Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 13 czerwca 2026 Fakty - Fakty - najświeższe wiadomości z kraju i świata - RMF24

Wielki powrót. Apoloniusz Tajner znów prezesem PZN

  • Dzisiaj, 13 czerwca (13:49)

    Apoloniusz Tajner powraca na fotel prezesa Polskiego Związku Narciarskiego. Wyboru dokonano podczas odbywającego się w Krakowie Walnego Zjazdu Sprawozdawczo-Wyborczego. Tajner, który był jedynym kandydatem, zastąpił na tym stanowisku Adama Małysza.

    • Apoloniusz Tajner ponownie prezesem Polskiego Związku Narciarskiego - decyzja zapadła podczas Walnego Zjazdu w Krakowie.
    • Tajner zastąpił na stanowisku Adama Małysza, który był prezesem przez cztery lata.
    • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

    Za wyborem Apoloniusza Tajnera głosowało 75 spośród 81 delegatów, jedna osoba nie oddała głosu.

    Dla 72-letniego Tajnera to powrót na to stanowisko. Poprzednio pełnił je w latach 2006-2022. Wcześniej (1999-2006) był trenerem reprezentacji Polski w skokach narciarskich. 

    Pod jego kierunkiem Adam Małysz zaczął odnosić pierwsze wielkie sukcesy - trzykrotnie z rzędu zdobył Puchar Świata, wywalczył trzy tytuły mistrza świata, wygrał 49. Turniej Czterech Skoczni oraz zdobył srebrny i brązowy medal na igrzyskach olimpijskich w 2002 roku w Salt Lake City.

    Na zjeździe wyborczym w 2022 roku, gdy został zastąpiony przez Małysza, otrzymał tytułu Honorowego Prezesa PZN. Tajner od 2023 roku jest posłem na Sejm (KO). Zapowiedział, że do końca kadencji Sejmu będzie pełnił funkcję posła, ale nie wystartuje w następnych wyborach.

    Wybrano także nowy zarząd PZN. W jego skład weszli: Mirosław Graf (przedstawiciel Dolnośląskiego Związku Narciarskiego), Wojciech Gumny (przedstawiciel Tatrzańskiego Związku Narciarskiego), Jarosław Konior - (przedstawiciel Śląsko-Beskidzkiego Związku Narciarskiego), Rafał Kot, Marek Pach i Zbigniew Wuwer. 

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Otrzymane przedwczoraj Fakty - Fakty - najświeższe wiadomości z kraju i świata - RMF24

Sięgał z Bulls po mistrzostwo NBA. Stacey King nie żyje

  • Nie żyje Stacey King, były koszykarz, trzykrotny mistrz NBA w barwach Chicago Bulls. Miał 59 lat. Po zakończeniu kariery był cenionym ekspertem i komentatorem.

    • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

    "Stacey King był cenionym członkiem rodziny Bulls i jedną z naprawdę wyjątkowych osobowości w historii naszego klubu" - przekazały w oświadczeniu chicagowskie "Byki", podkreślając, że King był związany z nimi ponad trzy dekady.

    King karierę w NBA rozpoczął w barwach Bulls, którzy wybrali mierzącego 211 cm środkowego z Oklahomy z szóstym numerem w drafcie w 1989 roku. 

    W ciągu pięciu sezonów spędzonych w tej ekipie odnotował średnio 6,6 punktu i 3,3 zbiórki, a w latach 1991-93 został mistrzem NBA w erze Michaela Jordana. 

    W NBA rozegrał w sumie osiem sezonów, występując też w Minnesota Timberwolves, Miami Heat, Boston Celtics i Dallas Mavericks.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Zmarzlik stracił w Manchesterze pozycję lidera Grand Prix

Wczoraj, 6 czerwca (22:48)

Bartosz Zmarzlik zajął trzecie miejsce w żużlowej Grand Prix w Manchesterze, czwartej rundzie mistrzostw świata. Wygrał Australijczyk Brady Kurtz i to on objął prowadzenie w klasyfikacji generalnej. Polak, który do tej pory był liderem, spadł na drugie miejsce.

  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

W sobotę w Manchesterze odbyła się czwarta tegoroczna runda żużlowych mistrzostw świata. Były to drugie zawody na tamtejszym torze - w piątek wygrał Australijczyk Max Fricke, zaś obrońca tytułu Bartosz Zmarzlik był czwarty. Polak miał pecha: niegroźnie upadł w finale i został wykluczony z powtórki.

W sobotnim turnieju, podobnie jak dzień wcześniej, wystartowali także Patryk Dudek oraz Kacper Woryna. Ze względu na kłopoty zdrowotne na Wyspach Brytyjskich nie ścigał się Dominik Kubera.

Po czterech seriach startów Zmarzlik miał osiem punktów, Woryna sześć, zaś Dudek cztery. Broniący tytułu Zmarzlik w tym momencie był już pewny udziału w wyścigu ostatniej szansy (w 18. biegu był drugi). Dwaj pozostali musieli pokazać się z dobrej strony w ostatnim starcie w fazie zasadniczej turnieju, aby to wywalczyć. Bezpośredni awans do finału wywalczyli Michael Jepsen Jensen (Dania) i Kurtz.

Woryna w 17. wyścigu, po zaciętej walce z Janem Kvechem (Czechy), przyjechał do mety na drugim miejscu i przedłużył swoje szanse na występ w najważniejszym biegu turnieju. Z kolei Dudek w swoim ostatnim występie wywalczył tylko punkt.

Z dwóch Polaków, którzy pozostali w zawodach po fazie zasadniczej, awansować do grona czterech najlepszych żużlowców udało się tylko Zmarzlikowi.

W finałowym wyścigu Polak ze startu wyszedł jako drugi. Potem krótko prowadził, ale ostatecznie przyjechał na metę trzeci.

Kolejny turniej GP odbędzie 20 czerwca we Wrocławiu.

Wyniki sobotniej Grand Prix Wielkiej Brytanii:

1. Brady Kurtz (Australia)

2. Michael Jepsen Jensen (Dania)

3. Bartosz Zmarzlik (Polska)

4. Jack Holder (Australia)

5. Max Fricke (Australia)

6. Jason Doyle (Australia)

7. Jan Kvech (Czechy)

8. Kacper Woryna (Polska)

...

12. Patryk Dudek (Polska)

Klasyfikacja generalna:

1. Brady Kurtz (Australia)        65 pkt

2. Bartosz Zmarzlik (Polska)      62

3. Jack Holder (Australia)        55

4. Michael Jepsen Jensen (Dania)  45

5. Kacper Woryna (Polska)         44

6. Max Fricke (Australia)         42

7. Robert Lambert (W. Brytania)   42

8. Jason Doyle (Australia)        37

9. Leon Madsen (Dania)            35

10. Patryk Dudek (Polska)          29

...

15. Dominik Kubera (Polska)        17

Maja Chwalińska kontra Mirra Andreeva. Kim jest "cudowne dziecko z Syberii"?

Wczoraj, 6 czerwca (14:00)

​Gdy Maja Chwalińska szykuje się do największego meczu w karierze, po drugiej stronie siatki stanie zawodniczka, o której świat mówi już od kilku lat. Mirra Andreeva ma dopiero 19 lat, ale w kobiecym tenisie zdążyła już osiągnąć więcej niż większość zawodniczek przez całą karierę. Finał Roland Garros 2026 będzie dla Rosjanki pierwszym wielkoszlemowym finałem.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Mirra Andreeva urodziła się 29 kwietnia 2007 roku w Krasnojarsku na Syberii. Tenis zaczęła trenować jako sześciolatka i bardzo szybko stało się jasne, że ma wyjątkowy talent. Razem ze starszą siostrą Eriką wychowywała się w trudnych warunkach rosyjskiej prowincji, lecz rodzice zdecydowali się zaryzykować wszystko dla sportowej przyszłości córek.

Rodzina najpierw przeprowadziła się do Soczi, a później Mirra wyjechała do Francji, gdzie rozpoczęła treningi w Cannes w akademii Patricka Mouratoglou - słynnego szkoleniowca współpracującego wcześniej między innymi z Sereną Williams.

Sama tenisistka wspominała później, że wybierała między akademią Rafaela Nadala na Majorce a francuskim ośrodkiem. Ostatecznie zdecydowano się na Cannes, które z czasem stało się jej drugim domem.

Prawdziwa eksplozja talentu Andriejewej nastąpiła w 2023 roku. Najpierw dotarła do finału juniorskiego Australian Open, a kilka miesięcy później zachwyciła świat podczas turnieju WTA w Madrycie.

Jako 15-latka pokonała finalistkę US Open Leylah Fernandez, a następnie wyeliminowała Beatriz Haddad-Maię i Magdę Linette. Zatrzymała ją dopiero Aryna Sabalenka. Rosjanka została wówczas jedną z najmłodszych zwyciężczyń meczu WTA w historii.

Kilka miesięcy później przebrnęła kwalifikacje Roland Garros i dotarła do trzeciej rundy turnieju seniorek. Już wtedy imponowała spokojem oraz dojrzałością psychiczną.

Nie myślę o tym, gdzie gram i z kim. Po prostu wychodzę na kort i robię swoje - mówiła nastolatka, która kompletnie nie wyglądała na zawodniczkę przytłoczoną wielką sceną.

W tym samym sezonie dotarła również do czwartej rundy Wimbledonu, stając się najmłodszą uczestniczką tego etapu od czasów Coco Gauff.

Korty Rolanda Garrosa wyjątkowo jej sprzyjają. Już w 2024 roku osiągnęła tam półfinał, eliminując po drodze Arynę Sabalenkę. Została wtedy najmłodszą półfinalistką turnieju wielkoszlemowego od 1997 roku, gdy podobnego wyczynu dokonała Martina Hingis.

Wielu ekspertów właśnie do Hingis porównuje dziś Rosjankę. Nie imponuje wyłącznie siłą czy fizycznością. Jej największym atutem jest inteligencja tenisowa, czucie gry i umiejętność błyskawicznego podejmowania decyzji.

Andriejewa sama przyznaje, że jej sportowym idolem jest Andy Murray - zawodnik słynący z tenisowej inteligencji i świetnego czytania gry.

W 2025 roku Rosjanka weszła do absolutnej światowej elity. Wygrała turniej WTA 1000 w Dubaju, zostając najmłodszą triumfatorką imprezy tej rangi w historii.

Ten sukces automatycznie wywołał porównania do Marii Szarapowej. Obie Rosjanki jako nastolatki wygrywały wielkie turnieje i przebijały się do ścisłej światowej czołówki w błyskawicznym tempie.

Andriejewa poszła jednak jeszcze dalej. W Indian Wells pokonała kolejno Jelenę Rybakinę, Igę Świątek oraz Arynę Sabalenkę, udowadniając, że potrafi wygrywać z największymi gwiazdami kobiecego tenisa.

W wieku zaledwie 17 lat znalazła się w czołowej piątce rankingu WTA.

Ogromny wpływ na rozwój Rosjanki miała współpraca z Conchitą Martinez. Była mistrzyni Wimbledonu pomogła młodej zawodniczce przede wszystkim mentalnie.

Hiszpanka podkreśla, że Andreeva od dawna posiadała wszystkie tenisowe umiejętności potrzebne do wygrywania wielkich meczów. Problemem bywało jednak utrzymywanie koncentracji oraz emocji pod kontrolą.

Martinez nauczyła ją większego spokoju między punktami i lepszego zarządzania własnymi reakcjami na korcie. Efekty widać szczególnie w obecnym sezonie.

Po nieco bardziej nierównym sezonie 2025 Andriejewa wróciła do najwyższej formy w 2026 roku. Wygrała turnieje WTA 500 w Adelajdzie i Linzu, dotarła do półfinału w Stuttgarcie oraz finału prestiżowego turnieju w Madrycie.

Podczas tegorocznego Roland Garros wygląda wyjątkowo pewnie. W półfinale bez większych problemów pokonała Martę Kostiuk 6:1, 6:3, pokazując tenis kompletny: agresywny, inteligentny i niezwykle dojrzały.

Dzięki awansowi do finału Rosjanka już zapisała się w historii, ale zwycięstwo mogłoby wynieść ją jeszcze wyżej. W wieku 19 lat i 39 dni zostałaby jedną z najmłodszych triumfatorek turnieju wielkoszlemowego w historii.

Andriejewa jest postacią budzącą skrajne reakcje. Z jednej strony kibice zachwycają się jej stylem gry, naturalnością i ogromnym talentem. Z drugiej - jej rosyjskie pochodzenie sprawia, że wokół zawodniczki pojawiają się polityczne kontrowersje.

Rosjanka nie odcina się od swojej ojczyzny i nie zabiera jednoznacznego głosu w sprawie wojny w Ukrainie. To powoduje mieszane reakcje części opinii publicznej. Jednocześnie wiele osób podkreśla, że wciąż jest bardzo młodą zawodniczką dojrzewającą pod gigantyczną presją światowych mediów.

Od pewnego czasu pojawiają się również spekulacje dotyczące możliwej zmiany obywatelstwa. Po latach spędzonych we Francji naturalizacja wydaje się teoretycznie możliwa, choć na razie temat pozostaje wyłącznie w sferze plotek.

Dla Andriejewej triumf w Paryżu byłby spełnieniem największego marzenia. Wygrana we French Open to mój najważniejszy cel w życiu - przyznała przed finałem.

Jeśli wygra z Mają Chwalińską, pójdzie śladami Igi Świątek, która również jako 19-latka zdobyła swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł właśnie na paryskiej mączce.

Wszystko wskazuje na to, że kobiecy tenis zyskał kolejną wielką gwiazdę na długie lata. Mirra Andriejewa nie jest już tylko "cudownym dzieckiem". Dziś to pełnoprawna kandydatka do dominacji w światowym tenisie.

Koszmarna kraksa na Giro d'Italia. Poważne obrażenia kolarzy

  • Adam Yates nie pojedzie dalej w Giro d'Italia. Brytyjski lider UAE Team Emirates wycofał się z wyścigu w niedzielę przed startem trzeciego etapu po kontuzji odniesionej dzień wcześniej w poważnej kraksie. Yates był jednym z kandydatów do podium. To już trzeci zawodnik tej ekipy, który kończy udział w tegorocznym Giro.

    • Brytyjski kolarz Adam Yates z ekipy UAE Team Emirates wycofał się z Giro d’Italia przed startem trzeciego etapu po poważnym wypadku.
    • Australijczyk Jay Vine i Hiszpan Marc Soler z tej samej drużyny wycofali się w sobotę po masowej kraksie 30 km przed metą drugiego etapu.
    • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl

    Dwaj jego koledzy - Australijczyk Jay Vine i Hiszpan Marc Soler wycofali się z wyścigu w sobotę, na skutek obrażeń odniesionych w masowej krasie ok. 30 km przed metą drugiego etapu.

    Vine doznał wstrząśnienia mózgu i złamania łokcia, a Soler złamania miednicy - powiedział w niedzielę Adrian Rotunno, dyrektor medyczny UAE Team Emirates, dodając, że na tym etapie żaden z nich nie wymagał operacji.

    W niedzielę 33-letni Yates, który ukończył etap z twarzą pokrytą błotem i krwią, również wycofał się z wyścigu. "Adam Yates doznał poważnych otarć i rozcięcia lewego ucha" i wykazuje "opóźnione objawy wstrząśnienia mózgu" - wyjaśnił lekarz jego zespołu. Pech w Giro d'Italia nie opuszcza trzeciego zawodnika Tour de France 2023. Zaliczył już kraksy w dwóch poprzednich startach w 2017 i 2025 roku, choć za każdym razem udało mu się ukończyć wyścig odpowiednio na 9. i 12. miejscu.

    Adam Yates, brat bliźniak Simona, zwycięzcy zeszłorocznego Giro, skupi się teraz na swojej roli pomocnika Tadeja Pogacara w górach podczas lipcowego Tour de France.
    Włoch Andrea Vendrame (Jayco-AlUla), który ukończył sobotni drugi etap z urazem dolnej części pleców, również nie wystartuje w niedzielę. Dwóch innych kolarzy, Kolumbijczyk Santiago Buitrago (Bahrajn) i Norweg Adne Holter (Uno-X), wycofało się już w sobotę.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Napad na dom polskiego piłkarza. Nowe fakty ws. sprawców

  • Policja zidentyfikowała osoby podejrzane o piątkowe wtargnięcie do domu polskiego obrońcy Jana Bednarka w Porto. Z informacji policji wynika, że było to pięć osób – czterech mężczyzn i jedna kobieta, którzy mieli mówić po hiszpańsku. W dalszym ciągu nie zostali oni jednak zatrzymani.

    • Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

    Według ustaleń śledczych grupa napastników, z których trzech miało wtargnąć do domu piłkarza, mówiła w języku hiszpańskim.

    Cytująca w sobotę wieczorem źródła policyjne stacja telewizyjna Now przekazała, że policji udało się zidentyfikować napastników, ale w dalszym ciągu nie zostali oni schwytani.

    Śledztwo ułatwiły materiały filmowe z kamer w domu polskiego piłkarza, jak też z ulicznego monitoringu.

    Jak poinformował portugalski dziennik "Record", do zdarzenia doszło w piątek około godziny 20:00, kiedy Bednarek i jego rodzina wrócili do domu. Piłkarz zastał w nim trzech złodziei. Jeden z nich zagroził mu nożem.

    Z domu obrońcy FC Porto złodzieje zabrali przedmioty szacowane łącznie na 150 tys. euro. Wśród nich były m.in. dwa luksusowe zegarki, dwie obrączki oraz bransoleta.

    W niedzielę FC Porto zagra przeciwko ekipie AVS. Trener "Smoków" Francesco Farioli poinformował w sobotę, że zważywszy na traumatyczne doświadczenie polskiego obrońcy nie podjął jeszcze decyzji czy wystawi go w pierwszym składzie. Mimo wszystko, Polak wziął udział w treningu przed niedzielnym meczem.

    Przedstawiciele władz FC Porto zapewnili, że klub przekazał polskiemu piłkarzowi i jego rodzinie wszelką niezbędną pomoc, m.in. wsparcie psychologiczne oraz pomoc w ochronie domu.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Mistrz świata wyszedł z kościoła i "zakłócił spokój ducha" żony

  • Były kolarski mistrz świata ma kłopoty. Hiszpan Oscar Freire został skazany na dziewięć dni aresztu domowego za nękanie żony, z którą obecnie jest w trakcie rozwodu.

    • Były hiszpański kolarz Oscar Freire został skazany na dziewięć dni aresztu domowego za nękanie żony.
    • Były mistrz świata przyznał się do winy i zaakceptował wyrok.
    • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

    W minioną niedzielę w Torrelavedze, rodzinnej miejscowości Freire, były kolarz, wychodząc z mszy świętej i w obecności innych osób, zwrócił się do żony słowami, które - jak stwierdził sąd - "zakłóciły spokój ducha skarżącej, naruszając jej integralność moralną".

    Jeszcze w niedzielę 50-letni Freire został doprowadzony do aresztu, a w poniedziałek osądzony. 

    Przyznał się do winy i zaakceptował wyrok wnioskowany przez prokuraturę.

    Freire, mistrz świata z 1999, 2001 i 2004 roku, jest jednym z pięciu kolarzy z trzema tytułami, obok Włocha Alfredo Bindy (1927, 1930, 1932), Belgów Rika van Steenbergena (1949, 1956, 1957) i Eddy’ego Merckxa (1967, 1971, 1974) oraz Słowaka Petera Sagana (2015-17).

    Ponadto Hiszpan wywalczył brązowy medal w 2000 roku, wyprzedzony w Plouay przez Łotysza Romansa Vainsteinsa i Zbigniewa Sprucha. 

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

​Miko Marczyk przed ostatnim testem. Później walka o obronę tytułu mistrza Europy

Dzisiaj, 8 kwietnia (09:42)

17 kwietnia oficjalnie rozpocznie się nowy sezon rajdowych mistrzostw Europy - ERC. Wtedy rusza Rajd Andaluzji, pierwsza z siedmiu rund tegorocznego sezonu. Na starcie pojawi się polska załoga, która będzie bronić mistrzowskiego tytułu - Miko Marczyk i Szymon Gospodarczyk. "Cele są ambitne, natomiast rywalizacja, jak zawsze, a w szczególności na początku mistrzostw Europy jest bardzo mocna. Wielu zawodników chciałoby zostać mistrzami Europy" - podkreśla Miko Marczyk. Załoga Orlen Team w weekend wystartuje jeszcze testowo w Rajdzie La Llana i m.in. o tym starcie i przygotowaniach do mistrzostw Europy z Miko Marczykiem rozmawiał Wojciech Marczyk z redakcji sportowej RMF FM.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

Do startu nowego sezonu rajdowych mistrzostw Europy pozostało zaledwie kilka dni. Załoga Miko Marczyk i Szymon Gospodarczyk jest niemal gotowa do walki o obronę tytułu wywalczonego w ubiegłym sezonie.

Staram się sukcesywnie każdego dnia wykonać proste zadania, które są do zbliżającego się rajdu. Mam poczucie takiego spokoju i komfortu w sobie i takiej satysfakcji, że nie muszę, czyli po stronie presji, a właśnie mogę i chcę. Chcę pójść dalej po kolejne efekty sportowe - przyznaje Mikołaj Marczyk, który podkreśla, że nie skupia się tylko i wyłącznie na myśleniu o obronie tytułu, ale po prostu chce być lepszym kierowcą niż w ubiegłym sezonie.

Natomiast moja perspektywa na tę rywalizację, coś, co wypracowałem też w ostatnim roku, jest taka, że nie rozglądam się dookoła. Naprawdę staram się kontrolować swoją głowę w tym, żeby pilnować naszych postępów sportowych, tego, co robimy. Wiem, że ten wynik jest wypadkową wielu elementów. Też musi być ta szczypta szczęścia po naszej stronie. Różny może być poziom konkurentów. Dlatego nie chcę ocenić tego roku tylko i wyłącznie z perspektywy tego, czy obronimy mistrzostwo, czy na przykład zajmiemy miejsce nie pierwsze, a drugie, trzecie czy czwarte. Natomiast chcę być zadowolony z tego, co my robimy - dodaje kierowca Orlen Team.

Miko Marczyk i Szymon Gospodarczyk w tym sezonie na trasach rajdów zaliczanych do mistrzostw Europy znów będą rywalizować w Skodzie Fabii. Samochód jest nawet podobnie oklejony do tego z mistrzowskiego sezonu, ale nie jest to dokładnie to samo auto.

Myślę, że to jest ewolucja, a nie rewolucja, zarówno pod kątem oklejenia naszego samochodu i tego, czego ja sam oczekuję od siebie i od naszego zespołu, w tym roku. Musimy poprawić drobnych kilka elementów, które jako całość mogą wzmocnić naszą pozycję sportową, a nie zmieniać coś, co funkcjonuje. Musimy oczywiście z pokorą podejść do rywalizacji. Konkurenci będą na pewno bardzo dobrze przygotowani. Natomiast jestem zwolennikiem wykorzystania wszystkiego, co dobre, z zeszłego sezonu i poprawiania punktowo pewnych niuansów - wyjaśnia Miko Marczyk.

Pochodzący z Łodzi kierowca na pewno będzie chciał się poprawić szczególnie w dwóch siedmiu starów ERC. Chodzi o Rajd Barum w Czechach i Rajd Skandynawii, bo w tych dwóch ubiegłorocznych startach polska załoga wypadła poza ścisłą czołówkę.

Na pewno uwaga jest na tych dwóch startach, ale oprócz tego cały czas trzeba podkręcać ten poziom sportowy na pozostałych imprezach. W zeszłym sezonie wielokrotnie byliśmy na podiach, natomiast ani jednego zwycięstwa, więc dobrze by było też pokazać się z bardzo dobrej strony na którymś rajdzie. Nie mogę się już doczekać sezonu - zaznacza Marczyk.

Podobnie jak w ubiegłym sezonie Miko Marczyk i Szymon Gospodarczyk przed startem mistrzostw Europy wystartują w Rajdzie La Llana.

Rywalizacja w tym rajdzie odbędzie się dokładnie na tydzień przed pierwszą rundą mistrzostw Europy - ERC czyli Rajdem Andaluzji.

Przed startem w Rajdzie Sierra Morena wystartujemy w Rajdzie La Llana na północy Hiszpanii. Zazwyczaj najlepiej przygotowywać się na tym terenie, na którym docelowo jest rywalizacja. To jest charakterystyka asfaltu, typ zakrętów, klimat, który tam panuje - przynaje Miko Marczyk.

Celem jest, żeby stanąć na mecie Rajdu Sierra Morena z uśmiechami na twarzach, z dobrze wykonaną pracą. To, co się po drodze wydarzy na Rajdzie La Lana, nie jest wiążące i najważniejsze w tej chwili. Natomiast zazwyczaj jest tak, że jeżeli ten rajd pokazałby, że jesteśmy w dobrej prędkości, bezproblemowo go przejedziemy, to doda nam trochę pewności, morale, wiedzy przed Rajdem Sierra Morena. Więc chciałbym, żeby to były obydwa dobre, równe starty z wykorzystaniem wiedzy z zeszłego roku - mówił Miko Marczyk.

Tegoroczny kalendarz mistrzostw Europy - ERC liczy siedem a nie osiem rund jak było to w ubiegłym sezonie. Więcej jest też rajdów asfaltowych. W tym roku asfaltowym rajdem będzie też Rajd Polski, którego bazą nie będą już Mikołajki. Rywalizacja przenosi się na Śląsk.

Ja oczywiście uwielbiam rajdy na Mazurach, wielokrotnie tam startowaliśmy. Wielka przyjemność zarówno dla kibiców, jak i dla zawodników. Natomiast Śląsk oczywiście też znamy. Jeszcze bliżej mojego domu, bo Katowice są dwie godziny od Łodzi. Ja na śląskich asfaltach wychowałem się rajdowo. Startowałem tam jeszcze w rajdach okręgowych. Potem świętowaliśmy pierwsze mistrzostwo Polski właśnie na Śląsku, więc jestem dobrej myśli i mam wspaniałe wspomnienia stamtąd - przyznaje Miko Marczyk.

Sezon ERC startuje 17 kwietnia Rajdem Sierra Morena. A zakończy się 25 października rajdem Portugalii.

"Mamy kilka szans medalowych". Polska w silnej obsadzie na HMŚ

Wczoraj, 11 marca (15:56)

Już 20 marca w Toruniu rozpoczynają się lekkoatletyczne halowe mistrzostwa świata. W 31-osobowej reprezentacji Polski znalazły się płotkarze Pia Skrzyszowska i Jakub Szymański, skoczkini wzwyż Maria Żodzik czy Natalia Bukowiecka (400 m).

  • Bądź na bieżąco! Informacje ze świata sportu znajdziesz na RMF24.pl

Szesnaście zawodniczek i piętnastu zawodników znalazło się w składzie reprezentacji Polski na halowe mistrzostwa świata w lekkiej atletyce w Toruniu.

Mamy kilka szans medalowych, impreza sezonu u siebie sprzyja uzyskaniu cennych wyników - powiedział prezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki Sebastian Chmara.

Polska poprzednio halowy globalny czempionat gościła w 2014 roku. Wówczas najlepsi lekkoatleci świata rywalizowali w Sopocie. Polacy zdobyli wtedy trzy medale. Halową mistrzynią świata została w skoku wzwyż Kamila Lićwinko, a srebrne medale zdobili w biegu na 800 m Adama Kszczot i Angelika Cichocka.

Liderami kadry w tym sezonie są płotkarze Szymański i Skrzyszowska, skoczkini wzwyż Żodzik, która jesienią została wicemistrzynią świata na stadionie, specjalistka od dystansu 400 m Bukowiecka, a także sprinterka Ewa Swoboda.

Nasza wicemistrzyni świata z Tokio w ostatnich startach pokazywała, że forma jest zwyżkująca i w Toruniu będzie walczyć o medal. Ta analogia z występem Kamili Lićwinko w Sopocie jest faktycznie naturalna. Będziemy mocno trzymać kciuki za Marię już w pierwszej sesji mistrzostw, bo finał jej konkurencji zaplanowano na piątkowe przedpołudnie - wskazał Chmara.

Zdaniem sternika PZLA impreza u siebie wywołuje wśród zawodników dodatkową motywację.

Widziałem, z jaką ambicją przygotowywali się nasi zawodnicy do startów halowych i to dało wymierne efekty wynikowe. Świetnie biega na 800 metrów Maciek Wyderka, który poprawił rekord Polski Adama Kszczota. Mamy szybką Ewę Swobodę, świat z podziwem patrzy na nasz płotkarski duet Skrzyszowska-Szymański. Podsumowując, tych szans medalowych jest kilka, a nasi zawodnicy, mówiąc kolokwialnie, tanio skóry nie sprzedadzą - prognozuje Chmara, cytowany w komunikacie związku.

Szymański jest ex aequo liderem tabel w biegu na 60 m ppł z rekordem Polski z tego sezonu 7,37. W rozmowie z PAP po wygraniu mistrzostw Polski wprost wskazywał, że mierzy w walkę o złoto czempionatu w Toruniu.

Jest dwóch Amerykanów i jestem ja. Będziemy się bili o miejsca na podium podczas mistrzostw świata w Toruniu. W finale globalnego czempionatu będzie ostateczna rywalizacja. Zobaczymy, kto wytrzyma - powiedział  Szymański.

Podkreślił, że nowe pokolenie polskich lekkoatletów nie boi się być najlepszymi bądź walczyć o bycie najlepszymi.

To się nie musi udać, ale nie ma się czego bać - wskazał najlepszy polski płotkarz.

Stwierdził, że jedną z jego przewag może być świetna znajomość toruńskiej bieżni i atmosfery panującej w hali.

Kibice podczas Orlen Copernicus Cup i podczas mistrzostw Polski przypomnieli mi jak tu jest. Będę gospodarzem podczas HMŚ. Pojedziemy z nimi - mówił otwarcie Szymański.

Duże szanse medalowe należy wiązać także z występami polskich sztafet 4x400 m - szczególnie miksta i żeńskiej sztafety. Nie bez szans na niespodziankę są Klaudia Kazimierska w biegu na 1500 m i skoczkini w dal Anna Matuszewicz. Pierwsza na co dzień trenuje za oceanem i w tym roku poprawiła już halowe rekordy kraju Lidii Chojeckiej na dystansach 1500 m i mili. Druga będzie u siebie w domu, bo reprezentuje MKL Toruń. W tym roku Matuszewicz poprawiła wynikiem 6,77 rekord Polski w skoku w dal, który był niezmienny od 46 lat.

Walkę o podium deklarują także pięcioboistki Paulina Ligarska i Adrianna Sułek-Schubert.

Polski Związek Lekkiej Atletyki nie skorzysta z pełnej puli dzikich kart, jakie przysługują gospodarzowi wydarzenia.

Zgłoszenia, przede wszystkim w konkurencjach technicznych, nie mogą odstawać od poziomu sportowego imprezy, jakiego wymaga World Athletics. Tak naprawdę to właśnie światowa federacja podejmuje ostateczną decyzję, czy dany zawodnik to kryterium spełnia - wyjaśnił wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki Marek Plawgo.

Skład reprezentacji Polski może ulec jeszcze zmianie i zostać zwiększony, jeżeli biało-czerwoni uzyskają dodatkowe miejsca w wyniku relokacji.

21. Halowe Mistrzostwa Świata w Toruniu odbędą się w Kujawsko-Pomorskiej Arenie Toruń od 20 do 22 marca.

Kobiety

60 m

  • Magdalena Stefanowicz (AZS AWF Katowice)
  • Ewa Swoboda (Podlasie Białystok)

400 m, sztafeta 4x400 m

  • Natalia Bukowiecka (Podlasie Białystok)
  • Justyna Święty-Ersetic (AZS AWF Katowice)

800 m

  • Anna Wielgosz (CWKS Resovia Rzeszów)

1500 m

  • Klaudia Kazimierska (LKS Vectra Włocławek)

60 m ppł

  • Pia Skrzyszowska (AZS AWF Warszawa)

Skok wzwyż

  • Maria Żodzik (Podlasie Białystok)

Skok w dal

  • Anna Matuszewicz (MKL Toruń)

Pięciobój

  • Paulina Ligarska (SKLA Sopot)
  • Adrianna Sułek-Schubert (Brda Bydgoszcz)

Sztafeta 4x400 m

  • Weronika Bartnowska (AZS AWF Warszawa)
  • Anna Maria Gryc (AZS AWF Warszawa)
  • Anastazja Kuś (AZS UWM Olsztyn)
  • Marika Popowicz-Drapała (CWZS Zawisza Bydgoszcz SL)
  • Klaudia Osipiuk (AZS AWF Biała-Podlaska)

Mężczyźni

60 m

  • Dominik Kopeć (Agros Zamość)
  • Oliwer Wdowik (CWKS Resovia Rzeszów)

800 m

  • Filip Ostrowski (KKL Radło Kwidzyn)
  • Maciej Wyderka (AZS AWF Katowice)

1500 m

  • Kamil Herzyk (SLiS JUST TEAM Bielsko-Biała)

60 m ppł

  • Damian Czykier (Podlasie Białystok)
  • Jakub Szymański (SKLA Sopot)

Skok wzwyż

  • Mateusz Kołodziejski (CWZS Zawisza Bydgoszcz SL)

Pchnięcie kulą

  • Konrad Bukowiecki (AZS UWM Olsztyn)

Sztafeta 4x400 m

  • Kajetan Duszyński (AZS Łódź)
  • Marcin Karolewski (OŚ AZS Poznań)
  • Mikołaj Pyszka (OŚ AZS Poznań)
  • Mateusz Rzeźniczak (MKS Aleksandrów Łódzki)
  • Wiktor Wróbel (AZS Łódź)
  • Remigiusz Zazula (AZS UMCS Lublin)

Koszmarny wypadek Lindsey Vonn. Narciarka przeszła operację

Koszmarny wypadek Lindsey Vonn. Narciarka przeszła operację

Wczoraj, 8 lutego (17:36)

Aktualizacja: Wczoraj, 8 lutego (20:48)

Lindsey Vonn przeszła operację złamanej lewej nogi - poinformował szpital w Treviso, gdzie przebywa słynna narciarka alpejska. Amerykanka miała poważny wypadek w trakcie zjazdu na igrzyskach olimpijskich w Cortinie d'Ampezzo. Wcześniej Alex Hoedlmoser, trener konkurencji szybkościowych w amerykańskiej kadrze alpejczyków, przekazał, że Vonn "najwyraźniej ma złamane podudzie". Jej stan jest monitorowany na oddziale intensywnej opieki; nie ma zagrożenia dla jej życia - podała agencja Reutera.

Lindsey Vonn jadąca jako 13. zawodniczka, upadła na początku trasy, po około 13 sekundach jazdy - wynika z wyliczeń. Zahaczyła o jedną z bramek i z dużą prędkością bezwładnie przekoziołkowała po stoku. Przez kilkanaście minut opatrywali ją ratownicy, po czym śmigłowiec zabrał ją do szpitala.

To zdecydowanie ostatnia rzecz, jaką chcieliśmy tutaj zobaczyć. Kiedy dochodzi do czegoś takiego, oczywiście każdy na nadzieję, że nic poważnego się nie stało, ale to było przerażające. Dodatkowym złym znakiem był widok rozkładanych noszy - powiedziała stacji NBC siostra Vonn, Karin Kildow.

Alex Hoedlmoser, trener konkurencji szybkościowych w amerykańskiej kadrze alpejczyków, na temat urazu Vonn wypowiedział się dla szwajcarskiego nadawcy publicznego SRF. Choć podkreślił, że dokładna diagnoza nie jest jeszcze znana, to powiedział, iż "najwyraźniej to złamanie podudzia".

Kilka godzin po wypadku oświadczenie wydała amerykańska federacja narciarska USA Ski. "Lindsey doznała urazu, ale jej stan jest stabilny i jest w dobrych rękach amerykańskich i włoskich lekarzy" - można przeczytać w komunikacie federacji.

Stan narciarki jest monitorowany na oddziale intensywnej opieki, jej życiu nic nie zagraża - przekazała agencja Reutera, powołując się na swoje źródło. Z kolei szpital Ca' Foncello w Treviso poinformował, że "po południu Lindsey Vonn przeszła operację ortopedyczną w celu stabilizacji złamania lewej nogi". Przekazano to w oświadczeniu, o którym poinformowały włoskie media.

41-letnia Lindsey Vonn wystartowała w niedzielę, mimo że doznała zerwania więzadła krzyżowego przedniego w kolanie 30 stycznia w w szwajcarskiej Crans-Montanie. Był to skutek upadku podczas zawodów Pucharu Świata. Jednak podczas treningów w Cortinie d’Ampezzo radziła sobie nieźle, startując z ortezą na kolanie.

Lindsey Vonn to jedna z najbardziej utytułowanych alpejek w historii. Czterokrotnie zdobywała Puchar Świata. Do rywalizacji powróciła w ubiegłym sezonie po sześcioletniej przerwie. Jej celem był medal igrzysk we Włoszech. Jedyne olimpijskie złoto wywalczyła w 2010 roku w Vancouver, wygrywając zjazd.

Mistrzynią olimpijską w niedzielę została inna Amerykanka - Breezy Johnson. Srebro dla Niemki Emmy Aicher, a brąz wywalczyła Włoszka Sofia Goggia, która w piątek w Cortinie d’Ampezzo zapaliła znicz olimpijski.

Zabrakło niewiele. Błąd Polki kosztował występ w pófinale

Wczoraj, 8 lutego (14:00)

Aktualizacja: Wczoraj, 8 lutego (14:50)

Aleksandra Król-Walas odpadła w ćwierćfinale rywalizacji w snowboardowym slalomie równoległym na zimowych igrzyskach w Mediolanie i Cortinie. Choć Polka dzielnie walczyła o zwycięstwo, to minimalnym błąd sprawił, że w półfinale zameldowała się Włoszka Lucia Dalmasso. Ostatecznie Dalmasso wywalczyła brąz, a w finale rywalizacji Zuzana Maderova okazała się lepsza od Sabine Payer.

  • Najnowsze informacje ze świata sportu znajdziesz na RMF24.pl. 

Polka była gorsza od Włoszki o 0,26 s. O zwycięstwie reprezentantki gospodarzy zdecydowało najpewniej minimalne zachwianie równowagi naszej zawodniczki przy mijaniu jednej z bramek.

W wielkim finale starły się Zuzana Maderova i Sabine Payer. Czeszka prowadziła od połowy trasy, Austriaczka w pewnym momencie niemal upadła. Maderova zachowała spokój i zdobyła złoty medal. Payer miała gorszy czas o 0,83 s.

O brązowy medal rywalizowały dwie Włoszki. Ostatecznie to pogromczyni naszej zawodniczki Lucia Dalmasso była szybsza od Elisy Caffont.

Wśród panów najlepszy, tak jak na poprzednich igrzyskach był 40-letni Austriak Benjamin Karl. Do domu ze srebrem wróci Sang-kyun z Korei Południowej.

W rywalizacji o brąz od Słoweńca Tima Mastnaka okazał się lepszy 20-letni Bułgar Terweł Zamfirow.

W kwalifikacjach odpadli Maria Bukowska-Chyc oraz Oskar Kwiatkowski i Michał Nowaczyk.

W kwalifikacjach Aleksandra Król-Walas zajęła 5. miejsce. To gwarantowało jej rozstawienie w 1/8 finału. Pierwszą rywalką Polki była 12. zawodniczka kwalifikacji - Kanadyjka Aurelie Moisan. Najlepszy czas przedpołudniowej rywalizacji zanotowała główna faworytka do podium, czyli Czeszka Ester Ledecka. Szybsze od Polki były też: kolejna Czeszka Zuzana Maderova, Japonka Tsubaki Miki i Włoszka Lucia Dalmasso.

Pierwsza runda finałowa zakończyła się dla nas zgodnie z planem - Król-Walas wyeliminowała pierwszą rywalkę. Polka wybrała niebieską trasę. Początkowo miała niewielką stratę do Kanadyjki Moisan, ale ostatecznie pokonała ją dość wyraźnie o 0,36 sekundy. 

W ćwierćfinale na Polkę czekała Dalmasso. Włoszka w 1/8 finału pokonała swoją rodaczkę Jasmin Coratti o zaledwie 0,07 sekundy. Także w pozostałych parach wygrywały wyżej notowane zawodniczki (Ledecka, Miki, Maderova, Ramona-Theresia Hofmeiser i Elisa Caffont). Tylko w jednej parze wygrała niżej rozstawiona snowboardzistka. To była najbardziej wyrównana para. Ósma po kwalifikacjach Michelle Dekker przegrała z 9. Austriaczką Sabine Payer.

Ćwierćfinałową rywalizację otworzył polsko-włoski pojedynek. Trasę mogła wybrać Dalmasso. Zdecydowała się na czerwoną, a Polka ponownie pojechała na niebieskiej. Król-Walas jechała płynnie i na pomiarze czasu miała minimalną przewagę. W drugiej części dystansu lepiej pojechała jednak Włoszka i to ona awansowała do strefy medalowej. 

Sensację mieliśmy w kolejnym ćwierćfinale. Murowana kandydatka do złota Ester Ledecka popełniła błąd i przegrała z Austriczką Payer. Do półfinału awansowała druga Czeszka. Maderova wykorzystała błąd Niemki Hofmeister, która nie dojechała do mety. Grono półfinalistek niespodziewanie uzupełniła Caffont. Wygrała o 0,02 sekundy z Japonką Miki.

Kwalifikacji nie przeszła Maria Bukowska-Chyc (27. lokata), a także nasi panowie. Oskar Kwiatkowski po pierwszym przejeździe liczył się w walce o awans, ale w drugim przejeździe popełnił błąd. Wytracił prędkość i musiał jechać agresywnie, a to pociągnęło za sobą kolejne problemy. Ostatecznie zajął 28. miejsce. Michał Nowaczyk został sklasyfikowany na 23. pozycji.

Olimpijski zjazd alpejek. Złoto dla Amerykanki Breezy Johnson

Wczoraj, 8 lutego (13:19)

Amerykanka Breezy Johnson wygrała olimpijski zjazd w Cortinie d'Ampezzo. Srebro zdobyła Niemka Emma Aicher, a brąz Włoszka Sofia Goggia. Amerykanka Lindsay Vonn, która mimo zerwanych wiązadeł w kolanie postanowiła powalczyć o medal, zakończyła swój występ już po kilkunastu sekundach. Błąd i groźnie wyglądający upadek zakończył jej marzenia o medalu. Ze stoku narciarkę zabrano śmigłowcem.

Panie o medale walczyły na trasie Olimpia delle Tofane. Długość? 2572 metry. Różnica poziomów pomiędzy linią startu i metą wynosi tam 750 metrów. 

Już na początku mamy bardzo wymagający stromy odcinek. Nachylenie stoku wynosi tam 64 procent. To jedna z najważniejszych tras w historii narciarstwa alpejskiego. Podczas igrzysk w Cortinie w 1956 roku rywalizowali na niej panowie. 

Królową tego miejsca i to niekwestionowaną jest jednak Lindsay Vonn Amerykanka, która w Pucharze Świata odniosła tam 12 zwycięstw. Sześć w zjeździe i sześć w supergigancie. Tam także po raz pierwszy stała na pucharowym podium. W styczniu 2004 roku zajęła tam trzecie miejsce.

Dziś to także na Amerykankę były zwrócone oczy kibiców. 41-letnia zawodniczka wróciła do sportu po długiej przerwie, by utrzeć nosa na igrzyskom młodszym koleżankom. W trakcie tego sezonu siedmiokrotnie stawała na podium udowadniając, że medal we Włoszech jest możliwy. 

Wszystko zmieniło się jednak przed tygodniem. Po upadku podczas zawodów w Crans-Montanie Vonn zerwała więzadła w kolanie. Mimo to zdecydowała się na przyjazd do Cortiny. Próbą sił były dla niej treningi zjazdu. Poszły na tyle dobrze, że narciarka z USA postanowiła stanąć na starcie. Trzeba było na nią trochę poczekać, bo startowała z numerem 13.

Wcześniej - jako trzecia na trasę wyjechała inna rekonwalescentka - Włoszka Federica Brignione. W kwietniu 2025 roku zawodniczka złamała nogę, ale walczyła o to, by wrócić do rywalizacji. Odpuszczenie włoskich igrzysk nie wchodziło w grę. Wróciła do Pucharu Świata po 292 dniach i w Kronplatz zajęła 6. miejsce w slalomie gigancie. Teraz na mecie zjazdu w Cortinie zameldowała się z drugim czasem, za plecami Austriaczki Ariane Raedler.

Sytuację zmieniła jadąca z 6. Breezy Johnson. Amerykanka poprawiła najlepszy czas aż o ponad sekundę. Teraz do pobicia był wynik: 1:36,10. Kolejne zawodniczki nie były w stanie go poprawić. Dopiero Niemka Emma Aicher walczyła do ostatnich metrów o objęcie prowadzenia. Zabrakło... 0,04 sek.

I tak dotarliśmy do numer 13. Lindsay Vonn była jednak pierwszą zawodniczką, która nie dotarła do mety. Już po kilkunastu sekundach wypadła z trasy. Amerykanka popełniła błąd. Zahaczyła ręką o bramkę. Zawodniczkę obróciło, podbiło jej narty. Vonn z dużą mocą uderzyła o stok. Przy zawodniczce od razu pojawiły się służby medyczne, a zawody zostały przerwane. Amerykankę zabrano ze stoku śmigłowcem.

Walkę o medale wznowiono po kilkunastu minutach. To znaczące utrudnienie dla narciarek czekających na swój występ. Część z nich miała już przypięte narty, za chwilę miały ustawić się na linii startu. Jako pierwsza po wymuszonej wypadkiem przerwie na trasę ruszyła Austriaczka Mirjan Puchner, ale nie zagroziła najlepszym.

Przyszedł czas na występ ostatniej włoskiej nadziei na podium. Sofia Goggia nie była idealna, ale na kilku pomiarach czasu notowała czas lepszy od liderki. Ostatecznie na mecie pojawiła się z trzecim rezultatem (0,59 sek straty do Johnson).

Dramat amerykańskiej gwiazdy na igrzyskach. Wypadek na trasie

Dramat amerykańskiej gwiazdy na igrzyskach. Wypadek na trasie

Wczoraj, 8 lutego (12:14)

Aktualizacja: Wczoraj, 8 lutego (17:05)

Niepokojące doniesienia z Włoch. Legenda narciarstwa alpejskiego Lindsay Vonn upadła w trakcie zjazdu w igrzyskach olimpijskich w Cortinie d'Ampezzo. Amerykankę zabrał do szpitala śmigłowiec lotniczego pogotowia. "Najwyraźniej ma złamane podudzie" - przekazał Alex Hoedlmoser, trener konkurencji szybkościowych w amerykańskiej kadrze alpejczyków.

  • Najnowsze informacje z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Vonn przy zawrotnej prędkości nie opanowała nart i przekoziołkowała kilka razy na stoku. Zawody przerwano natychmiast, szybko pojawiła się pomoc medyczna. Na miejsce przyleciał śmigłowiec lotniczego pogotowia, który zabrał Amerykankę do szpitala. 

Alex Hoedlmoser, trener konkurencji szybkościowych w amerykańskiej kadrze alpejczyków, na temat urazu Vonn wypowiedział się dla szwajcarskiego nadawcy publicznego SRF. Choć podkreślił, że dokładna diagnoza nie jest jeszcze znana, to powiedział, iż "najwyraźniej to złamanie podudzia".

Prawdopodobnie był to ostatni występ w karierze czterokrotnej zdobywczyni Pucharu Świata.

To zdecydowanie ostatnia rzecz, jaką chcieliśmy tutaj zobaczyć. Kiedy dochodzi do czegoś takiego, oczywiście każdy na nadzieję, że nic poważnego się nie stało, ale to było przerażające. Dodatkowym złym znakiem był widok rozkładanych noszy - powiedziała stacji NBC siostra Vonn, Karin Kildow.

Po kilkudziesięciu minutach przerwy i uprzątnięciu trasy, rywalizacja została wznowiona. Niedługo później doszło do kolejnego wypadku. Miała go zawodniczka z Andory - Cande Moreno. 

Ostatecznie najlepsza okazała się Amerykanka Breezy Johnson. Druga była Niemka Emma Aicher, a trzecia Sofia Goggia.

41-letnia Vonn wystartowała w olimpijskiej rywalizacji, mimo że doznała zerwania więzadła krzyżowego przedniego wskutek upadku podczas zawodów Pucharu Świata w szwajcarskiej Crans-Montanie 30 stycznia. We wtorek zapowiedziała jednak, że zanim podejmie ostateczną decyzję o starcie, musi przetestować kolano na stoku.

"Nic nie cieszy mnie bardziej! Nikt by nie uwierzył, że tu będę... Ale udało mi się!" - napisała na Instagramie Amerykanka po piątkowym treningu.

W sukces swojej podopiecznej wierzył jej trener Aksel Lund Svindal.

Z tego, co widziałam, myślę, że może zdobyć medal. Na treningu były rezerwy. Wyglądała symetrycznie. Widzieliście już wcześniej w tym sezonie, że kiedy dobrze jeździ na nartach, to może wygrać. Będzie ciężko, ale myślę, że w niedzielę może to pokazać - powiedział dziennikarzom były norweski alpejczyk.

Prywatny odrzutowiec i specjalne menu. Zachowanie sportowej "diwy" oburzyło

Wczoraj, 8 lutego (11:46)

Aktualizacja: Wczoraj, 8 lutego (13:16)

Jutta Leerdam jest jedną z najpopularniejszych sportsmenek biorących udział w trwających w Mediolanie i Cortinie igrzyskach. Choć jej konto na Instagramie śledzi ponad 5 milionów osób, to nie może liczyć na sympatię wszystkich. "Cała Holandia zaczyna mieć dość jej zachowania" - stwierdził dziennikarz Johan Derksen w rozmowie z "Vandaag Inside" komentując jej zachowanie "diwy".

  • Chesz być na bieżąco? Odwiedź stronę główną RMF24.pl. 

Holenderska łyżwiarka szybka jeszcze nie rozpoczęła walki o złoto, a już jest o niej głośno. Jutta Leerdam postanowiła dotrzeć do Włoch zupełnie inaczej niż większość sportowców - skorzystała z prywatnego odrzutowca. Na pokładzie pojawiło się specjalne menu, babeczki z imieniem sportsmenki i dekoracje zagrzewające srebrną medalistkę poprzednich igrzysk do walki. Sportsmenka zrezygnowała też z czegoś, co dla większości sportowców jest spełnieniem marzeń - nie pojawiła się na defiladzie w trakcie ceremonii otwarcia igrzysk tłumacząc, że potrzebuje regeneracji. Ten pokaz luksusu nie umknął uwadze mediów i kibiców.

Znany były holenderski piłkarz i obecnie reporter sportowy Johan Derksen nie szczędził ostrych słów: Żyje już jak milionerka. Uważam, że jej zachowanie jest okropne, jak u diwy. Gdybym był jej trenerem, nie tolerowałbym tego. Stopniowo cała Holandia zaczyna mieć dość jej zachowania - cytuje Derksena brytyjski "Daily Mail".

Według krytyków, celebrycki styl życia Leerdam, jej związek z bokserem i influencerem Jake’em Paulem oraz otaczający ją luksus zaczynają przesłaniać jej sportowe osiągnięcia. 

To nie wszystko. 27-letnia panczenistka wzbudziła kontrowersje wśród holenderskich dziennikarzy, odmawiając udzielenia wywiadów przed poniedziałkowym biegiem na 1000 metrów. Stowarzyszenie Holenderskiej Prasy Sportowej skierowało w tej sprawie oficjalną skargę do szefa holenderskiej misji olimpijskiej. Organizacja podkreśliła, że postawa Jutty Leerdam świadczy nie tylko o braku szacunku wobec dziennikarzy, ale również wobec opinii publicznej.

Przed Juttą Leerdam najważniejsze starty w karierze. Na dystansie 500 i 1000 metrów powalczy o olimpijskie medale, choć spore sukcesy ma już na koncie. Na poprzednich igrzyskach w Pekinie na dystansie 1000 metrów wywalczyła srebro. Teraz będzie się starała poprawić ten wynik. 

Ona i jej koleżanki z drużyny, Letitia de Jong oraz Femke Kok, wyśrubowały rekord świata w kobiecym sprincie drużynowym z czasem 1:24,02.

Spektakularny pokaz multimedialny znicza olimpijskiego w Mediolanie

Wczoraj, 8 lutego (10:50)

Od piątku, 6 lutego, Mediolan i Cortina d’Ampezzo żyją XXV Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi Milano-Cortina 2026. Jednym z najbardziej widowiskowych elementów tegorocznych igrzysk jest multimedialny pokaz znicza olimpijskiego przy mediolańskim Łuku Pokoju (Arco della Pace), który od pierwszych dni imprezy przyciąga tłumy mieszkańców i turystów.

Po raz pierwszy w historii zimowych igrzysk olimpijskich zapłonęły dwa znicze - w Mediolanie oraz w Cortinie d’Ampezzo. To symbol wyjątkowej, "rozproszonej" formuły tegorocznych igrzysk, które odbywają się na rozległym obszarze północnych Włoch.

Znicze umieszczono w dwóch ikonicznych miejscach: przy Łuku Pokoju w Mediolanie oraz na Piazza Dibona w Cortinie.

Projekt znicza olimpijskiego inspirowany jest twórczością Leonarda da Vinci, który przez lata mieszkał i pracował w Mediolanie. Konstrukcja znicza, składająca się z 1440 elementów i 244 połączeń, nawiązuje do geometrycznych splotów - tzw. Węzłów Leonarda - symbolizujących harmonię między naturą a ludzkim kunsztem.

Całość wykonano z aluminium lotniczego, co zapewnia lekkość i wytrzymałość. Znicz otwiera się i zamyka, odzwierciedlając ciągłość czasu oraz rytm dnia i nocy.

Od 7 lutego, codziennie od godziny 17:00 do 23:00, przy mediolańskim Łuku Pokoju odbywają się kilkuminutowe multimedialne pokazy znicza olimpijskiego. Widowisko, które dziennikarz RMF FM Cezary Dziwiszek miał okazję zobaczyć podczas pierwszego pokazu w sobotę o 18:00, łączy światło, dźwięk i ruch, tworząc niepowtarzalną atmosferę olimpijskiego święta.

Pokazy będą powtarzane co godzinę aż do zakończenia igrzysk 22 lutego, a następnie podczas paraolimpiady od 6 do 15 marca.

Znicze zapłonęły po 63 dniach wędrówki ognia olimpijskiego przez całe Włochy. Trasa liczyła 12 tysięcy kilometrów i przebiegała przez 60 miast oraz wszystkie 110 prowincji kraju.

Organizatorzy podkreślają, że tegoroczne igrzyska to nie tylko sportowa rywalizacja, ale także wyjątkowa okazja do promocji włoskiej kreatywności, innowacji i dziedzictwa kulturowego.

Igrzyska: Kto wywiezie z Włoch worek medali?

Wczoraj, 8 lutego (09:52)

Igrzyska olimpijskie to sportowe wydarzenie, które uwielbia wielkie historie. Szansą na zapisanie się w pamięci kibiców są zdobywane medale. We Włoszech mamy sportowców, którzy chcą wielokrotnie stawać na olimpijskim podium. Najchętniej na jego najwyższym stopniu. Kto może okazać się królem a kto królową tych igrzysk?

  • Najnowsze informacje sportowe znajdziesz na RMF24.pl.

Zimowe igrzyska nie dają takich możliwości jak olimpijska pływalnia. Na śniegu i lodzie nie znajdziemy drugiego Michaela Phelpsa. Amerykanin na igrzyskach w Pekinie w 2008 roku wywalczył osiem złotych medali w pływaniu. Bilans całej jego kariery wygląda wręcz absurdalnie. To 28 olimpijskich medali. W tym 23 złote!

Najlepszą zimową olimpijką w historii jest norweska biegaczka narciarska Marit Bjoergen. Jej dorobek to 15 medali (8 złotych, 4 srebrne i 3 brązowe). Jeden raz mniej na olimpijskim podium stał norweski biathlonista Ole Einar Bjoerndalen. 13 medali ma w dorobku legendarna holenderska panczenistka Ireen Wust a 12 biegacz narciarski z Norwegii Bjorn Daehlie. Być może w tym zestawieniu namiesza w najbliższych dniach włoska łyżwiarka, specjalistka od short-tracku Arianna Fontana. 35-latka olimpijskie medale zaczęła kolekcjonować w 2014 roku w Soczi. Ma ich 11.   

Pytanie jednak, kto może stawać wielokrotnie na podium podczas igrzysk Mediolan-Cortina? Łatwo odgadnąć, że multimedalistów możemy szukać w biegach narciarskich i biathlonie. Zawodnikiem, który planuje zdobyć we Włoszech sześć medali jest Norweg Johannes Klaebo. Przed rokiem zdominował mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym. W Trondheim w biegach narciarskich wywalczył sześć złotych medali i udowodnił, że to możliwe. Norwegowi nie robiło różnicy czy rywalizuje w sprincie, czy w biegu na 50 kilometrów. Styl klasyczny czy dowolny? I tak wygrywał. Dotychczas Klaebo stawał 7-krotnie na olimpijskim podium. Ma w dorobku 5 złotych medali. Jeśli zrealizuje ambitny plan, zostanie nie tylko królem włoskich igrzysk, ale też zdobywcą największej liczby złotych medali w historii zimowych igrzysk. Pod względem ich ogólnej liczby nie wyprzedzi jednak Bjoergen.

U pań kandydatką do sporej liczby medali jest na pewno francuska biathlonistka Lou Jeanmonnot. Występ we Włoszech będzie jej olimpijskim debiutem. A to mimo wszystko każe poczekać na pierwsze rezultaty, bo choć trasy w Anterselvie są doskonale znane biathlonistom, to jednak olimpijska otoczka może okazać się obciążeniem. A Francuzi liczą na sporą liczbę medali także w męskim biathlonie za sprawą Erica Perrota. Dziś szansa na pierwsze, bo dwie biathlonowe gwiazdy pobiegną we francuskiej sztafecie mieszanej. Pierwsze złoto już wczoraj wywalczyła szwedzka biegaczka narciarska Frida Karlsson. Wygrała bieg łączony na 20 kilometrów i na pewno nie powiedziała na igrzyskach ostatniego słowa.

Cztery lata temu w Pekinie co najmniej dwa olimpijskie medale zdobyło aż 105 sportowców! Rekordziści wywalczyli wtedy po pięć medali. W tym gronie znaleźli się reprezentanci biathlonu: Marte Olsbu Roiseland, Johannes Boe i Quentin Fillon Maillet oraz biegacz narciarski Alexander Bolszunov.

Jedną z bohaterek tamtych igrzysk była reprezentantka Chin Eileen Gu. To niekwestionowana gwiazda sportu, ale u nas mniej popularna, bo i narciarstwo dowolne nie cieszy się u nas dużym zainteresowaniem. We Włoszech Gu może dołożyć kolejne krążki do swojej kolekcji. W łyżwiarstwie szybkim sporo medalowych okazji powinni mieć Amerykanin Jordan Stolz (główny rywal Damian Żurka na 500 i 1000 metrów) czy Holenderka Jutta Leerdam. Szansą na większy, medalowy dorobek jest też z całą pewnością short-track.

Do historii przejść mogą także niemieccy saneczkarze. Tobias Wendl i Tobias Artl to prawdziwi olimpijscy dominatorzy. Na igrzyskach mają dwie medalowe szanse: występ w saneczkarskiej dwójce oraz w rywalizacji drużynowej. I mają świetną skuteczność. Wywalczyli po dwa złote medale w Soczi, Pjongczangu i Pekinie. Jeśli na torze w Cortinie d’ Ampezzo dołożą kolejne dwa, to pod względem liczby złotych medali dogonią wspomnianą już Bjoergen.

Na osobną wzmiankę zasługuje na pewno rodzina Prevców. Nika i Domen mają pokazać kunszt na skoczni narciarskiej w Predazzo. Oboje są niekwestionowanymi faworytami do złotych medali, ale jak przekonała się Nika faworyci nie zawsze na igrzyskach wygrywają. Słowenka wczoraj w konkursie na skoczni normalnej wywalczyła "tylko" srebro. Przegrała o 1,1 punktu z Anną Odine Stroem. Zostały jej jeszcze dwie olimpijskie szanse. Domen będzie miał cztery okazje podium. Oprócz dwóch konkursów indywidualnych i rywalizacji drużyn mieszanych dochodzi jeszcze walka w męskich duetach.

Włamanie na igrzyskach. Reprezentanci Izraela okradzeni, zniknęły rzeczy warte "tysiące dolarów"

Wczoraj, 8 lutego (08:28)

Na zimowych igrzyskach w Mediolanie i Cortinie mieszkanie, które wynajęli członkowie izraelskiej drużyny bobslejowej, zostało okradzione. Poinformował o tym pilot zespołu. "Skradziono walizki, buty, sprzęt, paszporty" - przekazał AJ Edelman. Sportowcy byli wówczas na treningu - podaje NBC News.

  • Najnowsze informacje z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

AJ Edelman opisał cały incydent w serii postów na platformie X. Izraelski pilot bobsleja przekazał, że do włamanie doszło w apartamencie, z którego on i kilku innych olimpijczyków korzystało w trakcie ostatnich przygotowań do startu w Mediolanie i Cortinie. Do włamania doszło w sobotę. Wśród skradzionych rzeczy znalazły się paszporty oraz przedmioty o wartości "tysięcy dolarów".

"To tak rażące naruszenie - skradziono walizki, buty, sprzęt, paszporty, a chłopcy od razu wrócili do treningu. Naprawdę wierzę, że ta drużyna uosabia izraelskiego ducha" - stwierdził Edelman.

Były skeletonista dodał, że drużyna kontynuowała treningi w sobotę, mimo rozpoczęcia policyjnego śledztwa.

Niektórzy członkowie zespołu wciąż nie dotarli jeszcze do Włoch i pozostają w bazie treningowej, której lokalizacja nie została ujawniona ze względów bezpieczeństwa. 

Izrael po raz pierwszy wystąpi w bobslejach na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich. Drużyna uzyskała kwalifikację dzięki rezygnacji Wielkiej Brytanii z jednego z miejsc startowych. W dwójkach bobslejowych AJ Edelman wystartuje z Menachemem Chenem, a w czwórkach do zespołu dołączą Ward Fawarseh i Omer Katz.

Dla Izraela to historyczny moment - Edelman jest pierwszym ortodoksyjnym Żydem, który reprezentował kraj na zimowych igrzyskach, a Ward Fawarseh może zostać pierwszym olimpijczykiem z grupy Druze. Oficjalne treningi bobslejowe w Cortinie d’Ampezzo rozpoczną się już w czwartek.

Udział Izraela w igrzyskach odbywa się w wyjątkowo napiętej atmosferze. Obecność izraelskich sportowców na arenie międzynarodowej spotyka się z bojkotami, zakazami i krytyką w związku z trwającym konfliktem w Strefie Gazy. Według tamtejszego ministerstwa zdrowia, w wyniku działań wojennych zginęło już ponad 71 800 Palestyńczyków, a region został poważnie zniszczony.

Komitet Olimpijski Izraela nie skomentował jeszcze sprawy kradzieży. Zespół jednak nie zamierza rezygnować z udziału w igrzyskach i kontynuuje przygotowania.

Miliony zasiądą przed telewizorami. Publiczność rozgrzeje Bad Bunny

Dzisiaj, 7 lutego (07:45)

Wielki finał NFL już w tę niedzielę! W 60. Super Bowl na stadionie Levi’s w Santa Clara zmierzą się ekipy New England Patriots i Seattle Seahawks. Obie drużyny udowodniły, że sport to nieprzewidywalna gra - jeszcze przed sezonem nikt nie dawał im realnych szans na mistrzostwo. Tegoroczne Super Bowl to jednak nie tylko sportowe emocje, ale także rekordy oglądalności, muzyczne show, a nawet zaawansowane zabezpieczenia przeciwko dronom.

  • Oglądalność Super Bowl bije wszelkie rekordy - w 2025 roku 127,7 mln widzów!
  • Ceny reklam sięgają 7 milionów dolarów za 30 sekund.
  • W przerwie meczu wystąpi światowa gwiazda muzyki - raper Bad Bunny.

Tegoroczny finał NFL to prawdziwa sensacja. Przez ostatnie 50 lat nie zdarzyło się, by o mistrzostwo walczyły zespoły, które tak nisko stały w przedsezonowych notowaniach bukmacherów. Szanse Seattle Seahawks na zdobycie tytułu oceniano na 60:1, a New England Patriots aż na 80:1. Tylko osiem z 32 drużyn miało gorsze prognozy niż Patriots! Mimo to obie ekipy w trakcie sezonu pokazały niesamowitą determinację i wolę walki, wygrywając mecz za meczem.

Niewielu kibiców wierzyło w sukces Patriots czy Seahawks, ale znalazł się śmiałek, który postawił aż 50 tysięcy dolarów na triumf Seahawks. Jeśli drużyna z Seattle wygra, zainkasuje on aż trzy miliony dolarów! Co więcej, ten sam gracz już wcześniej wygrał prawie półtora miliona, bo typował również awans Seahawks do fazy play-off i do finału. Fortuna sprzyja odważnym!

Po raz pierwszy od 22 lat w Super Bowl zobaczymy dwie drużyny, które w poprzednim sezonie nie zagrały w fazie play-off. Patriots i Seahawks bardzo szybko udowodnili, że ich potencjał był zdecydowanie niedoszacowany. Oba zespoły zakończyły sezon zasadniczy z imponującym bilansem 14 zwycięstw i 3 porażek, a w play-offach nie pozostawiły rywalom złudzeń.

Patriots to prawdziwa legenda NFL ostatnich dwóch dekad. Sześć tytułów mistrzowskich, niegdyś z Tomem Bradym w składzie, czyni ich jednym z najbardziej utytułowanych zespołów ligi. Ostatni raz sięgnęli po mistrzostwo w 2019 roku, a w 2015 ograli w dramatycznym finale... właśnie Seahawks. Od tamtej pory w składach obu drużyn nie został już żaden zawodnik z tamtego finału. To sprawia, że menedżer Seahawks - John Schneider - przeszedł do historii jako pierwszy, który zbudował dwa zupełnie różne zespoły i sztaby trenerskie, prowadząc je do Super Bowl.

*** POLECAMY TAKŻE: Super Bowl 2026 za darmo w polskiej TV. Kiedy transmisja i kto wystąpi podczas Halftime Show?

Super Bowl to nie tylko sport. To prawdziwe święto narodowe, które elektryzuje miliony Amerykanów. Trzy ostatnie finały oraz te z lat 2011-2017 to aż 10 najchętniej oglądanych programów telewizyjnych w historii USA. W ubiegłym roku rekord został pobity - przed telewizorami zasiadło aż 127,7 miliona widzów! Nic dziwnego, że 30-sekundowa reklama w tym czasie kosztuje aż 7 milionów dolarów...

Nieodłącznym elementem finału NFL jest występ światowej gwiazdy muzyki. W tym roku w przerwie meczu na stadionie w Santa Clara wystąpi raper Bad Bunny, który na pewno rozgrzeje publiczność do czerwoności. To widowisko, które ogląda się nie tylko dla sportu - to popkulturowy fenomen.

Super Bowl to również ogromne wyzwanie logistyczne i bezpieczeństwa. Federalna Administracja Lotnictwa USA ogłosiła całkowity zakaz używania dronów nad stadionem i na terenie San Francisco w dniach poprzedzających finał. FBI wdrożyło zaawansowane systemy przeciwdronowe, by zapobiec ryzyku ataków z powietrza. Zakaz obejmuje 30-milową strefę wokół stadionu i wysokość do 18 tysięcy stóp.

Operatorzy, którzy złamią te przepisy, mogą zostać ukarani grzywną do 75 tysięcy dolarów, konfiskatą drona, a nawet postawieniem zarzutów karnych. Tylko w 2024 roku przeciwdronowe środki FBI stosowano podczas zaledwie 0,05 proc. z 90 tysięcy wydarzeń - Super Bowl jest więc wydarzeniem wyjątkowym pod względem bezpieczeństwa.

Władze Stanów Zjednoczonych coraz poważniej traktują zagrożenia związane z dronami. Po doświadczeniach z wojny na Ukrainie i kilku incydentach podczas sportowych imprez, rząd zainwestował aż 115 milionów dolarów w technologie przeciwdronowe na potrzeby Mistrzostw Świata 2026 oraz obchodów 250-lecia powstania USA. Dodatkowe 250 milionów dolarów trafiło do stanów goszczących mecze na zakup nowoczesnych systemów obronnych. Przykłady z ostatnich miesięcy pokazują, że zagrożenie jest realne - m.in. podczas finału konferencji AFC czy maratonu w Bostonie.

Ceremonia otwarcia igrzysk olimpijskich. Wielkie widowisko we Włoszech

Zimowe igrzyska olimpijskie we Włoszech zostały oficjalnie otwarte. Ceremonia inauguracyjna odbyła się na słynnym stadionie San Siro w Mediolanie, a mniejsze uroczystości miały miejsce w Cortinie d'Ampezzo, Livigno i Predazzo. Zwieńczeniem imprezy było zapalenie dwóch olimpijskich zniczy. Ceremonia odbyła się pod tytułem "Harmonia".

  • Więcej informacji na temat zimowych igrzysk olimpijskich (i nie tylko) znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

Pierwszym składnikiem tytułowej "Harmonii" jest: piękno. Ceremonia rozpoczęła się od tańca. Ubiór występujących nawiązywał do rzeźb Antonio Canovy, a choreografia opowiadała o rzymskim micie o Kupidynie i Psyche.

Drugim elementem włoskiej harmonii jest fantazja. Aktorka Matilda De Angelis, a za nią grupa paparazzi pojawiła się na scenie. Nad stadionem "wylewały się" farby z podstawowymi kolorami - czerwona, żółta i niebieska. 

Następnie na scenę wyszła amerykańska piosenkarka Mariah Carey, która zaśpiewała włoski szlagier wszech czasów "Volare".

Po występie Carey na scenie rozbrzmiały dźwięki italo disco. Później wyświetlono krótki filmik, na którym tramwajem przyjechał na San Siro prezydent Włoch Sergio Mattarella. Maszynistą był motocyklista Valentino Rossi.

Dalej na scenie pojawiły się modelki, ubrane na biało, zielono i czerwono - stworzyły ruchomą flagę Włoch. Flagę kraju, która została wciągnięta na maszt przyniosła światowej sławy włoska modelka Vittoria Ceretti. Podczas wciągania flagi usłyszeliśmy włoski hymn. Równocześnie w Cortinie także miało miejsce wciągnięcie flagi.

Scenę na San Siro następnie ponownie przejęli aktorzy i tancerze. Podzieleni zostali na dwie grupy - jedna symbolizowała górę, czyli to co naturalne, a druga miasto, czyli to co powstało od człowieka. Na scenie pojawiło się również pięć pierścieni olimpijskich, które zawisły nad sceną tworząc symbol igrzysk - koła symbolizują pięć kontynentów.

Następnie miała miejsce parada sportowców, która została podzielona między cztery lokalizacje. Wynika to z rozproszenia igrzysk olimpijskich po północnych Włoszech.

Na początku, jak zwykle zobaczyliśmy sportowców z Grecji. Później kolejno pojawiły się reprezentacje: Albanii, Andory, Arabii Saudyjskiej, Argentyny, Armenii, Australii, Austrii, Azerbejdżanu, Belgii, Beninu, Boliwii, Bośni i Harcegowiny, Brazylii, Bułgarii, Kanady, Czech, Chile, Chin, Cypru, Kolumbii, Korei Południowej, Chorwacji, Danii, Ekwadoru, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Erytrei, Estonii, Filipin, Finlandii, Gruzji, Niemiec, Jamajki, Japonii, Wielkiej Brytanii, Gwinei-Bissau, Haiti, Hong-Kongu, Indii, Iranu, Irlandii, Islandii, Izraela, Kazachstanu, Kenii, Kosowa, Kirgistanu, Łotwy, Libanu, Liechtensteinu, Litwy, Luksemburga, Macedonii Północnej, Madagaskaru, Malezji, Malty, Maroka, Meksyku, Mołdawii, Monako, Mongolii, Czarnogóry, Nigerii, Norwegii, Nowej Zelandii, Holandii, Pakistanu, Polski, Portoryko, Portugalii, Rumunii, San Marino, Serbii, Singapuru, Słowacji, Słowenii, Hiszpanii, Republiki Południowej Afryki, Szwecji, Szwajcarii, Tajwanu, Tajlandii, Trynidadu i Tobago, Turcji, Ukrainy, Węgier, Urugwaju, Uzbekistanu, Wenezueli, Stanów Zjednoczonych, Francji i Włoch. 

W igrzyskach biorą też udział sportowcy z Rosji i Białorusi, którzy występują pod neutralną flagą.

W tegorocznych zimowych igrzyskach olimpijskich Polskę reprezentuje 60 sportowców. Flagę naszego kraju na San Siro niosła panczenistka Natalia Czerwonka, a w Predazzo, gdzie odbywają się konkurencje narciarskie Kamil Stoch. Dotychczasowy dorobek Biało-Czerwonych w zimowych igrzyskach to 23 medale - po siedem złotych i srebrnych oraz dziewięć brązowych. Pierwszy medal dla Polski zdobył Franciszek Gąsienica Groń w kombinacji norweskiej. Co ciekawe odbyło się to podczas igrzysk, które również miały miejsce w Cortinie d'Ampezzo w 1956 roku. Gąsienica Groń zdobył wtedy brąz.

Po paradzie sportowców został wyświetlony krótki filmik, na którym zaprezentowano 100-letnią historię zimowych igrzysk olimpijskich. 

Później na scenie pojawiła się aktorka Brenda Lodigiani, której występ opiewał w różnego rodzaju gesty. 

Na scenie pojawili się chorążowie wszystkich 92 państw. Później wystąpili przewodnicząca Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Kristy Coventry oraz szef komitetu organizacyjnego Giovanii Malago. Podczas swoich przemówień oficjalnie powitali wszystkich na zimowych igrzyskach olimpijskich, podziękowali wszystkim, którzy wzięli udział w przygotowaniach do imprezy, a także zaznaczyli, że igrzyska to przede wszystkim czas sportowców. 

Po nich głos zabrał prezydent Włoch Sergio Mattarella, który oficjalnie uznał zimowe igrzyska olimpijskie 2026 za otwarte.

Po oficjalnym otwarciu igrzysk przez prezydenta Włoch, ceremonię swoim występem uświetnił Andrea Bocelli z arią Nessun Dorma. Później głos zabrała Charilze Theron z przesłaniem pokoju.

Następnie przeszła ostatnia część sztafety olimpijskiej, a w niej przedstawiciele świata piłki nożnej, siatkówki kobiet i mężczyzn.

Na koniec imprezy na stadionie San Siro oraz w Cortinie pojawiły się flagi igrzysk olimpijskich, które zostały wciągnięte na maszt w towarzystwie hymnu olimpijskiego. 

Potem nastąpiło zwieńczenie ceremonii otwarcia - zapłonęły dwa znicze olimpijskie.

Po raz pierwszy w historii igrzysk jednocześnie zapłonęły dwa znicze - jeden przy Arco della Pace (Łuku Pokoju) w Mediolanie, a drugi na Piazza Dibona w Cortinie d’Ampezzo. Za to zadanie odpowiedzialni byli 59-letni Alberto Tomba i 55-letnia Deborah Compagnoni, czyli złoci medaliści olimpijscy i jedni z najpopularniejszych włoskich sportowców.

W trakcie ceremonii otwarcia zimowych igrzysk olimpijskich przeszliśmy przez lata włoskiej historii. Spektakl celebrował to, z czego Włochy są najbardziej znane - kuchnię, design i modę. Zobaczyliśmy 1400 kostiumów, które były uhonorowaniem zmarłego w 2025 roku Giorgio Aramaniego.

Podczas podróży przez włoską historię zostały wspomniane wybitne postacie, w tym człowiek renesansu Leonardo da Vinci i podróżnik Krzysztof Kolumb.

W ceremonii wzięło udział około 1300 osób w tym 1200 wolontariuszy z 27 krajów.

Na trybunach natomiast nie zabrakło ważnych osobistości - głów państw i szefów rządów, a także przedstawicieli rodzin królewskich. Wśród nich znalazł się prezydent Polski Karol Nawrocki, a także sekretarz generalny ONZ Antonio Gutteres. Na czele amerykańskiej delegacji stanęli wiceprezydent J.D. Vance, który przyleciał do Włoch z żoną Ushą i dziećmi, a także sekretarz stanu Marco Rubio.

70 lat temu zdobył pierwszy medal olimpijski. Można go zobaczyć w polskiej wiosce

Wczoraj, 6 lutego (16:57)

Franciszek Gąsienica Groń – nazwisko, które powinno znać każde pokolenie polskich kibiców. To właśnie on, blisko sto lat temu, zdobył pierwszy w historii Polski medal zimowych igrzysk olimpijskich. Jego historia to opowieść o pasji, determinacji, dramatycznych zwrotach akcji i wielkim triumfie, który do dziś pozostaje niepowtarzalny. Medal teraz wrócił do Włoch, a kibice mogą go zobaczyć w wiosce polskiej.

  • Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

Urodzony 30 września 1931 roku w sercu polskich Tatr, Zakopanem, Franciszek Gąsienica Groń od najmłodszych lat wykazywał niezwykłą sportową wszechstronność. Próbował swoich sił w skokach do wody, piłce nożnej, tenisie stołowym, a nawet pływaniu, które - jak sam wspominał - "wciągnęło go szczególnie". Mógł zostać świetnym pływakiem, ale los skierował go na zupełnie inną ścieżkę.

Po ukończeniu szkoły oficerskiej, gdzie reprezentował Wojsko Polskie wrócił do rodzinnego Zakopanego. To właśnie tam, pod okiem trenera Mariana Woyny Orlewicza, rozpoczął przygodę z narciarstwem, która miała odmienić jego życie i zapisać je na kartach historii.

Rok 1956. Siódme Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Cortina d’Ampezzo. Polska kadra w kombinacji norweskiej przygotowywała się do startu w wyjątkowych warunkach - w polskich Tatrach, pod okiem byłego olimpijczyka Stanisława Skupienia. Jednak niewiele brakowało, by Gąsienica Groń nie pojechał do Włoch. Władze sportowe miały wątpliwości co do jego formy. Ostatecznie trener Woyna Orlewicz postawił wszystko na jedną kartę, grożąc rezygnacją z funkcji selekcjonera, jeśli jego podopieczny nie zostanie powołany. Franciszek udowodnił swoją wartość, wygrywając zawody w szwajcarskim Le Brassus i zapewniając sobie miejsce w olimpijskiej kadrze.

W kombinacji norweskiej liczy się wszechstronność - dwa skoki narciarskie i bieg na 15 kilometrów. To właśnie podczas olimpijskich zmagań w Cortinie d’Ampezzo Franciszek Gąsienica Groń przeszedł do historii. Pierwszy skok okazał się dramatyczny.

Napaliłem się na ten skok, chciałem uzyskać na rozbiegu jak największą szybkość. Coś poknociłem, w końcu wystartowałem przy zachwianej równowadze. Błyskawiczna myśl: rany boskie, nie przewrócić się na rozbiegu. To wystarczyło, dekoncentracja, już próg skoczni, wybijam się za wcześnie. Straszne, lecę na głowę. Końce nart dostają zeskoku, jakimś cudem się odchylam, odbijam palcami, zjeżdżam w dół, ale skok jest z upadkiem. Łzy leją mi się po policzkach, co za straszny pech. Przez dwa tygodnie na tej skoczni lądowałem najdalej ze wszystkich ani razu się nie przewróciłem i musiało to mieć miejsce akurat teraz - wspominał po latach w wywiadzie dla Skijumping.pl.

Po pierwszej serii Polak zajmował ostatnie miejsce. Drugi skok był już znacznie lepszy, co pozwoliło mu awansować na 10. pozycję. Nadzieje na medal wydawały się odległe, ale Gąsienica Groń nie zamierzał się poddawać.

31 stycznia 1956 roku. Zawody biegowe. Na dwa kilometry przed metą, będący przed Polakiem Włoch Alfred Prucker przewraca się na stromym zboczu. To wydarzenie zmienia bieg rywalizacji - Franciszek awansuje do czołówki. Po przekroczeniu mety nie wie jeszcze, że właśnie dokonał czegoś niezwykłego. Dopiero po chwili dociera do niego, że zdobył brązowy medal - pierwszy w historii Polski medal zimowych igrzysk olimpijskich.

Do srebra zabrakło zaledwie 0,6 punktu. Franciszek Gąsienica Groń do dziś pozostaje jedynym polskim medalistą olimpijskim w kombinacji norweskiej.

Równo 70 lat po jego historycznym medalu, Cortina d’Ampezzo wraz z Mediolanem znowu jest gospodarzem Zimowych Igrzysk Olimpijskich. W wiosce polskiej można będzie zobaczyć ten wyjątkowy medal.

❌