Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 7 lutego 2026

Ta substancja wyewoluowała dwa razy. Po co ona magicznym grzybom?

Ta substancja wyewoluowała dwa razy. Po co magiczne grzyby ją wytwarzają?

Krzysztof Sulikowski

Jedna z największych zagadek mykologii stała się jeszcze bardziej zdumiewająca. Nowe badania podważyły dotychczasowe przekonania na temat roli psylocybiny. Naukowcy odkryli, że psychodeliczna substancja może wcale nie chronić tzw. magicznych grzybów przed owadami oraz że wyewoluowała niezależnie co najmniej dwukrotnie u zupełnie niespokrewnionych gatunków. Dlaczego więc ewolucja tak usilnie promowała jej powstanie?


Możliwe, że "magiczne grzybki" odegrały sporą rolę w tworzeniu się pierwotnych kultur

"Magiczne grzybki" zaczęły syntezować substancję niezależnie od siebie. Właśnie odkryto, że nie chroni ona przed owadami. Jaki jest więc jej cel ewolucyjny?123RF/PICSEL



Spis treści:

  1. Dlaczego magiczne grzyby wytwarzają substancję psychoaktywną?

  2. Psylocybina nie odstrasza owadów. To odkrycie obala popularną hipotezę

  3. Psychodelik wyewoluował niezależnie dwa razy. Powodem są ludzie?

Dlaczego magiczne grzyby wytwarzają substancję psychoaktywną?


Dotychczas w mykologii popularne było założenie, że tzw. magiczne grzyby zaczęły syntetyzować swój główny składnik psychoaktywny, by chronić się przed owadami. Substancja ta występuje w kilkudziesięciu gatunkach grzybów na różnych kontynentach. Bywa ona używana przez ludzi w kontekście medycznym, mając na koncie dowiedzione prozdrowotne działanie w kontekście leczenia depresji, uzależnień i lęków, a ostatnio głośno się zrobiło o jej potencjale do wspierania długowieczności, o czym pisaliśmy w GeekWeeku. Uczestnik eksperymentu, Bryan Johnson, odnotował też na początku lutego pozytywne zmiany w mikrobiomie. Poza dozwolonym użyciem leczniczym i rytualnym w wielu krajach specyfik ten bywa także wykorzystywany nielegalnie w celach rekreacyjnych, terapeutycznych czy poznawczych.

Amerykańscy i brytyjscy naukowcy zwrócili jednak uwagę na pewną lukę w naszej wiedzy. "Do niedawna bardzo niewiele wiadomo było o biosyntezie psylocybiny i jej roli ekologicznej. Potwierdzamy tu i precyzujemy ostatnie odkrycia na temat genów leżących u podstaw biosyntezy psylocybiny, odkrywając, że istnieje więcej niż jeden klaster biosyntezy psylocybiny w grzybach oraz dostarczając pierwsze dane bezpośrednio adresujące rolę ekologiczną psylocybiny" - wyjaśniają twórcy publikacji, której preprint ukazał się w bioRxiv.

Autorami tego badania są eksperci w dziedzinach chemii medycznej, biologii porównawczej roślin i grzybów oraz nauk biologicznych z Imperial College London, University of Utah, Oxford Nanopore Technologies i Royal Botanic Gardens.

Psylocybina nie odstrasza owadów. To odkrycie obala popularną hipotezę


Jak wykazały nowe badania genetyczne, zdolność do wytwarzania psylocybiny wyewoluowała niezależnie co najmniej dwa razy u zupełnie niespokrewnionych gatunków, co w przyrodzie niemal zawsze oznacza, że dany związek przynosi organizmowi ogromne korzyści adaptacyjne. Zjawisko to, zwane ewolucją zbieżną (konwergencją), można porównać do niezależnego wykształcenia się skrzydeł u ptaków i ssaków bądź oczu u kręgowców i głowonogów. O ile jednak korzyści z latania czy widzenia są oczywiste, o tyle celowość produkcji tej substancji pozostaje niejasna.

Popularna hipoteza zakładała, że związek ten jest formą obrony przed drapieżnikami. Miało to sens, biorąc pod uwagę, że wiele insektów posiada receptory serotoniny, na które środek ten oddziałuje. Wcześniejsze eksperymenty pokazywały nawet, że kontakt z tą substancją zaburza rozwój larw niektórych much i dezorientuje pająki, zmuszając je do tkania nienaturalnych sieci. Dzięki temu owocniki zdolne do jego syntezy mogły wygrać wyścig ewolucyjny z tymi, które nie wykształciły tej funkcji.

Nowe dane stawiają jednak tę hipotezę w zupełnie nowym świetle. Naukowcy analizujący dziko rosnące grzyby z gatunku Psilocybe cyanescens odkryli w nich RNA setek białek owadów, co jednoznacznie wskazywało na obecność pasożytów. Aby zweryfikować tę obserwację, przeprowadzili eksperyment, umieszczając w oddzielnych naczyniach grzyby halucynogenne oraz "zwykłe" grzyby zebrane w okolicy. Wyniki były zaskakujące. W obu przypadkach larwy ziemiórek rozwijały się równie pomyślnie, a dorosłe owady wykluwały się w tym samym czasie, niezależnie od obecności psylocybiny. Wskazuje to, że nie jest ona uniwersalnym środkiem owadobójczym ani repelentem.

To odkrycie może unieważnić do tej pory szeroko przyjętą hipotezę. "Nasze wyniki pokazują, że psylocybina nie zapewnia kompletnej ochrony przed owadzią mykofagią, a hipoteza, że jest ona produkowana jako składnik ochrony adaptacyjnej, może wymagać ponownego rozpatrzenia" - tłumaczą autorzy badania.

Psychodelik wyewoluował niezależnie dwa razy. Powodem są ludzie?


Skoro zatem słynny psychodelik nie pełni funkcji odstraszającej, rodzi się pytanie, dlaczego ewolucja tak tak usilnie promowała jej powstanie. Nabiera ono jeszcze większego znaczenia w świetle odkrycia tej samej grupy badaczy, że substancja ta wyewoluowała niezależnie co najmniej dwukrotnie u niespokrewnionych gatunków. Skąd w ogóle o tym wiadomo?

Analiza genetyczna grzybów Psilocybe cyanescens oraz Pluteus salicinus pozwoliła zidentyfikować i doprecyzować strukturę klastrów genów odpowiedzialnych za biosyntezę psylocybiny. Przełomem okazało się odkrycie, że natura znalazła więcej niż jeden sposób na wytwarzanie tej substancji. Przykładem jest grzyb Inocybe corydalina, który produkuje rzeczoną substancję, mimo że nie posiada standardowego klastra biosyntetycznego obecnego u innych gatunków. To dowód na istnienie alternatywnej drogi genetycznej. Niewykluczone, że w przyszłości zostaną odkryte kolejne.

Sukces ewolucyjny grzybów halucynogennych może wyjaśniać inna hipoteza, znacznie bardziej popularna w domenie etnomykologii. Także ona wymaga jednak weryfikacji. Zakłada ona, że magiczne grzyby wchodzą w obustronnie korzystną relację z ludźmi, którzy korzystali od tysiącleci z ich właściwości "rozszerzających umysł", co miało przyczynić się do naszego własnego sukcesu ewolucyjnego. Opisywana przez nas wcześniej teoria, tzw. stoned ape theory, zakłada, że to dzięki spożywaniu owych grzybów u ludzi wykształciło się myślenie symboliczne oraz język, a nasz mózg urósł znacząco w stosunkowo krótkim czasie. Ludzie mieli odwdzięczać się grzybom i wspomagać ich reprodukcję, przenosząc zebrane owocniki na nowe tereny i rozsiewając ich zarodniki.

Co dalej? Wygląda na to, że mykolodzy i biolodzy ewolucyjni mają teraz twardy orzech do zgryzienia. Podczas gdy hipoteza dotycząca obronnej roli "magicznej" substancji została właśnie sfalsyfikowana, to stoned ape theory nie jest poparta zbyt mocnymi dowodami. Możliwe, że wyklaruje się jeszcze inne, bardziej prawdopodobne wyjaśnienie, dlaczego ta substancja jest w ogóle wytwarzana. Gdyby bowiem okazała się nieprzydatna, uległaby zanikowi, a grzybnia skupiłaby się na bardziej opłacalnych zachowaniach z punktu widzenia przetrwania. Ta fascynująca zagadka wciąż czeka na rozwiązanie.

Źródło: A. R. Awan, J. M. Winter, D. Turner, W. M. Shaw, L. M. Suz, A. J. Bradshaw, T. Ellis, B. T.M. Dentinger, Convergent evolution of psilocybin biosynthesis by psychedelic mushrooms, bioRxiv (2026). DOI: https://doi.org/10.1101/374199


"Wydarzenia": "Dron" Słowem Roku 2025Polsat News


Zabawa na niby. Pierwsze takie odkrycie u szympansów bonobo

Zabawa na niby. Słynny szympans bonobo pierwszy udowodnił jej zrozumienie

Krzysztof Sulikowski

Szympansy bonobo dały się już poznać jako jedne z najinteligentniejszych zwierząt. Naukowcy odkryli, że mają też rozwiniętą wyobraźnię i zdolność tworzenia wtórnych reprezentacji mentalnych. Słynny szympans karłowaty Kanzi okazał się pierwszym stworzeniem innym niż człowiek, które ponad wszelką wątpliwość zrozumiało koncepcję zabawy na niby. Dokonywał on racjonalnych wyborów, gdy badacze udawali nalewanie soku i opróżnianie kubka. To nie jedyna jego zadziwiająca umiejętność.


Szympans siedzi naprzeciw kobiety, która pokazuje mu kartę z kolorowymi obrazkami; zwierzę patrzy na kartę z zaciekawieniem, a kobieta wskazuje wybrane elementy palcem.

Czy zwierzęta rozumieją zabawę w udawanie? Eksperyment z szympansem Kanzi przyniósł pierwsze takie odkrycieWilliam H. Calvin, PhD (CC BY-SA 4.0)Wikimedia Commons



Spis treści:

  1. Zabawa na niby. Kiedy szympans bonobo myśli jak człowiek

  2. Eksperyment przyniósł pierwsze takie odkrycie. Kanzi miał bogatą wyobraźnię

  3. Nasi wspólni przodkowie mogli nauczyć się tego 6-9 milionów lat temu

Zabawa na niby. Kiedy szympans bonobo myśli jak człowiek


Najbardziej znany na świecie szympans bonobo Kanzi żył w latach ok. 1980-2025. Sławę zdobył jako obiekt badań naukowych, wykazujący niesamowite zdolności poznawcze i komunikacyjne. Wiele osób kojarzy go z filmów, na których posługiwał się tablicą z symbolami (leksygramem), przy pomocy której rozmawiał z ludźmi. Wytwarzał też proste narzędzia kamienne i rozumiał język angielski. Zresztą kompetencje językowe, w tym umiejętność łączenia słów w zdania, są dość powszechne dla tego gatunku, o czym pisała wcześniej Interia Zielona.

Teraz okazuje się, że "małpa, która mówi", potrafiła także zrozumieć koncepcję zabawy na niby. Nie chodzi tu jedynie o zabawy typowe dla psów czy kotów, w których pozorują one walkę lub polowanie. W eksperymencie, który opisano w prestiżowym "Science", wykorzystano wytwory ludzkiej cywilizacji i badano reakcje Kanziego. Badacze symulowali napełnianie jednego kubka sokiem i opróżnianie drugiego. Małpa dokonała racjonalnego wyboru, sięgając po naczynie wypełnione "na niby" słodkim przysmakiem w 34 na 50 prób. To znaczne przekroczenie progu przypadkowości.

Zrozumienie zasad tej zabawy w świecie ludzi nie jest niczym wyjątkowym i potrafią to nawet dzieci, bawiące się w przyjęcia z herbatką czy w wojnę. Jednak według ekspertów w królestwie zwierząt stanowi to prawdziwy unikat. Eksperyment dostarczył pierwszego dowodu na taką zdolność u zwierząt pozaludzkich - choć w tym przypadku mocno spokrewnionych z człowiekiem. Jak wyjaśniła współautorka badania, Amalia Bastos z Johns Hopkins University, niektóre zwierzęta mogą wyobrażać sobie obiekty, zdarzenia i osoby, które nie znajdują się "tu i teraz".

Ekspertka psychologii porównawczej dodała, że "mówi to nam, że być może mają one bogatsze umysłowe życie wewnętrzne, niż wielu ludzi mogłoby przypuszczać lub się spodziewać".

Eksperyment przyniósł pierwsze takie odkrycie. Kanzi miał bogatą wyobraźnię


Podejście naukowe wymaga od badaczy sceptycyzmu. Nie powinno się z góry antropomorfizować innych gatunków, tj. przydawać im cech ludzkich. Z drugiej strony według biologii ludzie także są zwierzętami i praktycznie wszystkie procesy biologiczne w naszych ciałach są takie same, jak u reszty żyjących stworzeń z naszej planety. O ile ta sfera znajduje jasną analogię, o tyle w przypadku zdolności mentalnych zaczynają się schody. To właśnie w tej sferze wiedziemy prym. Ludzie są w stanie przekazać innym swoje myśli i uczucia za pomocą języka. Nie potrafimy natomiast wniknąć do umysłów zwierząt, ale możemy znaleźć z nimi wspólny język i poprzez usystematyzowane obserwacje ich zachowań stawiać hipotezy oraz rozwijać teorie.

Autorzy badania z inteligentną małpą wyjaśnili, że w przypadku zabawy w udawanie weryfikacja posiadania tej umiejętności przez zwierzęta była trudna. Słynny bonobo miał jednak wysoko rozwinięte zdolności językowe i żył w niewoli, przez lata tworząc głębokie więzi z ludzkimi badaczami. Mieli oni więc idealne warunki do sprawdzenia, czy potrafi on zrozumieć "udawane warunki" i wchodzić z nimi w logiczną interakcję.

"W trzech różnych eksperymentach Kanzi był w stanie identyfikować udawane obiekty, demonstrując, że potrafił on tworzyć wtórną reprezentację, oraz pokazując, że ludzie nie są sami w tej umiejętności" - podsumowała Sacha Vignieri z "Science". Warto wyjaśnić to pojęcie z teorii umysłu i psychologii rozwojowej, które opisuje reprezentacje mentalne obiektów czy zdarzeń, które nie są bezpośrednim odwzorowaniem rzeczywistości.

Przykładowo, gdy widzimy jabłko przed nami, w umyśle powstaje obraz tego jabłka jeden do jednego. To nasza reprezentacja pierwotna, "prawda" tu i teraz. W reprezentacji wtórnej wyobrażamy sobie coś hipotetycznego, co nie jest obecne, może być nieprawdą, alternatywną możliwością lub czyjąś opinią. Ta rzecz nie jest nam dana w naszej aktualnej rzeczywistości. W omawianym tu eksperymencie taki obiekt stanowiły kubki symbolicznie napełniane i opróżniane.

"Kanzi, wyszkolony na leksygramie bonobo, poprawnie identyfikował lokalizację pozorowanych obiektów (np. 'soku' przelewanego między pustymi pojemnikami) w odpowiedzi na werbalne instrukcje w ramach interakcji pozorowanych. W trzech eksperymentach zreplikowaliśmy konceptualnie to odkrycie i wykluczyliśmy kluczowe wyjaśnienia alternatywne" - tłumaczą autorzy badania.

Nasi wspólni przodkowie mogli nauczyć się tego 6-9 milionów lat temu


Choć takiej obserwacji dokonano po raz pierwszy i tylko na jednym osobniku bonobo, naukowcy zakładają, że wspomniana umiejętność może być bardziej powszechna. "Nasze odkrycie sugeruje, że zdolność tworzenia reprezentacji wtórnych udawanych obiektów leży co najmniej w potencjale poznawczym małpy enkulturowanej, a jej początki sięgają prawdopodobnie 6-9 milionów lat wstecz, do czasów naszych wspólnych przodków ewolucyjnych" - wyjaśniają badacze.

Warto tu zauważyć, że mowa o małpach enkulturowanych, czyli wychowanych w środowisku zbliżonym do ludzkiego, które dzięki socjalizacji w kulturze oraz interakcjom z ludźmi mogą rozwijać zdolności poznawcze, komunikacyjne i imitacyjne, których zwykle nie obserwuje się u ich dzikich braci. To może sugerować, że w odpowiednich warunkach granica między ludzką wyobraźnią a umysłem zwierząt jest cieńsza, niż zakładano. Wskazują na to także obserwacje dokonane w przeszłości.

Inna szympansica bonobo o imieniu Panbanisha (1985-2012) naśladowała zrywanie i jedzenie owoców, posługując się jedynie ich ilustracją. Prymatolodzy podejrzeli też żyjące na wolności młode szympansice, które opiekowały się kłodami drewna tak, jakby były one lalkami. Nie przeprowadzono jednak wówczas eksperymentów, z których płynęłyby przekonujące wnioski.

Dopiero sukces eksperymentu z Kanzim, określanego przez badaczy jako "tea party", dostarczył namacalny dowód na to, że małpy naczelne mają rozwiniętą wyobraźnię i potrafią operować w sferze symbolicznej, co dotychczas uznawano za domenę niemal wyłącznie ludzką.

Źródła:

  • Amalia P. M. Bastos, Christopher Krupenye, Evidence for representation of pretend objects by Kanzi, a language-trained bonobo. Science 391, 583-586 (2026). DOI: 10.1126/science.adz0743

  • Ewen Callaway, This bonobo had a pretend tea party - showing make believe isn't just for humans. Nature (2026). DOI: 10.1038/d41586-026-00357-7


"Wydarzenia": "Dron" Słowem Roku 2025Polsat News


Najgorsze trzęsienie ziemi w historii USA. Tak powstały lasy widmo

Krzysztof Sulikowski

Późne popołudnie 27 marca 1964 roku na zawsze zmieniło oblicze Alaski, gdy region nawiedziło najpotężniejsze trzęsienie ziemi w historii USA i drugie co do wielkości odnotowane na świecie. Choć upłynęło sporo czasu, a uszkodzoną infrastrukturę udało się odbudować, to krajobraz naturalny wciąż nosi głębokie blizny w postaci przerażających lasów widmo. To podmokłe i zasolone obszary wypełnione martwymi, przypominającymi zombie drzewami, które do dziś nie odzyskały życia.


Pokryty lodem i śniegiem krajobraz zamarzniętego terenu, przez który biegnie droga. Na pierwszym planie zamarznięta rzeka oraz oszronione rośliny. W tle widoczne ośnieżone szczyty górskie oraz ciemniejsze wzniesienia pokryte lasem.

Lasy widmo na Alasce w okolicy ruin miasta Portage. Zasolona roślinność zmieniła się w mumie, które nie chcą odżyć ani się rozłożyćBeeblebrox (CC BY-SA 3.0)Wikimedia Commons



Spis treści:

  1. Największe trzęsienie ziemi w USA. Kataklizm na niespotykaną skalę

  2. Tragiczny krajobraz zniszczeń. Ofiary śmiertelne, potężne osuwiska i tsunami

  3. Lasy widmo na Alasce. Zasolone drzewa zmieniły się w mumie

  4. Zupełnie inny widok niż po katastrofie tunguskiej. Może być jednak częstszy

Największe trzęsienie ziemi w USA. Kataklizm na niespotykaną skalę


Trzęsienie ziemi na Alasce z 27 marca 1964 r. było zarówno długie, jak i druzgocące. To najpotężniejsze wydarzenie sejsmiczne w historii USA i Ameryki Północnej, a także drugie co do wielkości kiedykolwiek zarejestrowane na świecie. Nosi ono też nazwy Wielkiego trzęsienia ziemi na Alasce (Great Alaska earthquake) bądź Wielkopiątkowego trzęsienia ziemi (Good Friday earthquake). Sejsmiczny armagedon trwał 4,5 minuty (gdy większość trzęsień ziemi kończy się po niespełna 30 sekundach), osiągając magnitudę 9,2-9,3. Było to wynikiem gwałtownego uwolnienia blisko 500-letniego napięcia na styku płyt tektonicznych pacyficznej i północnoamerykańskiej. Spowodowało to przesunięcie fragmentów lądu nawet o 18 metrów.

Rekordowe trzęsienie ziemi spowodowało trwałe zmiany geologiczne na Alasce. Doszło m.in. do wypiętrzenia okolic wyspy Kodiak, które podniosły się o 9 metrów, a także do zapadnięcia się terenów na południowy wschód od Anchorage (m.in. Girdwood i Portage) o ponad 2 metry. Konieczna była przebudowa dróg, aby te nie były zalewane wodą w trakcie przypływów. Część dróg popękała i pofalowała się tak bardzo, że stała się nieprzejezdna, co spowodowało paraliż komunikacyjny.

Tragiczny krajobraz zniszczeń. Ofiary śmiertelne, potężne osuwiska i tsunami


Skutki kataklizmu wokół Zatoki Księcia Williama były przerażające, a straty materialne oszacowano na miliardy dolarów. Odnotowano 129 ofiar śmiertelnych, z których większość nie zginęła jednak w wyniku samych wstrząsów, lecz z powodu potężnych fal tsunami, które uderzyły w wybrzeże tuż po pęknięciu uskoku o długości niemal tysiąca kilometrów.

Opisy świadków przypominają dantejskie sceny, w których ziemia dosłownie zamieniała się w ciecz, a potężne szczeliny pochłaniały ludzi i infrastrukturę, wciągając wszystko w głąb lodowatych wód zatoki. To upłynnienie gleby sprawiło, że utraciła ona swoją spójność i pojawiły się osuwiska. Całe dzielnice zaczęły przemieszczać się w stronę morza. Wiele budynków po prostu zapadło się w błotnistą masę.

Rozbite fragmenty gruntu zaczęły żyć własnym życiem. Setki bloków ziemi przesuwały się i obracały, co było szczególnie widoczne w dzielnicy Turnagain Heights. Dochodziło także do erupcji tzw. wulkanów błotnych, podczas których mieszanka wody i piasku gwałtownie tryskała przez szczeliny w gruncie. Destrukcja objęła też obiekty nabrzeżne, w tym fragmenty portów z magazynami i dokami, które w wyniku osuwiska ześlizgnęły się do ocean, a fale tsunami dopełniły dzieła zniszczenia.

Lasy widmo na Alasce. Zasolone drzewa zmieniły się w mumie


Największe trzęsienie ziemi w Stanach Zjednoczonych wpłynęło również na świat przyrody. Szczególnie dotkliwe skutki zaobserwowano w okolicach lasu Girdwood, gdzie grunt gwałtownie osiadł i został zalany słoną wodą morską. Nagłe zasolenie zabiło większość drzew, jednak specyficzne, ubogie w tlen warunki glebowe zatrzymały naturalne procesy gnilne. Dzięki temu struktury drzew pozostały nienaruszone, tworząc wybielone, martwe szkielety. Obszary naturalne dotknięte tą przypadłością zasłynęły jako "lasy duchów" bądź "lasy widmo" (ang. "ghost forests").

"W warstwach torfu można zobaczyć delikatne liście i materię roślinną, które zastygły w swoich pozycjach, w jakich rosły, co pokazuje, że osiadanie przebiegło szybko. Możecie też spojrzeć na słoje drzewne, które pokazują, że drzewo umarło szybko. Nie ma słojów wskazujących, by drzewo obumierało przez długi czas" - wyjaśnił Barrett Salisbury, geolog z Alaska Division of Geological & Geophysical Surveys w 2024 r.


Martwe drzewa na tle gór z ośnieżonymi szczytami, pod pochmurnym niebem. Rozległa łąka, w oddali widoczne pasmo górskie oraz ślady śniegu.

Las widmo na Alasce. W wyniku zasolenia drzewa są biologicznie martwe, ale nie mogą się rozłożyćLarry Ewing (CC BY 2.0)Wikimedia Commons


Te obserwacje stanowią dowód na błyskawiczne tempo, w jakim doszło do tej ekologicznej katastrofy. Przemieniła ona roślinność w mumie - praktycznie zamrożone w czasie, które z powodu zasolenia nie mogą zostać z powrotem pochłonięte przez naturę. Krajobraz ten jest biologicznie i ekologicznie martwy. W tych najgorszych warunkach mogą przetrwać jedynie ekstremofile, a konkretnie - hemofile, czyli mikroorganizmy żyjące w mocno zasolonych (10-35% NaCl) środowiskach. Mniej zasolone połacie porasta jednak runo leśne.

Zupełnie inny widok niż po katastrofie tunguskiej. Może być jednak częstszy


Tragedia ekologiczna na terenach leśnych Alaski może przywodzić skojarzenie z katastrofą tunguską z 1908 roku, o której pisaliśmy w GeekWeeku, jednak występują tu spore różnice. Wydarzenia na Syberii doprowadziły do powalenia i spalenia drzew - najpewniej wskutek fali uderzeniowej po eksplozji w atmosferze. I podczas gdy jałowe "lasy widmo" nie mają jak się zregenerować, to las w rejonie rzeki Podkamienna Tunguska odżył bardzo szybko. Uczestnicy radzieckich ekspedycji w latach 20. i 30. XX w. zaobserwowali nawet, że drzewa, które przetrwały katastrofę, rosną znacznie szybciej niż przed wybuchem, a ich słoje po 1908 r. są nienaturalnie szerokie. Mogło to być skutkiem obfitego nawożenia popiołem oraz dosłownego wypalenia konkurencji.

Mimo że od incydentu minęło ponad 60 lat, to "lasy duchów" dalej pozostają śmiertelnie niebezpieczne dla badaczy i turystów. Panuje tam duże ryzyko utknięcia w mulistym gruncie podczas szybko przybierających przypływów.

Choć to skrajny przypadek, to te wymarłe krainy w największym stanie Stanów Zjednoczonych mogą być również ponurą zapowiedzią przyszłości Ziemi. Naukowcy od lat ostrzegają, że postępujące zmiany klimatyczne, podnoszący się poziom mórz, gwałtowne sztormy i inne ekstremalne zjawiska pogodowe mogą doprowadzić do powstania kolejnych tego typu leśnych nekropolii na wybrzeżach całego świata.


Grzyb zombie i storczyk udający muchę wśród nowo odkrytych gatunków© 2026 Associated Press


Nowe gatunki ptaków i żab sprzed miliona lat odkryte w Nowej Zelandii

Nowe gatunki ptaków i żab sprzed miliona lat odkryte w Nowej Zelandii

Julia Król

W jaskini Waitomo na Wyspie Północnej w Nowej Zelandii badacze odkryli zbiór skamieniałości sprzed ponad miliona lat. Znaleziska obejmują kości dwunastu gatunków ptaków i czterech gatunków żab, w tym kilka nieznanych nauce. Odkrycie rzuca nowe światło na wymieranie zwierząt Nowej Zelandii na długo przed przybyciem człowieka i ujawnia wpływ gwałtownych zmian klimatu oraz erupcji wulkanicznych na bioróżnorodność tego regionu.


Wejście do naturalnej jaskini otoczonej zielenią i porośniętej mchem, z widoczną metalową barierką oraz drabinką prowadzącą do wody, podświetlone słabym światłem dziennym.

Wyjście z jaskini świetlików WaitomoBgabelWikimedia Commons


Erupcje wulkaniczne sprzed miliona lat utrwaliły faunę Nowej Zelandii


Badając jaskinię Waitomo na Wyspie Północnej w Nowej Zelandii, naukowcy natrafili na prawdziwy skarb - bogatą kolekcję skamieniałości zwierząt, które żyły tam ponad milion lat temu. Kości reprezentują 12 gatunków ptaków i cztery gatunki żab, w tym kilka zupełnie nieznanych wcześniej.

Cala kolekcja zachowała się dzięki temu, że jaskinia została przykryta popiołem z dwóch erupcji wulkanicznych około 1,55 miliona i 1 miliona lat temu. Te grube warstwy zabezpieczyły ziemię, w której skamieniałości spoczywały przez setki tysięcy lat.

Nieznane gatunki odkryte w popiołach jaskini Waitomo


Jednym z najważniejszych odkryć jest Strigops insulaborealis, nowy gatunek papugi, pradawny krewny Kakapo. Chociaż współczesny Kakapo słynie, że jest ciężki i nie lata, istnieje możliwość, że jego przodek potrafił wzbić się w powietrze. Analiza skamieniałości wskazuje, że ten pradawny ptak miał słabsze nogi niż współczesny, co sugeruje, że był mniej sprawnym wspinaczem.


Kakapo, dużą, nocną papugę o zielonym upierzeniu, spacerującą po leśnym podłożu w otoczeniu mchów i paproci, w pobliżu drzewa.

Kakapo to nietypowa papuga. Nocna i nielotna, kopie nory i żyje na Nowej ZelandiiScience Photo Library/EAST NEWSEast News


Znaleziono tam również wymarłego przodka współczesnego Takahē, dzięki czemu naukowcy mogli prześledzić ewolucję tego charakterystycznego ptaka Nowej Zelandii.

- Jest to nowo rozpoznana awifauna Nowej Zelandii, która została zastąpiona przez tę, z którą ludzie zetknęli się milion lat później - mówi główny autor, Trevor Worthy. - To niezwykłe odkrycie sugeruje, że nasze pradawne lasy były niegdyś domem dla różnorodnej grupy ptaków, które nie przetrwały kolejnego miliona lat.

Jak erupcje wulkanów wpłynęły na wymieranie gatunków w Nowej Zelandii


Zespół badawczy oszacował, że od 33 do 50 proc. wszystkich gatunków na wyspie wyginęło w ciągu miliona lat przed przybyciem człowieka do Nowej Zelandii, prawdopodobnie z powodu gwałtownych zmian klimatu, w tym katastrofalnych erupcji wulkanicznych.

- Przez dziesięciolecia wymieranie ptaków w Nowej Zelandii postrzegano przede wszystkim przez pryzmat przybycia człowieka 750 lat temu. Niniejsze badanie dowodzi, że siły natury, takie jak superwulkany i dramatyczne zmiany klimatu, kształtowały wyjątkową tożsamość naszej dzikiej przyrody już ponad milion lat temu - dodaje Worthy.


"Wydarzenia": "Dron" Słowem Roku 2025Polsat News


Otrzymane przedwczoraj

Tajfuny "odkurzają" zbierają mikroplastik z oceanów i zrzucają go na ląd

Tajfuny, huragany i cyklony kojarzą się z wiatrem, falami i zniszczeniami. Nowe badania pokazują jednak, że niosą ze sobą coś jeszcze - mikroplastik. I to nie w przenośni. Najpotężniejsze układy pogodowe na Ziemi potrafią dosłownie "odkurzać" mikroplastik z oceanów i zrzucać go na ląd, często setki kilometrów dalej.

- Jako badacz zanieczyszczenia plastikiem obserwowałem, jak te ogromne systemy przechodzą nad Pacyfikiem. Pojawiło się kluczowe pytanie: czy one transportują plastik? Czy tajfun to tylko burza, czy także wektor zanieczyszczeń? - pisze dr Taiseer Hussain Nafea, inżynier środowiska na Uniwersytecie w Nottingham, który od lat śledzi drogi, jakimi zanieczyszczenia przemieszczają się w przyrodzie.

Polowanie na burzę i plastik


Podczas przejścia tajfunów Doksuri, Gaemi i Bebinca naukowcy co 12 godzin mierzyli całkowity opad atmosferyczny w chińskim Ningbo. Chodziło o uchwycenie dynamiki zjawiska, a nie uśrednionych danych. Efekt? W czasie spokojnej pogody ilość opadającego mikroplastiku była niska. Gdy nadciągał tajfun, rosła gwałtownie, nawet dziesięciokrotnie.

Podczas tajfunu Gaemi osiągnęła 12 722 cząsteczki na metr kwadratowy dziennie, dokładnie w momencie największej siły burzy. Po jej przejściu wartości równie szybko wracały do normy. To był wyraźny, krótkotrwały impuls zanieczyszczeń wygenerowany przez samą burzę.

Skąd ten mikroplastik?


Analiza cząstek nie pozostawiła wątpliwości. W spokojnych dniach dominowały polimery typowe dla miasta, jak PET czy nylon. Podczas tajfunów pojawiały się jednak materiały charakterystyczne dla środowiska morskiego i osadów dennych: PVC, akryle czy teflon.

Ponad 60 procent cząstek miało mniej niż 280 mikrometrów, czyli rozmiar łatwo unoszony w powietrze przez pękające na powierzchni oceanu pęcherzyki, których liczba gwałtownie rośnie przy silnym wietrze. Modele trajektorii powietrza potwierdziły, że w kluczowym momencie masy powietrza nadchodziły znad wzburzonego oceanu, a nie z lądu.

Niebezpieczna pętla klimatyczna


Mechanizm jest dla badacza spójny. Tajfun miesza górne warstwy oceanu, wyrzuca mikroplastik do aerozolu morskiego, przenosi go w głąb lądu, a intensywne opady "wypłukują" go z atmosfery (pamiętajmy, że opad to najlepszy naturalny oczyszczacz atmosfery). Silniejsza burza przenosi najwięcej plastiku, a to prowadzi do niepokojącego wniosku. Ocieplające się oceany sprzyjają silniejszym tajfunom, te skuteczniej transportują mikroplastik, który może zaburzać pochłanianie dwutlenku węgla przez oceany i dodatkowo napędzać ocieplenie.

Nasze badania potwierdzają, że tajfuny są ogromnymi, naturalnymi maszynami, które skutecznie odkurzają mikroplastik z oceanu i rozprowadzają go na lądzie.

Dla miast oznacza to nowe ryzyko. Razem z wiatrem i deszczem dociera niewidzialna chmura plastiku, którą wdychają ludzie. W tej perspektywie sprzątanie rzek i wybrzeży staje się nie tylko działaniem ekologicznym, lecz także elementem adaptacji do zmian klimatu i ochrony zdrowia publicznego.

Choć badanie dotyczyło tajfunów, a więc cyklonów tropikalnych uderzających w Azję, problem może dotyczyć również innych silnych burz tropikalnych w innych częściach świata, co wymaga dalszych badań.

Publikacja: Taiseer Hussain Nafea et al, Microplastics from Ocean Depths to Landfall: Typhoon-Induced Microplastic Circulation in a Warming Climate, Environmental Science & Technology (2025). DOI: 10.1021/acs.est.5c11101


"Wydarzenia": Hejt, przemoc, wyśmiewanie. Aplikacja ma pomóc gorzowskim uczniomPolsat News


To nie AI. Spektakularne zdjęcie dwóch zjawisk atmosferycznych

Valter Binotto to laureat prestiżowej nagrody Wildlife Photographer of the Year i pasjonat astrofotografii, który od ponad dekady dokumentuje efemeryczne błyski towarzyszące burzom. Tym razem udało mu się uchwycić prawdziwą rzadkość, a mianowicie kombinację dwóch zjawisk należących do grupy Transient Luminous Events (TLE), czyli przejściowych zjawisk świetlnych zachodzących wysoko nad chmurami burzowymi, często w jonosferze, nawet 80-90 km nad Ziemią.

Niezwykłe "podwójne" zdjęcie


Jedno z nich to sprite'y, zwane też duszkami czy gnomami, czyli wielkoskalowe wyładowania elektryczne w jonosferze, które obserwujemy jako duże, słabo świecące błyski (najlepiej widoczna jest ich dolna część, czyli czerwone strugi), powstające ponad aktywnym systemem burzowym (są związane z wyładowaniami z chmury do gruntu oraz pomiędzy chmurami).

Czerwone duszki


Podczas wyładowania atmosferycznego do Ziemi następuje neutralizacja ładunku chmury i gwałtowne przemieszczenie się elektronów swobodnych w górę. Powoduje to jonizację atmosfery ponad regionem burzowym, a azot i tlen zaczynają emitować na górze duszka światło czerwone. Rozpoczynają się one na wysokości 50-90 km nad powierzchnią Ziemi i przebiegają w dół (ale nigdy nie dochodzą fizycznie do górnej warstwy chmury burzowej), a ich dolna granica jest obserwowana na wysokości 40 km.

Drugie zjawisko to tzw. ELVE, widoczne na zdjęciu jako rozległy czerwony pierścień przypominający świecący dysk - jak przekonuje Binotto, należą one do najrzadszych i najtrudniejszych do uchwycenia zjawisk tego typu. Powstają one w wyniku wyjątkowo silnego wyładowania atmosferycznego, które generuje impuls elektromagnetyczny (EMP), pobudzający cząsteczki azotu w górnych warstwach atmosfery. Efektem jest błysk o średnicy setek kilometrów, trwający zaledwie kilka milisekund.

Ulotne "elfy"


Na dowód fotograf dodaje, że od ponad 10 lat zarejestrował setki sprite'ów, ale zaledwie trzy ELVE'y - w tym ten niezwykły, podwójny przypadek nad Veneto. Jeśli zaś chodzi o pierwsze zdjęcie sprite'a w historii, to wykonano je w 1989 roku, a ELVE'a rok później, podczas misji wahadłowca Space Shuttle Discovery. Dziś, dzięki czułym aparatom przystosowanym do fotografii w podczerwieni, można je dokumentować z powierzchni Ziemi.

Zdaniem badaczy, obserwacje tego typu pozwalają lepiej zrozumieć interakcje pomiędzy wyładowaniami atmosferycznymi a jonosferą, a także wpływ impulsów elektromagnetycznych na górne warstwy atmosfery: "To, co dla naukowców jest trudne do zbadania, można czasem uchwycić dzięki cierpliwości i przypadkowi. Dziś dostęp do wiedzy i technologii jest znacznie łatwiejszy niż dekadę temu, więc każdy pasjonat nieba może spróbować własnych sił" - podsumowuje autor wyjątkowej fotografii.


"Wydarzenia": Hejt, przemoc, wyśmiewanie. Aplikacja ma pomóc gorzowskim uczniomPolsat News


Dziura ozonowa w 2025 roku ma piąty najmniejszy zasięg od 1992 r.

W 2025 roku dziura ozonowa nad Antarktydą osiągnęła znacznie mniejsze rozmiary niż w poprzednich latach, a jej czas trwania był rekordowo krótki. Specjaliści wskazują, że przyczyniły się do tego niższy poziom chloru w atmosferze oraz osłabiony wir polarny, który wpłynął na wyższe temperatury.

❌