Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 13 czerwca 2026 Spider's Web

Wakacje w ciepłym słoneczku? Polecamy Antarktydę

13 czerwca 2026, 16:50
Antarktyda rekord ciepła 2026

6 czerwca argentyńska stacja Esperanza zanotowała 15,4°C - najwyższą temperaturę zimową w historii pomiarów na Antarktydzie. To aż 20°C powyżej normy dla tego okresu. Poprzedni rekord z 1998 r. został pobity o pełne 2°C. Naukowcy nie kryją zdumienia -klimatolog z Uniwersytetu w Groningen, Raúl Cordero, określił sytuację jako „absolutnie szaloną”.

Jakby tego było mało to nie był to jednorazowy wyskok. Przez trzy tygodnie z rzędu maksymalne temperatury utrzymywały się powyżej zera. W środku antarktycznej zimy oznacza to jedno: śnieg i lód zaczynają znikać w tempie, którego nie widziano nigdy wcześniej. W wielu miejscach odsłoniła się goła ziemia – coś, co w czerwcu nie powinno mieć prawa się wydarzyć.

Czytaj też:

Rekordy padają jeden po drugim 

Esperanza to nie wyjątek. Inne argentyńskie stacje - Marambio i San Martín - również pobiły swoje historyczne maksima, notując odpowiednio 11,8°C i 9,4°C. Średnie czerwcowe temperatury w tych miejscach powinny wynosić od -10,7°C do -5,6°C. Różnica jest tak duża, że trudno ją wytłumaczyć czymkolwiek innym niż gwałtownie postępującym ociepleniem,

Nawet na szczycie lodowca Collins - 500 metrów nad poziomem morza - zamiast śniegu spadł deszcz. To pora roku, w której lodowiec powinien przyrastać, a nie tracić masę. Tymczasem dochodzi do ablacji, czyli topnienia, które w zimie jest zjawiskiem skrajnie niepokojącym.

Krajobraz na Wyspie Króla Jerzego zmienił się z przeważnie białego na brązowy, szary i zielony. Zdjęcie: Luis Muñoz

Półwysep Antarktyczny to jedno z najszybciej ocieplających się miejsc na Ziemi. Od 1950 r. średnia temperatura wzrosła tam o około 3°C, czyli pięciokrotnie szybciej niż globalna średnia. Głównym winowajcą jest zanik lodu morskiego - im mniej białej powierzchni odbijającej światło, tym więcej energii pochłania ocean, co napędza dalsze ocieplenie. To pętla sprzężenia zwrotnego, tylko że w wersji turbo.

Efekty widać gołym okiem: coraz częstsze opady deszczu zamiast śniegu, rozległe połacie odsłoniętej ziemi, a nawet problemy dla kolonii pingwinów, które polegają na stabilnych warunkach śnieżnych. Naukowcy ostrzegają, że jeśli trend się utrzyma to konsekwencje dla ekosystemów i poziomu mórz będą dramatyczne.

Czy to już punkt krytyczny? 

Badania opublikowane wcześniej w tym roku sugerują, że w scenariuszu wysokich emisji pokrywa lodu morskiego na półwyspie może zmniejszyć się o 20 proc. To realne zagrożenie dla całego łańcucha pokarmowego, od krylu po wieloryby. A także dla ludzi, bo topniejący lód oznacza wzrost poziomu mórz, który uderzy w wybrzeża na całym świecie. Jednocześnie część badaczy podkreśla, że klimat Antarktydy jest wyjątkowo zmienny i wymaga długoterminowych obserwacji. Ale nawet oni przyznają: to, co dzieje się teraz wykracza poza naturalne wahania.  

Antarktyda jest jak gigantyczny system chłodzenia planety. Jeśli zacznie działać niestabilnie to skutki odczujemy wszyscy - nawet w sektorze technologii. Wzrost poziomu mórz to zagrożenie dla infrastruktury centrów danych, portów i fabryk. Ekstremalne zjawiska pogodowe wpływają na łańcuchy dostaw elektroniki. A rosnące temperatury oznaczają większe zapotrzebowanie na energię i chłodzenie, co z kolei zwiększa presję na sieci energetyczne.

Rekordowe 15,4°C w Esperanzie to nie ciekawostka, którą można wrzucić do działu „dziwne fakty o pogodzie”. To sygnał, że system klimatyczny Ziemi zaczyna działać w trybie awaryjnym. Jeśli globalne ocieplenie nie zostanie zatrzymane  takie epizody będą pojawiać się coraz częściej - i będą coraz bardziej ekstremalne.

Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.

Twój telewizor nauczy się nowych sztuczek. Koniec nerwowego klikania po pilocie

13 czerwca 2026, 16:40
Google Gemini w telewizorze

Google właśnie zrobił kolejny krok w stronę telewizora, który nie wymaga już ani przeklikiwania się przez menu, ani nawet pamiętania gdzie ukryto daną opcję. Najnowsza aktualizacja Gemini pozwala sterować ustawieniami obrazu, dźwięku i innymi funkcjami TV za pomocą głosu. Na razie tylko na wybranych modelach TCL, ale to dopiero początek. Gemini potrafi regulować jasność, kontrast, tryby obrazu i dźwięku, a nawet diagnozować problemy. Czyli mówisz, że ekran jest za ciemny, a asystent sam dobiera parametry.

Telewizor, który sam „naprawia” obraz

Google nie ogranicza się do prostych komend. Gemini ma reagować na opis problemu - coś, co do tej pory było domeną forów internetowych i znajomych „co się znają”. Jeśli powiesz „nie słyszę dialogów” to asystent ma samodzielnie podbić pasmo głosu lub przełączyć tryb dźwięku. Jeśli powiesz „ekran jest za ciemny”, dostosuje jasność, kontrast lub HDR.

Czytaj też:

Google Gemini na telewizorze z Google TV

Google chwali się też, że Gemini potrafi optymalizować ustawienia pod rodzaj treści. Wystarczy powiedzieć „It’s movie night – help make this feel like a cinematic experience”, a telewizor sam przełączy tryby obrazu i dźwięku na bardziej filmowe. W praktyce może to oznaczać koniec wiecznego przełączania między Standard, Film, Kino, Kino Domowe i innymi trybami, które producenci mnożą bez końca.

Czy to zadziała dobrze? To się dopiero okaże. Google zastrzega, że „Gemini can make mistakes. Be sure to double check it.” - co jest eleganckim sposobem na powiedzenie „nie miejcie do nas pretensji, jeśli coś popsuje”.

Na razie tylko TCL. I tylko w Stanach Zjednoczonych. Polska za rogiem

Aktualizacja trafia najpierw do telewizorów TCL z roczników 2025 i 2026: QM9K, X11L, QM9L, QM8L i RM9L. To modele, które i tak mocno stawiają na integrację z Google TV, więc są naturalnym poligonem doświadczalnym.

Google zapowiada, że później funkcja trafi także do innych urządzeń z Google TV - prawdopodobnie do Google TV Streamera, Walmart Onn oraz telewizorów Hisense z serii U7, U8 i UX (na rynku amerykańskim mają Google TV zamiast Vidaa). Warunek jest jeden: minimum 2 GB RAM-u. To ciekawy szczegół, bo pokazuje, że asystent nie działa „w chmurze”, tylko faktycznie wymaga lokalnych zasobów.

Globalny rollout? „Później”. Konkretów brak. Tym niemniej funkcja nie będzie ograniczona wyłącznie do Stanów Zjednoczonych i ma trafić na wszystkie rynki, na których obecny jest Gemini. A więc i do Polski.

Gemini dogania… Bixby’ego od Samsunga, który umie to od dawna

Czy to rewolucja? Jeszcze nie. Ale to krok w stronę telewizora, który nie tylko reaguje na komendy, ale rozumie kontekst. I jeśli Google faktycznie dopracuje tę funkcję to może się okazać, że za kilka lat nikt nie będzie już pamiętał, jak wyglądało ręczne przeklikiwanie się przez ustawienia obrazu. Zwłaszcza że Google nie jest tu wiodącym innowatorem - nieco bardziej niszowi asystenci głosowi, jak samsungowy Bixby, umieją w ten sposób wspólnie z użytkownikiem obsługiwać telewizor od dawna. Niektóre rzeczy u Samsunga działają nawet z językiem polskim.

Tyle że tak jak Samsung jest królem telewizorów, tak Google jest jednym z królów AI. Bixby’ego, jakkolwiek by go nie oceniać, używa garstka klientów. Gemini jest znacznie bardziej popularny i rozpoznawalny. Nie będzie pierwszy - ale będzie tym, który spopularyzuje ten rodzaj interakcji z telewizorem. Na czym skorzystają Bixby, ThinQ, Alexa i reszta rozpoznających mowę AI żyjących w naszych urządzeniach RTV i AGD.

Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.

Windows z ważną zmianą. Zapomnisz o restartach

13 czerwca 2026, 16:30
Windows 11 mniej restartów 2026

Zmiana jest częścią najnowszych wydań w kanale Release Preview i Dev, a jej cel jest prosty: skrócić momenty, w których system wyrywa cię z pracy, gry czy oglądania serialu, by zafundować ci obowiązkowy restart. I choć brzmi to jak obietnica składana już wiele razy to tym razem Microsoft faktycznie grzebie w mechanizmach, które mają realny wpływ na codzienne korzystanie z Windowsa.

Mniej czekania, mniej przerw, mniej frustracji 

Nowy proces aktualizacji, testowany wśród Windows Insiders, ma ograniczyć czas spędzany na ekranach „Przetwarzanie aktualizacji”. Microsoft przenosi większą część instalacji na etap, gdy mechanizm działa w tle - tak, by po restarcie pozostało jak najmniej do zrobienia. 

Aktualizacje będą łączone. System, sterowniki, .NET - wszystko w ramach jednej paczki i jednego restartu

To podejście nie jest nowe w świecie systemów operacyjnych, ale Windows 11 dopiero teraz zaczyna je wdrażać na poważnie. W praktyce oznacza to krótsze przerwy w pracy i mniejszą szansę, że komputer postanowi zaktualizować się akurat wtedy, gdy masz pięć minut do wideokonferencji.

Zmiany pojawiają się w ramach aktualizacji oznaczonych m.in. jako KB5083631 i KB5083726, które trafiły do kanałów Release Preview i Dev. To właśnie tam Microsoft testuje mechanizmy, które później - jeśli nie wybuchną - trafią do stabilnego Windowsa.

Aktualizacje w tle, ale też bardziej przewidywalne 

Microsoft od lat stosuje tzw. „gradual rollout”, czyli stopniowe udostępnianie aktualizacji. Teraz firma dopracowuje ten proces tak, by użytkownik miał większą kontrolę i świadomość, co właściwie dzieje się z jego systemem.

W nowych buildach widać, że gigant zaczyna lepiej komunikować, które funkcje są dostępne od razu, a które pojawią się dopiero po włączeniu odpowiedniego przełącznika w Windows Update. To ważne, bo Windows 11 coraz częściej korzysta z tzw. Controlled Feature Rollout - funkcje trafiają do części użytkowników, zanim zobaczą je wszyscy.

Dla zwykłego użytkownika oznacza to mniej niespodzianek. Dla entuzjastów - większą przewidywalność i możliwość świadomego testowania nowości.

Windows 11 od premiery zmaga się z opinią systemu, który za często przeszkadza użytkownikowi

Zbyt agresywne aktualizacje, zbyt częste zmiany interfejsu, zbyt wiele eksperymentów wprowadzanych bez zapowiedzi. Microsoft zdaje się wreszcie rozumieć, że jeśli chce, by Windows 11 był traktowany jako stabilna platforma to musi ograniczyć chaos. Nowy proces aktualizacji to krok w dobrą stronę. Nie rozwiąże wszystkich problemów, ale może sprawić, że użytkownicy przestaną bać się przycisku „Uruchom ponownie”.

Jeśli testy wypadną pomyślnie, nowy proces aktualizacji trafi do wszystkich użytkowników Windows 11 w jednej z nadchodzących aktualizacji zbiorczych. Microsoft nie podaje konkretnej daty, ale patrząc na tempo wdrażania funkcji w ostatnich miesiącach można spodziewać się, że stanie się to jeszcze w tym roku. Na razie pozostaje obserwować, jak zmiany przyjmą się wśród Insajderów - i mieć nadzieję, że tym razem Microsoft nie cofnie się w ostatniej chwili, jak zdarzało się w przeszłości.

Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.

Xbox przestanie być Microsoftem. Zaskakujący pomysł

13 czerwca 2026, 16:20
Xbox bez Microsoftu

Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, że w Microsofcie dzieje się coś dużego, to najnowsze doniesienia z The Information rozwiewają je jak dym po wybuchu plazmowego granatu Needlera. Według źródeł, które widziały wewnętrzne dokumenty i rozmawiały z ludźmi z samej góry, Microsoft w ostatnich latach poważnie rozważał wydzielenie Xboxa jako osobnej firmy, realne odcięcie całej dywizji od reszty korporacji. 

To nie jest plotka z reddita. The Information to medium znane z bardzo dobrych źródeł w Dolinie Krzemowej. Według nich pomysł był na tyle daleko poprowadzony, że analizowano konkretne scenariusze funkcjonowania „nowego Xboxa” poza strukturą Microsoftu.

Czytaj też:

Dlaczego Microsoft w ogóle miałby to robić?

Bo Xbox od lat jest w dziwnym miejscu. Sprzedaż konsol stoi w cieniu PlayStation, a strategia multiplatformowa - choć logiczna biznesowo - rozmywa tożsamość marki. Do tego dochodzi gigantyczna presja po przejęciu Bethesdy i Activision Blizzard. 

Wewnętrzne źródła mówią, że Xbox jest dziś zbyt wolny, zbyt ociężały i zbyt rozproszony, by konkurować z agresywnym Sony i rosnącym Nintendo. Dlatego pod uwagę jest brana nie tylko reorganizacja, ale wręcz przebudowa całej struktury zarządzania grami w Microsofcie.

Z tych samych źródeł wynika też, że Microsoft chce zdecydowanie przyspieszyć cykl wydawniczy gier takich jak Halo, Fallout czy The Elder Scrolls. Xbox ma być maszynką do hitów - ale tym razem z dużo większą świadomością, że rynek AAA nie wybacza pośpiechu. Fallout przeżywa renesans dzięki serialowi Amazona, Elder Scrolls 6 wciąż jest w produkcyjnym limbo, a Halo… cóż, Halo od lat szuka nowej tożsamości.

Microsoft chce, by te marki były rozwijane szybciej, ale też bardziej spójnie - z jasnym planem, roadmapą i odpowiedzialnością kreatywną. To oznacza koniec „tworzenia w chaosie”, które miało być jednym z problemów 343 Industries i części zespołów Bethesdy.

Czy to oznacza więcej gier, ale mniejszych?

Tego raporty nie mówią wprost, ale można to wyczytać między wierszami. Przyspieszenie cyklu wydawniczego zwykle oznacza jedno: większą modularność produkcji. Możemy więc spodziewać się spin-offów, projektów pobocznych, mniejszych gier osadzonych w dużych uniwersach i eksperymentów, które nie muszą być blockbusterami.

To zresztą model, który świetnie działa u Sony (patrz: Miles Morales) i Nintendo (patrz: Luigi’s Mansion, Kirby, Fire Emblem). Microsoft najwyraźniej chce wreszcie przestać być „tym trzecim”, który reaguje na ruchy konkurencji, i zacząć działać proaktywnie.

A co z Game Passem? W raportach nie ma o tym ani słowa, ale trudno nie zauważyć, że cała ta układanka ma sens tylko wtedy, gdy Game Pass pozostaje kluczowym elementem strategii. Szybsze premiery, więcej gier, większa różnorodność - to wszystko jest paliwem dla subskrypcji.

Ale czy Xbox naprawdę mógłby zostać wydzielony?

To nie jest zwykły kryzys. To moment, w którym Microsoft musi zdecydować, czym Xbox ma być w kolejnej dekadzie. Ewidentnie w firmie trwa poważna dyskusja o przyszłości całego działu - od struktury organizacyjnej, przez tempo produkcji gier, aż po sposób zarządzania największymi markami.

Historia z potencjalnym wydzieleniem Xboxa pokazuje jedno: nawet gigant o kapitalizacji biliona dolarów potrafi zgubić kierunek. Pytanie brzmi tylko czy ta nagła potrzeba „przyspieszenia” to początek nowego otwarcia, czy tylko kolejna próba gaszenia pożaru benzyną. Odpowiedź poznamy dopiero wtedy, gdy Xbox przestanie mówić o zmianach - i zacznie je dowozić.

Może więc Xbox nie zostanie wyrzucony z Microsoftu. Ale jeśli ma przetrwać, to musi wreszcie przestać być problemem do rozwiązania, a zacząć być powodem do dumy. Bo gracze nie potrzebują kolejnej reorganizacji. Potrzebują powodów, by włączyć konsolę.

Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.

Świetny sprzęt Google wraca. Mają nowy pomysł

13 czerwca 2026, 16:10
Google Home Speaker data premiery

Wygląda na to, że po miesiącach przeciągania struny Google wreszcie szykuje się do wypuszczenia swojego nowego głośnika typu Home Speaker. Co prawda firma oficjalnie wciąż powtarza mantrę o „premierze wiosną 2026”, to kalendarz nie kłamie - lato zaczyna się za chwilę, a sprzętu jak nie było, tak nie ma. Na szczęście ostatnie dni przyniosły kilka bardzo konkretnych sygnałów, że tym razem to już naprawdę zaraz. Konkretniej, 25 czerwca.

Best Buy zdradza więcej niż Google chce powiedzieć

Google Home Speaker

Najmocniejszy trop pochodzi z Best Buy Canada, gdzie wprost wpisano datę premiery: 25 czerwca 2026 r.. To pierwszy raz, kiedy jakikolwiek duży sprzedawca przypisał temu urządzeniu konkretny dzień. Oczywiście takie daty bywają placeholderami, ale w tym przypadku wygląda to na coś więcej.

Czytaj też:

Jeszcze ciekawiej robi się po stronie samego Google. Szef Google Home, Anish Kattukaran, wysłał do testerów Gemini for Home wiadomość, w której podziękował za udział w programie i pochwalił się liczbami - 3,5 mln zarejestrowanych użytkowników to wynik, którego nie powstydziłaby się żadna platforma smart home. Ale najważniejsze było jedno zdanie: „dla tych, którzy czekają na pewien głośnik, warto uważnie obserwować skrzynkę w przyszłym tygodniu”. Trudno o bardziej oczywistą zapowiedź.

Nest Mini i Nest Audio znikają ze sklepów. Przypadek? Nie sądzę

Równolegle Google zaczął cichutko wygaszać swoje starsze głośniki. Nest Audio i Nest Mini są już niedostępne w oficjalnym sklepie Google w Stanach Zjednoczonych, a w Best Buy Nest Audio trafił na wyprzedaż za 74,99 dol.. To czyszczenie magazynów przed premierą nowego modelu. To też potwierdza, że Google nie traktuje nowego Home Speakera jako drobnej aktualizacji, ale jako pełnoprawny następca linii Nest. Zresztą sama nazwa - bez „Nest” - sugeruje, że firma chce odciąć się od poprzedniej generacji i zbudować coś bardziej spójnego z ekosystemem Gemini.

Co właściwie wiemy o nowym Google Home Speaker? Głośnik został oficjalnie zapowiedziany już w październiku ubiegłego roku i od początku przedstawiano go jako pierwsze urządzenie smart home projektowane od zera pod Gemini. Ma oferować dźwięk 360°, parowanie stereo, obsługę multiroom i - co szczególnie interesujące - możliwość połączenia z Google TV Streamerem, tworząc coś na kształt mini‑kina domowego. Cena to 99,99 dol., a dostępność obejmie m.in. Stany Zjednoczone, Kanadę, Europę, Japonię i Australię.

Google Home Speaker

Jeśli Best Buy Canada ma rację, to za kilkanaście dni nowy Google Home Speaker trafi do sprzedaży. A jeśli Google znowu coś opóźni? Cóż - wtedy przynajmniej będziemy mogli powiedzieć, że naprawdę się starali, żeby wyglądało, jakby premiera była blisko. Chociaż tym razem… wygląda na to, że faktycznie jest.

Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.

Zrobili AI tak dobre, że zablokował je rząd. Gigantyczna afera z Anthropic

13 czerwca 2026, 16:00

W piątkowy wieczór Anthropic - jedna z najbardziej wpływowych firm w wyścigu o dominację w AI - musiała nacisnąć wielki czerwony przycisk OFF. Najnowsze modele Fable 5 i Mythos 5, ledwie co wprowadzone na rynek i reklamowane jako przełomowe, zostały globalnie wyłączone. Nie z powodu awarii, nie z powodu błędu, lecz na mocy amerykańskiej dyrektywy eksportowej, która w praktyce zakazuje dostępu do tych modeli wszystkim cudzoziemcom - również tym pracującym w samej firmie. To jedna z najbardziej dramatycznych interwencji rządu Stanów Zjednoczonych w rozwój sztucznej inteligencji.

Anthropic twierdzi, że nie ma powodów do paniki

Według Anthropic rząd Stanów Zjednoczonych pokazał firmie przykłady zachowań Mythosa 5, które miały dowodzić, że model da się „złamać” i skłonić do działań związanych z cyberbezpieczeństwem. Po przeanalizowaniu tych materiałów Anthropic uznał jednak, że nie przedstawiają one żadnego nowego, poważnego jailbreaku. Firma twierdzi, że były to jedynie drobne, wcześniej znane podatności - takie, które potrafią ujawnić również inne publicznie dostępne modele, włącznie z GPT‑5.5. W ocenie Anthropic nie stanowiły one podstawy do tak drastycznej interwencji.

Czytaj też:

To nie był więc żaden przełomowy exploit, a raczej coś, co specjaliści od bezpieczeństwa robią na co dzień: proszą model o przejrzenie kodu i wskazanie błędów. Anthropic podkreśla, że nie istnieje żaden „uniwersalny jailbreak”, który zdejmowałby wszystkie blokady.

Mimo to rząd Stanów Zjednoczonych uznał, że ryzyko jest wystarczająco duże, by natychmiast odciąć dostęp do modeli wszystkim osobom niebędącym obywatelami Stanów Zjednoczonych - nawet jeśli pracują w Anthropic. Firma otrzymała oficjalne pismo o 23:21 naszego czasu i w ciągu godzin musiała wyłączyć systemy globalnie.

Dlaczego akurat teraz? Tu może chodzić nie o potężną AI, a o politykę

To nie pierwszy raz, gdy Anthropic ściera się z administracją Trumpa. Wcześniej firma odmówiła współpracy przy projektach związanych z autonomicznymi systemami wojskowymi i masową inwigilacją, co doprowadziło do wpisania jej na listę ryzyka łańcucha dostaw Pentagonu - kategorię zwykle zarezerwowaną dla podmiotów z państw wrogich Stanom Zjednoczonym.

W ostatnich miesiącach Anthropic próbował łagodzić relacje, m.in. współpracując z rządem przy testach bezpieczeństwa Fable 5. Jednak napięcia nie zniknęły, a decyzja o blokadzie wygląda jak eskalacja wcześniejszych sporów.

Fable 5 był pierwszym tak zaawansowanym modelem Anthropic udostępnionym szerokiej publiczności. Firma chwaliła się jego możliwościami w inżynierii oprogramowania i analizie danych, a jednocześnie wprowadziła bardzo agresywne zabezpieczenia, które miały uniemożliwić wykorzystanie go do cyberataków. Wielu użytkowników narzekało wręcz, że są „zbyt szerokie”.

Mythos 5 to z kolei model o ograniczonym dostępie, rozwijany w ramach programu Project Glasswing. Wersja preview potrafiła znaleźć tysiące podatności w kodzie - co wywołało globalne poruszenie w środowisku cyberbezpieczeństwa.

To właśnie te możliwości - zdaniem rządu Stanów Zjednoczonych - mogą zostać wykorzystane przez wrogie państwa lub grupy cyberprzestępcze.

Od frustracji użytkowników po geopolityczne napięcia

Wyłączenie Fable 5 i Mythos 5 to nie tylko problem dla firm, które zdążyły już zintegrować modele z własnymi systemami. To także sygnał, że Stany Zjednoczone zaczyna traktować zaawansowane modele AI jak technologię strategiczną - podobnie jak wcześniej traktowano półprzewodniki czy technologie rakietowe.

To również kolejny rozdział w narastającej rywalizacji USA-Chiny o dominację w AI. Restrykcje eksportowe mają zapobiec „wyciekowi” zdolności ofensywnych modeli do państw uznawanych za wrogie.

Dla branży to sygnał alarmowy: jeśli rząd może w jednej chwili wyłączyć model używany przez setki milionów ludzi, to przyszłość usług AI może być znacznie mniej stabilna, niż się wydawało.

Czy to koniec Fable 5 i Mythos 5? Raczej nie - ale powrót może potrwać

Anthropic twierdzi, że cała sytuacja to „nieporozumienie” i że pracuje nad przywróceniem dostępu. Firma zapowiada, że w ciągu najbliższych dni przedstawi więcej szczegółów i liczy, że blokada zostanie zdjęta w ciągu tygodni. Jednocześnie podkreśla, że jeśli standard zastosowany wobec Fable 5 miałby obowiązywać całą branżę, to „zatrzymałby wdrażanie wszystkich nowych modeli frontierowych”. To mocna teza - ale trudno się z nią nie zgodzić. Modele AI są dziś tak złożone, że całkowita odporność na jailbreaki jest praktycznie niemożliwa.

Dla nas, entuzjastów technologii, to moment otrzeźwienia. Modele AI mogą być genialne, potężne i fascynujące, ale są też podatne na polityczne turbulencje. I wygląda na to, że takich turbulencji będzie tylko więcej.

Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.

12 czerwca 2026 r. Dzień, w którym wybuchła pierwsza technologiczna wojna światowa

13 czerwca 2026, 14:36

To, co się stało, brzmi jak science fiction

Przez dekady czytaliśmy książki i oglądaliśmy filmy o świecie, w którym jedna potęga kontroluje dostęp do technologii decydującej o przyszłości cywilizacji i może ją wyłączyć dowolnej grupie ludzi, dowolnemu krajowi, w dowolnym momencie. Traktowaliśmy to jako metaforę, swoiste ostrzeżenie. Jako coś co "może się zdarzyć za 50 lat, jeśli nie będziemy uważać".

To się stało w piątek wieczorem. Bez żadnej debaty publicznej, bez głosowania w ONZ, bez konferencji prasowej z udziałem światowych liderów. Jeden list od jednego urzędnika do jednej firmy i najbardziej zaawansowane modele AI na świecie przestały istnieć dla każdego, kto nie jest obywatelem USA.

Czytaj także:

Nie dla wrogów Ameryki. Dla wszystkich - dla Wielkiej Brytanii, najbliższego sojusznika USA od stuleci, dla Niemiec, Japonii, Polski i całej Unii Europejskiej. Dla każdego naukowca, programisty, przedsiębiorcy na planecie, który nie ma amerykańskiego paszportu.

To jest właśnie najbardziej szokujące w tej decyzji. Chiny i tak nie miały dostępu do tych modeli - obowiązują je wcześniejsze kontrole eksportowe, to nie jest dla nich żadna nowość. Ale teraz w tym samym koszyku, z tym samym statusem, znalazła się Wielka Brytania. Sojusznik z NATO. Kraj, z którym USA dzielą wywiad na poziomie niedostępnym dla żadnego innego państwa na świecie.

Przez całą historię ludzkości wojny prowadzono o terytorium, surowce, ideologię. Granice przesuwano armiami. Blokady nakładano na porty i szlaki handlowe. Tym razem granica nie przebiega przez terytorium. Przebiega przez dostęp do inteligencji. Pierwsza wojna technologiczna właśnie się zaczęła. I nikt nie wystrzelił ani jednej kuli.

Chodzi o AI, sztuczną inteligencję - nie kolejną aplikację, nie kolejny gadżet. To skoncentrowana zdolność do myślenia, analizowania, projektowania, odkrywania na poziomie, który jeszcze rok temu wydawał się nieosiągalny. Kraj, firma, naukowiec z dostępem do najlepszych modeli AI ma przewagę, którą trudno przecenić - w nauce, w biznesie, w obronności, no we wszystkim w zasadzie.

I właśnie tę przewagę Stany Zjednoczone w piątek zarezerwowały wyłącznie dla siebie

To nie jest sankcja gospodarcza w tradycyjnym sensie. To coś nowego - wykluczenie technologiczne na poziomie globalnym, oddzielające ludzkość na tych, którzy mają dostęp do najbardziej zaawansowanej inteligencji jaką stworzono i tych, którzy go nie mają. Linia podziału nie przebiega według ideologii, czy bogactwa. Przebiega według jednego kryterium - czy masz amerykański paszport.

Dlaczego to ma znaczenie dla Polski i dlaczego powinno cię to przerażać bardziej niż jakakolwiek wiadomość z ostatnich miesięcy

Przez ostatnie lata budowaliśmy w Polsce wszystko na założeniu, że dostęp do najlepszej technologii świata jest czymś trwałym, czymś co po prostu jest - tak jak dostęp do internetu albo elektryczności. Firmy budowały produkty na amerykańskich modelach AI. Naukowcy prowadzili badania korzystając z najnowocześniejszych narzędzi. Nasze startupy konkurowały na globalnym rynku mając dostęp do tych samych zasobów, co konkurenci z Doliny Krzemowej.

W piątek wieczorem to założenie się rozpadło.

Nie dlatego, że Polska zrobiła coś źle. Nie dlatego, że zerwaliśmy jakąś umowę. Po prostu jeden kraj zdecydował, że odtąd najlepsza technologia na świecie będzie dostępna tylko dla jego obywateli, a reszta planety będzie musiała sobie radzić z tym, co zostanie.

Czytaj także:

To dokładnie to, czego ostrzegaliśmy się bojąc się Chin. Przedstawialiśmy to jako dystopię, gdyby władzę nad globalną technologią przejęła jakaś autorytarna potęga. Okazało się, że nie potrzeba do tego żadnej nowej potęgi. Wystarczy jeden podpis - nomen omen - sojusznika, którego mieliśmy za gwaranta wolnego świata.

Co jeśli to się powtórzy? Bo nic nie wskazuje, że się nie powtórzy

Najbardziej niepokojące w tym wszystkim nie jest to, co się stało w piątek lecz to, co to oznacza dla przyszłości. Jeśli można zablokować dostęp do jednego modelu AI jednym podpisem - można zablokować dostęp do każdego innego. Jeśli można to zrobić wobec jednej firmy - można to zrobić wobec każdej innej amerykańskiej firmy technologicznej. Cała infrastruktura cyfrowa, na której funkcjonuje świat - chmura, oprogramowanie, modele AI, nawet systemy operacyjne - jest dziś w rękach kraju, który właśnie udowodnił, że jest gotów użyć tej władzy jednostronnie, bez ostrzeżenia, wobec własnych sojuszników.

To nie jest już abstrakcyjne ryzyko opisywane w raportach think-tanków. To precedens - coś co się wydarzyło, zadziałało bezproblemowo technicznie i może się powtórzyć w każdej chwili wobec dowolnej technologii.

I jest jeszcze druga strona tego precedensu. Jeśli USA mogą zamknąć dostęp do swojej technologii kiedy uznają to za stosowne - to inne potęgi, budujące własne przełomowe technologie, będą się czuły w pełni uprawnione do tego samego. Świat, w którym dostęp do najważniejszych technologii zależy od paszportu i politycznej łaski, nie jest już teoretycznym scenariuszem z think-tanku. Od piątku jest faktem geopolitycznym.

Wyobraź sobie świat, w którym Europa - łącznie z Polską - traci dostęp nie tylko do najlepszych modeli AI, ale do aktualizacji systemów operacyjnych, do chmury przechowującej dane firm i instytucji publicznych, do infrastruktury na której działa cała gospodarka cyfrowa. Nie w wyniku wojny, lecz wyniku jednego listu.

Czytaj także:

Piątek 12 czerwca 2026 r. jest piekielnie smutnym i groźnym momentem dla globalnej technologii. Niezależnie od tego, czy ten konkretny zakaz zostanie cofnięty za tydzień (jak to w stylu Trumpa), miesiąc czy nigdy - świat już wie, że taki mechanizm istnieje, działa i może być użyty.

Każdy kraj, każda firma, każdy rząd na świecie - łącznie z Polską - musi dziś zadać sobie pytanie, które jeszcze tydzień temu wydawało się abstrakcyjne: co się stanie z naszą gospodarką, obronnością, nauką, jeśli dostęp do kluczowej technologii zostanie nam jednego dnia odebrany? To pytanie nie jest już teoretyczne. Dostaliśmy na nie odpowiedź w piątek wieczorem.

Tylko jeszcze nie wiemy, czy będziemy mieli czas na przygotowanie się na to, co to oznacza.

Ojciec założyciel i rednacz Spider's Web w jednym. Słynie z bufonowatych tyrad, w których ogłasza prawdę objawioną i jedyną. W Sieci zaczynał pisać, gdy większość Czytelników Spider's Web chodziła jeszcze w pampersach. Wymądrza się głównie na temat biznesu technologicznego, ale tak naprawdę ma wiele do powiedzenia na tematy wszelakie.

Czego pracodawcy oczekują od nowoczesnego jobboardu IT? Widełki, AI i specjalizacja 

13 czerwca 2026, 14:00

Dlaczego ogólne portale pracy nie wystarczają w rekrutacji IT?

Widoczna poprawa koniunktury w IT nie oznacza powrotu do masowych rekrutacji sprzed kilku lat. Pracodawcy koncentrują się dziś przede wszystkim na doświadczonych specjalistach, którzy potrafią łączyć kompetencje technologiczne z rozumieniem celów biznesowych. Rosnące zapotrzebowanie na seniorów i ekspertów pokazuje, że firmy szukają osób zdolnych projektować architekturę rozwiązań, weryfikować jakość pracy algorytmów i brać odpowiedzialność za decyzje podejmowane przy wsparciu AI. – komentuje obecny rynek Piotr Trzmiel, Dyrektor ds. rozwoju biznesu w theprotocol.it.

Uniwersalne serwisy ogłoszeniowe często generują tzw. szum rekrutacyjny - dużą liczbę aplikacji, które nie spełniają technicznych wymagań stanowiska. W tym przypadku więcej naprawdę nie oznacza lepiej.

To w takim razie gdzie publikować oferty pracy IT? Choć serwisy ogólne są niezastąpione pod kątem budowania szerokiej świadomości marki to tak naprawdę docierają do tysiąca kandydatów, którzy nie są zainteresowani pracą w branży IT. Według danych Grupy Pracuj, w skali roku w serwisie ogólnym publikowanych jest około 762 tysiące ofert, z czego sektor IT stanowi blisko 10% całości. Twoje oferty znikają więc w gąszczu konkurencji, przez co proces rekrutacji wydłuża się, a poszukiwanie dopasowanego eksperta staje się naprawdę dużym wyzwaniem.

Chcesz wiedzieć więcej? Poznaj kanały rekrutacji IT, które działają.

Nowoczesny proces rekrutacyjny wymaga od platformy czegoś więcej niż tylko formularza aplikacyjnego. Dziś pracodawcy oczekują przede wszystkim:

  1. transparentności,
  2. strukturyzacji danych, które skracają czas potrzebny na analizę CV. 

Kluczowe jest także dostarczenie narzędzi, które już na etapie publikacji ogłoszenia wymuszają konkretne informacje: od jasnego określenia technologii „must-have” po precyzyjne zdefiniowanie metodyki pracy zespołu. Jobboard IT ma prowadzić niejako za rękę, naprowadzając rekrutera na obszary, których potrzebuje kandydat.

Widełki wynagrodzeń, filtry AI, specjalizacja branżowa - nowy standard

Badania Grupy Pracuj jasno wskazują, że współczesny kandydat oczekuje konkretów. Przykładem jest jasne wskazanie widełek wynagrodzenia, które są pierwszym sposobem na odsiewanie nieodpowiednich kandydatów - dziś 32% ofert pracy IT zawiera taką informację. Szczególnie często dotyczy to stanowisk eksperckich i seniorskich.

Wraz z wynagrodzeniem kluczowa jest wygoda i czytelny interfejs - ten docenia 68% kandydatów. Równie ważna jest opcja automatycznych rekomendacji (opartych na doświadczeniu zawodowym, lokalizacji albo trybu pracy) - 61%.

Nowoczesne platformy, tj. theprotocol.it, wprowadzają zaawansowane filtry oparte na sztucznej inteligencji, które pozwalają kandydatom sortować oferty nie tylko według języka programowania, ale także poziomu znajomości konkretnych bibliotek czy preferowanego modelu pracy (zdalna, hybrydowa, on-site). Ponadto umożliwiają pracodawcom dostęp do wyspecjalizowanej społeczności IT, wsparcie employer brandingowe, dedykowanego opiekuna i zaawansowane narzędzia rekrutacyjne. theprotocol.it rozwija się w synergii z Grupą Pracuj, która od 25 lat współtworzy rynek pracy w Polsce.

Jak nowoczesny jobboard IT zwiększa jakość aplikacji?

Wysoka jakość aplikacji wynika bezpośrednio z odpowiedniego kontekstu - miejsce to zbiera konkretnych specjalistów z konkretnej branży. Tylko w 2025 roku takich ogłoszeń było prawie 50 tysięcy.

Użytkownicy korzystający z dedykowanych serwisów są zazwyczaj bardziej zorientowani na konkretne cele zawodowe i posiadają wyższe kompetencje techniczne niż użytkownicy przypadkowi. Dzięki temu rekruterzy nie tracą czasu na przeglądanie setek niedopasowanych CV, lecz skupiają się na rozmowach z osobami, które realnie posiadają wymagane umiejętności. 

Model przyszłości: dopasowanie algorytmiczne zamiast mass apply

Można przypuszczać, że przyszłość rekrutacji IT należeć będzie do modeli subskrypcyjnych i inteligentnego parowania kompetencji, które całkowicie wyeliminują zjawisko „mass apply” (czyli masowego wysyłania CV). Zamiast wysyłać dziesiątki przypadkowych aplikacji, kandydaci będą wspierani przez algorytmy rekomendacyjne. To dzięki nim zaaplikują wyłącznie na te oferty, w których mają największą szansę na sukces. Zaoszczędzą w ten sposób nie tylko swój czas, ale i czas rekrutera. 

Nie trać czasu - publikuj ogłoszenia dla specjalistów IT w dedykowanych miejscach, które dotrą do najlepszych kandydatów. 

Co jeszcze (może) pojawi się w przyszłości?

  • Pracodawcy będa otrzymywać krótką, ale wartościową listę kandydatów „szytych na miarę”. 
  • Systemy zaczną rozumieć, że biegłość w C# i .NET Core pozwala na szybką adaptację w środowisku Java/Spring, nawet jeśli kandydat nie ma komercyjnego doświadczenia w tej drugiej technologii.
  • Zanim człowiek spojrzy na dokumenty, algorytmy przeanalizują publiczne repozytoria, wkład w Open Source czy profile na platformach typu Stack Overflow.
  • Algorytmy AI będą w stanie analizować kulturę pracy zespołu (np. wysoka autonomia vs. ścisła hierarchia) i dopasują kandydatów, których profil psychologiczny i styl komunikacji najlepiej rokuje w danej strukturze.
  • Skrócenie procesu do niezbędnego minimum - 61% badanych kandydatów deklaruje, że podczas wysyłania CV zwykle nie dodaje do niego listu motywacyjnego. 

Bibliografia

Grupa Pracuj. (2024). Kompendium HR 2024. https://wyzwaniahr.pracuj.pl/wp-content/uploads/2024/09/kompendium-2024.pdf 

Lokowanie produktu:Grupa Pracuj.pl

Smartfon do zdjęć od trzech koła w górę. Z hulajnogą albo robotem

13 czerwca 2026, 10:00

Xiaomi to firma, którą Polacy uwielbiają, bo ma w ofercie produkty o świetnym stosunku ceny do jakości. W przypadku smartfonów średniopółkowce od lat wyróżniają się za sprawą specyfikacji, lecz w przypadku modeli z linii Xiaomi 17T marka zaproponowała coś interesującego: flagowce w cenie dotychczas kojarzonej z segmentem mid-range. W sprzedaży pojawiły się dwa telefony z tej rodziny, czyli Xiaomi 17T i Xiaomi 17T Pro, w kilku wersjach kolorystycznych i pojemnościowych.

Xiaomi 17T Pro - ekran i obudowa

Pierwszym z nowych urządzeń jest Xiaomi 17T Pro. Smartfon wyposażono w ogromny, bo aż 6,83-calowy calowy wyświetlacz typu AMOLED o rozdzielczości 1.5K (2722 na 1280 pikseli, ~447 ppi). Zajmuje on 91,1 proc. frontu urządzenia, dzięki czemu ramki dookoła panelu są wąskie, a urządzenie mierzy dokładnie 162.2 x 77.5 x 8.3 mm, nieźle więc leży w dłoni biorąc pod uwagę, jaką panel ma powierzchnię.

Wyświetlacz, podobnie jak plecki tego urządzenia, pokryto wzmocnionym szkłem Gorilla Glass 7i. Obudowa z aluminiową ramką spełnia wymagania normy IP68 (zanurzenie na głębokość do 1,5 m w czasie do 30 min.) przy wadze 219 gramów. Smartfon czuć w ręku i w kieszeni, ale, co na plus, przez swój kształt nie męczy dłoni podczas korzystania z niego nawet przez dłuższy czas.

Wyświetlacz odświeżany jest z częstotliwością do 144 Hz, co na pewno docenią gracze. Bez problemu można korzystać z niego również w ostrym słońcu (szczytowa jasność do 3500 nitów), jak i w nocy (minimalna jasność 1 nit). Nie zabrakło też obsługi trybów HDR (Dolby Vision, HDR10+) oraz funkcji ochrony wzroku Xiaomi Vision Care, zarządzającej niebieskim światłem, migotaniem i rozmyciem ruchu.

Xiaomi 17T Pro - procesor i wydajność

Xiaomi 17 Pro dostał ośmiordzeniowy procesor Mediatek Dimensity 9500, wykonany w 3-nanometrowym procesie technologicznym z 12 GB pamięci operacyjnej. Smartfon wyposażono również w szybki modem 5G z obsługą trybu Dual-SIM oraz wsparciem dla technologii ESIM. Nie zabrakło również gniazd nano-SIM.

Xiaomi 17T Pro może pochwalić się również szybkimi modułami Wi-Fi 7 (działający w dwóch zakresach) oraz Bluetooth 6.0 (z obsługą audio Hi-Res Wireless Audio; 24-bit / 192 kHz). Do tego dochodzi NFC do płatności zbliżeniowych oraz GPS z GLONASS, BDS, GALILEO i QZSS do precyzyjnej lokalizacji. Całością zarządza Android 16 z najnowszą nakładką Xiaomi, czyli HyperOS 3.

Oprócz tego w Xiaomi 17T Pro znalazło się miejsce na skaner linii papilarnych umieszczony w warstwie pod ekranem oraz port USB-C służący zarówno do ładowania HyperCharge z mocą nawet 100 W, jak i przewodowego ładowania zwrotnego innych gadżetów z mocą do 22,5 W. Energię w ogniwie o pojemności aż 7000 mAh można uzupełniać również drogą bezprzewodową - w tym przypadku z mocą 50 W.

Xiaomi 17T Pro - aparat

Jedną z największych zalet Xiaomi 17T Pro jest potrójny aparat fotograficzny o naprawdę wyśrubowanych parametrach. Ten podstawowy obiektyw robi zdjęcia o wielkości do 50 Mpix przy ekwiwalencie ogniskowej 23 mm z przysłoną f/1.7, z obrazem przechwytywanym na matrycy o wielkości 1/1.31”. Oznacza to, że pojedynczy piksel ma wielkość zaledwie 1.2 um.

Nie zabrakło tutaj też peryskopowego telefoto, które również robi zdjęcia o wielkości do 50 Mpix z zoomem 5x (115 mm) z przysłoną f/3.0 na matrycy o wielkości 1/2.76” (0,64 um) z optyczną stabilizacją obrazu. Obiektyw ultrawide o ekwiwalencie ogniskowej 15 mm pozwala z kolei na obrazowanie o wielkości do 12 Mpix z przysłoną f/2.2 (1/3.06”, 1.12 um, 120 stopni).

Obiektyw portretowy zasługuje na szczególną uwagę, bo mamy tu do czynienia z konstrukcją optyczną Leica UltraPure z hybrydową strukturą obiektywu Leica Summilux (1G + 6P). Można robić nim zdjęcia makro z odległości 30 cm, ale może on pracować również w trybie zoomu optycznego 10x (wycina kadr ze środka matrycy). A co z selfie? Te mają wielkość do 32 MPix (21 mm, f/2.2, 1/3.42", 0.64µm).

Xiaomi 17T Pro - unikalne funkcje aparatu

Za sprawą algorytmów sztucznej inteligencji, seria Xiaomi 17T pozwala na robienie zdjęć obiektywem portretowym w trybie AI Ultra Zoom z nawet 120-krotnym zoomem. Do tego dochodzi funkcja Leica Live Moment obsługująca wszystkie trzy obiektywy, dzięki której telefon nie rejestruje jedynie statycznego zdjęcia, ale przechwytuje też ruch, w tym mimikę twarzy, a tym samym emocje fotografowanych przez nas osób.

Przykładowe zdjęcia wykonane Xiaomi 17T Pro w trybach 15/23/115/230 mm; pomniejszone do 1280px na dłuższym boku

Do tego dochodzi tryb Leica Live Portrait z rozmyciem tła poprzez dodanie efektu bokeh. Konsumenci, którzy zdecydują się na Xiaomi 17T Pro, będą mogli kręcić też filmy z rozmyciem tła w rozdzielczości 4K i 60 FPS-ach jednocześnie, a Tryb kinowy Live z funkcją Ultra-HD Live Moment w 4K pozwala uzyskać płynny efekt zoomu za pomocą funkcji Freestyle lub Portrait Live cinematography.

W oprogramowaniu pojawił się również tryb Scena, optymalizujący przechwytywanie obrazu w trudnych warunkach oświetleniowych. Xiaomi 17T Pro sprawdzi się zatem zarówno jako aparat, jak i jako kamera, nie tylko za dnia, ale również po zmroku oraz w zamkniętych pomieszczeniach - w tym np. na halach koncertowych i stadionach.

Xiaomi 17T Pro i Xiaomi 17T - podobieństwa i różnice

Ofertę uzupełnia Xiaomi 17T, mniejszy i tańszy, ale wyposażony w dokładnie ten sam teleobiektyw z 5-krotnym zoomem, co Xiaomi 17T Pro. Identyczne są w nim również obiektywy ultrawide i ten do selfie. Aparat główny z kolei również robi zdjęcia o wielkości 50 Mpix przy ekwiwalencie ogniskowej 23 mm z przysłoną f/1.7; ma jedynie nieco mniejszą matrycę (1/1.55", 1.0µm).

A czym jeszcze pod względem parametrów różnią się od siebie Xiaomi 17T Pro i Xiaomi 17T? W tym tańszym modelu zamontowano nieco mniejszy ekran (6.59”, 2756 x 1268 pikseli, ~460 ppi, 120 Hz), inny procesor MediaTek Dimensity 8500-Ultra (4 nm) z Wi-Fi 6e i akumulator o pojemności 6500 mAh ładowany z mocą 67 W. Poza tym telefony współdzielą ze sobą specyfikację techniczną.

Xiaomi 17T i Xiaomi 17T Pro - kolory, polskie ceny i promocja na start

Xiaomi 17T w bazowej wersji z 256 GB pamięci został wyceniony na jedynie 2999 zł (cena rekomendowana), a to naprawdę niezła kwota jak na to, co smartfon oferuje pod względem specyfikacji i możliwości fotograficznych. Za model z 512 GB przestrzeni na system i dane użytkownika płacimy z kolei 3399 zł (cena rekomendowana). Smartfony są dostępne w trzech kolorach: czarnym, eterycznym fioletowym (Deep Violet) i żywym niebieskim (Deep Blue).

Xiaomi 17T Pro w podstawowej wersji również ma 256 GB pamięci, a jego cena rekomendowana to 3699 zł. Oprócz tego, w sprzedaży dostępne są modele wyposażone w 512 GB i 1 TB przestrzeni dyskowej, których ceny rekomendowane wynoszą odpowiednio 3999 zł i 4499 zł. Niezależnie od tego, na który wariant pojemnościowy się zdecydujemy, możemy wybrać też jeden z trzech kolorów: czarny, ciemnoniebieski (Blue) i ciemnofioletowy (Violet).

Czytaj inne nasze teksty poświęcone marce Xiaomi:

Do tego, w ramach oferty premierowej w sieciach partnerskich, przy zakupie Xiaomi 17T w wersji z 512 GB lub Xiaomi 17T Pro w wersjach z 512 GB lub 1 TB możliwe jest bezpłatne dobranie do zamówienia jednego z dwóch sprzętów o rekomendowanej cenie 1499 zł. Do wyboru są hulajnoga elektryczna Xiaomi Electric Scooter 6 Lite i robot sprzątający Xiaomi Vacuum Cleaner G30 Max.

Biorąc pod uwagę te ceny oraz bonusy, warto rozważyć zakup tych urządzeń w wersji z 512 GB pamięci wewnętrznej. To niezwykle atrakcyjna oferta premierowa, a Xiaomi 17T i 17T Pro to bardzo udane, świetnie wyglądające sprzęty. Aparaty z dużym zoomem, w połączeniu z wysoką wydajnością oraz długim czasem na jednym ładowaniu, to coś, co nabywcy smartfonów w 2026 r. z pewnością docenią, zwłaszcza w tym segmencie cenowym.

Dziennikarz działu technologie. W Grupie Spider’s Web od 2012 r. W swoich tekstach skupia się na Apple’u, telekomunikacji i grach wideo. Jest też felietonistą Rozrywka.Blog, gdzie prowadzi cykl #Nerdcorner poświęcony komiksom, superbohaterom, Gwiezdnym wojnom i wszystkiemu innemu, co geekowe. Jako nastolatek pisał do czasopisma Bike Action i administrował jego forum, a w latach 2011-2016 współpracował z IDG Poland przy magazynie PC World. Odwiedza najważniejsze branżowe targi na całym świecie, wizytuje plany zdjęciowe i pojawia się jako ekspert w telewizji oraz w radiu. W wolnym czasie jeździ na rowerze i łapie Pokemony, a w sieci używa nicka pgkrzywy.

Lokowanie produktu:Xiaomi

Odzyskali 600 km kw. i zaskoczyli Rosję. Frontem rządzą drony

13 czerwca 2026, 09:45

Ukraina twierdzi, że od początku 2026 r. odzyskała ponad 600 km kw. terytorium zajętego przez Rosjan. To nie jest jeszcze oczywiście przełom kończący wojnę, ale to ważny znak po długim okresie, w którym Moskwa powoli, kosztownie i metodycznie przesuwała linię frontu.

Najciekawsza nie jest jednak sama odzyskana powierzchnia, ale to, w jaki sposób Ukraina próbuje odzyskać inicjatywę. Coraz większą rolę odgrywają drony – od maszyn rozpoznawczych i uderzeniowych po FPV, konstrukcje dalekiego zasięgu oraz bezzałogowce współpracujące bezpośrednio z piechotą. Wojna na Ukrainie coraz mniej przypomina klasyczne starcie dwóch armii. Coraz bardziej liczy się sprawne połączenie rozpoznania, operatorów, łączności i szybkiego podejmowania decyzji.

Ukraina mówi o zmianie tempa na froncie

Według ukraińskiego dowództwa tylko w samym maju bilans zmian terytorialnych był korzystny dla Kijowa o prawie 100 km kw. Oznacza to, że Ukraina miała odzyskać więcej terenu, niż straciła w tym samym okresie. Nie podano jednak dokładnie, gdzie doszło do wszystkich tych zmian, dlatego raczej trzeba traktować te dane ostrożnie.

Pamiętajmy, że linia frontu ma około 1200 km długości i sytuacja zmienia się tam praktycznie cały czas. W jednych miejscach Ukraińcy przechodzą do kontrataków, w innych Rosjanie nadal wywierają presję, a niektóre miejscowości czy pozycje mogą wielokrotnie zmieniać właściciela. Właśnie dlatego samo odzyskanie terenu nie zawsze oznacza jeszcze trwałą zmianę sytuacji na froncie.

Drony stały się ważnym elementem działań bojowych

Największa zmiana jest taka, że drony nie pełnią już tylko roli oczu artylerii. Na froncie stały się codziennym narzędziem walki. Pomagają wykrywać cele, obserwować ruchy Rosjan, atakować żołnierzy i sprzęt, a także wspierać własne oddziały podczas działań w terenie. Dzięki nim łatwiej też znaleźć bezpieczniejsze drogi podejścia do pozycji przeciwnika.

Jest to szczególnie istotne przy niewielkich, lokalnych kontratakach. Dziś odzyskanie terenu nie musi oznaczać dużego ataku z udziałem czołgów. Często najpierw przez wiele godzin, a nawet dni, drony stopniowo osłabiają rosyjskie pozycje: wykrywają i pomagają niszczyć punkty obserwacyjne, stanowiska operatorów, pojazdy zaopatrzeniowe czy grupy szturmowe. Dopiero potem piechota ma większą szansę wejść na obszar, który wcześniej był pod ścisłą kontrolą przeciwnika.

Nowy model walki ma łączyć drony i piechotę

Ukraińskie wojsko już od kilku miesięcy mówi o wprowadzaniu zintegrowanych jednostek szturmowo-dronowych. Bezzałogowce powietrzne, pojazdy naziemne i piechota mają działać jako jeden system, a nie osobne światy połączone prowizoryczną komunikacją.

To tak naprawdę odpowiedź na realia frontu, gdzie klasyczny atak bez dobrego rozpoznania szybko zamienia się w bezsensowny marsz. Drony mogą rozpoznać okopy, wykryć miny, wskazać ukryte stanowiska, przenieść ładunek, odciąć zaopatrzenie albo zmusić rosyjskich żołnierzy do opuszczenia pozycji. Piechota wchodzi dopiero wtedy, gdy ryzyko zostanie choć częściowo zmniejszone.

Przeczytaj także:

Taki sposób walki nie eliminuje oczywiście strat, ale może zmieniać proporcje. Ukraina ma mniej ludzi niż Rosja, więc musi częściej szukać przewagi w jakości rozpoznania, precyzji uderzeń i tempie decyzji. Drony są w tym modelu nie tyle zamiennikiem żołnierza, ile narzędziem, które ma ograniczyć sytuacje, w których piechota idzie w ciemno.

*Źródło grafiki wprowadzającej: bumblee-dee / Canva Pro

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

Będą zasilać centra danych autami. Sprytne, choć szalone

13 czerwca 2026, 09:30

Centra danych wyrastają jak grzyby po deszczu, ale dziś największym problemem nie są już procesory, chłodzenie czy miejsce pod kolejne hale. Coraz częściej wszystko rozbija się o prąd. Można mieć najnowsze układy, miliardy dolarów na inwestycję i gotowy budynek, ale jeśli w sieci brakuje mocy, serwerów po prostu nie da się uruchomić.

General Motors chce wykorzystać ten moment i zrobić coś, czego jeszcze niedawno mało kto oczekiwał od producenta samochodów. Zamiast skupiać się wyłącznie na sprzedaży aut, firma chce wejść do gry o energię. Plan jest dość odważny, bo zakłada, że setki tysięcy elektryków będą działać jak ogromny, rozproszony magazyn prądu, a nowe baterie sodowo-jonowe mają pomóc odciążyć sieć, która coraz bardziej ugina się pod rosnącymi potrzebami AI i gigantycznych centrów danych.

Auta mają oddawać prąd, nie tylko go pobierać

Najważniejszym elementem tego pomysłu jest V2G, czyli vehicle-to-grid. Chodzi tak naprawdę o to, że samochód elektryczny może nie tylko ładować baterię z sieci, lecz także oddawać do niej część zgromadzonej energii. Auto stojące przez większość dnia na parkingu, pod domem czy w garażu może więc pełnić dodatkową funkcję i wspierać system energetyczny wtedy, gdy zapotrzebowanie na prąd jest największe.

GM twierdzi, że po amerykańskich drogach jeździ już ponad 250 tys. pojazdów marki Chevrolet, Cadillac i GMC zdolnych do pracy dwukierunkowej. Teoretycznie ich łączna pojemność wystarczyłaby do zasilania 120 tys. domów przez cały tydzień. To oczywiście rachunek bardzo mocno poglądowy, bo nie da się po prostu zabrać całej energii z akumulatorów kierowców. Pokazuje jednak skalę zasobu, który dziś w dużej mierze stoi bezczynnie.

Firma chce aktywować nowe możliwości u obecnych klientów korzystających z domowych systemów energetycznych przez aktualizację oprogramowania. To bardzo istotne, bo nie chodzi tylko o nowy sprzęt dla przyszłych modeli. GM próbuje zamienić już sprzedane samochody w część energetycznej infrastruktury.

AI potrzebuje coraz więcej energii i nic ani nikt tego nie zmieni

Centra danych napędzane przez AI zużywają coraz więcej prądu, a zapotrzebowanie rośnie szybciej niż zdolność sieci do przyjmowania nowych odbiorców. Problemem nie jest wyłącznie to, ile energii trzeba wyprodukować. Równie ważne jest to, kiedy i gdzie ta energia jest potrzebna.

Serwerownie AI powstają w konkretnych lokalizacjach i potrafią generować ogromne obciążenie lokalnych sieci. To dlatego coraz częściej mówi się nie tylko o nowych elektrowniach, ale też o magazynach energii, zarządzaniu popytem i elastyczności. Sieć, która przez dekady działała według dość przewidywalnych schematów, musi obsłużyć odbiorców zachowujących się jak przemysłowe potwory obliczeniowe.

GM chce więc sprzedać coś więcej niż samochód. W wizji koncernu auto stanie się elementem łańcucha energetycznego. Gdy tysiące pojazdów ładują się w momentach nadwyżki energii, a później oddają jej część podczas największego obciążenia sieci, operatorzy zyskują dodatkowy bufor bezpieczeństwa. To trochę jak stworzenie ogromnego, rozproszonego magazynu energii złożonego z samochodów, które i tak stoją przez większość dnia zaparkowane.

Drugi filarem mają być baterie sodowo-jonowe

GM nie chce opierać planu wyłącznie na samochodach. Równolegle rozwija magazyny energii z bateriami sodowo-jonowymi we współpracy z Peak Energy. W stacjonarnych magazynach nie liczy się to samo, co w aucie. W samochodzie priorytetem jest mała masa i duża gęstość energii. W magazynie sieciowym ważniejsze są cena, trwałość, bezpieczeństwo, liczba cykli i prostota utrzymania.

Przeczytaj także:

Sód jest znacznie łatwiej dostępny niż lit, a ogniwa sodowo-jonowe mogą lepiej znosić różne temperatury i wymagać mniej skomplikowanego chłodzenia. Mają niższą gęstość energii, więc dziś nie są idealnym wyborem do samochodów osobowych. W wielkim kontenerze stojącym przy centrum danych, farmie słonecznej albo zakładzie przemysłowym ten problem jest jednak dużo mniejszy. GM widzi w sodzie chemię dla sieci, a niekoniecznie dla aut. Taki magazyn może ładować się, gdy energia jest dostępna, i oddawać ją wtedy, gdy serwerownia albo lokalna sieć potrzebuje wsparcia.

*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

GPU to nowa ropa. Korea rusza po dominację

13 czerwca 2026, 09:15

Minister nauki i ICT Bae Kyung-hoon zapowiedział, że Korea Południowa zamierza aktywnie zabiegać o priorytetowe dostawy najnowszych układów GPU Nvidia z architekturą Vera Rubin. Rynkowe dostawy tej przełomowej generacji akceleratorów mogą ulec znacznym opóźnieniom, a Seul po prostu nie chce i nie może sobie pozwolić na bezczynne czekanie w długiej kolejce za gigantami technologicznymi z USA, bogatymi państwami Bliskiego Wschodu czy agresywnymi konkurentami z pozostałych rynków azjatyckich.

Koreański program akceleracji GPU nie ogranicza się do pojedynczej generacji. Zakłada pozyskanie 9704 zaawansowanych procesorów, z czego 7688 stanowią układy B300, a 2016 jednostki Vera Rubin. Cały program ma wartość 2,08 bln wonów, czyli około 1,5 mld dol.

Celem Korei nie jest więc doraźny zakup mocy obliczeniowej na potrzeby wybranych jednostek badawczych, lecz utworzenie strategicznego zasobu infrastrukturalnego dostępnego dla firm, uczelni, instytutów naukowych oraz projektów publicznych. Chodzi głównie o krajowe zaplecze obliczeniowe dedykowane rozwojowi modeli AI, usług przetwarzania w chmurze oraz przemysłowych wdrożeń sztucznej inteligencji.

Bez GPU nie ma po prostu nowoczesnej AI

GPU stały się fundamentem sztucznej inteligencji, bo potrafią wykonywać ogromną liczbę obliczeń równolegle. To idealnie pasuje do trenowania i uruchamiania dużych modeli językowych, systemów rozpoznawania obrazu, robotów, autonomicznych pojazdów czy narzędzi do projektowania leków i materiałów.

Możesz mieć świetnych inżynierów, dane i pomysł na własny model. Jednak bez dostępu do tysięcy akceleratorów wszystko działa wolniej, kosztuje więcej i skaluje się gorzej. Właśnie dlatego GPU przestały być tylko sprzętem. Stały się surowcem strategicznym. Kto ma moc obliczeniową, ten szybciej trenuje modele, testuje aplikacje i wdraża AI w przemyśle. Reszta po prostu czeka w kolejce.

Korea ma tak naprawdę tu szczególną pozycję. Jest potęgą półprzewodnikową, domem Samsunga i SK Hynix, a jednocześnie nie kontroluje najważniejszego ogniwa w dzisiejszym wyścigu AI: najbardziej pożądanych akceleratorów Nvidii. To paradoks kraju, który produkuje kluczową pamięć dla świata AI, ale sam musi zabiegać o dostęp do gotowych platform obliczeniowych.

Vera Rubin to coś więcej, niż po prostu nowa karta graficzna

Vera Rubin to kolejna generacja platformy Nvidii do wielkich centrów AI. Nie chodzi tu o jedną kartę graficzną, tylko o całe szafy obliczeniowe łączące GPU, CPU, pamięć, sieć i oprogramowanie w jeden system. Takie rozwiązania są projektowane dla tzw. fabryk AI, czyli centrów danych, które masowo produkują odpowiedzi modeli, analizują dane i obsługują agentowe systemy AI.

Sama Nvidia opisuje układy Rubin jako platformę dla kolejnej fali AI, szczególnie dla systemów wymagających długiego kontekstu, rozumowania wieloetapowego i ogromnej przepustowości pamięci. Oznacza to, że Korea nie walczy o sprzęt z dzisiejszej półki, ale o wejście do następnej generacji infrastruktury.

Nvidia przyjechała po pamięć, Korea po moc obliczeniową

Cała sprawa ma jeszcze drugą stronę. Nvidia tak naprawdę również potrzebuje Korei. SK Hynix i Samsung należą do najważniejszych producentów pamięci, bez której najnowsze akceleratory AI nie osiągnęłyby wymaganej wydajności. Szczególnie chodzi o HBM, czyli pamięć o bardzo wysokiej przepustowości, układaną warstwowo i montowaną blisko procesora.

Relacja jest więc tutaj dwukierunkowa. Korea potrzebuje GPU Nvidii, żeby rozwijać własne modele i centra AI. Nvidia potrzebuje koreańskiej pamięci, partnerów przemysłowych i klientów, którzy będą budować wielkie centra danych. W ostatnich dniach amerykańska firma zacieśniła współpracę z SK Hynix, SK Telecom, Naverem, LG, Hyundaiem i Doosanem.

Przeczytaj także:

To już nie jest zwykła sprzedaż chipów, tylko budowa całego ekosystemu. Pamięć, serwery, chmura, robotyka, fabryki, autonomiczne samochody i modele AI – wszystko ma działać razem, w jednym obiegu. Korea chce przerzucić swoją przemysłową przewagę z elektroniki i półprzewodników prosto w erę sztucznej inteligencji. Nie doganiać, tylko wejść tam z tym, co już ma najlepszego.

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

To nie chatboty są najgroźniejsze. Prawdziwy koszmar to DNA na zamówienie

13 czerwca 2026, 09:00

Największe firmy od sztucznej inteligencji rzadko kiedy mówią jednym głosem, ale tym razem znalazły wspólny temat: biobezpieczeństwo. OpenAI, Anthropic, Google DeepMind, Microsoft AI oraz przedstawiciele branży syntezy DNA apelują o ostrzejsze przepisy dotyczące zamówień syntetycznego materiału genetycznego. Najgroźniejszy scenariusz nie polega na tym, że chatbot sam stworzy broń biologiczną. Problem zaczyna się wtedy, gdy coraz lepsze modele AI spotykają się z coraz tańszą biologią na zamówienie.

AI nie musi mieć laboratorium. Wystarczy, że obniży próg wejścia

Debata o zagrożeniach ze strony sztucznej inteligencji często skręca w stronę obrazków rodem z kina: autonomiczne roboty, superinteligencja, systemy wymykające się spod kontroli. Tymczasem jedno z bardziej przyziemnych, a przez to bardziej niepokojących ryzyk leży zupełnie gdzie indziej. Chodzi o sytuację, w której AI nie robi nic fizycznie, ale podpowiada, porządkuje, wyszukuje i skraca drogę do działań, które wcześniej wymagały specjalistycznej wiedzy.

W biologii syntetycznej taka różnica ma naprawdę ogromne znaczenie. Jeszcze niedawno zaprojektowanie, zamówienie i złożenie określonego materiału genetycznego wymagało doświadczenia, dostępu do fachowej literatury, znajomości laboratoriów i praktycznych ograniczeń. Dziś część tej wiedzy może być przetwarzana przez modele AI. Nie oznacza to oczywiście, że każdy użytkownik po krótkiej rozmowie z chatbotem staje się od razu biologiem molekularnym. Oznacza jednak, że wiedza, która była rozproszona i trudna do uporządkowania, może stać się łatwiejsza do uzyskania.

Największa luka kryje się w zamawianiu DNA

Syntetyczne DNA i RNA są dziś fundamentem nowoczesnej biologii. Dzięki nim rozwija się diagnostyka, badania nad lekami, szczepionki, inżynieria białek i biotechnologia przemysłowa. Zamawianie fragmentów materiału genetycznego nie jest samo w sobie podejrzane. Dla laboratoriów, firm i uczelni to codzienna infrastruktura nauki.

Największy problem polega na tym, że ta sama infrastruktura ma charakter podwójnego zastosowania. Może służyć do tworzenia leków i szczepionek, ale może też zostać nadużyta. Dlatego firmy zajmujące się syntezą DNA od lat stosują różne formy screeningu, czyli sprawdzania, czy zamawiana sekwencja nie przypomina materiału związanego z niebezpiecznymi organizmami, toksynami lub patogenami.

Tyle że takie kontrole nie są wszędzie obowiązkowe ani prowadzone w ten sam sposób. Najwięksi dostawcy często mają własne procedury bezpieczeństwa, sprawdzają klientów i analizują zamawiane sekwencje pod kątem potencjalnych zagrożeń. Problem w tym, że nie wszyscy robią to równie dokładnie. A ponieważ biologia syntetyczna działa globalnie, słabsze ogniwo w jednym kraju może osłabić bezpieczeństwo całego systemu.

Konkurenci z Doliny Krzemowej nagle mówią jednym głosem

Wśród sygnatariuszy listu otwartego do władz USA są osoby i organizacje, które na co dzień konkurują lub spierają się o kierunek rozwoju AI. OpenAI, Anthropic, Google DeepMind, Microsoft AI, Meta oraz firmy z branży syntezy genetycznej nie mają identycznych interesów. Tym bardziej znaczące jest to, że w tej sprawie występują razem.

Ich przekaz jest prosty: AI i biologia syntetyczna rozwijają się tak szybko, że dobrowolne zabezpieczenia mogą już nie wystarczać. Właśnie dlatego potrzebne są przepisy obejmujące wszystkich dostawców syntetycznego DNA i RNA. Nie chodzi przy tym wyłącznie o sprawdzanie zamawianych sekwencji, ale także o weryfikację klientów i prowadzenie dokumentacji zamówień.

Sam screening sekwencji nie rozwiązuje wszystkiego, bo niebezpieczny projekt może być maskowany, dzielony na fragmenty albo zamawiany w kilku miejscach. Weryfikacja klienta również nie jakimś świetnym rozwiązaniem, bo legalnie wyglądające podmioty mogą być wykorzystywane niezgodnie z przeznaczeniem. Dopiero połączenie kilku zabezpieczeń daje sensowną warstwę ochrony.

Chodzi więc o zbudowanie odpowiednika kontroli na styku świata cyfrowego i biologicznego. Model AI może wygenerować odpowiedź, ale dopiero zamówienie syntetycznego materiału genetycznego przenosi sprawę z ekranu do świata rzeczywistego.

Biologia syntetyczna jest zbyt cenna, by ją po prostu zablokować

Najgorszą reakcją byłaby teraz panika i wrzucenie całej syntezy DNA do worka z zagrożeniami. To technologia, bez której współczesna biotechnologia rozwijałaby się znacznie wolniej. Syntetyczne sekwencje są potrzebne w pracach nad lekami, szczepionkami, testami diagnostycznymi, enzymami, terapiami genowymi i badaniami podstawowymi.

Właśnie dlatego regulacja musi być przede wszystkim precyzyjna. Celem nie jest zatrzymanie nauki, ale ograniczenie możliwości nadużyć. Dobrze zaprojektowany screening powinien działać tak, aby legalne zamówienia przechodziły sprawnie, a podejrzane trafiały do dodatkowej kontroli. To trudne, bo system musi rozpoznawać ryzyko, nie ujawniając przy okazji wrażliwych baz danych ani tajemnic firm i laboratoriów.

Dostawcy DNA muszą sprawdzać zamówienia, ale klienci często nie chcą ujawniać więcej niż to konieczne, bo sekwencje mogą być częścią własności intelektualnej. Z drugiej strony baza zagrożeń też nie powinna być prosto dostępna dla osób, które chciałyby ją obejść.

Dotychczasowe zabezpieczenia mają dziury

Już wcześniej badacze pokazywali, że AI może projektować warianty niebezpiecznych białek w taki sposób, że klasyczne systemy bezpieczeństwa nie zawsze je rozpoznają. To nie oznacza, że takie cząsteczki od razu działają w świecie fizycznym. Oznacza jednak, że narzędzia ochronne muszą nadążać za narzędziami projektowania.

Dotychczasowe podejście polegało w dużej mierze na porównywaniu zamówień z bazami znanych zagrożeń. Jeśli sekwencja przypominała coś wyraźnie niebezpiecznego, system mógł ją oznaczyć. Problem zaczyna się wtedy, gdy AI pomaga tworzyć warianty, które nadal mogą mieć podobną funkcję, ale wyglądają wystarczająco inaczej, by prostsze systemy ich nie wychwyciły.

Przeczytaj także:

Jest to więc wyścig między projektowaniem a detekcją. Modele białkowe i generatywne narzędzia biologiczne mogą przyspieszać odkrycia medyczne, ale jednocześnie utrudniać pracę systemom, które patrzą tylko na znane wzorce. Zabezpieczenia muszą więc stawać się bardziej inteligentne, a nie tylko bardziej restrykcyjne.

I tu wracamy do głównego punktu: samo przykręcenie śruby chatbotom nie wystarczy. Kontrola musi obejmować także miejsca, w których cyfrowy projekt może zamienić się w fizyczny materiał.

*Źródło grafiki wprowadzającej: AI; Canva Pro

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

Bez tego chaosu twoje hasła to fikcja. Znaleźli sposób na luki w sieci

13 czerwca 2026, 08:45

Internet działa dzięki czemuś, o czym na co dzień prawie nie myślimy: naprawdę losowym liczbom. To właśnie one są wykorzystywane do tworzenia kluczy szyfrujących, podpisów cyfrowych i zabezpieczania transakcji. Gdy taka losowość staje się choć trochę przewidywalna, bezpieczeństwo całego systemu może być poddane wątpliwości.

Naukowcy z National University of Singapore opracowali chip kwantowy, który nie tylko generuje certyfikowane liczby losowe, lecz także na bieżąco kontroluje, czy jego układ pomiarowy działa poprawnie. Brzmi to trochę jak coś, czym przejmują się tylko inżynierowie, jednak w kryptografii właśnie od takich rzeczy bardzo często zależy, czy tajny klucz faktycznie pozostaje tajny.

Losowość to fundament cyfrowego świata

Kiedy logujemy się do banku, podpisujemy dokument elektroniczny albo korzystamy z zaszyfrowanej komunikacji, to gdzieś w tle pojawiają się liczby losowe. Komputer potrzebuje ich do tworzenia kluczy i parametrów, których przeciwnik nie powinien być w stanie odgadnąć.

Problem polega jednak na tym, że komputery z natury są maszynami wykonującymi z góry określone instrukcje. Bardzo dobrze udają losowość, ale często robią to za pomocą algorytmów, czyli przepisów. Takie liczby nazywa się pseudolosowymi. Dla wielu zastosowań to wystarcza, ale w bezpieczeństwie cyfrowym margines błędu jest znacznie mniejszy.

Właśnie dlatego od lat rozwija się generatory wykorzystujące zjawiska fizyczne. W świecie kwantowym pewne wyniki pomiarów są z natury nieprzewidywalne, a więc mogą stać się źródłem prawdziwej losowości. Sama kwantowość nie rozwiązuje jednak wszystkiego. Trzeba jeszcze mieć pewność, że urządzenie mierzące te zjawiska naprawdę działa tak, jak powinno.

Prawdziwy problem zaczynał się tam, gdzie kończyła się kontrola sprzętu

Dotychczasowe generatory liczb losowych, także kwantowe, opierały się na założeniu, że sprzęt działa dokładnie tak, jak deklaruje producent. Jeśli laser, detektor i elektronika przeszły testy, użytkownik po prostu przyjmuje, że wszystko nadal jest poprawnie skalibrowane, nie zmieniło swoich parametrów i nikt nie ingerował w działanie urządzenia.

Takie rozumowanie jest sensowne, ale bardzo niebezpieczne. Detektor może z czasem zmienić swoje parametry. Układ może się rozregulować, ktoś może próbować celowo wpłynąć na pracę urządzenia, a jeśli generator zacznie produkować liczby z drobnym wzorcem, którego użytkownik nie zauważy, atakujący może dostać dokładnie to, czego potrzebuje: przewidywalność tam, gdzie miała być pełna nieprzewidywalność.

Nowy chip został zaprojektowany właśnie z myślą o tym problemie. Nie opiera się na założeniu, że część pomiarowa zawsze działa zgodnie z oczekiwaniami. Zamiast tego wykorzystuje mechanizmy pozwalające na bieżąco weryfikować poprawność jej działania.

Układ kontroluje własny detektor w czasie działania

Rozwiązanie działa w taki sposób, że nie trzeba zakładać, iż detektor zawsze pokazuje prawdę. Detektory są jednym z najbardziej problematycznych elementów takich układów, więc ma to sens. Zamiast ślepo ufać pomiarowi, system opiera się na dobrze kontrolowanych stanach światła i na ich podstawie ocenia, czy wynikom można wierzyć.

Chip przygotowuje znane stany kwantowe światła, mierzy je za pomocą wbudowanego detektora, a następnie porównuje wyniki z tym, czego należy oczekiwać zgodnie z teorią kwantową. Można to porównać do sprawdzania wagi za pomocą odważnika o znanej masie. Jeśli odczyt się zgadza, urządzenie może dalej przetwarzać dane i wyprowadzać certyfikowane losowe bity. Jeśli test wypada źle, protokół zatrzymuje pracę i nie wypuszcza losowości na zewnątrz.

Sam fakt, że urządzenie wykorzystuje zjawiska kwantowe, nie wystarcza jeszcze do budowania zaufania. Istotne jest to, że chip potrafi na bieżąco kontrolować działanie układu pomiarowego i wykrywać nieprawidłowości. Oznacza to dodatkową warstwę zabezpieczenia, która zmniejsza ryzyko, że błędne pomiary wpłyną na jakość generowanej losowości.

Kwantowa autokontrola zamiast ślepego zaufania do urządzeń

Równie istotne jest to, że mówimy o chipie fotonicznym wykonanym na platformie krzemowej. Fotonika krzemowa wykorzystuje światło do przesyłania i przetwarzania informacji w strukturach produkowanych metodami zbliżonymi do tych, które stosuje się w przemyśle półprzewodników. Dzięki temu taka technologia ma większą szansę na miniaturyzację i produkcję w większej skali.

Nowy układ mieści zarówno enkoder sygnału, jak i detektor optyczny na jednej platformie. Powstał w procesie wykorzystującym 8-calowe wafle krzemowe, czyli format kojarzony z komercyjną produkcją układów scalonych. Co ważne, urządzenie działa w temperaturze pokojowej. Nie wymaga kriogenicznego chłodzenia ani specjalistycznych detektorów pojedynczych fotonów, które zwykle komplikują drogę od eksperymentu do praktycznego sprzętu.

Nie oznacza to oczywiście, że taki chip już za chwilę znajdzie się w każdym routerze czy smartfonie. Jest to jednak ważny krok, bo w cyberbezpieczeństwie liczy się nie tylko sam pomysł, ale też możliwość wdrożenia go w praktyce. Ostatecznie technologia musi dać się miniaturyzować, integrować z innymi układami i produkować na większą skalę.

Bezpieczeństwo jest wysokie, szybkość na razie skromna

Chyba największym atutem nowego generatora jest wysoki poziom certyfikacji losowości na chipie. Analiza bezpieczeństwa zakłada nawet przeciwnika wyposażonego w możliwości kwantowe, czyli scenariusz ostrzejszy niż klasyczne testowanie sprzętu. Ma to znaczenie zwłaszcza dziś, gdy rozwój komputerów kwantowych sprawia, że o przyszłych zabezpieczeniach trzeba myśleć już teraz.

Cena za takie gwarancje jest jednak bardzo odczuwalna. W eksperymencie generator osiągał 64 bity na sekundę. To bardzo mało w porównaniu z komercyjnymi generatorami kwantowymi, które potrafią generować ponad 100 gigabitów na sekundę. Różnica wynika z zastosowanego podejścia. Komercyjne rozwiązania zakładają poprawne działanie wszystkich elementów sprzętu, natomiast nowy system dodatkowo weryfikuje pracę układu pomiarowego.

Przeczytaj także:

Największym ograniczeniem okazała się sprawność detektora. W eksperymencie osiągnął on 69,1 proc., czyli nieco powyżej wymaganego progu 67 proc. Badacze mają już jednak ulepszone fotodiody o sprawności 92,4 proc. Symulacje wskazują, że z takimi elementami ten sam protokół mógłby dojść do 68 megabitów na sekundę. To wciąż mniej niż oferują najszybsze komercyjne rozwiązania, ale byłby to ogromny skok w porównaniu z wynikami uzyskanymi w obecnym eksperymencie.

*Źródło grafiki wprowadzającej: College of Design and Engineering / NUS

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

Scrollujesz i nie możesz przestać? Wyjaśnili, gdzie jest haczyk

13 czerwca 2026, 08:30

Sięgasz po telefon tylko na moment, a po chwili orientujesz się, że minęło już 40 minut? Taką sytuację chyba zna niemal każdy, kto choć raz dał się wciągnąć w niekończące się przewijanie filmików, postów i powiadomień. Badacze z Penn State przekonują jednak, że rozmowa o ekranach zbyt często zaczyna się od złego pytania. Nie wystarczy pytać, ile czasu spędzamy z telefonem. Trzeba zapytać, co dokładnie robimy, po co po niego sięgamy, o której godzinie i w jakim stanie odkładamy go z powrotem.

Nie każdy czas przed ekranem jest taki sam

Przez lata każdą minutę spędzoną przed ekranem traktowano jako zjawisko o identycznym działaniu. Takie podejście w rzeczywistości jest tak naprawdę tylko krzywdzącym i fałszywym uproszczeniem. Godzina pracy na laptopie, rozmowa wideo z bliską osobą, nauka języka w aplikacji i bezmyślne przewijanie krótkich filmów przed snem może i formalnie są czasem ekranowym, jednak psychologicznie to zupełnie różne sytuacje.

Nelson Roque i Rinanda Shaleha z Penn State proponują, żeby patrzeć na cyfrowe aktywności w znacznie szerszym kontekście. Według nich znaczenie ma nie tylko długość korzystania z ekranu, lecz także pora dnia, cel użycia, poziom interaktywności oraz struktura treści. Dopiero te elementy pozwalają tak naprawdę ocenić, czy telefon był narzędziem, wsparciem, rozrywką czy cyfrową pułapką.

To niezwykle ważna, wręcz kluczowa wskazówka także dla rodziców, którzy nierzadko gubią się w cyfrowym gąszczu zakazów i nakazów. Suche statystyki i sama informacja o tym, ile dokładnie godzin czy minut dziecko spędziło wpatrzone w ekran, w rzeczywistości niewiele nam mówią o rzeczywistym wpływie technologii na jego rozwój. Znacznie ważniejsze jest to, co w tym czasie robiło. Telefon może służyć do rozmów z przyjaciółmi, nauki czy rozwijania zainteresowań, ale może też wciągać w bezrefleksyjne przewijanie treści i stopniowo zabierać czas na sen, koncentrację czy inne aktywności.

Dlaczego tak trudno przestać nam scrollować?

Okazuje się, że najbardziej problematyczne nie jest samo patrzenie w ekran, lecz sposób, w jaki zaprojektowano część cyfrowych usług. Szczególną rolę odgrywa tu nieskończone przewijanie, czyli mechanizm, w którym kolejne posty lub filmy pojawiają się bez wyraźnego końca. Użytkownik nie musi niczego wybierać ani uruchamiać od nowa. Wystarczy zwykły ruch palcem.

Chociaż to niby tylko ruch palcem, to działa zaskakująco skutecznie. Po każdym filmie czy poście pojawia się myśl, że następny może być jeszcze ciekawszy, śmieszniejszy albo po prostu bardziej wart uwagi. I właśnie to sprawia, że łatwo zostać dłużej, niż się planowało. Nikt zwykle nie siada z zamiarem scrollowania przez godzinę. Problem w tym, że trudno znaleźć moment, który podpowiadałby, że czas skończyć.

Badacze łączą to bezpośrednio z Dark UX, czyli z manipulacyjnym projektowaniem usług cyfrowych. Chodzi o takie rozwiązania, które kierują zachowaniem użytkownika bardziej w interesie platformy niż jego samego. A w interesie platform jest zatrzymać naszą uwagę jak najdłużej.

Shortsy potrafią po prostu męczyć nasz mózg

Osobny problem dotyczy samej struktury treści. Długi film, artykuł czy rozmowa mają zwykle pewną narrację. Mózg może zbudować kontekst, śledzić wątek i porządkować informacje. Krótkie, pocięte materiały działają inaczej. Co kilka lub kilkanaście sekund trzeba przestawić się na nową scenę, nowy dźwięk, nowy temat i nowy bodziec.

To bardzo obciąża naszą pamięć roboczą, czyli system umysłowy odpowiedzialny za krótkotrwałe przechowywanie i przetwarzanie informacji potrzebnych tu i teraz. Mózg musi ciągle ładować nowe dane, po czym natychmiast je wyrzucać, bo pojawia się kolejny fragment. Po serii takich treści można mieć poczucie, że było intensywnie, ale trudno powiedzieć, co właściwie zostało w głowie.

Nie oznacza to oczywiście, że każdy krótki film jest automatycznie szkodliwy. Problem zaczyna się wtedy, gdy cała aktywność staje się pasywna, poszatkowana i oderwana od konkretnego celu. Zwłaszcza gdy dzieje się to późno w nocy, kosztem snu, pracy, nauki albo relacji z innymi ludźmi.

Doomscrolling to nie jest słabość naszego charakteru

To, że ktoś często sięga po telefon, nie musi od razu oznaczać zaburzenia. Naukowcy zwracają uwagę na coś bardziej przyziemnego: nawyki związane z ekranami, które mogą wymykać się spod kontroli, zwłaszcza gdy scrollowanie staje się sposobem na odreagowanie stresu, zabicie nudy albo ucieczkę od trudnych emocji.

Doomscrolling, czyli kompulsywne przewijanie negatywnych wiadomości lub treści, często nie zaczyna się od świadomej decyzji. Może być próbą odzyskania kontroli przez sprawdzanie kolejnych informacji. Paradoks polega na tym, że im więcej człowiek sprawdza, tym bardziej może czuć napięcie i tym trudniej mu przerwać.

Przeczytaj także:

Właśnie dlatego nie warto pytać wyłącznie o to, ile czasu spędziliśmy z telefonem. Często ważniejsze jest, po co po niego sięgnęliśmy i jak się czuliśmy, kiedy go odłożyliśmy. Jeśli ekran pomógł coś załatwić, skontaktować się z kimś albo po prostu na chwilę odpocząć, trudno mówić o problemie. Jeśli jednak przez scrollowanie zarwaliśmy sen, pogorszył nam się nastrój albo odłożyliśmy ważniejsze sprawy na później, sama liczba minut niewiele mówi o tym, co naprawdę się wydarzyło.

*Źródło grafiki wprowadzającej: andrei-stoicas-images / Canva Pro

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

Odmówiła korzystania z AI w pracy. Zasłoniła się klauzulą sumienia

13 czerwca 2026, 08:15

Klauzula sumienia to - póki co - prawo lekarza do powstrzymania się od wykonywania świadczeń, jeżeli są one niezgodne z jego osobistymi przekonaniami. "Póki co", bowiem klauzula sumienia może wkrótce objąć także programistów i wszystkie osoby zmuszone do korzystania ze sztucznej inteligencji w pracy. Wszystko za sprawą amerykańskiej programistki, która uzyskała zwolnienie z korzystania z AI podczas wykonywania obowiązków zawodowych.

Pierwszy tego typu przypadek. "Wyjątek od korzystania z AI" ze względu na pobudki religijne

Jak opisuje Business Insider, 34-letnia Erin Maus pracuje w dużej firmie z branży technologiczno-rozrywkowej w Karolinie Północnej. W kwietniu kobieta zwróciła się do pracodawcy z formalną prośbą o umożliwienie jej niekorzystania z narzędzi sztucznej inteligencji. W swoim wniosku Maus argumentowała, że korzystanie z tej technologii pozostaje w sprzeczności z jej przekonaniami religijnymi oraz budzi poważne zastrzeżenia etyczne i środowiskowe.

Maus należy do wspólnoty uniwersalizmu unitariańskiego, nurtu religijnego podkreślającego godność każdej osoby oraz odpowiedzialność społeczną. Korzystanie z AI stoi w sprzeczności z uniwersalizmem unitariańskim m.in. ze względu na ogromne koszty jakie ponosi środowisko naturalne przez budowę i działanie kolejnych centrów danych, pogwałcenie praw autorskich podczas procesu uczenia maszynowego modeli sztucznej inteligencji, a także uprzedzenia obecne w treściach generowanych przez AI. Przed złożeniem wniosku kobieta konsultowała się zarówno z prawnikiem specjalizującym się w prawie pracy, jak i lokalnym duchownym swojej wspólnoty.

Firma zaakceptowała jej prośbę w połowie maja. Dzięki temu programistka może wykonywać swoją pracę bez używania systemów AI, samodzielnie pisząc i sprawdzając kod programistyczny.

Przypadek Maus zwrócił uwagę prawników zajmujących się dyskryminacją w miejscu pracy. W Stanach Zjednoczonych pracodawcy mają obowiązek rozpatrywania wniosków o dostosowanie warunków pracy do przekonań religijnych pracowników. John J. Meehan, amerykański prawnik specjalizujący się w sprawach dyskryminacji i prawa pracy z kancelarii Joseph & Norinsberg, uważa, że firmy mogą wkrótce zostać zmuszone do szybkiego opracowania zasad dotyczących religijnych sprzeciwów wobec AI. Jego zdaniem duże kancelarie obsługujące pracodawców już teraz powinny przygotowywać się na podobne przypadki.

Czy katolicy również mogą powołać się na sprzeczność AI z wiarą?

Znaczenie sprawy dodatkowo podkreśliły niedawne wypowiedzi papieża Leona XIV. W opublikowanej pod koniec maja encyklice papież ostrzegał przed zagrożeniami związanymi z rozwojem sztucznej inteligencji, zwracając uwagę między innymi na ryzyko osłabienia ludzkiej sprawczości oraz wypierania pracowników przez algorytmy. Część komentatorów uznała te słowa za potencjalny argument dla osób, które chciałyby ubiegać się o podobne wyjątki.

Nie wszyscy zgadzają się jednak z taką interpretacją. Dr Michael Naughton, dyrektor Center for Catholic Studies na University of St. Thomas, nie uważa jednak, by słowa papieża stanowiły podstawę do całkowitego odrzucenia AI w miejscu pracy. Według niego Leon XIV stawiał raczej pytania o wpływ technologii na ludzką sprawczość niż sugerował, że katolicy nie powinni korzystać z takich narzędzi.

Sama Maus pozostaje sceptyczna wobec korzyści oferowanych przez AI. Jak twierdzi, niedawno ukończyła zadanie programistyczne w podobnym czasie co kolega wykonujący niemal identyczną pracę przy wsparciu sztucznej inteligencji. Według niej doświadczenie to potwierdziło, że technologia nie zawsze przynosi przełomowe efekty, jakie często przypisują jej zwolennicy.

Sprawa może okazać się początkiem nowego rodzaju sporów między pracownikami a pracodawcami. Wraz z rosnącą obecnością AI w codziennej pracy coraz częściej pojawiać się będą pytania nie tylko o produktywność i bezpieczeństwo, ale również o granice obowiązku korzystania z tej technologii.

Czytaj też:

Jako sześciolatka powiedziała w wywiadzie dla lokalnej telewizji, że chce zostać dziennikarką. Dzisiaj jest absolwentką dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi. Od dziecka pasjonuje się szeroko pojętymi grami i technologią, a w gimnazjum zapałała miłością do grafiki komputerowej i elektroniki użytkowej. Swoją pasję przekuła w działalność dziennikarską, przybliżając czytelnikom Spider's Web tematykę smartfonów, smartwatchy, oprogramowania i sztucznej inteligencji. Prywatnie miłośniczka psów, gotowania i literatury faktu.

Airbus wyrzuca pilota ze śmigłowca. H145 będzie latał bez załogi

13 czerwca 2026, 08:00

Airbus zapowiedział właśnie prezentację U145 podczas salonu ILA Berlin. Na miejscu ma zostać pokazana pełnowymiarowa makieta nowej maszyny. U145 nie jest jeszcze seryjnym śmigłowcem gotowym do wejścia do jednostek wojskowych lub służb ratowniczych. Pierwszy lot zaplanowano na koniec 2026 r., a i ten ma odbyć się z pilotem bezpieczeństwa na pokładzie. Dopiero początek kolejnej dekady ma przynieść wejście systemu do służby.

U145 ma być bezzałogową wersją dobrze znanego H145, czyli lekkiego, dwusilnikowego śmigłowca używanego dziś przez służby ratunkowe, policję, wojsko i operatorów cywilnych. Airbus nie buduje wszystkiego od zera. Zamiast tworzyć nową konstrukcję, bierze sprawdzoną maszynę z milionami godzin nalotu i rozwiniętym zapleczem serwisowym, a potem usuwa z niej elementy, które w wersji bezzałogowej nie są już potrzebne.

Najbardziej widoczna zmiana dotyczy tak naprawdę samego kokpitu. U145 ma nie mieć kabiny pilotów w tradycyjnym rozumieniu. Skoro na pokładzie nie będzie załogi, projektanci mogą inaczej zagospodarować przestrzeń i dostosować maszynę przede wszystkim do przewozu ładunków oraz wykonywania konkretnych zadań.

Pilot znika, ładunek dostaje więcej miejsca

W klasycznym śmigłowcu załoga narzuca wiele wymagań projektowych. Potrzebny jest kokpit, fotele, sterownice, przyrządy, osłony, systemy bezpieczeństwa, przestrzeń życiowa i rozwiązania umożliwiające ludziom pracę w locie. W bezzałogowej wersji część z tych elementów można wyrzucić albo przenieść do systemu zdalnego nadzoru.

Airbus chce wykorzystać tę zmianę w bardzo ciekawy sposób. U145 ma otrzymać m.in. zintegrowane drzwi w nosie z rozkładanym stołem załadunkowym oraz specjalną podłogę cargo. To jasno udowadnia, że podstawowym zadaniem maszyny ma być transport. Nie pościg za futurystycznym dronem bojowym, tylko przewożenie ładunków tam, gdzie wysyłanie klasycznego śmigłowca z załogą jest drogie, ryzykowne albo logistycznie kłopotliwe.

Maksymalna masa startowa U145 ma wynosić 3800 kg. To stawia maszynę znacznie powyżej typowych małych dronów transportowych. Mówimy o bezzałogowym śmigłowcu, który zachowuje sensowny udźwig, zasięg i użyteczność klasycznej platformy, ale nie wymaga obecności pilotów na pokładzie.

To ma być latający dostawczak dla wojska i służb

Airbus opisuje U145 jako platformę, którą można dostosować do różnych zadań. Najważniejszym zastosowaniem ma być oczywiście transport dużych ładunków, ale lista możliwych misji jest znacznie szersza. W grę wchodzą działania ratownicze, zarządzanie kryzysowe, gaszenie pożarów, rozpoznanie, obserwacja, uzbrojone patrolowanie, współpraca z załogowymi statkami powietrznymi, a nawet rola powietrznego nosiciela mniejszych dronów lub efektorów.

Ponadto Airbus wskazuje możliwość użycia U145 jako platformy dla mniejszych systemów wypuszczanych z większego statku powietrznego. Mogą to być drony rozpoznawcze, środki walki elektronicznej, wabiki albo w przyszłości uzbrojone efektory. W tym obszarze Airbus współpracuje z MBDA, czyli jednym z najważniejszych europejskich producentów uzbrojenia rakietowego.

Właśnie tak zmienia się dziś lotnictwo wojskowe. Coraz rzadziej liczy się pojedyncza maszyna wykonująca jedno zadanie. Znacznie ważniejsze staje się współdziałanie wielu różnych platform. Śmigłowiec załogowy, bezzałogowy U145, mniejsze drony, sensory i systemy dowodzenia mają tworzyć jeden organizm. Człowiek nadal pozostaje w centrum całego procesu, ale nie musi już siedzieć na pokładzie każdej maszyny.

Autonomia zamiast klasycznego pilotażu

U145 ma dostać wyspecjalizowany zestaw sensorów i rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, które umożliwią pełną autonomię. Nie oznacza tu ona jednak, że maszyna będzie samowolnie decydowała o wszystkim. Będzie to raczej połączenie automatycznego lotu, planowania trasy, omijania przeszkód, reagowania na warunki misji i nadzoru człowieka z ziemi lub z innej platformy.

To szczególnie ważne w śmigłowcu. Samolot bezzałogowy często startuje z pasa albo katapulty, leci na wysokości i wykonuje zaplanowaną trasę. Śmigłowiec operuje bliżej ziemi, w trudniejszym otoczeniu, często w pobliżu przeszkód, budynków, drzew, masztów, przewodów energetycznych i ludzi. Lądowanie w terenie przygodnym jest dużo bardziej skomplikowane niż lot po prostej na dużej wysokości.

Właśnie dlatego zestaw czujników i systemów pokładowych U145 będzie miał naprawdę ogromne znaczenie. Maszyna musi orientować się w otoczeniu, wiedzieć, gdzie się znajduje, utrzymywać stabilny lot i reagować na zmieniające się warunki, takie jak wiatr, przeszkody czy awarie. Jednocześnie ma wykonywać swoje zadania, niezależnie od tego, czy będzie transportować ładunki, czy prowadzić rozpoznanie. W zastosowaniach wojskowych dochodzą jeszcze zakłócenia elektroniczne, problemy z sygnałem nawigacyjnym i możliwość utraty łączności.

Airbus korzysta z doświadczeń VSR700

U145 nie jest pierwszą próbą Airbusa w świecie bezzałogowych śmigłowców. Wcześniej firma rozwijała VSR700, czyli bezzałogowy system oparty na lekkim śmigłowcu Cabri G2. VSR700 powstał przede wszystkim z myślą o operacjach morskich, rozpoznaniu, obserwacji i wsparciu okrętów.

Przeczytaj także:

Pamiętajmy, że zbudowanie śmigłowca bezzałogowego to nie jest po prostu kwestia wyjęcia pilota z kabiny i włączenia autopilota. Trzeba ogarnąć bezpieczne starty i lądowania, niezawodną łączność, współpracę z systemami dowodzenia oraz całą logistykę obsługi takiej maszyny. VSR700 pozwolił Airbusowi zdobyć sporo praktycznego doświadczenia, ale U145 to już projekt o znacznie większej skali i dużo szerszych możliwościach.

*Źródło zdjęcia wprowadzającego: Airbus

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

Telefon będzie śledzić twój organizm. Zegarek do kosza?

13 czerwca 2026, 07:45
Telefon mierzenie tętna

Każdy z nas ma w swoim smartfonie przedni aparat do zdjęć oraz wideorozmów. Google chce jednak wzbogacić ten moduł o zupełnie nową funkcję: monitorowanie stanu zdrowia użytkownika. Smartfon zrobi to za nas całkowicie automatycznie. Wystarczy korzystać z telefonu tak jak dotychczas.

Smartfony zmierzą tętno użytkownika za pomocą przedniej kamery

W telefonach znajdziemy mnóstwo zaawansowanych czujników. Większość z nich nie jest jednak dostosowana do mierzenia stanu zdrowia użytkownika. Producenci w przeszłości eksperymentowali z różnymi ciekawymi pomysłami - Samsung w Galaxy S9 był w stanie mierzyć ciśnienie krwi. Wciąż brakuje jednak powszechnej możliwości mierzenia tętna w telefonach.

Skoro większość zegarków potrafi to zrobić, to dlaczego ktoś miałby chcieć mierzyć sobie tętno za pomocą smartfona? Sęk w tym, że nie każdy posiadacz smartfona ma na nadgarstku inteligentny zegarek lub opaskę. Smartfon stanowi istotną część życia większości z nas – mnóstwo osób w ogóle nie rozstaje się ze swoim telefonem.

Google o tym wie i opracował system, który ma na celu wykorzystanie smartfona jako narzędzia do monitorowania stanu zdrowia użytkownika. Rozwiązanie nosi nazwę „pasywnego monitorowania tętna” i bazuje na przedniej kamerze do selfie, analizując zmiany na skórze zachodzące podczas przepływu krwi przez organizm. Dla zwykłego człowieka zmiany te nie są widoczne gołym okiem, ale system korzysta z zaawansowanych algorytmów.

Te analizują 8-sekundowe klipy wideo, przepuszczając je przez sieć neuronową. Na podstawie wytrenowanego modelu rozwiązanie ma przewidzieć obecne tętno użytkownika. Informacje są zbierane z całego dnia – m.in. wtedy, gdy użytkownik odblokowuje swój telefon za pomocą rozpoznawania twarzy. Rozwiązanie może jednak analizować informacje również podczas zwykłego, codziennego użytkowania, aby stale szacować tętno.

Podejście Google’a nie wymaga od użytkownika wykonywania żadnych dodatkowych kroków. Nie trzeba samodzielnie inicjować pomiaru. Wszystko dzieje się automatycznie, a algorytmy precyzyjnie wykrywają i szacują tętno spoczynkowe.

Czytaj też:

To wciąż system, który nie wyszedł poza laboratoria

Do opracowania systemu wykorzystano ponad 350 tys. nagrań wideo pochodzących od ok. 700 osób. Rozwiązanie dotychczas działało w laboratoryjnych, mocno kontrolowanych warunkach. Mimo to jego efektywność zaskoczyła samych twórców. Użytkownicy, którzy brali udział w testach, korzystali jednocześnie z opaski Fitbit mierzącej tętno w klasyczny sposób, co pozwoliło potwierdzić dokładność algorytmu.

Wdrożenie tej technologii do seryjnie produkowanych smartfonów to jednak perspektywa wielu lat. Trudno powiedzieć, czy Google w ogóle zdecyduje się na wprowadzenie jej na stałe do naszych telefonów.

Obserwuj nas w Google Discover

Redaktor działu nowe technologie w Spider's Web. Od najmłodszych lat fan elektroniki - komputerów, laptopów i smartfonów, z którą odkąd tylko mógł, spędzał masę czasu. Z czasem swoją pasję zamienił w pracę, początkowo pisząc o technologiach mobilnych, a następnie o (prawie) wszystkim związanym z technologią. Poprzednio pisał na łamach Tabletowo.pl oraz oiot.pl, gdzie poruszał tematykę sprzętu komputerowego, systemów operacyjnych, aplikacji, smart home, sztucznej inteligencji, a także nauki. Oprócz technologii jest wielkim fanem mody, a po godzinach pracy spędza czas ze słuchawkami na uszach, w których przede wszystkim gra rodzimy hip-hop.

Wpuścili AI do tajnych danych armii. Ma działać nawet pod ostrzałem

13 czerwca 2026, 07:30

Sztuczna inteligencja coraz śmielej wchodzi do wojska i przestaje być tylko elementem prezentacji o przyszłości pola walki. US Navy dopuściła platformę EdgeRunner OS do pracy z danymi niejawnymi do poziomu Secret. Najciekawsze jest jednak nie samo wykorzystanie AI, ale sposób jej działania. System ma pracować lokalnie, bez stałego dostępu do internetu, bez wysyłania danych do publicznej chmury i nawet wtedy, gdy łączność jest ograniczona albo całkowicie niedostępna.

To nie jest tylko chatbot dla żołnierzy

EdgeRunner AI otrzymał właśnie od US Navy akredytację Impact Level 6 Authority to Operate. W amerykańskim systemie bezpieczeństwa informacyjnego IL6 oznacza środowisko przeznaczone do przetwarzania informacji niejawnych do poziomu Secret. To już nie są zwykłe dokumenty administracyjne, publiczne raporty czy ogólne dane szkoleniowe. To kategoria, w której pojawiają się informacje operacyjne, wrażliwe systemy i materiały wymagające bardzo ścisłej kontroli dostępu.

Authority to Operate, w skrócie ATO, to formalna zgoda na uruchomienie systemu w określonym środowisku po przejściu procedur bezpieczeństwa. Dla firmy technologicznej oznacza to wejście przez jedną z najtrudniejszych bram w amerykańskiej obronności. Dla marynarki oznacza możliwość wpinania takiego narzędzia w bardziej wrażliwe procesy.

EdgeRunner OS został też wpisany do DADMS, czyli rejestru aplikacji, systemów i technologii zatwierdzonych dla Departamentu Marynarki. Bez takiego formalnego dopuszczenia nawet ciekawa technologia pozostaje jedynie demonstratorem albo rozwiązaniem do testów na mniej wrażliwych danych. Mówimy tu więc o przejściu do kategorii, w której AI może zacząć pracować na materiałach, których nie wolno po prostu wkleić do zwykłego narzędzia w chmurze.

To właśnie lokalne działanie robi największą różnicę

Cała idea EdgeRunnera opiera się na sztucznej inteligencji działającej na urządzeniu albo w lokalnej infrastrukturze, a nie na stałym połączeniu z dużym centrum danych. W cywilnym świecie przyzwyczailiśmy się do tego, że chatboty i modele AI działają na zewnętrznych serwerach, często w dużych centrach danych rozsianych po świecie. Użytkownik wpisuje pytanie, dane lecą do chmury, model generuje odpowiedź, wynik wraca na ekran.

W warunkach wojskowych taki model działania ma jednak bardzo istotne ograniczenia. Łączność nie zawsze jest dostępna, a w czasie konfliktu może być zakłócana, przechwytywana lub celowo ograniczana przez przeciwnika. Dodatkowo dane operacyjne i informacje niejawne nie mogą być swobodnie przesyłane przez komercyjną infrastrukturę. Znaczenie mają również opóźnienia – w sytuacjach operacyjnych dostęp do informacji musi być natychmiastowy, niezależnie od stanu połączenia z zewnętrznymi systemami.

Właśnie dlatego wojskowa AI coraz mocniej przesuwa się na tzw. tactical edge, czyli możliwie blisko użytkownika i miejsca działania. To może być okręt, stanowisko dowodzenia, baza wysunięta, pojazd, laptop w zabezpieczonej sieci albo lokalny serwer. Model ma działać tam, gdzie są dane i żołnierze, a nie tam, gdzie akurat stoi cywilne centrum danych.

DDIL, czyli wojna bez luksusu dobrego internetu

W komunikatach firmy pojawia się skrót DDIL (Denied, Disrupted, Intermittent and Limited). Termin ten opisuje środowiska operacyjne, w których łączność jest niedostępna, zakłócana, okresowo przerywana lub znacząco ograniczona.Oznacza to warunki, w których nie można zakładać stałego dostępu do sieci ani niezawodnej wymiany danych z systemami zewnętrznymi.

Dla marynarki to niestety codzienny problem. Okręt operujący daleko od brzegu nie może zakładać, że zawsze będzie miał szerokopasmową, stabilną i bezpieczną łączność. W warunkach konfliktu przeciwnik będzie próbował zakłócać satelity, łącza radiowe, GPS, przesył danych i systemy dowodzenia. Im bardziej armia uzależnia się od danych, tym bardziej przeciwnik będzie uderzał w kanały ich przesyłu.

AI działająca lokalnie ma ograniczać tę zależność od zewnętrznej infrastruktury. Gdy model, dokumentacja, procedury, mapy, instrukcje i bazy wiedzy są dostępne bezpośrednio w miejscu prowadzenia działań, system może funkcjonować również przy zerwanej lub ograniczonej łączności. Pozwala to uniknąć konieczności przesyłania danych do odległych centrów przetwarzania, zmniejsza opóźnienia i ogranicza ryzyko związane z opuszczaniem przez wrażliwe informacje zabezpieczonego środowiska.

Zwykła chmura tu po prostu nie wystarczy

Cywilna sztuczna inteligencja bardzo często działa w oparciu o wielkie centra danych. To logiczne: duże modele wymagają ogromnych zasobów obliczeniowych, a użytkownik końcowy nie musi mieć potężnego sprzętu. Dla firm, szkół, redakcji czy konsumentów to wygodne. Dla wojska bywa niewystarczające.

Wrażliwe dane nie mogą być wysyłane do dowolnej infrastruktury. Systemy niejawne muszą działać w środowiskach o określonym poziomie zabezpieczeń. Do tego dochodzi problem suwerenności, łączności, kosztów, opóźnień i odporności na zakłócenia. W czasie pokoju chmura jest wygodna. W czasie wojny może stać się wąskim gardłem albo punktem zależności.

EdgeRunner stawia na mniejsze, wyspecjalizowane modele działające lokalnie. Firma chwaliła się modelem EdgeRunner 20B, szkolonym na danych wojskowych i dokumentacji specjalistycznej. Zamiast ogromnego uniwersalnego modelu, który wie po trochu o wszystkim, wojsko może potrzebować modelu mniejszego, ale lepiej dopasowanego do własnego języka, procedur i zadań.

To trochę jak różnica między ogólną encyklopedią a doświadczonym oficerem sztabowym. Encyklopedia zawiera mnóstwo informacji na różne tematy, ale specjalista zna realia działania organizacji, rozumie używane skróty, orientuje się w dokumentach i procedurach oraz wie, z jakimi problemami ludzie mierzą się na co dzień.

Tajne dane są paliwem i jednocześnie największym ryzykiem

Wejście AI do danych Secret jest przełomowe właśnie dlatego, że dane są paliwem takich systemów. Model bez dostępu do dokumentów, raportów i baz wiedzy jest tylko ogólnym narzędziem. Model dopuszczony do pracy w zabezpieczonym środowisku może odpowiadać na pytania dotyczące realnych procedur, planów, zdolności i ograniczeń.

To jednak jednocześnie największe ryzyko. AI może pomóc szybciej znaleźć informację, ale może też błędnie ją streścić, pomieszać źródła, wygenerować zbyt pewną odpowiedź albo ukryć niepewność za gładkim językiem. W cywilnym zastosowaniu taki błąd bywa po prostu irytujący. W środowisku wojskowym może prowadzić do złej decyzji operacyjnej.

Przeczytaj także:

Najważniejsze nie będzie więc to, czy EdgeRunner potrafi rozmawiać jak człowiek. Ważniejsze będzie, czy potrafi wskazywać źródła, działać przewidywalnie, respektować uprawnienia dostępu, nie mieszać poziomów klasyfikacji i pozostawiać ślad audytowy. W wojsku odpowiedź bez możliwości sprawdzenia jest mało warta, nawet jeśli brzmi świetnie.

*Źródło grafiki wprowadzającej: Canva Pro

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

Znów obiecują koniec zmiany czasu. I znów dam się nabrać

13 czerwca 2026, 07:15
czas

Mogę tylko tęsknić za tym chojrakiem, którego zmiana czasu nie ruszała. Tego dawnego ja już nie ma, teraz każde kolejne przesuwanie wskazówek boli coraz bardziej, coraz mocniej demoluje codzienność. To prawda, potrafiłem znaleźć pozytywne aspekty, ale i one nie wystarczają. Straty są jednak za duże, aby dalej przymykać oko. Oszukiwać, udawać, że jest inaczej. W tym roku odkręciłem się gdzieś tak pod koniec kwietnia. Oczywiście lekarze i eksperci mówią, że to niemożliwe, skutki zmiany czasu mijają po ok. tygodniu, ale ja wiem swoje. Jeszcze chwilę przed majówką podchodziłem do okna i dziwiłem się, że o 15:30 jest jasno, jakbym dalej żył w zimowej rzeczywistości. Trzymała mnie mocno i nie chciała puścić. Dobrze, że zawsze miałem przy sobie zegarek. Gdybym musiał kogoś zapytać o godzinę, po usłyszeniu odpowiedzi zacząłbym drążyć: "ale na stare czy nowe?". Już boję się nadchodzącej zmiany czasu, tej jesiennej, najgorszej. Z każdym dniem jest coraz bliżej. Nawet teraz wiem, że długo nie będę w stanie uwierzyć, że lato tak szybko się skończyło, a złota polska jesień tylko przemknęła. Dla mnie dalej będzie 16:00, a nie 15:00.

Boli to wszystko bardziej, bo przecież zmiany czasu miało już nie być. Wtedy to całe przemijanie rzeczywiście przechodziłoby gładko, nie byłoby tej granicy, która uświadamiała o końcu i brutalnie kazała dostosowywać się do nowej rzeczywistości. Wstawaj wcześniej, wstawaj później! Nie byłoby na co czekać (trochę szkoda), ale też nie byłoby za czym tęsknić.

Jak dawno nam to obiecywano. Los sierot po tych niespełnionych deklaracjach to ciągłe sypanie soli na ich - nasze! - rany, które się nigdy nie zagoją. Tym bardziej smuci więc kolejny promyk nadziei. 

Dariusz Klimczak, minister infrastruktury, na swoim twitterowym profilu napisał: 

Jeszcze jedna pozytywna informacja! Komisarz przedstawił podejmowane obecnie działania Komisji Europejskiej nad przygotowaniem oceny wpływu zaprzestania sezonowych zmian czasu na terytorium UE. Cieszę się, że zostało to wprowadzone do agendy prac Rady ds. Transportu podczas Prezydencji Polski w Radzie UE, a dzisiaj ma swoją kontynuację. 

Panie ministrze, tak się nie robi

Mnie już jest na sercu jakby lżej. Nagle ostatni weekend października nie zapowiada się aż tak źle. Powoli zaczynam kolportować tę fałszywą narrację o tym, że przecież będzie spało się godzinę dłużej. Wszelkie niedogodności wydają się być przeszkodą do wyeliminowania, zwykłą błahostką, jeśli znowu jest cień szansy na to, że pożegnamy zmianę czasu. 

Cień? I to taki, który daje przyjemny chłód w gorący letni dzień. Wszak szef resortu zaczął, że to pozytywna informacja. Ocena wpływu natomiast musi być jedna: zmiana czasu nie ma sensu. Eksperci mówią o tym od dawna. Wystarczy przejrzeć stare publikacje, pokiwać głową z uznaniem, zastanowić się chwilę, czemu dopiero teraz na taki krok mamy się zdecydować, odpędzić od siebie ostatnie wątpliwości ("No bo skoro wcześniej zrezygnowano, to być może powód był poważny…" - mogliby uznać unijni urzędnicy) i przyklepać to, co konieczne. Nic prostszego. 

- Zmiana czasu z chronobiologicznego punktu widzenia nie jest korzystna, ponieważ prowadzi do chwilowego rozsynchronizowania zegarów w naszym organizmie - mówiła PAP Patrycja Ściślewska, neurobiolożka z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. 

W poniedziałki po zmianie czasu odnotowuje się więcej zawałów serca niż w pozostałe dni tygodnia. Obserwujemy także wzrost przypadków zaburzeń rytmu serca (zwłaszcza migotania przedsionków), udarów mózgu, a także wypadków komunikacyjnych, szczególnie z udziałem motocyklistów wyjaśniała specjalistka chorób wewnętrznych i medycyny snu dr hab. Helena Martynowicz, prof. UMW z Katedry i Kliniki Chorób Wewnętrznych, Zawodowych, Nadciśnienia Tętniczego i Onkologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. 

Wszystko musi doprowadzić do szczęśliwego zakończenia. Owszem, miało już dawno, wtedy nie wyszło, ale teraz się uda. Uda, prawda? 

Ja już jednak wiem, co się stanie

Eksperci powiedzą, że zmiana czasu rzeczywiście nie ma sensu. Kiedyś może faktycznie to się opłacało, dawne argumenty przekonywały, ale teraz więcej jest z tym szkody niż pożytku. Politycy pokiwają głowami. Będą gotowi chwycić za długopisy, by podpisać stosowne deklaracje,  aż w końcu jakieś unijne państwo się rozmyśli, pojawią się wątpliwości i na ostatniej prostej znowu będzie to samo. 

To zabawny paradoks, że dyskusja o zmianie czasu jest w istocie błędnym kołem. Cykl musi się powtórzyć. Odtwarzać będziemy wszystko, co zdążyliśmy już przeżyć. Teraz jest nadzieja, która będzie tylko rosnąć, by w końcu balon został przebity z hukiem, jak to miało miejsce przed laty. Chcąc zrezygnować ze zmiany czasu, ciągle gmeramy we wskazówkach, cofając się. Znowu jest 2018 r. Znowu możemy wierzyć, że lada moment nadejdzie chwila, w której przestawimy zegarki po raz ostatni. 

A potem czeka nas kolejna podróż w czasie. Do momentu rozpalenia iskry nadziei. 

„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.

❌