Widok normalny

Otrzymane przedwczoraj Ekonomia - Ekonomia - RMF24

Polak obejmie ważne stanowisko w MFW. Był ministrem w rządach Tuska i Kopacz

2 czerwca 2026, 20:01
  • Wtorek, 2 czerwca (20:01)

    ​Mateusz Szczurek, były minister finansów Polski, obejmie stanowisko dyrektora Departamentu Europejskiego Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Nową funkcję zacznie pełnić 27 lipca, zastępując przechodzącego na emeryturę Niemca Alfreda Kammera. Szczurek był szefem resortu finansów w rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz w latach 2013-2015.

    • Mateusz Szczurek obejmie stanowisko dyrektora Departamentu Europejskiego MFW.
    • Szczurek był ministrem finansów w rządach Tuska i Kopacz (2013-2015).
    • Departament Europejski to jeden z kluczowych departamentów regionalnych Funduszu.
    • Bądź na bieżąco! Wejdź na RMF24.pl.

    Decyzję o powierzeniu stanowiska dyrektora Departamentu Europejskiego Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) Mateuszowi Szczurkowi ogłosiła we wtorek szefowa tej organizacji Kristalina Georgiewa. Były minister finansów Polski nową funkcję zacznie pełnić 27 lipca.

    Jak napisano w komunikacie MFW, Szczurek zastąpi przechodzącego na emeryturę Niemca Alfreda Kammera, który pełnił funkcję od 2020 r. Były minister i ekonomista przejmie kierownictwo jednego z kluczowych departamentów regionalnych Funduszu.

    "Unikalne połączenie kompetencji kierowniczych i politycznych Mateusza oraz dogłębna znajomość europejskiego krajobrazu gospodarczego będą nieocenione w rozwoju współpracy Funduszu z jego europejskimi członkami" - podkreśliła Georgiewa w oświadczeniu.

    Szczurek był w ostatnich latach członkiem zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego, lecz najbardziej znany jest jako minister finansów w rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz w latach 2013-2015.

    Po odejściu z rządu Szczurek pracował jako główny ekonomista ds. państw UE w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOR), był też profesorem na Uniwersytecie Warszawskim i członkiem Europejskiej Rady Fiskalnej (European Fiscal Board) - niezależnego organu doradczego Komisji Europejskiej ds. polityki budżetowej.

    Departament Europejski odpowiada za relacje MFW z 46 ze 191 państw członkowskich, udziela im doradztwa w zakresie polityki makroekonomicznej, fiskalnej, monetarnej i strukturalnej, a także nadzoruje programy pomocy finansowej i technicznej dla krajów regionu.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Platforma Temu dotkliwie ukarana przez Komisję Europejską

28 maja 2026, 13:04

Czwartek, 28 maja (13:04)

Aktualizacja: Czwartek, 28 maja (13:43)

Komisja Europejska nałożyła karę w wysokości 200 mln euro na chińską internetową platformę handlową Temu. Powodem jest złamanie unijnych przepisów o usługach cyfrowych, w tym sprzedaż nielegalnych produktów, takich jak niespełniające standardów bezpieczeństwa zabawki dla dzieci. Temu nie zgadza się z decyzją KE.

  • Komisja Europejska nałożyła 200 mln euro kary na chińską platformę Temu.
  • KE wskazuje, że Temu nie przeprowadziło właściwej oceny ryzyka dotyczącej zagrożeń dla klientów platformy.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

KE zarzuciła Temu naruszenia unijnego Aktu o usługach cyfrowych (DSA), w tym nieprzeprowadzenie we właściwy sposób wymaganej przepisami oceny ryzyka, na jakie mogą być narażeni klienci platformy.

Zgodnie z unijnymi przepisami bardzo duże platformy internetowe, do jakich zalicza się Temu, mają obowiązek przeprowadzenia starannej oceny ryzyka systemowego związanego z ich usługami oraz ograniczenia go. 

W 2024 r. Temu przedstawiło raport dotyczący oceny zagrożeń, ale według KE jest on zbyt pobieżny i oparty jedynie na ogólnych informacjach dotyczących ryzyka związanego z sektorem handlu elektronicznego, a nie na konkretnych dowodach dotyczących sprzedaży. Ponadto Temu znacznie zaniżyło częstotliwość, z jaką unijni konsumenci natykali się za jej pośrednictwem na nielegalne produkty.

Ocena ryzyka przeprowadzona przez Temu nie doszacowuje konkretnych zagrożeń, jest mało szczegółowa, nie opiera się na solidnych dowodach i nie jest kompleksowa - powiedziała w czwartek wiceszefowa KE Henna Virkkunen.

Komisja poinformowała, że ma dowody, zdobyte m.in. w ramach akcji przeprowadzonej metodą na tajemniczego klienta i dotyczące sprzedaży na Temu nielegalnych w UE produktów. Akcję przeprowadziła niezależna organizacja testująca na zlecenie KE. 

KE poinformowała też, że w dochodzeniu korzystała także ze zgłoszeń konsumentów oraz danych pochodzących od organów celnych i nadzoru rynku, które ujawniły wysoki odsetek szkodliwych towarów.

Wśród dostępnych na Temu, a zakazanych w Unii produktów znalazły się np. ładowarki do sprzętów elektronicznych nieposiadające atestów bezpieczeństwa, a także zabawki dla dzieci zawierające niedozwolone w UE substancje chemiczne. Niektóre zabawki miały też luźne części, co stwarzało ryzyko uduszenia się przez dzieci.

O tym, że na platformach internetowych, zwłaszcza chińskich, kwitnie handel niebezpiecznymi produktami, alarmowały wielokrotnie także unijne organizacje konsumenckie. Przestrzegały one np. przed sprzętami elektronicznymi, które grożą porażeniem prądem lub są łatwopalne, a także przed nietestowanymi zabawkami dla dzieci.

Ponadto Komisja zarzuciła Temu, że nie przeprowadziła oceny tego, jak jej systemy rekomendacji, w tym współpraca z influencerami przy promowaniu niektórych produktów, mogą wpływać na jeszcze szersze rozpowszechnianie nielegalnych produktów.

KE, która wszczęła formalne postępowanie wobec chińskiej platformy w październiku 2024 r., odrzuciła zarzuty, że nałożona na Temu kara 200 mln euro jest zbyt surowa. Podkreśliła, że karę obliczono na podstawie charakteru i wagi naruszenia, a pod uwagę wzięto, jak długo unijni konsumenci byli narażeni na ryzyko.

Temu ma teraz czas do 28 sierpnia, by przedstawić Komisji plan działania, w tym środki, jakie zamierza podjąć, by usunąć naruszenie. Europejska Rada ds. Usług Cyfrowych będzie miała potem miesiąc na zaopiniowanie planu, a KE - kolejny miesiąc na przyjęcie ostatecznej decyzji i ustalenie terminu granicznego na wprowadzenie środków. Jeśli Temu nie zastosuje się do decyzji, Komisja może nałożyć dodatkowe kary okresowe.

Platforma Temu przedstawiła oficjalne stanowisko w odpowiedzi na decyzję Komisji Europejskiej:

"Temu szanuje cele Digital Services Act oraz potrzebę jasnych i spójnych zasad w całej gospodarce cyfrowej. Jednakże nie zgadzamy się z decyzją Komisji Europejskiej i uważamy, że nałożona kara jest nieproporcjonalna.

Decyzja dotyczy naszej pierwszej oceny DSA w 2024 roku i nie odzwierciedla obecnego stanu naszych systemów. Temu współpracowało konstruktywnie z Komisją przez cały proces i od tego czasu podjęło dalsze kroki w celu wzmocnienia oceny ryzyka, zarządzania platformą oraz ochrony użytkowników.

Będziemy nadal uczciwie współpracować z regulatorami i działać na rzecz rynku, który odpowiada na potrzeby konsumentów, firm i społeczności w sposób odpowiedzialny. Decyzję dokładnie analizujemy i rozważamy wszystkie dostępne opcje."

KE wzywa Polskę, Węgry i Słowację do zniesienia embarga na żywność z Ukrainy

27 maja 2026, 08:00

Chwilowe zamieszanie legislacyjne na Węgrzech - wywołane przypadkowym zniesieniem embarga z powodu wygaśnięcia dekretów nadzwyczajnych po zmianie tamtejszego rządu - posłużyło za impuls do ponownego rozbudzenia unijnej dyskusji wokół blokowania od 2023 roku importu ukraińskiej żywności przez kraje Europy Środkowo-Wschodniej.

  • Komisja Europejska wzywa Polskę, Węgry i Słowację do zniesienia embarga na import żywności z Ukrainy.
  • Embargo w Polsce obejmuje m.in. pszenicę, kukurydzę, rzepak, słonecznik oraz produkty przetworzone z tych zbóż.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Komisja Europejska wykorzystała tę okazję, aby wysłać jasny sygnał nie tylko do Budapesztu, ale również do Warszawy i Bratysławy, że utrzymywanie jednostronnych restrykcji handlowych nie ma uzasadnienia ekonomicznego i musi zostać zakończone. W przypadku Polski embargo dotyczy ukraińskiej pszenicy, kukurydzy, rzepaku i słonecznika oraz niektórych produktów ich przetwórstwa np. śruty. Nie uważamy, aby te środki, które grożą fragmentaryzacją jednolitego rynku, były uzasadnione - powiedział rzecznik KE Thomas Regnier.

Cała sprawa odżyła z powodu chaosu prawnego w Budapeszcie. Przypomnijmy, że 14 maja, w wyniku ekspresowego znoszenia stanu wyjątkowego przez nowy parlament Pétera Magyara, dotychczasowe embargo na ukraińską żywność (na około 20 produktów takich jak wieprzowina, miód czy kukurydza), nałożone jeszcze przez Viktora Orbána, wygasło automatycznie przez zwykłe niedopatrzenie. Gdy tylko zorientowano się w błędzie, premier Magyar natychmiast przywrócił blokadę. Ten krok wywołał natychmiastową reakcję Komisji Europejskiej, która przy okazji upomniała także Polskę oraz Słowację, wskazując, że ich krajowe zakazy importu również powinny zostać jak najszybciej zlikwidowane.

Na razie KE nie grozi działaniami prawnymi czy karami. Nadal stawia na dialog i współpracę. Zamiast eskalować konflikt, unijni urzędnicy skupiają się na tłumaczeniu mechanizmów ochronnych w nowej umowie handlowej z Ukrainą, przyjętej w październiku zeszłego roku. Komisarz ds. rolnictwa, Christophe Hansen, podkreślał po spotkaniu unijnych ministrów rolnictwa we wtorek, że znowelizowana umowa handlowa z Ukrainą gwarantuje optymalne limity na ukraińską żywność oraz specjalne klauzule ochronne, które można aktywować w momencie nadmiernego importu. W jego ocenie pozwala to na skuteczne monitorowanie i sterowanie strumieniem towarów przekraczających unijną granicę. 

Hansen dobitnie zaznaczył, że priorytetem dla Brukseli pozostaje niczym niezakłócona wymiana produktów rolnych z Ukrainą. Prowadzimy rozmowy z zainteresowanymi państwami członkowskimi, aby szybko znaleźć rozwiązania umożliwiające swobodny przepływ produktów objętych ulgami celnymi - powiedział Hansen.

Bruksela widzi w Péterze Magyarze proeuropejskiego partnera, dlatego na razie przymyka oko na rolnicze embargo, zdając sobie sprawę, że Magyar gra na użytek wewnętrzny. KE ma także w pamięci rolnicze protesty, gdy w latach 2022-2023 ukraińskie zboże zalało rynki w Polsce i krajach sąsiadujących z Ukrainą. Zdaje sobie sprawę, że wymuszenie otwarcia granic mogłoby wywołać falę niepokojów społecznych, na co nie chce narażać rządów państw członkowskich. 

Jak jednak ustaliła dziennikarka RMF FM w dyrekcji KE ds. handlu, panuje spora frustracja z powodu łamania przez Polskę, Węgry i Słowację unijnego prawa. Tym bardziej że - jak usłyszała nasza dziennikarka - nowa umowa handlowa z Ukrainą "została skrojona pod wymagania tych krajów, by wyjść naprzeciw ich obawom". Chodzi o wprowadzone do niej zabezpieczenia.

Warszawa zjednoczyła 16 państw. Chodzi o przyszły budżet UE

26 maja 2026, 06:30

Warszawa zjednoczyła 16 państw. Chodzi o przyszły budżet UE

Polska stanęła na czele potężnej koalicji 16 państw, które rzucają wyzwanie projektowi nowego budżetu Unii Europejskiej na lata 2028-2034. We wtorek w Brukseli, podczas posiedzenia ministrów ds. europejskich, Warszawa położy na stół deklarację, w której 16 krajów domaga się zwiększenia środków na rolnictwo i regiony oraz zachowania pełnej kontroli państw nad ich wydatkowaniem. To początek decydującej bitwy o miliardy euro, które mają trafić do polskich regionów i rolników.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Warszawa zbudowała szeroki front państw, pod którym podpisały się: Bułgaria, Czechy, Estonia, Grecja, Hiszpania, Chorwacja, Węgry, Włochy, Litwa, Łotwa, Malta, Portugalia, Rumunia, Słowenia i Słowacja. Dzięki tak silnemu poparciu Polska narzuca ton unijnej debacie w sprawie przyszłego budżetu UE.

Polska zainicjowała koalicję wzywającą do ambitnych wieloletnich ram finansowych. Dziś 16 państw członkowskich stoi zjednoczonych za budżetem, który służy wszystkim Europejczykom - z polityką spójności i wspólną polityką rolną w jego centrum - podkreśla minister ds. europejskich, Ignacy Niemczycki.

Dołączenie takich potęg jak Włochy czy Hiszpania pokazuje, że Polska nie tylko realizuje własne interesy, ale występuje w roli lidera dbającego o sprawiedliwy rozwój całej Wspólnoty. To jasny sygnał dla Brukseli, że polskie postulaty dotyczące utrzymania silnego finansowania regionów i rolnictwa są podzielane przez niemal 2/3 państw Unii.

Koalicja 16 krajów uderza prosto w najbardziej kontrowersyjny pomysł Komisji Europejskiej - mechanizm "pieniądze za reformy". Bruksela chce, aby wypłata środków na drogi, mosty i rolnictwo zależała od realizacji odgórnie uzgodnionych celów, podobnie jak ma to miejsce w przypadku Krajowego Planu Odbudowy (gdy środki są wypłacane po realizacji tzw. kamieni milowych).

"Przyjaciele Spójności" chcą, żeby to państwa, a nie unijni urzędnicy decydowały, jak wydawać każdą złotówkę i każde euro. Innymi słowy - aby miliardy z funduszy spójności trafiały bezpośrednio do polskich samorządów, a nie były uzależnione od widzimisię unijnych urzędników i realizacji narzuconych z góry "reform".

Z kuluarowych rozmów wynika, że po burzliwych dyskusjach koalicja "16" zaproponowała opóźnienie spłaty zaciągniętej pożyczki na KPO, czyli Funduszu na Odbudowę po Pandemii. Koalicja 16 wyszła z propozycją, aby w nowym budżecie UE spłacała jedynie odsetki od długu za KPO, a nie kapitał. Zgodnie z planem KE, od 2028 roku Unia miałaby spłacać aż 25 mld euro rocznie.

Propozycja 16 państw pozwoliłaby uniknąć "mrożenia" ogromnych kwot w budżecie, dzięki czemu pieniądze te mogłyby zostać przeznaczone na bieżące inwestycje w krajach członkowskich.

Polska i jej sojusznicy walczą również o przebudowę wartego 451 mld euro Funduszu Konkurencyjności. Chodzi o to, aby stał się on realnym wsparciem dla małych i średnich przedsiębiorstw, a nie tylko najbogatszych graczy. Dlatego Grupa 16 forsuje podniesienie wkładu unijnego do 85 proc. i między wierszami krytykuje tzw. zasadę doskonałości (chociaż w deklaracji twierdzi, że uznaje jej "centralne znaczenie").

Reguła ta faworyzuje najlepiej rozwinięte regiony z nowoczesnymi laboratoriami, co w praktyce oznacza, że pieniądze omijają polskie firmy. Grupa 16 domaga się systemu, który nie dzieli krajów na lepsze i gorsze, lecz stawia na realny rozwój lokalnego biznesu.

Z nieoficjalnych informacji wynika, że 16 krajów liczy na efekt zaskoczenia. "To potężny pokaz jedności. Bruksela będzie zszokowana, że udało się zbudować tak szerokie porozumienie" - słychać w kuluarach. Koalicja czeka teraz na reakcję "państw-skąpców", takich jak Niemcy, Holandia czy Finlandia, które forsują oszczędny budżet.

Choć Francji nie ma w grupie sygnatariuszy szesnastki, kategorycznie odrzuca ona cięcia w rolnictwie, a jej sprzeciw wobec tych uszczupleń dodatkowo wzmacnia stanowisko 16 krajów. Dla Przyjaciół Spójności obecna propozycja budżetowa to "absolutne minimum". Jeśli Niemcy będą forsować cięcia, napotkają na twardy opór.

Złe wieści dla sadowników. Unijne wsparcie nie tak szybko

25 maja 2026, 13:00

Złe wieści dla sadowników. Unijne wsparcie nie tak szybko

Poniedziałek, 25 maja (13:00)

Komisja Europejska nie rozpatrzy od razu polskiego wniosku o uruchomienie nadzwyczajnego wsparcia dla sadowników poszkodowanych z powodu kwietniowych przymrozków. Rzeczniczka KE przekazała dziennikarce RMF FM, że polski wniosek będzie rozpatrywany w tzw. pakiecie jesiennym. "Każdy wniosek, który wpływa teraz, zostanie rozpatrzony w ramach pakietu jesiennego" – przekazała rzeczniczka Louise Bogey.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco. 

Komisja Europejska potwierdziła, że otrzymała polskie dokumenty. Chodzi o wysłany 7 maja przez ministra rolnictwa Stefana Krajewskiego wstępny wniosek do KE o wsparcie do upraw sadowniczych, które ucierpiały z powodu wiosennych przymrozków. W wyniku niskich temperatur, które wynosiły nawet -10 st. C sadownicy w niektórych regionach kraju ponieśli straty od 90 do 100 proc. Polska stara się o środki z tzw. unijnej rezerwy kryzysowej. 

"W przypadku wniosku z Polski możemy potwierdzić, że Komisja go otrzymała. Komisja jest świadoma sytuacji i obecnie ocenia ten wniosek" - przekazała rzeczniczka. To na razie wstępny etap procedowania polskiego dokumentu. Polska musi dostarczyć oficjalne szacunki strat. Rzeczniczka KE informuje jednak, że zastosowana zostanie metoda rozpatrywania wniosków, o której informował na ostatniej Radzie UE ds. rolnictwa komisarz ds. rolnictwa Christophe Hansen.

"Wnioski będą rozpatrywane w dwóch blokach rocznie. Każdy wniosek, który wpływa teraz, zostanie rozpatrzony w ramach pakietu jesiennego. Uwzględnia to również czas potrzebny na omówienie danych dotyczących skali wpływu (klęsk) z państwami członkowskimi" - dodał. 

Nowa metoda komisarza Hansena to systemowy podział wypłat na dwa sztywne terminy w roku, wiosenny i jesienny, który ma zapobiec zbyt szybkiemu wyczerpaniu unijnej rezerwy rolnej. Unijna rezerwa wynosi na 2026 rok 450 mln euro, z czego zostało około 200 mln. Zamiast reagować natychmiast na każdą klęskę na zasadzie "kto pierwszy ten lepszy", Komisja zbierze wnioski z wielu krajów i rozpatrzy je zbiorczo dopiero jesienią, by sprawiedliwie podzielić budżet między wszystkich poszkodowanych w Europie. 

KE nie podaje konkretnej daty, kiedy mogą nastąpić wypłaty. Ponieważ jednak polski wniosek będzie rozstrzygany w ramach pakietu jesiennego, to fizyczny przelew pieniędzy z Brukseli do Warszawy nastąpi prawdopodobnie najwcześniej w grudniu 2026 roku lub na przełomie 2026 i 2027 roku.

Z przesłanej dziennikarce RMF FM wypowiedzi wynika, że inne kraje - np. Czechy, Słowacja, Austria czy Niemcy - też ucierpiały i złożyły swoje wnioski, więc Polska "stoi w kolejce" i będzie rozpatrywana na tle innych. Ponadto KE przypomina, że kraje członkowskie UE "mają opcje zaspokojenia swoich potrzeb w zakresie rekompensat dla rolników poprzez elastyczność w swoich planach strategicznych oraz poprzez pomoc państwa". Innymi słowy KE sugeruje, że jeśli sadownicy potrzebują pieniędzy "na już", polski rząd może uruchomić środki krajowe lub przesunąć fundusze wewnątrz obecnych programów unijnych.

Fatalne wieści w sprawie cen ropy. Ceny paliw rosną

24 kwietnia 2026, 08:25

Piątek, 24 kwietnia (08:25)

Tak źle nie było od stycznia tego roku. Ceny ropy naftowej rosną już piątą sesję. Impas w rozmowach USA z Iranem tylko zwiększa niepewność na rynkach, a przedłużające się zamknięcie cieśniny Ormuz grozi poważnymi opóźnieniami w dostawach ropy z Zatoki Perskiej - informują maklerzy.

  • Eksperci ostrzegają, że skutki konfliktu USA-Iran mogą być odczuwalne przez wiele miesięcy.
  • Ceny ropy rosną głównie z powodu fizycznych zakłóceń w dostawach, a nie tylko przez ryzyko polityczne.  
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

Baryłka ropy West Texas Intermediate w dostawach na VI kosztowała na NYMEX w Nowym Jorku 96,13 USD - wyżej o 0,29 proc., a teraz traci 0,03 proc.

Brent na ICE na VI jest wyceniana po 105,25 USD za baryłkę, w górę o 0,17 proc.

W piątek litr benzyny 95 kosztuje w Polsce nie więcej niż 6,03 zł, benzyny 98 - 6,62 zł, a oleju napędowego - 6,79 zł. Oznacza to wzrost cen maksymalnych wszystkich paliw względem czwartku.

W czwartek litr benzyny 95 kosztował nie więcej niż 5,97 zł, benzyny 98 - 6,56 zł, a oleju napędowego - 6,71 zł.

31 marca, pierwszego dnia wprowadzenia maksymalnych cen, litr benzyny 95 kosztował maksymalnie 6,16 zł, benzyny 98 - 6,76 zł, zaś oleju napędowego - 7,60 zł.

Impas w negocjacjach USA z Iranem tylko zwiększa niepewność na rynkach, a przedłużające się wyłączenie z ruchu cieśniny Ormuz grozi poważnymi opóźnieniami w dostawach ropy z Zatoki Perskiej. Na razie podstawy do wznowienia rozmów Waszyngtonu z Teheranem są raczej "wątłe".

W czwartek prezydent USA Donald Trump ocenił, że Iran ma wielkie trudności z ustaleniem, kto jest jego przywódcą, a walka między radykalnymi i umiarkowanymi przedstawicielami reżimu jest "szalona". Oświadczył, że USA sprawują "całkowitą kontrolę" nad cieśniną Ormuz.

"Iran ma ogromne trudności z ustaleniem, kto jest jego przywódcą! Po prostu nie wie! Walki wewnętrzne między 'twardogłowymi', którzy ponoszą OGROMNE porażki na polu bitwy, a 'umiarkowanymi', którzy wcale nie są umiarkowani (ale zyskują szacunek!), są SZALONE!" - napisał Donald Trump na swoim portalu społecznościowym Truth Social.

Jak dodał, USA sprawują całkowitą kontrolę nad cieśniną Ormuz i "żaden statek nie może wpłynąć ani wypłynąć bez zgody Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych".

Prezydent Iranu Masud Pezeszkian podkreślił z kolei w czwartek, że w kraju nie ma podziału na "twardogłowych" i "umiarkowanych", bo wszyscy są Irańczykami i "rewolucjonistami". Pezeszkian oświadczył w serwisie X, że Irańczycy jednoczą się wokół nowego najwyższego przywódcy Modżtaby Chameneiego, zaś "agresor" pożałuje swoich czynów.

"Im dłużej to trwa, tym bardziej staje się jasne, że destrukcyjne skutki konfliktu USA-Iran będą odczuwalne przez miesiące, a może jeszcze dłużej" - powiedziała Mona Yacoubian, dyrektor i doradca w Middle East Program Center for Strategic International Studies Inc.

Z kolei Charu Chanana, analityczka ds. inwestycji w Saxo Markets, zwróciła uwagę, że ceny ropy rosną z powodu fizycznego szoku podażowego. Ceny ropy naftowej rosną bardziej z powodu fizycznego szoku podażowego, a nie wyłącznie z powodu premii za ryzyko geopolityczne - powiedziała Chanana.

Ryzyko wojny na Bliskim Wschodzie może stopniowo zanikać, ale ryzyko związane z przepływami w cieśninie Ormuz nie zniknęło - podkreśliła.

Tymczasem analitycy wskazują, że masowe uwolnienie ropy naftowej z amerykańskiej rezerwy strategicznej tego surowca zaopatruje producentów paliw w Europie i potencjalnie również tych w Azji w czasie obecnych zakłóceń na światowych rynkach energii wywołanych wojną z Iranem.

Globalni traderzy sprzedali europejskim rafineriom co najmniej 4 mln baryłek ropy z amerykańskich rezerw strategicznych. Poszukują też nabywców ropy w krajach Azji.
USA udostępniły 79,7 mln baryłek ropy z rezerw, przy czym połowa z tego ma być wyeksportowana do czerwca, m.in. do Europy, Azji i Ameryki Łacińskiej.

Amerykańska administracja prezydenta Donalda Trumpa zobowiązała się do uwolnienie z awaryjnych rezerw ropy w USA 172 mln baryłek tego surowca w ramach planu pomocowego koordynowanego przez Międzynarodową Agencję Energetyczną (MAE), mającego na celu złagodzenie rosnących kosztów energii na świecie, które grożą podwyższeniem globalnej inflacji.

Fuzja gigantów medialnych. Akcjonariusze zdecydowali

23 kwietnia 2026, 16:51

Czwartek, 23 kwietnia (16:51)

Aktualizacja: Czwartek, 23 kwietnia (17:16)

Akcjonariusze Warner Bros. Discovery zatwierdzili sprzedaż spółki koncernowi Paramount Skydance. Firmy podpisały umowę w tej sprawie pod koniec lutego. Transakcja opiewa na 110 mld dolarów.

Do przejęcia Warner Bros. Discovery (WBD) - wraz z kanałami telewizyjnymi takimi jak CNN i polski TVN - przez Paramount Skydance (PSKY), a więc sprzyjającą prezydentowi Donaldowi Trumpowi rodzinę Ellisonów, dochodzi po wielomiesięcznej rywalizacji z Netflixem. Ostatecznie WBD i PSKY podpisały umowę pod koniec lutego br. W czwartek akcjonariusze WBD zatwierdzili ją w głosowaniu podczas walnego zgromadzenia.

"Wstępne wyniki głosowania przeprowadzonego na dzisiejszym nadzwyczajnym walnym zgromadzeniu wskazują, że akcjonariusze WBD zdecydowaną większością głosów zatwierdzili przyjęcie umowy o fuzji z Paramount (Skydance)" - napisała firma w komunikacie.

Transakcja opiewa na 110 mld dolarów. W myśl umowy Paramount Skydance nabędzie całość koncernu WBD za cenę 31 dolarów za akcję.

Netflix miał prawo złożyć nową ofertę, lecz nie skorzystał z tej opcji, uznając, że nie byłoby to korzystne finansowo dla spółki i twierdząc, że przejęcie WBD nie było dla firmy koniecznością. Wycofanie się z rywalizacji ogłoszono po tym, jak jeden z szefów Netflixa Ted Sarandos odwiedził w lutym Biały Dom na rozmowy na temat transakcji.

Netflix, który pierwotnie zawarł umowę z koncernem, za zerwanie umowy otrzymał od Paramount 2,8 mld dolarów rekompensaty.

Przejęcie Warner Bros. Discovery przez Paramount Skydance sprawi, że w rękach jednego właściciela znajdą się m.in. kanały telewizyjne CNN i CBS (a także polski TVN), platformy streamingowe HBO Max i Paramount+, a także studia Paramount i Warner Bros.

Aby jednak sfinalizować sprzedaż, firmy muszą pokonać szereg przeszkód proceduralnych. Transakcją zainteresowali się bowiem regulatorzy. Pojawiają się pytania, czy i jak fuzja WBD i Paramount wpłynie na liczbę produkcji filmowych telewizyjnych, koncentrację praw do treści, konkurencję na rynku usług streamingowych, czy sytuację w kinach.

Dochodzenie w sprawie zapowiedział prokurator generalny Kalifornii Rob Bonta. Transakcję analizuje też wydział antymonopolowy Departamentu Sprawiedliwości USA. Wysoki rangą urzędnik resortu Omeed Assefi powiedział, że Paramount Skydance "absolutnie" nie może liczyć na "szybką ścieżkę" zatwierdzenia przez regulatorów ze względów politycznych.

Własne dochodzenie zapowiedział też brytyjski urząd antymonopolowy Competition and Markets Authority (CMA) ze względu na to, że zarówno WBD, jak i Paramount Skydance działają również na rynku brytyjskim.

Według planów firm transakcja ma zostać sfinalizowana do końca trzeciego kwartału br. W przeciwnym wypadku akcjonariusze WBD otrzymają rekompensatę w wysokości 0,25 dolara za akcję za każdy kwartał opóźnienia.

Początkowo, kiedy w grze o Warner Bros. Discovery był Netflix, sprawa nabrała częściowo politycznego wymiaru. Sprzeciw wobec przejęcia WBD przez Netflix zgłaszali niektórzy politycy Partii Republikańskiej oraz pośrednio również sam Trump, który zimą br. żądał od Netflixa zwolnienia z zarządu byłej doradczyni Baracka Obamy Susan Rice.

Trump mówił też, że ewentualna transakcja powinna doprowadzić do zmiany właściciela nielubianej przez niego stacji CNN, podczas gdy Netflix nie chciał nabywać kanałów telewizyjnych posiadanych przez WBD. 

Moskwa zakręca kurek Berlinowi. Niemcy planują rozmowy z Polską

22 kwietnia 2026, 17:31

Środa, 22 kwietnia (17:31)

Od 1 maja Rosja przestanie przesyłać kazachską ropę do Niemiec przez rurociąg "Przyjaźń". Decyzja ta uderza w rafinerię PCK Schwedt, która zaopatruje w paliwo Berlin i okoliczne regiony. Niemiecki rząd zapewnia jednak, że bezpieczeństwo dostaw paliw nie jest zagrożone.

  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl

Wicepremier Rosji Aleksander Nowak poinformował, że od 1 maja dostawy kazachskiej ropy do Niemiec przez rurociąg "Przyjaźń" zostaną wstrzymane. 

Jak podkreślił, decyzja wynika z "możliwości technicznych", nie podając jednak szczegółów. Informacje te potwierdziły również źródła branżowe, na które powołuje się agencja Reutera.

Rafineria PCK Schwedt, położona niedaleko Berlina, odpowiada za większość dostaw paliw do stolicy Niemiec. Około 17 proc. surowca pochodziło dotąd z Kazachstanu, przesyłanego właśnie przez północną nitkę rurociągu "Przyjaźń". W 2025 roku tą trasą do Niemiec trafiło ponad 2,1 mln ton kazachskiej ropy, a w pierwszym kwartale 2026 roku - 730 tys. ton.

Niemieckie Ministerstwo Gospodarki zapewnia, że bezpieczeństwo dostaw paliw nie jest zagrożone. "Istniejące opcje zostaną wykorzystane, by zapewnić bezpieczeństwo dostaw w Niemczech" - przekazano w komunikacie. Rząd planuje rozmowy z Polską na temat zwiększenia dostaw do rafinerii Schwedt przez port w Gdańsku.

Rafineria Schwedt od 2022 roku znajduje się pod zarządem powierniczym niemieckiego regulatora, po tym, jak Niemcy przejęły udziały rosyjskiego Rosnieftu w odpowiedzi na inwazję Rosji na Ukrainę. Mimo to Rosnieft pozostaje głównym właścicielem rafinerii (54,17 proc. udziałów), a pozostałe udziały należą do Shella (37,5 proc.) i Eni (8,33 proc.).

Federalna Agencja ds. Sieci, która zarządza aktywami Rosnieftu w Niemczech, ostrzega, że mogą pojawić się regionalne wahania cen paliw. Zapewnia jednak, że sytuacja jest monitorowana i koordynowana z operatorami rynku.

Niemcy zbroją się na potęgę. Chcą być najsilniejsi w Europie

Gotówki już nie przyjmują, zabierają 3 proc. "Trzeba było dać ludziom czas"

22 kwietnia 2026, 07:49

Wczoraj, 22 kwietnia (07:49)

Ekonomiczna rewolucja w Uzbekistanie. Za wiele dóbr i usług można płacić wyłącznie bezgotówkowo. "Zwykli ludzie cierpią. Oddajemy 3 procent jakiejś firmie bez uzasadnienia" - skarżą się obywatele. Władze tłumaczą reformę walką z szarą strefą i zwiększeniem kontroli nad finansami.

  • Reforma w Uzbekistanie została wprowadzona dekretem prezydenckim i ma ograniczyć szarą strefę oraz zwiększyć kontrolę nad finansami.
  • Czego dotyczą bezgotówkowe płatności?
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

Jak przypomniał portal Radia Swoboda, od 1 kwietnia br. w położonym w Azji Środkowej Uzbekistanie weszły w życie przepisy ograniczające użycie gotówki. Przewidują one, że płatność za wiele dóbr i usług musi być realizowana wyłącznie w formie bezgotówkowej. Zmiany wprowadzono na mocy dekretu prezydenckiego, a ich deklarowanym głównym celem jest ograniczenie szarej strefy i zwiększenie przejrzystości obrotu finansowego.

Nowe regulacje obejmują m.in. płatności za usługi publiczne i komunalne, zakup alkoholu, wyrobów tytoniowych i paliwa, a także transakcje dotyczące nieruchomości i samochodów. Bezgotówkowo należy również opłacać towary i usługi o wysokiej wartości, przekraczającej próg 25 mln sumów (ok. 7500 zł - red.). Reforma jest elementem szerszej strategii władz, które dążą do ograniczenia szarej strefy oraz zwiększenia udziału płatności elektronicznych w handlu i usługach.

W praktyce zmiany wywołują jednak trudności dla części mieszkańców. Jak zauważa Radio Swoboda, osoby korzystające dotąd głównie z gotówki zmuszone są do częstszych wypłat z bankomatów lub korzystania z kart, co wiąże się z dodatkowymi kosztami. W niektórych przypadkach prowizje za operacje finansowe sięgają około 3 proc. (nie są regulowane państwowo, wynikają ze stawek pośredniczących podmiotów komercyjnych - red.), co podnosi realne ceny zakupów.

Nie wszyscy pracują w budżetówce. Wiele osób handluje na targowiskach lub gdzie indziej. Korzystają z gotówki. Muszą korzystać z systemów płatniczych. A prowizja za doładowanie karty w tych systemach wynosi 3 proc. wpłacanej kwoty. Ze 100 tys. robi się 97. Za tę kwotę kupujemy benzynę lub gaz - wyjaśnia dziennikarzom przedsiębiorca Chajotillo Bajbajew.

Dodatkowym problemem są kolejki do bankomatów oraz ograniczona dostępność gotówki, zwłaszcza w regionach poza dużymi miastami. Użytkownicy skarżą się także na niewystarczającą infrastrukturę płatniczą oraz trudności dla osób starszych i mniej zaznajomionych z technologią.

Nowe zasady szczególnie mocno utrudniły życie kierowcom. Według ich relacji proces, który wcześniej zajmował kilka minut, obecnie wyraźnie się wydłuża. Prowizja w wysokości 3 proc. przy doładowaniu karty, kolejki do bankomatów oraz przerwy w dostępie do internetu doprowadziły do długich korków na stacjach benzynowych.

Gdzie tu sprawiedliwość? Gdzie tu pomoc i ułatwienie życia ludziom? Nie ma sprawiedliwości, niczego nie ma! - oburza się osoba zwracająca się do prezydenta (Uzbekistanu Szawkata Mirzijojewa - red.) w nagraniu, które krąży w mediach społecznościowych. Wybraliśmy pana na przywódcę narodu. Głosowaliśmy na pana. Powinien pan się dowiedzieć, że zwykli ludzie cierpią. Oddajemy 3 procent jakiejś firmie bez uzasadnienia (...) - apeluje obywatel Uzbekistanu.

Ekonomista Chidirnazar Allakulow uważa, że władze źle przygotowały się do wprowadzenia nowych zasad.

Trzeba było przeprowadzić prace przygotowawcze. Trzeba było dać ludziom czas. W najbardziej odległych regionach należało stworzyć warunki dla mieszkańców - zapewnić im bankomaty. Nie wszyscy mają karty płatnicze. Trzeba było dać im czas, żeby je wyrobili - twierdzi. A u nas przywódca ogłasza decyzję i ona natychmiast wchodzi w życie - dodaje.

Eksperci zwracają uwagę, że podobne reformy są typowe dla krajów przechodzących na gospodarkę bezgotówkową, jednak wymagają rozwiniętej infrastruktury oraz zaufania społecznego. W Uzbekistanie proces ten postępuje szybko, ale - jak podkreślają mieszkańcy - tempo zmian wyprzedza możliwości adaptacyjne części społeczeństwa.

Członkowie rady nadzorczej właściciela Zondacrypto rezygnują

20 kwietnia 2026, 06:25

Poniedziałek, 20 kwietnia (06:25)

Troje członków rady nadzorczej estońskiej spółki BB Trade Estonia OÜ, właściciela giełdy Zondacrypto, zrezygnowało ze stanowisk - poinformowali o tym w niedzielnym oświadczeniu. Podkreślili, że o sytuacji dowiedzieli się dopiero po doniesieniach w polskich mediach.

  • Troje członków rady nadzorczej estońskiej spółki BB Trade Estonia OÜ złożyło rezygnacje ze stanowisk.
  • Członkowie rady ocenili, że obecne okoliczności uniemożliwiają im dalszą, rzetelną pracę - podano brak przejrzystości i wzajemnego zaufania w zarządzie jako kluczowy problem.
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

W niedzielę na profilu Linkedin Giorgiego Dżaniaszwilego, jednego z członków rady nadzorczej estońskiej spółki BB Trade Estonia OÜ, której licencja kryptowalutowa pozwala Zondacrypto na świadczenie usług, opublikowano wspólne oświadczenie byłych członków rady nadzorczej: Veroniki Tugo (przewodniczącej), Guido Buehlera i Dżaniaszwilego.

"W tym tygodniu każdy członek rady nadzorczej niezależnie złożył rezygnację. Te decyzje zostały podjęte indywidualnie i odzwierciedlają ocenę sytuacji przez każdego członka" - przekazano w oświadczeniu.

Jego autorzy podkreślili, że rada nadzorcza zapoznała się z sytuacją wyłącznie za pośrednictwem źródeł publicznych dopiero po tym, jak zaczęła eskalować w polskich mediach, a nie poprzez terminową komunikację wewnętrzną. Po tym fakcie, podkreślili, zwołane zostało nadzwyczajne posiedzenia zarządu w celu uzyskania wyjaśnień i zrozumienia sytuacji.

Zaznaczyli, że na podstawie następnie przeanalizowanych informacji, "wyszły na jaw istotne rozbieżności między pewnymi publicznymi oświadczeniami, rzeczywistością operacyjną oraz informacjami wcześniej przekazano radzie nadzorczej".

Podkreślili, że kontrast między wcześniej przedstawionymi informacjami a tym, co wyszło na jaw, doprowadził ich do wniosku, że obecne okoliczności uniemożliwiają dalsze należyte wykonywanie obowiązków jako członków rady nadzorczej. Dodali, że w strukturze zarządzania, w której własność i kierownictwo wykonawcze są skoncentrowane w jednej osobie, skuteczny nadzór zależy od przejrzystości, terminowej komunikacji i wzajemnego zaufania.

"Niestety, ta podstawa została w istotny sposób podważona" - zaznaczyli.

Byli członkowie rady podkreślili, że wszystkie decyzje podjęte przez nich jako członków rady nadzorczej były podejmowane w dobrej wierze i na podstawie informacji udostępnionych im w odpowiednim czasie. Zaznaczyli, że na podstawie wtedy przekazanych informacji, przedstawiona radzie nadzorczej pozycja operacyjna wydawała się spójna, uporządkowana i zgodna z dostępnymi wówczas informacjami.

Przekazali, że w obecnych okolicznościach rada nadzorcza nie jest w stanie skutecznie wypełnić swoich obowiązków z powodu braku pełnych i obiektywnych informacji na temat wszystkich okoliczności i faktów, które doprowadziły do obecnej sytuacji Spółki. Podkreślili, że ich rezygnacja jest najbardziej odpowiednim działaniem, aby umożliwić niezależny i przejrzysty proces rozwiązywania problemów.

O tym, że największa polska giełda kryptowalut może mieć poważne problemy z płynnością, napisały na początku kwietnia media. Analiza, do której dotarły money.pl i Wirtualna Polska, ujawniła spadek rezerw bitcoinów giełdy Zondacrypto o 99 proc. Użytkownicy zgłaszają problemy z wypłatą środków - podali dziennikarze. Natomiast prezes Zondacrypto Przemysław Kral w oświadczeniu zapewnił, że Zondacrypto jest stabilnym, wypłacalnym i bezpiecznym podmiotem, a analiza money.pl jest "błędna, nieprawdziwa i krzywdząca".

Do giełdy Zondacrypto należy portfel 4,5 tys. bitcoinów warty ponad 300 mln dol., ale - jak poinformował w czwartek Kral - klucze do nich ma zaginiony Sylwester Suszek, założyciel giełdy BitBay, poprzedniczki Zondacrypto. Suszek, określany mianem "króla kryptowalut", zaginął w marcu 2022 r.

Śledztwo ws. możliwego oszustwa klientów giełdy kryptowalut Zondacrypto wszczęła Prokuratura Regionalna w Katowicach. Według śledczych łączna wysokość szkód wynosi obecnie nie mniej niż 350 mln zł.

Przed nieudanym głosowaniem w Sejmie ws. prezydenckiego weta do ustawy o rynku kryptoaktywów premier Donald Tusk powiedział z mównicy, że za "uporczywym blokowaniem ustawy", która umożliwiłaby Polsce zapobieganie takim sytuacjom, jak wokół giełdy Zondacrypto, stoi cierpienie i dramat kilkudziesięciu tysięcy osób. Dodał, że "wielka kariera" Zondacrypto zaczęła się w 2022 r. z nowym szefem, za pieniądze - jak oświadczył szef rządu powołując się na informację polskich służb - rosyjskiej mafii.

Premier przekazał, że - według szacunków - poszkodowanych w związku z działalnością Zondacrypto może być nawet 30 tysięcy ludzi.

"Polska zasługuje na miejsce w G20". Ważny głos szefowej MFW

15 kwietnia 2026, 06:25

Środa, 15 kwietnia (06:25)

"Polska - wszystkiego najlepszego" - powiedziała szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Kristalina Georgiewa. Wcześniej gratulowała Polakom sukcesów. Zdradziła, że nauczyła się jeździć w Polsce... to był mały Fiat.

  • Szefowa MFW, Kristalina Georgiewa, złożyła Polakom życzenia i pogratulowała sukcesów.
  • Podkreśliła, że Polska zasługuje na miejsce w G20 jako jedna z 20 największych gospodarek świata według PKB.
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

Polska zasługuje na miejsce w G20 - podkreśla szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Kristalina Georgiewa. Wystąpiła ona w nocy czasu polskiego na przyjęciu w polskiej ambasadzie w Waszyngtonie z okazji 40-lecia powrotu Polski do instytucji z Bretton Woods, MFW i Banku Światowego.

Wspomniała swoją pierwszą wizytę w Polsce - jako młoda profesor. Był rok 1980. W sklepach nie było absolutnie nic. A przyjmowanie gości w tamtym czasie nie było łatwym zadaniem. Ale zawsze można było ufać, że Polacy znajdą rozwiązanie każdego problemu. Co więc zrobili? Zaproponowali nam prawo jazdy - i to właśnie w Polsce, na małym polskim Fiacie, nauczyłam się prowadzić samochód - powiedziała. 

Dziś używamy waszego przykładu, gdy staramy się przekonać inne kraje do podejmowania trudnych reform - podkreśliła. 

Szefowa MFW dodała, że droga Polski od momentu ponownego przystąpienia do Funduszu w 1986 r. - obciążonej wówczas 31 mld dolarów długu - do pozycji jednej z najszybciej rozwijających się gospodarek europejskich pozostaje wzorcem, który instytucja przywołuje, przekonując inne kraje do trudnych reform. Dochód na mieszkańca wzrósł w tym czasie z 40 do 80 proc. średniej unijnej, a nierówności maleją wraz z rozwojem gospodarki - zauważyła Georgiewa, dodając, że Polska będzie wyznaczać przykład innym europejskim gospodarkom.

Obecnie doświadczamy wpływu wojny na Bliskim Wschodzie na gospodarkę światową - ceny rosną, wzrost spowalnia. W waszym regionie wojna w Ukrainie nadal nie tylko niszczy życie ludzi, ale ma też negatywny wpływ na cały region. Ufam, że wasze ciężko wypracowane członkostwo w G20 - do którego należycie jako 20. największa gospodarka świata pod względem PKB -  będzie kolejną okazją dla Polski do przewodzenia - podkreśliła. 

Georgiewa zaznaczyła, że często powołuje się na "polskie doświadczenie" i "polski cud" w rozmowach z przywódcami państw, w tym ostatnio z prezydentem Argentyny Javierem Mileim po jego wyborze, przekonując go, że "terapia szokowa rzeczywiście działa, trzeba tylko mieć wolę, by ją zastosować".

Magyar chce wprowadzić Węgry do strefy euro. KE oceni szanse

14 kwietnia 2026, 16:10

Wtorek, 14 kwietnia (16:10)

​Komisja Europejska przedstawi latem ocenę postępów państw UE spoza strefy euro na drodze do przyjęcia wspólnej waluty - przekazał we wtorek rzecznik KE Balazs Ujvari. Wśród tych krajów są Węgry, gdzie Peter Magyar - lider partii, która w niedzielę wygrała tamtejsze wybory parlamentarne - chce przyjęcia euro.

  • Peter Magyar chce wprowadzenia euro na Węgrzech.
  • Latem KE przedstawi ocenę postępów państw UE spoza strefy euro na drodze do przyjęcia wspólnej waluty.
  • Wprowadzenie euro jako waluty jest obowiązkiem niemal wszystkich krajów UE. Nie ma jednak narzuconego terminu.
  • Bądź na bieżąco! Wejdź na RMF24.pl.

Peter Magyar - lider partii TISZA, która wygrała w niedzielę wybory parlamentarne na Węgrzech - już w kampanii wyborczej deklarował chęć wprowadzenia swojego kraju do strefy euro. To jego postulat w ramach planowanego "powrotu kraju do Europy".

Chęć zastąpienia węgierskiego forinta wspólną europejską walutą potwierdził również na poniedziałkowej, powyborczej konferencji prasowej.

Tymczasem po zwycięstwie partii Magyara w wyborach parlamentarnych węgierski forint umocnił się do poziomu niespotykanego od czterech lat.

Do strefy euro należy obecnie 21 państw UE. Grono to rozszerzyło się z początkiem roku, kiedy dołączyła do niego Bułgaria. Sześć państw UE pozostaje przy własnych walutach. Poza Węgrami są to: Czechy, Dania, Polska, Rumunia i Szwecja.

Rzecznik KE Balazs Ujvari przypomniał, że wszystkie państwa członkowskie - z wyjątkiem Danii, która wynegocjowała umowę o wyłączeniu - są prawnie zobowiązane do przystąpienia do strefy euro. Zaznaczył jednak, że nie ma narzuconego harmonogramu w tej sprawie i poszczególne kraje "same dostosowują swoją ścieżkę do euro".

Jak wyjaśnił rzecznik Ujvari, Komisja Europejska ocenia postępy państw członkowskich spoza strefy euro w procesie przyjmowania tej waluty i swoje wnioski przedstawia w raporcie konwergencji. Jest on przygotowywany co dwa lata.

Ostatnim razem został on sporządzony w czerwcu 2024 r. Kolejny raport zostanie więc opublikowany w tym roku, latem - zaznaczył rzecznik KE.

Państwo, aby wejść do strefy euro musi spełnić cztery kryteria, zwane konwergencyjnymi. To przede wszystkim stabilność cen - niska inflacja. Warunki dotyczą także stabilności finansów publicznych - deficyt budżetowy musi być poniżej 3 proc. PKB, a dług publiczny poniżej 60 proc. PKB.

Ponadto wymagana jest stabilność kursu walutowego - chodzi o udział w tzw. mechanizmie ERM II, tzw. poczekalni strefy euro, przez co najmniej dwa lata bez poważnych zaburzeń kursowych. Konieczna jest także zbieżność długoterminowych stóp procentowych - średnia nominalna długoterminowa stopa procentowa może być wyższa o maksymalnie 2 pkt proc. od średniej stóp procentowych w trzech krajach UE o najniższej inflacji.

Setki lotów odwołano. Fatalne wieści dla pasażerów

14 kwietnia 2026, 11:20
  • Wtorek, 14 kwietnia (11:20)

    Strajk pilotów Lufthansy sparaliżował największe lotniska w Niemczech. W poniedziałek i wtorek we Frankfurcie odwołano ponad 1,1 tys. lotów, a w Monachium - 710. Akcja protestacyjna ma zakończyć się we wtorek, jednak od środy zapowiedziano już dwudniowy strajk personelu pokładowego przewoźnika. Pasażerowie muszą liczyć się z poważnymi utrudnieniami.

    • Z powodu strajku pilotów Lufthansy w poniedziałek i wtorek odwołano ponad 1,1 tys. lotów we Frankfurcie nad Menem.
    • Na lotnisku w Monachium odwołano 710 startów i lądowań.  
    • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

    Strajk pilotów Lufthansy rozpoczął się w poniedziałek i ma potrwać do wtorku. Łącznie strajk ma dotknąć dziesiątki tysięcy pasażerów.

    Wcześniej piloci protestowali 12 lutego i przez dwa dni w marcu. Wtedy w jednym dniu odwołano ponad 800 lotów, co dotknęło około 100 tys. pasażerów.

    Obecny strajk pilotów, zorganizowany przez związek zawodowy VC, koncentruje się na sporach płacowych, w tym dotyczących firmowego systemu emerytalnego oraz wynagrodzeń w regionalnej spółce zależnej Lufthansy CityLine.

    Równolegle związek zawodowy Ufo wezwał w poniedziałek personel pokładowy Lufthansy do strajkowania w środę i czwartek.

    Będzie to drugi strajk personelu pokładowego Lufthansy w tym miesiącu. Poprzedni odbył się w piątek, a po jego zakończeniu strony nie znalazły porozumienia. Przyczyną strajku jest niezadowolenie pracowników z rozmów dotyczących umowy zbiorowej, której stawką jest ok. 800 miejsc pracy.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Strajk wielkiego przewoźnika. Niepokojące informacje dla polskich pasażerów

9 kwietnia 2026, 06:36

Wczoraj, 9 kwietnia (06:36)

Na piątek zaplanowano strajk personelu pokładowego Lufthansy - poinformował związek zawodowy Ufo. Niemiecki przewoźnik będzie odwoływał loty, a zakłócenia dotyczyć będą prawdopodobnie też lotów tej linii do i z Polski.

  • Personel pokładowy Lufthansy zapowiedział strajk na piątek.
  • Jakie lotniska obejmie? Co to oznacza dla pasażerów?
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

Jak poinformowano, strajkiem objęte są wszystkie odloty Lufthansy z lotnisk we Frankfurcie nad Menem i Monachium. To główne huby przewoźnika, stąd także pasażerowie na innych lotniskach muszą liczyć się z odwoływanymi lotami.

Ponadto strajk obejmie wszystkie odloty regionalnej linii Lufthansa CityLine z lotnisk we Frankfurcie nad Menem, Monachium, Hamburgu, Bremie, Stuttgarcie, Kolonii, Duesseldorfie, Berlinie i Hanowerze.

"Święta Wielkanocne celowo wyłączyliśmy ze strajku, by ograniczyć skutki dla podróżnych do minimum. Jesteśmy jednak świadomi, że mimo to mogą wystąpić utrudnienia przy powrotach ze świąt i bardzo tego żałujemy" - czytamy w oświadczeniu przewodniczącego związku Ufo, Joachima Vazqueza Buergera.

Jego zdaniem strajku można było uniknąć, a "odpowiedzialność spoczywa na Lufthansie, która do tej pory nie przedstawiła nawet oferty nadającej się do negocjacji". Przyczyną protestu personelu pokładowego jest niezadowolenie z rozmów dotyczących umowy zbiorowej, której stawką jest ok. 800 miejsc pracy.

To trzeci duża akcja protestacyjna w Lufthansie w tym roku. W marcu przez dwa dni strajkowali piloci tego przewoźnika, domagając się wyższych składek emerytalnych.

Ich poprzedni strajk miał miejsce 12 lutego. Wtedy w jednym dniu odwołano ponad 800 lotów, co dotknęło około 100 tys. pasażerów.

Jakie ceny ropy? Błyskawiczna reakcja po zawieszeniu broni

8 kwietnia 2026, 07:19

Jakie ceny ropy? Błyskawiczna reakcja po zawieszeniu broni

Środa, 8 kwietnia (07:19)

Światowe rynki szybko zareagowały na ogłoszenie przez Donalda Trumpa zawieszenia broni w wojnie z Iranem. Ceny ropy naftowej w środę bardzo mocno spadają - najsilniej od niemal 6 lat.

  • Ceny ropy naftowej w środę gwałtownie spadły. Tego nie było od lat.
  • To efekt ogłoszenia przez Donalda Trumpa zgody na dwutygodniowe zawieszenie broni z Iranem, pod warunkiem natychmiastowego otwarcia Cieśniny Ormuz.
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

Baryłka ropy West Texas Intermediate w dostawach na V kosztuje na NYMEX w Nowym Jorku 96,20 USD. To obniżka o 14,83 proc.

Brent na ICE na VI jest wyceniana po 94,46 USD za baryłkę, czyli niżej o 13,55 USD.

Ceny ropy bardzo mocno spadają i są poniżej 100 USD za baryłkę po tym, jak prezydent USA Donald Trump ogłosił, że zgodził się na pakistańską propozycję dwutygodniowego zawieszenia broni pod warunkiem, że Iran zgodzi się na natychmiastowe otwarcie cieśniny Ormuz.

Iran zapowiedział, że pozwoli na żeglugę tym szlakiem "w koordynacji z siłami zbrojnymi Iranu".

"Na podstawie rozmów z premierem (Pakistanu - red.) Shehbazem Sharifem i marszałkiem Asimem Munirem, w których zwrócili się do mnie z prośbą o wstrzymanie wysłania niszczycielskich sił do Iranu dziś wieczorem, pod warunkiem, że Islamska Republika Iranu zgodzi się na CAŁKOWITE, NATYCHMIASTOWE i BEZPIECZNE OTWARCIE Cieśniny Ormuz, zgadzam się zawiesić bombardowanie i ataki na Iran na okres dwóch tygodni" - napisał Trump na platformie Truth Social.

Dodał, że rozejm będzie obustronny, a powodem zgody z jego strony "jest duży postęp w rozmowach na temat długoterminowego POKOJU" z Iranem.

"Otrzymaliśmy 10-punktową propozycję od Iranu i uważamy, że stanowi ona praktyczną podstawę do negocjacji. Prawie wszystkie kwestie sporne z przeszłości zostały uzgodnione między Stanami Zjednoczonymi a Iranem, a okres dwóch tygodni pozwoli na sfinalizowanie i zawarcie Porozumienia" - poinformował prezydent USA.

Analitycy oceniają, że musiałoby się wydarzyć coś niezwykłego, aby ceny ropy spadły jeszcze mocniej - poniżej 80 USD za baryłkę.

"Musiałoby się wydarzyć coś naprawdę niesamowitego, aby zejść z cenami ropy poniżej 80 USD za baryłkę" - powiedział w Bloomberg TV Jason Schenker, główny ekonomista Prestige Economics LLC.

"Ale wszystko, co pójdzie nie tak w tych rozmowach USA i Iranu o zawieszeniu broni, może bardzo szybko sprawić, że ceny ropy powrócą powyżej 100 USD za baryłkę" - ostrzegł.

Analitycy wskazują, że po porozumieniu ws. zawieszenia broni spadają też ceny produktów rafinowanych, a europejskie kontrakty na diesel spadły nawet o 23 proc. - najmocniej od ponad 4 lat. "Mieliśmy rynek, na którym brakowało dobrych wiadomości" - powiedział Josh Gilbert, analityk eToro.

"Teraz obserwujemy natychmiastową wyprzedaż ropy, a ceny spadły poniżej 100 USD za baryłkę, ponieważ rynki wyceniają perspektywę ponownego otwarcia cieśniny Ormuz" - dodał.

"To pokazuje, jak duże ryzyko geopolityczne było wliczone w cenę ropy i jak szybko może ono zniknąć, gdy pojawi się wiarygodna ścieżka deeskalacji konfliktu" - podkreślił.

Ceny ropy, pomimo dużych spadków w środę, są i tak wyższe o ponad 40 proc., niż przed rozpoczęciem konfliktu USA i Izraela z Iranem pod koniec lutego.

Z Dubaju do Mediolanu. Czym włoskie miasto kusi najbogatszych?

7 kwietnia 2026, 15:31

Wtorek, 7 kwietnia (15:31)

Mediolan staje się nowym celem dla superbogatych, którzy jeszcze niedawno jako miejsce do życia wybierali Dubaj. Powodem są zarówno obawy o bezpieczeństwo w związku z wojną na Bliskim Wschodzie, jak i atrakcyjne włoskie przepisy podatkowe.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Wizerunek Mediolanu jako miasta sprzyjającego bogatym opisał brytyjski "The Guardian", skupiając się na zamożnych obywatelach Wielkiej Brytanii.

Włochy oferują najlepsze warunki - mówi Armand Arton, konsultant pomagający miliarderom w relokacji. Ekspert wskazuje m.in. na wyjątkowo korzystne kwestie finansowe.

Od 2017 roku Włochy oferują zagranicznym rezydentom podatek liniowy. Dziś to 300 tys. euro rocznie od wszystkich dochodów zagranicznych. Dla najbogatszych to niewielka kwota - podkreśla "The Guardian". Wzrost zainteresowania włoskim systemem zbiegł się z końcem brytyjskiego odpowiednika, który pozwalał np. nie płacić podatku w Wielkiej Brytanii od pieniędzy zarobionych za granicą czy przekładać decyzję, które dochody opodatkować.

Włochy to piękny kraj, Mediolan ma rozwinięty sektor usług finansowych. Wiele rzeczy, które czynią Londyn atrakcyjnym, ma również Mediolan - przyznaje Marc Acheson z firmy doradczej Utmost Wealth Solutions.

Według szacunków Maisto e Associati, włoskiej kancelarii prawnej specjalizującej się w podatkach, do włoskiego systemu podatku liniowego przystąpiło do tej pory około 5000 osób. Początkowo wielu wnioskodawców stanowili Włosi mieszkający w Londynie. Obecnie kolejna fala zainteresowania napływa z krajów Zatoki Perskiej.

"The Guardian" wskazał również, że w oczach inwestorów rośnie stabilność polityczna Włoch, mimo początkowego sceptycyzmu wobec rządów premier Meloni.

Zainteresowanie Mediolanem wpływa również na rynek nieruchomości.

Ceny mieszkań w stolicy Lombardii wzrosły o 38 proc. w ciągu ostatnich pięciu lat - wynika z danych, na które powołuje się cytowane medium. Średnia cena za metr kwadratowy w listopadzie 2025 wyniosła 5 171 euro. Mediolan stał się pod tym względem droższy niż Wenecja.

Diletta Giorgolo z mediolańskiego biura nieruchomości Sotheby’s szacuje, że obecnie na rynku jest od 30 do 40 proc. więcej międzynarodowych nabywców niż jeszcze dwa lata temu.

Włosi kuszą także programem zwanym "Il rientro dei cervelli" (wł. Powrót mózgów), który pozwala nowym lub powracającym mieszkańcom Włoch, spełniającym określone kryteria, płacić podatek od zaledwie 50 proc. swoich dochodów przez pięć lat.

W zeszłym roku ówczesny premier Francji François Bayrou oskarżył Włochy o "dumping podatkowy". Giorgia Meloni odrzuciła te zarzuty jako "całkowicie bezpodstawne".

Eksperci zauważają, że wzrost liczby ekspatów wpływa na życie miasta przez cały rok. W Mediolanie powstają nowe galerie, luksusowe hotele i kluby członkowskie. Via Monte Napoleone stała się jedną z najdroższych ulic handlowych świata, a prywatne kluby, jak Casa Cipriani czy Soho House, otwierają nowe filie. Podobne zmiany zachodzą w Rzymie.

Jestem przekonany, że Dubaj odbuduje się po obecnych wątpliwościach dotyczących bezpieczeństwa - mówi jednak cytowany Armand Arton. Ekspert wskazał, że metropolia w Zjednoczonych Emiratach Arabskich nie będzie odpowiadać każdemu, ale "niewiele jest innych miejsc na świecie, które oferują takie samo połączenie możliwości i jakości życia".

Komisja Europejska proponuje zmiany w systemie handlu emisjami

1 kwietnia 2026, 12:42
  • Środa, 1 kwietnia (12:42)

    Komisja Europejska zaproponowała wstrzymanie automatycznego unieważniania uprawnień do emisji CO2, które są przechowywane w rezerwie systemu handlu emisjami ETS, jeśli ich liczba przekroczy 400 mln. Celem tej zmiany jest zwiększenie liczby dostępnych pozwoleń na rynku, co może przełożyć się na obniżenie ich cen.

    • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

    Propozycja przedstawiona w środę dotyczy rezerwy stabilności rynkowej, która odpowiada za regulowanie podaży uprawnień do emisji CO2. System ten zmniejsza wolumen uprawnień przeznaczonych na aukcje, by usunąć nadwyżkę uprawnień w systemie i tym samym utrzymywać ich cenę na odpowiednio wysokim poziomie. Do tej pory pozwolenia trzymane w rezerwie były automatycznie usuwane, jeśli łączna liczba uprawnień w obiegu była większa niż 400 mln.

    KE zaproponowała w środę zmianę mającą na celu wstrzymanie procesu unieważniania uprawnień, jeśli ich liczba przekroczy 400 mln.

    Po Wielkanocy KE przedstawi też propozycję, która ma doprowadzić do zwiększenia liczby darmowych uprawnień w systemie. Na lipiec Komisja zapowiada zmiany w dyrektywie ETS, która ma przygotować system na kolejną dekadę. Wówczas zapadnie decyzja, czy UE w ogóle zrezygnuje z wycofania darmowych pozwoleń z systemu.

    Komisja Europejska została poproszona o wprowadzenie zmian w systemie ETS przez przywódców UE na szczycie 19 marca. Zabiegali o to liderzy ponad 10 państw członkowskich, w tym Polski, Włoch, Austrii, Belgii, Czech, Węgier i Grecji.

    ETS do poprawki. Propozycje UE głównie dla bogatych?

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Zmieniali ceny paliw co kilka minut. Drastyczna decyzja rządu

1 kwietnia 2026, 10:11

Środa, 1 kwietnia (10:11)

Niemiecki rząd zdecydował, że od środy stacje benzynowe mogą podnosić ceny paliw tylko raz dziennie, w południe. Obniżki cen możliwe są natomiast w każdej chwili. Za naruszenie nowych zasad grożą kary do 100 tys. euro.

  • Od środy w Niemczech stacje benzynowe mogą podnosić ceny paliw tylko raz dziennie, dokładnie w południe.
  • Nowe przepisy mają ustabilizować rynek paliw po wybuchu wojny USA i Izraela z Iranem. 
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

Rząd Niemiec zdecydował się na wprowadzenie takich zasad w obliczu niestabilności na rynku paliw w związku z wojną Izraela i USA przeciwko Iranowi. Bundestag przegłosował ustawę w tej sprawie.

Nowy model, wzorowany na systemie obowiązującym w Austrii, przewiduje możliwość podwyższania cen na stacjach benzynowych tylko raz dziennie, o godz. 12. 

Więcej niż jedna podwyżka może skutkować karą 100 tys. euro. Liczba obniżek jest nieograniczona.

Eksperci są podzieleni w ocenach, czy nowe rozwiązanie będzie skutkować w Niemczech tańszą benzyną dla kierowców. Rząd oceni zmiany po roku.

Urzędnicy mają nadzieję, że nowe prawo zwiększy przejrzystość. W Niemczech zdarzało się wcześniej, że stacje benzynowe zmieniały ceny nawet kilkadziesiąt razy dziennie, nierzadko w ciągu kilku minut. Prowadziło to do sytuacji, gdy dla wielu kierowców cena przed wjazdem na stację była inna od tej, jaką chwilę później widzieli na dystrybutorze.

Kanclerz Friedrich Merz nie wyklucza kolejnych kroków, oceniając, że wprowadzony w życie pakiet "nie wystarczy, aby obniżyć ceny do poziomu akceptowalnego dla konsumentów". 

Wśród rozważanych rozwiązań są: czasowe obniżenie podatku energetycznego, wyższa ulga dla dojeżdżających do pracy, wprowadzenie maksymalnych cen paliw oraz podatek od nadzwyczajnych zysków nakładany na koncerny.

Od wejścia w życie w Polsce regulacji o maksymalnych cenach paliw niemieccy kierowcy ruszyli na przygraniczne stacje benzynowe. Przy dystrybutorach w Osinowie Dolnym (województwo pomorskie) i Zasiekach (województwo lubuskie) ustawiały się długie kolejki, opisywane przez regionalne dzienniki, m.in. "Maerkische Oderzeitung" i "Lausitzer Rundschau". Media zwracają uwagę na znaczną różnicę cen paliw między Polską a Niemcami, sięgającą średnio ponad 60 eurocentów za litr.

Od 28 lutego, gdy USA i Izrael rozpoczęły wojnę przeciwko Iranowi, ceny paliw w Niemczech często przekraczają 2 euro za litr.

Zagrożenia turystyką paliwową nie obserwujemy. Ze strony zachodniej to może być większe - mówił we wtorek w Porannej rozmowie w RMF FM minister energii Miłosz Motyka. Dodał, że jeżeli turystyka paliwowa będzie się nasilała, to rząd nie wyklucza działań związanych z ochroną naszego rynku. 

KE o Polsce i SAFE. Wiadomo, jaką zaliczkę możemy dostać po podpisaniu umowy

11 marca 2026, 13:24

Wczoraj, 11 marca (13:24)

Rzecznik Komisji Europejskiej Thomas Regnier poinformował, że po podpisaniu umowy z Polską Komisja Europejska może wypłacić zaliczkę w wysokości do 15 proc. "Polski plan w ramach programu SAFE został zatwierdzony w rekordowym tempie, teraz musimy go zrealizować i wdrożyć, dla Polski, Ukrainy i bezpieczeństwa całej Unii Europejskiej" - oświadczył.

  • Rzecznik Komisji Europejskiej powiedział, że nie będzie ona wnikać w polityczne debaty w Polsce dotyczące warunków otrzymania środków z programu SAFE.
  • Po podpisaniu umowy Polska może otrzymać zaliczkę do 15 proc. z przyznanej kwoty, czyli ok. 6,55 mld euro - około 28 mld zł.
  • Decyzja prezydenta Karola Nawrockiego dotycząca ustawy wdrażającej SAFE jest oczekiwana do 20 marca. Jednocześnie trwa dyskusja o alternatywnym "polskim SAFE 0 proc.".
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Rzecznik Komisji Europejskiej Thomas Regnier został zapytany, jakie warunki powinien spełnić polski rząd, by otrzymać pieniądze z programu pożyczek na obronę SAFE. Odpowiedział, że nie będzie wnikać w kwestie warunkowości. Dodał, że Komisja Europejska nie będzie się też angażować w debatę polityczną w Polsce.

Wolę skupić się na kolejnych krokach. Jakie są konkretne kolejne kroki w odniesieniu do 16 planów, które zostały już zatwierdzone (...), w tym planu Polski? Następnym krokiem będzie podpisanie, wspólnie z państwami członkowskimi, indywidualnych umów pożyczkowych - powiedział.

Dodał że Komisja Europejska mogłaby następnie wypłacić zaliczki sięgające 15 proc., aby projekty mogły ruszyć na szczeblu krajowym. Regnier przypomniał, że Polska jest największym beneficjentem programu SAFE, w ramach którego przyznano jej 43,7 mld euro z puli 150 mld euro. Jak podaje Narodowy Bank Polski, kurs euro na dziś - 11 marca - wynosi około 4,35 zł. Licząc ten kurs, 15 proc. z 43,7 mld euro to 6,555 mld euro, czyli ok. 28,11 mld zł.

Polska jest filarem europejskiego programu Straży Wschodniej Flanki (program obrony regionu Eastern Flank Watch - przyp. red.) - powiedział Regnier. Dodał, że Polska przedstawiła też "bardzo solidny krajowy plan SAFE, który został zatwierdzony zarówno przez Komisję, jak i Radę w rekordowym czasie". Teraz musimy go zrealizować i wdrożyć, dla Polski, dla Ukrainy i dla bezpieczeństwa całej UE. Nie będziemy jednak na tym etapie angażować się w debaty polityczne, które toczą się na szczeblu krajowym w Polsce - zaznaczył.

Do 20 marca prezydent Karol Nawrocki ma czas na podjęcie decyzji w sprawie ustawy wdrażającej unijny program SAFE, która zakłada stworzenie funduszu w BGK do obsługi środków z unijnych pożyczek. Prezydent wraz z prezesem NBP Adamem Glapińskim zaproponował alternatywę do unijnego SAFE - "polski SAFE 0 proc.". Wedle tej propozycji w BGK miałby zostać utworzony Polski Fundusz Inwestycji Obronnych, finansowany z zysku Narodowego Banku Polskiego. Premier Donald Tusk określił ten pomysł mianem "SAFE zero złotych", a marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty poinformował dzisiaj, że Sejm nie zajmie się na razie prezydenckim projektem ustawy o SAFE 0 proc. dopóki prezydent nie zdecyduje, czy zaakceptuje, czy zawetuje program unijny.

Węgry uwalniają rezerwy. Zakaz eksportu ropy i paliw

10 marca 2026, 09:55
  • Budapeszt zaostrza politykę paliwową. Władze Węgier zakazały eksportu ropy naftowej i niektórych paliw oraz zdecydowały o uruchomieniu części rezerw – poinformowała agencja Reutera. Decyzje tłumaczone są sytuacją na globalnym rynku paliw po wybuchu wojny USA i Izraela z Iranem, a także problemami z importem ropy z Rosji.

    • Węgry wprowadzają zakaz eksportu ropy naftowej, oleju napędowego i benzyny.
    • Władze w Budapeszcie zdecydowały o uwolnieniu części rezerw paliwowych na 45 dni.
    • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

    Informację na temat działań rządu Węgier opublikował na Facebooku minister gospodarki Marton Nagy. 

    Zakaz eksportu obejmuje ropę naftową, olej napędowy oraz benzynę. Dodatkowo władze w Budapeszcie zdecydowały o uwolnieniu rezerw paliwowych wystarczających na 45 dni.

    Premier Węgier Viktor Orban zapowiedział wprowadzenie limitów cen, które mają chronić indywidualnych konsumentów i firmy przed skutkami wzrostu cen ropy naftowej na światowych rynkach. Obniżone ceny mają obowiązywać dla pojazdów zarejestrowanych na Węgrzech.

    Sytuacja sektora paliwowego na Węgrzech jest spowodowana zarówno wysokimi cenami ropy naftowej wynikającymi z wojny z Iranem, jak również wstrzymaniem dostaw rosyjskiej ropy naftowej po uszkodzeniu rurociągu Przyjaźń na skutek ataków rosyjskich dronów na przepompownię ropy na terytorium Ukrainy.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

❌