Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 13 czerwca 2026 Spider's Web

Ta kurtka potrafi wycisnąć wodę pitną prosto z powietrza. Technologia jak z Diuny

12 czerwca 2026, 13:34

Inżynierowie z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin opracowali kurtkę, która pobiera wodę pitną bezpośrednio z powietrza. Technologia ta może służyć każdemu, kto spędza dużo czasu w obszarach bez łatwego dostępu do wody pitnej, od amatorów pieszych wędrówek, biwakowania i biegania, po pracowników rolnych, ratowników medycznych i żołnierzy.

Zbieranie wody z powietrza zazwyczaj wyobrażamy sobie jako urządzenie stacjonarne, takie jak skrzynka czy panele. Chcieliśmy na nowo przemyśleć formę tej technologii. Skoro sama tkanina może zbierać wodę z powietrza, otwiera to nowy kierunek dla osobistego i przenośnego dostępu do wody - powiedział Guihua Yu, profesor katedry Wydziału Inżynierii Mechanicznej Walker w Cockrell School of Engineering i Texas Materials Institute

Wyniki badań opublikowano w Science Advances.

Materiał, który myśli o transporcie wilgoci

Materiał tekstylny w kurtce zbiera wilgoć i kieruje ją do odłączanych modułów zbierających. Moduły te są umieszczane w składanym kolektorze i podgrzewane w celu wytworzenia wody. Kurtka produkowała od 400 do 900 mililitrów wody pitnej dziennie, w zależności od poziomu wilgotności.

W porównaniu z konwencjonalnymi materiałami do zbierania wody, materiał tekstylny wykazał od trzech do dziesięciu razy większą wydajność. Koncentrując się na włóknach, zamiast budować kolejne, nieporęczne urządzenie, naukowcy pokonali problem z mobilnością.

Kluczem do sukcesu okazała się zmiana filozofii projektowania materiałów sorpcyjnych. Dotychczas naukowcy skupiali się głównie na tym, aby stworzyć tworzywo, które wchłonie jak najwięcej wilgoci. Często prowadziło to jednak do sytuacji, w której woda blokowała się wewnątrz struktury i jej odzyskanie wymagało skomplikowanych procesów.

Zespół z Teksasu podszedł do problemu strukturalnie, zamiast budować kolejną grubą warstwę chłonną, zaprojektowano zaawansowany system mikroskopijnych ścieżek transportowych wewnątrz samych włókien tkaniny.

Dzięki takiemu układowi proces zachodzi niezwykle płynnie. Para wodna znajdująca się w powietrzu błyskawicznie skrapla się na powierzchni specjalnego włókna, po czym jest natychmiast transportowana w głąb struktury tekstylnej.

Kurtka została zaprojektowana w taki sposób, aby zbierana wilgoć trafiała bezpośrednio do niewielkich, odpinanych modułów zbiorczych umieszczonych w specjalnej, składanej części kolektora. Aby uzyskać czystą wodę, moduły te wystarczy poddać działaniu ciepła, co zmusza zmagazynowaną wilgoć do uwolnienia się w postaci płynnej.

Wydajność mierzona w litrach

Istotnym postępem jest to, że zespół nie stworzył po prostu kolejnego materiału, który pochłania wodę. Zaprojektowali metodę, która umożliwia szybki przepływ wody, od pary wodnej w powietrzu, przez ciecz na powierzchni włókna, aż do wnętrza tkaniny. Ta konstrukcja pozwala materiałowi działać nie tylko w małym teście laboratoryjnym, ale także w prawdziwej odzieży - powiedział Keith Johnston, współautor i profesor katedry inżynierii chemicznej McKetta w Cockrell School of Engineering.

Naukowcy rozważają zastosowanie tej technologii poza odzieżą, w tym w plecakach, namiotach i innym sprzęcie outdoorowym, dzięki czemu przedmioty używane codziennie przez ludzi będą mogły zbierać wodę z powietrza.

Sprzęt ten przetestowano zarówno w gorącym, skrajnie suchym klimacie Pustyni Chihuahuan w Nowym Meksyku, jak i w znacznie bardziej wilgotnym otoczeniu teksańskiego Austin. Wyniki pokazały, że pozyskiwanie wody z atmosfery na masową skalę przestaje być wyłącznie laboratoryjną ciekawostką.

W testach naukowcy zbierali 1,3 l czystej wody dziennie zarówno na obszarach suchych, jak i półwilgotnych. To odpowiada 4,3 l litrów wody na kilogram materiałów pochłaniających wilgoć dziennie, więcej niż udało się to osiągnąć jakiejkolwiek innej grupie badawczej.

Kurtka zbierająca wodę z powietrza.

Odpowiedź na globalny kryzys wodny

W centrum urządzenia znajduje się specjalnie zaprojektowana tkanina hydrożelowa, wykonana z materiałów pochodzących z biomasy. Tkanina pochłania wilgoć z powietrza, a następnie uwalnia ją pod wpływem ciepła słonecznego, dzięki czemu woda może ulec skropleniu i zebraniu.

Technologia ta, rozwijana w ramach szerszego projektu o nazwie AirGel, zdobyła już uznanie w środowisku naukowym i innowacyjnym, zdobywając główną nagrodę w prestiżowym konkursie National Collegiate Inventors Competition.

Najważniejszy jest jednak jej potencjał humanitarny. Regiony, w których systemy oparte na tym hydrożelu wykazują najwyższą efektywność, pokrywają się z obszarami najbardziej dotkniętymi strukturalnym brakiem wody na świecie. Mowa tu o Afryce Północnej, Bliskim Wschodzie, Azji Południowej czy Afryce Subsaharyjskiej.

Jako zdecentralizowane, niewymagające zewnętrznego zasilania źródło wody, technologia ta może w przyszłości uratować tysiące ludzi w miejscach, gdzie budowa tradycyjnej sieci wodociągowej jest niemożliwa.

Dziennikarz Spider's Web, zajmuje się tematyką militariów i obronności. Jest pasjonatem lotnictwa, broni pancernej i miłośnikiem symulatorów. Pisze o nowych technologiach, takich jak broń hipersoniczna czy laserowa. Interesuje się historią konfliktów oraz Chin i Wietnamu w XX wieku. Dziennikarzem jest od 1998 roku. Pracował w Super Expressie, Gazecie Wyborczej, Purepc. Jest autorem trzech książek poświęconych wojnie w Wietnamie. Prywatnie interesuje się również fizyką, grami, kotami i kolarstwem górskim.

Co sędziowie na Mundialu mają przy uszach? Ta mała kostka zmienia widok meczów

12 czerwca 2026, 12:23

Kamera, wielkością zbliżona do bezprzewodowej słuchawki dousznej, jest montowana na zestawie słuchawkowym sędziego, tuż obok jego ucha. Rejestruje ona dynamiczne akcje, starcia zawodników oraz kontrowersyjne sytuacje z unikatowego punktu widzenia.

Urządzenie powstało we współpracy z firmą Lenovo, oficjalnym partnerem technologicznym FIFA. Kluczowym wyzwaniem przy projektowaniu tego systemu był fakt, że sędziowie nieustannie biegają, co w normalnych warunkach skutkowałoby rozmazanym i nieczytelnym obrazem. Aby temu zapobiec, najnowsza wersja technologii wykorzystuje zaawansowaną stabilizację obrazu opartą na sztucznej inteligencji, która na bieżąco eliminuje drżenia.

Obraz z kamery trafia prosto do wozów transmisyjnych, skąd może być miksowany na żywo lub dodawany do powtórek telewizyjnych. Co ciekawe, sygnał przechodzi przez krótką weryfikację przed emisją, aby uniknąć wpadek realizatorskich, takich jak nieocenzurowane, niecenzuralne słowa padające z ust emocjonujących się piłkarzy.

Pierluigi Collina, szef Komitetu Sędziowskiego FIFA, podkreśla, że technologia ta ma podwójne zastosowanie. Oprócz uatrakcyjnienia transmisji dla kibiców i tworzenia efektownych materiałów do mediów społecznościowych, Ref Cam służy jako doskonałe narzędzie szkoleniowe. Pozwala przeanalizować podczas odpraw, co dokładnie widział arbiter w momencie podejmowania kluczowych decyzji.

Rozwiązanie to przeszło pomyślne testy podczas Klubowych Mistrzostw Świata w 2025 r. oraz w wybranych ligach krajowych, a teraz stało się standardem na najważniejszej imprezie piłkarskiej.

Więcej na Spider's Web:

Błyskawiczny spalony i cyfrowe awatary piłkarzy

Kolejną nowością, która zadebiutowała na tegorocznym mundialu, jest rozwinięta wersja półautomatycznego systemu wykrywania spalonych. W przeciwieństwie do rozwiązań z 2022 r., gdzie informacje trafiały najpierw do pokoju VAR, teraz jednoznaczne sytuacje o charakterze pozycyjnym są przekazywane bezpośrednio do sędziów na boisku.

Johannes Holzmüller z FIFA wyjaśnia, że dzięki temu arbitrzy liniowi mogą błyskawicznie podnieść chorągiewkę. Skraca to czas oczekiwania na decyzję i zmniejsza ryzyko kontuzji zawodników, którzy wcześniej często kontynuowali pełny sprint mimo przewinienia, czekając na reakcję arbitrów. System ten skupia się wyłącznie na spalonej pozycji i nie ocenia automatycznie sytuacji, w których gracz nie dotyka piłki, ale wpływa na przebieg akcji.

Aby zwiększyć precyzję i atrakcyjność wizualną, przed turniejem wszyscy zawodnicy zostali poddani skanowaniu trójwymiarowemu. Ciało każdego zawodnika na Mistrzostwach Świata zostało zeskanowane przez komputer. Cyfrowy bliźniak każdego sportowca, precyzyjnie dopasowany do jego wzrostu, długości kończyn i rozmiaru buta, może zostać umieszczony w wirtualnej symulacji gry, aby określić jego dokładne położenie względem piłki, linii bocznych i innych zawodników. Ich cyfrowe awatary zintegrowano z systemem sędziowskim. W efekcie powtórki 3D generowane dla potrzeb transmisji telewizyjnych wyglądają niezwykle realistycznie.

Kibice mogą od razu zobaczyć dokładne odwzorowanie sylwetek piłkarzy, co eliminuje wątpliwości dotyczące tego, która część ciała wystawała za linię obrony w kluczowym momencie.

Koniec z grubymi raportami, czas na Football AI Pro

Wokół boiska zainstalowano również system 16 kamer śledzących, rozmieszczonych na każdym z obiektów turnieju. Generują one ponad 150 mln punktów danych na każdy mecz. Te szczegółowe informacje pozwalają FIFA na odtworzenie całego spotkania w cyfrowym świecie trójwymiarowym.

Taki rendering jest kluczowym wsparciem dla sędziów VAR, na przykład przy ocenie, czy zawodnik na pozycji spalonej zasłaniał widok bramkarzowi. Dane te pomagają też ustalić realizatorom i arbitrom, czy piłka przekroczyła linię boczną lub końcową w fazie budowania akcji bramkowej.

Te same dane zasilają kolejne narzędzie o nazwie Football AI Pro. To asystent wiedzy oparty na generatywnej sztucznej inteligencji, stworzony z myślą o wszystkich 48 reprezentacjach biorących udział w mistrzostwach. Dotychczas FIFA dostarczała drużynom obszerne, kilkudziesięciostronicowe raporty analityczne po każdym meczu, które wymagały czasochłonnej interpretacji przez sztaby specjalistów.

Football AI Pro pozwala na błyskawiczne wyciąganie kluczowych wniosków za pomocą prostych zapytań tekstowych. Przedstawiciele FIFA wskazują, że rozwiązanie to ma na celu demokratyzację dostępu do nowoczesnych technologii. Dzięki temu mniejsze federacje, które nie dysponują budżetami na utrzymanie wielkich zespołów analityków, zyskują takie same możliwości interpretacji danych meczowych, jak światowi potentaci.

Dziennikarz Spider's Web, zajmuje się tematyką militariów i obronności. Jest pasjonatem lotnictwa, broni pancernej i miłośnikiem symulatorów. Pisze o nowych technologiach, takich jak broń hipersoniczna czy laserowa. Interesuje się historią konfliktów oraz Chin i Wietnamu w XX wieku. Dziennikarzem jest od 1998 roku. Pracował w Super Expressie, Gazecie Wyborczej, Purepc. Jest autorem trzech książek poświęconych wojnie w Wietnamie. Prywatnie interesuje się również fizyką, grami, kotami i kolarstwem górskim.

Zmapowali gigantyczne imperium pod naszymi stopami. Waży więcej niż cała ludzkość

12 czerwca 2026, 10:25

Na całej planecie mikroskopijne, nitkowate strzępki arbuskularnych grzybów mikoryzowych wiją się przez glebę, łącząc i podtrzymując korzenie roślin. Grzyby mikoryzowe tworzą podziemne sieci, które podtrzymują życie roślin i pomagają regulować klimat Ziemi poprzez wchłanianie węgla do gleby. 

Ta korzystna dla obu stron relacja, której początki sięgają dewonu, 400 milionów lat temu, sprzyja rozwojowi około 70 proc. gatunków roślin na Ziemi. W czasopiśmie Science opublikowano pierwszy globalny atlas dokumentujący tą sieć, a jej skala jest oszałamiająca. 

Mapa zagęszczenia strzępek arbuskularnych grzybów mikoryzowych. Źródło: Truth & Beauty / Moritz Stefaner. Justin Stewart - SPUN

Liczby trudne do pojęcia

Arbuskularne grzyby mikoryzowe tworzą symbiotyczne relacje z około 70 proc. gatunków roślin na Ziemi. Grzyby dostarczają składniki odżywcze i wodę w zamian za węgiel produkowany przez rośliny. Jako inżynierowie ekosystemów, sieci te tworzą krytyczną infrastrukturę życiową, która wchłania węgiel do gleby i podtrzymuje znaczną część życia na Ziemi. Te sieci transportują około 1 mld t węgla rocznie. 

Naukowcy zebrali dane dotyczące gęstości sieci arbuskularnych grzybów mikoryzowych z ponad 16 000 próbek glebowych zebranych na całej Ziemi. Do pracy zaprzęgli też sztuczną inteligencją. Opracowali modele uczenia maszynowego, które uwzględniały warstwy danych z pustyń, tundry i lasów, aby prognozować gęstość sieci w ekosystemach, w których nie pobrano próbek.

Zespół skalibrował swój model za pomocą obrazowania robotycznego ponad 300 tys. żywych strzępek grzybów wyhodowanych w laboratorium.

Globalna mapa zagęszczenia strzępek arbuskularnych grzybów mikoryzowych. Źródło: Truth & Beauty / Moritz Stefaner. Justin Stewart - SPUN

Wnioski są oszałamiające, trudne wręcz do ogarnięcia, bo skala wymyka się wszystkiemu co znamy. Na podstawie zbiorów danych oszacowali, że sieci arbuskularnych grzybów mikoryzowych mają łączną długość około 110 biliardów kilometrów! Ich łączną masę oszacowano około 300 milionów ton węgla (od czterech do sześciu razy większą niż masa wszystkich żyjących ludzi)!

Tę niezykłą mapę możecie zobaczyć TUTAJ.

Więcej na Spider's Web:

To, co od dawna było ukryte pod naszymi stopami

Trudno przecenić znaczenie i ogrom tych grzybów. W zaledwie łyżeczce gleby może znajdować się nawet 10 metrów (33 stopy) sieci mikoryzowej - powiedział główny autor, dr Justin Stewart z Towarzystwa Ochrony Sieci Podziemnych (SPUN).

Sieci mikoryzowe, często nazywane jednym z układów krążenia Ziemi, transportują węgiel, wodę i składniki odżywcze w ekosystemach podziemnych. W zdrowych glebach sieci mikoryzowe mogą zwiększyć powierzchnię żerowania korzeni roślin nawet 100-krotnie, dostarczając jednocześnie ponad 80 proc. fosforu potrzebnego roślinie.

Architektura sieciowa grzybni grzybów. Architektura grzybni różni się w zależności od szczepu i gatunku. Sieci zobrazowano w Instytucie Biofizyki AMOLF w Amsterdamie. Źródło: Corentin Bisot - VU Amsterdam, AMOLF. Justin Stewart - SPUN

Wraz z pojawieniem się nowych technologii w obrazowaniu o wysokiej rozdzielczości, uczeniu maszynowym i robotyce, zaczynamy odkrywać to, co od dawna było ukryte pod naszymi stopami. Dowiadujemy się, jak złożone struktury grzybów sieciotwórczych transportują składniki odżywcze i pomagają regulować klimat - powiedział współautor, dr Corentin Bisot, biofizyk z AMOLF.

Badanie udokumentowało również zagrożenia

Zespół współpracował z wielokrotnie nagradzanym projektantem wizualizacji danych Moritzem Stefanerem, aby stworzyć mapę podziemnych sieci grzybów. To pierwszy raz, kiedy infrastruktura grzybowa Ziemi została przedstawiona w takiej skali i rozdzielczości (szacunki obliczane są dla każdego 1 km2 powierzchni lądu, z wyłączeniem czap lodowych i obszarów, dla których brakuje wystarczających danych do prognozowania).

Dane bazowe są dostępne dla rządów i decydentów, którzy mogą je pobrać i rozpocząć monitorowanie stanu zdrowia kluczowych podziemnych społeczności grzybów.

Grzyby mikoryzowe pod mikroskopem w Instytucie Biofizyki AMOLF w Amsterdamie. Okrągłe struktury to zarodniki. Kolor jest zmieniony dla lepszej czytelności. Źródło: Tomás Munita

W zeszłym roku kilku tych samych autorów opublikowało artykuł na okładce czasopisma Nature, w którym opisali, jak sieci grzybów mikoryzowych i ich roślinni partnerzy budują hiperwydajne łańcuchy dostaw, umożliwiające wymianę węgla i składników odżywczych, mierząc przepływy węgla w tych żywych systemach transportowych, które mogą osiągać prędkości do zawrotną prędkością (gdybyśmy znajdowali się wewnątrz sieci, prędkości te odczuwalibyśmy jako około 400 km/h). Nowe badanie stanowi kluczowy krok w kierunku zrozumienia, jak przepływy węgla i składników odżywczych przebiegają w skali globalnej.

Badanie udokumentowało również potencjalne zagrożenia. Przewiduje się, że gęstość mikoryzy na terenach uprawnych będzie mniej więcej o połowę niższa niż w dzikich ekosystemach.

Stwierdzono, że dzikie ekosystemy trawiaste zawierają około 40 proc. światowej biomasy mikoryzowej arbuskularnej. Mimo to, trawy należą do najmniej chronionych ekosystemów na Ziemi i przekształcają się w pola uprawne cztery razy szybciej niż lasy .

Sieć arbuskularnych grzybów mikoryzowych z wielojądrowym zarodnikiem rozrodczym, zobrazowana barwnikiem fluorescencyjnym i mikroskopią konfokalną.

Potwierdza to wyniki badań opublikowane w ubiegłym roku przez badaczy z instytutu SPUN, z których wynika, że ​​95 proc. obszarów o największej bioróżnorodności, w których występują grzyby mikoryzowe arbuskularne, znajduje się poza obszarami chronionymi.

Dla biologa ewolucyjnego dr. Toby'ego Kiersa, dyrektora wykonawczego SPUN, ten rosnący zbiór badań ma kluczowe znaczenie dla opracowania bardziej precyzyjnej polityki klimatycznej. - Grzyby były zbyt długo ignorowane w kontekście klimatu i ochrony przyrody. Nadszedł czas, aby zmienić ten trend - mówi.

Grzyby mikoryzowe kształtowały życie na Ziemi przez setki milionów lat, ale wciąż zbyt mało wiemy o tym, jak infrastruktura tych żywych systemów transportowych jest rozłożona na całej planecie - dodał współautor i biolog dr Merlin Sheldrake.

Dziennikarz Spider's Web, zajmuje się tematyką militariów i obronności. Jest pasjonatem lotnictwa, broni pancernej i miłośnikiem symulatorów. Pisze o nowych technologiach, takich jak broń hipersoniczna czy laserowa. Interesuje się historią konfliktów oraz Chin i Wietnamu w XX wieku. Dziennikarzem jest od 1998 roku. Pracował w Super Expressie, Gazecie Wyborczej, Purepc. Jest autorem trzech książek poświęconych wojnie w Wietnamie. Prywatnie interesuje się również fizyką, grami, kotami i kolarstwem górskim.

Otrzymane przedwczoraj Spider's Web

Prada pokazała kombinezon dla astronautów. To w nim będą chodzić po Księżycu

8 czerwca 2026, 11:48

Kombinezon chłodząco-wentylacyjny LCVG (Liquid Cooling and Ventilation Garment), zaprojektowany został do noszenia przez astronautów w skafandrze kosmicznym Axiom Extravehicular Mobility Unit (AxEMU). Kombinezon ten został zaprojektowany wspólnie przez Axiom i włoski dom mody Prada.

Łącząc to, co najlepsze w inżynierii lotniczej, luksusowym rzemiośle i zaawansowanym rozwoju produktów, stworzyliśmy odzież, której żadna z firm nie mogłaby stworzyć niezależnie - powiedział dr Jonathan Cirtain, dyrektor generalny i prezes Axiom Space.

Więcej na Spider's Web:

Skafander zaczyna się od warstwy przy skórze

Rezultatem jest odzież nowej generacji, opracowana z wykorzystaniem zaawansowanych technik modelowania 3D, która zapewnia chłodzenie i wentylację, jednocześnie zwiększając komfort podczas ośmiogodzinnych spacerów kosmicznych.

Ugruntowana wiedza Prady na temat materiałów o wysokiej wydajności pomogła również w identyfikacji i pozyskiwaniu specjalistycznych włókien, które umożliwiają wielokrotne noszenie odzieży podczas długotrwałych misji - czytamy w komunikacie.

Praca fizyczna w warunkach księżycowych generuje ogromne ilości ciepła metabolicznego. Astronaci zwyczajnie mocno się pocą. Odzież LCVG radzi sobie z tym problemem poprzez zintegrowany system rurek oplatających główne partie mięśniowe człowieka.

Krąży w nich zimna woda, która nieustannie pochłania ciepło z ciała i transportuje je do przenośnego systemu podtrzymywania życia (PLSS) umieszczonego na plecach astronauty, skąd jest ono następnie odprowadzane w przestrzeń kosmiczną.

Kombinezon LCVG (Liquid Cooling and Ventilation Garment) - po lewej i skafander kosmiczny Axiom Extravehicular Mobility Unit (AxEMU) - po prawej.

Kombinezon pomaga również oddychać

Axiom Space wprowadziło tu ważne rozwiązanie konstrukcyjne, w pełni redundantny, czyli podwójny obwód chłodzenia. Jeśli główny system ulegnie awarii, automatycznie aktywuje się zapasowa sieć rurek. Na Księżycu, gdzie nie ma możliwości szybkiego powrotu do hermetycznej bazy i zdjęcia skafandra, taka redundancja jest więc bezwzględnym wymogiem warunkującym przetrwanie załogi.

Funkcja wentylacyjna skafandra działa jako niezależny mechanizm. Oddzielna sieć przewodów w sposób ciągły dostarcza świeży tlen bezpośrednio w okolice twarzy astronauty, jednocześnie wypłukując stamtąd wydychany dwutlenek węgla w czasie rzeczywistym.

Zebrane w ten sposób gazy trafiają z powrotem do układu podtrzymywania życia. Tam specjalne filtry (tzw. skrubery) pochłaniają CO2, pozwalając na ponowne wprowadzenie oczyszczonego tlenu do obiegu wewnątrz ubioru. System chłodzenia i system wentylacji pracują symultanicznie przez cały czas trwania aktywności poza statkiem.

Kombinezony z technologią Prada i Axiom Space zostaną wykorzystane przez astronautów NASA podczas nadchodzącej misji Artemis IV, oznaczającej powrót człowieka na Księżyc po ponad pięciu dekadach przerwy.

Kombinezon LCVG (Liquid Cooling and Ventilation Garment).

To właśnie ten strój poleci na Księżyc

Skafander AxEMU (Axiom Extravehicular Mobility Unit) to nowa generacja odzieży kosmicznej opracowywana przez firmę Axiom Space na potrzeby programu Artemis. Konstrukcja została zaprojektowana z myślą o pracy na powierzchni Księżyca, gdzie astronauci będą musieli poruszać się po nierównym terenie, schylać się, pobierać próbki gruntu i obsługiwać sprzęt naukowy.

W porównaniu ze skafandrami używanymi podczas misji Apollo nowy model zapewnia znacznie większą swobodę ruchów, lepszą ochronę przed pyłem księżycowym oraz bardziej zaawansowane systemy podtrzymywania życia. Skafander został fabrycznie wyposażony w zintegrowany system potężnego oświetlenia, kamery HD przesyłające obraz z perspektywy astronauty w czasie rzeczywistym

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

08.06.2026 11:48

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T11:23:07+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T11:09:03+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T11:00:59+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:17:44+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:04:46+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T09:08:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Nasze F-35 szykują wyjątkowy pokaz. Przelecą tuż nad twoją głową

8 czerwca 2026, 10:17

Dla fanów lotnictwa i nowoczesnych technologii wojskowych piątek 12 czerwca będzie najważniejszym dniem tego roku. Jeśli mieszkacie w Warszawie, Krakowie lub Trójmieście, szykujcie się na potężny ryk silników.

Polskie Siły Powietrzne oficjalnie zaprezentują swoje najnowsze nabytki. Trzy myśliwce piątej generacji F-35A, które pod koniec maja wylądowały w 32. Bazie Lotnictwa Taktycznego w Łasku, wyruszą w spektakularną trasę nad krajem w ramach oficjalnej akcji "Powitanie z Polską".

To nie będzie zwykły przelot na dużej wysokości. Ministerstwo Obrony Narodowej zapowiada widowisko, które ma być widoczne i słyszalne dla tysięcy mieszkańców. Samoloty F-35A mają celowo obniżyć pułap lotu nad kluczowymi punktami w kraju, dając Polakom unikatową okazję do zobaczenia z bliska sprzętu, który przez najbliższe dekady będzie stanowił fundament naszego bezpieczeństwa powietrznego.

Pierwsze polskie F-35 są już w kraju

Pod koniec maja do 32. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Łasku dotarły trzy pierwsze samoloty F-35A. To właśnie stamtąd wystartują maszyny do przelotu nad Polską.

Zakup F-35A jest jednym z największych programów modernizacyjnych w historii polskich sił zbrojnych. Umowę podpisano w styczniu 2020 r., a jej wartość wyniosła 4,6 mld dolarów. Kontrakt obejmuje 32 samoloty, pakiet szkoleniowy, zaplecze logistyczne oraz zapasowe silniki.

Pierwsze egzemplarze przeznaczone dla Polski zostały wyprodukowane wcześniej i przez długi czas stacjonowały w Stanach Zjednoczonych. To tam szkolili się polscy piloci, instruktorzy oraz technicy odpowiedzialni za obsługę nowych maszyn. Dopiero teraz F-35A zaczynają trafiać do kraju, gdzie będą budowane ich docelowe zdolności operacyjne.

Trasa przelotu F-35A nad Polską

Wiceszef MON Cezary Tomczyk zapowiedział, że w ramach akcji Powitanie z Polską samoloty wykonają specjalny przelot nad trzema miastami związanymi z historią i tożsamością państwa.

Samoloty F-35A wystartują z bazy w Łasku i skierują się nad Kraków, gdzie mają przelecieć w rejonie Wawelu. Następnie obiorą kurs na północ kraju, pojawiając się nad Westerplatte w Gdańsku. Ostatnim etapem będzie Warszawa i przelot wzdłuż Wisły, po czym myśliwce wrócą do swojej bazy - zpowiedział minister Tomczyk.

Według zapowiedzi resortu obrony samoloty mają obniżyć pułap lotu nad wybranymi punktami tak, aby mieszkańcy mogli łatwiej dostrzec nasze nowe F-35A. Dla wielu osób będzie to pierwsza okazja do zobaczenia z bliska samolotu piątej generacji w polskich barwach.

Akcja ma również wymiar edukacyjny. Ministerstwo Obrony Narodowej podkreśla, że inwestycje w nowoczesny sprzęt wojskowy finansowane są z pieniędzy podatników, dlatego społeczeństwo powinno mieć możliwość zobaczenia efektów tych wydatków.

F-35A nowym symbolem polskiego lotnictwa

Pojawienie się F-35A znanych w Polsce pod oficjalną nazwą Husarz to moment zwrotny, realizowany w ramach programu o kryptonimie Harpia. Nowe myśliwce mają ostatecznie odesłać do historii wysłużone, postsowieckie samoloty Su-22 oraz MiG-29.

Polska otrzymuje F-35A w najnowszym standardzie konfiguracji TR-3 (Technology Refresh 3). F-35 to nie jest po prostu samolot myśliwski, to przede wszystkim latające centrum dowodzenia i potężny hub informatyczny.

Oprócz zaawansowanych właściwości stealth, które drastycznie utrudniają wykrycie maszyny przez systemy radiolokacyjne przeciwnika, kluczem do przewagi F-35A jest fuzja sensorów. Samolot na bieżąco zbiera gigantyczne ilości danych z otoczenia, przetwarza je i przekazuje nie tylko do pilota, ale również do innych jednostek, w tym do polskich systemów obrony przeciwlotniczej Patriot oraz operujących na morzu i ziemi sił sojuszniczych.

Maszyny te dysponują również ogromnym potencjałem ofensywnym. Mogą przenosić szeroki wachlarz nowoczesnego uzbrojenia, w tym pociski manewrujące dalekiego zasięgu AGM-158 JASSM-ER. Pozwalają one na precyzyjne rażenie celów oddalonych o kilkaset kilometrów, co poważnie zwiększa nasze możliwości odstraszania.

Warto przypomnieć, że Departament Stanu USA wydał w marcu oficjalną zgodę na zakup przez Polskę aż 821 sztuk tego typu pocisków. Docelowo F-35A stworzą zgrany duet z użytkowanymi już przez Polskę myśliwcami F-16, tworząc rdzeń obrony powietrznej kraju.

Więcej na Spider's Web:

Dostawy potrwają do końca dekady

Proces wdrażania F-35 do polskich sił powietrznych to operacja rozłożona na lata. Pierwszy egzemplarz dla Polski zjechał z linii produkcyjnej w listopadzie 2024 r.

Nasze F-35A stacjonowały dotychczas w amerykańskich bazach, gdzie polscy piloci, instruktorzy oraz personel naziemny przechodzili rygorystyczne, wielomiesięczne szkolenia z obsługi tak skomplikowanego systemu uzbrojenia.

Przylot trzech pierwszych egzemplarzy do Łasku zamyka etap szkolenia początkowego w USA, kolejne schodzące z taśm montażowych samoloty będą już kierowane bezpośrednio do Polski. Plany są bardzo napięte. Do końca tego roku w kraju ma zameldować się łącznie 14 egzemplarzy F-35. Następna transza, licząca kolejne 12 sztuk, dotrze nad Wisłę do końca 2027 r. Ostateczny finał dostaw całego zamówienia obejmującego 32 myśliwce zaplanowano na 2029 r.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

08.06.2026 10:17

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T11:23:07+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T11:09:03+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T11:00:59+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:17:44+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:04:46+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T09:08:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Znaleźli czarne złoto Wszechświata. Einstein i Hawking mieli rację

7 czerwca 2026, 08:45

Naukowcy właśnie otworzyli jedną z najcenniejszych baz danych współczesnej nauki. Nie chodzi o zdjęcia galaktyk, mapy planet ani katalog nowych gwiazd. Chodzi o coś znacznie trudniejszego do uchwycenia, o zmarszczki czasoprzestrzeni, które powstają wtedy, gdy w kosmosie zderzają się najbardziej ekstremalne obiekty znane fizyce. Wśród dziesiątek nowych sygnałów kilka zapisze się w historii astronomii ze względu na ekstremalne parametry.

Międzynarodowa sieć detektorów fal grawitacyjnych, obsługiwana przez konsorcjum LIGO–Virgo–KAGRA (LVK), ogłosiła udostępnienie online zaktualizowanego katalogu wszystkich zaobserwowanych do tej pory zdarzeń fal grawitacyjnych, nazwanego Gravitational Wave Transient Catalog-5.0 (GWTC-5.0).

Nasze detektory stały się teraz tak czułe, że odkrywamy nowe sygnały fal grawitacyjnych około trzy do czterech razy w tygodniu podczas naszych obserwacji, odsłaniając stale rosnącą skarbnicę danych. Każdy nowy sygnał pomaga nam pogłębić naszą wiedzę o ciemnej, niewidzialnej stronie Wszechświata – mówi Frank Ohme, kierownik grupy w Katedrze Interferometrii Precyzyjnej i Oddziaływań Fundamentalnych w Instytucie Fizyki Grawitacyjnej Maxa Plancka (Instytut Alberta Einsteina; AEI) w Hanowerze.

Dane analizowane w ramach GWTC-5.0 zostały zebrane przez bliźniacze detektory amerykańskiego obserwatorium NSF LIGO (Laser Interferometer Gravitational-wave Observatory) oraz detektora Virgo obsługiwanego przez Europejskie Obserwatorium Grawitacyjne (EGO). Analizy przeprowadzono we współpracy z konsorcjum KAGRA, międzynarodowym konsorcjum skupionym wokół detektora fal grawitacyjnych KAmioka w Japonii. 

Dziesięć lat po naszych pierwszych odkryciach wkraczamy w erę precyzyjnej astronomii fal grawitacyjnych. To, co dziś potrafimy osiągnąć dzięki astronomii fal grawitacyjnych, jest naprawdę niesamowite! Możemy badać populację łączących się czarnych dziur, przeprowadzać jedne z najdokładniejszych testów ogólnej teorii względności i uzyskiwać zupełnie nowe pomiary ekspansji naszego Wszechświata – dodaje Karsten Danzmann, emerytowany dyrektor AEI w Hanowerze.

Masy na gwiezdnym cmentarzysku: wizualizacja wszystkich detekcji fal grawitacyjnych z łączących się czarnych dziur i gwiazd neutronowych, wymienionych w katalogu GWTC-5.0. Rysunek przedstawia masy poszczególnych obiektów macierzystych oraz obiektów połączonych. Ilustracja: LIGO-Virgo-KAGRA / Aaron Geller / Northwestern

Zaktualizowany katalog zawiera najnowsze zdarzenia fal grawitacyjnych, które miały miejsce między 10 kwietnia 2024 r. a 28 stycznia 2025 r., podczas części czwartej kampanii obserwacyjnej (O4) znanej jako O4b. W tym okresie wykryto 161 nowych zdarzeń fal grawitacyjnych.

Nasz nowy katalog zawiera kilka wyjątkowych i rekordowych sygnałów. Znaleźliśmy dowody na istnienie czarnych dziur drugiej generacji, precyzyjniej niż kiedykolwiek wcześniej określiliśmy położenie źródła fal grawitacyjnych na niebie i po raz pierwszy zmierzyliśmy lub ograniczyliśmy trzy tony fal grawitacyjnych z czarnej dziury w najczystszym sygnale fal grawitacyjnych zaobserwowanym do tej pory – mówi Alessandra Buonanno, kierownik Katedry Astrofizyki i Kosmologicznej Teorii Względności w Instytucie Astrofizyki i Astrofizyki Kosmologicznej AEI w Parku Naukowym w Poczdamie.

Najlepsza lokalizacja, jaką kiedykolwiek osiągnięto

Jeden z sygnałów, zaobserwowany 15 czerwca 2024 r. i nazwany GW240615, ustanawia nowy rekord najdokładniejszej lokalizacji na niebie spośród wszystkich sygnałów fal grawitacyjnych. Jego źródło znajdowało się na obszarze zaledwie 6 stopni kwadratowych, skrawku nieba, który mógłby być pokryty przez około 28 Księżyców w pełni. Ten wyjątkowy wynik był możliwy dzięki połączeniu danych z instrumentów LIGO i detektora Virgo, który obserwował fale grawitacyjne.

Wizualizacja czarnych dziur w układzie podwójnym, zgodna ze zdarzeniem fali grawitacyjnej GW250114. Fala grawitacyjna. Ilustracja: H. Pfeiffer, A. Buonanno (Instytut Fizyki Grawitacyjnej im. Maxa Plancka), K. Mitman (Uniwersytet Cornell)

To rekordowe wydarzenie nastąpiło w wyniku połączenia się dwóch czarnych dziur, o masie odpowiednio 34 i 26 razy większej od masy naszego Słońca. Fale grawitacyjne zostały wyemitowane w wyniku ich połączenia około 3,4 mld lat temu, w czasie, gdy na Ziemi pojawiły się najwcześniejsze znane formy życia i przemieszczały się z prędkością światła, aż dotarły do ​​naszej planety w 2024 r.

Astronomia fal grawitacyjnych wykracza daleko poza proste wykrywanie obecności sygnału. Za pomocą wysoce zaawansowanej analizy danych, sygnał musi zostać wyekstrahowany z szumu tła detektorów, a jego właściwości astrofizyczne muszą zostać wywnioskowane i zrozumiane. Im wyraźniej sygnał wyróżnia się na tle szumu tła, tym jest głośniejszy i tym lepiej można zrozumieć jego astrofizykę.

Najczystszy sygnał fali grawitacyjnej

GWTC-5 zawiera pięć wyjątkowo głośnych połączeń podwójnych czarnych dziur, w tym zdecydowanie najczystszy sygnał fal grawitacyjnych zaobserwowany do tej pory.

Zdarzenie GW250114 pochodziło z połączenia się czarnych dziur o masach 34 i 32 razy większych od masy Słońca, około 1,3 mld lat świetlnych stąd. Zostało ono zaobserwowane 14 stycznia 2025 r., a jego wyraźność umożliwiła osiągnięcie wybitnych wyników naukowych, w tym najdokładniejszego testu ogólnej teorii względności, jaki kiedykolwiek przeprowadzono, oraz potwierdzenie twierdzenia Stephena Hawkinga o polu czarnej dziury.

W fazie ringdown, gdy czarna dziura osiąga swój stan końcowy tuż po połączeniu, sygnał fali grawitacyjnej zawiera charakterystyczne widmo modów, czyli tonów. Charakterystyka wielu tonów fali grawitacyjnej, pomiar częstotliwości tonów i szybkości ich zanikania, umożliwia unikatowe i skuteczne testy ogólnej teorii względności. GW250114 był na tyle wyraźny, że naukowcy mogli zmierzyć dwa tony i nałożyć ograniczenia na trzeci. Wszystkie trzy są zgodne z ogólną teorią względności Einsteina i rozwiązaniem Kerra dla rotujących czarnych dziur.

Więcej na Spider's Web:

Czarne dziury drugiej generacji

W październiku i listopadzie 2024 r., w odstępie zaledwie miesiąca, sieć detektorów zaobserwowała fale grawitacyjne pochodzące z dwóch bardzo szczególnych zbiegów czarnych dziur. Fale GW241011 i GW241110 pochodziły z odległości odpowiednio około 700 mln i 2,4 mld lat świetlnych.

Pewne cechy tych fuzji, w szczególności szybkość i oś obrotu czarnych dziur, wskazują, że obiekty biorące w nich udział mogą być czarnymi dziurami drugiej generacji. Są to czarne dziury, które same powstały w wyniku wcześniejszych koalescencji czarnych dziur, prawdopodobnie w bardzo gęstych i zatłoczonych środowiskach kosmicznych, takich jak gromady gwiazd, gdzie czarne dziury częściej zderzają się i łączą wielokrotnie.

Jak szybko rozszerza się Wszechświat?

Naukowcy z wykorzystali rosnącą zdolność sieci detektorów do lokalizacji zdarzeń oraz zwiększoną liczbę zdarzeń do pomiaru tempa rozszerzania się naszego Wszechświata. Połączyli pomiary odległości do źródeł fal grawitacyjnych z innymi pomiarami prędkości, z jaką oddalają się one od Ziemi w wyniku rozszerzania się Wszechświata.

Dzięki temu poprawili precyzję oszacowania stałej Hubble'a, mierzącej tempo ekspansji Wszechświata, o ponad 25 proc. w porównaniu z wartością uzyskaną z poprzedniego katalogu. Oszacowana wartość jest zgodna z istniejącymi pomiarami zarówno z naszego sąsiedztwa kosmicznego, jak i z wczesnego Wszechświata. Nie jest ona jednak jeszcze wystarczająco precyzyjna, aby określić napięcie Hubble'a na podstawie tych od dawna stosowanych pomiarów.

Stała Hubble'a mówi nam, jak szybko rozszerza się Wszechświat i jaki jest jego wiek. Jednak różne metody jej pomiaru wciąż dają sprzeczne odpowiedzi, tworząc długotrwałe zjawisko napięcia Hubble'a w kosmologii. Jeśli ta rozbieżność się utrzyma, może to oznaczać, że nasza obecna wiedza o Wszechświecie jest niepełna. Korzystając z nowego zestawu źródeł fal grawitacyjnych, uzyskaliśmy niezależny pomiar stałej Hubble'a z precyzją lepszą o około 25 proc. w porównaniu z poprzednimi wynikami. Ten znaczący postęp podkreśla rosnący potencjał astronomii fal grawitacyjnych i przybliża nas do rozwiązania jednej z największych zagadek współczesnej kosmologii – powiedział Hsin-Yu Chen z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin.

Najważniejszy wniosek z GWTC-5.0 jest prosty: astronomia fal grawitacyjnych dojrzała. Pierwsze wykrycia były dowodem, że umiemy rejestrować zderzenia czarnych dziur. Teraz naukowcy zaczynają używać tych zdarzeń jak narzędzi pomiarowych.

Dzięki nim można badać populacje czarnych dziur, sprawdzać ogólną teorię względności, szukać śladów obiektów drugiej generacji i mierzyć ekspansję Wszechświata. To ogromna zmiana. Kosmiczne katastrofy, które przez miliardy lat były całkowicie niewidzialne, stały się źródłem danych o najgłębszych prawach natury.

Głowna ilustracja: Wizja artystyczna dwóch łączących się czarnych dziur. Grafika: Carl Knox, OzGrav, Uniwersytet Technologiczny w Swinburne

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

07.06.2026 08:45

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:15:00+02:00

Polacy stworzyli konkurencję dla samolotów. 550 km/h po zwykłych torach

7 czerwca 2026, 08:00

Dzięki temu projektowi Przemek Ben Pączek wraz ze swoim zespołem znalazł się w finale prestiżowego konkursu European Inventor Award 2026 w kategorii małych i średnich przedsiębiorstw, z dużą szansą na nagrodę publiczności.

Zaczęło się od Hyperloopa

Historia systemu MagRail zaczyna się od fascynacji głośnym pomysłem kapsuł próżniowych. Zespół inżynierów przez siedem lat badał elementy tej koncepcji na torze testowym w podkarpackiej Nowej Sarzynie.

Elon Musk ostatecznie porzucił swoje plany budowy systemu przesyłającego pasażerów z prędkością ponad tysiąca kilometrów na godzinę, jednak polscy badacze pod kierownictwem Przemka Ben Pączka poszli w znacznie bardziej pragmatycznym kierunku.

MagRail Booster

Zamiast budować od zera absurdalnie drogie rury i tory magnetyczne, postanowili wykorzystać to, czym dysponujemy obecnie,czyli prawie półtora miliona kilometrów klasycznych szyn rozsianych po całym świecie. O wiele łatwiej i taniej jest je zmodernizować, niż stawiać wszystko od fundamentów.

Jak działa MagRail Booster?

Europejski Urząd Patentowy docenił dwie wersje polskiego systemu. Zanim doczekamy się lewitujących składów pasażerskich, Nevomo już teraz z powodzeniem komercjalizuje wariant o nazwie MagRail Booster. Rozwiązanie to skupia się na transporcie towarowym i przemyśle.

Koncepcja jest genialna w swojej prostocie. Pod podwoziem istniejących, klasycznych wagonów podwiesza się pasywną deskę magnetyczną, która w ogóle nie wymaga zasilania. Z kolei pomiędzy tradycyjnymi szynami na torowisku montuje się płaską, trzecią szynę. To ona jest aktywną częścią systemu i generuje pole elektromagnetyczne, które samoistnie wprawia wagon w ruch lub go hamuje. Całość odbywa się w pełni automatycznie, bez udziału lokomotywy i maszynisty, pozwalając na jazdę z prędkością do 160 km/h.

Technologia ta z marszu rozwiązuje jeden z największych problemów klasycznej kolei towarowej, czyli uślizg ciężkich składów na wzniesieniach. Dzięki bezkontaktowemu napędowi elektromagnetycznemu problem braku przyczepności po prostu znika. Wagony dysponują pełną mocą niezależnie od nachylenia terenu.

Ciężkie składy często ślizgają się na szynach, natomiast w naszym przypadku, dzięki bezkontaktowemu napędowi elektromagnetycznemu, zjawisko uślizgu nie występuje. Dysponujemy pełną mocą, można więc zwiększać długość pociągów towarowych, a także eliminować dodatkowe lokomotywy popychające składy pod górę. A to oznacza nowe możliwości i duże oszczędności – powiedział serwisowi PAP Nauka szef Nevomo Przemek Ben Pączek.

Przewoźnicy mogą więc swobodnie wydłużać pociągi i rezygnować z dodatkowych lokomotyw pchających, co generuje potężne oszczędności. System trafia już na prywatne linie kolejowe w portach, hutach i terminalach, a polska firma realizuje zlecenia na Bliskim Wschodzie, w Indiach oraz Europie.

Więcej na Spider's Web:

Lewitacja magnetyczna po istniejących torach

Prawdziwa rewolucja dla zwykłego pasażera ma jednak nadejść za około dekadę. Druga wersja systemu, której dotyczy nagrodzony patent, wprowadza do gry pełną lewitację magnetyczną, nadal z wykorzystaniem obecnej infrastruktury.

Wymaga to oczywiście zbudowania nowych, lżejszych pojazdów pasażerskich, co nie jest wielką barierą, biorąc pod uwagę doświadczenie globalnych producentów taboru kolei dużych prędkości.

Te pojazdy również będą całkowicie zautomatyzowane. Na europejskich trasach, gdzie dzisiejsze pociągi KDP rozwijają 300 czy 350 km/h, wagony wyposażone w system MagRail będą mogły poruszać się z prędkością nawet 550 km/h na prostych odcinkach torów.

Za dekadę pociąg może być największym rywalem samolotu

Koleje magnetyczne na świecie oczywiście już istnieją, ale są to zazwyczaj krótkie odcinki demonstracyjne lub trasy lotniskowe, których budowa pochłonęła astronomiczne kwoty. Przemek Ben Pączek słusznie zauważa, że to właśnie konieczność projektowania zupełnie nowej infrastruktury zatrzymała rozwój technologii Maglev na świecie.

MagRail Booster

Polska innowacja zgrabnie omija ten problem, dramatycznie obniżając próg wejścia w superszybkie połączenia. Szacunki są imponujące, wynalazca twierdzi, że Booster jest w stanie obniżyć koszty operacyjne o 85 proc. i ściąć emisję gazów cieplarnianych o 95 proc. w stosunku do transportu drogowego.

Sprawna i szybka kolej zawsze odbierała klientów liniom lotniczym. Widać to doskonale na popularnych trasach europejskich, takich jak Madryt-Barcelona czy Rzym-Mediolan, gdzie pociągi przejęły ponad połowę ruchu.

Główną przeszkodą dla zwykłego Kowalskiego wciąż pozostaje jednak cena biletów, przez którą podróż samochodem w dwie osoby często wychodzi znacznie taniej. Jeśli projekt Polaków faktycznie obniży koszty eksploatacyjne w tak drastyczny sposób, za dziesięć lat kolej magnetyczna może ostatecznie znokautować lotnictwo krótkiego zasięgu i na dobre zmienić to, jak podróżujemy po kontynencie.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

07.06.2026 08:00

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T07:30:00+02:00

Kosmiczne monstra to gigantyczne żłobki. Czarne dziury mogą tworzyć miliony planet

7 czerwca 2026, 07:30

Najnowsze doniesienia ze świata nauki sugerują jednak, że nasz dotychczasowy obraz tych obiektów może być niekompletny. Zamiast widzieć w nich jedynie kosmiczne odkurzacze, powinniśmy zacząć postrzegać je jako najbardziej wydajne fabryki planet we wszechświecie.

Te zaskakujące wnioski płyną z pracy opublikowanej na serwerze preprintów arXiv, której współautorem jest Barry McKernan z City University of New York. Zespół badaczy rzucił nowe światło na to, co dzieje się w ekstremalnych środowiskach otaczających aktywne jądra galaktyk (AGN).

Choć bezpośrednie sąsiedztwo czarnej dziury to miejsce pełne zabójczego promieniowania i potężnych sił grawitacyjnych, okazuje się, że nieco dalej od centrum panują warunki, które paradoksalnie sprzyjają narodzinom nowych światów.

Skojarzenia z Interstellar i wodnym światem, na którym czas biegnie wolniej, nasuwają się same.

Więcej na Spider's Web:

Tak powstają planety. Tylko tym razem skala jest absurdalna

Kluczem do zrozumienia tego fenomenu jest struktura otaczająca supermasywne czarne dziury. Wokół tych obiektów wirują gigantyczne dyski gazu i pyłu, a ich zewnętrzne krawędzie, zwane torusami, przypominają nieco przeskalowane wersje dysków protoplanetarnych, które obserwujemy wokół młodych gwiazd.

Naukowcy zauważyli, że w tych odległych rejonach temperatura i gęstość materii spadają do poziomów, które pozwalają drobinom pyłu na przetrwanie i co ważniejsze, na wzajemne łączenie się.

Właśnie to zlepianie się pyłu jest fundamentem powstawania planet w modelu, który znamy z naszego Układu Słonecznego. Badacze wykorzystali zaawansowane modele komputerowe, aby sprawdzić, jak zachowa się materia w namagnesowanym dysku czarnej dziury.

Wyniki symulacji są zdumiewające. Ze względu na ogromną ilość dostępnego materiału i specyficzną dynamikę tych układów, proces formowania się obiektów planetarnych zachodzi tam nie tylko skutecznie, ale i na skalę, której nie da się porównać z niczym, co znamy z otoczenia zwykłych gwiazd.

Planety większe niż Jowisz i egzotyczne obiekty

Zgodnie z obliczeniami zespołu McKernana, planety powstające wokół czarnych dziur mogą rosnąć znacznie szybciej niż te formujące się w spokojniejszych rejonach galaktyki. Intensywna grawitacja AGN oraz ogromna gęstość materiału budulcowego sprawiają, że nowo narodzone światy błyskawicznie przybierają na masie.

W krótkim czasie mogą one prześcignąć rozmiarami Ziemię, a nawet Jowisza. Badacze sugerują wręcz, że w torusach otaczających supermasywne czarne dziury mogą znajdować się największe populacje planet w całym kosmosie.

Egzoplaneta z widokiem na supermasywną czarnądziurę. Ilustracja: AI

Co więcej, to ekstremalne środowisko może prowadzić do powstania obiektów, których nie spotkamy nigdzie indziej. Modelowanie wykazało możliwość formowania się egzotycznych struktur o ogromnej masie, składających się niemal wyłącznie z pyłu.

To zupełnie nowa kategoria ciał niebieskich, która wymyka się tradycyjnym podziałom na planety skaliste i gazowe olbrzymy. Skala zjawiska jest tak duża, że niektóre z tych „super-planet” mogą w pewnym momencie zgromadzić tyle gazu, że ich masa przekroczy masę krytyczną, inicjując procesy termojądrowe i przekształcając je w nowe gwiazdy.

Nowy rozdział w badaniach nad ewolucją galaktyk

Jeśli teoretyczne przewidywania naukowców zostaną potwierdzone obserwacyjnie, będziemy musieli całkowicie przedefiniować naszą wiedzę o powstawaniu struktur we wszechświecie. Wizja, w której czarne dziury nie tylko niszczą, ale wręcz zasiewają galaktyki milionami planet, zmienia postrzeganie relacji między tymi obiektami a resztą materii barionowej.

To, co dotychczas nazywaliśmy kosmicznym potworem, może okazać się kluczowym elementem ekosystemu sprzyjającego narodzinom różnorodnych światów.

Na ten moment astronomowie stają przed ogromnym wyzwaniem. Dostrzeżenie planety krążącej wokół czarnej dziury w odległej galaktyce jest zadaniem niemal niewykonalnym przy użyciu dzisiejszych teleskopów, ze względu na oślepiający blask aktywnego jądra galaktyki.

Niemniej jednak, opublikowane wyniki dają teoretyczne podstawy do poszukiwania dowodów pośrednich. Astronomia wielokrotnie udowadniała, że to, co dziś wydaje się science-fiction, jutro staje się przedmiotem rutynowych obserwacji.

Czekamy więc na moment, w którym będziemy mogli zajrzeć w głąb tych pyłowych pierścieni i sprawdzić, ile z tych teoretycznych światów rzeczywiście tam istnieje.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

07.06.2026 07:30

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T07:00:00+02:00

Tajemniczy sygnał z kosmosu powtarzał się co 1,5 godziny. Wreszcie wiedzą, co go wysyłało

6 czerwca 2026, 08:45

Przez lata wyglądało to jak jeden z tych kosmicznych przypadków, które bardziej mnożą pytania, niż dają odpowiedzi. Radioteleskopy wykrywały krótkie, powtarzające się impulsy radiowe dochodzące z odległych rejonów Drogi Mlecznej. Nazwano je długookresowymi radiowymi sygnałami przejściowymi (LPT).

Nie pasowały one łatwo do znanych modeli pulsarów, magnetarów ani klasycznych układów gwiazdowych. Teraz astronomowie wskazali źródło jednego z takich sygnałów. I okazało się, że w centrum zagadki znajduje się biały karzeł, który powoli rozszarpuje swoją gwiezdną towarzyszkę.

Międzynarodowy zespół pod kierownictwem astronomów z Uniwersytetu w Sydney odkrył źrodło pochodzenia nietypowej klasy sygnałów kosmicznych. W ten sposób zidentyfikowali rzadki układ gwiezdny, który stanowi dla naukowców naturalne laboratorium do badania ekstremalnych zjawisk fizycznych.

Korzystając z radioteleskopu ASKAP zespół odkrył małą, gęstą gwiazdę, zwaną białym karłem, która rozrywa materię ze swojej większej, ale mniej gęstej gwiazdy towarzyszącej. W miarę jak materiał wiruje, wytwarza potężne impulsy fal radiowych i promieni rentgenowskich w cyklu, który powtarza się co 1,4 godziny. Wyniki opublikowano w Nature Astronomy.

Główny autor Kovi Rose z Uniwersytetu w Sydney poinformował, że jest to pierwsza potwierdzona identyfikacja tego, co astronomowie nazywają długookresowymi radiowymi sygnałami przejściowym, kosmicznych pulsów odkrytych zaledwie w kilku odległych rejonach naszej galaktyki.

Po raz pierwszy udało nam się dokładnie określić źródło tych sygnałów. Długookresowe radiowe sygnały przejściowe od lat stanowią zagadkę dla astronomów. Teraz udało nam się wykazać, że źródłem jednego z nich jest biały karzeł aktywnie pobierający materię z gwiazdy towarzyszącej - powiedział Rose.

Więcej na Spider's Web:

Kosmiczna stacja nadawcza zbudowana z dwóch gwiazd

Nowo zidentyfikowany układ, nazwany ASKAP J1745−5051, składa się z białego karła, gęstej pozostałości gwiezdnej o rozmiarach zbliżonych do Ziemi, ale masie zbliżonej do masy Słońca, połączonej z większym, ale mniej masywnym czerwonym karłem, którego masa wynosi około jednej dziesiątej masy Słońca. Obie gwiazdy krążą wokół siebie niezwykle blisko, pokonując pełną orbitę w nieco ponad godzinę.

Gdy materia z mniej masywnej gwiazdy jest przyciągana w kierunku białego karła, nagrzewa się i emituje promieniowanie rentgenowskie. Jednocześnie oddziaływania między polami magnetycznymi gwiazd generują regularne błyski radiowe, co oznacza, że ​​sygnał pojawia się w określonych odstępach czasu.

Wszystkie te emisje są powiązane z ruchem orbitalnym układu. Co ciekawe, sygnały radiowe i rentgenowskie nie osiągają szczytu w tym samym czasie, co wskazuje, że są wytwarzane w różnych regionach układu - powiedział Rose.

Zespół odkrył, że emisja radiowa najprawdopodobniej powstaje w miejscu, w którym pola magnetyczne obu gwiazd spotykają się i oddziałują z naładowaną materią odrywaną od gwiazdy towarzyszącej, powodując powstawanie gęsto skupionych wiązek promieniowania.

Rozwiązanie kosmicznej tajemnicy

Początkowo sądzono, że długookresowe transjenty radiowe to wolno rotujące gwiazdy neutronowe, znane jako pulsary. Jednak obecne modele sugerują, że gwiazdy neutronowe rotujące tak wolno nie powinny być w stanie generować takich sygnałów.

Nowe odkrycie tłumaczy, że przynajmniej część tych tajemniczych rozbłysków pochodzi z układów składających się z dwóch gwiazd, w tym białych karłów.

Niektóre podobne obiekty były już wcześniej łączone z układami podwójnymi, ale to pierwszy przypadek, w którym możemy wyraźnie zobaczyć obie gwiazdy i proces akrecji w działaniu – powiedział profesor Murphy, kierownik wydziału na Wydziale Fizyki Uniwersytetu w Sydney i główny badacz w Centrum Doskonałości ARC ds. Odkryć Fal Grawitacyjnych.

System ten jest także zaledwie drugim znanym długotrwałym sygnałem radiowym emitującym regularne promieniowanie rentgenowskie i pierwszym, w przypadku którego potwierdzono przyczynę tej regularności.

Kamień z Rosetty dla przyszłych odkryć

Ten unikalny system został odkryty przy użyciu Radioteleskopu ASKAP, należący do i zarządzany przez CSIRO, australijską agencję naukową. Połączenie zasięgu, rozdzielczości i czułości ASKAP umożliwia wykrywanie tak nietypowych sygnałów, które w przeciwnym razie pozostałyby niezauważone.

Naukowcy twierdzą, że ASKAP J1745-5051 może służyć jako punkt odniesienia w zrozumieniu innych długotrwałych przejściowych sygnałów radiowych.

Ten system pozwala nam dekodować te sygnały. Może pomóc nam ustalić, czy inne długookresowe zjawiska przejściowe przypominają raczej pulsary, czy raczej układy białych karłów, działające jak gwiezdny kamień z Rosetty – powiedział Rose, odnosząc się do obiektu archeologicznego odkrytego w Egipcie, który pomógł w tłumaczeniu starożytnych hieroglifów.

Odkrycie to stanowi również wyjątkową okazję do zbadania ekstremalnych zjawisk fizyki plazmy i oddziaływań magnetycznych w warunkach, których nie da się odtworzyć na Ziemi.

Te systemy to naturalne laboratoria. Pozwalają nam one testować naszą wiedzę o tym, jak materia zachowuje się w silnych polach magnetycznych i pod wpływem silnych sił grawitacyjnych – powiedział Rose.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

06.06.2026 08:45

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-06T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T21:07:49+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T20:18:14+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T18:54:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T18:51:33+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T17:52:52+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T17:39:57+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T16:56:12+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T16:48:50+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T16:01:47+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:55:08+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:52:25+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:17:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:11:49+02:00

Zamienią martwą marsjańską glebę w żyzne pola. Kluczem są grzyby

6 czerwca 2026, 07:45
Kosmiczni ogrodnicy. Grzyby zmienią martwą marsjańską glebę w żyzne pola uprawne

Film Marsjanin nie kłamał. Marsjański regolit może być glebą, w której wyrosną rośliny uprawne. Nie będzie to proste zadanie, ale jest to możliwe Dowodzą tego naukowcy w niezwykle interesującym artykule naukowym opublikowanym w magazynie Frontiers in Astronomy and Space Sciences. Wyniki ich badań mogą umożliwić założenie ludzkich kolonii nie tylko na Marsie, ale także na Księżycu.

Ziemniaki i pomidory z regolitu

Uprawa roślin na Księżycu czy Marsie nie będzie polegała po prostu na wsypaniu miejscowego pyłu do doniczki i posadzeniu w nim ziemniaków. Regolit, czyli luźna warstwa pyłu, okruchów skalnych i minerałów pokrywająca powierzchnię tych ciał niebieskich, tylko z daleka przypomina glebę. Brakuje mu tego, co na Ziemi jest kluczowe - życia biologicznego, mikroorganizmów, obiegu składników odżywczych i struktury, która pozwala roślinom normalnie rosnąć.

Ustanowienie zrównoważonego rolnictwa na Księżycu, Marsie zależy od przekształcenia regolitu, wolnego od mikrobioty, mineralnego podłoża, w funkcjonalny materiał glebopodobny o licznych korzystnych właściwościach, m.in. jako podłoże wzrostowe dla roślin. Regolit księżycowy i marsjański stwarza jednak wyzwania w tym zasadowe pH, wysokie stężenia pierwiastków toksycznych (np. glinu, manganu, nadchloranów) oraz ograniczoną biodostępność niezbędnych składników odżywczych, takich jak azot, fosfor i potas - podają naukowcy.

Mikrobiota to zespół mikroorganizmów, głównie bakterii, tworzący złożony ekosystem, umożliwiający wzrost roślin. Na Marsie i na Księżycu mikrobioty brak. Jest za to wspomniany regolit, czyli drobny pył pokrywający powierzchnię Srebrnego Globu i Czerwonej Planety. Regolit jest powszechnie uważany za podłoże do wzrostu roślin, ponieważ jest podłożem fizycznym łatwo dostępnym na miejscu, a także potencjalnym źródłem składników odżywczych dla roślin, zwłaszcza żelaza, magnezu, potasu i fosforu.

Na przykład wapń, glin, magnez, żelazo, potas, fosfor i tytan znajdują się w regolicie księżycowym i mogą potencjalnie wspomagać wzrost roślin, ponieważ pierwiastki te odgrywają rolę w dostarczaniu składników odżywczych, wzroście i fotosyntezie.

Więcej na Spider's Web:

Niezwykli sprzymierzeńcy z królestwa grzybów

Aby zamienić ten jałowy, niebezpieczny pył w funkcjonującą glebę, naukowcy planują wezwać na pomoc małych sojuszników - pożyteczne grzyby. Badacze odkryli, że mogą one pełnić rolę mikroskopijnych górników i zakładów przetwórczych w jednym.

Wybrane gatunki grzybów potrafią wręcz trawić skały. Przekształcają twarde minerały uwalniając z nich zablokowany fosfor czy żelazo i podają je roślinom w formie, którą te mogą łatwo wchłonąć. Grzyby działają również jak naturalna tarcza ochronna – są w stanie neutralizować metale ciężkie i oczyszczać środowisko z toksyn, chroniąc w ten sposób delikatne systemy korzeniowe kosmicznych upraw.

Szczególne nadzieje naukowcy wiążą z grzybami mikoryzowymi, które potrafią wchodzić w ścisłą współpracę z korzeniami roślin. Na Ziemi organizmy te pomagają uprawom przetrwać suszę, a także poprawiają fizyczną strukturę gleby. Wydzielają specjalne substancje, które sklejają sypki pył w większe grudki, co w warunkach księżycowych pomogłoby regolitowi lepiej zatrzymywać bezcenną wodę.

Grzyby ekstremofilne, takie jak Cryomyces antarcticus, również znane są ze swojej odporności. Inne np.
TrichodermaPenicillium i Aspergillus obejmują szczepy o potencjalnym zastosowaniu w promowaniu wzrostu roślin w warunkach stresu abiotycznego (negatywnego wpływu na organizmy czynników środowiska np. susza, mróz, zasolenie, zanieczyszczenia).

Wśród nich znajdują się gatunki znane również z mniej przyjemnej strony, bo niektóre mogą być chorobotwórcze. To jednak nie przekreśla całej grupy. Odpowiednio dobrane szczepy mogą wspierać wzrost roślin, zwłaszcza w warunkach stresu, czyli tam, gdzie brakuje wody, składników odżywczych albo gdzie środowisko jest chemicznie nieprzyjazne.

Ciekawym tropem są również grzyby wyizolowane z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Skoro potrafiły przetrwać w środowisku orbitalnej stacji, mogły już wykształcić cechy przydatne w warunkach, które częściowo przypominają przyszłe bazy poza Ziemią. To nie oznacza oczywiście, że można je po prostu zabrać na Marsa i wrzucić do szklarni. Potrzebne są badania nad bezpieczeństwem, doborem szczepów i sprawdzeniem, jak zachowują się w symulowanym regolicie, przy ograniczonej wodzie, nietypowej chemii podłoża i podwyższonym promieniowaniu.

Przyszłość międzyplanetarnego rolnictwa

przyszłe kosmiczne rolnictwo może zależeć nie tylko od rakiet, szklarni, robotów i systemów podtrzymywania życia, ale też od mikroskopijnych grzybów. To one mogą pomóc zamienić martwy pył Księżyca i Marsa w podłoże, w którym rośliny będą w stanie rosnąć.

Wizja uprawy pomidorów czy ziemniaków na marsjańskim staje się realnym obiektem zaawansowanych badań astrobiologów. Z powodu braku prawdziwego regolitu z Marsa i ograniczonych próbek z Księżyca, naukowcy w laboratoriach na całym świecie na razie testują te rozwiązania na sztucznie tworzonym pyle, symulującym kosmiczne warunki.

Przed badaczami wciąż pozostaje wiele wyzwań, od upewnienia się, że wybrane grzyby będą bezpieczne dla załogi, po sprawdzenie, jak poradzą sobie z kosmicznym promieniowaniem. Pewne jest, że to właśnie mikroorganizmy będą naszymi najważniejszymi sojusznikami w podboju kosmosu. A co najważniejsze, wiedza zdobyta podczas oswajania marsjańskiego pyłu może w niedalekiej przyszłości pomóc nam w ratowaniu i użyźnianiu zniszczonych, wyjałowionych gleb tu, na Ziemi.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

06.06.2026 07:45

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-06T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T21:07:49+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T20:18:14+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T18:54:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T18:51:33+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T17:52:52+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T17:39:57+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T16:56:12+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T16:48:50+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T16:01:47+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:55:08+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:52:25+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:17:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:11:49+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:02:13+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T14:38:36+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T13:52:32+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T13:16:48+02:00

Zapomnij o bateriach. Nowe sprzęty zasili smog

5 czerwca 2026, 17:52

Kluczem do nowej technologii jest tak zwany nieliniowy efekt Halla (NLHE). Aby zrozumieć jego wyjątkowość, warto przypomnieć sobie klasyczną fizykę. W tradycyjnym efekcie Halla napięcie elektryczne powstaje prostopadle do płynącego prądu, ale wymaga to obecności silnego pola magnetycznego.

Wariacja nieliniowa, którą zbadali naukowcy pod kierunkiem profesora Dongchena Qi z Queensland University of Technology oraz profesora Xiao Renshawa Wanga z Nanyang Technological University w Singapurze, działa zupełnie inaczej. Nie potrzebuje magnesów, a co ważniejsze, potrafi przetwarzać prąd zmienny bezpośrednio na prąd stały.

Oznacza to, że materiał wykazujący to zjawisko może działać jak miniaturowa antena i prostownik w jednym. Nieliniowy efekt Halla pozwala więc zamienić fale elektromagnetyczne, którymi jesteśmy otoczeni, od Wi-Fi po sygnały komórkowe, w stabilny prąd stały, niezbędny do zasilania chipów czy czujników. Wszystko to dzieje się bez użycia nieporęcznych diod czy innych skomplikowanych układów scalonych, które zazwyczaj odpowiadają za konwersję prądu.

Fizyka kwantowa opuszcza laboratorium

NLHE to złożone zjawisko kwantowe w fizyce materii skondensowanej, w którym napięcie jest generowane prostopadle do przyłożonego prądu przemiennego, nawet w przypadku braku pola magnetycznego – wyjaśnia profesor Dongchena Qi z Wydziału Chemii i Fizyki Queensland University of Technology.

Dodaje on, że efekt ten pozwala przetwarzać sygnały przemienne bezpośrednio na prąd stały, który jest niezbędny do zasilania urządzeń elektronicznych. W zasadzie oznacza to czujniki lub układy scalone, które mogłyby działać bez baterii, czerpiąc energię z otoczenia. Wyniki tych badań opublikowano w czasopiśmie Newton.

Aby lepiej zrozumieć, jak działa ten efekt, naukowcy zbadali wysokiej jakości materiał topologiczny, znany ze swojego niezwykłego zachowania elektronicznego.

Ich eksperymenty wykazały, że nieliniowy efekt Halla pozostaje stabilny nawet w temperaturze pokojowej, co stanowi ważny krok w kierunku praktycznych zastosowań poza laboratorium.

Więcej na Spider's Web:

Elektronika przyszłości może być mniejsza i szybsza

Zespół odkrył również, że temperatura odgrywa kluczową rolę w określaniu siły i kierunku napięcia elektrycznego wytwarzanego przez materiał.

W niższych temperaturach, drobne niedoskonałości materiału miały największy wpływ na efekt kwantowy. Wraz ze wzrostem temperatury, naturalne drgania występujące w strukturze krystalicznej nabierały coraz większego znaczenia.

Zmiana ta spowodowała odwrócenie kierunku generowanego sygnału elektrycznego, ujawniając dotychczas nieznany mechanizm kontrolowania tego zjawiska.

Gdy zrozumiesz, co dzieje się wewnątrz materiału, możesz zaprojektować urządzenia, które to wykorzystają. Wtedy właśnie efekty kwantowe przestają być abstrakcyjne i zaczynają być użyteczne – wspierając przyszłe zastosowania, od czujników z własnym zasilaniem i technologii noszonych po ultraszybkie komponenty dla sieci bezprzewodowych nowej generacji - powiedział profesor Qi.

Samowystarczalne czujniki i sieci nowej generacji

Przejście od teorii do praktycznych aplikacji w elektronice użytkowej zajmie jeszcze trochę czasu, ale potencjalne korzyści są ogromne. Pierwszymi beneficjentami tego odkrycia będą prawdopodobnie urządzenia z segmentu Internetu Rzeczy (IoT) oraz elektronika noszona, taka jak inteligentne opaski czy sensory medyczne.

Zamiast polegać na akumulatorach, które trzeba regularnie ładować lub utylizować, urządzenia te mogłyby nieprzerwanie czerpać energię ze smogu elektromagnetycznego generowanego przez otaczającą nas infrastrukturę miejską.

Ponadto technologia ta ma szansę znaleźć zastosowanie w ultraszybkich komponentach dedykowanych sieciom bezprzewodowym nowej generacji. Umiejętność bezpośredniego i bezstratnego przetwarzania sygnałów o wysokiej częstotliwości na poziomie samego materiału to prosty przepis na szybszy i bardziej energooszczędny transfer danych.

Kwantowe właściwości materii powoli przestają być wyłącznie domeną akademickich rozważań, stając się fundamentem dla technologii, które realnie wpłyną na kształt przyszłej elektroniki.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

05.06.2026 17:52

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-05T17:39:57+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T16:56:12+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T16:48:50+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T16:01:47+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:55:08+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:52:25+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:17:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:11:49+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:02:13+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T14:38:36+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T13:52:32+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T13:16:48+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T12:56:58+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T12:31:24+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T11:32:20+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T11:10:11+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T10:23:28+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T10:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T09:42:06+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T08:40:51+02:00

Tajemniczy okręt podwodny zauważony w Chinach. Najdziwniejsza maszyna w ich flocie

5 czerwca 2026, 16:01

Skala chińskiego programu zbrojeniowego wymyka się dotychczasowym standardom. W ciągu zaledwie ostatnich pięciu lat tamtejszy przemysł stoczniowy zwodował około 15 do 20 okrętów podwodnych, reprezentujących co najmniej osiem różnych klas. To tempo, którego nie jest w stanie dotrzymać żaden inny kraj na świecie. Najnowszy, zupełnie niespodziewany owoc tej strategii został właśnie zauważony w Szanghaju. Nowy okręt poddał analizie serwis Naval News.

Nowy okręt został uwieczniony na komercyjnych zdjęciach satelitarnych pod koniec maja i na początku czerwca, gdy cumował w stoczni Jiangnan. Lokalizacja ta sama w sobie jest interesująca, ponieważ zakład ten kojarzony jest głównie z budową potężnych jednostek nawodnych.

Choć stocznia od pewnego czasu angażuje się w projekty podwodne, do tej pory nie budowała okrętów o napędzie atomowym. Tradycyjnie dla Pekinu, sam proces wodowania odbył się w ścisłej tajemnicy, bez jakichkolwiek komunikatów w państwowych mediach.

Więcej na Spider's Web:

Futurystyczna konstrukcja bez klasycznego kiosku

Wizualnie nowa jednostka przyciąga wzrok swoją unikalną, opływową sylwetką. Jej najbardziej uderzającą cechą jest niemal całkowity brak tradycyjnego kiosku, czyli charakterystycznej wieży wystającej z kadłuba. Zamiast tego zastosowano minimalne, mocno ścięte podwyższenie. Okręt wyróżnia się także smukłym dzióbem oraz sterami w układzie X.

Taka konfiguracja jest zapewne próbą drastycznego zmniejszenia oporów hydrodynamicznych oraz poprawy właściwości stealth. Chiny eksperymentowały już z podobnym rozwiązaniem w przeszłości. Starszy, testowy okręt o bezkioskowej konstrukcji stoi zresztą obecnie przy tym samym nabrzeżu w Szanghaju, co sugeruje ciągłość tych prac badawczych.

Niemal w tym samym czasie analogiczne poruszenie odnotowano na północy kraju, w stoczni Huludao nad Morzem Bohai. Jest to kluczowy punkt na mapie chińskiego imperium militarnego, ponieważ zakład ten specjalizuje się wyłącznie w budowie atomowych okrętów podwodnych.

Istnieją poważne przypuszczenia, że w Huludao zwodowano właśnie bliźniaczą jednostkę tego samego typu. Jeśli te doniesienia się potwierdzą, oznaczałoby to, że Chiny są w stanie równolegle budować tak skomplikowane i nowatorskie okręty w dwóch różnych miejscach kraju, co stanowiłoby ogromny pokaz siły produkcyjnej.

Nowy okręt ma około 120 m długości i od 10 do 11 m szerokości. Te gabaryty czynią go dłuższym, ale jednocześnie smuklejszym od innej nowej jednostki, którą testowano na Morzu Bohai w poprzednich miesiącach.

Atomowy napęd czy coś jeszcze dziwniejszego?

Eksperci nie mają wątpliwości, że mamy do czynienia z narodzinami zupełnie nowej klasy. Mało prawdopodobne jest natomiast, by był to okręt przenoszący strategiczne pociski balistyczne (SSBN), ponieważ do transportu najnowszych chińskich rakiet JL-3 potrzebny byłby znacznie większy i szerszy kadłub.

Największą niewiadomą pozostaje jednak układ napędowy. Rozmiary konstrukcji sugerują, że najbardziej logicznym wyborem byłby klasyczny reaktor atomowy. Gdyby jednak okazało się, że jednostka posiada napęd konwencjonalny, stałaby się z miejsca największym tego typu okrętem podwodnym na całym globie.

Istnieje też trzecia, niezwykle intrygująca ścieżka. Chiny rozwinęły technologię tak zwanego "jądrowy AIP". To system, w którym miniaturowy reaktor jądrowy o niskiej mocy służy jako pomocnicze źródło zasilania, niezależne od dostępu do powietrza atmosferycznego.

Działa to podobnie do klasycznych systemów AIP opartych na silnikach Stirlinga czy ogniwach paliwowych, ale zapewnia nieporównywalnie większą moc i niemal nieograniczony zasięg podwodny.

Pionierem tego rozwiązania był zwodowany w 2024 r. w Wuhan okręt Typu 041 (klasa Zhou). Zastosowanie tej technologii w nowym, szanghajskim gigancie jest technicznie możliwe, choć eksperci skłaniają się raczej ku pełnemu napędowi nuklearnemu.

Chiny budują okręty podwodne szybciej niż ktokolwiek inny

Chińska Marynarka Wojenna nie ma w zwyczaju chwalić się swoimi planami. W przeciwieństwie do państw NATO, Pekin nie publikuje zamówień obronnych, specyfikacji technicznych ani harmonogramów wodowań. Dotyczy to zwłaszcza prototypowych jednostek, które mają przetrzeć szlaki dla kolejnych seryjnych okrętów.

Dla zachodnich analityków oznacza to konieczność żmudnego śledzenia każdego metra kwadratowego chińskich stoczni za pomocą satelitów komercyjnych i wywiadowczych. Każdy cień na wodzie, nowa barża czy nietypowy kształt kadłuba stają się elementami gigantycznej układanki. Tempo i innowacyjność, z jakimi Chiny modernizują swoją flotę podwodną, na stałe zmieniają układ sił na mapie geopolitycznej świata.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

05.06.2026 16:01

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-05T15:55:08+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:52:25+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:17:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:11:49+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T15:02:13+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T14:38:36+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T13:52:32+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T13:16:48+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T12:56:58+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T12:31:24+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T11:32:20+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T11:10:11+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T10:23:28+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T10:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T09:42:06+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T08:40:51+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:25:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:10:00+02:00

Tajemnicza maszyna nad Strefą 51. To nie wygląda jak zwykły myśliwiec

5 czerwca 2026, 12:31

Groom Lake w stanie Nevada, szerzej znane na całym świecie jako Strefa 51, od dziesięcioleci rozpala wyobraźnię entuzjastów lotnictwa, analityków wojskowych i poszukiwaczy tajemnic. To właśnie tam amerykańskie wojsko oraz wiodące koncerny zbrojeniowe od lat testują najbardziej zaawansowane, tajne projekty lotnicze, które oficjalnie nie istnieją.

Najnowszy przeciek, który trafił do sieci, sugeruje, że komuś w końcu udało się zarejestrować na gorącym uczynku maszynę nowej generacji. Obraz opatrzono podpisem: "Samolot, jakiego opinia publiczna nigdy wcześniej nie widziała".

Zdjęcie miało zostać wykonane za pomocą kamery termowizyjnej InfiRay HCH50ri opublikowane przez kanał Project Fear. Jego autenczyczność została potwierdzona renomowanemu serwisowi The Aviationist przez Andersa Ottesona, twórcę popularnego kanału Uncanny Expeditions na YouTube.

Tajemniczy obiekt na nocnym niebie

Opublikowane zdjęcie termowizyjne przedstawia obiekt o sylwetce, która nie pasuje do żadnego znanego, seryjnie produkowanego samolotu. Przeanalizował je The Aviationist. Zdaniem specjalistów na pierwszy rzut oka widać konstrukcję w układzie bezogonowym, charakteryzującą się skrzydłami o zmiennym skosie krawędzi natarcia (tzw. układ cranked-kite) oraz dużymi sterami wysokości umieszczonymi w przedniej części kadłuba, czyli canardami.

Dokładniejsza analiza sylwetki pozwala dostrzec ząbkowaną krawędź spływu, co w nowoczesnym lotnictwie wojskowym bardzo często zwiastuje zastosowanie napędu dwusilnikowego.

Nna fotografii brakuje wyraźnego, jasnego pióropusza ciepła, który zazwyczaj emitują dysze wylotowe silników odrzutowych. Ten detal natychmiast skłonił część internautów do postawienia zarzutu, że całe nagranie to zwykły, cyfrowy falsyfikat.

Eksperci szybko jednak ostudzili te emocje. Brak widocznego śladu termicznego gazów wylotowych może wynikać z kilku prozaicznych przyczyn - automatycznego przetwarzania i wygładzania obrazu przez oprogramowanie samej kamery, specyfiki rejestrowanej długości fali lub zaawansowanych systemów chłodzenia spalin, nad którymi Pentagon pracuje od lat w ramach technologii stealth.

Nowy samolot przyszłości, oznaczony jako F-47, ma zbudować koncern Boeing. Na zdjęciu grafika koncepcyjna myśliwca szóstej generacji.

Strefa 51 znowu budzi emocje

Gdy w sieci rozgorzała dyskusja na temat autentyczności ujęcia, głos w sprawie zabrał Anders Otteson, twórca popularnego kanału Uncanny Expeditions. Otteson to uznana postać w środowisku obserwatorów Strefy 51. Na początku tego roku sam głośno zasłynął zarejestrowaniem termowizyjnego nagrania innego, ostro trójkątnego obiektu przypominającego kształtem chipsa Dorito.

Otteson oficjalnie potwierdził, że materiał udostępniony przez Project Fear jest całkowicie autentyczny. Jak wyjaśnił w dyskusjach na platformie Reddit, osobiście doradzał tej ekipie w kwestii doboru sprzętu do nocnej obserwacji nieba, rekomendując im profesjonalny monokular termowizyjny InfiRay.

Choć sam nie był obecny na miejscu w momencie tego konkretnego przelotu, surowe nagranie widział już kilka miesięcy temu. Wyjątkowo wysoka szczegółowość i ostrość sylwetki samolotu wynikała z faktu, że maszyna leciała stosunkowo nisko nad horyzontem, co pozwoliło sensorowi na dokładne odwzorowanie kształtu płatowca.

Więcej na Spider's Web:

Myśliwiec szóstej generacji w obiektywie

Pojawienie się tak unikatowego materiału zrodziło teorie na temat tożsamości tajemniczego samolotu. Najbardziej prawdopodobna hipoteza łączy obiekt z niezwykle kosztownym i owianym tajemnicą amerykańskim programem Next Generation Air Dominance (NGAD). W jego ramach Siły Powietrzne USA dążą do stworzenia myśliwca szóstej generacji, określanego nieoficjalnie jako F-47.

Kształt uwieczniony na zdjęciu wykazuje uderzające podobieństwo do oficjalnych, choć celowo zmodyfikowanych grafik koncepcyjnych, które w przeszłości prezentował koncern Boeing oraz amerykańska armia.

Obie te instytucje celowo zmieniały detale w swoich renderach, aby nie ułatwiać zadania obcym wywiadom. Wszystko wskazuje na to, że nad Nevadą uwieczniono tzw. demonstrator technologii, latający prototyp służący do testowania zaawansowanej aerodynamiki i rozwiązań zmniejszających wykrywalność przez radary.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

05.06.2026 12:31

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-05T11:32:20+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T11:10:11+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T10:23:28+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T10:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T09:42:06+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T08:40:51+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:25:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:04:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T17:11:53+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T09:15:00+02:00

Pod Antarktydą odkryto gigantyczny "wachlarz". Ukrywał się przez miliony lat

5 czerwca 2026, 10:23

Biała plama na mapie świata skrywa tajemnicę, która całkowicie zmienia nasze rozumienie przeszłości Ziemi. Międzynarodowy zespół naukowców, badający niegościnne rejony Antarktydy Wschodniej, dokonał przełomowego odkrycia.

Pod lodową skorupą o grubości przekraczającej lokalnie trzy kilometry zlokalizowano gigantyczny, uformowany w kształt wachlarza system ukrytych basenów tektonicznych. To, co dotychczas uznawano za odrębne formacje geograficzne, okazało się elementami jednej, monumentalnej struktury o skali kontynentalnej.

Baseny te tworzą wachlarzowaty wzór obejmujący cały kontynent, który naukowcy nazwali Prowincją Wachlarzowego Basenu Antarktydy Wschodniej. Na terenie prowincji znajduje się kilka znanych formacji podlodowcowych, w tym baseny Wilkes i Aurora, a także basen obejmujący jezioro Wostok, największe znane jezioro podlodowcowe na Ziemi.

Chociaż naukowcy od lat badają wiele z tych basenów osobno, po raz pierwszy uznano je za części pojedynczej, połączonej struktury geologicznej. Wyniki tych badań opublikowanow prestiżowym Nature Geoscience.

Zespół badawczy uważa, że ​​struktura ta prawdopodobnie powstała w procesie znanym jako rozproszone rozszerzanie rotacyjne.

Dzieje się tak, gdy skorupa kontynentalna stopniowo rozciąga się na zewnątrz od centralnego punktu. Naukowcy porównują ten wzór do dłoni, gdzie podstawa kciuka pozostaje nieruchoma, a palce rozstawione. Przestrzenie między palcami przypominają trójkątne zagłębienia, które powstają w wyniku rozszerzania się skorupy.

Ilustracja wyjaśniająca rozproszone rozszerzanie rotacyjne, proces, który zdaniem naukowców ukształtował Prowincję Wachlarzowatego Basenu Wschodnioantarktycznego. Źródło: Uniwersytet w Genui

Prowincja Wachlarzowatego Basenu Wschodnioantarktycznego może stanowić jeden z największych przykładów rozszerzania się rotacji, jakie kiedykolwiek zidentyfikowano w skorupie kontynentalnej.

Naukowcy uważają, że struktura ta rozwinęła się w wyniku licznych epizodów tektonicznych związanych z powstaniem i ewolucją starożytnego superkontynentu Gondwany. Może być również powiązana z późniejszym oddzieleniem się Antarktydy od Australii, a nawet mogła odegrać rolę w tym rozpadzie kontynentu.

Odkrycie to rodzi szereg nowych pytań, m.in. o to, kiedy powstała ta struktura i jakie procesy geodynamiczne były odpowiedzialne za jej powstanie.

Wiecej na Spider's Web:

Mapowanie ukrytego krajobrazu Antarktydy

Znaczenie tego odkrycia wykracza poza rekonstrukcję przeszłości geologicznej Antarktydy.

Kształt podłoża skalnego pod lodem nadal wpływa na to, jak lód przemieszcza się po kontynencie. Ten ukryty krajobraz pomaga określić położenie basenów i jezior podlodowcowych oraz może wpływać na stabilność regionów pokrywy lodowej Antarktydy, które są szczególnie narażone na zmiany klimatu.

Aby zbadać nowo odkrytą strukturę, naukowcy połączyli wiele źródeł danych, w tym topografię podlodowcową, obserwacje geologiczne, pomiary grawitacji, dane magnetyczne, informacje sejsmiczne oraz modele skorupy ziemskiej i litosfery.

Z ich analizy wynika, że ​​zjawisko to jest efektem głębokich procesów tektonicznych zachodzących w litosferze Antarktydy.

Dr Guy Paxman z Uniwersytetu w Durham przeprowadził obliczenia mające na celu oszacowanie, jak wyglądałby krajobraz Wschodniej Antarktydy, gdyby cała pokrywa lodowa została usunięta (co spowodowałoby podniesienie się lądu nawet o jeden kilometr).

Zrekonstruowana odbita topografia pozwoliła badaczom zbadać zarówno wysokość, jak i orientację nowo zidentyfikowanej struktury geologicznej.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

05.06.2026 10:23

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-05T10:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T09:42:06+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T08:40:51+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:25:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:04:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-05T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T17:11:53+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-04T08:30:00+02:00

Największe czarne dziury nie powinny istnieć. A jednak kosmos znalazł sposób

10 maja 2026, 09:45

To ważna zmiana w myśleniu o czarnych dziurach. Przez lata wyobrażaliśmy sobie, że wiele z nich rodzi się wtedy, gdy bardzo masywna gwiazda kończy życie, zapada się pod własnym ciężarem i zostawia po sobie obiekt tak gęsty, że nie ucieka z niego nawet światło. Ten scenariusz nadal działa, ale najwyraźniej nie wystarcza do wyjaśnienia największych czarnych dziur widzianych przez LIGO, Virgo i KAGRA.

Międzynarodowy zespół kierowany przez naukowców z Cardiff University przeanalizował czwartą wersję katalogu GWTC, czyli Gravitational-Wave Transient Catalog. To zbiór sygnałów zarejestrowanych przez detektory fal grawitacyjnych. W najnowszej analizie uwzględniono 153 wystarczająco wiarygodne przypadki zderzeń czarnych dziur. Wyniki opublikowano w Nature Astronomy.

Te monstrualne czarne dziury nie powstały w zwykły sposób

Fale grawitacyjne można opisać jako zmarszczki czasoprzestrzeni. Powstają wtedy, gdy ekstremalnie masywne obiekty poruszają się z ogromnym przyspieszeniem. Najbardziej spektakularne sygnały pochodzą ze zderzeń czarnych dziur i gwiazd neutronowych. Detektory na Ziemi nie widzą samych czarnych dziur w klasycznym sensie. Rejestrują za to minimalne rozciąganie i ściskanie przestrzeni, które przechodzi przez naszą planetę po takim kosmicznym kataklizmie.

To właśnie w tych sygnałach zapisane są informacje o masie, obrocie i historii obiektów. Dla astronomów to trochę tak, jakby po dźwięku tłuczonego szkła próbować odtworzyć kształt szyby, siłę uderzenia i rodzaj przedmiotu, który ją rozbił. Im więcej takich dźwięków zbierają detektory, tym lepiej można zrozumieć, skąd biorą się czarne dziury.

Astronomia fal grawitacyjnych pozwala obecnie na więcej niż tylko liczenie połączeń czarnych dziur. Zaczyna ujawniać, jak rosną czarne dziury, gdzie rosną i co to mówi nam o życiu i śmierci masywnych gwiazd. To ekscytujące, ponieważ możemy wykorzystać te informacje do sprawdzenia naszej wiedzy o ewolucji gwiazd i gromad we Wszechświecie – wyjaśnia główny autor, dr Fabio Antonini z Wydziału Fizyki i Astronomii Uniwersytetu w Cardiff.

Nowe badanie pokazuje, że katalog GWTC-4 nie jest jedynie listą kolejnych zderzeń. To coraz dokładniejsza mapa pochodzenia czarnych dziur. Zespół Fabio Antoniniego z Uniwersytetu w Cardiff wskazuje, że w danych wyraźnie widać dwie populacje obiektów - lżejsze czarne dziury, zgodne z typowym scenariuszem zapadania się gwiazd, oraz cięższe, których właściwości pasują do scenariusza wielokrotnych połączeń.

Największe czarne dziury rodzą się w tłumie

Kluczem są gęste gromady gwiazd. W takich miejscach gwiazdy i pozostałości po nich mogą być upakowane nawet milion razy ciaśniej niż w okolicach Słońca. To zupełnie inne środowisko niż spokojne kosmiczne sąsiedztwo Układu Słonecznego. Tam czarne dziury mają znacznie większą szansę na bliskie spotkania, przechwycenia grawitacyjne i kolejne zderzenia.

Według badaczy najcięższe czarne dziury z katalogu GWTC-4 mogły być obiektami drugiej albo kolejnej generacji. Najpierw dwie czarne dziury zderzają się i tworzą większą. Potem ta większa czarna dziura, jeśli nie zostanie wyrzucona z gromady, może połączyć się z następną. Po kilku takich etapach powstaje obiekt, którego nie da się łatwo wyjaśnić zwykłym zapadnięciem jednej gwiazdy.

Więcej na Spider's Web:

Najważniejszą wskazówką nie jest wyłącznie masa, ale także spin, czyli obrót czarnej dziury. Lżejsze układy analizowane przez naukowców zwykle obracały się powoli. Cięższe wyglądały inaczej. Miały szybsze spiny, a ich osie obrotu były ustawione w pozornie przypadkowych kierunkach.

To bardzo istotne. Jeśli dwie czarne dziury powstają jako para z gwiazd, które wcześniej krążyły wokół siebie, ich ruch i obroty powinny nosić ślady wspólnej historii. W gęstej gromadzie gwiazd sytuacja jest bardziej chaotyczna. Czarne dziury spotykają się dynamicznie, często przypadkowo, po wcześniejszych oddziaływaniach z innymi obiektami. W takim scenariuszu losowe ustawienie spinów jest dokładnie tym, czego należałoby oczekiwać.

Dlatego autorzy badania uważają, że najwyższe masy w katalogu GWTC-4 nie są tylko skrajnym przypadkiem zwykłej ewolucji gwiazd. To raczej zapis życia w zatłoczonych gromadach, gdzie czarne dziury mogą wpadać na siebie wielokrotnie i rosnąć w sposób hierarchiczny.

Dowody na długo przewidywaną lukę masową

Badanie dostarcza także najsilniejszych jak dotąd dowodów na istnienie luki masowej, w której niezwykle masywne gwiazdy eksplodują w sposób katastrofalny, zamiast zapadać się w czarne dziury.

Od dawna przewidywana teoria opisuje zabroniony zakres mas dla czarnych dziur, które powstają bezpośrednio z gwiazd. Zakłada się, że bardzo masywne gwiazdy zostaną rozerwane zanim utworzą czarne dziury.

Zespół ustalił, że ten zakres występuje w populacji czarnych dziur pochodzenia gwiezdnego, których masa jest 45 razy większa od masy Słońca i większa.

W naszych badaniach znaleźliśmy dowody na istnienie długo przewidywanej luki masowej związanej z niestabilnością par – zakresu mas, w którym gwiazdy w ogóle nie powinny pozostawiać po sobie czarnych dziur. Detektory fal grawitacyjnych z powodzeniem wykryły czarne dziury, które wydają się znajdować w tej luce lub w jej pobliżu. Identyfikujemy je na poziomie około 45 mas Słońca. Teraz kluczowe pytanie brzmi: czy te czarne dziury mówią nam, że nasze modele ewolucji gwiazd są błędne, czy też powstają w inny sposób? - powiedział dr Antonini.

Nowe badanie skłania się ku drugiemu wyjaśnieniu. Najcięższe czarne dziury nie muszą łamać teorii. Mogą być po prostu dziećmi wcześniejszych zderzeń.

Kosmiczne cmentarzyska są bardziej ruchliwe, niż sądziliśmy

Wnioski z badania są proste tylko na pierwszy rzut oka. Największe czarne dziury wykrywane dzięki falom grawitacyjnym prawdopodobnie nie są zwykłymi pozostałościami po pojedynczych gwiazdach. Są obiektami z historią. Najpierw powstały mniejsze czarne dziury, potem doszło do zderzenia, później do kolejnego, a może i następnego.

To zmienia sposób, w jaki patrzymy na gromady gwiazd. Nie są tylko pięknymi skupiskami widocznymi na zdjęciach teleskopów. W ich centrach mogą działać naturalne fabryki czarnych dziur, gdzie grawitacja przez miliardy lat miesza, przyciąga i łączy obiekty w coraz cięższe układy.

A wszystko to udało się odczytać nie ze światła, lecz z drgań czasoprzestrzeni. Czarne dziury nadal pozostają niewidzialne, ale ich zderzenia są coraz bardziej wymowne.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

10.05.2026 09:45

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-05-10T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T09:54:53+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T09:30:00+02:00

Mars zastawił pułapkę na łazik NASA. Takiej awarii jeszcze nie było

10 maja 2026, 09:30

Wszystko zaczęło się 25 kwietnia 2026 r. od standardowego manewru. Curiosity ustawił swoje ramię nad skałą nazwaną Atacama i wprowadził w nią wiertło udarowo-obrotowe. Cel był prosty - rozdrobnić fragment marsjańskiej skały na pył, który następnie może trafić do pokładowych instrumentów badawczych. Tak właśnie łazik od lat analizuje skład chemiczny i mineralny marsjańskich osadów.

Tym razem Mars nie zachował się jednak zgodnie z planem. Gdy Curiosity cofnął ramię, z podłoża podniosła się cała skała. Nie kawałek urobku, nie odprysk, nie luźny kamień potrącony przez koło, ale blok o średnicy u podstawy około 45 cm, grubości około 15 cm i masie mniej więcej 13 kg. Skała zawisła na tulei otaczającej obracające się wiertło.

Dla człowieka stojącego obok byłby to kłopot do rozwiązania w kilkanaście sekund. Wystarczyłoby podejść, chwycić kamień, odsunąć go od narzędzia i sprawdzić, czy nic nie zostało uszkodzone. Tyle że obok Curiosity nie stoi nikt. Łazik pracuje miliony kilometrów od Ziemi, a każda decyzja musi zostać przygotowana, sprawdzona, przesłana i wykonana przez maszynę, która ma już za sobą ponad dekadę marsjańskiej służby.

Dlaczego kamień przykleił się do wiertła?

Słowo "przykleił" jest tu oczywiście skrótem myślowym. Marsjańska skała nie została przyklejona żadną substancją. Najpewniej problem wynikał z geometrii pęknięcia, struktury skały i sposobu, w jaki wiertło weszło w materiał. NASA wyjaśnia, że wcześniej zdarzało się, iż wiercenie rozwarstwiało albo odrywało górne partie skał, ale nigdy wcześniej kamień nie pozostał przymocowany do tulei wiertła.

Moment wiercenia w skale...

To dobry przykład, jak bardzo Mars potrafi różnić się od laboratoryjnych symulacji. Inżynierowie mogą testować narzędzia w komorach próżniowych, na analogach marsjańskiego gruntu i w możliwie trudnych warunkach, ale nie są w stanie przewidzieć każdej mikroszczeliny, różnicy twardości czy sposobu, w jaki warstwy skały trzymają się siebie po miliardach lat geologicznej historii.

Na Ziemi geolog może wziąć próbkę do ręki, obejrzeć, opukać skałę, przeciąć ją i zbadać pod mikroskopem. Na Marsie wiele właściwości materiału ujawnia się dopiero wtedy, gdy robotyczne narzędzie dotknie powierzchni. W przypadku Atacamy dopiero wiercenie pokazało, że pozornie stabilny cel może zachować się jak luźny blok.

...i skała, która zakleszczyła się na wiertle.

NASA próbowała strząsnąć marsjański balast

Zespół Curiosity najpierw spróbował użyć wibracji wiertła, by uwolnić skałę. To nie wystarczyło. 29 kwietnia wykonano kolejną próbę. Z Atacamy osypał się piasek, ale kamień nadal trzymał się ramienia. Dopiero 1 maja inżynierowie zastosowali bardziej zdecydowaną sekwencję. Zmienili kąt ustawienia wiertła, uruchomili obrót, wibracje i ruch samego wiertła. Plan zakładał powtarzanie tych czynności, ale nie było takiej potrzeby. Skała odpadła już przy pierwszej rundzie i pękła po uderzeniu o grunt.

Dla misji to była dobra wiadomość. Kamień nie tkwił przy ramieniu na tyle długo, by sparaliżować łazik, a Curiosity odzyskał możliwość dalszej pracy. NASA zaznacza jednak, że próbka z Atacamy nie została zachowana w taki sposób, jak zakładano pierwotnie. Dalszy plan obejmuje domknięcie kampanii związanej z tym celem i poszukiwanie stabilniejszej skały, z której da się pobrać materiał do analizy.

Curiosity ma za sobą trudną historię z wiertłem

To zdarzenie wygląda zabawnie na zdjęciach, ale dla inżynierów nie jest tylko anegdotą o upartym kamieniu. Wiertło Curiosity od lat należy do najważniejszych i najbardziej problematycznych narzędzi misji. Jego zadaniem jest nie tylko naruszenie powierzchni skały, ale też przygotowanie drobnego materiału, który może zostać przebadany przez laboratoria znajdujące się wewnątrz łazika.

Kłopoty zaczęły się już wiele lat temu. Mechanizm udarowy, odpowiedzialny za młotkowanie skały podczas wiercenia, miał problemy elektryczne. Później pojawiły się trudności związane z mechanizmem posuwu wiertła i hamulcem. W 2016 r. system zaciął się na tyle poważnie, że NASA musiała wstrzymać standardowe wiercenia. Dopiero po długich testach opracowano alternatywny sposób pracy, dzięki któremu Curiosity mógł wrócić do pobierania próbek.

Więcej na Spider's Web:

Ta historia dobrze pokazuje, czym w praktyce jest eksploracja Marsa. Nie polega wyłącznie na wysyłaniu pięknych zdjęć czerwonych wzgórz. To codzienna walka z pyłem, temperaturą, starzeniem się mechanizmów i geologią, która nie ma obowiązku pasować do modeli przygotowanych na Ziemi.

Atacama nie jest nazwą wyciągniętą z kapelusza. NASA często nadaje celom badawczym nazwy związane z ziemskimi regionami, a pustynia Atakama w Chile od dawna uchodzi za jeden z najlepszych ziemskich analogów Marsa. Jest skrajnie sucha, surowa i wykorzystywana w badaniach nad warunkami podobnymi do tych, które mogą panować na Czerwonej Planecie.

Dla Curiosity każda taka skała jest potencjalnym zapisem dawnego środowiska. Curiosity nie jest jednak maszyną do wykrywania żywych organizmów. Jest laboratorium geochemicznym na kołach, które pozwala sprawdzać, czy dawny Mars mógł mieć warunki przyjazne mikroorganizmom. To ogromna różnica, ale właśnie dzięki takim badaniom naukowcy coraz lepiej rozumieją, jak bardzo Czerwona Planeta zmieniła się od czasów, gdy na jej powierzchni płynęła woda.

Misja planowana na dwa lata działa już ponad trzynaście

Curiosity wylądował na Marsie w sierpniu 2012 r. Jego podstawowa misja miała trwać około dwóch lat ziemskich. Tymczasem łazik nadal wspina się po zboczach góry Sharp, bada kolejne warstwy osadów i dostarcza danych, które zmieniły sposób patrzenia na historię Marsa.

Przez lata Curiosity wykazał, że krater Gale był kiedyś miejscem, w którym istniały jeziora i strumienie. Znalazł minerały powstające w obecności wody, wykrywał związki organiczne zachowane w marsjańskich skałach i dokumentował zmiany środowiska zapisane w kolejnych warstwach góry Sharp. To właśnie dzięki tej misji Mars przestał być wyłącznie pustynną planetą z rdzawym pyłem, a stał się miejscem z czytelną, złożoną historią geologiczną.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

10.05.2026 09:30

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-05-10T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T09:54:53+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T09:00:00+02:00

F-35 dostanie ochronę przed komputerami kwantowymi. Co tu się zadziało?

10 maja 2026, 09:15

Amerykański program F-35 rozpoczyna przygotowania do jednej z najważniejszych modernizacji cyberbezpieczeństwa od początku istnienia maszyny. Chodzi o dostosowanie systemów kryptograficznych myśliwca do epoki komputerów kwantowych, które wkrótce mogą złamać obecnie stosowane zabezpieczenia. Pentagon chce zmodyfikować kluczowy element odpowiedzialny za ochronę oprogramowania samolotu.

Oznacza to, że zagrożenie związane z komputerami kwantowymi przestało być wyłącznie akademicką dyskusją. Dla wojskowych systemów bojowych staje się realnym problemem planistycznym.

Pentagon szykuje modernizację kryptografii F-35

Biuro programu F-35 Joint Program Office opublikowało zapowiedź kontraktu dotyczącego modernizacji oprogramowania urządzenia In-Line File Encryption Device, w skrócie IFED. To jeden z najważniejszych elementów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo cyfrowe całego myśliwca.

IFED odpowiada za szyfrowanie i weryfikację podpisanego kodu działającego wewnątrz systemów F-35. Samolot wykorzystuje ogromną liczbę modułów oprogramowania sterujących lotem, sensorami, komunikacją, uzbrojeniem oraz łączeniem danych z radarów i innych czujników. Do tego dochodzi komunikacja z innymi maszynami i jednostkami naziemnymi.

Wszystkie te elementy muszą mieć gwarancję, że uruchamiane oprogramowanie jest autentyczne i nie zostało zmodyfikowane przez osobę nieuprawnioną.

To właśnie IFED pełni rolę cyfrowego strażnika, który sprawdza integralność kodu. Jeśli ten mechanizm zostałby przełamany, zagrożone byłoby nie tylko bezpieczeństwo danych, ale również działanie samego samolotu.

Komputery kwantowe zmieniają zasady gry

Problem polega na tym, że obecne algorytmy kryptograficzne projektowano w czasach, gdy zakładano, że złamanie odpowiednio dużych kluczy szyfrujących jest praktycznie niemożliwe dla klasycznych komputerów. Rozwój komputerów kwantowych może jednak całkowicie zmienić tę sytuację.

Maszyny kwantowe wykorzystujące algorytm Shora potrafią teoretycznie wykonywać obliczenia wielokrotnie szybciej niż tradycyjne superkomputery. W efekcie systemy szyfrowania stosowane dziś w administracji państwowej, bankowości czy wojsku mogą w przyszłości stać się podatne na złamanie.

Dla F-35 oznacza to bardzo konkretny problem. Przeciwnik wyposażony w wystarczająco wydajny komputer kwantowy mógłby nie tylko odszyfrowywać przechwycone dane, ale również próbować podważyć mechanizmy uwierzytelniania oprogramowania w systemach bojowych, co mogłoby doprowadzić do rozbicia maszyny.

W przypadku F-35 stawka jest wyjątkowo wysoka. Samolot zawiera ogromną liczbę tajnych technologii, a jego przewaga bojowa opiera się głównie na oprogramowaniu, wymianie danych i integracji sensorów. Naruszenie integralności kodu byłoby znacznie groźniejsze niż zwykła kradzież informacji.

Więcej na Spider's Web:

Nowe algorytmy odporne na komputery kwantowe

Dlatego Pentagon chce wdrożyć w F-35 algorytmy określane jako quantum-resistant, czyli odporne na ataki komputerów kwantowych. To nowa generacja kryptografii rozwijana od kilku lat między innymi przez amerykański Narodowy Instytut Standaryzacji i Technologii, czyli NIST.

Nowe rozwiązania opierają się na innych problemach matematycznych niż klasyczne systemy RSA czy kryptografia oparta na logarytmach dyskretnych. Ich konstrukcja ma utrudnić złamanie zabezpieczeń nawet przy użyciu przyszłych komputerów kwantowych.

Pentagon nie chce ograniczyć się do laboratoryjnych testów. Modernizacja ma zostać wdrożona w aktywnie używanych samolotach eksploatowanych przez USA oraz kilkanaście państw partnerskich programu F-35.

Aktualizacja bez rozbierania samolotu

Jednym z najciekawszych elementów całego projektu jest wymóg logistyczny zawarty w dokumentacji przetargowej. Aktualizacja systemu IFED ma zostać przeprowadzona bez konieczności otwierania urządzenia czy demontażu sprzętu z samolotu.

Oznacza to, że nowe oprogramowanie musi być możliwe do instalacji bezpośrednio w bazach lotniczych podczas standardowych procedur serwisowych. Bez odsyłania komponentów do zakładów remontowych i bez kosztownej wymiany sprzętu.

W przypadku F-35 ma to ogromne znaczenie. Myśliwce są rozmieszczone na całym świecie i operują zarówno z baz lądowych, jak i lotniskowców. Wprowadzenie aktualizacji wymagającej fizycznej ingerencji w każdy egzemplarz oznaczałoby gigantyczne koszty i ryzyko czasowego wyłączenia części floty.

Dlatego Pentagon już na etapie przygotowań podkreśla, że modernizacja musi być możliwa do wykonania w warunkach operacyjnych.

F-35 wchodzi w nową epokę cyberwojny

Decyzja o rozpoczęciu prac nad kryptografią odporną na komputery kwantowe pokazuje, jak szybko zmienia się współczesne pole walki. Jeszcze kilka lat temu zagrożenie kwantowe traktowano jako problem przyszłości. Dziś największe programy zbrojeniowe świata zaczynają przygotowywać się na moment, w którym obecne zabezpieczenia mogą przestać działać.

F-35 staje się jednym z pierwszych operacyjnych systemów bojowych tej klasy, który przejdzie tak głęboką modernizację cyberbezpieczeństwa. I wiele wskazuje na to, że podobne zmiany czekają w najbliższych latach również inne zachodnie samoloty, okręty oraz systemy dowodzenia.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

10.05.2026 09:15

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-05-10T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-10T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T09:54:53+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-09T09:00:00+02:00

Pentagon otworzył archiwum UFO. Są zdjęcia, oglądamy i analizujemy

8 maja 2026, 18:18

Pentagon uruchomił nową stronę internetową, na której mają być gromadzone odtajnione materiały dotyczące UAP. Znajdziecie ją po adresem war.gov/UFO. Nie trzeba mieć poświadczenia bezpieczeństwa, nie trzeba być wojskowym ani badaczem. Wystarczy wejść i samemu przeglądać dokumenty, filmy, zdjęcia oraz raporty, które przez lata były rozproszone po różnych instytucjach.

To duża zmiana, bo temat UFO przez dekady funkcjonował na granicy popkultury, wojskowej tajemnicy i teorii spiskowych. Teraz administracja USA próbuje pokazać, że przynajmniej część materiałów może zostać udostępniona publicznie. Pentagon zapowiada, że kolejne dokumenty będą publikowane stopniowo.

Nowe archiwum ma też bardzo charakterystyczną oprawę. Strona utrzymana jest w stylu retro, z czarno-białymi wojskowymi fotografiami i tekstami przypominającymi zapis z maszyny do pisania. To detal, ale trudno nie zauważyć, że ktoś doskonale rozumie, jak silnie temat UFO działa na wyobraźnię internautów.

Więcej na Spider's Web:

UFO to nie zawsze UFO

W oficjalnym języku amerykańskich instytucji coraz rzadziej mówi się o UFO. Zamiast tego pojawia się termin UAP, czyli unidentified anomalous phenomena. Po polsku najprościej tłumaczyć go jako niezidentyfikowane zjawiska anomalne.

Różnica nie jest tylko kosmetyczna. UFO kojarzy się przede wszystkim z latającymi spodkami i kosmitami. UAP jest pojęciem szerszym i ostrożniejszym. Obejmuje obiekty lub zjawiska zaobserwowane w powietrzu, w przestrzeni kosmicznej, pod wodą albo w pobliżu powierzchni morza, których nie da się od razu wyjaśnić na podstawie dostępnych danych.

To nie znaczy, że Pentagon potwierdził istnienie obcych cywilizacji. Wręcz przeciwnie. Dotychczasowe raporty amerykańskich służb wskazywały, że wiele obserwacji można wyjaśnić zwykłymi przyczynami np. balonami, dronami, ptakami, błędami sensorów, odbiciami światła, nietypową pogodą albo aktywnością wojskową innych państw.

Biuro AARO, zajmujące się analizą UAP, ma w publicznej bazie zarówno przypadki nierozwiązane, jak i takie, które później sklasyfikowano jako balony lub ptaki.

Apollo 17, trzy punkty i zdjęcie z Księżyca

Wśród opublikowanych materiałów znalazło się również zdjęcie NASA z misji Apollo 17 z 1972 r. Widać na nim trzy punkty ułożone w formację przypominającą trójkąt. Pentagon zaznacza, że nie ma zgody co do natury tej anomalii, a wstępna nowsza analiza sugeruje, że mogłoby chodzić o fizyczny obiekt.

Zdjęcie z misji Apollo 17 ujawnione przez Pentagon.

Brzmi tajemniczo, ale znów warto zachować chłodną głowę. Archiwalne fotografie z misji kosmicznych są trudne w interpretacji. Mogą zawierać odbicia, zakłócenia, artefakty optyczne, drobiny pyłu, elementy sprzętu albo obiekty znajdujące się w zupełnie innej odległości, niż sugeruje intuicja widza. Zdjęcie z Księżyca nie działa jak współczesny film 4K z pełnym zestawem metadanych.

Znacznie więcej dziwnych obiektów widzieli astronauci misji Apollo 12. Fotografie zobaczycie niżej, a w archwium Pentagonu opublikowano ich jeszcze kilka.

Mimo to NASA-owskie materiały z Apollo 12 i Apollo 17 są dla opinii publicznej szczególnie atrakcyjne, bo łączą dwa najsilniejsze mity technologiczne XX wieku, czyli podbój Księżyca i tajemnicę UFO. To mieszanka, która gwarantuje miliony kliknięć, ale sama obecność niejasnego obiektu na fotografii nie jest jeszcze przełomowym dowodem.

To archiwalne zdjęcie przedstawia powierzchnię Księżyca widzianą z miejsca lądowania Apollo 12. Na zdjęciu widoczny jest wyróżniony obszar, nieco na prawo od pionowej osi kadru, ponad horyzontem, w którym widoczne są niezidentyfikowane zjawiska.

Do archiwum trafiły też nagrania audio z misji Gemini 7 z 1965 r. Astronauci zgłaszali wtedy niezidentyfikowany obiekt, określając go wojskowym terminem bogey (straszydło). Według udostępnionych materiałów załoga informowała, że widzi obiekt wysoko po lewej stronie względem kierunku lotu.

Astronauci mieli też doprecyzować, że obiekt nie jest stopniem rakiety, który również znajdował się w polu widzenia. W rozmowie pojawiła się również wzmianka o setkach drobnych cząstek. I tu ponownie pojawia się typowy problem kosmicznych obserwacji. W orbicie okołoziemskiej luźne elementy, fragmenty lodu, pył, odbicia światła i części sprzętu mogą tworzyć bardzo nietypowe wrażenia wizualne.

To archiwalne zdjęcie przedstawia powierzchnię Księżyca widzianą z miejsca lądowania Apollo 12. Na zdjęciu widać pięć wyróżnionych obszarów zainteresowania, oznaczonych od Obszar 1 do Obszar 5, ponad horyzontem, w których widoczne są niezidentyfikowane zjawiska.

Nagrania z kamer wojskowych są najbardziej konkretne

Największe zainteresowanie mogą wzbudzić jednak nie stare depesze i zdjęcia z programu Apollo, lecz wojskowe nagrania z kamer termowizyjnych i systemów obserwacyjnych. Wśród materiałów znalazły się filmy przekazane przez U.S. Central Command. Jeden z nich, nagrany w 2013 r., trwa minutę i 46 sekund i pokazuje obiekt przypominający ośmioramienną gwiazdę. Przesuwa się on w polu widzenia sensora, zostawia widoczny ślad i w pewnym momencie znika poza kadrem.

Inne nagranie z 2020 r. trwa zaledwie dziewięć sekund. Widać na nim kontrastowy punkt, który wchodzi w obraz od lewego dolnego rogu i wychodzi w górnej części kadru. Jest też film z 2023 r., na którym UAP ma poruszać się nisko nad powierzchnią oceanu i wykonywać kilka gwałtownych skrętów pod kątem około 90 stopni przy prędkości około 130 km/h.

Rzeczywiste zdjęcie miejsca zdarzenia z nałożoną grafiką wygenerowaną przez laboratorium FBI, przedstawiającą opis naocznych świadków z września 2023 r., na których widać elipsoidalny, brązowy, metaliczny obiekt o długości 60 m, który zmaterializował się z jasnego światła na niebie i natychmiast zniknął.

Brzmi efektownie, ale takie materiały trzeba czytać razem z opisem technicznym. Obraz z podczerwieni nie pokazuje świata tak, jak widzi go ludzkie oko. Kamera rejestruje różnice temperatur, kontrastu i promieniowania, a końcowy obraz zależy od ustawień sensora, odległości, kąta obserwacji, ruchu platformy wojskowej i warunków atmosferycznych. Dlatego kropka, plama albo jasna kula na nagraniu może być czymś realnym, ale może też wyglądać znacznie dziwniej, niż wyglądałaby z bliska.

Poza tym wśród dkokumentów zjadziemy wywiady z pilotami, którzy widzieli tajemnicze obiekty nad Meksykiem, Gruzją, Irakiem, Syrią czy Kazachstanem. Dołożyć do tego trzeba również wywiady ze świadkami UFO w Stanach Zjednoczonych.

Akta sprawy FBI o numerze 62-HQ-83894 zawierają dokumentację śledczą, zeznania naocznych świadków oraz raporty publiczne dotyczące niezidentyfikowanych obiektów latających i latających dysków, udokumentowane między czerwcem 1947 a lipcem 1968 r. 

Trump chce pokazać "maksymalną przejrzystość"

Publikacja akt jest elementem szerszej politycznej narracji administracji Donalda Trumpa. Pentagon przekazał, że w przeciwieństwie do poprzednich administracji, które miały zniechęcać opinię publiczną lub podważać znaczenie tematu, obecny prezydent stawia na maksymalną przejrzystość. W działania zaangażowane są nie tylko Pentagon i Biały Dom, ale również dyrektor wywiadu narodowego, Departament Energii, NASA oraz FBI.

To także kolejny przypadek, w którym Trump sięga po temat dokumentów historycznych i tajnych akt. Wcześniej jego administracja publikowała materiały związane z zabójstwami Johna F. Kennedy’ego, Roberta F. Kennedy’ego i Martina Luthera Kinga. Tamte publikacje nie przyniosły jednak wielkich przełomów, choć wzbudziły ogromne zainteresowanie opinii publicznej.

Z aktami UAP może być podobnie. Sam fakt publikacji jest ważny, bo zwiększa dostęp do materiałów i porządkuje archiwum. Nie oznacza jednak, że w pierwszej paczce dokumentów automatycznie znajduje się odpowiedź na pytanie, czy jesteśmy sami we wszechświecie.

Najważniejsze jest to, czego Pentagon nie mówi

W całej sprawie najciekawsze jest nie tylko to, co Pentagon pokazał, ale też to, czego nie stwierdził. Amerykańskie władze nie ogłosiły kontaktu z obcą cywilizacją. Nie potwierdziły, że zarejestrowane obiekty są statkami pozaziemskimi. Nie podały też jednego wyjaśnienia, które obejmowałoby wszystkie przypadki.

Zamiast tego otrzymujemy archiwum pełne niejednoznacznych obserwacji. Część może mieć banalne wytłumaczenie. Część wymaga dalszej analizy. Część prawdopodobnie pozostanie nierozwiązana, bo dane są zbyt skąpe, zbyt stare albo zbyt słabe technicznie.

To jednak nie znaczy, że sprawa jest nieważna. UAP są realnym problemem dla wojska, nawet jeśli nie mają nic wspólnego z kosmitami. Nieznany obiekt w pobliżu samolotu, okrętu, bazy wojskowej albo poligonu może być dronem, balonem rozpoznawczym, testowaną technologią innego państwa, zakłóceniem systemu obserwacji albo czymś, czego operatorzy po prostu nie potrafią szybko sklasyfikować. Dla armii to wystarczający powód, by takie przypadki zbierać i analizować.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

08.05.2026 18:18

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-05-08T18:16:32+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T18:06:56+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T17:27:46+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T17:19:52+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T17:17:57+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T16:43:28+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T16:42:03+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T16:40:01+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T16:37:22+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T16:16:01+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T16:07:51+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T16:04:30+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T16:02:21+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T15:26:55+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T15:17:53+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T15:16:03+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T15:14:31+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T15:12:10+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T13:56:49+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T13:47:00+02:00

Wzięliśmy miliardy z SAFE. Oto, co nasze wojsko za nie kupi

8 maja 2026, 16:42

Najważniejsze dziś pytanie nie brzmi jednak ile pieniędzy dostaniemy? Ważniejsze jest to, co konkretnie zostanie za nie kupione. Z wypowiedzi Ministerstwa Obrony Narodowej wynika, że lista jest już gotowa, obejmuje projekty na całą przyznaną kwotę i ma być przekuwana w umowy w bardzo szybkim tempie. Tylko do końca maja Agencja Uzbrojenia ma podpisać około 40 nowych kontraktów.

To nie będzie jedna wielka umowa, tylko seria zakupów

SAFE nie działa jak przelew, po którym państwo może swobodnie wydać pieniądze na dowolny cel. To mechanizm niskooprocentowanych pożyczek na inwestycje obronne, przede wszystkim związane z zakupem sprzętu, amunicji i technologii wzmacniających europejski przemysł zbrojeniowy. Cały program ma wartość do 150 mld euro i został pomyślany jako narzędzie szybkiego zwiększenia zdolności wojskowych państw UE.

W polskim przypadku nie chodzi o jeden kontrakt, lecz o dziesiątki osobnych umów. Każda z nich będzie negocjowana i ogłaszana oddzielnie. Część pieniędzy zostanie użyta do aneksowania już zawartych kontraktów, a część do zupełnie nowych zamówień. Dzięki SAFE MON chce nie tylko kupować sprzęt, ale też przyspieszyć produkcję w polskich zakładach.

To jest gigantyczna kwota, która będzie zainwestowana wprost i bezpośrednio w polskie bezpieczeństwo, polski przemysł zbrojeniowy, polskie firmy, które kooperują z przemysłem zbrojeniowym, w nasze możliwości technologiczne - powiedział premier Donald Tusk.

Największy nacisk ma zostać położony na sprzęt, który da się zamówić szybko i który można wytwarzać w Polsce. Władysław Kosiniak-Kamysz przypomniał, że zdecydowana większość środków ma trafić do krajowego przemysłu. Wcześniej rząd mówił o ok. 89 proc., ale szef MON zasugerował, że ten udział może być jeszcze większy, ponieważ część wydatków związanych z MSWiA i infrastrukturą ma zostać sfinansowana innymi kanałami.

W pierwszej kolejności aneksowanie umów, które są zawarte: to jest bardzo ważna umowa na systemy antydronowe, system SAN. Kolejne rzeczy to jest produkcja w Hucie Stalowa Wola, np. Borsuki, sprawa marynarki wojennej , budujemy okręt Ratownik, zakup amunicji to jest bardzo ważny temat. Ważne jest również to, by dopiąć sprawy sztucznej inteligencji, dronów, nowoczesnych technologii, implementacji rozwiązań satelitarnych - powiedział wicepremier Kosiniak-Kamysz.

Pierwszy cel to ochrona przed dronami

Jednym z pierwszych zakupów wskazanych przez MON są systemy antydronowe SAN. Pisaliśmy o tym wiele razy, ale warto podkreślić to jeszcze raz - wojna w Ukrainie i w Iranie pokazały, że tanie bezzałogowce potrafią niszczyć sprzęt wart miliony, paraliżować logistykę, śledzić ruchy oddziałów i naprowadzać artylerię. Dron nie musi być duży ani zaawansowany, aby być śmiertelnie skuteczny.

System antydronowy ma wykrywać, identyfikować i neutralizować bezzałogowce, zanim te znajdą się nad kolumną wojsk, stanowiskiem dowodzenia, składem amunicji czy lotniskiem. SAN połączy radary, sensory optoelektroniczne, środki walki radioelektronicznej i efektory, czyli narzędzia do fizycznego albo elektronicznego unieszkodliwienia celu.

Dla Polski to obszar szczególnie pilny. Wojsko potrzebuje ochrony nie tylko dla dużych baz, ale też dla oddziałów poruszających się blisko frontu. Nowoczesna obrona przeciwlotnicza nie kończy się dziś na Patriotach i rakietach średniego zasięgu. Musi zaczynać się dużo niżej, od systemów zdolnych zatrzymać mały, tani, masowo używany dron. A przecież chronić trzeba też elektrownie, porty, czy lotniska.

Więcej na Spider's Web:

Borsuki z Huty Stalowa Wola. Wojsko chce więcej nowych bojowych wozów piechoty

Drugim konkretnym kierunkiem wskazanym przez szefa MON są Borsuki, czyli nowe bojowe wozy piechoty produkowane przez Hutę Stalowa Wola. To jeden z najważniejszych programów modernizacji Wojsk Lądowych, bo Borsuk ma zastępować stare BWP-1, konstrukcje pamiętające jeszcze czasy Układu Warszawskiego.

Borsuk jest potrzebny tam, gdzie piechota nie może już poruszać się ciężarówką ani lekkim transporterem. Ma przewozić żołnierzy, chronić ich przed ogniem przeciwnika i wspierać walkę uzbrojeniem pokładowym. W polskiej wersji kluczowe znaczenie ma bezzałogowa wieża ZSSW-30, czyli uzbrojenie z armatą automatyczną kalibru 30 mm, karabinem maszynowym i wyrzutniami przeciwpancernych pocisków kierowanych.

Finansowanie z SAFE może więc oznaczać przyspieszenie przezbrojenia batalionów zmechanizowanych. To wymiana jednego z podstawowych narzędzi walki wojsk lądowych. Bez takich pojazdów nie da się mówić o nowoczesnej armii zdolnej do działania w warunkach nasycenia pola walki artylerią, dronami i amunicją krążącą.

Wśród priorytetów znalazła się również amunicja. Chodzi zarówno o amunicję artyleryjską, jak i rakietową, przeciwlotniczą, przeciwpancerną oraz strzelecką. Polska potrzebuje nie tylko kupić pociski, ale też zwiększyć zdolności ich produkcji i magazynowania. Dla polskich zakładów to zamówienia, ale również presję na zwiększenie mocy produkcyjnych. W nowoczesnej wojnie nie wygrywa ten, kto ma kilka bardzo drogich systemów. Wygrywa ten, kto potrafi utrzymać tempo walki przez tygodnie i miesiące.

Wojsko kupuje też oczy i mózg

Kosiniak-Kamysz mówił również o dronach, sztucznej inteligencji, nowoczesnych technologiach i implementacji rozwiązań satelitarnych. Chodzi o zmianę sposobu prowadzenia działań. Armia nie może już polegać wyłącznie na klasycznym rozpoznaniu, meldunkach i pojedynczych dużych platformach.

Drony dają wojsku szybki obraz pola walki. Satelity pozwalają obserwować duże obszary, wykrywać ruchy przeciwnika, analizować infrastrukturę i planować działania bez wysyłania ludzi w niebezpieczne miejsce. Sztuczna inteligencja ma pomagać w przetwarzaniu danych, bo problemem współczesnej armii nie jest już tylko brak informacji. Problemem jest to, że informacji jest za dużo, a decyzje trzeba podejmować w minutach, nie w dniach.

To dlatego inwestycje w rozpoznanie, łączność, systemy dowodzenia i analizę danych są równie ważne jak kupowanie luf i pancerza. Bez nich nawet najlepszy sprzęt działa wolniej, mniej precyzyjnie i z większym ryzykiem strat.

Cyberbezpieczeństwo trafi do tego samego koszyka

Środki z SAFE mają zostać przeznaczone także na cyberbezpieczeństwo. W realiach współczesnego konfliktu cyberatak może uderzyć w system dowodzenia, logistykę, łączność, energetykę, bankowość albo administrację. To nie jest osobna wojna prowadzona gdzieś w tle. To część tego samego pola walki.

Dla wojska to wyzwanie i konieczność ochrony sieci, systemów wymiany danych, baz, oprogramowania i łańcuchów dostaw. Im więcej sprzętu jest podłączone do cyfrowych systemów dowodzenia, tym większe znaczenie ma odporność na włamania, zakłócenia i sabotaż. Nowoczesna armia musi być szybka, ale nie może być cyfrowo krucha.

W tym miejscu SAFE przestaje być wyłącznie programem zakupowym. Staje się narzędziem budowy odporności państwa. Czołg nie pojedzie daleko, jeśli sparaliżowana zostanie logistyka. System przeciwlotniczy nie zadziała skutecznie, jeśli ktoś zakłóci jego komunikację. Dowódca nie podejmie dobrej decyzji, jeśli dane będą spóźnione albo zmanipulowane.

SAFE może mocno przyspieszyć modernizację

43,7 mld euro to ogromna kwota, ale nie miejmy złudzeń, że Polska za jednym ruchem rozwiąże wszystkie problemy armii. Wojsko nadal będzie potrzebować pieniędzy z budżetu państwa, Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych i innych programów. Część potrzeb, takich jak infrastruktura, mobilność wojskowa czy wyposażenie służb podległych MSWiA, ma być finansowana poza SAFE.

Znaczenie programu polega na czym innym. Polska dostaje narzędzie, które pozwala przyspieszyć zakupy tam, gdzie czas ma największe znaczenie.

Najbliższe tygodnie pokażą, jak ambitna lista MON przełoży się na konkretne kontrakty. Dopiero wtedy będzie można ocenić, ile z tych pieniędzy rzeczywiście zostanie w Polsce, które zakłady dostaną największe zamówienia i jak szybko sprzęt trafi do żołnierzy. Na razie wiadomo, że maj ma być dla polskich zbrojeń jednym z najbardziej intensywnych miesięcy od lat.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

08.05.2026 16:42

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-05-08T16:40:01+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T16:37:22+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T16:16:01+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T16:07:51+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T16:04:30+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T16:02:21+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T15:26:55+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T15:17:53+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T15:16:03+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T15:14:31+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T15:12:10+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T13:56:49+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T13:47:00+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T13:08:06+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T12:10:31+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T11:50:36+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T11:19:36+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T11:07:54+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T10:29:39+02:00

Aktualizacja:

2026-05-08T10:18:41+02:00

Polskie F-16 wskażą cele dla francuskich głowic jądrowych. Oto sojusz Paryż - Warszawa

23 kwietnia 2026, 12:40

Francja wraz z Polską będzie regularnie ćwiczyć wykorzystanie broni jądrowej na wschodniej flance NATO - wynika z informacji, do których dotarła Wirtualna Polska. Na terytorium Polski nie powstaną jadnak stałe magazyny z francuskimi głowicami jądrowymi. Zamiast tego czeka nas model rotacyjny, w którym nad północną Polską i Morzem Bałtyckim będą pojawiać się maszyny Rafale, uzbrojone w pociski ASMP, które przenoszą głowice atomowe. Pierwsze takie ćwiczenia mają rozegrać się już wkrótce.

W scenariuszach planowanych gier wojennych polskim pilotom F-16 przypadnie w udziale kluczowe, choć konwencjonalne zadanie. Będą oni odpowiedzialni za daleki zwiad, precyzyjne namierzanie celów oraz symulowane uderzenia pociskami manewrującymi JASSM-ER "w kierunku tzw. celów wysokiej wartości w rejonie Petersburga".

W tym samym czasie załogi francuskich Rafale B, prosto z baz we Francji, będą trenować procedury ataku z wykorzystaniem ostatecznego argumentu siły na strategiczne cele w Rosji i na Białorusi.

Polskie F-16 wskażą cele dla francuskich głowic jądrowych. Nowa era odstraszania nad Bałtykiem

Dassault Rafale z rakietą ASMP. Fot. Francuskie Siły Powietrzne 

Biznes musi się kręcić, czyli wojskowy atom za cywilny

Co bardzo ważne, polskie władze nie będą miały przysłowiowego czerwonego guzika. Decyzja o użyciu broni atomowej zawsze pozostanie w rękach Pałacu Elizejskiego.

Kluczowym elementem tego porozumienia jest jego specyficzna struktura decyzyjna. W przeciwieństwie do amerykańskiego programu Nuclear Sharing, o którym w Polsce dyskutowano latami bez konkretnych rezultatów, współpraca z Francją ma być niejako wyjęta poza nawias biurokracji NATO - podaje źródło WP. Oznacza to, że w sytuacji kryzysowej decyzja o wykorzystaniu francyskiej broni jądrowej nie będzie musiała czekać na żmudne konsultacje w ramach artykułu 5. Paktu Północnoatlantyckiego.

Rozszerzenie francuskiego parasola ochronnego ma swoją bardzo konkretną cenę biznesową.

W zamian za ofertę czegoś na wzór francuskiego parasola atomowego Emmanuel Macron oczekuje wejścia spółki EDF w projekt drugiej dużej elektrowni atomowej w Polsce. I zwiększenia zakupów zbrojeniowych przez polskie wojsko w firmach francuskich. Kluczowa jest jednak zasada "wojskowy atom za cywilny atom" - podaje Wirtualna Polska.

Więcej na Spider's Web:

Błyskawiczna reakcja poza strukturami NATO

Dlaczego Francuzi tak chętnie zwrócili się w naszą stronę? Odpowiedź kryje się w szerszej układance geopolitycznej. Od dłuższego czasu Władimir Putin bezkarnie eskalował napięcie, przenosząc broń nuklearną na Białoruś i strasząc pociskami Oriesznik. Amerykańska administracja konsekwentnie ignorowała polskie prośby o włączenie do programu Nuclear Sharing. Kreml odczytał tę bierność jako słabość.

Emmanuel Macron postanowił wypełnić tę próżnię. Dziś Francja ma w arsenale około 75 aktywnych pocisków ASMP i pracuje z europejskimi partnerami, w tym z Polską, nad nowym hipersonicznym pociskiem o zasięgu do 2500 km. Z takim zapleczem i z polską siłą uderzeniową w powietrzu, nowa oś Warszawa-Paryż staje się potężnym graczem, który może realnie zmienić układ sił na Starym Kontynencie.

Pociski ASMP - atomowy miecz Francji

Francuskie pociski ASMP i ich nowsza wersja mają 5,38 m długości i ważą okło 860 kg. Zastosowano w nich naddźwiękowy napęd oparty na silniku strumieniowym zasilanym paliwem ciekłym (ramjet), który pozwala rakiecie rozpędzić się do prędkości nawet Mach 3.

To klasyczna broń typu stand-off, odpalana spoza zasięgu obrony przeciwlotniczej wroga. W zależności od wybranego profilu lotu, starsza wersja ASMP potrafiła precyzyjnie uderzyć w cel oddalony od 80 do 300 km, natomiast zmodernizowany wariant ASMP-A wydłużył ten niszczycielski zasięg do 500 km.

Prawdziwy powód, dla którego ten sprzęt budzi taki respekt, kryje się w jego wnętrzu. Pociski ASMP przenoszą termonuklearne głowice jądrowe TN 81, które posiadają moc uderzeniową w przedziale od 100 do 300 kiloton trotylu.

Obserwuj nas w Google Discover

Bogdan Stech

23.04.2026 12:40

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-04-23T12:01:35+02:00

Aktualizacja:

2026-04-23T11:58:58+02:00

Aktualizacja:

2026-04-23T11:33:05+02:00

Aktualizacja:

2026-04-23T11:13:16+02:00

Aktualizacja:

2026-04-23T11:02:18+02:00

Aktualizacja:

2026-04-23T10:10:52+02:00

Aktualizacja:

2026-04-23T09:23:36+02:00

Aktualizacja:

2026-04-23T08:30:34+02:00

Aktualizacja:

2026-04-23T08:00:19+02:00

Aktualizacja:

2026-04-23T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-23T06:36:52+02:00

Aktualizacja:

2026-04-23T06:18:53+02:00

Aktualizacja:

2026-04-23T06:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-23T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-23T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-23T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-04-22T21:15:37+02:00

Aktualizacja:

2026-04-22T20:27:46+02:00

Aktualizacja:

2026-04-22T19:22:17+02:00

Aktualizacja:

2026-04-22T18:58:13+02:00

❌