Widok czytania

240 ton na 240 m. Ten dźwig może przyspieszyć rozwój energetyki wiatrowej

Gigant dla farm wiatrowych. Ten dźwig podnosi 240 ton na wysokość wieżowca

Daniel Górecki

Wbrew temu, co twierdzi Donald Trump, energetyka wiatrowa nieustannie rośnie w siłę, a wraz z nią rosną także same turbiny. Nowoczesne konstrukcje są coraz wyższe, mają większe wirniki i potrafią generować znacznie więcej energii niż ich poprzednicy. Problem w tym, że montaż takich kolosów staje się coraz trudniejszy - chińska firma Zoomlion twierdzi jednak, że znalazła rozwiązanie tego problemu.


Największy dźwig świata. Chińczycy z Zoomlion pokazali kolosa do turbin wiatrowych

Turbiny rosną, więc powstał ten potwór. Nowy dźwig podnosi 240 ton na wysokość 241 m Zoomlionmateriały prasowe


Przedsiębiorstwo zaprezentowało właśnie dźwig wieżowy LW3600-240NB, który określa mianem największego i najwyższego dźwigu przeznaczonego do budowy lądowych farm wiatrowych na świecie. Nowa maszyna robi wrażenie już samymi parametrami. Dźwig może podnosić ładunki o masie do 240 ton i pracować na wysokości przekraczającej 241 metrów. To więcej niż wysokość drapaczy chmur.

Dźwig wyższy niż niejeden wieżowiec


Dla lepszego zobrazowania skali wystarczy wspomnieć, że urządzenie jest w stanie unieść ciężar odpowiadający około 200 samochodom osobowym na wysokość porównywalną z 80-piętrowym budynkiem. Takie możliwości są niezbędne, ponieważ najnowsze turbiny wiatrowe osiągają wysokość przekraczającą 200 metrów, a ich gondole i elementy wież ważą setki ton.

Turbiny rosną, więc dźwigi też muszą


Producenci elektrowni wiatrowych od lat zwiększają rozmiary turbin, ponieważ większe konstrukcje pozwalają pozyskiwać więcej energii przy mniejszej liczbie instalacji. To poprawia opłacalność inwestycji i zwiększa wydajność farm wiatrowych.

Transport oraz montaż takich gigantów jest jednak coraz trudniejszy. Tradycyjne dźwigi gąsienicowe często wymagają ogromnych placów montażowych, kosztownego przygotowania terenu i długiego czasu instalacji. Zoomlion przekonuje, że jego nowa konstrukcja ma ograniczyć te problemy.

Zaprojektowany do ekstremalnych warunków


Praca na wysokości ponad 200 metrów oznacza konieczność zmierzenia się z silnymi podmuchami wiatru oraz ogromnymi obciążeniami działającymi na konstrukcję. Dlatego chiński dźwig wyposażono w specjalne elementy wzmacniające, zaawansowane systemy stabilizacji oraz inteligentny układ cyfrowego monitorowania pracy. Producent twierdzi, że maszyna może bezpiecznie funkcjonować nawet przy wietrze osiągającym 10 stopni w skali Beauforta.

Co ciekawe, Zoomlion nie chce sprzedawać nowego dźwigu jako pojedynczej maszyny. Firma planuje stworzenie całego ekosystemu urządzeń współpracujących przy budowie farm wiatrowych, przypominającego linię produkcyjną dla energetyki odnawialnej. Wraz ze wzrostem rozmiarów turbin coraz ważniejsza staje się bowiem nie tylko siła podnoszenia, ale także szybkość montażu.


Lek na raka jajnika daje nadzieję na dłuższe i lepsze życie© 2026 Associated Press


  •  

Jak powstaje lód? Fizycy rozwiązali 150-letnią zagadkę nauki

Fizycy rozwikłali 150-letnią zagadkę powstawania lodu. Kluczem jest nieład

Krzysztof Sulikowski

Zagadka powstawania lodu została praktycznie rozwiązana. Naukowcy z laboratorium XFEL pod Hamburgiem wykorzystali potężny laser rentgenowski, by zarejestrować pierwsze mikrosekundy zamarzania cieczy. To przełom w badaniach nad procesem, który od 150 lat wymykał się klasycznym teoriom. Badacze dostrzegli, że kluczowy dla krystalizacji jest strukturalny nieporządek. Odkrycie tego mechanizmu pozwoli udoskonalić modele klimatyczne chmur pierzastych, wyjaśnić zagadkę formowania się jądra Ziemi oraz łatwiej kontrolować właściwości stopów metali w metalurgii.


Fizycy zbadali proces zamarzania. Ich odkrycie ma spore znaczenie dla geofizyki, inżynierii i klimatologii

Fizycy zbadali proces zamarzania. Ich odkrycie ma spore znaczenie dla geofizyki, inżynierii i klimatologiiWilfredor (CC BY-SA 4.0)Wikimedia Commons



W skrócie

  • Badacze z laboratorium XFEL pod Hamburgiem rejestrowali pierwsze mikrosekundy zamarzania cieczy, wykorzystując laser rentgenowski i odkryli znaczenie strukturalnego nieporządku dla procesu krystalizacji.

  • Eksperymenty i symulacje z cieczami Lennarda-Jonesa wskazały, że nieregularne kształty powstających zarodków oraz błędy ułożenia znacząco przyspieszają krzepnięcie materiału.

  • Nowe zrozumienie mechanizmu homogenicznego zamarzania może usprawnić modele klimatyczne chmur pierzastych, wyjaśnić proces formowania jądra Ziemi oraz poprawić kontrolę właściwości stopów w metalurgii.

Jak powstaje lód? Zagadka nie daje fizykom spać


Pod przedmieściami Hamburga, w podziemnym akceleratorze cząstek, naukowcy próbują okiełznać proces, który od ponad 150 lat spędza sen z powiek fizykom teoretykom. Wykorzystując potężny laser rentgenowski w laboratorium European X-Ray Free-Electron Laser Facility (XFEL), badacze uchwycili pierwsze mikrosekundy zamarzania cieczy. To przełom, który może zrewolucjonizować nie tylko fizykę, ale też prognozy klimatyczne, wiedzę o wnętrzu Ziemi i inżynierię materiałową.

Dotychczasowe modele fizyczne opisujące szybkość zamarzania czystych cieczy potrafiły rozmijać się z wynikami eksperymentów o niewiarygodne 20 rzędów wielkości. Jak wyjaśnia Michele Parrinello, profesor fizyki z University of Italian Switzerland w Lugano, "eksperymenty są bardzo trudne. I teoria jest trudna, i komputerowe symulacje też są trudne".

W tym obszarze nauki nawet najmniejszy błąd w symulacji lub założeniach laboratoryjnych całkowicie zmienia ostateczny wynik. Niemieckim badaczom udało się jednak osiągnąć pewien przełom w badaniu zmiany stanu skupienia materii z ciekłego na stały.

Kaprysy czystych cieczy. Jak działa krzepnięcie?


Większość procesów krzepnięcia, z którymi mamy do czynienia na co dzień - jak zamarzanie wody w zamrażarce czy powstawanie lodu w chmurach na bazie pyłu - to tzw. nukleacja heterogeniczna. Znaczy to, że cząsteczki wody zaczynają krystalizować się wokół zanieczyszczeń lub na ściankach naczynia. O wiele trudniejsza do zbadania jest nukleacja homogeniczna, zachodząca w idealnie czystej cieczy, pozbawionej jakichkolwiek obcych drobin.

Klasyczna teoria nukleacji (ang. Classical Nucleation Theory - CNT), czyli zarodkowania (początkowego etapu przemiany fazowej), której korzenie sięgają prac Daniela Gabriela Fahrenheita (1686-1736) i Josiaha Willarda Gibbsa (1839-1903), opiera się na skomplikowanym równaniu wykładniczym. Sprawia ono, że tempo zamarzania jest ekstremalnie czułe na minimalne wahania temperatury, lepkości czy napięcia powierzchniowego między cieczą a ciałem stałym.

"Nawet mała kropelka wody trzymana w temperaturze -20 °C nie zamarznie przez miliard lat, ale ochłodź ją jeszcze o 15 stopni i zamarznie w ułamku sekundy" - obrazuje to dr hab. Robert Grisenti z Centrum Helmholtza Badań Ciężkich Jonów GSI w Darmstadt. Graczom w Diablo II można to zobrazować metaforycznie: to jak przełamanie cechy "nie można zamrozić" i "niewrażliwość na zimno" przy pomocy specjalnego talizmanu.

Ta niezwykła wrażliwość powoduje, że subtelne różnice w przygotowaniu próbek dają diametralnie różne rezultaty. Szacunki teoretyczne badaczy stosujących CNT potrafią różnić się od siebie nawet o 25 rzędów wielkości.

Skroplone gazy szlachetne wystrzelone w próżnię


Aby zbliżyć teorię do praktyki, zespół badawczy pod kierunkiem dr. hab. Grisentiego skupił się na prostszym modelu - tzw. cieczach Lennarda-Jonesa (LJ). W naturze występują one jako skroplone gazy szlachetne, np. krypton lub argon. Cząsteczki tych gazów nie posiadają kierunkowych wiązań wodorowych, które dodatkowo komplikują strukturę wody.

Naukowcy wystrzeliwali szybkie strumienie płynnego kryptonu i argonu w próżnię. Tam, w wyniku gwałtownego parowania, ciecz błyskawicznie schładzała się, przechodząc w stan stały w zaledwie kilka mikrosekund. Analiza obrazów dyfrakcyjnych z lasera XFEL przyniosła zaskakujące wnioski. Okazało się, że w procesie zamarzania znacznie większą rolę, niż dotychczas sądzono, odgrywa strukturalny nieporządek i nieregularne, niesferyczne kształty początkowych zarodków krystalicznych.

Gdy zespół prof. Parrinello uwzględnił w symulacjach te bardziej złożone, odbiegające od idealnej kuli geometrie, przewidywania teoretyczne zbliżyły się do wyników eksperymentalnych o około 100 razy bardziej niż w jakichkolwiek wcześniejszych próbach. Co więcej, symulacje i testy laboratoryjne pokazały, że wczesne kryształy ze superschłodzonej wody wykazują tzw. błędy ułożenia (ang. stacking disorder), czyli losowe mieszanie się warstw o strukturze heksagonalnej i sześciennej. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że właśnie ten specyficzny nieład przyspiesza cały proces krystalizacji.

Odkrycie tego mechanizmu może rozwiązać wiele problemów


Zrozumienie mechanizmu homogenicznego zamarzania to zdaniem ekspertów klucz do rozwiązania wielu globalnych problemów, począwszy od tych klimatycznych. W wysokich partiach troposfery, gdzie temperatury spadają poniżej -40 °C, czyste krople wody zamarzają homogenicznie, tworząc chmury pierzaste (cirrus). Chmury te pochłaniają i emitują promieniowanie długofalowe, generując ogólny efekt ocieplający. Lepsze modele zamarzania pozwolą więc dokładniej przewidywać tempo globalnego ocieplenia wywołanego gazami cieplarnianymi.

Nowa wiedza wspomoże też geofizykę. Obecne modele formowania się stałego, żelaznego jądra Ziemi z płynnego jądra zewnętrznego wskazują, że proces ten (przy założeniu nukleacji homogenicznej) wymagałby dwa razy więcej czasu, niż wynosi wiek naszej planety. Nowe teorie mogą wyjaśnić tę sprzeczność. Jeśli natomiast chodzi o inżynierię, dokładniejsza wiedza o krzepnięciu ułatwi metalurgom kontrolowanie właściwości chłodzonych stopów metali.

Co dalej? W poszukiwaniu kolejnych odpowiedzi naukowcy zaczęli już wdrażać modele uczenia maszynowego (ML) sztucznej inteligencji. Mają one pomóc w wyciąganiu z surowych danych dyfrakcyjnych XFEL niewidocznych dotąd informacji o mikroskopijnych konfiguracjach atomów. "Naprawdę można dzięki temu poznać mikroskopijne konfiguracje wewnątrz kryształu. I to jest piękne" - podsumowuje z optymizmem dr hab. Robert Grisenti. Testy nowej metody mają ruszyć jeszcze w 2026 r.

Źródło: Buchanan M. How ice forms is a mystery - now scientists are cracking the case. Nature 654, 315-317 (2026). DOI: 10.1038/d41586-026-01817-w


Polak w Wietnamie. Czy tam żyje się lepiej? Deutsche Welle


  •  

Czarna dziura i rekordowe wiatry. Na Ziemi byłby to huragan kategorii 79

Czarna dziura i rekordowe wiatry. Na Ziemi byłby to huragan kategorii 79

Dawid Długosz

Naukowcy odkryli odległy kwazar zasilany przez supermasywną czarną dziurę. Wyrzuca ona rekordowe wiatry, których prędkość jest nieporównywalna do tego, z czym mamy do czynienia na Ziemi. Wieje tam z prędkością około 30 proc. prędkości światła, czyli aż kilkuset mln kilometrów na godzinę.


Dysk akrecyjny wokół supermasywnej czarnej dziury, spiralne pasma gazu i pyłu na tle ciemnej przestrzeni.

Czarna dziura i rekordowe wiatry. Na Ziemi byłby to huragan kategorii 79.materiały prasowe


Huragany na Ziemi potrafią mieć niszczącą siłę. Klasyfikuje się je w pięciostopniowej skali Saffira-Simpsona. W przypadku tej najwyższej mamy do czynienia z wiatrami o prędkości przekraczającej 252 kilometry na godzinę, a co powiecie na siłę wiatru porównywalną z 30 proc. prędkości światła?

Rekordowe wiatry z supermasywnej czarnej dziury w odległym kwazarze


Astronomowie zidentyfikowali odległy kwazar J2318, czyli aktywne jądro galaktyki, gdzie znajduje się supermasywna czarna dziura. Masę obiektu szacuje się na około 1,7 mld razy większą od Słońca, a całość znajduje się około 3 mld lat świetlnych od nas.

Uczeni odkryli tam bardzo silne wiatry, które ciężko porównać do czegokolwiek na Ziemi. Wieje tam z prędkością około 30 proc. prędkości światła. Porywy sięgają więc 323 milionów kilometrów na godzinę. To rekordowy wiatr z czarnej dziury, który udało się zaobserwować w ultrafiolecie.

Pod względem prędkości wiatr tego kwazara można by nazwać huraganem kategorii 79. Każda kategoria huraganu jest o około 20 proc. szybsza niż ta niższa. Nazwanie go kategorią 79 daje wyobrażenie o jego prędkości, ale oczywiście ten wiatr nie przypomina niczego na Ziemi

Wiatry z supermasywnych czarnych dziur nie przypominają zjawiska na Ziemi


Każda galaktyka powinna mieć we własnym centrum supermasywną czarną dziurę, ale w rzeczywistości nie wszystkie są w stanie generować tak silne wiatry. Zjawisko przybiera ekstremalne postaci przede wszystkich w kwazarach.

W kwazarach często obserwujemy wiatry gazu odpychane od czarnej dziury przez światło kwazara

"Kwazary emitują tak wiele fotonów, że te niewielkie popychania sumują się do ekstremalnych prędkości" - dodaje Seaton.

Oczywiście warto mieć na uwadze, że takie wiatry nie tylko są nieporównywalne z tym, co zachodzi w atmosferze Ziemi w zakresie osiąganych prędkości, ale też samej natury zjawiska. Wiatry czarnych dziur są napędzane promieniowaniem, popychane przez fotony odbijające się od atomów. Na Ziemi powstają w wyniku różnic ciśnienienia i temperatury.


Instynkt nawigacyjny w wątrobie? Naukowcy odkryli tajemnicę gołębi© 2026 Associated Press


  •  

Superbakterie mają problem. Ten lek zmusza je do "ewolucyjnych akrobacji"

Nowy antybiotyk z gleby. Może przełamać oporność superbakterii

Karolina Majchrzak

Narastająca oporność bakterii na antybiotyki staje się jednym z największych zagrożeń zdrowia publicznego, a tempo jej wzrostu budzi coraz większy niepokój - już dziś odpowiada za ponad milion zgonów rocznie na całym świecie, a sytuacja tylko się pogarsza. Międzynarodowy zespół badaczy, w skład którego wchodzą naukowcy University of Illinois Chicago oraz McMaster University, ma jednak dobre wieści. Udało mu się zidentyfikować nowy antybiotyk o unikatowym działaniu, a chodzi o naturalnie wytwarzaną przez bakterie glebowe manikomycynę.


Dłoń trzymająca szalkę laboratoryjną z bakteriami

Manikomycyna - antybiotyk z gleby atakuje bakterie w nieznany wcześniej sposób (zdj. ilustracyjne)123RF/PICSEL


Substancja ta wykazuje skuteczność wobec wybranych patogenów, w tym groźnych szczepów opornych na leczenie, jak pałeczka zapalenia płuc (Klebsiella pneumoniae). Podobnie jak wiele istniejących antybiotyków oddziałuje ona na rybosomy bakterii, czyli struktury odpowiedzialne za produkcję białek niezbędnych do ich funkcjonowania i namnażania, ale robi to w zupełnie nowy sposób - taki, jakiego dotąd nie obserwowaliśmy.

Rybosom jest celem dla około jednej trzeciej wszystkich obecnie przepisywanych antybiotyków. Ten nowy antybiotyk jest jednak niezwykły, ponieważ atakuje miejsce w rybosomie, które nigdy wcześniej nie było celem żadnej innej cząsteczki

Nowy sposób ataku na znany cel


Manikomycyna nie tylko blokuje produkcję białek, ale także uniemożliwia opuszczanie rybosomu przez kluczowe cząsteczki, co całkowicie zatrzymuje funkcjonowanie komórki bakteryjnej. Ten nowatorski mechanizm działania sprawia, że bakteriom znacznie trudniej jest wykształcić oporność - w testach laboratoryjnych jedynie pojedyncze komórki przeżywały ekspozycję na manikomycynę, w przypadku niektórych szczepów była to zaledwie jedna na dziesiątki milionów!

Jak zauważa Alexander Mankin, współautor publikacji, bakterie muszą "przejść przez prawdziwe akrobacje, by wykształcić oporność". Dodatkowym utrudnieniem dla patogenów jest fakt, że manikomycyna wykorzystuje kilka różnych mechanizmów przenikania do komórek, co ogranicza możliwość zablokowania jej działania pojedynczą mutacją.

Odkrycie ukryte w glebie


Źródłem nowego antybiotyku jest bakteria Streptomyces rimosus, znana nauce od dekad i wykorzystywana wcześniej m.in. do produkcji oksytetracykliny. Tym razem badacze zastosowali bardziej zaawansowane metody analizy, które pozwoliły wykryć związki obecne w bardzo małych ilościach i wcześniej pomijane. Jak obrazowo tłumaczy to Mankin, dotychczas naukowcy skupiali się na "najbardziej oczywistych" substancjach:

To jak sytuacja, gdy wszyscy sięgają po stek na talerzu, ignorując niewielką porcję kawioru obok.

Mimo dużego potencjału manikomycyna nie jest jeszcze gotowa do zastosowania klinicznego, a jednym z głównych problemów jest jej szybki rozkład w organizmie, co ogranicza skuteczność w leczeniu infekcji u ludzi i zwierząt. Jednocześnie naukowcy podkreślają, że znają już dokładną strukturę chemiczną związku oraz sposób jego wiązania z rybosomem, co otwiera drogę do dalszych prac nad jego modyfikacją i opracowaniem bardziej stabilnych pochodnych.


Prom z czasów Leonarda Da Vinci pomaga pokonywać codzienne korki© 2026 Associated Press


  •  

Chiński detektor bada neutrina. Ogromna kula 700 metrów pod ziemią

Chiński detektor JUNO bada neutrina. To ogromna kula pod ziemią

Krzysztof Sulikowski

Podziemne laboratorium Jiangmen Underground Neutrino Observatory (JUNO) w Chinach opublikowało w czasopiśmie "Nature" swoje pierwsze, przełomowe odkrycia. 59 dni zbierania danych od momentu ukończenia budowy olbrzymiego sferycznego detektora 700 metrów pod ziemią wystarczyło, by naukowcy uzyskali rekordowo precyzyjne pomiary dotyczące zachowania neutrin. Badania nad tymi niezwykle lekkimi cząstkami kosmicznymi, których biliony przenikają przez ludzkie ciała każdej sekundy, przybliżają naukę do poznania ich masy oraz oscylacji i stanowią krok milowy w rozwoju fizyki cząstek elementarnych.


Podziemny detektor neutrin JUNO w Chinach. Ogromna sferyczna konstrukcja o średnicy 35 m bada tajemnicze cząstki elementarne

Podziemny detektor neutrin JUNO w Chinach. Ogromna sferyczna konstrukcja o średnicy 35 m bada tajemnicze cząstki elementarneJADE GAO/AFP/East NewsAFP



W skrócie

  • Eksperyment JUNO w Chinach umożliwił wyjątkowo dokładne pomiary dotyczące neutrin po 59 dniach zbierania danych.

  • Detektor pozwolił na precyzyjne wyznaczenie parametrów oscylacji neutrin, osiągając 1,6 razy lepszą dokładność od wcześniejszych eksperymentów.

  • W ciągu kolejnych lat wyniki mają być weryfikowane przez projekty w Japonii oraz USA, a badania mogą przyczynić się do wyjaśnienia natury ciemnej materii.

Sukces podziemnego detektora JUNO w Chinach


Zlokalizowany 700 metrów pod ziemią w Kaiping (prowincja Guangdong) w Chinach, olbrzymi sferyczny detektor JUNO (Jiangmen Underground Neutrino Observatory) udowodnił swoją gotowość do rewolucjonizowania fizyki cząstek elementac`rnych. Urządzenie o szerokości 35 metrów, wypełnione 20 tys. ton płynnego scyntylatora (organicznego roztworu emitującego światło pod wpływem promieniowania jonizującego), zostało zaprojektowane do wychwytywania antyneutrin powstających w reakcjach w dwóch pobliskich elektrowniach jądrowych oddalonych o blisko 52 km.

Kiedy antyneutrino uderza w proton w jądrze atomowym płynu, dochodzi do dwóch następujących po sobie błysków światła, które są rejestrowane przez system 43 tys. fotopowielaczy (detektorów światła) wyściełających wnętrze olbrzymiej kuli. Choć wielu badaczy wątpiło, czy instrument osiągnie pożądaną czułość, technologia opracowywana od 2009 r. pozwoliła uzyskać bezprecedensową precyzję pomiaru energii.

"Było wiele mąk, komplikacji, trudności, krytycznych i bolesnych momentów, ale myślę, że ostatecznie czujemy się z tym bardzo dobrze. Mówiąc szczerze, nigdy nie wątpiłem w możliwość dokonania tego" - wspomina prof. Wang Yifang, fizyk cząstek elementarnych i akceleratorów, inicjator oraz rzecznik JUNO od momentu zatwierdzenia projektu w 2013 r.

Eksperyment doprowadził do nowych odkryć na temat neutrin


Neutrina to niezwykle liczne we wszechświecie cząstki elementarne o zerowym ładunku elektrycznym i minimalnej masie. Ze względu na swoją specyfikę niemal bez śladu przenikają przez materię. Te kosmiczne "duchy" rodzą się w wyniku reakcji jądrowych, rozpadów promieniotwórczych czy zderzeń cząstek i pełnią kluczową rolę w zrozumieniu ewolucji gwiazd, galaktyk oraz struktury kosmosu, wliczając w to hipotetycznie także naturę ciemnej materii. Choć prawdopodobieństwo ich interakcji z otoczeniem jest znikome, współczesna nauka dysponuje już technologią pozwalającą na ich bezpośrednią rejestrację i badanie.

Cząstki te występują w trzech odmianach: elektronowej, muonowej i taonowej. JUNO bada proces oscylacji, czyli samoczynnej zmiany jednego "smaku" w inny. Analizując antyneutrina elektronowe z reaktorów, zespół naukowców sprawdza, ile z nich dotarło do detektora bez zmiany rodzaju oraz jak ta liczba zależy od ich energii.

59,1 dnia zbierania danych umożliwiło wysoce precyzyjne wyznaczenie dwóch parametrów oscylacji neutrin - leptonowych kątów mieszania smaków, określającego, jak często i z jakim prawdopodobieństwem neutrina zmieniają swój smak podczas podróży, oraz różnicę kwadratów mas neutrin, opisującego gęstość/odległość przerw między masami poszczególnych stanów neutrin. Uzyskane wyniki są o 1,6 raza dokładniejsze niż wszystkie dotychczasowe pomiary, prowadzone od dekad.

Nad zagadką fizyki pracować będą też projekty w Japonii i USA


Głównym celem długoterminowym JUNO jest ustalenie tzw. hierarchii mas neutrin. Wiadomo, że dwie z trzech wartości mas różnią się nieznacznie, a trzecia jest od nich mocno oddalona. Badacze starają się ustalić, czy dwie odmiany są ciężkie, a jedna lekka, czy też odwrotnie. Pierwsze wyniki nie przyniosły jeszcze ostatecznej odpowiedzi, ale potwierdziły, że detektor posiada odpowiednią czułość do wychwycenia subtelnych różnic dzielących smaki i masy cząstek. Jak zaznacza współautor badania, prof. fizyki Liangjian Wen, detektor "będzie w stanie przetestować najdrobniejsze zmarszczki".

Projekt odnotował także sukces na polu organizacyjnym. Skupiający 750 członków z 17 krajów zespół jest największą międzynarodową współpracą naukową pracującą przy eksperymencie w Chinach. "W pewnym stopniu to także eksperyment dotyczący tego, jak potrafimy ze sobą współpracować. Ten sukces dowodzi, że nie jesteśmy dla siebie obcy - jesteśmy tacy sami jak wszyscy inni i potrafimy pracować razem" - powiedział prof. Wang Yifang.

Co dalej? W ciągu najbliższej dekady pracę mają rozpocząć dwa inne duże eksperymenty: Hyper-Kamiokande w Japonii oraz Deep Underground Neutrino Experiment (DUNE) w USA. Zweryfikują one wyniki chińskiego detektora za pomocą odmiennych metod badawczych. JUNO ma jednak szansę wyprzedzić konkurencję w rozwiązaniu zagadki mas neutrin, realizując przy tym szeroki program naukowy, obejmujący również badanie cząstek pochodzących z wnętrza Ziemi, Słońca, atmosfery oraz wybuchów supernowych.

Lepsze poznanie zachowania i właściwości neutrin może okazać się także kluczem do rozwiązania jednej z największych zagadek współczesnej nauki, jaką jest natura ciemnej materii. Kilka lat temu naukowcy z Polski, Francji i Wielkiej Brytanii postawili hipotezę, według której ta nieuchwytna forma materii komunikuje się z wszechświatem właśnie poprzez oddziaływania z neutrinami. Obserwacja ta pokrywa się z niezależnymi analizami widm odległych galaktyk i kwazarów, jednak wymaga potwierdzenia przez dane z kolejnej generacji zaawansowanych projektów obserwacyjnych, takich jak teleskop CMB-S4 czy instrument DESI.

Źródła:

  1. The JUNO Collaboration. Measurement of reactor neutrino oscillation with the first JUNO data. Nature (2026). DOI: 10.1038/s41586-026-10538-z

  2. Castelvecchi D. Chinese detector edges closer to solving the mystery of neutrino mass. Nature (2026). DOI: 10.1038/d41586-026-01851-8

  3. P. Brax, Bruck C.v.d., Di Valentino E., Giare W., Trojanowski S. New Insight on Neutrino Dark Matter Interactions from Small-Scale CMB Observations. MNRAS: Letters (2024). DOI: 10.1093/mnrasl/slad157

  4. P. Brax, Bruck C.v.d., Di Valentino E., Giare W., Trojanowski S. Extended analysis of neutrino-dark matter interactions with small-scale CMB experiments. Phys.Dark Univ (2023). DOI: 10.1016/j.dark.2023.101321


Co decyduje o tym, czy pszczoła zostanie królową? INTERIA.PL


  •  

Alfa Centauri. Nasz najbliższy kosmiczny sąsiad. Co o nim wiemy?

Droga Mleczna jest wypełniona miliardami gwiazd. Układ Słoneczny znajduje się w zewnętrznej części galaktyki i ma oczywiście sąsiadujące systemy. Najbliższym z nich jest Alfa Centauri oddalony zaledwie o kilka lat świetlnych od Ziemi. Układ jest całkiem wyjątkowy, bo składa się nie z jednej czy dwóch, a trzech gwiazd związanych grawitacyjnie.

Alfa Centauri to układ gwiezdny oddalony od Ziemi o nieco ponad 4 lata świetlne


Alfa Centauri jest najbliższym sąsiadem Układu Słonecznego. Pobliski system dzieli od nas zaledwie 4,37 roku świetlnego. Dolecenie tam z prędkością światła trwałoby więc ponad cztery lata. Natomiast z ¼ tej prędkości blisko dwie dekady. Na razie się tam nie wybieramy, ale kto wie i może już za kilkaset (jak nie kilkadziesiąt) lat technologia będzie już na takim etapie rozwoju, że będzie można tam dotrzeć.

Jeśli loty międzygwiezdne staną się możliwe, to Alfa Centauri wydaje się najrozsądniejszym wyborem na pierwszą podróż. Następne w kolejce są Gwiazda Barnarda (ok. 6 lat świetlnych stąd), Wolf 359 (niespełna 8 lat świetlnych) czy Lalande 21185 (ok. 8,3 roku świetlnego).

Gwiazdy Alfa Centauri A i B podobne do Słońca


Alfa Centauri to dosyć ciasny układ podwójny, z którym związana jest grawitacyjnie trzecia gwiazda. Jest nią czerwony karzeł Proxima Centauri, o którym więcej w dalszej części artykułu. Najpierw jednak zobaczmy dwa główne obiekty, które tworzą pobliski system.

Pierwsza gwiazda to Alfa Centauri A, która jest większą z pary. Jest bardzo podobna do Słońca, ale nieco większa, bo jej masę szacuje się na około 1,09 masy gwiazdy Układu Słonecznego. Ma również ten sam typ widmowy G2 V i jest około pół raza jaśniejsza niż Słońce.


Porównanie wielkości czterech gwiazd: Słońca, Alfa Centauri A, Alfa Centauri B oraz Proxima Centauri, z wyraźnym zaznaczeniem różnic w ich średnicach.

Porównanie Słońca z gwiazdami Alfa Centauri A i B oraz Proxima Centauri.Wikimedia Commons


Alfa Centauri A ma również inną nazwę - Rigil Kentaurus, na którą Międzynarodowa Unia Astronomiczna formalnie zgodziła się w 2016 r. Gwiazda jest trzecią najjaśniejszą na nocnym niebie. Pod tym względem przebijają ją tylko Syriusz oraz Kanopus.

Druga z gwiazd tworzących układ podwójny to Alfa Centauri B, która od 2018 r. ma również formalną nazwę Toliman. Ten obiekt ma około 0,9 masy Słońca i świeci mniej więcej dwa razy słabiej. Jej typ widmowy to K0-1 V.


Dwie jasne gwiazdy rozświetlające ciemne tło, otoczone świetlnymi promieniami układającymi się w kształt krzyża.

Gwiazdy Alfa Cerauri A i B uchwycone przez Kosmiczny Teleskop Hubble'a.ESA/Hubble & NASAmateriał zewnętrzny


Obie gwiazdy z układu Alfa Centauri znajdują się bardzo blisko siebie. Średnio dzieli je 23,7 jednostki astronomicznej (jedna określa odległość Ziemi od Słońca i jest to niecałe 150 mln km). To mniej więcej tyle, co odległość Słońca od Urana. Orbita jest zmienna i zmniejsza się do 11,2 jednostki astronomicznej (podobnie co Saturn i Słońce) oraz wydłuża do 35,6 jednostki astronomicznej (Słońce i Pluton). Oba ciała niebieskie potrzebują na jeden obieg 79,9 roku ziemskiego.

Warto dodać, że na niebie obie gwiazdy zazwyczaj mają postać jednego świecącego punktu. Wynika to z faktu bliskiej odległości. Jednak w trakcie największej separacji można je dostrzec osobno. Do tego jednak potrzebny jest choćby prosty teleskop lub mocna lornetka. Pamiętajmy jednak, że Alfa Centauri znajduje się w gwiazdozbiorze Centaura na południowej półkuli nieba, a więc z terenów Polski jej nie zobaczymy.

Czerwony karzeł Proxima Centauri gwiazdą najbliższą Słońcu


Alfa Centauri A i B mają towarzysza. Jest nim czerwony karzeł Proxima Centauri, który jest znacznie mniejszy, a ponadto jest związany grawitacyjnie z pozostałą dwójką. Okrąża je w odległości około 13 tys. jednostek astronomicznych, czyli nieco ponad 0,2 roku świetlnego.

To sprawia, że Proxima Centauri staje się najbliższą gwiazdą Układu Słonecznego. Odległość wynosi 4,24 roku świetlnego, czyli około 40 bln kilometrów. To mniej więcej 270 tys. razy dalej w porównaniu do dystansu Ziemi od Słońca. Mimo to jest niedostrzegalna gołym okiem, bo świeci zbyt słabo. Obiekt został odkryty w 1915 r. przez szkockiego astronoma Roberta Innesa. Okres orbitalny wobec Alfa Centauri wynosi 550 tys. lat.


Jasna gwiazda z wyraźnymi promieniami świetlnymi otoczona licznymi, mniejszymi punktami świetlnymi na czarnym tle kosmosu.

Czerwony karzeł Proxima Centauri uchwycony przez Kosmiczny Teleskop Hubble'a.ESA/Hubble & NASAmateriał zewnętrzny


Średnica Proximy Centauri jest około siedmiu razy mniejsza od Słońca i około 1,5 razy większa od Jowisza. Natomiast masa to 1/8 masy naszej gwiazdy. Warto dodać, że rozmiar ciała niebieskiego może okresowo znacząco się zwiększać, co jest efektem aktywności magnetycznej.

Proxima Centauri jest czerwonym karłem, a jego typ to M5,5. To oznacza, że masa jest niewielka, nawet jak na tego typu gwiazdę. Emitowana energia jest mała, bo stanowi zaledwie 0,17 proc. tego, czym może "pochwalić się" Słońce. Ponadto większą część emisji (ponad 85 proc.) jest w podczerwieni.

Gwiazda, choć niewielka, tak jest bardzo niespokojna i generuje wielkie rozbłyski. Niektóre z nich są wielkości samego czerwonego karła, a temperatura może sięgać 27 mln K. To na tyle dużo, że powinno dochodzić do emisji promieniowania rentgenowskiego.

Planety w pobliżu gwiazd Alfa Centauri i Proxima Centauri


Dotychczas odkryto i potwierdzono ponad 6,2 tys. egzoplanet, czyli światów pozasłonecznych. Czy któreś z nich znajdują się w naszym kosmicznym sąsiedztwie? Do tej pory nie udało się jednoznacznie potwierdzić planet orbitujących w pobliżu Alfa Centauri A oraz B. W 2025 r. astronomowie wykorzystali Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba, co pozwoliło na znalezienie poszlak wskazujących na istnienie gazowego olbrzyma o masie zbliżonej do Saturna w pobliżu pierwszej z gwiazd.

Pamiętajmy, że Alfa Centauri A i B tworzą dosyć zwarty układ podwójny, a tego typu środowisko raczej nie sprzyja formowaniu się planet. Nawet jeśli te istnieją, to ich wykrycie jest bardzo trudne. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku czerwonego karła.


Wizualizacja egzoplanety Proxima b.

Wizualizacja egzoplanety Proxima b.ESO/M. Kornmessermateriał zewnętrzny


Proxima Centauri ma już dwie potwierdzone egzoplanety. Pierwsza z nich z dopiskiem "b" w nazwie ma wielkość zbliżoną do Ziemi i znajduje się w ekosferze gwiazdy. To oznacza, że mogą tam istnieć warunki sprzyjające występowaniu wody w stanie ciekłym. Mimo to życia tam raczej nie ma, bo planeta już dawno mogła zostać spustoszona poprzez aktywność czerwonego karła.

Kolejną planetą jest Proxima d, która jest bardzo blisko czerwonego karła. Jedno okrążenie gwiazdy trwa zaledwie 5 dni. Jest jeszcze hipotetyczna Proxima c, która miałaby być minineptunem mającym się znajdować w odległości około 1,5 jednostki astronomicznej. Tego świata jednak nie potwierdzono.


Triumfalny powrót na Ziemię i… Co dalej z załogą i misją Artemis?© 2026 Associated Press


  •  

Naukowcy o egzoplanetach. Większość z nich może być "fabrykami sadzy"

Naukowcy o egzoplanetach. Większość z nich może być "fabrykami sadzy"

Dawid Długosz

Naukowcy przeprowadzili badania obejmujące planety pozasłoneczne. Część z nich przypomina Ziemię, ale większość z pewnością nie. Analiza wykazała, że egzoplanety w dużym stopniu mogą przypominać fabryki sadzy. Uczeni użyli nawet porównania do naturalnych silników Diesla.


Egzoplaneta z jasnobeżową pokrywą chmur i pasmami atmosfery na tle czarnej przestrzeni kosmicznej.

Egzoplanety to "fabryki sadzy"? Naukowcy: działają jak silniki Diesla.Geekweek - import



W skrócie

  • Przeprowadzone badania wskazują, że znaczna część egzoplanet może mieć atmosfery przypominające fabryki sadzy i naturalne silniki Diesla.

  • Zespół naukowców, analizując dane z Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba, odkrył, że mini-neptuny mogą posiadać atmosfery z chmurami sadzy.

  • Możliwość określenia składu sadzy w atmosferach mini-neptunów może dostarczyć informacji o odległości planet od gwiazd.

Do tej pory odkryto i potwierdzono ponad 6,2 tys. światów pozasłonecznych. Egzoplanety są zróżnicowane i wiele z nich w ogóle nie ma odpowiedników planet Układu Słonecznego. Co ciekawe, większość z nich może przypominać "fabryki sadzy", co wykazały nowe badania chemii atmosfer wybranych obiektów.

Większość egzoplanet może działać jak naturalne silniki Diesla


Nowe badania przeprowadził zespół naukowców, którymi kierował Jeehyun Yang z Uniwersytetu Chicagowskiego. Uczony zajmował się w przeszłości analizą silników spalinowych, a obecnie studiuje chemie atmosfer światów pozasłonecznych.

Naukowcy przeanalizowali dane zebrane przez Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba w trakcie badania atmosfer mini-neptunów. Są to planety większe od Ziemi i mniejsze od Neptuna, które w Drodze Mlecznej są bardzo powszechne. Najwięcej potwierdzonych egzoplanet jest właśnie tego typu.

Badacze zwrócili uwagę na ciekawy szczegół, który występuje w krzywych danych pozyskanych z mini-neptunów. Jest ona podobna do widma sadzy z silników spalinowych.

To tak, jakby w głębokiej atmosferze planety znajdował się naturalny silnik Diesla

Uczeni uważają, że taka cecha może mieć związek z powstawaniem tego typu światów i takie egzoplanety mogą być "fabrykami sadzy".

Egzoplanety typu mini-neptun mogą mieć chmury sadzy


Według badań takie zjawisko może zachodzić, gdy węgiel, wodór i tlen reagują w wysokich temperaturach, często w połączeniu z wysokim ciśnieniem. To może powodować powstawanie w atmosferach mini-neptunów licznych chmur sadzy.

Naukowcy zwracają uwagę na fakt, że możliwość określenia stosunku węgla do tlenu w sadzy mini-neptunów mogłaby pozwolić na uzyskanie odpowiedzi na pytania związane z odległością planet od ich gwiazd.

O ile wiem, to pierwszy raz, kiedy ktoś zastosował inżynierię chemiczną w dziedzinie badań egzoplanet. Myślę, że to świetny przykład pokazujący, dlaczego obecność osób o różnym pochodzeniu może pomóc nam rozwikłać te zagadki

Wyniki badań zostały udostępnione na łamach "The Astrophysical Journal Letters".


Nie musisz być wybitnym naukowcem, aby pracować na... Antarktydzie© 2026 Associated Press


  •  

Niezwykła supernowa. Supernaładowana przez pozostałości gwiazdy

Niezwykła supernowa. Supernaładowana przez pozostałości gwiazdy

Dawid Długosz

Naukowcy odkryli niezwykłą supernową, ale na rozwiązanie jej zagadki potrzebowano kilku lat. Bardzo jasny wybuch miał swoje źródło. Badania wykazały, że supernaładowana supernowa SN 2017egm została wzmocniona przez martwą gwiazdę typu magnetar. Do katastroficznego zdarzenia doszło kilkaset mln lat świetlnych od nas.


Kosmiczna eksplozja z jasnym centrum otoczonym smugami niebieskiego i turkusowego światła, fragmenty asteroid na pierwszym planie.

.ammatar123RF/PICSEL


SN 2017egm to wyjątkowo jasna supernowa, która została odkryta blisko dekadę temu. Naukowcy przeprowadzili dodatkowe badania i udało im się ustalić, że była ona supernaładowana przez pozostałości gwiazdy w postaci silnego magnetara.

Supernaładowana supernowa SN 2017egm odkryta w 2017 roku


Wspomniana supernowa została dostrzeżona w danych zebranych przez misję Gaia Europejskiej Agencji Kosmicznej w maju 2017 r. Do potężnej eksplozji doszło w galaktyce sklasyfikowanej pod nazwą NGC 3191 około 440 mln lat świetlnych od nas.

Zjawisku towarzyszyło promieniowanie gamma, które po około 440 mln lat dotarło do Ziemi. Wydarzenie było nietypowe i nie pasowało do znanych modeli kosmologicznych. Uczeni zwracali uwagę m.in. na fakt pochodzenia tak jasnej supernowej, które zazwyczaj mają źródła w mniejszych galaktykach.

Uczeni wykorzystali dane przechwycone przez Kosmiczny Teleskop Fermiego należący do NASA w celu głębszego zbadania supernowych i uzyskania odpowiedzi na tajemnicze pytania.

Przez prawie 20 lat astronomowie przeszukiwali dane z Fermiego w poszukiwaniu sygnałów promieniowania gamma z tysięcy supernowych i choć pojawiło się kilka intrygujących wskazówek, żadna z nich nie była do tej pory definitywna

Promieniowanie gamma z SN 2017egm udało się potwierdzić w 2024 r. Następnie zespół naukowców porównał je z promieniowaniem optycznym i wykorzystał istniejące modele. Co udało się ustalić?

Źródłem zjawiska była bardzo silna gwiazda typu magnetar


Uwagę uczonych przykuł obłok elektronów i pozytonów, a także ich antymaterialnych odpowiedników. Naukowcy twierdzą, że supernaładowana supernowa mogła mieć tylko jedno źródło. Był to rodzący się magnetar, czyli bardzo silna gwiazda neutronowa. W efekcie powstał tak zwany obłok mgławicy wiatru magnetarowego.

Ten model magnetara najlepiej odwzorowuje jasność supernowej i czas jej pojawienia się w pierwszych miesiącach, ale widzimy pole do poprawy w późniejszych okresach, gdy światło widzialne zanika dość nieregularnie

Naukowcy uważają, że otwiera to możliwości do dalszych analiz kolejnych zjawisk tego typu. Wyniki badań opublikowano 20 maja na łamach "Astronomy & Astrophysics".


"Wydarzenia": Przełom w walce z nowotworem jelita grubego. Dokonali tego krakowscy naukowcyPolsat NewsPolsat News


  •  

Sok z guawy pomaga podnieść poziom hemoglobiny. Czy pomoże w anemii?

Sok z guawy pomaga podnieść poziom hemoglobiny. Czy pomoże w anemii?

Julia Król

Regularne spożywanie soku z guawy może korzystnie wpływać na poziom żelaza we krwi, szczególnie u kobiet w ciąży i nastolatek narażonych na anemię. Badania wskazują, że dzięki wysokiej zawartości witaminy C guawa poprawia przyswajalność żelaza, jednak na ostateczne rekomendacje potrzeba jeszcze szerszych analiz.


Różnokolorowe tabletki i kapsułki ułożone w napis 'ANEMIA', poniżej rozsypane leki na jasnym tle.

Jak sok z guawy wspomaga walkę z niedoborem żelaza?123RF/PICSEL


Właściwości soku z guawy. Skuteczna pomoc przy niedoborze żelaza


Jesz czasem guawę? Nowe analizy sugerują, że może mieć ona znacznie większe znaczenie dla zdrowia, niż sądzono. Badacze wskazują, że regularne spożywanie soku z tego owocu może wspomagać organizm w walce z anemią, szczególnie u kobiet i nastolatek narażonych na niedobory żelaza.

Anemia wynikająca z niedoboru żelaza pozostaje jednym z najczęstszych problemów zdrowotnych na świecie. Szczególnie często dotyka kobiety w ciąży oraz dziewczęta w wieku nastoletnim, prowadząc do m.in. przewlekłego zmęczenia, osłabienia, trudności z koncentracją czy obniżenia sprawności organizmu. W wielu regionach świata dostęp do skutecznego leczenia i odpowiedniej diety bywa ograniczony, więc naukowcy od lat poszukują prostych i tanich metod wspierających terapię.

W centrum zainteresowania znalazła się właśnie guawa, czyli tropikalny owoc bogaty w witaminę C, który odgrywa ważną rolę w przyswajaniu żelaza przez organizm. Według badaczy zawartość tej witaminy w guawie może być nawet czterokrotnie wyższa niż w pomarańczach. Prócz tego owoc dostarcza także błonnika, folianów oraz witaminy A.

Badania potwierdziły, że guawa wspomaga wzrost poziomu hemoglobiny, jednak konieczne są dalsze obserwacje


Przeanalizowano wyniki 17 badań przeprowadzonych od 2000 roku, skupiających się głównie na kobietach w ciąży i nastolatkach. Łącznie uwzględniono dane dotyczące ponad 200 uczestniczek. Okazało się, że osoby pijące sok z guawy notowały zauważalny wzrost poziomu hemoglobiny. Średni przyrost wynosił około 1,7 g/dl, choć wyniki różniły się zależnie od grupy. U ciężarnych kobiet poprawa była nieco większa niż u nastolatek.

Porównując osoby przyjmujące wyłącznie suplementy żelaza z tymi, które dodatkowo piły sok z guawy, naukowcy doszli do wniosku, że owoc może zwiększać skuteczność standardowej suplementacji. Ich zdaniem taki wzrost może mieć realne znaczenie zdrowotne, ponieważ nawet niewielka poprawa parametrów krwi bywa wystarczająca, by ograniczyć objawy łagodnej lub umiarkowanej anemii.

Eksperci podkreślają jednak, że wyniki należy interpretować ostrożnie. Większość analizowanych badań przeprowadzono w jednym kraju, Indonezji, a same eksperymenty różniły się długością trwania, dawkami soku czy metodologią. Chociaż efekty wydają się obiecujące, potrzeba jednak bardziej rygorystycznych badań, by jednoznacznie określić, jaka ilość soku byłaby najkorzystniejsza i czy efekt utrzymuje się długoterminowo.

Zaznaczają również, że sok z guawy nie powinien być traktowany jako zamiennik leczenia, może stanowić natomiast dodatkowy element wspierający dietę.


Rolnictwo przyszłości. Fińscy naukowcy wytwarzają białko niemal „z powietrza”INTERIA.TVAFP


  •  

Dlaczego podążamy za tłumem nawet wtedy, gdy mamy rację? Eksperyment Ascha

Dlaczego podążamy za tłumem nawet wtedy, gdy mamy rację? Eksperyment Ascha

Julia Król

Eksperyment Solomona Ascha przeprowadzony w latach 50. XX wieku udowadnia, jak silnie na nasze decyzje może wpływać presja grupy. Badani często rezygnowali z własnej oceny rzeczywistości tylko dlatego, że większość obstawała przy błędnej odpowiedzi. Pokazuje to, jak duże znaczenie mają mechanizmy społeczne w kształtowaniu naszych postaw i przekonań, nawet jeśli samodzielnie jesteśmy pewni swoich racji.


Mężczyzna w garniturze z teczką stoi naprzeciwko trzech osób przy stole, zwróconych w jego stronę.

Eksperyment Ascha sprzed lat wciąż jest aktualny@eqivideos/YouTubeYouTube


Czy mógłbyś przeciwstawić się tłumowi?


Wyobraź sobie sytuację, w której odpowiedź na pytanie jest oczywista, a mimo to wszyscy wokół twierdzą coś zupełnie innego. Czy zaufałbyś własnym oczom, czy może zacząłbyś wątpić w siebie? Właśnie na tym zagadnieniu skupił się polsko-amerykański psycholog społeczny Solomon Asch. W latach 50. XX wieku przeprowadził jeden z najbardziej znanych eksperymentów w historii psychologii. Jego badanie miało pokazać, jak silny wpływ na człowieka może mieć presja grupy.

Asch zainteresował się zjawiskiem konformizmu, czyli dostosowania swoich opinii, zachowań lub decyzji do zdania większości jeszcze w dzieciństwie, kiedy mieszkał w Polsce. Chciał później sprawdzić, czy ludzie będą w stanie zaprzeczyć temu, co widzą na własne oczy, jeśli inni uczestnicy badania zaczną jednogłośnie podawać błędne odpowiedzi.

Eksperyment wydawał się bardzo prosty. Uczestnicy byli zapraszani do pomieszczenia i informowani, że ich zadaniem będzie porównywanie długości linii. Na pierwszy rzut oka nie było w tym nic trudnego, a odpowiedzi były wręcz banalne. Badanym pokazywano jedną linię wzorcową, a obok trzy inne linie oznaczone literami. Zadanie polegało na wskazaniu tej, która miała identyczną długość jak wzór.


Po lewej pionowa niebieska linia o określonej długości, po prawej trzy pionowe niebieskie linie o różnych długościach, oznaczone jako A, B, C.

Przykład podpowiedzi karty z eksperymentów zgodnościSaul McLeod, CC BY 3.0Wikimedia Commons


Wpływ presji grupy na decyzje


Prawdziwy cel eksperymentu pozostawał tajemnicą. Osoba badana nie wiedziała, że większość obecnych w pokoju ludzi wcale nie była zwykłymi uczestnikami, lecz współpracowała z Aschem. Mieli oni proste zadanie: udzielać wcześniej ustalonych odpowiedzi - część z nich była absurdalna i błędna.

Cały przebieg badania był bardzo przemyślany. Na początkowe trzy pytania wszyscy odpowiedzieli poprawnie, co sprawiło, że prawdziwy uczestnik czuł się swobodnie i nabierał przekonania, że test jest prosty. Dopiero od czwartego pytania podstawione osoby zaczynały jednogłośnie wybierać wyraźnie złą linię - a ponieważ prawdziwy uczestnik odpowiadał na samym końcu lub był przedostatni, słyszał wszystkie poprzednie głosy, zanim udzielił swojego.

W tym momencie w głowie uczestnika pojawiał się kluczowy problem: zaufać sobie czy całej grupie? Dla wielu osób sytuacja stawała się zaskakująco stresująca. Kiedy kilka osób z rzędu mówiło coś sprzecznego z rzeczywistością, badani zaczęli się zastanawiać, czy sami przypadkiem nie popełniają błędu. Część z nich później tłumaczyła, że obawiali się ośmieszenia lub nie chcieli wyróżniać się na tle pozostałych.

Dlaczego podążamy za większością? Wyniki eksperymentu Solomona Ascha


Wyniki eksperymentu zaskoczyły środowisko naukowe. Okazało się, że ogółem 74 proc. uczestników przynajmniej raz zgodziła się z oczywiście błędną odpowiedzią większości. 26 proc. wszystkich badanych skutecznie oparło się tej formie presji społecznej, a prawie 12 proc. całkowicie jej uległo w prawie wszystkich testach. Znaczna część podporządkowywała swoją opinię grupie tylko w niektórych próbach. W grupie kontrolnej, gdzie nie wywierano presji na uczestnika, wskaźnik błędu wyniósł mniej niż 0,7 proc.

Jednocześnie, kiedy jeden z podstawionych uczestników odpowiedział poprawnie, a reszta błędnie, siła wpływu większości na badanego znacznie spadała. Nawet pojedynczy "sojusznik" sprawiał, że osoba badana częściej ufała własnej ocenie i rzadziej podporządkowywała się większości. Pokazało to, jak ważne jest społeczne wsparcie i świadomość, że nie jest się samemu ze swoim poglądem.

Wyniki badania były dla Ascha niepokojące


Asch odniósł się do wyników badania, stwierdzając: "To, że inteligentni, mający dobre intencje młodzi ludzie są gotowi nazywać białe czarnym, jest powodem do niepokoju".

Choć badanie przeprowadzono wiele dekad temu, jego wnioski pozostają aktualne także dziś. Mechanizmy opisane przez Ascha można zauważyć w szkołach, miejscach pracy, grupach znajomych, a nawet w internecie. Wpływają na nas komentarze czy dominujące opinie w mediach społecznościowych bardziej, niż byśmy chcieli przyznać.

Eksperyment Solomona Ascha pozostaje jednym z najważniejszych dowodów na to, że presja społeczna może silnie oddziaływać na sposób myślenia człowieka. Pokazał, że nawet w prostych sytuacjach ludzie bywają skłonni podważać własne obserwacje tylko dlatego, że większość uważa inaczej. Przypomniał także, jak ważna jest odwaga w bronieniu swojego zdania.


Stonehenge nadal fascynuje. Neolityczna budowla zainspirowała archeologów© 2026 Associated Press


  •  

Co napędza erupcje pod Etną? Naukowcy odkryli dwa mechanizmy

Co napędza erupcje pod Etną? Naukowcy odkryli dwa różne mechanizmy

Krzysztof Sulikowski

Co napędza erupcję pod Etną? Międzynarodowy zespół pod kierownictwem naukowców z Cornell University odkrył, że za historycznymi wybuchami tego wulkanu stoją zupełnie odmienne mechanizmy, co stanowi ogromną rzadkość na świecie. Badania mikroskopijnych pęcherzyków gazu w kryształach magmy wykazały, że erupcja z 122 r. p.n.e. była kontrolowana na niewielkich głębokościach przez parowanie wody i gwałtowny wzrost lepkości magmy. Z kolei wybuch sprzed 4000 lat został wywołany przez gigantyczne ciśnienie dwutlenku węgla, który gwałtownie wyniósł magmę prosto z głębokiego płaszcza Ziemi.


Wulkanolodzy odkryli, że za erupcjami Etny stoją zupełnie odmienne mechanizmy. To ogromna rzadkość na świecie

Wulkanolodzy odkryli, że za erupcjami Etny stoją zupełnie odmienne mechanizmy. To ogromna rzadkość na świecie123RF.com123RF/PICSEL



W skrócie

  • Naukowcy z Cornell University odkryli, że dwie główne erupcje Etny były spowodowane odmiennymi mechanizmami kontrolującymi wydobycie magmy i gazów, co stanowi ogromną rzadkość na świecie.

  • Badania wykazały, że erupcja z 122 r. p.n.e. została zainicjowana przez parowanie wody na małej głębokości, podczas gdy wybuch sprzed 4000 lat był wywołany przez gwałtowne uwolnienie dwutlenku węgla z głębokiego płaszcza Ziemi.

  • Technika spektroskopii Ramana pozwoliła odtworzyć szczegóły systemu zasilania wulkanu oraz głębokość i skład substancji lotnych odpowiedzialnych za wybuchy.

  • Śródziemnomorski klimat działa na wyobraźnię. Zdaniem wulkanologów "pod Etną mogą być dwa gigantyczne, mitologiczne potwory''.

Rola ukrytych gazów. Wulkan wybucha jak wstrząśnięta butelka coli


Systemy zasilania wulkanów są ogromne, skomplikowane i - jak się okazuje - niezwykle zmienne, nawet w obrębie tego samego wulkanu. Międzynarodowy zespół badawczy pod kierownictwem naukowców z Uniwersytetu Cornella odkrył, że za dwoma historycznymi, niezwykle gwałtownymi wybuchami włoskiej Etny stały zupełnie inne mechanizmy fizyczne i chemiczne. Zrozumienie tych dynamicznych procesów, w połączeniu z nowatorskimi technikami analitycznymi, może pomóc geologom w znacznie dokładniejszym szacowaniu ryzyka przyszłych wybuchów.

Okazuje się, że o tym, czy erupcja będzie miała charakter wybuchowy, decyduje szereg czynników - od lepkości samej magmy, po substancje lotne (gazy), które są w niej uwięzione. "Wyobraź sobie butelkę napoju gazowanego. Jeśli otworzysz ją bez wstrząsania, możesz się go napić, ale jeśli nią potrząśniesz, pęcherzyki oddzielą się naprawdę szybko i będziesz mieć eksplozję. Wulkany działają tak samo, a moje laboratorium stara się zmierzyć te procesy" - wyjaśnia prof. Esteban Gazel z Cornell Duffield Engineering, współautor badania, które ukazało się 2 czerwca w "Geochemistry, Geophysics, Geosystems".


Mapa obszaru wokół Sycylii oraz szczegółowe zdjęcia mikroskopowe inkluzji stopowych i fluidalnych z erupcji wulkanu Etna z 122 r. p.n.e., oznaczone strzałkami i podpisami wskazującymi poszczególne typy inkluzji.

Wulkan Etna na mapie Włoch oraz badane mikroskopijne inkluzje stopowe i płynneM. Gavrilenko et al. (CC BY 4.0)materiał zewnętrzny


Kluczowymi substancjami lotnymi inicjującymi te procesy są woda i dwutlenek węgla. Przez długi czas środowisko naukowe stało na stanowisku, że to H2O jest głównym motorem napędowym wybuchowych erupcji. Jednak w 2023 r. zespół prof. Gazela wykazał, że również CO2 może samodzielnie wyzwalać eksplozje - niczym w butelce coli. Odkrycie to było możliwe dzięki pionierskiemu zastosowaniu spektroskopii Ramana. Technika ta pozwala zajrzeć do wnętrza kryształów formujących się w magmie i zbadać mikroskopijne pęcherzyki gazu, których wielkość odpowiada zaledwie 1-10 proc. grubości ludzkiego włosa.

Metoda ta pozwala zrekonstruować architekturę wulkanu. "Ta technika daje nam [wgląd w] gęstość CO2, a za pomocą równania stanu możemy przeliczyć tę gęstość na ciśnienie, z kolei to ciśnienie pozwala na określenie głębokości. Następnie stosujemy te techniki do tych eksplozywnych erupcji i jesteśmy w stanie rekonstruować system zasilania wulkanu z bezprecedensową precyzją" - wyjaśnia dr Maxim Gavrilenko z Cornell University, główny autor badania.

Naukowcy odkryli różne przyczyny historycznych erupcji Etny


Pragnąc przetestować opisaną wyżej metodę w uproszczonym środowisku zdominowanym przez substancje lotne, badacze wybrali Etnę we Włoszech. Choć na co dzień jest ona uznawana za "łagodnego olbrzyma", w swojej odległej przeszłości wybuchała w sposób niezwykle agresywny. Na kartach historii zapisały się dwie szczególnie dotkliwe eksplozje.

Jedna z największych znanych erupcji Etny miała miejsce w 122 roku p.n.e. Był to wybuch jednocześnie "mafijny" - cechujący się magmą o niskiej lepkości, bogatą w magnez i żelazo - oraz "plinijski" - zaliczany do najsilniejszej, najbardziej katastrofalnej kategorii erupcji.

Współautorzy badań, Terry Plank z Uniwersytetu Columbia oraz Bruce Houghton z Uniwersytetu Hawajskiego w Mānoa, udali się na Sycylię, aby pobrać próbki w terenie. Po przeanalizowaniu sekwencji i zmierzeniu inkluzji w kryształach magmy eksperci ustalili, że podczas tej erupcji sprzed 2147 lat magma zaczęła się przemieszczać z głębokości około 22 km. Nie trafiła jednak od razu na powierzchnię, lecz zatrzymała się na co najmniej 3 tygodnie w płytkich warstwach skorupy ziemskiej (na głębokości 2-5 km), gdzie stopniowo uwalniała gaz przed ostatecznym wybuchem.


Porównanie wtrąceń stopowych i fluidalnych badanych przed i po ponownym podgrzaniu, z użyciem mikroskopu optycznego oraz spektroskopii Ramana; wykresy ujawniają zmiany sygnałów karbonatowych i siarczanowych, a obrazy mikroskopowe dokumentują morfologię...

Naukowcy dokonali analizy inkluzji w kryształach magmy ze starożytnych wybuchów EtnyM. Gavrilenko et al. (CC BY 4.0)materiał zewnętrzny


Zgromadzone dane terenowe naukowcy porównali z próbkami z jeszcze dawniejszej erupcji, znanej jako "zdarzenie Fall Stratified", które miało miejsce blisko 4000 lat temu. W tamtym przypadku scenariusz był zupełnie inny: magma gwałtownie uniosła się bezpośrednio z głębokiego płaszcza Ziemi (ok. 24-30 km) i eksplodowała w zaledwie kilka godzin, napędzana ogromnym stężeniem dwutlenku węgla.

"Niektóre wulkany są bogate w CO2, głównie te na wyspach oceanicznych, a inne wulkany są przede wszystkim kontrolowane przez wodę - takie jak te w strefach subdukcji (wsuwania się jednej płyty tektonicznej pod drugą - przyp. red.). Etna jest jednym z niewielu wulkanów na świecie, w których te dwa rodzaje substancji lotnych ze sobą rywalizują" - tłumaczy prof. Gazel.

"Pokazuje to, że powyżej pewnej wartości progowej CO2 erupcja jest inicjowana na dużych głębokościach i przebiega bardzo gwałtownie, ale gdy mamy wyższy próg wody, wówczas proces ten jest kontrolowany na płytkich poziomach" - dodaje badacz.

"Pod Etną mogą być dwa gigantyczne, mitologiczne potwory"


Zespół prof. Estebana Gazela nie poprzestaje na badaniach we Włoszech i obecnie stosuje swoją autorską metodę do analizy wulkanów m.in. w Chile oraz na Hawajach. "W idealnym świecie powinno to zostać zrobione dla każdego wulkanu na tej planecie. To są dane, których potrzebujemy dla fizycznych modeli erupcji, które stanowią podstawę dla oceny ryzyka" - powiedział prof. Gazel.

Dla wulkanologów i geologów włoska Etna okazała się nie tylko idealnym poligonem doświadczalnym do rozszyfrowywania głębokich tajemnic Ziemi. Profesor dostrzega także głęboki, kulturowy kontekst tego miejsca, które w mitologii greckiej było uważane za więzienie gigantów Tyfona i Enkeladosa, pokonanych przez bogów Olimpu. Ta mitologiczna analogia bez wątpienia działa na wyobraźnię. Znajduje to odzwierciedlenie nawet w strukturze podziemnych systemów wulkanu.

"Pod Etną mogą być dwa gigantyczne, mitologiczne potwory. A kiedy przyjrzysz się systemowi zasilania wulkanu przy erupcji pliniańskiej, to jest on jak Tyfon, bowiem jest wydłużony i serpentynowy, a inny jest jak Enkelados, bowiem jest jakby mniejszy. Kiedy pracujesz na Etnie, ciężko nie być połączonym z historią, klasyczną literaturą i świetnym jedzeniem" - kwituje badacz.

Źródła:

  1. M. Gavrilenko, E. Gazel, K. Dayton, A. Barth, T. Plank, E. G. Huggins, B. Houghton. Deep Origin and Shallow Launch for the Etna 122 B.C. Mafic Plinian Eruption. Geochemistry, Geophysics, Geosystems (2026). DOI: 10.1029/2026GC012924

  2. D. Nutt, Cornell Chronicle. Carbon dioxide and water played key role in historic Mount Etna eruption. Cornell Chronicle (2026).


Instynkt nawigacyjny w wątrobie? Naukowcy odkryli tajemnicę gołębi© 2026 Associated Press


  •  

Sonda NASA rozbije się o powierzchnię Marsa

Dawid Długosz

NASA oficjalnie żegna sondę kosmiczną MAVEN, z którą kontakt utracono kilka miesięcy temu. Orbiter badający Marsa zakończył misję i nie da się go już uratować. Statek będzie dryfować na orbicie Czerwonej Planety przez dłuższy czas. NASA zakłada, że sonda MAVEN rozbije się o powierzchnię w ciągu 100 lat.


Sonda kosmiczna MAVEN z panelami słonecznymi na orbicie w pobliżu powierzchni Marsa

NASA żegna sondę MAVEN. Orbiter rozbije się na Marsie w ciągu 100 lat.Lockheed Martinmateriały prasowe



W skrócie

  • NASA ogłosiła zakończenie misji sondy MAVEN po utracie z nią kontaktu i bezskutecznych próbach przywrócenia łączności.

  • Orbiter MAVEN wciąż krąży wokół Marsa, stopniowo obniżając orbitę i według NASA uderzy w powierzchnię planety w przeciągu około 100 lat.

  • W trakcie ponad 11 lat działania MAVEN zebrał dane umożliwiające powstanie ponad 800 publikacji naukowych dotyczących atmosfery Marsa i jej ewolucji.

NASA przekazała nowe informacje w sprawie sondy kosmicznej MAVEN. Kilka miesięcy temu statek przestał odpowiadać. Agencja od tego czasu próbowała nawiązać łączność z orbiterem badającym Marsa, ale działania okazały się bezskuteczne. Misja została oficjalnie zakończona.

Sonda kosmiczna MAVEN rozbije się o powierzchnię Marsa


MAVEN (Mars Atmosphere and Volatile Evolution) to orbiter, który został wystrzelony w kosmos przez NASA jesienią 2013 r. Latem 2014 r. dotarł na orbitę Czerwonej Planety i rozpoczął je badania, które były prowadzone do późnej jesieni zeszłego roku. 6 grudnia NASA utraciła kontakt ze statkiem. Próby odzyskania łączności nie powiodły się i w lutym 2026 r. stwierdzono, że misja prawdopodobnie nie zostanie uratowana. 3 czerwca ostatecznie to potwierdzono.

Sonda kosmiczna MAVEN okrąża Czerwoną Planetę, ale nie ma nad nią żadnej kontroli. Z informacji przekazanych przez NASA wynika, że statek będzie z czasem obniżać własną orbitę. Ostatecznie będzie ona tak niska, że orbiter zostanie wyhamowany przez atmosferę i ostatecznie spadnie na powierzchnię.

NASA twierdzi, że orbiter MAVEN rozbije się o powierzchnię Marsa w ciągu około 100 lat. Dokładny termin czy miejsce upadku nie są oczywiście znane.

NASA podsumowała misję marsjańskiej sondy MAVEN


Przez kilkanaście lat działalności sonda kosmiczna MAVEN dostarczyła mnóstwo informacji o Czerwonej Planecie. Misja trwała ponad 11 lat i w tym czasie orbiter badał górne warstwy atmosfery, jonosferę oraz interakcje ze Słońcem. Naukowcy chcieli w ten sposób dowiedzieć się, w jaki sposób Mars utracił własną atmosferę, co miało kolosalny wpływ na klimat sąsiedniego świata.

Misja MAVEN naprawdę pogłębiła naszą wiedzę na temat marsjańskiej atmosfery i ewolucji. Ten zbiór danych wywarł ogromny wpływ na tę dziedzinę. Nasz zespół naukowy jest wyjątkowo dumny ze wszystkich tych niesamowitych odkryć

W trakcie misji powstała ponad 800 publikacji naukowych opartych na danych zebranych przez sondę MAVEN. NASA dodała, że to nie koniec i w trakcie opracowania są kolejne.


Król drapieżników miał zaskakująco krótkie łapki. Odkryli sekret tyranozaura?© 2026 Associated Press


  •  

Gigantyczny wachlarz pod Antarktydą. Odkrycie zaskoczyło naukowców

Karol Kubak

Pod grubym na ponad trzy kilometry lądolodem Wschodniej Antarkydy naukowcy odkryli gigantyczną strukturę przypominającą wachlarz. Tworzy ją sieć ogromnych basenów ukrytych pod lodem. Badacze uważają, że może to być jeden z największych śladów dawnych procesów tektonicznych zachowanych w skorupie kontynentalnej.


Antarktyda z kosmosu; widok satelitarny ukazujący lądolód i granice kontynentu przy Oceanie Południowym.

Co kryje się pod Antarktydą? Odkryto gigantyczny "wachlarz". Na zdjęciu Antarktyda widziana z kosmosuharvepino123RF/PICSEL


Pod grubą (ponad trzy kilometry) pokrywą lodową Antarktydy Wschodniej naukowcy odkryli ogromną strukturę geologiczną w kształcie wachlarza. To nie pojedyncza dolina czy jezioro, ale cały system rozległych basenów ukrytych pod lodem.

Międzynarodowy zespół badaczy opisał system olbrzymich basenów subglacjalnych, czyli zagłębień ukrytych pod lodem. Tworzą spójną strukturę nazwaną przez nich East Antarctic Fan-shaped Basin Province, czyli Prowincją Basenów Wachlarzowych Wschodniej Antarktydy.


Kolorowa mapa topograficzna fragmentu Antarktydy Wschodniej pokazująca zróżnicowanie wysokości terenu, główne pasma górskie, zatoki oraz oznaczone linie tektoniczne i geologiczne podkreślające struktury podlodowcowe i granice płyt litosferycznych.

Prowincją Basenów Wachlarzowych Wschodniej Antarktydy. Niezwykła struktura pod trzykilometrową warstwą loduNature Geoscience (2026). DOI: 10.1038/s41561-026-01991-6materiał zewnętrzny


Ogromne baseny pod lodem Antarktydy


W skład nowo rozpoznanej prowincji wchodzą m.in. znane wcześniej obiekty, jak baseny Wilkes i Aurora oraz basen kryjący jezioro Wostok, największe znane jezioro podlodowe na Ziemi. Poszczególne baseny są badane od wielu lat, ale dopiero teraz naukowcy uznali je za elementy jednej wielkiej struktury.

W tym przypadku ta zmiana spojrzenia ma znaczenie. Zamiast patrzeć na oddzielne zagłębienia, badacze zobaczyli układ przypominający wachlarz rozchodzący się od wspólnego obszaru centralnego.

Jak powstał wachlarz pod Antarktydą?


Analiza wskazuje, że struktura mogła powstać w procesie tzw. rozproszonego rozciągania rotacyjnego. W uproszczeniu chodzi o sytuację, gdy skorupa kontynentalna rozszerza się promieniście od jednego punktu. Autorzy porównują ten układ do dłoni, w której palce rozchodzą się na boki, tworząc między sobą trójkątne zagłębienia.

Jeśli interpretacja jest rzeczywiście poprawna, może to być jeden z największych przykładów takiego procesu rozpoznanych w skorupie kontynentalnej. Badacze sugerują, że struktura rozwijała się podczas kilku etapów tektonicznych związanych z ewolucją superkontynentu Gondwany i późniejszym rozdzielaniem się Antarktydy oraz Australii.

To nie tylko historia do podręcznika


Odkrycie ma znaczenie dla współczesnej Antarktydy. Kształt podłoża ukrytego pod lodem wpływa na przepływ lodu i rozmieszczenie basenów oraz jezior podlodowych. To z kolei może mieć znaczenie dla stabilności części lądolodu szczególnie wrażliwych na zmiany klimatu.

Źródło: Durham University
Publikacja: Egidio Armadillo i in., A fan-shaped subglacial basin province in East Antarctica formed by rotational extension, Nature Geoscience (2026), DOI: 10.1038/s41561-026-01991-6.

Grafika struktury z Nat. Geosc. na licencji CC BY 4.0


Odkryj tajemnice Lodowego Kontynentu [QUIZ]

Centralnie widoczny ląd Antarktydy pokryty grubą warstwą lodu otoczony wodami oceanu, wokół zaznaczone różnorodne odcienie niebieskiego symbolizujące głębokość mórz i oceanu.

Wspinaczka na najwyższą górę świata w XXI wieku© 2026 Associated Press


  •  

Astronomowie odkryli "zaginiony świat". Zlewające się czarne dziury

Astronomowie odkryli "zaginiony świat". Zlewające się czarne dziury

Dawid Długosz

Czarne dziury odgrywają ogromną rolę w ekspansji wszechświata i astronomowie mają kolejne dowody, które wskazują na zjawisko zlewania się takich tworów. Naukowcy dzięki analizie fal grawitacyjnych natrafili na "kopalnię" zderzeń czarnych dziur. Twierdzą, że to jak odkrycie "zaginionego świata".


Dwie czarne dziury w przestrzeni kosmicznej, ze zniekształconym tłem wskazującym na zakrzywienie czasoprzestrzeni

Astronomowie odkryli "zaginiony świat". Zlewające się czarne dziury.Geekweek - import


Astronomowie ogłosili nowe odkrycie. Twierdzą, że to jak "zaginiony świat" zlewających się czarnych dziur, których we wszechświecie powstaje całe mnóstwo. Problem jednak w tym, że to długotrwały proces i nie można go prześledzić w całości na żywo. Skąd to więc wiadomo?

Analiza fal grawitacyjnych ujawniła "zaginiony świat" zlewających się czarnych dziur


Naukowcy przeanalizowali fale grawitacyjne w czasoprzestrzeni. Jest to ogromny zbiór zderzeń zawarty w katalogu Gravitational Wave Transient Catalogue-5.0 (GWTC-5), który udostępniono pod koniec maja br.

We wspomnianym zbiorze znalazło się 161 nowych sygnałów fal grawitacyjnych wyemitowanych przez zlewające się czarne dziury. Zostały one przechwycone przez detektory fal grawitacyjnych: LIGO (Laser Interferometer Gravitational-Wave Observatory), Virgo i KAGRA (Kamioka Gravitational Wave Detector) między kwietniem 2024 r. a końcem stycznia 2025 r.

W ten sposób liczba wykrytych zderzeń czarnych dziur wzrosła do 390. Naukowcy nie mają złudzeń. To kopalnia wiedzy o tego typu zdarzeniach, które porównano do odkrycia "zaginionego świata".

To astronomiczny odpowiednik odkrycia starożytnej cywilizacji. Teraz mamy coraz więcej dowodów na to, że wszechświat tworzy zlewające się czarne dziury, oprócz tych pochodzących z masywnych gwiazd podwójnych

Czarne dziury się zderzają i kluczem do zagadki są fale grawitacyjne


Fale grawitacyjne zostały zaproponowane ponad 100 lat temu w ramach ogólnej teorii względności Alberta Einsteina. Pierwszej detekcji z wykorzystaniem LIGO udało się dokonać w 2015 r. Był to sygnał pochodzący od zderzenia się dwóch dużych czarnych dziur w odległości około 1,3 mld roku świetlnego od nas.

Kolejne lata przyniosły następne odkrycia. Przechwycono fale grawitacyjne z wielu połączeń między czarnymi dziurami czy parami gwiazd neutronowych, jak i również zjawiska mieszane.

W katalogu GWTC-5 znajduje się także perełka. To kolizja "drugiej generacji", czyli zderzenie dwóch czarnych dziur, które powstały w wyniku poprzednich procesów tego typu. Uczeni uważają, że dokładne zbadanie takich zjawisk może nam powiedzieć więcej o tempie ekspansji wszechświata.


''Wydarzenia'': Stacja kosmiczna, która zastąpi ISS. Wizyta w amerykańskiej fabrycePolsat NewsPolsat News


  •  

Ludziom będą mogły odrastać kończyny? Nowe badanie ujawnia, że to możliwe

Ludziom będą mogły odrastać kończyny? Nowe badanie ujawnia, że to możliwe

Marcin Jabłoński

Zespołowi kierowanemu przez naukowców z Uniwersytetu Rolniczego i Mechanicznego w Teksasie udało się wywołać reakcję regeneracyjną tkanki u myszy, którym usunięto palec u nogi. Jak informują naukowcy, odrost był "niepełny", ale wyniki są zdecydowanie obiecujące, sugerując, że mogą dotyczyć także ludźmi.


Dwie ludzkie dłonie rzucające cień w kształcie psa na jasne tło, odniesienie do regeneracji kończyn.

Amerykańscy naukowcy zbadali możliwość regeneracji kończyn u ssaków. Ich badania mogą zmienić przyszłość naszej medycyny123RF/PICSEL


Zaskakujące odkrycie naukowców. Ssaki mogą mieć zdolność do regeneracji kończyn


Naukowcy w swoich badaniach wykorzystali dwa białka, które wysyłają określone sygnały: pierwsze białko wytwarza surowiec niezbędny do regeneracji, a drugie wykorzystuje go do budowy tkanki. Najpierw jednak odciągnęli komórki od miejsca rany gdzie zachodzi bliznowacenie, a potem dostarczyć sygnały, które podpowiedzą im, co mają zbudować.

Bliznowacenie to naturalna reakcja organizmu na uraz. Zatrzymuje krwawienie, ale w przypadku utraty kończyny nie ma już szans na jej odzyskanie. Za bliznowacenie odpowiadają fibroblasty, komórki znajdujące się w stanie aktywnym i wrażliwym na bodźce podczas wykonywania swoich zadań - i tu właśnie wkracza pierwsze białko, które naukowcy wykorzystali do przeprogramowania fibroblastów w blastemy. Są to tymczasowe "pączki" komórkowe wykorzystywane przez zwierzęta, takie jak salamandry, do przygotowania tkanki do odrostu. Następnie zastosowano białko BMP2, które przekazało blastemie sygnał do rozpoczęcia budowy.

Przyszłość medycyny ludzkości?


Podwójna terapia białkowa wystarczyła, by przywrócić kości, ścięgna, więzadła i struktury stawowe w kilkudziesięciu próbach przeprowadzonych na myszach. Chociaż zastępcze palce były czasami zdeformowane lub zbyt małe, wszystkie istotne części były na swoim miejscu.

Nowe badanie opiera się na wcześniejszych analizach z tego samego laboratorium, w których zastosowano podobne podejście oparte na sygnalizacji białkowej. Jednak w tych wcześniejszych eksperymentach nie dochodziło do odrastania całych kończyn tylko ich części.

Gdy już udowodni się, że proces regeneracji można uruchomić, otwiera to pole do zadawania zupełnie nowych pytań

Zdecydowanie nie jest to pierwszy raz, kiedy naukowcy podejrzewają, że nasze własne zdolności regeneracyjne mogą być ukryte w nas, a nie całkowicie nieobecne. Oczywiście, jeśli uda się je znaleźć i wzmocnić, konsekwencje dla całej medycyny będą ogromne. Niemniej, to najnowsze podejście musi jeszcze przejść dużo testów, w tym dokładne analizy mechanizmów odrastania i tworzenia kończyn.


Psy-roboty z głowami Muska, Bezosa, Zuckerberga i Warhola na wystawie amerykańskiego artysty © 2026 Associated Press


  •  

Wulkan Chimborazo pokonuje ośmiotysięczniki. Geograficzny paradoks


Spis treści:

  1. Wybrzuszenie równikowe. Ziemia nie jest idealną kulą

  2. 6384 kilometry od jądra Ziemi. Matematyczny dowód na rekord

  3. Wulkan Chimborazo w oczach naukowców

  4. Wulkan Chimborazo w oczach podróżników

Chimborazo to drzemiący stratowulkan, zbudowany głównie z andezytu i dacytu, będący jednocześnie najwyższym szczytem Ekwadoru. Znajduje się w paśmie Andów Północnych, ok. 150 kilometrów na południowy zachód od stolicy kraju - Quito. Wulkan wznosi się na wysokość 6263 m n.p.m., a jego wybitność wynosi 4123 metry. Leży na współrzędnych 1°28′09″S 78°49′03″W. Ostatnia znana erupcja Chimborazo miała miejsce ok. 550 roku n.e.

Wybrzuszenie równikowe. Ziemia nie jest idealną kulą


Na zdjęciach z kosmosu nasza planeta wydaje się idealnie okrągła, jednak w rzeczywistości jej kształt jest zbliżony do elipsoidy obrotowej. To efekt ruchu obrotowego Ziemi wokół własnej osi i związanej z nim siły odśrodkowej.

Jak to działa? Ziemia obraca się najszybciej na równiku - z prędkością ok. 1670 km/h. W rezultacie dochodzi do tzw. wybrzuszenia równikowego, czyli niewielkiego "spuchnięcia" planety w jej środkowej części. Promień równikowy Ziemi jest przez to o ok. 21 kilometrów większy niż promień biegunowy. Oznacza to, że osoba stojąca na równiku jest dalej od środka Ziemi niż ktoś znajdujący się na biegunie północnym lub południowym.

To właśnie ten efekt sprawia, że klasyczne rankingi wysokości nie pokazują, który punkt naszej planety jest najbliżej kosmosu. Jeśli zamiast poziomu morza przyjmiemy za punkt odniesienia środek Ziemi, hierarchia najwyższych szczytów wygląda zupełnie inaczej.

6384 kilometry od jądra Ziemi. Matematyczny dowód na rekord


Tradycyjnie wysokość gór mierzy się względem średniego poziomu morza, jednak z punktu widzenia geodezji bardziej fundamentalnym parametrem jest promień geocentryczny, czyli odległość danego punktu od środka Ziemi.

Mount Everest mierzący 8849 m n.p.m. pozostaje najwyższym szczytem naszej planety, jednak z jego wierzchołka nie mamy najbliżej do kosmosu. W tym zestawieniu wygrywa Chimborazo - i wynika to z czystej matematyki.

Jak wspomnieliśmy wcześniej, Ziemia ma kształt zbliżony do elipsoidy obrotowej, co oznacza, że jej promień zmienia się w zależności od szerokości geograficznej. Im bliżej równika się znajdujemy, tym większe staje się tzw. wybrzuszenie równikowe. Promień biegunowy Ziemi wynosi ok. 6357 km, natomiast równikowy ok. 6378 km.

Efektem ruchu obrotowego naszej planety jest więc różnica promieni wynosząca ok. 21 kilometrów. To właśnie ta "matematyczna przewaga" sprawia, że Mount Everest, mimo swojej imponującej wysokości, przegrywa z Chimborazo w wyścigu do gwiazd.

Naukowcy dokładnie to wyliczyli. Według ich obliczeń szczyt Chimborazo znajduje się ok. 2082 metry dalej od środka Ziemi niż Mount Everest. Dlaczego? Everest leży na szerokości ok. 28°N, gdzie wybrzuszenie równikowe jest już znacznie mniejsze. W tym miejscu promień Ziemi wynosi ok. 6382 km.

Chimborazo znajduje się natomiast zaledwie 1,28° od równika, czyli niemal w punkcie maksymalnego wybrzuszenia planety. W efekcie jego szczyt osiąga odległość ok. 6384 km od środka Ziemi.


Chimborazo jest najwyższym szczytem w Ekwadorze

Chimborazo jest najwyższym szczytem w Ekwadorze i najbliżej z niego "do gwiazd"123RF/PICSEL


Wulkan Chimborazo w oczach naukowców


Dla naukowców i instytucji zajmujących się geodezją satelitarną, takich jak NASA czy amerykańska Narodowa Służba Geodezyjna (NGS), Chimborazo jest wyjątkowo interesującym obiektem badawczym. W klasycznej geografii wysokość mierzy się względem średniego poziomu morza, jednak dla geodetów taki punkt odniesienia jest znacznie bardziej złożony. Zamiast niego wykorzystuje się pojęcie powierzchni geopotencjalnej - powierzchni, na której potencjał grawitacyjny pozostaje stały.

Ze względu na swoje położenie niemal na równiku oraz ogromną masę, Chimborazo stanowi cenny punkt odniesienia w badaniach nad geoidą i rzeczywistym kształtem Ziemi. Region ten jest wykorzystywany w analizach satelitarnych i modelach geopotencjalnych służących do coraz dokładniejszego opisywania pola grawitacyjnego naszej planety. Badania związane z Chimborazo mają znaczenie także dla nowoczesnych układów wysokościowych. Tradycyjne systemy oparte wyłącznie na poziomie morza są stopniowo zastępowane modelami matematyczno-grawitacyjnymi. Wysokość geopotencjalna określa bowiem nie tylko położenie punktu, ale również energię potrzebną do pokonania ziemskiej grawitacji.

Z punktu widzenia fizyki Chimborazo należy do miejsc o jednym z najniższych przyspieszeń grawitacyjnych na powierzchni lądów. Teoretycznie oznacza to, że wyniesienie obiektu w przestrzeń kosmiczną wymagałoby tam nieco mniej energii niż w większości innych miejsc na Ziemi. Choć w praktyce budowa kosmodromu na wysokości ponad 6 tys. m byłaby ekstremalnie trudna, sam fakt pokazuje, jak nietypowym miejscem jest ten ekwadorski wulkan.

Chimborazo pozostaje również ważnym obiektem badań satelitarnych i klimatycznych. Satelity radarowe oraz laserowe regularnie monitorują region Andów, pomagając naukowcom udoskonalać cyfrowe modele wysokościowe Ziemi i obserwować zmiany zachodzące w lodowcach równikowych.

Wulkan Chimborazo w oczach podróżników


Dla podróżników i odkrywców Chimborazo przez wieki stanowiło symbol ostatecznej granicy wytrzymałości. Zanim świat dowiedział się o istnieniu ośmiotysięczników w Himalajach, to właśnie ten ekwadorski olbrzym był uważany za najwyższy szczyt globu.

W 1802 roku pruski przyrodnik i podróżnik Alexander von Humboldt podjął próbę zdobycia szczytu. Choć choroba wysokościowa i ogromne szczeliny zmusiły go do odwrotu na wysokości ok. 5875 metrów, jego wyprawa przeszła do historii. Humboldt jako pierwszy opisał strefy roślinności i wpływ wysokości na organizm ludzki, a jego szkice Chimborazo stały się ikoną dziewiętnastowiecznej nauki. Przez dekady to właśnie on był "rekordzistą wysokości". Pierwszym, który zdobył wierzchołek stał się Edward Whymper. Dokonał tego 4 stycznia 1880 roku, wraz z włoskimi przewodnikami - braćmi Jean-Antoine i Louisem Carrelami - stanął na szczycie. Co ciekawe wielu wątpiło w jego sukces, więc Whymper wszedł na Chimborazo drugi raz jeszcze w tym samym roku, wybierając inną trasę, aby uciszyć sceptyków.

Obecnie Chimborazo jest celem dla ambitnych alpinistów, którzy chcą poczuć bliskość kosmosu bez konieczności organizowania wielomiesięcznych wypraw w stylu himalajskim. Punktem startowym jest zazwyczaj schronisko Refugio Carrel (4800 m n.p.m.), do którego można dojechać samochodem. Mimo stosunkowo łatwego dostępu, Chimborazo pozostaje górą wymagającą. Niskie ciśnienie, gwałtowne zmiany pogody i ryzyko choroby wysokościowej sprawiają, że każdego roku część wspinaczy musi zawrócić jeszcze przed atakiem szczytowym.

Podróżnicy, dzielący się wrażeniami m.in. w social mediach, opisują wejście jako wędrówkę przez lodowe pustkowie, które przy dobrej pogodzie oferuje widok na "Aleję Wulkanów" i dymiącą w oddali Tungurahuę.

Źródła: ngs.noaa.gov, volcano.si.edu, science.nasa.gov


"Wydarzenia": Wirtualna przewodniczka oprowadza po muzeum w ŁodziPolsat News


  •  

Niezwykłe odkrycie naukowców: ptaki szybciej uciekają przed kobietami

Ptaki bardziej boją się kobiet niż mężczyzn. Zaskakujące badanie

Karolina Majchrzak

To jedno z tych odkryć, które wydają się ciekawostką dla nielicznych, ale w praktyce podważają podstawowe założenia nauki. Okazuje się, że miejskie ptaki w Europie wcale nie traktują ludzi jednakowo i potrafią reagować inaczej w zależności od tego, kto się do nich zbliża.


Śpiewający ptak na gałęzi kwitnącego drzewa

Dlaczego ptaki bardziej boją się kobiet? Naukowcy nie mają pojęciaollgagubskaya123RF/PICSEL


W badaniach prowadzonych w kilku krajach Europy, w tym Francji, Niemczech, Hiszpanii, Czechach i Polsce, naukowcy zaobserwowali zaskakującą prawidłowość - ptaki znacznie szybciej płoszyły się na widok kobiet niż mężczyzn. Różnica była konkretna i mierzalna, pozwalały mężczyznom podejść średnio o około metr bliżej, zanim decydowały się odlecieć lub oddalić.

Ptaki boją się kobiet


Co istotne, zjawisko to było niezwykle konsekwentne. Nie miało znaczenia, czy chodziło o kosy, wróble, wrony czy dzięcioły - wszystkie badane gatunki wykazywały podobną reakcję. To właśnie ta powtarzalność najbardziej zaskoczyła badaczy, bo sugeruje, że nie mamy do czynienia z przypadkiem, lecz z realnym mechanizmem behawioralnym.

Zespół naukowców, w tym badacze z Czech University of Life Sciences Prague oraz University of Turin, próbował maksymalnie wyeliminować czynniki zakłócające. Kobiety i mężczyźni biorący udział w eksperymencie byli podobnego wzrostu, ubrani w te same kolory i poruszali się w identyczny sposób, tj. spokojnie, w linii prostej, ustalonym tempem.

Naukowcy rozkładają ręce


Mimo to ptaki konsekwentnie reagowały inaczej i tu zaczyna się prawdziwa zagadka, bo naukowcy nie wiedzą, co dokładnie odpowiada za tę różnicę. Jedna z hipotez mówi o subtelnych sygnałach, sposobie poruszania się, mikrogestach, a nawet zapachu, bo wbrew dawnym przekonaniom, ptaki wcale nie mają słabego węchu, a wiele badań pokazuje, że potrafią wykrywać bardzo delikatne różnice chemiczne w otoczeniu.

Nie brakuje też bardziej spekulatywnych teorii sugerujących, że skoro ludzie i ptaki współistnieją w Europie od tysięcy lat, możliwe, że pewne wzorce zachowań zostały utrwalone ewolucyjnie. Problem w tym, że klasyczne wyjaśnienie - zakładające, że to mężczyźni byli myśliwymi - nie pasuje do wyników. Ptaki powinny bardziej obawiać się mężczyzn, a jest dokładnie odwrotnie.

Eksperci, w tym badacze z University of California, przyznają wprost - wyniki są wiarygodne, ale ich interpretacja pozostaje otwarta. To rzadki przypadek w nauce, gdy dobrze udokumentowane zjawisko wyprzedza jego wyjaśnienie. Badanie, opublikowane w People and Nature, pokazuje coś jeszcze, a mianowicie, że zwierzęta w środowisku miejskim odbierają ludzi znacznie bardziej złożony sposób, niż się nam wydaje.


Ziarna pszenicy sprzed 8000 lat znalezione w Gruzji stanowią najwcześniejsze dowody na wypiekanie chleba© 2026 Associated Press


  •  

Naukowcy sprawdzili, jak zmniejszyć zużycie energii w domu o 15 proc.

Naukowcy sprawdzili, jak zmniejszyć zużycie energii w domu o 15 proc.

Marcin Jabłoński

Większość ludzi nie zastanawia się szczególnie długo nad wyborem żarówek do swojego domu. Jednak przestarzałe żarówki i źle zaplanowane rozmieszczenie nie tylko dają złe oświetlenie, ale jak wskazują nowe badania, powodują naprawdę zauważalny wzrost rachunków za prąd.


Zapalona żarówka; w tle więcej niezapalonych żarówek na tle błękitnej ściany

Nowe badania wskazują, jak można oszczędzić na kosztach domowej energii123RF/PICSEL


Porównanie dwóch systemów


Naukowcy z Uniwersytetu Wschodniego Londynu oraz firmy FJ&B Engineering Consultants przetestowali dwadzieścia starannie dobranych układów oświetleniowych w modelowych pokojach, porównując tradycyjne projekty obliczane ręcznie z układami zoptymalizowanymi za pomocą programu symulacyjnego. Badania opublikowano na łamach czasopisma Buildings.

Wersje LED zaprojektowane przy użyciu oprogramowania zużywały mniej energii elektrycznej i zapewniały lepsze natężenie oświetlenia niemal w każdym przypadku. Z najnowszych badań wynika, że wykorzystanie diod LED oraz zaplanowanie rozmieszczenia oświetlenia za pomocą bezpłatnego oprogramowania do projektowania oświetlenia pozwoliło zmniejszyć modelowe zużycie energii na oświetlenie w budynkach mieszkalnych o około 15 proc., jednocześnie zwiększając jasność pomieszczeń o około 24 proc.

Zespół badawczy porównał ze sobą dwa podejścia. Pierwszym z nich była metoda tradycyjna, oparta na ręcznych obliczeniach i praktycznych zasadach, z których inżynierowie i elektrycy korzystają od dziesięcioleci. Te starsze projekty zazwyczaj zakładały zastosowanie kompaktowych świetlówek. W drugim podejściu wykorzystano profesjonalny program do symulacji oświetlenia o nazwie DIALux Evo, który można pobrać za darmo i który jest szeroko stosowany przez architektów i inżynierów. Naukowcy stworzyli cyfrowe modele dokładnie takich samych pomieszczeń, a następnie użyli oprogramowania do precyzyjnego dostosowania rozmieszczenia i doboru diod LED

Oszczędzanie energii


Aby zapewnić rzetelność porównania, zespół utrzymał wszystkie pozostałe zmienne na stałym poziomie: wielkość pomieszczenia, kolory ścian i sufitu, wysokość powierzchni, przy których ludzie pracują lub czytają, oraz założenie, że oświetlenie będzie działać przez 1000 godzin rocznie. Głównymi zmianami były podejście projektowe i zastosowane oprawy oświetleniowe.

W przypadku projektów LED zoptymalizowanych programowo zużycie energii wyniosło średnio 8,68 kWh na pokój, w porównaniu z 10,25 kWh w przypadku projektów CFL z ręczną regulacją, co oznacza oszczędność rzędu około 15 proc. W osiemnastu z dwudziestu scen odnotowano oszczędności energii, wynoszące od 1 do 30 proc.

Warto zwrócić uwagę, że badanie nie obejmowało scenariusza porównującego stare, ręczne podejście z wykorzystaniem diod LED ani podejścia opartego na oprogramowaniu z wykorzystaniem świetlówek kompaktowych, dlatego nie można stwierdzić, w jakim stopniu poprawa wynika z inteligentniejszego rozmieszczenia, a w jakim z samego zastosowania bardziej wydajnych żarówek. Autorzy nazywają to głównym ograniczeniem ich badania.


Sztuczna inteligencja w służbie zdrowia. Ma pomóc w leczeniu raka jajnika© 2026 Associated Press


  •  

Bakterie bez szans. Naukowcy odkrywają sposób na unieszkodliwienie MRSA

Bakterie bez szans. Naukowcy odkrywają sposób na unieszkodliwienie MRSA

Julia Król

Naukowcy z Uniwersytetu w Guelph opracowali nową strategię walki z opornymi bakteriami, skupiając się nie na ich zabijaniu, lecz blokowaniu zdolności wywoływania infekcji. Odkryli, że naturalny kwas tłuszczowy, geranylogeranowy, uniemożliwia bakteriom przyczepianie się do komórek i dezorientuje je, co czyni je nieszkodliwymi. Ta alternatywna metoda może stać się istotnym wsparciem dla antybiotyków, choć wymaga dalszych badań.


Naukowiec w kombinezonie ochronnym trzyma szalkę Petriego z czerwonymi koloniami gronkowca złocistego.

Czy naturalny kwas tłuszczowy pokona groźnego gronkowca złocistego?123RF/PICSEL


Nowy sposób walki z MRSA. Blokada bakterii bez antybiotyków


Coraz częściej odchodzi się od klasycznego podejścia do walki z bakteriami opornymi na antybiotyki. Zamiast próbować je bezpośrednio zabijać, szuka się sposobów, aby "rozbroić" ich mechanizmy działania. Właśnie taką strategię opisuje nowe badanie, w którym odkryto związek zdolny do unieszkodliwiania groźnych bakterii bez ich eliminowania.

Badania naukowców z Wydziału Biologii Molekularnej i Komórkowej Uniwersytetu w Guelph skupiły się na bakterii gronkowca złocistego, w tym na jej szczególnie niebezpiecznej odmianie MRSA, opornej na wiele leków. To patogen odpowiedzialny za liczne infekcje - od skórnych po poważne zakażenia - i to jeden z głównych problemów współczesnej medycyny.

Zamiast opracowywać kolejny antybiotyk, badacze przyjęli inne podejście. Postanowili znaleźć substancję, która nie zabija bakterii, ale uniemożliwia im funkcjonowanie w organizmie. Kluczowym elementem infekcji jest zdolność bakterii do "przyklejania się" do komórek gospodarza i rozprzestrzenianie się w tkankach. Jeśli ten proces zostanie zablokowany, bakteria straci możliwość wywoływania choroby.

Naturalny kwas tłuszczowy unieszkodliwia bakterie


W ramach eksperymentów przebadano tysiące różnych związków biologicznie aktywnych. Wśród nich wyróżnił się naturalny kwas tłuszczowy - geranylogeranowy (GGA), występujący m.in. w roślinach takich jak imbir czy kurkuma. Działa on wielotorowo: utrudnia bakteriom przyczepianie się do powierzchni w organizmie, a także zakłóca ich system wyczuwania otoczenia, dzięki czemu tracą orientację i nie potrafią skutecznie działać.

W efekcie bakterie nie giną, ale stają się praktycznie nieszkodliwe. To kluczowa różnica względem antybiotyków. Skuteczność tej metody potwierdzono w badaniach na zwierzętach. Naukowcy podkreślają jednak, że to dopiero początek, a tego typu substancje, określane jako antyadhezyjne, nie zastąpią klasycznych antybiotyków, choć mogą stać się ich ważnym uzupełnieniem. Równolegle rozwijane są podobne strategie, np. blokowanie mechanizmów przylegania bakterii E. coli w infekcjach układu moczowego.

Chociaż związek występuje naturalnie w żywności, jego działanie terapeutyczne nie oznacza, że zwykłe spożywanie imbiru czy kurkumy wyleczy infekcje. Aby wykorzystać go w medycynie konieczne będą dalsze badania nad dawkowaniem bezpieczeństwem i skutecznością.


Ziarna pszenicy sprzed 8000 lat znalezione w Gruzji stanowią najwcześniejsze dowody na wypiekanie chleba© 2026 Associated Press


  •  

Epidemia fałszywych cytatów w artykułach. ChatGPT na celowniku


W skrócie

  • Audyt 2,5 mln artykułów biomedycznych wykazał gwałtowny wzrost liczby fałszywych cytowań w recenzowanej literaturze naukowej od 2023 roku.

  • Zautomatyzowana analiza wskazała, że od 2023 do 2026 roku częstotliwość występowania sfabrykowanych źródeł w artykułach biomedycznych wzrosła ponad 12-krotnie.

  • Autorzy badania rekomendują wdrożenie wstępnej, zautomatyzowanej weryfikacji cytowań przez wydawców, aby ograniczyć rozpowszechnianie fałszywych odniesień.

  • Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu

Zmyślone cytaty w artykułach naukowych. Proceder przybrał na sile


Zmyślanie cytatów i źródeł może wydawać się domeną niektórych "sprytnych" uczniów i studentów, których bardziej interesuje pozorny efekt niż naukowa rzetelność, a także halucynującej sztucznej inteligencji i nieuczciwych pracowników naukowych sprzed wielu dekad.

Wydawałoby się, że w dobie swobodnego przepływu informacji i dostępu do praktycznie wszystkich istotnych artykułów naukowych w sieci - co umożliwia bardzo łatwe znalezienie odpowiednich cytatów, a także ich weryfikację - zjawisko oszustwa w publikacjach naukowych zostało praktycznie wykorzenione. Nic bardziej mylnego.

Jak pokazał nowy audyt, który nazwać można badaniem badań, w artykułach z dziedziny biomedycyny ilość sfabrykowanych odniesień wręcz wzrosła w ciągu ostatnich lat - a konkretnie od 2023 roku. Data ta wydaje się nieprzypadkowa. Był to bowiem początek "rewolucji AI". W listopadzie 2022 roku zostało publicznie uruchomione narzędzie ChatGPT, a po nim nadeszły kolejne.

Czy to właśnie czatboty i ich halucynacje odpowiadają za ten niepokojący trend? I jak duży jest to właściwie problem? Badanie opublikowane w czasopiśmie "The Lancet" jest pierwszą tak szeroką próbą oszacowania skali tego procederu. Sprawdźmy, co dokładnie udało się ujawnić.

1 na 277 artykułów biomedycznych z fałszywymi odniesieniami


Zespół naukowców, którym kierował dr Maxim Topaz z Columbia University, opracował zautomatyzowany system do przesiewowego badania publikacji z bazy PubMed Central, opublikowanych między styczniem 2023 a lutym 2026 roku. Narzędzie wskazało 2810 artykułów zawierających łącznie 4046 sfabrykowanych odniesień - czyli takich, których nie udało się namierzyć w żadnej z 4 kluczowych baz danych, tj. PubMed, Crossref, OpenAlex ani Google Scholar.

Skala problemu powiększa się w alarmującym tempie. O ile w 2023 r. co 2828. artykuł zawierał przynajmniej jedno fałszywe cytowanie, o tyle na początku 2026 r. wskaźnik ten wzrósł do 1 na 277 artykułów. Oznacza to, że częstotliwość występowania tego zjawiska wzrosła ponad 12-krotnie.

Czy ma to związek z ChatemGPT, który znany jest ze zmyślania nieistniejących pojęć, faktów i cytatów poprzez mechanizm tzw. halucynacji AI? To bardzo możliwe. Fakt, że zaczęło się to w 2023, a nie jeszcze w 2022 r., można wyjaśnić tym, że czas od przesłania artykułu do jego publikacji wynosi zwykle co najmniej kilka miesięcy. W tym czasie przechodzi ona recenzję naukową.

Skala tej nieuczciwej praktyki, choć niepokojąca, może być w rzeczywistości dużo wyższa. Autorzy badania wyjaśnili, że zidentyfikowane przypadki mogą być niedoszacowane. "To, co zidentyfikowaliśmy, jest dolną granicę rzeczywistego rozpowszechnienia. Ledwie dotknęliśmy czubka góry lodowej" - skomentował dr Topaz. Większość problematycznych tekstów (91 proc.) zawierała jedno lub dwa fałszywe cytowania, a 246 artykułów posiadało ich 3 lub więcej. Skrajnym przykładem jest publikacja z 2025 r. dotycząca technik urologicznych, w której aż 18 z 30 zweryfikowanych odniesień (60 proc.) okazało się fikcyjnych.

ChatGPT głównym podejrzanym. To może być wina halucynacji AI


Audyt zademonstrował, że recenzja naukowa nie radzi sobie z wyłapywaniem tak oczywistych błędów, jak zmyślanie cytatów. Dlaczego to taki problem? Zdaniem ekspertów sfabrykowane źródła są niezwykle trudne do wykrycia przez recenzentów, bowiem na pierwszy rzut oka wyglądają autentycznie. Często są one precyzyjnie dopasowane do tematyki artykułu, mają poprawny format, są przypisane istniejącym badaczom i posiadają wiarygodne daty publikacji.

Wiele wskazuje na to, że za owo tworzenie pozorów wiarygodności odpowiadają narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji, które potrafią tworzyć przekonująco brzmiące, ale nieistniejące odniesienia. Jak zauważa Kathryn Weber-Boer, dyrektorka ds. scjentometrii z londyńskiego Digital Science, "wzrost tego problemu sugeruje, że jest w tym składnik generatywnej AI". Gwałtowny skok liczby fałszerstw w połowie 2024 r. pokrywa się z oczekiwanym opóźnieniem publikacyjnym po masowym wdrożeniu modeli językowych (LLM) pod koniec 2022 r. I choć to ChatGPT jest pierwotnym źródłem fałszywych danych, to za ich publikację ponoszą odpowiedzialność autorzy.

Szczególnie alarmujący jest fakt, że fejkowe cytaty występują o 57 proc. częściej w artykułach przeglądowych niż w innych typach prac (16,7 na 10 tys. wobec 10,6 na 10 tys.). Zmyślone źródła odkryto w 28 badaniach klinicznych i 79 przeglądach systematycznych. Jak ostrzega dr Topaz, takie publikacje "w końcu trafią do wytycznych klinicznych", co jego zdaniem jest "najstraszniejszą częścią". Gdy bowiem wytyczne medyczne opierają się na misinformacji, prowadzi to do podejmowania decyzji terapeutycznych opartych na halucynacjach, a nie danych empirycznych, co poważnie zagraża zdrowiu pacjentów.

Choć mówi się, że kłamstwo ma krótkie nogi, to w tym przypadku może tak nie być. Gdy fałszywe badanie jest cytowane przez kolejne, tym razem uczciwe, "uwiarygadnia" to zmyślone dane przez samą częstotliwość jego występowania w literaturze. Po kilku latach i setkach cytowań nikt już nie sprawdza pierwotnego źródła (często nieistniejącego). Wiedza ta wchodzi do kanonu i może minąć wiele lat, nim zostanie obalona.

Czy wskutek posiłkowania się taką zafałszowaną literaturą może dochodzić do błędów w sztuce lekarskiej? Pojęcie to oznacza odstępstwo od obowiązujących standardów i wytycznych. Gdy jednak owe standardy są oparte na danych wyssanych z palca, to stosujący się do nich lekarz, nieświadomy ich nieprawdziwości, działa zgodnie z aktualną wiedzą, mimo że w rzeczywistości podaje pacjentowi preparat lub stosuje procedurę, które opierają się na zgrabnie uargumentowanym kłamstwie.

Autorzy badania wzywają wydawców do wstępnej weryfikacji


Czy na ten osobliwy trend, który może mieć bardzo poważne implikacje w praktyce klinicznej, w jakiś sposób reagują wydawcy recenzowanych periodyków? W tym przypadku ich odpowiedź była znikoma. Aż 98,4 proc. artykułów, które zidentyfikowano jako fałszywe w tym audycie, nie doczekało się żadnej korekty. Wycofanych zostało zaledwie 1,6 proc. felernych tekstów - większość jednak z innych przyczyn niż fałszywe cytowania.

Co dalej? Autorzy badania postulują, by wydawcy zintegrowali wstępną weryfikację cytatów z procesem zgłaszania prac, jeszcze przed etapem recenzji naukowej. "Kiedy odniesienia wskazują na nieistniejące badania, wówczas dowody, które rzekomo wspierają, są fikcyjne. Rutynowa, zautomatyzowana weryfikacja może zamknąć tę lukę, zanim fałszywe źródła zostaną utrwalone w publikacjach".

Wygląda na to, że bez wdrożenia systemowych rozwiązań kryzys zaufania do danych publikowanych w czasopismach naukowych będzie się powiększać. A powinny one być nieskazitelne pod względem uczciwości. Autorzy podkreślili, że nie analizowali tzw. szarej literatury (tekstów nierecenzowanych) ani stron internetowych, na których skala fałszerstw może być dużo większa.

Źródła:

  1. Topaz M., Roguin N., Gupta P. et al. Fabricated citations: an audit across 2·5 million biomedical papers. The Lancet, 407, 1779-1781 (2026). DOI: 10.1016/S0140-6736(26)00603-3

  2. Naddaf M. Surge in fake citations uncovered by audit of 2.5 million biomedical science papers. Nature (2026). DOI: 10.1038/d41586-026-00748-w


''Wydarzenia'': Wystawiła prawie 800 fałszywych recept. Lekarka zatrzymana przez policjęPolsat NewsPolsat News


  •