Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 13 czerwca 2026 Fakty - Fakty - najświeższe wiadomości z kraju i świata - RMF24

Nowa szczepionka kontra narkotykowy koszmar XXI wieku

Dzisiaj, 13 czerwca (10:22)

Naukowcy ze Stanów Zjednoczonych opracowali eksperymentalną szczepionkę, która w testach na myszach wykazała zdolność ochrony przed działaniem fentanylu oraz szeregu jego nielegalnych, syntetycznych pochodnych. Wyniki opisano na łamach czasopisma "Journal of Medicinal Chemistry".

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Badacze przypominają, że fentanyl oraz jego analogi odpowiadają w USA za dziesiątki tysięcy zgonów rocznie. Substancja ta jest wielokrotnie silniejsza od morfiny, a jej przedawkowanie może prowadzić do zatrzymania oddechu i śmierci.

Nowa strategia terapeutyczna polega na "uczeniu" układu odpornościowego produkcji przeciwciał, które wiążą fentanyl we krwi i blokują jego przedostawanie się do mózgu. Dotychczasowe próby tworzenia szczepionek były jednak ograniczone, ponieważ działały one zwykle tylko na pojedyncze substancje, a rynek narkotykowy szybko wprowadza kolejne ich odmiany.

Zespół ze Scripps Research Institute opracował więc rozwiązanie szersze - preparat oparty na zmodyfikowanej cząsteczce, której budowa różniła się od klasycznego fentanylu, ale zachowała część jego elementów chemicznych. Połączono ją z białkiem nośnikowym i wykorzystano jako składnik szczepionki.

Preparat podano myszom w czterech dawkach. Efekty były obiecujące: układ odpornościowy zwierząt wytworzył przeciwciała zdolne do wiązania nie tylko fentanylu, ale także jego niebezpiecznych pochodnych, m.in. karfentanylu, acetylfentanylu i furanylfentanylu. Co istotne, przeciwciała nie reagowały z opioidami stosowanymi w medycynie, takimi jak morfina czy oksykodon.

Po ośmiu tygodniach od szczepienia gryzoniom podano fentanyl. U zaszczepionych zwierząt nie wystąpiły ciężkie zaburzenia oddychania (które normalnie występują po wysokich dawkach tego narkotyku), a ilość substancji docierającej do mózgu była o około 70 procent niższa niż w grupie kontrolnej.

Nasze badanie pokazuje, że nie musimy starać się nadążać za każdym nowym narkotykiem, jaki pojawia się na rynku. Ucząc układ odpornościowy rozpoznawania całej grupy związków fentanylowych, a nie tylko pojedynczych struktur, możemy wyprzedzić producentów i handlarzy tych nielegalnych substancji - podkreślił prof. Kim Janda, główny autor publikacji.

Naukowcy zaznaczają jednak, że to dopiero wczesny etap prac. Konieczne są badania kliniczne, które potwierdzą bezpieczeństwo i skuteczność szczepionki u ludzi. W przyszłości mogłaby ona znaleźć zastosowanie m.in. w terapii uzależnień oraz ochronie osób szczególnie narażonych na kontakt z fentanylem.

Otrzymane przedwczoraj Fakty - Fakty - najświeższe wiadomości z kraju i świata - RMF24

Najczarniejszy scenariusz został odwołany. Jest nadzieja dla świata

Wczoraj, 6 czerwca (17:00)

Najnowsze badania klimatyczne przynoszą nieoczekiwane wieści - najczarniejszy scenariusz globalnego ocieplenia został oficjalnie usunięty z prognoz naukowców. Czy to oznacza, że ludzkość uniknie klimatycznej katastrofy? Eksperci ostrzegają – to dopiero początek drogi, a przyszłość naszej planety wciąż zależy od naszych decyzji.

  • Jeszcze niedawno scenariusz RCP8.5, czyli "najgorszy z możliwych", malował Ziemię z niemal 5 stopniami ocieplenia i katastrofalnymi skutkami klimatycznymi.
  • Teraz naukowcy usunęli ten czarny scenariusz, bo rzeczywiste działania zaczynają przynosić efekty.
  • Najnowsze analizy pokazują aż siedem nowych scenariuszy, z których żaden nie przewiduje ocieplenia powyżej 3,5 stopnia do 2100 roku.
  • Mimo usunięcia najgorszego wariantu, już dziś widać niepokojące zmiany klimatu.
  • Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Jeszcze kilka lat temu wizja Ziemi pogrążonej w klimatycznym chaosie wydawała się nieunikniona. Scenariusz RCP8.5 - znany jako "najgorszy z możliwych" - straszył wizją planety cieplejszej o niemal 5 stopni Celsjusza, z potrojonym poziomem dwutlenku węgla w atmosferze, ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi, suszami, powodziami i globalnym kryzysem żywnościowym. Dziś jednak naukowcy ogłaszają - ten scenariusz został oficjalnie usunięty z prognoz.

Jak podaje National Geographic, decyzja ta nie jest przypadkowa. To efekt realnych działań, które już dziś zaczynają przynosić pierwsze, choć jeszcze nie spektakularne, efekty. Rozwój energetyki solarnej i wiatrowej, coraz wydajniejsze magazyny energii, rosnąca liczba samochodów elektrycznych - wszystko to spowalnia wzrost emisji gazów cieplarnianych.

RCP8.5 oraz jego następca, SSP5-8.5, przez lata były symbolem klimatycznej apokalipsy. Zakładały one, że świat nie podejmie żadnych działań na rzecz ograniczenia emisji, a gospodarka będzie oparta na niepohamowanej konsumpcji energii z paliw kopalnych. Efekt? Do 2100 roku stężenie CO₂ miałoby sięgnąć 1135 ppm, a średnia temperatura wzrosłaby o 4,5 st. C względem epoki przedprzemysłowej.

National Geographic podkreśla, że w takim scenariuszu fale upałów, susze, pożary, huragany i powodzie stałyby się codziennością, a ludzkość musiałaby zmierzyć się z niedoborem wody pitnej i dramatycznym wzrostem cen żywności. Jednak, jak pokazują najnowsze analizy, świat wyraźnie skręcił z tej ścieżki.

Naukowcy nie poprzestają na jednym scenariuszu. Opracowali aż siedem nowych ścieżek rozwoju sytuacji klimatycznej, które różnią się tempem ograniczania emisji i rozwojem technologii. Każda z nich pokazuje, jak bardzo przyszłość zależy od naszych decyzji - zarówno tych politycznych, jak i indywidualnych.

Co ważne, żaden z nowych scenariuszy nie przewiduje już tak dramatycznego wzrostu temperatury, jak RCP8.5. Najgorszy obecnie wariant zakłada ocieplenie o około 3,5 st. C do końca wieku. To wciąż bardzo zła wiadomość, ale - jak podkreślają eksperci - pokazuje, że globalne wysiłki zaczynają przynosić efekty.

Choć najgorszy scenariusz został usunięty, nie oznacza to końca problemów. Już dziś, przy wzroście temperatury o 1,4 st. C, obserwujemy niepokojące zmiany klimatyczne - rekordowe upały, susze, powodzie i anomalie pogodowe. Emisje gazów cieplarnianych są wciąż bardzo wysokie, a tempo globalnego ocieplenia nie zwalnia.

National Geographic zwraca uwagę, że obecna trajektoria emisji plasuje nas pomiędzy skrajnymi scenariuszami - poniżej ścieżki wysokich emisji, ale wciąż powyżej najbardziej optymistycznych prognoz. Jeśli nie przyspieszymy działań, do końca stulecia czeka nas wzrost temperatury o około 2,6 st. C. To wybór "najmniejszego zła", ale wciąż daleki od bezpiecznego.

Historia walki z dziurą ozonową pokazuje, że globalny wysiłek może przynieść spektakularne efekty. Czy uda się powtórzyć ten sukces w walce z globalnym ociepleniem? Eksperci są zgodni - kluczem jest dalszy rozwój technologii odnawialnych, magazynowania energii i elektryfikacji transportu. Każdy rok zwłoki oznacza coraz trudniejsze wyzwania i większe koszty.

National Geographic podkreśla, że przyszłość nie jest przesądzona. To, jak będzie wyglądał świat w 2100 roku, zależy od naszych decyzji tu i teraz. Scenariusze klimatyczne nie są wyrocznią - to narzędzia, które mają pomóc nam zrozumieć, jak wiele zależy od naszych działań.

Jesteśmy blisko punktu krytycznego. Potem nie będzie już odwrotu

Najnowsze badania opublikowane na łamach prestiżowego czasopisma „Nature” nie pozostawiają złudzeń – Amazonia, nazywana zielonymi płucami Ziemi, stoi na krawędzi katastrofy. Wycinka lasów i postępujące ocieplenie klimatu mogą już w latach 40. XXI wieku zamienić ogromne połacie tej niezwykłej puszczy w suche, zdegradowane tereny przypominające sawannę. To scenariusz, który może mieć dramatyczne konsekwencje nie tylko dla Ameryki Południowej, ale i całego świata.

  • Amazonia może przekroczyć punkt krytyczny już w 2040 roku.
  • Wtedy degradacja stanie się już nieodwracalna. 
  • Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Amazonia, największy las deszczowy świata, od dekad pełni rolę naturalnego bufora klimatycznego, pochłaniając miliardy ton dwutlenku węgla i regulując obieg wilgoci na kontynencie południowoamerykańskim. Jednak najnowsze doniesienia naukowców publikowane w "Nature" rzucają cień na przyszłość tego unikatowego ekosystemu. Zespół badaczy ostrzega, że już w latach 40. XXI wieku Amazonia może przekroczyć punkt krytyczny, po którym jej degradacja stanie się nieodwracalna.

Dotychczasowe prognozy sugerowały, że las deszczowy Amazonii jest w stanie wytrzymać wzrost temperatury nawet o 4 stopnie Celsjusza. Nowe analizy są jednak znacznie bardziej pesymistyczne. Okazuje się, że jeśli tempo wylesiania nie zostanie zahamowane, niebezpieczne zmiany mogą rozpocząć się już przy wzroście temperatury o zaledwie 1,5-1,9 stopnia Celsjusza - a to poziom, który świat niemal już osiągnął.

Dotąd amazoński las deszczowy odgrywał kluczową rolę w stabilizowaniu systemu Ziemi jako pochłaniacz dwutlenku węgla, regulator obiegu wilgoci i siedlisko największej bioróżnorodności lądowej na świecie. Dalsze wylesianie podważa tę stabilność, przybliżając las do punktu krytycznego. Byłoby to katastrofalne nie tylko dla regionu, ale mogłoby mieć dalekosiężne konsekwencje dla całej planety - przekazał współautor badania Johan Rockstrom.

Według najnowszych szacunków, do tej pory wycięto już 17-18 procent amazońskiej puszczy, głównie pod hodowlę bydła i uprawy soi. Naukowcy ostrzegają, że punkt krytyczny może zostać osiągnięty, gdy wylesienie sięgnie 22-28 procent. To oznacza, że jesteśmy niebezpiecznie blisko granicy, po której nie będzie już odwrotu.

Wylesianie sprawia, że Amazonia jest znacznie mniej odporna, niż wcześniej sądziliśmy. Osusza atmosferę i osłabia zdolność lasu do samodzielnego generowania opadów - wyjaśnił Nico Wunderling, główny autor badania. Nawet umiarkowane dodatkowe ocieplenie może wtedy wywołać kaskadowe skutki w dużych częściach lasu - dodaje.

Unikalność Amazonii polega na jej zdolności do samodzielnego napędzania obiegu wody. Drzewa tego lasu uwalniają do atmosfery ogromne ilości wilgoci, która następnie wraca na ziemię w postaci deszczu. Szacuje się, że nawet połowa opadów w regionie pochodzi właśnie z tego procesu.

Gdy jednak lasów ubywa, ten naturalny mechanizm zaczyna się załamywać. Spada ilość opadów, nasilają się susze, a kolejne obszary stają się coraz bardziej podatne na degradację.

Według naukowców, jeśli obecne trendy się utrzymają, już w 2040 roku ponad dwie trzecie Amazonii może zostać zdegradowane. To oznacza nie tylko utratę bezcennej bioróżnorodności, ale także poważne zagrożenie dla globalnego klimatu. Amazonia odgrywa bowiem kluczową rolę w pochłanianiu dwutlenku węgla i regulacji temperatury na Ziemi.

Czy jeszcze można powstrzymać ten katastrofalny scenariusz? Naukowcy nie tracą nadziei. Zmiany te nie są jednak nieuniknione. Zatrzymanie wylesiania, ekologiczna odbudowa zdegradowanych lasów oraz szybka redukcja emisji mogą jeszcze ograniczyć ryzyko - podsumował Rockstrom.

Mózg nie służy do zapewniania nam szczęścia

Mózg nie ma zapewnić nam szczęścia, ma umożliwić nam przetrwanie - mówi RMF FM szwedzki psychiatra Anders Hansen, twórca bestsellerowych, także wydawanych w Polsce, książek o mózgu. Jak przekonuje, mózg człowieka wciąż działa tak, jak byśmy walczyli o przeżycie na sawannie. To dlatego wciąż chcemy więcej i więcej, satysfakcję odczuwamy krótko i nigdy nie potrafimy czuć się w pełni zaspokojeni. W rozmowie z Grzegorzem Jasińskim podkreśla, że chwilowe uczucia smutku, lęku czy przygnębienia są całkowicie normalne i powinniśmy szukać pomocy dopiero, gdy się przeciągają i utrudniają nam życie.

Grzegorz Jasiński: Dlaczego tak trudno jest się dowiedzieć, co się dzieje w mózgu, nawet w naszym własnym mózgu? 

Anders Hansen: Cóż, mózg ewoluował po to, by działać, nie po to, by ujawniać swoje tajemnice. To jest naprawdę odpowiedź. A jaka jest jego główna funkcja? Nie ma sprawiać, byśmy byli mądrzy, szczęśliwi czy kreatywni. Ma utrzymać nas przy życiu. To maszyna przetrwania. I nie zmienił się w żaden istotny sposób przez ostatnie 10 000 lat. A to oznacza, że mamy w naszych głowach organ, który teraz tworzy nasze doświadczenie istnienia, ale ewoluował jako maszyna przetrwania na sawannie. To oznacza, że my ludzie, jesteśmy napędzani instynktami, które pomagały nam przetrwać w naszej ewolucyjnej przeszłości. Ale te instynkty niekoniecznie czynią nas szczęśliwymi w obecnym świecie powszechnego nadmiaru. I myślę, że wszystkie moje książki były próbą wyjaśnienia, jak naprawdę funkcjonujemy. Po raz pierwszy w historii możemy zajrzeć do środka i zobaczyć, co się dzieje w naszych mózgach. I uważam, że to jest niesamowicie fascynujące. Przy czym nie tylko fascynujące w sensie, że pewien obszar mózgu się aktywuje, gdy robisz coś, na przykład przewijasz strony internetowe, albo idziesz pobiegać, czy spędzasz czas z przyjaciółmi. Najważniejsze jest to, dlaczego mózg funkcjonuje tak, a nie inaczej. To jest naprawdę fascynujące. I wiele z tego można wyjaśnić przez ewolucję. I myślę, że jeśli nauczymy się, jak funkcjonuje nasza głowa, to możemy podejmować mądrzejsze decyzje. Więc w pewnym sensie ta wiedza o mózgu jest sposobem na to, by się nieco od niego uwolnić, być bardziej wolnym od ograniczeń, które biologia na nas nałożyła.

Mówił pan o nowych możliwościach. Chciałbym zapytać o nowe technologie, które dają nam pewien wgląd, by wiedzieć, co się dzieje w mózgu, na przykład funkcjonalny rezonans magnetyczny (fMRI). Czy uważa pan, że obrazy, które pokazują w których miejscach aktywność rozświetla mózg są naprawdę ważne? Czy raczej dopiero całościowe branie wszystkiego razem pod uwagę może dać nam jakiś obraz tego, co się w mózgu dzieje? 

Cóż, myślę, że mogą być ważne. Jeden dość konkretny przykład to system dopaminowy. System dopaminowy sugeruje nam, by czegoś chcieć. Działa jak silnik, który sprawia, że chcemy jedzenia, chcemy spędzać czas z przyjaciółmi, chcemy mieć seks i tak dalej. System dopaminowy jest nieustannie aktywny. Dlatego nigdy nie możemy mieć dość. Ewoluowaliśmy tak, by nigdy nie być zadowolonym, poza bardzo krótkimi okresami, ponieważ dla naszych przodków nigdy nie było możliwe, by mieć dość. Nieustannie trzeba było dążyć do tego, by mieć więcej jedzenia, lepsze bezpieczeństwo i tak dalej. System dopaminowy nie daje nam uczucia przyjemności. To pochodzi z systemu endorfinowego, a system endorfinowy jest znacznie bardziej delikatny. Jest trudniejszy do aktywacji i jest znacznie krótkotrwały. I to jest wyjaśnienie, dlaczego mózg tak łatwo przekonuje, że czegoś chce (z pomocą dopaminy), ale tak trudno jest mu być zadowolonym (za sprawą endorfin). Fakt, że istnieje konkretna różnica między tymi dwoma układami, tak wiele na temat naszej natury tłumaczy, tak wiele tłumaczy na temat działania społeczeństw.   W tym sensie ważne jest, by widzieć, że istnieje różnica między tymi układami. I ten wynik pochodzi także z badań fMRI, gdzie widzimy aktywację różnych części mózgu, gdy czegoś chcemy i gdy odczuwamy przyjemność. Jednak nie jest to aż tak ważne, która dokładnie część mózgu się aktywuje. To bardziej dla biologicznych geeków, myślę. Z tym, że część tej wiedzy jest naprawdę cenna. Ale mnie zawsze fascynowała odpowiedź na pytanie, dlaczego mózg funkcjonuje tak, a nie inaczej, dlaczego nasze pragnienia są nieograniczone? A to prawdopodobnie dlatego, że nasi przodkowie nigdy nie mogli mieć dość. I kiedy już to o sobie wiemy, możemy podejmować mądrzejsze decyzje. 

Czy uważa pan, że pierwotne instynkty obecne w naszym mózgu są nadal tak ważne, że się nie zmieniają? Czy zmiana w mózgu jest bardzo trudna do przeprowadzenia i zajęłaby znacznie więcej czasu niż zmiany, które w ostatnich wiekach naszej historii były bardzo, bardzo szybkie? 

Cóż, ewolucja jest bardzo powolna. Trwa dziesiątki tysięcy, a zwykle setki tysięcy lat, zanim nastąpią jakiekolwiek poważne zmiany w gatunku. I to samo dotyczy nas, ludzi. Mózg i ciało nie zmieniły się w żaden istotny sposób przez ostatnie 10 000 lat. Oczywiście jesteśmy też plastyczni. Mózg jest plastyczny. Zmienia się w zależności od tego, co z nim robisz. Więc nie jest całkowicie statyczny. Ale mamy w sobie, w naszych głowach, instynkty bardzo, bardzo głębokie. Jeden z nich to to, że nigdy nie możemy mieć dość. Kolejny to to, że dzielimy świat na "my" i "oni". I tego nie możemy się pozbyć. I instynktownie myślimy, że "my", czy to nasza drużyna, nasz naród, nasze miasto, jest lepsze i bardziej godne zaufania niż "oni", można powiedzieć. Ta tożsamość "my" i "oni" może być wywołana praktycznie przez cokolwiek. I nie sądzę, byśmy kiedykolwiek mogli się tego pozbyć. Ale możemy się nauczyć, jak to funkcjonuje, by podejmować mądrzejsze decyzje. Kiedy zobaczę osobę z innej drużyny, innego kraju czy innej kultury, mój początkowy instynkt może być: "Hmm, nie lubię tej osoby. On albo ona nie jest godna zaufania". I to jest w porządku, jeśli mamy taki instynkt. Tyle, że nie musimy za nim podążać. Mogę pomyśleć: "To tylko mój mózg robi mi psikusa, bo tak jesteśmy zaprogramowani". Dlatego tak ważne jest, by uczyć się, co się w naszej głowie naprawdę dzieje.  

Można powiedzieć, że obecne czasy są łatwiejsze dla naszego ciała, ale może trudniejsze dla naszego mózgu. Łatwiej jest po prostu zdobyć pożywienie, zarobić na życie, ale jesteśmy pod ciągłą presją, a nasz mózg musi wypracować strategie, by nie ulec tej presji.

Tak. Zdecydowanie. Żyjemy w świecie bezpieczniejszym niż kiedykolwiek w historii ludzkości, jesteśmy też bogatsi niż kiedykolwiek byliśmy i zdrowsi, a mimo to wiele osób cierpi na problemy ze zdrowiem psychicznym. Dlaczego? Część wyjaśnienia jest taka, że zapomnieliśmy, że jesteśmy istotami biologicznymi. Zapomnieliśmy, co tak naprawdę nas uszczęśliwia i co sprawia, że czujemy się dobrze, a to jest sen, ruch i co najważniejsze - inni ludzie, spotkania twarzą w twarz w realnym życiu. To są rzeczy, które chronią nas przed depresją i lękiem. Jednak jesteśmy też napędzani instynktami, które pomagały nam przetrwać, a przetrwanie jest zawsze ważniejsze dla mózgu niż dobrostan. Te instynkty zostały "zhakowane" w nowoczesnym społeczeństwie przez firmy technologiczne, które sprawiają, że bez końca przewijamy media społecznościowe. Kiedy jesteśmy też wystawieni na wiadomości o wojnach i katastrofach, mózg myśli, że to dzieje się w naszym otoczeniu, bo wszystko, o czym kiedyś ludzie słyszeli lub co się działo, miało miejsce w ich otoczeniu. I nawet jeśli na poziomie intelektualnym wiesz, że wojna w Iranie nie wpływa bezpośrednio na twoje bezpieczeństwo, mózg ma trudności z rozróżnieniem tego. To prawdopodobnie powód, dla którego żyjemy w świecie bezpieczniejszym niż kiedykolwiek, ale chodzimy i myślimy, że świat jest bardzo niebezpieczny. Nie mówię, że powinniśmy unikać wszystkich wiadomości. Powinniśmy czytać i być na bieżąco, ale być może warto być świadomym, że mózg ma trudności z rozróżnieniem, co jest nam bliskie, osobiste, a co nie. Dobrym pomysłem jest czytanie wiadomości rano i wieczorem, jeśli masz problemy ze stresem i lękiem, a pomijanie ich przez resztę dnia. Nowoczesne społeczeństwo, jak pan mówi, nakłada nowe rodzaje presji na mózg, a problemy, z którymi musiał się mierzyć historycznie - niebezpieczeństwo i niedobór - są teraz zastąpione ogólnym nadmiarem i bezpieczeństwem. Mózg nie jest do tego dobrze przystosowany i dlatego musimy być tego świadomi. Można oczywiście powiedzieć: "Może jednak ewoluujemy. W końcu ludzie ewoluują i mózg kiedyś będzie idealnie przystosowany do tego nowoczesnego świata". Zastanówmy się jednak, co musiałoby się wydarzyć, by tak się stało. Na przykład, gdyby ludzie mogli mieć instynktowną zdolność rozumienia kodu komputerowego, to byłoby dobre w naszym nowoczesnym świecie. Co musiałoby się wydarzyć, by to nastąpiło? Ci z nas, którzy nie mają tej zdolności, musieliby umrzeć lub przynajmniej nie mieć dzieci. A ja nie potrafię czytać kodu komputerowego i nie chcę umrzeć. I ewolucja zasadniczo się zatrzymała. O to chodzi w opiece zdrowotnej i to jest wspaniała rzecz. Dzięki zapłodnieniu in vitro pomagamy rodzicom, którzy nie mogą zostać rodzicami naturalnie, ale przez to geny, które wpływają na zdolność do posiadania dzieci, są przekazywane dalej. To wspaniała rzecz, ale to zasadniczo oznacza, że ewolucja się zatrzymała.

Więc jesteśmy tacy, jacy jesteśmy i musimy z tym żyć. 

Tak, dokładnie. 

I musimy radzić sobie z naszymi problemami tym, co mamy. Ale prawdopodobnie nie będziemy mieli żadnych dodatkowych zdolności, może dodatkową wiedzę, ale nie zdolności. 

Dokładnie. Myślę, że tak właśnie jest. Jesteśmy otoczeni teraz niesamowicie potężną technologią, jak AI, a świat zmienia się w niesamowicie szybkim tempie. My się nie zmienimy. Nadal będziemy tacy sami. Jeśli chcemy wykorzystać tę technologię jak najlepiej, nie wystarczy uczyć się o technologii, musimy też zrozumieć siebie i nasze pięty Achillesa. 

Pisze pan książki dla dorosłych o dorosłych i dla młodych ludzi, dla dzieci, o dzieciach. Chciałbym zapytać o różnice, ponieważ młodsze pokolenie żyje w rzeczywistości mediów społecznościowych od samego początku, a my, starsi żyjemy w tej, drugiej części naszego życia. Jako psychiatra, czy widzi pan różnice w naszym sposobie radzenia sobie z tym? Czy psychiatria dla młodych i starszych ludzi jest teraz zupełnie inna? 

Cóż, zawsze była podział między psychiatrią dziecięcą a dorosłych, ale dzieci dzisiaj są wystawione na presję mediów społecznościowych, której poprzednie pokolenia nie znały. Jak wiemy, depresje i stany lękowe są rosnącym problemem wśród dzieci i nastolatków na całym świecie. Stworzyłem wersje moich książek dla dzieci i nastolatków, razem z autorem specjalizującym się w tym, i pozwoliliśmy szkołom w Szwecji zamawiać te książki za sam koszt wysyłki pocztowej. Myślę, że zamówiono już 350 000 egzemplarzy i są używane w połowie wszystkich szkół szwedzkich. Dzieci podchodzą do mnie na ulicy codziennie i mówią: "Teraz rozumiem mój mózg i siebie trochę lepiej. Rozumiem, dlaczego warto uprawiać sport, trzymać telefon poza sypialnią, nie przewijać ekranu bez końca i tak dalej." Więc ta wiedza ma moc także dla dzieci i nastolatków. I są oni tak samo zainteresowani swoimi mózgami jak my, dorośli. 

Ale niektórzy powiedzą, że przesłanie jakie trafia do dzieci, jest bardzo różne, bo z jednej strony w szkołach mówimy, by nie oceniać, nie porównywać uczniów, nie stresować ich za bardzo, ale w życiu, w mediach społecznościowych, już jest nienawiść, zastraszanie i frustracja. Więc jeśli jesteśmy dla nich zbyt łagodni jako rodzice, to nie możemy dać im żadnej wiedzy, jak sobie radzić z tym co ich potem spotyka. 

To prawda.  

Najpierw w ogóle nie są krytykowani, a potem są krytykowani przez cały świat. Co pan o tym myśli? 

To świetna uwaga. Oczywiście myślę, że dzieci i nastolatki były nadmiernie chronione w realnym świecie, ale zdecydowanie były niedostatecznie chronione w świecie cyfrowym. Wyobraźmy sobie, jeśli powiedziałbym coś niemiłego panu lub komuś innemu, ludzie wokół mnie powiedzieliby: "Co ty robisz? Jesteś głupkiem". Kiedyś zawsze były konsekwencje zachowania się jak idiota, ale dzisiaj możesz ukryć się za ekranem i mówić różne rzeczy bez żadnych konsekwencji. I nie mówisz tego tylko do tej konkretnej osoby, ale jeszcze przed setkami lub tysiącami innych ludzi. Ilość stresu i porównań, na które jesteś wystawiony jako nastolatek, jest tak toksyczna i tak zupełnie inna niż to, z czym my dorastaliśmy. Więc tak, może nie powinniśmy ich nadmiernie chronić przed niebezpieczeństwami i stresem w realnym życiu, ale powinniśmy też regulować te technologie, mam na myśli media społecznościowe. Jak pewnie pan wie, jest wiele spraw sądowych, gdzie ludzie pozywają na przykład firmę Meta za problemy ze zdrowiem psychicznym nastolatków, które wynikają z ekspozycji na te media. Myślę, że w przyszłości będziemy się wstydzić, że nie uregulowaliśmy tych niesamowicie potężnych technologii, zwłaszcza skierowanych do dzieci i nastolatków. Zostały po prostu udostępnione bez żadnych regulacji. 

Bardzo ważnym przesłaniem pańskich książek jest to, że nie można być szczęśliwym cały czas. Można być szczęśliwym czasami. Jak możemy nauczyć się nie być w danej chwili szczęśliwym i żyć z tym, jeśli media społecznościowe pokazują nam szczęśliwych ludzi w pięknych miejscach, w pięknej formie fizycznej, z wszystkim, czego chcą? Jak nasza młodzież i nie tylko młodzież, może odzyskać wiedzę, że życie jest trudne i przeważnie wcale nie jest bardzo szczęśliwe? 

Tak. Mózg nigdy nie ewoluował, by nas uszczęśliwiać. Ewoluował, by nas utrzymać przy życiu. Więc wszelkie pozytywne uczucia powinny być krótkotrwałe i szybko zniknąć, zastąpione nowymi pragnieniami. Tak jesteśmy zaprogramowani. Dlaczego? Bo tak przetrwali nasi przodkowie. Kiedy więc, jak pan mówi, oczekujemy, że będziemy czuć się dobrze cały czas, stawiamy sobie cel całkowicie nierealistyczny. Nigdy nie ewoluowaliśmy do tego. Ale sugeruje nam się, że to możliwe, przez reklamy i media społecznościowe, i dlatego porównujemy się do czegoś całkowicie nierealistycznego. Jednym ze sposobów radzenia sobie z tym jest to, co robimy teraz, rozmawiamy o tym, uczymy się o tym. I nie uczysz się tego raz. Musisz się tego uczyć wiele razy, słyszeć to na różne sposoby. W końcu zobaczysz to u innych, a potem w sobie i będziesz mieć bardziej realistyczne oczekiwania wobec swojego życia psychicznego. I zrozumiesz, że jest w porządku mieć okresy lęku, stresu, a może trochę depresji. Jeśli to naprawdę szkodzi twojemu życiu, powinieneś szukać pomocy, oczywiście. Ale krótkotrwałe okresy nie oznaczają, że jesteś niepełnowartościowy czy chory. To właśnie oznacza, że funkcjonujesz normalnie. 

Czy uważa pan, że mamy jakąś psychiatryczną pandemię na świecie, zwłaszcza wśród młodych ludzi? Coraz więcej z nich czuje się przygnębionych, smutnych i potrzebuje pomocy?

To bardzo trudne pytanie, bo nie ma sposobu, by to zmierzyć. Pytasz ludzi: "Czy często czujesz się źle? Czy często masz lęki?" A odpowiedzi na takie pytania mogą zależeć od okresu, w którym żyjesz. Bycie w stanach lękowych może znaczyć coś innego dzisiaj, a coś zupełnie innego w latach 80., bo wtedy się o tym nie mówiło. Są pewne oznaki, że zdrowie psychiczne młodych ludzi faktycznie się pogarsza, a jest nią wzrost samookaleczeń. Samookaleczenia to rzeczywiste rany leczone w szpitalu, i coraz więcej młodych ludzi trafia na oddziały szpitalne z powodu samookaleczeń. Są więc pewne sygnały, że może następuje pogorszenie zdrowia psychicznego nastolatków. Ale myślę, że ważniejsze pytanie to nie, czy się pogorszyło, ale dlaczego się nie poprawiło. W Szwecji gospodarka się podwoiła od lat 90., staliśmy się dwa razy bogatsi, ale na pewno nie jesteśmy dwa razy szczęśliwsi. Jeśli zapyta pan, dlaczego łączyć pieniądze ze szczęściem, to tak jakby zapytać każdego CEO firmy, dlaczego chcemy rozwoju gospodarczego. Odpowiedzą: "Żeby nam było lepiej". A jeśli zapytasz, dlaczego chcemy, by było lepiej, odpowiedzą: "Żebyśmy czuli się lepiej". Ale to się nie dzieje. Dlatego potrzebujemy tej wiedzy o mózgu, o tym, jak funkcjonujemy i o dobrostanie, bo to jest w końcu dla prawie wszystkich najważniejsze. 

Chciałbym zapytać o skandynawski styl życia. My w Europie Środkowej oczywiście mamy zimy, ale w Skandynawii zimy są dłuższe, słońca jest mało, dni są krótsze i wiemy, że życie na północy jest trudne. Słyszymy o sposobie życia Duńczyków, hygge czy coś takiego, sposobie odczuwania szczęścia przez dłuższy czas. Czy widzi pan różnicę między ludźmi północy a - nie mówię o południowcach, oni mają szczęście, mają słońce przez cały rok i mogą spać na zewnątrz przez cały rok. Ale czy widzi pan różnicę w stosunku do nas? Czy jesteście inni?

To świetne pytanie. Ale nie wiem, czy odważę się odpowiedzieć. Finowie wydają się być bardzo szczęśliwi według indeksów szczęścia. Jednak trzeba być ostrożnym przy interpretacji, bo to też zależy, jak tłumaczysz słowa: "Czy jesteś szczęśliwy?" Co to dokładnie znaczy? Może znaczyć coś innego w Finlandii, coś innego w Skandynawii, a na pewno coś innego w południowych Włoszech. Więc trudno to porównywać, ale kraje skandynawskie są rzeczywiście stosunkowo szczęśliwe.  W porównaniu do Europy Środkowej nie odważę się wyciągać takich wniosków, ale mogę potwierdzić, że zimy są długie i ciężkie w Skandynawii. Mieliśmy okropną zimę w tym roku. Za długa i za zimna.

Miło, że rozmawiamy właśnie na początku wiosny. Chciałbym teraz zapytać o pańską opinię na temat tego, jak pomóc ludziom poczuć się lepiej. Leki, psychiatria, sztuczna inteligencja i chatboty, jak pan myśli, co się wydarzy? Czy wszystkie sposoby szukania pomocy będą coraz mądrzejsze?

Tak. Leki przeciwdepresyjne są skuteczne w ciężkich depresjach. Pomogły zmniejszyć liczbę samobójstw, ale w Szwecji jeden na ośmiu dorosłych bierze leki przeciwdepresyjne i myślę, że to może być za dużo. Może za mało skupiamy się na alternatywach. Psychoterapia często jest skuteczniejsza, ale psychoterapia wymaga czasu i terapeuty, a nie mamy ich nieskończonej liczby. Czy AI może to zastąpić? Może do pewnego stopnia, ale trzeba być ostrożnym, używając AI w zdrowiu psychicznym, bo nie do tego ją stworzono. Często daje dobre rady, ale czasem może dawać okropne rady, rzeczy, których żaden terapeuta czy dorosły nigdy by nie powiedział. Może więc złagodzić niektóre problemy, ale najważniejsze jest, by rozmawiać o tym więcej, zdjąć stygmatyzację i prowadzić dyskusję o zdrowiu psychicznym i zrozumieć, że to nie jest takie proste, jak powiedzieć: "Weź się w garść" albo "Bądź szczęśliwy". Nigdy nie powiedziałbyś diabetykowi: "Podnieś poziom cukru we krwi". To tak nie działa. Nie możesz powiedzieć komuś z depresją "Weź się w garść." To absurdalne. Dobrze, że ludzie zaczynają o tym mówić więcej. Ta dyskusja musi być wyważona, musimy pamiętać, że nie można traktować z pomocą leków całkowicie normalnych uczuć. Krótkie okresy stresu czy lęku nie powinny być leczone, nie powinno się wtedy szukać pomocy. Pomocy powinno się szukać, jeśli to trwa długo, naprawdę cierpisz i ma to negatywny wpływ na twoje życie. Trzeba znaleźć równowagę między zdejmowaniem stygmatyzacji a przesadą w stosowaniu leków. Jak na razie myślę, że ta dyskusja o zdrowiu psychicznym przynosi więcej dobrego niż złego. 

Pisze pan o jednym sposobie na poczucie się lepiej i jednym uniwersalnym lekarstwie dla naszego mózgu. Jest nim aktywność fizyczna. Chciałbym zapytać trochę więcej o to. Wiemy, że powinniśmy się ruszać jak najwięcej, ale co możemy robić w normalnym życiu, by dać naszemu mózgowi więcej szans na dobre samopoczucie, właśnie dzięki aktywności fizycznej?

Tak. Aktywność fizyczna jest oczywiście niesamowicie ważna dla ciała, ale też dla mózgu i wszystkich naszych funkcji poznawczych. Zdolność koncentracji, kreatywność, pamięć, wszystko to się poprawia, jeśli jesteś aktywny fizycznie. I oczywiście też czujesz się też lepiej i redukujesz stres. Aktywność fizyczna jest w łagodnych i umiarkowanych depresjach równie skuteczna jak leki przeciwdepresyjne. Więc bycie aktywnym jest bardzo ważne dla mózgu. Ale jesteśmy też leniwi. Dlaczego? Bo celem mózgu nie jest uczynić nas szczęśliwymi, tylko przetrwanie. Dla prawie wszystkich poprzednich pokoleń ludzi ważne było, by nie marnować kalorii i energii, jeśli nie było to konieczne. Dlatego chcemy siedzieć na kanapie, mimo że ćwiczenia są dla nas niesamowicie dobre. Co więc robić? Myślę, że przede wszystkim powinniśmy dowiedzieć się o korzystnych efektach ćwiczeń dla naszego mózgu i zrozumieć też, dlaczego jesteśmy leniwi. Potem możemy to obejść. To może oznaczać chodzenie do pracy, jazdę na rowerze do szkoły, przyzwyczajenie się do chodzenia po schodach zamiast windy. Znajdź małe rzeczy, które robisz bez zastanowienia, bo nie chcesz nieustannie negocjować z leniwą częścią siebie, a ona jest bardzo dobrym negocjatorem. Nie powinieneś mylić aktywności fizycznej ze sportem. Aktywność fizyczna nie ma nic wspólnego z byciem w drużynie piłkarskiej czy klubie maratończyków. To coś, do czego ewoluowaliśmy jako gatunek. Moja rada dla wszystkich to: ucz się więcej o mózgu i o tym jak wpływa na mózg aktywność fizyczna. A potem sposoby, by to wprowadzić w życie, pojawią się prawie automatycznie, gdy zrozumiesz, dlaczego to takie ważne i dlaczego jednocześnie chcesz tego unikać.

Fala miała 500 metrów. "To już nie jest pytanie czy, ale kiedy"

Gdy wczesnym rankiem nad Tracy Arm Fjord w południowo-wschodniej Alasce zapadła cisza, nikt nie spodziewał się, że za chwilę natura pokaże swoją niszczycielską siłę. W ciągu zaledwie kilku minut 64 miliony metrów sześciennych skał runęły do wód fiordu, wywołując falę o wysokości niemal 500 metrów. To drugie największe megatsunami, jakie kiedykolwiek odnotowano na Ziemi, jednocześnie jest przerażającym ostrzeżeniem dla świata, że zagrożenie narasta.

  • Do megastunami doszło na Alasce w 2025 roku.
  • To drugie największe megatsunami, jakie kiedykolwiek odnotowano na świecie.
  • Badania opublikowane w czasopiśmie "Science" mówią o przyczynach tego zjawiska. 
  • Naukowcy zauważają, że kolejne takie katastrofy to tylko kwestia czasu.
  • Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Latem 2025 roku w jednym z najpiękniejszych zakątków Alaski rozegrał się dramat, który mógł zakończyć się tragedią na skalę światową. Tracy Arm Fjord - miejsce, które co roku przyciąga tysiące turystów spragnionych kontaktu z dziką przyrodą i majestatycznymi lodowcami - stało się areną potężnego megatsunami. Fala, która przetoczyła się przez fiord, była ponad dwa razy wyższa niż warszawski Pałac Kultury i Nauki.

Nowe badania naukowców ujawniają, że to właśnie wtedy, w środku nocy, doszło do gigantycznego osunięcia się zbocza góry. 64 miliony metrów sześciennych skał - to tyle, ile zmieściłoby 24 Wielkie Piramidy w Gizie - z impetem runęło do wody, wywołując falę o wysokości blisko 500 metrów. Gdyby wydarzyło się to kilka godzin później, fala mogłaby dosięgnąć statki wycieczkowe pełne turystów. To był łut szczęścia - przyznaje dr Bretwood Higman, geolog z Alaski, który jako jeden z pierwszych dotarł na miejsce katastrofy, cytowany przez BBC.

Obraz, jaki zastał dr Higman, był porażający - połamane drzewa, wyrwane z korzeniami i wrzucone do wody, ogromne połacie gór pozbawione roślinności, a skały - jeszcze niedawno ukryte pod lodem - teraz świeciły nagą, poszarpaną powierzchnią. Wiemy, że byli ludzie, którzy niemal znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Przeraża mnie myśl, że następnym razem możemy nie mieć tyle szczęścia - przyznaje naukowiec.

Czym właściwie są megatsunami? To gigantyczne fale powstające, gdy ogromne masy ziemi - najczęściej w wyniku trzęsienia ziemi lub osunięcia się skał - wpadają do wody, wypychając ją z olbrzymią siłą. W przeciwieństwie do "klasycznych" tsunami, które powstają na otwartym oceanie i mogą przebyć tysiące kilometrów, megatsunami są zjawiskami lokalnymi, ale ich siła w miejscu powstania jest niewyobrażalna.

Największe megatsunami w historii miało miejsce w 1958 roku, również na Alasce - wtedy fala osiągnęła ponad 500 metrów wysokości. Tegoroczne wydarzenie w Tracy Arm Fjord to drugi taki przypadek w dziejach pomiarów.

Najnowsze badania opublikowane w prestiżowym czasopiśmie "Science" nie pozostawiają złudzeń - to zmiany klimatu i postępujące topnienie lodowców są głównym czynnikiem zwiększającym ryzyko takich katastrof. Lodowiec przez lata stabilizował zbocze góry. Gdy się cofnął, odsłonił dolną część klifu, który nagle stracił podporę i runął do fiordu - tłumaczy dr Stephen Hicks z University College London.

Naukowcy ostrzegają, że to nie jest odosobniony przypadek. Alaska, z jej stromymi górami, wąskimi fiordami i częstymi trzęsieniami ziemi, jest szczególnie podatna na tego typu zjawiska. A liczba megatsunami - jak podkreśla dr Higman - wzrosła w ostatnich dekadach nawet dziesięciokrotnie.

Paradoksalnie, coraz więcej osób wybiera się w te rejony, by podziwiać piękno przyrody i... efekty zmian klimatu. Wycieczkowe statki, które regularnie wpływają do Tracy Arm, były o włos od znalezienia się w samym centrum kataklizmu. Część firm już zapowiedziała wycofanie się z tego kierunku, obawiając się o bezpieczeństwo pasażerów.

To miejsca niezwykle piękne, ale i niebezpieczne - ostrzega dr Hicks. Musimy zwiększyć monitoring zagrożeń i lepiej informować turystów o ryzyku - przyznaje.

Naukowcy nie mają wątpliwości - jeśli nie zatrzymamy zmian klimatu i nie zaczniemy lepiej monitorować zagrożonych terenów, podobne - a nawet większe - katastrofy są tylko kwestią czasu. To już nie jest pytanie czy, ale kiedy - podsumowuje dr Higman.

Kto rzadziej choruje na raka? Najnowsze badania wskazują konkretną grupę

Kto rzadziej choruje na raka? Najnowsze badania wskazują konkretną grupę

Dzisiaj, 10 kwietnia (07:46)

Żonaci mężczyźni, jak i zamężne kobiety, rzadziej niż inni chorują na raka - sugerują badania opublikowane na łamach "Cancer Research Communications". Zależność ta jest nawet większa wśród kobiet.

  • Żonaci mężczyźni i zamężne kobiety rzadziej chorują na raka niż osoby samotne - wynika z najnowszych badań.
  • Małżonkowie częściej wykonują także badania profilaktyczne, dzięki czemu nowotwory są u nich diagnozowane na wcześniejszym etapie. 
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Wyniki najnowszego badania nie są zaskoczeniem. Już wcześniejsze obserwacje sugerowały, że małżeństwo pozytywnie wpływa na zdrowie małżonków - w porównaniu do osób samotnych. Ze statystyk wynika, że małżonkowie zwykle rzadziej chorują i dłużej żyją.

Jeśli chodzi o chorobę nowotworową, to wykazano, że u małżonków częściej jest ona wykrywana na wcześniejszym etapie rozwoju, co zwiększa szanse skutecznego leczenia i dłuższego przeżycia. Dotyczy to szczególnie żonatych mężczyzn, co tłumaczono tym, że ich żony bardziej ich motywują do badań diagnostycznych i podejmowania odpowiedniej terapii. 

Najnowszymi badaniami objęto osoby w wieku co najmniej 30 lat zamieszkałych w 12 stanach Ameryki, które analizowano w ramach American Community Servey (2012-2022). Tym razem badano samo ryzyko zachorowania na raka. Z tych analiz wynika, że w porównaniu do osób samotnych żonaci mężczyźni o 58 proc. są mniej narażeni na chorobę nowotworową, a zamężne kobiety jeszcze bardziej, bo o 83 proc. Do tej grypy zaliczono też osoby, które się rozwiodły lub owdowiały.

Jeśli chodzi o ryzyko zachorowania na raka, to założenie na palec obrączki może być nawet bardziej korzystne dla kobiet - twierdzi w wypowiedzi dla stacji CNN prof. Brad Wilcox z University of Virginia, który nie uczestniczył w tych badaniach. 

Jego zdaniem jest to zaskakujące, gdyż z dotychczasowych badań wynikało, że to mężczyźni pod względem zdrowotnym więcej zyskują, aniżeli kobiety.

Autorzy najnowszego opracowania, którymi są specjaliści z University of Miami, twierdzą, że jest wiele przyczyn składających się na uzyskane przez nich wyniki. Jedną z nich jest to, że samotne kobiety częściej nie mają dzieci, a te, które nie rodziły, są zwykle bardziej narażone na takie nowotwory, jak rak jajnika oraz rak trzonu macicy. Ale badacze wskazują także na to, że małżonkowie i rodziny korzystają z większych ułatwień w dostępie do opieki medycznej i pomocy społecznej. 

Zdrowotny efekt małżeństwa" kumuluje się wraz z dłuższym stażem związku małżeńskiego - twierdzi główny autor badania, prof. Paulo S. Pinheiro, epidemiolog z University of Miami.

Ten efekt może też polegać na tym, że małżonkowie częściej unikają ryzykownych zachowań, zwiększających ryzyko zachorowania na raka.

Z badań wynika na przykład, że rzadziej chorują oni na raka płuca, a w przypadku kobiet - na raka szyjki macicy. Rak płuca głównie związany jest z paleniem papierosów, z kolei ryzyko raka szyjki macicy zwiększa zakażenie wirusem brodawczaka ludzkiego (HPV). Wirus ten częściej jednak atakuje kobiety zmieniające partnerów seksualnych, choć zakażenie może przenosić małżonek, utrzymujący pozamałżeńskie kontakty seksualne.

Prof. Pinheiro zwraca uwagę, że osoby samotne, kobiety jak i mężczyźni, rzadziej poddają się badaniom profilaktycznych, na przykład takim, które pozwalają wykryć raka na wczesnym etapie rozwoju. Bardzo ważne jest wsparcie i motywacja ze strony bliskiej osoby. Pomaga to zarówno w badaniach diagnostycznych, jak i ewentualnej terapii, gdyby została wykryta choroba nowotworowa. Takiego wsparcia może jednak udzielić również partner lub partnerka, a także inna bliska osoba lub najbliższy krewny.

Z kolei naukowcy z Vanderbilt University Medical Center zwracają uwagę, że samotność odgrywa istotną rolę w rozwoju myśli samobójczych, które z kolei poprzedzają niemal każdy samobójczy zgon. Do takich wniosków doszli po przeanalizowaniu danych ankietowych zebranych od 633 tys. uczestników programu All of Us, prowadzonego przez National Institutes of Health (NIH). To przedsięwzięcie wspierające rozwój medycyny precyzyjnej poprzez gromadzenie i analizę informacji zdrowotnych na temat miliona mieszkańców USA.

Najsilniejszy związek z myślami samobójczymi miały objawy depresji, a następnie - stany lękowe. Na kolejnym miejscu pojawiła się samotność. Badacze odkryli przy tym, że niejako pośredniczyła ona w zależności między depresją, lękiem i myślami samobójczymi.

Badanie to pokazuje, że leczenie samotności może pomóc osłabić część wpływu, jaki lęk i depresja wywierają na myśli samobójcze - podkreśla dr Katherine Musacchio Schafer, autorka pracy opublikowanej w periodyku "JAMA Network Open".

Naukowcy przypominają, że leczenie depresji i lęku za pomocą terapii poznawczo-behawioralnej oraz leków od dziesięcioleci stanowi podstawowe podejście do ograniczania myśli samobójczych i zapobiegania samobójstwom. Jednak dla wielu osób dostęp do opieki psychiatrycznej jest ograniczony m.in. z powodu braku specjalistów i kosztów leczenia.

Odpowiedzią na ten problem może być właśnie zapobieganie samotności - uważają eksperci.

Osoby zmagające się z lękiem i depresją mogą być w stanie zmniejszyć ryzyko pojawienia się myśli samobójczych poprzez ograniczenie samotności. Może to oznaczać nawiązywanie kontaktu z ludźmi w swojej społeczności, a także z bliskimi lub znajdowanie sposobów na wspólne angażowanie się w przyjemne doświadczenia i aktywności - wyjaśnia ekspertka.

Ludzie mogą poprawić swoje zdrowie psychiczne, ograniczając samotność i budując więzi z osobami wokół siebie. Nawet jeśli nie mają dostępu do opartej na dowodach opieki psychiatrycznej, która leczy leżące u podłoża lęk i depresję, zmniejszenie samotności może pomóc im poczuć się lepiej - dodaje.

W Polsce w 2025 roku miało miejsce 4776 samobójstw zakończonych zgonem.

Osoby przeżywające trudności i myślące o odebraniu sobie życia lub chcące pomóc osobie zagrożonej samobójstwem mogą skorzystać z całodobowych, bezpłatnych telefonów pomocowych: 

  • 800 70 2222 - centrum wsparcia dla osób dorosłych w kryzysie psychicznym 
  • 800 12 12 12 - dziecięcy telefon zaufania Rzecznika Praw Dziecka
  • 116 111 - telefon zaufania dla dzieci i młodzieży 
  • 116 123 - ogólnopolska poradnia telefoniczna dla osób przeżywających kryzys emocjonalny
  • 112 - numer alarmowy w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia.

Dlaczego ta rzeka płynie "pod górę"? Eksperci rozwiązują zagadkę

Dlaczego ta rzeka płynie "pod górę"? Eksperci rozwiązują zagadkę

Dzisiaj, 7 lutego (07:54)

Zespół badaczy odkrywa przyczynę niezwykłego biegu Green River w Utah. Przez ponad 150 lat naukowcy próbowali wyjaśnić, dlaczego rzeka przecina góry Uinta, zamiast je omijać. Najnowsze badania wskazują na spektakularne zjawisko geologiczne.

  • Green River w Utah od 150 lat stanowiła geologiczną zagadkę przez swój bieg przez góry Uinta.
  • Najnowsze badania wykazały, że przyczyną jest zjawisko "litosferycznej kropli" - fragment skorupy ziemskiej zapadł się w głąb, chwilowo obniżając góry.
  • Podobne zjawiska występują m.in. w Himalajach, gdzie rzeki takie jak Indus czy Brahmaputra przecinają góry.

Krajobraz stanu Utah w USA skrywa jedną z największych zagadek amerykańskiej geologii. Green River, jedna z głównych rzek regionu, od dekad budziła zdumienie naukowców. Jej trasa wydaje się nielogiczna: podczas gdy większość rzek omija góry, Green River przebija się przez masywne pasmo Uinta Mountains. Od lat 70. XIX wieku, kiedy po raz pierwszy zwrócono uwagę na to zjawisko, geolodzy głowili się, jak to możliwe, że rzeka "płynie pod górę".

Na pierwszy rzut oka, bieg Green River wydaje się sprzeczny z prawami fizyki. Choć oczywiście woda nie może płynąć wbrew grawitacji, to właśnie układ terenu sprawia, że rzeka wygląda, jakby ignorowała naturalne przeszkody i wybierała najbardziej wymagającą trasę.

Przełom nastąpił dzięki najnowszym badaniom opublikowanym w prestiżowym czasopiśmie "Journal of Geophysical Research: Earth Surface". Zespół naukowców przeanalizował setki danych sejsmicznych i odkrył pod Uinta Mountains niezwykłą strukturę - zimną, okrągłą strefę o średnicy od 50 do 100 kilometrów, znajdującą się aż 200 kilometrów pod powierzchnią ziemi.

To właśnie ten "ślad" okazał się kluczowy. Naukowcy zidentyfikowali zjawisko znane jako "litosferyczna kropla". Miliony lat temu fragment skorupy ziemskiej pod górami Uinta zapadł się w głąb, powodując tymczasowe obniżenie się masywu. W tym okresie góry były na tyle niskie, że Green River mogła przebić się przez ich teren, rzeźbiąc własną dolinę.

Z czasem, gdy fragment skorupy oderwał się i ziemia ponownie się wypiętrzyła, rzeka pozostała "uwięziona" na swojej trasie. Przebijała się przez rosnące góry, stopniowo żłobiąc coraz głębszy kanion. To właśnie dlatego dziś Green River wydaje się płynąć wbrew logice - jej bieg został "zafiksowany" przez pradawne procesy geologiczne.

Green River to przykład tzw. rzeki antecydentnej - cieku wodnego, który istniał na danym terenie jeszcze zanim powstały góry. Rzeka zdążyła wyrzeźbić swoje koryto, zanim nastąpiło wypiętrzenie terenu. Gdy ziemia zaczęła się podnosić, rzeka utrzymała swój bieg, wycinając coraz głębszą dolinę w rosnącym masywie.

To zjawisko nie jest unikatowe dla Utah. Na świecie istnieje kilka spektakularnych przykładów rzek antecydentnych. Najbardziej znane to Indus, Brahmaputra i Satluj, które przecinają pasma Himalajów. Podobnie jak Green River, te rzeki są żywymi świadectwami potęgi natury i skomplikowanych procesów geologicznych, które kształtowały naszą planetę przez miliony lat.

Bałtyk niemal "wypompowany" przez wiatr. Najniższy poziom od 140 lat

Wczoraj, 6 lutego (18:15)

Rok 2026 przynosi zaskakujące wieści znad Bałtyku. Od początku stycznia mieszkańcy naukowcy obserwują z niepokojem, jak poziom wody w Morzu Bałtyckim spada do wartości, jakich nie notowano od początku pomiarów, czyli od 1886 roku. Wszystko za sprawą niezwykle długotrwałego i silnego napływu wschodnich wiatrów, które dosłownie „wypchnęły” wodę z Bałtyku przez cieśniny w kierunku Morza Północnego.

  • Poziom wody w Bałtyku spadł o ponad 67 cm, co jest rekordem od 140 lat obserwacji.
  • Morze straciło aż 275 km sześciennych wody.
  • Główną przyczyną są silne, długotrwałe wschodnie wiatry, które wypchnęły wodę do Morza Północnego.
  • Niższy poziom wody stwarza szansę na napływ zimnej, słonej i bogatej w tlen wody z Morza Północnego.
  • Więcej ciekawych artykułów z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

Według najnowszych danych zebranych przez niemiecki Leibniz-Institut für Ostseeforschung Warnemünde (IOW), średni poziom wody w Bałtyku obniżył się o ponad 67 centymetrów względem normy. Tak dramatyczny spadek odnotowano m.in. na szwedzkiej stacji pomiarowej Landsort-Norra. To absolutny rekord od czasu, gdy rozpoczęto systematyczne obserwacje ponad 140 lat temu.

Bilans jest zatrważający: Bałtyk stracił aż 275 kilometrów sześciennych wody - to ilość, która mogłaby wypełnić ponad 100 tysięcy basenów olimpijskich. Skąd tak gwałtowny odpływ?

Odpowiedzialne są za to długotrwałe, silne wschodnie wiatry, które przez tygodnie spychały wodę przez cieśniny duńskie w kierunku Morza Północnego. Efekt? Poziom wody w Bałtyku obniżył się do niespotykanego dotąd minimum.

Naukowcy uważają jednak, że to nie tylko zagrożenie, ale i szansa

Choć na pierwszy rzut oka sytuacja wydaje się niepokojąca, eksperci z IOW podkreślają, że tak wyjątkowe warunki mogą przynieść Bałtykowi... oddech. Jak tłumaczy Michael Naumann, koordynator programu długoterminowych obserwacji w IOW, już przy spadku poziomu wody o 20 centymetrów poniżej normy pojawiają się idealne warunki do silnego napływu słonej wody z Morza Północnego do Bałtyku.

Obecnie, przy rekordowo niskim poziomie, prawdopodobieństwo takiego zjawiska szacuje się na 80-90 procent. To może być prawdziwy przełom dla ekosystemu Bałtyku.

Bałtyk to morze zamknięte, które tylko sporadycznie wymienia wodę z oceanem. Przez to w głębokich partiach morza często brakuje tlenu, a temperatura wody w głębi utrzymuje się na podwyższonym poziomie. Jak podkreśla Volker Mohrholz, zastępca szefa działu fizycznej oceanografii w IOW, napływ zimnej, bogatej w tlen wody z Morza Północnego może przynieść Bałtykowi podwójne korzyści.

Po pierwsze, zimna woda jest znacznie lepszym nośnikiem tlenu niż ciepła, co oznacza, że w głębokich basenach Bałtyku może dojść do długo oczekiwanej poprawy warunków tlenowych. Po drugie, intensywny napływ słonej wody może zakończyć trwający od dwóch dekad okres podwyższonych temperatur w głębi morza, co pozytywnie wpłynie na cały ekosystem.

Choć naukowcy z nadzieją patrzą na możliwość "odświeżenia" Bałtyku, sytuacja wymaga stałego monitoringu. Zbyt długotrwały niski poziom wody może bowiem negatywnie odbić się na żegludze, rybołówstwie i gospodarce morskiej. Już teraz porty w regionie zgłaszają utrudnienia, a niektóre mniejsze jednostki mają problem z wejściem do portów.

Naukowcy obalają sensacyjną tezę o "przewidywaniu" zaćmienia Słońca przez drzewa w Dolomitach

Wczoraj, 6 lutego (17:00)

W ubiegłym roku świat naukowy i media obiegła zaskakująca hipoteza dotycząca zachowania świerków w Dolomitach na północy Włoch. Według głośnej publikacji zespołu Alessandro Chiolerio i współpracowników, drzewa miały wykazać nagły, zsynchronizowany wzrost aktywności elektrycznej na około 14 godzin przed częściowym zaćmieniem Słońca, które przeszło nad tym regionem. Autorzy sugerowali, że świerki w jakiś sposób "przewidziały" nadchodzące zjawisko astronomiczne i przygotowywały się na nie. Opublikowana dziś w prestiżowym czasopiśmie "Trends in Plant Science" analiza zdecydowanie podważa tę interpretację, wskazując na inne, znacznie bardziej racjonalne wyjaśnienie.

  • Więcej aktualnych informacji ze świata znajdziesz na stronie RMF24.pl

Zespół naukowców pod kierownictwem profesora Ariela Novoplansky’ego z Uniwersytetu Ben-Guriona w Izraelu przeanalizował dane oraz metodologię pierwotnego badania. Ich zdaniem, synchronizowany wzrost aktywności elektrycznej drzew zbiegł się w czasie z lokalną burzą, podczas której w pobliżu miejsca badań odnotowano serię wyładowań atmosferycznych. To właśnie burza, a nie zaćmienie Słońca, miała być przyczyną nietypowych odczytów. 

"Zamiast rozważyć proste, dobrze udokumentowane czynniki środowiskowe, takie jak intensywny deszcz i pobliskie uderzenia piorunów, autorzy oryginalnej pracy skłonili się ku bardziej atrakcyjnej, lecz niepopartej dowodami hipotezie o zdolności drzew do przewidywania zaćmienia" - komentuje Novoplansky.

Nie ulega wątpliwości, że rośliny potrafią reagować na zmiany warunków otoczenia, a nawet "przewidywać" niektóre zagrożenia, jeśli są one poprzedzone wyraźnymi sygnałami. Przykładowo, rośliny mogą przygotowywać się na konkurencję ze strony sąsiadów lub na stresy środowiskowe, jeśli otrzymają odpowiednie sygnały ostrzegawcze. Jednak, jak podkreślają autorzy najnowszej analizy, taka reakcja pojawia się wyłącznie wtedy, gdy przewidywane zdarzenie stanowi realne wyzwanie i jest silnie skorelowane z wyraźnymi bodźcami.

W przypadku częściowego zaćmienia Słońca, które miało miejsce w Dolomitach, naukowcy podkreślają, że zjawisko to nie było na tyle istotne, by wymagało jakiegokolwiek "przygotowania" ze strony drzew. Zaćmienie trwało zaledwie dwie godziny i spowodowało redukcję natężenia światła o około 10,5 proc. Co więcej, poziom światła w tym czasie był wciąż dwukrotnie wyższy niż maksymalna ilość, jaką drzewa są w stanie efektywnie wykorzystać w procesie fotosyntezy. W regionie Dolomitów zmiany nasłonecznienia wywołane przez chmury są znacznie gwałtowniejsze i częstsze niż te spowodowane przez zaćmienie.

W oryginalnej pracy Chiolerio i współpracownicy sugerowali, że starsze drzewa wykazywały silniejszą reakcję elektryczną niż młodsze, co miałoby świadczyć o przekazywaniu doświadczenia związanym z wcześniejszymi zaćmieniami. Jednak, jak podkreślają krytycy, każde zaćmienie jest unikatowe pod względem ścieżki, zakresu i czasu trwania, więc nawet gdyby drzewa miały jakąkolwiek "pamięć" poprzednich zaćmień, nie mogłaby ona posłużyć do przewidywania kolejnych. Dodatkowo, zmiany grawitacyjne towarzyszące zaćmieniom są porównywalne z tymi, które występują podczas nowiu Księżyca i nie stanowią dla drzew jednoznacznego sygnału. Naukowcy zwracają też uwagę na bardzo ograniczoną próbę badawczą, przy poprzedniej pracy pomiary prowadzono na zaledwie trzech żywych drzewach i pięciu pniach.

Eksperci podkreślają, że badania aktywności elektrycznej drzew to fascynujący, lecz wciąż bardzo młody obszar nauki. Interpretowanie obserwowanych zmian jako dowodu na istnienie "pamięci", czy "kolektywnej komunikacji" wymagałoby niezwykle mocnych dowodów, których w tym przypadku zabrakło. Zdaniem autorów najnowszej pracy, uleganie sensacyjnym narracjom, które nie mają solidnego poparcia w danych, jest niebezpieczne zarówno dla nauki, jak i dla opinii publicznej. 

"Aktywność elektryczna drzew to realne zjawisko, ale wymaga jeszcze wielu lat badań, zanim będziemy mogli wyciągać daleko idące wnioski. Las sam w sobie jest wystarczająco fascynujący, nie potrzebujemy irracjonalnych, choć atrakcyjnych opowieści o przewidywaniu zaćmień czy komunikacji między pokoleniami drzew" - przekonuje Novoplansky.

Gigantyczny mur sprzed 7 tysięcy lat. Archeolodzy zaskoczeni skalą odkrycia na dnie Atlantyku

Wczoraj, 15 grudnia (17:00)

U wybrzeży Bretanii nurkowie natrafili na największą podwodną konstrukcję megalityczną we Francji. Archeolodzy szacują, że ten podwodny mur liczy aż 7 tysięcy lat.

  • U wybrzeży Ile de Sein w Bretanii odkryto monumentalny mur sprzed 7 tys. lat.
  • Mur ma prawie 120 metrów długości i został zbudowany z granitowych bloków ważących kilka ton.
  • Najprawdopodobniej służył jako rozbudowana pułapka na ryby lub mur ochronny przed podnoszącym się poziomem morza.
  • Bądź na bieżąco! Wejdź na stronę główną RMF24.pl

U wybrzeży Ile de Sein, niewielkiej wyspy położonej w Bretanii na zachodzie Francji, nurkowie natrafili na monumentalny mur zbudowany przez ludzi około 7 tysięcy lat temu. Ta licząca niemal 120 metrów długości konstrukcja, wraz z towarzyszącym jej tuzinem mniejszych struktur, została uznana za największe podwodne znalezisko tego typu w historii Francji.

To bardzo interesujące odkrycie, które otwiera nowe perspektywy dla archeologii podwodnej, pomagając nam lepiej zrozumieć, jak były zorganizowane społeczeństwa przybrzeżne - mówi profesor archeologii Yvan Pailler, współautor opublikowanego w prestiżowym International Journal of Nautical Archaeology raportu. 

Historia tego niezwykłego odkrycia sięga roku 2017. To właśnie wtedy emerytowany geolog Yves Fouquet po raz pierwszy zauważył nietypowe formacje na mapach dna oceanicznego, które powstały dzięki zaawansowanym systemom laserowym. Informacje te wywołały falę zainteresowania wśród archeologów i geologów.

Prace badawcze ruszyły pełną parą w latach 2022-2024. Nurkowie, ryzykując w niełatwych warunkach Atlantyku, potwierdzili obecność granitowych bloków ułożonych w imponującą strukturę. 

Archeolodzy nie spodziewali się znaleźć tak dobrze zachowanych struktur w tak trudnym środowisku - przyznał Yves Fouquet.

Mur oraz towarzyszące mu mniejsze obiekty zostały wzniesione w okresie między 5800 a 5300 rokiem p.n.e., w czasach, gdy poziom morza był znacznie niższy niż obecnie. Dziś znajdują się one na głębokości około dziewięciu metrów pod powierzchnią oceanu.

Naukowcy są zgodni, że budowa tak zaawansowanych struktur świadczy o wysokich umiejętnościach technicznych ówczesnych społeczności. Badania wykazały, że do ich wzniesienia wykorzystano bloki ważące nawet kilka ton - podobne do tych, które setki lat później posłużyły do budowy słynnych bretońskich megalitów.

Do czego służył zagadkowy mur sprzed tysięcy lat? Archeolodzy rozważają kilka hipotez. Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że była to rozbudowana pułapka na ryby - technika znana wielu prehistorycznym społecznościom przybrzeżnym. Nie wyklucza się jednak, że struktura mogła pełnić rolę muru ochronnego, mającego zabezpieczyć osadę przed podnoszącym się poziomem morza.

Odkrycie podwodnego muru ożywiło również lokalne legendy. Według badaczy, monumentalna konstrukcja może być źródłem bretońskich opowieści o zatopionych miastach. Najsłynniejsza z nich dotyczy Ys, legendarnego miasta, które rzekomo pochłonęły wody Zatoki Douarnenez - zaledwie kilka mil na wschód od miejsca odkrycia.

"Prawdopodobne jest, że opuszczenie terytorium rozwiniętego przez wysoko zorganizowane społeczeństwo głęboko zakorzeniło się w pamięci ludzi. Zatopienie spowodowane szybkim wzrostem poziomu morza, a następnie porzucenie struktur rybackich, prac ochronnych i miejsc zamieszkania, musiało pozostawić trwałe wrażenie" - piszą autorzy badania.

Sensacyjne znalezisko u wybrzeży Bretanii to nie jedyne odkrycie z ostatnich miesięcy. Przypomnijmy - zaledwie pół roku temu archeolodzy natrafili na szczątki XVI-wiecznego statku handlowego, spoczywającego na głębokości ponad 2,5 kilometra u wybrzeży południowej Francji. Było to najgłębiej położone tego typu znalezisko w regionie.

Popularna dieta może przyspieszać starzenie. Są nowe badania

Wczoraj, 10 grudnia (15:50)

Nowe badania sugerują, że restrykcyjna dieta ketogeniczna może przyspieszać procesy starzenia komórek u mężczyzn. Kluczową rolę odgrywają tu hormony płciowe, które wpływają na sposób, w jaki komórki radzą sobie ze stresem metabolicznym. Wyniki te rodzą pytania o długoterminowe bezpieczeństwo popularnych diet niskowęglowodanowych, zwłaszcza w kontekście zdrowia serca i nerek.

  • Badania wykazały, że restrykcyjna dieta keto przyspiesza starzenie komórek u samców myszy, prowadząc do uszkodzeń serca i nerek.
  • Kluczową rolę w ochronie przed tymi skutkami odgrywają hormony płciowe, zwłaszcza estrogen.
  • Wyniki sugerują, że długotrwałe stosowanie diety ketogenicznej może nieść ukryte ryzyko, szczególnie dla mężczyzn.

Dieta ketogeniczna, oparta na bardzo niskiej podaży węglowodanów i wysokiej zawartości tłuszczów, od lat cieszy się popularnością wśród osób chcących zredukować masę ciała lub poprawić kontrolę glikemii. Jednak najnowsze badania przeprowadzone przez naukowców z UT Health San Antonio rzucają nowe światło na potencjalne zagrożenia związane z długotrwałym stosowaniem tej diety, zwłaszcza przez mężczyzn.

W eksperymentach na myszach wykazano, że samce karmione dietą ketogeniczną przez kilka tygodni zaczęły gromadzić w sercu i nerkach komórki w stanie starzenia (senescencji). Komórki te przestają się dzielić, ale pozostają aktywne i wydzielają substancje prozapalne, co może prowadzić do przewlekłych stanów zapalnych i uszkodzeń narządów. W tym samym czasie samice myszy nie wykazywały podobnych zmian, mimo że ich organizmy również pozostawały w stanie ketozy.

Badacze zauważyli, że kluczową rolę w ochronie przed negatywnymi skutkami diety keto odgrywają hormony płciowe, szczególnie estrogen. Starsze samice myszy, u których poziom estrogenu naturalnie spada, zaczęły wykazywać podobne objawy jak samce - wzrost liczby komórek starzejących się i uszkodzenia tkanek. Co więcej, podanie estrogenu samcom myszy zahamowało negatywne skutki diety ketogenicznej, co potwierdza ochronne działanie tego hormonu.

Dieta ketogeniczna u samców myszy prowadziła także do wzrostu stresu oksydacyjnego - nadmiaru reaktywnych cząsteczek tlenu, które uszkadzają tłuszcze, białka i DNA. Obserwowano również podwyższone poziomy markerów zapalnych we krwi. Zastosowanie antyoksydantów, takich jak witamina C czy N-acetylocysteina, ograniczało te negatywne skutki, co wskazuje, że dieta keto może wywoływać silny stres metaboliczny, szczególnie u mężczyzn.

Choć eksperymenty przeprowadzono na zwierzętach, naukowcy podkreślają, że nie można bezpośrednio przenosić tych wyników na ludzi. Jednak już teraz wiadomo, że dieta ketogeniczna może wpływać na poziom cholesterolu i funkcjonowanie układu sercowo-naczyniowego. W jednym z badań u młodych kobiet stosujących dietę keto zaobserwowano znaczny wzrost poziomu "złego" cholesterolu LDL w porównaniu do osób na diecie tradycyjnej.

Dieta ketogeniczna pozostaje skuteczną terapią wspomagającą leczenie padaczki lekoopornej, zwłaszcza u dzieci. Jednak w przypadku osób stosujących ją głównie w celu odchudzania lub poprawy kontroli cukru, długofalowe skutki zdrowotne pozostają niejasne. Eksperci podkreślają, że tak restrykcyjny sposób odżywiania powinien być stosowany pod ścisłą kontrolą lekarza, a osoby decydujące się na dietę keto powinny regularnie monitorować stan zdrowia.

Nowe badania wskazują, że odpowiedź organizmu na dietę ketogeniczną może być silnie uzależniona od płci i poziomu hormonów. Dlatego decyzja o przejściu na taką dietę powinna być poprzedzona konsultacją ze specjalistą, a jej stosowanie wymaga regularnych badań laboratoryjnych. Dieta keto to silny test dla metabolizmu, który nie zawsze jest bezpieczny dla każdego.

Jak dieta ketogeniczna wpływa na mózg? Nowe badania naukowców

źródło: earth.com

Sensacyjne doniesienia astronomów. Uran i Neptun mogą być inne niż myśleliśmy

Wczoraj, 10 grudnia (15:29)

Planety Układu Słonecznego zwykle dzieli się w zależności od ich składu na trzy kategorie. To cztery skaliste planety ziemskie, czyli Merkury, Wenus, Ziemia i Mars, dwa gazowe olbrzymy Jowisz i Saturn, wreszcie dwa lodowe olbrzymy Uran i Neptun. Czy jednak te dwie ostatnie planety na pewno są lodowe? Najnowsze wyniki badań zespołu naukowców z Uniwersytetu w Zurychu (UZH) stawiają tu znak zapytania. W pracy opublikowanej właśnie na łamach czasopisma "Astronomy and Astrophysics" naukowcy nie wykluczają, że wnętrze tych planet może być bardziej skaliste niż lodowe.

  • Uran i Neptun mogą być bardziej skaliste, niż dotąd sądzono.
  • Nowa metoda modelowania wnętrza planet łączy podejście fizyczne i empiryczne.
  • Dotychczasowa klasyfikacja "lodowych olbrzymów" może być zbyt uproszczona.
  • Badania rzucają nowe światło na złożone pola magnetyczne tych planet.
  • Naukowcy apelują o wysłanie dedykowanych misji na Urana i Neptuna.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Co istotne, nowe badanie nie dowodzi jednoznacznie żadnej hipotezy. Autorzy pracy nie stwierdzają wprost, czy te dwie niebieskie planety mają wnętrze bogate w wodę i lód, czy skały, raczej kwestionują, że dotychczas uznawana za pewnik ich lodowa struktura jest jedyną możliwością. Ich interpretacja jest również zgodna z odkryciem, że planeta karłowata Pluton ma głównie skalną budowę.

Zespół opracował unikalny proces symulacji wnętrza Urana i Neptuna. Klasyfikacja tych planet jako lodowe olbrzymy jest zbyt uproszczona, ponieważ Uran i Neptun są nadal słabo poznane - podkreśla Luca Morf, doktorant na Uniwersytecie w Zurychu i główny autor badania. Modele oparte na fizyce były zbyt obciążone wstępnymi założeniami, podczas gdy modele oparte na doświadczeniu są zbyt uproszczone. Połączyliśmy oba podejścia, aby uzyskać modele wnętrza, które są zarówno pozbawione wstępnych uprzedzeń, jak i jednocześnie fizycznie spójne - dodaje. 

W tym celu autorzy pracy zaczynają od losowego profilu gęstości wnętrza planety. Następnie obliczają pole grawitacyjne planety zgodne z danymi obserwacyjnymi i na tej podstawie wyprowadzają korekty możliwego składu. Proces jest powtarzany, aby uzyskać jak najlepsze dopasowanie modeli do danych obserwacyjnych. Dzięki temu modelowi, zespół z Uniwersytetu w Zurychu odkrył, że potencjalny skład wewnętrzny "lodowych" olbrzymów naszego Układu Słonecznego wcale nie musi ograniczać się tylko do lodu i wody. To coś, co zasugerowaliśmy po raz pierwszy prawie 15 lat temu, a teraz mamy metody numeryczne, by to udowodnić - tłumaczy inicjatorka projektu prof. Ravit Helled. 

Nowy zakres składu wewnętrznego pokazuje, że obie planety mogą być albo bogate w wodę, albo bogate w skały. Badanie przynosi również nowe spojrzenie na zagadkowe pola magnetyczne Urana i Neptuna. Podczas gdy Ziemia ma wyraźne północne i południowe bieguny magnetyczne, pola magnetyczne Urana i Neptuna są bardziej złożone i mają więcej niż dwa bieguny. Nasze modele zawierają tzw. warstwy „jonowej wody”, które generują pole magnetyczne w miejscach wyjaśniających obserwowane efekty. Odkryliśmy również, że pole magnetyczne Urana pochodzi z głębszych warstw niż Neptuna - wyjaśnia prof. Helled.

Praca przynosi wciąż wiecej znaków zapytania, niż odpowiedzi. Jednym z głównych problemów jest to, że fizycy wciąż słabo rozumieją, jak materiały zachowują się w egzotycznych warunkach ciśnienia i temperatury panujących w sercu planety, co może mieć wpływ na nasze wyniki - podkreśla Luca Morf. Zarówno Uran, jak i Neptun mogą być skalistymi gigantami lub lodowymi gigantami, w zależności od założeń modelu. Obecne dane są niewystarczające, by rozróżnić te dwie możliwości, dlatego potrzebujemy dedykowanych misji na Urana i Neptuna, które mogą ujawnić ich prawdziwą naturę - podsumowuje prof. Ravit Helled.

Przełomowe ustalenia naukowców. Siwe włosy mogą chronić przed rakiem

Wczoraj, 10 grudnia (13:53)

Nowe badania sugerują, że siwienie włosów może być nie tylko oznaką starzenia, ale także naturalnym mechanizmem obronnym organizmu przed rozwojem nowotworów. Naukowcy odkryli, że proces ten jest powiązany z reakcją komórek na uszkodzenia DNA, które mogą prowadzić do powstawania raka.

  • Siwienie włosów może być efektem działania mechanizmu chroniącego organizm przed rozwojem nowotworów.
  • Badania na myszach wykazały, że komórki odpowiedzialne za pigmentację włosów reagują na uszkodzenia DNA, wybierając między siwieniem a niekontrolowanym podziałem prowadzącym do raka.
  • Odkrycie to może zmienić postrzeganie siwienia jako wyłącznie oznaki starzenia i otwiera nowe możliwości badań nad ochroną przed nowotworami u ludzi.

Siwienie włosów od dawna uznawane jest za jeden z najbardziej widocznych objawów starzenia się organizmu. Jednak najnowsze badania naukowców sugerują, że proces ten może mieć znacznie głębsze znaczenie biologiczne. 

Według opublikowanych w prestiżowym czasopiśmie "Nature Cell Biology" wyników badań siwe włosy mogą być sygnałem, że organizm aktywuje mechanizmy obronne chroniące przed rozwojem nowotworów.

Za kolor naszych włosów odpowiadają melanocyty - komórki produkujące melaninę, czyli pigment. Kluczową rolę odgrywają tu tzw. komórki macierzyste melanocytów, które odnawiają się w mieszku włosowym przez całe życie. Wraz z wiekiem lub pod wpływem szkodliwych czynników, takich jak promieniowanie UV czy niektóre substancje chemiczne, komórki te mogą ulegać uszkodzeniom DNA.

Naukowcy z Uniwersytetu Tokijskiego, prowadząc badania na myszach, zaobserwowali, że w odpowiedzi na uszkodzenia DNA komórki macierzyste melanocytów mogą wybrać jedną z dwóch dróg. Pierwsza z nich to zatrzymanie podziałów komórkowych i wejście w tzw. stan senescencji, co skutkuje utratą pigmentu i pojawieniem się siwych włosów. Druga droga to niekontrolowane namnażanie się uszkodzonych komórek, co może prowadzić do powstania nowotworu.

Badania, które opisuje serwis Live Science, wykazały, że ekspozycja na promieniowanie jonizujące powoduje, iż komórki macierzyste melanocytów szybciej dojrzewają i przechodzą w stan senescencji. W efekcie rezerwy tych komórek w mieszku włosowym wyczerpują się, a włosy tracą kolor. Ten proces, choć prowadzi do siwienia, chroni organizm przed przekazywaniem uszkodzonego materiału genetycznego do kolejnych pokoleń komórek, zmniejszając tym samym ryzyko rozwoju nowotworu.

Z kolei kontakt z niektórymi substancjami chemicznymi, takimi jak DMBA - związkiem wykorzystywanym w badaniach nad rakiem - może blokować ten mechanizm ochronny. W takich przypadkach komórki nie przechodzą w stan senescencji, zachowując zdolność do produkcji pigmentu, ale jednocześnie zwiększając ryzyko powstania nowotworu.

Odkrycia naukowców pokazują, że los komórek macierzystych melanocytów zależy od rodzaju stresu, na jaki są narażone. W przypadku promieniowania jonizującego uruchamiany jest mechanizm ochronny prowadzący do siwienia, natomiast niektóre substancje chemiczne mogą ten mechanizm omijać, zwiększając ryzyko nowotworów.

Profesor Emi Nishimura, główna autorka badań, podkreśla, że te dwa pozornie niezwiązane ze sobą procesy - siwienie włosów i powstawanie czerniaka - są w rzeczywistości różnymi odpowiedziami tych samych komórek na stres i uszkodzenia DNA.

Naukowcy zapowiadają, że kolejnym krokiem będzie sprawdzenie, czy podobne mechanizmy zachodzą w ludzkich mieszkach włosowych. Jeśli wyniki badań na myszach potwierdzą się u ludzi, może to otworzyć nowe możliwości w profilaktyce i leczeniu nowotworów, a także zmienić nasze postrzeganie siwienia włosów jako wyłącznie oznaki starzenia.

Siwienie włosów może być nie tylko efektem upływu czasu, ale również sygnałem, że organizm skutecznie broni się przed rozwojem nowotworów. Najnowsze badania wskazują, że mechanizmy odpowiedzialne za utratę pigmentu w włosach mogą chronić przed niekontrolowanym rozwojem komórek nowotworowych. Odkrycie to otwiera nowe kierunki badań i może mieć istotne znaczenie dla profilaktyki raka w przyszłości.

CZYTAJ TEŻ: Naturalny sposób na siwe włosy. Tak odejmiesz sobie lat!

Czarna dziura wybucha i wyrzuca materię z niebywałą prędkością

Astronomowie korzystający z rentgenowskich teleskopów kosmicznych XMM-Newton i XRISM zaobserwowali nigdy wcześniej niewidziany wybuch supermasywnej czarnej dziury. Na łamach czasopisma "Astronomy and Astrophysics" opisują zjawisko, które doprowadziło do wyrzucenia materii w przestrzeń kosmiczną z oszałamiającą prędkością 60 000 km na sekundę. Ta gigantyczna czarna dziura kryje się w galaktyce spiralnej NGC 3783, odległej od Ziemi o 130 milionów lat świetlnych.

  • Po raz pierwszy zaobserwowano ultraszybki wiatr materii wyrzucony przez supermasywną czarną dziurę.
  • Prędkość wyrzuconej materii osiągnęła aż 60 000 km/s.
  • Zjawisko miało miejsce w galaktyce NGC 3783, oddalonej o 130 milionów lat świetlnych od Ziemi.
  • Obserwacje przeprowadzono przy użyciu teleskopów XMM-Newton i XRISM.
  • Mechanizm wyrzutu materii przypomina koronalne wyrzuty masy ze Słońca, ale w znacznie większej skali.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

W galaktyce NGC 3783 pięknie sfotografowanej niedawno przez Kosmiczny Teleskop Hubble’a, astronomowie zauważyli jasny błysk rentgenowski od czarnej dziury, który szybko zgasł. Wkrótce pojawił się tam wiatr materii szalejący z prędkością jednej piątej prędkości światła. Nigdy wcześniej nie obserwowaliśmy, jak czarna dziura tworzy wiatr materii uciekającej z taką szybkością. Po raz pierwszy też zobaczyliśmy, jak szybki wybuch promieniowania rentgenowskiego z czarnej dziury natychmiast wywołuje ultraszybki wiatr, formujący się w ciągu zaledwie jednego dnia - mówi główny badacz, Liyi Gu z Organizacji Badań Kosmicznych Holandii (SRON).

Aby zbadać NGC 3783 i jej czarną dziurę, Gu i współpracownicy jednocześnie wykorzystali kosmiczne obserwatorium Europejskiej Agencji Kosmicznej XMM-Newton oraz misję XRISM (X-Ray Imaging and Spectroscopy Mission), prowadzoną przez Japońską Agencję Kosmiczną JAXA przy współudziale ESA i NASA. Czarna dziura, o której mowa, ma masę równą 30 milionom Słońc. Pożerając pobliską materię, zasila niezwykle jasny i aktywny obszar w centrum galaktyki spiralnej. Ten obszar, znany jako aktywne jądro galaktyczne (AGN), świeci we wszystkich rodzajach światła i wyrzuca w przestrzeń potężne strumienie (dżety) promieniowania i materii.

AGN to naprawdę fascynujące i intensywne rejony, kluczowe cele obserwacji zarówno dla XMM-Newton, jak i XRISM. Wiatry materii wokół tej czarnej dziury wydają się powstawać, gdy splątane pole magnetyczne AGN nagle się "rozplątuje". To podobnie jak błyski Słońca, ale w skali niewyobrażalnie większej - tłumaczy współautor odkrycia, Matteo Guainazzi z projektu XRISM w ESA. 

Strumienie materii z tej czarnej dziury przypominają duże słoneczne wybuchy znane jako koronalne wyrzuty masy, które powstają, gdy Słońce wyrzuca strumienie przegrzanej materii w przestrzeń. W ten sposób badanie pokazuje, że supermasywne czarne dziury czasami zachowują się nieco jak nasza własna gwiazda, co sprawia, że te tajemnicze obiekty wydają się nieco mniej obce.

Aktywne jądra galaktyczne odgrywają dużą rolę w ewolucji ich galaktyk macierzystych na przestrzeni czasu oraz w procesie powstawania nowych gwiazd. Lepsze poznanie magnetyzmu AGN i sposobu, w jaki powstają takie wyrzuty masy jest kluczowe dla zrozumienia historii galaktyk w całym Wszechświecie - podkreśla współautorka pracy, stypendystka ESA, Camille Diez.

XMM-Newton to pionierski instrument do badań gorącego i ekstremalnego Wszechświata, który działa od ponad 25 lat, podczas gdy XRISM od momentu startu we wrześniu 2023 roku pracuje nad odpowiedzią na kluczowe pytania dotyczące sposobu, w jaki materia i energia przemieszczają się w kosmosie. 

Oba rentgenowskie teleskopy kosmiczne współpracowały przy tych konkretnych obserwacjach, by lepiej zarejestrować i zrozumieć to unikatowe zdarzenie. XMM-Newton śledził ewolucję początkowego błysku za pomocą swojego Monitora Optycznego oraz oceniał zakres prędkości strumieni materii przy pomocy Europejskiej Kamery Obrazowania Fotonów (EPIC). XRISM zaobserwował błysk i wiatr materii z pomocą instrumentu Resolve, badając także prędkość, strukturę strumieni materii oraz sposób ich wyrzutu w przestrzeń.

Amerykanie jedzą pestycydy na potęgę. Oto lista "Brudnych produktów"

Dzisiaj, 9 grudnia (11:49)

Czy wiesz, co tak naprawdę znajduje się na Twoich ulubionych owocach i warzywach? Najnowszy przewodnik EWG dla kupujących za rok 2025 rzuca światło na obecność pestycydów w świeżych produktach, które spożywają Amerykanie. Poznaj listy "Czysta piętnastka" i "Brudna dwunastka".

Każdego roku Environmental Working Group (EWG), amerykańska organizacja non-profit zajmująca się ochroną zdrowia środowiskowego, analizuje tysiące próbek owoców i warzyw, by sprawdzić, ile pestycydów znajduje się na talerzach. Przewodnik opublikowany w grudniu 2025 roku opiera się na badaniach 53 692 próbek 47 rodzajów owoców i warzyw, testowanych przez Departament Rolnictwa USA (USDA). Co istotne, próbki były myte i przygotowywane tak, jak robią to konsumenci w domu - mimo to wykryto aż 265 różnych pestycydów.

Niemal 60 proc. próbek z listy "Czysta piętnastka" (Clean Fifteen) nie zawierało żadnych wykrywalnych pozostałości pestycydów. W tej grupie znalazły się m.in. awokado, papaja, ananas, cebula, słodka kukurydza, a także debiutujące w tym roku kalafior i banany.

Lista "Czysta piętnastka" EWG 2025:

  • Ananas
  • Słodka kukurydza (świeża i mrożona)
  • Awokado
  • Papaja
  • Cebula
  • Słodki groszek (mrożony)
  • Szparagi
  • Kapusta
  • Arbuz
  • Kalafior
  • Banany
  • Mango
  • Marchew
  • Grzyby
  • Kiwi

Po drugiej stronie rankingu EWG znajduje się "Brudna dwunastka" (Dirty Dozen) - czyli 12 owoców i warzyw najbardziej zanieczyszczonych pestycydami. Aż 95 proc. próbek z tej listy zawierało ślady pestycydów, a niektóre, jak jeżyny czy ziemniaki, dołączyły do zestawienia po raz pierwszy na podstawie najnowszych danych USDA.

Niepokojące informacje dotyczą także ziemniaków - w prawie 90 proc. próbek wykryto chlorpropham, środek zapobiegający kiełkowaniu, który został zakazany w Unii Europejskiej z powodu zagrożeń dla zdrowia.

Lista "Brudna dwunastka" EWG 2025:

  • Szpinak
  • Truskawki
  • Jarmuż, boćwina i gorczyca
  • Winogrona
  • Brzoskwinie
  • Wiśnie
  • Nektarynki
  • Gruszki
  • Jabłka
  • Jeżyny
  • Borówki
  • Ziemniaki

Jak podkreślają eksperci, nie musisz rezygnować z owoców i warzyw. Dieta bogata w te produkty jest kluczowa dla zdrowia. Oto kilka rad, jak ograniczyć narażenie na pestycydy:

  • Kupuj produkty z listy "Brudnej Dwunastki" w wersji organicznej lub wybieraj mrożonki.
  • Dokładnie myj owoce i warzywa przed spożyciem - choć nie usuwa to wszystkich pestycydów, znacząco zmniejsza ich ilość.
  • Różnicuj dietę - unikaj spożywania dużych ilości jednego rodzaju warzywa lub owocu.

Jak sól wpływa na największych roślinożerców? Nowe badania

Dzisiaj, 9 grudnia (11:15)

Międzynarodowy zespół naukowców pod kierunkiem badaczy z Northern Arizona University i City University of New York odkrył zaskakujący czynnik, który może decydować o tym, gdzie i w jakiej liczbie mogą żyć największe lądowe zwierzęta na Ziemi. Na łamach czasopisma "Nature Ecology and Evolution" przekonują, że tym czynnikiem jest dostępność soli. Ludzie żyją w świecie obfitującym w sól, ale ta codzienna przyprawa jest dla dzikich roślinożerców luksusem. Jest tylko kilka miejsc na świecie, gdzie te duże zwierzęta mogą pozyskać wystarczającą ilość sodu z lokalnej flory, by przetrwać.

Problem dotyczy w pewnym stopniu wszystkich roślinożerców - większość roślin nie potrzebuje soli i często zawiera jej jedynie śladowe ilości. Jest to szczególnie wyraźne w przypadku bardzo dużych zwierząt roślinożernych: słoni, nosorożców czy żyraf. 

Wcześniejsze badania sugerowały, że niedobór sodu wzrasta wraz z wielkością ciała. Korzystając z zupełnie innej metodologii, autorzy najnowszej pracy to potwierdzają. 

W Afryce dostępność sodu w roślinach różni się nawet tysiąckrotnie - mówi główny autor badania, Andrew Abraham z City University of New York. Oznacza to, że w wielu rejonach duzi roślinożercy po prostu nie mogą dostarczyć sobie wystarczającej ilości soli w diecie - dodaje.

Autorzy pracy połączyli swoje mapy sodu w roślinach o wysokiej rozdzielczości z bazami danych dotyczącymi odchodów zwierząt oraz pomiarami ich gęstości. Odchody mogą dostarczyć naukowcom wielu informacji o zwierzętach, w tym czy otrzymują wystarczającą ilość soli. Powiązali obszary z ograniczoną dostępnością soli z niższą liczbą większych roślinożerców. 

Nie chodzi jednak tylko o zdolność do przetrwania. Ograniczenie dostępu do soli wyjaśnia kilka interesujących zachowań dzikich zwierząt. 

W Kenii słonie wchodzą do jaskiń, aby spożywać skały bogate w sód. W lasach deszczowych Konga kopią w korytach rzek w poszukiwaniu soli. Goryle są znane z walk o najbardziej słone pokarmy, podczas gdy nosorożce, gnu i zebry często gromadzą się przy solniskach od pustyni Kalahari po Maasai Mara - podkreśla Abraham. 

To badanie oferuje również nowe wyjaśnienie "zaginionych" megaroślinożerców. Afryka Zachodnia to bardzo obfity region, ale zbyt wielu megaroślinożerców tam nie ma. Uważamy, że brak sodu, prawdopodobnie w połączeniu z innymi czynnikami, takimi jak nadmierne polowania i nieurodzajne gleby, odgrywa ważną rolę w ograniczaniu ich liczebności - dodaje współautor pracy, prof. Chris Doughty z NAU. 

Badania te rodzą szereg obaw dotyczących ochrony przyrody. Wiele obszarów chronionych znajduje się w środowiskach o niskiej zawartości sodu, z kolei ludzie stworzyli sztuczne ogniska sodu poprzez różne działania, takie jak pompowanie wód z odwiertów czy transport soli drogami. 

Jeśli zwierzęta nie mogą zdobyć wystarczającej ilości sodu w swoich naturalnych siedliskach, mogą wchodzić w konflikty z ludźmi w swojej pogoni za zaspokojeniem tej potrzeby - mówi Abraham.

Jak długo powinniśmy spać? Eksperci nie mają wątpliwości

Sen to nie tylko czas odpoczynku, ale także fundament zdrowia serca i układu krążenia. Najnowsze badania oraz opinie ekspertów jednoznacznie wskazują, że zarówno niedobór, jak i nadmiar snu mogą prowadzić do poważnych konsekwencji zdrowotnych, w tym zwiększonego ryzyka zawału serca czy udaru mózgu. W profilaktyce chorób sercowo-naczyniowych sen powinien być traktowany równie poważnie jak dieta, aktywność fizyczna czy farmakoterapia.

  • Krótki sen (mniej niż 6 godzin) powoduje, że organizm produkuje hormony stresu, podnosi ciśnienie i zwiększa stan zapalny.
  • Za dużo snu (powyżej 9 godzin) może zwiększać ryzyko chorób serca, otyłości i cukrzycy.
  • Próby "odrobienia" snu w weekendy i nieregularny rytm snu są równie szkodliwe co chroniczne niedosypianie.
  • Krótkie drzemki do 30 minut mogą być korzystne dla serca i ciśnienia.
  • Jak zadbać o prawidłowy sen? Przeczytasz w artykule poniżej.
  • Więcej ciekawych informacji znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl

Współczesny styl życia sprzyja chronicznemu niedosypianiu. Praca zmianowa, nadmiar obowiązków, stres i nieustanny kontakt z elektroniką sprawiają, że coraz więcej osób śpi mniej niż sześć godzin na dobę. Tymczasem, jak ostrzega prof. Piotr Jankowski z Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Warszawie, takie zaniedbanie może mieć poważne skutki.

Układ sercowo-naczyniowy nie regeneruje się magicznie - on potrzebuje konkretnego warunku: snu o odpowiedniej długości i rytmie. Kiedy śpimy za krótko, organizm działa w trybie przetrwania, produkując hormony stresu, podnosząc ciśnienie i nasilając stan zapalny. To prosta droga do rozwoju chorób serca - wyjaśnia ekspert.

Już kilka nieprzespanych nocy może prowadzić do wzrostu poziomu związków prozapalnych, które bezpośrednio zwiększają ryzyko zawału serca czy udaru mózgu. Co ważne, te zmiany mogą dotyczyć nawet młodych, zdrowych osób, które wcześniej nie miały problemów z sercem.

Nie tylko niedobór, ale również nadmiar snu może być szkodliwy. Spanie dłużej niż dziewięć godzin na dobę zaburza naturalne procesy regeneracyjne organizmu i - jak pokazują dane Amerykańskiego Towarzystwa Kardiologicznego - może zwiększać ryzyko chorób serca nawet o 12 procent.

Organizm przyzwyczajony do nadmiaru snu staje się bardziej podatny na zmęczenie, wzrasta ryzyko otyłości, cukrzycy oraz przewlekłych stanów zapalnych, które dodatkowo obciążają układ krążenia.

Wielu Polaków próbuje "nadrobić" brak snu w weekendy, co niestety nie przynosi oczekiwanych korzyści. Nieregularność snu, czyli codzienne zasypianie i budzenie się o różnych porach, może być równie szkodliwa jak chroniczne niedosypianie. Brak stałego rytmu dobowego uniemożliwia pełną regenerację organizmu.

Sen nie jest tylko sumą godzin - to harmonijne zgranie biologicznych rytmów, które pozwalają organizmowi odbudować siły i chronić serce. Wystarczy rozchwiany harmonogram, np. odsypianie weekendów, praca zmianowa, ciągłe przesuwanie pory snu, by serce zaczęło ponosić koszty - podkreśla prof. Jankowski.

Eksperci zwracają uwagę, że krótkie drzemki w ciągu dnia mogą przynieść realne korzyści zdrowotne.

Krótkie, dobrze zaplanowane drzemki, trwające do 30 minut, mogą przynieść prawdziwe korzyści zdrowotne: obniżają ciśnienie krwi i poprawiają krążenie, a także działają odprężająco na układ nerwowy. Drzemka to szybka regeneracja, ale tylko wtedy, gdy nie trwa zbyt długo. Zaleganie na kanapie przez ponad 40 minut może zaburzyć rytm dobowy i utrudnić zasypianie nocą - tłumaczy kardiolog.

Z raportu "Czy Polacy znają przepis na dobre życie?" wynika, że aż 47 procent osób po przebytym incydencie sercowo-naczyniowym śpi mniej niż sześć godzin na dobę. To alarmujący sygnał, który pokazuje, jak ważna jest edukacja na temat roli snu w profilaktyce i leczeniu chorób serca.

Eksperci kampanii "Przepis na dobre życie" przygotowali zestaw praktycznych zaleceń, które mogą pomóc w poprawie jakości snu i ochronie serca:

  • Regularność: Zasypiaj i wstawaj o tych samych porach, także w weekendy.
  • Wyciszenie przed snem: Na 1-2 godziny przed pójściem spać ogranicz korzystanie z urządzeń elektronicznych i zadbaj o spokojną atmosferę.
  • Warunki w sypialni: Zapewnij sobie ciszę, brak światła i odpowiednią temperaturę (około 18-20 st. C).
  • Aktywność fizyczna: Ruch w ciągu dnia sprzyja lepszemu snu, ale unikaj intensywnych ćwiczeń tuż przed pójściem do łóżka.
  • Ostatni posiłek: Zjedz kolację 2-3 godziny przed snem, unikaj jedzenia tuż przed położeniem się do łóżka.

Gwiazda Betlejemska mogła zagrażać Ziemi? Naukowiec z NASA przedstawia nową teorię

Dzisiaj, 9 grudnia (09:05)

Tajemnica Gwiazdy Betlejemskiej od wieków fascynuje zarówno naukowców, jak i miłośników astronomii oraz teologii. Przez lata powstały setki hipotez próbujących wyjaśnić, czym była niezwykła jasność opisana w Ewangelii św. Mateusza, która miała prowadzić Mędrców ze Wschodu do miejsca narodzin Jezusa. Teraz, na łamach prestiżowego czasopisma naukowego, pojawiła się nowa, zaskakująca teoria, która rzuca zupełnie inne światło na to biblijne zjawisko.

Mark Matney, planetolog związany z amerykańską agencją kosmiczną, przedstawił hipotezę, według której Gwiazda Betlejemska mogła być kometą, która znalazła się na niezwykle bliskim kursie względem Ziemi. Co więcej, według naukowca, trajektoria tego ciała niebieskiego mogła sprawiać wrażenie, że obiekt pozostaje nieruchomy na niebie, co doskonale wpisuje się w biblijne opisy.

Matney swoją teorię opublikował na początku grudnia w "Journal of the British Astronomical Association". W artykule odwołuje się do chińskich kronik, które odnotowały pojawienie się jasnej komety wiosną 5 r. p.n.e. Obiekt ten miał być widoczny przez około 70 dni, co pokrywa się z okresem, w którym według historyków mogły mieć miejsce narodziny Jezusa. Zazwyczaj odnotowują oni datę urodzenia Jezusa między 6 a 5 rokiem p.n.e., gdyż według nich Herod Wielki zmarł nie wcześniej niż pod koniec 5 r. p.n.e.

W swoim badaniu Matney zastosował innowacyjne techniki numeryczne, które pozwoliły mu prześledzić możliwą trajektorię komety. Według jego wyliczeń, ciało niebieskie mogło zbliżyć się do Ziemi na odległość od 380 do 400 tysięcy kilometrów, czyli mniej więcej tyle, ile dzieli nas od Księżyca. Tak bliskie przejście sprawiłoby, że z perspektywy obserwatorów na powierzchni planety kometa mogłaby wydawać się niemal nieruchoma na niebie - zjawisko to określane jest mianem czasowego ruchu geostacjonarnego.

To właśnie ta cecha, zdaniem Matneya, tłumaczyłaby opis z Ewangelii, według którego Gwiazda Betlejemska "wyprzedzała" Mędrców, a następnie zatrzymała się nad miejscem narodzin Jezusa. Takie zachowanie nie pasuje do większości znanych zjawisk astronomicznych, ale byłoby możliwe w przypadku komety przelatującej bardzo blisko Ziemi.

Naukowiec przywołuje tutaj przykład komety Siding Spring, która w 2014 roku przeleciała w odległości zaledwie 141 tysięcy kilometrów od Marsa - to mniej niż jedna trzecia dystansu między Ziemią a Księżycem. Chociaż tego typu bliskie spotkania są niezwykle rzadkie, nie są niemożliwe. Matney podkreśla, że jego celem nie była jednoznaczna identyfikacja Gwiazdy Betlejemskiej, lecz wskazanie, że istnieje wiarygodny scenariusz astronomiczny, który odpowiadałby opisom zawartym w tekstach biblijnych.

Tajemnica Gwiazdy Betlejemskiej od dawna rozpala wyobraźnię badaczy. Jak donosi brytyjski dziennik "Times", do tej pory naukowcy przedstawili co najmniej 400 różnych hipotez dotyczących pochodzenia tego zjawiska. Wśród nich znalazły się m.in. koniunkcja Jowisza i Saturna, którą popierał słynny astronom Johannes Kepler, czy też wybuch supernowej. Dla wielu ludzi Gwiazda Betlejemska pozostaje jednak przede wszystkim symbolem lub cudem, a nie wydarzeniem, które można wyjaśnić naukowo.

Ocalony gatunek. Wymarły na wolności ptak wraca na łono natury

Dzisiaj, 9 grudnia (07:26)

Po raz pierwszy od ponad trzech dekad na wolności pojawiły się łowczyki cynamonowe - ptaki, które uznawano za wymarłe w naturze. Dzięki międzynarodowemu projektowi naukowców, na odległym atolu Palmyra na Pacyfiku udało się odtworzyć populację tego gatunku. To pierwszy krok do przywrócenia ptaka jego rodzimej wyspie Guam, z której zniknął w latach 80. XX wieku.

  • Na atolu Palmyra na Pacyfiku wypuszczono na wolność łowczyki cynamonowe - gatunek ptaka wymarły na wolności w 1988 roku.
  • Projekt prowadzony przez międzynarodowy zespół biologów ma na celu odbudowę populacji i docelowy powrót ptaków na wyspę Guam.
  • Warunkiem powrotu gatunku na wyspę Guam jest m.in. wytępienie inwazyjnych węży, które zagrażają ptakom.
  • Zajrzyj na stronę główną RMF24.pl - znajdziesz tam więcej informacji ze świata nauki (i nie tylko!).

Łowczyk cynamonowy (Todiramphus cinnamominus), który na wyspie Guam występował do 1988 roku, został przywrócony środowisku naturalnemu za sprawą prowadzonej od 2024 r. akcji hodowli tego ptaka na atolu Palmyra. Stamtąd okazy tego endemicznego ptaka mają w niedługiej przyszłości powrócić na Guam, do jego środowiska naturalnego.

Jak przekazali lokalnym mediom biolodzy, w trakcie projektu na atolu Palmyra umieszczono cztery samice i pięć samców, które zostały przetransportowane tam z amerykańskiego stanu Kansas. Atol wybrano ze względu na fakt, że nie zamieszkują go gatunki zwierząt groźne dla łowczyków cynamonowych, określanych jako "siheki" w języku ludności wyspy Guam.

Przez najbliższych kilka lat biolodzy z Londyńskiego Towarzystwa Zoologicznego, wspierani przez amerykański Urząd ds. Ryb i Dzikich Zwierząt, czyli agencję federalną USA ds. ochrony przyrody, będą sukcesywnie wypuszczać okazy łowczyka cynamonowego na Palmyrze.

Brytyjski naukowiec Martin Kastner sprecyzował w rozmowie z guamskimi mediami, że w tym roku potwierdzono, iż wypuszczone na Palmyrze ptaki złożyły pierwsze na wolności jaja. Przypomniał, że nastąpiło to po ponad 37-letniej przerwie. Dodał, że projekt przewiduje coroczne wypuszczanie na wolność kilku ptaków po to, aby docelowo zadomowiło się tam 10 par lęgowych.

Naukowcom w realizacji projektu pomagają nadajniki radiowe umieszczane na nogach łowczyków cynamonowych, aby ustalić miejsce lokowania gniazd przez ptaki.

Według badaczy dotychczasowe obserwacje zachowań ptaków dowodzą, że po przybyciu na Palmyrę szybko przystosowują się do otoczenia. Przejawem tego jest m.in. poszukiwanie jedzenia, instynktowne czyszczenie piór po pierwszym deszczu, a także skuteczne polowanie na pająki, gekony oraz kraby.

Warunkiem przywrócenia ptaka na wyspę Guam, położoną w zachodniej części Pacyfiku, ma być najpierw potwierdzenie, że gatunek ten samodzielnie sobie radzi w naturze na Palmyrze. Poza tym konieczne będzie też wytępienie zagrażającego "sihekom" węży nadrzewnych z gatunku Mangrowca brunatnego (Boiga irregularis).

Ten inwazyjny wąż pojawił się przypadkowo na wyspie Guam po II wojnie światowej, przybywając wraz z jednym z transportów morskich. W kolejnych dekadach gady niszczyły gatunek łowczyka cynamonowego, wyjadając jaja z gniazd.

Niezwykłe odkrycie. Skarbonka sprzed 1800 lat pełna rzymskich monet

Niezwykłe odkrycie. Skarbonka sprzed 1800 lat pełna rzymskich monet​Niezwykłe odkrycie w północno-wschodniej Francji. Podczas wykopalisk w wiosce Senon archeolodzy natrafili na trzy starożytne dzbany, w których ukryto dziesiątki tysięcy rzymskich monet sprzed blisko 1800 lat. Znalezisko rzuca nowe światło na życie mieszkańców dawnej Galii i ich sposoby przechowywania majątku.


❌