Przez 30 dni testowałem tani sposób na lepszy sen. Efekt jest spektakularny
Jak śpi się w plastrach na usta i nos? Zdecydowałem się to sprawdzić w 30-dniowym eksperymencie. Moim zdaniem to rozwiązanie może być prawdziwym lifehackiem, ale wiem też, że nie zadziała u każdego.
Oddech jest kluczowy dla stabilnego i wydajnego funkcjonowania. W ciągu dnia mamy duży wpływ na to, jak zachowuje się nasz organizm. Świadomie kontrolujemy część procesów i możemy ćwiczyć nasze ciało, by zachowywało się w sposób pożądany. Jest w tym jednak pewna luka – sen. Bo podczas niego nasze ciało przełącza się na tryb "domyślny" i nie daje się w tak prosty sposób kontrolować.
By więc poprawić jakość oddechu podczas snu, a co za tym idzie, jakość samego snu, zdecydowałem się na mały eksperyment. Kupiłem plastry na nos i usta, które nakładałem przed pójściem spać.
Okazuje się, że takie rozwiązanie kompletnie zmienia sposób oddychania. Mój nos wydawał się znacznie bardziej drożny, a ciało domyślnie starało się skorzystać właśnie z niego jako podstawowej drogi oddechowej. To bardzo tani biohacking, który jest niezwykle prosty w swoich założeniach.
Niestety, skuteczność tego typu eksperymentów mocno zależy od konstrukcji naszej twarzy i naszych dróg oddechowych. Ja od zawsze miałem problem z oddychaniem przez nos, co wynika z krzywej przegrody, która może zostać "naprawiona" w ramach prostego, ale uciążliwego zabiegu. Poszukiwałem raczej tymczasowego rozwiązania, które usprawni i ułatwi mi oddychanie, ale nie jest "rozwiązaniem wszystkich problemów".
I w moim przypadku udało się ten efekt osiągnąć. Ciało szybko się zaadaptowało, sen stał się głębszy i bardziej regenerujący, a sam wypoczynek nocny bardziej efektywny. W końcu oddychałem bardziej prawidłowo.
Najważniejsze wnioski: oddech usprawniony, więcej energii, chrapanie wyeliminowane
Faktycznie w ciągu 30-dniowego testu udało mi się znacząco poprawić higienę snu. Oddech był zdecydowanie łatwiejszy, energii w ciągu dnia miałem więcej, chrapanie (którego eliminacja akurat nie była celem eksperymentu) zniknęło, apetyt był bardziej stabilny, a to wszystko skutkowało ogólnie lepszym nastrojem.
Sen był widocznie bardziej jakościowy; nie budziłem się w nocy, a samo wstawanie było łatwiejsze, bardziej naturalne. Rytm dobowy i osiągi na siłowni też się poprawiły. Z pewnością odnotowałem też mniejszy apetyt poza moimi zwyczajowymi porami posiłków. Mniej podjadania, lepszy humor, więcej energii – szczerze powiedziawszy, moje oczekiwania nawet nie były blisko tego, co się udało w tym okresie osiągnąć.
Jednym z celów eksperymentu było także poprawienie higieny jamy ustnej (zakryte usta to mniejszy dostęp bakterii z powietrza) i wyeliminowanie negatywnego wpływu oddychania przez usta na kształt twarzy. Te aspekty nie mogą być oceniane po miesiącu, ale jestem optymistycznie do nich nastawiony.
Wpływ na skórę i konflikt z brodą
Tu plastry również nie wypadły źle. Zakupiony przeze mnie produkt nie pogorszył stanu mojej skóry na ustach i na nosie. W zasadzie w ogóle nie zauważyłem żadnej różnicy. Klej wydaje się "oddychający" i nie spowodował żadnych przebarwień ani blokad porów.
Klej zastosowany w plastrach łatwo schodzi, jeśli się go odpowiednio nawilży. W praktyce standardowa higiena twarzy sprawiała, że na skórze nie pozostawały żadne wyczuwalne resztki.
Pewną obawą natomiast było "gryzienie się" plastrów z brodą. Okazało się jednak, że choć faktycznie stanowi to delikatne utrudnienie przy ściąganiu plastra rano, jeśli plaster jest odpowiednio zwilżony, nie koliduje on z zarostem. Odrywanie go nie jest przyjemne, ale włosy nie zostają na jego powierzchni. Biorąc to pod uwagę, brodaczom i wąsaczom polecam plaster odrywać raczej powoli i pomagać sobie ciepłą wodą, jeśli klej nie chce puścić.
Czy to bezpieczne?
Kombinowanie z oddechem, szczególnie tym w trakcie snu, gdzie mamy ograniczoną świadomość tego, co dzieje się z naszym ciałem, nie wydaje się najbezpieczniejszym pomysłem. Ale w tym wypadku zastosowałem pewien ochronny manewr, który, choć wymaga dopracowania, był bardzo skuteczny.
Przed snem, jeśli czułem, że nos jest zatkany, korzystałem z najtańszego sprayu z apteki do jego udrażniania. Działanie sprayu zawsze wystarczało na cały okres snu, nie budziłem się rano z zatkanym nosem. Natomiast zbyt częste stosowanie specyfików tego typu to z pewnością zły pomysł i zdecydowanie tego nie polecam.
Jeśli chodzi zaś o samą możliwość oddychania przez usta – faktycznie konstrukcja plastra na to pozwala, ale raczej awaryjnie. Sam plaster nie jest w pełni nieprzepuszczalny, ale daje pewien znikomy dostęp do powietrza.
Co o moim eksperymencie mówią inni?
Naklejki na nos i usta wciąż nie są typowym sposobem na sen i nie są też rozwiązaniem dla każdego. Część osób zgłasza, że przyklejenie czegoś do skóry bardzo mocno stymuluje ich zmysł dotyku, przez co zamiast zasypiać, myślą o tym, co mają na twarzy. Dowiedziałem się też, że część osób – zamiast standardowego zastosowania do snu – korzysta z plastrów do poprawy wyników siłowych w biegach i na siłowni. Sam spróbowałem i faktycznie, w mojej opinii, plaster na nos ułatwia oddychanie w trakcie treningu.
Usłyszałem też dużo feedbacku na zasadzie: "O tak, słyszałem/słyszałam o tym; mój kolega/wujek/ciocia/syn korzysta z czegoś podobnego". Wygląda więc na to, że rozwiązanie to staje się coraz bardziej popularne, ale mało osób zdecydowało się je wypróbować.
Z rozmów na temat plastrów do nosa dowiedziałem się też o dedykowanych szkołach, które specjalizują się w szkoleniach ze skutecznego oddychania. To pokazuje z kolei, że społeczeństwo staje się coraz bardziej doedukowane i coraz częściej temat zdrowego snu to coś, w co chcemy się zaangażować.
Ile kosztuje taka przyjemność?
Plastry kupiłem od polskiego dystrybutora, który operuje na Allegro, ale towar sprowadza z Chin. Miesięczny pakiet usta plus nos kosztował mniej więcej 110 zł. Oznacza to, że w przybliżeniu wydałem 2 zł dziennie. Jest to jednak zdecydowanie wyższa kwota niż ta, którą przyjdzie nam zapłacić na Temu.
Na chińskich stronach, a także na samym Allegro, ale od sprzedawców z mniejszą liczbą opinii i niekoniecznie obsługujących Allegro Smart, ceny plastrów zaczynają się już od 50 groszy dziennie za pakiet nos i usta. Pewnie można znaleźć jeszcze bardziej atrakcyjne oferty przy zamówieniach dotyczących zapasów na wiele miesięcy.
Szczerze powiedziawszy, jeśli ktoś zastanawia się nad zakupem tego typu plastrów, moim zdaniem lepszym wyborem będzie zaopatrzenie się w pierwszej kolejności w plastry do nosa, a dopiero później na usta. Jeśli plastry do nosa nie zadziałają, a oddech dalej nie będzie udrożniony, bałbym się w ogóle sięgać po plastry do ust.
W moim przypadku mogę powiedzieć, że rozwiązanie to zadziałało i będę z niego korzystać dalej. Sam artykuł ma jednak charakter subiektywnego testu. Przed wypróbowaniem plastrów, zwłaszcza przy problemach z drożnością nosa, skonsultuj się z lekarzem lub fizjoterapeutą oddechowym.
Już 18 i 19 lipca warszawski PGE Narodowy wypełni się fanami zespołu, który w latach 90. został wygwizdany przez polskich koneserów ciężkiego grania. Chodzi o System of a Down. My z kolei przypominamy dyskografię grupy i podpowiadamy, jak przygotować się na tę muzyczną ucztę.
To historia jak z filmu: w 1998 r. grupa System of a Down została przez polskich fanów wygwizdana. Grała wtedy przed legendą thrash metalu, zespołem Slayer. Konserwatywni metalowcy nie docenili eksperymentalnego charakteru twórczości Ormian i w stronę sceny poleciały różne przedmioty. W tym roku formacja zagra dwa koncerty na wyprzedanych PGE Narodowym.
Historia System of a Down jest jak z amerykańskiego snu
Dzieje System of a Down to opowieść, która powinna zostać zekranizowana: czwórka Ormian robi w USA oszałamiającą karierę. Początkowo są przez fanów metalu wygwizdywani, by po paru latach zostać gwiazdami rocka.
A wszystko zaczęło się od debiutu, skromnie zatytułowanego po prostu "System of a Down". Muzyka na nim zawarta stanowiła miks metalu i bliskowschodniego folku. Całość pomógł muzykom zarejestrować w studiu legendarny producent Rick Rubin. To on też sprawił, że ci na trasę promującą wydawnictwo pojechali z innymi jego wychowankami: metalowcami ze Slayera.
Dalsza część artykułu poniżej.
Właśnie w czasie tego tour zespół trafił do Polski, gdzie 28 października 1998 r. został w Spodku wybuczany przez fanów gwiazdy wieczoru. System of a Down wyprzedzał jeszcze wtedy swoje czasy. Na debiucie znalazły się utwory, które do dziś powracają w czasie koncertów grupy: choćby "War?" czy ballada "Spiders". Najlepsze miało jednak dopiero nadejść.
Wielki sukces SOAD, czyli "Toxicity"
Przełomem w karierze Ormian okazała się druga płyta, "Toxicity", z 2001 roku. Album zawierał już niemal same hity – o ile oczywiście ktoś lubi tego typu, egzotyczno–metalowe granie.
Na żywo zespół chętnie powraca do tego materiału, grając czy to power–balladę "Aerials", nagranie tytułowe czy wreszcie największy przebój grupy "Chop Suey". Z pewnością na PGE Narodowym nie pojawi się nikt, kto nie zna każdej nuty z całej "Toxicity"!
Dwie płyty, spora dawka przebojów
Co zespół mógł zrobić po tak wielkim sukcesie, jakim okazała się jego płyta? Oczywiście ruszył w trasę i cieszył się życiem gwiazd rocka. Wkrótce potem na rynku okazało się kolejne jego wydawnictwo "Steal This Album", zawierające "odrzuty" z sesji nagraniowych do dwóch poprzednich albumów.
W końcu należało jednak nagrać coś nowego. I tak w 2005 roku grupa wydała aż dwa albumy, które łączyć ma jeden koncept (czyli zrobiła coś podobnego, co w latach 90. Guns N' Roses z "Use your Illusion I" i "Use your Illusion II"): "Mezmerize" i "Hypnotize".
Właściwie porównania do Gunsów na tym się nie kończą: System of a Down też spuścili na swoich bliźniaczych płytach z tonu. Tym razem postawili na ballady i wolniejsze tempa, bliższe rockowej muzyce, a nie metalowemu szaleństwu, za które pokochali ich fani "Toxicity". Nie oznacza to jednak, że oba krążki nie są warte uwagi. To nadal popis świetnego songwritingu!
Na "Mezmerize" i "Hypnotize" kończy się płytowa dyskografia grupy, która od lat nie potrafi nagrać nic nowego, koncentrując się na okolicznościowych koncertach i trasach, na których celebruje swoje wielkie dziedzictwo.
Koncerty System of a Down w Polsce odbędą się 18 i 19 lipca warszawskim PGE Narodowym.
Wybory na Węgrzech odbędą się już 12 kwietnia. Zadecydują one o losie niemal 10 milionów osób. Wśród nich są także politycy PiS – Zbigniew Ziobro i Marcin Romanowski. Zwycięstwo partii TISZA kierowanej przez Pétera Magyara oznaczać będzie dla nich zniesienie azylu politycznego i konieczność stawienia się przed polskim wymiarem sprawiedliwości lub kolejną ucieczką.
TISZA miażdży Fidesz w sondażach wyborczych. To wyraźny znak dla przebywających na Węgrzech Zbigniewa Ziobry i Marcina Romanowskiego, że być może niedługo będą musieli się pakować i szukać kolejnego państwa, które udzieli im azylu politycznego.
Partia kierowana przez Pétera Magyara nie tylko uzyskuje przewagę w większości niezależnych sondaży wyborczych. Przy silnej mobilizacji wyborców aktualnej opozycji zwycięstwo nad Viktorem Orbánem może dać ugrupowaniu konstytucyjną większość.
Niezależne organizacje badające trendy wyborcze na Węgrzech dają Fideszowi od 35 proc. do 37 proc. poparcia. W tym samym czasie sondaż Telex daje ugrupowaniu TISZA aż 58 proc., badanie dla Kutatóközpont 56 proc., a szacunek poparcia sugerowany przez Závecz Research to aż 51 proc.
TISZA nie ma zamiaru kontynuować tradycji węgierskiego azylu dla polityków PiS
Temat Zbigniewa Ziobry i Marcina Romanowskiego nie jest obcy przywódcy notującej sukcesy w sondażach partii. Péter Magyar odniósł się do polityków PiS w bardzo bezpośredni sposób: "Jeśli po utworzeniu rządu przez partię TISZA nadal będą przebywali na Węgrzech, dokonamy ekstradycji pierwszego dnia" – mówił lider ugrupowania w trakcie konferencji prasowej 15 lutego 2026 roku.
Przypomnijmy, że politycy PiS są związani z nieprawidłowościami w Funduszu Sprawiedliwości. Na Ziobrze ciąży 26 zarzutów, w tym zarzut kierowania grupą przestępczą i defraudacji środków publicznych. Został za nim wydany list gończy. Natomiast Romanowski podejrzewany jest o aż 19 przestępstw związanych z m.in. nielegalnym rozporządzaniem wcześniej wspomnianym funduszem.
Do tej pory panowie mogli liczyć na gościnność Viktora Orbána, który ma pewną słabość do polityków powiązanych z PiS.
Dokąd "czmychną" Ziobro i Romanowski, jeśli Orbán przegra?
Istnieje już giełda krajów, do których mogą udać się politycy PiS po przejęciu władzy przez węgierską opozycję. Wygląda na to, że tym razem mogą udać się nawet poza granice Europy.
Szef Razem – Adrian Zandberg – zasugerował, że na Zbigniewa Ziobrę i Marcina Romanowskiego czeka nieco cieplejszy od węgierskiego klimat: "Czmychną do jakiegoś innego kraju, do Argentyny albo gdzieś do Ameryki Środkowej. Ktoś ich na pewno przytuli" – stwierdził polityk na antenie RMF FM.
Z kolei dziennikarka Gazety Wyborczej i TOK FM – Dominika Wielowieyska – podzieliła się w social mediach nieco innym przypuszczeniem, które, jeśli okaże się prawdziwe, może wywołać nawet międzynarodowy skandal.
"Ciekawostka: według polityków Tiszy jeśli Viktor Orbán przegra wybory, to Zbigniew Ziobro i Marcin Romanowski zamierzają uciec do USA. Nie mają paszportów, tylko tymczasowy dokument podróży, potrzebują więc wiz do Stanów. Ciekawe, czy je otrzymają, ciekawe, czy już załatwiają to z administracją Donalda Trumpa. Byłby to wrogi akt wobec państwa polskiego" – stwierdziła we wpisie na X.
Dodajmy, że o takim scenariuszu mówiło się już kilka miesięcy temu. Jesienią 2025 miały odbyć się nawet nieoficjalne rozmowy z osobami z otoczenia Donalda Trumpa. Sam Marcin Romanowski nie zaprzeczył wtedy, że takie rozmowy trwają. "Dla władzy Białego Domu oczywistym jest, że podlegają [Ziobro i Romanowski – red.] szykanom politycznym. Natomiast czy to doprowadzi do azylu na tym poziomie? Tego nie wiem. Nie zdziwiłbym się, to na pewno jest możliwe – przekonywał z kolei europoseł PiS Waldemar Buda.
Siatka połączeń z Polski stale rośnie. W dużym stopniu zawdzięczamy to linii Wizz Air, która słynie z szalonych pomysłów na otwieranie nowych tras. Tym razem mogą jednak solidnie namieszać. Doniesienia o ich najnowszym celu rozbudzą marzenia Polaków.
Wizz Air nie ma za sobą łatwego czasu. Z powodu konfliktu na Bliskim Wschodzie musieli odwołać loty do ZEA, a także do Jordanii i Izraela. Problematyczna może być zwłaszcza anulacja połączeń do ostatniego z tych krajów. Izrael miał być jednym z kierunków ekspansji przewoźnika z Węgier, a z planów pewnie nic nie wyjdzie. Ostatecznie jednak, gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Tym sposobem raj all inclusive już zaciera ręce na zupełnie nową grupę turystów.
Wizz Air może szykować wielką nowość dla Polaków. Kochamy ten kraj
Doniesienia egipskich mediów wskazują, że Wizz Air może być zainteresowany zdecydowaną ekspansją w Egipcie. W ich ofercie są już loty do kraju faraonów. Do Kairu można latać m.in. z Włoch, Węgier i Wielkiej Brytanii. Wg "Egypt Independent" teraz przewoźnik może jednak pójść dalej.
Saif Bahgat, prezes NSAS Travel, w rozmowie z dziennikarzami poinformował, że Wizz Air złożył dokumenty o wydanie zezwolenia na zwiększenie liczby lotów do Egiptu. I to od razu trzykrotne – z 80 do aż 240 połączeń tygodniowo. To miałoby im umożliwić otwarcie dużej liczby nowych połączeń, a lista potencjalnych krajów, które by na tym zyskały, jest bardzo długa. Dodajmy jednak, że sam przewoźnik na razie nie zabrał głosu ws. operowania do Egiptu.
Jednak wg egipskich mediów jednym z najważniejszych krajów mogłaby być Polska. Nasi turyści wprost uwielbiają wczasy w Egipcie, ale mogą na nie jeździć w zasadzie wyłącznie z biurami podróży. Jedyną alternatywą są bezpośrednie połączenia do Kairu z PLL LOT, ale te nie należą do najbardziej przystępnych cenowo. Oprócz nas nowe połączenia do kraju faraonów miałyby dostać także: Macedonia, Rumunia, Bułgaria, Słowacja, Litwa, Armenia, Albania i Mołdawia.
Wizz Air poznał już Egipt. Latają tam także z Polski
Wizz Air wydaje się być zadowolony z dotychczasowej współpracy z lotniskami w Egipcie. Oprócz regularnych połączeń rejsowych niedawno zaczął tam oferować także loty czarterowe. Jak informował serwis Fly4free.pl, dzięki współpracy z biurem podróży Coral Travel na pokładzie "landrynki" na all inclusive w Sharm el-Sheikh latają m.in. podróżni z Katowic.
Uruchomienie rejsowych połączeń byłoby jednak szansą na wejście na zupełnie nowy poziom dla tamtejszej turystyki. Egipt od lat słynie jako kierunek na wczasy z biurami podróży. Dzięki temu zyskał nawet przydomek mistrza all inclusive, z którym naprawdę trudno jest się nie zgodzić. Jednak z biegiem lat kraj zaczął myśleć także o innych segmentach swojej turystyki.
Po otwarciu kairskiego lotniska Sphinx, a także rozpoczęciu działalności Wielkiego Muzeum Egipskiego, kraj zaczął myśleć o rozwoju jako kierunek na city breaki. Ten segment już lata temu rozwinęło Maroko, dzięki czemu to właśnie ono stało się liderem turystyki w Afryce. Jeżeli kraj faraonów chce odzyskać ten tytuł, będzie potrzebował m.in. lotów Wizz Aira. A na te chętnych nie powinno zabraknąć.
Zauważyłeś to? Toyota po cichu zmienia swoje logo. Słynna niebieska obwódka to już przeszłość. Jeśli ostatnio mijałeś na ulicy nową Toyotę Camry albo najnowszą generację Priusa, mogłeś odnieść wrażenie, że czegoś brakuje. Spokojnie, to nie twoja spostrzegawczość zawodzi. To japoński gigant przeprowadza właśnie cichą rewolucję wizerunkową.
Charakterystyczne niebieskie logo Toyoty, które przez ponad 15 lat krzyczało do nas: "Hej, patrzcie, jestem ekologiczną hybrydą!", właśnie odchodzi do lamusa.
Dlaczego marka, która właściwie zbudowała potęgę napędów hybrydowych, rezygnuje ze swojego najbardziej rozpoznawalnego symbolu? Odpowiedź jest prostsza, niż mogłoby się wydawać, i ma sporo wspólnego z tym, jak dziś postrzegamy samochody elektryczne i przyszłość motoryzacji.
Koniec ery "niebieskiej poświaty". Jak to się zaczęło?
Wszystko zaczęło się w 2009 roku, kiedy na drogi wyjechała trzecia generacja Toyoty Prius. To właśnie wtedy Japończycy uznali, że ich przełomowy napęd hybrydowy zasługuje na specjalne wyróżnienie. Trzy elipsy tworzące logo Toyoty dostały niebieskie wypełnienie (tzw. halo), które stało się synonimem oszczędności i nowoczesności.
Przez lata sprawa była jasna: widzisz niebieski znaczek, więc masz do czynienia z hybrydą. Ale świat poszedł do przodu. Dziś, w 2026 roku, kiedy niemal każdy model w salonie jest w jakimś stopniu zelektryfikowany, takie rozróżnienie przestało mieć sens. Toyota uznała, że czas na nowe otwarcie.
Czym jest projekt Beyond Zero i tajemnicza niebieska kropka?
Zamiast świecącej obwódki, nowe modele, takie jak Toyota Camry czy RAV4, otrzymują teraz dyskretne oznaczenie HEV (Hybrid Electric Vehicle) oraz małą, niebieską kropkę na klapie bagażnika. Ten niepozorny detal to symbol nowej strategii marki o nazwie Beyond Zero.
Co to oznacza dla przeciętnego kierowcy? To sygnał, że Toyota nie skupia się już tylko na tym, by auto "mało paliło". Projekt Beyond Zero to cały parasol rozwiązań: od klasycznych hybryd, przez hybrydy typu plug-in (PHEV), aż po auta wodorowe (Toyota Mirai) i pełne "elektryki". Niebieska kropka ma łączyć je wszystkie, sugerując, że marka wykracza poza samą redukcję emisji spalin.
Czy "stara" hybryda stanie się klasykiem?
Można się zastanawiać, czy za kilka lat fani tuningu nie będą szukać niebieskich emblematów na portalach aukcyjnych, by dodać swoim autom nieco "retro" klimatu. Skoro moda na lata 90. wróciła z pełną siłą, to i niebieskie logo Toyoty może kiedyś stać się poszukiwanym gadżetem.
Póki co, fakty są takie: Toyota w 2025 roku sprzedała blisko milion sztuk modelu RAV4. Popyt jest tak ogromny, że fabryki w Kentucky czy Japonii ledwo nadążają z produkcją. Nowe znaczki i rebranding najwyraźniej nie przeszkadzają klientom, którzy wciąż ustawiają się w kolejkach po sprawdzone napędy hybrydowe.
Spłynęły wyniki najnowszego sondażu przeprowadzonego przez Ogólnopolską Grupę Badawczą. Wynika z nich, że tylko cztery partie weszłyby dziś do Sejmu. Choć Koalicja Obywatelska może liczyć na pozycję lidera, to pojawia się pewne "ale" i czerwony alert w kwestii objęcia władzy.
OGB przeprowadziła to badanie między 25 marca a 4 kwietnia. Tysiąc osób zapytano: jeśli wybory parlamentarne odbyłyby się w najbliższą niedzielę, na jaką partię oddaliby swój głos.
Wyniki nowego sondażu partyjnego
I tak wyniki wskazują na to, że największe poparcie wciąż ma Koalicja Obywatelska. Na partię Donalda Tuska chciałoby zagłosować 37,99 proc. badanych. To wynik, który od ostatniego badania prawie wcale się nie zmienił (odnotowano minimalny wzrost 0,1 pkt proc.).
Nieco większa różnica pojawiła się przy Prawie i Sprawiedliwości. Ugrupowanie, którego prezesem jest Jarosław Kaczyński, odnotowało 29,77 proc. poparcia. To wynik lepszy od ostatniego sondażu o cały punkt procentowy.
Tuż za KO i PiS uplasowała się Konfederacja. Swój głos na partię Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka chciałoby oddać 11,4 proc. respondentów. To nie są jednak aż tak dobre wieści dla tych polityków, bowiem Konfederacja zaliczyła kolejny spadek, tym razem o 1,5 pkt proc. Z kolei druga Konfederacja, a dokładnie Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna, odnotowała poparcie równe 10 proc. (tutaj mowa o wzroście o 1 pkt proc.).
I to w sumie ostatnia partia, która dostałaby się do Sejmu. Pozostałe nie przekroczyły progu wyborczego. Lewica, która w ostatnim czasie mogła liczyć na coraz wyższe wyniki, tutaj ociera się o próg, osiągając 4,9 proc. (spadek o 0,4 pkt proc.).
Zyskuje nieco Partia Razem (wzrost o 0,8 pkt proc.), ale 3,2 proc. poparcia to nadal wynik niewystarczający, aby wejść do Sejmu. Na PSL jest gotowych głosować 1,6 proc. badanych (spadek o 0,7 pkt proc.), a najgorszy wynik – 1 procent – należy do Polski 2050 (tutaj też spadek o 0,4 pkt proc.).
Wygląda więc na to, że koalicjantom partii Donalda Tuska sporo brakuje, aby zasiąść w ławach sejmowych. A sam wynik KO nie pozwoliłby na utrzymanie władzy.
Symulacja rozkładu mandatów według najnowszego sondażu
Na podstawie wyników najnowszego sondażu przedstawiono też możliwy rozkład mandatów w Sejmie. I tak Koalicja Obywatelska miałaby 209 mandatów, PiS – 159, Konfederacja – 47, a Konfederacja Korony Polskiej – 45. Dodajmy, że sejmowa większość to 231 mandatów.
Przypomnijmy, że ostatni sondaż pracowni United Surveys by IBRiS na zlecenie Wirtualnej Polski pokazał też coś ciekawego. A mianowicie obie frakcje polityczne w wynikach tego badania nie osiągały większości.
Okazało się bowiem, że koalicja KO (186), Lewicy (31) i PSL (13) zdobyłaby łącznie 230 mandatów. Natomiast PiS – 134, Konfederacja – 63 i Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna – 33. To także dawało wynik 230 mandatów.
Ostatnio wiele też mówi się o tym, że gdyby Mateusz Morawiecki stworzył swoją partię, mocno namieszałby w sondażach. Sprawdziła to nawet firma SW Research. Na zlecenie "Rzeczpospolitej" zapytała o głosy na potencjalną partię byłego premiera i wyszło, że mogłaby ona liczyć na blisko 17 proc. poparcia.
Jakie teorie spiskowe powstały o misji Artemis II? Kiedy ponownie będziemy świadkami lądowania człowieka na Księżycu i dlaczego w podboju kosmosu wcale nie powinniśmy się skupiać tak bardzo na lądowaniu na Marsie? O tym w "Rozmowie naTemat" mówi Konrad Skotnicki, doktor nauk chemicznych, popularyzator nauki i twórca znany jako Doktor z TikToka.
Donald Trump zgodził się na rozejm z Iranem, a warunkiem było ponowne otworzenie Cieśniny Ormuz. Już od rana donoszono o spadających cenach gazu oraz ropy naftowej. Ale czy to znaczy, że niższe będą też ceny paliw na stacjach benzynowych? Donald Tusk wprost powiedział, od kiedy polscy kierowcy mogą poczuć różnicę.
Donald Trump ogłosił dwutygodniowe zawieszenie broni w konflikcie z Iranem. Tym samym świat nie dowiedział się, czy prezydent USA zamierzał spełnić pojawiające się we wcześniejszych godzinach groźby o końcu "całej cywilizacji" w przypadku niespełnienia przez Iran warunków jego ultimatum, czyli ponownego otwarcia Ormuzu.
Cieśnina Ormuz otwarta. Ceny ropy i gazu poleciały w dół
Na kilkadziesiąt minut przed upływem podanego przez Trumpa terminu poinformowano o rozejmie. Warunkiem wstrzymania ataków było otwarcie Cieśniny Ormuz, przez którą przepływa kluczowa część globalnej ropy oraz skroplonego gazu ziemnego (LNG).
Rezultat? Ceny ropy naftowej na światowych rynkach zaliczyły błyskawiczny zjazd w dół. I tak ropa WTI w dostawach na maj błyskawicznie staniała o blisko 15 procent, osiągając poziom 96,20 dolara. Z kolei europejska ropa Brent zanurkowała do poziomu 94,46 dolara. Na tę chwilę (8 kwietnia około godz. 16) cena baryłki ropy WTI wynosi 92,77 dolara, a ropy Brent – ok. 92,40 dolara.
Obniżki objęły również ceny gazu. Jak podawała agencja Bloomberga, 8 kwietnia w godzinach porannych benchmarkowe kontrakty terminowe na gaz w Amsterdamie (ICE Entawex Dutch TTF) kształtowały się na poziomie 43,70 euro za MWh. To oznacza, że osiągnęły najniższy poziom od rozpoczęcia wojny.
Maksymalne ceny paliw po rozejmie z Iranem. Obwieszczenie na 9 kwietnia
Polski konsument ma jednak w głowie jedno podstawowe pytanie. Czy benzyna, olej napędowy i gaz na stacjach benzynowych będą tańsze? Cóż, na pewno nie w ciągu najbliższej doby. Zgodnie z najnowszą aktualizacją 9 kwietnia, czyli w czwartek, maksymalne ceny za litr paliw wynosić będą kolejno:
Benzyna 95 – 6,27 zł (wzrost o 6 groszy).
Benzyna bezołowiowa 98 – 6,88 zł (wzrost o 6 groszy).
Olej napędowy – 7,83 zł (spadek o 4 grosze).
Przypomnijmy, że limit oblicza się na podstawie średniej stawki hurtowej, marży 30 groszy i obniżonych podatków. Pakiet osłonowy zakłada cięcie VAT-u do 8 proc. i redukcję akcyzy do unijnego minimum (o 29 groszy na benzynie i 28 groszy na dieslu). Daje to gwarancję stabilnych cen paliw w czasie kryzysu.
Obniżona akcyza obowiązuje do 15 kwietnia, a niższy VAT do 30 kwietnia 2026 roku. Nie wiadomo, czy rząd przedłuży te regulacje.
Czy i kiedy ceny na stacjach benzynowych spadną? Tusk podał datę
Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański ostrożnie komentował kwestię cen na stacjach benzynowych. Polityk zwracał uwagę na to, że na spadki trzeba poczekać, a zanim zobaczymy na pylonach niższe ceny za litr paliwa, minie kilka dni. Mechanizm działa bowiem następująco: najpierw spada cena ropy naftowej, później obniżki obejmują ceny w hurcie, np. w Orlenie, a na końcu odczuwają je kierowcy.
Ale Donald Tusk podczas konferencji prasowej przekazał, że już lada moment polscy kierowcy poczują ulgę przy tankowaniu. Przypomniał jednocześnie, że trudno mówić o długotrwałej stabilności. – Wszystko można powiedzieć, tylko nie to, że sytuacja jest na pewno ustabilizowana na trwałe, mając na uwadze dotychczasowe doświadczenia, działania i słowa polityków zaangażowanych w ten konflikt. Z dużą ostrożnością patrzę na tę perspektywę kilku tygodni, ale jedna rzecz jest absolutnie pewna. Pokój, a nawet czasowe przerwanie ognia zawsze jest lepsze od wojny z oczywistych względów – mówił premier.
A przerwanie ognia i otwarcie Cieśniny Ormuz oznacza niższe ceny na stacjach paliw. Zdaniem Donalda Tuska zobaczymy je jeszcze w tym tygodniu. – To ma także bezpośrednie konsekwencje, jeśli chodzi o ceny paliw. Możemy się spodziewać, że jeszcze w tym tygodniu, myślę, że od piątku, będzie odczuwalny pozytywny skutek zawieszenia ognia na polskich stacjach paliw – stwierdził szef rządu.
Sprawa śmierci Matthew Perry'ego wciąż budzi ogromne emocje. W środę przed sądem ma zapaść wyrok dla Jasveen Sanghy, znanej jako "Królowa Ketaminy". Kobieta przyznała się do sprzedania aktorowi dawki ketaminy, która doprowadziła do jego śmierci. Prokuratura domaga się 15 lat więzienia, a macocha gwiazdy "Przyjaciół" apeluje o "najwyższy możliwy wyrok". Obrońcy Sanghy zawarli ugodę, ale sędzia nie musi jej brać pod uwagę.
Matthew Perry zmarł w październiku 2023 roku w wieku 54 lat. Aktora znaleziono nieprzytomnego w jacuzzi w jego domu w Los Angeles. Jak ustalili śledczy, przyczyną śmierci były "ostre skutki działania ketaminy".
Choć gwiazdor "Przyjaciół" od lat zmagał się z uzależnieniami i korzystał z ketaminy – silnego leku znieczulającego i przeciwbólowego – w ramach innowacyjnej i legalnej terapii depresji, w pewnym momencie zaczął szukać substancji poza kontrolą lekarzy, gdy odmówiono mu zwiększenia dawek.
Proces w sprawie śmierci Matthew Perry'ego. Jasveen Sangha usłyszy wyrok
W sprawie oskarżono pięć osób, w tym dwóch lekarzy, pośrednika Erika Fleminga oraz osobistego asystenta Perry'ego Kennetha Iwamasę, który wielokrotnie podawał Perry'emu ketaminę – także w dniu jego śmierci, kiedy miał wykonać co najmniej trzy zastrzyki.
Kluczową postacią okazała się jednak dilerka Jasveen Sangha. 42-latka z dzielnicy North Hollywood w LA w ramach ugody przyznała, że nielegalnie dostarczyła aktorowi około 50 fiolek ketaminy.
Sangha, nazywana "Królową Ketaminy", prowadziła działalność narkotykową od lat – przyznała, że od 2019 roku rozprowadzała z domu m.in. ketaminę i metamfetaminę. Co więcej, sprzedała wcześniej ketaminę także innemu mężczyźnie, Cody'emu McLaury'emu, który zmarł krótko po jej zażyciu. Mimo tej wiedzy kobieta nie przerwała działalności. Po śmierci Perry'ego miała dodatkowo polecić Flemingowi: "usuń wszystkie nasze wiadomości".
Prokuratura nie ma wątpliwości co do oceny jej działań. W dokumentach sądowych podkreślono: "Działania oskarżonej pokazują chłodną bezduszność i lekceważenie ludzkiego życia. Wybrała zysk zamiast ludzi, a jej czyny spowodowały ogromny ból dla rodzin i bliskich ofiar". Śledczy wskazują również, że Sangha pochodzi z uprzywilejowanego środowiska, ukończyła renomowaną uczelnię i posiada tytuł magistra, a mimo to weszła w nielegalny biznes z pobudek takich jak chciwość.
Zupełnie inaczej sytuację przedstawia obrona. Prawnicy podkreślają, że Sangha przyznała się do winy i nie umniejsza swojej odpowiedzialności. W trakcie pobytu w areszcie od 2024 roku miała przejść proces rehabilitacji i utrzymać trzeźwość przez dwa lata.
"Udokumentowana rehabilitacja pani Sanghy, w tym dwa lata utrzymywanej trzeźwości, konsekwentny udział w programach zdrowienia oraz silne wsparcie społeczności, odzwierciedlają realne zaangażowanie w zmianę i niskie ryzyko powrotu do przestępstwa" – napisali jej adwokaci, wnioskując o zwolnienie za odsiedziany już czas.
Rodzina Matthew Perry'ego walczy o sprawiedliwość. "Najwyższy możliwy wyrok"
Głos w sprawie zabrała także rodzina aktora. Macocha Perry'ego, Debbie, w emocjonalnym oświadczeniu zaapelowała o najwyższy możliwy wyrok.
– Ból, który spowodowałaś u setek, a może tysięcy osób, jest nieodwracalny. Nie ma radości… Nie ma światła w oknie. Oni nie wrócą – mówiła w sądzie. – To ty to spowodowałaś… Ty, która miałaś wystarczający talent do robienia pieniędzy, wybrałaś jedyną drogę, która krzywdzi ludzi – zwróciła się do "Królowej Ketaminy".
I zaapelowała do sądu: "Proszę, wymierz tej bezdusznej kobiecie najwyższy możliwy wyrok, żeby nie mogła skrzywdzić kolejnych rodzin".
Sama Sangha przeprosiła rodzinę aktora, przyznając: "Nie ma żadnych usprawiedliwień dla tego, co zrobiłam. Jest mi bardzo przykro z powodu bólu, który spowodowałam, zwłaszcza rodzinie Matthew". Choć zawarła ugodę, sędzia nie jest związany jej warunkami. Maksymalnie kobiecie grozi nawet ponad 60 lat więzienia, a wyrok ma zapaść w środę.
Wakacje już za pasem, a wraz z nimi wyjazdy w ciepłe regiony. Choć jeszcze niedawno wielu turystów planowało urlop nad polskim morzem, dziś coraz częściej okazuje się, że zagraniczne wakacje mogą być… tańsze niż pobyt nad Bałtykiem.
Choć ulubieńcami Polaków pozostają niezmiennie Turcja i Egipt, wyraźnie widać nowe trendy. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się mniej oczywiste kierunki, które kuszą nie tylko pogodą i widokami, ale też znacznie niższymi cenami. W tym roku szczególnie mocno wyróżniają się trzy kraje, które mogą zaskoczyć nawet doświadczonych podróżników.
Albania i Gruzja. Wakacje all inclusive za mniej niż 2 tys złotych
Albania od kilku lat wchodzi do wakacyjnych zestawień. To kierunek, który często porównywany jest do Chorwacji sprzed lat – zanim stała się droga i zatłoczona. Popularnością cieszą się m.in. Ksamil, Saranda czy Durrës, gdzie bez problemu znajdziemy zarówno hotele, jak i tańsze apartamenty. Albania jest obecnie jednym z najtańszych kierunków śródziemnomorskich. Oferty all inclusive na rok 2026 po za sezonem zaczynają się od około 1866–2100 zł.
Coraz śmielej na turystycznej mapie zaznacza się również Gruzja. Choć dla wielu wciąż jest to kierunek egzotyczny, liczba połączeń lotniczych z Polski rośnie. Turyści przyciągani są nie tylko przez góry Kaukazu, ale też wybrzeże Morza Czarnego i klimatyczne miasta, takie jak Tbilisi czy Batumi. Gruzja oferuje więc unikalny klimat i góry w cenach często niższych niż oblegane kierunki, choć loty mogą być droższe. Oferty czterodniowych wakacji all inclusive zaczynają się już od 1700 zł za osobę.
Bośnia i Hercegowina na wakacje. Wciąż nieodkryty kierunek na Bałkanach
Na popularności zyskuje także Bośnia i Hercegowina – kierunek wciąż niedoceniany, ale niezwykle różnorodny. Choć kraj bardzo krótkie, bo ok. 20-kilometrowe wybrzeże, to przyciąga turystów malowniczymi krajobrazami. Największymi magnesami są Mostar, a także Sarajewo. Zwłaszcza drugie z nich (stolica) łączy wpływy Wschodu i Zachodu. Coraz więcej osób odkrywa też naturalne atrakcje tego kraju, takie jak wodospady Kravica.
Ze względu na niewielką liczbę połączeń lotniczych, wakacje z biurem podróży mogą wyjść dość drogo. Regularnie z Lotniska Chopina w Warszawie latają tam jedynie PLL LOT, a tanie linie takie jak Wizz Air czy Ryanair zabiorą nas tam jedynie z przesiadką. Wycieczki autokarowe mogą być tańsze, bo zaczynają się już od około 1900 zł.
Jeżeli jednak odejmiemy koszty dojazdu, okaże się, że Bośnia i Hercegowina to wyjątkowo tani kraj. Ceny na miejscu są wyraźnie niższe niż nad polskim Bałtykiem, zwłaszcza w kategorii gastronomii i usług. Najwyraźniej widać to w przypadku jedzenia. Tradycyjną potrawę ćevapi zjemy już za 12 do 19 zł, a za kawę w kawiarni zapłacimy od 5 do 7 zł.
Jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy "Klanu" na chwilę znika z ekranu, ale to nie koniec jej historii. Agnieszka Kaczorowska uspokaja fanów – Bożenka niedługo wróci. Przy okazji na jaw wyszło, ile aktorka i tancerka naprawdę zarabia w serialu. Kwota może zaskakiwać, zwłaszcza w zestawieniu z jej innymi źródłami dochodu.
Agnieszka Kaczorowska jest związana z "Klanem" od końca lat 90. i przez ponad 27 lat dorastała na oczach widzów jako Bożenka Lubicz, adoptowana córka Grażynki i zmarłego Ryśka. To jedna z tych ról, które na stałe wpisały się w historię polskich seriali – postać przeszła długą drogę, od dziecka z domu dziecka po dorosłą kobietę z własną rodziną. I choć dziś – podobnie jak cała telenowela – Bożenka z "Klanu" jest częstą bohaterką memów, to każda informacja o jej nieobecności budzi emocje.
Tym razem jednak chodzi wyłącznie o chwilowy "urlop". – Poprosiłam o krótką przerwę w nagrywaniu "Klanu", bo jesteśmy w intensywnej trasie z "7", a mam też oczywiście obowiązki prywatne. Nie da się być w kilku miejscach naraz. Na plan wracam w maju, gdy trasa będzie już lżejsza – mówiła Kaczorowska w rozmowie z "Plejadą".
Ile zarabia Agnieszka Kaczorowska w "Klanie"?
Przy okazji "Super Express" wyjawił, ile Kaczorowska zarabia w "Klanie". Z ustaleń tabloidu wynika, że za jeden dzień zdjęciowy aktorka otrzymuje około 1350 zł "na rękę". Przy średnio trzech dniach pracy w miesiącu daje to 4050 złotych, a przy ewentualnych pięciu – 6750 zł.
Jak na jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci serialu, to stawka raczej umiarkowana i może zdziwić tych, którzy myślą, że na serialowych planach w Telewizji Polskiej zarabia się kokosy. Z drugiej strony "Klan" nie jest produkcją o intensywnym harmonogramie zdjęć, a dla wielu aktorów stanowi stabilne, dodatkowe źródło dochodu, a nie główne zarobki.
Podobnie jest u Kaczorowskiej, która od dawna rozwija się poza planem – dziś jej największe pieniądze, według doniesień medialnych, pochodzą z mediów społecznościowych. Za jeden post sponsorowany na Instagramie może inkasować od 20 do 25 tysięcy złotych – to już zupełnie inna liga niż serialowe wynagrodzenie.
Dalsza część artykułu poniżej.
Do tego dochodzą dodatkowe projekty. Obecnie aktorka i tancerka występuje we wspomnianym spektaklu "7" razem ze swoim partnerem Marcinem Rogacewiczem, z którym jeździ po Polsce. Widowisko łączy taniec, muzykę i teatr, a jego motywem przewodnim jest wolność i zaczynanie od nowa.
W ostatnich latach Kaczorowska rozwija także własne biznesy – od platformy z kursami tańca online po autorską linię perfum. Wcześniej była też jedną z gwiazd programu "Taniec z Gwiazdami", gdzie – według mediów – za odcinek mogła otrzymywać nawet około 10 tysięcy złotych.
Obraz jest więc dość klarowny: "Klan" daje stabilność i rozpoznawalność, o które w showbiznesie wcale nie jest łatwo. Może 1350 zł za dzień zdjęciowy nie robi dziś większego wrażenia, ale dla samej Kaczorowskiej wciąż jest to ważny element zawodowej tożsamości. W końcu regularnie wraca do Bożenki, mimo znacznie bardziej dochodowych zajęć.
Donald Trump przekazał nowe wieści dotyczące sytuacji między USA i Iranem. W nowym wpisie na Truth Social prezydent USA powiadomił, że w Teheranie nastąpiła "bardzo owocna zmiana reżimu". Jednocześnie zapowiedział dalsze działania, zadeklarował, że "wiele z 15 punktów zostało uzgodnionych" i zagroził 50-procentowymi cłami.
W nocy z wtorku na środę upływał termin ultimatum dla Iranu. Ale po północy czasu polskiego amerykański prezydent powiadomił, że "wstrzymuje bombardowania i ataki na Iran na dwa tygodnie". Od tego momentu minęło kilkanaście godzin, a Donald Trump przekazał nowe wieści na temat współpracy z Iranem oraz dalszych działań Stanów Zjednoczonych.
Trump o sytuacji w Iranie. Zapowiada "ścisłą współpracę"
"Stany Zjednoczone będą ściśle współpracować z Iranem, który, jak ustaliliśmy, przeszedł przez bardzo owocną zmianę reżimu" – zapowiedział Donald Trump na platformie Truth Social.
To jeszcze nie wszystko. Prezydent Stanów Zjednoczonych stwierdził bowiem, że "nie będzie już wzbogacania uranu". Następnie dodał też, że "Stany Zjednoczone, współpracując z Iranem, wykopią i usuną cały głęboko zakopany (bombowce B-2) 'pył' nuklearny".
Teheran ma ponad 400 kg wzbogacanego uranu, który miał zostać przeniesiony do podziemnych tuneli w rejonie Isfahanu i Natanz przed zeszłorocznymi atakami. Trump przekazał w sieci, że obszar "jest obecnie i był już wcześniej pod bardzo ścisłą obserwacją satelitarną", dzięki czemu wiadomo, że od dnia ataku "nic nie zostało naruszone".
Według jego relacji Stany Zjednoczone prowadzą też rozmowy z Iranem. Te mają dotyczyć złagodzenia ceł i sankcji wobec Teheranu. "Wiele z 15 punktów zostało już uzgodnionych" – twierdzi prezydent USA w internetowym wpisie.
W kolejnej publikacji na Truth Social Donald Trump przekazał, że każdy kraj, który dostarcza broń do Iranu, musi liczyć się z natychmiastowym nałożeniem 50-procentowego cła na wszystkie towary sprzedawane do USA "ze skutkiem natychmiastowym". Od razu zastrzegł też, że "nie będzie żadnych wyjątków ani zwolnień".
Wojna w Iranie. Trump poinformował o rozejmie
Donald Trump jeszcze we wtorek zapowiadał, że "w nocy zginie cała cywilizacja", o ile nie dojdzie do porozumienia z Iranem. Jednocześnie w swoich groźbach na Truth Social podkreślał: "Nie chcę, żeby tak się stało, ale prawdopodobnie tak będzie". Dyplomata Jerzy Marek Nowakowski mówił w naTemat, jak traktować te pogróżki. – Tak samo, jak wszystkie wcześniejsze wypowiedzi Trumpa. Czyli nie wiadomo jak. Czy to jest na serio? Czy nie? Wydaje mi się jednak, że może to być bardzo na serio – komentował.
Ale Trump nie spełnił swoich gróźb. Zgodził się na dwutygodniowy rozejm, informując, że decyzję podjął po rozmowach z premierem Pakistanu Shehbazem Sharifem oraz marszałkiem polowym Asimem Munirem, którzy, jak pisał na Truth Social, zwrócili się do niego " z prośbą o wstrzymanie wysłania niszczycielskich sił do Iranu dziś wieczorem pod warunkiem, że Iran zgodzi się na całkowite, natychmiastowe i bezpieczne otwarcie cieśniny Ormuz".
Te doniesienia zostały potwierdzone także przez drugą stronę, tj. Najwyższą Radę Bezpieczeństwa Narodowego Iranu. Wystosowała ona komunikat, w którym informowała, że zawieszenie broni osiągnięto za zgodą nowego Najwyższego Przywódcy Iranu ajatollaha Modżtaby Chameneiego i że jest to "zwycięstwo Iranu".
Rozejm ma być "obustronny", a Trump informował, że Iran przekazał 10-punktową propozycję, która w ocenie prezydenta USA stanowi "praktyczną podstawę do negocjacji". Strony miały uzgodnić "prawie wszystkie kwestie sporne z przeszłości", a amerykański polityk podkreślał, że dwa tygodnie to wystarczający czas, by "sfinalizować i zawrzeć porozumienie".
Czy wiesz, że w Polsce kryją się kulinarne perełki, o których wiedzą tylko Foodies? Podczas RestaurantWeek® masz okazję je odkryć - to miejsca pełne zaskakujących smaków, kreatywnych dań i wyjątkowych doświadczeń, które sprawią, że Twój Festiwal będzie niezapomniany.
Warto czasem zejść z utartych kulinarnych ścieżek i przekonać się, gdzie i co jedzą prawdziwi Foodies. Rezerwacje trwają na RestaurantWeek.pl.
Trwający właśnie RestaurantWeek® to wyjątkowa okazja, by odkrywać kulinarne perełki, testować nieoczywiste miejsca i czerpać inspiracje od Foodies. Cena za autorskie, 3-daniowe menu przygotowane specjalnie na Festiwal zaczyna się od 69,99 zł (+ opłata rezerwacyjna 9,99 zł, min. 2 osoby + 10 zł prime time). Zarezerwuj stolik i dołącz do sezonu, w którym Foodies polecają i odkrywają miejsca, o których wiedzą tylko nieliczni! Poniżej zdradzamy adresy tych wyjątkowych perełek!
Wrocław - Panczo Wita Stwosza
Pierwsza kulinarna perełka to Panczo przy ul. Wita Stwosza 13. Restauracja łączy kameralną, muzyczną atmosferę z wyrafinowaną kuchnią meksykańską. W festiwalowym menu warto spróbować chrupiących taquitos z szarpanym kurczakiem w pikantnej paście tinga podanych z kremowym guacamole, długo pieczonej wieprzowiny z grillowanym ziemniakiem, majo aji, marynowaną czerwoną cebulką i rzodkiewką oraz czekoladowego ciasta z kremem limonkowym i karmelizowaną brzoskwinią. Miłośnicy roślinnych smaków zachwycą się kremową zupą z kukurydzy z dodatkiem ricotty oraz tacos fajitas wypełnionymi boczniakami i papryką, podawanymi z guacamole i pastą z czarnej fasoli. Idealne zwieńczenie tej wybornej uczty? Czekoladowe tres leches z kremem limonkowym i malinowym grysikiem. Obłęd!
Warszawa - Antresolec
Na warszawskim Solcu 97 czeka Antresolec - nowoczesne bistro, w którym lokalne składniki spotykają się z kreatywnością i odrobiną szaleństwa w smakach. Foodie Season nie mogło pominąć tego miejsca, bo każde danie tu to prawdziwa kulinarna przygoda. Festiwalowe menu to odważne i oryginalne połączenia: pieczony boczek w słodko-kwaśnej glazurze z puree z kalafiora i brokułami, flagowy flatbread z domową finocchioną, serem i hot honey, profitrola z kremem karmelowym i bitą śmietaną, a w wersji B - małże z marchewkowym puree, New England roll z krewetkami i szyjkami raków oraz profitrola z crème pâtissière z mango. Kulinarne niebo!
Warmia i Mazury - Nóż w Wodzie
Kolejna restauracja, o której wiedzą nieliczni to Nóż w Wodzie w sercu Mikołajek przy ul. Kajki 62/54. To właśnie tutaj krajobraz łączy się z kulinariami, a widok na spokojną taflę jeziora i eleganckie wnętrze tworzą atmosferę idealną do degustacji. W festiwalowym menu znajdziesz odważne połączenia: muffin ziemniaczany z chrupiącym boczkiem i kremem buraczanym, soczyste żeberka wieprzowe teriyaki z puree z zsiadłego mleka i sałatką z kapusty oraz puszysty racuch drożdżowy z jabłkami i lodami waniliowymi. Miłośnicy roślinnych smaków pokochają krem z marchewki podkręcony imbirem, tagliatelle z pesto z jarmużu, kozim serem i prażonymi pestkami dyni oraz delikatną piankę waniliową z konfiturą z dzikiej róży.
Śląsk - Placek
Kulinarny szlak festiwalowych odkryć prowadzi także na Śląsk. Szczególną uwagę warto zwrócić na restaurację Placek (ul. Dworcowa 8), która wyróżnia się nowoczesnym podejściem do comfort food – pełnym smaku, a przy tym lekkim i wolnym od pszenicy oraz cukru. Festiwalowe menu łączy kreatywność z sezonowością w dwóch dopracowanych odsłonach. W wersji A znalazły się kulki serowe z guacamole i sosem tatarskim, indyk sous vide z suszonymi pomidorami i potatkami oraz panna cotta na kremie kokosowym z musem truskawkowym. Wersja B to równie udany zestaw – krem z marchewki na kremie kokosowym, zapiekany naleśnik z serem wędzonym, sosem czosnkowym i wegańskim zamiennikiem kurczaka z żurawiną oraz mini gofr z twarożkiem i prażonymi jabłkami w sosie cynamonowym. Po prostu pycha!
Poznań - Czarnomorka
Zestawienie zamyka debiutująca Czarnomorka (Stary Rynek 62), czyli restauracja, która łączy świeżość morza, autorską kuchnię i swobodną, przyjazną atmosferę. To idealny punkt dla tych, którzy lubią odkrywać nowe smaki, próbować kreatywnych, sezonowych dań i… zapamiętywać każdy kęs. W pierwszym festiwalowym menu znalazły się ośmiornica na miksie sałat w aromatycznym sosie imbirowym, kremowe risotto bisque z delikatnym łososiem tataki oraz tort śmietanowy z musem owocowym. W drugiej propozycji pojawiły się chrupiące placki ziemniaczane z soczystym mięsem rapana, macki kałamarnicy sauté w maślanym sosie na purée ziemniaczanym oraz cytrynowe tiramisu. Bajka!
Najlepsze spotkania…
zaczynają się od dobrego smaku! Dlatego do każdej rezerwacji Goście mogą dodać festiwalową herbatę Lipton na bazie Earl Grey z nutami rozmarynu, soczystej gruszki, miodu i cytryny. Ta wiosenna, aromatyczna i subtelnie słodka kompozycja, doskonale dopełnia trzydaniowe menu, wprowadzając do festiwalowego doświadczenia lekkość i świeżość To wyjątkowy akcent, który sprawia, że chwile przy stole smakują jeszcze lepiej. Spróbuj, odkryj smak sezonu i daj się zachwycić!
Zainspiruj się rekomendacjami Foodies i wyrusz w kulinarną podróż po Polsce. Rezerwacje stolików trwają na RestaurantWeek.pl.
Poranek pełen smaków z BreakfastWeek!
Niech Twój poranek zacznie się od dobrego wyboru! Rezerwacja śniadania z Bliskimi to mały rytuał o wielkiej mocy. Kawa z aksamitną pianką, chrupiące pieczywo, idealnie ścięte jajko i rozmowy przy stole – to luksus osiągalny za pomocą kilku kliknięć. BreakfastWeek to wspaniała okazja, by odkrywać nowe miejsca lub wracać do sprawdzonych adresów, celebrując poranki tak, by tej dobrej energii z iście królewskiego śniadania wystarczyło na cały dzień.
W tej edycji o roślinny start dnia dba marka Alpro, oferując specjalne propozycje na bazie napojów roślinnych. Goście mogą wybierać spośród menu śniadaniowych i kaw przygotowanych na roślinnych napojach. Festiwalowa cena takiego zestawu to 35 zł + opłata rezerwacyjna 6 zł/Gość. Wśród propozycji znajdują się Alproccino - subtelne cappuccino na kremowym owsianym Alpro Barista oraz Alprolatte - latte na pysznym migdałowym Alpro Barista z puszystą pianką, które dodają porankowi wyjątkowego smaku i energii.
Dodatkowo – aby poranek stał się jeszcze przyjemniejszy – marka Lajkonik przygotowała dla każdego Gościa próbkę Mini Paluchów Dobry Chrup o smaku musztardy z miodem. Jest to pyszna, intensywnie przyprawiona przekąska wypiekana z mąki pełnoziarnistej z dodatkiem ziaren lnu.
Festiwalowe śniadania dostępne będą w najlepszych śniadaniowniach w Krakowie, Warszawie, Poznaniu, Trójmieście, Szczecinie, we Wrocławiu oraz na Śląsku. BreakfastWeek, tak jak RestaurantWeek®, potrwa od 4 marca do 22 kwietnia. Dziel się odkryciami i zrób komuś dzień dobry! Rezerwacje trwają na: https://BreakfastWeek.pl
Najlepsze stoliki szybko znikają – do zobaczenia przy stole!
Rezerwacje: https://RestaurantWeek.pl/ oraz https://app.rclb.pl
Termin Festiwalu: 4 marca - 22 kwietnia.



























