Petteri Orpo w rozmowie z "Financial Times" zwrócił uwagę, że nawet w przypadku zakończenia działań wojennych w Ukrainie, Rosja pozostanie poważnym zagrożeniem. Jest przekonany, co będzie kolejnym krokiem Władimira Putina.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo
"Oczywiste jest, że przeniosą swoje siły zbrojne w pobliże naszej granicy i w pobliże granicy bałtyckiej" — powiedział dziennikowi.
W związku z tym premier Finlandii zaapelował o wsparcie finansowe ze strony Unii Europejskiej, które miałoby pomóc we wzmocnieniu obronności tych krajów.
Spotkanie państw wschodniej flanki NATO
We wtorek odbędzie się pierwszy szczyt państw wschodniej flanki NATO, którego gospodarzem będzie właśnie Finlandia. W spotkaniu weźmie udział osiem krajów mających granicę z Rosją lub Białorusią. Tematem rozmów będą wspólne działania na rzecz rozwoju zdolności wojskowych, w tym obrona powietrzna, drony oraz siły lądowe. Dyskusja obejmie także przemieszczanie wojsk i uzbrojenia przez Europę.
Jak podkreśla "FT", nektóre kraje NATO, w tym Estonia, Litwa i Polska, ostrzegają, że Rosja może być gotowa na konfrontację z zachodnim sojuszem wojskowym w ciągu trzech do pięciu lat od zakończenia wojny w Ukrainie. Te państwa planują znacznie zwiększyć wydatki na obronność, przeznaczając na ten cel ponad 5 proc. PKB, co przewyższa ustalony wcześniej cel wydatków na wojsko.
Europa musi być gotowa na zmniejszenie zaangażowania USA
Premier Finlandii podkreślił, że Europa musi przygotować się na sytuację, w której Stany Zjednoczone ograniczą swoje wsparcie dla obronności kontynentu. Zdaniem Orpo USA mają inne priorytety bezpieczeństwa, co może wpłynąć na zmniejszenie ich udziału w europejskich działaniach obronnych.
Finlandia, mimo trudnej sytuacji gospodarczej, utrzymuje rozbudowany program gotowości, obejmujący m.in. schrony, zapasy kluczowych materiałów oraz szkolenie młodzieży i elit.
Orpo zaznaczył, że kraje wschodniej flanki NATO liczą na wsparcie z funduszy unijnych, w tym na wykorzystanie 1,5 mld euro przeznaczonych na projekty wojskowe oraz części ze 130 mld euro przewidzianych na obronność w przyszłym budżecie UE.
Premier Finlandii wyraził obawy, że porozumienie pokojowe między Rosją a Ukrainą może sprawić, iż niektóre kraje uznają zagrożenie za zażegnane i wycofają się z zaangażowania w obronność.
Orpo zwrócił też uwagę na znaczenie nadchodzącego szczytu Unii Europejskiej, który odbędzie się w czwartek i piątek. Podczas spotkania europejscy liderzy będą rozmawiać m.in. o zamrożonych rosyjskich aktywach, które miałyby posłużyć do finansowania Ukrainy, oraz o umowie handlowej z krajami Ameryki Łacińskiej
Zapytany, co się stanie, jeśli szczyt UE zakończy się bez przekazania środków Ukrainie, Orpo odpowiedział: "Nie chcę o tym myśleć. Bo nie mamy już żadnych innych opcji".
Sednem pozwu jest program "Panorama", który BBC wyemitowała w październiku 2024 r., na kilka tygodni przed wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych.
W audycji wykorzystano fragmenty wystąpień Donalda Trumpa ze stycznia 2021 r. Jak twierdzą jego prawnicy, zostały one zmontowane w taki sposób, by sprawiały wrażenie jednej, spójnej wypowiedzi, w której Trump miał jednoznacznie nawoływać do szturmu na Kapitol oraz do aktów przemocy.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Zdaniem zespołu prawnego prezydenta taki zabieg nie był przypadkowy. W pozwie podkreślono, że redakcja BBC działała "świadomie i złośliwie", a celem emisji miała być ingerencja w proces wyborczy w USA. Prawnicy Trumpa wskazują, że brytyjski nadawca, niegdyś cieszący się globalnym autorytetem, dopuścił się manipulacji sprzecznej z podstawowymi zasadami rzetelnego dziennikarstwa.
Pozew Donalda Trumpa przeciwko BBC. W grze gigantyczne pieniądze
W pozwie przeciwko BBC Trump domaga się łącznie 10 mld dol. odszkodowania. Sprawa dotyczy materiału wyemitowanego przed amerykańskimi wyborami prezydenckimi, który — zdaniem polityka — w sposób celowy zniekształcał jego słowa i uderzał w jego reputację.
Według dokumentów sądowych BBC miała dopuścić się zarówno zniesławienia, jak i naruszenia stanowych przepisów dotyczących nieuczciwych praktyk handlowych. Za każde z tych przewinień prawnicy prezydenta USA domagają się po 5 mld dol., argumentując, że skutki emisji programu miały daleko idący wymiar polityczny, finansowy i wizerunkowy.
BBC First
|BBC Studios / materiały prasowe
Przeprosiny BBC, ale bez odszkodowania. Stanowisko nadawcy i dalsze kroki
W listopadzie 2024 r. BBC przyznała, że materiał zawierał zmanipulowane zestawienie wypowiedzi i wystosowała oficjalne przeprosiny. Jednocześnie stacja odrzuciła żądania finansowe Donalda Trumpa, nie uznając roszczeń odszkodowawczych. To właśnie ta decyzja stała się jednym z impulsów do złożenia pozwu w sądzie federalnym.
Niewiele jest rzeczy, odnośnie do których zgadzają się w Polsce główne ośrodki politycznego sporu. Jedną z nich jest obecność sił amerykańskich w Polsce. I prezydent, i rząd, i wiele partii opozycyjnych chciałoby zwiększenia kontyngentu USA nad Wisłą. Najlepiej w formie stałych baz. Czyli takich, jakie Amerykanie mają na przykład w Niemczech czy w Korei Płd.
Dalsza część artykułu znajduje się pod materiałem wideo
Jak wynika z naszych informacji, "absolutnym priorytetem" naszej dyplomacji, jest właśnie doprowadzenie do budowy takich baz — albo przekształcenie obecnych instalacji U.S. Army na bazy stałe. Jak słyszymy od naszych rozmówców, nad tym pracuje MSZ, ale i ambasada Polski w Waszyngtonie.
Były prezydent Andrzej Duda wielokrotnie podkreślał, że marzy mu się budowa wielkiej bazy, która mogłaby być nazwana "Fort Trump". Strona rządowa do "Fortu Trump" podchodzi co prawda z większą rezerwą, ale w nieoficjalnych rozmowach jej przedstawiciele dodają, że "ta idea nie umarła".
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Polska doczeka się stałej bazy?
Jak przekazuje nam MON, obecnie w Polsce stacjonuje ok. 8,5-9 tys. żołnierzy USA. Resort obrony podkreśla, że jest to "wartość uśredniona z uwagi na rotacyjny charakter obecności części personelu".
Nie jest to bardzo duża liczba — w Niemczech jest ich ok. 37 tys., a np. w Korei Płd. — ok. 28 tys.
W Polsce nie ma też wielkich baz wojsk ze Stanów — jak na przykład w Niemczech. Nasi rozmówcy przyznają, że duża baza — albo duże bazy — byłyby czymś w rodzaju "gamechangera", jeśli chodzi o odstraszanie Rosji.
Mimo tego są instalacje, które można uznać za "stałe punkty", łączące wojska USA i Polski. To na przykład baza tarczy antyrakietowej w Redzikowie czy garnizon U.S. Army w Poznaniu. Jest też mniej znana baza "Camp Miron" w podkrakowskich Balicach. Stacjonują tam amerykańscy "specjalsi". Zresztą nazwę Amerykanie wymyślili na cześć poległego na misji komandosa z Lublińca st. chor. sztab. Mirosława Łuckiego, z którym służyli w Afganistanie.
Kłopot jest taki, że z większości z tych instalacji (może za wyłączeniem bazy w Redzikowie) szybko żołnierzy z USA można zabrać — na przykład, gdyby wydarzył się jakiś kryzys w innej części świata albo gdyby po prostu taka była nagła decyzja polityczna.
"Charakter obecności sił USA wynika z aktualnych planów, potrzeb oraz możliwości operacyjnych, logistycznych i infrastrukturalnych" — podkreśla biuro prasowe MON. Stąd od lat Warszawa walczy właśnie o "stałe" bazy.
"Szachy 5D"
Czy jest polityczny klimat na bardziej stałą obecność wojsk USA w Polsce — albo nawet na "Fort Trump"? To wyjątkowo skomplikowane pytanie. Zadaliśmy je MSZ oraz Pałacowi Prezydenckiemu, ale odpowiedzi nie otrzymaliśmy.
Ostatnio opublikowana Narodowa Strategia Bezpieczeństwa USA wskazuje, że Europa nie jest już priorytetem dla Waszyngtonu. Wcześniej Stany zdecydowały o redukcji wojsk w Rumunii, pod znakiem zapytania jest tak duża obecność żołnierzy z USA w Niemczech.
Żołnierze U.S. Army na defiladzie w Warszawie
|Wojciech Olkusnik/Wojciech Olkusnik / East News
Jednak dawanie Polsce sygnałów o zwiększeniu liczby żołnierzy USA może też mieć inny cel. Nasze siły zbrojne mają ciągle wiele potrzeb i szykują się na kolejne zakupy — a Amerykanie mogą dawać znać, że wybór sprzętu "made in USA" ma znaczenie, jeśli chodzi o decyzje polityczne odnośnie do żołnierzy.
"To szachy 5D" — komentuje nieoficjalnie jeden z naszych rozmówców. Bo z jednej strony trzeba rozmawiać z Amerykanami, nawet grając dystansem do Europy Zachodniej. Z drugiej strony — Warszawa (a zwłaszcza rząd) — nie chce popsuć sobie przy tym stosunków z Paryżem, Londynem czy Berlinem.
W polskiej stolicy bardzo pamięta się bowiem chociażby wrześniowe wtargnięcie rosyjskich dronów. Wówczas reakcja europejskich sojuszników Polski była dość zdecydowana. Donald Trump miał natomiast do zaoferowania tylko dziwaczny wpis ze słowami "here we go!".
Przed polską dyplomacją stoi więc karkołomne zadanie. Dogadać się z Amerykanami w momencie, gdy walczą z Unią — i jednoczesne unikanie antagonizowania kluczowych stolic Europy. A to wszystko w momencie negocjowania "dealu" pokojowego w Ukrainie. Wiadomo tymczasem, że Rosjanie grają o maksymalne osłabienie wschodniej flanki NATO. I że chcieliby najlepiej zupełnego wycofania wojsk USA z Polski, a już na pewno nie budowania w niej "Fortu Trump".
Autor: Mateusz Madejski, dziennikarz Business Insider Polska
Jak zaznaczył, tylko spójne działanie całego Zachodu może skłonić Rosję do poważnego potraktowania rozmów o zakończeniu wojny lub choćby o zawieszeniu broni. Premier podkreślił, że kluczowe jest niedopuszczenie do sytuacji, w której Kreml próbowałby rozgrywać różnice między Waszyngtonem, europejskimi stolicami i Kijowem.
Szef rządu zwrócił uwagę, że dotychczasowe wysiłki europejskich przywódców zaczynają przynosić efekty, choć — jak zaznaczył — to dopiero etap wstępny. Sama gotowość do rozmów nie oznacza jeszcze ich powodzenia, a droga do trwałego pokoju pozostaje długa i skomplikowana.
Jednym z najważniejszych tematów rozmów były gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy. Z ustaleń wynika, że rozważana jest wojskowa misja państw europejskich, wspierana przez Stany Zjednoczone, która mogłaby działać także na terytorium Ukrainy. Tusk podkreślił, że szczególnie istotna jest jednoznaczna deklaracja strony amerykańskiej o gotowości udziału w takim systemie gwarancji, co ma odstraszać Rosję przed kolejną agresją.
Wołodymyr Zełenski w Londynie na spotkaniu z liderami UE
|Getty Images
Tusk był pytany przez dziennikarzy, czy gwarancje dla Ukrainy są na wzór artykułu 5 NATO, mówiącego o wzajemnej obronie. — To byłoby za dużo powiedziane, za mocno powiedziane. Ale po raz pierwszy usłyszałem z ust amerykańskich negocjatorów, tutaj pan (Steve) Witkoff był bardzo jednoznaczny, że Ameryka zaangażuje się w gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy w taki sposób, żeby Rosjanie nie mieli wątpliwości, że odpowiedź amerykańska będzie militarna, gdyby Rosjanie ponownie zaatakowali Ukrainę. Więc w jakimś sensie przypomina to artykuł 5, ale nie nawiązywałbym wprost do artykułu 5, bo to może tylko utrudnić dalsze rozmowy, ale już ta deklaracja, którą dzisiaj usłyszeliśmy, ona była naprawdę daleko idąca — odpowiedział premier.
Premier zaznaczył jednocześnie, że ewentualne decyzje dotyczące ustępstw terytorialnych należą wyłącznie do Ukrainy. Polska — jak podkreślił — nie zamierza wywierać w tej sprawie żadnej presji, ograniczając się do wsparcia Kijowa w negocjacjach tak, by nie doszło do sytuacji, którą można by uznać za rosyjski triumf.
W kontekście obecności międzynarodowych sił wojskowych w Ukrainie Tusk ponownie podkreślił, że Polska będzie koncentrować się na zabezpieczeniu wschodniej flanki NATO. Nasz kraj ma odgrywać kluczową rolę logistyczną — jako hub transportowy i zaplecze dla odbudowy Ukrainy — jednak decyzje o ewentualnym wysyłaniu żołnierzy pozostają wyłączną kompetencją Warszawy.
Zamrożone aktywa i perspektywy rozmów pokojowych
W trakcie szczytu poruszono także temat zamrożonych rosyjskich aktywów. Jak przyznał premier, do porozumienia w sprawie ich wykorzystania na odbudowę Ukrainy jest bardzo daleko. Obecnie możliwe jest jedynie ich trwałe zamrożenie, a ewentualne użycie środków — nawet pośrednie, na przykład jako zabezpieczenia kredytów — pozostaje kwestią przyszłości. Tusk zaznaczył, że w tej sprawie stanowiska europejskie i amerykańskie wyraźnie się różnią.
Szef rządu nie pozostawił też złudzeń co do szybkiego zawieszenia broni. Jego zdaniem Rosja nie jest obecnie realnie zainteresowana pokojem, dlatego konieczne jest dalsze zwiększanie presji i demonstracja jedności Zachodu. — Dopiero wtedy rozmowy mogą nabrać konkretnego charakteru — ocenił, dodając, że perspektywa przerwania walk przed świętami Bożego Narodzenia wydaje się mało prawdopodobna.
Program PURL, uruchomiony w sierpniu, pozwala państwom NATO na zakup uzbrojenia z amerykańskich zapasów i przekazanie go Ukrainie.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo
Broń, w tym efektory do baterii Patriot, drony, pociski do myśliwców F-16 i amunicja, wspiera ukraińską obronę przeciwlotniczą oraz ochronę infrastruktury przed rosyjskimi atakami.
Jak poinformował Sikorski podczas spotkania ministerialnego w Brukseli w grudniu 2025 r., Polska przeznaczy na ten cel 100 mln dol. — Jeden milion dolarów na każdy centymetr wysadzenia w powietrze polskiego toru przez rosyjskich sabotażystów — powiedział wicepremier.
"Jak oceniasz decyzję o pomocy Ukrainie i planach przeznaczenia 100 mln dolarów na pomoc wojskową?" — takie dokładnie pytanie zadał ankietowanym Instytut Badań Pollster na zlecenie "Super Expressu".
Z badania wynika, że:
57 proc. osób ocenia decyzję źle, w tym:
— 22 proc. — raczej źle
— 35 proc. — zdecydowanie źle
43 proc. osób ocenia decyzję dobrze, w tym:
— 17 proc. — raczej dobrze
— 26 proc. — zdecydowanie dobrze
W wynikach pominięto odpowiedzi "nie mam zdania".
Badanie zostało zrealizowane przez Instytut Badań Pollster w dniach 6–7 grudnia 2025 r. metodą CAWI na próbie 1008 dorosłych Polaków. Struktura próby była reprezentatywna dla obywateli Polski w wieku 18+. Maksymalny błąd oszacowania wyniósł ok. 3 proc.
Zastąpienie najdroższych, przestarzałych bloków węglowych mocami offhore ma się przyczynić do obniżenia hurtowych cen energii elektrycznej.
Walka o wiatraki na morzu
Sonia Sobczyk-Grygiel, dziennikarka Business Insider Polska: 17 grudnia odbędzie się aukcja offshore. Jakie są wasze oczekiwania w tej sprawie?
Janusz Bil, prezes Orlen Neptun: Zacznijmy od tego, o co chodzi w tej aukcji. Jej ramy określa ustawa o promowaniu wytwarzania energii elektrycznej w morskich farmach wiatrowych. Aukcję organizuje prezes Urzędu Regulacji Energetyki, potrwa ona od godziny 8 do 18.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Aby aukcja się odbyła, muszą być złożone co najmniej trzy oferty — to jest warunek wynikający w ustawy. Przy czym firmy startujące w aukcji nie mogą zaoferować ceny wyższej niż maksymalna, którą określił minister klimatu i środowiska (od 485,71 zł do 512,32 zł za megawatogodzinę, w zależności od lokalizacji farmy). Uzupełnić trzeba, co ważne, że jedna oferta (ta z najwyższą ceną) zostanie odrzucona.
Firmy, które w aukcji zaoferują najniższą cenę, uzyskają 25-letni kontrakt różnicowy z gwarancją.
Wyjaśnijmy czytelnikom, co wam daje ten kontrakt różnicowy?
Firmy walczą o kontrakty różnicowe, czyli de facto o gwarantowaną cenę sprzedaży energii na 25 lat, aby projekty offshore’owe mogły pozyskać atrakcyjne finansowanie i aby ograniczać ryzyko inwestowania w ten sektor.
Polskie państwo oferuje system wsparcia dla morskich farm wiatrowych po to, żeby te inwestycje mogły się rozwijać. Zależy mu na tym, bo offshore gwarantuje niezależność i bezpieczeństwo energetyczne Polski.
Wróćmy zatem do tego, czego Orlen Neptun oczekuje od tej aukcji? Spodziewane jest, że waszymi konkurentami będą projekt Bałtyk 1 konsorcjum Polenergii i Equinora oraz Baltica 1 realizowana przez PGE Baltica.
Aukcja odbywa się w warunkach konkurencyjnych. Nikt do końca nie wie, jakie oferty i przez których inwestorów zostaną złożone. W przestrzeni publicznej mówi się o wymienionych przez panią projektach, ale nie komentujemy tego.
Jak już wcześniej wspomniałem, system aukcyjny działa w ten sposób, że jedna oferta zawsze odpada. Przykładowo: w przypadku trzech ofert tylko dwie będą zwycięskie.
Przygotowujemy nasz projekt Baltic East zlokalizowany na wysokości Łeby, o mocy ok. 1 GW i będziemy konkurować o zabezpieczenie wsparcia w postaci kontraktu różnicowego.
Jeżeli je otrzymamy, projekt wejdzie w fazę realizacji. Będziemy mogli zakontraktować główne komponenty i rozpocząć budowę tak, by farma była gotowa do eksploatacji na koniec 2032 r. Zapewni ona czystą energię z Bałtyku dla 1,5 mln gospodarstw domowych. Nakłady inwestycyjne szacujemy na 20 mld zł.
Dalsza część tekstu pod zdjęciem
Logotyp Orlen Neptun
|Orlen Neptun / Orlen Neptun
Przejdźmy zatem do szerszej perspektywy — copan odpowie tym, którzy podają w wątpliwość celowość kolejnych faz rozwoju morskiej energetyki wiatrowej w Polsce ze względu na bardzo wysokie koszty? Czy zwykli mieszkańcy Polski powinni się obawiać nadmiernego obciążenia ich rachunków kosztami offshore’u?
W tej chwili znamy maksymalne ceny energii z offshore’u, natomiast w wyniku rozstrzygnięcia aukcji dowiemy się, po ile ta energia rzeczywiście będzie.
Zastąpienie najdroższych, przestarzałych bloków węglowych mocami offshore przyczyni się do obniżenia hurtowych cen energii elektrycznej.
Ceny maksymalne określone przez resort klimatu są zróżnicowane ze względu na warunki, w jakich te projekty będą budowane. Chodzi głównie o odległość od lądu — projekty bardziej oddalone mają wyższe koszty, stąd maksymalna cena dla nich to ok. 512 zł za megawatogodzinę. Nasz projekt zlokalizowany jest najbliżej lądu, lokuje się zatem w najtańszym koszyku z ceną maksymalną ok. 485 zł za megawatogodzinę.
Jednak namawiam do tego, by na offshore patrzeć nie tylko przez pryzmat cen energii, ale też tego, jak Polsce zapewnić bezpieczeństwo i niezależność energetyczną w kontekście potrzeby odchodzenia od węgla i dywersyfikacji miksu energetycznego, a przede wszystkim w obliczu obecnej sytuacji geopolitycznej. Wycofywanie mocy węglowych musi być kompensowane budowaniem nowych mocy i jedną z odpowiedzi jest właśnie morska energetyka wiatrowa.
To jest też szansa na budowę nowej strategicznej gałęzi gospodarki. Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej ocenia, że w offshore może powstać nawet do 100 tysięcy miejsc pracy. To zresztą już się dzieje.
Wartość morskiej energetyki wiatrowej dla systemu energetycznego
Trudno nie zgodzić się z argumentem dotyczącym niezależności i bezpieczeństwa energetycznego. Są też jednak inne opcje — jest atom, wiatr na lądzie, choć mocno ograniczony wskutek weta prezydenta. Jakie widzi pan przewagi waszej branży w tej konkurencji, również w kontekście słabej koniunktury dla offshore’u na świecie?
Offshore to technologia sprawdzona na świecie — funkcjonuje już 83 GW wybudowanych mocy.
Nie konkurujemy jednak z innymi technologiami. One są dla nas komplementarne, ponieważ Polska potrzebuje zdywersyfikowanego miksu niskoemisyjnych technologii. Jest miejsce i dla atomu, i dla wiatru na morzu, i na lądzie. Przy czym obowiązujące regulacje ograniczają nieco potencjał rozwoju wiatru na lądzie.
Z punktu widzenia wartości danej technologii dla systemu energetycznego, morska energetyka wiatrowa wypada bardzo dobrze, ponieważ czas jej pracy, w porównaniu z innymi technologiami odnawialnymi, jest najdłuższy. Duża wietrzność na Bałtyku sprawia, że energia jest produkowana przez ponad 40 proc. godzin w ciągu roku.
W efekcie nasza technologia potrzebuje najmniej magazynów i bilansowania. Do przewag morskiej energetyki wiatrowej należy też to, że jest niewidoczna z lądu, nie budzi społecznych kontrowersji, ani nie generuje hałasu dotkliwego dla ludności.
Dalsza część tekstu pod zdjęciem
Orlen jest kluczowym graczem, jeśli chodzi o morską energetykę wiatrową. W pierwszej i drugiej fazie jego plany opiewają na 6,4 GW, co ma zapewnić prąd dla ośmiu i pół miliona gospodarstw domowych.
|AxOst / Shutterstock
Jaki, pańskim zdaniem, powinien zatem być docelowy udział offshore’u w polskim miksie energetycznym? Pierwotna wersja aktualizacji Krajowego Planu na rzecz Energii i Klimatu zakładała 18 GW do 2040 r. Czy coś się zmieni w tej sprawie — w tym tygodniu resort energii ma pokazać ostateczną wersję aktualizacji KPEiK?
Potencjał Bałtyku to nawet 33 GW. Natomiast skala udziału morskiej energetyki wiatrowej w polskim miksie zależy od decyzji politycznej.
Są dyskusje na temat tego, ile offshore’u ma być w KPEiK. Jaka będzie decyzja ministerstwa, dowiemy się wkrótce. Zakładamy jednak, że nie będzie ani dramatycznej redukcji, ani zakwestionowania tej technologii w nowym KPEiK.
W swojej strategii Orlen przewiduje realizację pięciu projektów drugiej fazy i ukończenie budowy projektu z pierwszej fazy. Zakładamy, że tę strategię zrealizujemy.
Jaki w sumie będzie więc wasz wkład w polski miks energetyczny? Wasze pierwsze instalacje mają produkować prąd już w tym roku.
Orlen jest kluczowym graczem, jeśli chodzi o morską energetykę wiatrową. W pierwszej i drugiej fazie nasze plany opiewają na 6,4 GW, co zapewni prąd dla ośmiu i pół miliona gospodarstw domowych. W tak zwanej pierwszej fazie realizujemy projekt Baltic Power o mocy blisko 1,2 GW. Ruszy on już w trzecim kwartale 2026 r.
Ile to wszystko będzie kosztowało?
Wszystkie nasze projekty to koszt ok. 100 mld zł. A w sumie rozwój offshore w Polsce pochłonie ponad 300 mld zł.
Liczby są potężne, przekraczają chociażby nakłady na elektrownię jądrową. Natomiast wiele z tych pieniędzy może zostać w kraju.
Orlen Neptun czuje presję i odpowiedzialność w sprawie local content w offshore
Może zostać w kraju dzięki tzw. local content. Jaki jest udział komponentu krajowego w waszych projektach?
Dążymy do możliwie największego udziału polskich firm w realizacji projektów morskich farm wiatrowych.
W Baltic Power prognozowane mamy 21 proc. local content w całym cyklu życia inwestycji, czyli łącznie z fazą eksploatacji, która będzie trwała 35 lat.
Dalsza część tekstu pod zdjęciem
A jak ma to wyglądać w waszych kolejnych inwestycjach?
Local content w drugiej fazie na pewno ma szansę być wyższy. Oczywiście wielką ambicją i wyzwaniem jest osiągnięcie wskaźnika 45 proc. zapisanego w porozumieniu sektorowym.
To nie jest jednak wyłącznie rola dewelopera, by zapewnić local content. Deweloper musi mieć komu tę usługę zlecić. Nie jest rolą deweloperów budowa łańcucha wartości, a podejmowanie działań wspierających. To nie my mamy wybudować te wszystkie fabryki, statki, porty. Przy czym polskie firmy muszą oferować usługi na konkurencyjnych warunkach i w dobrej jakości.
Taki local content zawsze się obroni. Sprzyjać będzie mu to, że oprócz samej ceny towarów czy usług, możemy szacować ślad węglowy, ryzyka transportowe czy logistyczne — jeżeli coś jest produkowane bliżej, na miejscu, to generuje mniejsze ryzyka. Takie kryteria wspierają local content. Stopniowo będziemy się starać wprowadzać je do naszych postępowań zakupowych. Rozsądny dialog z łańcuchem wartości jest tu kluczowy.
Już w fazie przygotowawczej mamy dużo polskich firm, również z wewnątrz grupy Orlen. Na przykład wstępne badania dna morskiego wykonały dla nas firmy Orlen Petrobaltic oraz Geofizyka Toruń z naszej grupy kapitałowej.
Czujemy presję i odpowiedzialność w sprawie local content jako firma, której większościowym udziałowcem jest Skarb Państwa. Jednak niedojrzały łańcuch dostaw rodzi ryzyka opóźnień, niewykonania projektów albo wyższych kosztów ich realizacji. Trzeba więc wspierać local content, ale w sposób odpowiedzialny.
Czego brakuje zatem, by zwiększać szanse na jak największy udział local content w projektach offshore’owych?
Polskie państwo oferuje naszej branży bardzo dobry system regulacyjny. Polska jest dziś pod tym względem jednym z najbardziej atrakcyjnych rynków na świecie. Teraz potrzebne jest konsekwentne potwierdzanie, że Polska chce budować offshore, a nie zaprzeczanie. Inaczej krajowy łańcuch dostaw nie powstanie.
Aby ten łańcuch się wykształcił, musi mieć przewidywalne portfolio projektów. Jeżeli powiemy, że offshore jest przyszłością, że chcemy te inwestycje realizować, wówczas zaczną tu powstawać firmy tworzące łańcuch dostaw dla offshore’u. To zresztą już się dzieje.
Aktywność Karola Nawrockiego nie pozostaje jednak bez echa — wywołuje zarówno uznanie, jak i krytykę. Najnowsze badania opinii publicznej pokazują, że Polacy różnie postrzegają skalę i skuteczność prezydenckiego zaangażowania, a oceny te są silnie powiązane z politycznymi sympatiami respondentów.
Aktywność prezydenta na krajowej i międzynarodowej scenie
W ostatnich miesiącach prezydent konsekwentnie podkreśla, że chce pełnić rolę aktywnego uczestnika życia publicznego, a nie jedynie ceremonialnej głowy państwa. Spotkania w Pałacu Prezydenckim, wystąpienia dotyczące bezpieczeństwa czy zdrowia publicznego oraz akcentowanie relacji międzynarodowych mają świadczyć o tym, że urząd ten nie pozostaje na uboczu kluczowych debat.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Jednocześnie część opinii publicznej zadaje pytanie, czy deklaracje i inicjatywy przekładają się na realny wpływ na sprawy najważniejsze dla obywateli.
Karol Nawrocki od początku kadencji stara się zaznaczać swoją obecność zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej. Z jego inicjatywy w Pałacu Prezydenckim odbył się m.in. szczyt poświęcony ochronie zdrowia, który miał być forum wymiany opinii ekspertów i decydentów. Prezydent chętnie wypowiada się także na temat relacji międzynarodowych, zwracając uwagę na znaczenie sojuszy oraz własne kontakty z przywódcami światowych mocarstw, w tym ze Stanami Zjednoczonymi.
Tego typu działania są przez jednych postrzegane jako dowód energii i zaangażowania, przez innych — jako gesty o ograniczonym znaczeniu praktycznym. Wrażenie to wzmacnia fakt, że prezydenckie inicjatywy często oceniane są przez pryzmat bieżących sporów politycznych, a nie ich merytorycznej zawartości.
Karol Nawrocki
|KSikorski / Shutterstock
Sondaż w sprawie Karola Nawrockiego: społeczeństwo podzielone niemal po równo
Wśród wyborców koalicji rządzącej większość, bo 53 proc., uważa, że prezydent nie wykazuje wystarczającego zaangażowania (6 proc. odpowiedzi "zdecydowanie nie" oraz 47 proc. "raczej nie"). Przeciwnego zdania jest łącznie 11 proc. badanych z tej grupy — 2 proc. wskazało odpowiedź "zdecydowanie tak", a 9 proc. "raczej tak". Aż 35 proc. respondentów popierających koalicję rządzącą nie potrafiło jednoznacznie ocenić tej kwestii i wybrało odpowiedź "trudno powiedzieć".
Z kolei wśród elektoratu opozycji zdecydowana większość, bo 85 proc., pozytywnie ocenia aktywność Karola Nawrockiego jako prezydenta (52 proc. "zdecydowanie tak", 33 proc. "raczej tak"). Krytyczną opinię wyraziło jedynie 6 proc. ankietowanych ("zdecydowanie nie" — 6 proc., "raczej nie" — 47 proc.), natomiast 9 proc. badanych nie miało w tej sprawie wyrobionego zdania.
Najbardziej zróżnicowane odpowiedzi pojawiły się w grupie osób niezdecydowanych oraz nieuczestniczących w wyborach. W tej grupie 35 proc. respondentów uważa, że prezydent angażuje się w wystarczającym stopniu (15 proc. "zdecydowanie tak", 20 proc. "raczej tak"), natomiast 34 proc. ocenia to negatywnie (11 proc. "zdecydowanie nie", 23 proc. "raczej nie"). Brak jednoznacznej opinii zadeklarowało 31 proc. ankietowanych.
Rynek nieruchomości w Polsce od lat przechodzi cyfrową rewolucję. Jednym z jej filarów są Elektroniczne Księgi Wieczyste (EKW), prowadzone przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Jak przypominają eksperci Gratka.pl, to wciąż ten sam kluczowy rejestr stanu prawnego nieruchomości — różnica polega na formie. Zamiast wizyty w sądzie rejonowym wystarczy dostęp do internetu i numer księgi wieczystej.
Księga wieczysta online dokumentuje m.in. dane właściciela, położenie i powierzchnię nieruchomości, a także hipoteki, służebności czy roszczenia osób trzecich. Co istotne, rejestr jest jawny — każdy może go przeglądać, o ile zna numer KW. To rozwiązanie, które znacząco zwiększa transparentność obrotu nieruchomościami.
Publiczny rejestr, ale nie wszystko jest oczywiste
Jawność ksiąg wieczystych bywa mylnie interpretowana jako pełne bezpieczeństwo transakcji. Tymczasem — jak podkreślają specjaliści rynku — sam fakt istnienia księgi to dopiero początek analizy.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
"Księga wieczysta to jeden z najważniejszych dokumentów opisujących nieruchomość. Może uchronić nabywcę przed zakupem mieszkania obciążonego np. prawem dożywotniego zamieszkania" — wskazują eksperci Gratka.pl.
Rejestr opiera się na zasadzie domniemania prawdziwości wpisów. Oznacza to, że to, co ujawnione w księdze, uznaje się za zgodne z rzeczywistym stanem prawnym. Ale — i tu pojawia się kluczowe "ale" — istnieją sytuacje, w których sama lektura EKW może nie wystarczyć.
Jawność ksiąg wieczystych bywa mylnie interpretowana jako pełne bezpieczeństwo transakcji
|Moon Story / Shutterstock
Cztery działy, które decydują o bezpieczeństwie transakcji
Każda księga wieczysta ma identyczną strukturę i składa się z czterech działów. Ich układ jest logiczny, ale wymaga uważnej analizy.
Dział I dotyczy nieruchomości i praw z nią związanych. Znajdziemy tu informacje o rodzaju lokalu lub działki, danych geodezyjnych, adresie oraz powierzchni. W części I-Sp pojawiają się prawa przysługujące właścicielowi, np. służebności czy udział w drodze dojazdowej.
Dział II to dane właściciela lub współwłaścicieli. Tu ujawniany jest także sposób nabycia nieruchomości — sprzedaż, darowizna czy spadek. Dla kupującego to kluczowy sygnał, czy sprzedający faktycznie ma prawo rozporządzać lokalem.
Dział III bywa najbardziej problematyczny. To właśnie tu pojawiają się ograniczenia w rozporządzaniu nieruchomością, prawa osobiste i roszczenia — np. prawo dożywocia, najmu czy pierwokupu. Ich zlekceważenie może oznaczać poważne konsekwencje finansowe i prawne.
Dział IV obejmuje hipoteki. Sama hipoteka nie przekreśla zakupu, ale wymaga odpowiedniej procedury i rozliczeń, często z udziałem banku.
Rękojmia wiary publicznej ksiąg wieczystych — tarcza dla kupującego
Jednym z fundamentów systemu ksiąg wieczystych jest rękojmia wiary publicznej. To mechanizm, który — w teorii — daje nabywcy ogromne poczucie bezpieczeństwa.
— Celem rękojmi jest zapewnienie pewności i stabilności obrotu nieruchomościami, tak aby kupujący mógł polegać na treści księgi wieczystej — tłumaczy Daniel Wojda, doradca ds. nieruchomości i właściciel biura nieruchomosci360.com.
Jak wyjaśnia ekspert, jeśli kupujący działa w dobrej wierze i nabywa nieruchomość od osoby wpisanej w księdze jako właściciel, to co do zasady staje się jej właścicielem — nawet jeśli rzeczywisty stan prawny był inny. Ryzyko błędnych lub nieujawnionych praw spada na osobę, której interes nie został wpisany do KW.
To jednak nie jest absolutna ochrona. Rękojmia nie działa m.in. w przypadku ujawnionych w księdze wzmianek o toczących się postępowaniach.
Księgi wieczyste online kontra akta księgi: różnica, o której mało kto mówi
W praktyce wielu kupujących kończy analizę na sprawdzeniu EKW. To błąd, przed którym ostrzegają eksperci.
— Księgi wieczyste online to system elektroniczny, natomiast akta księgi wieczystej to fizyczne dokumenty znajdujące się w sądzie lub archiwum — podkreśla Daniel Wojda.
W aktach mogą znajdować się dokumenty, które nie zostały jeszcze ujawnione w elektronicznej księdze, np. wnioski czekające na rozpatrzenie. Dlatego przed zakupem — szczególnie drogiej nieruchomości — warto dotrzeć także do papierowych akt. Dostęp do nich ma osoba z interesem prawnym oraz notariusz.
Wydruk z internetu to za mało. Kiedy potrzebny jest dokument "z mocą prawną"
Choć każdy może wydrukować treść księgi wieczystej z przeglądarki, taki dokument nie ma mocy prawnej. Jak przypominają eksperci Gratka.pl, wydruk w trybie przeglądania nie spełnia wymogów formalnych i nie zastąpi odpisu wydanego przez sąd.
Jeśli dokument jest potrzebny np. do kredytu hipotecznego lub zmiany prawa własności, należy złożyć wniosek przez system EKW i uiścić opłatę. W zamian otrzymujemy plik PDF z cechami dokumentu urzędowego, równoważny papierowemu odpisowi z sądu.
Koszty są stosunkowo niewielkie — od 20 zł za odpis zwykły do 50 zł za odpis zupełny, który pokazuje również wykreślone wpisy i historię zmian.
Dlaczego sprawdzenie KW to dziś obowiązek, a nie formalność?
W realiach wysokich cen mieszkań i rosnącej liczby skomplikowanych transakcji księga wieczysta online stała się pierwszą linią obrony kupującego. To narzędzie szybkie, darmowe i dostępne dla każdego — ale tylko pod warunkiem, że wiemy, jak z niego korzystać.
Eksperci rynku są zgodni: analiza KW, uzupełniona o sprawdzenie akt księgi i wsparcie notariusza, to dziś absolutne minimum. Bo na rynku nieruchomości jedna niepozorna wzmianka w dziale III może kosztować znacznie więcej niż kilka godzin poświęconych na dokładną weryfikację.
Czyste powietrze, program, który powstał przede wszystkim z myślą o walce ze smogiem, a z czasem stał się flagowym przedsięwzięciem termomodernizacji i wymiany źródeł ciepła w domach jednorodzinnych, od dłuższego czasu znajduje się w kryzysie.
Dalsza część artykułu znajduje się pod materiałem video:
Po nagłym zawieszeniu w listopadzie ubiegłego roku i reaktywacji na wiosnę liczba składanych wniosków drastycznie spadła. Dobrze kojarzonej wcześniej marce z sukcesami na koncie zaczęła grozić wizerunkowa tragedia. W Business Insiderze opisywaliśmy sytuację beneficjentów zobowiązanych do zwrotu środków, które stracili na rzecz oszustów, ale i setek firm pozostawionych bez pieniędzy za wykonane prace.
Część tych problemów być może uda się teraz rozwiązać. Po wcześniejszych zapowiedziach, 10 grudnia w wykazie prac legislacyjnych rządu pojawił się wpis na temat projektu ustawy o pomocy beneficjentom — osobom fizycznym poszkodowanym w związku z realizacją programu Czyste powietrze.
Projekt przygotowany w Ministerstwie Klimatu i Środowiska ma jeden nadrzędny cel — zawieszenie w uzasadnionych sytuacjach zobowiązań finansowych beneficjentów, a szczególnie wtedy, gdy nieprawidłowości w wydaniu dotacji nastąpiły nie z ich winy.
Innymi słowy: beneficjenci nabici w butelkę przez przestępców, którzy mieli wykonać prace, ale tego nie zrobili albo wykonali je z wyraźnymi błędami, nie będą musieli oddawać otrzymanych pieniędzy.
Według resortu klimatu do tej pory brakowało podstaw prawnych, żeby należności dochodzić od wykonawców — stronami umów z wypłacającymi środki wojewódzkimi funduszami ochrony środowiska i gospodarki wodnej byli beneficjenci. Planowana ustawa ma rozwiązać ten kłopot.
Dochodzenia zwrotów od wykonawców
Obowiązki dotyczące należności beneficjentów będą więc mogły być zawieszane, o ile zabezpieczy się też interesy wypłacających środki wojewódzkich funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej oraz nadzorującego program Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.
Możliwe stanie się dochodzenie zwrotów od wykonawców, w tym zwrotów bezpośrednio wypłacanych im zaliczek. W procesach karnych o oszustwa wojewódzkie fundusze mają zyskać status pokrzywdzonego (obok beneficjentów), dzięki czemu sądy będą mogły narzucać obowiązek naprawienia szkody.
W niektórych sytuacjach zawieszanie działań wojewódzkich funduszy wobec beneficjentów (czyli odstępowanie od dochodzenia środków) będzie obowiązkowe.
Chodzi o przypadki złożonych zawiadomień o możliwości popełnienia przestępstwa, w którym wykonawca miał skorzystać z dofinansowania, albo już wszczętych postępowań karnych. Należności będą mogły być całkowicie umarzane, jeśli do niezrealizowania umowy na remont albo wymianę źródła ciepła doszło wyłącznie z winy wykonawcy.
Tam, gdzie pieniędzy nie uda się odzyskać ani od beneficjentów, ani od wykonawców, Narodowy Fundusz pokryje straty, przede wszystkim poprzez zbycie posiadanych przez siebie skarbowych papierów wartościowych. "Będzie to wyraz pomocniczości państwa dla osób będących w bardzo trudnej sytuacji, która powstała bez ich winy" — stwierdza resort klimatu.
Wszystkie postanowienia dotyczące zawieszania czy umarzania należności odnoszą się do umów zawartych w ramach Czystego powietrza do 28 listopada 2024 r., czyli do zatrzymania programu. Projekt pozwala też udzielania ulg w spłacie należności. Przyjęcie go przez rząd jest zaplanowane na pierwszy kwartał przyszłego roku.
Poszkodowani przez fundusze
O komentarz poprosiliśmy Piotra Siergieja, rzecznika Polskiego Alarmu Smogowego — organizacji, która zwracała uwagę na niską w porównaniu z wcześniejszymi latami liczbę wniosków w Czystym powietrzu po jego wznowieniu. Według działacza przygotowywane przepisy mają istotną lukę — pomijają bowiem całą grupę osób, którym też powinna należeć się pomoc.
— Oprócz bezpośrednich ofiar oszustów, wielu beneficjentów zostało poszkodowanych przez wojewódzkie fundusze ochrony środowiska i gospodarki wodnej. Znam przypadki osób zmuszonych do zwrotu całości dotacji sięgającej kilkudziesięciu tysięcy zł tylko dlatego, że w rozliczeniu inwestycji pomylono o dwie sztuki liczbę wymienionych okien — mówi Siergiej.
W ocenie rzecznika Polskiego Alarmu Smogowego fundusze często działały uznaniowo, nie akceptując rozliczeń przy nawet niewielkich błędach albo nieporozumieniach.
— Żądania zwrotów pojawiały się np. kiedy ocieplającego dom styropianu było o kilka centymetrów więcej — podaje przykład.
— Beneficjenci dostawali decyzje administracyjne o konieczności zwrotów, a niektóre sprawy trafiły do prokuratury — dodaje.
Przepisy działały wstecz
Dowolność interpretacji przepisów miała prowadzić też do tego, że niektóre wojewódzkie fundusze narzucały beneficjentom i wykonawcom wsteczne obowiązywanie przepisów.
— Po wznowieniu Czystego powietrza w programie pojawiła się tabela kosztów jednostkowych, po to, by wyeliminować głośne przypadki w rodzaju drzwi za 40 tys. zł. Pomysł był słuszny i dobrze, że taka lista powstała — koszty materiałów i komponentów powinny być ujednolicone. Problem w tym, że wielu wykonawców dowiedziało się o tabeli po czasie, bo nikt ich o nich nie poinformował, a bez żadnego uprzedzenia zaczęto ją egzekwować— tłumaczy Piotr Siergiej.
Rzecznik przekonuje, że uznaniowość i różnorodność wykładni nt. panujących w Czystym powietrzu zasad to kluczowe słabości programu — i wcześniej, i teraz.
— Narodowy Fundusz przesłał funduszom wojewódzkim pewne wytyczne, w praktyce jednak w dalszym ciągu te same wnioski w jednym województwie mogą przejść, a w drugim już nie. Czasami ta sama firma może realizować inwestycję w gminie A, ale w "należącej" do innego funduszu gminie B, już nie — mówi Siergiej.
Jak stwierdza, przygotowywana ustawa rozwiązuje tylko część dawnych problemów (choć bez uwzględnienia beneficjentów poszkodowanych przez fundusze), tymczasem w programie nie brakuje aktualnych.
Nisko wiszące owoce już zerwaliśmy
Kontekstem perturbacji w Czystym powietrzu jest wynegocjowane m.in. przez Polskę opóźnienie wejścia w życie systemu ETS2. Rok więcej, który zyskaliśmy, powinien być czasem na lepsze przygotowanie do opłat za emisje w gospodarstwach domowych, czyli na zwiększoną akcję termomodernizacyjną oraz instalację czystych źródeł ogrzewania. Według Piotra Siergieja, obecna sytuacja nie pozwala na optymizm.
— Liczba wniosków sięga dziś ok. 1 tys. tygodniowo. W porównaniu z 5 tys. rok temu jest to zapaść. Firmy nie chcą wchodzić w Czyste powietrze, ponieważ boją się uznaniowości i długiego oczekiwania na środki, które nawet niekoniecznie zostaną wypłacone. W miarę postępowania procesu termomodernizacji jest też coraz trudniej; zerwaliśmy już "nisko wiszące owoce", a domy czekające na remont i wymianę kotłów często należą do osób uboższych i mniej przygotowanych. Trzeba zmienić naprawdę dużo — podsumowuje rzecznik.
Po co płacić fiskusowi, jeśli można pieniądze wydać na własną firmę? Tak myśli wiele osób prowadzących działalność gospodarczą pod koniec roku. Faktycznie jest sporo możliwości, żeby podatek dochodowy za 2025 r. legalnie obniżyć. Tłumaczymy, na co pozwalają przepisy. Trzeba jednak pamiętać, żeby nie wylać dziecka z kąpielą.
Przedsiębiorcy mają sporo możliwości, aby pod koniec roku obniżyć swój PIT. Nie chodzi tylko o generowanie kosztów, czyli np. wzięcie samochodu w leasing.
Rzeczywiście pozwala to obniżyć dochód, ale ma to sens jedynie w przypadku, gdy faktycznie chcesz wymienić samochód w firmie.
A może chcesz kupić drogi laptop? To też może być koszt. W artykule tłumaczymy jednak, dlaczego nie obniży on znacząco podatku za 2025 r.
Są natomiast rozwiązania sensowne, które pozwolą obniżyć podatek za obecny rok, a nie wiążą się z wydawaniem pieniędzy. Zobacz, jakie masz możliwości, aby obniżyć, a nawet wyzerować podatek za 2025 r.
Instalacja kosztująca ok. 7,5 mld zł była jedną z największych inwestycji w branży petrochemicznej w Europie i w całej historii polskiego przemysłu.
Dalsza część artykułu pod wideo:
Pomysł miał być wielkim skokiem rozwojowym polskiej spółki nawozowej i umożliwić otwarcie firmy na nowe, perspektywiczne gałęzie biznesu w postaci produkcji propylenu i polipropylenu.
Grupa Azoty złożyła zawiadomienie do Prokuratury Okręgowej w Tarnowie w sprawie realizacji projektu Polimerów Police (później GA Polyolefins). Za wyrządzenie w obrocie gospodarczym szkody wielkich rozmiarów może grozić nawet do 10 lat pozbawienia wolności.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Koncern chce pociągnięcia do odpowiedzialności autorów sztandarowego przemysłowego projektu rządów Prawa i Sprawiedliwości.
— Dużo więcej towarów chemicznych, różnego rodzaju produktów, półproduktów, musimy importować, niż możemy u siebie wyprodukować i wyeksportować. To oznacza, że taka inwestycja jak ta, nie tylko była bardzo potrzebna, z punktu widzenia uzupełnienia oferty produktowej grupy Azoty, ale jest także ważna, kluczowa dla całej gospodarki Rzeczypospolitej — mówił premier Mateusz Morawiecki podczas uroczystości rozpoczęcia produkcji w 2023 r.
Jacek Sasin w Policach w 2020 r
|MAP / Ministerstwo Aktywów Państwowych
— Tym bardziej jest to ważne, że spółki Skarbu Państwa kontynuują swoją bieżącą działalność i nie rezygnują z zaplanowanych inwestycji w tak trudnym dla gospodarki okresie pandemii koronawirusa — twierdził z kolei minister aktywów państwowych i wicepremier Jacek Sasin podczas wizyty w Policach w 2020 r.
Fiasko Polimerów
Celów biznesowych inwestycji nigdy nie udało się osiągnąć — opóźnienia w budowie, kryzys surowcowy i spadek popytu na polipropylen przełożyły się na to, że instalacja nigdy nie osiągnęła swojego potencjału. Kredytujące ją banki wezwały do spłaty zobowiązań, a spółka weszła również w spór z głównym wykonawcą — koreańskim Hyundai Engineering. Z kłopotów finansowych, w jakich się znalazła, nie wyszła do dziś.
Zawiadomienie dotyczy podejrzenia popełnienia przestępstwa wyrządzenia Grupie Azoty szkody majątkowej w wielkich rozmiarach. Miała ona polegać na niegospodarnym zarządzaniu sprawami majątkowymi w związku z budową Polimerów.
Nieprawidłowości dotyczą działań i zaniechań z lat 2016-23. Choć sama kontrolowana przez Azoty spółka odpowiedzialna za budowę kompleksu powstała jeszcze przed zmianą władzy w 2015 r., szkoda miała dokonać się w czasie decyzji o wybraniu koncepcji - kosztownej rozbudowy inwestycji z koncepcji instalacji wytwarzającej wyłącznie propylen (tzw. instalacja PDH) do modelu instalacji produkującej zarówno propylen, jak i polipropylen.
To właśnie wybór i realizacja tej formuły mogły doprowadzić do zwiększenia limitów zadłużenia finansowego w 2018 r. o ok. 5,5 mld zł, a kolejne decyzje inwestycyjne podejmowane w ramach projektu powodowały dalszy wzrost zadłużenia w okresie 2021-2024 o ok. 2,1 mld zł.
Azoty szukają ratunku
Kontrolowana przez Azoty spółka GA Polyolefins (GAP) znajduje się w restrukturyzacji, a grupa liczy, że wkrótce uda się sfinalizować jej sprzedaż Orlenowi. Oferta płockiego koncernu za udziały należące do Azotów (oprócz nichOrlen ma obecnie 17,3 proc., Hyundai Engineering Co. – 16,6 proc. i Korea Overseas Infrastructure and Urban Development Support Corporation – 1,1 proc.) opiewała na 1,022 mld zł.Azoty złożyły właśnie kontrofertę, która nie różni się co do samej tej kwoty, lecz przewiduje "bonusy" w przyszłości.
Transakcja ma pozwolić wyjść Azotom na prostą, bo zdaniem obecnego zarządu spółki, plan na instalację do produkcji polipropylenu od początku nie spełniał przesłanek biznesowych, a poprzednie władze ignorowały biznesową irracjonalność projektu.
— Podjęto decyzję o inwestycji wielkich rozmiarów w sposób niedopasowany do możliwości finansowych grupy. Oparto się również o ryzykowne założenia biznesowe. Wszystkie te założenia po prostu się nie realizują. W ten sposób wpędzono grupę w biznes, który osłabił jej potencjał, zamiast realizować wiele bardziej perspektywicznych projektów — stwierdza prezes Grupy Azoty Andrzej Skolmowski w rozmowie z Business Insider Polska.
Projekt Polimery Police nadal ciąży Grupie Azoty
|Dariusz Gorajski / Forum / Forum Polska Agencja Fotografów
NIK punktuje inwestycję Azotów
Raport Najwyższej Izby Kontroli z lutego opisywał m.in., że spółka w swoich analizach przed rozpoczęciem projektu nie doszacowała ryzyka związanego z możliwością załamania się koniunktury na światowych rynkach i wrażliwości projektu na globalną koniunkturę.
Potwierdzał również, że nie osiągnięto podstawowych celów biznesowych. "W wyniku opóźnień w realizacji Projektu Spółka wyprodukowała w 2024 r. 166 tys. 680 ton propylenu (39 proc. zakładanego rocznego potencjału produkcji w wysokości 429 tys. ton) oraz 144 tys. 100 ton polipropylenu (33 proc. z planowanej rocznej produkcji w wysokości 437 tys. ton)" — wymieniała NIK.
Utracone korzyści Azotów
Inwestycja w Polimery bazowała na założeniu sprowadzania taniego gazu do zasilania instalacji. Jednocześnie Azoty wkraczały na nieznany sobie bliżej obszar działalności — produkcję polipropylenu, za którą dotychczas w portfolio spółek skarbu państwa zajmował się Orlen.
Zdaniem obecnego zarządu, Azoty koncentrując się na kosztownym i ryzykownym projekcie, straciły możliwość rozwoju na bardziej obiecujących kierunkach. — Grupa ma cztery zespoły portów morskich. W Policach dysponujemy trzecim co do wielkości portem morskim. Można było zrealizować wiele ciekawych projektów, które byłyby teraz świetną odpowiedzią na to, co dzieje się na rynku, zamiast wchodzić w obszary, które z tej perspektywy rynkowej są trudne do realizacji, gdy nie ma innych z synergii w całym łańcuchu dostaw — stwierdza Skolmowski.
Kolejne doniesienie
To już kolejne zawiadomienie, jakie otrzymuje prokuratura w sprawach dotyczących funkcjonowania Azotów za poprzedniej władzy. Wcześniej spółka informowała o złożeniu ich w sprawach takich jak strategia zakupu gazu ziemnego w latach 2022-2023, opóźnienia w budowie bloku węglowego w Puławach, czy wydłużenia zakazu konkurencji w umowach menedżerskich.
Grzegorz Kowalczyk, dziennikarz Business Insider Polska
Kilka dni wcześniej alarm ogłoszono w Irlandii. Drony zauważono w rejonie Dublina w czasie wizyty Wołodymyra Zełenskiego. Premier Micheál Martin podkreślał później, że nie było zagrożenia dla samolotu prezydenta Ukrainy (maszyna była już po lądowaniu), ale jednocześnie uznał zdarzenie za sugestywne w kontekście rosyjskiej kampanii hybrydowej. Rosyjska ambasada zaprzecza — podaje "The Economist".
Drony przestały być rzadkością. W samych europejskich miastach systemy pomiarowe Eurocontrolu (projekt ACUTE) wykryły w 2024 r. 3833 "bliskie spotkania" dronów ze statkami załogowymi. To ponad dwa razy więcej niż rok wcześniej. Brytyjski rząd od lat z kolei zakłada, że do 2030 r. na niebie UK może działać ponad 76 tys. komercyjnych dronów. W takim tłumie trudniej odróżnić przypadek od celowej prowokacji.
Dalsza część pod materiałem wideo:
Najpierw wykryć, potem unieszkodliwić
Największa słabość Europy? Małe drony są trudne do wykrycia i jeszcze trudniejsze do bezpiecznego "zdjęcia" z nieba. Klasyczne radary lotnicze są projektowane tak, by pomijać małe i wolne obiekty (ptaki, zakłócenia), czyli dokładnie to, czym jest typowy quadcopter. Dlatego rośnie znaczenie pasywnych czujników nasłuchujących łączności radiowej oraz wyspecjalizowanych radarów i optyki, które da się rozstawić punktowo wokół lotnisk, portów i baz.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Gdy dron już pojawia się w systemach, pierwszym odruchem jest neutralizacja bez użycia ognia. Czyli zagłuszanie lub podszywanie się pod sygnał nawigacyjny, żeby zmusić maszynę do lądowania. To właśnie takie metody przewijają się w relacjach z Francji, o których czytamy w tygodniku.
Problem w tym, że skuteczność spada, gdy ktoś używa niestandardowych komponentów, innych pasm albo autonomii. Wtedy zostaje twarde działanie — od siatek po broń. I tu pojawia się paradoks. Zestrzelenie małego drona nad gęsto zaludnionym terenem może być groźniejsze niż sam intruz w powietrzu, bo szczątki muszą gdzieś spaść.
Lotniska są szczególnie podatne na szantaż niskim kosztem. Wystarczy wiarygodne zgłoszenie, żeby wstrzymywać ruch, przekierowywać samoloty i wywoływać chaos. W listopadzie holenderskie służby użyły broni przeciw dronom nad bazą Volkel, ale bez odzyskania wraku — to dobrze pokazuje, jak trudno jest szybko zebrać dowody i przypisać sprawstwo.
Prawo goni zagrożenie. To dopiero początek
Technologia to jedno, ale równie ważne są przepisy i procedury. Wiele państw woli dziś zamknąć przestrzeń powietrzną, niż ryzykować strzały w pobliżu ludzi i infrastruktury krytycznej. Stąd fala zmian prawnych. Niemcy przygotowały regulacje dające policji jasne uprawnienia do zestrzeliwania dronów w sytuacji "ostrego zagrożenia", a Litwa przyjęła prawo pozwalające wojsku niszczyć drony naruszające jej przestrzeń powietrzną.
Irlandia, po incydencie związanym z wizytą Zełenskiego, zapowiedziała przyspieszenie zakupów systemów antydronowych. W debacie publicznej pojawia się kwota 19 mln euro i plan ulokowania zestawu w Baldonnel pod Dublinem, gdzie często przylatują zagraniczni goście.
Jednocześnie coraz częściej słychać o podejrzeniach, że część operacji może być morską odsłoną wojny hybrydowej — z wykorzystaniem jednostek rosyjskiej floty cieni do działań rozpoznawczych lub wypuszczania dronów bliżej europejskich wybrzeży. Francja prowadziła w 2025 r. dochodzenia wokół tankowca podejrzewanego o powiązania z takimi incydentami.
Nie znaczy to, że za każdym alarmem stoi Kreml. Wspólna analiza Dronewatch i "Trouw" wskazywała, że w większości badanych przypadków nie udało się potwierdzić nawet samej obecności drona, a twardych dowodów na zagraniczne sprawstwo zwykle brakuje.
Wręczono także Nagrodę Specjalną za Edukację Finansową. Obok wyróżnień redakcyjnych ogłoszono również wyniki plebiscytu, w którym internauci wskazali marki, trendy i narzędzia najlepiej oddające styl życia i wartości pokolenia Z.
Laureaci Business Insider Awards 2025
Statuetki Business Insider Awards 2025
|Mat. własne
Kategoria: Business — Polenergia za: "strategiczne wejście w morską energetykę wiatrową, w ramach której wspólnie z partnerem Equinor planuje uruchomić w polskiej strefie ekonomicznej projekty Bałtyk 2 i 3. Farmy wiatrowe o łącznej mocy 1 440 MW nie tylko wzmacniają bezpieczeństwo energetyczne i transformację Polski w kierunku OZE". Redakcja Business Insider Polska doceniła również skalę i złożoność projektu na poziomie finansowania, którego wartość opiewa na 27 mld zł.
Kategoria: Business Transformation — Poczta Polska, za: "stworzenie koncepcji reorganizacji sieci placówek, cyfryzację usług, automatyzację procesów i inwestycje w centra logistyczne."
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Kategoria: Defence — Polska Grupa Zbrojeniowa (PGZ) za: "zdecydowane działania na rzecz krajowego potencjału obronnego. Tylko w 2025 roku grupa zaprezentowała koncepcję budowy trzech nowych fabryk amunicji 155 mm oraz zawarła strategiczne partnerstwa na wielomiliardowe umowy finansowe";
Kategoria: Digital — Comarch za: "połączenie solidnych wyników finansowych i przebudowę strategii biznesu związaną z wejściem strategicznego partnera —CVC Capital Partners";
Kategoria: ESG — Orlen za: "konsekwentnie realizowaną strategię "Sustainability Strategy" i za Green Finance Framework — instrument umożliwiający emisję zielonych obligacji na finansowanie inwestycji w OZE, efektywność energetyczną i nisko-emisyjny transport";
Kategoria: Finance— PZU & Pekao za "odwagę i wizję w realizacji złożonego i niekonwencyjnego projektu fuzji, który może stworzyć największą grupę finansową w Europie Środkowo-Wschodniej";
Kategoria: Global— InPost za: "spektakularną transformację z lidera krajowego rynku w prawdziwie europejskiego gracza. Za operacyjną zdolność rozwoju sieci w Polsce przy jednoczesnym, konsekwentnym skalowaniu biznesu na kolejnych rynkach Unii Europejskiej";
Kategoria: Investment— ERSTE, za: "przełomową decyzję o przejęciu polskich aktywów Santander Bank Polska, która stanowi jedno z najważniejszych wydarzeń inwestycyjnych w regionie. Transakcja ta wzmacnia obecność grupy w Europie Środkowo-Wschodniej, zwiększając jej udział w rynku i dostęp do 7 milionów nowych klientów";
Redakcja BI przeprowadziła wśród czytelników plebiscyt, w którym internauci zdecydowali, które trendy, marki i narzędzia najlepiej odzwierciedlają sposób myślenia, wartości i styl życia pokolenia Z. Użytkownicy w plebiscycie wskazali zwycięzców w trzech kategoriach: biZ-TREND, biZ-MUST HAVE, biZ-BRAND. Partnerami Plebiscytu są PZU, Bank Pekao S.A. i KGHM Polska Miedź S.A.
W kategorii biZ-TREND prym wiedzie AI.
W kategorii biZ-MUST HAVE, która wyróżnia marki, wykraczające poza produkty i usługi, stające się częścią codziennej kultury młodego pokolenia zwyciężył Blik — polski fintech, który zmienił sposób, w jaki płacimy i przelewamy pieniądze.
Revolut — został wyróżniony jako biZ-BRAND, ponieważ dla młodego pokolenia stał się czymś więcej niż aplikacją finansową. Jest obecny w codziennym życiu — w płatnościach, podróżach i planowaniu wydatków — oferując szybkie, intuicyjne rozwiązania finansowe. Jest narzędziem, które w naturalny sposób wpisują się w cyfrowy styl życia.
Nagroda Specjalna Redakcji Business Insider Polska za Edukację Finansową trafiła w tym roku do Fundacji Młodzieżowej Przedsiębiorczości, która od lat kształtuje finansową świadomość młodych Polaków, ucząc, jak mądrze zarządzać pieniędzmi i odpowiedzialnie planować przyszłość. Wyróżnienie w tej kategorii otrzymał także Związek Banków Polskich.
Decyzję o przyznaniu Nagrody Specjalnej podjęła kapituła w składzie:
Administracja Donalda Trumpa ujawniła nową inicjatywę o nazwie "U.S. Tech Force", która będzie pracować nad infrastrukturą AI i innymi projektami technologicznymi w całym rządzie federalnym. To program zatrudniania na wczesnym etapie kariery, aby przyciągnąć do sektora publicznego więcej pracowników zajmujących się technologią i sztuczną inteligencją.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo:
Korpus składający się z około 1000 inżynierów i innych specjalistów będzie podlegał bezpośrednio kierownictwu agencji we współpracy z czołowymi firmami technologicznymi, takimi jak Amazon Web Services, Apple i Microsoft
Zgodnie z informacjami zamieszczonymi na oficjalnej stronie internetowej rządu, uczestnicy programu zobowiążą się do wzięcia udziału w dwuletnim programie zatrudnienia, w ramach którego będą pracować w zespołach podlegających bezpośrednio liderom agencji we "współpracy z wiodącymi firmami technologicznymi".
Do partnerów z sektora prywatnego należą m.in.: Amazon Web Services, Apple, Google, Dell Technologies, Microsoft, Nvidia, OpenAI, Oracle, Palantir, Salesforce.
AI. Wyścig USA-Chiny nabiera tempa
Projekt pokazuje, że administracja Trumpa coraz bardziej skupia się na rozwoju amerykańskiej infrastruktury sztucznej inteligencji, rywalizując z Chinami o dominację w tym szybko rozwijającym się sektorze — pisze CNBC.
Inicjatywę ogłoszono cztery dni po tym, jak prezydent Donald Trump podpisał rozporządzenie wykonawcze mające na celu ustanowienie krajowych ram polityki w zakresie sztucznej inteligencji — priorytet dla liderów branży, którzy sprzeciwiali się tworzeniu przez stany własnych przepisów.
Wojna o talenty w AI
Po zakończeniu zatrudnienia członkowie korpusu mogą szukać pracy na pełen etat w firmach, które zobowiązały się do rozpatrzenia kandydatur absolwentów programów. Partnerzy prywatni mogą również nominować swoich pracowników do odbycia okresowej "służby rządowej". Ich roczne pensje prawdopodobnie wyniosą od 150 tys. do 200 tys. dol. plus dodatki — pisze CNBC.
"Staramy się przekształcić kadrę, aby mieć pewność, że dysponujemy odpowiednimi talentami do rozwiązywania problemów" — powiedział CNBC Scott Kupor, dyrektor Biura Zarządzania Personelem USA.
Korpus inżynierów będzie pracował nad "inicjatywami technologicznymi o dużym wpływie, obejmującymi wdrażanie sztucznej inteligencji, rozwój aplikacji, modernizację danych i świadczenie usług cyfrowych w agencjach federalnych" — czytamy na stronie.
Rozmowy odbywały się przy udziale wysłanników prezydenta Donalda Trumpa, Steve'a Witkoffa i Jareda Kushnera, oraz w obecności kanclerza Niemiec Friedricha Merza. Równolegle Berlin stał się tego dnia centrum europejskiej dyplomacji wokół wojny.
Najbardziej zapalnym punktem nadal pozostaje przyszłość terytoriów okupowanych przez Rosję oraz to, jak miałaby wyglądać linia rozgraniczenia po ewentualnym zawieszeniu broni.
Dalsza część pod materiałem wideo:
Według ustaleń Reutersa amerykańscy negocjatorzy naciskali, by w ramach porozumienia Ukraina wycofała swoje siły z części obwodu donieckiego — z obszarów, których Moskwa nie zdołała opanować. Kijów ma jednak sprzeciwiać się rozwiązaniom, które wyglądałyby jak wymuszone ustępstwa terytorialne bez twardych gwarancji bezpieczeństwa.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Prezydent Wołodymyr Zełenski podkreślał w ostatnich dniach, że rozmowy są niełatwe, ale produktywne, a różnice zdań w sprawach terytorialnych pozostają realne.
Artykuł 5, ale poza NATO. Gwarancje bezpieczeństwa w centrum rozmów
W Berlinie omawiano koncepcję zabezpieczenia Ukrainy rozwiązaniem "podobnym do artykułu 5" NATO, czyli mechanizmem, który w praktyce miałby gwarantować pomoc w razie przyszłej agresji — jednak bez formalnego członkostwa Ukrainy w Sojuszu.
Według amerykańskiego urzędnika takie gwarancje miałyby być ograniczone w czasie i obejmować m.in. elementy nadzoru oraz mechanizmy deeskalacji i zapobiegania incydentom.
Zełenski już wcześniej sygnalizował gotowość do rezygnacji z celu, jakim jest członkostwo w NATO, jeśli w zamian Ukraina otrzyma wiążące — najlepiej dwustronne lub wielostronne — gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA i partnerów europejskich.
Zamrożone aktywa Rosji, UE i polityczne następne kroki
Wśród tematów przewijał się również sporny w UE pomysł wykorzystania zamrożonych rosyjskich aktywów na odbudowę Ukrainy. To rozwiązanie od miesięcy budzi kontrowersje prawne i polityczne w Europie, ale wraca jako jeden z elementów szerszego pakietu powojennej architektury bezpieczeństwa.
Urzędnicy USA mieli też sygnalizować, że Rosja mogłaby być skłonna zaakceptować członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej w ramach ewentualnego porozumienia — choć w tej sprawie nie ma publicznych, jednoznacznych deklaracji Moskwy, a warunki Rosji pozostają niewiadomą.
Tego samego dnia kanclerz Merz planował spotkanie z ok. dziesięcioma europejskimi liderami, a także z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte i szefową Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen. Według doniesień, po postępach w rozmowach Donald Trump mógł rozważać zdalne wystąpienie do zgromadzonych liderów.
Rok 2025 upłynął pod znakiem stabilizacji makroekonomicznej. PKB Polski wzrósł o 3,5 proc., a inflacja spadła do 2,4 proc., co umożliwiło obniżki stóp procentowych łącznie o 175 pb. To stworzyło bardziej przewidywalne warunki dla inwestorów i kredytobiorców, choć — jak podkreślają eksperci — ostrożność nie zniknęła.
Prognozy na 2026 r. wskazują na utrzymanie wzrostu PKB na poziomie ok. 3,5 proc.
|M-Production / Shutterstock
— Rok 2025 pokazał odporność polskiej gospodarki. Wzrost PKB na poziomie 3,5 proc. przy jednoczesnym ustabilizowaniu inflacji pod koniec roku na poziomie celu banku centralnego to solidny fundament pod dalszy rozwój. Obniżki stóp procentowych o 175 punktów bazowych dały rynkowi potrzebny oddech, choć inwestorzy wciąż zachowują selektywne podejście — mówi Grzegorz Sielewicz, dyrektor Działu Analiz Ekonomicznych i Rynkowych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej w Colliers.
Inwestycje publiczne i KPO jako motor 2026 r.
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Prognozy na 2026 r. wskazują na utrzymanie wzrostu PKB na poziomie ok. 3,5 proc., ale z inną strukturą niż dotychczas. Konsumpcja pozostanie ważna, choć jej dynamika może osłabnąć wraz z wolniejszym wzrostem płac. Kluczowym impulsem mają być inwestycje — przede wszystkim te finansowane ze środków unijnych.
— Wchodzimy w 2026 rok z optymizmem, którego głównym źródłem są środki unijne i ożywienie inwestycyjne. Uruchomienie funduszy z KPO oraz polityki spójności będzie silnym katalizatorem dla sektora budowlanego i inwestycyjnego. Spodziewamy się, że to właśnie inwestycje publiczne i strukturalne przejmą pałeczkę lidera wzrostu gospodarczego — podkreśla Grzegorz Sielewicz.
Ryzyka zewnętrzne i eksport
Cieniem na prognozach kładą się czynniki zewnętrzne: kondycja Niemiec, możliwe napięcia handlowe i niepewność wokół globalnych łańcuchów dostaw. Eksperci Colliers zwracają jednak uwagę, że silny popyt wewnętrzny działa jak bufor bezpieczeństwa dla polskiej gospodarki.
Uruchomienie funduszy z KPO oraz polityki spójności będzie silnym katalizatorem dla sektora budowlanego i inwestycyjnego
|RomanR / Shutterstock
Rynek biurowy wchodzi w 2026 r. z historycznie niskim wolumenem nowych projektów. W Warszawie w ciągu ostatnich 5 lat z rynku wycofano ok. 500 tys. m kw. powierzchni, a tylko w 2025 r. ponad 140 tys. m kw., m.in. w projektach Saski Point czy Królewska 14. Powodem są rosnące koszty, presja ESG oraz decyzje o konwersji starszych biurowców — głównie na funkcje mieszkaniowe.
— Trend wycofywania z rynku starszych i mniej rentownych budynków biurowych w celu ich modernizacji lub zmiany funkcji wyraźnie przybiera na sile. Jednocześnie w 2025 r. rynek biurowy w Polsce odnotował rekordowo niski poziom nowej podaży, wyraźnie poniżej wyników z lat ubiegłych — mówi Katarzyna Tasarek-Skrok, dyrektor Działu Powierzchni Biurowych w Colliers.
Hybryda redefiniuje popyt
Model pracy hybrydowej przestał być eksperymentem i stał się standardem. W Warszawie aż 94 proc. firm pracuje w modelu hybrydowym, a tylko 8 proc. preferuje wyłącznie pracę z biura. To przekłada się na optymalizację i reorganizację powierzchni, ale nie na załamanie popytu.
— Hybryda nie tylko utrzymuje swoją popularność, ale także przechodzi ewolucję. Firmy coraz częściej odchodzą od jednolitych zasad dla całej organizacji, wprowadzając różne modele pracy dostosowane do specyfiki poszczególnych zespołów — zauważa Dorota Osiecka, partner w Colliers, dyrektor Colliers Define.
Czynsze w górę, flex na znaczeniu
Prognozy na 2026 r. wskazują, że luka podażowa utrzyma się dłużej, szczególnie w centralnych strefach biznesowych. To oznacza presję na wzrost czynszów w nowych, certyfikowanych projektach oraz rosnącą rolę biur flex jako elementu strategii najmu.
— Ograniczona dostępność nowej powierzchni, przy stabilnym popycie, sprawiają, że w kolejnych kwartałach będzie zauważalna presja na wzrost stawek czynszowych. Właściciele jakościowych aktywów zyskują siłę negocjacyjną, podczas gdy starsze biurowce wymagają modernizacji, pogłębiając polaryzację rynku — mówi Paweł Proński, dyrektor Działu Powierzchni Biurowych w Colliers.
Handel: parki handlowe i transformacja formatów
Parki handlowe w centrum uwagi inwestorów
Rok 2025 należał do parków handlowych — zarówno pod względem nowej podaży, jak i transakcji inwestycyjnych. Najgłośniejszym wydarzeniem była sprzedaż portfela 36 parków handlowych przez Trei Real Estate do Slate Asset Management i Ares Management za ponad 300 mln euro oraz transakcja 10 obiektów BHM sprzedanych czeskiemu funduszowi Reticulum/MyPark za ponad 50 mln euro.
— Ponadto prowadzone są przebudowy i modernizacje wybranych obiektów handlowych, które zmieniają się z formatów big-box oraz centrów handlowych pierwszej generacji w parki handlowe — wskazuje Anna Radecka-Łysiak, dyrektor Działu Powierzchni Handlowych w Colliers.
Rekreacja, usługi i lokalność
Tenant-mix ewoluuje w stronę usług, fitnessu i gastronomii, które zwiększają częstotliwość odwiedzin. Parki handlowe coraz częściej pełnią funkcję lokalnych centrów społecznych, szczególnie w mniejszych miastach, gdzie suburbanizacja sprzyja ich rozwojowi.
— Wybrani operatorzy i najemcy, dotychczas znani z tradycyjnych centrów handlowych, będą decydować się na debiut w formacie parku handlowego. Będą to nie tylko marki modowe, ale też operatorzy opieki zdrowotnej, fitness czy gastronomii — mówi Marta Cegielnik, dyrektor Działu Powierzchni Handlowych w Colliers.
ESG i projekty wielofunkcyjne
Prognozy na 2026 r. zakładają dalszy rozwój parków handlowych oraz rosnącą atrakcyjność projektów wielofunkcyjnych, łączących handel, usługi, mieszkania i biura. Jednocześnie właściciele starszych obiektów będą musieli mierzyć się z presją regulacyjną i oczekiwaniami ESG.
— W obliczu transformacji energetycznej i polityki ESG kluczowym czynnikiem budującym przewagę konkurencyjną staje się wdrożenie spójnej strategii dekarbonizacji — podkreśla Anna Radecka-Łysiak.
Wniosek: 2026 r. nie będzie rokiem jednorodnego boomu, lecz czasem selektywnego wzrostu. Gospodarka zyska impuls inwestycyjny z UE, biura wejdą w fazę deficytu nowej podaży, a handel umocni się dzięki parkom handlowym i projektom wielofunkcyjnym. Dla inwestorów i najemców kluczowe okażą się jakość aktywów, lokalizacja i zdolność adaptacji do nowych realiów rynku.
Briggs argumentuje, że to błąd typowy dla każdej technologicznej fali. Najłatwiej dodać nowe narzędzie do starych procesów, zamiast przebudować sposób działania firmy. I tak organizacje koncentrują się na modelach, chipach i oprogramowaniu, ale pomijają to, co faktycznie decyduje o wartości. Czyli kulturę pracy, przeprojektowanie procesów i praktyczne szkolenia.
To podejście potwierdzają także inne dane Deloitte o wdrożeniach AI. Większość badanych organizacji przyznaje, że inwestuje w AI w sposób "technologiczny", a firmy z takim podejściem częściej deklarują, że inwestycje nie spełniają oczekiwań. Jednocześnie tylko mniejszość raportuje, że przeprojektowała role, procesy i model operacyjny pod współpracę człowieka z AI.
Dalsza część pod materiałem wideo:
Skutek uboczny? Spada użycie AI, rośnie shadow AI, a zaufanie się kruszy
Gdy czynnik ludzki jest niedoinwestowany, problemy pojawiają się szybko i w sposób mierzalny. W badaniu Deloitte TrustID, mimo rosnącego dostępu do GenAI w miejscu pracy, użycie narzędzi GenAI spadło o 15 proc. (między lutym a lipcem 2025 r.).
Czytaj także w BUSINESS INSIDER
Jednocześnie zaufanie do GenAI w tym okresie spadło o ok. jedną trzecią, mimo że ogólne zaufanie do organizacji pozostawało stabilne.
W lukę między firmowym AI a potrzebami pracowników wchodzi też zjawisko shadow AI. Wśród osób, które mają GenAI dostępne w pracy, 43 proc. przyznaje się do nieprzestrzegania polityk firmy poprzez używanie niezatwierdzonych narzędzi. To często narzędzia lepsze, bardziej przydatne pracownikowi, ale nie miał on możliwości wyboru i musi korzystać z tego, co narzuciła korporacja.
Co ważne, raport wskazuje też, że szkolenia i warsztaty istotnie podnoszą zaufanie do AI dostarczanego przez pracodawcę (w badaniu różnica sięgała 144 proc.).
To mocny sygnał, że "7 proc. na ludzi" nie jest kosmetyką, tylko warunkiem adopcji, zgodności i bezpieczeństwa.
W Europie problem ludzi vs technologia nakłada się na jeszcze jeden fakt. Adopcja AI w firmach nadal jest relatywnie niska, choć szybko rośnie. Według Eurostatu w 2025 r. z co najmniej jednej technologii AI korzystało 19,95 proc. przedsiębiorstw w UE, przy czym wśród dużych firm odsetek wynosił 55,03 proc.
Różnice między krajami są ogromne. Od kilku do ponad 40 proc. firm, a Polska znalazła się wśród państw o najniższym udziale przedsiębiorstw używających AI.
Dlaczego europejskie firmy wstrzymują się z wdrożeniami? Eurostat pokazuje, że najczęściej chodzi o brak odpowiednich kompetencji, obawy o konsekwencje prawne oraz kwestie ochrony danych i prywatności.
To ważny kontekst dla tezy Briggsa. Jeśli w regionie numerem jeden jest luka kompetencyjna, to model "93 proc. na narzędzia, 7 proc. na ludzi" będzie jeszcze częściej kończył się kosztowną frustracją.
Jednocześnie UE buduje podejście oparte na "doskonałości i zaufaniu", łącząc wsparcie rozwoju rynku z regulacjami (AI Act) oraz programami wzmacniającymi kompetencje, w tym zapowiadanymi inicjatywami w obszarze AI skills.
Dla firm działających w Europie, oprócz zakupu technologii, trzeba od razu zaplanować pracę nad wdrożeniem w procesach, szkoleniami oraz governance i zgodnością. Właśnie te elementy coraz częściej decydują o tempie i skali adopcji.
Niewiele osób, które nabyły bitcoiny, myśli o użyciu ich do zakupu rzeczywistych rzeczy w sklepach. Kryptowaluta jest raczej postrzegane jako inwestycja. Ale w Lugano, we włoskojęzycznej części Szwajcarii, sytuacja wygląda inaczej.
Chociaż nadal można płacić za wszystko we frankach szwajcarskich, około 350 sklepów i restauracji akceptuje teraz również bitcoiny. Władze lokalne zaczęły nawet przyjmować płatności w kryptowalutach za usługi komunalne. Można na przykład opłacić w bitcoinach opiekę nad dziećmi w przedszkolu.
BBC rozmawiało w Lugano z Nicolasem, który pochodzi z Francji. Można go nazwać prawdziwym zwolennikiem bitcoinów.
Nicolas mówi, że w Szwajcarii odkrył karty bitcoinowe. Są to przedpłacone karty podarunkowe. Kupujesz określoną kwotę we frankach szwajcarskich, ale pobierasz ją w bitcoinach do portfela cyfrowego w telefonie.
W sklepie Vintage Nassa, który sprzedaje nowe i używane torby oraz zegarki, właściciel Cherubino Fry mówi mi, że akceptuje bitcoiny, ponieważ opłata za przetwarzanie transakcji jest niższa niż opłaty pobierane przez firmy obsługujące karty kredytowe.
W przypadku bitcoina wynosi on zazwyczaj poniżej 1 proc., podczas gdy w przypadku kart debetowych może sięgać nawet 1,7 proc., a w przypadku kart kredytowych nawet 3,4 proc.
"Korzystanie z bitcoina będzie jak wzrost drzewa, a to drzewo urośnie bardzo duże za pięć, dziesięć lat" — Fry.
W 2021 r. Salwador ustanowił bitcoina prawnym środkiem płatniczym, obok dolara amerykańskiego. Aby zachęcić do jego używania, rząd dał ludziom równowartość 30 dolarów w bitcoinach, które pobierali za pośrednictwem aplikacji.
"Więc ludzie po prostu pobierali aplikację, wymieniali bitcoiny na dolary i nigdy więcej z nich nie korzystali" — mówi BBC Vincent Charles, szef firmy kryptowalutowej Unchain Data.
Na początku tego roku udał się do Salwadoru, aby sprawdzić, jak przebiega proces wdrażania bitcoina, i doszedł do wniosku, że ludzie tak naprawdę z niego nie korzystają, a sprzedawcy detaliczni i usługodawcy rzadko go akceptują.
Istnieją jednak inne przykłady udanej adopcji bitcoina z całego świata. Stolica Słowenii, Lublana, została uznana za najbardziej przyjazne kryptowalutom miasto na świecie w raporcie z kwietnia, a na kolejnych miejscach znalazły się Hongkong i Zurych.