Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 13 czerwca 2026 Fakty - Fakty - najświeższe wiadomości z kraju i świata - RMF24

Zełenski przyjedzie do Polski? Ukraiński deputowany zabrał głos

  • Zełenski przyjedzie do Polski? Ukraiński deputowany zabrał głos

    "Ma tam być" - stwierdził ukraiński deputowany Mykyta Poturajew, odnosząc się do ewentualnej wizyty Wołodymyra Zełenskiego w Gdańsku. W związku ze sporem o nadanie jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia "Bohaterów UPA", przyjazd ukraińskiego prezydenta do naszego kraju stanął pod znakiem zapytania.

    W dniach 25-26 czerwca polski rząd organizuje w Gdańsku Konferencję na rzecz Odbudowy Ukrainy (Ukraine Recovery Conference 2026). Jednym z gości wydarzenia miał być prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, jednak jego wizyta stanęła pod znakiem zapytania w związku ze sporem o nadanie jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia "Bohaterów UPA".

    Mykyta Poturajew, ukraiński deputowany z prezydenckiego ugrupowania Sługa Narodu, stwierdził w rozmowie z Polską Agencją Prasową, że prezydent Ukrainy "ma być" w Gdańsku. Są takie plany i wiem, że wszyscy (ukraińscy uczestnicy konferencji - przyp. red.) planujemy przyjazd. Chociaż nie mogę mówić w jego (prezydenta Ukrainy - przyp. red.) imieniu - podkreślił.

    Polityk zaznaczył, że pomimo sporów wokół wydarzeń historycznych między Polską i Ukrainą, Kijów nie chce konfliktu z Warszawą. Na wojnę z Polską nikt się nie wybiera. Jednak nie można mówić, że wszyscy w UPA (Ukraińska Powstańcza Armia - przyp. red.) to bandyci. Czy w tej sytuacji wszystkie chłopaki z AK też byli bandytami? - zapytał.

    Mykyta Poturajew przypomniał, że w Polsce nie było tak gorących dyskusji na temat historii z Ukrainą nawet w czasie, gdy były prezydent Wiktor Juszczenko nadawał tytuły Bohaterów Ukrainy ukraińskim przywódcom nacjonalistycznym - Stepanowi Banderze i Romanowi Szuchewyczowi. Ta dyskusja już dawno poszła w nieodpowiednią stronę - ocenił.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Ciało 75-latka przy drodze krajowej. Zatrzymano poszukiwanego mężczyznę

Dzisiaj, 13 czerwca (14:50)

W sobotę ok. godz. 14 w Gdańsku zatrzymany został poszukiwany przez policję Mateusz G. - podała oficer prasowa chojnickiej policji st. asp. Magdalena Zblewska. Sprawa dotyczy śmierci 75-letniego mężczyzny, którego ciało odnaleziono w miejscowości Młynki (woj. pomorskie).

  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Zwłoki starszego mężczyzny zostały znalezione w nocy z 12 na 13 czerwca na parkingu przy drodze krajowej nr 22. 

Od tego czasu funkcjonariusze prowadzili intensywne czynności operacyjne mające na celu wyjaśnienie wszystkich okoliczności zdarzenia.

Mateusz G. był poszukiwany, bo według śledczych może posiadać informacje istotne dla prowadzonego postępowania.

Wcześniej policja wydała komunikat z ostrzeżeniem, aby nie zbliżać się do mężczyzny i nie podejmować prób jego samodzielnego zatrzymania.

Policja kontynuuje działania w celu ustalenia dokładnego przebiegu zdarzeń w rejonie miejscowości Młynki w gminie Czersk.

"Mamy mur z wody po lewej i po prawej". Stu śmiałków przejdzie przez Zatokę Pucką

Dzisiaj, 13 czerwca (08:06)

W sobotę przed południem 100 śmiałków wyruszy w dwunastokilometrową trasę po Zatoce Puckiej z Kuźnicy na Helu, aby po południu wyjść na plaży w Rewie. "Tak naprawdę idziemy dawnym brzegiem morskim" – mówi RMF FM Radosław Tyślewicz, Gdynianin, który 24 lata temu zapoczątkował tę imprezę.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

"Marsz Śledzia" na stałe wpisał się w krajobraz Zatoki Puckiej. Choć z pozoru wydaje się niemożliwe, by przejść pieszo przez morze, właśnie tutaj, na mieliznach między Kuźnicą a Rewą, każdego roku kilkudziesięciu uczestników podejmuje to wyzwanie.

Na 12 kilometrów tak naprawdę do przepłynięcia jest tylko odcinek, którego nie da się przejść ze względu na sztucznie pogłębiony tor podejściowy do Pucka. To około kilometra, maksymalnie kilometra 200 metrów, w zależności od stanu wody. Całą pozostałą trasę pokonuje się albo całkowicie po suchym terenie, albo w wodzie sięgającej najwyżej powyżej kostek, czasem pasa - mówi RMF FM Radosław Tyślewicz, organizator wydarzenia.

Trasa Marszu Śledzia prowadzi przez unikatowy pas mielizn, który powstał w wyniku naturalnych procesów geologicznych. Dawniej był to brzeg morski, a jeszcze tysiąc lat temu poziom Bałtyku był niższy, co pozwalało lokalnej społeczności korzystać z tych terenów jako naturalnej drogi komunikacyjnej. My tak naprawdę idziemy dawnym brzegiem morskim i takie też są wyniki badań geologicznych. Mniej więcej tysiąc lat temu poziom morza w Bałtyku ogólnie się podniósł i wtedy doszło do tak zwanego zalewu. Miejscowi nazywają ten obszar ‘Małym Morzem’. Obejmuje on całą część zatoki rozciągającą się od Rybitwiej Mielizny aż do Pucka - wyjaśnia Radosław Tyślewicz.

Starsi mieszkańcy regionu wspominają, jak to przez zatokę chodzili na skróty na drugi brzeg do kościoła. Marsz Śledzia to wyprawa podzielona na kilka charakterystycznych etapów. Uczestnicy rozpoczynają marsz w Kuźnicy, wchodząc do wody i stopniowo oddalając się od brzegu.

Kiedy wchodzimy do wody i idziemy prawie kilometr, robi się ona coraz głębsza. Ląd za nami stopniowo znika, a samej mielizny przed nami z poziomu wody właściwie nie widać. Nazwaliśmy ten odcinek "etapem wiary", ponieważ wszyscy zakładamy, że jednak dalej będziemy iść - mówi z uśmiechem Tyślewicz.

Kolejny etap, określany jako "syndrom Mojżesza", to przejście przez środkową część trasy, gdzie uczestnicy mają po bokach "mur z wody". W dwóch trzecich dystansu następuje postój, podczas którego odbywa się symboliczne pasowanie na śledzia - każdy musi zjeść kawałek surowej ryby. Regeneracyjny posiłek to bułka i banan, nawiązanie do złotych lat Adama Małysza.

Ostatni odcinek, "Byle do Brzegu", to prawdziwa próba wytrzymałości. Uczestnicy są przeciągani na linach za kutrami rybackimi przez najgłębszy fragment trasy. Marsz Śledzia to wydarzenie, które prawdopodobnie nie ma odpowiednika nigdzie indziej na świecie.

Prawdopodobnie wynika to z lokalnych warunków. Zatoka Pucka jest unikatowa nie tylko z perspektywy surferów i kitesurferów, lecz także dlatego, że wędrujemy dawnym brzegiem morskim - mówi organizator.

Początkowo marsze odbywały się w maju. Organizatorzy mają też na koncie jedno zimowe przejście, zorganizowane 10 lutego z okazji urodzin Gdyni. Z czasem termin wydarzenia się zmieniał - przez wiele lat uczestnicy maszerowali po 15 sierpnia, a od okresu pandemii wydarzenie organizowane jest najpóźniej do końca czerwca. Nie jest to jednak przypadek.

Terminy wynikają z przepisów i decyzji administracji morskiej. Po konsultacjach związanych z planami zagospodarowania obszarów morskich co roku otrzymujemy decyzję określającą, kiedy możemy przeprowadzić marsz, tak aby w jak najmniejszym stopniu zakłócać migracje ptaków i funkcjonowanie przyrody. Od kilku lat obowiązuje zasada, że wydarzenie musi odbyć się nie później niż do końca czerwca. I do tego się stosujemy - tłumaczy organizator.

W marszu może wziąć udział maksymalnie sto osób. Wynika to z troski o bezpieczeństwo uczestników.

Otrzymane przedwczoraj Fakty - Fakty - najświeższe wiadomości z kraju i świata - RMF24

Poważny wypadek na Półwyspie Helskim. Zderzenie trzech samochodów

Wczoraj, 6 czerwca (21:35)

Aktualizacja: Dzisiaj, 7 czerwca (06:04)

Trzy samochody osobowe zderzyły się w miejscowości Kuźnica (pow. pucki, woj. pomorskie). W wyniku zdarzenia poszkodowane zostały trzy osoby.

  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl

Przed 20:30 służby ratownicze otrzymały zgłoszenie z systemu eCall o wypadku drogowym w miejscowości Kuźnica, w powiecie puckim. 

Doszło tam do zderzenia trzech samochodów osobowych.

W wyniku zdarzenia poszkodowane zostały trzy osoby. Jedna z nich została przetransportowana przez zespół ratownictwa medycznego do szpitala. Pozostałym osobom udzielana była pomoc na miejscu zdarzenia - przekazały reporterowi RMF FM Stanisławowi Pawłowskiemu służby ratownicze.

Działania ratownicze prowadzili strażacy, zespoły ratownictwa medycznego oraz policja. Na miejscu pracowały trzy zastępy jednostek ochrony przeciwpożarowej.

Okoliczności zdarzenia będą wyjaśniane przez policję.

Pojazdami podróżowało 8 osób.

​CBA zatrzymało urzędnika z Gdańska. "Miasto współpracuje ze służbami"

  • Wczoraj, 6 czerwca (18:34)

    Funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali urzędnika pracującego w Gdańskim Zarządzie Dróg. Sprawa ma najprawdopodobniej charakter korupcyjny. Informację o akcji CBA potwierdził rzecznik prezydent Gdańska.

    • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

    Funkcjonariusze CBA na polecenie Prokuratury Regionalnej w Gdańsku zatrzymali w środę, 3 czerwca, gdańskiego urzędnika - taką informację jako pierwsze podało Radio Wnet.

    Informację o prowadzonym postępowaniu i zatrzymaniu urzędnika lub urzędników potwierdził rzecznik Prokuratury Regionalnej w Gdańsku prok. Mariusz Marciniak.

    W rozmowie z PAP odmówił przekazania szczegółów dotyczących sprawy. Zapowiedział, że szczegóły zostaną przedstawione we wtorek na briefingu prasowym o godzinie 10.00. Do tego czasu prokuratura nie będzie ujawniać dodatkowych informacji.

    Jak ustaliła PAP, zatrzymano pracownika Gdańskiego Zarządu Dróg, jednej z jednostek miasta.

    Rzecznik prezydent Gdańska Daniel Stenzel przekazał, że miasto współpracuje ze służbami prowadzącymi postępowanie.

    Co oczywiste, na tym etapie nie znamy szczegółów sprawy. Miasto Gdańsk współpracuje z odpowiednimi służbami przy tym postępowaniu. Udostępniliśmy już dokumenty i nośniki danych. Nam również zależy na uczciwym i profesjonalnym wyjaśnieniu tej sprawy - powiedział rzecznik Stenzel. 

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Wykoleiło się sześć wagonów pociągu towarowego. Służby na miejscu

  • Wczoraj, 6 czerwca (14:30)

    Aktualizacja: Wczoraj, 6 czerwca (15:51)

    Sześć wagonów pociągu towarowego wykoleiło się podczas jazdy manewrowej na stacji Jezierzyce Słupskie w woj. pomorskim - poinofrmował Rafał Wilgusiak z zespołu prasowego Polskich Linii Kolejowych S.A. Ruch pociągów na jednotorowej linii przebiegającej przez stację został wstrzymany.

    Do zdarzenia doszło w sobotę o godz. 12.40 na stacji Jezierzyce Słupskie - to trasa między Słupskiem a Lęborkiem.

    Jak przekazał Rafał Wilgusiak z zespołu prasowego Polskich Linii Kolejowych S.A., sześć wagonów pociągu towarowego wykoleiło się podczas jazdy manewrowej.

    Wstrzymano ruch kolejowy na jednotorowej linii przebiegającej przez stację. Na miejsce skierowano służby i specjalistyczny sprzęt do wkolejania wagonów.

    "Przewoźnik Polregio wprowadził zastępczą komunikację autobusową na odcinku Damnica - Słupsk - Wrześnica" - przekazał Wilgusiak i dodał, że między Słupskiem a Wrześnicą tor jest zamknięty ze względu na prace modernizacyjne.

    Z kolei za pociągi PKP Intercity autobusy pojadą na odcinku Słupsk - Lębork.

    Aktualne informacje o ruchu pociągów są dostępne w wyszukiwarce połączeń www.PortalPasazera.pl i na stronach przewoźników.

    Powołano komisję kolejową, która wyjaśni okoliczności zdarzenia.

    Badania alkomatem wykazały, że maszynista i kierownik pociągu byli trzeźwi. Nikomu nic się nie stało.

    Mł. asp. Amadeusz Galus przekazał reporterowi RMF FM, że policjanci kierują ruch na wyznaczone objazdy. Utrudnienia mogą potrwać nawet kilkanaście godzin ze względu na konieczność użycia specjalistycznego sprzętu do usunięcia skutków zdarzenia.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Mechaniczny wodowskaz z XIX wieku. Unikatowy zabytek na wiślanym wale w Korzeniewie

Na wiślanym wale w Korzeniewie w woj. pomorskim stoi niepozorny, lecz wyjątkowy budynek – dawna siedziba bosmanatu portu rzecznego, w której przez ponad sto lat działał unikatowy mechaniczny wodowskaz. Ten zabytek nie tylko przypomina o inżynieryjnych osiągnięciach XIX wieku, ale także o burzliwych dziejach regionu i samej Wisły.

  • W Korzeniewie, na wiślanym wale, stoi unikatowy mechaniczny wodowskaz z XIX wieku - prawdziwa perełka hydrologicznej techniki.
  • Zbudowany przez pruskich inżynierów, pozwalał zdalnie odczytywać poziom Wisły dzięki mechanizmowi przypominającemu zegar z wielką wskazówką.
  • Wodowskaz był kluczowy dla żeglarzy i władz portowych, automatycznie pokazując zmiany poziomu wody bez potrzeby ręcznej obsługi.
  • Korzeniewo to historyczne miejsce związane z żeglugą i handlem nad Wisłą, z bogatą przeszłością sięgającą XIV wieku.

Na 867. kilometrze biegu Wisły, w malowniczej wsi Korzeniewo w województwie pomorskim, znajduje się wyjątkowy zabytek techniki hydrologicznej - budynek dawnego wodowskazu. Usytuowany na szczycie wału wiślanego, dawny bosmanat przez lata stanowił ważny punkt orientacyjny dla żeglarzy i przewoźników korzystających z portu rzecznego.

Wzniesiony w latach 40. XIX wieku przez pruskich inżynierów, budynek skrywał w sobie unikatowy mechanizm, umożliwiający zdalny odczyt poziomu wody w Wiśle. Wieżyczka bosmanatu zwieńczona była okrągłą wnęką, przypominającą tarczę zegara, na której wielka wskazówka pokazywała aktualny stan wody. Dzięki temu rozwiązaniu załogi barek i holowników mogły z daleka ocenić warunki żeglugowe.

Powstanie wodowskazu wiązało się z szeroko zakrojonymi pracami regulacyjnymi, prowadzonymi przez władze pruskie w Dolinie Dolnej Wisły. Wraz z budową nowoczesnego portu rzecznego w Korzeniewie, zrealizowano projekt studzienki i basenu, które pełniły funkcję naczyń połączonych z rzeką. Dzięki temu pływak wodowskazu zawsze odzwierciedlał aktualny poziom wody w Wiśle.

Mechaniczny system pozwalał na automatyczną zmianę wskazań - bez konieczności ręcznej obsługi. Takie rozwiązanie było wówczas wyjątkowe i stanowiło przejaw nowoczesnego podejścia do zarządzania żeglugą śródlądową. Wodowskaz w Korzeniewie służył nie tylko żeglarzom, ale także władzom portowym i hydrologom, którzy monitorowali poziom Wisły.

Historia Korzeniewa nierozerwalnie związana jest z Wisłą i żeglugą. Już w XIV wieku w pobliskim Kwidzynie działała korporacja żeglarzy wiślanych, a przez wieki miejscowość była ważnym punktem na szlaku transportu towarów do Gdańska. W połowie XVIII wieku powstał tu port rzeczny, a w 1754 roku uruchomiono stałą przeprawę promową przez Wisłę.

Przełom XIX wieku przyniósł kolejne inwestycje - utwardzoną szosę łączącą Korzeniewo z Kwidzynem oraz całkowicie nowy port rzeczny zlokalizowany na północ od szosy i przeprawy. W porcie cumowano elementy mostu pontonowego, który wielokrotnie wykorzystywano podczas przepraw wojskowych i transportu strategicznego.

Od 1772 roku Korzeniewo znalazło się pod panowaniem pruskim, a w XIX wieku wyznaczono tu punkt poboru ceł za towary przewożone Wisłą. Po I wojnie światowej i przegranym przez Polskę plebiscycie, wieś pozostała w granicach Niemiec, a granica państwowa przebiegała wschodnim brzegiem Wisły. Most przez rzekę został rozebrany w latach 1927-29, a jego elementy wykorzystano przy budowie innych przepraw.

W okresie międzywojennym Korzeniewo było ważnym punktem tranzytowym i miejscem licznych konfliktów nadgranicznych. Funkcjonowała tu placówka Straży Celnej, a port rzeczny przeszedł pod kontrolę polskich władz wodnych. W przededniu II wojny światowej wieś służyła jako niemiecka baza logistyczna.

Po II wojnie światowej Korzeniewo ponownie znalazło się w granicach Polski. Choć wodowskaz przestał być używany jeszcze przed wojną, jego budynek do dziś stanowi cenny zabytek inżynierii wodnej i świadectwo historii regionu.

​Martwy wieloryb na plaży w rezerwacie Mewia Łacha. Wiadomo, co się z nim stanie

Dzisiaj, 10 maja (07:15)

Aktualizacja: 50 minut temu

Na plaży w rezerwacie przyrody Mewia Łacha, w pobliżu Mikoszewa, odnaleziono martwego wieloryba. Zwierzę, którego szczątki są w zaawansowanym rozkładzie, zostało wyrzucone na brzeg przez fale Bałtyku. Trwają badania mające ustalić jego gatunek. "Zostanie on przekazany do utylizacji" – poinformowała rzeczniczka Urzędu Morskiego w Gdyni Magdalena Kierzkowska.

  • Martwy wieloryb został znaleziony na plaży w rezerwacie Mewia Łacha koło Mikoszewa.
  • Zwłoki są w zaawansowanym stanie rozkładu, a długość zwierzęcia to około 5 metrów.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

W sobotę, 9 maja, na plaży rezerwatu przyrody Mewia Łacha, położonego przy ujściu Wisły w pobliżu miejscowości Mikoszewo, odnaleziono martwego wieloryba. Zwierzę, którego długość wynosi około 5 metrów, zostało zauważone przez strażnika pełniącego dyżur w rezerwacie. O znalezisku szybko poinformowano odpowiednie służby.

Według relacji świadków, ogromne zwierzę widzieli także pasażerowie rejsów turystycznych organizowanych w celu obserwacji fok. Martwy wieloryb wzbudził sensację zarówno wśród mieszkańców regionu, jak i turystów.

Jak informują przedstawiciele Błękitnego Patrolu WWF, ciało wieloryba jest w zaawansowanym stanie rozkładu, co sugeruje, że zwierzę mogło dryfować w wodach Bałtyku przez kilka tygodni, zanim zostało wyrzucone na brzeg. Na razie nie udało się jednoznacznie określić, do jakiego gatunku należy odnaleziony osobnik.

Wstępne hipotezy wskazują, że może to być przedstawiciel fiszbinowców - grupy waleni żywiących się planktonem i drobnymi rybami. Takie zwierzęta nie występują naturalnie w Bałtyku i pojawiają się tu sporadycznie, najczęściej przypadkowo, przez Cieśniny Duńskie. Jedynym gatunkiem waleni stale zamieszkującym Bałtyk są morświny.

Ostateczną odpowiedź na pytanie o gatunek wieloryba mają dać badania DNA, których próbki mają zostać pobrane w najbliższym czasie.

Wyjątkowość sytuacji polega na tym, że martwy wieloryb znalazł się na terenie ścisłego rezerwatu przyrody, zaledwie kilka metrów od gniazd ptaków, które obecnie są w okresie lęgowym. Każda ingerencja w ten teren może mieć poważne konsekwencje dla przyrody.

Jak przekazała rzeczniczka Urzędu Morskiego w Gdyni Magdalena Kierzkowska,  od poniedziałku oceniana będzie możliwość podjęcia martwego walenia od strony wody. W zależności od tej oceny oraz warunków pogodowych podejmowane będą działania - jutro lub w kolejnych dniach – zaznaczyła. Następnie wieloryb zostanie przekazany do utylizacji.

Rezerwat Mewia Łacha to obszar objęty ścisłą ochroną przyrodniczą. Wstęp na jego teren jest zabroniony dla osób postronnych, zwłaszcza w okresie lęgowym ptaków. Każda ingerencja, nawet w celu zbadania lub usunięcia martwego zwierzęcia, wymaga specjalnych zezwoleń.

Choć nie jest to pierwszy przypadek wyrzucenia martwego walenia na brzeg Bałtyku, sytuacja w rezerwacie Mewia Łacha jest szczególna ze względu na lokalizację i okres lęgowy ptaków. W przeszłości podobne znaleziska wzbudzały duże zainteresowanie naukowców i opinii publicznej, a badania takich przypadków pozwalają lepiej zrozumieć migracje i zagrożenia dla tych rzadkich gości Bałtyku.

Potężny pożar chińskiego marketu. Trwa akcja strażaków

Dzisiaj, 14 kwietnia (10:12)

Aktualizacja: Dzisiaj, 14 kwietnia (11:40)

Pożar chińskiego marketu w miejscowości Czersk w województwie pomorskim. Na miejscu trwa akcja gaśnicza, w której bierze udział aż 60 strażaków. Są osoby poszkodowane. Informację o pożarze dostaliśmy na Gorącą Linię RMF FM.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

Do pożaru doszło we wtorkowy poranek. Ogień objął budynek chińskiego marketu "Max"w Czersku.

Sytuacja jest poważna i dynamiczna – na miejscu pracuje aż 60 strażaków, którzy starają się opanować żywioł i zapobiec rozprzestrzenianiu się płomieni na sąsiednie obiekty.  

Ogień przeszedł już jednak między innymi na sklep meblowy, który jest w tym samym kompleksie. 

Na miejsce zadysponowano łącznie ponad 20 zastępów straży pożarnej, w tym specjalistyczne grupy ratownictwa chemicznego, gazowego oraz logistycznego wsparcia medycznego. W działaniach uczestniczą również jednostki Ochotniczych Straży Pożarnych, m.in. z Karsina oraz Czarnej Wody - poinformował starszy kapitan Andrzej Piechowski z Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Gdańsku.

Jak informuje reporter RMF FM Stanisław Pawłowski, trzech z sześciu pracowników sklepu zostało poszkodowanych. 

Ewakuowali się jeszcze przed przyjazdem służb. Poczuli się gorzej, pomocy udzielili im ratownicy, którzy byli już na miejscu. 

Na szczęście nie trzeba było zabierać ich do szpitala. 

Ze względu na rozwój pożaru oraz potencjalne zagrożenie dla zdrowia i życia mieszkańców ewakuowano osoby z pobliskiego osiedla.

Na miejsce dojechał też specjalny samochód "gaz", który będzie monitorował jakość powietrza z powodu groźnie wyglądających czarnych kłębów  dymu. 

Policja apeluje do mieszkańców, aby nie przychodzili w rejon zdarzenia. 

Nielegalne leki z Chin trafiały do Polaków. CBŚP rozbiło groźną grupę przestępczą

  • Dzisiaj, 14 kwietnia (08:18)

    Centralne Biuro Śledcze Policji, Polska Agencja Antydopingowa oraz Żandarmeria Wojskowa rozbiły zorganizowaną grupę przestępczą, która produkowała i sprzedawała hurtowe ilości nielegalnych leków. Przed sądem stanie aż 24 podejrzanych, a wartość zabezpieczonych medykamentów sięga kilkunastu milionów złotych.

    • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

    Jak informuje reporter RMF FM Krzysztof Zasada, śledczy ujawnili szczegóły działania grupy, która sprowadzała z Chin półprodukty do wytwarzania różnego rodzaju leków. 

    Wśród nich znajdowały się substancje psychoaktywne, sterydy anaboliczne oraz substancje zawierające hormony wzrostu.

    Produkcja odbywała się bez zachowania jakichkolwiek norm sanitarnych, co stanowiło poważne zagrożenie dla zdrowia osób, które kupowały te specyfiki.

    Podczas akcji funkcjonariusze natrafili w Gdańsku na dwa magazyny należące do przestępców

    Znaleziono tam nielegalne leki o wartości kilkunastu milionów złotych. Gotowe wyroby były sprzedawane głównie za pośrednictwem internetu, co pozwalało grupie dotrzeć do szerokiego grona odbiorców.

    Zyski z nielegalnej działalności były skrupulatnie ukrywane. Podejrzani wykorzystywali do prania pieniędzy tzw. spółki-słupy, a część środków inwestowali w kryptowaluty. 

    Gotówka była również przesyłana w paczkach nadawanych przez paczkomaty. Jak podkreślają śledczy, proceder był bardzo dobrze zorganizowany i przynosił ogromne zyski.

    W sprawie zatrzymano 24 osoby, które odpowiedzą przed sądem za udział w zorganizowanej grupie przestępczej, produkcję i handel nielegalnymi lekami oraz pranie brudnych pieniędzy. 

    Śledztwo trwa, a funkcjonariusze nie wykluczają kolejnych zatrzymań.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Historyczny rejs "Daru Młodzieży". Możliwe, że ostatni taki

Historyczny rejs "Daru Młodzieży". Możliwe, że ostatni taki

Dzisiaj, 10 kwietnia (09:00)

Polski żaglowiec szkolny "Dar Młodzieży" już wkrótce wyruszy w rejs przez Atlantyk do Stanów Zjednoczonych. Celem jest udział w wielkich regatach w Nowym Jorku z okazji 250-lecia niepodległości USA. To również symboliczne nawiązanie do historycznej wyprawy "Daru Pomorza" sprzed pół wieku. "To będzie prawdopodobnie ostatni tak długi rejs "Daru Młodzieży", ponieważ planujemy budowę jego następcy" - mówi dziennikarzowi RMF FM Adam Weintrit rektor Uniwersytetu Morskiego w Gdyni.

  • "Dar Młodzieży" wyrusza 16 kwietnia w rejs przez Atlantyk do Stanów Zjednoczonych, by wziąć udział w regatach z okazji 250-lecia niepodległości USA.
  • Wyprawa nawiązuje do historycznej podróży "Daru Pomorza" sprzed 50 lat, podczas obchodów 200-lecia niepodległości USA.
  • Jak wyglądają przygotowania do rejsu? Dowiesz się z tego artykułu.
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na rmf24.pl.

W Gdyni trwają ostatnie przygotowania do jednej z najważniejszych morskich wypraw ostatnich lat. "Dar Młodzieży", żaglowiec Uniwersytetu Morskiego w Gdyni, 16 kwietnia opuści port, by po kilku miesiącach żeglugi dotrzeć do Stanów Zjednoczonych.

To rejs szczególny, zarówno ze względu na prestiż, jak i nawiązanie do tradycji. Pięćdziesiąt lat temu podobną trasę pokonał legendarny "Dar Pomorza", uczestnicząc w uroczystościach 200-lecia niepodległości USA.

Decyzja o udziale w rejsie zapadła jeszcze przed świętami. Wszystko wskazuje na to, że będzie to ostatni tak długi rejs "Daru Młodzieży". Plany budowy nowego żaglowca są już zaawansowane. Ma on przejąć rolę ambasadora polskiej edukacji morskiej na świecie.

To będzie prawdopodobnie ostatni taki długi rejs '"Daru Młodzieży", bo w planie mamy budowę następcy tego statku - podkreśla rektor Uniwersytetu Morskiego w Gdyni Adam Weintrit. 

Rejs do Stanów Zjednoczonych to nie tylko wyzwanie logistyczne i techniczne, ale także ogromny prestiż. Zostaliśmy zaproszeni jako jeden z największych żaglowców na świecie - dodaje.

Wypłynięcie zaplanowano na 16 kwietnia - dokładnie w tym samym dniu, w którym pół wieku temu "Dar Pomorza" rozpoczął swoją historyczną podróż za ocean.

Zupełnie przypadkowo się o tym dowiedzieliśmy, ale widać planowanie to samo zostało. Żaglowce się nie zmieniają - dodaje z uśmiechem Adam Weintrit.

Wspomnienia sprzed pięćdziesięciu lat są wciąż żywe, zwłaszcza że podczas tegorocznych regat w Stanach spotkają się żaglowce, które brały udział w tamtych wydarzeniach.

W tych regatach brały udział także niektóre żaglowce, które uczestniczyły w nich pięćdziesiąt lat temu, m.in. niemiecki "Gorch Fock", "Sagres" z Portugalii, "Mircea" z Rumunii oraz amerykański "Eagle". Wszystkie te jednostki zostały zbudowane przed II wojną światową. Spotykają się więc ponownie po pięćdziesięciu latach, co czyni to wydarzenie wyjątkowym i ciekawym. A my, zastępując "Dar Pomorza" - w tej swoistej sztafecie pokoleń - sprawiamy, że "Dar Młodzieży" będzie tam również jednym największych z tych statków - mówi RMF FM Dariusz Jellonnek, dyrektor Działu Armatorskiego i Praktyk Morskich uczelni.

Przygotowania do podróży za Atlantyk trwają od 2022 roku, od kiedy wpłynęło zaproszenie.

W tym roku przeszliśmy remont klasowy, czyli najpoważniejszy remont na statku, który ma już niemal czterdzieści pięć lat. W stoczni wykonaliśmy naprawdę wiele prac. Pod względem technicznym uważamy, że jednostka jest odpowiednio przygotowana do podróży oceanicznej -  tłumaczy Dariusz Jellonnek, dyrektor Działu Armatorskiego i Praktyk Morskich.

Ostatnie dni przed wypłynięciem to czas intensywnych prac. To ostatni pobyt w Gdyni przed wyprawą, więc uzupełniamy wszelkie zaopatrzenie na statek oraz nadrabiamy dodatkowe rzeczy, które pojawiły się w międzyczasie i które wcześniej zaplanowaliśmy. Wykonujemy też ostatnie przeglądy, aby dopilnować wszystkich urządzeń. Zapowiada się więc dość intensywnych kilka dni pobytu w Gdyni - dodaje dyrektor.

Jak podkreśla Adam Weintrit, rektor Uniwersytetu Morskiego w Gdyni, jednym z kluczowych wyzwań związanych z wyprawą są rosnące koszty paliwa, które bezpośrednio obciążają budżet przedsięwzięcia i wpływają na całą logistykę rejsu. To jedno z głównych wyzwań, bo uderza w finanse - zaznacza. Wahania cen paliwa sprawiają, że planowanie tak długiej podróży staje się bardziej wymagające i obarczone większym ryzykiem. Jednocześnie przypomina, że zaproszenie do udziału w rejsie uczelnia otrzymała już w 2022 roku, a przygotowania do wyprawy trwają od dłuższego czasu.

Oceaniczne podróże i samo przedostanie się na drugą stronę Atlantyku to zawsze duże wyzwanie, zwłaszcza dla żaglowców.

Staramy się większość czasu spędzać pod żaglami, a nie na silniku, dlatego trasa nie prowadzi najkrótszą linią między Europą a Stanami Zjednoczonymi. Trzeba szukać odpowiednich wiatrów, które wyznaczają przebieg rejsu. Często oznacza to zejście bardziej na południe, by później, korzystając z prądów i sprzyjających wiatrów, dotrzeć do celu. Dlatego właśnie przekraczanie oceanu jest zawsze tak ciekawym doświadczeniem - dodaje Dariusz Jellonnek, dyrektor Działu Armatorskiego i Praktyk Morskich.

Rejs potrwa od 16 kwietnia do 24 sierpnia, a po drodze żaglowiec zawinie do portów w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, na Bahamach, a w drodze powrotnej ponownie do Wielkiej Brytanii i Niemiec.

Równolegle z przygotowaniami do wyprawy trwają ostatnie prace nad projektem nowego żaglowca, który ma zastąpić "Dar Młodzieży".

Już wiemy, jak będzie wyglądał. To będzie pewnego rodzaju połączenie "Daru Pomorza" i "Daru Młodzieży", choć bliżej mu będzie do "Daru Pomorza". Będzie miał bardzo ładną sylwetkę i będzie nieco wyższy. Mam nadzieję, że się spodoba i zostanie dobrze przyjęty - zdradza rektor.

Projekt nowej jednostki to nie tylko powrót do klasycznych kształtów, ale także konieczność dostosowania się do współczesnych standardów bezpieczeństwa i komfortu. Nowy żaglowiec będzie musiał pomieścić nawet 170 osób, zapewniając im nie tylko odpowiednie warunki do nauki, ale także komfortowe miejsca do życia.

Stoi tuż obok plaży. Sopocki akademik czeka remont i rozbudowa

  • Dzisiaj, 8 kwietnia (08:10)

    Uniwersytet Gdański otrzyma niemal 15,5 mln zł z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego na gruntowny remont i rozbudowę Domu Studenckiego nr 9 w Sopocie. Po zakończeniu inwestycji w budynku przy ul. Bitwy pod Płowcami 64 zamieszka 230 studentów i studentek – poinformowała rzeczniczka uczelni, Magdalena Nieczuja-Goniszewska.

    • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

    Akademik, położony blisko plaży, od przełomu 2019 i 2020 roku był wyłączony z użytkowania. W 2024 roku uczelnia udostępniła go miastu na potrzeby uchodźców z Ukrainy. Obecnie budynek składa się ze 181 niewielkich pokoi o niskim standardzie.

    Jak podkreślił rektor UG, prof. Piotr Stepnowski, modernizacja akademika to odpowiedź na rosnące potrzeby mieszkaniowe studentów oraz element polityki poprawy jakości studiowania na uczelni.

    Zakres inwestycji obejmuje budowę dwóch nowych, czterokondygnacyjnych skrzydeł z piwnicami oraz przebudowę i remont istniejącego obiektu. Prace będą realizowane w formule "zaprojektuj i wybuduj". W nowym akademiku przewidziano cztery miejsca dla osób z niepełnosprawnościami oraz jedno miejsce z możliwością adaptacji dla opiekuna takiej osoby.

    Przetarg na realizację inwestycji wygrała firma TEXOM z Krakowa, która do września ma przygotować dokumentację projektową. Zakończenie wszystkich prac zaplanowano na wrzesień 2028 roku. W 2026 roku na inwestycję zostanie przeznaczone 6 mln zł z przyznanych środków.

    W roku akademickim 2025/2026 Uniwersytet Gdański oferował studentom 1326 miejsc w siedmiu domach studenckich. Zwykle każdego roku o jedno miejsce w akademiku na UG ubiegają się mniej więcej cztery osoby.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

"Zdarzyła się bardzo nieprzyjemna sytuacja". Udzielali pomocy, gdy ich okradziono

  • "Zdarzyła się bardzo nieprzyjemna sytuacja". Udzielali pomocy, gdy ich okradziono

    Wczoraj, 8 lutego (10:50)

    W niedzielę w nocy druhowie z OSP Pinczyn (woj. pomorskie) zostali okradzeni w czasie udzielania pomocy przy kolizji drodowej. Z wyposażenia zniknął sprzęt do zabezpieczenia miejsc, w których dochodzi do wypadków.

    • Druhom z OSP Pinczyn skradziono dysk świetlny potrzebny do zabezpieczania miejsc wypadku.
    • Do kradzieży doszło w trakcie interwencji. 
    • Najnowsze informacje z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl. 

    Ochotnicy z Pinczyna opisali sytuację w mediach społecznościowych. Przed godziną 2:00 zostali wezwani na ulicę Główną w Pinczynie, gdzie zderzyły się dwa samochody. Na miejsce wysłano też inne jednostki, karetkę i policję. 

    Po interwencji zorientowali się, że brakuje im sprzętu - dysku świetlnego.

    "Zdarzyła się bardzo nieprzyjemna sytuacja. Sytuacja, która nigdy nie powinna się zdarzyć w żadnych okolicznościach" - piszą ochotnicy. 

    Druhowie twierdzą, że zostali okradzeni. Poinformowali o sprawie licząc na to, że osoba, która jest za kradzież odpowiedzialna przemyśli swoje zachowanie zwróci dysk.

    "Dzisiaj dysk a jutro...?" - pytają retoryczne ochotnicy.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Pijany rosyjski kapitan nie wypłynął kontenerowcem z Gdańska

Wczoraj, 15 grudnia (15:44)

Aktualizacja: Wczoraj, 15 grudnia (16:18)

​Kapitan kontenerowca pod banderą Antigui i Barbudy, który miał wyruszyć z Gdańska do Estonii, został zatrzymany tuż przed wypłynięciem - okazało się, że był pod wpływem alkoholu. Dzięki czujności portowego pilota i szybkiej interwencji straży granicznej 53-letni Rosjanin z ponad 2,5 promila alkoholu w organizmie nie wyprowadził jednostki w morze.

Jak poinformował w poniedziałek Tadeusz Gruchalla z Morskiego Oddziału Straży Granicznej, czujnością wykazał się portowy pilot, który w niedzielę przed planowanym wyjściem statku w morze zgłosił służbom podejrzenie, że kapitan może być nietrzeźwy.

Funkcjonariusze straży granicznej zbadali mężczyznę na zawartość alkoholu. Najpierw 53-letni Rosjanin miał 2,52 promila alkoholu w wydychanym powietrzu, ale przy drugim pomiarze, kilkanaście minut później, urządzenie pokazało już 2,64 promila.

"Zaalarmowano służby portowe oraz Dyżurnego Inspektora Port State Control Urzędu Morskiego w Gdyni, który wstrzymał wypłynięcie statku z portu oraz prowadzi dalsze czynności administracyjne" - przekazał Tadeusz Gruchalla.

Głos w sprawie zabrała również Magdalena Kierzkowska, rzecznik prasowy Urzędu Morskiego w Gdyni, która przekazała RMF FM, że jednostka została zatrzymana. Wyjaśniła, jakie będą dalsze kroki.

Niezwłocznie po otrzymaniu zgłoszenia, oficer Inspekcji Państwa Portu (Port State Control, PSC - jednostka urzędu morskiego, odpowiedzialna za inspekcję statków obcej bandery, zawijających do polskich portów - przyp. red.) udał się na pokład jednostki w celu przeprowadzenia inspekcji. W jej wyniku stwierdzono brak możliwości bezpiecznej eksploatacji statku zgodnie z wymaganiami (przede wszystkim w zakresie bezpiecznej obsady statku). W związku z tym wydano notę zatrzymania. O tym fakcie powiadomiony został armator oraz organizacja uznana (Recognized Organization, RO - podmiot upoważniony do wykonywania certyfikacji i usług konwencyjnych w imieniu państwa bandery - przyp. red.). Statek obecnie jest zatrzymany, co oznacza, że nie może opuścić portu bez re-inspekcji PSC. Re-inspekcja zostanie natomiast przeprowadzona po otrzymaniu od armatora/kapitana jednostki informacji o gotowości do poddania się jej (musi być to jeszcze poprzedzone audytem ISM administracji państwa bandery lub organizacji uznanej) - podała.

Kodeks ISM (International Safety Management Code), o którym wspomniała Magdalena Kierzkowska, to obowiązkowy międzynarodowy standard zarządzania bezpieczeństwem w żegludze, wprowadzony przez IMO (Międzynarodową Organizację Morską) w ramach Konwencji SOLAS, mający na celu eliminację błędów ludzkich i zapobieganie wypadkom poprzez stworzenie i wdrażanie przez armatorów systemów zarządzania bezpieczeństwem na statkach i w biurach.

Tadeusz Gruchalla z Morskiego Oddziału Straży Granicznej przypomniał, że podobny przypadek miał miejsce w gdańskim porcie 6 sierpnia. Wówczas kapitan kontenerowca pod banderą liberyjską, który miał wypłynąć do Niemiec, wydmuchał 2,29 promila alkoholu. Jednostka wypłynęła dopiero po wymianie kapitana.

"Łowca nastolatek" i były szef Zatoki Sztuki w Sopocie prawomocnie skazani

  • "Łowca nastolatek" i były szef Zatoki Sztuki w Sopocie prawomocnie skazani

    Sąd Okręgowy w Gdańsku utrzymał wyroki wobec Krystiana W., znanego jako "łowca nastolatek", oraz Marcina T., byłego szefa Zatoki Sztuki w Sopocie. Krystian W. spędzi w więzieniu 15 lat, a Marcin T. – 6 lat. Wyrok jest prawomocny i podlega wykonaniu.

    • Po więcej ciekawych informacji z Polski i ze świata zapraszamy na RMF24.pl.

    We wtorek przed Sądem Okręgowym w Gdańsku zapadł wyrok w głośnej sprawie przeciwko Krystianowi W., określanego przez media jako "łowca nastolatek", który został skazany m.in. za przestępstwa seksualne wobec nastoletnich dziewcząt oraz czterem innym osobom w tym przeciwko byłemu szefowi Zatoki Sztuki w Sopocie. 

    Proces, ze względu na charakter sprawy, toczył się za zamkniętymi drzwiami. 

    Jak poinformował rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Okręgowego w Gdańsku Mariusz Kaźmierczak, sąd nie uwzględnił apelacji wniesionych na rzecz Krystiana W. oraz Marcina T. i utrzymał w mocy wyroki wydane przez Sąd Rejonowy w Wejherowie.

    Sąd nie uwzględnił żadnego z zarzutów podniesionych w apelacjach, uznając wyrok Sądu Rejonowego odnośnie tych oskarżonych za słuszny i prawidłowy - przekazał sędzia Kaźmierczak.

    W I instancji Krystian W. ps. Krystek został skazany na 15 lat więzienia, a Marcin T. usłyszał wyrok 6 lat pozbawienia wolności. 

    Sąd Okręgowy w Gdańsku częściowo uwzględnił apelacje obrońców dwóch pozostałych oskarżonych. W ich przypadku złagodzono orzeczone kary pozbawienia wolności oraz zawieszono warunkowo ich wykonanie.

    Wtorkowy wyrok oznacza, że decyzja Sądu Rejonowego w Wejherowie jest prawomocna i podlega wykonaniu. 

    Strony, które nie zgadzają się z orzeczeniem sądu odwoławczego, mogą jeszcze wnieść kasację do Sądu Najwyższego.

    Krystian W. znany jako Krystek i "łowca nastolatek" - trafił do aresztu

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Skatował seniora tłuczkiem do mięsa. Zbrodnię uknuła wnuczka

  • Gdańska prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko małżeństwu Angelice i Kamilowi N. oraz ich znajomemu Dawidowi Z. Cała trójka oskarżona jest o dokonanie w lutym 2025 r. w Gdańsku Brzeźnie zabójstwa 78-letniego dziadka kobiety. Podczas przesłuchania małżeństwo tłumaczyło, że nie dogadywało się z seniorem, dlatego zaplanowało zbrodnię. Fizycznego ataku dokonał Dawid Z., jednak to wnuczka uknuła zabójstwo.

    • Prokuratura Rejonowa Gdańsk-Oliwa skierowała akt oskarżenia przeciwko Angelice i Kamilowi N. oraz Dawidowi Z. w sprawie zabójstwa 78-letniego dziadka kobiety w Brzeźnie.
    • Śledczy ustalili, że zbrodnia miała związek z konfliktem rodzinnym wokół mieszkania starszego mężczyzny.
    • Ataku fizycznego dokonał Dawid Z., Kamil N. stał na czatach.
    • Troje oskarżonych przebywa w tymczasowym areszcie - grozi im dożywocie.
    • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

    Rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Gdańsku Mariusz Duszyński powiedział, że akt oskarżenia został złożony w sądzie w poniedziałek.

    Prokurator oskarżył 26-letnią Angelikę N., 27-letniego Kamila N. oraz 20-letniego Dawida Z. o dokonanie wspólnie i w porozumieniu w dniu 2 lutego 2025 r. w Gdańsku zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem 78-letniego pokrzywdzonego w wyniku motywacji zasługującej na szczególnie potępienie - dodał prok. Duszyński.

    Troje oskarżonych jest tymczasowo aresztowanych od zatrzymania w dniu morderstwa. 

    Prokuratura Rejonowa Gdańsk-Oliwa w Gdańsku nadzorowała śledztwo prowadzone przez Komendę Miejską Policji w Gdańsku w sprawie zabójstwa 78-letniego Józefa D.

    W toku postępowania prokurator oraz funkcjonariusze policji przesłuchali 27 osób w charakterze świadków. Prokurator uzyskał też m.in. opinie z zakresu informatyki śledczej, genetyki sądowej, badań śladów biologicznych oraz sądowo-psychologiczne i psychiatryczne.

    Zdaniem śledczych oskarżeni mieli działać w porozumieniu. Motywem zbrodni miał być konflikt rodzinny - chodziło o zamieszkiwanie małżeństwa w niewielkim mieszkaniu starszego mężczyzny i narastające z tego powodu nieporozumienia między młodym małżeństwem a starszym mężczyzną.

    Był podział ról między oskarżonymi. Fizycznego ataku dokonał Dawid Z., który podbiegł do idącego ulicą i zadał kilkanaście uderzeń tłuczkiem do mięsa w okolice głowy i twarzy. Pokrzywdzony został powalony na ziemię - podali śledczy.

    Mąż Andżeliki - Kamil N. stał w tym czasie na czatach. Jak powiedział "Zawsze Pomorze" Mariusz Duszyński, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej, autorką planu pozbawienia życia miała być wnuczka zamordowanego.

    Kobieta złożyła szerokie wyjaśnienia i opisała okoliczności mieszkania ze swoim dziadkiem; Dawid Z. opisał przebieg zdarzenia oraz to, jak się do niego przygotował.

    Jak podała po zabójstwie prokuratura, Kamil N. nie przyznał się do zarzutu, ale złożył wyjaśnienia. Mężczyzna nie powiedział, dlaczego brał udział w przestępstwie, choć, jak twierdzi, był przeciwny dokonaniu zbrodni.

    78-letni mężczyzna został zaatakowany 2 lutego br. około godz. 6 rano przy ul. Młodzieży Polskiej w Brzeźnie. Niedaleko stamtąd znajduje się kościół pw. św. Antoniego, do którego szedł pokrzywdzony.

    Oskarżonym grozi dożywotnie więzienie.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Spora podwyżka opłat za wywóz śmieci w Gdańsku. Oto nowe stawki

Dzisiaj, 9 grudnia (08:37)

Od 1 kwietnia 2026 roku mieszkańcy Gdańska mogą spodziewać się wyższych rachunków za odbiór i zagospodarowanie odpadów komunalnych. Proponowana przez władze miasta podwyżka wyniesie średnio około 25 procent i będzie pierwszą od blisko sześciu lat. Decyzja w tej sprawie zostanie podjęta podczas najbliższej sesji Rady Miasta.

  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy na RMF24.pl

Podczas poniedziałkowej konferencji prasowej dyrektor zarządzający ds. Zielonego Gdańska, Piotr Kryszewski, wyjaśnił powody planowanej zmiany. Po blisko sześciu latach od ostatniej regulacji stawek za gospodarowanie odpadami komunalnymi musimy wprowadzić korektę opłat - ogłosił.

Wśród głównych przyczyn wzrostu kosztów wymieniono skumulowaną inflację na poziomie około 43 procent, wzrost płacy minimalnej o blisko 80 procent (z 2 600 zł w 2020 r. do 4 666 zł w 2025 r.), zwiększenie ilości wytwarzanych odpadów o 12 procent oraz nowe regulacje, takie jak system kaucyjny.

Zgodnie z projektem uchwały, od kwietnia 2026 roku stawka za odbiór śmieci dla nieruchomości zamieszkanych ma wynosić 1,10 zł za metr kwadratowy powierzchni lokalu do 110 mkw. oraz 0,20 zł za każdy kolejny metr powyżej tej powierzchni. 

Obecnie obowiązujące stawki to odpowiednio 0,88 zł i 0,10 zł.  

Miasto przewiduje również ulgę w wysokości 20 zł miesięcznie dla właścicieli domów jednorodzinnych, którzy zdecydują się na kompostowanie bioodpadów. Władze liczą, że zachęci to mieszkańców do zakładania przydomowych kompostowników i pomoże w osiągnięciu wymaganych poziomów recyklingu.

Według wyliczeń urzędu, po planowanych podwyżkach rodzina mieszkająca w lokalu o powierzchni 65 mkw. zapłaci miesięcznie o 14,30 zł więcej, czyli 71,50 zł. 

Właściciel domu jednorodzinnego o powierzchni 120 mkw., korzystający z ulgi za kompostowanie, zapłaci 103 zł, czyli o 8,80 zł więcej niż dotychczas. Natomiast właściciel domu o tej samej powierzchni, ale bez kompostownika, zapłaci 123 zł miesięcznie - o 25 zł więcej niż obecnie.

Władze miasta podkreślają, że opłaty mogłyby wzrosnąć jeszcze bardziej, gdyby nie inwestycje i działania oszczędnościowe z ostatnich lat. 

W ostatnich latach konsekwentnie inwestowaliśmy w nowoczesne instalacje - od uruchomienia kompostowni w 2020 r., przez modernizację sortowni w 2023 r., aż po oddanie do eksploatacji instalacji termicznego przekształcania odpadów w lutym 2025 r. Dzięki pracy naszej spalarni miasto oszczędzi w tym roku blisko 40 mln zł, a w kolejnych latach korzyści będą jeszcze większe, co realnie ogranicza ryzyko dalszych podwyżek i daje silne podstawy do utrzymania stabilności systemu - zaznaczył prezes Portu Czystej Energii Sławomir Kiszkurno.

Radni opozycji zapowiadają sprzeciw wobec podwyżek. Budżet Gdańska na 2026 rok przewiduje spadek wydatków na gospodarowanie odpadami. Dodatkowo Zakład Utylizacyjny prognozuje ponad 12 mln zł zysku na koniec 2026 r., a spalarnia Port Czystej Energii ponad 23 mln zł zysku. Mówienie o tym, że system się nie bilansuje i trzeba sięgać do kieszeni mieszkańców Gdańska, nie wygląda wiarygodnie w obliczu tych wielomilionowych zysków spółek - oponuje Przemysław Majewski z PiS. 

Projekt uchwały dotyczącej podniesienia opłat za wywóz śmieci zostanie poddany pod głosowanie na najbliższej sesji Rady Miasta, zaplanowanej na 18 grudnia

Jeśli zostanie przyjęty, nowe stawki zaczną obowiązywać od 1 kwietnia 2026 roku.

❌