Znaki na niebie i w mediach wskazują, że Apple zamierza w 2026 wprowadzić na rynek składanego iPhone'a. Najnowsze przecieki sugerują jednak, że debiut nie będzie tylko technologicznym fajerwerkiem, lecz także serią kompromisów. Zwłaszcza jeden element specyfikacji wygląda tak, jakby Apple zrobiło krok wstecz.
iPhone Fold: inżynierowie Apple'a cenią grubość ponad wygodę użytkowania
Źródłem nowych informacji jest znany chiński leaker Digital Chat Station, który opublikował kolejne szczegóły na temat urządzenia określanego roboczo jako iPhone Fold. Według tych doniesień Apple stawia na konstrukcję typu „książka”, z dużym ekranem wewnętrznym i mniejszym wyświetlaczem zewnętrznym. Sama forma nie jest zaskoczeniem - o takim kierunku mówi się od lat - ale lista technologii, których w tym modelu ma zabraknąć, już tak.
Najbardziej kontrowersyjna decyzja dotyczy biometrii. iPhone Fold ma nie otrzymać Face ID. Zamiast tego Apple ma wrócić do czytnika linii papilarnych Touch ID, umieszczonego w bocznym przycisku zasilania. Według leakera nie wchodzi w grę ani skaner pod ekranem, ani system rozpoznawania twarzy 3D. Powód jest prozaiczny: grubość. Moduł TrueDepth potrzebny do Face ID zajmuje zbyt dużo miejsca w obudowie, a składana konstrukcja i zawiasy już same w sobie są wyzwaniem dla inżynierów.
To oznacza symboliczny powrót do rozwiązań znanych z iPhone’ów sprzed kilku generacji oraz z obecnych iPadów Air. Dla Apple nie jest to pierwszy raz, gdy firma rezygnuje z jednej technologii na rzecz cieńszej konstrukcji, ale w kontekście drogiego, flagowego składaka taka decyzja może być trudna do przełknięcia dla części użytkowników przyzwyczajonych do Face ID.
Kompromisy także w samym ekranie
Wewnętrzny, składany ekran ma mieć przekątną około 7,58 cala i korzystać z kamery umieszczonej pod panelem, co pozwoli uniknąć nieatrakcyjnego wizualnie notcha. Tego samego nie można powiedzieć o zewnętrznym wyświetlaczu - ekran o przekątnej około 5,25 cala, ma otrzymać klasyczne oczko na aparat do selfie. Nie wiadomo, czy w którymkolwiek z tych ekranów pojawi się Dynamic Island. Z tyłu obudowy Apple ma zastosować podwójny aparat 48 Mpix.
Jednocześnie Digital Chat Station podkreśla, że zawias ma być "bardzo solidny", a Apple ma intensywnie pracować nad tym by miejsce zgięcia ekranu było jak najmniej widoczne.
Jeśli doniesienia się potwierdzą, iPhone Fold zadebiutuje najwcześniej w 2026 roku i ma - według analityków oraz samego leakera - tchnąć nowe życie w rynek składanych smartfonów. Pytanie tylko, czy urządzenie, które pod pewnymi względami przypomina cofnięcie się w czasie, będzie w stanie przekonać użytkowników przyzwyczajonych do pełnego wachlarza możliwości zwykłych iPhone'ów. Zwłaszcza, że spodziewana cena składanego iPhone'a będzie znacznie wyższa niż cena najtańszych wariantów Pro. W przypadku Apple odpowiedź zwykle przychodzi dopiero wtedy, gdy produkt trafia do sklepów.
W Dąbrowie Narodowej nastroje póki co są bojowe. Mieszkańcy na wieść o tym, że w ich bliskim sąsiedztwie ma stanąć maszt, zareagowali natychmiastowo. Skrzyknęli się i napisali petycję, którą podpisało 271 osób – relacjonuje portal jaw.pl.
Nasze stanowisko uzasadniamy tym, że w przypadku tak dużej inwestycji nikt nie przeprowadził żadnych konsultacji społecznych. Ponadto posadowienie tego typu masztu w tak bliskiej odległości naszych domostw zdecydowanie negatywnie wpływie na funkcjonowanie naszych rodzin, a także na nasz ekosystem (na występujące tu licznie chronione gatunki ptaków, nietoperzy i innych zwierząt) – zaznaczono w apelu.
Mieszkańcom zależy na pozostawieniu "zielonego charakteru tego obszaru". Ich zdaniem krajobraz wypiękniał dzięki takim inwestycjom miasta jak "rynek i miejsce wypoczynku oraz rekreacji dla mieszkańców". Maszt miałby to wszystko zaburzyć.
- Stoimy na stanowisku, że w naszej dzielnicy posiadamy bezproblemowy dostęp zarówno do sieci komórkowych, jak i internetu – podkreślili autorzy pisma, wskazując na nowoczesny światłowód lokalnego dostawcy.
(...) nie ma zatem najmniejszych podstaw, by motywować przedmiotową inwestycję większym dobrem społecznym. Poza tym lokalizacja w miejscu wskazanym we wniosku jest więcej niż kontrowersyjna. Plan postawienia masztu 5G wśród gęstej zabudowy jednorodzinnej, gdzie minimalna odległość od najbliższej prywatnej działki sąsiedniej wynosi zaledwie 5m jest narażeniem nas na ponadnormatywne oddziaływanie pola elektromagnetycznego - napisano w petycji.
Firma Play w oświadczeniu przesłanym redakcji jaw.pl wskazuje, że stacje bazowe muszą stać w obszarach, gdzie ludzie mieszkają, pracują lub przez które podróżują. I nie chodzi wyłącznie o internet. "Stacje bazowe są przy tym elementami infrastruktury technicznej o szczególnym znaczeniu w sytuacjach kryzysowych – co m.in. wyraźne pokazują doświadczenia ostatnich powodzi, wichur, ulew i innych niebezpiecznych sytuacji" - argumentuje operator.
Nieco krótkowzroczne "na nas działa" to częsty argument pojawiający się w tego typu protestach. Nie jest wprawdzie aż tak kluczowy jak troska o zdrowie czy obawa o spadek wartości działek, ale da się go dostrzec. Dla protestujących sprawa jest jasna: skoro u mnie żadnych problemów nie ma, albo ja szybkiego internetu nie potrzebuje, to po co budować. A niektórym brak zasięgu wręcz nie przeszkadza.
Gorzej, że to właśnie ci niechętni nierzadko blokują dostęp do lepszych technologii. I to nawet wtedy, kiedy sami cierpią. Np. mieszkańcy podtarnowskiej Rudki skarżyli się na powstający maszt, chociaż zdawali sobie sprawę, że zasięg jest fatalny. Ci, którzy wyczekiwali inwestycji, sugerowali, że gdyby do ich wsi przyszedł Prometeusz, wręczając ogień, to prędko znalazłby się ktoś, kto by go "walnął kamieniem w twarz, a drugi by zgasił pochodnię wodą". Mieć ciastko i zjeść ciastko w wersji współczesnej brzmi: "mieć zasięg, ale nie mieć masztu". Sęk w tym, że to niemożliwe do pogodzenia.
Czy da się inaczej?
Okazuje się, że tak. W Dąbrówce (gm. Potok Wielki, woj. lubelskie) odbyło się spotkanie mieszkańców z przedstawicielami Instytutu Łączności - PIB oraz władz lokalnych. Mieszkańcy obawiali się bliskiego sąsiedztwa stacji i wpływu na zdrowie. Eksperci wyjaśnili, że operator nie może rozpocząć budowy ani uruchomić stacji bez kompletu pozwoleń, a każda inwestycja podlega weryfikacji, ocenie środowiskowej i kontroli organów administracji.
Podczas spotkania eksperci zaprezentowali również funkcjonalności systemu SI2PEM.gov.pl - publicznej, bezpłatnej mapy natężenia PEM w całej Polsce. Mieszkańcy dowiedzieli się, jak samodzielnie sprawdzić poziom PEM w miejscu zamieszkania, odczytywać wyniki pomiarów i korzystać z danych o konfiguracji i emisji stacji bazowych – czytamy w relacji Instytutu Łączności.
Efekt? Po spotkaniu mieszkańcy "prawie jednogłośnie zaapelowali do władz gminy, aby pilnie procedować wnioski inwestora". Sami zwrócili uwagę, że brak zasięgu w okolicznych miejscowościach "realnie wpływa na bezpieczeństwo (brak możliwości wykonania połączenia alarmowego), funkcjonowanie firm i gospodarstw, naukę i pracę zdalną, czyli ogólnie jakość życia".
Spotkanie w Dąbrówce było kolejnym przykładem tego, jak ważna jest rzetelna informacja i rozmowa oparta na faktach. Eksperci Instytutu Łączności po raz kolejny pokazali, że merytoryczne wsparcie i otwarty dialog potrafią zmienić atmosferę debaty z pełnej obaw na konstruktywną współpracę - podkreśla instytut.
Znamienne, że protestujący w Dąbrowie Narodowej w swojej petycji wspomnieli o tym, że "nikt nie przeprowadził żadnych konsultacji społecznych". Bywa, że mieszkańcy czują się zdradzeni i mają wrażenie, że coś złego dzieje się za ich plecami. Czy takich sporów dałoby się uniknąć, gdyby wszelkie wątpliwości starano się rozwiać wcześniej? Niestety czasami szybciej docierają do nich ci, którzy szerzą dezinformacje. A potem spór ciągnie się miesiącami.
Od lat astronomowie i poszukiwacze życia pozaziemskiego drapią się w głowę nad zagadką: skąd w naszym Układzie Słonecznym wzięło się tyle pierwiastków promieniotwórczych? Wiemy, że tu były, bo ich ślady znajdujemy w prastarych meteorytach. To nie jest tylko akademickie pytanie dla chemików. To kwestia naszego istnienia.
Gdyby nie ciepło generowane przez rozpad radioaktywnych izotopów w rodzącym się Układzie Słonecznym, Ziemia wyglądałaby zupełnie inaczej.
Przez lata uważaliśmy, że Ziemia jest efektem niezwykle szczęśliwego splotu okoliczności. Odpowiednia odległość od gwiazdy, właściwa ilość wody, stabilna orbita i chemiczna zupa, która pozwoliła na powstanie życia. Teraz jednak pojawia się hipoteza, która może wywrócić to myślenie do góry nogami.
Według nowych badań planety podobne do Ziemi mogą być znacznie powszechniejsze, niż dotąd sądziliśmy. Klucz do tej zagadki leży w wybuchu pobliskiej supernowej sprzed ponad 4,5 mld lat i radioaktywnym gruzie. Wyniki pracy naukowców z Uniwersytetu Tokijskiego opublikowano w Science Advances.
Radioaktywna zagadka z meteorytów
Wiemy, że młody Układ Słoneczny był pełen pierwiastków promieniotwórczych. Ślady takich izotopów jak radioaktywny glin-26 czy mangan-53 znajdujemy dziś w najstarszych meteorytach. To kosmiczne skamieniałości, które zachowały zapis warunków panujących w czasie narodzin planet i pozwalają nam określić wiek meteorytów.
Te pierwiastki nie były tylko ciekawostką chemiczną. Ich rozpad wydzielał ogromne ilości ciepła, które podgrzewało planetoidy i młode planety. Efekt? Dzięki temu nasza planeta nie zamieniła się w wodny świat bez lądów, ale otrzymała ilość wody w sam raz, wystarczającą do rozwoju życia, ale nie dominującą całej powierzchni.
Planety podobne do Ziemi powstają z planetozymali (obiektów zbudowanych ze skał i lodu), które wyschły na wczesnym etapie istnienia Układu Słonecznego. Proces ten wymagał dużej ilości ciepła pochodzącego głównie z rozpadu radioaktywnego radionuklidów krótkożyciowych (SLR), takich jak glin-26.
Nie jest jednak jasne, w jaki sposób pierwiastki te dotarły do Układu Słonecznego.
Więcej na Spider's Web:
Wybuchowa dostawa kurierska
Głównym podejrzanym od zawsze była supernowa. To w końcu w trzewiach umierających gwiazd powstają ciężkie pierwiastki. Teoria była prosta: niedaleko rodzącego się Słońca wybuchła gwiazda i ochlapała nas radioaktywnym koktajlem. Problem w tym, że matematyka się nie zgadzała.
Symulacje komputerowe były bezlitosne. Aby dostarczyć taką ilość izotopów, o jakiej mówią meteoryty, supernowa musiałaby wybuchnąć bardzo blisko nas. Zbyt blisko. Fala uderzeniowa z takiej eksplozji zdmuchnęłaby delikatny dysk pyłowo-gazowy, z którego dopiero co formowało się Słońce i planety, niczym domek z kart.
Ziemia nigdy by nie powstała, bo budulec zostałby wyrzucony w głęboką przestrzeń. Byliśmy więc w kropce: albo za mało pierwiastków, albo zniszczony Układ Słoneczny.
I tu na scenę wchodzi Ryo Sawada z Uniwersytetu w Tokio. Jego zespół zaproponował rozwiązanie, które godzi ogień z wodą. Okazuje się, że supernowa wcale nie musiała być tuż za płotem. Mogła wybuchnąć w bezpiecznej odległości około 3 lat świetlnych od nas, a i tak dostarczyć nam wszystko, czego potrzebowaliśmy do życia. Kluczem do zagadki okazało się coś, co do tej pory naukowcy pomijali: promieniowanie kosmiczne.
Kosmiczna kąpiel w dwóch aktach
Kluczowym pytaniem w astronomii jest to, jak powszechne są planety skaliste podobne do Ziemi. Nowy model japońskich naukowców zmienia nasze postrzeganie formowania się planet. Proces ten nie był jednorazowym strzałem, ale dwuetapową operacją.
W pierwszym akcie fala uderzeniowa po wybuchu gwiazdy dotarła do naszego raczkującego układu, niosąc ze sobą ciężki towar - izotopy takie jak radioaktywne aluminium i mangan. Powstały one bezpośrednio w sercu eksplozji.
Jednak to nie wystarczyło. Drugi akt rozegrał się chwilę później. Za falą uderzeniową podążyły wysokoenergetyczne cząstki, czyli promieniowanie kosmiczne. To one uderzyły w dysk pyłowy wokół Słońca.
Sawada zauważył, że poprzednie modele skupiały się tylko na materii wyrzucanej przez gwiazdę, ignorując te cząstki. A to błąd. Gdy promieniowanie kosmiczne zbombardowało nasz dysk akrecyjny, weszło w reakcję z obecnymi tam atomami, tworząc brakujące elementy układanki. Młody Układ Słoneczny został po prostu zanurzony w strumieniu energii, który ugotował nam idealne warunki do powstania skalistej, wilgotnej (ale nie zalanej) planety.
To nie był złoty strzał, to standardowa procedura
Najważniejszy wniosek z tych badań to nie tylko wyjaśnienie historii Ziemi, ale to, co mówi nam on o reszcie galaktyki. Do tej pory uważano, że obecność odpowiednich pierwiastków promieniotwórczych wymagała niewiarygodnego szczęścia, wybuchu supernowej w idealnym, samobójczym wręcz dystansie.
Jednak jeśli supernowa może znajdować się dalej, w bezpiecznej odległości kilku lat świetlnych, a kluczową rolę odgrywa wszechobecne promieniowanie, to sytuacja zmienia się diametralnie.
Taki scenariusz jest znacznie bardziej prawdopodobny i częstszy. Zespół z Tokio szacuje, że od 10 do nawet 50 proc. gwiazd podobnych do Słońca mogło przejść przez ten sam proces.
Liczby te działają na wyobraźnię. Oznaczają one, że w samej Drodze Mlecznej mogą istnieć miliardy układów, które zostały zaszczepione radioaktywnymi pierwiastkami w identyczny sposób jak nasz. Przepis na Ziemię nie jest rzadkim wypadkiem przy pracy Wszechświata. To może być uniwersalny proces, zachodzący w całej galaktyce.
Szanse na to, że gdzieś tam, przy innej gwieździe, istnieje druga Ziemia z idealną ilością wody i lądu, właśnie drastycznie wzrosły. Nie jesteśmy samotną wyspą na oceanie pustki, ale raczej mieszkańcami jednego z wielu podobnych osiedli.
I choć na spotkanie z sąsiadami pewnie jeszcze poczekamy, świadomość, że nasz dom nie jest anomalią statystyczną, a kosmicznym standardem, jest fascynująca.
Przez lata lubiliśmy wyobrażać sobie Księżyc jako wieczny, niezmienny krajobraz – raz na zawsze utrwalony w szarościach regolitu. Zespół badaczy przekonuje jednak, że ten obraz jest już nieaktualny. Ich zdaniem od 1959 r. żyjemy w nowej erze: księżycowym antropocenie, w której to człowiek stał się jednym z głównych czynników kształtujących powierzchnię naszego naturalnego satelity.
Księżycowy antropocen, czyli epoka człowieka poza Ziemią
Na Ziemi pojęcie antropocenu opisuje czas, w którym działalność człowieka zaczęła dorównywać siłom geologicznym: zmienia klimat, rzeźbi krajobrazy, wpływa na obiegi wody i pierwiastków. Naukowcy z Uniwersytetu w Kansas proponują, by podobną ramę pojęciową zastosować do Księżyca i wprowadzić termin księżycowy antropocen.
Chodzi o uznanie prostego faktu: Księżyc nie jest już wyłącznie kształtowany przez meteoryty i procesy fizyczne. Od kilkudziesięciu lat coraz większą rolę odgrywa tam techniczna działalność człowieka – rozbite sondy, ślady lądowników, pozostawione instrumenty i gazy z silników rakietowych. To wszystko stopniowo tworzy nową warstwę historii Księżyca, wyraźnie odróżniającą się od wcześniejszych miliardów lat.
Badacze widzą w tym nie tylko ciekawostkę, ale ważny sygnał. Pojawia się pierwsze pozaziemskie środowisko, w którym to my stajemy się kluczowym czynnikiem zmian. Z punktu widzenia nauki jest to nowa epoka – nie geologiczna w ścisłym ziemskim znaczeniu, ale wyraźnie wyodrębniona faza rozwoju Księżyca związana z naszą cywilizacją.
Pierwszy ślad to uderzenie z 1959 roku
Za symboliczny początek księżycowego antropocenu autorzy pracy uznają wrzesień 1959 r. Wtedy radziecka Łuna 2 stała się pierwszym obiektem zbudowanym przez człowieka, który uderzył w powierzchnię Księżyca. To nie była miękka eksploracja, lecz kontrolowane zderzenie, ale to właśnie ono przerwało wielomiliardową serię naturalnych uderzeń meteorytów autonomicznym, technologicznym aktem.
Od tego momentu historia Księżyca przestała być wyłącznie zapisem procesów kosmicznych. Zaczęła się epoka, w której każde kolejne lądowanie, przelot na niskiej orbicie czy pozostawiony na miejscu sprzęt powiększa listę artefaktów ludzkiej cywilizacji na innym świecie.
Dziś takich epizodów są już dziesiątki. Księżyc odwiedziło ponad 100 sond, orbiterów, lądowników i misji załogowych. Na powierzchni leżą zużyte moduły księżycowe, elementy rakiet, porzucone eksperymenty, części osłon, a nawet zupełnie przyziemne przedmioty: piłeczki golfowe czy worki z odpadami. Z perspektywy geologa planetarnego to nowy, odrębny horyzont archeologiczny – warstwa śladów przypisana wyłącznie jednemu gatunkowi.
Księżyc jako plac budowy – czym naprawdę ingerujemy?
Księżyc nie ma gęstej atmosfery, wiatrów ani opadów, które na Ziemi zacierają nasze ślady. Każdy odcisk buta, każde wgniecenie po lądowaniu i każda wyrwana eksplozją grudka regolitu może przetrwać tysiące, a nawet miliony lat. Właśnie dlatego skutki naszych działań są tam wyjątkowo trwałe.
Dodatkowo dochodzi to, czego nie widać na pierwszych zdjęciach: dynamiczne obłoki pyłu wznoszone przez strumienie silników i rozchodzące się po okolicy, uszkadzając lub przykrywając wcześniejsze ślady; drobiny metalu i farby odrywane z kadłubów; gazy wylotowe wnikające w rozrzedzoną księżycową egzosferę. To środowisko tworzone z pojedynczych cząsteczek jest niezwykle wrażliwe na każdy dodatkowy impuls.
Szczególnie delikatne pozostają rejony wiecznie zacienionych kraterów, gdzie może zalegać lód wodny. Strumień gazów z lądownika albo seria kolejnych misji w jednym miejscu mogą łatwo zaburzyć lokalne warunki, które przez miliardy lat pozostawały stabilne. To jeden z powodów, dla których badacze tak mocno podkreślają potrzebę ostrożności – pierwsze szkody mogą być nieodwracalne w ludzkiej skali czasu.
No dobra, ale po co w ogóle to nazywać?
Propozycja nadania nowej nazwanej epoki ma kilka celów. Po pierwsze, ma zwrócić uwagę na rosnącą odpowiedzialność człowieka za środowisko naturalnego satelity Ziemi. Skoro już ingerujemy w jego powierzchnię, powinniśmy zacząć nią świadomie zarządzać, zamiast zdawać się na przypadek i tempo technologicznego wyścigu. To także przypomnienie, że miejsca lądowań – od misji Apollo po współczesne sondy – mają wartość kulturową i naukową, jak zabytki, które łatwo zniszczyć bez odpowiednich regulacji.
Jak czytamy na łamach Popular Mechanics, księżycowy antropocen ma być również zachętą do katalogowania wszystkich śladów ludzkiej obecności na Księżycu: od pojedynczego odcisku stopy po porzucony sprzęt i szczątki orbitalnych obiektów. Każdy z tych elementów tworzy unikalną kronikę ekspansji ludzkości poza Ziemię.
Nie zostawiaj śladu w świecie, gdzie ślad zostaje na zawsze
Na Księżycu każde lądowanie, każdy ruch robota i każdy test silnika zostawia ślad – nie tylko fizyczny, ale i historyczny. W przeciwieństwie do Ziemi, gdzie odciski stóp znikają po chwili, ślady naszej obecności na Księżycu mogą przetrwać tysiące lat. Właśnie dlatego naukowcy apelują, by jeszcze przed rozpoczęciem nowego wyścigu kosmicznego wprowadzić jasne standardy ostrożności.
Przeczytaj także:
Chodzi o odpowiedzialny wybór miejsc lądowania, unikanie naruszania historycznych lokalizacji, ograniczenie liczby twardych prób i ocenę wpływu działań człowieka na powierzchnię Księżyca, w tym na znajdujący się tam lód. Na dalszym etapie konieczne będą też wspólne, międzynarodowe ustalenia – podobne do tych, które obowiązują na Antarktydzie. Koncepcja księżycowego antropocenu ma pomóc w uporządkowaniu tych działań i rozpocząć powszechną dyskusję o ochronie naszego naturalnego satelity.
Polska ma rzadką w Europie przewagę: gotową infrastrukturę do produkcji układów scalonych i zespół, który od lat projektuje je dla międzynarodowych koncernów. Teraz wszystko rozbija się o decyzję polityczną. Jeżeli rząd i MON dokończą inwestycję w linię produkcji chipów w CEZAMAT Politechniki Warszawskiej, wojsko, energetyka i infrastruktura krytyczna mogą wreszcie dostać własne, sprawdzone układy zamiast liczyć na łaskę anonimowych dostawców z drugiego końca świata.
Polskie chipy na stole MON. Stawką jest suwerenność techniczna
Dyrektor CEZAMAT-u Mariusz Wielec w wywiadzie dla Defence24 nie mówi o swoim projekcie jak o kolejnym modnym hubie technologicznym, ale jak o elemencie obrony państwa. W rozmowach z rządem i resortem obrony przewija się jedno pojęcie: suwerenność technologiczna. Chodzi o to, by kluczowe systemy, od radarów po sieci energetyczne, nie były oparte wyłącznie na chipach kupowanych w ciemno na światowym rynku.
Pierwszy etap rozbudowy linii produkcyjnej wyceniany jest na nieco ponad miliard złotych. W skali budżetu państwa to kwota, którą łatwo zgubić w tabelach. W skali bezpieczeństwa – inwestycja, która może zdecydować o tym, czy w kryzysie broń, łączność i systemy dowodzenia pozostaną pod kontrolą Polski, a nie nieznanego projektanta układu scalonego.
Najgroźniejsze ataki kryją się w sprzęcie, nie w oprogramowaniu
W debacie o cyberbezpieczeństwie najczęściej mówi się o lukach w systemach, błędach w kodzie, phishingu i złośliwym oprogramowaniu. Wielec zwraca uwagę na obszar, który zwykle pozostaje w cieniu: zagrożenia sprzętowe. Układ scalony, który trafia do radaru, radiostacji albo sterownika sieci energetycznej, może mieć wyszyty w projekcie fragment logiki, o którym nikt poza pierwotnym producentem nie wie.
– W debacie publicznej mówi się głównie o zagrożeniach software’owych, tymczasem najgroźniejsze są te sprzętowe – zaszyte w układach scalonych i praktycznie niewykrywalne, dopóki nie zostaną aktywowane. Kiedy? W momentach najmniej oczekiwanych np. rozpoczęcia konfliktu zbrojnego – mówi Mariusz Wielec.
Taki wirus nie musi robić nic przez lata. Może czekać na konkretny sygnał lub sekwencję zdarzeń i ujawnić się w najgorszym możliwym momencie: przy pierwszym dniu wojny, w czasie sabotażu infrastruktury czy skoordynowanego ataku na łączność. Co gorsza, tego typu modyfikacje są praktycznie niemożliwe do wykrycia standardowymi metodami. Analizuje się dokumentację i próbki, ale pełne odtworzenie struktury układu w poszukiwaniu mikroskopijnych pułapek jest poza zasięgiem większości państw.
Własna linia produkcji nie gwarantuje absolutnej nieomylności, ale przesuwa punkt zaufania. To państwo kontroluje proces od projektu, przez wytwarzanie, aż po testy. Znika przynajmniej jeden poziom niepewności: nie trzeba zastanawiać się, jaką politykę bezpieczeństwa ma anonimowa fabryka kilka tysięcy kilometrów dalej i czy ktoś nie wymusił na niej kompromisów.
Gotowa fabryka, gotowy zespół, gotowy rynek odbiorców
Technologia produkcji chipów jest w Europie domeną kilku krajów. Poza kosztami i techniczną złożonością barierą jest też brak doświadczonych zespołów. Tu zdaniem Wieleca Polska ma bardzo dużą przewagę: wokół Politechniki Warszawskiej powstało środowisko, które od lat projektuje układy scalone na zlecenie globalnych firm.
CEZAMAT dysponuje infrastrukturą pozwalającą szybko zainstalować pełną linię technologiczną. Po drugiej stronie stoją potencjalni odbiorcy: spółki z Polskiej Grupy Zbrojeniowej, prywatne firmy dronowe, producenci systemów łączności, a także sektor energetyki, transportu i szeroko rozumianej infrastruktury krytycznej. Dla nich wszystkich sprawdzony, krajowy układ scalony to nie tylko argument marketingowy, ale i realne zmniejszenie ryzyka.
Przeczytaj także:
W dalszej perspektywie w grę wchodzą technologie typu rad-hard, czyli układy odporne na promieniowanie kosmiczne. Takie komponenty są potrzebne w satelitach, systemach kosmicznych, energetyce jądrowej i najbardziej wymagających urządzeniach wojskowych. To rynek o małych wolumenach, ale bardzo wysokiej wartości dodanej. Giganty pokroju TSMC czy Intela niechętnie przestawiają linie dla kilkunastu tysięcy sztuk specjalistycznych chipów. Jak zaznacza Wielec, CEZAMAT od początku zakładał, że może zagospodarować właśnie tę niszę: małe serie, wysokie wymagania, wysoka marża.
Rosja od miesięcy żyje pod ciężarem sankcji, izolacji gospodarczej i krwawej wojny. Wydawałoby się, że w takich warunkach dostęp do platformy gamingowej to sprawa trzeciorzędna. A jednak to właśnie blokada Robloxa - aplikacji, którą wielu dorosłych uznałoby za marginalną - wyprowadziła ludzi na ulice, co wychwycili reporterzy Reutera.
Transparenty zamiast ciszy
Kilkadziesiąt osób zebrało się w parku Włodzimierza Wysockiego, ponad 2,9 tys. kilometrów od Moskwy. W rękach mieli ręcznie malowane transparenty: Ręce precz od Robloxa i Roblox ofiarą cyfrowej Żelaznej Kurtyny. Nie była to akcja inspirowana przez państwo ani zorganizowana przez opozycję. To spontaniczny wybuch frustracji młodych ludzi, którym odebrano dostęp do platformy, na której spędzali czas, tworzyli i spotykali się z rówieśnikami z całego świata.
Czytaj też:
Roskomnadzor ogłosił blokadę gry 3 grudnia. W uzasadnieniu pojawiły się zarzuty o szkodliwy wpływ na rozwój duchowy i moralny dzieci, a także obecność treści związanych z terroryzmem, hazardem czy pornografią. Jednak kluczowy element listy zdradza prawdziwe motywy: obecność treści LGBT. W kraju, gdzie ruch LGBT został uznany za organizację ekstremistyczną, to nie jest kwestia marginalna, lecz ideologiczna. Argument ochrony dzieci to wygodny parawan, za którym kryje się polityczna kontrola. Co ciekawe, sama platforma wprowadziła niedawno obowiązkową weryfikację twarzy dla czatu, by zwiększyć bezpieczeństwo. Nie miało to jednak znaczenia - decyzja o blokadzie zapadła mimo tych działań.
Drugim największym problemem jest wolność przepływu informacji. Roblox to platforma społecznościowa, zachęcająca do wzajemnego kontaktu. Świat Zachodu dobrze o tym wie, gracze wykorzystują Robloxa do informowania rosyjskich graczy o faktach związanych z rosyjską napaścią na Ukrainę. Jak nietrudno się domyślić, są to informacje kompletnie odmienne od tych podawanych przez rosyjski aparat propagandy.
Kolejny etap cyfrowej izolacji
Rosja od lat konsekwentnie odcina obywateli od globalnych platform: Instagram, Facebook, YouTube czy WhatsApp są zablokowane lub mocno ograniczone. Kreml buduje własne ekosystemy, w których narracja państwowa dominuje bez konkurencji. Ban na Robloxa wpisuje się w tę strategię, tyle że tym razem ubrano go w argumenty o wojnie informacyjnej i ochronie dzieci.
Roblox to nie tylko gra. To platforma tworzona przez użytkowników, przypominająca Minecrafta, ale dająca jeszcze większe możliwości. Gracze projektują własne światy, uczą się programowania, rozwijają kreatywność. W trzecim kwartale Roblox miał średnio 151,5 mln aktywnych użytkowników dziennie. W Rosji - około 24 mln, głównie dzieci i nastolatków. To właśnie ta otwartość i globalny charakter platformy sprawiają, że dla władz stała się problemem. Bo w Robloxie można spotkać ludzi z całego świata, także tych, którzy otwarcie identyfikują się jako LGBT i którzy wiedzą, jakich bestialstw dopuszczają się rosyjscy orkowie w Ukrainie.
Paradoks polega na tym, że blokada jest w praktyce nieskuteczna. VPN-y pozwalają obejść ją w kilka minut. Najmłodsi użytkownicy mogą być faktycznie odcięci, ale nastolatki - główna grupa odbiorców - bez trudu wracają na platformę. W efekcie decyzja ma charakter symboliczny: pokazuje, że państwo może zakazać nawet jeśli zakaz jest iluzoryczny. To demonstracja siły, a nie realna ochrona.
Ekonomia i ideologia
Roblox generuje rocznie ponad 3,6 mld dol. przychodów, a rosyjscy twórcy gier tracą dostęp do globalnego rynku i źródeł dochodu. Tymczasem Kreml traktuje gry wideo jako pole ideologicznej walki. Przykład? Ukraińskie studio GSC Game World, twórcy serii STALKER, zostało w październiku uznane za organizację niepożądaną. Gracze, którzy kupią STALKER 2: Heart of Chornobyl, ryzykują grzywny, a nawet więzienie. Gry stały się narzędziem propagandy i kontroli.
To, że demonstracja przeciwko banowi na Robloxa w ogóle się odbyła, jest wydarzeniem wyjątkowym. W Rosji publiczne wyrażanie sprzeciwu grozi poważnymi konsekwencjami. Tym razem jednak władze nie rozbiły zgromadzenia. Być może uznały sprawę za zbyt marginalną, by reagować siłowo. A może absurd decyzji był tak oczywisty, że brutalne tłumienie protestu mogłoby zaszkodzić wizerunkowi Kremla.
Roblox nie był zaskoczony rosyjską decyzją - od dawna spodziewano się blokady. Platforma równolegle mierzy się z krytyką w innych krajach, gdzie toczy się dyskusja o bezpieczeństwie dzieci i prywatności. W Stanach Zjednoczonych prowadzone są dochodzenia prokuratorskie wobec Robloxa. Jednak w Rosji bezpieczeństwo to tylko pretekst. Tu chodzi o władzę.
Popularny sklep meblowy w ostatnich miesiącach dorzucił kilka nowości do kategorii inteligentnego domu. Tym razem rozszerza ofertę o ładowarki VÄSTMÄRKE. Jedna z nich trafiła już do sprzedaży w Polsce. Najbardziej ubolewam, że drugiej brakuje, bo sam bym ją chętnie kupił.
Ładowarka Ikea, która wygląda jak pączek. Ma być szybka i tania
Pierwszą z nowych ładowarek VÄSTMÄRKE to bezprzewodowy model, który kształtem przypomina czerwonego pączka. Ikea otwarcie przyznaje, że chodziło o zerwanie z nudą. Sprzęt ma wyróżniać się wyglądem i nie przypominać typowych, płaskich krążków do ładowania.
Ładowarka wykorzystuje magnesy i została wykonana z połączenia plastiku oraz silikonu. Górna część jest miękka, ale można ją przewrócić na drugą stronę - służy wtedy jako wygodny uchwyt na palce. Ten sam element służy też do sprytnego przechowywania wbudowanego kabla USB-C.
Sprzęt naładuje każde urządzenie obsługujące standard Qi. Jaka jest moc? Producent oficjalnie tego nie podaje, ale zaznacza, że urządzenie zostało stworzone zgodnie ze specyfikacją Qi2 BPP i MPP. Ten drugi oznacza, iż urządzenie może ładować się magnetycznie z maksymalną mocą 15 W - czyli nawet w przypadku iPhone’ów z MagSafe powinniśmy móc obsłużyć 15 W.
Gadżet ma też się nadać do ładowania innych telefonów obsługujących Qi lub Qi2 - także tych z magnesami pozycjonującymi. Obecnie niewiele Androidów wspiera tę funkcję, ale powoli coraz więksi producenci decydują się na zastosowanie rozwiązania. Niedawno Google w serii Pixel 10 dodał wsparcie magnesów, a w następnym roku Samsung wraz z serią S26 ma zaoferować identyczną funkcję.
Do odpowiedniego działania producent rekomenduje zasilacz sieciowy z Power Delivery 3.0 lub Quick Charge 2.0 taki jak Ikea SJÖSS o mocy 20 W - ta kosztuje tylko 15 zł. Najważniejsza w VÄSTMÄRKE jest cena na poziomie 34,99 zł - sprzęt można kupić też w Polsce.
Jest też ciekawsza wersja ładowarki VÄSTMÄRKE
Oprócz ładowarki w kształcie pączka Ikea przygotowała także drugi model, przypominający podstawkę. Również obsługuje Qi2, ale jest bardziej elegancki i przede wszystkim stacjonarny. Wykonano go z materiału przypominającego korek. Wygląda naprawdę dobrze - sam chętnie postawiłbym go na swoim biurku, ale jest zasadniczy problem: ładowarka nie jest dostępna w Polsce.
Obyły się finały Red Bull Tetris. Nie było to jednak zwykłe wydarzenie skupiające się na układaniu klocków. Tylko pierwsza w historii gra w Tetrisa dostępna na żywo w... powietrzu. Wykorzystano w tym celu 2800 dronów, które wyświetlały obraz niczym ekran konsoli czy telefonu.
Tetris uruchomiony na dronach. Red Bull zrobił coś niesamowitego
Wydarzenie miało miejsce w Dubaju, gdzie wykorzystano charakterystyczną budowlę Dubai Frame. Budowla posłużyła jako wielkie pole gry, co samo w sobie było niezwykle pomysłowe.
Aby gra mogła działać na nocnym niebie, potrzebny był odpowiedni "wyświetlacz" - uzyskano go dzięki 2800 dronom z kolorowym oświetleniem. Ustawiono je tak, aby w czasie rzeczywistym odwzorowywały spadające klocki.
Tetris to prosta gra, w której ograniczona liczba pikseli nie stanowi problemu – wystarczy wypełniać rzędy, aby zdobywać punkty. Rozgrywka w finałach polegała na pokonaniu przeciwnika - w pojedynku zmierzył się mieszaniec Peru, Leo Solórzano, oraz obywatel Turcji, Fehmi Atalar. Drugi z zawodników zdominował rywala w 5-minutowym pojedynku, zdobywając ponad 168 tys. punktów w porównaniu z 57 tys. Solórzano.
Tablica z dronów nie tylko służyła jako plansza, ale również wyświetlała czas pozostały do końca tury oraz zdobyte punkty. Tetrisa w ten sposób. Aby zrealizować takie wydarzenie, potrzebna była nie tylko flota odpowiednio wyposażonych dronów, ale także zaawansowane oprogramowanie sterujące całą grą w czasie rzeczywistym. Poziom skomplikowania projektu był ogromny.
Cała gra wyglądała po prostu spektakularnie. Zmiana koloru świateł odbywała się tak jak na klasycznym wyświetlaczu telewizora, monitora lub telefonu. Gdyby ktoś pokazał mi fragment z nagrania obejmującego tylko planszę Dubai Frame, nie byłbym w stanie stwierdzić, że rozgrywka Tetrisa odbywała się na nocnym niebie na żywo.
Teraz pozostaje tylko uruchomić Dooma na planszy z kilku tysięcy dronów. Jeśli ktoś zdołał uruchomić też produkcję na bakterii jelitowej, prawdopodobnie możliwe jest granie w gry na nocnym niebie.
Więcej podobnych artykułów znajdziesz na Spider's Web:
Przez blisko dwie dekady fani tej serii żyli legendą, memami i frustracją wobec milczenia Valve’a. Teraz, w najnowszym rozdziale tej przedziwnej sagi, pojawiają się doniesienia równie kuriozalne jak sama gra - dotyczące nie tyle samej produkcji, ile daty premiery powiązanej z jeszcze niewprowadzoną na rynek konsolą. Witajcie w 2025 roku, gdzie przecieki bywają bardziej skomplikowane niż sam game design.
Plotki, które stają się niemal pewne
Redaktor portalu Insider Gaming, Mike Straw, w ostatnich tygodniach wyrósł na główne źródło informacji o Half-Life 3. Według niego gra istnieje i ma być tytułem startowym dla Steam Machine - nowej konsoli stacjonarnej Valve. Straw twierdzi, że jego źródła wskazują konkretnie na wiosnę 2026 r. jako moment premiery zarówno gry, jak i całego sprzętowego ekosystemu.
Czytaj też:
Problem w tym, że Valve - jak wynika z relacji Strawa - rozsyłało różnym osobom różne daty, by złapać potencjalnych przeciekodawców. To klasyczna metoda: podziel fałszywe informacje, poczekaj aż wypłyną w sieci i sprawdź, kto zdradził. W efekcie dziennikarze i fani dostają mieszankę prawdy i fałszu, a cała sytuacja przypomina cyfrową grę w kotka i myszkę.
Naturalnym miejscem na wielką zapowiedź wydawała się gala The Game Awards 2025. Fani czekali na magiczne one last thing, ostatni numer wieczoru, w którym Valve mogłoby wreszcie ogłosić Half-Life 3. Zamiast tego świat zobaczył Highguard - nowy shooter od byłych twórców Respawn Entertainment. Rozczarowanie było ogromne. Sam Straw skomentował sytuację w mediach społecznościowych, publikując GIF przedstawiający eksplodujący most.
Half-Life 3 naprawdę istnieje
Najbardziej zaskakujące jest to, że Half-Life 3 nie jest już tylko memem. Według źródeł gra działa od początku do końca, przechodzi testy i jest intensywnie dopracowywana. Powstaje na silniku Source 2.
Na razie pozostaje nam obserwować ten fenomen - mieszankę przecieków, fałszywych dat i sprzętowych ambicji. Half-Life 3 może pojawić się wiosną 2026 r. Albo nie. Tym razem jednak mamy coś więcej niż memy: konkretne źródło, które wskazuje na konkretną datę. Nawet jeśli to część gry w kotka i myszkę, jakiej nikt inny w branży nie prowadzi.
Tłumacz Google pozostaje wciąż jedną z najpopularniejszych usług, mimo że nie jest już tak potężnym narzędziem jak dawniej. Na rynku pojawiła się konkurencja oferująca znacznie lepsze efekty tłumaczenia tekstu i obrazów z języków obcych. Wiele z nich korzysta z AI. Po aktualizacji rozwiązanie Google też będzie.
Tłumacz Google z potężniejszym i trafniejszym tłumaczeniem
Dzisiaj narzędzie oferuje co najwyżej dobre efekty. Radzi sobie z pojedynczymi słowami czy prostymi zdaniami, ale problemy pojawiają się przy bardziej skomplikowanych zagadnieniach. Teraz Google zaczyna wdrażać usprawnienia do usługi, oparte na modelach językowych Gemini.
Głównym celem zmian jest inteligentniejsze tłumaczenie tekstu. Obecna sztuczna inteligencja nie jest idealna i często popełnia błędy, najczęściej wymyślając niestworzone rzeczy. Mimo to AI często daje lepsze rezultaty niż tradycyjne narzędzia pozbawione obsługi AI. Gemini w Tłumaczu Google ma być dopełnieniem dotychczasowego rozwiązania - wykrywać konteksty, idiomy, slang czy regionalizmy.
Model nie korzysta z podejścia tłumaczenia "słowo w słowo". AI ma analizować znacznie i intencje użytkownika, by generować bardziej naturalne i dokładniejsze wyniki. Nowość ma być dostępna zarówno w wyszukiwarce Google, jak i w aplikacjach mobilnych Tłumacza na Androida i iOS. Początkowo trafia do użytkowników w USA i obsługuje niemal 20 języków, ale z czasem dostępność ma się poszerzyć.
Google jest znany z globalnego udostępniania swoich produktów, także w Polsce. Gemini praktycznie od początku działania wspiera nasz język, więc powinien też poradzić sobie z obsługą ulepszonego tłumaczenia bazującego na sztucznej inteligencji.
Tłumaczenie na żywo z wykorzystaniem sztucznej inteligencji
Oprócz tego Google poinformował o wdrożeniu do Tłumacza Google narzędzia nazwanego "tłumaczenie na żywo". Aplikacja rozpoznaje mowę drugiej osoby w obcym języku, zachowując ton, akcent i rytm wypowiedzi, co pozwala tworzyć bardziej naturalne tłumaczenia. Działa nie tylko do rozmowy z drugim człowiekiem, ale też podczas wykładów, przemówień czy filmów.
Po założeniu słuchawek aplikacja odtwarza nam tłumaczenie w czasie rzeczywistym w naszym języku. Co jednak istotne, rozwiązanie nie wymaga określonego modelu słuchawek czy telefonu. Początkowo będzie działać na Androidzie, a później w 2026 r. także na iOS. Początkowo funkcja będzie dostępna w USA, Meksyku i Indiach, ale mam dobrą wiadomość. Funkcja obsługuje ponad 70 języków, w tym polski, więc prędzej czy później powinna też trafić także do nas.
Szklane butelki zwrotne z piwem wcale nie muszą trafić pod skrzydła ogólnopolskiego systemu kaucyjnego. Ministerstwo klimatu zapowiada zmianę kursu: browary, które udowodnią, że potrafią samodzielnie i skutecznie odzyskiwać swoje butelki, będą mogły zostać przy dotychczasowych rozwiązaniach co najmniej do końca 2028 r. To ogromna ulga dla branży, ale też ważny test na to, czy dobrowolne systemy potrafią dorównać państwowej machinie.
Ministerstwo robi krok w tył i w bok
Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się przesądzone, że wszystkie szklane butelki zwrotne z napojami będą musiały zostać wciągnięte do jednego, powszechnego systemu kaucyjnego. Dla browarów oznaczałoby to konieczność oznakowania opakowań, rejestracji w centralnych bazach i dostosowania się do wymogów wielu operatorów.
Jak podaje Rzeczpospolita, teraz minister klimatu i środowiska zapowiada jednak zmianę ustawy. Istotna ma być dobrowolność: do końca 2028 r. producenci napojów w butelkach zwrotnych mają mieć wybór. Albo wchodzą do ogólnokrajowego systemu kaucji, albo zostają przy swoich obecnych, zamkniętych obiegach butelek – pod warunkiem, że rzeczywiście je odzyskują na masową skalę.
To odwrót od wcześniejszej, twardej linii, ale także próba dostosowania prawa do realiów. W praktyce bowiem najwięksi gracze piwnego rynku od lat budowali własne systemy zwrotu, a część z nich już dziś odzyskuje z rynku nawet ponad 90 proc. szklanych butelek.
Jest jeden, bardzo ważny warunek
Sedno nowego rozwiązania kryje się w jednym zastrzeżeniu. Browar nie będzie musiał wchodzić do państwowego systemu kaucyjnego dla szkła wielokrotnego użytku tylko wtedy, gdy udowodni, że sam potrafi efektywnie zbierać butelki, które wypuścił na rynek. Duzi producenci już teraz osiągają wysokie poziomy zwrotu, a nowelizacja ustawy potwierdza sens ich dotychczasowych działań. Mniejsze browary zyskają natomiast szansę na utrzymanie własnych modeli obiegu, bez konieczności współpracy z operatorami systemu, pod warunkiem że będą działać przejrzyście i efektywnie.
Zapowiedź zmian w ustawie wywołała w branży wyraźną ulgę. Wielu producentów od dawna ostrzegało, że wciągnięcie butelek zwrotnych do jednego, centralnego systemu może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego: zamiast promować wielorazowe szkło, wypchnie je z rynku. Dla małych i średnich zakładów koszty dostosowania do nowych wymogów mogłyby być po prostu nie do udźwignięcia.
Branża odetchnęła z ulgą, ale czeka na konkrety
Do tej pory część dużych browarów zabezpieczała się decyzjami marszałków województw, które pozwalały traktować własne systemy zbiórki jako rozwiązanie równoważne wobec ustawowego modelu. Problem w tym, że były to interpretacje administracyjne, które teoretycznie można było odwrócić przy zmianie politycznego wiatru.
Nowelizacja przepisów ma tę sytuację uporządkować. Zamiast budzić emocje kolejnymi kontrolami i sporami o interpretację, resort klimatu zapowiada wprost: jeśli producent faktycznie odzyskuje zdecydowaną większość swoich butelek i potrafi to wykazać, nie trzeba go na siłę włączać do jednego centralnego systemu.
Przeczytaj także:
Branża nadal czeka jednak na konkrety, a mianowicie na projekt zmian, dokładne definicje warunków zwolnienia i sposób ich weryfikacji. Bez tego obietnica pozostaje polityczną deklaracją, a nie trwałym fundamentem planów inwestycyjnych.
Ostatnio sporo mówi się o problemach z Windowsem 11, na którym obecnie skupia się Microsoft. Tymczasem trudności zaczynają dotykać także użytkowników starszego Windowsa 10, mimo że system oficjalnie nie jest już wspierany.
Windows 10 powoduje problemy po aktualizacji
Microsoft potwierdził, że grudniowa aktualizacja systemu Windows 10 z programu ESU (rozszerzonych aktualizacji zabezpieczeń) oznaczona numerem KB5071546 zawiera błąd, który powoduje problemy z usługą do kolejkowania wiadomości MSMQ. To rozwiązanie, które umożliwia aplikacjom lub innym narzędziom wysyłanie komunikatów do kolejki, tak aby oprogramowanie mogło je później przetworzyć.
Co to oznacza w praktyce? Użytkownicy aplikacji bazujących na MSMQ mogą napotkać problemy z ich uruchamianiem. Mam jednak dobrą wiadomość - sytuacja dotyczy głównie firmowych komputerów, używanych do pracy.
Domyślnie komputery z systemem Microsoftu nie korzystają z MSMQ. To usługa, którą instaluje i uruchamia się na urządzeniach firmowych. Jest wykorzystywana w aplikacjach korporacyjnych. Jeśli jednak MSMQ przestanie działać, wiele zadań w tle zostanie wyłączonych, a aplikacja lub strona - zablokowana.
Aktualizacja KB5071546 w teorii powinna wprowadzić tylko poprawki bezpieczeństwa, ponieważ Microsoft nie dodaje nowych funkcji do starszego systemu. W praktyce poprawki zmieniły sposób działania MSMQ i komputer wykorzystujący rozwiązanie potrzebuje uprawnień do zapisu w dedykowanym folderze. Problemem jest jednak to, że w praktyce dostęp do MSMQ jest realizowany za pomocą usługi lokalnej, a zwykły użytkownik nie ma uprawnień do zapisu.
Po zainstalowaniu tej aktualizacji użytkownicy mogą napotkać problemy z funkcją kolejkowania wiadomości (MSMQ). Problem ten dotyczy również środowisk klastrowych MSMQ pod obciążeniem – pisze firma Microsoft w aktualizacji dokumentu pomocy technicznej.
To pokazuje, że nawet niewspierany system może ulec problemom
Sytuacja co prawda dotyczy głównie użytkowników komputerów firmowych używanych wyłącznie do pracy, ale jednocześnie pokazuje szerszy problem z aktualizacjami systemu. Windows 10 wcześniej nie sprawiał aż tak dużych kłopotów - problematyczne uaktualnienia zdarzały się rzadko. Jednak od jakiegoś czasu Microsoft nie ma dobrej passy i cały czas dopuszcza mniejsze lub większe problemy do Windowsa 11.
Jeśli tak dalej pójdzie, nawet użytkownicy w teorii niewspieranego już Windowsa 10, zapisani do programu rozszerzonych aktualizacji zabezpieczeń, mogą nie czuć się bezpieczni. System ma otrzymywać uaktualnienia bezpieczeństwa do października 2026 r. Dlatego lepiej wstrzymać się z natychmiastowym instalowaniem nowych aktualizacji.
Więcej o systemach Windows przeczytasz na Spider's Web:
Amerykańska agencja znowu przygotowała pełnoprawny kalendarz ścienny do samodzielnego wydruku. To porządny plik PDF w jakości do druku, uzupełniony o lżejszą wersję podglądową. Oba warianty można pobrać bezpłatnie ze strony NASA, a potem zrobić z nimi dokładnie to, czego potrzebujesz – od domowego wydruku na zwykłym papierze po solidny druk w punkcie poligraficznym. A może chcesz super tapetę na komputer? Limitem jest tylko twoja wyobraźnia.
Kalendarz NASA na 2026 r. to Wszechświat, którego możesz dotknąć
Na okładce tradycyjnie dominuje motyw podróży. Tym razem NASA łączy w jednym rysunku dwie rocznice: naukową i historyczną. Z otwartej księgi historii wyrasta Ziemia, a z niej prowadzi świetlista ścieżka, która mija Księżyc, Marsa i Saturna, po drodze zahaczając o kolejne misje.
Na ilustracji pojawiają się m.in. stacja ISS, sonda Parker Solar Probe, teleskopy Webb i Roman, księżycowy orbiter LRO, marsjańska MRO, misja Dragonfly do Tytana czy przyszły NEO Surveyor. Na dodatek po tej symbolicznej kosmicznej drodze idzie astronauta programu Artemis, obok którego toczy się łazik. Przekaz jest prosty: nauka, którą NASA uprawia na co dzień, ma być drogą do dalszej eksploracji, a nie tylko zbiorem ładnych obrazków. Obok pełnego kalendarza agencja udostępnia też osobne tapety na telefony i komputery, oparte na tych samych ilustracjach i zdjęciach, które znajdziesz w pliku PDF.
Co NASA upchnęła na 2026 rok?
Każdy miesiąc w kalendarzu to osobna historia. Styczeń zaczyna od sceny, którą łatwo pomylić z kadrem z filmu science fiction. To Herbig-Haro 49/50 – kosmiczny obiekt w pobliżu młodej gwiazdy, który teleskop Jamesa Webba pokazał w niezwykle szczegółowy sposób. Strumienie materii wyrzucanej przez rodzącą się gwiazdę wyglądają jak rozciągnięty, pomarańczowo-czerwony wir, a w tle widać odległą galaktykę spiralną. Jeden obraz opowiada historię narodzin gwiazd i tego, jak ich dżety rzeźbią otoczenie.
Luty przenosi nas na Marsa. Kadr z orbity pokazuje strome zbocza w kraterze Gale, który od lat eksploruje łazik Curiosity. Na zdjęciu widać ścieżkę wspinaczki w stronę kanału Gediz Vallis – miejsca bogatego w siarczany, czyli minerały powstające po odparowaniu wody. NASA przypomina przy okazji, że właśnie w takich rejonach szuka chemicznych śladów dawnych warunków sprzyjających mikroorganizmom.
W marcu dostajemy coś pozornie prostego: fragment księżycowego krateru w niskim świetle poranka. To zdjęcie z sondy LRO, wykonane systemem kamer LROC. Światło muska tylko zachodnią ścianę krateru, reszta tonie w cieniu. Ten pozorny minimalizm dobrze pokazuje, po co w ogóle powstała misja LRO – żeby zbudować trójwymiarową mapę Księżyca, znaleźć zasoby takie jak lód w wiecznym cieniu i przygotować teren pod kolejne lądowania.
Kwiecień z kolei przypomina, że NASA patrzy nie tylko w kosmos, ale i na Ziemię. Na zdjęciu widać charakterystyczne, promieniste chmury nad wybrzeżem Peru. To tzw. chmury actinoform, widziane okiem satelity PACE. Wyglądają jak śnieżne kryształki albo delikatne płatki, ale dla klimatologów są przede wszystkim narzędziem do badania bilansu energetycznego planety – jedne chmury odbijają promieniowanie Słońca, inne zatrzymują ciepło blisko powierzchni.
Maj przenosi nas na pokład Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, ale w skali mikroskopowej. Na ilustracji widać komórkę megakariocytarną, czyli komórkę macierzystą produkującą płytki krwi, obserwowaną w eksperymencie prowadzonym w mikrograwitacji. Rozgałęziające się wypustki komórki przypominają wieniec, z którego odrywają się przyszłe płytki. NASA wykorzystuje takie badania, żeby lepiej zrozumieć, jak długotrwały pobyt w kosmosie wpływa na krzepnięcie krwi i ryzyko powikłań u astronautów.
W kolejnych miesiącach kalendarz przeskakuje między różnymi działami nauki. Jest obraz gromady gwiazd NGC 602 z pogranicza obserwacji teleskopów Chandra i Webb – świecące na czerwono, masywne gwiazdy otoczone pierścieniem zimnego pyłu przypominają świąteczny wieniec, ale opowiadają o tym, jak wyglądały warunki do narodzin gwiazd w młodym Wszechświecie. Jest satelitarne zdjęcie potężnego niżu znad wschodniego wybrzeża Ameryki Północnej, uchwyconego przez JPSS, które pokazuje, jak satelity pomagają ostrzegać przed śnieżycami i wichurami.
Na jednym z kolejnych miesięcy zobaczysz też charakterystyczne zielonkawe smugi na powierzchni jeziora Pyramid Lake w Nevadzie – to zakwity sinic, monitorowane z orbity dzięki misji Landsat. NASA przypomina w ten sposób, że dane z kosmosu trafiają później do bardzo przyziemnych zastosowań: od zarządzania jakością wody po ostrzeganie turystów.
Są również kadry, które każdy fan astronomii rozpozna od razu. Kalendarz przypomina całkowite zaćmienie Słońca z kwietnia 2024 r., z widoczną koroną i czerwonymi protuberancjami wystającymi z krawędzi tarczy. Pojawia się też zdjęcie planetoidy Donaldjohanson z przelotu sondy Lucy czy rozświetlona na czerwono zorza polarna, przez którą dosłownie przeleciała Międzynarodowa Stacja Kosmiczna podczas jednej z silnych burz słonecznych.
Przeczytaj także:
Jak pobrać i wydrukować kalendarz NASA 2026?
Nowy kalendarz NASA jest udostępniany w dwóch wersjach. Pierwsza to plik PDF w wysokiej rozdzielczości, przeznaczony do druku – waży kilkadziesiąt megabajtów, ale daje bardzo dobrą jakość przy wydruku nawet w większym formacie. Druga wersja jest lżejsza, dostosowana także do wymogów dostępności i wygodnego przeglądania na ekranie. Kalendarz w najwyższej jakości pobierzesz stąd. A w nieco niższej ściągniesz stąd.
Jeśli wolisz cyfrowe dekoracje, NASA dołącza także gotowe tapety na smartfony i komputery, oparte na grafikach z kalendarza. W praktyce oznacza to, że możesz mieć jednocześnie wersję ścienną nad biurkiem oraz ekran w laptopie i telefonie dopasowany do tego samego kosmicznego motywu. Więcej informacji odnośnie do kalendarza znajdziesz tutaj.
*Grafika wprowadzająca oraz grafiki wykorzystane w tekście pochodzą z kalendarza opublikowanego przez NASA
Dlaczego Philips Sonicare to prezent, który naprawdę ma sens?
Większość świątecznych hitów prezentowych ma jedną wspólną cechę: dobrze wygląda tylko w momencie wręczania. Kubek z zabawnym nadrukiem, skarpetki w renifery, miękki zimowy sweter czy kolejny powerbank – wszystko to na pierwszy rzut oka jest świetnym upominkiem. Uśmiech przy rozpakowywaniu jest, zdjęcie na mediach społecznościowych też, ale już po kilku tygodniach lub nawet dniach emocje opadają. Kubek ląduje w szafce obok kilku podobnych, skarpetki gubią się w praniu, powerbank grzeje półkę, a sweter spędza większość czasu na wieszaku, bo trochę gryzie.
Philips Sonicare to prezent, który ma sens nie tylko w świąteczny wieczór, ale i w inne dni. Szczoteczka soniczna używana jest regularnie – co najmniej 2 razy dziennie, przez cały rok, przez kolejne lata. Zamiast jednorazowego efektu wow daje coś dużo ważniejszego: rzeczywistą poprawę higieny jamy ustnej, lepsze domycie zębów i zdrowsze dziąsła. Nie jest gadżetem do pochwalenia się, tylko tak naprawdę narzędziem zdrowotnym, które z czasem zwraca się w bardzo prosty sposób – w postaci mniejszej ilości osadu, rzadszych problemów z dziąsłami i większym komfortem na co dzień.
Właśnie w tym tkwi przewaga takiego prezentu nad innymi. Nie kupujesz kolejnej rzeczy do kolekcji, tylko urządzenie, które wchodzi w codzienny rytm życia i realnie go usprawnia. Szczoteczka Philips Sonicare nie udaje czegoś wyjątkowego – ona po prostu codziennie robi swoje.
Philips Sonicare to różnica w czystości, którą naprawdę czuć
To, co naprawdę wyróżnia szczoteczkę soniczną Philips Sonicare, to nie liczby w specyfikacji, ale efekt, który dosłownie czuć przy każdym szczotkowaniu. Po prostu działa inaczej niż klasyczna szczoteczka manualna. W ciągu zaledwie dwóch minut pracy wykonuje więcej ruchów końcówki niż manualna przez cały miesiąc.
Philips Sonicare wykorzystuje technologię soniczną, w której włókna końcówki nie tylko poruszają się z ogromną szybkością, ale też wzbudzają w jamie ustnej falę hydrosoniczną. W jej efekcie woda i pasta tworzą mikrobąbelki, które są wprowadzane w ruch i docierają tam, gdzie sama zwykła szczoteczka nie dotrze – między zęby, wzdłuż linii dziąseł, do trudno dostępnych zakamarków.
Ta skuteczność nie wymaga nadmiernego dociskania, szorowania ani specjalnych technik. Wystarczy przyłożyć końcówkę pod odpowiednim kątem, włączyć szczoteczkę i pozwolić technologii zrobić swoje. W efekcie uzyskujemy uczucie gładkich zębów, które nie znika po kilku minutach. To świeżość, która zostaje z tobą do południa. A przede wszystkim – wrażenie, że zęby są dobrze domyte. To właśnie ten moment, gdy po wieczornym szczotkowaniu przejeżdżasz językiem po szkliwie i czujesz, że naprawdę zrobiłeś coś dobrego dla siebie i dla swojego uśmiechu.
Co potwierdzają twarde dane?
Wybierając szczoteczkę Philips Sonicare, nie opierasz się na marketingowych hasłach, ale na danych, które mają przełożenie na rzeczywiste efekty. Technologia soniczna została opracowana z myślą o skuteczniejszym i jednocześnie delikatniejszym czyszczeniu i dokładnie to potwierdzają badania.
Oznacza to przede wszystkim, że Philips Sonicare pomaga usuwać nawet do 20 razy więcej płytki bakteryjnej niż szczoteczka manualna*. A to właśnie płytka jest główną przyczyną próchnicy, nieświeżego oddechu i chorób dziąseł. Tam, gdzie zwykła szczoteczka nie daje rady – szczególnie wzdłuż linii dziąseł – Philips Sonicare doczyszcza nawet do 15 razy skuteczniej, nie powodując przy tym żadnych podrażnień.
* wyniki uzyskane w warunkach testowych (końcówka A3, program Clean); efekty mogą się różnić w zależności od techniki i regularności szczotkowania.
Funkcje, które sprawiają, że użytkownik naprawdę z niej korzysta, a nie odkłada do pudełka
Szczoteczka Philips Sonicare została zaprojektowana tak, żeby nie była tylko efektownym gadżetem, który po tygodniu ląduje w szufladzie. Wszystkie jej funkcje mają jeden wspólny cel: ułatwić codzienność i pomóc zadbać o zęby tak, jak zalecają dentyści – skutecznie, regularnie i bez zbędnych komplikacji.
Philips Sonicare Advanced Clean to aż 5 trybów pracy
Aż 5 trybów pracy to nie marketingowy nadmiar, ale odpowiednie dopasowanie do różnych potrzeb użytkowników. Masz wrażliwe dziąsła? Wybierasz tryb delikatny. Chcesz się skupić na wybielaniu? Znajdziesz tu tryb White. Potrzebujesz dokładnego czyszczenia po kawie czy lunchu? Tryb Clean lub Deep Clean zrobią w tym przypadku swoją robotę. Każdy z trybów różni się intensywnością i czasem działania, ale ich obsługa to po prostu jedno kliknięcie – bez konieczności studiowania instrukcji czy logowania się do aplikacji.
Z kolei timer i system QuadPacer dbają o to, by szczotkowanie było dokładne i równe. Co 30 sek. dostajesz delikatny sygnał, że pora zmienić ćwiartkę jamy ustnej, a po dwóch minutach (czas zalecany przez dentystów) szczoteczka po prostu się wyłącza. To oznacza, że nawet w pośpiechu masz pewność, że zrobiłeś to dobrze. Jeśli chcemy, by powiadomienia wyświetlały się na czytelnym ekraniku, to możemy postawić np. na model HX3792/12. To dodatkowa zaleta, którą docenią bardziej wymagający użytkownicy.
Funkcja EasyStart to natomiast ukłon w stronę osób, które wcześniej używały tylko szczoteczek manualnych. Przez pierwsze dni urządzenie pracuje łagodniej, by dać czas na przyzwyczajenie się do nowego sposobu mycia. To drobny detal, ale sprawia, że wejście w świat szczoteczek sonicznych jest naprawdę komfortowe i bezbolesne.
Philips Sonicare Prestige to wybór dla najbardziej wymagających
Philips Sonicare Prestige 9900 to flagowy model w gamie Sonicare. Szczoteczka zaprojektowana została z myślą o użytkownikach, którzy oczekują maksymalnej personalizacji i zaawansowanego wsparcia technologicznego. Wbudowana technologia SenseIQ nie tylko monitoruje twoją technikę szczotkowania do 100 razy na sek., ale też aktywnie reaguje na sposób, w jaki szczotkujesz zęby, dostosowując intensywność działania do twoich ruchów, nacisku i tempa.
Czyszczenie zębów staje się nie tylko skuteczne, ale też maksymalnie delikatne i dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkownika. To szczoteczka, która dosłownie uczy się twojego stylu i dba o zdrowie jamy ustnej z wyjątkową inteligencją.
Do tego wszystkiego dochodzi cicha praca, wygodny uchwyt i intuicyjna obsługa dzięki prostemu ekranowi. Nie trzeba parować jej z telefonem, uczyć się obsługi aplikacji ani szukać funkcji w menu. Wystarczy włączyć i myć zęby. Właśnie dlatego Philips Sonicare nie trafia do pudełka, tylko zostaje na łazienkowej półce na długo.
Dlaczego Philips Sonicare sprawdza się jako prezent na święta właściwie dla każdego?
Philips Sonicare to prezent, który sprawdza się niezależnie od tego, komu go wręczysz – i to nie dzięki marketingowym sloganom, lecz dzięki prawdziwej użyteczności. Rodzice docenią prostotę i intuicyjną obsługę, bez konieczności uczenia się nowego urządzenia. Partnerzy zobaczą w niej coś więcej niż gadżet, lecz wyraz troski o codzienne nawyki zdrowotne. Natomiast osoby starsze z problemami dziąseł docenią jej delikatność i bezpieczeństwo.
Philips Sonicare to także odpowiedź na narzekanie osób, które twierdzą, że nie mają czasu zadbać o siebie. Dwie minuty i gotowe – zęby umyte dokładnie, bez konieczności zastanawiania się, czy tyle wystarczy. System timera i automatycznego wyłączania sam przypilnuje, by niczego nie pominąć. Philips Sonicare to koniec wymówek.
Prezent, który zostaje na lata i działa
Philips Sonicare wyróżnia się tym, że naprawdę się przydaje. I to każdego dnia. Solidna konstrukcja, elegancki wygląd i trwałość sprawiają, że świetnie sprawdza się jako prezent świąteczny. Grudzień to wyjątkowy moment, by sięgnąć po sprzęt z wyższej półki bez przepłacania. Świąteczne promocje pozwalają kupić Philips Sonicare w cenie, która zwykle byłaby dla nas nieosiągalna. Jest więc to idealny czas, by podarować coś, co zostanie na długo – prezent, który naprawdę się opłaca i z całą pewnością nie zostanie zapomniany, jak kolejna para świątecznych skarpetek.
To dość nietypowe, ponieważ gigant przyzwyczaił nas do aktualizacji w poniedziałki o godz. 19:00 (lub trochę później). Nowe uaktualnienie nie przynosi rewolucji, ale za to kilka przydatnych nowości. Najlepsze to możliwość usunięcia Liquid Glass z ekranu blokady, alarmy dla przypomnień oraz tłumaczenie na żywo w Unii Europejskiej.
Apple pozwoli ci częściowo ograniczyć brzydkie Liquid Glass
Już w poprzedniej wersji systemu iOS 26.1 można było ograniczyć Liquid Glass dzięki dedykowanemu przyciskowi w ustawieniach ekranu. Można też było w ustawieniach ekranu zmienić, czy chcemy korzystać z przezroczystych ikon zegara blokady lub ustawić tryb pełny.
W iOS 26.2 natomiast pojawił się nowy suwak ekranu blokady, który pozwala ręcznie regulować wygląd zegara. Możemy ustawić tak, aby godzina była całkowicie przejrzysta lub tylko trochę prześwitująca. Użytkownik może pozbyć się Liquid Glass kompletnie albo zachować jedynie część nowej stylistyki - daje to większe możliwości personalizacji.
Poza tym opcja przyciemnienia (dostępna w ustawieniach Liquid Glass) wyświetli ostrzeżenie informujące o tym, że matowe wykończenie interfejsu nie działa w połączeniu z ustawieniami dostępności. Włączenie trybu przejrzystego (czyli domyślnego Liquid Glass) pozwoli natomiast korzystać ze zmniejszenia przezroczystości i zwiększenia kontrastu w menu dostępności.
Alarmy zadzwonią, gdy ustawimy przypomnienie
Kolejną przydatną nowością w iOS 26.2 jest to, że w aplikacji Przypomnienia możemy ustawić alarm. Dotychczas pojawiało nam się co najwyżej powiadomienie, które mimo wszystko łatwo przeoczyć - teraz przy pilnych przypomnieniach będziemy mogli skonfigurować alarm niezależnie od aplikacji zegara.
Po aktywacji zobaczymy ekran zatrzymania lub drzemki. Jeśli skorzystamy z drzemki, telefon wyświetli nam też wydarzenie na żywo, dopóki nie wykonamy określonego zadania (czyli po prostu nie odhaczymy czynności). Alarmy realizowane przez aplikację Przypomnienia są oznaczane niebieskim przyciskiem, a nie tak jak zwykle - pomarańczowym. Jeśli po raz pierwszy uruchomimy oprogramowanie po aktualizacji systemu dostaniemy też krótką instrukcję jak skorzystać z rozwiązania.
Apple wie, że słabo śpimy i zmienia skalę
Moją ulubioną zmianą w aktualizacji iOS 26.2 i watchOS 26.2 jest poprawiona skala funkcji Wyniku Snu dla użytkowników Apple Watch’a. Apple podniosło progi ocen snu, dzięki czemu wyniki lepiej oddają realną jakość odpoczynku.
bardzo niski: 0-40 (wcześniej 0-29),
niski: 41-60 (wcześniej 30-49),
średni: 61-80 (wcześniej 50-69),
wysoki: 81-95 (wcześniej 70-89),
bardzo wysoki: 96-100 (wcześniej 90-100).
Wcześniej było łatwiej uzyskać poszczególne wyniki. Skala została podwyższona, a dotychczasowe określenie doskonały zastąpiono na bardzo wysoki. Wyniki snu znajdziecie w aplikacji Zdrowie w podsumowaniu, o ile korzystacie z zegarka Apple.
Co jeszcze ulepszono w iOS 26.2?
iOS 26.2 wprowadza też tłumaczenie na żywo w słuchawkach AirPods dla użytkowników z UE. Funkcja wymaga telefonu z Apple Intelligence i obsługiwanego języka - niestety, bez polskiego. Poza tym Apple dodał kilka mniejszych, ale przydatnych zmian:
AirDrop ma być bezpieczniejszy - wykorzystuje dodatkową warstwę weryfikacji podczas wysyłania plików nieznanym osobom. Bazuje na kodach, które generuje się na urządzeniu odbiorcy i wprowadza się na urządzeniu nadawcy;
Apple Music obsługuje teksty piosenek w trybie offline;
w aplikacji Hasła znajdziemy zarządzanie stronami internetowymi, na których nie chcemy zapisywać haseł;
opcja Miganie diody przy alertach pozwala wykorzystywać ekran, a nie tylko diodę LED.
System iOS 26.2 jest już do pobrania dla wszystkich. Aktualizacja zajmuje nieco ponad 4 GB.
W ostatnich tygodniach ceny pamięci dosłownie wystrzeliły w górę. Jeszcze niedawno zestaw pamięci operacyjnej 32 GB DDR5 kosztował mniej niż 400 zł, dziś mówimy nawet o 2000 zł. Dyski SSD też podrożały. Sytuacja zmienia się dynamicznie, ale niestety na gorsze.
Wysokie ceny pamięci co najmniej do 2028 r. Tak mówi kluczowy producent
SK Hynix, jeden z trzech największych producentów pamięci DRAM i NAND na rynku (oprócz Microna oraz Samsunga) przeprowadził wewnętrzne spotkanie, na którym pracownicy mieli dowiedzieć się wielu ciekawych informacji. Prognozy giganta wyciekły publicznie, dzięki czemu dowiadujemy się, że firma zakłada ograniczoną podaż pamięci DRAM aż do 2028 r.
Problem dotyczy wszystkich kluczowych standardów: DDR4/DDR5, GDDR6/GDDR7, LPDDR5/LPDDR6. Mają być trudno dostępne, a co za tym idzie - będą wyraźnie droższe. Wymienione rozwiązania stanowią podstawę do działania wielu sprzętów z kategorii elektroniki użytkowej. DDR wykorzystuje się w komputerach i laptopach, GDDR w kartach graficznych i konsolach, a LPDDR w smartfonach i laptopach.
Popyt rośnie, podaż maleje, a zapasy stopniowo się kończą. Co gorsza, producenci nie planują zwiększać mocy produkcyjnej. Firmy tworzące pamięci wolą skupiać się na modułach przygotowanych z myślą o profesjonalnym sprzęcie typu HBM, które są wykorzystywane m.in. w potężnych układach graficznych wymaganych do przetwarzania sztucznej inteligencji.
Źródłem problemu jest sztuczna inteligencja. Ogromne ilości pamięci trafiają do centrów danych obsługujących modele AI, a sprzęt konsumencki schodzi na drugi plan. Skąd to wiemy? Ponieważ sam SK Hynix miał przekazać, że skupi się na profesjonalnych rozwiązaniach.
Gigant ma rozszerzać produkcję najbardziej zaawansowanych produktów takich jak pamięci HBM i SOCAMM. To jasny sygnał: zwykły konsument przestał być priorytetem. Co najmniej do 2028 r. to się nie zmieni.
To oczywiste, że firmy chcą zarabiać. Problem w tym, że AI zaczyna wypychać zwykłych użytkowników z rynku. Jeśli komputery, laptopy i smartfony staną się zbyt drogie, skorzystają z nich nieliczni. A wtedy cała wizja powszechnej AI zaczyna się sypać.
Podobnie uważa były szef Intela, Pat Gelsinger. Jego zdaniem AI napędza bańkę spekulacyjną, która prędzej czy później pęknie. Na rynku zostanie masa sprzętu, na który nagle nie będzie zapotrzebowania.
Więcej o sztucznej inteligencji przeczytasz na Spider's Web:
Standardowo kosztuje 2499 zł, ale co jakiś czas pojawiają się promocje - w listopadzie w ramach czarnego piątku można było go kupić 900 zł taniej. Teraz Lidl rusza z kolejną promocją.
Robot Lidla MC Smart znowu 900 zł taniej. Online i stacjonarnie
MC (Monsieur Cuisine) Smart od 15 do 21 grudnia będzie kosztować 1599 zł - 900 zł taniej. To już druga taka obniżka - wcześniej przecena siegała maksymalnie 700 zł. Trudno powiedzieć, czy w najbliższym czasie powtórzy się taka sytuacja.
Nowa promocja nie wymaga korzystania z kuponów w przypadku zakupów online. W sklepie internetowym Lidl.pl mamy do wyboru dwie wersje kolorystyczne: czarną i białą, gdzie obniżona cena 1599 zł jest dostępna od razu po dodaniu do koszyka. W sklepach stacjonarnych wymagana będzie aplikacja, a dodatkowo znajdziemy wersję antracytową.
SPRAWDŹ OFERTĘ
Oferta trwa do 21 grudnia. To ostatnia niedziela handlowa w tym roku, więc niemiecka sieć sklepów postanowiła wykorzystać sytuację i wydłużyć promocję w przypadku zakupów stacjonarnych.
Czy warto kupić termorobota Lidla na promocji?
1600 zł to naprawdę dobra cena jak za taki sprzęt. Szczególnie że jest to największy konkurent Thermomixa wycenionego na ponad 6600 zł. Czyli propozycję od Lidla możemy kupić ponad cztery razy taniej, a wcale wiele nie tracimy.
MC Smart oferuje duży, 8-calowy ekran do sterowania trybami, prędkością, gotowymi planami czy ważeniem składników. Robot potrafi gotować, smażyć, gotować na parze, miksować, ubijać ciasta, sous-vide, mieszać i ugniatać, rozdrabniać i wiele innych.
Do tego współpracuje z aplikacją i bazą setek gotowych przepisów.
Więcej podobnych artykułów znajdziesz na Spider's Web:
O planowanym przedsięwzięciu pisze łódzka "Wyborcza". W rozmowie z serwisem Łukasz Goss, prezes Holdingu Łódź, mówi, że celem jest "duży, całoroczny obiekt, w którym pod dachem powstanie tropikalny las".
Inwestycja miałaby powstać na terenie łódzkiego ogrodu botanicznego. Według założeń zajmie 15-20 tys. m2, osiągając przy tym wysokość 30 metrów. Inspiracje stanowią m.in. ogromna singapurska palmiarnia, mająca powierzchnię przeszło 100 hektarów, czy znajdujący się w Lipsku zadaszony las deszczowy o powierzchni ok. 1,7 ha.
Widziałem taki projekt w ZOO w Lipsku. To jest fantastyczna atrakcja i wierzę głęboko, że rzeczywiście wykorzystanie nawet 2 hektarów w 67-hektarowym Ogrodzie Botanicznym to będzie niesamowity magnes dla kolejnych setek tysięcy turystów z Łodzi, z Polski i z Europy. To będzie pierwsza taka inwestycja w naszym kraju – powiedział Radiu Łódź radny Marcin Masłowski z Koalicji Obywatelskiej.
Tylko w pierwszym roku atrakcję z lasem tropikalnym pod dachem miałoby odwiedzić 660 tys. gości. W kolejnych latach spodziewanych jest 500 tys. gości. Bilet wstępu oszacowano na ok. 100 zł.
Goss, prezes Holdingu Łódź, wskazuje na demografię. Ogrody zoologiczne odwiedzają rodziny z dziećmi. A tych przecież rodzi się coraz mniej. Trzeba przyciągnąć starszego klienta.
- Przeciętna europejska rodzina wydaje w ciągu jednego dnia podróży 50 euro. Tymczasem podróżni z kategorii silver, którzy mają już odchowane dzieci, wydają średnio 350 euro. Dlatego powinniśmy inwestować w taką atrakcję, jakiej nikt nie ma, przeznaczoną dla segmentu "silver tourism", który w kolejnych latach będzie rosnąć – argumentuje w rozmowie z łódzką "Wyborczą".
Rodziny z dziećmi też będą mogły przyjechać, ale tropikalny las przyciągać ma wszystkich. W odróżnieniu od np. modnych parków rozrywki.
W czym problem? Dżungla 360 powstać miałaby na terenie ogrodu botanicznego. W rozmowie z łódzką "Wyborczą" Marek Kubacki, dendrolog i Towarzystwa Przyjaciół Ogrodu Botanicznego, zwraca uwagę, że "każda ingerencja tego typu w ogród botaniczny zmienia jego funkcję na zwykły park miejski z atrakcją rozrywkową". Chociaż nie wiadomo jeszcze, gdzie i jak las tropikalny pod dachem miałby być ulokowany, istnieje zagrożenie, że wpłynie na istniejące już rośliny. Choćby poprzez zasłonięcie dostępu do światła. Kubacki obawia się również, że "gdy raz zacznie się kawałkować ogród, dalej pójdzie jak po maśle".
W prace nad projektem zaangażowane są łódzkie uczelnie - Uniwersytet Łódzki oraz Politechnika Łódzka – oraz Instytut Łukasiewicza. Prof. Tomasz Jurczak, prodziekan Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska UŁ, zauważa, że miejsce dla wielu osób byłoby jedyną szansą, aby "poczuć klimat lasów tropikalnych, obcować z przyrodą, która na co dzień nie jest nam bliska".
Z takim postawieniem sprawy zdecydowanie nie zgadzają się społecznicy stojący za inicjatywą Mapa Drzew Łodzi.
Oburza nas narracja, że budowa szklanego kolosa w sercu Ogrodu dyktowana jest potrzebą zapewnienia mieszkańcom "obcowania z klimatem tropikalnym". Jeśli w Polsce obywatele czegoś potrzebują, to przede wszystkim kontaktu z rodzimą naturą. "Zespół deficytu natury" i narastająca "biofobia" nie są abstrakcyjnymi teoriami, lecz bolesnym doświadczeniem młodych i już dorosłych Polaków. Tymczasem zamiast wspierać lokalną przyrodę i dbać o zabytkowe parki, serwujemy im sztuczny Disneyland. Prawdziwy "zespół deficytu natury" leczy się w lesie i parku, a nie w klimatyzowanej hali, która pożre gigantyczne środki na utrzymanie, podczas gdy łódzkie szkoły i programy edukacji przyrodniczej ledwo przędą.
Na problem narastającej biofobii zwracali ostatnio uwagę szwedzcy naukowcy z Uniwersytetu w Lund. Lęk czy wręcz niechęć do przyrody w zurbanizowanych społeczeństwach będzie narastać, przestrzegali badacze. Im mniej kontaktu ze środowiskiem, tym łatwiej uwierzyć, że kryje się w nim coś potencjalnie groźnego.
Ogród Botaniczny potrzebuje troskliwej modernizacji i pielęgnacji, a nie gigantycznej rewolucji budowlanej. Łódź nie będzie "Singapurem", dopóki władze nie zrozumieją, że w nowoczesnym mieście przyroda nie jest przeszkodą w inwestycji, lecz jej najważniejszym celem. Przestańmy marzyć o łódzkiej dżungli za 380 milionów złotych, zacznijmy dbać o łódzką przyrodę - czytamy w stanowisku Mapy Drzew Łodzi.
Niestety istniejąca przyroda bardzo często schodzi na dalszy plan, a liczy się efekciarstwo, sztuczny Disneyland, jak ujęli to społecznicy z Mapy Drzew Łodzi.
Wystarczy spojrzeć na wyrastające jak grzyby po deszczu platformy widokowe
Ulokowane i tak na dużej wysokości obiecują jeszcze bardziej spektakularne widoki – jakby panorama obserwowana ze szczytu góry nie wystarczyła. Wraz z tym dochodzi cała dodatkowa i niepotrzebna infrastruktura.
Włodarze decydujący się na takie inwestycje rozkładają ręce: czymś trzeba turystów przyciągnąć. Tylko że to krótkowzroczna strategia. Co, jeżeli sąsiednia gmina wybuduje jeszcze większą wieżę i nici ze wzrostu turystów?
Największą wartością jest to, co mamy – i o co powinniśmy zadbać. A tymczasem stare porzekadło ma się dobrze: cudze chwalimy, swego nie znamy. A co gorsza, lekką ręką możemy zaprzepaścić.
Wiele osób marzy o tym, żeby zmienić swój salon albo garaż w salę kinową z prawdziwego zdarzenia. Urządzeniami, które w tym pomagają, są projektory. Problem w tym, że te klasyczne modele, nazywane projektorami długiego rzutu, trzeba ustawić w odpowiedniej odległości od ściany, którą chcemy zmienić w ekran, a nie każde pomieszczenie na to pozwala. Na szczęście taki układ w domu lub w mieszkaniu nie koniec świata - ani marzeń o domowym kinie.
Rozwiązaniem są projektory krótkiego rzutu, takie jak przetestowany przez nas Hisense L9Q. Można postawić je pod samą ścianą, na której generowany będzie obraz (lub, opcjonalnie, podwiesić je pod sufitem zaraz przy niej). Dzięki temu unikamy problemu z montażem projektora po przeciwległej stronie pomieszczenia, a do tego eliminujemy ryzyko zakłócenia projekcji, gdy inny domownik pojawia się linii projektor-ściana, co w przypadku klasycznych projektorów bywa problemem.
A co potrafi Hisense L9Q?
Hisense L9Q to projektor naprawdę krótkiego rzutu - wystarczy ustawić go niecałe 14 cm od ściany, aby wyświetlić obraz o przekątnej długości aż 100 cali. To sporo więcej, niż zapewniają nam domowe telewizory, gdyż najczęściej wybierane przez Polaków obecnie modele mają jedynie 65-calowe matryce. Postawić możemy go z kolei na zwykłej szafce RTV, na której stawialibyśmy klasyczny telewizor, aby wygenerować naprawdę ogromny obraz - nawet do 200” (!).
Jego gabaryty to dokładnie 62.4 cm szerokości, 31.7 cm głębokości i jedynie 16,6 cm wysokości, przy masie 12,9 kg. Nie jest urządzeniem lekkim, ale to bynajmniej nie jest wada - bo eliminuje ryzyko, iż przypadkiem go przesuniemy, co przesunęłoby generowany przez niego obraz w nieco inne miejsce. Sami mamy przy tym mnóstwo opcji regulacji obrazu, by dopasować go do pomieszczenia, ale spokojnie - korekcją trapezową i ustawianiem ostrości może zająć się automat.
Hisense L9Q wygląda przy tym niezwykle elegancko za sprawą nietypowego, nieco miedzianego wykończenia. Można powiedzieć o nim, że ma obudowę w kolorze złotym, ale wpadającym nieco w pomarańcz. Dzięki temu projektor nie tylko generuje piękny obraz, ale też atrakcyjnie wygląda już po zakończeniu projekcji. Bynajmniej nie przypomina tych smutnych szarych pudełek do puszczania slajdów w PowerPoincie, które znamy z biurowych salek konferencyjnych.
A co z jakością obrazu, jaką daje projektor Hisense L9Q?
Filmy i seriale odpalone na Hisense L9Q wyglądają świetnie zarówno w dzień, jak i w nocy, bo jasność lasera DLP na poziomie 5000 ANSI lumenów przy kontraście 5000:1 robi swoje. Rozdzielczość to oczywiście pełne 4K, a do tego nie zabrakło obsługi technologii takich jak Dolby Vision, HDR10, HDR10+, HLG i IMAX Enhanced. Urządzenie spodoba się również graczom korzystającym z konsol i pecetów - i to nie tylko ze względu na obsługę technologii ALLM i input laga na poziomie 12 ms.
Specjalnie przygotowany tryb gry sprawia, że tytuły wyglądają i działają lepiej, a do tego Hisense L9Q potrafi generować obraz odświeżany w aż 240 Hz. Zapewnia to niesamowitą płynność ruchu, w osiągnięciu której pomaga również technologia upłynniania obrazu MEMC, którą docenią przede wszystkim wszyscy fani sportowych emocji. Projektor w dodatku, jeśli tylko mamy takie życzenie, poradzi sobie z obsługą filmów zarejestrowanych w 3D.
Laser w projektorze Hisense L9Q cechuje się też dużą żywotnością, bo na poziomie 25 tys. godz. Oznacza to, że jeśli będziemy oglądali na nim filmy i seriale przez 4 godziny dziennie, codziennie, to wystarczy nam on na… 17 lat. Oczywiście należy też wspomnieć o tym, ze projektor pozbawiony jest emisji szkodliwego światła niebieskiego - to sprawia, że jest bezpieczny dla naszego wzroku. Jeśli z kolei wykryje ruch przed laserem, to go tryb ochrony wzroku go przygasi.
W obudowie nie zabrakło przy tym głośników i to nie byle jakich. Urządzenie ma wbudowany system Devialet 6.2.2 o łącznej mocy 116 W, który zawstydza nie tylko wiele soundbarów, ale też kolumn kina domowego. Jest oczywiście zgodny ze standardem Dolby Atmos. Co zaś istotne, w przypadku tego projektora dźwięk dobiega do nas z tej samej strony, co obraz - a nie zza pleców albo, co gorsza, z boku, jak w przypadku głośników wbudowanych w projektory dalekiego rzutu.
Hisense L9Q jest przy tym projektorem naprawdę wszechstronnym, gdyż dysponuje bardzo szerokim wachlarzem portów - można podpiąć do niego masę sprzętów. W obudowie znalazło się miejsce na, obok złącza zasilania, trzy HDMI (w tym jeden z obsługą HDMI 2.1 i ALLM oraz jeden z obsługą eARC), a także SPDIF, USB 2.0, USB 3.0 oraz Ethernet do podłączania internetu. Nie jest to jednak konieczne, bo są tu też moduły łączności bezprzewodowej, czyli Wi-Fi 6 (ax) oraz Bluetooth.
Sprzęt w parze z oprogramowaniem.
Hisense L9Q ma zainstalowany system operacyjny VIDAA, czyli dokładnie ten sam, jaki trafia na telewizory marki Hisense. Dzięki temu mamy dostęp do nowoczesnej, pełnoprawnej platformy Smart TV, która pozwala odtwarzać filmy i seriale z praktycznie wszystkich możliwych usług wideo na żądanie. Sam znalazłem bez problemu wszystkie siedem, z których korzystam regularnie, a żona dorzuciła do tego kilka swoich aplikacji, w tym przygotowanych wyłącznie na polski rynek.
Dzięki temu oglądać możemy na zmianę klipy z usług takich jak YouTube, Netflix, Disney+, HBO Max, Prime Video, SkyShowTime, Apple TV, Player, Polsat Box i Canal+, ale w sklepie z apkami na system VIDAA dostępne są dziesiątki innych pozycji. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, w tym fani sportu oraz rodzice dla swoich pociech, a do tego przez wiele lat od zakupu mają pojawiać się aktualizacje VIDAA wprowadzające nowe funkcje.
Czytaj inne nasze teksty poświęcone sprzętom marki Hisense:
Dobra wiadomość jest przy tym taka, że Hisense L9Q to coś więcej niż projektor i centrum domowej rozrywki zdefiniowane na nowo. Urządzenie zaprojektowano tak, aby mogło zmienić się w centralkę Smart Home, do której podłączane będą inne urządzenia. Zgodne jest przy tym z Control 4 oraz ze standardem HomeKit od Apple’a, a przy tym nie zabrakło obsługi AirPlay oraz Cast do łatwego wysyłania obrazu i dźwięku na projektor z innych sprzętów, w tym mobilnych.
Dziś jest ostatni dzień, by żeby zawalczyć o bon ciepłowniczy i odciążyć domowy budżet nawet o około 1750 zł. Wniosek można złożyć bez wychodzenia z domu – w aplikacji mObywatel – albo tradycyjnie, w urzędzie. Po północy ta tura wsparcia się zamyka.
– Dzisiaj jest ostatni dzień, kiedy można złożyć wniosek o bon ciepłowniczy. (...) Będziemy mieli, myślę, za kilka tygodni ostateczne dane, ile w tym pierwszym tak zwanym rzucie wniosków na pierwszą część 2026 roku zostało złożonych, bo także jest to wsparcie, które będzie obecne w 2026 – powiedział minister energii w Programie Pierwszym Polskiego Radia.
Bon ciepłowniczy – dla kogo jest ten dodatek?
Bon ciepłowniczy to jednorazowe wsparcie przeznaczone dla gospodarstw domowych ogrzewanych ciepłem systemowym, czyli takim, które trafia do mieszkań z sieci miejskiej za pośrednictwem przedsiębiorstwa energetycznego. Ustawowe zasady są dość precyzyjne: nie wystarczy sam fakt korzystania z sieci, liczy się też poziom opłat i dochody domowników.
Pomoc jest kierowana do rodzin, które płacą za ciepło więcej niż 170 złotych za 1 gigadżul (GJ). Dodatkowo obowiązuje próg dochodowy. W przypadku gospodarstw jednoosobowych miesięczny dochód nie może przekroczyć 3272,69 z. W gospodarstwach wieloosobowych limit wynosi 2454,52 zł na osobę. To oznacza, że wsparcie jest adresowane przede wszystkim do tych, którzy realnie odczuwają wysokie rachunki, a jednocześnie nie dysponują dużą poduszką finansową.
Obowiązujące przepisy przewidują możliwość ubiegania się o bon dwukrotnie. Obecny nabór dotyczy okresu od 1 lipca do 31 grudnia 2025 r. Druga tura została zaplanowana na cały 2026 rok – wtedy dokumenty będzie można składać od 1 lipca do 31 sierpnia 2026 r. Dzisiejszy termin jest więc istotny dla tych gospodarstw, które chcą mieć pewność, że wykorzystają pełen dostępny pakiet wsparcia.
Jak i gdzie złożyć wniosek? mObywatel na pierwszej linii
Wniosek o bon ciepłowniczy można złożyć na dwa sposoby. Pierwszy to ścieżka tradycyjna – bezpośrednio w urzędzie gminy lub miasta właściwym dla miejsca zamieszkania. Drugi, zdecydowanie wygodniejszy dla wielu osób, to droga elektroniczna poprzez aplikację mObywatel.
Złożenie wniosku online oznacza, że nie trzeba stać w kolejkach ani dopasowywać się do godzin pracy urzędu. W praktyce wystarczy zalogować się do aplikacji, wybrać odpowiednią usługę, wypełnić formularz i wysłać go drogą elektroniczną. Bon jest przyznawany na podstawie złożonej dokumentacji – kto nie złoży formularza w terminie, ten z tej transzy pomocy po prostu nie skorzysta. Dziś jest ostatnia szansa, by domknąć formalności i dopisać się do listy beneficjentów.
Co dalej z rachunkami za energię?
Bon ciepłowniczy to jedno z narzędzi łagodzenia skutków wysokich cen energii, ale nie jedyne. Równolegle trwają prace nad taryfami na energię elektryczną na 2026 r. Minister energii zapowiada, że celem rządu jest utrzymanie cen prądu na poziomie poniżej 500 zł za megawatogodzinę, czyli poniżej tegorocznej ceny zamrożonej.
Przeczytaj także:
Resort deklaruje też, że od stycznia nie wzrosną żadne opłaty, które minister energii ustala w drodze rozporządzenia. W połączeniu z bonem ciepłowniczym ma to ograniczyć ryzyko gwałtownego skoku rachunków na przełomie roku. W praktyce oznacza to, że gospodarstwa spełniające kryteria dochodowe i korzystające z ciepła systemowego mogą w tym sezonie zimowym liczyć na realne odciążenie portfela – zarówno po stronie ogrzewania, jak i częściowo po stronie prądu.
*Grafika wprowadzająca: Patrycja Grobelny, Pexels; Canva; własne