Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 7 lutego 2026

"Szczęśliwy pies" tylko z nazwy. Była wolontariuszka o tym, co zobaczyła w Sobolewie


W skrócie

  • Powiatowy Lekarz Weterynarii w Garwolinie nakazał zamknięcie schroniska Happy Dog w Sobolewie i zakazał właścicielowi prowadzenia schronisk.

  • Była wolontariuszka Karolina Pawelczyk-Dróżdż relacjonuje między innymi przepełnienie schroniska, brak odpowiedniej opieki nad zwierzętami i śmierć psów.

  • W 2019 roku kierownik schroniska usłyszał zarzut znęcania się nad zwierzętami, a obecnie sprawa sądowa zbliża się do końca.

  • Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii

Wolontariusze od lat donosili, że w schronisku dla zwierząt "Happy Dog" (ang. "szczęśliwy pies") w Sobolewie źle się dzieje. Sprawa zyskała rozpędu i rozgłosu na początku stycznia. Później miłośnicy zwierząt zebrali się przed urzędem gminy i domagali się poprawy warunków życia dla psów w schronisku, z którym gmina ma podpisaną umowę.

Powiatowy Lekarz Weterynarii w Garwolinie nakazał natychmiastowe zamknięcie schroniska w Sobolewie oraz zakazał właścicielowi prowadzenia schronisk dla zwierząt.

Sobolew. Była wolontariuszka: Schronisko stale się przepełniało


W schronisku była wolontariuszką od sierpnia 2016 roku. - Był to pierwszy wolontariat w tym miejscu, mimo że schronisko działało od 2013-2014 roku - wspomina Karolina Pawelczyk-Dróżdż, prezeska fundacji "Złap Dom". To ona, jako jedna z pierwszych osób, alarmowała w sprawie tragicznych warunków w schronisku w Sobolewie. Dziś jest oskarżycielką posiłkową w sprawie przeciwko właścicielowi, Marianowi D.

Gdy pojawiła się tam po raz pierwszy, schronisko funkcjonowało na mniejszą skalę niż w swoich ostatnich dniach.

- Od początku właściciel robił bardzo dobre wrażenie. Nie było to pierwsze schronisko, w którym pomagałam, więc wydawało mi się, że potrafię ocenić sytuację - opowiada Interii Karolina Pawelczyk-Dróżdż. - Przez kolejne lata widziałam, że właściciel potrafi wywierać na ludziach ogromne wrażenie, szczególnie na tych, którzy nie znają realiów ochrony zwierząt. Miał zdolność przekonywania i budowania narracji o tym, że nie chodzi mu o zarobek, lecz o pomaganie zwierzętom. Na starcie psów było niewiele, kupował im dobrą karmę i roztaczał wizję schroniska prowadzonego z sercem.

Ta wizja bardzo szybko została zweryfikowana przez rzeczywistość. Pawelczyk-Dróżdż przyjeżdżała do Sobolewa co weekend. Zaangażowała też innych doświadczonych wolontariuszy. - Mimo że skupialiśmy się na adopcjach i wiele psów znajdowało domy, schronisko stale się przepełniało - mówi.

Do obsługi miejsca była jedna osoba - starszy pan. - Nie mam zastrzeżeń do niego jako człowieka, ale nie był w stanie opiekować się nawet kilkudziesięcioma psami - opowiada była wolontariuszka z Sobolewa. - Na miejscu brakowało bud, a te, które były, nie były ocieplone. Przyszliśmy tam jesienią, zaraz zaczynała się zima. Budy nie były sprzątane - własnoręcznie zeskrobywaliśmy odchody szpachelkami kupionymi w sklepach budowlanych - mówi o obrazach, które widziała w schronisku.

Brakowało tam także kociarni - koty trzymano w klatkach w starym pojeździe wojskowym. Ostatecznie prowadzona przez nią fundacja zebrała pieniądze na zbudowanie kociarni.

Jak słyszymy od byłej wolontariuszki, w schronisku psy atakowały się nawzajem. - Właściciel twierdził, że dobiera psy charakterami, że silniejszy nie trafi do słabszego, co nie miało pokrycia w rzeczywistości - mówi Karolina Pawelczyk-Dróżdż. Były psy, które nigdy nie wychodziły z budy, całkowicie załamane psychicznie. Suki rodziły szczenięta, bo nie były kastrowane. Rozprzestrzeniał się parwowirus, a psy masowo umierały. - Wielokrotnie znajdowałyśmy zwierzęta martwe - zagryzione lub zmarłe z innych przyczyn. Psy w złym stanie trafiały tam regularnie i tygodniami nie otrzymywały żadnej pomocy - opowiada.

Wolontariusze starali się znajdować domy dla psów, ale nie byli w stanie zapewnić pomocy wszystkim czworonogom. - Czasem podejmowaliśmy decyzję, by natychmiast zawieźć psa w najgorszym stanie do lecznicy, a dopiero potem zastanawiać się, co dalej. Tak wyglądała nasza codzienność.

Jak wspomina wolontariuszka, Marian D. każdej soboty kupował im pączki, pizzę, robił herbatę. - Za każdym razem odwracał uwagę od realnych problemów, budując w nas poczucie winy, że "on tyle robi", a my jeszcze czegoś wymagamy - opowiada.

Obiecywał im zmiany, które nie dochodziły do skutku.

Była wolontariuszka z Sobolewa: To był moment graniczny


W sierpniu 2017 roku schronisko w Sobolewie przyjęło 11 psów z interwencji, za które gmina zapłaciła mu około 27,5 tysiąca złotych - słyszymy od Pawelczyk-Dróżdż. Psy te były odebrane właścicielowi. - Żadna realna pomoc weterynaryjna nie została im udzielona. Dwa z tych psów zmarły. Jednego z nich wolontariusze przynieśli pod biuro dyrektora. Ten tylko potrącił go nogą, sprawdzając, czy jeszcze żyje - mówi.

O fatalnym stanie drugiego psa kobieta dowiedziała się od innych wolontariuszy. - Sunia nie była w stanie wstać, przewracała się w budzie. Poleciłam natychmiast ją zabrać do całodobowej lecznicy w Warszawie. Początkowo właściciel się zgodził, po czym cofnął zgodę, twierdząc, że "musi mieć ślad w papierach". Następnego dnia dowiedziałyśmy się, że pies nie żyje. To był moment graniczny - przyznaje.

Jak później dowiedziała się z akt i ksiąg leczenia, zwierzęta z interwencji nie otrzymały żadnej pomocy - po 14 dniach zostały jedynie zaszczepione na wściekliznę.

Karolina Pawelczyk-Dróżdż oświadczyła, że nie będzie dalej "wyciągać psów z miejsca, w którym nic się nie zmienia". Pod koniec listopada wolontariusze zostali wyrzuceni ze schroniska.

Schronisko w Sobolewie zamknięte


W lutym 2018 roku wolontariusze złożyli zawiadomienie do prokuratury. Sprawa ciągnęła się latami - początkowo została umorzona. - Składałyśmy zażalenia, wnioski i pisma, po których postępowanie musiało zostać wznowione - mówi Karolina Pawelczyk-Dróżdż.

W 2019 roku kierownik schroniska usłyszał zarzut znęcania się nad zwierzętami.

Pod koniec stycznia 2025 roku po nagłośnieniu sprawy i protestach miejsce zostało zamknięte, a psy zabrane do innych przytulisk.

Dziś sprawa sądowa zbliża się do końca. Termin rozprawy wyznaczono na 18 lutego.

Anna Nicz

Chcesz porozmawiać z autorką? Napisz: anna.nicz@firma.interia.pl


"Wydarzenia": Po zamknięciu schroniska w Sobolewie sytuacja wymknęła się spod kontroliPolsat NewsPolsat News


Nocna prohibicja w Warszawie. Trzaskowski proponuje jeden wyjątek

Mateusz Balcerek

Projekt uchwały w sprawie nocnej prohibicji na terenie całej Warszawy jest już gotowy. W piątek trafił do radnych. Prezydent stolicy Rafał Trzaskowski zaproponował, żeby z zakazu wyłączono teren lotniska Chopina.


Mężczyzna w garniturze stoi na tle nocnej panoramy miasta z nowoczesnymi wieżowcami i ruchliwą ulicą, wśród których widoczny jest Pałac Kultury i Nauki.

Projekt uchwały ws. wprowadzenia nocnej prohibicji w całej Warszawie jest gotowy. Zdjęcie ilustracyjneFacebook/Rafał Trzaskowski, Pixabay/Arcaionmateriał zewnętrzny



W skrócie

  • Radni Warszawy rozpatrzą projekt Rafała Trzaskowskiego dotyczący wprowadzenia nocnej prohibicji w całym mieście.

  • Prohibicja nie obejmie sklepów w strefie wolnocłowej lotniska Chopina.

  • Projekt uzyskał pozytywną opinię miejskiego skarbnika i po głosowaniu trafi do rad dzielnicowych.

  • Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii

Nocny zakaz sprzedaży obowiązywałby w godzinach 22.00-6.00. Od 1 listopada 2025 r. prohibicja została pilotażowo wprowadzona w Śródmieściu i na Pradze-Północ.

Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski deklarował wcześniej, że najpóźniej w czerwcu 2026 r. ograniczeniem zostanie objęte całe miasto.

Radni zajmą się projektem uchwały prezydenta miasta na sesji, która zaplanowana jest na 12 lutego.

Nocna prohibicja nie będzie dotyczyć lotniska Chopina? Jest tekst uchwały


Projekt zakłada, że zakaz nie będzie dotyczył sklepów w strefie wolnocłowej lotniska Chopina. W uzasadnieniu uchwały wskazano, że strefa wolnocłowa "nie jest przestrzenią publiczną, ogólnodostępną, a mieszkańcy czy turyści przebywający na terenie Warszawy mają do niej dostęp wyłącznie w celu odbycia podróży na podstawie ważnej karty pokładowej i po poddaniu się kontroli bezpieczeństwa".

"Dodatkowo nie jest możliwe swobodne opuszczenie strefy zastrzeżonej i powrót do niej ani przekazywanie produktów nabytych w strefie zastrzeżonej osobom przebywającym poza tą strefą. Osoby nabywają alkohol w punktach handlowych zlokalizowanych w strefie zastrzeżonej celem jego wywozu do miejsca docelowego swojej podróży, a nie spożycia na miejscu. Sprzedaż alkoholu w tej strefie odbywa się w przeważającej mierze w celach podarunkowych podróżnych, a nie w celach konsumpcyjnych" - wyjaśniono w tekście dokumentu.

Alkohol z lotniska Okęcie "nie trafi na teren miasta"


Podkreślono, że napoje alkoholowe kupione w sklepach usytuowanych w tej części portu lotniczego nie trafiają na teren miasta, dlatego działalność tych sklepów nie będzie miała wpływu na porządek publiczny w mieście.

Do projektu dołączona jest pozytywna opinia miejskiego skarbnika.

Po pozytywnym głosowaniu projekt uchwały trafi do 18 rad dzielnicowych, które będą miały 30 dni na wydanie opinii.

Według urzędu marszałkowskiego 30 miast i gmin Mazowsza wprowadziło obowiązujący nocą zakaz sprzedaży alkoholu w sklepach i na stacjach benzynowych.

Rok 2025 był rekordowy pod tym względem. Wówczas kilkanaście miast i gmin na Mazowszu wprowadziło bądź podjęło stosowne uchwały wprowadzające nocny zakaz sprzedaży alkoholu. Rok wcześniej nocną prohibicję wprowadziły Ząbki.


Brudziński w "Gościu Wydarzeń" o słowach Czarzastego: Skrajnie niemądrePolsat News


❌