IEM Kraków 2026 - dzień pierwszy
Z perspektywy tego pierwszego dnia w pamięć zapadły mi szczególnie trzy wydarzenia.
Po pierwsze: ceremonia otwarcia, a zwłaszcza moment wniesienia pucharu IEM Ka… Kraków (tak, ciężko się będzie przestawić) na scenę przez byłego zawodnika Astralis, Petera "dupreeha" Rasmussena.
Chwilę wcześniej doszło do związanej z tym rzeczy bez precedensu - w swoim tradycyjnym przemówieniu na rozpoczęcie turnieju CarmaC ujawnił tożsamość gościa, przypominając chwile z 2019 roku. To wtedy dupreeh, w obliczu rodzinnej tragedii - śmierci ojca na dwa tygodnie przed turniejem - zdecydował się mimo wszystko przylecieć z drużyną do Katowic. Co więcej, Astralis wygrało wówczas cały turniej. Każdy fan CS-a, który był wtedy w Spodku lub oglądał transmisję, pamięta słowa CarmaC'a o poświęceniu, jakiego gotowi są dokonać esportowcy. Postawił on wtedy dupreeha za wzór, opisując okoliczności przylotu, ale nie wiedząc jeszcze, jak potoczą się losy finału. To bez wątpienia jedna z najmocniejszych historii w dziejach IEM, więc wybór Petera na otwarcie nowego rozdziału IEM w Krakowie miał wymiar niezwykle symboliczny.
Drugim wydarzeniem, które z pewnością będzie zapamiętane na długo był ćwierćfinałowy pojedynek MOUZ vs G2. O ile mecz Aurory z Furią zakończył się gładką wygraną Brazylijczyków bez większej historii, o tyle starcie MOUZ z G2 było o wiele bardziej zacięte, niż przypuszczano. A do tego ekipa MOUZ została przywitana wyjątkowo… chłodno, buczeniem i gwizdami. Wśród kibiców wciąż żywa jest najwyraźniej sprawa Kamila "siuhego" Szkaradka - polskiego IGL-a, który przeszedł drogę od akademii po prowadzenie głównego składu MOUZ do sukcesów (jak choćby półfinał Majora w Szanghaju), by ostatecznie po raz drugi wylądować na ławce tej organizacji. MOUZ, świadome wartości Kamila, zablokowało mu realne szanse na szybkie znalezienie nowego domu. Efekt? No cóż, gwizdy i buczenie w Polsce już się zdarzały, głównie pod adresem rosyjskich formacji, ale rzadko widuje się obrazek, w którym fani masowo opuszczają halę, gdy tylko staje się jasne, że "nielubiana" ekipa pewnie zmierza po zwycięstwo.
Trzecia rzecz, o której warto wspomnieć, to widok wypełnionej po brzegi Tauron Areny. Przed turniejem można się było zastanawiać nad frekwencją - piątek bywa logistycznie trudny, Tauron Arena jest niemal dwukrotnie większa od Spodka, a do tego w tym roku zrezygnowano z darmowych wejściówek. Ceny biletów do niskich nie należały, a mimo to trybuny pękały w szwach. Choć wielu fanów przyjechało z zagranicy, polska publiczność dopisała, z głośnym i widocznym "Polish Corner" na czele.
Na głębsze podsumowania przyjdzie czas po finale - to w końcu dopiero początek. Już teraz można chyba jednak uznać, że Kraków godnie przyjął zaszczyt organizacji finałów esportowej Ligi Mistrzów.
Nowy serial Prime Video nie zachwyci nikogo. "Like a dragon: Yakuza" powstała bez powoduINTERIA.PL
Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd?












