Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 13 czerwca 2026 Fakty - Fakty - najświeższe wiadomości z kraju i świata - RMF24

Chińska porcelana i żyrandole na dnie morza. Ten wrak leżał tam blisko 300 lat

Przez setki lat spoczywał nienaruszony w całkowitych ciemnościach na głębokości 600 metrów. U wybrzeży Norwegii odkryto XVIII-wieczny wrak, który skrywa niespotykany dotąd w północnej Europie ładunek. Na dnie morza odnaleziono luksusowe towary, ale naukowców najbardziej intryguje jedno pytanie: co stało się z załogą?

Wrak statku, który przez setki lat spoczywał nietknięty na głębokości 600 metrów u południowych wybrzeży Norwegii, został niedawno odnaleziony przez właściciela firmy zajmującej się wydobyciem wraków. O odkryciu poinformowało Norweskie Muzeum Morskie, które od razu rozpoczęło prace archeologiczne. Statek, datowany na połowę XVIII wieku, przewoził wyjątkowy ładunek, niespotykany dotychczas w żadnym innym wraku w północnej Europie.

Wśród znalezisk znajdują się porcelanowe miski oraz kielichy, tekstylia, zboże, a także części żyrandoli. Wszystko to wydobywane jest z pomocą nowoczesnych dronów podwodnych, wyposażonych w kamery i robotyczne ramiona, które ostrożnie podnoszą artefakty z dna morza.

To znalezisko jest nie tylko niezwykłe, ale także ma ogromną wartość naukową i świadczy o ważnym postępie technologicznym w archeologii podwodnej - podkreślił norweski minister klimatu i środowiska, Andreas Bjelland Eriksen.

Prace na takiej głębokości to ogromne wyzwanie logistyczne i technologiczne. Zespół archeologów musi przez wiele godzin płynąć łodzią, by dotrzeć na miejsce, a następnie polegać na zdalnie sterowanych maszynach, które penetrują wrak w całkowitej ciemności. Każde wydobycie wymaga precyzji i ostrożności, ponieważ znaleziska są bardzo delikatne.

Misja wydobycia skarbów zależy nie tylko od zaawansowanego sprzętu, lecz także od dobrej pogody. Tak daleko od brzegu nie ma miejsca na pomyłki czy przestoje. Badacze podkreślają, że nie istnieją porównywalne projekty realizowane na takiej głębokości w północnej Europie, a każda kolejna operacja wymaga modyfikacji dotychczasowych metod archeologicznych.

Konstrukcja statku jest wciąż dobrze zachowana. Wrak stoi niemal pionowo na kile, a w pobliżu dziobu odnaleziono dwie kotwice i rury kotwiczne. Na rufie widoczny jest koniec stępki rufowej, jednak brakuje steru. Kadłub statku wciąż zachował swój kształt, z widocznymi elementami konstrukcyjnymi wewnętrznymi i zewnętrznymi. To, jak duża część statku jest zakopana w piasku i mule, pozostaje niejasne.

Nie odnaleziono żadnych armat, co sugeruje, że była to jednostka handlowa, a nie wojskowa. Wciąż nie wiadomo, co było przyczyną zatonięcia - czy była to burza, czy może inne dramatyczne wydarzenie na morzu. Statki tego typu miały zazwyczaj załogę liczącą pięć lub sześć osób. Tajemnicą pozostaje, czy załoga zdołała się uratować, czy też morze stało się ich ostatecznym miejscem spoczynku.

Wrak kryje w sobie niezwykłą kombinację ładunku - luksusowe żyrandole, prawdopodobnie pochodzenia niemieckiego lub angielskiego, chińską porcelanę oraz zboże.

Porcelana pochodzi z Chin i reprezentuje typowe dla epoki wyroby, które wówczas cieszyły się wielkim zainteresowaniem wśród europejskich elit oraz rodzącej się klasy średniej.

Interesującym znaleziskiem jest też kubek z pozostałością monogramu na spodzie, który może pomóc w identyfikacji właściciela lub klienta.

Wśród ładunku znalazło się także zboże, z którego próbki trafiły już do analizy DNA. Badacze chcą ustalić, czy pochodzi ono z regionu Morza Bałtyckiego, który w XVIII wieku był spichlerzem północnej Europy.

Na razie nie udało się ustalić, skąd dokładnie pochodził statek i dokąd zmierzał. Jedną z poszlak jest cegła z Lubeki, znaleziona w kuchni statku, jednak nie daje ona jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o port macierzysty. Archeolodzy liczą, że kolejne znaleziska pozwolą ustalić trasę, jaką pokonała jednostka oraz jej nazwę.

Według zebranych dowodów statek zatonął około 1750 roku, w czasach głębokich przemian politycznych, gospodarczych i społecznych w północnej Europie. 

Odnalazł ciało żony w paszczy gigantycznego pytona

  • Dzisiaj, 13 czerwca (13:58)

    Tragedia na indonezyjskiej wyspie Taliabu, należącej do archipelagu Moluki. 44-letnia kobieta padła ofiarą potężnego pytona siatkowego - niemal ośmiometrowego węża dusiciela. Do ataku doszło na jednej z lokalnych plantacji.

    • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

    Mąż wyruszył na poszukiwania kobiety, gdy nie wróciła do domu po tym, jak wyszła zagonić bydło - poinformowali miejscowi policjanci. W okolicy plantacji na mężczyznę czekał przerażający widok - dostrzegł ogromnego, blisko ośmiometrowego pytona owiniętego wokół ciała żony. 

    Wąż próbował już połknąć swoją ofiarę. Mężczyzna natychmiast zareagował - ostrym narzędziem zabił pytona i uwolnił ciało kobiety. Niestety, na ratunek było już za późno.

    Tragiczne zdarzenie wstrząsnęło całą społecznością. To nie pierwszy tego typu przypadek w Indonezji - pytony siatkowe zaliczane są do największych węży na świecie i są powszechnie spotykane zarówno w lasach, jak i na plantacjach oraz terenach wiejskich kraju. Od czasu do czasu dochodzi tam do dramatycznych ataków na ludzi - zwłaszcza w odległych, słabiej zaludnionych miejscach.

    Eksperci podkreślają, że pytony siatkowe zwykle polują na ssaki średniej wielkości, jednak wzrost ingerencji człowieka w ich naturalne środowisko zwiększa ryzyko niebezpiecznych spotkań.

    Pytony siatkowe potrafią dorastać nawet do 10 metrów długości. Choć ataki na ludzi nie są zbyt częste, ich ofiary zwykle nie mają szans na ucieczkę. Władze lokalne zapowiadają wzmożone kontrole i działania edukacyjne dotyczące bezpieczeństwa mieszkańców regionu.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Nazwisko Trumpa znika z Kennedy Center. Co na to sam prezydent?

Dzisiaj, 13 czerwca (13:41)

W sobotę nad ranem robotnicy rozpoczęli usuwanie nazwiska Donalda Trumpa z fasady sali koncertowej Kennedy Center w Waszyngtonie. Prace ruszyły kilka godzin po tym, jak sąd federalny odrzucił wniosek władz placówki o wstrzymanie wykonania wcześniejszego nakazu.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Wokół fragmentu elewacji, na którym widniało nazwisko amerykańskiego prezydenta, ustawiono rusztowania. Następnie ekipy techniczne przystąpiły do demontażu oznaczeń. Robotnicy zakończyli pracę około godz. 03:30 czasu lokalnego (09:30 czasu polskiego), pozostawiając jednak osłony z brezentu. Z tego powodu nie było od razu jasne, czy usunięto wszystkie litery tworzące nazwisko Trumpa - podała agencja AP.

Kontrowersje sięgają grudnia 2025 roku, kiedy wyznaczony przez Trumpa zarząd Kennedy Center zdecydował o zmianie oficjalnej nazwy obiektu na "Donald J. Trump and John F. Kennedy Center for the Performing Arts". Na fasadzie budynku umieszczono wówczas złote litery z nazwiskiem prezydenta nad dotychczasową nazwą centrum.

Rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt oświadczyła, że obiekt został nazwany na cześć Trumpa ze względu na "niewiarygodną pracę, jaką prezydent wykonał w ostatnim roku na rzecz ocalenia tego budynku".

29 maja sędzia Christopher Cooper uznał jednak zmianę nazwy za niezgodną z prawem. W wydanym orzeczeniu nakazał usunięcie w ciągu dwóch tygodni wszelkich odniesień do Trumpa - zarówno z fasady budynku, jak i ze strony internetowej instytucji.

Według sądu jedynie Kongres Stanów Zjednoczonych posiada kompetencje do zmiany nazwy instytucji. Nakaz obejmuje również usunięcie odniesień do innych osób niż patron centrum, czyli prezydent John F. Kennedy.

W odrębnej, ale związanej z całą sprawą decyzji sąd przychylił się do wniosku demokratycznej kongresmenki Joyce Beatty. Tymczasowo zablokowano plan zarządu zakładający zamknięcie sali koncertowej na dwa lata z powodu remontu.

Jednocześnie sędzia dopuścił prowadzenie niezbędnych prac modernizacyjnych, wskazując, że stan obiektu wymaga pilnych działań.

Trump zareagował zapowiedzią, że "będzie pracował z Kongresem nad przekazaniem mu" kontroli nad Kennedy Center.

Gangster największego kalibru zabity. Operacja dwóch państw

  • Dzisiaj, 13 czerwca (09:06)

    Wenezuelskie władze potwierdziły śmierć Héctora Rusthenforda Guerrero Floresa, znanego jako "Niño Guerrero" – przywódcy międzynarodowej organizacji przestępczej Tren de Aragua. Do zdarzenia doszło podczas wspólnej operacji sił Wenezueli i Stanów Zjednoczonych.

    • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

    Jak poinformowało w piątkowym komunikacie ministerstwo komunikacji i informacji Wenezueli, operacja wymierzona była w "zorganizowane struktury przestępcze". W trakcie działań doszło do starć z członkami gangu. W ich wyniku "zneutralizowano" samego lidera organizacji - Guerrero Floresa.

    Według strony amerykańskiej operacja miała charakter precyzyjnego uderzenia. Prezydent USA Donald Trump przekazał w serwisie Truth Social, że amerykańskie Dowództwo Południowe przeprowadziło "szybki i śmiercionośny atak", wymierzony bezpośrednio w przywódcę gangu. Dodał, że działania były "ściśle skoordynowane" z władzami w Caracas.

    Tren de Aragua (hiszp. Pociąg z Aragua) to jedna z najbardziej rozpoznawalnych i brutalnych organizacji przestępczych Ameryki Łacińskiej. Zajmuje się m.in. porwaniami, zabójstwami na zlecenie, handlem ludźmi, narkotykami i złotem oraz kradzieżami pojazdów. W ostatnich latach jej wpływy znacząco się rozprzestrzeniły w regionie, co wiązane jest m.in. z falą migracji Wenezuelczyków uciekających przed kryzysem gospodarczym i humanitarnym związanym z byłym już prezydentem Nicolasem Maduro.

    Po schwytaniu w styczniu przez siły amerykańskie były wenezuelski przywódca oskarżony jest o wieloletnie organizowanie przemytu kokainy do USA, w tym w ramach współpracy z organizacjami uznanymi przez USA za terrorystyczne, m.in. z Tren de Aragua.

    Sam 42-letni Guerrero Flores od lat był jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców w regionie. W 2025 roku został oskarżony w Nowym Jorku o kierowanie działalnością o charakterze terrorystycznym i przestępczym. USA wyznaczyły za informacje prowadzące do jego zatrzymania nagrodę w wysokości 5 mln dolarów.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Białoruś chce sprzedać, USA kupić. Opór Polski może nam zaszkodzić?

Dzisiaj, 13 czerwca (08:30)

Stany Zjednoczone mają naciskać m.in. na Polskę w sprawie wznowienia tranzytu białoruskich soli potasowych. Eksperci oceniają jednak, że mało realne jest uzależnianie przez Waszyngton obecności amerykańskich wojsk w Polsce od tej kwestii, zwłaszcza że ograniczenia wynikają z obowiązujących sankcji Unii Europejskiej.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

W maju br. nadające w kilku krajach europejskich Radio Wolna Europa dotarło do nieoficjalnego pisma Departamentu Stanu USA, zawierającego prośbę o odblokowanie korytarzy transportowych dla białoruskiego producenta nawozów potasowych (potażu), firmy Biełaruśkalij. Dokument miał zostać przekazany rządom Polski, Litwy i Ukrainy. Fakt otrzymania memorandum potwierdziły litewski i ukraiński MSZ.

Według Bloomberga Waszyngton miał naciskać na Kijów w tej sprawie, by Ukraina złagodziła własne restrykcje w tym zakresie, a także wpłynęła na państwa Unii Europejskiej w celu odblokowania tranzytu nawozów. Podczas oficjalnej wizyty w Wilnie 26 maja br. przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen przekazała jednak, że unijne restrykcje pozostają w mocy, ponieważ Bruksela nie widzi podstaw do zmiany polityki sankcyjnej wobec Mińska.

Wykładowca na Baltic Defence College i redaktor naczelny Defence24 Aleksander Olech pytany, czy Stany Zjednoczone mogą chcieć wykorzystywać argument związany z obecnością swoich wojsk w Polsce do wywarcia presji w sprawie tranzytu białoruskich nawozów, zaprzecza. Jedyne, co mogą chcieć teraz ugrać, to żeby Polska zaakceptowała opóźnienia niektórych dostaw sprzętu wojskowego i, jako wartościowy sojusznik, nie robiła z tego wielkich problemów - powiedział PAP Olech.

W wiązanie przez Amerykanów sprawy wojska i tranzytu nawozów wątpi też analityk programu amerykańskiego Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Andrzej Dąbrowski. Gdyby tak się stało, Donald Trump podważyłby swoją bardzo jasną deklarację, że do Polski zostanie skierowanych 5 tysięcy żołnierzy. Słowa prezydenta i administracji mają być święte. Dlaczego nagle mieliby stawiać na szali obecność swoich sił, swoje dobre imię i własną decyzję? I to w imię interesu nawet najlepszego współpracownika z sektora prywatnego czy jakiegoś towarzysza z życia prywatnego - ocenił ekspert.

Wyjaśnił, że luzowanie sankcji na białoruskie nawozy ma niewiele wspólnego z geopolityką, a jest wyłącznie biznesem. Odblokowanie transportu nawozów potasowych leży między innymi w osobistym interesie Donalda Trumpa ze względu na jego prywatne powiązania. To wyłącznie biznes i nie ma mowy o jakichś próbach wyłuskiwania Mińska spod wpływu Moskwy - podkreślił Dąbrowski.

Choć amerykańskie memorandum było skierowane także do Polski i Ukrainy, jego głównym adresatem jest Litwa. Pozbawiona dostępu do morza Białoruś przed 2020 rokiem eksportowała sole potasowe przez terminal w porcie w Kłajpedzie na Litwie. Mniejsza część szła też szlakami lądowymi, ale Kłajpeda odgrywała główną rolę, a Białorusini posiadali udziały w tym terminalu eksportowym. Dlatego właśnie - jak wskazał Dąbrowski - Stany Zjednoczone będą naciskać, żeby Litwa spróbowała się porozumieć z Białorusią, by ten eksport porządnie ruszył. Ograniczeniem o charakterze obiektywnym są w tej sprawie obowiązujące do lutego przyszłego roku sankcje Unii Europejskiej na eksport białoruskich soli potasowych.

Jeśli chodzi o Polskę, tranzyt musiałby odbywać się z wykorzystaniem ciężarówek. Jednak ze względu na bardzo ograniczoną drożność tego kanału nie sądzę, żeby importerów interesował wolumen o tak małym charakterze - podkreślił ekspert. Stad jego zdaniem w polskiej racji stanu będzie wytłumaczenie stronie amerykańskiej, że sprawa transferu nawozów przez nasze terytorium to gra niewarta świeczki - nieopłacalna dla żadnej ze stron.

Pytany, czy umożliwienie tranzytu białoruskich soli potasowych pozwoliłoby stworzyć Rosji bypass na swój surowiec, Dąbrowski przyznał, że z nawozami mogłoby być jak z "kazachską" ropą. Być może importerzy musieliby się liczyć z faktem, że wcale nie są to nawozy potasowe pochodzenia białoruskiego, tylko właśnie rosyjskiego, więc ta sprawa się ponownie komplikuje i dochodzi do momentu, w którym należy przyjrzeć się skuteczności egzekwowania sankcji wobec Rosji - wyjaśnił ekspert.

Ryzyko związane z tym, że nawozy niekoniecznie byłyby białoruskie, dostrzega też Jakub Biernat, ekspert ds. Białorusi i dziennikarz Centrum Europy (dawniej Biełsatu). Białoruś jest krajem stricte przemytniczym, w którym przemyt jest wmontowany w system państwowy. Modus operandi Mińska jest takie, że wykorzystuje wszelkie metody obchodzenia sankcji i zarabiania na tym. Więc istnieje ryzyko, że umożliwienie tranzytu dostarczyłoby tlenu także rosyjskiej gospodarce - przyznał Biernat. Zastrzegł zarazem, że Białoruś potrzebuje eksportować swoje sole, więc nieszczególnie jej zależy, żeby eksportować rosyjskie. Chyba że popyt okazałby się większy niż białoruska produkcja.

Komentując memorandum w sprawie soli potasowych, przekazanie przez Departamentu Stanu Polsce, Litwie i Ukrainie Biernat ocenił, że amerykańskie władze nie bardzo chyba rozumieją, że zdjęcie embarga na eksport białoruskiego potażu leży w gestii całej Unii Europejskiej.

Według United States Geological Survey Białoruś jest jednym z trzech (obok Kanady i Rosji) największych producentów nawozów potasowych. Odpowiada za 15-20 proc. światowej produkcji. Z kolei roczne zapotrzebowanie Stanów Zjednoczonych na sole potasowe to ok. 9 mln ton. Ponad 90 proc. tego surowca pochodzi z importu, głównie z Kanady i Rosji. Z powodu głębokiej zależności od dostaw zewnętrznych oraz znaczenia dla krajowego rolnictwa, potaż został w ubiegłym roku włączony na amerykańską listę minerałów krytycznych.

Kobieta w stanie krytycznym po ataku rekina w Sydney

  • Dzisiaj, 13 czerwca (08:19)

    Atak rekina w Sydney. 35-letnia kobieta jest w stanie krytycznym po spotkaniu z drapieżnikiem blisko plaży w największym mieście Australii. To kolejny tego rodzaju przypadek u australijskich wybrzeży.

    • 35-letnia kobieta w stanie krytycznym po ataku rekina na plaży w Sydney.
    • To kolejny atak rekina w Australii w ostatnich tygodniach.
    • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

    Kobieta została ugryziona przez dużego rekina około 30 metrów od brzegu. "Świadkowie wydarzenia wyciągnęli ją z wody i zaczęli jej udzielać pierwszej pomocy" - poinformowała policja w oświadczeniu.

    Ma ona na nodze i ramionach duże rany, które będą wymagały wielu operacji - powiedział dziennikarzom inspektor Mike Corlis ze stanu Nowa Południowa Walia.

    Po ataku na 24 godziny zamknięto plażę, na której doszło do ataku, oraz inne okoliczne plaże.

    Tydzień temu zmarł mężczyzna, który został zaatakowany przez rekina podczas wędkowania u wybrzeży stanu Australia Zachodnia. Miesiąc temu taki sam los spotkał 39-letniego mężczyznę, który wędkował na Wielkiej Rafie Koralowej. Dziesięć dni wcześniej zginął 38-latek pokiereszowany przez rekina w pobliżu miasta Perth w Australii Zachodniej.

    W styczniu kilkadziesiąt plaż u wschodnich wybrzeży Australii było zamkniętych po czterech atakach rekinów w ciągu dwóch dni.

    Do większości ataków dochodzi u wschodnich i południowo-wschodnich wybrzeży Australii. Według władz przeciętnie notuje się 20 takich wypadków rocznie. Od 1971 r. doszło w tym kraju do blisko 1300 ataków rekinów na człowieka, z czego ponad 260 było śmiertelnych.

    Zdaniem naukowców coraz większy wzrost temperatury wody na skutek globalnego ocieplenia może wpłynąć na zmianę szlaków migracyjnych rekinów, zwiększając ryzyko zetknięcia się ich z człowiekiem.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Nawrocki na gali MMA u Trumpa. Decyzja sądu w ostatniej chwili

Dzisiaj, 13 czerwca (07:57)

Huczne obchody 80. urodzin Donalda Trumpa zbliżają się wielkimi krokami. Już w niedzielę na terenie Białego Domu i w jego pobliżu ma zgromadzić się ponad 100 tys. widzów, a jednym z gości będzie prezydent Karol Nawrocki. W piątek sąd nie przychylił się do wniosku o zablokowanie zaplanowanej na tę okazję gali mieszanych sztuk walki (MMA).

  • Sąd federalny nie zgodził się na zablokowanie gali MMA "UFC Freedom 250" zaplanowanej na niedzielę przy Białym Domu.
  • Wydarzenie organizowane jest z okazji 250. rocznicy powstania USA i Dnia Flagi, a także 80. urodzin Donalda Trumpa, prywatnie fana UFC.  
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

W ostatnich dniach organizacja Public Integrity Project zwróciła się do sądu w imieniu dwojga mieszkańców Wirginii o zablokowanie zaplanowanego na niedzielę wydarzenia "UFC Freedom 250". W pozwie argumentowano, że organizowanie takich prywatnych wydarzeń na trawniku Białego Domu jest zabronione, zbudowana tam arena nie uzyskała wymaganych zezwoleń i oceniono, że wydarzenie jest "głęboko skorumpowane".

Administracja Donalda Trumpa wnioskowała o oddalenie tego pozwu.

W piątek sędzia federalny Amit Mehta orzekł, że organizatorzy mogą wykorzystać trawnik Białego Domu jako miejsce gali UFC. Uznał, że powodowie najprawdopodobniej nie mają legitymacji procesowej do zakwestionowania tego wydarzenia i nie wykazali, że poniosą nieodwracalną szkodę, jeśli impreza odbędzie się zgodnie z planem. Sędzia wskazał również na "nieuzasadnioną zwłokę" powodów w złożeniu pozwu dotyczącego wydarzenia, które było planowane od wielu miesięcy - podała agencja AP.

Biały Dom oświadczył, że jest wdzięczny za tę decyzję sądu.

Gala ma upamiętnić 250. rocznicę powstania Stanów Zjednoczonych i uczcić Dzień Flagi, ale to będzie także dzień 80. urodzin prezydenta Trumpa, który prywatnie jest fanem UFC. Trump i szef UFC Dana White są przyjaciółmi.

W czwartek sekretarz stanu USA Marco Rubio podpisał porozumienie ramowe z White'em w sprawie promowania dyplomacji sportowej. Rubio określił UFC jako "zjednoczone narody walki" i pochwalił federację za to, że walki "edukują Amerykanów o kulturach i społeczeństwach z całego świata".

Jest tylko kilka rzeczy, które łączą ludzi w jednym miejscu i czasie, zjednoczonych wspólnym zainteresowaniem. Potrzebujemy więcej takich rzeczy, więcej takich form i przestrzeni, w których możemy się spotkać i wspólnie coś przeżywać oraz znaleźć coś wspólnego. Jeśli byłeś na galach UFC, a byłem na wielu, i spojrzysz na publiczność, to jest ona tak różnorodna, jak to tylko możliwe - dodał.

Liczba zagranicznych przywódców, którzy chcą wziąć w tym udział, jest niewiarygodna. Dochodzi do tego, że możemy mieć kryzys dyplomatyczny, bo nie możemy zaprosić wszystkich. I oni się zgłaszają, a niektórzy nawet nie mają zawodnika z własnego kraju walczącego w gali. Po prostu chcą przyjechać, bo są fanami tego sportu i go śledzą - kontynuował żartobliwie Rubio, odnosząc się zapewne do niedzielnej gali.

W związku z tym widowiskiem na południowym trawniku Białego Domu zbudowano tymczasową arenę, a na jej środku stoi już ring (oktagon, nazywany też klatką), na którym w niedzielę stoczonych zostanie siedem walk.

Na trybunach zasiąść ma około 4 tys. gości: weteranów, żołnierzy, osób zaproszonych przez Biały Dom i UFC. Jednym z gości wydarzenia ma być prezydent Karol Nawrocki. Wiadomo, że wezmą w nim też udział członkowie rodziny Trumpa, w tym pierwsza dama Melania. Biały Dom nie odpowiedział na pytanie PAP, kto jeszcze znalazł się na liście gości.

Ok. 80-100 tys. widzów będzie mogło oglądać galę w pobliskim parku Ellipse, gdzie przygotowywana jest specjalna strefa dla fanów. Chętni mogli zdobyć darmowe bilety w loterii. Główną walkę stoczą gruzińsko-hiszpański zawodnik Ilia Topuria i Amerykanin Justin Gaethje. Wydarzenie będzie transmitowane przez Paramount+, którego właścicielem jest David Ellison, sojusznik prezydenta.

Jak zaznaczył serwis Hill, niektórzy wyrażają obawy dotyczące powiązań Białego Domu z UFC, wskazując na inwestycje prezydenta Trumpa w jej spółkę-matkę TKO Group Holdings oraz kwestie etyczne związane z walkami w klatce.

Wydarzenie kosztowało organizatorów co najmniej 60 mln dolarów. Biały Dom przekazał, że koszty ponosi UFC. UFC finansuje i opłaca całe to wydarzenie - powiedział w oświadczeniu dla magazynu "Time" przedstawiciel Białego Domu. Nie są wykorzystywane żadne pieniądze podatników poza tym, co i tak byłoby przeznaczone na normalne obowiązki pracowników - dodał. W wydarzenie zaangażowanych jest co najmniej siedem agencji federalnych.

Ze złożonego w miniony weekend pozwu wynika, że federacja sprzedaje pakiety VIP na galę w cenie od 1 do 1,5 mln dolarów.

Z badania Reuters/Ipsos wynika, że niewielu Amerykanów popiera organizację walki w klatce na terenie Białego Domu. Jedynie 16 proc. Amerykanów uznało to za stosowne, a 46 proc. ankietowanych było odmiennego zdania. Pozostali nie wyrazili opinii na ten temat. Tylko 31 proc. Republikanów uznało to za właściwe.

Gala rozpocznie się w niedzielę o godz. 20 czasu lokalnego (godz. 2 w nocy w Polsce). Po jej zakończeniu Trump ma udać się do Francji na szczyt G7.

Ta betonowa ruina na Bałtyku była pilnie strzeżona. Nowy właściciel całkowicie ją odmieni

Dzisiaj, 13 czerwca (07:26)

Przez dziesięciolecia była ściśle tajnym, niedostępnym dla cywilów punktem na mapie Bałtyku. Dziś to niszczejąca betonowa ruina, która właśnie... znalazła nowego właściciela. Sztuczna wyspa z czasów NRD, potocznie nazywana "Ostervilm", została sprzedana na aukcji. Nowy inwestor zapłacił niewiele i ma wobec tego miejsca niezwykle śmiałe plany. Czy dawny militarny relikt zyska drugie życie i przyciągnie tłumy?

W Zatoce Greifswaldzkiej, na południowy wschód od Rugii, znajduje się jedna z najbardziej niezwykłych nieruchomości w Niemczech - dawna stacja NRD, potocznie nazywana "Ostervilm". Ta sztuczna wyspa, zbudowana w latach 50. XX wieku na 600 palach wbitych w dno morskie, przez dekady była miejscem niedostępnym dla postronnych. Podczas licytacji młotek aukcyjny opadł przy kwocie 60 000 euro, a nowym właścicielem została austriacka firma, specjalizująca się w modułowych domach prefabrykowanych.

Obiekt powstał w 1954 roku z myślą o ochronie statków marynarki NRD przed minami magnetycznymi. Na platformie stały spartańskie, ale funkcjonalne budynki mieszkalne i maszynownia, a obsługę stanowiła niewielka załoga marynarzy.

Po upadku muru berlińskiego i likwidacji Narodowej Armii Ludowej obiekt popadł w zapomnienie. Dziś na platformie - o powierzchni użytkowej 250 metrów kwadratowych - widać głównie rdzę, pęknięcia, pozostałości budynków, a także ślady działalności ptaków i natury. Metalowe elementy niszczeją, na ścianach pojawiły się glony, a cała konstrukcja ulega powolnej erozji.

Nowy właściciel nie zamierza pozostawić wyspy w dotychczasowym stanie. Wśród pomysłów pojawiają się m.in. organizacja ślubów na platformie, stworzenie przestrzeni kulturowych oraz miejsc na wydarzenia artystyczne. To nie pierwsza próba zagospodarowania wyspy - wcześniejsze projekty przekształcenia jej w ośrodek wypoczynkowy czy galerię artystyczną nie powiodły się z powodu ogromnych kosztów, problemów logistycznych i barier formalnych.

Całkowita powierzchnia platformy wynosi około 710 metrów kwadratowych, z czego 250 jest użytkowe. Wyspa nie jest działką w tradycyjnym rozumieniu - nabywca uzyskuje prawo do korzystania z platformy, a nie do samego gruntu.

Dostęp na wyspę możliwy jest wyłącznie łodzią, a jej obecny stan wymaga poważnych nakładów remontowych. Brakuje okien, metalowe elementy wymagają wymiany, a struktura betonowa i drewniana jest w wielu miejscach uszkodzona. Dodatkową atrakcją jest ceramiczna rzeźba autorstwa Gerharda Benza, ważąca 1,3 tony, która jednak nie jest automatycznie częścią nieruchomości.

Jak potoczą się losy betonowej platformy na Bałtyku? Czy stanie się ona miejscem kulturowych wydarzeń, ślubów i spotkań artystycznych, czy pozostanie tajemniczą ruiną, którą upodobały sobie ptaki i natura? Czas pokaże.

Rewolucja na morzach. "Pływające miasto" pomieści 80 tysięcy osób

Dzisiaj, 13 czerwca (07:05)

Freedom Ship - wizjonerski projekt, który narodził się w latach 90., dziś wraca do gry z nową siłą i nowymi możliwościami technologicznymi. To nie jest kolejny luksusowy statek wycieczkowy. To prawdziwe, samowystarczalne miasto, które nigdy nie cumuje w porcie, a jego mieszkańcy mogą podróżować dookoła świata, nie opuszczając swojego domu.

  • Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Freedom Ship ma być konstrukcją, jakiej jeszcze nie widziano. Mierzący ponad 1,5 kilometra długości kolos ma pomieścić aż 80 tysięcy osób - to dziesięciokrotnie więcej niż największe obecnie pływające statki, takie jak słynny Icon of the Seas od Royal Caribbean. Na pokładzie znajdzie się miejsce dla 50 tysięcy stałych mieszkańców, 10 tysięcy turystów oraz 20 tysięcy członków załogi.

Projektanci Freedom Ship nie mają wątpliwości - ich dzieło ma być czymś więcej niż tylko środkiem transportu. To pełnoprawne miasto, w którym życie toczy się jak na lądzie. Na pokładzie znajdziemy szkoły, uczelnie, sklepy, banki, restauracje, a nawet nocne kluby. Dla miłośników sportu przewidziano stadion na 15 tysięcy widzów, aquapark, parki, centrum kongresowe, salę koncertową i dwa muzea. Ogromna, dwupoziomowa hala gastronomiczna zadowoli nawet najbardziej wybrednych smakoszy, a futurystyczny system tramwajowy pozwoli szybko przemieszczać się między dzielnicami statku.

Freedom Ship ma być napędzany energią jądrową, co pozwoli mu na nieprzerwaną podróż dookoła świata. Według założeń, statek będzie krążył po oceanach, omijając porty, do których i tak nie mógłby zawinąć ze względu na swoje rozmiary. Dostęp na ląd zapewni flota promów oraz osiem lądowisk dla helikopterów. Co ciekawe, na pokładzie znajdzie się także ogromne akwarium, które pozwoli miłośnikom nurkowania odkrywać podwodny świat bez konieczności opuszczania statku.

Twórcy Freedom Ship podkreślają, że zależy im na stworzeniu przestrzeni przyjaznej mieszkańcom. Chcieliśmy, by statek nie był monolitycznym blokiem, ale miejscem, w którym ludzie czują się komfortowo. Dlatego zadbaliśmy o miękkie linie, otwarte przestrzenie i dużo zieleni - mówi Roger Gooch, CEO Freedom Cruise Line. Zielone alejki, parki i przestrzenie do spacerów mają sprawić, że życie na statku będzie przypominać codzienność w nowoczesnym, dobrze zaprojektowanym mieście.

Koszt budowy Freedom Ship szacowany jest na ponad 16 miliardów dolarów. To ogromna suma, która wymaga zaangażowania inwestorów z całego świata. Jesteśmy przekonani, że uda nam się zrealizować ten projekt, ale kluczowe jest pozyskanie odpowiedniego kapitału - zaznacza Gooch. Wsparcie deklarują już partnerzy z Singapuru, a pierwsze prace mogą ruszyć w ciągu najbliższych lat. Co ciekawe, pierwsi mieszkańcy mogliby wprowadzić się na Freedom Ship jeszcze przed zakończeniem wszystkich prac budowlanych.

Jej historia poruszyła cały kraj. Francja pożegnała 11-letnią Lyhann

Wczoraj, 12 czerwca (21:52)

W miejscowości Fleurance na południu Francji odbył się pogrzeb 11-letniej Lyhanny, której tragiczna śmierć wstrząsnęła całym krajem. Dziewczynka była ofiarą przemocy seksualnej. Podejrzanym w sprawie zabójstwa jest ojciec koleżanki 11-latki. Choć mężczyzna był wcześniej podejrzewany o wykorzystywanie seksualne dzieci, nie został zatrzymany.

  • Chcesz być na bieżąco? Informacje z Polski i świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. 

Ciało dziewczynki o imieniu Lyhanna odnaleziono w ubiegłym tygodniu. Zaginęła 29 maja w okolicach miasta Fleurance, położonego na południowym zachodzie Francji. Ostatni raz widziano ją, gdy wsiadała do samochodu nieznanego mężczyzny. Wzburzenie opinii publicznej wzrosło, gdy ujawniono, że główny podejrzany, obecnie przebywający w areszcie, był wcześniej oskarżany o wykorzystywanie seksualne dzieci.

W piątkowej uroczystości na cmentarzu we Fleurance wzięło udział kilkaset osób. W samym pochówku uczestniczyła wyłącznie rodzina dziewczynki.

Podczas uroczystości zabrał głos mer Gregory Bobbato. Nie żegnamy symbolu, ani też walki, lecz Lyhannę - dziecko, które miało 11,5 roku - powiedział mer. Na budynku merostwa Fleurance flagi opuszczono w piątek na znak żałoby. Dziewczynka chodziła do szkoły w tej miejscowości.

Na apel stowarzyszenia merów departamentu Gers przed niektórymi merostwami zebrali się w piątek mieszkańcy. Jak wyjaśnił szef stowarzyszenia Michel Baylac, ten gest miał pokazać jedność z bliskimi Lyhanny bez naruszania spokoju rodziny.

Podejrzanym w sprawie zabójstwa Lyhanny jest 41-letni mężczyzna, którego córka była koleżanką dziewczynki. Do policji trafiły cztery zawiadomienia ws. możliwości popełnienia przestępstwa przez Jeroma B. Wszystkie dotyczyły domniemanych przestępstw seksualnych na nieletnich. Mimo to mężczyzna przed sprawą Lyhanne nie został zatrzymany.

Prezydent Francji Emmanuel Macron przyznał, że w tej sprawie doszło do ewidentnych nieprawidłowości. Minister sprawiedliwości Gerald Darmanin przeprosił  rodzinę Lyhanny i oświadczył, że jest "wściekły" z powodu tego jak postępował wymiar sprawiedliwości wobec 41-latka.

Historia Lyhanny wywołała oburzenie we francuskim społeczeństwie. Pojawiły się pytania o skuteczną ochronę dzieci przed przemocą seksualną. W odpowiedzi na ataki ze strony opozycji i gniew społeczeństwa francuski rząd sformułował nowe prawo dotyczące ochrony dzieci. Projekt ustawy został już przedstawiony radzie ministrów, a parlament zapozna się z nim 15 lipca.

We wtorek premier Francji Sebastien Lecornu  zaproponował, aby zaostrzyć maksymalną karę więzienia dla seryjnych gwałcicieli nieletnich z obecnych 20 lat do dożywocia. Następnie w parlamencie w przemówieniu do posłów, zasugerował, aby rozszerzyć ten zapis prawny także na akty gwałtu, których ofiarami są osoby pełnoletnie.

Imigrant wygrał fortunę, ale nie mógł jej odebrać. Na drodze stanęła biurokracja

Wczoraj, 12 czerwca (21:42)

​Imagbe Ehizomwengie, 36-latek z Nigerii, przez lata żył we Włoszech bez formalnego pozwolenia na pobyt, utrzymując się z żebrania i drobnego handlu ulicznego. Jego los odmienił się w październiku, kiedy kupił zdrapkę i wygrał aż pół miliona euro. Euforię szybko jednak przyćmił biurokratyczny koszmar. Mężczyzna nie mógł odebrać nagrody ze względu na swój nieuregulowany status imigracyjny.

  • Nigeryjczyk we Włoszech wygrał w zdrapce 500 tys. euro.
  • Brak dokumentów zablokował wypłatę wielkiej nagrody.
  • Sąd ostatecznie przyznał mu upragnione prawo pobytu.
  • Bądź na bieżąco! Wejdź na RMF24.pl.

Droga Nigeryjczyka do Włoch była trudna i niebezpieczna. Mężczyzna dotarł do Europy w 2016 roku, przeprawiając się przez Morze Śródziemne po dramatycznych przejściach w Libii - mówił w rozmowie z "The Guardian". Był tam więziony przez dwa lata, a wolność odzyskał dopiero po wpłaceniu okupu.

We Włoszech złożył wniosek o "specjalną ochronę", lecz został on odrzucony. To status przyznawany dawniej osobom ubiegającym się o azyl, które nie kwalifikowały się do statusu uchodźcy, lecz w ojczyźnie groziło im niebezpieczeństwo. Rząd Giorgii Meloni zaostrzył jednak przepisy w tym zakresie w 2023 r.

Nie mogąc legalnie pracować, 36-latek zajmował się drobnym ulicznym handlem i prosił o pieniądze przed supermarketem w Turynie. To właśnie z tych skromnych oszczędności kupił zdrapkę popularnej włoskiej loterii "Gratta e Vinci". Jak sam przyznał w rozmowie z brytyjską prasą, jeszcze w Nigerii modlił się o szansę od losu i wierzył, że pewnego dnia może zostać nawet milionerem. Kiedy odkrył, że wygrał, popłakał się z radości.

Szybko okazało się, że odebranie pół miliona euro jest niemożliwe. Bez pozwolenia na pobyt Imagbe nie mógł założyć konta bankowego. Z kolei brak pieniędzy uniemożliwiał mu udowodnienie niezależności finansowej, co było kluczowe, by móc złożyć ponowny wniosek o legalizację pobytu.

Rozpaczliwie szukając rozwiązania, zaufał nigeryjskiemu przyjacielowi, któremu powierzył pieniądze. Kolega niestety wykorzystał jego trudną sytuację - zaznaczył wymownie "The Guardian". Ten ostatecznie jednak przelał około połowę wygranej (po potrąceniu podatków) na konto kuzyna 36-latka.

Dzięki tym funduszom udało się kupić "Mama Africa" - sklep z afrykańską żywnością w nadmorskiej miejscowości Falconara w regionie Marche we Włoszech.

W międzyczasie prawnik mężczyzny, Andrea Palazzeschi, skierował sprawę statusu migracyjnego do sądu we włoskiej Ankonie. W tym tygodniu sąd wydał przełomową decyzję - nakazał wydanie Imagbe pozwolenia na pobyt.

Sędzia wziął pod uwagę jego dobrą znajomość języka włoskiego, pracę oraz nowo zdobytą niezależność finansową. Prawnik podkreśla stanowczo, że pozwolenie zostało przyznane nie za samą wygraną, ale dlatego, że Nigeryjczyk udowodnił, iż jest dobrym pretendentem do życia we włoskim społeczeństwie.

Dla 36-latka legalizacja pobytu znaczy więcej niż tylko pieniądze. Mężczyzna deklaruje, że twardo stąpa po ziemi, chce pracować i po prostu "normalnie żyć".

"Gratta e Vinci" to zdrapki, które od lat budzą we Włoszech ogromne emocje. Historia Nigeryjczyka to nie pierwsza niecodzienna sytuacja związana z tą loterią. W 2019 roku bezrobotny rybak z Apulii znalazł w śmietniku zwycięski los na 100 tysięcy euro i go spieniężył - przypomina "The Guardian", który opisuje historię Imagbe Ehizomwengie.

Iran dogadał się z Trumpem? Padły słowa o "wstępnym porozumieniu"

Wczoraj, 12 czerwca (21:04)

T​ekst wstępnego porozumienia został już uzgodniony z Iranem - powiedział w piątek dziennikarzom wysoki rangą przedstawiciel administracji USA. Dodał, że Iran będzie otrzymywać gospodarcze korzyści w miarę wdrażania zapisów porozumień, w tym dotyczących demontażu programu nuklearnego i wywiezienia wzbogaconego uranu.

  • USA i Iran uzgodniły tekst wstępnego porozumienia dotyczącego programu nuklearnego i otwarcia cieśniny Ormuz.
  • Porozumienie przewiduje 60-dniowy okres technicznych negocjacji po podpisaniu memorandum
  • Iran zobowiązuje się do demontażu programu jądrowego, przekazania i wywozu wzbogaconego uranu oraz trwałego zrzeczenia się broni jądrowej.
  • W zamian Teheran otrzyma stopniowe złagodzenie sankcji i możliwość reintegracji z gospodarką światową, ale dopiero po wypełnieniu zobowiązań. 
  • Bądź na bieżąco. Więcej aktualnych informacji z kraju i ze świata znajdziesz na stronie głównej rmf24.pl.

Urzędnik, wypowiadający się na zasadach anonimowości, przedstawił zarys wstępnego, 60-dniowego porozumienia (memorandum of understanding - MOU), które miałoby otworzyć cieśninę Ormuz. Zaznaczył, że choć obie strony "nie są jeszcze na mecie, to są niej bardzo blisko". W piątek rano oceniał on szanse na podpis na 75 proc., obecnie szacuje je na 80-85 procent.

Według przedstawiciela amerykańskiej administracji porozumienie opiera się na czterech filarach. To otwarcie cieśniny Ormuz i zakończenie jej blokady, demontażu irańskiego programu jądrowego wraz z przekazaniem stronie amerykańskiej wzbogaconego materiału, który ma zostać "zniszczony na miejscu, a następnie wywieziony z kraju". Kolejne to długoterminowy pokoj w regionie oraz reżim inspekcji zapewniający weryfikację zobowiązań.

W zamian Iran ma uzyskać stopniowe złagodzenie sankcji i reintegrację z gospodarką światową. Przedstawiciel Białego Domu kategorycznie zdementował doniesienia o wypłaceniu Teheranowi konkretnych kwot - 12, 6 czy 1 mld dolarów - przy podpisaniu memorandum. 

Irańczycy nie dostają niczego w momencie podpisania MOU ani w trakcie samych negocjacji. Otrzymują korzyści ekonomiczne za wykonanie swoich zobowiązań - zaznaczył. Nie podał jednak szczegółów.

Nie ufam, że dotrzymają umowy. Ufam natomiast, że skonstruowaliśmy ją w taki sposób, że nie dostaną swoich korzyści, dopóki my nie otrzymamy naszych - dodał. 

Iran ma się zobowiązać bezterminowo do niepozyskiwania broni jądrowej, co rozmówca określił jako "istotne ustępstwo, na którym prezydentowi bardzo zależało". Po podpisaniu memorandum przewidziano 60-dniowe negocjacje techniczne dotyczące szczegółów demontażu programu i wywozu materiału rozszczepialnego.

Urzędnik nie podał dokładnej daty ani też miejsca podpisania porozumienia. Rozważana jest m.in. Europa jako "miejsce pośrednie" między USA a Iranem. Według przedstawiciela administracji amerykańskiej najwyższy przywódca Iranu Modżtaba Chamenei jest "zadowolony" z punktu, w którym są negocjacje, co potwierdzili rozmówcy zarówno z cywilnego, jak i wojskowego kierownictwa Iranu. Urzędnik przyznał, że w irańskim systemie istnieją głosy sprzeciwu wobec porozumienia, ale - jak ocenił - "panuje szeroki konsensus w Korpusie Strażników Rewolucji (IRGC), wśród zwolenników twardej linii i wśród kierownictwa cywilnego, że to jest dobre i akceptowalne porozumienie".

Pytany o stanowisko Izraela, którego przedstawiciele mieli wyrażać poważne obawy co do umowy, przedstawiciel administracji potwierdził, że prezydent Donald Trump rozmawiał w czwartek z premierem Benjaminem Netanjahu. Gdy poznają pełne warunki porozumienia i zrozumieją, że to Irańczycy muszą najpierw wypełnić swoje zobowiązania, zanim my udzielimy jakichkolwiek korzyści, poczują się z tym porozumieniem komfortowo - zaznaczył. 

Dodał, że obecna nieufność strony izraelskiej dotyczy "błędnie relacjonowanych szczegółów", a nie faktycznych zapisów MOU. Przestrzegał przy tym przed dawaniem wiary w sposób, jaki media irańskie opisują porozumienie, twierdząc, że jest to element ich propagandy, nastawionej na wewnętrzne "sprzedanie" porozumienia.

Wśród zmian, które w ostatnich tygodniach przybliżyły porozumienie, przedstawiciel administracji wymienił słabnącą kontrolę Iranu nad cieśniną Ormuz - przez którą w ostatnich tygodniach popłynęło więcej ropy niż w początkowej fazie konfliktu - oraz doprecyzowanie zapisów dotyczących zniszczenia i wywozu wzbogaconego materiału.

Wszystkie państwa się zgodziły. Na ten krok czekała Ukraina

Wszystkie państwa się zgodziły. Na ten krok czekała Ukraina

Wczoraj, 12 czerwca (20:19)

Zapadła ważna decyzja w sprawie europejskich starań Ukrainy i Mołdawii. Cypryjska prezydencja w Radzie UE poinformowała, że w poniedziałek w Luksemburgu odbędą się konferencje międzyrządowe, podczas których otwarty zostanie pierwszy klaster negocjacyjny z UE.

  • Najnowsze informacje z Polski i świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl

Drugie już konferencje międzyrządowe z Ukrainą i Mołdawią odbędą się 15 czerwca w Luksemburgu pod przewodnictwem cypryjskiej prezydencji w Radzie UE. W ich trakcie otwarty zostanie klaster pierwszy tzw. Fundamenty, uznawany za podstawę całego procesu rozszerzenia i obejmujący m.in. reformy wymiaru sprawiedliwości, walkę z korupcją oraz przestrzeganie zasad państwa prawa. Ten pierwszy z sześciu klastrów negocjacyjnych otwierany jest jako pierwszy i zamykany jako ostatni.

"Dziś Unia Europejska zrobiła ważny krok naprzód. Wszystkie państwa członkowskie zgodziły się na otwarcie pierwszego klastra negocjacyjnego z Ukrainą i Mołdawią" - poinformowali w bliźniaczych wpisach na platformie X szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen i przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa.

Jak podkreślili, decyzja o rozpoczęciu negocjacji o członkostwie, jest wyrazem "uznania dla determinacji, odwagi i ciężkiej pracy obu państw na rzecz reform, mimo ogromnych wyzwań". Politycy dodali, że rozszerzenie jest strategicznym wyborem, bo większa Unia Europejska leży we wspólnym interesie wszystkich państw. "Rozszerzenie pozostaje jednym z największych sukcesów UE i naszą najlepszą inwestycją we wspólną przyszłość" - ocenili.

Cypr, który przewodniczy obecnie pracom Rady UE, określił rozpoczęcie rozmów jako "historyczny moment" i "kamień milowy" na drodze obu państw do członkostwa.

"Podejmując wspólnie ten ważny krok, potwierdzamy, że Unia Europejska jest najsilniejsza wtedy, gdy pozostaje zjednoczona, kieruje się zasadami i jest otwarta na tych, którzy są zaangażowani w realizację jej wartości" - napisała prezydencja cypryjska na swoim profilu na platformie X.

Ukraina i Mołdawia uzyskały status krajów kandydujących do UE w 2022 r., kilka miesięcy po rozpoczęciu pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Formalną zgodę na rozpoczęcie negocjacji przywódcy państw UE wydali w grudniu 2023 r., jednak otwarcie pierwszych rozdziałów wymagało dalszych uzgodnień między państwami członkowskimi. Rozmowy przyspieszyły po tym, jak Węgry, które dotąd blokowały otwarcie pierwszego klastra, wycofały weto po przejęciu władzy w kraju przez Petera Magyara. 

​10 mln mieszkańców Szwajcarii i ani jednego więcej? Niedziela zdecyduje

Wczoraj, 12 czerwca (20:03)

W niedzielę Szwajcaria podejmie decyzję w referendum dotyczącym propozycji ograniczenia liczby ludności tego kraju do 10 milionów. Niektórzy porównują to referendum do głosowania w Wielkiej Brytanii, które zdecydowało o brexicie - może ono mieć daleko idące konsekwencje dla szwajcarskiej gospodarki, ale też relacji z Unią Europejską. Dziś ponad 27 proc. mieszkańców tego alpejskiego kraju to cudzoziemcy.

  • W niedzielę 14 czerwca Szwajcarzy zdecydują w referendum o projekcie "Nie dla 10 milionów!", który ogranicza liczbę stałych mieszkańców kraju.
  • Projekt zakłada utrudnienia w procedurach azylowych i pobytowych po przekroczeniu 9,5 mln mieszkańców oraz wypowiedzenie umowy o swobodnym przepływie osób z UE.
  • Rząd i przeciwnicy inicjatywy ostrzegają, że ograniczenia mogą zaszkodzić gospodarce, handlowi i bezpieczeństwu, podkreślając znaczenie imigrantów i więzi z UE.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

W zaplanowanym na niedzielę 14 czerwca referendum Szwajcarzy zagłosują nad zaproponowanym przez eurosceptyczną Szwajcarską Partię Ludową (SVP) projektem "Nie dla 10 milionów!" dotyczącym liczby stałych mieszkańców kraju do 2050 r.

Projekt przewiduje, że już po przekroczeniu progu 9,5 mln mieszkańców rząd byłby zobligowany m.in. do drastycznego utrudnienia procedur azylowych i pobytowych. Po osiągnięciu progu 10 mln Szwajcaria musiałaby też wypowiedzieć obowiązującą od ponad 20 lat umowę z Unią Europejską o swobodnym przepływie osób.

Kwestia ludności stała się przedmiotem debaty publicznej wskutek obecnego gwałtownego wzrostu liczby mieszkańców, która w latach 2002-25 zwiększyła się z 7,3 mln do 9,1 mln, tj. o 1,8 mln. Według oficjalnych danych z 2024 r. prawie 28 proc. mieszkańców Szwajcarii to cudzoziemcy.

Obecny rząd sprzeciwia się inicjatywie "Nie dla 10 milionów!" Dąży do wzmocnienia więzi z UE i podkreśla, że odwrotny kierunek zaszkodzi handlowi i rynkowi pracy, a w konsekwencji - całej gospodarce i zamożności kraju. Brak współpracy z Unią na polu imigracji miałby się również odbić negatywnie na bezpieczeństwie państwa. Władze odwołują się przy tym do humanitarnych tradycji państwa szwajcarskiego.

Zwolennicy limitu przekonują, że wzrost imigracji spowoduje kryzys mieszkaniowy, wzrost czynszów i przeciążenie transportu, oświaty, ochrony zdrowia i innych usług publicznych.

Agencja Reutera zwraca uwagę na pułapki, jaki czyhają na Szwajcarów, w przypadku wyrażenia zgody w referendum na ograniczenie liczby ludności. 

Szwajcaria ma starzejące się społeczeństwo i opiera się na imigrantach, którzy obsadzają wiele stanowisk. Większość z nich pochodzi z Europy.

Obecnie obcokrajowcy stanowią prawie 28 proc. stałej populacji, a ostatnie badania wykazały, że dwóch na pięciu założycieli firm w tym alpejskim kraju to przybysze z innych państw.

UE jest zdecydowanie najważniejszym partnerem handlowym Szwajcarii. Pod koniec 2024 r. oba podmioty zawarły dwustronne porozumienie mające na celu pogłębienie integracji gospodarczej, czemu sprzeciwia się SVP. Umowa jest obecnie procedowana w parlamencie i prawdopodobnie zostanie poddana referendum. W tym kontekście nie bez znaczenia jest fakt, że prezydent USA Donald Trump w zeszłym roku nałożył na szwajcarskie towary jedne z najwyższych w Europie ceł.

Swoboda przemieszczania się jest filarem jednolitego rynku UE i wszelkie próby ograniczenia europejskim pracownikom wjazdu do Szwajcarii mogą doprowadzić do zachwiania stosunków dwustronnych.

Aby propozycja została zaakceptowana, musi ją poprzeć większość głosujących oraz większość kantonów. Wyborcy, jak wynika z sondaży, najprawdopodobniej odrzucą w referendum propozycję ograniczenia liczby ludności.

Zgodnie z wynikami badania opinii przeprowadzonego przez ośrodek GFS Bern ok. 52 proc. Szwajcarów sprzeciwia się pomysłowi ograniczenia liczby mieszkańców, a ok. 45 proc. go popiera. Sondaż przeprowadzono w dniach 19-27 maja na próbie liczącej 19,4 tys. osób. Granica błędu statystycznego to ok. 2,8 proc.

W badaniu przeprowadzonym w kwietniu 47 proc. respondentów opowiedziało się za wprowadzeniem limitu, 47 proc. - przeciw. We wcześniejszym równie dużym badaniu, zleconym przez zuryski dziennik "Tages-Anzeiger", zwolenników tego rozwiązania było więcej niż przeciwników (52 proc. do 46 proc.).

Mężczyzna zaczął strzelać i zabarykadował się w budynku. Ogromna akcja służb w Teksasie

Mężczyzna zaczął strzelać i zabarykadował się w budynku. Ogromna akcja służb w Teksasie

Wczoraj, 12 czerwca (18:54)

Aktualizacja: Wczoraj, 12 czerwca (19:17)

Nie żyje mężczyzna, który w wyniku strzelaniny w miejscowości Midland w Teksasie zabił jedną osobę, a 11 ranił. Sprawca po ataku zabarykadował się w budynku. Na miejscu interweniowało ponad 100 policjantów i jednostka SWAT - podaje "The New York Times".

  • Bądź na bieżąco. Jeszcze więcej informacji znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

Do strzelaniny doszło o poranku. 

Burmistrz Lori Blong powiedziała na konferencji prasowej, że pierwsi policjanci pojawili się około godziny 8:00 czasu miejscowego (15:00 czasu polskiego). 

Sprawca zabarykadował się w budynku znajdującym się przy autostradzie US 80. Na miejscu zdarzenia pojawiły się pojazdy opancerzone. 

To akcja z udziałem wszystkich sił - powiedziała burmistrz.

Później służby potwierdziły, że mężczyzna nie żyje. 

Jeden z okolicznych szpitali poinformował w mediach społecznościowych, że do placówki trafiło dziewięć osób rannych w wyniku strzelaniny. Cztery osoby wymagały operacji, a stan pięciu był stabilny.

Otrzymane przedwczoraj Fakty - Fakty - najświeższe wiadomości z kraju i świata - RMF24

Przesyłka dotarła po 19 latach. Poczta przeprasza za "wszelkie niedogodności"

Brytyjska poczta (Royal Mail) dostarczyła przesyłkę z magazynem dla rodziców do adresata po... 19 latach. Paul Edwards zamówił czasopismo dla rodziców, gdy pierwsze dziecko miało półtora roku, a drugie miało się wkrótce urodzić. Gazeta dotarła do niego, gdy dzieci opuściły już rodzinne gniazdo. Poczta do przesyłki dołączyła list z przeprosinami "za wszelkie niedogodności".

  • Paul Edwards otrzymał magazyn dla rodziców 19 lat po jego zamówieniu.
  • Gazeta z 2007 roku dotarła, gdy dzieci adresata poszły już na studia.
  • Royal Mail przeprosiła za spóźnienie, a historia stała się hitem w sieci.
  • Bądź na bieżąco! Wejdź na RMF24.pl.

Sprawa ma swój początek przed dziewiętnastoma laty, kiedy to Paul Edwards zamówił egzemplarz magazynu dla rodziców "Mother & Baby" ("Matka i Dziecko"). Wówczas jego córka miała 18 miesięcy, a syn miał się urodzić w ciągu trzech miesięcy.

Przesyłka jednak nie dotarła. Mężczyzna w rozmowie z BBC wskazał, że nie pamięta nawet, czy w ogóle zauważył kilkanaście lat temu, że magazyn do niego nie dotarł.

Gazeta w końcu jednak trafiła w ręce Edwardsa. Po 19 latach, w miniony piątek, obecnie 52-letni ojciec wyjął ze skrzynki pocztowej zamówiony egzemplarz, do którego załączony był list z przeprosinami od poczty - "za wszelkie niedogodności".

Mężczyzna, którego dzieci mają teraz 18 i 20 lat, powiedział w rozmowie z brytyjskim nadawcą, że uznał to za "po prostu dziwaczne".

Dostajesz naderwany, pognieciony worek i myślisz: "co to do diabła jest?". W dodatku widzisz na nim "szczere przeprosiny" - mówił Edwards. Poczta załączyła bowiem list z przeprosinami "za wszelkie niedogodności".

Mężczyzna podkreślił, że sytuacja go rozbawiła, a zwłaszcza przeprosiny od poczty. Dzieci Edwardsa, jak wskazał, już opuściły rodzinne gniazdo.

52-latek ocenił, że "zdrowy rozsądek podpowiadałby wyrzucić to do kosza" zamiast dostarczać po 19 latach.

Kilka osób mówiło mi, żebym wystawił to czasopismo na eBay-u, ale to nie w moim stylu. Po prostu to wyrzucę - przyznał w rozmowie z brytyjską stacją.

Brytyjska poczta oświadczyła, że przesyłka nie zaginęła, lecz prawdopodobnie ktoś ponownie włożył ją do systemu pocztowego. Instytucja podkreśliła, że codziennie sprawdza swoje biura doręczeń oraz maszyny sortujące.

Jak wskazała telewizja BBC, brytyjska poczta była w ostatnim czasie krytykowana za czas dostaw. Niekiedy opóźnienia skutkowały odwołanymi wizytami lekarskimi.

Rzecznik poczty wskazał, że "gdy przesyłka jest już w systemie pocztowym, zostanie dostarczona pod wskazany adres". Potwierdza to przypadek Paula Edwardsa.

Jadowity pająk Nosferatu tuż przy polskiej granicy. Liczba zgłoszeń lawinowo rośnie

Pająk o wyglądzie wampira i jadowitych szczękach błyskawicznie opanowuje kolejne rejony Niemiec. Gatunek Nosferatu, który dotychczas kojarzony był wyłącznie z ciepłym południem Europy, dotarł już nawet nad Bałtyk tuż przy polskiej granicy. Choć jego potężne szczęki potrafią przebić ludzką skórę, eksperci uspokajają.

  • Pająk Nosferatu, niegdyś znany głównie z południa Europy, teraz szturmem zdobywa Niemcy, w tym północne rejony blisko polskiej granicy.
  • Nosferatu świetnie radzi sobie w chłodniejszym klimacie, zimą wchodzi do domów, a jego ukąszenia są rzadkie i niegroźne - bardziej jak ukłucie owada.
  • W Polsce pająki nie stanowią poważnego zagrożenia, a większość gatunków pełni ważną rolę w ekosystemie, pomagając zwalczać szkodniki.
  • Więcej najnowszych i najważniejszych informacji z kraju i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl

Pająk Nosferatu (Zoropsis spinimana) to gatunek, który jeszcze kilkanaście lat temu znany był głównie z południa Europy. Dziś można go spotkać niemal w całych Niemczech, włącznie z północnymi landami, takimi jak Meklemburgia-Pomorze Przednie czy Szlezwik-Holsztyn. Według ekspertów z organizacji ochrony środowiska, pająk ten zadomowił się już nawet w tych rejonach, gdzie do niedawna nie był obecny. Jego obecność potwierdzają liczne zgłoszenia i zdjęcia mieszkańców.

Od pierwszego odnotowania obecności tego gatunku w Niemczech w 2005 roku, Nosferatu bardzo szybko rozprzestrzenił się na kolejne obszary. Początkowo był spotykany głównie na południu kraju, jednak z czasem zaczął pojawiać się także nad Bałtykiem. W 2022 roku zaobserwowano go po raz pierwszy w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, choć początkowo był to pojedynczy przypadek związany z przypadkowym przywiezieniem pająka w bagażu. Obecnie doniesienia o jego obecności płyną już regularnie z różnych części kraju, w tym z wysp Rugia i Uznam, a także z Lubeki, gdzie na stałe zagościł w przestrzeni miejskiej.

Obecność pająka Nosferatu jest dokumentowana przez mieszkańców Niemiec. Każdego roku notuje się od 3000 do 5000 zgłoszeń popartych fotografiami. Wiosną tego roku liczba obserwacji była szczególnie wysoka - w okresie od stycznia do maja przesłano ponad 2500 zdjęć. Eksperci zachęcają do dalszego zgłaszania przypadków spotkania z tym gatunkiem, co umożliwia dokładniejsze monitorowanie jego populacji i rozprzestrzeniania się.

Pająk Nosferatu doskonale radzi sobie nawet w surowszym, północnym klimacie. Zimą chętnie zasiedla ogrzewane domy i mieszkania, gdzie znajduje dogodne warunki do życia. Jest aktywny głównie nocą, a dzięki solidnej budowie ciała, jadowitym szczękom i zręczności potrafi polować na stosunkowo dużą zdobycz. Ciało dorosłego osobnika osiąga długość od 1 do 2 cm, a rozpiętość odnóży może sięgać nawet 5 cm. Charakterystyczny wzór na przedniej części ciała przywodzi na myśl twarz wampira znanego z filmu Nosferatu, co nadało mu popularną nazwę.

Jednym z najczęściej zadawanych pytań jest to, czy obecność pająka Nosferatu stanowi zagrożenie dla ludzi. Choć jego jadowite szczęki są na tyle silne, by przebić ludzką skórę, ukąszenia zdarzają się bardzo rzadko i mają łagodny przebieg, porównywalny do użądlenia przez owada. 

Eksperci podkreślają, że nawet w przypadku ukąszenia nie ma powodów do niepokoju - objawy ograniczają się zwykle do miejscowego zaczerwienienia i krótkotrwałego bólu. Pająk wykorzystuje jad głównie do polowania, a nie do obrony przed człowiekiem.

W kontekście ekspansji nowych gatunków warto przypomnieć, że w Polsce nie występują pająki, które mogłyby stanowić istotne zagrożenie dla zdrowia człowieka. Nawet te uznawane za "jadowite" wykorzystują jad wyłącznie do zdobywania pożywienia. Ukąszenia polskich pająków są niezwykle rzadkie i mają łagodny przebieg, nie różnią się pod względem objawów od ugryzienia przez owada. 

Polskie lasy są domem dla setek gatunków pająków, z których większość jest zupełnie niegroźna, a wiele z nich pełni ważną rolę w ekosystemie. Najbardziej rozpoznawalne to krzyżaki, które budują symetryczne sieci, oraz skakuny - niewielkie, fotogeniczne pająki o dużych oczach, które aktywnie polują na swoje ofiary.

Choć wiele osób odczuwa niepokój na widok pająków, warto pamiętać, że są one naszymi sprzymierzeńcami w walce z owadami. Regulują liczebność szkodników, przyczyniają się do zachowania równowagi w przyrodzie i wspierają bioróżnorodność. Zmiany klimatu mogą sprzyjać pojawianiu się nowych gatunków, jednak proces ten jest stopniowy i stale monitorowany przez naukowców.

Inwazja trujących gąsienic u naszych sąsiadów. Ludzie boją się wychodzić z domów

Berlińczycy zmagają się z masową inwazją trującej korowódki dębówki. Gąsienice tej ćmy opanowały parki, ogrody, a nawet fasady budynków. Z powodu toksycznych włosków tej gąsienicy starsi ludzie boją się wychodzić z domów, rodzice nie wypuszczają dzieci na podwórka. Zamknięto parki, place zabaw i tereny sportowe.

W ostatnich tygodniach mieszkańcy Berlina zmagają się z bezprecedensową inwazją korowódki dębówki - gąsienicy, której parzące włoski są poważnym zagrożeniem dla zdrowia. Toksyna zawarta we włoskach wywołuje silne reakcje alergiczne, a nawet duszności. Jak relacjonują mieszkańcy, gąsienice pojawiają się dosłownie wszędzie: są na framugach drzwi, na samochodach, elewacjach, lampach.

Mieszkańcy przetrwają dzień tylko dzięki tabletkom z kortyzonem - przyznaje radny jednej z dzielnic Berlina, Nico Kaufmann.

W związku z brakiem reakcji ze strony władz mieszkańcy Berlina postanowili działać na własną rękę. Zbierają podpisy pod petycją, w której domagają się opracowania skutecznego planu ochrony dla całego miasta. Część parków, ogrodów i placów zabaw została już ogrodzona i oznaczona ostrzeżeniami, jednak zagrożenie nie maleje.

Władze sanitarne nie interweniują, tłumacząc, że gąsienice nie są klasyfikowane jako typowe szkodniki. Dodatkowo berliński urząd ochrony roślin zabrania stosowania biocydów - gniazda trujących gąsienic są odsysane. W innych regionach Niemiec stosuje się insektycydy lub biologiczne metody, takie jak opryskiwanie drzew nicieniami, które zwalczają larwy. Niektóre gminy używają gorącej wody lub piany z myjek wysokociśnieniowych, by unieszkodliwić parzące włoski.

Władze i organizacje przyrodnicze stawiają też na naturalnych wrogów gąsienic - montowane są budki lęgowe dla sikorek i rudzików, które żywią się larwami korowódki.

Eksperci podkreślają, że korowódka dębówka rozmnaża się coraz szybciej. Sprzyjają jej łagodne zimy, ciepłe i suche wiosny oraz zmiany klimatyczne. Według prognoz przyrodników najpoważniejsze zagrożenie minie w połowie czerwca, gdy gąsienice przekształcą się w ćmy. Dorosłe owady nie stanowią już zagrożenia alergicznego.

Największe zagrożenie stanowią włoski pokrywające ciało gąsienicy. Każda z nich ma ich aż około 60 tysięcy, a długość pojedynczego włoska to około 2 mm. Włoski te łatwo się odłamują i są wypełnione parzącą substancją - thaumetopoeiną. W momencie zagrożenia gąsienice potrafią "wystrzelić" włoski w powietrze. Unoszone przez wiatr mogą dotrzeć nawet kilka kilometrów od miejsca występowania owada. 

Kontakt z włoskami może prowadzić do poważnych dolegliwości. Jak podkreślają eksperci: "Po kontakcie ze skórą lub oczami substancja ta może wywoływać nieprzyjemne uczulenia i podrażnienia, a często także objawy groźne dla zdrowia".

Wśród objawów wymienia się m.in.:

  • zawroty głowy,
  • gorączkę,
  • ataki astmy,
  • reakcje alergiczne,
  • wymioty,
  • wysypkę. 

W przypadku poważniejszych reakcji niezbędna jest konsultacja lekarska.

Jeśli dojdzie do kontaktu z gąsienicą korowódki dębówki lub jej włoskami, należy zachować szczególną ostrożność. Przede wszystkim:

  • zdejmij ubranie, które mogło mieć kontakt z włoskami (wypierz je w temperaturze przynajmniej 60 stopni C),
  • jeśli włoski znajdują się na skórze, usuń je przy pomocy taśmy klejącej, przyklejając taśmę do skóry i odrywając ją - czynność powtórz kilkukrotnie, zmieniając taśmę,
  • przemyj podrażnione miejsca letnią wodą,
  • unikaj drapania i pocierania skóry w miejscu wystąpienia zmian alergicznych,
  • w przypadku dostania się włosków do oczu lub wystąpienia silnej reakcji alergicznej, jak najszybciej skontaktuj się z lekarzem.

Objawy mogą pojawić się natychmiast lub w ciągu kilku godzin. W większości przypadków stosuje się leczenie antyhistaminowe lub miejscowe środki steroidowe.

Na kontakt z włoskami korowódki dębówki szczególnie narażone są psy i koty. Pierwsze objawy to intensywne ślinienie się, trudności z piciem i jedzeniem oraz drobne rany na ciele zwierzęcia. W takim przypadku konieczna jest pilna wizyta u weterynarza, ponieważ skutki mogą być groźne dla zdrowia pupila.

Są oficjalne wyniki wyborów w Armenii. Moskwa nie ma się z czego cieszyć

Dzisiaj, 8 czerwca (09:45)

Aktualizacja: 1 godz. 23 minuty temu

Ogłoszono oficjalne wyniki wyborów parlamentarnych w Armenii. Wygrała Umowa Społeczna, partia Nikola Paszyniana, premiera kraju. Zdobyta większość pozwoli mu na stworzenie samodzielnego rządu. Drugie miejsce zajął sojusz Silna Armenia, a trzecie Blok Armenia. Paszynian dąży m.in. do zbliżenia z Zachodem i ograniczenia zależności od Rosji.

W Armenii przeliczono wszystkie głosy oddane w niedzielnych wyborach parlamentarnych. Centralna Komisja Wyborcza w poniedziałek ogłosiła oficjalne wyniki. Frekwencja wyniosła 58,97 proc. Zagłosowało blisko 1,5 mln z ok. 2,5 upoważnionych do tego wyborców.

Wybory wygrała Umowa Społeczna - partia premiera kraju Nikola Paszyniana, zdobywając 49,81 proc. głosów.

Drugie miejsce zajął sojusz Silna Armenia - 23,29 proc., a trzecie Blok Armenia - 9,94 proc. Do parlamentu wejdzie jeszcze partia Kwitnąca Armenia, która zdobyła 4 proc. głosów.

Zdobyta większość pozwoli Paszynianowi na stworzenie samodzielnego rządu. Obecny premier sprawuje to stanowisko od 2018 r. i zostanie w ten sposób najdłużej urzędującym szefem rządu w historii kraju.

Centralna Komisja Wyborcza nie podała na razie dokładnego podziału mandatów. Wybory mają wyłonić co najmniej 101 deputowanych jednoizbowego parlamentu. Ich liczba może być jednak większa, bo zależy od mechanizmów wyrównawczych mających zapewnić większość. W kończącej się kadencji zasiadało 107 deputowanych.

Według portalu Open Caucasus Media wyniki przełożą się na 58 mandatów dla Umowy Społecznej, 27 dla Silnej Armenii, 11 dla Bloku Armenii i 5 dla Kwitnącej Armenii. Portal 301.am prognozuje z kolei, że partia Paszyniana będzie miała 61 przedstawicieli, Silna Armenia - 28, Blok Armenia - 11, a Kwitnąca Armenia - 5.

Każda z tych wersji oznacza bezwzględną większość dla Umowy Społecznej, która w kończącej się kadencji ma 71 deputowanych.

Wybory w Armenii postrzegane były jako test polityki Paszyniana, który dąży do normalizacji stosunków z Azerbejdżanem po przegranym konflikcie o Górski Karabach, zbliżenia z Zachodem i ograniczenia zależności od Rosji. Główne siły opozycji - Silna Armenia, Blok Armenia i Kwitnąca Armenia - krytykują go za ustępstwa wobec Azerbejdżanu i opowiada się za bliższymi relacjami z Moskwą.

Armeńska scena polityczna jest silnie spolaryzowana, kampania wyborcza przebiegała w napiętej atmosferze. Media informowały o masowych operacjach dezinformacyjnych Rosji wymierzonych w Paszyniana.

Z kolei władze aresztowały dziesiątki osób, m.in. powiązanych z partiami opozycyjnymi, zarzucając im przestępstwa wyborcze. Oponenci premiera uznali to za represje polityczne, do których Paszynian wykorzystuje aparat państwa.

To hańba, aresztowano 75 członków i sympatyków Silnej Armenii, a w okresie wyborczym zatrzymano 700 osób - mówił w powyborczą noc główny rywal Paszyniana, Samwel Karapetian. Jest on ormiańsko-rosyjskim oligarchą; kieruje koalicją Silna Armenia. Sam przebywa w areszcie domowym. Aresztowano go w 2025 r. pod zarzutami podżegania do obalenia władzy i przestępstw finansowych.

Paszynian, pytany o pojawiające się przez całą wyborczą niedzielę doniesienia opozycji o naruszeniach wyborczych ze strony władz, powiedział, że te "nie ingerowały w nielegalny sposób w swobodę wypowiedzi obywateli". Oświadczył, że organy ścigania reagowały na doniesienia o nieprawidłowościach wyborczych, dotyczących np. kupowania głosów.

To również oczywiste, że trójgłowa partia wojny stosowała takie metody, a organy ścigania reagowały - dodał.

Alarm na Łotwie. Mieszkańcy mieli zostać w domach

Dzisiaj, 8 czerwca (09:20)

Aktualizacja: 1 godz. 17 minut temu

Co najmniej jeden dron lecący od strony Rosji naruszył łotewską przestrzeń powietrzną. Taką informację przekazało wojsko Łotwy. Ogłoszono alarm przeciwlotniczy we wschodnich regionach kraju. Władze zaapelowały do mieszkańców, by nie wychodzili na zewnątrz. Dron został zestrzelony przez myśliwce NATO. Kilkadziesiąt minut później ogłoszono kolejny alarm przeciwlotniczy.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

Niespokojny poniedziałkowy poranek na Łotwie. Przestrzeń powietrzna tego kraju została naruszona przez drona lecącego od strony Rosji. Ogłoszono alarm przeciwlotniczy w terenach graniczących z Rosją i Białorusią. Mieszkańców poproszono, by pozostali w domach. 

W rozmowie z agencją Reutera rzecznik łotewskiej armii mówił o co najmniej jednym dronie lecącym od strony Rosji. 

Chwilę później przekazano informację, że alarm został odwołany. Dron został bowiem zestrzelony przez samoloty NATO. 

"Myśliwce sojusznicze skutecznie zestrzeliły drona wchodzącego w przestrzeń powietrzną Łotwy!" - poinformowała armia Łotwy w poście na portalu społecznościowym X. Później sprecyzowano, że były to stacjonujące na Łotwie francuskie myśliwce. 

Pochodzenie drona nie zostało jeszcze ustalone. 

Kilkadziesiąt minut po odwołaniu pierwszego alarmu przeciwlotniczego, łotewska armia ogłosiła kolejny.

To kolejny incydent z udziałem drona na Łotwie. 7 maja łotewskie wojsko poinformowało o naruszeniu swojej przestrzeni powietrznej przez dwa drony, które wleciały na Łotwę z Rosji. W wyniku tego zdarzenia uszkodzone zostały cztery puste zbiorniki na ropę w Rzeżycy. Na miejscu znaleziono szczątki rozbitego drona, jednak - jak podaje agencja LETA - nie doszło do pożaru, a służby podjęły działania mające na celu schłodzenie jednego ze zbiorników. 

Szef MSZ Ukrainy, Andrij Sybiha, informował wtedy, że incydenty te były "skutkiem rosyjskiej walki elektronicznej, której celem było celowe skierowanie ukraińskich dronów z dala od ich celów w Rosji". 

W związku z incydentem z ukraińskimi dronami niewykrytymi przez radary do dymisji podał się minister obrony Andris Spruds z socjaldemokratycznej partii Postępowcy. Ugrupowanie to, w geście protestu, opuściło następnie koalicję rządową. Kilka dni potem do dymisji podała się premier Evika Silina. 

Już po tej politycznej burzy 23 maja niezidentyfikowany dron spadł do jeziora Dridrza na południowym wschodzie Łotwy i eksplodował w kontakcie z wodą - poinformowała agencja LETA, powołując się na łotewską policję. 

W ostatnich miesiącach Ukraina nasiliła swoje dalekosiężne ataki dronami na Rosję, w tym na obszar Morza Bałtyckiego. Kilka ukraińskich dronów wojskowych zbłądziło w przestrzeń powietrzną Finlandii, Łotwy, Litwy i Estonii.  

Wojskowe drony zbłąkane w przestrzeń powietrzną sąsiadów Rosji wzbudzają obawy, że wojna na Ukrainie rozlewa się na północne granice NATO.  

W zeszłym miesiącu myśliwiec NATO zestrzelił podejrzanego ukraińskiego drona nad Estonią.

❌