą się, że każda władza może sobie ustanawiać ot tak zasady, a uczniowie mają wokół tej władzy „tańczyć”. A więc uczą się, że u tego nauczyciela można poprawiać tylko jedynkę. To bezprawne. A u innego można poprawiać, jak się spełni jakieś jego warunki. To też bezprawne. W tej szkole można mieć kolorowe włosy, ale nie można tatuaży. Nie ma obiektywnych praw, każda władza rości sobie prawo do ustanawiania własnych – a my mamy się podporządkować. W ten sposób uczymy się relacji władzy. Zamiast więc wychowywać dzieci do społeczeństwa, w którym są znane i respektowane prawa, którym podlega także władza – nauczyciele, zamiast rozwijać świadomość i kompetencje obywatelskie, uczymy ludzi, aby byli grzecznymi poddanymi.

fot. Shutterstock / Drawlab19

W szkołach uczniowie przygotowywani są do bycia posłusznymi pracownikami w przyszłości fot. Shutterstock / Drawlab19

Jednak w szkołach nie ma tajemnicy ocen. Wiemy, kto i dlaczego dostał piątkę albo jedynkę. O tych ocenach się rozmawia. Dlaczego to przekłada się na zachowania w pracy i to, że o zarobkach się nie rozmawia? 

Oceny są jawne dla ucznia i rodzica. Nie dla całej klasy. Widzisz, tu mamy kolejną patologię – ocenianie. To, co odbywa się w polskich szkołach pod hasłem „ocenianie”, w jakichś 90 procentach jest niezgodne z artykułem 44b ustawy o systemie oświaty. Ocena nie jest ani nagrodą, ani karą. A nawiązując do Twojego pytania – nie jest także zapłatą. Jest informacją o postępach w edukacji. Dzięki aktywistkom, aktywistom i NGO-som edukacyjnym, w szkołach zachodzą duże zmiany.

Dziś jednak pracownikami są głównie absolwenci „tamtej” szkoły.

Ludzie 30+ są pokoleniowo bardziej wychowani przez szkołę na ludzi posłusznych, którzy się nie buntują, akceptujących panujące zasady, a nie z nimi walczących. Dlatego kultura tajemnicy pieniądza może trwać niewzruszenie. Wysysamy ją wręcz z mlekiem matki, bo rodziców też tak wychowano. Nie rozumiemy, że tajemnica wynagrodzeń to nie jest obiektywna rzeczywistość, tylko kultura, którą należy zmienić. Wciąż, jak ktoś powie: "czary-mary, nie możesz mówić o swojej stawce", to my wierzymy, że ma do tego prawo. Bzdura. Aby pracodawca mógł wprowadzić tajemnicę wynagrodzeń, sytuacja musi spełniać wyśrubowane prawne okoliczności, i bynajmniej nie dotyczy to instytucji kultury.

Próbuje Pani to zmieniać, będąc twarzą kampanii #ZnamyStawki, która promuje jawność wynagrodzeń i szerzej transparentność w świecie pracy. Udaje się sprawiać, żeby ten czar prysł?

To trudne, ale tak, czasem się udaje. Tych, którzy rozumieją, jest coraz więcej. Zmiana mentalna następuje nawet dość szybko. Jawność się opłaca nam wszystkim – tworzy zdrowsze środowisko, które może się samonaprawiać. Ludzie zaczynają rozumieć, dlaczego na tajności tracą i co mogą na jawności zyskać.

Niestety jednak wiele osób wciąż żyje w tym "czary-mary tajne", że nawet kiedy mówi bliskim o swoich zarobkach, to ma wrażenie, że robi coś złego. My jesteśmy zaczarowani, nie potrafimy korzystać z naszych praw. Próbujemy to odczarować. Tłumaczymy, że mówienie o tym, ile ktoś zarabia, nie jest czymś przeciwko komuś, a już najbardziej nie przeciwko koleżance z biurka obok. To dla nas, pracowników, jedyny sposób sprawdzania, czy np. nie jesteśmy dyskryminowani. Bo nie brakuje przypadków, że pracownicy wykonują dokładnie te same obowiązki, a ich zarobki są zupełnie różne.

Obowiązki te same, ale może efekty pracy inne. Może ktoś robi to samo, ale sprawniej, z lepszymi efektami. Może stąd ta różnica? Nie boi się Pani, że siłowe rozwiązanie, np. przepisy, mogą rodzić tutaj niesprawiedliwości?

W sytuacji, którą opisujesz, ta różnica w zarobkach nie byłaby podważana. Tu jawność też się przecież przydaje: ja dostaję mniej, a Ty więcej, bo robisz robotę na poziomie, do którego ja nie dowożę. Dostajesz więcej – i ja to rozumiem, zaś Ty masz poczucie, że pracodawca sprawiedliwie Cię wynagradza. Albo dostajesz premię. Problemem jest inna sytuacja – i tu znów przykład z życia – że dokładnie tę samą pracę wykonują dwie osoby w dziale. Jedna została zatrudniona 10 lat temu, druga rok temu. Ta druga zarabia 30 procent więcej, bo kiedy przyjmowana była do pracy, to już się rynek zmienił, stawki wzrosły. Ale nie wzrastały proporcjonalnie wynagrodzenia pracowników zatrudnionych 10 lat temu. Pracownicy o tym przez długi czas nie wiedzieli, bo przecież „o pieniądzach się nie rozmawia”. I tak w tej kulturze tajemnicy, w teatrze publicznym, robiącym spektakle politycznie czy społecznie zaangażowane, w biały dzień naruszana jest Konstytucja i Kodeks pracy. Pieniądze na realizowanie się dyrekcji w roli reżysera są, pieniędzy na traktowanie ludzi zgodnie z Konstytucją – nie ma.

fot. Shutterstock / Drawlab19

Istnieje tajemnicy wynagrodzeń służy lepiej wynagradzanym fot. Shutterstock / Drawlab19

Co jeszcze robi nam ta tajemnica wynagrodzeń?

To przekłada się cały na świat pracy. Znów podam przykład z mojego dawnego środowiska, czyli teatru. Aktorzy wymyślili, że przy okazji premiery spektaklu o nierównościach społecznych, podczas konferencji prasowej zrobią protest na temat uwłaczających zarobków aktorów etatowych, adresując problem do ministry i premiera. Tylko że to nie oni kształtują zarobki w teatrze, ale dyrektor. Kiedy wysłałam do teatru pytania o zarobki w trybie informacji publicznej, to okazało się, że wszyscy protestujący zarabiają bardzo dobrze, nawet kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie. Zaś najgorzej traktowaną finansowo grupą w ich teatrze są osoby techniczne i niektóre w administracji, a różnice w zarobkach na pełnym etacie są nawet 5-krotne. O nich się nie upomnieli w swym zafałszowanym proteście.

I co to nam mówi?

To, że funkcjonowanie w tajemnicy wynagrodzeń może służyć tym, którzy są lepiej wynagradzani. Może służyć zakłamywaniu rzeczywistości. Ukrywaniu hipokryzji. Ktoś kreuje się jako uciśniony ekonomicznie, chce dla siebie więcej, a to jest publiczne kłamstwo. Jawność pokazuje, że problemem w kulturze nie jest brak pieniędzy, tylko ich dystrybucja. Bo faktycznie są bardzo słabo i poniżej godności wynagradzani pracownicy i pracowniczki w kulturze, ale bynajmniej nie są to aktorzy w tym teatrze. Brak solidarności i granie na siebie – obrzydliwe.

Może o jawność powinni walczyć związkowcy jako przedstawiciele pracowników?

Ten protest zrobili właśnie związkowcy. Poza tym w teatrach, ale i szerzej w instytucjach kultury związki zawodowe bywają zblatowane z władzą. Żyją z dyrektorami bardzo dobrze. Przewodniczący chodzi do dyrektora na kawkę, dostaje role, mieszkanie służbowe, gra częściej, więc więcej zarabia, a jego działalność związkowa polega na uspokajaniu kolegów i koleżanek. 

Myślałem, że jest odwrotnie, że władza mści się na związkowcach za to, że walczą o pracowników.

Bywają i tacy związkowcy, oczywiście, i ponoszą duże koszty za swoje zaangażowanie. Ale bardzo często związki są przychylne władzy. Funkcjonują trochę jak samorządy szkolne w wielu szkołach – są jak paprotki. Służą dekoracji władzy, a nie walce o poszanowanie praw pracowniczych. Przykład: dyrektor zapowiada, że jak będzie trzeba, to próba generalna może potrwać nawet i do 3 w nocy. To w oczywisty sposób niezgodne z prawem. Aktorzy proszą więc szefa związków, by zainterweniował, a ten odpowiada kolegom, że dyrektor ma takie prawo, no i że "zawsze tak było". Skoro zawsze tak było, to co on do cholery przez lata robił jako szef związków?

To zaprzeczenie tego, czym powinien być związek zawodowy i stojących za nim wartości. Spore rozczarowanie i niewykorzystana szansa.

Tak, bo związki zawodowe mogłyby być narzędziem, aby doprowadzić do tego, że wynagrodzenia są inaczej kształtowane. Mogłyby podejmować temat jawności płac. Niestety jednak zbyt często swój partykularny interes stawiają wyżej niż interes pracowników.

Do czego jeszcze prowadzi brak jawności wynagrodzeń?

Do rozbijania solidarności pracowniczej. Widać to w sytuacji, kiedy w firmie pojawia się kryzys. Pracownicy są niezadowoleni. Chcą zmian. Buntują się, są gotowi działać razem. Wtedy dyrektor daje jednemu czy drugiemu pracownikowi premię, rolę w zamian za lojalność. Nagle ktoś zostaje łamistrajkiem, wsączane są "wątpliwości" i motywacja do oporu wśród pracowników spada. Tego, nawiasem mówiąc, też jesteśmy uczeni w szkole.

Czego?

Tego, że nie umiemy być solidarni. Nie rozumiemy, że nasz jeden mały zysk nie jest wart zepsucia zespołu. Jest tak, bo nadal bardzo lubimy być blisko stołu pana i czekać, czy nam coś z niego spadnie.

A czy te nierówności zawsze są złe? Bywa, że czasami motywują. Nie widzi Pani ryzyka, że powszechna równość w płacach źle wpłynie na tych ambitnych, utalentowanych. W końcu po co się starać, skoro i tak zarobię tyle samo, co mniej pracowity kolega. 

Ale ja nie mówię, że jawność płac oznacza równość płac. Różnice są i będą – chodzi o to, by były uzasadnione i sprawiedliwe.

fot. Shutterstock / Drawlab19

W Polsce skala mobbingu jest ogromna fot. Shutterstock / Drawlab19

Aby wprowadzić jawność wynagrodzeń, instytucje i firmy musiałyby zrobić porządek z niesprawiedliwym systemem płac w swoich organizacjach. Nie robią tego, bo im się to opłaca i wymaga dużo zachodu. Podobnie zresztą jak z mobbingiem, z którym mamy ogromny problem.  

Tak, skala mobbingu jest ogromna. Transparentność jest zresztą niedocenianym narzędziem do przeciwdziałania mobbingowi. Odbiera pracodawcy narzędzie do manipulowania pracowniczkami i pracownikami, do uzależniania ich od swojej łaski i niełaski, do budowania dworu mobbera.

W wielu firmach są jednak procedury, można zgłaszać nieprawidłowości, które potem badają komisje.

Komisja złożona z kolegów szefa ma stwierdzić, że nie dopełnił on obowiązków przeciwdziałania mobbingowi? Przecież to absurd. Bo skoro stwierdziłaby, że mogło dojść do mobbingu, to wiadomo, że ktoś zawinił i tym kimś obok sprawcy jest dyrektor, bo to na nim ciąży prawna odpowiedzialność za wystąpienie mobbingu. Często przecież sam dyrektor mobbinguje. Zauważmy, że przepisy Kodeksu pracy nie mówią nic o komisjach. Komisje jako wyczerpanie obowiązku "przeciwdziałania mobbingowi” to wymysł pracodawców i firm szkoleniowych. Przecież jak jest powoływana komisja, to znaczy, że już doszło do zachowań niepożądanych – a Kodeks pracy każe tym zachowaniom zapobiegać, a nie tylko reagować, kiedy wystąpią.

Pytanie, jakie należy postawić, to: co robią pracodawcy, aby nie doszło do mobbingu? I tu znów dochodzimy do transparentności finansowej: jawność wynagrodzeń, premii, dodatków, nagród jest wspaniałym narzędziem do przeciwdziałania mobbingowi.

Dlaczego?

Żonglowanie dodatkami i nagrodami to także kupowanie lojalności ludzi, rozbijanie solidarności, to jedno z narzędzi dyrektorki czy kierownika – mobbera. A kiedy widzę, że premie są sprawiedliwe, czyli że kolega z mojego działu zrobił super projekt, miał pomysł, napracował się i osiągnął sukces, to faktycznie rozumiem, dlaczego moja premia jest niższa.

To co z tym można zrobić? Jakich narzędzi szukać? Skoro tradycyjne, jak związki zawodowe nie są do końca skuteczne. Może po prostu nagłaśniać niesprawiedliwości w mediach społecznościowych?

Oczywiście można, ale to nie zawsze przynosi skutek, a na pewno nie systemowy.

Bo jest zależne od algorytmu? Wynika z tego, że potrzebujemy rozwiązań systemowych, a nie liczenia na to, że nasz post akurat – mówiąc kolokwialnie – zażre. I  oto  jest systemowe rozwiązanie: dyrektywa o transparentności wynagrodzeń, która właśnie jest wdrażana w naszym kraju. Pracodawcy będą musieli np. publikować widełki płac w ofertach pracy.

Widzimy już, że lobbing biznesu był tutaj tak silny, że przepisy można było rozmyć, wypaczyć tak, aby dogodzić swoim. Niestety często jest tak, że pomysł i założenie są dobre, a potem i tak wychodzi, że korzystają silniejsi. 

Mam wrażenie, jakby prawo Unii Europejskiej zakładało, że wszystkie kraje unijne mają dojrzałą demokrację i dojrzałe instytucje. My ich jeszcze nie mamy i jesteśmy w stanie wypaczyć nawet najlepszą unijną dyrektywę. Dlatego potrzebujemy silnego społeczeństwa obywatelskiego. Inaczej cały czas będziemy robieni w konia przez władzę.

fot. Shutterstock / Drawlab19

Bez zmian w edukacji nie będzie bardziej świadomych obywateli fot. Shutterstock / Drawlab19

Wyczuwam – delikatnie mówiąc – sceptycyzm co do sukcesu wdrożenia. To może coś innego?

Oczywiście. Powtarzamy od lat, że trzeba wzmocnić Inspekcję Pracy i sposób jej działania. Inspektorzy pracy muszą zacząć krytycznie i merytorycznie oceniać regulaminy wynagradzania, pracy i „procedurki” antymobbingowe, a nie tylko odhaczać, że są.

A może trzeba po prostu głębszej zmiany mentalności? Może przyjdzie wraz ze zmianą pokoleniową? Mówi się, że Zetki inaczej podchodzą do pracy. Dbają o work-life balance, nie chcą pracować tak dużo, jak ich rodzice. 

Zmiana musi zacząć się od tego, od czego zaczęliśmy rozmowę, czyli szkoły. To obszar, w którym jako społeczeństwo mamy wpływ na przyszłość; na to, jacy będą późniejsi obywatele. Czy będą świadomi, czy też nie? Czy będą upominać się o swoje prawa, czy też nadal będziemy kształtować w ludziach kompetencje poddańcze? Nie wyjdziemy z mentalności folwarcznej, jeśli nie zaczniemy naprawdę poważnie przyglądać się temu, jak naruszane jest prawo powszechne w szkołach.

To jak za kilka czy kilkanaście lat będzie wyglądał rynek pracy? Wierzy Pani, że młodzi będą mieli inne podejście? Kiedy te Zetki będą już szefami, dyrektorami, będziemy mieli jawność wynagrodzeń?

Mam nadzieję, że będzie lepiej. Rośnie świadomość. Jesteśmy w procesie zmian. Teraz pozostaje tylko pytanie: czy na to, żeby było po ludzku, poczekamy 10, czy 100 lat?

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T11:23:07+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T11:09:03+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T11:00:59+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:17:44+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:04:46+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T09:08:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:30:00+02:00

Składany iPhone na nowych zdjęciach. Jedna decyzja Apple'a może rozczarować

8 czerwca 2026, 09:08

Po latach odgrzewania kotletów - i zeszłorocznej przerwie na jednorazowy wyskok z bitkami - Apple na ten rok szykuje swoją odpowiedź na ofensywę konkurencji w kategorii składanych smartfonów. Choć o iPhonie Fold informowaliśmy już nie raz i nie dwa, tym razem do sieci trafiły prawdopodobnie najdokładniejsze dotąd zdjęcia konstrukcji urządzenia. Ich autor przy okazji podzielił się informacją, która może zaskoczyć. A niektórych wręcz zniesmaczyć.

Tak będzie wyglądać iPhone Fold. Oto najlepsze dotąd fotki

Za publikację odpowiada Sonny Dickson, jeden z najbardziej rozpoznawalnych informatorów zajmujących się produktami Apple'a. Udostępnione fotografie co prawda nie pokazują działających urządzeń, lecz atrapy przygotowane przez Apple'a dla producentów akcesoriów. Takie egzemplarze służą do projektowania etui i innych dodatków jeszcze przed oficjalną premierą, dlatego zazwyczaj wiernie odwzorowują wymiary oraz rozmieszczenie najważniejszych elementów obudowy.

Zdjęcia potwierdzają większość wcześniejszych przecieków dotyczących pierwszego składanego iPhone'a. Smartfon ma wykorzystywać konstrukcję przypominającą książkę. Po rozłożeniu użytkownik otrzyma ekran o przekątnej około 7,8 cala, podczas gdy zewnętrzny wyświetlacz ma mieć około 5,5 cala.

Charakterystyczne są również proporcje urządzenia. Zamiast długiej i wąskiej bryły znanej z większości współczesnych smartfonów Apple ma postawić na szerszą formę przypominającą paszport.

Zdjęcia ujawniają także kilka nowych szczegółów konstrukcyjnych. Wewnętrzna kamera do rozmów wideo została umieszczona w lewym górnym rogu dużego ekranu. Zewnętrzny wyświetlacz rozciąga się niemal od krawędzi do krawędzi i jest delikatnie zakrzywiony po bokach. Na tylnej części obudowy znalazł się poziomy moduł z dwoma aparatami fotograficznymi.

Dotychczasowe przecieki sugerują, że Apple zamierza zrezygnować z Face ID. Za uwierzytelnianie użytkownika ma odpowiadać czytnik linii papilarnych Touch ID umieszczony w przycisku zasilania. W nieoficjalnych doniesieniach pojawiały się także informacje o bardzo cienkiej, tytanowej konstrukcji, która po rozłożeniu ma mieć około 4,5 mm grubości.

Najciekawsza informacja nie dotyczy jednak specyfikacji czy konstrukcji urządzenia

Według Dicksona składany iPhone może trafić do sprzedaży wyłącznie w białym kolorze. Podobne doniesienia opublikował wcześniej chiński informator Instant Digital. Jeśli przecieki okażą się trafne, użytkownicy nie otrzymają nawet klasycznej czarnej wersji, która od lat stanowi podstawę oferty Apple'a.

Taka decyzja mogłaby wprawić część klientów w konsternację, zwłaszcza że mowa o urządzeniu, którego cena ma przekroczyć 2000 dol. (ok. 7370 zł). Przy tak wysokim koszcie wielu nabywców będzie oczekiwać szerokich możliwości personalizacji, a wybór koloru pozostaje jednym z najprostszych sposobów wyróżnienia własnego urządzenia.

Oczywiście można też się spierać, że Apple już nie raz cierpiał na designerski daltonizm. Pierwszy iPhone był dostępny tylko w jednej wersji kolorystycznej. Podobnie wyglądała sytuacja w przypadku pierwszego iPada. W ostatnich latach także Vision Pro oraz Apple Watch Ultra debiutowały z bardzo ograniczonym wyborem wykończeń, a sam iPhone 17 Pro jest dostępny w tylko trzech wariantach kolorystycznych - o jeden mniej niż przez ostatnie lata dawał nam Apple.

Tę sytuację ma rekompensować jakość wykonania iPhone'a Fold. Źródła związane z łańcuchem dostaw od miesięcy wskazują, że Apple koncentruje się przede wszystkim na zawiasie oraz ograniczeniu widoczności zagięcia ekranu. Firma może również wykorzystać rozbudowany ekosystem aplikacji dla iPada, dzięki czemu większy wyświetlacz od pierwszego dnia otrzyma dostęp do bogatej biblioteki oprogramowania.

Czytaj też:

Malwina Kuśmierek

08.06.2026 09:08

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T09:08:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

"Chat jest martwy". Szykują największą zmianę w historii ChataGPT

8 czerwca 2026, 08:46
OpenAI wiąże przyszłość ChataGPT z byciem super aplikacją

ChatGPT miał skromne początki, zaczynając jako eksperymentalny chatbot do rozmów i odpowiadania na pytania. Trzy i pół roku później ChatGPT to zdecydowanie najpopularniejsza tego typu aplikacja w internecie, która przy okazji wyniosła OpenAI na technologiczne salony. Mimo to OpenAI chce zerwać z pierowtnym charakterem ChataGPT i przekształcić go w coś znacznie większego.

OpenAI chce zrobić z ChataGPT superaplikację

Jak informuje "Financial Times", firma przygotowuje największą przebudowę swojej usługi od momentu jej uruchomienia. Według ustaleń dziennika OpenAI zamierza przekształcić ChatGPT w tzw. superaplikację. Zamiast osobnych produktów i usług użytkownicy mieliby korzystać z jednego centrum dostępu do narzędzi opartych na sztucznej inteligencji. W nowej formule ChatGPT ma łączyć funkcje chatbota, agentów AI, narzędzi programistycznych oraz aplikacji zewnętrznych partnerów.

Zmiany mają zacząć pojawiać się już w najbliższych tygodniach. Początkowo obejmą stronę internetową i aplikacje mobilne ChatGPT. OpenAI planuje przeprojektować interfejs w taki sposób, aby zachęcać użytkowników do korzystania z generowania obrazów, programowania oraz usług dostarczanych przez partnerów, takich jak Canva czy Booking.com.

Wewnątrz firmy coraz silniejsze staje się przekonanie, że przyszłość sztucznej inteligencji nie należy do chatbotów odpowiadających na pytania. Jeden z wysokich rangą pracowników OpenAI miał nawet pokusić się o stwierdzenie "chat jest martwy".

W wizji firmy, zamiast prowadzenia rozmów coraz większą rolę mają odgrywać agenci AI zdolni do wykonywania konkretnych zadań. OpenAI zakłada, że sztuczna inteligencja będzie organizować kalendarze, planować podróże, zarządzać obowiązkami czy realizować zadania związane z pracą bez konieczności ręcznego przełączania się między wieloma aplikacjami.

"Financial Times" cytuje także Thibaulta Sottiauxa, szefa produktów i platform OpenAI, który opisał długoterminowy cel firmy jako stworzenie osobistego agenta zdolnego pomagać użytkownikowi we wszystkich aspektach życia. Taki system miałby działać niezależnie od urządzenia, zapewniając dostęp do tych samych funkcji na smartfonie, komputerze, w przeglądarce internetowej czy podczas korzystania z asystenta głosowego w samochodzie.

Za zmianą kierunku stoją również względy biznesowe. OpenAI przygotowuje się do debiutu giełdowego i znajduje się pod presją zwiększania przychodów. ChatGPT przyciągnął blisko miliard użytkowników, jednak znaczna część z nich korzysta z darmowej wersji usługi. Firma liczy, że super aplikacja stanie się skuteczniejszym kanałem kierowania użytkowników do płatnych produktów.

Jednocześnie nie jest to pierwszy raz kiedy słyszymy o "superaplikacji" OpenAI. Już w ubiegłym roku do prasy dotarły informacje, że firma chce stworzyć cyfrowego "superasystenta", który stanie się głównym punktem kontaktu użytkownika z usługami internetowymi.

Nick Turley, szef działu produktów OpenAI odpowiedzialny za ChatGPT, powiedział podczas briefingu po przemówieniu, że firma "nigdy nie miała zamiaru tworzyć chatbota; chcieliśmy stworzyć superasystenta, ale trochę zboczyliśmy z kursu"

Kierownictwo OpenAI zakłada, że wraz z rozwojem agentów AI granice między chatbotami, wyszukiwarkami, narzędziami programistycznymi i innymi kategoriami oprogramowania będą stopniowo zanikać. W takiej wizji użytkownik nie będzie uruchamiał wielu różnych aplikacji. Wszystkie zadania ma realizować jeden inteligentny asystent dostępny z poziomu ChatGPT.

Mnie jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że firmy rozwijające sztuczną inteligencję - z OpenAI na czele - próbują rozwiązywać problemy, których wielu użytkowników wcale nie ma. ChatGPT sprawdza się jako narzędzie do wyjaśniania skomplikowanych zagadnień, wspierania pracy twórczej i umiarkowanie do wyszukiwania informacji. Usilne ładowanie do niego funkcji cyfrowego agenta zarządzającego kalendarzem, rezerwującego hotele czy kupującego produkty przez internet sprawia wrażenie, że OpenAI nie rozumie z czego wziął się sukces samego ChataGPT. Mogę się założyć, że Sam Altman telepie się w konwulsjach w odpowiedzi na sugestię, że najpopularniejszy produkt firmy nie musi trzymać człowieka za rękę na każdym kroku, by być użytecznym.

Czytaj też:

Zdjęcie główne: Yarrrrrbright / Shutterstock

Malwina Kuśmierek

08.06.2026 08:46

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Robot-klaun skopał dziecko na pokazie. To nie Terminator, to ludzka głupota

8 czerwca 2026, 07:44
Unitree G1 robot

Sprawa wygląda następująco: w sieci pojawiło się nagranie, na którym przedstawiono publiczny występ robota Unitree G1 ubranego w perukę klauna. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby robot nie wykonał kopnięcia z półobrotu w stronę dziecka. Chłopiec aż zgiął się wpół z bólu.

Humanoidalny robot skopał chłopca na publicznym pokazie

Wideo trwa nieco ponad pół minuty i przedstawia publiczne wydarzenie w Chinach, w którym bierze udział humanoidalny robot Unitree G1. To dokładnie ten sam model, który możecie kojarzyć z polskiego internetu i postaci robota Edwarda Warchockiego.

Robot ubrany w perukę klauna podczas przedstawienia pokazywał swoje umiejętności w sztukach walki. Miał iść do przodu, wykonać kilka ruchów i zakończyć sekwencję kopnięciem z półobrotu. Los chciał, że na drodze maszyny stał chłopiec, który został trafiony mechaniczną nogą prosto w brzuch, w wyniku czego maluch zgiął się wpół z bólu.

Na szczęście, według chińskich mediów, dziecko nie odniosło żadnych poważnych obrażeń, mimo że na wideo przez kilkanaście sekund chłopiec leżał na ziemi po uderzeniu robota. Widownia nie była jednak spektakularnie zmartwiona całym wydarzeniem – osoba nagrywająca, podobnie jak inne starsze osoby (nie licząc dzieci), nie podjęła żadnych działań, by pomóc chłopcu.

Być może to nastąpiło zaraz po zakończeniu nagrania, nie znamy bowiem pełnego kontekstu tej sytuacji. Robot po kopnięciu po prostu się wycofał. Według Interesting Engineering robot Unitree G1 jest w stanie zaoferować moment obrotowy wynoszący ponad 100 Nm na każdy staw. To ogromna siła.

Czytaj też:

Pozostaje pytanie: zawinił robot czy człowiek?

Mimo że dzisiejsze roboty humanoidalne są wyjątkowo zaawansowane, w dalszym ciągu do ich obsługi potrzebny jest człowiek. Robot wykonuje tylko zaprogramowane ruchy. Podczas publicznego wydarzenia miał iść do przodu, prezentując sekwencję przypominającą sztuki walki.

Nie pomaga tu również fakt, że organizatorzy i osoby zarządzające maszyną nie zadbali o zachowanie bezpiecznej odległości oraz odpowiedniego miejsca dla robota. Ktoś postanowił puścić bezmyślną maszynę do przodu, nie zakładając, że przed nią może pojawić się człowiek – w tym przypadku dziecko. Chłopiec ucierpiał przez brak zasad bezpieczeństwa, o których nie pomyśleli dorośli.

To jednak nie pierwszy taki incydent z robotem humanoidalnym. W Chinach już wcześniej doszło do upadku robota, który wykonując niekontrolowane ruchy kończyn, uderzył stojącego obok mężczyznę. Oba wydarzenia to lekcja dla organizatorów wydarzeń z wykorzystaniem robotów. Kwestie bezpieczeństwa powinna być na pierwszym miejscu.

Obserwuj nas w Google Discover

Albert Żurek

08.06.2026 07:44

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Darmowa woda pachnie restauratorowi komuną. A ja wyczuwam absurd 

8 czerwca 2026, 07:10
woda

Chcesz napić się wody za darmo, masz do tego prawo. Nad takim przepisem pracuje Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, w restauracjach gratisowa kranówka przysługiwałaby klientom już od 12 sierpnia 2026 r. Goście za darmo będą mogli otrzymywać do pół litra wody z kranu. 

Nie tylko włoski sąd krytycznie ocenia tego typu pomysły. Choć w praktyce coraz więcej lokali bezpłatnie udostępnia gościom wodę z kranu, to zdaniem niektórych robienie z tego obowiązku, a nie gestu serdeczności i gościnności, pachnie dawnymi czasami i złymi nawykami. 

Ludziom to się bardzo podoba i ja tych ludzi rozumiem, bo dostają z mediów komunikat: złodziejscy restauratorzy jeżdżący maybachami będą nam dawali wodę za darmo. Nie, nie będą wam dawali wody za darmo, tylko ją wliczą w cenę innych rzeczy, tak jak robią to restauratorzy na Zachodzie, gdzie woda rzeczywiście w wielu krajach, przynajmniej kranowa, jest za darmo - mówi w rozmowie z portalem wyborcza.biz restaurator Kamil Sakałus.

Restaurator sam przyznaje, że woda z kranu jest tania, więc na tym restauracje nie stracą. Przejdzie im za to koło nosa zysk ze sprzedaży butelkowanej wody. 

"To jest problem tego, że wielu klientów, dostając darmową wodę, nie kupi nic innego do picia" - wyjaśnia. 

Jeżeli pana koleżanka poszła do restauracji z trzema koleżankami i zamówiły tylko trzy karafki wody, siedziały przy tym stoliku dwie godziny i piły wodę, to koszt pracy kelnerki, czynszu, stolika, kucharza, sprzątania itd. był wyższy niż przychód z tej wody - argumentuje restaurator. 

Mam wrażenie, że ludzie nie przychodzą do restauracji czy nawet kawiarni wyłącznie po to, aby pić wodę

To jednak tylko moje doświadczenie - klienta, a nie kogoś, kto zajmuje się prowadzeniem lokalu. Z drugiej strony jakoś nie mogę deprecjonować własnych obserwacji, z których wynika, że nawet tam, gdzie woda jest za darmo, na stolikach bywają herbaty, kawy, napoje i inne przysmaki, które nie służą wyłącznie temu, aby gasić pragnienie. 

Co więcej, goście restauracji wcale się nie wycwanili i nie przychodzą do miejsc, gdzie rozdawane są tzw. czekadełka. A mogliby. Zamawialiby danie, dostawali chleb z masłem, a potem wołali do kelnera, że jednak się rozmyślili i uciekają. Albo, jeszcze lepiej, wychodzili ukradkiem, najedzeni kromką darmowego chleba.

Z tymi rzeczami za darmo to jest ciężka sprawa. Wyobraźcie sobie, że ktoś przychodzi do restauracji i myje ręce darmowym mydłem. Korzysta z darmowego papieru toaletowego. Suszy ręce suszarką, za którą przecież nie zapłacił. Słucha lecącej muzyki, a więc ma coś na kształt darmowego koncertu. I wcale nie zamawia najdroższego dania. Czy już można zaryzykować stwierdzenie, że taki klient po prostu restauratora okrada, żeruje na jego gościnności, nie dając szansy odpłacić za skosztowanie luksusu w postaci ręczników i płynu do mycia rąk? 

Oczywiście można powiedzieć, że to wszystko jest już wliczone w ceny dań. I woda też zostanie wliczona. Ale jakoś mam wrażenie, że tak się nie stanie. A ci, dla których będzie to okazja do podwyżek, mogą spotkać się z reakcją klientów, którzy takie miejsce zaczną omijać.

Wodna histeria zaczyna się rozkręcać

Restaurator wylicza problemy. "A co, jeśli ludzie zatrują się kiepską kranówką? Kto będzie winny?" - pyta. A przecież knajpy serwują już wodę za darmo i o dramatycznych historiach jakoś nie słyszymy.

Czytamy też, że to typowy PRL, bo to "rząd decyduje w prywatnym biznesie, co ja mogę sprzedawać i po ile". Zabawne są te utyskiwania poszkodowanego przedsiębiorcy, ale tak naprawdę są przede wszystkim smutne. Jakoś wszędzie się da, a u nas, jak zwykle, nie. Trzeba bić na alarm, robić z siebie bojownika w walce z opresyjnym systemem. 

A przecież to tylko woda. Absolutnie podstawowa rzecz. Na szczęście zaczyna się to zauważać. Zaczyna oburzać fakt, że ktoś w upalny dzień, w zatłoczonym miejscu, próbuje sprzedawać wodę w nieludzkich cenach. Że 15 zł za gazowaną, owszem, schłodzoną wodę to jednak mimo wszystko przesada. I tak, biznes to biznes, a nie organizacja charytatywna. Ale są granice.

To naprawdę nie jest tak, że nagle ludzie będą przychodzić do restauracji, zamawiać wodę i siedzieć przy jednym stoliku przez trzy godziny, bo to taka atrakcja. Woda za darmo! Zaoszczędzimy na tym w ciągu miesiąca kilka groszy i miło spędzimy czas: rozmawiając przy kranówce, ale za to w knajpie! 

Naprawdę, bez przesady. Jeśli ze zwykłej gościnności rząd musi czynić prawo, to wcale nie jest to wina polityków. A raczej tych, którzy przed takim drobnym gestem się wzbraniają.

Zastanawiam się, z czego to wynika. Czy zawsze tak było, że z byle czego robiono burzę w szklance wody? Czy może to nowość, efekt uboczny współczesności, że drobiazg urasta do rangi wielkiego problemu, błahostka zasługuje na oburzenie. Skoro bicie na alarm się niesie, to warto się gorączkować, przekrzykiwać, szykować do starcia i długiej dyskusji. Jest w tym zwykłe wyrachowanie czy rzeczywiście niewiele trzeba, aby rozpalić ogień?

Cóż, to tylko jeszcze jeden dowód na to, że każdemu przyda się szklanka wody. Darmowej. Na uspokojenie.

Adam Bednarek

08.06.2026 07:10

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Webb wytropił kosmicznego potwora. Ma masę 6 mld Słońc i nie świeci

8 czerwca 2026, 06:20

Czarne dziury najłatwiej wykryć wtedy, gdy aktywnie pochłaniają materię i rozświetlają centrum swojej galaktyki. Ta była jednak wyjątkowo spokojna. Nie świeciła jak kwazar i nie dawała o sobie znać w oczywisty sposób, a mimo to astronomom udało się oszacować jej masę dzięki obserwacjom Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba. W centrum odległej galaktyki MRG-M0138 odkryto uśpioną czarną dziurę o masie około 6 mld Słońc.

Czarna dziura, której prawie nie było widać

Najprostszy sposób szukania supermasywnych czarnych dziur polega na wypatrywaniu ich uczty. Gdy gaz i pył spadają w stronę takiego obiektu, to materia rozgrzewa się do ogromnych temperatur i zaczyna świecić. W skrajnych przypadkach powstaje kwazar, czyli jedno z najjaśniejszych źródeł promieniowania we Wszechświecie. Takie obiekty da się zobaczyć z gigantycznych odległości, bo same robią wszystko, żeby zwrócić na siebie uwagę.

MRG-M0138 jest inna. To masywna, stara jak na swoją epokę galaktyka, która przestała intensywnie tworzyć nowe gwiazdy. Jej centralna czarna dziura również nie jest aktywna w typowym sensie. Nie ma tam jasnego, rozgrzanego dysku akrecyjnego, który krzyczałby do teleskopów: tutaj jestem.

Dla astronomów to znacznie trudniejszy przypadek, ale też znacznie cenniejszy. Aktywne czarne dziury są efektowne, lecz ich blask potrafi przesłaniać galaktykę gospodarza. Uśpiona czarna dziura nie oślepia obserwatorów, więc pozwala lepiej badać samą galaktykę i relację między masą czarnej dziury a ruchem gwiazd wokół niej.

Grawitacja zdradziła jej masę. Webb odczytał ślad w ruchu gwiazd

Metoda zastosowana przez astronomów nazywa się dynamiką gwiazd. W uproszczeniu polega na mierzeniu, jak szybko poruszają się gwiazdy w centrum galaktyki. Jeśli w środku znajduje się bardzo masywny, niewidoczny obiekt, jego grawitacja przyspiesza gwiazdy w najbliższym otoczeniu. Im większa masa czarnej dziury, tym silniejszy efekt.

To trochę podobne do sposobu, w jaki badano czarną dziurę w centrum Drogi Mlecznej. Tam astronomowie przez lata obserwowali gwiazdy krążące wokół Sagittariusa A* i na podstawie ich orbit wyliczali masę ukrytego obiektu. W przypadku MRG-M0138 to niemożliwe, bo galaktyka znajduje się zbyt daleko, by śledzić pojedyncze gwiazdy. Zamiast tego badacze analizowali ruch całych populacji gwiazd w jej centralnych rejonach.

Dane z JWST pokazały, że model bez czarnej dziury nie potrafi odtworzyć obserwowanego wzrostu prędkości gwiazd w centrum. Dopiero dodanie obiektu o masie ok. 6 mld mas Słońca pasuje do układu. Czarna dziura nie musiała więc świecić, bo jej masa została zapisana w ruchu gwiazd.

Kosmiczna lupa zrobiła z niemożliwego pomiar

Bez pomocy natury taki pomiar byłby znacznie trudniejszy, a być może wręcz nawet niemożliwy. Najważniejszą rolę odegrało tu soczewkowanie grawitacyjne. Między Ziemią a MRG-M0138 znajduje się bardzo masywny obiekt, którego grawitacja zakrzywia i wzmacnia światło płynące z tej odległej galaktyki. W praktyce działa to jak gigantyczna kosmiczna lupa, która pozwala zobaczyć więcej szczegółów, niż byłoby to normalnie możliwe.

Dzięki temu obraz MRG-M0138 został powiększony ok. 30 razy. Dla astronomów to różnica między plamą a strukturą, w której da się wydzielić centrum i zmierzyć ruch gwiazd z wystarczającą dokładnością. Bez soczewkowania grawitacyjnego takie badanie najpewniej byłoby poza zasięgiem nawet JWST.

Do obserwacji wykorzystano instrument NIRSpec w trybie spektroskopii integralnego pola. Teleskop nie tylko robi obraz, lecz także rozbija światło z wielu małych fragmentów galaktyki na widmo. Z widma można odczytać prędkości gwiazd, ich rozkład i właściwości populacji gwiezdnej.

6 mld Słońc, gdy Wszechświat był jeszcze młody

Najbardziej imponująca w tym odkryciu jest chyba sama masa tej czarnej dziury, wynosząca około 6 mld mas Słońca. To prawdziwy gigant, porównywalny z obiektami napędzającymi najjaśniejsze kwazary. Tyle że tym razem astronomowie nie obserwowali czarnej dziury w trakcie intensywnego pochłaniania materii. Trafili na obiekt, który jest dziś praktycznie uśpiony.

Druga ważna liczba to czas. Światło MRG-M0138 leciało do nas ponad 10 mld lat. Widzimy tę galaktykę taką, jaka była, gdy Wszechświat miał ok. 3 mld lat, czyli mniej więcej jedną czwartą obecnego wieku. A już wtedy w jej centrum istniała czarna dziura większa niż większość supermasywnych czarnych dziur w znanych nam pobliskich galaktykach.

To nie jest łatwe do pogodzenia z wieloma modelami ewolucji Wszechświata. Tak ogromna masa musiała pojawić się stosunkowo szybko. Najbardziej prawdopodobne jest, że czarna dziura wcześniej przechodziła okres bardzo intensywnego wzrostu, świecąc jako kwazar i pochłaniając duże ilości materii. Z czasem paliwo mogło się jednak wyczerpać albo zostać usunięte z centralnych obszarów galaktyki, przez co obiekt stopniowo przeszedł w spokojniejszy, niemal niewidoczny stan.

Galaktyka też wygląda na wygaszoną

MRG-M0138 jest galaktyką spokojną, czyli taką, która nie tworzy już intensywnie nowych gwiazd. To ważny trop, bo czarne dziury i galaktyki nie ewoluują osobno. W wielu modelach supermasywna czarna dziura może wpływać na tempo powstawania gwiazd, ogrzewając lub wyrzucając gaz potrzebny do ich narodzin.

Jeśli w przeszłości czarna dziura w MRG-M0138 była aktywnym kwazarem, mogła wypchnąć z galaktyki część gazu albo podgrzać go na tyle, że przestał łatwo zapadać się w nowe gwiazdy. To mechanizm nazywany sprzężeniem zwrotnym aktywnego jądra galaktyki. Czarna dziura najpierw rośnie, a potem swoim promieniowaniem i wiatrami może zdusić dalszy wzrost galaktyki.

Nie da się na podstawie jednego obiektu bezpośrednio udowodnić całej historii przyczynowo-skutkowej. Astronomowie mówią raczej o zgodności z takim scenariusze. Jednak układ jest podejrzanie wymowny: ogromna czarna dziura, mało aktywna galaktyka i epoka, w której masywne galaktyki dopiero układały swoje dalsze losy.

Dlaczego uśpione czarne dziury są tak ważne?

Aktywne czarne dziury łatwo wypatrzyć, ale pokazują nam tylko fragment całej historii. Gdy czarna dziura świeci jako kwazar, obserwujemy ją w wyjątkowym momencie – wtedy, gdy intensywnie pochłania materię i ma pod dostatkiem paliwa. Przez większość swojego życia supermasywne czarne dziury mogą jednak pozostawać znacznie spokojniejsze, pochłaniając niewiele materii albo prawie wcale.

To trochę jak badanie zwierząt tylko wtedy, gdy jedzą. Można wtedy dowiedzieć się dużo o ich apetycie, ale mniej o całej populacji. Uśpione czarne dziury są trudniejsze do wykrycia, lecz mogą lepiej pokazywać, ile naprawdę masy zgromadziły centralne obiekty w galaktykach.

Przeczytaj także:

Do tej pory pomiary dynamiki gwiazd dla uśpionych czarnych dziur były domeną względnie bliskiego Wszechświata. Poprzednie podobne badania sięgały znacznie mniejszych odległości. MRG-M0138 przesuwa granicę o kosmologiczny skok, bo pokazuje, że tę metodę da się zastosować do galaktyki z czasów, gdy kosmos był dużo młodszy.

*Źródło grafiki wprowadzającej: AI; Canva Pro

Marcin Kusz

08.06.2026 06:20

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Zrobili paliwo ze słońca, wody i CO2. Oto skrót do przyszłości

8 czerwca 2026, 06:10

Panele słoneczne dają prąd, ale prąd nie zawsze łatwo przechować, przewieźć i wlać do zbiornika. Właśnie dlatego naukowcy od lat próbują zrobić coś bardziej podobnego do roślin: wykorzystać światło do produkcji związków chemicznych. Nowy sztuczny liść opracowany przez zespół z Yale robi właśnie to. Z wody, CO2 i światła słonecznego wytwarza metanol, czyli płynne paliwo i ważny surowiec przemysłowy.

Sztuczny liść nie jest liściem. Jest miniaturową fabryką chemii

Termin sztuczny liść odnosi się do urządzenia naśladującego proces fotosyntezy – konwersji energii świetlnej na energię wiązań chemicznych. W naturze rośliny wykorzystują w tym celu wodę i CO2, produkując związki organiczne budujące ich strukturę. Naukowcy próbują osiągnąć podobny efekt, tyle że zamiast budować tkanki roślinne, chcą otrzymywać substancje przydatne dla przemysłu i energetyki.

W tym przypadku produktem jest metanol, czyli prosty alkohol o wzorze CH3OH. Można go wykorzystać jako paliwo, dodatek do paliw, nośnik energii albo surowiec do produkcji wielu chemikaliów. W gospodarce opartej na ropie, gazie i węglu metanol zwykle powstaje z surowców kopalnych. W wersji idealnej mógłby jednak być wytwarzany z CO2 i wody przy użyciu energii odnawialnej.

Nowy układ jest ciekawy dlatego, że nie wymaga osobnego panelu słonecznego podłączonego kablami do elektrolizera. Ma działać samodzielnie: światło pada na urządzenie, a wewnątrz zachodzi reakcja prowadząca do powstania metanolu. To właśnie odróżnia go od wielu wcześniejszych koncepcji, w których energia słoneczna była tylko jednym z elementów większego zestawu laboratoryjnego.

Rekord jest naprawdę spektakularny

Najważniejsza liczba z badania to 0,8 proc. sprawności konwersji światła na metanol. W codziennym porównaniu z panelami fotowoltaicznymi nie wygląda to imponująco, bo dobre panele zamieniają na prąd kilkadziesiąt proc. padającego promieniowania. Jednak takie zestawienie byłoby mylące i po prostu bezsensowne. Tutaj nie chodzi o produkcję prądu, tylko o bezpośrednie wytworzenie paliwa ciekłego z CO2 i wody.

W tej konkretnej klasie technologii wynik jest naprawdę rekordowy. To 32 razy więcej niż poprzedni rekord dla sztucznych liści generujących produkty alkoholowe. Urządzenie nadal jest oczywiście bardzo daleko od przemysłowej perfekcji, ale przeskok względem wcześniejszych prób jest bardzo duży.

To typowy etap w technologiach energetycznych. Na początku nie liczy się jeszcze to, czy urządzenie da się jutro postawić przy rafinerii. Najpierw trzeba pokazać, że proces w ogóle może działać w zwartej, samodzielnej konfiguracji i że jego sprawność nie jest śladowa. Ten warunek nowy sztuczny liść spełnia znacznie lepiej niż wcześniejsze rozwiązania.

W środku pracuje krzem i katalizator z kobaltem

Sercem urządzenia jest fotoelektroda zbudowana z mikroskopijnych krzemowych słupków. Krzem nie pojawia się tu przypadkowo. To materiał świetnie znany z fotowoltaiki i elektroniki, dobrze pochłaniający światło i nadający się do generowania ładunków elektrycznych. Problem polega na tym, że sama absorpcja światła nie wystarczy. Trzeba jeszcze sprawnie dostarczyć elektrony tam, gdzie mają napędzać reakcję chemiczną.

Właśnie dlatego krzemową strukturę połączono z warstwą węglową i katalizatorem. Ten ostatni opiera się na cząsteczkach ftalocyjaniny kobaltu zakotwiczonych na nanorurkach węglowych. Ftalocyjaniny to związki o pierścieniowej strukturze, w których centralny atom metalu może odgrywać rolę aktywnego miejsca reakcji. W tym układzie kobalt pomaga przekształcać CO2 w metanol.

Nanorurki węglowe działają tu trochę jak autostrada dla elektronów. To bardzo ważne, bo redukcja CO2 do metanolu jest bardziej wymagająca niż produkcja tlenku węgla czy mrówczanu. Do jednej cząsteczki CO2 trzeba dostarczyć 6 elektronów. Jeśli elektronów brakuje albo docierają zbyt wolno, reakcja kończy się prostszymi produktami. Tutaj cała architektura została zaprojektowana tak, by elektrony trafiały do miejsc katalitycznych szybko i ciągle.

Metanol może wygrać tam, gdzie wodór wciąż ma pod górkę

Wiele technologii solarnych paliw skupia się na wodorze. Ma to oczywiście sens, bo rozkład wody na wodór i tlen jest jednym z najprostszych chemicznie sposobów magazynowania energii słonecznej. Wodór ma jednak poważne ograniczenia praktyczne. Jest gazem, trudno go magazynować, wymaga wysokich ciśnień, niskich temperatur albo specjalnych nośników, a jego infrastruktura dopiero powstaje.

Metanol jest płynem o temperaturze pokojowej. To ogromna różnica, bo płyny łatwiej przechowywać, transportować i dozować. Istnieje też przemysłowe doświadczenie w obchodzeniu się z metanolem, choć trzeba pamiętać, że jest to substancja toksyczna i łatwopalna, a nie bezproblemowy odpowiednik benzyny.

Największa przewaga metanolu polega jednak na tym, że jest jednocześnie paliwem i surowcem chemicznym. Może służyć do produkcji formaldehydu, kwasu octowego, tworzyw, paliw syntetycznych i innych związków. Jeśli udałoby się wytwarzać go z CO2 oraz wody przy użyciu słońca, część przemysłowego węgla mogłaby krążyć w obiegu, zamiast pochodzić z kolejnych porcji paliw kopalnych.

Słońce świeci za darmo. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy zachodzi

Słońce daje ogromne ilości energii, ale nie świeci wtedy, kiedy chcemy. Fotowoltaika świetnie produkuje prąd w dzień, gorzej radzi sobie nocą, w zimie i przy długotrwałej zmienności pogody. Baterie pomagają w krótkich okresach, ale nie są idealnym rozwiązaniem dla wszystkich zastosowań, zwłaszcza tam, gdzie potrzebny jest sezonowy zapas energii albo paliwo do transportu dalekiego zasięgu.

Właśnie dlatego paliwa słoneczne budzą dziś tak duże zainteresowanie. Zamiast zużywać energię od razu po jej wyprodukowaniu, można ją zapisać w związku chemicznym i wykorzystać później, wtedy gdy naprawdę jest potrzebna. Metanol świetnie się do tego nadaje, bo łatwo go magazynować i transportować, a energię przechowuje znacznie wygodniej niż chwilowy przepływ prądu.

Przeczytaj także:

Taki kierunek może być szczególnie przydatny tam, gdzie same baterie nie wystarczą. Samochód osobowy da się dziś całkiem sensownie zelektryfikować, ale ze statkami, samolotami czy częścią ciężkiego przemysłu sprawa robi się dużo trudniejsza. W takich branżach paliwa ciekłe i związki zawierające węgiel jeszcze długo będą potrzebne. Pytanie brzmi raczej nie czy będą używane, tylko skąd będą pochodzić.

*Źródło grafiki wprowadzającej: brazil topno, Pexels; AI

Marcin Kusz

08.06.2026 06:10

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

PKP Intercity ma nowy hit. Rodzi się alternatywa dla samolotu

8 czerwca 2026, 06:05
pociagi

Pociąg z Warszawy do Chorwacji wystartował w ubiegłym roku i stał się wakacyjnym hitem PKP Intercity. Dlatego w tym roku Adriatic Express w sezonie wakacyjnym będzie kursował z większą częstotliwością, bo aż 6 razy w tygodniu. Nowością będzie możliwość bezpośredniego dojazdu również na słoweńskie wybrzeże Adriatyku. 

Biorąc pod uwagę wszystkie planowane kursy i ich większą częstotliwość – liczba miejsc w tegorocznym sezonie wzrośnie aż o 132 proc. To odpowiedź przewoźnika na duże zainteresowanie pasażerów - zapowiadało startujące 26 czerwca połączenie PKP Intercity. 

Kto uznał, że jeszcze jest czas i dzięki temu, że miejsc będzie więcej, bilety zdąży się kupić, może się srodze rozczarować. Jak zauważa serwis fly4free.pl, znalezienie wolnego łóżka w kuszetce już jest bardzo trudne. Wyprzedają się także tradycyjne fotele. 

Mimo że cena do najniższych nie należy (obecnie od ok. 515 zł za osobę w jedną stronę), to zainteresowanie jest ogromne. W praktyce do 15 lipca w większości terminów nie ma już szans na podróż w pozycji leżącej. W wielu dniach kuszetki są całkowicie wyprzedane, a pojedyncze z nich są wciąż dostępne dosłownie w kilku pociągach - zaznaczono we wpisie. 

"Dostępność topnieje bardzo szybko, a z każdym dniem wybór terminów i miejsc będzie coraz mniejszy" - dodano. 

To tylko dowód na to, że nie brakuje chętnych na zagraniczne wojaże pociągami

Alternatywa dla samochodów i przede wszystkim samolotów jest konieczna. Wprawdzie bilety lotnicze potrafią być śmiesznie tanie, a sama podróż zajmuje o wiele mniej czasu, to nie każdy lubi latać. Poza tym jeśli doliczy się czas potrzebny na dojazd na lotnisko i wszelkie procedury związane ze startem, to różnice są mniejsze. Jasne, podróż z Warszawy do Chorwacji to ok. 20 godzin w pociągu, ale jak widać to wcale nie odstrasza podróżnych. 

Już pojawiły się sugestie, aby pociąg do Chorwacji kursował nie tylko w trakcie wakacji, ale również przez cały rok. 

- Ewentualne rozszerzenie kursowania pociągu do Chorwacji w pozostałe sezony poza latem będzie możliwe najwcześniej w 2028 roku - powiedział PAP prezes PKP Intercity Janusz Malinowski.

Póki co trzeba czekać, aż zakończy się modernizacja infrastruktury kolejowej w Słowenii. 

PKP Intercity ma też krajowy hit 

To pociąg retro: "Nieśpieszny". Jedzie wolno, ale… tak ma być. To powrót do dawnych czasów. Tras przybywa, o czym niedawno informowaliśmy na łamach Spider's Web. 

PKP Intercity nie wyklucza, że jeżeli jesienią pogoda dopisze, to "Nieśpieszny" powróci na tory po sezonie letnim. I faktycznie powolne przejazd w trakcie złotej polskiej jesieni mogą być magiczne. 

Obserwuj nas w Google Discover

Adam Bednarek

08.06.2026 06:05

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Postawią w pięknym lesie wieżę widokową i kładki. Bo oczywiście drzewa nie wystarczą 

8 czerwca 2026, 06:00
lodz lagiewniki

Zielone płuca miasta. Największy las położony w granicach miasta w Polsce. Jeden największych kompleksów leśnych znajdujących się w granicach miasta w Europie, jak przypomina Wikipedia. Las Łagiewnicki już jest wyjątkowym miejscem, do którego chętnie przybywają Łodzianie i nie tylko, ale najwyraźniej to za mało. 

Drzewa może i są ładne, ale nie są spektakularne, nie aż tak

Brakuje czegoś ekstra, co rozeszłoby się viralowo po TikToku i Instagramie. Potrzebny jest efekt wow, który podbić będzie można np. jeszcze jednym filmikiem ze znanym aktorem, który ponownie zaklnie odwiedzając Łódź, wypowiadając słynne hasło, ale raz jeszcze zrobi to z zachwytem, inaczej niż w filmie. I co z tego, że to już było, odgrzewany kotlet. Właśnie fajny pomysł, bo pokazujący, jak Łódź się zmienia, ale też jaki ma do siebie dystans! 

No i wykombinowali. W Łagiewnikach planowane są nowe inwestycje, jak ogłosiło miasto. Będzie ścieżka w koronie drzew, powstanie wieża widokowa, ułożone zostaną kładki. 

"Łodzian i turystów zachwyci także pierwsza w mieście 'ścieżka w koronach drzew'" - czytam na stronie miasta.

Mająca 100 metrów długości kładka poprowadzona zostanie kilkanaście metrów nad ziemią tak, by odwiedzający las mogli podziwiać go z nowej perspektywy - widoki będą zachwycać, bo malowniczo położone Łagiewniki mają wyjątkowe walory krajobrazowe.

Zachwyt, przynajmniej według oczekiwań władz miasta, budzić będzie też widok z wieży widokowej, która stanie na szczycie Górki Rogowskiej. Już teraz zaznaczono, że "całość prac będzie realizowana z poszanowaniem dla zieleni", a obiekty mają powstawać w "możliwie najmniej inwazyjny sposób". 

(...) celem wszelkich działań jest umożliwienie podglądania przyrody, jej ochrony, rekreacji oraz edukacji najmłodszych - zaznacza miasto. 

Jak absurdalnie to brzmi! Potrzebujemy kładek i wież widokowych, aby móc podglądać przyrodę - tak jakby nie dało się tego robić już teraz, chodząc po nudnych i mało spektakularnych ścieżkach. Otóż, nie uwierzycie, da się. Może więc warto zamiast patrzeć wysoko w górę, lepiej wybrać się do lasu.

Wszystkie cele, które wymienia miasto, można osiągnąć bez tej spektakularnej, widowiskowej inwestycji. Będziemy chronić przyrodę, dlatego bierzemy się za działania, które zrealizowane zostaną w "możliwie najmniej inwazyjny sposób". Najmniej inwazyjny, ale jednak jakieś skutki mogą przecież być. 

"Przestańcie ze wszystkiego robić parki rozrywki" - pisze jedna z mieszkanek pod wpisem łódzkiego radnego. I marna to pociecha, że nie jest to wyłącznie łódzki czy nawet polski problem. W książce "Wysokie niebo nad Madrytem" Klaudia Pieszczoch opisywała starania władz hiszpańskiej stolicy, by przyjeżdżających turystów czymś zachwycić, dać im szansę na stworzenie niezapomnianych wspomnień i wrażeń. "Ale chodzi o coś jeszcze" - pisze Klaudia Pieszczoch.

"O zwykłą awersję do miejsc, które nie zarabiają" - dodaje

Mam wrażenie, że to zdanie opisuje działania, które realizowane i obserwowane są także w Polsce. I to nie tak, że nagle wieża widokowa będzie na siebie zarabiać, bo wejście będzie biletowane. Nawet bezpłatna atrakcja ma być atrakcją. No właśnie, w tym rzecz: w podejściu, że las to za mało.

Tymczasem wieża może zwrócić się w inny sposób. Ma się sprzedać w mediach społecznościowych. Ma przyciągać turystów, czego miasto nawet nie ukrywa. Mają przyjechać, zarezerwować nocleg, zjeść coś w knajpach na Piotrkowskiej. A potem miasto pochwali się, że liczba turystów rośnie. Miło, sympatycznie, przyjeżdżajcie, w Łodzi naprawdę jest fajnie i wcale nie ironizuję. Tylko niech ten rozwój nie będzie miał takich kosztów. 

Nie chodzi więc o to, że wieża dosłownie będzie na siebie zarabiać. Chodzi o pewną mentalność, która każe wierzyć w to, że wszystko powstaje w konkretnym celu. Że tak trzeba: zachwycać, udoskonalać, przymilać się do nowej publiczności, która wcześniej mogła szydzić, a teraz, w końcu, pochwali. Kto stoi, ten tak naprawdę się cofa.

Las sam w sobie jest olbrzymią wartością. I tak powinniśmy go postrzegać. Tymczasem przyrodę chce się lepiej opakować, aby ładniej wyglądała - na grafikach w mediach społecznościowych. Tyle że ona wcale tego nie potrzebuje. I czas najwyższy to zrozumieć.

To podejście tłumaczy też, dlaczego tak łatwo przychodzi jej niszczenie. Bo przecież skoro nie ma tam ścieżek, wież i innych efekciarskich budowli, to znaczy, że jest bezwartościowa, nieatrakcyjna, zapomniana i spisana na straty. Jeśli więc tylko takie udoskonalone miejsca mają edukować i zasługiwać na ochronę, to bardzo źle o nas będzie to świadczyło.

Zdjęcie główne: wizualizacja lodz.pl

Adam Bednarek

08.06.2026 06:00

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:10:00+02:00

New Glenn spłonął, Artemis nie poczeka. NASA ma kosmiczny ból głowy

7 czerwca 2026, 16:20

Eksplozja New Glenna nie jest tylko problemem firmy Blue Origin i Amazona. Pożar na stanowisku LC-36 mocno uderzył tak naprawdę w jeden z najczulszych punktów programu Artemis: lądowniki Blue Moon, które mają pomóc NASA wrócić na Księżyc i budować tam stałą infrastrukturę. Agencja nie chce czekać, aż rakieta Jeffa Bezosa wróci do lotów. Tyle że znalezienie dla Blue Moon nowego przewoźnika może być znacznie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać.

To już nie chodzi o samą eksplozję

Już sama w sobie eksplozja New Glenna była wydarzeniem, które przyciągnęło uwagę całej branży kosmicznej. Rakieta eksplodowała podczas testu statycznego, czyli próby, w której silniki uruchamia się na ziemi, a pojazd pozostaje unieruchomiony na stanowisku startowym. Do awarii doszło 28 maja na Launch Complex 36 w Cape Canaveral. Nikt nie zginął, satelity Amazona nie były jeszcze zintegrowane z rakietą, ale sam pojazd został zniszczony, a infrastruktura startowa mocno ucierpiała.

To jednak tylko część głębszego problemu. Znacznie ważniejsze są konsekwencje awarii dla programów, które miały korzystać z New Glenna. Blue Origin podkreśla, że część infrastruktury przetrwała i deklaruje chęć szybkiego powrotu do lotów, jednak dla NASA najważniejsze znaczenie ma nie tempo odbudowy deklarowane przez producenta, lecz rzeczywisty wpływ zdarzenia na harmonogram i poziom ryzyka w programie Artemis.

A ryzyko jest naprawdę duże. New Glenn nie jest jedną z wielu rakiet w stabilnej flocie, którą da się po prostu zamienić miejscami z inną maszyną. To wciąż młody system, startujący z jednego głównego stanowiska, z bardzo ograniczoną historią lotów. Gdy taki program traci rakietę i platformę w jednym zdarzeniu, problemem przestaje być pojedyncze opóźnienie. Problemem staje się cała zależność. NASA właśnie próbuje ograniczyć tę zależność.

Lądownik NASA został bez swojej rakiety

Blue Moon Mark 1 to bezzałogowy lądownik księżycowy Blue Origin, który ma być jednym z ważnych etapów przygotowań do przyszłych misji na Srebrny Glob. Nie jest to jeszcze wersja przeznaczona dla astronautów. Mark 1 ma transportować na Księżyc ładunki i przetestować technologie, które później trafią do większego Blue Moon Mark 2.

Pierwsza misja Mark 1, nazywana Endurance i wpisana w program Moon Base I, miała wystartować nie wcześniej niż jesienią 2026 r. Lądownik ma dostarczyć na okolice południowego bieguna Księżyca ładunki NASA, w tym instrument do badania oddziaływania gazów silnikowych z regolitem oraz reflektor laserowy pomagający precyzyjnie określać położenie obiektów na powierzchni.

Chodzi przede wszystkim o sprawdzenie precyzyjnego lądowania, napędu kriogenicznego, autonomicznego prowadzenia, nawigacji, kontroli i zachowania lądownika w prawdziwych warunkach księżycowych. Tego nie da się zastąpić symulacją ani testem w komorze próżniowej. W pewnym momencie sprzęt musi polecieć.

Plan zakładał wykorzystanie rakiety New Glenn do wyniesienia lądownika Blue Moon. Takie rozwiązanie dawało Blue Origin pełną kontrolę nad integracją obu systemów, pozwalało wykorzystać dużą owiewkę i wysoki udźwig rakiety oraz upraszczało kwestie techniczne związane z projektowaniem lądownika pod konkretny nośnik. Po eksplozji New Glenna ta ścisła zależność stała się jednak istotnym źródłem ryzyka.

NASA nie chce już czekać na pad Bezosa

Administrator NASA Jared Isaacman zapowiedział możliwość uniezależnienia programu Blue Moon od rakiety New Glenn i infrastruktury startowej Blue Origin. Oznaczałoby to kontynuowanie prac nad lądownikiem nawet w przypadku dłuższego uziemienia rakiety. Z perspektywy NASA priorytetem pozostaje sam lądownik, ponieważ jego rozwój ma kluczowe znaczenie dla kolejnych etapów programu Artemis.

To bardzo ciekawa zmiana podejścia. NASA coraz wyraźniej pokazuje, że priorytetem pozostaje przede wszystkim rozwój lądownika Blue Moon i utrzymanie harmonogramu programu Artemis, niezależnie od problemów New Glenna. Jeżeli opóźnienia rakiety zaczęłyby zagrażać terminom kluczowych testów, agencja będzie rozważać alternatywne rozwiązania transportowe zamiast biernie czekać na powrót systemu Blue Origin do lotów.

NASA ma swoje powody, żeby się spieszyć. W obecnej architekturze Artemis III ma być misją testową na orbicie okołoziemskiej, w której Orion spotka się z testowymi wersjami komercyjnych lądowników SpaceX i Blue Origin. To ma zmniejszyć ryzyko przed późniejszym lądowaniem ludzi na Księżycu. Dopiero kolejne misje mają prowadzić do właściwego powrotu astronautów na powierzchnię. Pamiętajmy, że Amerykanie chcą zrobić to przed Chinami.

Problem w tym, że Blue Moon nie pasuje do byle rakiety

Pozornie wszystko wydaje się proste: skoro New Glenn nie może lecieć, wystarczy znaleźć dla Blue Moon inną rakietę. Tyle że właśnie tutaj zaczynają się największe problemy.

Blue Moon był projektowany i optymalizowany bezpośrednio pod New Glenna. Rakieta Bezosa ma 7-metrową owiewkę, czyli bardzo dużą przestrzeń na ładunek. To pozwalało Blue Origin projektować lądownik z myślą o konkretnych wymiarach, masie, środowisku startowym i integracji z własnym systemem nośnym. Przeniesienie takiego ładunku na inną rakietę nie przypomina przełożenia paczki do innego samochodu dostawczego.

Falcon Heavy jest sprawdzony, lata regularnie i należy do SpaceX, czyli firmy, której NASA ufa bardziej niż komukolwiek innemu w zakresie transportu kosmicznego. Jednak standardowa owiewka Falcona Heavy ma mniejszą średnicę niż owiewka New Glenna. Do tego dochodzi jeszcze obsługa lądownika z napędem wodorowym, infrastruktura naziemna, procedury tankowania, integracja mechaniczna, elektryczna i bezpieczeństwo.

Innymi słowy, nie wystarczy znaleźć rakiety o odpowiednim udźwigu. Musi ona być przede wszystkim kompatybilna z lądownikiem pod względem wymiarów, integracji technicznej, procedur operacyjnych i infrastruktury naziemnej, mimo że Blue Moon od początku projektowano z myślą o New Glennie.

Blue Origin płaci za lata spóźnienia

Eksplozja boli Blue Origin tym mocniej, że firma od dawna próbuje udowodnić, że jest czymś więcej, niż zwykłą obietnicą Jeffa Bezosa. New Glenn miał wreszcie wprowadzić ją do prawdziwej ligi ciężkich startów orbitalnych. Nie do turystyki suborbitalnej, nie do prezentacji makiet, ale do rynku, na którym liczą się regularne loty, klienci, kadencja i zaufanie.

Problem polega jednak na tym, że SpaceX zbudował w tym czasie dosłownie maszynę przemysłową. Falcon 9 lata tak często, że pojedyncze starty przestały robić wrażenie. Falcon Heavy ma za sobą najważniejsze misje rządowe i komercyjne. Starship, choć problematyczny, rozwija się w rytmie testów, które przynajmniej dostarczają danych. Blue Origin dopiero buduje własną wiarygodność.

Przeczytaj także:

New Glenn miał wykonać kolejne loty, wynosić satelity Amazona i pokazać, że może być ważnym ogniwem amerykańskiego ekosystemu startowego. Zamiast tego firma straciła pojazd podczas testu naziemnego i uszkodziła własne jedyne stanowisko dla tej rakiety. To nie jest zwykła awaria. To zatrzymanie programu w momencie, w którym najbardziej potrzebował tempa. A kosmos nie czeka, klienci nie czekają, więc NASA też więc nie chce czekać.

*Źródło zdjęcia wprowadzającego: Spaceflight Now / X; NASA

Marcin Kusz

07.06.2026 16:20

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:00:00+02:00

Koniec dymka na plaży. Taki zakaz powinien być wszędzie

7 czerwca 2026, 16:10

Turcja wprowadziła zakaz palenia na czterech popularnych plażach w Antalyi. To lokalna regulacja, ale dotyka problemu obecnego w większości nadmorskich kurortów. Plaża jest przestrzenią wspólną, dlatego takie kwestie, jak bierne palenie, papierosowy dym czy niedopałki pozostawiane w piasku trudno traktować wyłącznie jako indywidualny wybór palaczy.

Antalya zaczyna na początek od czterech plaż

Nowe przepisy obowiązują na plażach Lara, Belek, Çamyuva i Beach Park. To jedne z najbardziej rozpoznawalnych i najczęściej odwiedzanych miejsc w prowincji Antalya, czyli jednym z turystycznych serc Turcji. Zakaz oznacza, że palenie papierosów na tych plażach jest całkowicie zabronione.

Władze tłumaczą swoją decyzję ochroną dzieci przed biernym paleniem, poprawą komfortu wypoczynku i walką z zanieczyszczeniem wybrzeża. Przygotowywany projekt przepisów ma rozszerzać strefy wolne od dymu na kolejne przestrzenie publiczne, a docelowo wpisuje się w ambitną politykę ograniczania używania tytoniu. Wśród zapowiadanych działań pojawia się również perspektywa całkowitego zakończenia sprzedaży wyrobów tytoniowych od 1 stycznia 2040 r.

Plaża nie jest waszą prywatną palarnią pod chmurką

Przeciwnicy zakazu palenia na plaży często argumentują, że jest to przestrzeń otwarta, a dym przecież szybko się rozprasza. Pamiętajmy jednak na zatłoczonych plażach papierosowy dym bez trudu dociera do osób wypoczywających w pobliżu. Dotyczy to szczególnie dzieci, osób cierpiących na astmę, alergie czy inne choroby układu oddechowego, ale także wszystkich tych, którzy nie chcą być narażeni na bierne palenie podczas wypoczynku.

Plaża jest przestrzenią wspólną, z której jednocześnie korzystają setki osób. W sezonie ludzie wypoczywają blisko siebie, często przez wiele godzin, wraz z dziećmi i rodzinami. W takich warunkach trudno skutecznie oddzielić osoby palące od niepalących. Dym papierosowy łatwo rozprzestrzenia się wraz z wiatrem i dociera do osób znajdujących się w pobliżu.

Argument o wolności palacza ma więc swoje granice tam, gdzie zaczyna wpływać na komfort i zdrowie innych osób. Palenie papierosów nie jest czynnością neutralną dla otoczenia. Wiąże się z emisją dymu i zapachu w przestrzeni wspólnej, z której korzystają także osoby niepalące.

Plaże bez dymu nie są więc jakimś bardzo radykalnym pomysłem. Są logiczną konsekwencją tego, co od dawna uznaliśmy w restauracjach, pociągach, autobusach, urzędach czy na wielu przystankach.

Niedopałki na plaży to ogromny problem środowiskowy

Niedopałki papierosów są jednym z najbardziej uporczywych odpadów na świecie. Filtry nie są niewinną papierową końcówką, która znika po kilku dniach. Zawierają tworzywa, toksyczne związki i resztki substancji powstających podczas palenia.

Na plaży ten odpad stanowi szczególny problem. Łatwo wpada w piasek, przez co jego usunięcie jest utrudnione. Może być również przenoszony przez wiatr, a następnie wraz z wodą opadową lub falami trafiać do środowiska morskiego. Niedopałki zawierają substancje chemiczne i elementy tworzyw sztucznych, które pozostają w środowisku przez długi czas, nawet jeśli przestają być widoczne.

Zobacz także:

Każdy, kto choć raz szedł rano po popularnej plaży po intensywnym dniu sezonu, doskonale zna ten widok: kapsle, opakowania, kubki, plastik, a między tym wszystkim niedopałki wciśnięte w piasek tak, jakby morze miało obowiązek sprzątać po dorosłych ludziach. Zakaz palenia na plaży nie rozwiązuje oczywiście całego problemu śmieci, ale usuwa z tej przestrzeni jeden z najbardziej przewidywalnych i najłatwiejszych do ograniczenia typów odpadów.

*Źródło grafiki wprowadzającej: Karola G, Pexels; Canva Pro

Marcin Kusz

07.06.2026 16:10

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T09:08:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Polska mapa kwantowa może się powiększyć. Na stole plan za 50 mln zł

7 czerwca 2026, 16:00

Lublin chce wejść do polskiej ligi technologii kwantowych. Samorząd województwa lubelskiego, łącząc siły z czterema kluczowymi uczelniami z regionu, podpisał właśnie historyczne memorandum. Porozumienie to otwiera drogę do uruchomienia zaawansowanego komputera kwantowego oraz powołania do życia Lubelskiego Centrum Obliczeń Kwantowych. Projekt ma wzmocnić technologiczne ambicje regionu i stworzyć zaplecze, z którego będą mogli korzystać badacze, firmy oraz studenci pracujący nad zastosowaniami obliczeń kwantowych.

To pierwszy, duży ruch w stronę kwantów

Podpisane memorandum jest deklaracją współpracy i pierwszym formalnym krokiem do stworzenia Lubelskiego Centrum Obliczeń Kwantowych. Dokument podpisał samorząd województwa lubelskiego oraz przedstawiciele Politechniki Lubelskiej, Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie, Uniwersytetu Medycznego w Lublinie i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Rolę naukowo-technicznego lidera przedsięwzięcia ma pełnić Politechnika Lubelska.

Plan zakłada, że komputer kwantowy służyłby badaniom naukowym, rozwojowi kompetencji technologicznych i pracy z dużymi zbiorami danych. W dokumencie pojawia się również administracja publiczna, bo urządzenie miałoby pomagać w optymalizacji procesów zarządzania danymi w strukturach urzędu marszałkowskiego.

Nie chodzi więc wyłącznie o sprzęt dla naukowców zajmujących się fizyką kwantową. W założeniu wokół projektu ma powstać szersze zaplecze: współpraca uczelni i administracji, nowe zespoły badawcze, kształcenie specjalistów oraz projekty realizowane wspólnie z biznesem.

50 mln zł to dopiero początek rachunku

W projekcie szczególną uwagę zwraca szacowany koszt samego komputera kwantowego wynoszący ok. 50 mln zł. A to dopiero początek wydatków. Trzeba doliczyć do tego jeszcze infrastrukturę, utrzymanie, specjalistyczne zaplecze techniczne, oprogramowanie oraz zespół ludzi, którzy będą potrafili taką maszynę obsługiwać i wykorzystywać w praktyce.

Pamiętajmy, że to nie jest infrastruktura, którą można wdrożyć i uruchomić w sposób typowy dla klasycznych systemów obliczeniowych. Komputery kwantowe wymagają wyspecjalizowanego zaplecza technicznego. W zależności od zastosowanej technologii konieczne może być utrzymywanie ekstremalnie niskich temperatur, zapewnienie precyzyjnego sterowania i odpowiednich warunków pracy, a także stała kalibracja urządzeń oraz udział specjalistów z zakresu fizyki i informatyki kwantowej.

Właśnie dlatego rektor Politechniki Lubelskiej wskazuje, że pierwszym etapem powinno być stworzenie zespołu specjalistów. Maszyna bez ludzi szybko stałaby się kosztownym symbolem. Dopiero zespół, który potrafi pisać algorytmy, kalibrować układ, interpretować wyniki i łączyć obliczenia kwantowe z klasycznymi superkomputerami, nadaje takiej inwestycji sens.

W memorandum wskazano, że strony mają wspólnie szukać pieniędzy z zewnętrznych źródeł, w tym funduszy unijnych, KPO i programów Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Komputer kwantowy nie jest po prostu szybkim pecetem

Komputery kwantowe nie są po prostu znacznie szybszą wersją klasycznych komputerów i nie przyspieszają wszystkich rodzajów obliczeń. Nie sprawią też, że standardowe programy, arkusze kalkulacyjne, gry czy systemy administracyjne będą działały wielokrotnie szybciej bez zmian w sposobie ich projektowania.

Najważniejsza różnica leży znacznie głębiej. Klasyczny komputer przetwarza informacje w bitach, które przyjmują wartości 0 albo 1. Komputer kwantowy wykorzystuje kubity, czyli jednostki informacji opisane stanem kwantowym. Dzięki zjawiskom takim jak superpozycja i splątanie można konstruować algorytmy, które dla wybranych typów problemów działają inaczej, niż klasyczne metody.

To właśnie słowo wybranych jest tu kluczowe. Komputery kwantowe mogą być przełomowe w symulacji cząsteczek i materiałów, optymalizacji, kryptografii, modelowaniu układów kwantowych czy wybranych zadaniach z zakresu uczenia maszynowego. Nie są one jednak uniwersalnym dopalaczem dla każdej cyfrowej czynności.

Przeczytaj także:

Dzisiejsze urządzenia należą w dużej mierze do epoki NISQ, czyli komputerów kwantowych z ograniczoną liczbą kubitów i podatnością na błędy. Są bardzo ważne naukowo i edukacyjnie, ale droga do maszyn naprawdę przełomowych, odpornych na błędy i użytecznych w szerokiej skali nadal jest długa.

*Źródło grafiki wprowadzającej: AI; Canva Pro

Marcin Kusz

07.06.2026 16:00

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:30:00+02:00

Drożdże wchodzą do budynków. Wykończeniówka przetestuje nowy materiał

7 czerwca 2026, 09:45

Drożdże kojarzą nam się przede wszystkim z piekarnią, piwem i fermentacją, a nie z architekturą, prawda? Naukowcy z Chalmers University of Technology pokazali jednak, że mogą one stać się składnikiem materiału do wnętrz. Z dezaktywowanych drożdży piekarskich, włókien celulozowych, alginianu, gliceryny i wody powstała masa, którą da się drukować w 3D. Efekt nie jest oczywiście betonem ani cegłą, lecz lekkim biomateriałem na panele, przegrody i osłony światła.

Przepis wygląda jak kuchnia, ale działa jak inżynieria

Receptura przygotowana przez naukowców brzmi zaskakująco prosto: drożdże piekarskie, włókna celulozowe z drewna, alginian z alg brunatnych, gliceryna roślinna i woda. Każdy składnik ma jednak tak naprawdę konkretne zadanie. Celuloza wzmacnia materiał i pomaga utrzymać kształt. Alginian poprawia stabilność wymiarową, czyli sprawia, że wydrukowana forma mniej się zapada i lepiej zachowuje geometrię. Gliceryna działa jak plastyfikator, dzięki czemu materiał jest bardziej elastyczny i mniej kruchy.

Z tych składników powstaje hydrożel, czyli miękka, żelowa masa zawierająca dużo wody. To właśnie ona trafia do drukarki 3D. Materiał jest drukowany metodą ciśnieniową w temperaturze pokojowej, bez energochłonnego wypalania i bez dodatkowych struktur podporowych. Po wydrukowaniu element schnie, uzyskując finalny kształt.

Badacze w swojej pracy opisali zoptymalizowaną formułę zawierającą m.in. 3 proc. roztworu drożdży, 13 proc. wodnego roztworu mikro- i nanowłókien celulozowych, 1 proc. alginianu sodu oraz 5 proc. gliceryny. Jest więc to kontrolowany materiał badany pod kątem reologii, mikroskopowej struktury, wytrzymałości, kurczenia, koloru, porowatości i przepuszczania światła.

Druk 3D pozwala zrobić formę bez góry ścinków

Jedną z największych zalet tej technologii jest przede wszystkim sposób produkcji. W architekturze wnętrz mnóstwo elementów powstaje przez wycinanie, docinanie, frezowanie albo łączenie gotowych płyt. To oznacza odpady, ograniczenia formy i konieczność dostosowania projektu do standardowych formatów materiału.

Druk 3D działa całkowicie odwrotnie niż tradycyjna produkcja. Najpierw powstaje projekt kształtu, struktury czy wzoru, a później materiał trafia dokładnie tam, gdzie jest potrzebny. Dzięki temu można łatwo tworzyć perforacje, zmieniać grubość elementów, nadawać im różne faktury i projektować je tak, by były jednocześnie praktyczne i estetyczne.

W przypadku materiału z drożdży to istotne, bo mówimy o zastosowaniach we wnętrzach: panelach ściennych, przegrodach, lekkich ekranach, osłonach przeciwsłonecznych i elementach modulujących światło dzienne. To nie są belki nośne ani fasady wieżowców. To raczej warstwa wnętrza, która ma dzielić przestrzeń, filtrować światło, tworzyć akustyczne lub wizualne osłony i zastępować część tworzyw syntetycznych.

Materiał może przepuszczać światło albo je przyciemniać

Najciekawszy efekt architektoniczny dotyczy samego światła. Zależnie od receptury i sposobu druku materiał może mieć różną przezroczystość, kolor, porowatość i fakturę. W badaniu duże próbki w formie drukowanych płytek 20 x 50 cm wykazywały przepuszczalność światła w zakresie od 5,6 do 31,6 proc.

Taki panel nie musi być więc zwykłą nieprzezroczystą płytą. Może działać jak półprzezroczysta przegroda, filtr światła albo osłona ograniczająca bezpośrednie nasłonecznienie. W biurze, galerii, hotelu czy mieszkaniu mogłoby to oznaczać elementy dzielące przestrzeń bez całkowitego zamykania wnętrza.

Kolor samego materiału naturalnie mieści się w odcieniach żółci i brązu, ale można go modyfikować naturalnymi pigmentami albo wykorzystać barwne szczepy drożdży. To otwiera przestrzeń dla projektowania nie tylko funkcjonalnego, lecz także estetycznego. Biopochodny materiał nie musi wyglądać jak prowizoryczna ekologiczna tektura. Może mieć własny język formy, bliższy tkaninie, skórze, papierowi albo matowej ceramice.

Wytrzymałość jest naprawdę obiecująca

W pracy naukowej podano maksymalną średnią wytrzymałość na rozciąganie na poziomie 2,7 MPa oraz wydłużenie przy zerwaniu do 25,2 proc. To pokazuje, że materiał nie jest tylko dekoracją, ale potrafi przenosić pewne obciążenia i zachować elastyczność. Jednocześnie nie należy robić z niego cudownego zamiennika betonu, stali czy konstrukcyjnego drewna.

Najbardziej realistyczne zastosowania są lekkie i wewnętrzne. Panele, przegrody, dekoracyjne ekrany, elementy regulujące światło, być może akustyczne struktury ścienne – to obszar, w którym taki materiał może mieć sens. Zwłaszcza tam, gdzie dziś stosuje się tworzywa sztuczne, syntetyczne tekstylia, laminaty albo płyty o dużym śladzie środowiskowym.

Badacze wskazują też jednak na pewne ograniczenia. Przed szerszym zastosowaniem trzeba sprawdzić m.in. wytrzymałość, odporność ogniową, zachowanie przy wilgoci, trwałość, starzenie i możliwość produkcji w większej skali. Pamiętajmy, że w budynkach materiał musi nie tylko dobrze wyglądać w dniu montażu, lecz także spełniać normy, zachowywać się przewidywalnie i nie tworzyć problemów eksploatacyjnych.

Budownictwo szuka ucieczki od materiałów z ropy

Zastanawiałeś się kiedyś, z czego tak właściwie robimy wnętrza naszych mieszkań i domów? Płyty, laminaty, pianki, tworzywa sztuczne, syntetyczne tkaniny czy różnego rodzaju kompozyty są dziś wszędzie, bo są praktyczne i stosunkowo tanie. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy trzeba je wymienić albo wyrzucić. Wiele z tych materiałów trudno poddać recyklingowi, a ich produkcja i utylizacja wiążą się z dużym zużyciem surowców oraz energii.

Właśnie dlatego rośnie zainteresowanie biomateriałami. Architektura coraz częściej testuje grzybnię, glony, włókna roślinne, odpady rolnicze, biopolimery i inne surowce pochodzenia biologicznego. Nie zawsze chodzi o zastąpienie całego budynku jednym cudownym materiałem. Częściej chodzi o stopniowe podmienianie tych elementów, które nie muszą być mineralne, metalowe albo plastikowe.

Przeczytaj także:

Materiał z drożdży wprost świetnie wpisuje się w ten kierunek. Powstaje ze składników odnawialnych i po zakończeniu użytkowania może łatwiej wrócić do naturalnego obiegu. To trochę zmienia podejście do trwałości. Nie każdy element wnętrza musi służyć przez dziesięciolecia. Niektóre można projektować tak, by dało się je łatwo wymienić, a po zużyciu bezpiecznie zagospodarować.

*Źródło grafiki wprowadzającej: Chalmers University of Technology; Canva Pro

Marcin Kusz

07.06.2026 09:45

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T09:08:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Zajrzeli do fabryki planet. Kosmiczny plac budowy ożył

7 czerwca 2026, 09:30

Planety powstają w dyskach gazu i pyłu otaczających młode gwiazdy. To właśnie tam materia tworzy zagęszczenia, spirale i inne struktury, z których z czasem mogą wyłonić się nowe światy. Astronomowie po raz pierwszy bezpośrednio prześledzili ruch obrotowy takiego dysku wokół gwiazdy AB Aurigae. Obserwacje pokazały, że choć w dużej skali jego dynamika odpowiada przewidywaniom, w wewnętrznych obszarach występują odchylenia, których nie wyjaśniają najprostsze modele.

To film rozciągnięty na prawie 4 lata obserwacji

AB Aurigae od bardzo dawna jest jednym z najciekawszych celów dla astronomów badających narodziny planet. To młoda gwiazda w gwiazdozbiorze Woźnicy, otoczona rozległym dyskiem protoplanetarnym, czyli mieszaniną gazu i pyłu, z której mogą powstawać planety. Sam dysk był już wcześniej fotografowany, analizowany i porównywany z modelami. Nowe badanie nie tylko pokazuje jego kształt, ale pozwala prześledzić jego ruch.

Zespół kierowany przez Anthony’ego Boccalettiego wykorzystał obserwacje wykonane instrumentem SPHERE przy Bardzo Dużym Teleskopie w Chile. SPHERE został zaprojektowany do bardzo trudnej sztuki: oglądania słabych struktur znajdujących się blisko jasnych gwiazd. W tym przypadku chodziło o światło rozproszone przez drobiny pyłu w dysku AB Aurigae.

Astronomowie mieli do dyspozycji trzy zestawy obserwacji wykonanych na przestrzeni 3,85 roku. To może i niewiele w ludzkim odczuciu, ale wystarczająco dużo, by w tak bliskim otoczeniu młodej gwiazdy zauważyć przesunięcie struktur w dysku. Innymi słowy: badacze nie patrzyli na statyczną fotografię. Porównali kolejne klatki bardzo powolnego filmu, w którym pył i gaz okrążają gwiazdę.

Dysk powinien kręcić się prosto, ale nie wszędzie tak robi

W podstawowym ujęciu materia w dysku protoplanetarnym powinna poruszać się zgodnie z ruchem keplerowskim. Oznacza to, że im bliżej gwiazdy znajduje się gaz lub pył, tym szybciej powinien krążyć. Dalej od gwiazdy ruch jest wolniejszy. To ta sama zasada, która opisuje ruch planet w Układzie Słonecznym: Merkury okrąża Słońce szybciej niż Ziemia, a Ziemia szybciej niż Neptun.

Nowe obserwacje pokazują, że dysk AB Aurigae w dużej skali rzeczywiście zachowuje się zgodnie z takim schematem. Problem zaczyna się jednak bliżej gwiazdy, w obszarze wewnątrz około 60 jednostek astronomicznych. Mówimy o regionie większym niż Układ Słoneczny liczony do orbity Plutona, ale wciąż centralnym z punktu widzenia całego dysku.

W najmniejszych analizowanych odległościach, około 25 jednostek astronomicznych od gwiazdy, badacze zmierzyli odchylenie od spodziewanego ruchu sięgające około 12 stopni w ciągu 3,85 roku. To dużo jak na taką skalę. Oznacza to, że wewnętrzne struktury dysku nie zachowują się jak spokojny, cienki, uporządkowany talerz.

Winne mogą być planety, których jeszcze nie widać

Jak to możliwe? Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem są formujące się planety ukryte w dysku. Trzeba jednak zachować tutaj dużą ostrożność, bo obserwacje nie pokazują bezpośrednio nowej planety, lecz wskazują na zaburzenia w ruchu gazu i pyłu. Takie odchylenia mogą być skutkiem oddziaływania masywnych obiektów lub gęstych struktur znajdujących się w pobliżu gwiazdy.

W dyskach protoplanetarnych młode planety mogą działać niczym jak niewidzialne mieszadła. Ich grawitacja wycina przerwy, wzbudza ramiona spiralne, zagęszcza materię i zmienia lokalny ruch gazu oraz pyłu. Takie ślady bywają łatwiejsze do wykrycia niż sama planeta, bo młody obiekt może być zatopiony w pyle, zasłonięty przez dysk albo świecić zbyt słabo na tle otoczenia.

W AB Aurigae wcześniej wskazywano już na możliwe kandydatki na protoplanety, w tym słynny obiekt AB Aurigae b. To właśnie jeden z głównych powodów, dla których system jest tak intensywnie obserwowany. Teraz astronomowie zobaczyli, że wewnętrzne struktury dysku poruszają się bardziej skomplikowanie, niż wynikałoby przyjętego wcześniej modelu. To pasuje do scenariusza, w którym kilka młodych, masywnych obiektów krąży w dysku, być może po orbitach nachylonych albo eliptycznych.

Spirale są niczym ślady palców narodzin planet

Na zarejestrowanych obrazach AB Aurigae widać wyraźne struktury spiralne, które wyglądają niemal jak ramiona małej galaktyki. W rzeczywistości to układ gazu i pyłu wokół młodej gwiazdy. W dyskach protoplanetarnych spirale są szczególnie ważne, bo mogą być śladem oddziaływania formujących się planet z otaczającą materią.

Jeśli młoda planeta jest wystarczająco masywna, jej grawitacja wywołuje w dysku fale gęstości. Takie fale mogą układać pył i gaz w skręcone ramiona. Dla astronomów jest to bezcenne, bo sama planeta może pozostawać ukryta, ale jej wpływ na dysk zostawia wzór, który da się obserwować.

W najnowszej pracy badacze zwracają uwagę, że dwie jasne spirale w obrębie milimetrowej jamy dysku nie zachowują się identycznie. Ich dynamika jest różna, co może oznaczać, że nie powstały w wyniku jednego prostego procesu. Mogą być związane z różnymi kandydatami na formujące się planety albo z bardziej złożoną geometrią całego układu.

Miejsce akrecji może zdradzać jasna struktura

W obserwacjach pojawiła się także jasna struktura, którą badacze łączą z akrecją. Jest to proces opadania materii na obiekt pod wpływem grawitacji. W kontekście narodzin planet oznacza to, że gaz i pył z dysku mogą spływać na rosnącą protoplanetę, zwiększając jej masę.

To jeden z najważniejszych momentów w formowaniu gazowych olbrzymów. Planeta nie rodzi się od razu jako gotowy Jowisz. Najpierw powstaje zalążek, który zaczyna przyciągać materiał z otoczenia. Jeśli proces trwa wystarczająco długo i w dysku jest dość gazu, obiekt może urosnąć do rozmiarów planety olbrzyma.

Astronomowie szukali też śladów emisji w linii H-alfa, czyli charakterystycznego światła związanego z wodorem. W młodych układach H-alfa może wskazywać na gorącą materię opadającą na obiekt. W pracy oszacowano emisję z całej jasnej struktury, ale w miejscu samego AB Aurigae b wynik jest zgodny z brakiem jednoznacznej detekcji. To kolejny przykład, że w tej historii najważniejsze są ostrożne interpretacje, a nie ogłoszenie odkrycia planety.

Cienie wirują szybciej, niż powinny

Jednym z najdziwniejszych elementów obserwacji są słabe cienie widoczne na powierzchni dysku. Nie są to cienie rzucane przez jeden wyraźny obiekt, który łatwo wskazać palcem. To zmiany jasności wynikające z tego, że coś bliżej gwiazdy blokuje lub zmienia drogę światła oświetlającego zewnętrzne części dysku.

Te cienie rotują szybko. Źródłem mogą być protoplanety, zagęszczenia pyłu albo optycznie grube struktury znajdujące się wewnątrz około 60 jednostek astronomicznych od gwiazdy. Optycznie grube oznacza, że dana struktura nie przepuszcza łatwo światła, więc może działać jak zasłona.

To niezwykle interesujące, bo te cienie pozwalają badać obszary, których nie da się bezpośrednio zobaczyć. Jeśli coś blisko gwiazdy zasłania światło, jego wpływ może pojawić się daleko dalej jako ciemniejszy pas albo zmieniająca się plama na dysku. W ten sposób dysk staje się ekranem, na którym widać ślady niewidzialnych struktur ukrytych bliżej centrum.

AB Aurigae jest młodym odpowiednikiem placu budowy Układu Słonecznego

AB Aurigae jest młodą gwiazdą typu Herbig Ae. To obiekt masywniejszy i jaśniejszy od Słońca, który nadal znajduje się we wczesnym etapie ewolucji. Jego otoczenie jest szczególnie cenne dla astronomów, bo pokazuje procesy, które w naszym Układzie Słonecznym zakończyły się ponad 4,5 mld lat temu.

Nie możemy oczywiście cofnąć czasu i zobaczyć młodego Słońca otoczonego dyskiem, z którego powstawały planety. Możemy jednak obserwować inne młode gwiazdy, które przechodzą podobne etapy. AB Aurigae jest jednym z najlepszych laboratoriów, bo znajduje się relatywnie blisko w skali astronomicznej, ma jasny, bogato ustrukturyzowany dysk i od lat pokazuje cechy sugerujące aktywne formowanie planet.

Przeczytaj także:

Właśnie dlatego każdy nowy zestaw obserwacji tego systemu jest ważny. Nie chodzi tylko o jedną gwiazdę. Chodzi o cały mechanizm, dzięki któremu z chaotycznego dysku gazu i pyłu powstają planety, księżyce, pasy asteroid i całe architektury układów planetarnych.

*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI

Marcin Kusz

07.06.2026 09:30

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:00:00+02:00

❌