Widok czytania

Dlaczego ta rzeka płynie "pod górę"? Eksperci rozwiązują zagadkę

Dlaczego ta rzeka płynie "pod górę"? Eksperci rozwiązują zagadkę

Dzisiaj, 7 lutego (07:54)

Zespół badaczy odkrywa przyczynę niezwykłego biegu Green River w Utah. Przez ponad 150 lat naukowcy próbowali wyjaśnić, dlaczego rzeka przecina góry Uinta, zamiast je omijać. Najnowsze badania wskazują na spektakularne zjawisko geologiczne.

  • Green River w Utah od 150 lat stanowiła geologiczną zagadkę przez swój bieg przez góry Uinta.
  • Najnowsze badania wykazały, że przyczyną jest zjawisko "litosferycznej kropli" - fragment skorupy ziemskiej zapadł się w głąb, chwilowo obniżając góry.
  • Podobne zjawiska występują m.in. w Himalajach, gdzie rzeki takie jak Indus czy Brahmaputra przecinają góry.

Krajobraz stanu Utah w USA skrywa jedną z największych zagadek amerykańskiej geologii. Green River, jedna z głównych rzek regionu, od dekad budziła zdumienie naukowców. Jej trasa wydaje się nielogiczna: podczas gdy większość rzek omija góry, Green River przebija się przez masywne pasmo Uinta Mountains. Od lat 70. XIX wieku, kiedy po raz pierwszy zwrócono uwagę na to zjawisko, geolodzy głowili się, jak to możliwe, że rzeka "płynie pod górę".

Na pierwszy rzut oka, bieg Green River wydaje się sprzeczny z prawami fizyki. Choć oczywiście woda nie może płynąć wbrew grawitacji, to właśnie układ terenu sprawia, że rzeka wygląda, jakby ignorowała naturalne przeszkody i wybierała najbardziej wymagającą trasę.

Przełom nastąpił dzięki najnowszym badaniom opublikowanym w prestiżowym czasopiśmie "Journal of Geophysical Research: Earth Surface". Zespół naukowców przeanalizował setki danych sejsmicznych i odkrył pod Uinta Mountains niezwykłą strukturę - zimną, okrągłą strefę o średnicy od 50 do 100 kilometrów, znajdującą się aż 200 kilometrów pod powierzchnią ziemi.

To właśnie ten "ślad" okazał się kluczowy. Naukowcy zidentyfikowali zjawisko znane jako "litosferyczna kropla". Miliony lat temu fragment skorupy ziemskiej pod górami Uinta zapadł się w głąb, powodując tymczasowe obniżenie się masywu. W tym okresie góry były na tyle niskie, że Green River mogła przebić się przez ich teren, rzeźbiąc własną dolinę.

Z czasem, gdy fragment skorupy oderwał się i ziemia ponownie się wypiętrzyła, rzeka pozostała "uwięziona" na swojej trasie. Przebijała się przez rosnące góry, stopniowo żłobiąc coraz głębszy kanion. To właśnie dlatego dziś Green River wydaje się płynąć wbrew logice - jej bieg został "zafiksowany" przez pradawne procesy geologiczne.

Green River to przykład tzw. rzeki antecydentnej - cieku wodnego, który istniał na danym terenie jeszcze zanim powstały góry. Rzeka zdążyła wyrzeźbić swoje koryto, zanim nastąpiło wypiętrzenie terenu. Gdy ziemia zaczęła się podnosić, rzeka utrzymała swój bieg, wycinając coraz głębszą dolinę w rosnącym masywie.

To zjawisko nie jest unikatowe dla Utah. Na świecie istnieje kilka spektakularnych przykładów rzek antecydentnych. Najbardziej znane to Indus, Brahmaputra i Satluj, które przecinają pasma Himalajów. Podobnie jak Green River, te rzeki są żywymi świadectwami potęgi natury i skomplikowanych procesów geologicznych, które kształtowały naszą planetę przez miliony lat.

  •  

Dlaczego ta rzeka płynie "pod górę"? Eksperci rozwiązują zagadkę

Dlaczego ta rzeka płynie "pod górę"? Eksperci rozwiązują zagadkę

Dzisiaj, 7 lutego (07:54)

Zespół badaczy odkrywa przyczynę niezwykłego biegu Green River w Utah. Przez ponad 150 lat naukowcy próbowali wyjaśnić, dlaczego rzeka przecina góry Uinta, zamiast je omijać. Najnowsze badania wskazują na spektakularne zjawisko geologiczne.

  • Green River w Utah od 150 lat stanowiła geologiczną zagadkę przez swój bieg przez góry Uinta.
  • Najnowsze badania wykazały, że przyczyną jest zjawisko "litosferycznej kropli" - fragment skorupy ziemskiej zapadł się w głąb, chwilowo obniżając góry.
  • Podobne zjawiska występują m.in. w Himalajach, gdzie rzeki takie jak Indus czy Brahmaputra przecinają góry.

Krajobraz stanu Utah w USA skrywa jedną z największych zagadek amerykańskiej geologii. Green River, jedna z głównych rzek regionu, od dekad budziła zdumienie naukowców. Jej trasa wydaje się nielogiczna: podczas gdy większość rzek omija góry, Green River przebija się przez masywne pasmo Uinta Mountains. Od lat 70. XIX wieku, kiedy po raz pierwszy zwrócono uwagę na to zjawisko, geolodzy głowili się, jak to możliwe, że rzeka "płynie pod górę".

Na pierwszy rzut oka, bieg Green River wydaje się sprzeczny z prawami fizyki. Choć oczywiście woda nie może płynąć wbrew grawitacji, to właśnie układ terenu sprawia, że rzeka wygląda, jakby ignorowała naturalne przeszkody i wybierała najbardziej wymagającą trasę.

Przełom nastąpił dzięki najnowszym badaniom opublikowanym w prestiżowym czasopiśmie "Journal of Geophysical Research: Earth Surface". Zespół naukowców przeanalizował setki danych sejsmicznych i odkrył pod Uinta Mountains niezwykłą strukturę - zimną, okrągłą strefę o średnicy od 50 do 100 kilometrów, znajdującą się aż 200 kilometrów pod powierzchnią ziemi.

To właśnie ten "ślad" okazał się kluczowy. Naukowcy zidentyfikowali zjawisko znane jako "litosferyczna kropla". Miliony lat temu fragment skorupy ziemskiej pod górami Uinta zapadł się w głąb, powodując tymczasowe obniżenie się masywu. W tym okresie góry były na tyle niskie, że Green River mogła przebić się przez ich teren, rzeźbiąc własną dolinę.

Z czasem, gdy fragment skorupy oderwał się i ziemia ponownie się wypiętrzyła, rzeka pozostała "uwięziona" na swojej trasie. Przebijała się przez rosnące góry, stopniowo żłobiąc coraz głębszy kanion. To właśnie dlatego dziś Green River wydaje się płynąć wbrew logice - jej bieg został "zafiksowany" przez pradawne procesy geologiczne.

Green River to przykład tzw. rzeki antecydentnej - cieku wodnego, który istniał na danym terenie jeszcze zanim powstały góry. Rzeka zdążyła wyrzeźbić swoje koryto, zanim nastąpiło wypiętrzenie terenu. Gdy ziemia zaczęła się podnosić, rzeka utrzymała swój bieg, wycinając coraz głębszą dolinę w rosnącym masywie.

To zjawisko nie jest unikatowe dla Utah. Na świecie istnieje kilka spektakularnych przykładów rzek antecydentnych. Najbardziej znane to Indus, Brahmaputra i Satluj, które przecinają pasma Himalajów. Podobnie jak Green River, te rzeki są żywymi świadectwami potęgi natury i skomplikowanych procesów geologicznych, które kształtowały naszą planetę przez miliony lat.

  •  

Nowa terapia genowa. Przywrócą wzrok przez odmłodzenie neuronów oka

Nowa terapia genowa. Przywrócą wzrok przez odmłodzenie neuronów oka

Karolina Majchrzak

Firma Life Biosciences z siedzibą w Bostonie ogłosiła, że otrzymała zgodę amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (FDA) na rozpoczęcie pierwszego w historii badania klinicznego terapii genowej opartej na częściowym przeprogramowaniu epigenetycznym komórek nerwowych. Projekt nosi nazwę ER-100 i ma na celu przywrócenie wzroku poprzez odmłodzenie uszkodzonych neuronów siatkówki.


Naukowcy z Kanady pracują nad terapią, mogącą przywrócić wzrok po zaawansowanej chorobie siatkówki

Naukowcy z Kanady pracują nad terapią, mogącą przywrócić wzrok po zaawansowanej chorobie siatkówki123RF/PICSEL


Jak podkreślają przedstawiciele spółki, ER-100 nie ma jedynie spowalniać postępu choroby, ale cofać zmiany starzeniowe w komórkach oka, przywracając ich młodszy, bardziej funkcjonalny stan.

Od terapii objawowej do modyfikującej przebieg choroby


Terapia ER-100 jest skierowana do pacjentów cierpiących na neuropatie nerwu wzrokowego - grupę schorzeń prowadzących do trwałej utraty wzroku w wyniku obumierania komórek zwojowych siatkówki (RGC), które łączą oko z mózgiem.

Ponieważ neurony te nie regenerują się w naturalny sposób, choroby takie jak jaskra otwartego kąta czy niearterytyczna przednia niedokrwienna neuropatia nerwu wzrokowego (NAION) od lat stanowią jedno z największych wyzwań okulistyki.

ER-100 powstało w ramach platformy Partial Epigenetic Reprogramming, opracowanej przez Life Biosciences. Technologia ta modyfikuje biochemiczne znaczniki epigenetyczne, czyli elementy regulujące aktywność genów, bez ingerencji w samą sekwencję DNA. W praktyce wykorzystuje tzw. czynniki Yamanaki (OCT-4, SOX-2 i KLF-4), które pozwalają "cofnąć" komórki do młodszego, bardziej plastycznego stanu.

W badaniach przedklinicznych lek podawano bezpośrednio do oka w postaci iniekcji doszklistkowej. W testach na zwierzętach, w tym na naczelnych, wykazano przywrócenie prawidłowych wzorców metylacji DNA, poprawę funkcji wzrokowych i regenerację uszkodzonych komórek siatkówki.

To ważny krok dla całej dziedziny medycyny regeneracyjnej. Lata badań i testów przedklinicznych pokazały, że możemy w kontrolowany sposób przywracać komórkom cechy młodości bez ryzyka niepożądanej proliferacji

Nowy etap badań. Pierwsze testy u ludzi


Zatwierdzony przez FDA program badań klinicznych fazy 1 obejmie pacjentów z jaskrą otwartego kąta oraz NAION - schorzeniami, które często prowadzą do nieodwracalnej ślepoty, a w przypadku NAION do nagłej utraty wzroku.

Badanie ma na celu ocenę bezpieczeństwa, tolerancji oraz odpowiedzi immunologicznej, a także analizę zmian w funkcjach wzrokowych przy różnych dawkach terapii. Choć nie ma jeszcze mowy o potwierdzeniu skuteczności, dane z tej fazy mogą stanowić pierwszy kliniczny dowód, że epigenetyczne przeprogramowanie komórek jest realnym kierunkiem w leczeniu chorób neurodegeneracyjnych.

Naszym celem jest stworzenie terapii, która nie tylko spowalnia proces chorobowy, ale przywraca utracone funkcje poprzez rewitalizację neuronów. To podejście może otworzyć drogę do nowych metod leczenia chorób związanych ze starzeniem

Przełom w medycynie regeneracyjnej?


Jeśli badanie zakończy się sukcesem, ER-100 może stać się pierwszą terapią genową, która atakując źródło biologicznego starzenia, nie tylko zatrzymuje, ale odwraca degenerację tkanek nerwowych.

Life Biosciences zapowiada już rozszerzenie swojej platformy na inne obszary medycyny, w tym choroby neurodegeneracyjne i schorzenia narządów związane z wiekiem, w których kluczową rolę odgrywa kumulacja uszkodzeń komórkowych.


"Wydarzenia": "Dron" Słowem Roku 2025Polsat News


  •  

Najzimniejsze miasto na świecie. Realia życia przy nawet -60°C

Najzimniejsze miasto na świecie. Poznaj realia życia przy nawet -60°C

Paula Drechsler

Na Ziemi mamy wiele punktów, gdzie odnotowywane są rekordowo niskie temperatury. Choć może trudno w to uwierzyć, na niektórych "biegunach zimna", mimo trudnych warunków, postanowił na stałe osiedlić się człowiek. Wśród takich miejsc znajduje się Jakuck na Syberii - najzimniejsze miasto świata, wzniesione na wiecznej zmarzlinie. Jak wygląda życie w miejscu, gdzie zimą temperatury spadają nawet poniżej -60°C?


Miasto położone w śnieżnej, zimowej scenerii z licznymi budynkami mieszkalnymi, złożami i infrastrukturą przemysłową w tle oraz zamrożoną rzeką lub akwenem wodnym na pierwszym planie.

Najzimniejszym dużym miastem na świecie jest Jakuck. Wzniesiono je na wiecznej zmarzlinie.Ilya Varlamov, CC BY-SA 4.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0Wikimedia Commons



Spis treści:

  1. Najzimniejsze miasto na świecie. Jak żyje się w Jakucku?

  2. Jakuck. Największe miasto na wiecznej zmarzlinie

  3. Ekstremalnie niskie temperatury. Dzień z życia w Jakucku

  4. Zima w Jakucji. Jak buduje się domy w Jakucku?

  5. Ceny na Syberii. Koszty życia w najzimniejszym mieście świata

Zima w Polsce w tym roku jest wyjątkowo surowa. W wyniku długotrwałych ujemnych temperatur mierzymy się z różnymi wyzwaniami. Mróz wpływa na nasze samopoczucie, sprawia trudności w dojazdach do pracy i ogranicza aktywność na świeżym powietrzu. Jednak dla ludzi mieszkających w niektórych zakątkach świata takie warunki to niemal codzienność. Istnieją stale zamieszkane miejsca, w których temperatura spada do poziomu, którego większość z nas nie jest w stanie sobie wyobrazić.

Jako takie bieguny zimna wymienić można leżące niedaleko siebie Ojmiakon i Tomtor na Syberii, najzimniejsze stale zamieszkane wioski na Ziemi, gdzie odnotowano rekordowe temperatury -71,2°C i -72,2°C. Około 1000 km od nich leży natomiast najzimniejsze duże miasto świata - Jakuck. Średnia temperatura w Jakucku w styczniu wynosi ok. -40 stopni, ale zimowe mrozy przekraczają nawet -60°C. Jak wygląda życie w takich warunkach? Jak ludzie funkcjonują, pracują i utrzymują codzienną aktywność, gdy przez kilka miesięcy ostry mróz jest stałym elementem rzeczywistości?


Zimą w Jakucku temperatury spadają niekiedy nawet do poniżej -60 stopni Celsjusza.

Zimą w Jakucku temperatury spadają niekiedy nawet do poniżej -60 stopni Celsjusza.Photographer: Andrey Rudakov/Bloomberg via Getty ImagesGetty Images


Jakuck. Największe miasto na wiecznej zmarzlinie


Jakuck położony jest na wiecznej zmarzlinie w azjatyckiej części Rosji, w północno-wschodniej Syberii. To najstarsze miasto na Syberii i stolica Jakucji - Republiki Sacha. Leżąca nad rzeką Leną stolica liczy ponad 350 tysięcy mieszkańców, co czyni Jakuck największym skupiskiem ludności w tej części Syberii. Klimat Jakucka jest kontynentalny i ekstremalny, z ogromną roczną amplitudą temperatur. Zimy są długie i niesamowicie mroźne - bardzo niskie temperatury notuje się zwykle od listopada do marca. Mimo ekstremalnych warunków ludzie osiedlili się w tym rejonie na stałe.

Rdzenne społeczności Jakutów żyły tu od setek lat, zajmując się łowiectwem, hodowlą reniferów i handlem futrami, później założona została tu warownia kozacka, zaanektowany przez Rosję obszar służył długo jako baza tranzytowa podczas podboju ziem syberyjskich, aż z czasem miejsce osiągnęło rangę miasta, rozwijając się m.in. dzięki wydobyciu diamentów i złota, a także za sprawą funkcji administracyjnej jako stolicy regionu. Mimo trudnych warunków populacja miasta rośnie. Jak żyje się w takim miejscu?

Ekstremalnie niskie temperatury. Dzień z życia w Jakucku


Wśród twórców internetowych, którzy pokazują swoją codzienność, można znaleźć też mieszkańców Jakucka. W mediach społecznościowych prezentują oni, jak wygląda życie w najzimniejszym mieście świata. Dzięki temu dziś możemy nie tylko poczytać o niektórych rozwiązaniach, ale i zobaczyć na nagraniu, jak rzeczywiście wygląda zima w Jakucku i w jaki sposób mieszkańcy miasta radzą sobie z ekstremalnymi temperaturami. O codzienności w Jakucku opowiadają na swoich kanałach na YouTube np. Kiun B czy Maria Solko.

Typowy zimowy dzień w Jakucku zaczyna się wcześnie, by maksymalnie wykorzystać światło dzienne - obejmuje pracę lub szkołę, zakupy i aktywności w dobrze ogrzewanych pomieszczeniach, np. w centrach kultury, siłowniach lub kawiarniach. Ubiór mieszkańców Jakucka jest starannie przemyślany - odzież termiczna, wiele warstw, ciepłe kurtki, izolowane buty, rękawice i czapki z futrem to zimą codzienność, która chroni przed odmrożeniem. Przy największych mrozach czas spędzany na zewnątrz jest ograniczany do niezbędnego minimum.

Mieszkańcy Jakucka zimą często całkowicie rezygnują z przemieszczania się własnym samochodem i korzystają z transportu publicznego oraz taksówek. Niektórzy decydują się na korzystanie z ogrzewanych miejsc parkingowych i garaży. Problem zimą stanowi brak odpowiedniego mostu na Lenie. Latem kursują promy, jednak ujemne temperatury sprawiają, że Jakuck staje się praktycznie odcięty od reszty Rosji. Przeprawa wiąże się wówczas z wysokimi opłatami dla prywatnych przewoźników lub ryzykiem związanym z poruszaniem się po lodzie autem albo pieszo.

Zima w Jakucji. Jak buduje się domy w Jakucku?


Zabudowa w największym mieście wzniesionym na wiecznej zmarzlinie od lat jest projektowana w specjalny sposób. Choć w Jakucku wciąż można zobaczyć stare drewniane domy, to obecnie budynki obmyśla się tak, by wytrzymały ekstremalne różnice temperatur między latem a zimą, oraz by zapobiec osiadaniu, pękaniu i zawaleniu konstrukcji w związku z topnieniem podłoża. Nowsze budynki w Jakucku są wznoszone z żelbetu, betonu i szkła, na podniesionych fundamentach - zwykle betonowych palach, osadzonych głęboko w gruncie. Pusta przestrzeń pod obiektem pozwala na swobodny przepływ lodowatego powietrza, co zapobiega przenoszeniu ciepła emitowanego przez budowlę do zmarzliny.

By zachować ciepło w budynku, ściany są dobrze izolowane i grube - nawet ok. 60 cm. Okna są potrójnie lub poczwórnie szklone, o pełnych ramach. Istotny jest także układ drzwi wejściowych w budynku - czasem jest ich nawet kilka, by tworzyć strefy buforowe dla zatrzymania ciepła w środku i uniknięcia strat energii. Rury wodociągowe, kanalizacyjne i grzewcze nie są zakopywane; są podniesione, izolowane i biegną nad ziemią, aby zapobiec uszkodzeniom. Gdyby doszło nawet do kilkugodzinnej do awarii systemu grzewczego, konieczna byłaby masowa ewakuacja.

Ceny na Syberii. Koszty życia w najzimniejszym mieście świata


Ciekawym aspektem są też koszty życia w Jakucku. Średnia miesięczna pensja szacowana jest na 60 000 rubli (ok. 2800 zł po obecnym kursie). Jak wyglądają przykładowe opłaty mieszkaniowe? Wszystko zależy od klasy budynku i miejsca, w którym się znajduje. Na przykład w położonym w pobliżu centrum bloku mieszkalnym w stylu radzieckim, nazywanym KPD, miesięcznie wychodzi ok. 45 tys. rubli (ok. 2100 zł po aktualnym kursie) za najem i ok. 8 tys. rubli (ok. 375 zł po obecnym kursie) opłat za gaz, ogrzewanie, prąd i wodę. Takie ceny dotyczą jednopokojowego mieszkania z oddzielną kuchnią. Zakup takiego mieszkania to wydatek rzędu ok. 5,5 mln rubli (ok. 256 170 zł).

Dlaczego ludzie decydują się żyć w Jakucku? Niektórzy nie mają możliwości zmiany miejsca zamieszkania. Z relacji mieszkańców Jakucka można jednak dowiedzieć się, że ludzie decydują się pozostać w tym miejscu nie tylko ze względu na brak alternatyw, ale i poprzez świadomy wybór. Ludzie żyjący na Syberii udowadniają, że człowiek potrafi przystosować się nawet do ciężkich warunków klimatycznych na Ziemi, a decyzja o tym, czy pozostanie się w takim miejscu, często jest dyktowana przez połączenie czynników ekonomicznych, kulturowych oraz historycznych.

Źródła: Interia, Livingcost, Medium, Moscow Times, National Library of Medicine, YouTube


Nie musisz być wybitnym naukowcem, aby pracować na... Antarktydzie© 2026 Associated Press


  •  

Bałtyk niemal "wypompowany" przez wiatr. Najniższy poziom od 140 lat

Wczoraj, 6 lutego (18:15)

Rok 2026 przynosi zaskakujące wieści znad Bałtyku. Od początku stycznia mieszkańcy naukowcy obserwują z niepokojem, jak poziom wody w Morzu Bałtyckim spada do wartości, jakich nie notowano od początku pomiarów, czyli od 1886 roku. Wszystko za sprawą niezwykle długotrwałego i silnego napływu wschodnich wiatrów, które dosłownie „wypchnęły” wodę z Bałtyku przez cieśniny w kierunku Morza Północnego.

  • Poziom wody w Bałtyku spadł o ponad 67 cm, co jest rekordem od 140 lat obserwacji.
  • Morze straciło aż 275 km sześciennych wody.
  • Główną przyczyną są silne, długotrwałe wschodnie wiatry, które wypchnęły wodę do Morza Północnego.
  • Niższy poziom wody stwarza szansę na napływ zimnej, słonej i bogatej w tlen wody z Morza Północnego.
  • Więcej ciekawych artykułów z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

Według najnowszych danych zebranych przez niemiecki Leibniz-Institut für Ostseeforschung Warnemünde (IOW), średni poziom wody w Bałtyku obniżył się o ponad 67 centymetrów względem normy. Tak dramatyczny spadek odnotowano m.in. na szwedzkiej stacji pomiarowej Landsort-Norra. To absolutny rekord od czasu, gdy rozpoczęto systematyczne obserwacje ponad 140 lat temu.

Bilans jest zatrważający: Bałtyk stracił aż 275 kilometrów sześciennych wody - to ilość, która mogłaby wypełnić ponad 100 tysięcy basenów olimpijskich. Skąd tak gwałtowny odpływ?

Odpowiedzialne są za to długotrwałe, silne wschodnie wiatry, które przez tygodnie spychały wodę przez cieśniny duńskie w kierunku Morza Północnego. Efekt? Poziom wody w Bałtyku obniżył się do niespotykanego dotąd minimum.

Naukowcy uważają jednak, że to nie tylko zagrożenie, ale i szansa

Choć na pierwszy rzut oka sytuacja wydaje się niepokojąca, eksperci z IOW podkreślają, że tak wyjątkowe warunki mogą przynieść Bałtykowi... oddech. Jak tłumaczy Michael Naumann, koordynator programu długoterminowych obserwacji w IOW, już przy spadku poziomu wody o 20 centymetrów poniżej normy pojawiają się idealne warunki do silnego napływu słonej wody z Morza Północnego do Bałtyku.

Obecnie, przy rekordowo niskim poziomie, prawdopodobieństwo takiego zjawiska szacuje się na 80-90 procent. To może być prawdziwy przełom dla ekosystemu Bałtyku.

Bałtyk to morze zamknięte, które tylko sporadycznie wymienia wodę z oceanem. Przez to w głębokich partiach morza często brakuje tlenu, a temperatura wody w głębi utrzymuje się na podwyższonym poziomie. Jak podkreśla Volker Mohrholz, zastępca szefa działu fizycznej oceanografii w IOW, napływ zimnej, bogatej w tlen wody z Morza Północnego może przynieść Bałtykowi podwójne korzyści.

Po pierwsze, zimna woda jest znacznie lepszym nośnikiem tlenu niż ciepła, co oznacza, że w głębokich basenach Bałtyku może dojść do długo oczekiwanej poprawy warunków tlenowych. Po drugie, intensywny napływ słonej wody może zakończyć trwający od dwóch dekad okres podwyższonych temperatur w głębi morza, co pozytywnie wpłynie na cały ekosystem.

Choć naukowcy z nadzieją patrzą na możliwość "odświeżenia" Bałtyku, sytuacja wymaga stałego monitoringu. Zbyt długotrwały niski poziom wody może bowiem negatywnie odbić się na żegludze, rybołówstwie i gospodarce morskiej. Już teraz porty w regionie zgłaszają utrudnienia, a niektóre mniejsze jednostki mają problem z wejściem do portów.

  •  

Bałtyk niemal "wypompowany" przez wiatr. Najniższy poziom od 140 lat

Wczoraj, 6 lutego (18:15)

Rok 2026 przynosi zaskakujące wieści znad Bałtyku. Od początku stycznia mieszkańcy naukowcy obserwują z niepokojem, jak poziom wody w Morzu Bałtyckim spada do wartości, jakich nie notowano od początku pomiarów, czyli od 1886 roku. Wszystko za sprawą niezwykle długotrwałego i silnego napływu wschodnich wiatrów, które dosłownie „wypchnęły” wodę z Bałtyku przez cieśniny w kierunku Morza Północnego.

  • Poziom wody w Bałtyku spadł o ponad 67 cm, co jest rekordem od 140 lat obserwacji.
  • Morze straciło aż 275 km sześciennych wody.
  • Główną przyczyną są silne, długotrwałe wschodnie wiatry, które wypchnęły wodę do Morza Północnego.
  • Niższy poziom wody stwarza szansę na napływ zimnej, słonej i bogatej w tlen wody z Morza Północnego.
  • Więcej ciekawych artykułów z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

Według najnowszych danych zebranych przez niemiecki Leibniz-Institut für Ostseeforschung Warnemünde (IOW), średni poziom wody w Bałtyku obniżył się o ponad 67 centymetrów względem normy. Tak dramatyczny spadek odnotowano m.in. na szwedzkiej stacji pomiarowej Landsort-Norra. To absolutny rekord od czasu, gdy rozpoczęto systematyczne obserwacje ponad 140 lat temu.

Bilans jest zatrważający: Bałtyk stracił aż 275 kilometrów sześciennych wody - to ilość, która mogłaby wypełnić ponad 100 tysięcy basenów olimpijskich. Skąd tak gwałtowny odpływ?

Odpowiedzialne są za to długotrwałe, silne wschodnie wiatry, które przez tygodnie spychały wodę przez cieśniny duńskie w kierunku Morza Północnego. Efekt? Poziom wody w Bałtyku obniżył się do niespotykanego dotąd minimum.

Naukowcy uważają jednak, że to nie tylko zagrożenie, ale i szansa

Choć na pierwszy rzut oka sytuacja wydaje się niepokojąca, eksperci z IOW podkreślają, że tak wyjątkowe warunki mogą przynieść Bałtykowi... oddech. Jak tłumaczy Michael Naumann, koordynator programu długoterminowych obserwacji w IOW, już przy spadku poziomu wody o 20 centymetrów poniżej normy pojawiają się idealne warunki do silnego napływu słonej wody z Morza Północnego do Bałtyku.

Obecnie, przy rekordowo niskim poziomie, prawdopodobieństwo takiego zjawiska szacuje się na 80-90 procent. To może być prawdziwy przełom dla ekosystemu Bałtyku.

Bałtyk to morze zamknięte, które tylko sporadycznie wymienia wodę z oceanem. Przez to w głębokich partiach morza często brakuje tlenu, a temperatura wody w głębi utrzymuje się na podwyższonym poziomie. Jak podkreśla Volker Mohrholz, zastępca szefa działu fizycznej oceanografii w IOW, napływ zimnej, bogatej w tlen wody z Morza Północnego może przynieść Bałtykowi podwójne korzyści.

Po pierwsze, zimna woda jest znacznie lepszym nośnikiem tlenu niż ciepła, co oznacza, że w głębokich basenach Bałtyku może dojść do długo oczekiwanej poprawy warunków tlenowych. Po drugie, intensywny napływ słonej wody może zakończyć trwający od dwóch dekad okres podwyższonych temperatur w głębi morza, co pozytywnie wpłynie na cały ekosystem.

Choć naukowcy z nadzieją patrzą na możliwość "odświeżenia" Bałtyku, sytuacja wymaga stałego monitoringu. Zbyt długotrwały niski poziom wody może bowiem negatywnie odbić się na żegludze, rybołówstwie i gospodarce morskiej. Już teraz porty w regionie zgłaszają utrudnienia, a niektóre mniejsze jednostki mają problem z wejściem do portów.

  •  

Metformina nie tylko na cukrzycę? Nowe możliwości leczenia AMD

Metformina nie tylko na cukrzycę? Nowe możliwości leczenia AMD

Julia Król

Naukowcy z University of Liverpool dowiedli, że popularny lek na cukrzycę typu 2, metformina, może pomagać chronić wzrok przed zwyrodnieniem plamki żółtej związanym z wiekiem. W badaniu przeanalizowano przypadki 2000 osób z cukrzycą powyżej 55. roku życia, a wyniki wykazały znacząco niższe ryzyko zachorowania na AMD wśród osób długotrwale przyjmujących ten lek.


Codzienny lek na cukrzycę może powstrzymać utratę wzroku

Codzienny lek na cukrzycę może powstrzymać utratę wzroku123RF/PICSEL


Nowe korzyści z metforminy dla pacjentów z cukrzycą i problemami ze wzrokiem


Badacze z University of Liverpool odkryli, że metformina - powszechnie stosowany lek w terapii cukrzycy tupu 2 - może również chronić wzrok przed zwyrodnieniem plamki żółtej związanym z wiekiem (AMD). Jest to główna przyczyna utraty widzenia w krajach wysoko rozwiniętych.

AMD to choroba uszkadzająca centralną część siatkówki oka (plamkę żółtą), odpowiedzialną za ostre widzenie. Z czasem komórki światłoczułe obumierają i oko traci zdolność widzenia szczegółów. Chorobę dzieli się na formy "suche" - stopniowa utrata - i "mokre" - nieprawidłowy wzrost naczyń krwionośnych. Obie prowadzą do poważnej utraty widzenia, a w przypadku formy suchej nie ma obecnie skutecznej terapii.

W badaniach wykorzystano zdjęcia oczu 2000 osób z cukrzycą w wieku powyżej 55 lat. Naukowcy porównali tych, którzy przez pięć lat przyjmowali metforminę z tymi, którzy tego leku nie stosowali. Uwzględniono również takie czynniki jak płeć, wiek i czas choroby. Okazało się, że ryzyko wystąpienia pośredniego stadium AMD u osób przyjmujących metforminę było o 37 proc. niższe w porównaniu z osobami nieprzyjmującymi tego leku.

Lek na cukrzycę może pomóc w walce ze zwyrodnieniem plamki żółtej


- Większość osób cierpiących na AMD nie ma dostępu do leczenia, więc jest to wielki przełom w naszych poszukiwaniach nowych metod leczenia. Teraz musimy przetestować metforminę jako lek na AMD w badaniach klinicznych. Metformina może uratować wzrok wielu osobom - podsumowuje dr Nick Beare, okulista, który kierował badaniami.

Chociaż wyniki są obiecujące, potrzeba dalszych kontrolowanych badań klinicznych, które zweryfikują, czy metformina rzeczywiście może być stosowana jako leczenie zapobiegające utracie wzroku. Potencjalne korzyści z jej stosowania podejrzewano już wcześniej. Badacze uważają, że jeśli potwierdzono by ten efekt, mogłoby to doprowadzić do znacznego zmniejszenia liczby przypadków ślepoty związanej z wiekiem.


"Wydarzenia": "Dron" Słowem Roku 2025Polsat News


  •  

Naukowcy obalają sensacyjną tezę o "przewidywaniu" zaćmienia Słońca przez drzewa w Dolomitach

Wczoraj, 6 lutego (17:00)

W ubiegłym roku świat naukowy i media obiegła zaskakująca hipoteza dotycząca zachowania świerków w Dolomitach na północy Włoch. Według głośnej publikacji zespołu Alessandro Chiolerio i współpracowników, drzewa miały wykazać nagły, zsynchronizowany wzrost aktywności elektrycznej na około 14 godzin przed częściowym zaćmieniem Słońca, które przeszło nad tym regionem. Autorzy sugerowali, że świerki w jakiś sposób "przewidziały" nadchodzące zjawisko astronomiczne i przygotowywały się na nie. Opublikowana dziś w prestiżowym czasopiśmie "Trends in Plant Science" analiza zdecydowanie podważa tę interpretację, wskazując na inne, znacznie bardziej racjonalne wyjaśnienie.

  • Więcej aktualnych informacji ze świata znajdziesz na stronie RMF24.pl

Zespół naukowców pod kierownictwem profesora Ariela Novoplansky’ego z Uniwersytetu Ben-Guriona w Izraelu przeanalizował dane oraz metodologię pierwotnego badania. Ich zdaniem, synchronizowany wzrost aktywności elektrycznej drzew zbiegł się w czasie z lokalną burzą, podczas której w pobliżu miejsca badań odnotowano serię wyładowań atmosferycznych. To właśnie burza, a nie zaćmienie Słońca, miała być przyczyną nietypowych odczytów. 

"Zamiast rozważyć proste, dobrze udokumentowane czynniki środowiskowe, takie jak intensywny deszcz i pobliskie uderzenia piorunów, autorzy oryginalnej pracy skłonili się ku bardziej atrakcyjnej, lecz niepopartej dowodami hipotezie o zdolności drzew do przewidywania zaćmienia" - komentuje Novoplansky.

Nie ulega wątpliwości, że rośliny potrafią reagować na zmiany warunków otoczenia, a nawet "przewidywać" niektóre zagrożenia, jeśli są one poprzedzone wyraźnymi sygnałami. Przykładowo, rośliny mogą przygotowywać się na konkurencję ze strony sąsiadów lub na stresy środowiskowe, jeśli otrzymają odpowiednie sygnały ostrzegawcze. Jednak, jak podkreślają autorzy najnowszej analizy, taka reakcja pojawia się wyłącznie wtedy, gdy przewidywane zdarzenie stanowi realne wyzwanie i jest silnie skorelowane z wyraźnymi bodźcami.

W przypadku częściowego zaćmienia Słońca, które miało miejsce w Dolomitach, naukowcy podkreślają, że zjawisko to nie było na tyle istotne, by wymagało jakiegokolwiek "przygotowania" ze strony drzew. Zaćmienie trwało zaledwie dwie godziny i spowodowało redukcję natężenia światła o około 10,5 proc. Co więcej, poziom światła w tym czasie był wciąż dwukrotnie wyższy niż maksymalna ilość, jaką drzewa są w stanie efektywnie wykorzystać w procesie fotosyntezy. W regionie Dolomitów zmiany nasłonecznienia wywołane przez chmury są znacznie gwałtowniejsze i częstsze niż te spowodowane przez zaćmienie.

W oryginalnej pracy Chiolerio i współpracownicy sugerowali, że starsze drzewa wykazywały silniejszą reakcję elektryczną niż młodsze, co miałoby świadczyć o przekazywaniu doświadczenia związanym z wcześniejszymi zaćmieniami. Jednak, jak podkreślają krytycy, każde zaćmienie jest unikatowe pod względem ścieżki, zakresu i czasu trwania, więc nawet gdyby drzewa miały jakąkolwiek "pamięć" poprzednich zaćmień, nie mogłaby ona posłużyć do przewidywania kolejnych. Dodatkowo, zmiany grawitacyjne towarzyszące zaćmieniom są porównywalne z tymi, które występują podczas nowiu Księżyca i nie stanowią dla drzew jednoznacznego sygnału. Naukowcy zwracają też uwagę na bardzo ograniczoną próbę badawczą, przy poprzedniej pracy pomiary prowadzono na zaledwie trzech żywych drzewach i pięciu pniach.

Eksperci podkreślają, że badania aktywności elektrycznej drzew to fascynujący, lecz wciąż bardzo młody obszar nauki. Interpretowanie obserwowanych zmian jako dowodu na istnienie "pamięci", czy "kolektywnej komunikacji" wymagałoby niezwykle mocnych dowodów, których w tym przypadku zabrakło. Zdaniem autorów najnowszej pracy, uleganie sensacyjnym narracjom, które nie mają solidnego poparcia w danych, jest niebezpieczne zarówno dla nauki, jak i dla opinii publicznej. 

"Aktywność elektryczna drzew to realne zjawisko, ale wymaga jeszcze wielu lat badań, zanim będziemy mogli wyciągać daleko idące wnioski. Las sam w sobie jest wystarczająco fascynujący, nie potrzebujemy irracjonalnych, choć atrakcyjnych opowieści o przewidywaniu zaćmień czy komunikacji między pokoleniami drzew" - przekonuje Novoplansky.

  •  

Naukowcy obalają sensacyjną tezę o "przewidywaniu" zaćmienia Słońca przez drzewa w Dolomitach

Wczoraj, 6 lutego (17:00)

W ubiegłym roku świat naukowy i media obiegła zaskakująca hipoteza dotycząca zachowania świerków w Dolomitach na północy Włoch. Według głośnej publikacji zespołu Alessandro Chiolerio i współpracowników, drzewa miały wykazać nagły, zsynchronizowany wzrost aktywności elektrycznej na około 14 godzin przed częściowym zaćmieniem Słońca, które przeszło nad tym regionem. Autorzy sugerowali, że świerki w jakiś sposób "przewidziały" nadchodzące zjawisko astronomiczne i przygotowywały się na nie. Opublikowana dziś w prestiżowym czasopiśmie "Trends in Plant Science" analiza zdecydowanie podważa tę interpretację, wskazując na inne, znacznie bardziej racjonalne wyjaśnienie.

  • Więcej aktualnych informacji ze świata znajdziesz na stronie RMF24.pl

Zespół naukowców pod kierownictwem profesora Ariela Novoplansky’ego z Uniwersytetu Ben-Guriona w Izraelu przeanalizował dane oraz metodologię pierwotnego badania. Ich zdaniem, synchronizowany wzrost aktywności elektrycznej drzew zbiegł się w czasie z lokalną burzą, podczas której w pobliżu miejsca badań odnotowano serię wyładowań atmosferycznych. To właśnie burza, a nie zaćmienie Słońca, miała być przyczyną nietypowych odczytów. 

"Zamiast rozważyć proste, dobrze udokumentowane czynniki środowiskowe, takie jak intensywny deszcz i pobliskie uderzenia piorunów, autorzy oryginalnej pracy skłonili się ku bardziej atrakcyjnej, lecz niepopartej dowodami hipotezie o zdolności drzew do przewidywania zaćmienia" - komentuje Novoplansky.

Nie ulega wątpliwości, że rośliny potrafią reagować na zmiany warunków otoczenia, a nawet "przewidywać" niektóre zagrożenia, jeśli są one poprzedzone wyraźnymi sygnałami. Przykładowo, rośliny mogą przygotowywać się na konkurencję ze strony sąsiadów lub na stresy środowiskowe, jeśli otrzymają odpowiednie sygnały ostrzegawcze. Jednak, jak podkreślają autorzy najnowszej analizy, taka reakcja pojawia się wyłącznie wtedy, gdy przewidywane zdarzenie stanowi realne wyzwanie i jest silnie skorelowane z wyraźnymi bodźcami.

W przypadku częściowego zaćmienia Słońca, które miało miejsce w Dolomitach, naukowcy podkreślają, że zjawisko to nie było na tyle istotne, by wymagało jakiegokolwiek "przygotowania" ze strony drzew. Zaćmienie trwało zaledwie dwie godziny i spowodowało redukcję natężenia światła o około 10,5 proc. Co więcej, poziom światła w tym czasie był wciąż dwukrotnie wyższy niż maksymalna ilość, jaką drzewa są w stanie efektywnie wykorzystać w procesie fotosyntezy. W regionie Dolomitów zmiany nasłonecznienia wywołane przez chmury są znacznie gwałtowniejsze i częstsze niż te spowodowane przez zaćmienie.

W oryginalnej pracy Chiolerio i współpracownicy sugerowali, że starsze drzewa wykazywały silniejszą reakcję elektryczną niż młodsze, co miałoby świadczyć o przekazywaniu doświadczenia związanym z wcześniejszymi zaćmieniami. Jednak, jak podkreślają krytycy, każde zaćmienie jest unikatowe pod względem ścieżki, zakresu i czasu trwania, więc nawet gdyby drzewa miały jakąkolwiek "pamięć" poprzednich zaćmień, nie mogłaby ona posłużyć do przewidywania kolejnych. Dodatkowo, zmiany grawitacyjne towarzyszące zaćmieniom są porównywalne z tymi, które występują podczas nowiu Księżyca i nie stanowią dla drzew jednoznacznego sygnału. Naukowcy zwracają też uwagę na bardzo ograniczoną próbę badawczą, przy poprzedniej pracy pomiary prowadzono na zaledwie trzech żywych drzewach i pięciu pniach.

Eksperci podkreślają, że badania aktywności elektrycznej drzew to fascynujący, lecz wciąż bardzo młody obszar nauki. Interpretowanie obserwowanych zmian jako dowodu na istnienie "pamięci", czy "kolektywnej komunikacji" wymagałoby niezwykle mocnych dowodów, których w tym przypadku zabrakło. Zdaniem autorów najnowszej pracy, uleganie sensacyjnym narracjom, które nie mają solidnego poparcia w danych, jest niebezpieczne zarówno dla nauki, jak i dla opinii publicznej. 

"Aktywność elektryczna drzew to realne zjawisko, ale wymaga jeszcze wielu lat badań, zanim będziemy mogli wyciągać daleko idące wnioski. Las sam w sobie jest wystarczająco fascynujący, nie potrzebujemy irracjonalnych, choć atrakcyjnych opowieści o przewidywaniu zaćmień czy komunikacji między pokoleniami drzew" - przekonuje Novoplansky.

  •  

Badali miejsce pod inwestycję. Odkryli zapomniany świat

Archeolodzy badali miejsce pod inwestycję. Odkryli średniowieczny warsztat

Paula Drechsler

Podczas wykopalisk poprzedzających budowę zbiornika retencyjnego na terenie Grimsby w Anglii archeolodzy natrafili na szereg znalezisk. Badacze mówią o bardzo bogatym i dobrze zachowanym stanowisku, które obejmuje warsztat sprzed ponad 500 lat. Znalezione relikty potwierdzają tradycje regionu i dają wgląd w średniowieczną historię miasta.


Archeolog posługujący się małym narzędziem wykonuje precyzyjne wykopaliska w ziemi. Obok widoczny wykop archeologiczny otoczony żółtym ogrodzeniem, gdzie pod białymi namiotami kilka osób analizuje znaleziska i prowadzi dalsze badania terenowe.

Wykopaliska poprzedzające budowę zbiornika retencyjnego ujawniły szereg reliktów ze średniowiecza.123RF/Picsel/ Rada North East Lincolnshire123RF/PICSEL


Wykopaliska na placu budowy. Dobrze zachowane ślady


Część odkryć archeologicznych to skutek rutynowych prac prowadzonych przed realizacją nowej inwestycji. Zanim ruszy budowa nowej drogi, osiedla czy linii kolejowej, teren często obejmowany jest nadzorem archeologicznym, który ma zabezpieczyć ewentualne ślady przeszłości.

Podczas takich prac co jakiś czas spod warstw ziemi wyłaniają się zapomniane osady, cmentarzyska czy pojedyncze artefakty. Podobne sytuacje powtarzają się w różnych zakątkach świata - ostatnio odkrycia przynoszą m.in. inwestycje realizowane na terenie Wielkiej Brytanii. Niemal każda ingerencja w grunt okazuje się podróżą w głąb historii. Podobnie jest w przypadku najnowszych wykopalisk w Anglii.

Nowe odkrycie archeologiczne w Anglii. Historia Grimsby


Do ciekawego odkrycia doszło teraz w Grimsby, mieście portowym nad Morzem Północnym w Lincolnshire w Anglii. Specjaliści z York Archeology prowadzili prace na terenie przebudowanego kompleksu Freshney Place, w pobliżu historycznej dzielnicy Flottergate. Badania poprzedziły planowaną budowę zbiornika retencyjnego.

Archeolodzy mówią o stanowisku bardzo bogatym w dobrze zachowane artefakty. Dają one wgląd w średniowieczną historię miasta. Archeolodzy badający ten obszar dokonali szeregu znalezisk: Od ceramiki przez ości ryb po ogrom skórzanych skrawków.

Rada North East Lincolnshire podała, że w XII wieku Grimsby rozwinęło się w port rybacki i handlowy, a obszar wykopalisk uważany jest za "prawdopodobny poziom gruntu tego rejonu w latach 450-1600". Wydobyte z ziemi ślady wskazują natomiast na warsztat, w którym obrabiano skóry.

Średniowieczny warsztat w sercu miasta


Miejsce wykopalisk stanowiło niegdyś tętniący życiem rynek w sercu miasta. Odkryte relikty mogą wskazywać na działalność kaletnika, kuśnierza czy szewca, którego warsztat funkcjonował ponad 500 lat temu w otoczeniu ruchliwego targowiska.

- Wydaje się, że ludzie wytwarzali w tym miejscu na przykład skórzane fartuchy czy buty. Z uwagi na bliskość morza, zrozumiałe jest, że ryby i skorupiaki stanowią znaczną część diety, więc odnalezienie muszli ostryg i ości rybich też nie jest zaskakujące. Możliwe, że w tym miejscu znajdował się warsztat przetwórstwa skór. Można sobie wyobrazić ludzi pracujących w warsztacie, którzy podczas przerwy jedli ryby - powiedziała Louise Jennings, rzecznik ds. dziedzictwa kulturowego w Radzie Miasta.

Co dalej ze znaleziskami z Grimsby? Badania i plany


Znalezione przedmioty przewieziono do laboratorium konserwatorskiego York Archaeology w celu oczyszczenia i dalszych badań. Radny Hayden Dawkins, członek gabinetu ds. turystyki i dziedzictwa kulturowego Grimsby zaznaczył, że być może z czasem odkrycia trafią na wystawę.

- Chciałbym, żeby te przedmioty wróciły do miasta i zostały wystawione na przyszłej wystawie, aby ludzie mogli je zobaczyć, a być może nawet wziąć do ręki - powiedział.


''Wydarzenia'': Grobowiec rycerza pod ruinami kościoła w Gdańsku. Niezwykłe odkrycie archeologówPolsat NewsPolsat News


  •  

Kolejna kometa zmierza w kierunku Słońca. Czy rozświetli niebo?

Kolejna kometa zmierza w kierunku Słońca. Czy rozświetli niebo?

C/2026 A1 (MAPS) to nowa kometa, którą odkryto w styczniu br. Obecnie obiekt zmierza w kierunku Słońca i powinien osiągnąć peryhelium za kilka tygodni. Czy będzie go można zobaczyć na nocnym niebie? Jeśli kometa C/2026 A1 (MAPS) przetrwa "bliskie spotkanie" ze Słońcem, to istnieją szanse na jej obserwacje na początku kwietnia.


Jasna kometa przemierza głęboką przestrzeń kosmiczną, ciągnąc za sobą rozświetlony ogon pyłowy, na tle migoczących gwiazd.

Kometa C/2026 A1 (MAPS) zmierza w kierunku Słońca. Czy rozświetli niebo?AFP/NASAAFP


W zeszłym roku uwagę astronomów przykuła kometa 3I/ATLAS, która była trzecim potwierdzonym obiektem międzygwiezdnym w Układzie Słonecznym. Była jednak zbyt daleko, aby można ją było podziwiać gołym okiem na nocnym niebie. W styczniu odkryto inną kometę sklasyfikowaną pod nazwą C/2026 A1 (MAPS). Czy ten obiekt dostarczy nam większych wrażeń?

Kometa C/2026 A1 (MAPS) leci w kierunku Słońca i może być widoczna na niebie


C/2026 A1 (MAPS) została dostrzeżona przez zespół amatorów astronomii 13 stycznia na pustyni Atakama. Szybko okazało się, że należy do grupy obiektów Kreutza "muskających" Słońce. Do niej zaliczają się najjaśniejsze oraz najbardziej spektakularne komety, jakie kiedykolwiek widziano na Ziemi.

Obecnie kometa leci w kierunku Słońca i porusza się po wydłużonej orbicie heliocentrycznej. Peryhelium C/2026 A1 (MAPS), czyli najbliższe podejście do naszej gwiazdy, ma odbyć się na początku kwietnia. Wtedy obiekt znajdzie się w odległości zaledwie 120 tys. km od powierzchni Słońca.

To ekstremalnie blisko. Dla porównania Ziemia okrąża Słońce w odległości około 150 mln kilometrów. Czy kometa przetrwa takie podejście? Trudno powiedzieć, ale jeśli tak się stanie, to może dostarczyć na niebie spektakularne widoki. Do tego stopnia, że będzie ją można zobaczyć nawet za dnia.

Czy C/2026 A1 (MAPS) stanie się "Wielką Kometą"?


Najjaśniejsze obiekty tego typu nazywa się "Wielkimi Kometami". Najjaśniejszą kometą XX w. była Wielka Kometa z 1965 r. - C/1965 S1 (Ikeya-Seki). Odkryto ją zaledwie miesiąc przed zbliżeniem się do Słońca. W kulminacyjnym punkcie jej jasność na niebie była tak duża, jak Księżyca w pełni i można ją było obserwować również za dnia.


Jasna kometa z długim świetlistym warkoczem na tle rozgwieżdżonego ciemnego nieba, u dołu widoczna czerwona łuna, prawdopodobnie od wschodzącego lub zachodzącego słońca.

Wielka Kometa C/1965 S1 (Ikeya-Seki) uchwycona na niebie 29 października 1965 r.Roger Lynds/NOIRLab/NSF/AURA, CC BYWikimedia Commons


To jednak niewiele w porównaniu z Wielką Kometą z 1882 r., którą była C/1882 R1. W najjaśniejszym momencie była sto razy jaśniejsza niż Księżyc w pełni! Można ją było podziwiać miesiącami.

Naukowcy twierdzą, że te superjasne obiekty mogą mieć jedno źródło. To wielka kometa o średnicy ponad 100 kilometrów, która zbliżyła się do Słońca i następnie uległa rozpadowi na dwa większe fragmenty i wiele mniejszych. Potencjalnie zakłada się, że do zdarzenia mogło dojść w III lub IV wieku p.n.e.

C/2026 A1 (MAPS) nie będzie tak spektakularną kometą, jak te dwie wymienionej wyżej, ale nadal ma szansę rozświetlić niebo i przyciągnąć uwagę obserwatorów. Według pewnych astronomów w ciągu najbliższych kilku dekad mogą pojawić się dwie "Wielkie Komety", a jedna z nich ma potencjał ze wskazaniem na kilka lat.


Meduzy śpią podobnie jak ludzie, mimo że nie mają mózgu i oczu© 2026 Associated Press


  •  

Mumie "przyjęte" do szpitala w Los Angeles. Tomograf w służbie historii

Mumie "przyjęte" do szpitala w Los Angeles. Tomograf w służbie historii

Daniel Górecki

Dla radiologów z Keck Medicine of USC, czyli sieci szpitali w Los Angeles, to był niezwykły dzień. Zamiast pacjentów z urazami czy nowotworami, na stół tomografu trafiło do nich dwóch zmarłych od ponad 2200 lat kapłanów z Egiptu. Ich imiona zapisane na sarkofagach przetrwały wieki, ale dopiero dziś nowoczesna technologia medyczna pozwoliła spojrzeć na to, co doprowadziło do ich śmierci.


Mumia egipska umieszczona na stole medycznym, wokół której znajdują się osoby w białych fartuchach wykonujące badania z użyciem nowoczesnej aparatury.

Jak się okazuje, kapłani sprzed dwóch tysięcy lat zmagali się z typowymi dla nas dolegliwościamiRicardo Carrasco IIIdomena publiczna


Choć starożytni Egipcjanie byli mistrzami w obchodzeniu się z ludzkimi ciałami po śmierci, nawet kapłani Nes-Min i Nes-Hor nie mogli przewidzieć, iż po ponad dwóch tysiącach lat ich ciała trafią do szpitala w Kalifornii. Nowoczesna medycyna, używana do ratowania życia, tym razem otworzyła się bowiem na przeszłość, pozwalając naukowcom spojrzeć w ich zmumifikowane szczątki.

Badania przeprowadzono w Los Angeles przy użyciu 320-warstwowego tomografu komputerowego, jednego z najnowocześniejszych na świecie, co pozwoliło na uzyskanie niespotykanej wcześniej szczegółowości. Ciała, owinięte w ciemne od starości lniane bandaże, zostały przeskanowane w całości razem z fragmentami sarkofagów i amuletami pogrzebowymi. Efekt? Naukowcy mogli dostrzec nawet takie detale, jak powieki czy dolne wargi i dokładnie obejrzeć artefakty złożone z mumiami, m.in. skarabeusze.

Kapłani sprzed 2 tys. lat w szpitalu


Analiza danych z tomografu ujawniła, że Nes-Min cierpiał na poważne zwyrodnienie kręgosłupa lędźwiowego - zrośnięty i zapadnięty krąg sugeruje chroniczny ból pleców, dobrze znany współczesnym ludziom spędzającym życie w pozycji siedzącej. Z kolei Nes-Hor zmagał się z problemami dentystycznymi i uszkodzonym stawem biodrowym, co wskazuje, że dożył wieku starszego niż jego starszy kolega po fachu.

Te skany są prawdziwą kopalnią wiedzy. Dzięki dostępowi do najnowszej technologii obrazowania i doświadczeniu naszego zespołu udało się odkryć rzeczy, których wcześniej nie widzieliśmy

Dane te posłużyły zespołowi do stworzenia cyfrowych modeli 3D obu kapłanów. Na medycznych drukarkach 3D wykonano wierne reprodukcje ich kręgosłupów, czaszek i bioder, a także kopie znalezionych artefaktów. Modele te, obok oryginalnych mumii, zostaną zaprezentowane na wystawie "Mummies of the World: The Exhibition", która otworzy się 7 lutego w California Science Center.

Od zawsze fascynowało nas to, kim byli ludzie sprzed tysięcy lat. Dzięki nowoczesnym technologiom możemy wreszcie zobaczyć ich takimi, jakimi byli naprawdę

Dwie kobiety w białych fartuchach i rękawiczkach niebieskich analizują starożytną mumię, która leży na stole obok tomografu komputerowego. Jedna z nich używa tabletu, druga obserwuje uważnie procedurę.

Egipskie mumie "przyjęte" do szpitala w Los Angeles ujawniają swoje tajemniceRicardo Carrasco IIIdomena publiczna


Skany 3D w służbie pacjentów


Ta sama technologia, która pomogła "ożywić" historię starożytnych Egipcjan, na co dzień służy pacjentom Keck Medicine. Lekarze wykorzystują te same techniki wizualizacji i druku 3D do tworzenia modeli narządów pacjentów - serca, wątroby, miednicy czy kręgosłupa - co pozwala im przygotować się do operacji z chirurgiczną precyzją.

Jak wyjaśnia dr Decker: "Dzięki trójwymiarowym modelom lekarze mogą dokładnie zrozumieć strukturę anatomiczną i zaplanować zabieg jeszcze zanim wejdą na salę operacyjną. Pacjenci też na tym zyskują, bo mogą dosłownie wziąć do ręki model swojego organu i lepiej pojąć naturę choroby".


Grzyb zombie i storczyk udający muchę wśród nowo odkrytych gatunków© 2026 Associated Press


  •  

Manipulować snem, by rozwiązać problem?

Czwartek, 5 lutego (18:59)

Inżynieria snów może pomóc w rozwiązywaniu problemów i pobudzaniu kreatywności - piszą na łamach czasopisma "Neuroscience of Consciousness" naukowcy z Northwestern University. Wyniki ich najnowszych badań rzucają nowe światło na starą jak świat radę: "prześpij się z problemem". Potwierdza się, że sen, a zwłaszcza jego faza REM, może być kluczowy w procesie twórczego rozwiązywania problemów. Ale na tym nie koniec. Dzięki nowatorskim eksperymentom badacze udowodnili, że możliwe jest nie tylko wpływanie na treść snów, ale także wykorzystywanie ich do zwiększenia kreatywności i skuteczności w rozwiązywaniu trudnych zagadek.

  • Więcej aktualnych informacji ze świata znajdziesz na stronie RMF24.pl

Od wieków znane są historie o przełomowych pomysłach, które pojawiały się podczas snu. Jednak dotychczas brakowało naukowych dowodów na to, że sny rzeczywiście mogą wspierać proces twórczego myślenia. Zespół badaczy z Northwestern University postanowił to zmienić, wykorzystując metodę tzw. celowanej reaktywacji pamięci TMR (Targeted Memory Reactivation).

W eksperymencie wzięło udział 20 osób doświadczających świadomego śnienia, czyli tzw. lucid dreamingu. Uczestnicy mieli za zadanie rozwiązać zestaw łamigłówek, z których każda była powiązana z unikatowym, konkretnym dźwiękiem. Większość zagadek pozostała nierozwiązana, co było zamierzonym efektem, bo badacze chcieli sprawdzić, czy sny mogą pomóc w znalezieniu odpowiedzi.

Po próbie rozwiązania zagadek uczestnicy udali się na nocny odpoczynek w laboratorium, gdzie ich sen był monitorowany za pomocą zaawansowanych urządzeń rejestrujących aktywność mózgu. W trakcie fazy REM, kiedy najczęściej występują sny, badacze odtwarzali dźwięki powiązane z połową nierozwiązanych łamigłówek. Celem było przypomnienie mózgowi o konkretnych problemach i zachęcenie do pracy nad nimi podczas snu.

Wyniki okazały się zaskakujące. Aż 75 proc. uczestników śniło o pomysłach związanych z zagadkami, a te, które pojawiły się w snach, były po przebudzeniu rozwiązywane znacznie częściej (42 proc.) niż te, które nie zostały przypomniane podczas snu (17 proc.). Co istotne, nie tylko osoby doświadczające świadomego śnienia reagowały na dźwięki, również w snach innych pojawiały się elementy związane z odtwarzanymi łamigłówkami.

Wśród relacji uczestników pojawiały się niezwykłe historie, jedna z osób poprosiła postać ze swojego snu o pomoc w rozwiązaniu zagadki, inna śniła o lesie po usłyszeniu dźwięku powiązanego z zagadką o drzewach, a kolejna, po odtworzeniu dźwięku związanego z dżunglą, śniła o wędkowaniu w tropikalnym lesie. Te przykłady pokazują, jak silny wpływ na treść snów mogą mieć bodźce zewnętrzne, nawet jeśli śniący nie są tego świadomi.

Badacze zwracają uwagę, że choć wyniki są obiecujące, nie można jeszcze jednoznacznie stwierdzić, że samo śnienie o danym problemie gwarantuje jego rozwiązanie. Istnieje wiele czynników, takich jak ciekawość czy zaangażowanie emocjonalne, które mogą wpływać zarówno na treść snów, jak i na skuteczność rozwiązywania zagadek po przebudzeniu. Mimo to, możliwość takiej "inżynierii snów" z pomocą TMR otwiera nowe perspektywy w badaniach nad kreatywnością i funkcjami snu.

Odkrycia naukowców z Northwestern University mogą mieć szerokie zastosowanie nie tylko dla pobudzania kreatywności, ale także w terapii i wspieraniu zdrowia psychicznego. Kolejnym krokiem będzie sprawdzenie, czy podobne metody mogą pomóc w regulacji emocji oraz w ogólnym uczeniu się i zapamiętywaniu. Autorzy pracy podkreślają, że jeśli uda się jednoznacznie potwierdzić, że sny odgrywają tak istotną rolę w rozwiązywaniu problemów i regulacji emocji, być może w przyszłości sen stanie się równie ważnym elementem profilaktyki zdrowotnej, jak dieta czy aktywność fizyczna.

  •  

"Zimna Ziemia" 146 lat świetlnych od nas. Trochę jak nasza planeta

"Zimna Ziemia" 146 lat świetlnych od nas. Trochę jak nasza planeta

Dawid Długosz

HD 137010b to nowa egzoplaneta, a dokładniej kandydatka do takiego miana, bo wymaga jeszcze potwierdzenia. To nietypowy świat, który naukowcy określili nazwą "zimna Ziemia". Planeta jest prawdopodobnie bardzo podobna do naszego globu, ale panują tam temperatury niższe niż na Marsie.


Duża planeta z wyraźnymi, jaśniejszymi i ciemniejszymi obszarami, widoczna na tle rozgwieżdżonej przestrzeni kosmicznej.

"Zimna Ziemia" 146 lat świetlnych od nas. Trochę jak nasza planeta.NASA/JPL–Caltech/Keith Miller (Caltech/IPAC)NASA


Do tej pory znaleziono i potwierdzono ponad 6 tys. planet pozasłonecznych. Nową egzoplanetą ubiegającą się o takie miano jest świat sklasyfikowany pod nazwą HD 137010b, który znajduje się niespełna 150 lat świetlnych od nas.

Egzoplaneta HD 137010b to "zimna Ziemia" zimniejsza od Marsa


HD 137010b jest potencjalną egzoplanetą podobną do naszego świata. Znajduje się w ekosferze własnej gwiazdy, a więc odległości sprzyjającej istnieniu wody w stanie ciekłym. Średnia temperatura na tej planecie jest jednak znacznie niższa.

Naukowcy szacują, że średnia temperatura HD 137010b to około -68 stopni Celsjusza. To zimniej niż na Marsie (średnia -65 stopni Celsjusza). Mimo tego, że egzoplaneta okrąża własną gwiazdę w podobnej odległości co Ziemia Słońce. Problem jednak tym, że tym "słońcem" jest niewielki karzeł typu K, który jest mniejszy oraz chłodniejszy od gwiazdy Układu Słonecznego.

Takie warunki sprawiają, że do planety dociera znacznie mniej ciepła (mniej więcej 29 proc. tego, co Ziemia dostaje od Słońca) i to sprawia, że świat jest chłodny. Stąd określenie "zimna Ziemia". Okres orbitalny to 355 dni i odkryta egzoplaneta znajduje się na skraju ekosfery.

Nietypowa egzoplaneta odkryta w archiwalnych danych


Co ciekawe, odkrycia tego świata dokonano w archiwalnych danych sprzed lat. HD 137010b znalazł zespół astronomów pod kierownictwem Alexandra Vennera z Instytutu Astronomii Maxa Plancka w Niemczech. Dokładnie w danych misji K2 Kosmicznego Teleskopu Keplera, którego działalność została zakończona przez NASA w 2018 r.

Egzoplaneta została wykryta w danych z Kosmicznego Teleskopu Keplera tylko raz i było to przejście na tle tarczy gwiazdy trwające około 10 godzin. Świat ten znajduje się około 146 lat świetlnych od nas. Naukowcy wierzą, czemu ma sprzyjać również typ gwiazdy z tego układu, że będzie się dało ją prześwietlić m.in. z wykorzystaniem Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba. Wtedy powinno się udać nie tylko potwierdzić istnienie "zimnej Ziemi", ale też zbadać skład jej atmosfery. Wyniki badań uczeni opublikowali na łamach The Astrophysical Journal Letters.


Grzyb zombie i storczyk udający muchę wśród nowo odkrytych gatunków© 2026 Associated Press


  •  

Odkryli na Alasce sekret sprzed 14 tys. lat. Archeolodzy wyjaśniają

Nowe odkrycie na Alasce zdradza sekrety pierwszych ludzi Ameryki Północnej

Paula Drechsler

Ostatnie odkrycia archeologiczne ze stanowiska Holzman w Dolinie Tanana na Alasce rzucają nowe światło na historię pierwszych ludzi w Ameryce Północnej. Zespół badaczy znalazł relikty datowane na około 14 tysięcy lat. Odkrycia te wskazują na ciągłość technologiczną między pierwszymi łowcami a kulturą Clovis.


Półwysep, otoczony turkusowymi wodami, z wyraźnie widocznymi pasmami górskimi oraz wysepkami na wodzie, urozmaicona linia brzegowa przechodząca w liczne małe wyspy.

Nowe odkrycia z Alaski dostarczają świeżych dowodów na migrację ludności przez Beringię na Alaskę i dalej w głąb Ameryki.Anton Balazh123RF/PICSEL


Nowe odkrycie na Alasce. Naukowcy mówią o śladach pierwszy ludzi


Alaska leży w północno-zachodniej części Ameryki Północnej, a jej wybrzeża oblewają wody Oceanu Arktycznego i Spokojnego. Obszar ten graniczy od wschodu z Kanadą, a od zachodu - przez Cieśninę Beringa - z Rosją. Alaska to największy stan USA, zajmuje ponad 1,5 miliona km2. Jednocześnie charakteryzuje się najmniejszą gęstością zaludnienia spośród wszystkich stanów USA, a sama historia pojawienia pierwszych ludzi na Alasce jest wyjątkowo fascynująca.

Według naukowców to właśnie ten region mógł odegrać kluczową rolę w migracji pierwszych ludzi do Ameryki Północnej. Od lat prowadzone są badania w tym temacie - a teraz naukowcy poinformowali o nowych odkryciach na stanowisku archeologicznym Holzman. Dostarczają one świeżych dowodów, które mogą pomóc lepiej zrozumieć, kiedy i jak doszło do tego przełomowego momentu i jakie były dalsze etapy tej wędrówki.

Narzędzia, paleniska, warsztat. Podobieństwa do późniejszej kultury Clovis


Przewodnia teoria wskazuje, że pierwsi ludzie dotarli do Ameryki Północnej z Azji podczas ostatniej epoki lodowej. Wówczas poziom mórz był niższy, a między Syberią a Alaską istniał pomost lądowy Beringia - pas lądu łączący pobliskie kontynenty. Kulisy dalszej wędrówki tych ludzi wciąż są przedmiotem naukowych debat. Teraz pojawiły się nowe dowody - naukowcy analizują relikty znalezione na stanowisku archeologicznym Holzman. Mieści się ono na zachodnim brzegu potoku Shaw Creek w dolinie rzeki Tanana, w środkowo-wschodniej części stanu Alaska.

Naukowcy z Uniwersytetu Adelphi i Uniwersytetu Alaski w Fairbanks odnaleźli tam narzędzia wyrabiane z kamieni i kości mamuta oraz liczne szczątki innych zwierząt, a także pozostałości palenisk i warsztatu, w którym wytwarzano włócznie. Najstarsze artefakty datowano na ok. 14 tys. lat. Narzędzia ze stanowiska wykazują podobieństwa technologiczne do późniejszej kultury Clovis (prehistorycznej kultury wczesnych mieszkańców Ameryki Północnej, znanej z charakterystycznej formy narzędzi), co sugeruje ciągłość technologiczną i migracyjną.

Pierwsi ludzie Ameryki Północnej. Konieczne są dalsze badania


Zdaniem badaczy, w trakcie migracji do Ameryki Północnej pierwsi ludzie osiedlali się na wolnych od lodu obszarach Alaski, takich jak właśnie Dolina Tanana. Gdy wędrowali dalej, zabierali ze sobą swoje metody wyrobu narzędzi i polowania, a następnie przekazywali wiedzę kolejnym pokoleniom, które rozprzestrzeniały się w głąb lądu. Stanowisko archeologiczne Holzman może zatem pomóc uzupełnić braki dotyczące przejścia od łowców beringiańskich do kultury Clovis, której stanowiska znaleziono nie tylko w rejonie Alaski, ale też w Ameryce Środkowej, wyjaśnia Science X.

Nowe odkrycia pomagają w lepszym zrozumieniu tego, kiedy i w jaki sposób pierwsi ludzie przybyli do Ameryki i rozproszyli się dalej w głąb lądu. Jednak dopiero dalsze badania, w tym analiza DNA i interpretacja wzorców klimatycznych, mogą dostarczyć ostatecznych dowodów na to, jak wyglądały te przemiany tysiące lat temu.

Wyniki badań opublikowane zostały na łamach "Quaternary International".


Nie musisz być wybitnym naukowcem, aby pracować na... Antarktydzie© 2026 Associated Press


  •  

Blackout w Europie i Afryce. Winna plama słoneczna 15 razy większa od Ziemi

Blackout w Europie i Afryce. Winna plama słoneczna 15 razy większa od Ziemi

Dawid Długosz

Słońce nadal wykazuje dużą aktywność. W środę gwiazda wyrzuciła potężny rozbłysk klasy X4.2, który był skierowany w stronę naszej planety. To wywołało blackout radiowy w Afryce oraz Europie. Źródłem rozbłysku była ogromna plama słoneczna AR4366, która jest około 15 razy większa od całej Ziemi.


Blackout w Europie i Afryce. Winna plama słoneczna 15 razy większa od Ziemi.

Blackout w Europie i Afryce. Winna plama słoneczna 15 razy większa od Ziemi.123RF/PICSEL 123RF/PICSEL


Słońce pokazało na przełomie zeszłego i tego tygodnia własną moc. Kilka dni temu w ciągu zaledwie 24 godzin zarejestrowano aż 27 rozbłysków. Wśród nich były cztery potężne klasy X. W środę gwiazda Układu Słonecznego dała o sobie ponownie znać.

W środę w godzinach popołudniowych czasu w Polsce Słońce ponownie wyrzuciło z siebie potężną flarę. Był to rozbłysk słoneczny klasy X4.2, a więc sklasyfikowany w roli najsilniejszych, do których zdolna jest nasza gwiazda.

Wspomniany rozbłysk słoneczny osiągnął swój szczyt w środę o godzinie 13:13 czasu w Polsce. Był skierowany w stronę Ziemi i tak silny, że wywołał blackout radiowy na terenie Afryki i Europy.

Epicentrum zjawiska przypadło na wschodnią oraz południową część Afryki, gdzie odczuwalne skutki były największe. Wystąpiły chwilowe przerwy w łączności radiowej. Według Centrum Prognoz Pogody Kosmicznej NOAA tym razem nie zarejestrowano CME (koronalnego wyrzutu masy), który mógłby doprowadzić na Ziemi do wystąpienia zjawiskowej zorzy polarnej.

Ogromna plama słoneczna 15 razy większa od Ziemi


Źródłem ostatniej aktywności gwiazdy jest potężna plama słoneczna sklasyfikowana pod nazwą AR4366. Jest ogromna, bo szacuje się, że około 15 razy większa od całej Ziemi. To sprawia, że można ją dostrzec gołym okiem (po założeniu specjalnych okularów). Zdołał ją uchwycić Mark Johnston, który opisał zjawisko w następujący sposób.

Miałem doskonałe warunki do obserwacji tego ranka. Mój teleskop był ustawiony tak, aby patrzeć na Słońce, co wygładza prądy powietrza i zapewnia bardzo stabilny obraz 

Plama słoneczna ukazana w dwóch różnych długościach fali. Po lewej stronie widoczne są szczegóły magnetyczne i dynamiczne zawirowania plazmy, po prawej szczegóły powierzchni oraz ciemniejsze obszary wirujące na tle jasnej fotosfery.

Plama słoneczna AR4366, którą uchwycił Mark Johnston.Mark Johnstonmateriał zewnętrzny


Region wykazuje się dużą aktywnością. W ostatnich dniach był źródłem kilkudziesięciu rozbłysków. Mogłoby się wydawać, że zorza polarna na Ziemi będzie niemal pewna. Jednak podczas tej aktywności nie zauważono zbyt wiele materii wyrzuconej przez Słońce.

Największym CME był ten, który towarzyszył rozbłyskowi klasy X8.4 sprzed kilku dni. Wyrzucone cząstki jednak jedynie musnęły Ziemię. Prognozy kosmiczne NOAA zakładają możliwość wystąpienia jedynie słabych burz magnetycznych klasy G1. Alert obowiązuje do czwartku.

Słońce nadal wykazuje dużą aktywność, ale w kolejnych miesiącach oraz latach powinna ona maleć. Wynika to z faktu, że gwiazda obecnie dąży w kierunku minimum 11-letniego cyklu.


Meduzy śpią podobnie jak ludzie, mimo że nie mają mózgu i oczu© 2026 Associated Press


  •  

Grecka enklawa czasu. Naukowcy odkrywają genetyczną tajemnicę regionu

Czwartek, 5 lutego (11:29)

Najnowsze badania genetyczne rzucają nowe światło na historię jednego z najbardziej odizolowanych regionów Europy. Naukowcy przeanalizowali DNA mieszkańców południowej części Półwyspu Mani na Peloponezie i odkryli, że stanowią oni jedną z najbardziej wyjątkowych pod względem genetycznym populacji na kontynencie. Wyniki opublikowane w czasopiśmie "Communications Biology" wskazują, że korzenie wielu linii rodowych Maniotów sięgają epoki brązu, żelaza i czasów rzymskich.

  • Chcesz być na bieżaco? Odwiedź stronę główną RMF24.pl.

Półwysep Mani, położony wśród surowych gór, stromych klifów i charakterystycznych kamiennych wież mieszkalnych, od wieków fascynuje podróżników, historyków i archeologów. To miejsce, które przez wieki opierało się wpływom zewnętrznym, zachowując odrębność kulturową i społeczną. Najnowsze badania dowodzą, że najbardziej izolowany rejon tzw. wewnętrznego, czy głebokiego Mani stanowi swoistą wyspę genetyczną na stałym lądzie Grecji, która przetrwała wielkie fale migracji i przemian etnicznych, jakie przetoczyły się przez Bałkany po upadku Cesarstwa Rzymskiego.

Międzynarodowy zespół naukowców, w skład którego weszli badacze z Uniwersytetu Oksfordzkiego, Uniwersytetu w Tel Awiwie, Narodowego Uniwersytetu Ateńskiego, Areopolis Health Centre, European University Cyprus oraz FamilyTreeDNA, przeprowadził szeroko zakrojone analizy genetyczne. Wyniki jednoznacznie wskazują, że Manioci w przeważającej mierze wywodzą się od lokalnych, greckojęzycznych społeczności zamieszkujących te tereny jeszcze przed epoką średniowiecza. W przeciwieństwie do innych populacji Grecji kontynentalnej, nie wykazują oni śladów istotnych domieszek genetycznych od późniejszych grup napływowych, takich jak Słowianie, którzy w znacznym stopniu zmienili strukturę genetyczną i językową południowo-wschodniej Europy.

Analiza męskiego chromosomu Y wykazała, że większość męskich linii rodowych Maniotów można prześledzić aż do czasów epoki brązu, żelaza i okresu rzymskiego. Rozmieszczenie tych linii pokrywa się z lokalizacją unikatowych, megalitycznych budowli mieszkalnych i sakralnych, które do dziś są charakterystycznym elementem krajobrazu tego rejonu. To sugeruje, że dzisiejsi mieszkańcy regionu mogą być bezpośrednimi potomkami społeczności, które ponad 1400 lat temu budowały te niezwykłe konstrukcje.

Badania wykazały także, że ponad połowa współczesnych mężczyzn wywodzi się tam od jednego wspólnego przodka, który żył w VII wieku naszej ery. Tak wysoki stopień pokrewieństwa wskazuje na okresy drastycznego spadku liczebności ludności, prawdopodobnie spowodowane chorobami, wojnami lub innymi gwałtownymi wydarzeniami, prowadzącymi do destabilizacji regionu.

O ile linie ojcowskie wykazują niezwykłą jednorodność i ciągłość, o tyle linie matczyne, analizowane na podstawie mitochondrialnego DNA, są znacznie bardziej zróżnicowane. Wskazuje to na sporadyczne kontakty z kobietami pochodzącymi z innych regionów basenu Morza Śródziemnego, Kaukazu, Europy Zachodniej, a nawet Afryki Północnej. Ten wzorzec jest zgodny z modelem społeczeństwa silnie patriarchalnego, w którym mężczyźni pozostawali w rodzinnych stronach, a niewielka liczba kobiet spoza regionu była włączana do lokalnych społeczności. Badacze podkreślają, że to pierwsze badanie, które pozwoliło odtworzyć nieznane dotąd historie kobiet z tego rejonu, których losy były dotychczas w przekazach ustnych zdominowanych przez mężczyzn pomijane.

Wyniki badań genetycznych potwierdzają wiele lokalnych tradycji i przekazów ustnych dotyczących wspólnego pochodzenia poszczególnych klanów zamieszkujących rejon wewnętrznego Mani. Analizy wykazały, że założyciele niektórych współczesnych klanów żyli w XIV i XV wieku, co pokrywa się z przekazami o genezie tych rodów. W surowych warunkach geograficznych i przy ograniczonych zasobach ekonomicznych, przetrwanie zależało od silnych więzi rodzinnych i sojuszy, co dodatkowo wzmacniało zamknięty charakter społeczności. Badacze porównali genomy Maniotów z ponad milionem współczesnych osób z całego świata oraz z tysiącami próbek starożytnego DNA. Wyniki były jednoznaczne, praktycznie nie znaleziono pokrewieństwa z innymi populacjami. To potwierdza ich wyjątkową izolację i odrębność genetyczną.

Od wieków wewnętrzne Mani fascynowało historyków i archeologów. W czasach, gdy większość Bałkanów doświadczała licznych fal migracji, region ten pozostawał wyjątkowo odporny na wpływy zewnętrzne. Już w X wieku cesarz bizantyjski Konstantyn VII Porfirogeneta pisał o mieszkańcach Mani, że "nie są pochodzenia słowiańskiego, lecz wywodzą się od dawnych Rzymian, zwanych Hellenami". Cesarz odnotował także, że Manioci jeszcze w IX wieku czcili starożytnych bogów olimpijskich, co było ewenementem w całkowicie schrystianizowanym już wówczas imperium.

  •  

Ogień przyczynił się do ewolucji człowieka w zaskakujący sposób. Przydały się... oparzenia

Czwartek, 5 lutego (09:57)

Najnowsze badania prowadzone pod kierunkiem naukowców z Imperial College London rzucają nowe światło na rolę, jaką w ewolucji człowieka odegrał ogień. Do wielu znanych, związanych z opanowaniem ognia pożytków dochodzi kolejny, dość zaskakujący. Według opublikowanych w czasopiśmie "BioEssays" danych, regularny kontakt naszych dalekich przodków z wysoką temperaturą i urazami termicznymi mógł odegrać istotną rolę w kształtowaniu mechanizmów gojenia się ran, odpowiedzi immunologicznej, a także podatności na powikłania po ciężkich oparzeniach.

  • Regularny kontakt ludzi z ogniem i oparzeniami mógł wpłynąć na ewolucję specyficznych mechanizmów gojenia się ran i odpowiedzi immunologicznej, odróżniających nas od innych gatunków.
  • Analizy genetyczne wskazują, że u ludzi szybciej ewoluowały geny związane z reakcją na oparzenia, co mogło być efektem naturalnej selekcji napędzanej przez kulturę i codzienne użycie ognia.
  • Odkrycia te mogą pomóc w lepszym zrozumieniu problemów medycyny oparzeniowej i prowadzić do skuteczniejszych metod leczenia oraz poprawy jakości życia pacjentów.
  • Więcej ważnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

Od ponad miliona lat umiejętność kontrolowania ognia stanowiła fundament rozwoju człowieka. Ogień umożliwił pieczenie i gotowanie, dawał ogrzewanie, a w późniejszych epokach pozwolił na rozwój nowych technologii i przemysłu. Jednak bliska relacja z ogniem wiązała się również z wyjątkowym w skali świata zwierząt ryzykiem oparzeń. Podczas gdy większość zwierząt unika ognia, człowiek nauczył się z nim żyć, co sprawia, że niemal każdy z nas w ciągu życia doświadcza przynajmniej drobnych oparzeń.

Badacze podkreślają, że ludzie doznają oparzeń i leczą się z nich znacznie częściej niż jakikolwiek inny gatunek. Ta wyjątkowa ekspozycja na urazy termiczne mogła, według autorów pracy, doprowadzić do wykształcenia się specyficznych adaptacji genetycznych, które odróżniają człowieka od innych naczelnych i ssaków. Analizy genomu wykazały, że niektóre geny związane z odpowiedzią na oparzenia wykazują u ludzi przyspieszone tempo ewolucji. Geny te odpowiadają za gojenie się ran, reakcje zapalne oraz funkcjonowanie układu odpornościowego w walce z infekcjami, które są głównym powikłaniem po oparzeniach, zwłaszcza w czasach sprzed antybiotyków. Badacze zwracają uwagę, że jest to przykład selekcji naturalnej napędzanej przez kulturę, co stanowi unikatowy przypadek w historii ewolucji.

Naukowcy sugerują, że presja naturalnej selekcji sprzyjała wykształceniu cech pozwalających na przeżycie niewielkich i umiarkowanych oparzeń. Wśród nich wymienia się szybszą reakcję zapalną, sprawniejsze zamykanie się ran oraz silniejsze sygnały bólowe, które miały chronić przed dalszymi uszkodzeniami i infekcjami. Jednak te same adaptacje, korzystne przy drobnych urazach, mogą być szkodliwe w przypadku rozległych oparzeń. U ludzi obserwuje się bowiem skłonność do nadmiernej reakcji zapalnej, powstawania blizn oraz niewydolności narządów po ciężkich oparzeniach.

Badania, prowadzone we współpracy z ekspertami z zakresu chirurgii plastycznej, biologii ewolucyjnej i genetyki, otwierają nowe możliwości zrozumienia nie tylko historii ewolucyjnej człowieka, ale także współczesnych problemów medycyny oparzeniowej. Wyniki sugerują, że wielopokoleniowe narażenie na oparzenia mogło być jednym z czynników kształtujących unikatowe cechy ludzkiego organizmu. Co więcej, może to tłumaczyć, dlaczego wyniki badań na zwierzętach często nie przekładają się na skuteczność leczenia oparzeń u ludzi.

Zrozumienie genetycznych podstaw reakcji na oparzenia może pomóc w wyjaśnieniu, dlaczego niektórzy pacjenci szybciej wracają do zdrowia, podczas gdy inni zmagają się z powikłaniami i bliznami. Badacze podkreślają, że wciąż niewiele wiadomo o genetycznych uwarunkowaniach gojenia się ran i powstawania blizn u ludzi, a nowe odkrycia mogą stanowić punkt wyjścia do dalszych, bardziej szczegółowych analiz z udziałem lekarzy, biologów i genetyków. Ich wyniki powinny przyczynić się do rozwoju nowoczesnych metod leczenia oparzeń i poprawy jakości życia pacjentów.

  •  

Tomograf komputerowy odkrywa tajemnice egipskich mumii

Nowoczesna technologia medyczna odsłania tajemnice starożytnych egipskich mumii. Naukowcy z Keck Medicine przy Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles wykorzystali zaawansowane skanery tomografii komputerowej (CT) do zbadania dwóch starożytnych egipskich mumii. Dzięki metodzie, która na co dzień służy diagnozowaniu i leczeniu współczesnych pacjentów, naukowcy mogli zajrzeć pod powierzchnię owiniętych w lniane bandaże ciał sprzed ponad 2200 lat i odkryć nieznane dotąd szczegóły z ich życia i zdrowia.

Obiektem badań były zmumifikowane szczątki dwóch egipskich kapłanów: Nes-Mina, żyjącego około 330 roku p.n.e. oraz Nes-Hora, zmarłego około 190 roku p.n.e. Obie mumie, zachowane w doskonałym stanie, zostały poddane pełnemu skanowaniu CT, co pozwoliło uzyskać setki precyzyjnych przekrojów ich ciał. Skanowanie odbywało się bez wyjmowania mumii z dolnej części sarkofagów, z których każdy ważył około 90 kilogramów. Mumie były owinięte w lniane całuny, które z biegiem czasu przybrały ciemny kolor. Starszy z kapłanów, Nes-Min, miał na sobie bogato zdobioną siatkę z koralików oraz kilka sznurów kolorowych paciorków, co świadczy o jego wysokiej pozycji społecznej.

Zastosowanie nowoczesnego skanera CT pozwoliło uzyskać niezwykle szczegółowe obrazy, dzięki którym naukowcy mogli zobaczyć nie tylko ogólną budowę ciała, ale także drobne detale, takie jak powieki czy dolna warga. Odkrycia te nadały badanym postaciom bardziej ludzki wymiar, pozwalając spojrzeć na nich nie tylko jak na historyczne artefakty, ale jak na realnych ludzi z przeszłości.

Analiza obrazów ujawniła również szereg informacji na temat zdrowia i stylu życia obu kapłanów. U Nes-Mina zauważono poważne zmiany zwyrodnieniowe w dolnej części kręgosłupa, prawdopodobnie spowodowane wiekiem. Wygląda na to, że to co często określamy jako ból krzyża jest dolegliwością uniwersalną i ponadczasową. 

Z kolei u Nes-Hora badania wykazały poważne problemy stomatologiczne oraz znacznie zniszczony staw biodrowy. Analiza sugeruje, że był on starszy w chwili śmierci niż Nes-Min.

Po zakończeniu skanowania, zespół specjalistów przystąpił do tworzenia cyfrowych modeli 3D oraz fizycznych wydruków wybranych części ciał obu kapłanów. Dzięki wykorzystaniu medycznych drukarek 3D powstały m.in. naturalnej wielkości repliki kręgosłupów, czaszek i bioder, a także obiektów znalezionych przy mumiach. Modele te pozwalają nie tylko na dokładną analizę, ale również na prezentację wyników badań szerokiej publiczności.

Jak podkreślają autorzy badań, nowoczesne technologie umożliwiają nie tylko badanie starożytnych szczątków, ale również rewolucjonizują współczesną medycynę. Dzięki wizualizacji 3D i drukowi 3D chirurdzy mogą przygotować się do skomplikowanych operacji, analizując precyzyjne modele narządów pacjentów, co zwiększa bezpieczeństwo i skuteczność zabiegów. Pacjenci zyskują natomiast możliwość lepszego zrozumienia swojego stanu zdrowia, trzymając w ręku dokładną replikę własnego organu.

Efekty pracy zespołu radiologów i specjalistów od wizualizacji 3D będzie można zobaczyć na wystawie "Mummies of the World: The Exhibition", która zostanie otwarta 7 lutego w California Science Center. Oprócz samych mumii, zwiedzający będą mieli okazję obejrzeć cyfrowe modele 3D oraz wydruki wybranych fragmentów ciał i znalezionych przy nich obiektów. To wyjątkowa szansa, by dzięki osiągnięciom współczesnej nauki zajrzeć w głąb historii i poznać codzienne życie ludzi sprzed tysięcy lat.

Wystawa, która po raz pierwszy została zaprezentowana w 2010 roku, po latach powraca do Los Angeles, prezentując nowe, nigdy wcześniej niepokazywane eksponaty. Dzięki połączeniu najnowszych technologii medycznych z archeologią, zwiedzający mogą przekonać się, jak wiele łączy nas ze starożytnymi cywilizacjami i jak współczesna nauka pozwala odkrywać tajemnice przeszłości.

  •  

Ta prosta zmiana myślenia może odmienić życie osób z depresją

Depresja to jedno z najczęściej występujących zaburzeń psychicznych na świecie, które dotyka miliony osób niezależnie od wieku, płci czy statusu społecznego. W powszechnej świadomości osoby zmagające się z tą chorobą często postrzegane są przez pryzmat słabości, bezradności czy braku motywacji. Tymczasem najnowsze badania przeprowadzone przez zespół psychologów pod kierunkiem dr Christiny Bauer z Uniwersytetu Wiedeńskiego rzucają zupełnie nowe światło na tę kwestię, wskazując, jak ogromną rolę odgrywa pozytywna społeczna narracja dotycząca przezwyciężania słabości przez osoby z depresją. Pisze o tym czasopismo "Personality and Social Psychology Bulletin".

  • Najnowsze badania z Uniwersytetu Wiedeńskiego pokazują, że podkreślanie siły osób z depresją przynosi wymierne korzyści.
  • Uczestnicy eksperymentu, którzy skupili się na swoich mocnych stronach, odnotowali wzrost poczucia własnej wartości i motywacji.
  • Badacze apelują o zmianę języka w rozmowach o depresji - zamiast skupiać się na deficytach, warto doceniać siłę i wytrwałość chorych.

Wieloletnie badania naukowe wskazują, że osoby cierpiące na depresję codziennie wykazują się niezwykłą siłą, wstają z łóżka mimo braku motywacji, podejmują walkę z negatywnymi myślami, stawiają czoła trudnym emocjom i nieustannie próbują radzić sobie z objawami choroby. Dotychczas jednak te wysiłki były często pomijane lub bagatelizowane zarówno przez otoczenie, jak i przez samych chorych. Zamiast tego w społeczeństwie utrwalił się obraz osoby z depresją jako jednostki słabej, niezdolnej do działania i wymagającej współczucia.

Dr Christina Bauer wraz z zespołem postanowiła sprawdzić, jak zmiana tej narracji wpływa na samopoczucie i funkcjonowanie osób z depresją. Badacze przeprowadzili trzy kontrolowane eksperymenty z udziałem 748 osób, które doświadczyły epizodów depresyjnych. Uczestnicy pochodzili z różnych krajów, w tym ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

Kluczowym elementem badania była specjalnie opracowana, 20-minutowa interwencja psychologiczna. Zamiast skupiać się na deficytach i trudnościach, uczestnicy zostali poproszeni o refleksję nad własnymi mocnymi stronami, które ujawnili w trakcie walki z chorobą. Chodziło o konkretne sytuacje, w których wykazali się wytrwałością, umiejętnością radzenia sobie z negatywnymi emocjami czy konsekwencją w dążeniu do poprawy swojego stanu.

Wyniki były jednoznaczne, osoby, które wzięły udział w ćwiczeniu, odnotowały wyraźny wzrost poczucia własnej wartości i pewności siebie. Co istotne, efekt ten był widoczny niezależnie od aktualnego nasilenia objawów depresji. W porównaniu z grupą kontrolną, uczestnicy po interwencji znacznie lepiej oceniali swoje możliwości i byli bardziej zmotywowani do działania.

Najbardziej spektakularne rezultaty przyniosła długoterminowa część eksperymentu, która trwała dwa tygodnie. Uczestnicy zostali poproszeni o wyznaczenie sobie jednego, konkretnego celu do osiągnięcia w tym czasie. Okazało się, że osoby, które wcześniej skupiły się na swoich mocnych stronach, osiągnęły aż o 49 proc. większy postęp w realizacji wyznaczonych zadań niż osoby z grupy kontrolnej.

Zdaniem dr Bauer wyniki te pokazują, jak ogromne znaczenie ma sposób, w jaki mówimy i myślimy o osobach z depresją – zarówno na poziomie społecznym, jak i indywidualnym. 

Postrzeganie siebie jako osoby silnej, a nie słabej, jest kluczowe dla budowania wiary we własne możliwości i skutecznego dążenia do celów. To dotyczy każdego z nas, ale w szczególności osób zmagających się z depresją - podkreśla pierwsza autorka pracy. 

Wyniki badań wskazują, że negatywne narracje społeczne mogą działać jak samospełniająca się przepowiednia. Jeśli osoby z depresją są nieustannie postrzegane jako słabe, same zaczynają w to wierzyć, co jeszcze bardziej obniża ich motywację i utrudnia wychodzenie z choroby. 

Z kolei podkreślanie siły, wytrwałości i codziennych sukcesów może być potężnym narzędziem wsparcia psychicznego. 

Badacze apelują o zmianę języka, jakim posługujemy się w rozmowach o zdrowiu psychicznym. Zamiast skupiać się na deficytach, warto dostrzegać i doceniać wysiłek oraz odwagę osób zmagających się z depresją. Takie podejście nie tylko poprawia ich samopoczucie, ale realnie przekłada się na skuteczność w realizacji życiowych celów.

Odkrycia zespołu dr Bauer mogą mieć istotne znaczenie dla praktyki klinicznej i programów wsparcia osób z depresją. Krótkie, skoncentrowane na mocnych stronach pacjenta interwencje mogą stać się cennym uzupełnieniem tradycyjnych metod leczenia. Co więcej, postępująca już zmiana społecznej narracji wokół depresji może przyczynić się do zmniejszenia stygmatyzacji i poprawy jakości życia osób dotkniętych tą chorobą.

  •