Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 13 czerwca 2026 Spider's Web

Odzyskali 600 km kw. i zaskoczyli Rosję. Frontem rządzą drony

13 czerwca 2026, 09:45

Ukraina twierdzi, że od początku 2026 r. odzyskała ponad 600 km kw. terytorium zajętego przez Rosjan. To nie jest jeszcze oczywiście przełom kończący wojnę, ale to ważny znak po długim okresie, w którym Moskwa powoli, kosztownie i metodycznie przesuwała linię frontu.

Najciekawsza nie jest jednak sama odzyskana powierzchnia, ale to, w jaki sposób Ukraina próbuje odzyskać inicjatywę. Coraz większą rolę odgrywają drony – od maszyn rozpoznawczych i uderzeniowych po FPV, konstrukcje dalekiego zasięgu oraz bezzałogowce współpracujące bezpośrednio z piechotą. Wojna na Ukrainie coraz mniej przypomina klasyczne starcie dwóch armii. Coraz bardziej liczy się sprawne połączenie rozpoznania, operatorów, łączności i szybkiego podejmowania decyzji.

Ukraina mówi o zmianie tempa na froncie

Według ukraińskiego dowództwa tylko w samym maju bilans zmian terytorialnych był korzystny dla Kijowa o prawie 100 km kw. Oznacza to, że Ukraina miała odzyskać więcej terenu, niż straciła w tym samym okresie. Nie podano jednak dokładnie, gdzie doszło do wszystkich tych zmian, dlatego raczej trzeba traktować te dane ostrożnie.

Pamiętajmy, że linia frontu ma około 1200 km długości i sytuacja zmienia się tam praktycznie cały czas. W jednych miejscach Ukraińcy przechodzą do kontrataków, w innych Rosjanie nadal wywierają presję, a niektóre miejscowości czy pozycje mogą wielokrotnie zmieniać właściciela. Właśnie dlatego samo odzyskanie terenu nie zawsze oznacza jeszcze trwałą zmianę sytuacji na froncie.

Drony stały się ważnym elementem działań bojowych

Największa zmiana jest taka, że drony nie pełnią już tylko roli oczu artylerii. Na froncie stały się codziennym narzędziem walki. Pomagają wykrywać cele, obserwować ruchy Rosjan, atakować żołnierzy i sprzęt, a także wspierać własne oddziały podczas działań w terenie. Dzięki nim łatwiej też znaleźć bezpieczniejsze drogi podejścia do pozycji przeciwnika.

Jest to szczególnie istotne przy niewielkich, lokalnych kontratakach. Dziś odzyskanie terenu nie musi oznaczać dużego ataku z udziałem czołgów. Często najpierw przez wiele godzin, a nawet dni, drony stopniowo osłabiają rosyjskie pozycje: wykrywają i pomagają niszczyć punkty obserwacyjne, stanowiska operatorów, pojazdy zaopatrzeniowe czy grupy szturmowe. Dopiero potem piechota ma większą szansę wejść na obszar, który wcześniej był pod ścisłą kontrolą przeciwnika.

Nowy model walki ma łączyć drony i piechotę

Ukraińskie wojsko już od kilku miesięcy mówi o wprowadzaniu zintegrowanych jednostek szturmowo-dronowych. Bezzałogowce powietrzne, pojazdy naziemne i piechota mają działać jako jeden system, a nie osobne światy połączone prowizoryczną komunikacją.

To tak naprawdę odpowiedź na realia frontu, gdzie klasyczny atak bez dobrego rozpoznania szybko zamienia się w bezsensowny marsz. Drony mogą rozpoznać okopy, wykryć miny, wskazać ukryte stanowiska, przenieść ładunek, odciąć zaopatrzenie albo zmusić rosyjskich żołnierzy do opuszczenia pozycji. Piechota wchodzi dopiero wtedy, gdy ryzyko zostanie choć częściowo zmniejszone.

Przeczytaj także:

Taki sposób walki nie eliminuje oczywiście strat, ale może zmieniać proporcje. Ukraina ma mniej ludzi niż Rosja, więc musi częściej szukać przewagi w jakości rozpoznania, precyzji uderzeń i tempie decyzji. Drony są w tym modelu nie tyle zamiennikiem żołnierza, ile narzędziem, które ma ograniczyć sytuacje, w których piechota idzie w ciemno.

*Źródło grafiki wprowadzającej: bumblee-dee / Canva Pro

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

Będą zasilać centra danych autami. Sprytne, choć szalone

13 czerwca 2026, 09:30

Centra danych wyrastają jak grzyby po deszczu, ale dziś największym problemem nie są już procesory, chłodzenie czy miejsce pod kolejne hale. Coraz częściej wszystko rozbija się o prąd. Można mieć najnowsze układy, miliardy dolarów na inwestycję i gotowy budynek, ale jeśli w sieci brakuje mocy, serwerów po prostu nie da się uruchomić.

General Motors chce wykorzystać ten moment i zrobić coś, czego jeszcze niedawno mało kto oczekiwał od producenta samochodów. Zamiast skupiać się wyłącznie na sprzedaży aut, firma chce wejść do gry o energię. Plan jest dość odważny, bo zakłada, że setki tysięcy elektryków będą działać jak ogromny, rozproszony magazyn prądu, a nowe baterie sodowo-jonowe mają pomóc odciążyć sieć, która coraz bardziej ugina się pod rosnącymi potrzebami AI i gigantycznych centrów danych.

Auta mają oddawać prąd, nie tylko go pobierać

Najważniejszym elementem tego pomysłu jest V2G, czyli vehicle-to-grid. Chodzi tak naprawdę o to, że samochód elektryczny może nie tylko ładować baterię z sieci, lecz także oddawać do niej część zgromadzonej energii. Auto stojące przez większość dnia na parkingu, pod domem czy w garażu może więc pełnić dodatkową funkcję i wspierać system energetyczny wtedy, gdy zapotrzebowanie na prąd jest największe.

GM twierdzi, że po amerykańskich drogach jeździ już ponad 250 tys. pojazdów marki Chevrolet, Cadillac i GMC zdolnych do pracy dwukierunkowej. Teoretycznie ich łączna pojemność wystarczyłaby do zasilania 120 tys. domów przez cały tydzień. To oczywiście rachunek bardzo mocno poglądowy, bo nie da się po prostu zabrać całej energii z akumulatorów kierowców. Pokazuje jednak skalę zasobu, który dziś w dużej mierze stoi bezczynnie.

Firma chce aktywować nowe możliwości u obecnych klientów korzystających z domowych systemów energetycznych przez aktualizację oprogramowania. To bardzo istotne, bo nie chodzi tylko o nowy sprzęt dla przyszłych modeli. GM próbuje zamienić już sprzedane samochody w część energetycznej infrastruktury.

AI potrzebuje coraz więcej energii i nic ani nikt tego nie zmieni

Centra danych napędzane przez AI zużywają coraz więcej prądu, a zapotrzebowanie rośnie szybciej niż zdolność sieci do przyjmowania nowych odbiorców. Problemem nie jest wyłącznie to, ile energii trzeba wyprodukować. Równie ważne jest to, kiedy i gdzie ta energia jest potrzebna.

Serwerownie AI powstają w konkretnych lokalizacjach i potrafią generować ogromne obciążenie lokalnych sieci. To dlatego coraz częściej mówi się nie tylko o nowych elektrowniach, ale też o magazynach energii, zarządzaniu popytem i elastyczności. Sieć, która przez dekady działała według dość przewidywalnych schematów, musi obsłużyć odbiorców zachowujących się jak przemysłowe potwory obliczeniowe.

GM chce więc sprzedać coś więcej niż samochód. W wizji koncernu auto stanie się elementem łańcucha energetycznego. Gdy tysiące pojazdów ładują się w momentach nadwyżki energii, a później oddają jej część podczas największego obciążenia sieci, operatorzy zyskują dodatkowy bufor bezpieczeństwa. To trochę jak stworzenie ogromnego, rozproszonego magazynu energii złożonego z samochodów, które i tak stoją przez większość dnia zaparkowane.

Drugi filarem mają być baterie sodowo-jonowe

GM nie chce opierać planu wyłącznie na samochodach. Równolegle rozwija magazyny energii z bateriami sodowo-jonowymi we współpracy z Peak Energy. W stacjonarnych magazynach nie liczy się to samo, co w aucie. W samochodzie priorytetem jest mała masa i duża gęstość energii. W magazynie sieciowym ważniejsze są cena, trwałość, bezpieczeństwo, liczba cykli i prostota utrzymania.

Przeczytaj także:

Sód jest znacznie łatwiej dostępny niż lit, a ogniwa sodowo-jonowe mogą lepiej znosić różne temperatury i wymagać mniej skomplikowanego chłodzenia. Mają niższą gęstość energii, więc dziś nie są idealnym wyborem do samochodów osobowych. W wielkim kontenerze stojącym przy centrum danych, farmie słonecznej albo zakładzie przemysłowym ten problem jest jednak dużo mniejszy. GM widzi w sodzie chemię dla sieci, a niekoniecznie dla aut. Taki magazyn może ładować się, gdy energia jest dostępna, i oddawać ją wtedy, gdy serwerownia albo lokalna sieć potrzebuje wsparcia.

*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

GPU to nowa ropa. Korea rusza po dominację

13 czerwca 2026, 09:15

Minister nauki i ICT Bae Kyung-hoon zapowiedział, że Korea Południowa zamierza aktywnie zabiegać o priorytetowe dostawy najnowszych układów GPU Nvidia z architekturą Vera Rubin. Rynkowe dostawy tej przełomowej generacji akceleratorów mogą ulec znacznym opóźnieniom, a Seul po prostu nie chce i nie może sobie pozwolić na bezczynne czekanie w długiej kolejce za gigantami technologicznymi z USA, bogatymi państwami Bliskiego Wschodu czy agresywnymi konkurentami z pozostałych rynków azjatyckich.

Koreański program akceleracji GPU nie ogranicza się do pojedynczej generacji. Zakłada pozyskanie 9704 zaawansowanych procesorów, z czego 7688 stanowią układy B300, a 2016 jednostki Vera Rubin. Cały program ma wartość 2,08 bln wonów, czyli około 1,5 mld dol.

Celem Korei nie jest więc doraźny zakup mocy obliczeniowej na potrzeby wybranych jednostek badawczych, lecz utworzenie strategicznego zasobu infrastrukturalnego dostępnego dla firm, uczelni, instytutów naukowych oraz projektów publicznych. Chodzi głównie o krajowe zaplecze obliczeniowe dedykowane rozwojowi modeli AI, usług przetwarzania w chmurze oraz przemysłowych wdrożeń sztucznej inteligencji.

Bez GPU nie ma po prostu nowoczesnej AI

GPU stały się fundamentem sztucznej inteligencji, bo potrafią wykonywać ogromną liczbę obliczeń równolegle. To idealnie pasuje do trenowania i uruchamiania dużych modeli językowych, systemów rozpoznawania obrazu, robotów, autonomicznych pojazdów czy narzędzi do projektowania leków i materiałów.

Możesz mieć świetnych inżynierów, dane i pomysł na własny model. Jednak bez dostępu do tysięcy akceleratorów wszystko działa wolniej, kosztuje więcej i skaluje się gorzej. Właśnie dlatego GPU przestały być tylko sprzętem. Stały się surowcem strategicznym. Kto ma moc obliczeniową, ten szybciej trenuje modele, testuje aplikacje i wdraża AI w przemyśle. Reszta po prostu czeka w kolejce.

Korea ma tak naprawdę tu szczególną pozycję. Jest potęgą półprzewodnikową, domem Samsunga i SK Hynix, a jednocześnie nie kontroluje najważniejszego ogniwa w dzisiejszym wyścigu AI: najbardziej pożądanych akceleratorów Nvidii. To paradoks kraju, który produkuje kluczową pamięć dla świata AI, ale sam musi zabiegać o dostęp do gotowych platform obliczeniowych.

Vera Rubin to coś więcej, niż po prostu nowa karta graficzna

Vera Rubin to kolejna generacja platformy Nvidii do wielkich centrów AI. Nie chodzi tu o jedną kartę graficzną, tylko o całe szafy obliczeniowe łączące GPU, CPU, pamięć, sieć i oprogramowanie w jeden system. Takie rozwiązania są projektowane dla tzw. fabryk AI, czyli centrów danych, które masowo produkują odpowiedzi modeli, analizują dane i obsługują agentowe systemy AI.

Sama Nvidia opisuje układy Rubin jako platformę dla kolejnej fali AI, szczególnie dla systemów wymagających długiego kontekstu, rozumowania wieloetapowego i ogromnej przepustowości pamięci. Oznacza to, że Korea nie walczy o sprzęt z dzisiejszej półki, ale o wejście do następnej generacji infrastruktury.

Nvidia przyjechała po pamięć, Korea po moc obliczeniową

Cała sprawa ma jeszcze drugą stronę. Nvidia tak naprawdę również potrzebuje Korei. SK Hynix i Samsung należą do najważniejszych producentów pamięci, bez której najnowsze akceleratory AI nie osiągnęłyby wymaganej wydajności. Szczególnie chodzi o HBM, czyli pamięć o bardzo wysokiej przepustowości, układaną warstwowo i montowaną blisko procesora.

Relacja jest więc tutaj dwukierunkowa. Korea potrzebuje GPU Nvidii, żeby rozwijać własne modele i centra AI. Nvidia potrzebuje koreańskiej pamięci, partnerów przemysłowych i klientów, którzy będą budować wielkie centra danych. W ostatnich dniach amerykańska firma zacieśniła współpracę z SK Hynix, SK Telecom, Naverem, LG, Hyundaiem i Doosanem.

Przeczytaj także:

To już nie jest zwykła sprzedaż chipów, tylko budowa całego ekosystemu. Pamięć, serwery, chmura, robotyka, fabryki, autonomiczne samochody i modele AI – wszystko ma działać razem, w jednym obiegu. Korea chce przerzucić swoją przemysłową przewagę z elektroniki i półprzewodników prosto w erę sztucznej inteligencji. Nie doganiać, tylko wejść tam z tym, co już ma najlepszego.

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

To nie chatboty są najgroźniejsze. Prawdziwy koszmar to DNA na zamówienie

13 czerwca 2026, 09:00

Największe firmy od sztucznej inteligencji rzadko kiedy mówią jednym głosem, ale tym razem znalazły wspólny temat: biobezpieczeństwo. OpenAI, Anthropic, Google DeepMind, Microsoft AI oraz przedstawiciele branży syntezy DNA apelują o ostrzejsze przepisy dotyczące zamówień syntetycznego materiału genetycznego. Najgroźniejszy scenariusz nie polega na tym, że chatbot sam stworzy broń biologiczną. Problem zaczyna się wtedy, gdy coraz lepsze modele AI spotykają się z coraz tańszą biologią na zamówienie.

AI nie musi mieć laboratorium. Wystarczy, że obniży próg wejścia

Debata o zagrożeniach ze strony sztucznej inteligencji często skręca w stronę obrazków rodem z kina: autonomiczne roboty, superinteligencja, systemy wymykające się spod kontroli. Tymczasem jedno z bardziej przyziemnych, a przez to bardziej niepokojących ryzyk leży zupełnie gdzie indziej. Chodzi o sytuację, w której AI nie robi nic fizycznie, ale podpowiada, porządkuje, wyszukuje i skraca drogę do działań, które wcześniej wymagały specjalistycznej wiedzy.

W biologii syntetycznej taka różnica ma naprawdę ogromne znaczenie. Jeszcze niedawno zaprojektowanie, zamówienie i złożenie określonego materiału genetycznego wymagało doświadczenia, dostępu do fachowej literatury, znajomości laboratoriów i praktycznych ograniczeń. Dziś część tej wiedzy może być przetwarzana przez modele AI. Nie oznacza to oczywiście, że każdy użytkownik po krótkiej rozmowie z chatbotem staje się od razu biologiem molekularnym. Oznacza jednak, że wiedza, która była rozproszona i trudna do uporządkowania, może stać się łatwiejsza do uzyskania.

Największa luka kryje się w zamawianiu DNA

Syntetyczne DNA i RNA są dziś fundamentem nowoczesnej biologii. Dzięki nim rozwija się diagnostyka, badania nad lekami, szczepionki, inżynieria białek i biotechnologia przemysłowa. Zamawianie fragmentów materiału genetycznego nie jest samo w sobie podejrzane. Dla laboratoriów, firm i uczelni to codzienna infrastruktura nauki.

Największy problem polega na tym, że ta sama infrastruktura ma charakter podwójnego zastosowania. Może służyć do tworzenia leków i szczepionek, ale może też zostać nadużyta. Dlatego firmy zajmujące się syntezą DNA od lat stosują różne formy screeningu, czyli sprawdzania, czy zamawiana sekwencja nie przypomina materiału związanego z niebezpiecznymi organizmami, toksynami lub patogenami.

Tyle że takie kontrole nie są wszędzie obowiązkowe ani prowadzone w ten sam sposób. Najwięksi dostawcy często mają własne procedury bezpieczeństwa, sprawdzają klientów i analizują zamawiane sekwencje pod kątem potencjalnych zagrożeń. Problem w tym, że nie wszyscy robią to równie dokładnie. A ponieważ biologia syntetyczna działa globalnie, słabsze ogniwo w jednym kraju może osłabić bezpieczeństwo całego systemu.

Konkurenci z Doliny Krzemowej nagle mówią jednym głosem

Wśród sygnatariuszy listu otwartego do władz USA są osoby i organizacje, które na co dzień konkurują lub spierają się o kierunek rozwoju AI. OpenAI, Anthropic, Google DeepMind, Microsoft AI, Meta oraz firmy z branży syntezy genetycznej nie mają identycznych interesów. Tym bardziej znaczące jest to, że w tej sprawie występują razem.

Ich przekaz jest prosty: AI i biologia syntetyczna rozwijają się tak szybko, że dobrowolne zabezpieczenia mogą już nie wystarczać. Właśnie dlatego potrzebne są przepisy obejmujące wszystkich dostawców syntetycznego DNA i RNA. Nie chodzi przy tym wyłącznie o sprawdzanie zamawianych sekwencji, ale także o weryfikację klientów i prowadzenie dokumentacji zamówień.

Sam screening sekwencji nie rozwiązuje wszystkiego, bo niebezpieczny projekt może być maskowany, dzielony na fragmenty albo zamawiany w kilku miejscach. Weryfikacja klienta również nie jakimś świetnym rozwiązaniem, bo legalnie wyglądające podmioty mogą być wykorzystywane niezgodnie z przeznaczeniem. Dopiero połączenie kilku zabezpieczeń daje sensowną warstwę ochrony.

Chodzi więc o zbudowanie odpowiednika kontroli na styku świata cyfrowego i biologicznego. Model AI może wygenerować odpowiedź, ale dopiero zamówienie syntetycznego materiału genetycznego przenosi sprawę z ekranu do świata rzeczywistego.

Biologia syntetyczna jest zbyt cenna, by ją po prostu zablokować

Najgorszą reakcją byłaby teraz panika i wrzucenie całej syntezy DNA do worka z zagrożeniami. To technologia, bez której współczesna biotechnologia rozwijałaby się znacznie wolniej. Syntetyczne sekwencje są potrzebne w pracach nad lekami, szczepionkami, testami diagnostycznymi, enzymami, terapiami genowymi i badaniami podstawowymi.

Właśnie dlatego regulacja musi być przede wszystkim precyzyjna. Celem nie jest zatrzymanie nauki, ale ograniczenie możliwości nadużyć. Dobrze zaprojektowany screening powinien działać tak, aby legalne zamówienia przechodziły sprawnie, a podejrzane trafiały do dodatkowej kontroli. To trudne, bo system musi rozpoznawać ryzyko, nie ujawniając przy okazji wrażliwych baz danych ani tajemnic firm i laboratoriów.

Dostawcy DNA muszą sprawdzać zamówienia, ale klienci często nie chcą ujawniać więcej niż to konieczne, bo sekwencje mogą być częścią własności intelektualnej. Z drugiej strony baza zagrożeń też nie powinna być prosto dostępna dla osób, które chciałyby ją obejść.

Dotychczasowe zabezpieczenia mają dziury

Już wcześniej badacze pokazywali, że AI może projektować warianty niebezpiecznych białek w taki sposób, że klasyczne systemy bezpieczeństwa nie zawsze je rozpoznają. To nie oznacza, że takie cząsteczki od razu działają w świecie fizycznym. Oznacza jednak, że narzędzia ochronne muszą nadążać za narzędziami projektowania.

Dotychczasowe podejście polegało w dużej mierze na porównywaniu zamówień z bazami znanych zagrożeń. Jeśli sekwencja przypominała coś wyraźnie niebezpiecznego, system mógł ją oznaczyć. Problem zaczyna się wtedy, gdy AI pomaga tworzyć warianty, które nadal mogą mieć podobną funkcję, ale wyglądają wystarczająco inaczej, by prostsze systemy ich nie wychwyciły.

Przeczytaj także:

Jest to więc wyścig między projektowaniem a detekcją. Modele białkowe i generatywne narzędzia biologiczne mogą przyspieszać odkrycia medyczne, ale jednocześnie utrudniać pracę systemom, które patrzą tylko na znane wzorce. Zabezpieczenia muszą więc stawać się bardziej inteligentne, a nie tylko bardziej restrykcyjne.

I tu wracamy do głównego punktu: samo przykręcenie śruby chatbotom nie wystarczy. Kontrola musi obejmować także miejsca, w których cyfrowy projekt może zamienić się w fizyczny materiał.

*Źródło grafiki wprowadzającej: AI; Canva Pro

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

Bez tego chaosu twoje hasła to fikcja. Znaleźli sposób na luki w sieci

13 czerwca 2026, 08:45

Internet działa dzięki czemuś, o czym na co dzień prawie nie myślimy: naprawdę losowym liczbom. To właśnie one są wykorzystywane do tworzenia kluczy szyfrujących, podpisów cyfrowych i zabezpieczania transakcji. Gdy taka losowość staje się choć trochę przewidywalna, bezpieczeństwo całego systemu może być poddane wątpliwości.

Naukowcy z National University of Singapore opracowali chip kwantowy, który nie tylko generuje certyfikowane liczby losowe, lecz także na bieżąco kontroluje, czy jego układ pomiarowy działa poprawnie. Brzmi to trochę jak coś, czym przejmują się tylko inżynierowie, jednak w kryptografii właśnie od takich rzeczy bardzo często zależy, czy tajny klucz faktycznie pozostaje tajny.

Losowość to fundament cyfrowego świata

Kiedy logujemy się do banku, podpisujemy dokument elektroniczny albo korzystamy z zaszyfrowanej komunikacji, to gdzieś w tle pojawiają się liczby losowe. Komputer potrzebuje ich do tworzenia kluczy i parametrów, których przeciwnik nie powinien być w stanie odgadnąć.

Problem polega jednak na tym, że komputery z natury są maszynami wykonującymi z góry określone instrukcje. Bardzo dobrze udają losowość, ale często robią to za pomocą algorytmów, czyli przepisów. Takie liczby nazywa się pseudolosowymi. Dla wielu zastosowań to wystarcza, ale w bezpieczeństwie cyfrowym margines błędu jest znacznie mniejszy.

Właśnie dlatego od lat rozwija się generatory wykorzystujące zjawiska fizyczne. W świecie kwantowym pewne wyniki pomiarów są z natury nieprzewidywalne, a więc mogą stać się źródłem prawdziwej losowości. Sama kwantowość nie rozwiązuje jednak wszystkiego. Trzeba jeszcze mieć pewność, że urządzenie mierzące te zjawiska naprawdę działa tak, jak powinno.

Prawdziwy problem zaczynał się tam, gdzie kończyła się kontrola sprzętu

Dotychczasowe generatory liczb losowych, także kwantowe, opierały się na założeniu, że sprzęt działa dokładnie tak, jak deklaruje producent. Jeśli laser, detektor i elektronika przeszły testy, użytkownik po prostu przyjmuje, że wszystko nadal jest poprawnie skalibrowane, nie zmieniło swoich parametrów i nikt nie ingerował w działanie urządzenia.

Takie rozumowanie jest sensowne, ale bardzo niebezpieczne. Detektor może z czasem zmienić swoje parametry. Układ może się rozregulować, ktoś może próbować celowo wpłynąć na pracę urządzenia, a jeśli generator zacznie produkować liczby z drobnym wzorcem, którego użytkownik nie zauważy, atakujący może dostać dokładnie to, czego potrzebuje: przewidywalność tam, gdzie miała być pełna nieprzewidywalność.

Nowy chip został zaprojektowany właśnie z myślą o tym problemie. Nie opiera się na założeniu, że część pomiarowa zawsze działa zgodnie z oczekiwaniami. Zamiast tego wykorzystuje mechanizmy pozwalające na bieżąco weryfikować poprawność jej działania.

Układ kontroluje własny detektor w czasie działania

Rozwiązanie działa w taki sposób, że nie trzeba zakładać, iż detektor zawsze pokazuje prawdę. Detektory są jednym z najbardziej problematycznych elementów takich układów, więc ma to sens. Zamiast ślepo ufać pomiarowi, system opiera się na dobrze kontrolowanych stanach światła i na ich podstawie ocenia, czy wynikom można wierzyć.

Chip przygotowuje znane stany kwantowe światła, mierzy je za pomocą wbudowanego detektora, a następnie porównuje wyniki z tym, czego należy oczekiwać zgodnie z teorią kwantową. Można to porównać do sprawdzania wagi za pomocą odważnika o znanej masie. Jeśli odczyt się zgadza, urządzenie może dalej przetwarzać dane i wyprowadzać certyfikowane losowe bity. Jeśli test wypada źle, protokół zatrzymuje pracę i nie wypuszcza losowości na zewnątrz.

Sam fakt, że urządzenie wykorzystuje zjawiska kwantowe, nie wystarcza jeszcze do budowania zaufania. Istotne jest to, że chip potrafi na bieżąco kontrolować działanie układu pomiarowego i wykrywać nieprawidłowości. Oznacza to dodatkową warstwę zabezpieczenia, która zmniejsza ryzyko, że błędne pomiary wpłyną na jakość generowanej losowości.

Kwantowa autokontrola zamiast ślepego zaufania do urządzeń

Równie istotne jest to, że mówimy o chipie fotonicznym wykonanym na platformie krzemowej. Fotonika krzemowa wykorzystuje światło do przesyłania i przetwarzania informacji w strukturach produkowanych metodami zbliżonymi do tych, które stosuje się w przemyśle półprzewodników. Dzięki temu taka technologia ma większą szansę na miniaturyzację i produkcję w większej skali.

Nowy układ mieści zarówno enkoder sygnału, jak i detektor optyczny na jednej platformie. Powstał w procesie wykorzystującym 8-calowe wafle krzemowe, czyli format kojarzony z komercyjną produkcją układów scalonych. Co ważne, urządzenie działa w temperaturze pokojowej. Nie wymaga kriogenicznego chłodzenia ani specjalistycznych detektorów pojedynczych fotonów, które zwykle komplikują drogę od eksperymentu do praktycznego sprzętu.

Nie oznacza to oczywiście, że taki chip już za chwilę znajdzie się w każdym routerze czy smartfonie. Jest to jednak ważny krok, bo w cyberbezpieczeństwie liczy się nie tylko sam pomysł, ale też możliwość wdrożenia go w praktyce. Ostatecznie technologia musi dać się miniaturyzować, integrować z innymi układami i produkować na większą skalę.

Bezpieczeństwo jest wysokie, szybkość na razie skromna

Chyba największym atutem nowego generatora jest wysoki poziom certyfikacji losowości na chipie. Analiza bezpieczeństwa zakłada nawet przeciwnika wyposażonego w możliwości kwantowe, czyli scenariusz ostrzejszy niż klasyczne testowanie sprzętu. Ma to znaczenie zwłaszcza dziś, gdy rozwój komputerów kwantowych sprawia, że o przyszłych zabezpieczeniach trzeba myśleć już teraz.

Cena za takie gwarancje jest jednak bardzo odczuwalna. W eksperymencie generator osiągał 64 bity na sekundę. To bardzo mało w porównaniu z komercyjnymi generatorami kwantowymi, które potrafią generować ponad 100 gigabitów na sekundę. Różnica wynika z zastosowanego podejścia. Komercyjne rozwiązania zakładają poprawne działanie wszystkich elementów sprzętu, natomiast nowy system dodatkowo weryfikuje pracę układu pomiarowego.

Przeczytaj także:

Największym ograniczeniem okazała się sprawność detektora. W eksperymencie osiągnął on 69,1 proc., czyli nieco powyżej wymaganego progu 67 proc. Badacze mają już jednak ulepszone fotodiody o sprawności 92,4 proc. Symulacje wskazują, że z takimi elementami ten sam protokół mógłby dojść do 68 megabitów na sekundę. To wciąż mniej niż oferują najszybsze komercyjne rozwiązania, ale byłby to ogromny skok w porównaniu z wynikami uzyskanymi w obecnym eksperymencie.

*Źródło grafiki wprowadzającej: College of Design and Engineering / NUS

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

Scrollujesz i nie możesz przestać? Wyjaśnili, gdzie jest haczyk

13 czerwca 2026, 08:30

Sięgasz po telefon tylko na moment, a po chwili orientujesz się, że minęło już 40 minut? Taką sytuację chyba zna niemal każdy, kto choć raz dał się wciągnąć w niekończące się przewijanie filmików, postów i powiadomień. Badacze z Penn State przekonują jednak, że rozmowa o ekranach zbyt często zaczyna się od złego pytania. Nie wystarczy pytać, ile czasu spędzamy z telefonem. Trzeba zapytać, co dokładnie robimy, po co po niego sięgamy, o której godzinie i w jakim stanie odkładamy go z powrotem.

Nie każdy czas przed ekranem jest taki sam

Przez lata każdą minutę spędzoną przed ekranem traktowano jako zjawisko o identycznym działaniu. Takie podejście w rzeczywistości jest tak naprawdę tylko krzywdzącym i fałszywym uproszczeniem. Godzina pracy na laptopie, rozmowa wideo z bliską osobą, nauka języka w aplikacji i bezmyślne przewijanie krótkich filmów przed snem może i formalnie są czasem ekranowym, jednak psychologicznie to zupełnie różne sytuacje.

Nelson Roque i Rinanda Shaleha z Penn State proponują, żeby patrzeć na cyfrowe aktywności w znacznie szerszym kontekście. Według nich znaczenie ma nie tylko długość korzystania z ekranu, lecz także pora dnia, cel użycia, poziom interaktywności oraz struktura treści. Dopiero te elementy pozwalają tak naprawdę ocenić, czy telefon był narzędziem, wsparciem, rozrywką czy cyfrową pułapką.

To niezwykle ważna, wręcz kluczowa wskazówka także dla rodziców, którzy nierzadko gubią się w cyfrowym gąszczu zakazów i nakazów. Suche statystyki i sama informacja o tym, ile dokładnie godzin czy minut dziecko spędziło wpatrzone w ekran, w rzeczywistości niewiele nam mówią o rzeczywistym wpływie technologii na jego rozwój. Znacznie ważniejsze jest to, co w tym czasie robiło. Telefon może służyć do rozmów z przyjaciółmi, nauki czy rozwijania zainteresowań, ale może też wciągać w bezrefleksyjne przewijanie treści i stopniowo zabierać czas na sen, koncentrację czy inne aktywności.

Dlaczego tak trudno przestać nam scrollować?

Okazuje się, że najbardziej problematyczne nie jest samo patrzenie w ekran, lecz sposób, w jaki zaprojektowano część cyfrowych usług. Szczególną rolę odgrywa tu nieskończone przewijanie, czyli mechanizm, w którym kolejne posty lub filmy pojawiają się bez wyraźnego końca. Użytkownik nie musi niczego wybierać ani uruchamiać od nowa. Wystarczy zwykły ruch palcem.

Chociaż to niby tylko ruch palcem, to działa zaskakująco skutecznie. Po każdym filmie czy poście pojawia się myśl, że następny może być jeszcze ciekawszy, śmieszniejszy albo po prostu bardziej wart uwagi. I właśnie to sprawia, że łatwo zostać dłużej, niż się planowało. Nikt zwykle nie siada z zamiarem scrollowania przez godzinę. Problem w tym, że trudno znaleźć moment, który podpowiadałby, że czas skończyć.

Badacze łączą to bezpośrednio z Dark UX, czyli z manipulacyjnym projektowaniem usług cyfrowych. Chodzi o takie rozwiązania, które kierują zachowaniem użytkownika bardziej w interesie platformy niż jego samego. A w interesie platform jest zatrzymać naszą uwagę jak najdłużej.

Shortsy potrafią po prostu męczyć nasz mózg

Osobny problem dotyczy samej struktury treści. Długi film, artykuł czy rozmowa mają zwykle pewną narrację. Mózg może zbudować kontekst, śledzić wątek i porządkować informacje. Krótkie, pocięte materiały działają inaczej. Co kilka lub kilkanaście sekund trzeba przestawić się na nową scenę, nowy dźwięk, nowy temat i nowy bodziec.

To bardzo obciąża naszą pamięć roboczą, czyli system umysłowy odpowiedzialny za krótkotrwałe przechowywanie i przetwarzanie informacji potrzebnych tu i teraz. Mózg musi ciągle ładować nowe dane, po czym natychmiast je wyrzucać, bo pojawia się kolejny fragment. Po serii takich treści można mieć poczucie, że było intensywnie, ale trudno powiedzieć, co właściwie zostało w głowie.

Nie oznacza to oczywiście, że każdy krótki film jest automatycznie szkodliwy. Problem zaczyna się wtedy, gdy cała aktywność staje się pasywna, poszatkowana i oderwana od konkretnego celu. Zwłaszcza gdy dzieje się to późno w nocy, kosztem snu, pracy, nauki albo relacji z innymi ludźmi.

Doomscrolling to nie jest słabość naszego charakteru

To, że ktoś często sięga po telefon, nie musi od razu oznaczać zaburzenia. Naukowcy zwracają uwagę na coś bardziej przyziemnego: nawyki związane z ekranami, które mogą wymykać się spod kontroli, zwłaszcza gdy scrollowanie staje się sposobem na odreagowanie stresu, zabicie nudy albo ucieczkę od trudnych emocji.

Doomscrolling, czyli kompulsywne przewijanie negatywnych wiadomości lub treści, często nie zaczyna się od świadomej decyzji. Może być próbą odzyskania kontroli przez sprawdzanie kolejnych informacji. Paradoks polega na tym, że im więcej człowiek sprawdza, tym bardziej może czuć napięcie i tym trudniej mu przerwać.

Przeczytaj także:

Właśnie dlatego nie warto pytać wyłącznie o to, ile czasu spędziliśmy z telefonem. Często ważniejsze jest, po co po niego sięgnęliśmy i jak się czuliśmy, kiedy go odłożyliśmy. Jeśli ekran pomógł coś załatwić, skontaktować się z kimś albo po prostu na chwilę odpocząć, trudno mówić o problemie. Jeśli jednak przez scrollowanie zarwaliśmy sen, pogorszył nam się nastrój albo odłożyliśmy ważniejsze sprawy na później, sama liczba minut niewiele mówi o tym, co naprawdę się wydarzyło.

*Źródło grafiki wprowadzającej: andrei-stoicas-images / Canva Pro

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

Airbus wyrzuca pilota ze śmigłowca. H145 będzie latał bez załogi

13 czerwca 2026, 08:00

Airbus zapowiedział właśnie prezentację U145 podczas salonu ILA Berlin. Na miejscu ma zostać pokazana pełnowymiarowa makieta nowej maszyny. U145 nie jest jeszcze seryjnym śmigłowcem gotowym do wejścia do jednostek wojskowych lub służb ratowniczych. Pierwszy lot zaplanowano na koniec 2026 r., a i ten ma odbyć się z pilotem bezpieczeństwa na pokładzie. Dopiero początek kolejnej dekady ma przynieść wejście systemu do służby.

U145 ma być bezzałogową wersją dobrze znanego H145, czyli lekkiego, dwusilnikowego śmigłowca używanego dziś przez służby ratunkowe, policję, wojsko i operatorów cywilnych. Airbus nie buduje wszystkiego od zera. Zamiast tworzyć nową konstrukcję, bierze sprawdzoną maszynę z milionami godzin nalotu i rozwiniętym zapleczem serwisowym, a potem usuwa z niej elementy, które w wersji bezzałogowej nie są już potrzebne.

Najbardziej widoczna zmiana dotyczy tak naprawdę samego kokpitu. U145 ma nie mieć kabiny pilotów w tradycyjnym rozumieniu. Skoro na pokładzie nie będzie załogi, projektanci mogą inaczej zagospodarować przestrzeń i dostosować maszynę przede wszystkim do przewozu ładunków oraz wykonywania konkretnych zadań.

Pilot znika, ładunek dostaje więcej miejsca

W klasycznym śmigłowcu załoga narzuca wiele wymagań projektowych. Potrzebny jest kokpit, fotele, sterownice, przyrządy, osłony, systemy bezpieczeństwa, przestrzeń życiowa i rozwiązania umożliwiające ludziom pracę w locie. W bezzałogowej wersji część z tych elementów można wyrzucić albo przenieść do systemu zdalnego nadzoru.

Airbus chce wykorzystać tę zmianę w bardzo ciekawy sposób. U145 ma otrzymać m.in. zintegrowane drzwi w nosie z rozkładanym stołem załadunkowym oraz specjalną podłogę cargo. To jasno udowadnia, że podstawowym zadaniem maszyny ma być transport. Nie pościg za futurystycznym dronem bojowym, tylko przewożenie ładunków tam, gdzie wysyłanie klasycznego śmigłowca z załogą jest drogie, ryzykowne albo logistycznie kłopotliwe.

Maksymalna masa startowa U145 ma wynosić 3800 kg. To stawia maszynę znacznie powyżej typowych małych dronów transportowych. Mówimy o bezzałogowym śmigłowcu, który zachowuje sensowny udźwig, zasięg i użyteczność klasycznej platformy, ale nie wymaga obecności pilotów na pokładzie.

To ma być latający dostawczak dla wojska i służb

Airbus opisuje U145 jako platformę, którą można dostosować do różnych zadań. Najważniejszym zastosowaniem ma być oczywiście transport dużych ładunków, ale lista możliwych misji jest znacznie szersza. W grę wchodzą działania ratownicze, zarządzanie kryzysowe, gaszenie pożarów, rozpoznanie, obserwacja, uzbrojone patrolowanie, współpraca z załogowymi statkami powietrznymi, a nawet rola powietrznego nosiciela mniejszych dronów lub efektorów.

Ponadto Airbus wskazuje możliwość użycia U145 jako platformy dla mniejszych systemów wypuszczanych z większego statku powietrznego. Mogą to być drony rozpoznawcze, środki walki elektronicznej, wabiki albo w przyszłości uzbrojone efektory. W tym obszarze Airbus współpracuje z MBDA, czyli jednym z najważniejszych europejskich producentów uzbrojenia rakietowego.

Właśnie tak zmienia się dziś lotnictwo wojskowe. Coraz rzadziej liczy się pojedyncza maszyna wykonująca jedno zadanie. Znacznie ważniejsze staje się współdziałanie wielu różnych platform. Śmigłowiec załogowy, bezzałogowy U145, mniejsze drony, sensory i systemy dowodzenia mają tworzyć jeden organizm. Człowiek nadal pozostaje w centrum całego procesu, ale nie musi już siedzieć na pokładzie każdej maszyny.

Autonomia zamiast klasycznego pilotażu

U145 ma dostać wyspecjalizowany zestaw sensorów i rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, które umożliwią pełną autonomię. Nie oznacza tu ona jednak, że maszyna będzie samowolnie decydowała o wszystkim. Będzie to raczej połączenie automatycznego lotu, planowania trasy, omijania przeszkód, reagowania na warunki misji i nadzoru człowieka z ziemi lub z innej platformy.

To szczególnie ważne w śmigłowcu. Samolot bezzałogowy często startuje z pasa albo katapulty, leci na wysokości i wykonuje zaplanowaną trasę. Śmigłowiec operuje bliżej ziemi, w trudniejszym otoczeniu, często w pobliżu przeszkód, budynków, drzew, masztów, przewodów energetycznych i ludzi. Lądowanie w terenie przygodnym jest dużo bardziej skomplikowane niż lot po prostej na dużej wysokości.

Właśnie dlatego zestaw czujników i systemów pokładowych U145 będzie miał naprawdę ogromne znaczenie. Maszyna musi orientować się w otoczeniu, wiedzieć, gdzie się znajduje, utrzymywać stabilny lot i reagować na zmieniające się warunki, takie jak wiatr, przeszkody czy awarie. Jednocześnie ma wykonywać swoje zadania, niezależnie od tego, czy będzie transportować ładunki, czy prowadzić rozpoznanie. W zastosowaniach wojskowych dochodzą jeszcze zakłócenia elektroniczne, problemy z sygnałem nawigacyjnym i możliwość utraty łączności.

Airbus korzysta z doświadczeń VSR700

U145 nie jest pierwszą próbą Airbusa w świecie bezzałogowych śmigłowców. Wcześniej firma rozwijała VSR700, czyli bezzałogowy system oparty na lekkim śmigłowcu Cabri G2. VSR700 powstał przede wszystkim z myślą o operacjach morskich, rozpoznaniu, obserwacji i wsparciu okrętów.

Przeczytaj także:

Pamiętajmy, że zbudowanie śmigłowca bezzałogowego to nie jest po prostu kwestia wyjęcia pilota z kabiny i włączenia autopilota. Trzeba ogarnąć bezpieczne starty i lądowania, niezawodną łączność, współpracę z systemami dowodzenia oraz całą logistykę obsługi takiej maszyny. VSR700 pozwolił Airbusowi zdobyć sporo praktycznego doświadczenia, ale U145 to już projekt o znacznie większej skali i dużo szerszych możliwościach.

*Źródło zdjęcia wprowadzającego: Airbus

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

Wpuścili AI do tajnych danych armii. Ma działać nawet pod ostrzałem

13 czerwca 2026, 07:30

Sztuczna inteligencja coraz śmielej wchodzi do wojska i przestaje być tylko elementem prezentacji o przyszłości pola walki. US Navy dopuściła platformę EdgeRunner OS do pracy z danymi niejawnymi do poziomu Secret. Najciekawsze jest jednak nie samo wykorzystanie AI, ale sposób jej działania. System ma pracować lokalnie, bez stałego dostępu do internetu, bez wysyłania danych do publicznej chmury i nawet wtedy, gdy łączność jest ograniczona albo całkowicie niedostępna.

To nie jest tylko chatbot dla żołnierzy

EdgeRunner AI otrzymał właśnie od US Navy akredytację Impact Level 6 Authority to Operate. W amerykańskim systemie bezpieczeństwa informacyjnego IL6 oznacza środowisko przeznaczone do przetwarzania informacji niejawnych do poziomu Secret. To już nie są zwykłe dokumenty administracyjne, publiczne raporty czy ogólne dane szkoleniowe. To kategoria, w której pojawiają się informacje operacyjne, wrażliwe systemy i materiały wymagające bardzo ścisłej kontroli dostępu.

Authority to Operate, w skrócie ATO, to formalna zgoda na uruchomienie systemu w określonym środowisku po przejściu procedur bezpieczeństwa. Dla firmy technologicznej oznacza to wejście przez jedną z najtrudniejszych bram w amerykańskiej obronności. Dla marynarki oznacza możliwość wpinania takiego narzędzia w bardziej wrażliwe procesy.

EdgeRunner OS został też wpisany do DADMS, czyli rejestru aplikacji, systemów i technologii zatwierdzonych dla Departamentu Marynarki. Bez takiego formalnego dopuszczenia nawet ciekawa technologia pozostaje jedynie demonstratorem albo rozwiązaniem do testów na mniej wrażliwych danych. Mówimy tu więc o przejściu do kategorii, w której AI może zacząć pracować na materiałach, których nie wolno po prostu wkleić do zwykłego narzędzia w chmurze.

To właśnie lokalne działanie robi największą różnicę

Cała idea EdgeRunnera opiera się na sztucznej inteligencji działającej na urządzeniu albo w lokalnej infrastrukturze, a nie na stałym połączeniu z dużym centrum danych. W cywilnym świecie przyzwyczailiśmy się do tego, że chatboty i modele AI działają na zewnętrznych serwerach, często w dużych centrach danych rozsianych po świecie. Użytkownik wpisuje pytanie, dane lecą do chmury, model generuje odpowiedź, wynik wraca na ekran.

W warunkach wojskowych taki model działania ma jednak bardzo istotne ograniczenia. Łączność nie zawsze jest dostępna, a w czasie konfliktu może być zakłócana, przechwytywana lub celowo ograniczana przez przeciwnika. Dodatkowo dane operacyjne i informacje niejawne nie mogą być swobodnie przesyłane przez komercyjną infrastrukturę. Znaczenie mają również opóźnienia – w sytuacjach operacyjnych dostęp do informacji musi być natychmiastowy, niezależnie od stanu połączenia z zewnętrznymi systemami.

Właśnie dlatego wojskowa AI coraz mocniej przesuwa się na tzw. tactical edge, czyli możliwie blisko użytkownika i miejsca działania. To może być okręt, stanowisko dowodzenia, baza wysunięta, pojazd, laptop w zabezpieczonej sieci albo lokalny serwer. Model ma działać tam, gdzie są dane i żołnierze, a nie tam, gdzie akurat stoi cywilne centrum danych.

DDIL, czyli wojna bez luksusu dobrego internetu

W komunikatach firmy pojawia się skrót DDIL (Denied, Disrupted, Intermittent and Limited). Termin ten opisuje środowiska operacyjne, w których łączność jest niedostępna, zakłócana, okresowo przerywana lub znacząco ograniczona.Oznacza to warunki, w których nie można zakładać stałego dostępu do sieci ani niezawodnej wymiany danych z systemami zewnętrznymi.

Dla marynarki to niestety codzienny problem. Okręt operujący daleko od brzegu nie może zakładać, że zawsze będzie miał szerokopasmową, stabilną i bezpieczną łączność. W warunkach konfliktu przeciwnik będzie próbował zakłócać satelity, łącza radiowe, GPS, przesył danych i systemy dowodzenia. Im bardziej armia uzależnia się od danych, tym bardziej przeciwnik będzie uderzał w kanały ich przesyłu.

AI działająca lokalnie ma ograniczać tę zależność od zewnętrznej infrastruktury. Gdy model, dokumentacja, procedury, mapy, instrukcje i bazy wiedzy są dostępne bezpośrednio w miejscu prowadzenia działań, system może funkcjonować również przy zerwanej lub ograniczonej łączności. Pozwala to uniknąć konieczności przesyłania danych do odległych centrów przetwarzania, zmniejsza opóźnienia i ogranicza ryzyko związane z opuszczaniem przez wrażliwe informacje zabezpieczonego środowiska.

Zwykła chmura tu po prostu nie wystarczy

Cywilna sztuczna inteligencja bardzo często działa w oparciu o wielkie centra danych. To logiczne: duże modele wymagają ogromnych zasobów obliczeniowych, a użytkownik końcowy nie musi mieć potężnego sprzętu. Dla firm, szkół, redakcji czy konsumentów to wygodne. Dla wojska bywa niewystarczające.

Wrażliwe dane nie mogą być wysyłane do dowolnej infrastruktury. Systemy niejawne muszą działać w środowiskach o określonym poziomie zabezpieczeń. Do tego dochodzi problem suwerenności, łączności, kosztów, opóźnień i odporności na zakłócenia. W czasie pokoju chmura jest wygodna. W czasie wojny może stać się wąskim gardłem albo punktem zależności.

EdgeRunner stawia na mniejsze, wyspecjalizowane modele działające lokalnie. Firma chwaliła się modelem EdgeRunner 20B, szkolonym na danych wojskowych i dokumentacji specjalistycznej. Zamiast ogromnego uniwersalnego modelu, który wie po trochu o wszystkim, wojsko może potrzebować modelu mniejszego, ale lepiej dopasowanego do własnego języka, procedur i zadań.

To trochę jak różnica między ogólną encyklopedią a doświadczonym oficerem sztabowym. Encyklopedia zawiera mnóstwo informacji na różne tematy, ale specjalista zna realia działania organizacji, rozumie używane skróty, orientuje się w dokumentach i procedurach oraz wie, z jakimi problemami ludzie mierzą się na co dzień.

Tajne dane są paliwem i jednocześnie największym ryzykiem

Wejście AI do danych Secret jest przełomowe właśnie dlatego, że dane są paliwem takich systemów. Model bez dostępu do dokumentów, raportów i baz wiedzy jest tylko ogólnym narzędziem. Model dopuszczony do pracy w zabezpieczonym środowisku może odpowiadać na pytania dotyczące realnych procedur, planów, zdolności i ograniczeń.

To jednak jednocześnie największe ryzyko. AI może pomóc szybciej znaleźć informację, ale może też błędnie ją streścić, pomieszać źródła, wygenerować zbyt pewną odpowiedź albo ukryć niepewność za gładkim językiem. W cywilnym zastosowaniu taki błąd bywa po prostu irytujący. W środowisku wojskowym może prowadzić do złej decyzji operacyjnej.

Przeczytaj także:

Najważniejsze nie będzie więc to, czy EdgeRunner potrafi rozmawiać jak człowiek. Ważniejsze będzie, czy potrafi wskazywać źródła, działać przewidywalnie, respektować uprawnienia dostępu, nie mieszać poziomów klasyfikacji i pozostawiać ślad audytowy. W wojsku odpowiedź bez możliwości sprawdzenia jest mało warta, nawet jeśli brzmi świetnie.

*Źródło grafiki wprowadzającej: Canva Pro

Dziennikarz działu Technologie. O smartfonach i nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla KomputerŚwiat i dla nieistniejącego już PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Copywriter techniczny, motoryzacyjny i technologiczny. Współzałożyciel agencji marketingowej BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

Otrzymane przedwczoraj Spider's Web

Trump chce położyć łapę na OpenAI. Rząd USA wejdzie do spółki i podzieli zyski

8 czerwca 2026, 11:00

Administracja Donalda Trumpa miała rozpocząć wstępne rozmowy z największymi firmami sztucznej inteligencji o tym, czy rząd USA mógłby dostać udziały w ich biznesie. Oficjalnej decyzji nie ma, szczegóły są płynne, a sam pomysł pozostaje jeszcze na bardzo wczesnym etapie. Waszyngton coraz wyraźniej traktuje AI nie jak zwykłą branżę technologiczną, ale jak strategiczną infrastrukturę, na której państwo chce położyć łapę, zanim największe zyski trafią wyłącznie do inwestorów.

To jeszcze nie nacjonalizacja, ale jest kierunek aż nadto jasny

Przez lata amerykańskie big techy rosły głównie według zasad Doliny Krzemowej: prywatny kapitał, szybka ekspansja, ogromne wyceny i relatywnie luźna relacja z państwem, dopóki nie pojawiały się sprawy antymonopolowe, prywatność albo bezpieczeństwo narodowe. W przypadku AI ten układ zaczyna się zmieniać. I to bardzo.

Waszyngton najwyraźniej po prostu widzi, że modele sztucznej inteligencji, centra danych, układy scalone, energia i dane stają się infrastrukturą o znaczeniu porównywalnym z telekomunikacją, zbrojeniówką, sektorem kosmicznym albo energetyką. Jeśli AI ma przynieść biliony dolarów wartości, administracja chce móc powiedzieć wyborcom: to nie będzie tylko prywatna gorączka złota.

OpenAI ma iść na pierwszy ogień

W całej sprawie najwięcej uwagi przyciąga OpenAI. Nie dlatego, że inne firmy się nie liczą, ale dlatego, że ChatGPT stał się twarzą obecnej rewolucji AI. Spółka właśnie szykuje się do kolejnego rozdziału. Jeżeli firma rzeczywiście będzie zmierzać intensywniej w stronę giełdy, pytanie o to, kto zarobi na jej przyszłej wycenie, stanie się bardzo konkretne.

Według doniesień Reutersa, Sam Altman miał już wcześniej rozmawiać o podobnej idei z Donaldem Trumpem, a potem wracać do niej w kontaktach z wysokimi urzędnikami administracji. Skoro AI może radykalnie zwiększyć produktywność, zmienić rynek pracy i wygenerować gigantyczne bogactwo, część z tego bogactwa mogłaby trafić do obywateli?

Zwolennicy takiego rozwiązania argumentują, że rozwój AI nie odbywa się wyłącznie dzięki prywatnemu kapitałowi. Wskazują na rolę publicznych instytucji, infrastruktury, systemu edukacji, energetyki oraz zamówień rządowych, które tworzą warunki dla wzrostu całego sektora. W ich ocenie część korzyści finansowych generowanych przez AI powinna więc wracać do społeczeństwa.

Problem jednak w tym, że od hasła do konstrukcji prawnej jest jeszcze naprawdę bardzo daleko. Nie wiadomo, jaki rodzaj udziałów miałby trafić do państwa, czy dawałyby one prawo głosu, czy byłyby przekazywane dobrowolnie, czy w zamian za przywileje regulacyjne, kontrakty, gwarancje kredytowe albo dostęp do infrastruktury.

Pomysł na wypłaty dla obywateli brzmi kusząco, ale rodzi wiele pytań

Według pojawiających się pomysłów zyski z ewentualnych udziałów państwa w firmach AI mogłyby zasilać budżet albo trafiać bezpośrednio do obywateli w formie specjalnej dywidendy.

Propozycję można interpretować jako próbę adresowania dwóch równoległych nastrojów społecznych. Pierwszy to dostrzeganie gospodarczego potencjału AI i zdolności sektora technologicznego do generowania wysokich przychodów. Drugi wiąże się z obawami dotyczącymi wpływu AI na rynek pracy, obciążenia infrastruktury energetycznej oraz rosnącej koncentracji siły rynkowej w rękach największych podmiotów.

Przeczytaj także:

Dywidenda z AI byłaby więc polityczną odpowiedzią na lęk przed tym, że korzyści z technologii zostaną sprywatyzowane, a koszty społeczne rozłożone na wszystkich. Trump mógłby przedstawić taki mechanizm jako prostą transakcję: firmy dostają warunki do wzrostu, Amerykanie dostają udział w zyskach.

Tyle że historia takich pomysłów pokazuje, że łatwo je sprzedać, a trudno dobrze zaprojektować. Jeśli państwo dostaje udziały, pojawia się pytanie, kto nimi zarządza. Jeśli zyski mają trafiać do obywateli, trzeba określić zasady wypłat. Jeśli udziały są dobrowolne, trzeba wyjaśnić, dlaczego firmy miałyby je oddać. Jeśli nie są dobrowolne, zaczyna się zupełnie inna rozmowa o własności prywatnej i granicach interwencji państwa.

*Źródło grafiki wprowadzającej: Joey Sussman / Shutterstock; Canva Pro

Marcin Kusz

08.06.2026 11:00

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T10:17:44+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T10:04:46+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T09:08:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Webb wytropił kosmicznego potwora. Ma masę 6 mld Słońc i nie świeci

8 czerwca 2026, 06:20

Czarne dziury najłatwiej wykryć wtedy, gdy aktywnie pochłaniają materię i rozświetlają centrum swojej galaktyki. Ta była jednak wyjątkowo spokojna. Nie świeciła jak kwazar i nie dawała o sobie znać w oczywisty sposób, a mimo to astronomom udało się oszacować jej masę dzięki obserwacjom Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba. W centrum odległej galaktyki MRG-M0138 odkryto uśpioną czarną dziurę o masie około 6 mld Słońc.

Czarna dziura, której prawie nie było widać

Najprostszy sposób szukania supermasywnych czarnych dziur polega na wypatrywaniu ich uczty. Gdy gaz i pył spadają w stronę takiego obiektu, to materia rozgrzewa się do ogromnych temperatur i zaczyna świecić. W skrajnych przypadkach powstaje kwazar, czyli jedno z najjaśniejszych źródeł promieniowania we Wszechświecie. Takie obiekty da się zobaczyć z gigantycznych odległości, bo same robią wszystko, żeby zwrócić na siebie uwagę.

MRG-M0138 jest inna. To masywna, stara jak na swoją epokę galaktyka, która przestała intensywnie tworzyć nowe gwiazdy. Jej centralna czarna dziura również nie jest aktywna w typowym sensie. Nie ma tam jasnego, rozgrzanego dysku akrecyjnego, który krzyczałby do teleskopów: tutaj jestem.

Dla astronomów to znacznie trudniejszy przypadek, ale też znacznie cenniejszy. Aktywne czarne dziury są efektowne, lecz ich blask potrafi przesłaniać galaktykę gospodarza. Uśpiona czarna dziura nie oślepia obserwatorów, więc pozwala lepiej badać samą galaktykę i relację między masą czarnej dziury a ruchem gwiazd wokół niej.

Grawitacja zdradziła jej masę. Webb odczytał ślad w ruchu gwiazd

Metoda zastosowana przez astronomów nazywa się dynamiką gwiazd. W uproszczeniu polega na mierzeniu, jak szybko poruszają się gwiazdy w centrum galaktyki. Jeśli w środku znajduje się bardzo masywny, niewidoczny obiekt, jego grawitacja przyspiesza gwiazdy w najbliższym otoczeniu. Im większa masa czarnej dziury, tym silniejszy efekt.

To trochę podobne do sposobu, w jaki badano czarną dziurę w centrum Drogi Mlecznej. Tam astronomowie przez lata obserwowali gwiazdy krążące wokół Sagittariusa A* i na podstawie ich orbit wyliczali masę ukrytego obiektu. W przypadku MRG-M0138 to niemożliwe, bo galaktyka znajduje się zbyt daleko, by śledzić pojedyncze gwiazdy. Zamiast tego badacze analizowali ruch całych populacji gwiazd w jej centralnych rejonach.

Dane z JWST pokazały, że model bez czarnej dziury nie potrafi odtworzyć obserwowanego wzrostu prędkości gwiazd w centrum. Dopiero dodanie obiektu o masie ok. 6 mld mas Słońca pasuje do układu. Czarna dziura nie musiała więc świecić, bo jej masa została zapisana w ruchu gwiazd.

Kosmiczna lupa zrobiła z niemożliwego pomiar

Bez pomocy natury taki pomiar byłby znacznie trudniejszy, a być może wręcz nawet niemożliwy. Najważniejszą rolę odegrało tu soczewkowanie grawitacyjne. Między Ziemią a MRG-M0138 znajduje się bardzo masywny obiekt, którego grawitacja zakrzywia i wzmacnia światło płynące z tej odległej galaktyki. W praktyce działa to jak gigantyczna kosmiczna lupa, która pozwala zobaczyć więcej szczegółów, niż byłoby to normalnie możliwe.

Dzięki temu obraz MRG-M0138 został powiększony ok. 30 razy. Dla astronomów to różnica między plamą a strukturą, w której da się wydzielić centrum i zmierzyć ruch gwiazd z wystarczającą dokładnością. Bez soczewkowania grawitacyjnego takie badanie najpewniej byłoby poza zasięgiem nawet JWST.

Do obserwacji wykorzystano instrument NIRSpec w trybie spektroskopii integralnego pola. Teleskop nie tylko robi obraz, lecz także rozbija światło z wielu małych fragmentów galaktyki na widmo. Z widma można odczytać prędkości gwiazd, ich rozkład i właściwości populacji gwiezdnej.

6 mld Słońc, gdy Wszechświat był jeszcze młody

Najbardziej imponująca w tym odkryciu jest chyba sama masa tej czarnej dziury, wynosząca około 6 mld mas Słońca. To prawdziwy gigant, porównywalny z obiektami napędzającymi najjaśniejsze kwazary. Tyle że tym razem astronomowie nie obserwowali czarnej dziury w trakcie intensywnego pochłaniania materii. Trafili na obiekt, który jest dziś praktycznie uśpiony.

Druga ważna liczba to czas. Światło MRG-M0138 leciało do nas ponad 10 mld lat. Widzimy tę galaktykę taką, jaka była, gdy Wszechświat miał ok. 3 mld lat, czyli mniej więcej jedną czwartą obecnego wieku. A już wtedy w jej centrum istniała czarna dziura większa niż większość supermasywnych czarnych dziur w znanych nam pobliskich galaktykach.

To nie jest łatwe do pogodzenia z wieloma modelami ewolucji Wszechświata. Tak ogromna masa musiała pojawić się stosunkowo szybko. Najbardziej prawdopodobne jest, że czarna dziura wcześniej przechodziła okres bardzo intensywnego wzrostu, świecąc jako kwazar i pochłaniając duże ilości materii. Z czasem paliwo mogło się jednak wyczerpać albo zostać usunięte z centralnych obszarów galaktyki, przez co obiekt stopniowo przeszedł w spokojniejszy, niemal niewidoczny stan.

Galaktyka też wygląda na wygaszoną

MRG-M0138 jest galaktyką spokojną, czyli taką, która nie tworzy już intensywnie nowych gwiazd. To ważny trop, bo czarne dziury i galaktyki nie ewoluują osobno. W wielu modelach supermasywna czarna dziura może wpływać na tempo powstawania gwiazd, ogrzewając lub wyrzucając gaz potrzebny do ich narodzin.

Jeśli w przeszłości czarna dziura w MRG-M0138 była aktywnym kwazarem, mogła wypchnąć z galaktyki część gazu albo podgrzać go na tyle, że przestał łatwo zapadać się w nowe gwiazdy. To mechanizm nazywany sprzężeniem zwrotnym aktywnego jądra galaktyki. Czarna dziura najpierw rośnie, a potem swoim promieniowaniem i wiatrami może zdusić dalszy wzrost galaktyki.

Nie da się na podstawie jednego obiektu bezpośrednio udowodnić całej historii przyczynowo-skutkowej. Astronomowie mówią raczej o zgodności z takim scenariusze. Jednak układ jest podejrzanie wymowny: ogromna czarna dziura, mało aktywna galaktyka i epoka, w której masywne galaktyki dopiero układały swoje dalsze losy.

Dlaczego uśpione czarne dziury są tak ważne?

Aktywne czarne dziury łatwo wypatrzyć, ale pokazują nam tylko fragment całej historii. Gdy czarna dziura świeci jako kwazar, obserwujemy ją w wyjątkowym momencie – wtedy, gdy intensywnie pochłania materię i ma pod dostatkiem paliwa. Przez większość swojego życia supermasywne czarne dziury mogą jednak pozostawać znacznie spokojniejsze, pochłaniając niewiele materii albo prawie wcale.

To trochę jak badanie zwierząt tylko wtedy, gdy jedzą. Można wtedy dowiedzieć się dużo o ich apetycie, ale mniej o całej populacji. Uśpione czarne dziury są trudniejsze do wykrycia, lecz mogą lepiej pokazywać, ile naprawdę masy zgromadziły centralne obiekty w galaktykach.

Przeczytaj także:

Do tej pory pomiary dynamiki gwiazd dla uśpionych czarnych dziur były domeną względnie bliskiego Wszechświata. Poprzednie podobne badania sięgały znacznie mniejszych odległości. MRG-M0138 przesuwa granicę o kosmologiczny skok, bo pokazuje, że tę metodę da się zastosować do galaktyki z czasów, gdy kosmos był dużo młodszy.

*Źródło grafiki wprowadzającej: AI; Canva Pro

Marcin Kusz

08.06.2026 06:20

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Zrobili paliwo ze słońca, wody i CO2. Oto skrót do przyszłości

8 czerwca 2026, 06:10

Panele słoneczne dają prąd, ale prąd nie zawsze łatwo przechować, przewieźć i wlać do zbiornika. Właśnie dlatego naukowcy od lat próbują zrobić coś bardziej podobnego do roślin: wykorzystać światło do produkcji związków chemicznych. Nowy sztuczny liść opracowany przez zespół z Yale robi właśnie to. Z wody, CO2 i światła słonecznego wytwarza metanol, czyli płynne paliwo i ważny surowiec przemysłowy.

Sztuczny liść nie jest liściem. Jest miniaturową fabryką chemii

Termin sztuczny liść odnosi się do urządzenia naśladującego proces fotosyntezy – konwersji energii świetlnej na energię wiązań chemicznych. W naturze rośliny wykorzystują w tym celu wodę i CO2, produkując związki organiczne budujące ich strukturę. Naukowcy próbują osiągnąć podobny efekt, tyle że zamiast budować tkanki roślinne, chcą otrzymywać substancje przydatne dla przemysłu i energetyki.

W tym przypadku produktem jest metanol, czyli prosty alkohol o wzorze CH3OH. Można go wykorzystać jako paliwo, dodatek do paliw, nośnik energii albo surowiec do produkcji wielu chemikaliów. W gospodarce opartej na ropie, gazie i węglu metanol zwykle powstaje z surowców kopalnych. W wersji idealnej mógłby jednak być wytwarzany z CO2 i wody przy użyciu energii odnawialnej.

Nowy układ jest ciekawy dlatego, że nie wymaga osobnego panelu słonecznego podłączonego kablami do elektrolizera. Ma działać samodzielnie: światło pada na urządzenie, a wewnątrz zachodzi reakcja prowadząca do powstania metanolu. To właśnie odróżnia go od wielu wcześniejszych koncepcji, w których energia słoneczna była tylko jednym z elementów większego zestawu laboratoryjnego.

Rekord jest naprawdę spektakularny

Najważniejsza liczba z badania to 0,8 proc. sprawności konwersji światła na metanol. W codziennym porównaniu z panelami fotowoltaicznymi nie wygląda to imponująco, bo dobre panele zamieniają na prąd kilkadziesiąt proc. padającego promieniowania. Jednak takie zestawienie byłoby mylące i po prostu bezsensowne. Tutaj nie chodzi o produkcję prądu, tylko o bezpośrednie wytworzenie paliwa ciekłego z CO2 i wody.

W tej konkretnej klasie technologii wynik jest naprawdę rekordowy. To 32 razy więcej niż poprzedni rekord dla sztucznych liści generujących produkty alkoholowe. Urządzenie nadal jest oczywiście bardzo daleko od przemysłowej perfekcji, ale przeskok względem wcześniejszych prób jest bardzo duży.

To typowy etap w technologiach energetycznych. Na początku nie liczy się jeszcze to, czy urządzenie da się jutro postawić przy rafinerii. Najpierw trzeba pokazać, że proces w ogóle może działać w zwartej, samodzielnej konfiguracji i że jego sprawność nie jest śladowa. Ten warunek nowy sztuczny liść spełnia znacznie lepiej niż wcześniejsze rozwiązania.

W środku pracuje krzem i katalizator z kobaltem

Sercem urządzenia jest fotoelektroda zbudowana z mikroskopijnych krzemowych słupków. Krzem nie pojawia się tu przypadkowo. To materiał świetnie znany z fotowoltaiki i elektroniki, dobrze pochłaniający światło i nadający się do generowania ładunków elektrycznych. Problem polega na tym, że sama absorpcja światła nie wystarczy. Trzeba jeszcze sprawnie dostarczyć elektrony tam, gdzie mają napędzać reakcję chemiczną.

Właśnie dlatego krzemową strukturę połączono z warstwą węglową i katalizatorem. Ten ostatni opiera się na cząsteczkach ftalocyjaniny kobaltu zakotwiczonych na nanorurkach węglowych. Ftalocyjaniny to związki o pierścieniowej strukturze, w których centralny atom metalu może odgrywać rolę aktywnego miejsca reakcji. W tym układzie kobalt pomaga przekształcać CO2 w metanol.

Nanorurki węglowe działają tu trochę jak autostrada dla elektronów. To bardzo ważne, bo redukcja CO2 do metanolu jest bardziej wymagająca niż produkcja tlenku węgla czy mrówczanu. Do jednej cząsteczki CO2 trzeba dostarczyć 6 elektronów. Jeśli elektronów brakuje albo docierają zbyt wolno, reakcja kończy się prostszymi produktami. Tutaj cała architektura została zaprojektowana tak, by elektrony trafiały do miejsc katalitycznych szybko i ciągle.

Metanol może wygrać tam, gdzie wodór wciąż ma pod górkę

Wiele technologii solarnych paliw skupia się na wodorze. Ma to oczywiście sens, bo rozkład wody na wodór i tlen jest jednym z najprostszych chemicznie sposobów magazynowania energii słonecznej. Wodór ma jednak poważne ograniczenia praktyczne. Jest gazem, trudno go magazynować, wymaga wysokich ciśnień, niskich temperatur albo specjalnych nośników, a jego infrastruktura dopiero powstaje.

Metanol jest płynem o temperaturze pokojowej. To ogromna różnica, bo płyny łatwiej przechowywać, transportować i dozować. Istnieje też przemysłowe doświadczenie w obchodzeniu się z metanolem, choć trzeba pamiętać, że jest to substancja toksyczna i łatwopalna, a nie bezproblemowy odpowiednik benzyny.

Największa przewaga metanolu polega jednak na tym, że jest jednocześnie paliwem i surowcem chemicznym. Może służyć do produkcji formaldehydu, kwasu octowego, tworzyw, paliw syntetycznych i innych związków. Jeśli udałoby się wytwarzać go z CO2 oraz wody przy użyciu słońca, część przemysłowego węgla mogłaby krążyć w obiegu, zamiast pochodzić z kolejnych porcji paliw kopalnych.

Słońce świeci za darmo. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy zachodzi

Słońce daje ogromne ilości energii, ale nie świeci wtedy, kiedy chcemy. Fotowoltaika świetnie produkuje prąd w dzień, gorzej radzi sobie nocą, w zimie i przy długotrwałej zmienności pogody. Baterie pomagają w krótkich okresach, ale nie są idealnym rozwiązaniem dla wszystkich zastosowań, zwłaszcza tam, gdzie potrzebny jest sezonowy zapas energii albo paliwo do transportu dalekiego zasięgu.

Właśnie dlatego paliwa słoneczne budzą dziś tak duże zainteresowanie. Zamiast zużywać energię od razu po jej wyprodukowaniu, można ją zapisać w związku chemicznym i wykorzystać później, wtedy gdy naprawdę jest potrzebna. Metanol świetnie się do tego nadaje, bo łatwo go magazynować i transportować, a energię przechowuje znacznie wygodniej niż chwilowy przepływ prądu.

Przeczytaj także:

Taki kierunek może być szczególnie przydatny tam, gdzie same baterie nie wystarczą. Samochód osobowy da się dziś całkiem sensownie zelektryfikować, ale ze statkami, samolotami czy częścią ciężkiego przemysłu sprawa robi się dużo trudniejsza. W takich branżach paliwa ciekłe i związki zawierające węgiel jeszcze długo będą potrzebne. Pytanie brzmi raczej nie czy będą używane, tylko skąd będą pochodzić.

*Źródło grafiki wprowadzającej: brazil topno, Pexels; AI

Marcin Kusz

08.06.2026 06:10

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

New Glenn spłonął, Artemis nie poczeka. NASA ma kosmiczny ból głowy

7 czerwca 2026, 16:20

Eksplozja New Glenna nie jest tylko problemem firmy Blue Origin i Amazona. Pożar na stanowisku LC-36 mocno uderzył tak naprawdę w jeden z najczulszych punktów programu Artemis: lądowniki Blue Moon, które mają pomóc NASA wrócić na Księżyc i budować tam stałą infrastrukturę. Agencja nie chce czekać, aż rakieta Jeffa Bezosa wróci do lotów. Tyle że znalezienie dla Blue Moon nowego przewoźnika może być znacznie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać.

To już nie chodzi o samą eksplozję

Już sama w sobie eksplozja New Glenna była wydarzeniem, które przyciągnęło uwagę całej branży kosmicznej. Rakieta eksplodowała podczas testu statycznego, czyli próby, w której silniki uruchamia się na ziemi, a pojazd pozostaje unieruchomiony na stanowisku startowym. Do awarii doszło 28 maja na Launch Complex 36 w Cape Canaveral. Nikt nie zginął, satelity Amazona nie były jeszcze zintegrowane z rakietą, ale sam pojazd został zniszczony, a infrastruktura startowa mocno ucierpiała.

To jednak tylko część głębszego problemu. Znacznie ważniejsze są konsekwencje awarii dla programów, które miały korzystać z New Glenna. Blue Origin podkreśla, że część infrastruktury przetrwała i deklaruje chęć szybkiego powrotu do lotów, jednak dla NASA najważniejsze znaczenie ma nie tempo odbudowy deklarowane przez producenta, lecz rzeczywisty wpływ zdarzenia na harmonogram i poziom ryzyka w programie Artemis.

A ryzyko jest naprawdę duże. New Glenn nie jest jedną z wielu rakiet w stabilnej flocie, którą da się po prostu zamienić miejscami z inną maszyną. To wciąż młody system, startujący z jednego głównego stanowiska, z bardzo ograniczoną historią lotów. Gdy taki program traci rakietę i platformę w jednym zdarzeniu, problemem przestaje być pojedyncze opóźnienie. Problemem staje się cała zależność. NASA właśnie próbuje ograniczyć tę zależność.

Lądownik NASA został bez swojej rakiety

Blue Moon Mark 1 to bezzałogowy lądownik księżycowy Blue Origin, który ma być jednym z ważnych etapów przygotowań do przyszłych misji na Srebrny Glob. Nie jest to jeszcze wersja przeznaczona dla astronautów. Mark 1 ma transportować na Księżyc ładunki i przetestować technologie, które później trafią do większego Blue Moon Mark 2.

Pierwsza misja Mark 1, nazywana Endurance i wpisana w program Moon Base I, miała wystartować nie wcześniej niż jesienią 2026 r. Lądownik ma dostarczyć na okolice południowego bieguna Księżyca ładunki NASA, w tym instrument do badania oddziaływania gazów silnikowych z regolitem oraz reflektor laserowy pomagający precyzyjnie określać położenie obiektów na powierzchni.

Chodzi przede wszystkim o sprawdzenie precyzyjnego lądowania, napędu kriogenicznego, autonomicznego prowadzenia, nawigacji, kontroli i zachowania lądownika w prawdziwych warunkach księżycowych. Tego nie da się zastąpić symulacją ani testem w komorze próżniowej. W pewnym momencie sprzęt musi polecieć.

Plan zakładał wykorzystanie rakiety New Glenn do wyniesienia lądownika Blue Moon. Takie rozwiązanie dawało Blue Origin pełną kontrolę nad integracją obu systemów, pozwalało wykorzystać dużą owiewkę i wysoki udźwig rakiety oraz upraszczało kwestie techniczne związane z projektowaniem lądownika pod konkretny nośnik. Po eksplozji New Glenna ta ścisła zależność stała się jednak istotnym źródłem ryzyka.

NASA nie chce już czekać na pad Bezosa

Administrator NASA Jared Isaacman zapowiedział możliwość uniezależnienia programu Blue Moon od rakiety New Glenn i infrastruktury startowej Blue Origin. Oznaczałoby to kontynuowanie prac nad lądownikiem nawet w przypadku dłuższego uziemienia rakiety. Z perspektywy NASA priorytetem pozostaje sam lądownik, ponieważ jego rozwój ma kluczowe znaczenie dla kolejnych etapów programu Artemis.

To bardzo ciekawa zmiana podejścia. NASA coraz wyraźniej pokazuje, że priorytetem pozostaje przede wszystkim rozwój lądownika Blue Moon i utrzymanie harmonogramu programu Artemis, niezależnie od problemów New Glenna. Jeżeli opóźnienia rakiety zaczęłyby zagrażać terminom kluczowych testów, agencja będzie rozważać alternatywne rozwiązania transportowe zamiast biernie czekać na powrót systemu Blue Origin do lotów.

NASA ma swoje powody, żeby się spieszyć. W obecnej architekturze Artemis III ma być misją testową na orbicie okołoziemskiej, w której Orion spotka się z testowymi wersjami komercyjnych lądowników SpaceX i Blue Origin. To ma zmniejszyć ryzyko przed późniejszym lądowaniem ludzi na Księżycu. Dopiero kolejne misje mają prowadzić do właściwego powrotu astronautów na powierzchnię. Pamiętajmy, że Amerykanie chcą zrobić to przed Chinami.

Problem w tym, że Blue Moon nie pasuje do byle rakiety

Pozornie wszystko wydaje się proste: skoro New Glenn nie może lecieć, wystarczy znaleźć dla Blue Moon inną rakietę. Tyle że właśnie tutaj zaczynają się największe problemy.

Blue Moon był projektowany i optymalizowany bezpośrednio pod New Glenna. Rakieta Bezosa ma 7-metrową owiewkę, czyli bardzo dużą przestrzeń na ładunek. To pozwalało Blue Origin projektować lądownik z myślą o konkretnych wymiarach, masie, środowisku startowym i integracji z własnym systemem nośnym. Przeniesienie takiego ładunku na inną rakietę nie przypomina przełożenia paczki do innego samochodu dostawczego.

Falcon Heavy jest sprawdzony, lata regularnie i należy do SpaceX, czyli firmy, której NASA ufa bardziej niż komukolwiek innemu w zakresie transportu kosmicznego. Jednak standardowa owiewka Falcona Heavy ma mniejszą średnicę niż owiewka New Glenna. Do tego dochodzi jeszcze obsługa lądownika z napędem wodorowym, infrastruktura naziemna, procedury tankowania, integracja mechaniczna, elektryczna i bezpieczeństwo.

Innymi słowy, nie wystarczy znaleźć rakiety o odpowiednim udźwigu. Musi ona być przede wszystkim kompatybilna z lądownikiem pod względem wymiarów, integracji technicznej, procedur operacyjnych i infrastruktury naziemnej, mimo że Blue Moon od początku projektowano z myślą o New Glennie.

Blue Origin płaci za lata spóźnienia

Eksplozja boli Blue Origin tym mocniej, że firma od dawna próbuje udowodnić, że jest czymś więcej, niż zwykłą obietnicą Jeffa Bezosa. New Glenn miał wreszcie wprowadzić ją do prawdziwej ligi ciężkich startów orbitalnych. Nie do turystyki suborbitalnej, nie do prezentacji makiet, ale do rynku, na którym liczą się regularne loty, klienci, kadencja i zaufanie.

Problem polega jednak na tym, że SpaceX zbudował w tym czasie dosłownie maszynę przemysłową. Falcon 9 lata tak często, że pojedyncze starty przestały robić wrażenie. Falcon Heavy ma za sobą najważniejsze misje rządowe i komercyjne. Starship, choć problematyczny, rozwija się w rytmie testów, które przynajmniej dostarczają danych. Blue Origin dopiero buduje własną wiarygodność.

Przeczytaj także:

New Glenn miał wykonać kolejne loty, wynosić satelity Amazona i pokazać, że może być ważnym ogniwem amerykańskiego ekosystemu startowego. Zamiast tego firma straciła pojazd podczas testu naziemnego i uszkodziła własne jedyne stanowisko dla tej rakiety. To nie jest zwykła awaria. To zatrzymanie programu w momencie, w którym najbardziej potrzebował tempa. A kosmos nie czeka, klienci nie czekają, więc NASA też więc nie chce czekać.

*Źródło zdjęcia wprowadzającego: Spaceflight Now / X; NASA

Marcin Kusz

07.06.2026 16:20

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:00:00+02:00

Koniec dymka na plaży. Taki zakaz powinien być wszędzie

7 czerwca 2026, 16:10

Turcja wprowadziła zakaz palenia na czterech popularnych plażach w Antalyi. To lokalna regulacja, ale dotyka problemu obecnego w większości nadmorskich kurortów. Plaża jest przestrzenią wspólną, dlatego takie kwestie, jak bierne palenie, papierosowy dym czy niedopałki pozostawiane w piasku trudno traktować wyłącznie jako indywidualny wybór palaczy.

Antalya zaczyna na początek od czterech plaż

Nowe przepisy obowiązują na plażach Lara, Belek, Çamyuva i Beach Park. To jedne z najbardziej rozpoznawalnych i najczęściej odwiedzanych miejsc w prowincji Antalya, czyli jednym z turystycznych serc Turcji. Zakaz oznacza, że palenie papierosów na tych plażach jest całkowicie zabronione.

Władze tłumaczą swoją decyzję ochroną dzieci przed biernym paleniem, poprawą komfortu wypoczynku i walką z zanieczyszczeniem wybrzeża. Przygotowywany projekt przepisów ma rozszerzać strefy wolne od dymu na kolejne przestrzenie publiczne, a docelowo wpisuje się w ambitną politykę ograniczania używania tytoniu. Wśród zapowiadanych działań pojawia się również perspektywa całkowitego zakończenia sprzedaży wyrobów tytoniowych od 1 stycznia 2040 r.

Plaża nie jest waszą prywatną palarnią pod chmurką

Przeciwnicy zakazu palenia na plaży często argumentują, że jest to przestrzeń otwarta, a dym przecież szybko się rozprasza. Pamiętajmy jednak na zatłoczonych plażach papierosowy dym bez trudu dociera do osób wypoczywających w pobliżu. Dotyczy to szczególnie dzieci, osób cierpiących na astmę, alergie czy inne choroby układu oddechowego, ale także wszystkich tych, którzy nie chcą być narażeni na bierne palenie podczas wypoczynku.

Plaża jest przestrzenią wspólną, z której jednocześnie korzystają setki osób. W sezonie ludzie wypoczywają blisko siebie, często przez wiele godzin, wraz z dziećmi i rodzinami. W takich warunkach trudno skutecznie oddzielić osoby palące od niepalących. Dym papierosowy łatwo rozprzestrzenia się wraz z wiatrem i dociera do osób znajdujących się w pobliżu.

Argument o wolności palacza ma więc swoje granice tam, gdzie zaczyna wpływać na komfort i zdrowie innych osób. Palenie papierosów nie jest czynnością neutralną dla otoczenia. Wiąże się z emisją dymu i zapachu w przestrzeni wspólnej, z której korzystają także osoby niepalące.

Plaże bez dymu nie są więc jakimś bardzo radykalnym pomysłem. Są logiczną konsekwencją tego, co od dawna uznaliśmy w restauracjach, pociągach, autobusach, urzędach czy na wielu przystankach.

Niedopałki na plaży to ogromny problem środowiskowy

Niedopałki papierosów są jednym z najbardziej uporczywych odpadów na świecie. Filtry nie są niewinną papierową końcówką, która znika po kilku dniach. Zawierają tworzywa, toksyczne związki i resztki substancji powstających podczas palenia.

Na plaży ten odpad stanowi szczególny problem. Łatwo wpada w piasek, przez co jego usunięcie jest utrudnione. Może być również przenoszony przez wiatr, a następnie wraz z wodą opadową lub falami trafiać do środowiska morskiego. Niedopałki zawierają substancje chemiczne i elementy tworzyw sztucznych, które pozostają w środowisku przez długi czas, nawet jeśli przestają być widoczne.

Zobacz także:

Każdy, kto choć raz szedł rano po popularnej plaży po intensywnym dniu sezonu, doskonale zna ten widok: kapsle, opakowania, kubki, plastik, a między tym wszystkim niedopałki wciśnięte w piasek tak, jakby morze miało obowiązek sprzątać po dorosłych ludziach. Zakaz palenia na plaży nie rozwiązuje oczywiście całego problemu śmieci, ale usuwa z tej przestrzeni jeden z najbardziej przewidywalnych i najłatwiejszych do ograniczenia typów odpadów.

*Źródło grafiki wprowadzającej: Karola G, Pexels; Canva Pro

Marcin Kusz

07.06.2026 16:10

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T09:08:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Polska mapa kwantowa może się powiększyć. Na stole plan za 50 mln zł

7 czerwca 2026, 16:00

Lublin chce wejść do polskiej ligi technologii kwantowych. Samorząd województwa lubelskiego, łącząc siły z czterema kluczowymi uczelniami z regionu, podpisał właśnie historyczne memorandum. Porozumienie to otwiera drogę do uruchomienia zaawansowanego komputera kwantowego oraz powołania do życia Lubelskiego Centrum Obliczeń Kwantowych. Projekt ma wzmocnić technologiczne ambicje regionu i stworzyć zaplecze, z którego będą mogli korzystać badacze, firmy oraz studenci pracujący nad zastosowaniami obliczeń kwantowych.

To pierwszy, duży ruch w stronę kwantów

Podpisane memorandum jest deklaracją współpracy i pierwszym formalnym krokiem do stworzenia Lubelskiego Centrum Obliczeń Kwantowych. Dokument podpisał samorząd województwa lubelskiego oraz przedstawiciele Politechniki Lubelskiej, Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie, Uniwersytetu Medycznego w Lublinie i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Rolę naukowo-technicznego lidera przedsięwzięcia ma pełnić Politechnika Lubelska.

Plan zakłada, że komputer kwantowy służyłby badaniom naukowym, rozwojowi kompetencji technologicznych i pracy z dużymi zbiorami danych. W dokumencie pojawia się również administracja publiczna, bo urządzenie miałoby pomagać w optymalizacji procesów zarządzania danymi w strukturach urzędu marszałkowskiego.

Nie chodzi więc wyłącznie o sprzęt dla naukowców zajmujących się fizyką kwantową. W założeniu wokół projektu ma powstać szersze zaplecze: współpraca uczelni i administracji, nowe zespoły badawcze, kształcenie specjalistów oraz projekty realizowane wspólnie z biznesem.

50 mln zł to dopiero początek rachunku

W projekcie szczególną uwagę zwraca szacowany koszt samego komputera kwantowego wynoszący ok. 50 mln zł. A to dopiero początek wydatków. Trzeba doliczyć do tego jeszcze infrastrukturę, utrzymanie, specjalistyczne zaplecze techniczne, oprogramowanie oraz zespół ludzi, którzy będą potrafili taką maszynę obsługiwać i wykorzystywać w praktyce.

Pamiętajmy, że to nie jest infrastruktura, którą można wdrożyć i uruchomić w sposób typowy dla klasycznych systemów obliczeniowych. Komputery kwantowe wymagają wyspecjalizowanego zaplecza technicznego. W zależności od zastosowanej technologii konieczne może być utrzymywanie ekstremalnie niskich temperatur, zapewnienie precyzyjnego sterowania i odpowiednich warunków pracy, a także stała kalibracja urządzeń oraz udział specjalistów z zakresu fizyki i informatyki kwantowej.

Właśnie dlatego rektor Politechniki Lubelskiej wskazuje, że pierwszym etapem powinno być stworzenie zespołu specjalistów. Maszyna bez ludzi szybko stałaby się kosztownym symbolem. Dopiero zespół, który potrafi pisać algorytmy, kalibrować układ, interpretować wyniki i łączyć obliczenia kwantowe z klasycznymi superkomputerami, nadaje takiej inwestycji sens.

W memorandum wskazano, że strony mają wspólnie szukać pieniędzy z zewnętrznych źródeł, w tym funduszy unijnych, KPO i programów Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Komputer kwantowy nie jest po prostu szybkim pecetem

Komputery kwantowe nie są po prostu znacznie szybszą wersją klasycznych komputerów i nie przyspieszają wszystkich rodzajów obliczeń. Nie sprawią też, że standardowe programy, arkusze kalkulacyjne, gry czy systemy administracyjne będą działały wielokrotnie szybciej bez zmian w sposobie ich projektowania.

Najważniejsza różnica leży znacznie głębiej. Klasyczny komputer przetwarza informacje w bitach, które przyjmują wartości 0 albo 1. Komputer kwantowy wykorzystuje kubity, czyli jednostki informacji opisane stanem kwantowym. Dzięki zjawiskom takim jak superpozycja i splątanie można konstruować algorytmy, które dla wybranych typów problemów działają inaczej, niż klasyczne metody.

To właśnie słowo wybranych jest tu kluczowe. Komputery kwantowe mogą być przełomowe w symulacji cząsteczek i materiałów, optymalizacji, kryptografii, modelowaniu układów kwantowych czy wybranych zadaniach z zakresu uczenia maszynowego. Nie są one jednak uniwersalnym dopalaczem dla każdej cyfrowej czynności.

Przeczytaj także:

Dzisiejsze urządzenia należą w dużej mierze do epoki NISQ, czyli komputerów kwantowych z ograniczoną liczbą kubitów i podatnością na błędy. Są bardzo ważne naukowo i edukacyjnie, ale droga do maszyn naprawdę przełomowych, odpornych na błędy i użytecznych w szerokiej skali nadal jest długa.

*Źródło grafiki wprowadzającej: AI; Canva Pro

Marcin Kusz

07.06.2026 16:00

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:30:00+02:00

Drożdże wchodzą do budynków. Wykończeniówka przetestuje nowy materiał

7 czerwca 2026, 09:45

Drożdże kojarzą nam się przede wszystkim z piekarnią, piwem i fermentacją, a nie z architekturą, prawda? Naukowcy z Chalmers University of Technology pokazali jednak, że mogą one stać się składnikiem materiału do wnętrz. Z dezaktywowanych drożdży piekarskich, włókien celulozowych, alginianu, gliceryny i wody powstała masa, którą da się drukować w 3D. Efekt nie jest oczywiście betonem ani cegłą, lecz lekkim biomateriałem na panele, przegrody i osłony światła.

Przepis wygląda jak kuchnia, ale działa jak inżynieria

Receptura przygotowana przez naukowców brzmi zaskakująco prosto: drożdże piekarskie, włókna celulozowe z drewna, alginian z alg brunatnych, gliceryna roślinna i woda. Każdy składnik ma jednak tak naprawdę konkretne zadanie. Celuloza wzmacnia materiał i pomaga utrzymać kształt. Alginian poprawia stabilność wymiarową, czyli sprawia, że wydrukowana forma mniej się zapada i lepiej zachowuje geometrię. Gliceryna działa jak plastyfikator, dzięki czemu materiał jest bardziej elastyczny i mniej kruchy.

Z tych składników powstaje hydrożel, czyli miękka, żelowa masa zawierająca dużo wody. To właśnie ona trafia do drukarki 3D. Materiał jest drukowany metodą ciśnieniową w temperaturze pokojowej, bez energochłonnego wypalania i bez dodatkowych struktur podporowych. Po wydrukowaniu element schnie, uzyskując finalny kształt.

Badacze w swojej pracy opisali zoptymalizowaną formułę zawierającą m.in. 3 proc. roztworu drożdży, 13 proc. wodnego roztworu mikro- i nanowłókien celulozowych, 1 proc. alginianu sodu oraz 5 proc. gliceryny. Jest więc to kontrolowany materiał badany pod kątem reologii, mikroskopowej struktury, wytrzymałości, kurczenia, koloru, porowatości i przepuszczania światła.

Druk 3D pozwala zrobić formę bez góry ścinków

Jedną z największych zalet tej technologii jest przede wszystkim sposób produkcji. W architekturze wnętrz mnóstwo elementów powstaje przez wycinanie, docinanie, frezowanie albo łączenie gotowych płyt. To oznacza odpady, ograniczenia formy i konieczność dostosowania projektu do standardowych formatów materiału.

Druk 3D działa całkowicie odwrotnie niż tradycyjna produkcja. Najpierw powstaje projekt kształtu, struktury czy wzoru, a później materiał trafia dokładnie tam, gdzie jest potrzebny. Dzięki temu można łatwo tworzyć perforacje, zmieniać grubość elementów, nadawać im różne faktury i projektować je tak, by były jednocześnie praktyczne i estetyczne.

W przypadku materiału z drożdży to istotne, bo mówimy o zastosowaniach we wnętrzach: panelach ściennych, przegrodach, lekkich ekranach, osłonach przeciwsłonecznych i elementach modulujących światło dzienne. To nie są belki nośne ani fasady wieżowców. To raczej warstwa wnętrza, która ma dzielić przestrzeń, filtrować światło, tworzyć akustyczne lub wizualne osłony i zastępować część tworzyw syntetycznych.

Materiał może przepuszczać światło albo je przyciemniać

Najciekawszy efekt architektoniczny dotyczy samego światła. Zależnie od receptury i sposobu druku materiał może mieć różną przezroczystość, kolor, porowatość i fakturę. W badaniu duże próbki w formie drukowanych płytek 20 x 50 cm wykazywały przepuszczalność światła w zakresie od 5,6 do 31,6 proc.

Taki panel nie musi być więc zwykłą nieprzezroczystą płytą. Może działać jak półprzezroczysta przegroda, filtr światła albo osłona ograniczająca bezpośrednie nasłonecznienie. W biurze, galerii, hotelu czy mieszkaniu mogłoby to oznaczać elementy dzielące przestrzeń bez całkowitego zamykania wnętrza.

Kolor samego materiału naturalnie mieści się w odcieniach żółci i brązu, ale można go modyfikować naturalnymi pigmentami albo wykorzystać barwne szczepy drożdży. To otwiera przestrzeń dla projektowania nie tylko funkcjonalnego, lecz także estetycznego. Biopochodny materiał nie musi wyglądać jak prowizoryczna ekologiczna tektura. Może mieć własny język formy, bliższy tkaninie, skórze, papierowi albo matowej ceramice.

Wytrzymałość jest naprawdę obiecująca

W pracy naukowej podano maksymalną średnią wytrzymałość na rozciąganie na poziomie 2,7 MPa oraz wydłużenie przy zerwaniu do 25,2 proc. To pokazuje, że materiał nie jest tylko dekoracją, ale potrafi przenosić pewne obciążenia i zachować elastyczność. Jednocześnie nie należy robić z niego cudownego zamiennika betonu, stali czy konstrukcyjnego drewna.

Najbardziej realistyczne zastosowania są lekkie i wewnętrzne. Panele, przegrody, dekoracyjne ekrany, elementy regulujące światło, być może akustyczne struktury ścienne – to obszar, w którym taki materiał może mieć sens. Zwłaszcza tam, gdzie dziś stosuje się tworzywa sztuczne, syntetyczne tekstylia, laminaty albo płyty o dużym śladzie środowiskowym.

Badacze wskazują też jednak na pewne ograniczenia. Przed szerszym zastosowaniem trzeba sprawdzić m.in. wytrzymałość, odporność ogniową, zachowanie przy wilgoci, trwałość, starzenie i możliwość produkcji w większej skali. Pamiętajmy, że w budynkach materiał musi nie tylko dobrze wyglądać w dniu montażu, lecz także spełniać normy, zachowywać się przewidywalnie i nie tworzyć problemów eksploatacyjnych.

Budownictwo szuka ucieczki od materiałów z ropy

Zastanawiałeś się kiedyś, z czego tak właściwie robimy wnętrza naszych mieszkań i domów? Płyty, laminaty, pianki, tworzywa sztuczne, syntetyczne tkaniny czy różnego rodzaju kompozyty są dziś wszędzie, bo są praktyczne i stosunkowo tanie. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy trzeba je wymienić albo wyrzucić. Wiele z tych materiałów trudno poddać recyklingowi, a ich produkcja i utylizacja wiążą się z dużym zużyciem surowców oraz energii.

Właśnie dlatego rośnie zainteresowanie biomateriałami. Architektura coraz częściej testuje grzybnię, glony, włókna roślinne, odpady rolnicze, biopolimery i inne surowce pochodzenia biologicznego. Nie zawsze chodzi o zastąpienie całego budynku jednym cudownym materiałem. Częściej chodzi o stopniowe podmienianie tych elementów, które nie muszą być mineralne, metalowe albo plastikowe.

Przeczytaj także:

Materiał z drożdży wprost świetnie wpisuje się w ten kierunek. Powstaje ze składników odnawialnych i po zakończeniu użytkowania może łatwiej wrócić do naturalnego obiegu. To trochę zmienia podejście do trwałości. Nie każdy element wnętrza musi służyć przez dziesięciolecia. Niektóre można projektować tak, by dało się je łatwo wymienić, a po zużyciu bezpiecznie zagospodarować.

*Źródło grafiki wprowadzającej: Chalmers University of Technology; Canva Pro

Marcin Kusz

07.06.2026 09:45

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T09:08:10+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Zajrzeli do fabryki planet. Kosmiczny plac budowy ożył

7 czerwca 2026, 09:30

Planety powstają w dyskach gazu i pyłu otaczających młode gwiazdy. To właśnie tam materia tworzy zagęszczenia, spirale i inne struktury, z których z czasem mogą wyłonić się nowe światy. Astronomowie po raz pierwszy bezpośrednio prześledzili ruch obrotowy takiego dysku wokół gwiazdy AB Aurigae. Obserwacje pokazały, że choć w dużej skali jego dynamika odpowiada przewidywaniom, w wewnętrznych obszarach występują odchylenia, których nie wyjaśniają najprostsze modele.

To film rozciągnięty na prawie 4 lata obserwacji

AB Aurigae od bardzo dawna jest jednym z najciekawszych celów dla astronomów badających narodziny planet. To młoda gwiazda w gwiazdozbiorze Woźnicy, otoczona rozległym dyskiem protoplanetarnym, czyli mieszaniną gazu i pyłu, z której mogą powstawać planety. Sam dysk był już wcześniej fotografowany, analizowany i porównywany z modelami. Nowe badanie nie tylko pokazuje jego kształt, ale pozwala prześledzić jego ruch.

Zespół kierowany przez Anthony’ego Boccalettiego wykorzystał obserwacje wykonane instrumentem SPHERE przy Bardzo Dużym Teleskopie w Chile. SPHERE został zaprojektowany do bardzo trudnej sztuki: oglądania słabych struktur znajdujących się blisko jasnych gwiazd. W tym przypadku chodziło o światło rozproszone przez drobiny pyłu w dysku AB Aurigae.

Astronomowie mieli do dyspozycji trzy zestawy obserwacji wykonanych na przestrzeni 3,85 roku. To może i niewiele w ludzkim odczuciu, ale wystarczająco dużo, by w tak bliskim otoczeniu młodej gwiazdy zauważyć przesunięcie struktur w dysku. Innymi słowy: badacze nie patrzyli na statyczną fotografię. Porównali kolejne klatki bardzo powolnego filmu, w którym pył i gaz okrążają gwiazdę.

Dysk powinien kręcić się prosto, ale nie wszędzie tak robi

W podstawowym ujęciu materia w dysku protoplanetarnym powinna poruszać się zgodnie z ruchem keplerowskim. Oznacza to, że im bliżej gwiazdy znajduje się gaz lub pył, tym szybciej powinien krążyć. Dalej od gwiazdy ruch jest wolniejszy. To ta sama zasada, która opisuje ruch planet w Układzie Słonecznym: Merkury okrąża Słońce szybciej niż Ziemia, a Ziemia szybciej niż Neptun.

Nowe obserwacje pokazują, że dysk AB Aurigae w dużej skali rzeczywiście zachowuje się zgodnie z takim schematem. Problem zaczyna się jednak bliżej gwiazdy, w obszarze wewnątrz około 60 jednostek astronomicznych. Mówimy o regionie większym niż Układ Słoneczny liczony do orbity Plutona, ale wciąż centralnym z punktu widzenia całego dysku.

W najmniejszych analizowanych odległościach, około 25 jednostek astronomicznych od gwiazdy, badacze zmierzyli odchylenie od spodziewanego ruchu sięgające około 12 stopni w ciągu 3,85 roku. To dużo jak na taką skalę. Oznacza to, że wewnętrzne struktury dysku nie zachowują się jak spokojny, cienki, uporządkowany talerz.

Winne mogą być planety, których jeszcze nie widać

Jak to możliwe? Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem są formujące się planety ukryte w dysku. Trzeba jednak zachować tutaj dużą ostrożność, bo obserwacje nie pokazują bezpośrednio nowej planety, lecz wskazują na zaburzenia w ruchu gazu i pyłu. Takie odchylenia mogą być skutkiem oddziaływania masywnych obiektów lub gęstych struktur znajdujących się w pobliżu gwiazdy.

W dyskach protoplanetarnych młode planety mogą działać niczym jak niewidzialne mieszadła. Ich grawitacja wycina przerwy, wzbudza ramiona spiralne, zagęszcza materię i zmienia lokalny ruch gazu oraz pyłu. Takie ślady bywają łatwiejsze do wykrycia niż sama planeta, bo młody obiekt może być zatopiony w pyle, zasłonięty przez dysk albo świecić zbyt słabo na tle otoczenia.

W AB Aurigae wcześniej wskazywano już na możliwe kandydatki na protoplanety, w tym słynny obiekt AB Aurigae b. To właśnie jeden z głównych powodów, dla których system jest tak intensywnie obserwowany. Teraz astronomowie zobaczyli, że wewnętrzne struktury dysku poruszają się bardziej skomplikowanie, niż wynikałoby przyjętego wcześniej modelu. To pasuje do scenariusza, w którym kilka młodych, masywnych obiektów krąży w dysku, być może po orbitach nachylonych albo eliptycznych.

Spirale są niczym ślady palców narodzin planet

Na zarejestrowanych obrazach AB Aurigae widać wyraźne struktury spiralne, które wyglądają niemal jak ramiona małej galaktyki. W rzeczywistości to układ gazu i pyłu wokół młodej gwiazdy. W dyskach protoplanetarnych spirale są szczególnie ważne, bo mogą być śladem oddziaływania formujących się planet z otaczającą materią.

Jeśli młoda planeta jest wystarczająco masywna, jej grawitacja wywołuje w dysku fale gęstości. Takie fale mogą układać pył i gaz w skręcone ramiona. Dla astronomów jest to bezcenne, bo sama planeta może pozostawać ukryta, ale jej wpływ na dysk zostawia wzór, który da się obserwować.

W najnowszej pracy badacze zwracają uwagę, że dwie jasne spirale w obrębie milimetrowej jamy dysku nie zachowują się identycznie. Ich dynamika jest różna, co może oznaczać, że nie powstały w wyniku jednego prostego procesu. Mogą być związane z różnymi kandydatami na formujące się planety albo z bardziej złożoną geometrią całego układu.

Miejsce akrecji może zdradzać jasna struktura

W obserwacjach pojawiła się także jasna struktura, którą badacze łączą z akrecją. Jest to proces opadania materii na obiekt pod wpływem grawitacji. W kontekście narodzin planet oznacza to, że gaz i pył z dysku mogą spływać na rosnącą protoplanetę, zwiększając jej masę.

To jeden z najważniejszych momentów w formowaniu gazowych olbrzymów. Planeta nie rodzi się od razu jako gotowy Jowisz. Najpierw powstaje zalążek, który zaczyna przyciągać materiał z otoczenia. Jeśli proces trwa wystarczająco długo i w dysku jest dość gazu, obiekt może urosnąć do rozmiarów planety olbrzyma.

Astronomowie szukali też śladów emisji w linii H-alfa, czyli charakterystycznego światła związanego z wodorem. W młodych układach H-alfa może wskazywać na gorącą materię opadającą na obiekt. W pracy oszacowano emisję z całej jasnej struktury, ale w miejscu samego AB Aurigae b wynik jest zgodny z brakiem jednoznacznej detekcji. To kolejny przykład, że w tej historii najważniejsze są ostrożne interpretacje, a nie ogłoszenie odkrycia planety.

Cienie wirują szybciej, niż powinny

Jednym z najdziwniejszych elementów obserwacji są słabe cienie widoczne na powierzchni dysku. Nie są to cienie rzucane przez jeden wyraźny obiekt, który łatwo wskazać palcem. To zmiany jasności wynikające z tego, że coś bliżej gwiazdy blokuje lub zmienia drogę światła oświetlającego zewnętrzne części dysku.

Te cienie rotują szybko. Źródłem mogą być protoplanety, zagęszczenia pyłu albo optycznie grube struktury znajdujące się wewnątrz około 60 jednostek astronomicznych od gwiazdy. Optycznie grube oznacza, że dana struktura nie przepuszcza łatwo światła, więc może działać jak zasłona.

To niezwykle interesujące, bo te cienie pozwalają badać obszary, których nie da się bezpośrednio zobaczyć. Jeśli coś blisko gwiazdy zasłania światło, jego wpływ może pojawić się daleko dalej jako ciemniejszy pas albo zmieniająca się plama na dysku. W ten sposób dysk staje się ekranem, na którym widać ślady niewidzialnych struktur ukrytych bliżej centrum.

AB Aurigae jest młodym odpowiednikiem placu budowy Układu Słonecznego

AB Aurigae jest młodą gwiazdą typu Herbig Ae. To obiekt masywniejszy i jaśniejszy od Słońca, który nadal znajduje się we wczesnym etapie ewolucji. Jego otoczenie jest szczególnie cenne dla astronomów, bo pokazuje procesy, które w naszym Układzie Słonecznym zakończyły się ponad 4,5 mld lat temu.

Nie możemy oczywiście cofnąć czasu i zobaczyć młodego Słońca otoczonego dyskiem, z którego powstawały planety. Możemy jednak obserwować inne młode gwiazdy, które przechodzą podobne etapy. AB Aurigae jest jednym z najlepszych laboratoriów, bo znajduje się relatywnie blisko w skali astronomicznej, ma jasny, bogato ustrukturyzowany dysk i od lat pokazuje cechy sugerujące aktywne formowanie planet.

Przeczytaj także:

Właśnie dlatego każdy nowy zestaw obserwacji tego systemu jest ważny. Nie chodzi tylko o jedną gwiazdę. Chodzi o cały mechanizm, dzięki któremu z chaotycznego dysku gazu i pyłu powstają planety, księżyce, pasy asteroid i całe architektury układów planetarnych.

*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI

Marcin Kusz

07.06.2026 09:30

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:00:00+02:00

Gdynia tankuje wodór. Północ Polski dostała pierwszy taki punkt

7 czerwca 2026, 09:15

Wodór w polskim transporcie wciąż jest bardziej obietnicą niż codziennością, ale mapa tankowania powoli się zagęszcza. Orlen uruchomił w Gdyni swoją 7. ogólnodostępną stację wodorową w kraju i pierwszą taką lokalizację na północy Polski. To ważny punkt nie tylko dla osobówek na ogniwa paliwowe, ale przede wszystkim dla autobusów, ciężarówek i dla transportu publicznego.

Wodór dotarł do północnej Polski

Nowa stacja działa przy ul. Wielkopolskiej 239 w Gdyni. To lokalizacja nieprzypadkowa, bo znajduje się w pobliżu ważnego układu drogowego związanego z trasami S6 i S7. Dla infrastruktury wodorowej takie położenie ma olbrzymie znaczenie. Wodór w transporcie ma największy sens tam, gdzie można obsługiwać przewidywalne trasy, floty i większe pojazdy, a nie wyłącznie pojedynczych kierowców, którzy przypadkiem znajdą się w okolicy.

Obiekt jest ogólnodostępny i ma działać całodobowo. Został przeznaczony dla samochodów osobowych, autobusów oraz ciężarówek. Dobowa wydajność wynosi 630 kg wodoru, a sama stacja ma dwa punkty tankowania pracujące w standardach ciśnienia 350 i 700 bar. Dzięki temu może obsługiwać różne typy pojazdów wodorowych.

Według deklaracji Orlenu tankowanie auta osobowego ma zajmować około 5 minut, a autobusu około 15 minut. To jeden z głównych argumentów zwolenników wodoru: uzupełnianie paliwa jest szybkie i przypomina logikę klasycznej stacji paliw bardziej niż długie ładowanie dużej baterii.

Nie oznacza to jednak, że wodór nagle wygrał z elektromobilnością bateryjną. To raczej inny element tej samej układanki. Dla samochodów osobowych rynek wodorowy jest w Polsce bardzo mały. Dla transportu publicznego, ciężkiego i flotowego sprawa wygląda ciekawiej, bo tam liczą się czas postoju, zasięg, regularność tras i możliwość tankowania w jednym stałym punkcie.

Gdynia dostaje paliwo dla autobusów i ciężarówek

Najważniejszy praktyczny test nowej stacji może przyjść nie ze strony kierowców indywidualnych, lecz komunikacji miejskiej. Orlen zapowiedział, że w okresie wakacyjnym pilotażowe kursy po Gdyni rozpocznie autobus wodorowy, który będzie tankowany na nowo otwartym obiekcie.

To właśnie autobusy miejskie są dziś najbardziej naturalnym zastosowaniem wodoru w polskich miastach. Mają znane trasy, wracają do bazy, można planować ich tankowanie, a zakup takich pojazdów najczęściej odbywa się w ramach większych decyzji samorządowych. Stacja wodorowa nie musi więc od razu obsługiwać tysięcy przypadkowych użytkowników. Wystarczy, że zapewnia stabilne paliwo dla floty.

Podobnie jest zresztą z ciężarówkami. Wodór może być interesujący tam, gdzie duża bateria oznaczałaby masę, długi postój albo trudniejszą logistykę. W transporcie ciężkim nadal nie ma jednego oczywistego zwycięzcy. Część tras może przejąć napęd bateryjny, część będzie długo wymagała innych rozwiązań, a wodór jest jednym z kandydatów do obsługi dłuższych, bardziej wymagających przejazdów.

Jak działa pojazd wodorowy?

Samochód, autobus albo ciężarówka wodorowa najczęściej nie spala wodoru tak, jak silnik spalinowy spala benzynę czy diesla. W typowych pojazdach z ogniwami paliwowymi wodór trafia do ogniwa, gdzie reaguje z tlenem z powietrza. W wyniku tej reakcji powstaje energia elektryczna, która zasila silnik elektryczny. Produktem ubocznym jest głównie para wodna.

To właśnie dlatego mówi się o lokalnej zeroemisyjności. Taki pojazd nie emituje spalin z rury wydechowej, nie wyrzuca tlenków azotu ani cząstek stałych w miejscu jazdy. Dla miasta, które walczy o czystsze powietrze przy ulicach, ma to niebagatelne znaczenie.

Pełny bilans klimatyczny zależy jednak od tego, skąd pochodzi sam wodór. Jeśli powstaje z paliw kopalnych, to efekt środowiskowy jest mocno ograniczony. Jeśli jest wytwarzany w elektrolizerach zasilanych energią odnawialną albo niskoemisyjną, staje się znacznie ciekawszym paliwem z punktu widzenia transformacji energetycznej. Dlatego sama stacja nie rozstrzyga jeszcze wszystkiego. Liczy się cały łańcuch: produkcja, oczyszczanie, transport, magazynowanie i tankowanie.

Przeczytaj także:

W przypadku Gdyni wodór ma być dostarczany z hubów Orlenu we Włocławku i Trzebini za pomocą specjalnych naczep wodorowych. Ich pojemność wynosi od 500 do 900 kg paliwa. Polski rynek jest jeszcze na etapie budowy podstawowej logistyki, a nie wielkiej sieci rurociągów i lokalnej produkcji przy każdej stacji, jednak jest światełko w tunelu.

*Źródło zdjęcia wprowadzającego: Orlen

Marcin Kusz

07.06.2026 09:15

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:00:00+02:00

Gwiazda zabiła samą siebie. Nie została nawet czarna dziura

7 czerwca 2026, 09:00

SN 2023vbw została zauważona w 2023 r. na obrzeżach niewielkiej galaktyki karłowatej oddalonej o ok. 1,3 mld lat świetlnych. Początkowo wyglądała jak kolejna supernowa typu II, czyli eksplozja masywnej gwiazdy, której jądro zapadło się po wyczerpaniu paliwa. Takie zdarzenia są gwałtowne, ale dobrze znane. Gwiazda umiera, zewnętrzne warstwy zostają wyrzucone w kosmos, a w środku zostaje gęsty obiekt: gwiazda neutronowa albo czarna dziura.

Tym razem kilka rzeczy jednak do siebie nie pasowało. Jasność SN 2023vbw rosła bardzo długo, osiągając główne maksimum dopiero po ok. 190 dniach. To tempo jest nietypowe dla zwykłej supernowej typu II. Całkowita energia wypromieniowana przez wybuch była ponad 10 razy większa, niż w klasycznych supernowych związanych z zapadnięciem żelaznego jądra. Dodatkowo widmo i późniejszy spadek jasności sugerowały, że wyrzucona materia zderzała się z gęstą, niesymetryczną otoczką gazu, którą gwiazda mogła stracić jeszcze przed śmiercią.

To był pierwszy ślad, że astronomowie nie patrzą na zwykły finał życia masywnej gwiazdy. Patrzą na coś znacznie rzadszego: wybuch, w którym sama fizyka wnętrza gwiazdy doprowadza do jej całkowitego rozerwania.

Mechanizm, który odbiera gwieździe podporę

W standardowej masywnej gwieździe przez miliony lat trwa przeciąganie liny. Grawitacja ściska materię do środka, a ciśnienie promieniowania i gazu wypycha ją na zewnątrz. Dopóki te siły mniej więcej się równoważą, dopóty gwiazda istnieje. Gdy paliwo się kończy, równowaga pęka i jądro może się zapaść.

W najmasywniejszych gwiazdach pojawia się jednak inny, bardziej niecodzienny problem. W ich jądrach temperatury mogą być tak wysokie, że bardzo energetyczne fotony zaczynają zamieniać się w pary cząstek: elektron i pozyton. Pozyton to antycząstka elektronu, mająca dodatni ładunek elektryczny.

Dla gwiazdy to istna katastrofa. Fotony, które wcześniej pomagały utrzymywać ciśnienie promieniowania, zostają częściowo zamienione w masywne cząstki. Wewnętrzna podpora słabnie. Grawitacja nagle zyskuje przewagę, jądro zaczyna się kurczyć, temperatura rośnie, a reakcje termojądrowe przyspieszają w sposób niekontrolowany.

W zwykłej supernowej centrum gwiazdy zapada się i tworzy zwarty obiekt. W supernowej niestabilności kreacji par eksplozja termojądrowa może być tak potężna, że rozrywa całą gwiazdę. Nie zostaje nic, co mogłoby później stać się czarną dziurą.

Po tej gwieździe nic nie zostało. Ale dlaczego?

Modele wskazują, że taki los czeka tylko szczególną klasę gwiazd. Muszą być ekstremalnie masywne, zwykle w zakresie ok. 140-260 mas Słońca na początku życia, i mieć odpowiednio wielkie jądro węglowo-tlenowe. Muszą też zawierać mało pierwiastków cięższych od helu, czyli mieć niską metaliczność.

To ostatnie jest ważne. W astronomii metale oznaczają wszystkie pierwiastki cięższe od wodoru i helu. Im więcej metali w gwieździe, tym silniejsze mogą być jej wiatry gwiezdne, a więc tym więcej masy gwiazda traci przed śmiercią. Jeżeli traci jej zbyt dużo, może nie zachować wystarczająco masywnego jądra, by wejść w reżim niestabilności kreacji par.

SN 2023vbw wybuchła w środowisku ubogim w metale, mniej więcej na poziomie 1/10 metaliczności Słońca. To pasuje do teoretycznych oczekiwań. Z obliczeń wynika też, że masa wyrzuconej materii mogła wynosić od 170 do 350 mas Słońca. To absurdalnie dużo w porównaniu ze zwykłymi supernowymi i jeden z głównych argumentów za scenariuszem pełnej autodestrukcji. Jeśli ten model jest poprawny, to gwiazda nie zapadła się do czarnej dziury. Jej wnętrze zostało dosłownie rozsadzone przez własną energię termojądrową.

To prawdopodobnie niebieski nadolbrzym, który mógł powstać z dwóch gwiazd

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że poprzednikiem SN 2023vbw mógł być nie czerwony, ogromnie rozdęty nadolbrzym, ale niebieski nadolbrzym. To gorąca, masywna gwiazda o bardziej zwartej strukturze. Taki trop wynika z kształtu krzywej blasku, która przypomina słynną SN 1987A, również związaną z niebieskim nadolbrzymem, ale jest od niej znacznie jaśniejsza i bardziej ekstremalna.

Drugim analizowanym scenariuszem jest fuzja dwóch masywnych gwiazd w układzie podwójnym. Taki przebieg wydarzeń mógłby wyjaśniać zarówno pochodzenie gwiazdy o ekstremalnie wysokiej masie, jak i obecność gęstego, spłaszczonego obłoku materii w jej otoczeniu. Ewolucja ciasnego układu podwójnego masywnych gwiazd ma charakter wysoce nieliniowy: dochodzi do transferu masy, odrzucenia otoczek oraz potencjalnego połączenia się składników w pojedynczy, niestabilny obiekt.

Astronomowie nadal nie wiedzą, jak często najcięższe gwiazdy dochodzą do takiego finału i jak dokładnie wyglądają tuż przed eksplozją. Supernowa niestabilności kreacji par przez dekady była przede wszystkim zwykłą prognozą teorii. Obserwacyjnie bardzo trudno złapać obiekt, który spełnia wszystkie warunki naraz.

Przeczytaj także:

SN 2023vbw jest wyjątkowa właśnie dlatego, że wiele elementów układanki pasuje do siebie: długa i jasna krzywa blasku, ogromna masa wyrzuconej materii, niska metaliczność środowiska, bardzo duża energia oraz sygnały kontaktu z materią utraconą przed wybuchem.

*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI

Marcin Kusz

07.06.2026 09:00

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:30:00+02:00

Ciemna energia może być zbędna. Grzebią przy Wielkim Wybuchu

7 czerwca 2026, 08:30

Ciemna energia miała być odpowiedzią na jedno z największych pytań współczesnej kosmologii: dlaczego Wszechświat rozszerza się coraz szybciej. Nowa praca matematyków związanych z Uniwersytetem Kalifornijskim w Davis sugeruje jednak, że być może nie trzeba dopisywać do kosmosu tajemniczego składnika. Wystarczy dokładniej przyjrzeć się temu, co dzieje się z równaniami opisującymi Wszechświat tuż przy Wielkim Wybuchu.

Ciemna energia była ratunkiem dla modelu

Pod koniec lat 90. astronomowie badający odległe supernowe typu Ia zobaczyli coś, czego nie spodziewano się w takiej skali. Wszechświat nie tylko się rozszerzał. Wyglądało na to, że tempo tej ekspansji rośnie. To był ogromny problem, bo grawitacja materii powinna raczej hamować ekspansję, a nie ją przyspieszać.

Do wyjaśnienia tego zjawiska przywrócono pojęcie stałej kosmologicznej, oznaczanej grecką literą lambda. Zaczęto mówić o ciemnej energii, czyli czymś, co działa w skali całego kosmosu i ma odpowiadać za przyspieszoną ekspansję. W standardowym modelu kosmologicznym, nazywanym Lambda-CDM, ciemna energia jest dziś dominującym składnikiem bilansu Wszechświata.

Problem polega jednak na tym, że nikt nie wie, czym ona właściwie jest. To nie jest substancja złapana w laboratorium ani cząstka wykryta w detektorze. To element modelu, który bardzo dobrze pasuje do wielu obserwacji, ale jednocześnie zostawia fizyków z pytaniem, dlaczego kosmos miałby być w tak ogromnym stopniu zdominowany przez coś, czego natura pozostaje niejasna.

Właśnie dlatego każda próba wyjaśnienia przyspieszonej ekspansji bez ciemnej energii od razu przyciąga uwagę. Nie dlatego, że automatycznie obala cały dorobek kosmologii, lecz dlatego, że dotyka jednego z najbardziej niewygodnych miejsc współczesnej fizyki.

Matematycy wrócili do samych równań

Czy problem naprawdę wymaga dodania ciemnej energii, czy może tkwi w tym, jak opisujemy ekspansję Wszechświata? Autorzy w swojej pracy skupili się na równaniach Einsteina-Eulera, czyli połączeniu ogólnej teorii względności z opisem materii traktowanej jak płyn.

W kosmologii jest to całkowicie naturalne. W największych skalach Wszechświat zachowuje się jak jeden ogromny układ, którego nie da się sensownie opisać przez śledzenie każdej gwiazdy czy galaktyki z osobna. Właśnie dlatego badacze traktują materię jak kosmiczny płyn o określonej gęstości. Taki uproszczony opis pozwala badać, jak rozkład materii wpływa na geometrię czasoprzestrzeni i jak obie te rzeczy ewoluują razem zgodnie z równaniami Einsteina.

Standardowy obraz ekspansji opiera się na tzw. czasoprzestrzeniach Friedmanna. To modele matematyczne, w których Wszechświat jest jednorodny i izotropowy, czyli w dużej skali wszędzie podobny i taki sam w każdym kierunku. To bardzo mocne założenie, ale przez dekady okazało się niezwykle skuteczne. Dzięki niemu da się opisywać ekspansję, promieniowanie reliktowe, rozmieszczenie galaktyk i ewolucję kosmosu w prostym, spójnym języku.

Matematycy twierdzą jednak, że takie rozwiązania mają jeden, poważny problem. Według ich analizy czasoprzestrzenie Friedmanna są niestabilne przy Wielkim Wybuchu, zarówno w małych, jak i bardzo dużych skalach. A niestabilne rozwiązanie w fizyce jest jak ołówek stojący na czubku. Matematycznie może istnieć, ale najmniejsze zaburzenie wystarczy, by układ od niego odszedł.

Ołówek stojący na czubku to bardzo zły model Wszechświata

Porównanie do ołówka bardzo dobrze tłumaczy sedno sprawy. Można ustawić ołówek idealnie pionowo na czubku i przez ułamek sekundy powiedzieć: wszystko jest w równowadze. Tyle że to równowaga sztuczna. Wystarczy minimalny podmuch, drżenie stołu albo niedoskonałość powierzchni, by ołówek upadł. Taki stan nie jest typowy dla rzeczywistego świata.

Według autorów podobnie może być z klasycznym obrazem ekspansji opisanym przez rozwiązania Friedmanna. Model działa jako rozwiązanie równań, ale może być tak niestabilny, że rzeczywisty Wszechświat nie powinien trzymać się go dokładnie po Wielkim Wybuchu. Jeżeli pojawiają się naturalne odchylenia, to mogą one prowadzić do przyspieszeń, które z naszej perspektywy wyglądają jak efekt ciemnej energii.

Badacze nie twierdzą po prostu, że Wszechświat się nie rozszerza albo że obserwacje supernowych są bez znaczenia. Proponują inne źródło obserwowanego przyspieszenia. W ich perspektywie przyspieszenie może wynikać z samej dynamiki równań Einsteina, jeśli nie przykleimy Wszechświata zbyt mocno do idealnie jednorodnego modelu Friedmanna.

Wielki Wybuch to największe źródło niestabilności

W samej pracy kluczowe znaczenie ma analiza zachowania rozwiązań w pobliżu Wielkiego Wybuchu. Autorzy wykorzystują w tym celu formalizm zmiennych samopodobnych, stosowany do badania układów zachowujących tę samą strukturę przy zmianie skali. Takie podejście pozwala opisywać dynamikę czasoprzestrzeni w warunkach skrajnie wysokiej gęstości i temperatury, gdzie standardowe metody analizy stają się mniej użyteczne.

Według tej analizy klasyczne rozwiązania Friedmanna są punktem równowagi, ale takim, który ma charakter niestabilny. Z zaburzeń gęstości, zwłaszcza w wariantach niedogęstych, mogą wyłaniać się rozwiązania przyspieszające względem modelu Friedmanna. Co ważne, ta dodatkowa dynamika ma pojawiać się bez dokładania stałej kosmologicznej.

Mówiąc prościej: matematycy sugerują, że Wszechświat może wyglądać blisko standardowego modelu w pobliżu pewnego środka symetrii, ale w większych skalach naturalnie odchodzić od niego w sposób, który przypomina przyspieszoną ekspansję. Dla obserwatora mogłoby to wyglądać tak, jakby kosmos potrzebował ciemnej energii, choć mechanizm byłby czysto geometryczny i wynikał z równań ogólnej teorii względności.

To bardzo odważna propozycja. Nie chodzi tu o drobną korektę standardowego modelu kosmologii, ale o zakwestionowanie jednego z jego podstawowych założeń. Jeśli autorzy mają rację, to idealnie uśredniony model Friedmanna nie musi być stabilnym opisem Wszechświata przez całą jego historię.

Zasada kopernikańska robi się tu po prostu niewygodna

Nowa propozycja dotyka też zasady kopernikańskiej. To jedno z najważniejszych założeń nowoczesnej kosmologii, mówiąca o tym, że nie zajmujemy we Wszechświecie szczególnego, uprzywilejowanego miejsca. Ziemia nie jest centrum kosmosu, Droga Mleczna nie jest centrum kosmosu, a nasze położenie nie powinno być wyjątkowe.

Standardowy model dobrze wpisuje się w takie myślenie. Zakłada bowiem, że w największej skali Wszechświat jest jednorodny i wygląda podobnie w każdym kierunku. Innymi słowy, niezależnie od miejsca obserwacji, obraz kosmosu powinien być zasadniczo taki sam.

Alternatywne modele z symetrią sferyczną często budzą sprzeciw właśnie dlatego, że mogą wymagać specjalnego położenia obserwatora blisko środka. To powrót do kosmologii, w której ktoś musi siedzieć w wyróżnionym miejscu.

Autorzy formułują swoją odpowiedź trochę w tonie prowokacji, wskazując, że standardowy model z ciemną energią również zawiera swoistą szczególność. Żyjemy w epoce, w której gęstość materii barionowej i ciemnej energii pozostają w nieoczekiwanie zbliżonych rzędach wielkości – to tzw. problem koincydencji kosmicznej. Pytanie, dlaczego akurat teraz, po miliardach lat kosmicznej ewolucji, mielibyśmy być świadkami momentu, w którym ciemna energia zaczyna dominować w sposób obserwowalny, pozostaje bez rozstrzygnięcia.

To nie jest koniec ciemnej energii

Nowa praca nie oznacza oczywiście, że ciemna energia została obalona. To matematyczny argument, który proponuje alternatywny mechanizm przyspieszonej ekspansji. Żeby zmienić standardowy model kosmologii, nie wystarczy jedno równanie. Trzeba jeszcze pokazać, że nowy model pasuje do pełnego zestawu obserwacji.

Przeczytaj także:

Nowa propozycja musiałaby więc zrobić więcej niż powiedzieć, że da się uzyskać przyspieszenie bez ciemnej energii. Musiałaby pokazać, że da się odtworzyć cały kosmologiczny obraz z porównywalną albo lepszą dokładnością. To ogromne wyzwanie.

*Źródło grafiki wprowadzającej: AI; Canva Pro

Marcin Kusz

07.06.2026 08:30

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-08T08:46:18+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:44:35+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T07:10:37+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:05:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-08T06:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Pomylili arcydzieło z brudem. Błąd wyszedł po latach

7 czerwca 2026, 08:15

W 1912 r. brytyjski geolog William Sollas i francuski antropolog Henri Breuil ogłosili, że znaleźli w jaskini na południu Walii najstarsze malowidło jaskiniowe w Anglii. W 1928 r. ich odkrycie zdyskredytowano. Uznano, że to nie sztuka, lecz naturalny nalot tlenków żelaza na ścianie, czyli zwykła rdza. Przez prawie sto lat nikt nie wracał do tematu. Aż do teraz.

Zespół archeologów z Uniwersytetu w Bristolu opublikował w czasopiśmie Quaternary wyniki, które stawiają sprawę jasno: równoległe linie i rozpryski pigmentu w jaskini Bacon Hole mają ponad 17 tys. lat. To najstarsza potwierdzona sztuka jaskiniowa na Wyspach Brytyjskich. Sollas i Breuil mieli rację od początku.

Okrycie zrobiło się skomplikowane, zanim zdążyło się zacząć

Bacon Hole to jaskinia na półwyspie Gower w południowej Walii, wychodząca na Kanał Bristolski. Nazwa pochodzi od dużego stalagmitu o rudawym kolorze, który przypomina plastry bekonu. Jaskinia była znana od dawna: lokalni rybacy używali jej jako schronienia, a jeden z nich w 1894 r. namalował na ścianie swoje inicjały i inne graffiti.

Gdy Sollas i Breuil weszli do jaskini w 1912 r., stanęli przed problemem, który prześladuje archeologów jaskiniowych do dziś: jak odróżnić to, co namalował człowiek, od tego, co namalowała natura. Ściany jaskiń bywają pokryte rudawymi, brunatnymi i czerwonymi nalotami mineralnymi (tlenkami żelaza, manganu, wapiennym mleczkiem), które potrafią tworzyć wzory łudząco przypominające celowe kreślenie. A w Bacon Hole do tego dochodziły graffiti rybaka Batesa, które mogły przysłaniać starsze warstwy.

Mimo tych trudności Sollas i Breuil nie mieli większych wątpliwości. Pod nowszymi warstwami farby i minerałów dostrzegli coś, co ich zdaniem nie mogło być dziełem przypadku – równoległe poziome linie i rozpryski czerwonego pigmentu, ułożone zbyt celowo, by natura sama to wymyśliła. Ogłosili światu swoje odkrycie, przekonani, że trafili na paleolityczne malowidła. Dokładnie 16 lat później kolejne pokolenie badaczy uznało, że tamci się jednak pomylili. Stwierdzono, że to tylko tlenki żelaza barwiące skałę. Temat zamknięto i odłożono na półkę na prawie sto lat.

Nowoczesna fizyka raz na zawszę zamknęła debatę

George Nash, archeolog specjalizujący się w malowidłach prehistorycznych, wrócił do Bacon Hole w 2023 r. z narzędziami, których Sollas i Breuil nie mogli sobie nawet wyobrazić. Kluczową techniką było datowanie uranowo-torowe (U-Th) – metoda radiometryczna, która mierzy stosunek izotopów uranu i toru w kalcytowej skorupie narastającej na ścianach jaskiń.

Mechanizm takiego datowania opiera się na zasadzie geochemicznej: woda przesiąkająca przez formację skalną transportuje rozpuszczony uran, natomiast tor pozostaje nieruchliwy. W momencie krystalizacji kalcytu uran zostaje trwale związany w strukturze mineralnej. Następnie, w wyniku rozpadu promieniotwórczego uranu, w próbce zaczyna przyrastać tor. Stosunek izotopowy uranu do toru stanowi miarę czasu, jaki upłynął od osadzenia – im większa zawartość toru względem uranu, tym starsza próbka.

Fot. Nash, Shao; Quaternary

Zespół Nasha przeprowadził datowanie próbek kalcytowej powłoki pokrywającej pigment w jaskini Bacon Hole. Otrzymane wyniki wskazują, że sam pigment ma około 17100 lat, podczas gdy narastająca nad nim warstwa kalcytu liczy około 2570 lat. Oznacza to, że barwnik został naniesiony na ścianę co najmniej 17 tys. lat temu, a następnie przez tysiąclecia ulegał stopniowemu przykryciu przez naturalną mineralizację.

Dodatkowe datowanie samej struktury jaskini potwierdziło ten obraz. Jaskinia powstała po wycofaniu się lądolodu, czyli kilka tysięcy lat przed namalowaniem obrazu. Daje to minimalny wiek malowidła na około 15 700 lat (ok. 13 600 lat p.n.e.) przy 95 proc. pewności statystycznej.

Linie, które rysował człowiek

Argument sceptyków z 1928 r. opierał się na obserwacji, że pigment zawiera tlenki żelaza, czyli związki występujące naturalnie na ścianach jaskiń. Jest to fakt, jednak zespół Nasha wykazał, że sama obecność tych związków nie wyklucza antropogenicznego pochodzenia malowideł. Prehistoryczni artyści powszechnie stosowali właśnie tlenki żelaza (ochrę, hematyt i limonit), łącząc je z tłuszczem lub wodą i nanosząc na skałę przy użyciu dłoni, palców, pędzli z sierści lub techniką natryskową z ust, jak miało to miejsce w Bacon Hole.

Nash i jego współpracownicy użyli techniki D-Stretch (metody przetwarzania obrazu stosowanej zarówno w archeologii, jak i w analizie zdjęć satelitarnych), żeby wzmocnić subtelne różnice kolorystyczne niewidoczne gołym okiem. Wynik ujawnił szczegóły, które rozstrzygają debatę.

Równoległe poziome linie mają regularny rytm i odstępy, co jest klasycznym wskaźnikiem symbolicznego zachowania ludzkiego i nie ma odpowiednika w naturalnych procesach osadzania minerałów. Minerały nie tworzą równoległych linii o regularnych interwałach. Tworzą plamy, zacieki, smugi o chaotycznej geometrii. Regularne linie wymagają intencji i kontroli motorycznej.

Przeczytaj także:

Rozpryski pigmentu (drobne kropki i plamy otaczające linie) sugerują technikę nakładania przez plucie lub dmuchanie pigmentu na ścianę. To technika dobrze udokumentowana w innych jaskiniach paleolitycznych: artysta brał pigment do ust, mieszał ze śliną i wydmuchiwał na ścianę przez rurkę z kości lub bezpośrednio z ust. W Bacon Hole efekt przypomina technikę drippingu, którą Jackson Pollock spopularyzował w latach 40. XX w. Tyle że artysta z Bacon Hole wyprzedził Pollocka o jakieś 17 tys. lat.

*Źródło grafiki wprowadzającej: AI; Nash, Shao; Quaternary; Canva Pro

Marcin Kusz

07.06.2026 08:15

Najnowsze

Aktualizacja:

2026-06-07T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-07T07:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:50:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:40:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:20:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:10:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T16:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T09:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:45:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:30:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:15:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T08:00:00+02:00

Aktualizacja:

2026-06-06T07:45:00+02:00

❌