Badanie: 19 mln Amerykanów myślało o użyciu broni przeciwko innym
Dane z najnowszego badania ogólnokrajowego pokazują, że przemoc z użyciem broni palnej w Stanach Zjednoczonych to nie tylko statystyki dotyczące ofiar, ale także miliony osób, które przynajmniej raz w życiu poważnie rozważały użycie broni palnej przeciwko drugiemu człowiekowi.
"Niewidzialna grupa ryzyka". Aż 19 mln Amerykanów myślało o użyciu broni przeciwko drugiej osobie123RF/PICSEL
Analiza przeprowadzona przez naukowców z University of Michigan wskazuje, że aż 7,3 proc. dorosłych Amerykanów, czyli ponad 19 mln osób, miało w swoim życiu myśli o postrzeleniu kogoś. Co więcej, 3,3 proc. deklaruje, że takie rozważania pojawiły się w ciągu ostatnich 12 miesięcy.
Skala problemu większa, niż sądzono
To liczby, które wyraźnie rozszerzają dotychczasowe spojrzenie na problem przemocy z użyciem broni. Do tej pory badania skupiały się głównie na faktycznych incydentach, tymczasem nowe dane pokazują, że istnieje ogromna, w dużej mierze "niewidzialna" grupa ryzyka.
A skala realnej przemocy pozostaje ogromna, w 2023 roku odnotowano ponad 116 tys. przypadków napaści z użyciem broni wymagających interwencji medycznej oraz ponad 16 tys. zabójstw. Rok później liczby również pozostawały dramatyczne, dziesiątki tysięcy ofiar i setki rannych dziennie.
Cienka granica od myśli do działania
Badanie pokazuje, że w części przypadków rozważania nie kończą się wyłącznie na poziomie teoretycznym, bo 1,6 proc. respondentów przyznało, że rozważało zdobycie broni w celu postrzelenia kogoś, a 0,6 proc. deklaruje, że zabrało broń w konkretne miejsce z takim zamiarem. To oznacza, że mówimy nie tylko o impulsach czy chwilowych fantazjach, ale o sytuacjach, w których pojawia się element planowania.
Jednocześnie istnieją też sygnały ostrzegawcze, które mogą stanowić punkt wyjścia do interwencji. Około 1,5 proc. badanych przyznało, że powiedziało komuś o swoich myślach, a część - choć niewielka - zdecydowała się nawet oddać broń do przechowania w czasie kryzysu.
Kogo dotyczą takie myśli?
Profil osób częściej zgłaszających tego typu rozważania jest zaskakująco spójny z tym, co wiadomo o sprawcach przemocy - częściej są to osoby młodsze, mężczyźni, mieszkańcy miast i osoby z niższym poziomem wykształcenia.
Co jednak ciekawe, posiadanie broni - które wydaje się automatycznie czynnikiem ryzyka - nie zwiększało istotnie prawdopodobieństwa takich myśli. To sugeruje, że problem ma głębsze podłoże społeczne i psychologiczne i nie sprowadza się wyłącznie do dostępu do broni. Najczęściej wskazywanym celem był zaś "wróg", tj. pojęcie szerokie i niejednoznaczne, obejmujące ponad połowę odpowiedzi.
Na kolejnych miejscach pojawiali się nieznajomi w sytuacjach konfliktowych, urzędnicy państwowi, partnerzy lub byli partnerzy, członkowie rodziny i współpracownicy. Część wskazań - zwłaszcza dotyczących przedstawicieli władz czy służb - może sugerować obecność motywacji politycznych lub ideologicznych, pomimo że w badaniu nie było widać wyraźnego związku z dochodami czy przynależnością polityczną.
Problem, którego nie widać
Autorzy badania podkreślają, że osoby rozważające użycie broni tworzą słabo rozpoznaną, ale potencjalnie kluczową grupę w kontekście prewencji przemocy, zwłaszcza że ich profil demograficzny pokrywa się z czynnikami ryzyka faktycznych incydentów z użyciem broni.
Jednym z najciekawszych wniosków płynących z badania jest jednak zdaniem naukowców to, że miliony osób dzielą się swoimi myślami z innymi. To potencjalnie kluczowy moment, w którym możliwa jest reakcja - zarówno ze strony bliskich, jak i systemu. W tym kontekście badacze wskazują na znaczenie przepisów typu "red flag", które pozwalają na czasowe odebranie broni osobom uznanym za potencjalnie niebezpieczne.
Jednocześnie podkreślają, że skuteczna prewencja wymaga czegoś więcej niż regulacji prawnych. Kluczowe jest lepsze zrozumienie czynników psychologicznych, społecznych i kontekstowych oraz współpraca wielu środowisk, od systemu ochrony zdrowia po instytucje publiczne.
Pijesz kawę wieczorem? Możesz podejmować bardziej ryzykowne decyzje
Jak wynika z nowego badania naukowców University of Texas at El Paso, kofeina spożywana w nocy może mieć nieoczekiwany skutek uboczny, a mianowicie zwiększać impulsywność i skłonność do ryzykownych zachowań, a problem dotyczy szczególnie kobiet.
Mimo wysokich cen Polacy nie rezygnują z kawy na mieściePiotr MoleckiEast News
Naukowcy badali wpływ kofeiny na impulsywność, wykorzystując muszki owocowe - organizm często stosowany w badaniach neurologicznych i behawioralnych ze względu na podobieństwa genetyczne i funkcjonowanie układu nerwowego do ludzi. Eksperyment polegał na podawaniu kofeiny w różnych porach dnia i w różnych dawkach, a następnie sprawdzaniu, jak badane osobniki reagują na bodziec stresowy.
Kofeina o różnych porach dnia
Wyniki badania opublikowanego w czasopiśmie naukowym iScience pokazują, że kluczowe znaczenie może mieć nie tylko ilość kofeiny, ale również pora jej spożywania. I tak, muszki naturalnie zatrzymują się, gdy są narażone na silny strumień powietrza.
Te, które otrzymywały kofeinę w nocy, znacznie częściej ignorowały zagrożenie i nadal się poruszały, co naukowcy uznali za zachowanie impulsywne. Co ważne, ten efekt nie występował u osobników, które spożywały kofeinę w ciągu dnia, co sugeruje, że kofeina może inaczej wpływać na mózg w zależności od rytmu dobowego.
Kobiety mogą reagować silniej
Badacze zauważyli również różnice między płciami. Przy podobnym poziomie kofeiny w organizmie samice wykazywały znacznie wyższy poziom impulsywności niż samce. Może to oznaczać, że biologiczne różnice w funkcjonowaniu organizmu wpływają na reakcję na kofeinę i niekoniecznie muszą być związane wyłącznie z hormonami.
To odkrycie może mieć znaczenie dla osób pracujących w nocy - lekarzy, ratowników, pracowników zmianowych czy żołnierzy, którzy często sięgają po kofeinę, aby utrzymać koncentrację.
Naukowcy przypominają, że kofeina jest najczęściej używaną substancją psychoaktywną na świecie. Regularnie spożywa ją ogromna większość dorosłych, dlatego nawet stosunkowo niewielkie zmiany w zachowaniu związane z jej działaniem mogą mieć duże znaczenie społeczne, szczególnie w sytuacjach wymagających podejmowania szybkich i odpowiedzialnych decyzji.
Detoks dopaminowy pod lupą. Rezygnacja z technologii to dopiero początek
Przetestowałam detoks dopaminowy. Założenia były proste
Detoks dopaminowy po dwóch tygodniach. Co teraz? Plusy i minusy
Telefon mamy cały czas w ręku albo przynajmniej w zasięgu wzroku, dłoń wyciągamy po niego niemal nieświadomie. Powiadomienia z różnych aplikacji prześcigają się o naszą uwagę. Gdy już otworzymy ulubioną apkę - przepadamy na długie godziny.
Dostępne treści są dynamiczne, kolorowe, zabawne, wzruszające, znowu zabawne i nawet jeśli na konkretne wideo poświęcamy góra 20 sekund, a scrollowanie zdecydowanie pozbawione jest dogłębnej analizy, nasz mózg jest wręcz karmiony dopaminą i czujemy się, jakbyśmy non stop byli nagradzani małym kolorowym cukierkiem. Jak wspaniale! A potem odkładamy telefon i wracamy do smutnej, szarej rzeczywistości, wszystko wydaje się nieatrakcyjne.
O detoksie dopaminowym powstało kilka książek, swego czasu termin też był na językach twórców lifestylowych, którzy zdają się regularnie karmić naszą chęcią wprowadzenia zmian w życiu, zwłaszcza jeśli przynajmniej ze sloganu mają one być rewolucyjne. Co ciekawe, na jego temat różne zdanie mają naukowcy. Zacznijmy jednak od początku: co to właściwie jest detoks dopaminowy?
Jak czytamy w artykule "A Literature Review on Holistic Well-Being and Dopamine Fasting: An Integrated Approach", którego autorzy pochylili się nad szeroką gamą materiałów naukowych dotyczących tego tematu, jest to koncepcja mająca na celu zmniejszenie uzależnienia od natychmiastowej gratyfikacji i nadmiernej stymulacji, by "osiągnąć jasność umysłu". Mamy też naturalnie odczuwać mniej stresu i niepokoju, a jednocześnie czerpać radość z codziennych, prostych wydarzeń. Brzmi dobrze, czyż nie?
Niektórzy naukowcy twierdzą jednak, że ten konkretny detoks nie ma naukowego uzasadnienia i może wcale nie rozwiązywać problemu zaburzeń regulacji dopaminy, a co więcej, może nawet prowadzić do pogorszenia naszego stanu psychicznego. W najbardziej "intensywnych" założeniach wyszczególniono bowiem, że wskazana jest izolacja oraz rygorystyczna dieta, co faktycznie może wpływać na pogorszenie samopoczucia partycypujących. Jakby tego było mało, w literaturze dotyczącej detoksu dopaminowego możemy przeczytać, że te ekstremalne formy postu mogą prowadzić do zwiększenia poczucia samotności, lęku, a nawet niedożywienia.
Autorzy analizy podkreślają, że nie ma uniwersalnego podejścia do tego detoksu, a jeśli chcemy spróbować, powinniśmy koniecznie uwzględnić nasze indywidualne potrzeby, preferencje oraz możliwości. Ma to mieć kluczowe znaczenie przede wszystkim dla skuteczności eksperymentu, ale i po prostu po to, aby nie zrobić sobie przypadkiem krzywdy. Naukowcy dodają, że w dzisiejszych czasach te praktyki mogą być po prostu trudne do wdrożenia, trzeba więc pójść na pewne ustępstwa, o czym musiałam pamiętać przed rozpoczęciem detoksu.
Przetestowałam detoks dopaminowy. Założenia były proste
W związku z tym, że na co dzień pracuję przy komputerze (a właściwie dwóch), musiałam pójść na swego rodzaju kompromis. Obawiam się bowiem, że mój szef nie zrozumiałby potrzeby całkowitej rezygnacji z elektroniki wokół mnie na rzecz dziergania i uspokajania umysłu - trzeba było więc pogodzić się z faktem, że osiem godzin dziennie spędzam w pracy.
Większe zmiany wprowadzałam po niej: przede wszystkim dotyczyło to włączenia trybu skupienia w telefonie, który wyciszał wszelkie powiadomienia. To rozwiązanie nie do końca spodobało się mojej rodzinie, bo zdarzało się, że po prostu nie odbierałam połączeń i oddzwaniałam dopiero po jakimś czasie. Czy coś się w związku z tym stało? No nie, po prostu zirytowałam parę osób, które są przyzwyczajone do tego, że odpowiedź otrzymują natychmiast. Smartfon po pracy często też po prostu lądował w szufladzie.
Nie widziałam większego sensu w tym, żeby rezygnować ze sporadycznie oglądanych seriali czy filmów, bo nie tu leżał mój problem. Sporo czasu poświęcałam jednak na przeglądanie YouTube'a i to to medium postanowiłam ukrócić. W związku z tym, że dzierganie zadomowiło się w mojej rutynie na dobre już dwa lata temu, nie było szokiem, że to właśnie tę aktywność wybierałam, tylko tym razem bez wideo lecącego w tle. Nie zdziwi, jeśli powiem, że pracowałam dzięki temu szybciej.
Niedawno w mediach społecznościowych panowała moda na "analogowe hobby". Wśród nich było oczywiście wspomniane już dzierganie, ale i kolorowanie, scrapbooking, haftowanie, czytanie, malowanie, wszystko to, do czego nie potrzebujemy ekranu. Muszę przyznać, ze to doskonałe rozwiązanie, jeśli chcemy ograniczyć nasz czas online. Każda z tych czynności w jakiś sposób rozwija, a przy okazji jesteśmy w stanie odpocząć i zrelaksować się.
Mam skomplikowaną relację z ciszą. Bywa, że pragnę jej ponad wszystko, ale są też momenty, kiedy nie mogę jej znieść. Dlatego gdziekolwiek idę - w tle gra muzyka. Momenty, w których musiałam wyjść z domu i zrezygnować ze słuchania muzyki wspominam z dreszczem niepokoju i raczej nie jest to nawyk, który ze mną zostanie.
W założeniach detoksu dopaminowego jest też rezygnacja ze słodyczy, co wcale nie było proste. Obecnie nazywamy to "cukrownikiem", za czasów mojego dzieciństwa wszelkie słodkości trzymaliśmy w "barku" - jakkolwiek tego miejsca nie nazwiemy, często jest wypełnione po brzegi łakociami. Współlokatorzy nie uczestniczyli w detoksie, nie miało więc sensu opróżniać go dla jednej osoby. No więc walka. Kilkukrotnie przegrana, trudna, ale muszę przyznać, że faktycznie udało mi się ograniczyć spożywanie słodyczy.
Z pewnością korzystne dla zdrowia byłoby również włączenie regularnych spacerów w momentach, w których normalnie siedzielibyśmy przed ekranami. Problem polegał na tym, że było po prostu zimno, a spacer dla idei w temperaturze zbliżonej do zera jakoś mnie nie przekonywał.
Detoks dopaminowy po dwóch tygodniach. Co teraz? Plusy i minusy
Przy ekranach siedziałam więc głównie w pracy, próbowałam oswoić się z ciszą i własnymi myślami (co bywa niewygodne), nie słyszałam powiadomień, ograniczyłam spożywanie słodyczy, czas wolny wypełniałam "analogowym hobby". I tak minęły mi dwa tygodnie.
Pierwszy z nich był dziwny, bywało, że czułam się nieswojo. Cisza przeszkadzała, a oczy i dłonie same szukały telefonu. Drugi tydzień był znacznie łatwiejszy.
W obliczu tego eksperymentu zdecydowanie warto zastanowić się nad tym, czy naprawdę większość z tych czynności, które mamy odrzucić, faktycznie powinna zostać odrzucona. Komu będzie lepiej z tym, że nie obejrzymy filmu jednego wieczoru w tygodniu? Sytuacja naturalnie wygląda gorzej, jeśli włączamy interesujące nas wideo, a w międzyczasie i tak scrollujemy na telefonie i poddajemy się tysiącom innych rozpraszaczy - w końcu jeśli spojrzeć na to chłodno, to i tak dojdziemy do wniosku, że niczego właściwie nie oglądamy i nie wynosimy z tej rozrywki.
To z kolei prowadzi do wniosków, które wysnuli już autorzy analizujący kilkadziesiąt artykułów na ten temat, czyli że najważniejszy jest zdrowy rozsądek i dopasowanie detoksu do swoich potrzeb i możliwości. Sami najlepiej wiemy, w których sferach przesadzamy i co sprawia, że z jakiegoś powodu czujemy się niekomfortowo, a plastrem na nasze bolączki zdecydowanie nie będzie rozwiązanie przekopiowane z Instagrama.
Część zmian ze mną zostanie. Z pewnością nie pozbędę się trybów skupienia z telefonu, bo wiem, że rezygnacja z ciągłych powiadomień jest dla mnie korzystna. Nie ma jednak opcji, że zrezygnuję także ze słuchania muzyki albo oglądania wideo do robótek ręcznych, dlatego że siedzenie w ciszy dla samej idei siedzenia w ciszy nie daje mi na tyle korzyści, żeby miało to sens. Co ciekawe, przez eksperyment teraz dużo mniej chętnie sięgam po wideo na YouTube'ie. To duża zmiana, bo bywało, że leciały w tle non stop, obecnie czar prysł, a ta aktywność nie wydaje mi się aż tak atrakcyjna.
Mamy czas Wielkanocy, moment mojej detoksowej próby złożył się więc idealnie - w sam raz do tego, żebym siedząc przy świątecznym stole, nie odczuwała ogromnej potrzeby przeglądania internetu czy właściwie robienia czegokolwiek, co da mi więcej rozrywki i dopaminy. Chociaż na pierwszy rzut oka eksperyment może okazać się przerażający albo niemożliwy, myślę, że warto spróbować, pamiętając jednak, żeby uwzględnić swoje potrzeby oraz możliwości i monitorowanie swojego stanu - jeśli czujemy, że coś nam nie służy, nie ma sensu się do tego zmuszać.
Rodzinne układy, znajomi z jednej paczki i czekający na wygranych pierwszej rundy mistrzowie. W "Awanturze o kasę" znów zrobiło się gorąco. Wystarczyło jedno pytanie o ptaka o łacińskiej nazwie, by stawka nagle urosła, a los jednej z drużyn zawisł na włosku.
Jak poradzą sobie drużyny w nowym odcinku "Awantury o kasę"?Polsatmateriały prasowe
Emocje w "Awanturze o kasę" nie zwalniają ani na chwilę. Kolejny odcinek to mieszanka rodzinnych historii, teleturniejowych strategii i pytań, które potrafią wywrócić grę do góry nogami. Na starcie trzy zupełnie różne drużyny - i każda z własnym pomysłem na zwycięstwo.
Trzy drużyny i jeden cel
W niebieskiej drużynie spotykają się dwie pary z Tarnowa. Gabriela i Monika pracują jako nauczycielki wychowania przedszkolnego, Kamil jest menadżerem w branży spożywczej, a Daniel - programista - pełni rolę kapitana i to na nim spoczywa ciężar decyzji przy stole.
Zieloni to z kolei rodzinny skład z Ciechanowa - małżeństwo i teściowie, co samo w sobie zapowiada ciekawą dynamikę. Tadeusz, emerytowany pracownik drukarni, gra u boku Anny, nauczycielki przedszkolnej. Drużyną dowodzi Jarosław, dyrektor w branży szyb samochodowych, a skład uzupełnia Elżbieta, była pracowniczka cywilna Wojska Polskiego.
Żółci stawiają na znajomość i wspólną pasję do teleturniejów. Szymon studiuje dziennikarstwo, Karolina pracuje w mediach społecznościowych, Nikodem zajmuje się opieką nad pacjentami w stomatologii, a liderką zespołu jest Marysia - architektka, która bierze na siebie rolę kapitanki.
Wszystkich łączy jedno... siedem pytań i tylko jedna przepustka do finałowego starcia.
Na końcu tej drogi czekają jednak oni - "Warszawskie Gibalaki", kibice Legii Warszawa, którzy wracają jako mistrzowie. Kapitan Grzegorz i Mieszko pracują w branży cateringowej, Adrian jest handlowcem w sektorze spożywczym, a Tomasz prowadzi firmę zajmującą się monitoringiem pojazdów. To już ich drugi odcinek i jak na razie mają na koncie 40 tysięcy 500 złotych.
Zasługujesz na tytuł mistrza? Zdobądź 10/10 w quizie z "Awantury o kasę"
Pytania, które zmieniają wszystko
Kategorie? Klasyczny miks: piłka nożna, muzyka klasyczna, sport, rozmaitości - albo ryzykowne "weź co chcesz".
Już na początku robi się ciekawie. Drużyna, która wylicytowała pytanie z piłki nożnej, trafia na temat Legii Warszawa. A to przecież naturalne środowisko mistrzów. Oni nie mieli wątpliwości. Pytanie tylko, czy ich potencjalni rywale również.
Druga runda to już bezpośrednie starcie, a wtedy gra wchodzi na zupełnie inny poziom. Stawki rosną, emocje rosną, a każde pytanie zaczyna ważyć znacznie więcej.
I wtedy pada jedno z tych, przy których wstrzymuje się dech:
Naukowa, łacińska nazwa tego gatunku brzmi Upupa epops. Co to za ptak?
Niby proste, przynajmniej jeśli ktoś jest ornitologiem, albo chociaż miłośnikiem ptaków. Dla reszty to chwila zawahania, szybkie bicie serca, nerwowe spojrzenia i kalkulacje. Bo w puli są już konkretne pieniądze.
Powiem wam, że od tego pytania zrobiło się naprawdę ciekawie. W puli pojawiły się ogromne pieniądze, a los jednej z drużyn zawisł na włosku. Czy udało się odbić od dna? Sprawdźcie sami w niedzielę o 17:30 w Polsacie.
''Wydarzenia'': Nowy rozdział podboju kosmosu z Artemis 2. Czekano na to 58 latPolsat NewsPolsat News
Śpimy o godzinę krócej. W który weekend jest zmiana czasu na letni?
Zmiana czasu ma miejsce dwa razy w roku. Niebawem będziemy przestawiać zegarki pierwszy raz w 2026 roku. Dłuższe dni staną się codziennością, chociaż ceną będzie jedna krótsza noc i zmiana rytmu poranka. Kiedy dokładnie zmieniamy czas z zimowego na letni?
Kiedy zmieniamy czas na letni? ARKADIUSZ ZIOLEKEast News
Spis treści:
Dlaczego dwa razy w roku zmieniamy czas?
Kiedy zmiana czasu z zimowego na letni w 2026 roku?
Co ze zmianą czasu w przyszłości?
Zmiana czasu na letni powoduje, że dni stają się dłuższe, a poranki (szczególnie w pierwszych tygodniach) są ciemniejsze. Przestawianie zegarków to również spore wyzwanie dla osób, które funkcjonują zgodnie z rytmem dobowym. Taka zmiana może wprowadzać chwilowe zamieszanie, a organizm będzie potrzebował czasu, aby się "przestawić".
To także modyfikacja dla zwierząt domowych - przyzwyczajone do stałych godzin posiłków mogą czuć się zdezorientowane, jeśli będą go otrzymywać o innej porze.
Dlaczego dwa razy w roku zmieniamy czas?
W Polsce zegarki przedstawiamy dwa razy - w marcu oraz w październiku. Praktyka ta budzi sporo kontrowersji i nie brakuje głosów sprzeciwu. Głównym założeniem zmiany czasu było efektywniejsze wykorzystanie światła dziennego. Dlatego też czas letni obowiązuje 7 miesięcy, a kiedy dni stają się krótsze wprowadza się czas zimowy, który trwa 5 miesięcy. Jeszcze kilka dekad temu miało to spore znaczenie, jednak obecnie wraz z rozwojem technologicznym sporo osób wskazuje, że zmiana ta ma więcej wad niż zalet.
Wiele krajów europejskich wprowadziło tę praktykę po wojnie. Pierwszym krajem były Niemcy - zrobili to już w 1916 roku, chcąc zaoszczędzić energię węglową. Następnie dołączyły do nich inne państwa, przyczynił się do tego również kryzys naftowy, mającym miejsce w latach 70. ubiegłego wieku. W Unii Europejskiej zmianę czasu reguluje dyrektywa 2000/84/WE z 2001 roku. Zgodnie z nią wszystkie państwa członkowskie muszą zmieniać czasu dwa razy do roku - to również Unia Europejska wskazuje, kiedy należy to zrobić.
Kiedy zmiana czasu z zimowego na letni w 2026 roku?
Zmiana czasu na letni zawsze następuje w ostatni weekend marca. W 2026 roku zegarki będziemy przestawiać z 28 na 29 marca. Wskazówki z 2:00 przesunął się na 3:00. W praktyce oznacza to, że będziemy spać godzinę krócej.
Większość urządzeń, w tym telefony czy też laptopy samodzielnie zmienią godzinę. Jednak w standardowych zegarach trzeba będzie to zrobić ręcznie.
Co ze zmianą czasu w przyszłości?
Wiele osób zastanawia się, czy w 2026 roku będziemy zmieniać czas po raz ostatni. Choć od 2018 roku temat ten regularnie powraca w debacie publicznej, obecnie - ze względu na obowiązującą dyrektywę unijną - rezygnacja z tego procederu nie jest łatwa. Co prawda Polska zaproponowała wprowadzenie dwuletniego pilotażu, podczas którego czas nie byłby zmieniany, a rozmowy w tej sprawie miały już ruszyć, jednak wciąż brakuje porozumienia pomiędzy Parlamentem Europejskim a Radą UE. Bez nowelizacji unijnych przepisów nie można na stałe skończyć z przestawianiem zegarków.
Polska jednoznacznie opowiada się za odejściem od zmiany czasu - co istotne 4 kwietnia 2025 roku do Sejmu trafił projekt nowelizacji ustawy o czasie urzędowym. Niemniej jednak nasz kraj jest związany przepisami unijnymi. Oznacza to, że nawet gdyby wspominany projekt został zatwierdzony, nie ma pewności, czy Polska - jako jedyne państwo członkowskie - mogłaby jednostronnie zrezygnować z tej praktyki bez naruszania unijnych zobowiązań.
Co istotne, wielu ekspertów oraz obywateli wskazuje na negatywne skutki zmiany czasu, podkreślając przede wszystkim kwestie zdrowotne (zaburzenia rytmu dobowego) oraz organizacyjne (utrudnienia w transporcie i logistyce).
Spadająca kulka w bloku. Skąd bierze się ten dziwny dźwięk?
Wieczorami w wielu blokach wraca ten sam odgłos: krótki stuk, po którym słychać dźwięk przypominający toczenie się metalowej kulki. Dla części mieszkańców to źródło irytacji i sąsiedzkich napięć, dla innych ciekawa zagadka, bo identyczny dźwięk pojawia się także tam, gdzie nikt nie mieszka piętro wyżej.
Dlaczego w blokach słychać dźwięk spadającej kulki? Nie zawsze winni są sąsiedzi.123RF.com123RF/PICSEL
Spis treści:
Spadająca kulka w bloku. Dlaczego słyszymy ten dźwięk?
Naprężenia w wielkiej płycie. Fizyczne wyjaśnienie zagadki
Spadająca kulka w bloku. Dlaczego słyszymy ten dźwięk?
Dla wielu mieszkańców to jeden z najbardziej irytujących odgłosów domowej codzienności: pojedynczy stuk, a po nim krótki dźwięk przypominający toczenie się metalowej kulki. Pojawia się nagle, bez zapowiedzi, często w chwilach ciszy, gdy łatwo zwrócić na niego uwagę. Naturalną reakcją jest próba znalezienia winnego, bo brzmienie sugeruje nieostrożne zachowanie kogoś z góry, a frustracja narasta wraz z kolejnymi powtórzeniami tego samego schematu dźwiękowego. W wielu przypadkach zaczyna się więc od prostych domysłów i rozmów o sąsiedzkiej nieuwadze.
Zaskoczenie przychodzi wtedy, gdy okazuje się, że identyczny odgłos słychać także w innych mieszkaniach. Często zdarza się, że dźwięk pojawia się w lokalach oddalonych od siebie, w różnych pionach, a nawet tam, gdzie nad sufitem nie ma już żadnych lokatorów. To moment, w którym pierwotne wyjaśnienie przestaje wystarczać, bo trudno uznać, że wszyscy sąsiedzi jednocześnie upuszczają metalowe przedmioty w podobny sposób. Powtarzalność zjawiska i jego obecność w wielu miejscach jednocześnie budzą wątpliwości i prowokują pytanie, czy źródło rzeczywiście znajduje się w czyimś mieszkaniu.
Sam charakter dźwięku dodatkowo utrudnia interpretację, bo ludzki słuch chętnie porządkuje bodźce w znane schematy. Krótki, wyraźny stuk łatwo skojarzyć z upuszczeniem przedmiotu, a następujące po nim wygasające odgłosy automatycznie odbierane są jako toczenie po podłodze. Taka sekwencja brzmi znajomo i logicznie, choć nie musi mieć nic wspólnego z realnym ruchem kulki w czyimś mieszkaniu.
Naprężenia w wielkiej płycie. Fizyczne wyjaśnienie zagadki
W budynkach wznoszonych w technologii wielkopłytowej kluczową rolę odgrywa żelbet, czyli połączenie betonu i stalowego zbrojenia, które razem przenoszą obciążenia i stabilizują całą konstrukcję. Materiały te zaprojektowano tak, by reagowały na zmiany temperatury w zbliżony sposób, jednak w praktyce nie eliminuje to drobnych ruchów i narastania naprężeń w skali całego obiektu. W ciągu doby elementy konstrukcyjne nagrzewają się i chłodzą, a wraz z nimi pracują pręty zbrojeniowe, połączenia między płytami oraz strefy podparcia. Gdy lokalnie dochodzi do nagłego rozładowania tej energii, konstrukcja reaguje krótkim, wyraźnym impulsem akustycznym, który odbierany jest jako pojedyncze uderzenie.
Po tym pierwszym dźwięku często pojawia się wrażenie "toczenia", choć w rzeczywistości nie ma ono związku z ruchem żadnego przedmiotu. Jest to efekt serii drobnych drgań i wygaszających się przemieszczeń, gdy konstrukcja po gwałtownym impulsie wraca do stanu równowagi. Energia nie znika od razu, lecz rozprasza się w kolejnych elementach budynku, dając kilka krótkich, coraz cichszych odgłosów.
Z punktu widzenia bezpieczeństwa najistotniejsze jest to, że sam dźwięk "spadającej kulki" nie oznacza automatycznie problemów konstrukcyjnych. Jest on najczęściej zwykłym efektem pracy materiałów pod wpływem zmian temperatury i sposobu, w jaki żelbet przenosi drgania. To właśnie dlatego zjawisko najczęściej powraca w okresach przejściowych, gdy różnice temperatur między dniem a nocą są największe, a konstrukcja budynku częściej wchodzi w cykl nagrzewania i schładzania.
Mukaab został zaprojektowany jako centralny punkt 19-kilometrowego osiedla New Murabba w północno-zachodniej części Rijadu. Firma deweloperska poinformowała o rozpoczęciu budowy. Obecnie trwają prace ziemne, których stan zaawansowania oceniany jest na 86 proc. Środki na budowę pochodzą z centralnego Funduszu Inwestycji Publicznych Arabii Saudyjskiej.
Zaprojektowany przez AtkinsRéalis wieżowiec z zewnątrz będzie wyglądał jak gigantyczny sześcian o boku 400 m. Co prawda ta wysokość nie zagwarantuje mu podium wśród najwyższych drapaczy chmur świata, ale z wysokością przekraczającą 300 m znajdzie się na liście superwysokich wieżowców. Będzie jednak największym budynkiem w historii. Serwis Bloomberg określił go mianem "największej zbudowanej konstrukcji na świecie". Po wybudowaniu wyprzedzi fabrykę Boeing Everett w Stanach Zjednoczonych, która obecnie cieszy się mianem największego budynku na świecie.
Gigantyczny wieżowiec w kształcie sześcianu powstanie w RijadzieNew Murabba/Ferrari Press/East NewsEast News
To będzie największy budynek na świecie. Wnętrze też zachwycaNew Murabba/Ferrari Press/East NewsEast News
Postępy prac i widoczność z satelity
Choć pełna bryła Mukaabu na razie istnieje głównie na wizualizacjach, skala prac prowadzonych na pustyni w Rijadzie jest już wyraźnie widoczna z kosmosu. Na najnowszych zdjęciach satelitarnych można dostrzec wytyczone strefy budowy, zaplecze techniczne oraz pierwsze fundamenty pod przyszłą megastrukturę. Budowa ruszyła pełną parą w 2024 roku, a według medialnych doniesień w ramach prac ziemnych usunięto już ponad 10 milionów metrów sześciennych gruntu.
Widok na zarys budynkuGoogle Earthmateriał zewnętrzny
New Murabba - charakterystyczny prostokątny kształt już widocznyGoogle Earthmateriał zewnętrzny
New Murabba już widoczny na zdjęciach satelitarnychGoogle Earthmateriał zewnętrzny
Murabba. Nowy megaprojekt Arabii Saudyjskiej
Nowoczesny obiekt to dwa miliony metrów kwadratowych sklepów, atrakcji kulturalnych i turystycznych oraz atrium niemal tak wysokie jak sam budynek, ze spiralną wieżą pośrodku. Rozmach inwestycji najlepiej pokazuje udostępnione wideo.
W szerszym ujęciu cała inwestycja będzie obejmowała ponad 100 tysięcy mieszkań, 9 tysięcy pokoi hotelowych, ponad 980 tys. metrów kwadratowych powierzchni handlowych oraz 1,4 miliona metrów kwadratowych biur. Zaplanowano tu 80 obiektów rozrywkowych i kulturalnych, a także uniwersytet technologiczny.
Według pierwotnych zapowiedzi projekt miał zostać ukończony do 2030 roku. Najnowsze doniesienia wskazują jednak na zmianę harmonogramu całego przedsięwzięcia. Saudyjski Fundusz Inwestycji Publicznych przesunął planowane zakończenie projektu New Murabba o dekadę. Obecnie mówi się o roku 2040, przy czym do końca obecnej dekady ma powstać pierwszy etap inwestycji, w tym sam Mukaab.
To jeden z kilku megaprojektów realizowanych w Arabii Saudyjskiej w ramach wizji 2030, której celem jest dywersyfikacja gospodarki kraju. Najbardziej znanym i kontrowersyjnym przedsięwzięciem pozostaje Neom, krytykowany za wpływ na środowisko i łamanie praw człowieka. Peter Frankental z Amnesty International w rozmowie z portalem Dezeen mówił, że firmy zaangażowane w Neom stoją przed "dylematem moralnym" i powinny "dwa razy pomyśleć" o dalszym udziale w projekcie.
Źródła: Geekweek, Polsat News, Google Earth
"Wydarzenia": Legendarny "Dar Młodzieży" będzie miał swojego następcęPolsat News
Chcielibyśmy naszym dzieciom dać jak najlepszy start. Zapisujemy je na zajęcia językowe, sportowe, szachy… Tymczasem zapominamy o aktywności, która nie kosztuje nic, można ją podejmować spontanicznie i zawsze przynosi korzyści. Czytanie. To najprostszy, a zarazem potężny trening dla mózgów naszych dzieci, który wzmacnia nie tylko ich rozwój, ale też więź między nami a naszymi pociechami. Nauka nie ma tu żadnych wątpliwości.