Widok normalny

Otrzymane przedwczoraj Nauka - Nauka - RMF24

Gigantyczny mur sprzed 7 tysięcy lat. Archeolodzy zaskoczeni skalą odkrycia na dnie Atlantyku

15 grudnia 2025, 17:00

Wczoraj, 15 grudnia (17:00)

U wybrzeży Bretanii nurkowie natrafili na największą podwodną konstrukcję megalityczną we Francji. Archeolodzy szacują, że ten podwodny mur liczy aż 7 tysięcy lat.

  • U wybrzeży Ile de Sein w Bretanii odkryto monumentalny mur sprzed 7 tys. lat.
  • Mur ma prawie 120 metrów długości i został zbudowany z granitowych bloków ważących kilka ton.
  • Najprawdopodobniej służył jako rozbudowana pułapka na ryby lub mur ochronny przed podnoszącym się poziomem morza.
  • Bądź na bieżąco! Wejdź na stronę główną RMF24.pl

U wybrzeży Ile de Sein, niewielkiej wyspy położonej w Bretanii na zachodzie Francji, nurkowie natrafili na monumentalny mur zbudowany przez ludzi około 7 tysięcy lat temu. Ta licząca niemal 120 metrów długości konstrukcja, wraz z towarzyszącym jej tuzinem mniejszych struktur, została uznana za największe podwodne znalezisko tego typu w historii Francji.

To bardzo interesujące odkrycie, które otwiera nowe perspektywy dla archeologii podwodnej, pomagając nam lepiej zrozumieć, jak były zorganizowane społeczeństwa przybrzeżne - mówi profesor archeologii Yvan Pailler, współautor opublikowanego w prestiżowym International Journal of Nautical Archaeology raportu. 

Historia tego niezwykłego odkrycia sięga roku 2017. To właśnie wtedy emerytowany geolog Yves Fouquet po raz pierwszy zauważył nietypowe formacje na mapach dna oceanicznego, które powstały dzięki zaawansowanym systemom laserowym. Informacje te wywołały falę zainteresowania wśród archeologów i geologów.

Prace badawcze ruszyły pełną parą w latach 2022-2024. Nurkowie, ryzykując w niełatwych warunkach Atlantyku, potwierdzili obecność granitowych bloków ułożonych w imponującą strukturę. 

Archeolodzy nie spodziewali się znaleźć tak dobrze zachowanych struktur w tak trudnym środowisku - przyznał Yves Fouquet.

Mur oraz towarzyszące mu mniejsze obiekty zostały wzniesione w okresie między 5800 a 5300 rokiem p.n.e., w czasach, gdy poziom morza był znacznie niższy niż obecnie. Dziś znajdują się one na głębokości około dziewięciu metrów pod powierzchnią oceanu.

Naukowcy są zgodni, że budowa tak zaawansowanych struktur świadczy o wysokich umiejętnościach technicznych ówczesnych społeczności. Badania wykazały, że do ich wzniesienia wykorzystano bloki ważące nawet kilka ton - podobne do tych, które setki lat później posłużyły do budowy słynnych bretońskich megalitów.

Do czego służył zagadkowy mur sprzed tysięcy lat? Archeolodzy rozważają kilka hipotez. Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że była to rozbudowana pułapka na ryby - technika znana wielu prehistorycznym społecznościom przybrzeżnym. Nie wyklucza się jednak, że struktura mogła pełnić rolę muru ochronnego, mającego zabezpieczyć osadę przed podnoszącym się poziomem morza.

Odkrycie podwodnego muru ożywiło również lokalne legendy. Według badaczy, monumentalna konstrukcja może być źródłem bretońskich opowieści o zatopionych miastach. Najsłynniejsza z nich dotyczy Ys, legendarnego miasta, które rzekomo pochłonęły wody Zatoki Douarnenez - zaledwie kilka mil na wschód od miejsca odkrycia.

"Prawdopodobne jest, że opuszczenie terytorium rozwiniętego przez wysoko zorganizowane społeczeństwo głęboko zakorzeniło się w pamięci ludzi. Zatopienie spowodowane szybkim wzrostem poziomu morza, a następnie porzucenie struktur rybackich, prac ochronnych i miejsc zamieszkania, musiało pozostawić trwałe wrażenie" - piszą autorzy badania.

Sensacyjne znalezisko u wybrzeży Bretanii to nie jedyne odkrycie z ostatnich miesięcy. Przypomnijmy - zaledwie pół roku temu archeolodzy natrafili na szczątki XVI-wiecznego statku handlowego, spoczywającego na głębokości ponad 2,5 kilometra u wybrzeży południowej Francji. Było to najgłębiej położone tego typu znalezisko w regionie.

Psy mają szósty zmysł do ludzi. Naukowcy ujawniają szokujące wyniki badań

15 grudnia 2025, 12:27

Wczoraj, 15 grudnia (12:27)

Nauka potwierdza, że psy potrafią rozpoznać, kiedy człowiek jest nieszczery. Zespół badaczy pod kierownictwem Akiko Takaoki z Uniwersytetu w Kioto przeprowadził eksperyment, który rzuca nowe światło na zdolności społeczne psów. Celem było sprawdzenie, czy psy potrafią ocenić wiarygodność człowieka i czy zapamiętują, gdy zostaną oszukane. Wyniki okazały się zaskakujące nawet dla samych naukowców.

W badaniu wzięły udział 34 psy, które poddano serii testów opartych na wskazywaniu pojemników z jedzeniem. W pierwszej próbie badacz wskazywał pojemnik, w którym rzeczywiście znajdował się smakołyk - pies natychmiast podążał za wskazaniem i otrzymywał nagrodę. W drugiej próbie sytuacja się zmieniała: badacz wskazywał pojemnik, który był pusty. Pies, nauczony wcześniejszym doświadczeniem, podążał za wskazaniem, lecz tym razem nie znajdował tam niczego.

Najciekawsze wydarzyło się podczas trzeciej próby. Badacz ponownie wskazywał pojemnik z jedzeniem, jednak tym razem żaden z psów nie zdecydował się podejść. Zwierzęta zapamiętały wcześniejsze oszustwo i straciły zaufanie do człowieka, który je wprowadził w błąd.

Wyniki eksperymentu nie pozostawiają wątpliwości - psy nie tylko potrafią ocenić, czy człowiek jest godny zaufania, ale także zapamiętują, gdy zostaną oszukane. To dowód na to, że ich inteligencja społeczna jest znacznie bardziej rozwinięta, niż dotychczas sądzono. Psy mają bardziej wyrafinowaną inteligencję społeczną, niż myśleliśmy. Ta cecha wyewoluowała w wyniku długiej historii współżycia z ludźmi - komentuje Akiko Takaoka.

Badacze podkreślają, że psy bardzo szybko deprecjonują wiarygodność człowieka, który raz je oszukał. To zachowanie może być efektem tysięcy lat wspólnej ewolucji z ludźmi, podczas której psy nauczyły się rozpoznawać intencje i emocje swoich opiekunów.

John Bradshaw z Uniwersytetu w Bristolu, choć nie brał udziału w badaniu, zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt: psy cenią przewidywalność w zachowaniu człowieka. Gdy gesty i sygnały są niespójne, zwierzęta stają się nerwowe i zestresowane.

Naukowcy z Kioto planują powtórzyć ten eksperyment, jednak tym razem z udziałem wilków - najbliższych krewnych psów. Celem jest sprawdzenie, czy zdolność do rozpoznawania wiarygodności człowieka to efekt udomowienia, czy może cecha obecna już u dzikich przodków naszych pupili.

Co ciekawe, podobne badania przeprowadzono także na dzieciach w wieku przedszkolnym. Zespół pod kierownictwem Kimberly Vanderbilt z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego odkrył, że trzyletnie dzieci nie odróżniają jeszcze kłamcy od osoby prawdomównej. Dopiero starsze dzieci, w wieku czterech i pięciu lat, zaczynają być bardziej sceptyczne wobec osób, które wcześniej je oszukały. Psy, jak pokazuje eksperyment z Kioto, wyprzedzają w tej kwestii najmłodszych ludzi.

Wnioski z badań są jasne: warto być uczciwym wobec swojego psa. On nie tylko czuje nasze emocje, ale także doskonale pamięta, kiedy go oszukaliśmy.

Kupujesz rzeczy, których nie potrzebujesz? Sprawdź, co mówi o Tobie psychologia

15 grudnia 2025, 11:36

Wczoraj, 15 grudnia (11:36)

Święta tuż za rogiem, a Ty znów zastanawiasz się, dlaczego w Twoim koszyku lądują rzeczy, których nie potrzebujesz? Czy to tylko magia promocji, czy może coś znacznie głębszego? W najnowszym Wykładzie Otwartym Radia RMF24 terapeutka uzależnień Agata Piasecka z gabinetu Psychoterapii Refleksja wyjaśnia, co sprawia, że tak chętnie kupujemy niepotrzebne przedmioty – nie tylko w grudniu.

Dlaczego kupujemy niepotrzebne rzeczy?Wykład otwarty

  • Kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy często przez impuls, chęć poprawy nastroju lub przez presję społeczną i reklamę.
  • Zakupy dają szybki wyrzut dopaminy, co sprawia, że czujemy się lepiej, ale może prowadzić do impulsywnych i nieprzemyślanych decyzji.
  • Psychologicznie kupowanie może być próbą podniesienia poczucia własnej wartości, zdobycia akceptacji lub radzenia sobie z emocjami.
  • Warto się zastanowić przed zakupem, czy naprawdę tego potrzebujemy, planować zakupy i unikać ich w złym nastroju, by nie wpaść w pułapkę nadmiernego wydawania.

Zanim przejdziemy do sedna sprawy, warto zadać sobie pytanie: co właściwie oznacza "niepotrzebne rzeczy"? Czy istnieje psychologiczna definicja przedmiotów, które wypełniają nasze szafy, pawlacze i piwnice?

To mogą być rzeczy, które zalegają w szafach. Niekoniecznie muszą to być ubrania, ale różne inne rzeczy, które kupujemy i których nie użytkujemy - tłumaczy Agata Piasecka.

Niepotrzebność jest jednak pojęciem bardzo subiektywnym. Dla jednej osoby mikser czy smartwatch mogą być kluczem do samorozwoju, dla innej - kolejnym gadżetem, który po krótkim czasie wyląduje w kącie.

Często spotykam się z tym w pracy, że pacjenci kupują nadmiar rzeczy, które użyją kilka razy i później zalegają. Kupują je, bo uważają, że będą coś robić, np. wyrabiać świeczki - to trwa tydzień, dwa, miesiąc, a później po prostu zostaje odstawione - mówi terapeutka.

Zakupy nie są już wyłącznie sposobem na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Dostępność produktów i nieustanny zalew reklam sprawiają, że coraz częściej kupujemy, by poprawić sobie nastrój, zabić czas, czy po prostu poczuć się lepiej.

Chodzimy na zakupy, żeby spędzić czas, niekoniecznie coś kupując, ale sam akt robienia zakupów czy scrollowania internetu przynosi nam jakąś satysfakcję - zauważa Agata Piasecka.

Pokolenie starszych osób często "chomikuje" rzeczy, bo w przeszłości dostęp do nich był ograniczony. Dziś młodsze pokolenia są bombardowane reklamami i żyją w świecie, gdzie posiadanie stało się wyznacznikiem wartości. Myślę sobie, że dzisiejsza młodzież jest nastawiona na posiadanie. To jest wartość naszych czasów - ocenia terapeutka.

Dlaczego sięgamy po kolejne, niepotrzebne rzeczy? W grę wchodzi psychologia i biochemia. Zakupy, zwłaszcza te impulsywne, wywołują szybki wyrzut dopaminy - hormonu szczęścia. Dopamina rządzi naszym życiem, ale co z nią zrobimy, zależy już od nas - podkreśla Agata Piasecka.

Zakupy często są też sposobem na rozładowanie napięcia, radzenie sobie z emocjami czy budowanie poczucia bezpieczeństwa.

Czy kupowanie niepotrzebnych rzeczy jest sposobem także na podniesienie poczucia własnej wartości? W dzisiejszych czasach odpowiedź często brzmi: tak. Porównywanie się do innych, chęć zaimponowania bliskim, potrzeba akceptacji i przynależności - to wszystko wpływa na nasze decyzje zakupowe.

To jedna z naszych istotnych potrzeb - potrzeba akceptacji, bycia lubianym, bycia docenianym, bycia ważnym - dodaje Piasecka.

Zakupy pod wpływem impulsu to nieodłączny element naszej codzienności. Okres przedświąteczny dodatkowo podkręca ten mechanizm. Tłumy w galeriach, świąteczne wystawy już w październiku, promocje z presją czasu ("tylko do jutra!"), oferty "kup dwa, trzeci gratis" - wszystko to sprawia, że ulegamy atmosferze zakupowego szaleństwa. To rodzi napięcie, bo to jest taka myśl: kurczę, ja nie zdążę, mnie to ominie i co wtedy? - relacjonuje Agata Piasecka.

Czy można się przed tym uchronić? Ekspertka radzi: Może to jest pytanie, które każdy powinien sobie zadać: czy ja rzeczywiście tego potrzebuję? Czy będę z tego korzystać? Warto zrobić sobie plan, listę zakupów, ustalić limit wydatków, skonsultować się z rodziną. Idźmy na zakupy z pełnym brzuchem - głód może prowadzić do impulsywnych decyzji.

Warto również unikać zakupów w chwilach złego nastroju. Często wykorzystujemy to narzędzie do rozładowania różnych naszych stanów. Może też warto iść z kimś, kto powie: ‘A może się zastanów? A czy to ci potrzebne?’ - sugeruje terapeutka.

Kupowanie niepotrzebnych rzeczy staje się problemem, gdy zaczynamy tracić kontrolę nad wydatkami, a nasze zakupy prowadzą do problemów finansowych i emocjonalnych. Myślę, że wtedy, kiedy tych rzeczy jest za dużo, ale też gdy ktoś z boku zaczyna nam dawać sygnały, że używamy zakupów do radzenia sobie z emocjami czy sytuacjami - warto wtedy się zatrzymać i przyjrzeć się temu - ostrzega Agata Piasecka.

Często na terapię zgłaszają się osoby, które już mają poważne problemy finansowe, biorą kredyty lub chwilówki.

W okresie świątecznym szczególnie widoczna jest zasada "zastaw się, a postaw się". Bogato zastawiony stół, nadmiar jedzenia czy prezentów - to nie tylko tradycja, ale często także sposób na pokazanie się przed rodziną i znajomymi.

Niestety, często kończy się to marnowaniem jedzenia i pieniędzy. Co się z tym jedzeniem dzieje? Najczęściej trafia do śmietnika - zwraca uwagę terapeutka.

Radio RMF24

Po jeszcze więcej informacji odsyłamy Was do naszego internetowego Radia RMF24 Słuchajcie online już teraz!

Radio RMF24 na bieżąco informuje o wszystkich najważniejszych wydarzeniach w Polsce, Europie i na świecie.

Wyjątkowa okazja dla miłośników astronomii. Geminidy rozświetlą niebo

13 grudnia 2025, 17:32

Sobota, 13 grudnia (17:32)

Od 4 grudnia na nocnym niebie można obserwować jeden z najbardziej spektakularnych rojów meteorów - Geminidy. Tegoroczne maksimum zjawiska przypadnie na noc z 13 na 14 grudnia. W sprzyjających warunkach będzie można zobaczyć nawet 150 "spadających gwiazd" na godzinę.

  • Aktywność roju trwa od 4 do 17 grudnia, a maksimum przypada na noc z 13 na 14 grudnia.
  • W szczytowym momencie można zobaczyć nawet do 150 meteorów na godzinę.
  • Geminidy są dobrze widoczne z terenu Polski.
  • Ciałem macierzystym roju jest planetoida (3200) Phaethon.
  • W grudniu aktywne są także inne roje meteorów, m.in. Ursydy.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Geminidy to coroczny rój meteorów, który uchodzi za najobfitszy na grudniowym niebie. Zjawisko rozpoczyna się 4 grudnia i trwa do 17 grudnia, a jego maksimum przypada na noc z 13 na 14 grudnia. W tym czasie, przy bezchmurnej pogodzie i z dala od miejskich świateł, można zobaczyć nawet do 150 meteorów na godzinę. Geminidy wyróżniają się jasnymi, białymi smugami, które nie pozostawiają długotrwałych śladów na niebie.

Popularnie nazywane "spadającymi gwiazdami" meteory to w rzeczywistości drobne fragmenty kosmicznych skał, które wpadają w ziemską atmosferę i spalają się, tworząc świetliste ślady. Jeśli taki fragment przetrwa przelot przez atmosferę i dotrze do powierzchni Ziemi, nazywany jest meteorytem. Roje meteorów, takie jak Geminidy, powstają, gdy Ziemia przecina orbitę komety lub planetoidy.

Za źródło Geminidów uznaje się planetoidę (3200) Phaethon, odkrytą w 1983 roku. Naukowcy przypuszczają, że jest to dawne jądro komety, które uległo rozpadowi. Najnowsze badania, oparte na danych z sondy Parker Solar Probe, sugerują, że Geminidy mogły powstać w wyniku rozpadu komety, z której powstały również inne planetoidy, takie jak 2005 UD oraz 1999 YC.

Geminidy są doskonale widoczne z terenów PolskiWarunkiem oczywiście jest to, by była dobra pogoda, żeby niebo było przejrzyste, żeby można było zobaczyć gwiazdy, ale także to, byśmy oddalili się trochę od świateł miejskich, żebyśmy mogli zobaczyć rozgwieżdżone niebo, bo wtedy na pewno zobaczymy Geminidy. Chociaż mogę przypuszczać, że jeżeli ktoś by się uparł, to nawet z centrum Krakowa najjaśniejsze meteory z roju Geminidów zobaczy. Dlatego, że ten rój jest naprawdę bardzo specyficzny i ma bardzo dużo meteorów, które są bardzo jasne na niebie, poruszają się bardzo powoli i dają spektakularne obrazy - powiedział w Radiu RMF24 Robert Szaj z Obserwatorium Astronomicznego w Turszczynach.

To jest bardzo ciekawy rój, dużo bardziej obfity niż rój Perseidów. Perseidy oglądamy w sierpniu, kiedy jest ciepło, kiedy jest piękna pogoda i wtedy spoglądamy w niebo. O Geminidach może wielu słuchaczy nie słyszało, dlatego, że w grudniu zazwyczaj u nas jest kiepska pogoda - podkreślił naukwiec.

Ile meteorów będzie można zobaczyć w tym roku? Tego przewidzieć się oczywiście nie da, ale ten rój ma jedną cechę, jest dość regularny i dość przewidywalny - przyznał SzajAstronom dodał, że nawet z centrum Krakowa będzie można zobaczyć kilka najjaśniejszych meteorów, z obrzeży większych miast kilkanaście, a tam, gdzie jest ciemne niebo, na pewno kilkadziesiąt i to bardzo jasnych.

Oprócz Geminidów, w grudniu aktywne są także inne, mniej liczne roje meteorów. W drugiej połowie miesiąca można wypatrywać Ursydów (od 17 do 26 grudnia). Jednak to właśnie Geminidy gwarantują najbardziej spektakularne widowisko.

Polka za Włoszkę na rektora prestiżowej uczelni. Skandal wokół Mogherini

12 grudnia 2025, 21:13
  • Piątek, 12 grudnia (21:13)

    Władze Kolegium Europy zdecydowały o powołaniu na stanowisko tymczasowego rektora Polki Ewy Ośnieckiej-Tameckiej, dotychczasowej wice-rektor uczelni. Była szefowa unijnej dyplomacji, Federica Mogherini, zrezygnowała ze stanowiska rektora prestiżowego Kolegium po tym, jak została objęta śledztwem dotyczącym podejrzeń o nadużycia finansowe.

    • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl

    Federica Mogherini, była wysoka przedstawicielka Unii Europejskiej do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, pełniła funkcję rektora Kolegium Europy od 2020 roku. Jak poinformował portal Euractiv, jej rezygnacja nastąpiła po tym, jak została objęta śledztwem prowadzonym przez Europejski Urząd Prokuratury Publicznej (EPPO) w sprawie możliwych nadużyć finansowych i korupcji.

    Ośniecka-Tamecka, która przejmuje stery po Mogherini to polska polityk i była dyplomatka. Od 2007 roku pełni funkcję prorektora nadzorującego kampus Kolegium w Natolinie pod Warszawą. Była częścią rdzenia dyplomatycznego, który pomógł w przyjęciu Polski do UE w 2004 roku, a w 2006 roku, pełniąc funkcję ministra ds. UE, była negocjatorem Polski w sprawie Traktatu Lizbońskiego. Pracowała również jako doradca w Europejskim Banku Inwestycyjnym.

    Według doniesień medialnych śledztwo dotyczy nieprawidłowości przy organizacji programów szkoleniowych oraz zarządzania funduszami unijnymi. Belgijska policja miała przesłuchać Mogherini w związku z prowadzonym postępowaniem. Sama zainteresowana zaprzecza zarzutom, jednak zdecydowała się ustąpić ze stanowiska, by - jak podkreśliła - nie szkodzić reputacji uczelni.

    Kolegium Europejskie w Brugii to jedna z najbardziej prestiżowych uczelni kształcących przyszłych urzędników i dyplomatów Unii Europejskiej. Sprawa rezygnacji rektora w związku z podejrzeniami o nadużycia finansowe odbiła się szerokim echem w środowisku akademickim i politycznym.

    Kolegium Europy rozpocznie w przyszłym tygodniu formalny proces rekrutacji stałego rektora.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Odcisk palca, żywica sosnowa. Fascynująca zagadka morskich najeźdźców z przeszłości

12 grudnia 2025, 15:47

Piątek, 12 grudnia (15:47)

Czy jeden odcisk palca może rzucić światło na zagadkę sprzed tysięcy lat? Najnowsze odkrycie szwedzkich naukowców daje nadzieję na rozwiązanie jednej z największych tajemnic wczesnej historii Skandynawii. Odcisk palca starożytnego żeglarza, znaleziony na żywicy sosnowej uszczelniającej najstarszą łódź klepkową regionu, łączy nas bezpośrednio z ludźmi, którzy ponad dwa tysiące lat temu ruszyli na morską wyprawę zakończoną krwawym najazdem.

  • Archeolodzy z Uniwersytetu w Lund w Szwecji odkryli odcisk palca sprzed ponad 2000 lat na żywicy sosnowej uszczelniającej starożytną łódź klepkową ze Skandynawii.
  • Łódź pochodzi z IV wieku p.n.e. i była częścią armady morskich najeźdźców, którzy zaatakowali wyspę Als w Danii.
  • Analiza żywicy sosnowej sugeruje, że łódź zbudowano w regionie Morza Bałtyckiego, co podważa wcześniejsze teorie o pochodzeniu załogi z okolic Hamburga.
  • Odkrycie świadczy o niezwykłych umiejętnościach żeglarskich starożytnych wojowników, którzy przecierali szlaki na otwartym morzu setki kilometrów od domu.

W światku archeologicznym wrze - zespół badaczy z Uniwersytetu w Lund znalazł coś, co dla specjalistów jest prawdziwą sensacją. W żywicy, która przed wiekami uszczelniała najstarszą znaną łódź klepkową Skandynawii, zachował się odcisk palca jednego z budowniczych lub użytkowników tej niezwykłej jednostki. To pierwsze tak bezpośrednie i osobiste świadectwo kontaktu ze starożytnym żeglarzem, który w IV wieku p.n.e. wyruszył na nieznane wody.

Historia, która dziś rozpala wyobraźnię badaczy, zaczęła się ponad dwa tysiące lat temu. W IV wieku p.n.e. armada łodzi pojawiła się u wybrzeży duńskiej wyspy Als. Skąd mogli pochodzić ci morskie najeźdźcy i dlaczego zaatakowali wyspę Als, od dawna pozostaje tajemnicą - przyznaje Mikael Fauvelle, archeolog z Uniwersytetu w Lund.

Według przekazów napastnicy podróżowali w grupach liczących do czterech łodzi. Ostatecznie zostali pokonani przez obrońców, którzy - w geście wdzięczności za zwycięstwo - zatopili zdobyczną broń w bagnie, w jednej z łodzi.

Odkryta pod koniec XIX wieku w bagnie łódź Hjortspring to prawdziwy unikat. Wydobyta w latach 20. XX wieku, do dziś jest ozdobą Duńskiego Muzeum Narodowego. Jej doskonały stan zachowania archeolodzy zawdzięczają właśnie bagnu, które zakonserwowało drewno na setki lat. To jedyny znany przykład prehistorycznej łodzi klepkowej w Skandynawii. Jej historia to fascynująca opowieść o odwadze i determinacji żeglarzy, którzy nie bali się wyzwań otwartego morza. 

Nowoczesne metody badawcze pozwoliły naukowcom na analizę fragmentów łodzi, które nie zostały poddane wcześniejszej konserwacji chemicznej. Największym zaskoczeniem okazał się skład smoły uszczelniającej jednostkę - tłuszcz zwierzęcy oraz... żywica sosnowa.

Łódź była uszczelniona żywicą sosnową, co było zaskakujące. Sugeruje to, że łódź została zbudowana gdzieś, gdzie obficie występowały lasy sosnowe - wyjaśnia Mikael Fauvelle.

To odkrycie podważa wcześniejsze teorie sugerujące, że łódź i jej załoga pochodziły z okolic dzisiejszego Hamburga. Nowe dane każą badaczom szukać śladów pochodzenia raczej w regionie Morza Bałtyckiego.

Jeśli naukowcy mają rację, wojownicy, którzy zaatakowali wyspę Als, musieli pokonać setki kilometrów otwartego morza. To świadczy o ich niezwykłych umiejętnościach żeglarskich i determinacji.

Najbardziej niezwykłym elementem tego odkrycia pozostaje jednak odcisk palca, który przetrwał w smołach przez ponad dwa tysiące lat. To cicha wiadomość pozostawiona dla przyszłych pokoleń, swoisty podpis anonimowego żeglarza. Gdzie dokładnie powstał? Czy uda się ustalić, skąd pochodził jego właściciel?

Naukowcy nie zamierzają poprzestać na dotychczasowych odkryciach. Liczą, że dalsze badania dendrochronologiczne - czyli analiza słojów drewna - pozwolą precyzyjnie określić, skąd pochodził materiał użyty do budowy łodzi

Mamy również nadzieję, że uda nam się wyizolować starożytny DNA z smoły uszczelniającej łódź, co mogłoby dostarczyć nam bardziej szczegółowych informacji o starożytnych ludziach, którzy korzystali z tej łodzi - podsumowuje Mikael Fauvelle.

Co oznacza białe światło na skrzyżowaniu? Rewolucja w sygnalizacji świetlnej

12 grudnia 2025, 11:57

Piątek, 12 grudnia (11:57)

Czekanie na czerwonym świetle dla wielu bywa frustrujące, jednak już niedługo do klasycznych kolorów - czerwonego, żółtego i zielonego - może dołączyć zupełnie nowy sygnał: biały, który zmieni sposób, w jaki będziemy poruszać się po skrzyżowaniach.

  • Naukowcy proponują wprowadzenie białego światła, które miałoby pojawić się na skrzyżowaniach wraz z rozwojem samochodów autonomicznych.
  • Białe światło oznaczałoby, że autonomiczne pojazdy przejmują kontrolę nad ruchem, a "zwykli" kierowcy muszą podążać za nimi.
  • System oparty na sztucznej inteligencji ma usprawnić przejazd przez skrzyżowania i ograniczyć tworzenie się korków.
  • Chcesz być na bieżąco? Odwiedź stronę główną RMF24.pl.

Naukowcy pracują nad koncepcją, która może całkowicie zmienić sposób kontrolowania ruchu drogowego. Nie chodzi tylko o nową technologię, ale też o to, aby samochody współpracowały ze sobą w sposób, który sprawi, że jazda będzie szybsza i płynniejsza.

Naukowcy z Uniwersytetu Stanowego Karoliny Północnej w USA przedstawili propozycję, która wzbudza spore zainteresowanie zarówno wśród kierowców, jak i ekspertów. Chodzi o wprowadzenie białego światła, które miałoby być stosowane w miarę zwiększania się liczby samochodów autonomicznych, czyli sterowanych automatycznie.

W Stanach Zjednoczonych takie pojazdy stają się coraz powszechniejsze, więc - zdaniem naukowców - potrzebny jest nowy sposób zarządzania ruchem.

Plan opiera się na tym, że samochody autonomiczne będą komunikować się między sobą za pomocą sztucznej inteligenci i wymieniać informacjami z sygnalizacją świetlną. W ten sposób ruch będzie przebiegał szybciej, a ryzyko powstawania korków znacząco się zmniejszy. 

Gdy na sygnalizatorze pojawi się kolor biały, będzie to oznaczało, że samochody autonomiczne przejmują kierowanie ruchem na skrzyżowaniu, a zwykli kierowcy muszą podążać za nimi.

Jak to będzie wyglądało w praktyce?

  • Kilka autonomicznych samochodów zbliża się do skrzyżowania.
  • Samochody te wysyłają do sygnalizacji świetlnej dane dotyczące swojej prędkości, położenia i kierunku.
  • Sygnalizacja świetlna wykrywa, że jest wystarczająca liczba inteligentnych pojazdów do zarządzania ruchem drogowym.
  • Zapala się białe światło, ostrzegając, że skrzyżowaniem kierują samochody.
  • Kierowcy muszą jedynie podążać za ruchem drogowym wyznaczanym przez samochody autonomiczne.

Gdy w okolicy będzie mniej samochodów autonomicznych, białe światło zgaśnie, a sygnalizacja świetlna powróci do swojego normalnego trybu z trzema tradycyjnymi kolorami. W ten sposób samochody będą mogły poruszać się bez czekania na zmianę kolorów, a ruch będzie szybszy i bardziej efektywny.

Według naukowców wprowadzenie białego światła mogłoby zmniejszyć korki i opóźnienia - badania wykazały bowiem, że nawet gdyby tylko 10 proc. samochodów było autonomicznych, opóźnienia zmniejszyłyby się o około 3 proc. Gdyby większość samochodów była autonomiczna, opóźnienia zmniejszyłyby się nawet o 94 proc.

Oznacza to krótszy czas postoju, mniejsze zużycie paliwa i mniejsze zanieczyszczenie. Co więcej, zwiększyłoby to bezpieczeństwo, ponieważ kierowcy wiedzieliby, kiedy autonomiczne samochody koordynują ruch - białe światło byłoby wyraźnym sygnałem, że wszystko jest pod kontrolą i wystarczy podążać za ruchem.

Zespół uniwersytecki już przygotowuje pierwsze testy nowego systemu. Eksperymenty zostaną przeprowadzone na kontrolowanych obszarach, w których autonomiczne samochody już regularnie funkcjonują.

Jednym z pierwszych miejsc do ich przetestowania mogłyby być porty, ponieważ ruch jest tam wzmożony, ale niewielu pieszych. Ponadto ruch w portach jest powtarzalny i przewidywalny, co pozwala precyzyjnie przeanalizować działanie nowego systemu.

Naukowcy nie upierają się również przy kolorze białym - można go zastąpić innym. Najważniejsze, by był to jasny i łatwy do rozpoznania kolor. 

Kometa 3I/ATLAS zbliża się do Ziemi. "To może być kosmiczny koń trojański"

11 grudnia 2025, 14:38

Czwartek, 11 grudnia (14:38)

Międzynarodowa społeczność astronomiczna z niepokojem śledzi losy niezwykłego obiektu, który właśnie przemierza nasz Układ Słoneczny. Mowa o komecie 3I/ATLAS, która już teraz zyskała miano jednej z najbardziej zagadkowych i nieprzewidywalnych międzygwiezdnych przybyszów w historii obserwacji kosmosu. Jej nietypowe zachowanie i ogromne rozmiary wywołały falę spekulacji, a niektórzy naukowcy sugerują nawet, że może to być "kosmiczny koń trojański".

  • Kometa 3I/ATLAS, odkryta w lipcu 2025 roku, to trzeci znany obiekt międzygwiazdowy odwiedzający nasz Układ Słoneczny.
  • Jej zachowanie jest wyjątkowe - ogon komety nagle zmienił kierunek, co do tej pory nigdy nie zostało zaobserwowane.
  • Międzynarodowa Sieć Ostrzegania przed Asteroidami (IAWN) rozpoczęła globalną kampanię obserwacyjną.
  • Profesor Avi Loeb z Uniwersytetu Harvarda zasugerował, że 3I/ATLAS może być czymś więcej niż naturalnym ciałem niebieskim.
  • NASA uspokaja, że kometa nie stanowi zagrożenia dla Ziemi, ale mimo to wystrzelono sondę obronną, aby zebrać więcej danych o jej budowie i zachowaniu.
  • Najbliższe podejście komety do Ziemi nastąpi 19 grudnia 2025 roku.
  • Więcej ciekawych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl

Kometa 3I/ATLAS została odkryta w lipcu 2025 roku i od razu wzbudziła ogromne zainteresowanie środowiska naukowego. To dopiero trzeci znany obiekt międzygwiazdowy, który przemierza nasz Układ Słoneczny. Jej pochodzenie spoza granic Słońca czyni z niej prawdziwą kosmiczną zagadkę.

To, co wyróżnia 3I/ATLAS, to jej rozmiary - według szacunków, może być ona wielkości Manhattanu i ważyć nawet 33 miliardy ton, co czyni ją tysiąc razy masywniejszą od wcześniejszych międzygwiezdnych gości.

Niepokój naukowców budzi nie tylko masa i pochodzenie komety, ale także jej zachowanie. Najnowsze obserwacje wykazały, że jej ogon - zamiast tradycyjnie odchylać się od Słońca - nagle zmienił kierunek, co jest zjawiskiem bez precedensu. Takie anomalie mogą wskazywać na nieznane procesy fizyczne lub nawet ingerencję z zewnątrz. Dodatkowo, 3I/ATLAS wykazuje przyspieszenie, które nie jest zgodne z przewidywaniami opartymi wyłącznie na grawitacji, co jeszcze bardziej podsyca spekulacje na temat jej natury.

W odpowiedzi na te niepokojące sygnały, Międzynarodowa Sieć Ostrzegania przed Asteroidami (IAWN) ogłosiła bezprecedensową, globalną kampanię obserwacyjną, która potrwa do 27 stycznia 2026 roku. W inicjatywie biorą udział najlepsze teleskopy i laboratoria na całym świecie, a celem jest nie tylko dokładne zbadanie trajektorii i zachowania komety, ale także opracowanie nowych metod monitorowania podobnych obiektów w przyszłości.

Jednym z najbardziej znanych naukowców zaangażowanych w badania 3I/ATLAS jest profesor Avi Loeb z Uniwersytetu Harvarda. W ostatnich wypowiedziach Loeb nie ukrywa swoich obaw, sugerując, że tak nietypowy obiekt może być czymś więcej niż tylko naturalnym ciałem niebieskim. To może być kosmiczny koń trojański - ostrzega naukowiec, porównując sytuację do randki w ciemno, podczas której nie wiemy, z kim mamy do czynienia. Jego zdaniem, międzynarodowa społeczność powinna przygotować się na każdy scenariusz, w tym na możliwość, że 3I/ATLAS jest nośnikiem technologii obcej cywilizacji.

Oficjalne stanowisko NASA pozostaje uspokajające - według amerykańskiej agencji kosmicznej, kometa nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla Ziemi. Mimo to, IAWN już rozpoczęła intensywne monitorowanie obiektu, a specjalna sonda obronna została wysłana w kierunku komety, by zebrać jak najwięcej danych na temat jej budowy i zachowania.

Kosmiczny Teleskop Hubble’a po raz pierwszy sfotografował kometę 3I/ATLAS 21 lipca 2025 roku, gdy znajdowała się ona około 277 milionów mil od Ziemi. Obraz ukazał charakterystyczny, łzowaty kształt komety, otoczonej obłokiem pyłu, który oddziela się od jej lodowego jądra. Kolejna sesja obserwacyjna miała miejsce 30 listopada, kiedy kometa była już znacznie bliżej naszej planety. Dzięki szerokokątnej kamerze Wide Field Camera 3 udało się uzyskać jeszcze wyraźniejsze i bardziej szczegółowe zdjęcia.

Równolegle z obserwacjami Hubble’a, swoje instrumenty na kometę skierowała europejska sonda Jupiter Icy Moons Explorer (Juice), która obecnie zmierza w kierunku Jowisza i jego lodowych księżyców. W listopadzie Juice znalazła się w idealnej pozycji do obserwacji 3I/ATLAS z odległości około 66 milionów kilometrów. Sonda wykorzystała pięć zaawansowanych instrumentów naukowych oraz kamerę nawigacyjną NavCam, by uchwycić aktywność komety podczas jej przelotu w pobliżu Słońca.

Chociaż większość danych z Juice dotrze na Ziemię dopiero w lutym 2026 roku - ze względu na wykorzystanie głównej anteny jako osłony termicznej - zespół misji postanowił nie czekać i pobrał fragment jednego z obrazów. Zdjęcie ukazuje wyraźną komę, czyli świecącą otoczkę gazową wokół jądra komety, a także dwa ogony: jeden złożony z naładowanych cząstek plazmy, drugi - z drobnych cząstek pyłu.

Kometa 3I/ATLAS osiągnie swoje najbliższe podejście do Ziemi 19 grudnia 2025 roku, zbliżając się na odległość 270 milionów kilometrów. Jest to dystans znacznie większy niż odległość Ziemi od Słońca, a naukowcy zapewniają, że obiekt nie stanowi żadnego zagrożenia dla naszej planety. Przez najbliższe miesiące kometa pozostanie widoczna dla teleskopów i sond kosmicznych, zanim opuści nasz Układ Słoneczny i powędruje w nieznane.

Pełne dane z przelotu sondy Juice mają dotrzeć na Ziemię między 18 a 20 lutego 2026 roku. Oczekuje się, że będą zawierać obrazy o wysokiej rozdzielczości, a także szczegółowe informacje na temat składu chemicznego i struktury cząstek komety. Te dane mogą pozwolić naukowcom na dokładniejsze określenie miejsca pochodzenia 3I/ATLAS oraz zrozumienie, jak powstają i ewoluują obiekty międzygwiazdowe.

To zmienia historię! Brytyjscy naukowcy odkrywają, kto pierwszy rozpalił ogień

11 grudnia 2025, 13:06

Czwartek, 11 grudnia (13:06)

Brytyjscy naukowcy dokonali odkrycia, które może zrewolucjonizować naszą wiedzę o początkach ludzkości. Najnowsze badania dowodzą, że już 400 tysięcy lat temu pierwsi ludzie potrafili samodzielnie rozpalać ogień. To aż o 350 tysięcy lat wcześniej, niż sądzono do tej pory! Odkrycie śladów spalonej ziemi, krzemienia i fragmentów pirytu we wschodniej Anglii rzuca zupełnie nowe światło na ewolucję człowieka i jego zdolności adaptacyjne.

Ogień od zawsze fascynował człowieka. Dawał ciepło, światło, chronił przed dzikimi zwierzętami i pozwalał przygotować pożywienie. Przez lata naukowcy uważali, że umiejętność samodzielnego rozpalania ognia pojawiła się stosunkowo późno - najstarsze jednoznaczne dowody pochodziły ze stanowiska archeologicznego w północnej Francji i były datowane na zaledwie 50 tysięcy lat temu. Tymczasem najnowsze znaleziska z Suffolk we wschodniej Anglii cofają tę granicę aż o 350 tysięcy lat!

Przełomowe badania prowadzone były w nieczynnej gliniance w miejscowości Barnham, w hrabstwie Suffolk. To tam, już na początku XX wieku, odkryto pierwsze narzędzia kamienne, a od 2013 roku miejsce to ponownie stało się obiektem intensywnych badań brytyjskich naukowców.

W 2014 roku archeolodzy natrafili na pierwsze ślady ognia. Jednak długo nie było pewności, czy ognisko zostało rozpalone przez człowieka, czy miało ono naturalne pochodzenie.

Kluczowy okazał się moment, gdy wśród znalezisk odkryto dwa fragmenty pirytu żelaznego - minerału, który po uderzeniu w krzemień wytwarza iskry. Co istotne, piryt jest niezwykle rzadki w tym regionie, co sugeruje, że został on celowo przyniesiony na stanowisko archeologiczne w konkretnym celu - rozpalenia ognia.

Znaczenie tego odkrycia trudno przecenić.

Umiejętność rozpalania i kontrolowania ognia to jeden z najważniejszych momentów zwrotnych w historii ludzkości, przynoszący praktyczne i społeczne korzyści, które wpłynęły na ewolucję człowieka - podkreśla dr Rob Davis, archeolog paleolityczny z British Museum i współkierownik badań.

Ogień pozwalał nie tylko przetrwać w trudnych, zimnych warunkach, ale także przyczynił się do rozwoju języka, wzmacniania więzi społecznych czy przekazywania opowieści i mitów. 

Jak wyjaśnia dr Davis, "wszystko to umożliwiło ludziom lepszą adaptację, także w trudniejszych, zimniejszych warunkach, w tym w północnych szerokościach geograficznych, czyli w miejscach takich, jak Wielka Brytania".

Naukowcy ustalili, że ludzie, którzy rozpalili ogniska w wiosce Barnham w hrabstwie Suffolk, najprawdopodobniej nie byli Homo sapiens, lecz wczesnymi neandertalczykami.

Potwierdzają to skamieniałości z tego samego okresu, znalezione w Swanscombe w hrabstwie Kent oraz w Atapuerca w Hiszpanii, gdzie zachowało się DNA należące właśnie do wczesnych neandertalczyków.

Przeprowadzone badania geochemiczne wykazały, że ziemia w miejscu odkrycia była wielokrotnie podgrzewana do temperatury przekraczającej 700 stopni Celsjusza. To jednoznacznie wskazuje, że ludzie korzystali z tego samego paleniska wielokrotnie, a ogień był dla nich nieodłącznym elementem codzienności.

Popularna dieta może przyspieszać starzenie. Są nowe badania

10 grudnia 2025, 15:50

Środa, 10 grudnia (15:50)

Nowe badania sugerują, że restrykcyjna dieta ketogeniczna może przyspieszać procesy starzenia komórek u mężczyzn. Kluczową rolę odgrywają tu hormony płciowe, które wpływają na sposób, w jaki komórki radzą sobie ze stresem metabolicznym. Wyniki te rodzą pytania o długoterminowe bezpieczeństwo popularnych diet niskowęglowodanowych, zwłaszcza w kontekście zdrowia serca i nerek.

  • Badania wykazały, że restrykcyjna dieta keto przyspiesza starzenie komórek u samców myszy, prowadząc do uszkodzeń serca i nerek.
  • Kluczową rolę w ochronie przed tymi skutkami odgrywają hormony płciowe, zwłaszcza estrogen.
  • Wyniki sugerują, że długotrwałe stosowanie diety ketogenicznej może nieść ukryte ryzyko, szczególnie dla mężczyzn.

Dieta ketogeniczna, oparta na bardzo niskiej podaży węglowodanów i wysokiej zawartości tłuszczów, od lat cieszy się popularnością wśród osób chcących zredukować masę ciała lub poprawić kontrolę glikemii. Jednak najnowsze badania przeprowadzone przez naukowców z UT Health San Antonio rzucają nowe światło na potencjalne zagrożenia związane z długotrwałym stosowaniem tej diety, zwłaszcza przez mężczyzn.

W eksperymentach na myszach wykazano, że samce karmione dietą ketogeniczną przez kilka tygodni zaczęły gromadzić w sercu i nerkach komórki w stanie starzenia (senescencji). Komórki te przestają się dzielić, ale pozostają aktywne i wydzielają substancje prozapalne, co może prowadzić do przewlekłych stanów zapalnych i uszkodzeń narządów. W tym samym czasie samice myszy nie wykazywały podobnych zmian, mimo że ich organizmy również pozostawały w stanie ketozy.

Badacze zauważyli, że kluczową rolę w ochronie przed negatywnymi skutkami diety keto odgrywają hormony płciowe, szczególnie estrogen. Starsze samice myszy, u których poziom estrogenu naturalnie spada, zaczęły wykazywać podobne objawy jak samce - wzrost liczby komórek starzejących się i uszkodzenia tkanek. Co więcej, podanie estrogenu samcom myszy zahamowało negatywne skutki diety ketogenicznej, co potwierdza ochronne działanie tego hormonu.

Dieta ketogeniczna u samców myszy prowadziła także do wzrostu stresu oksydacyjnego - nadmiaru reaktywnych cząsteczek tlenu, które uszkadzają tłuszcze, białka i DNA. Obserwowano również podwyższone poziomy markerów zapalnych we krwi. Zastosowanie antyoksydantów, takich jak witamina C czy N-acetylocysteina, ograniczało te negatywne skutki, co wskazuje, że dieta keto może wywoływać silny stres metaboliczny, szczególnie u mężczyzn.

Choć eksperymenty przeprowadzono na zwierzętach, naukowcy podkreślają, że nie można bezpośrednio przenosić tych wyników na ludzi. Jednak już teraz wiadomo, że dieta ketogeniczna może wpływać na poziom cholesterolu i funkcjonowanie układu sercowo-naczyniowego. W jednym z badań u młodych kobiet stosujących dietę keto zaobserwowano znaczny wzrost poziomu "złego" cholesterolu LDL w porównaniu do osób na diecie tradycyjnej.

Dieta ketogeniczna pozostaje skuteczną terapią wspomagającą leczenie padaczki lekoopornej, zwłaszcza u dzieci. Jednak w przypadku osób stosujących ją głównie w celu odchudzania lub poprawy kontroli cukru, długofalowe skutki zdrowotne pozostają niejasne. Eksperci podkreślają, że tak restrykcyjny sposób odżywiania powinien być stosowany pod ścisłą kontrolą lekarza, a osoby decydujące się na dietę keto powinny regularnie monitorować stan zdrowia.

Nowe badania wskazują, że odpowiedź organizmu na dietę ketogeniczną może być silnie uzależniona od płci i poziomu hormonów. Dlatego decyzja o przejściu na taką dietę powinna być poprzedzona konsultacją ze specjalistą, a jej stosowanie wymaga regularnych badań laboratoryjnych. Dieta keto to silny test dla metabolizmu, który nie zawsze jest bezpieczny dla każdego.

Jak dieta ketogeniczna wpływa na mózg? Nowe badania naukowców

źródło: earth.com

Sensacyjne doniesienia astronomów. Uran i Neptun mogą być inne niż myśleliśmy

10 grudnia 2025, 15:29

Środa, 10 grudnia (15:29)

Planety Układu Słonecznego zwykle dzieli się w zależności od ich składu na trzy kategorie. To cztery skaliste planety ziemskie, czyli Merkury, Wenus, Ziemia i Mars, dwa gazowe olbrzymy Jowisz i Saturn, wreszcie dwa lodowe olbrzymy Uran i Neptun. Czy jednak te dwie ostatnie planety na pewno są lodowe? Najnowsze wyniki badań zespołu naukowców z Uniwersytetu w Zurychu (UZH) stawiają tu znak zapytania. W pracy opublikowanej właśnie na łamach czasopisma "Astronomy and Astrophysics" naukowcy nie wykluczają, że wnętrze tych planet może być bardziej skaliste niż lodowe.

  • Uran i Neptun mogą być bardziej skaliste, niż dotąd sądzono.
  • Nowa metoda modelowania wnętrza planet łączy podejście fizyczne i empiryczne.
  • Dotychczasowa klasyfikacja "lodowych olbrzymów" może być zbyt uproszczona.
  • Badania rzucają nowe światło na złożone pola magnetyczne tych planet.
  • Naukowcy apelują o wysłanie dedykowanych misji na Urana i Neptuna.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Co istotne, nowe badanie nie dowodzi jednoznacznie żadnej hipotezy. Autorzy pracy nie stwierdzają wprost, czy te dwie niebieskie planety mają wnętrze bogate w wodę i lód, czy skały, raczej kwestionują, że dotychczas uznawana za pewnik ich lodowa struktura jest jedyną możliwością. Ich interpretacja jest również zgodna z odkryciem, że planeta karłowata Pluton ma głównie skalną budowę.

Zespół opracował unikalny proces symulacji wnętrza Urana i Neptuna. Klasyfikacja tych planet jako lodowe olbrzymy jest zbyt uproszczona, ponieważ Uran i Neptun są nadal słabo poznane - podkreśla Luca Morf, doktorant na Uniwersytecie w Zurychu i główny autor badania. Modele oparte na fizyce były zbyt obciążone wstępnymi założeniami, podczas gdy modele oparte na doświadczeniu są zbyt uproszczone. Połączyliśmy oba podejścia, aby uzyskać modele wnętrza, które są zarówno pozbawione wstępnych uprzedzeń, jak i jednocześnie fizycznie spójne - dodaje. 

W tym celu autorzy pracy zaczynają od losowego profilu gęstości wnętrza planety. Następnie obliczają pole grawitacyjne planety zgodne z danymi obserwacyjnymi i na tej podstawie wyprowadzają korekty możliwego składu. Proces jest powtarzany, aby uzyskać jak najlepsze dopasowanie modeli do danych obserwacyjnych. Dzięki temu modelowi, zespół z Uniwersytetu w Zurychu odkrył, że potencjalny skład wewnętrzny "lodowych" olbrzymów naszego Układu Słonecznego wcale nie musi ograniczać się tylko do lodu i wody. To coś, co zasugerowaliśmy po raz pierwszy prawie 15 lat temu, a teraz mamy metody numeryczne, by to udowodnić - tłumaczy inicjatorka projektu prof. Ravit Helled. 

Nowy zakres składu wewnętrznego pokazuje, że obie planety mogą być albo bogate w wodę, albo bogate w skały. Badanie przynosi również nowe spojrzenie na zagadkowe pola magnetyczne Urana i Neptuna. Podczas gdy Ziemia ma wyraźne północne i południowe bieguny magnetyczne, pola magnetyczne Urana i Neptuna są bardziej złożone i mają więcej niż dwa bieguny. Nasze modele zawierają tzw. warstwy „jonowej wody”, które generują pole magnetyczne w miejscach wyjaśniających obserwowane efekty. Odkryliśmy również, że pole magnetyczne Urana pochodzi z głębszych warstw niż Neptuna - wyjaśnia prof. Helled.

Praca przynosi wciąż wiecej znaków zapytania, niż odpowiedzi. Jednym z głównych problemów jest to, że fizycy wciąż słabo rozumieją, jak materiały zachowują się w egzotycznych warunkach ciśnienia i temperatury panujących w sercu planety, co może mieć wpływ na nasze wyniki - podkreśla Luca Morf. Zarówno Uran, jak i Neptun mogą być skalistymi gigantami lub lodowymi gigantami, w zależności od założeń modelu. Obecne dane są niewystarczające, by rozróżnić te dwie możliwości, dlatego potrzebujemy dedykowanych misji na Urana i Neptuna, które mogą ujawnić ich prawdziwą naturę - podsumowuje prof. Ravit Helled.

Przełomowe ustalenia naukowców. Siwe włosy mogą chronić przed rakiem

10 grudnia 2025, 13:53

Środa, 10 grudnia (13:53)

Nowe badania sugerują, że siwienie włosów może być nie tylko oznaką starzenia, ale także naturalnym mechanizmem obronnym organizmu przed rozwojem nowotworów. Naukowcy odkryli, że proces ten jest powiązany z reakcją komórek na uszkodzenia DNA, które mogą prowadzić do powstawania raka.

  • Siwienie włosów może być efektem działania mechanizmu chroniącego organizm przed rozwojem nowotworów.
  • Badania na myszach wykazały, że komórki odpowiedzialne za pigmentację włosów reagują na uszkodzenia DNA, wybierając między siwieniem a niekontrolowanym podziałem prowadzącym do raka.
  • Odkrycie to może zmienić postrzeganie siwienia jako wyłącznie oznaki starzenia i otwiera nowe możliwości badań nad ochroną przed nowotworami u ludzi.

Siwienie włosów od dawna uznawane jest za jeden z najbardziej widocznych objawów starzenia się organizmu. Jednak najnowsze badania naukowców sugerują, że proces ten może mieć znacznie głębsze znaczenie biologiczne. 

Według opublikowanych w prestiżowym czasopiśmie "Nature Cell Biology" wyników badań siwe włosy mogą być sygnałem, że organizm aktywuje mechanizmy obronne chroniące przed rozwojem nowotworów.

Za kolor naszych włosów odpowiadają melanocyty - komórki produkujące melaninę, czyli pigment. Kluczową rolę odgrywają tu tzw. komórki macierzyste melanocytów, które odnawiają się w mieszku włosowym przez całe życie. Wraz z wiekiem lub pod wpływem szkodliwych czynników, takich jak promieniowanie UV czy niektóre substancje chemiczne, komórki te mogą ulegać uszkodzeniom DNA.

Naukowcy z Uniwersytetu Tokijskiego, prowadząc badania na myszach, zaobserwowali, że w odpowiedzi na uszkodzenia DNA komórki macierzyste melanocytów mogą wybrać jedną z dwóch dróg. Pierwsza z nich to zatrzymanie podziałów komórkowych i wejście w tzw. stan senescencji, co skutkuje utratą pigmentu i pojawieniem się siwych włosów. Druga droga to niekontrolowane namnażanie się uszkodzonych komórek, co może prowadzić do powstania nowotworu.

Badania, które opisuje serwis Live Science, wykazały, że ekspozycja na promieniowanie jonizujące powoduje, iż komórki macierzyste melanocytów szybciej dojrzewają i przechodzą w stan senescencji. W efekcie rezerwy tych komórek w mieszku włosowym wyczerpują się, a włosy tracą kolor. Ten proces, choć prowadzi do siwienia, chroni organizm przed przekazywaniem uszkodzonego materiału genetycznego do kolejnych pokoleń komórek, zmniejszając tym samym ryzyko rozwoju nowotworu.

Z kolei kontakt z niektórymi substancjami chemicznymi, takimi jak DMBA - związkiem wykorzystywanym w badaniach nad rakiem - może blokować ten mechanizm ochronny. W takich przypadkach komórki nie przechodzą w stan senescencji, zachowując zdolność do produkcji pigmentu, ale jednocześnie zwiększając ryzyko powstania nowotworu.

Odkrycia naukowców pokazują, że los komórek macierzystych melanocytów zależy od rodzaju stresu, na jaki są narażone. W przypadku promieniowania jonizującego uruchamiany jest mechanizm ochronny prowadzący do siwienia, natomiast niektóre substancje chemiczne mogą ten mechanizm omijać, zwiększając ryzyko nowotworów.

Profesor Emi Nishimura, główna autorka badań, podkreśla, że te dwa pozornie niezwiązane ze sobą procesy - siwienie włosów i powstawanie czerniaka - są w rzeczywistości różnymi odpowiedziami tych samych komórek na stres i uszkodzenia DNA.

Naukowcy zapowiadają, że kolejnym krokiem będzie sprawdzenie, czy podobne mechanizmy zachodzą w ludzkich mieszkach włosowych. Jeśli wyniki badań na myszach potwierdzą się u ludzi, może to otworzyć nowe możliwości w profilaktyce i leczeniu nowotworów, a także zmienić nasze postrzeganie siwienia włosów jako wyłącznie oznaki starzenia.

Siwienie włosów może być nie tylko efektem upływu czasu, ale również sygnałem, że organizm skutecznie broni się przed rozwojem nowotworów. Najnowsze badania wskazują, że mechanizmy odpowiedzialne za utratę pigmentu w włosach mogą chronić przed niekontrolowanym rozwojem komórek nowotworowych. Odkrycie to otwiera nowe kierunki badań i może mieć istotne znaczenie dla profilaktyki raka w przyszłości.

CZYTAJ TEŻ: Naturalny sposób na siwe włosy. Tak odejmiesz sobie lat!

Plamy słoneczne coraz większe. Będzie powtórka Zdarzenia Carringtona?

10 grudnia 2025, 13:05

Środa, 10 grudnia (13:05)

Na powierzchni Słońca zaobserwowano ogromne plamy słoneczne oznaczone jako AR 4294-96, które swoim rozmiarem i aktywnością przypominają te, które poprzedziły słynne Zdarzenie Carringtona z 1859 roku. To właśnie wtedy Ziemię nawiedziła najpotężniejsza w historii burza geomagnetyczna, która sparaliżowała ówczesną technologię i wywołała zorze polarne widoczne niemal na całym świecie.

Wydarzenie z 1859 roku przeszło do historii jako moment, w którym natura pokazała swoją siłę. Potężny rozbłysk słoneczny i następujący po nim koronalny wyrzut masy uderzył w ziemską magnetosferę, powodując globalne zakłócenia w sieciach telegraficznych. Aparaty telegraficzne działały bez zasilania, a niektóre nawet ulegały uszkodzeniom z powodu indukowanych prądów. Zorze polarne rozświetliły niebo nie tylko nad biegunami, ale także w miejscach, gdzie nigdy wcześniej ich nie widziano - od Hawajów po Karaiby.

Obecnie naukowcy nie przewidują, by nadchodzące dni miały przynieść aż tak dramatyczne skutki. Choć rozmiary i aktywność plam słonecznych są imponujące, szanse na powtórkę scenariusza z XIX wieku są minimalne. Jednak nie można całkowicie wykluczyć silnych rozbłysków słonecznych i koronalnych wyrzutów masy, które mogłyby uderzyć w Ziemię.

Jeśli do tego dojdzie, skutki mogą być odczuwalne na wielu płaszczyznach. Najbardziej narażone są satelity - zarówno te odpowiadające za komunikację, jak i systemy nawigacyjne GPS czy sieć Starlink. W przypadku silnej burzy geomagnetycznej mogą wystąpić zakłócenia sygnału, a nawet przyspieszone opadanie satelitów na niższe orbity, co zwiększa ryzyko ich deorbitacji.

Burze słoneczne mogą również wpłynąć na funkcjonowanie sieci energetycznych. W przeszłości zdarzały się już przypadki, gdy silna aktywność słoneczna prowadziła do awarii transformatorów i przerw w dostawie prądu. Zakłócenia mogą dotknąć także łączności radiowej, co utrudni pracę służbom ratunkowym i komunikację na dużą skalę.

Eksperci uspokajają jednak, że nie grozi nam scenariusz rodem z filmów katastroficznych. Współczesna elektronika jest lepiej zabezpieczona niż ta w XIX wieku, a operatorzy sieci energetycznych i satelitarnych są przygotowani na ewentualne zakłócenia.

Jednym z najbardziej widowiskowych efektów burz słonecznych są zorze polarne. Przy wyjątkowo silnych rozbłyskach mogą być widoczne nawet w miejscach oddalonych od biegunów - także w Polsce. Warunkiem jest jednak bezchmurne niebo i odpowiednia pora. To właśnie zorze polarne mogą stać się najbardziej spektakularnym, ale i bezpiecznym efektem obecnej aktywności słonecznej.

Kosmiczna blizna. Ślad po bliskim spotkaniu sprzed milionów lat

9 grudnia 2025, 20:30
  • Wtorek, 9 grudnia (20:30)

    Nowe badania ujawniają, że niemal 4,5 miliona lat temu dwie masywne, gorące gwiazdy przeszły niezwykle blisko Słońca, pozostawiając trwały ślad w otaczających Układ Słoneczny chmurach gazu i pyłu. To odkrycie rzuca nowe światło na historię i ewolucję naszego kosmicznego sąsiedztwa.

    • Około 4,4 miliona lat temu dwie gorące gwiazdy - Epsilon Canis Majoris (Adhara) i Beta Canis Majoris (Mirzam) - minęły Słońce w odległości zaledwie 30-35 lat świetlnych.
    • Gwiazdy wyemitowały silne promieniowanie ultrafioletowe, które zjonizowało lokalne chmury gazu i pyłu wokół Układu Słonecznego.
    • Zjawisko to może mieć wpływ na warunki sprzyjające powstaniu i ewolucji życia na Ziemi.
    • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

    Najnowsze badania astrofizyczne wskazują, że niemal 4,5 miliona lat temu dwie masywne gwiazdy - Epsilon Canis Majoris i Beta Canis Majoris - przeszły w pobliżu naszego Słońca. Według naukowców z Uniwersytetu Kolorado w Boulder gwiazdy te znalazły się w odległości zaledwie 30-35 lat świetlnych od Ziemi, co w skali kosmicznej nie jest dużym dystansem.   

    Przemieszczające się "w pobliżu" Układu Słonecznego gwiazdy, znacznie gorętsze i jaśniejsze od Słońca, wyemitowały potężne dawki promieniowania ultrafioletowego. To właśnie ono zjonizowało lokalne chmury gazu i pyłu, otaczające nasz Układ Słoneczny. Efekty tego zdarzenia są widoczne do dziś - naukowcy obserwują podwyższony poziom zjonizowanego wodoru i helu w lokalnych obłokach międzygwiazdowych.   

    Od dziesięcioleci badacze zastanawiali się nad przyczyną wysokiego poziomu jonizacji w tych obłokach. Najnowsze modele komputerowe pozwoliły cofnąć się w czasie i prześledzić ruchy gwiazd oraz zmiany w otoczeniu Słońca. Okazało się, że nie tylko gorące gwiazdy, ale także wybuchy supernowych i obecność białych karłów mogły przyczynić się do obecnego stanu lokalnych obłoków.

    Obecnie Epsilon i Beta Canis Majoris znajdują się ponad 400 lat świetlnych od Ziemi. Szacuje się, że w ciągu kilku milionów lat obie gwiazdy zakończą swoje życie jako supernowe. Eksplozje te nie będą stanowić zagrożenia dla naszej planety, ale mogą zapewnić niezwykły spektakl na niebie dla przyszłych obserwatorów.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Pojazdy elektryczne nie zagrażają pieszym bardziej niż spalinowe

9 grudnia 2025, 18:05

Wtorek, 9 grudnia (18:05)

Pojazdy elektryczne nie stanowią większego zagrożenia dla pieszych niż pojazdy konwencjonalne, przekonują na łamach czasopisma "Nature Communications" naukowcy z Uniwersytetu w Leeds. Przeprowadzone przez nich analizy dotyczące kolizji w Wielkiej Brytanii z udziałem pieszych i samochodów nie wykazały istotnej różnicy we wskaźnikach ofiar wśród pieszych pomiędzy pojazdami elektrycznymi a spalinowymi. Autorzy pracy przekonują, że obawy związane z cichszą jazdą i większą masą elektryków się nie potwierdziły.

  • Obawiano się, że pojazdy elektryczne zwiększą liczbę kolizji z pieszymi, ponieważ są cichsze niż tradycyjne pojazdy.
  • W latach 2019-2023 wskaźnik ofiar wśród pieszych wynosił 57,8 na miliard przejechanych mil dla pojazdów elektrycznych i 58,9 dla pojazdów spalinowych.
  • Obrażenia odniesione przez pieszych w wypadkach z udziałem pojazdów elektrycznych nie były poważniejsze niż te spowodowane przez samochody konwencjonalne.
  • Większość pojazdów elektrycznych to nowe i droższe modele, wyposażone w zaawansowane systemy bezpieczeństwa, co może przyczyniać się do ograniczania liczby i skutków wypadków.
  • Od lipca 2019 roku wszystkie nowe pojazdy elektryczne i hybrydowe muszą być wyposażone w Akustyczny System Ostrzegania Pojazdu (AVAS), który emituje dźwięk podczas jazdy, zmniejszając ryzyko niezauważenia przez pieszych.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Autor pracy, prof. Zia Wadud z Uniwersytetu Leeds przeanalizował dane z Wielkiej Brytanii dotyczące kolizji z udziałem pieszych i pojazdów. Badanie wykazało, że przy około 250 miliardach mil przejechanych rocznie przez samochody w Wielkiej Brytanii, średnie wskaźniki ofiar wśród pieszych wynosiły w latach 2019–2023 dla pojazdów elektrycznych 57,8 na miliard przejechanych mil, a dla pojazdów nieelektrycznych - 58,9. To praktycznie identyczny wynik. Stwierdzono również, że w tych wypadkach obrażenia odniesione przez pieszych nie były poważniejsze, gdy spowodował je pojazd elektryczny, niż gdy spowodował je samochód spalinowy - mimo przeciętnie większej masy pojazdów elektrycznych.

Profesor Wadud podkreśla, że wyniki te rozwieją wszelkie błędne przekonania dotyczące bezpieczeństwa pojazdów elektrycznych. Istniały dwie obawy dotyczące pojazdów EV i bezpieczeństwa na drogach. Po pierwsze, obawiano się, że pojazdy elektryczne zwiększą liczbę kolizji z pieszymi, ponieważ są cichsze niż tradycyjne pojazdy. Po drugie, zastanawiano się, czy w przypadku kolizji obrażenia pieszych nie będą poważniejsze, gdy w zdarzeniu uczestniczy pojazd elektryczny, ze względu na większą masę tych pojazdów. Nasze wyniki pokazują, że tak nie jest - przekonuje Wadud. 

Jak sugeruje autor pracy, jednym z możliwych wyjaśnień tych wyników jest fakt, że większość floty pojazdów elektrycznych jest znacznie nowsza i droższa, a więc zazwyczaj wyposażona w lepsze technologie bezpieczeństwa, niż większość obecnych na drogach pojazdów z silnikami spalinowymi. To te technologie pomagają unikać wypadków lub ograniczać skutki zderzeń. Mimo że pojazdy elektryczne zazwyczaj ważą około 300 kilogramów więcej, niż samochody konwencjonalne, dodatkowa masa baterii nie powoduje poważniejszych obrażeń pieszych. Co więcej, o ile wczesne modele EV były początkowo znane z bardzo cichej pracy, od lipca 2019 roku wszystkie nowe typy pojazdów elektrycznych i hybrydowych muszą być wyposażone w Akustyczny System Ostrzegania Pojazdu (AVAS), który emituje dźwięk podczas jazdy, zmniejszając ryzyko.

Obecne badanie rozróżniało pojazdy w pełni elektryczne od hybryd, które łączą napęd bateryjny z silnikami spalinowymi. Wcześniejsze badania często grupowały hybrydy razem z EV, co według profesora Waduda zniekształcało wyniki. Po rozdzieleniu okazało się, że to hybrydy wykazują wyższe wskaźniki potrąceń pieszych niż pojazdy elektryczne i konwencjonalne. To aż 120,14 wypadków na miliard przejechanych mil. Zdaniem autora pracy może to wynikać z ich znacznego wykorzystania jako pojazdów do wynajmu z kierowcą. Oznacza to, że pokonują znacznie większe dystanse niż przeciętny samochód i są głównie używane w centrach miast i ich okolicach, gdzie ryzyko kolizji z pieszymi jest najwieksze. Jednak i tu obrażenia pieszych zazwyczaj są mniej poważne niż te spowodowane przez samochody konwencjonalne.

Elektryfikacja pojazdów jest postrzegana jako kluczowa droga do redukcji emisji gazów cieplarnianych z transportu. Korzystanie z EV jest obecnie aktywnie wspierane przez rządy wielu krajów. W związku z tym liczba pojazdów elektrycznych szybko rośnie, co sprawia, że zrozumienie ich szerszych skutków jest ważniejsze niż kiedykolwiek.

Powinniśmy mniej martwić się potencjalnymi zagrożeniami ze strony pojazdów elektrycznych, a bardziej rosnącą liczbą SUV-ów na drogach kraju. Niezależnie od napędu, te większe, cięższe pojazdy nie tylko stanowią większe zagrożenie dla bezpieczeństwa, ale także zajmują więcej miejsca na drodze i emitują więcej dwutlenku węgla w całym cyklu życia - podkreśla Wadud.

Autor pracy korzystał z bazy danych STATS19 dotyczącej bezpieczeństwa drogowego Wielkiej Brytanii, oficjalnego zestawu danych Departamentu Transportu używanego do rejestrowania i analizowania wypadków drogowych zgłaszanych policji w całym kraju. Wykorzystano najnowsze dostępne dane z lat 2019-2023. Według tych danych w tym okresie 71 979 pieszych zostało potrąconych przez samochody, taksówki lub pojazdy do wynajmu z kierowcą. Spośród nich pojazdy hybrydowe były odpowiedzialne za 5 303 ofiary wśród pieszych (7,36 proc.), a pojazdy elektryczne za 996 ofiar (1,38 prof.). Pozostałe 65 680 zdarzeń (91,25 prof.) dotyczyło pojazdów konwencjonalnych. Chociaż liczby ofiar dla pojazdów elektrycznych i konwencjonalnych różnią się znacząco, po uwzględnieniu przejechanych mil i liczby pojazdów na drodze wskaźniki ofiar są bardzo podobne. Dane obejmują zarówno lekkie, jak i poważne obrażenia oraz zgony.

Profesor Wadud zaznacza, że chociaż obecne pojazdy elektryczne są równie bezpieczne jak pojazdy z silnikami spalinowymi jeżdżące po drogach Wielkiej Brytanii, przyszłe badania powinny pomóc ocenić, czy tak samo byłoby, gdyby oba typy pojazdów miały podobny poziom technologii bezpieczeństwa.

Zarządzanie, strategia i przywództwo to Twój świat? Potrzebujesz czegoś więcej niż tylko tytułu magistra

9 grudnia 2025, 00:00

Gdy myślisz o przyszłości, widzisz się na wysokim szczeblu zarządzania, gdzie od Twoich strategicznych decyzji będzie zależał los całego przedsiębiorstwa? Czujesz, że jesteś urodzonym przywódcą i chcesz konsekwentnie zdobywać szczyty wiedzy menedżerskiej, by spełnić swoje marzenie? Po studiach magisterskich istnieją kolejne etapy edukacji wyższej skoncentrowanej na zaawansowanych umiejętnościach zarządzania – studia MBA oraz Executive MBA. To naturalna ścieżka dla liderów biznesu – sprawdź, czy również dla Ciebie!

Studia MBA to inwestycja, która zwraca się wielokrotnie na przestrzeni całej kariery. W ich trakcie rozwijasz perspektywę strategiczną, wzmacniasz efektywność swoich działań i budujesz pewność w podejmowaniu decyzji - wartości, które wraz z latami pracy w biznesie dojrzewają i nabierają jeszcze większego znaczenia.

Mocne, menedżerskie wykształcenie niesie ze sobą również niepodważalny wpływ na Twoje finanse. Zgodnie z Ogólnopolskim Badaniem Wynagrodzeń (OBW) z 2023 roku, średnia pensja miesięczna osób z tytułem MBA wynosiła 15 300 zł. Dla porównania, specjaliści bez tego stopnia otrzymywali przeciętnie 7 100 zł, co wyraźnie obrazuje, że ukończenie tych studiów otwiera perspektywę wysokich zarobków.

To oczywiście nie koniec korzyści:

  • Unikalny styl liderski - w trakcie studiów zyskujesz czas i przestrzeń, by przyjrzeć się swojemu sposobowi zarządzania. Zaczynasz rozumieć, dlaczego podejmujesz takie, a nie inne decyzje, jak Twój styl wpływa na zespół i gdzie tkwią Twoje naturalne talenty przywódcze.
  • Droga do rad nadzorczych - kwalifikacje zdobyte podczas studiów umożliwiają Ci aplikowanie do rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa. To niezwykle prestiżowa rola i szansa na prawdziwy wpływ na decyzje w instytucjach istotnych dla polskiej gospodarki.

Jednak studia MBA to nie koniec edukacyjnej ścieżki w kierunku sukcesu zawodowego. Jeśli pragniesz osiągnąć mistrzostwo w biznesie, masz jeszcze inne możliwości do wyboru.

Executive Master of Business Administration to zaawansowane studia menedżerskie zaprojektowane z myślą o doświadczonych liderach, menedżerach i wyższej kadrze kierowniczej, która chce rozwijać swoje eksperckie kompetencje przywódcze na najwyższym poziomie. W porównaniu do studiów MBA program studiów Executive MBA porusza dodatkowo zagadnienia z obszaru zarządzania strategicznego, operacyjnego i kryzysowego, finansów międzynarodowych, employer brandingu oraz strategii stosowanych w e-biznesie.

Decydując się na studia Executive MBA, wysyłasz w świat biznesu sygnał, że jesteś kimś, kto poważnie traktuje rozwój i potrafi myśleć na wysokim poziomie strategicznym. To wsparcie dla Twojej reputacji jako osoby kompetentnej, gotowej na wyzwania i godnej zaufania w złożonych sytuacjach biznesowych.

Inwestycja w Executive MBA zapewnia trwałe korzyści, które będą procentować w Twojej karierze przez wiele lat. Studia kształtują długofalowe myślenie strategiczne i budują pewność siebie oraz skuteczność działania, co w środowisku biznesowym staje się nieocenionym kapitałem.

Planując edukację wyższą, warto wybrać uczelnię, która będzie wspierać Twój rozwój biznesowy na każdym etapie. Wyższa Szkoła Kształcenia Zawodowego ma w swojej ofercie zarówno studia MBA (również te mocno wyspecjalizowane w kierunku konkretnej dziedziny np. ochrony zdrowia, IT czy prawa), jak i studia Executive MBA, które odbywają się z wykorzystaniem metod i technik kształcenia na odległość. 

Dzięki takiemu rozwiązaniu słuchacze nie muszą rezygnować z codziennych obowiązków zawodowych, a materiał dydaktyczny mogą realizować wedle własnego harmonogramu dnia. Dodatkowo WSKZ współpracuje z wybitną kadrą ekspertów z polskich oraz zagranicznych uczelni, co przekłada się na wysoką jakość kształcenia i globalną perspektywę biznesową.

Wyższa Szkoła Kształcenia Zawodowego dołącza do święta rabatów Black Weeks oferując znaczne upusty na kształcenie, w tym 10% rabatu na studia MBA. Dzięki promocji można także otrzymać do 30% zniżki na pierwszy rok studiów licencjackich i magisterskich. Teraz jest najlepszy czas, by rozpocząć edukacyjną podróż po sukces - wejdź na https://studia-online.pl/black-week i dowiedz się więcej!

Czarna dziura wybucha i wyrzuca materię z niebywałą prędkością

9 grudnia 2025, 14:39

Wtorek, 9 grudnia (14:39)

Astronomowie korzystający z rentgenowskich teleskopów kosmicznych XMM-Newton i XRISM zaobserwowali nigdy wcześniej niewidziany wybuch supermasywnej czarnej dziury. Na łamach czasopisma "Astronomy and Astrophysics" opisują zjawisko, które doprowadziło do wyrzucenia materii w przestrzeń kosmiczną z oszałamiającą prędkością 60 000 km na sekundę. Ta gigantyczna czarna dziura kryje się w galaktyce spiralnej NGC 3783, odległej od Ziemi o 130 milionów lat świetlnych.

  • Po raz pierwszy zaobserwowano ultraszybki wiatr materii wyrzucony przez supermasywną czarną dziurę.
  • Prędkość wyrzuconej materii osiągnęła aż 60 000 km/s.
  • Zjawisko miało miejsce w galaktyce NGC 3783, oddalonej o 130 milionów lat świetlnych od Ziemi.
  • Obserwacje przeprowadzono przy użyciu teleskopów XMM-Newton i XRISM.
  • Mechanizm wyrzutu materii przypomina koronalne wyrzuty masy ze Słońca, ale w znacznie większej skali.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

W galaktyce NGC 3783 pięknie sfotografowanej niedawno przez Kosmiczny Teleskop Hubble’a, astronomowie zauważyli jasny błysk rentgenowski od czarnej dziury, który szybko zgasł. Wkrótce pojawił się tam wiatr materii szalejący z prędkością jednej piątej prędkości światła. Nigdy wcześniej nie obserwowaliśmy, jak czarna dziura tworzy wiatr materii uciekającej z taką szybkością. Po raz pierwszy też zobaczyliśmy, jak szybki wybuch promieniowania rentgenowskiego z czarnej dziury natychmiast wywołuje ultraszybki wiatr, formujący się w ciągu zaledwie jednego dnia - mówi główny badacz, Liyi Gu z Organizacji Badań Kosmicznych Holandii (SRON).

Aby zbadać NGC 3783 i jej czarną dziurę, Gu i współpracownicy jednocześnie wykorzystali kosmiczne obserwatorium Europejskiej Agencji Kosmicznej XMM-Newton oraz misję XRISM (X-Ray Imaging and Spectroscopy Mission), prowadzoną przez Japońską Agencję Kosmiczną JAXA przy współudziale ESA i NASA. Czarna dziura, o której mowa, ma masę równą 30 milionom Słońc. Pożerając pobliską materię, zasila niezwykle jasny i aktywny obszar w centrum galaktyki spiralnej. Ten obszar, znany jako aktywne jądro galaktyczne (AGN), świeci we wszystkich rodzajach światła i wyrzuca w przestrzeń potężne strumienie (dżety) promieniowania i materii.

AGN to naprawdę fascynujące i intensywne rejony, kluczowe cele obserwacji zarówno dla XMM-Newton, jak i XRISM. Wiatry materii wokół tej czarnej dziury wydają się powstawać, gdy splątane pole magnetyczne AGN nagle się "rozplątuje". To podobnie jak błyski Słońca, ale w skali niewyobrażalnie większej - tłumaczy współautor odkrycia, Matteo Guainazzi z projektu XRISM w ESA. 

Strumienie materii z tej czarnej dziury przypominają duże słoneczne wybuchy znane jako koronalne wyrzuty masy, które powstają, gdy Słońce wyrzuca strumienie przegrzanej materii w przestrzeń. W ten sposób badanie pokazuje, że supermasywne czarne dziury czasami zachowują się nieco jak nasza własna gwiazda, co sprawia, że te tajemnicze obiekty wydają się nieco mniej obce.

Aktywne jądra galaktyczne odgrywają dużą rolę w ewolucji ich galaktyk macierzystych na przestrzeni czasu oraz w procesie powstawania nowych gwiazd. Lepsze poznanie magnetyzmu AGN i sposobu, w jaki powstają takie wyrzuty masy jest kluczowe dla zrozumienia historii galaktyk w całym Wszechświecie - podkreśla współautorka pracy, stypendystka ESA, Camille Diez.

XMM-Newton to pionierski instrument do badań gorącego i ekstremalnego Wszechświata, który działa od ponad 25 lat, podczas gdy XRISM od momentu startu we wrześniu 2023 roku pracuje nad odpowiedzią na kluczowe pytania dotyczące sposobu, w jaki materia i energia przemieszczają się w kosmosie. 

Oba rentgenowskie teleskopy kosmiczne współpracowały przy tych konkretnych obserwacjach, by lepiej zarejestrować i zrozumieć to unikatowe zdarzenie. XMM-Newton śledził ewolucję początkowego błysku za pomocą swojego Monitora Optycznego oraz oceniał zakres prędkości strumieni materii przy pomocy Europejskiej Kamery Obrazowania Fotonów (EPIC). XRISM zaobserwował błysk i wiatr materii z pomocą instrumentu Resolve, badając także prędkość, strukturę strumieni materii oraz sposób ich wyrzutu w przestrzeń.

Amerykanie jedzą pestycydy na potęgę. Oto lista "Brudnych produktów"

9 grudnia 2025, 11:49

Wtorek, 9 grudnia (11:49)

Czy wiesz, co tak naprawdę znajduje się na Twoich ulubionych owocach i warzywach? Najnowszy przewodnik EWG dla kupujących za rok 2025 rzuca światło na obecność pestycydów w świeżych produktach, które spożywają Amerykanie. Poznaj listy "Czysta piętnastka" i "Brudna dwunastka".

Każdego roku Environmental Working Group (EWG), amerykańska organizacja non-profit zajmująca się ochroną zdrowia środowiskowego, analizuje tysiące próbek owoców i warzyw, by sprawdzić, ile pestycydów znajduje się na talerzach. Przewodnik opublikowany w grudniu 2025 roku opiera się na badaniach 53 692 próbek 47 rodzajów owoców i warzyw, testowanych przez Departament Rolnictwa USA (USDA). Co istotne, próbki były myte i przygotowywane tak, jak robią to konsumenci w domu - mimo to wykryto aż 265 różnych pestycydów.

Niemal 60 proc. próbek z listy "Czysta piętnastka" (Clean Fifteen) nie zawierało żadnych wykrywalnych pozostałości pestycydów. W tej grupie znalazły się m.in. awokado, papaja, ananas, cebula, słodka kukurydza, a także debiutujące w tym roku kalafior i banany.

Lista "Czysta piętnastka" EWG 2025:

  • Ananas
  • Słodka kukurydza (świeża i mrożona)
  • Awokado
  • Papaja
  • Cebula
  • Słodki groszek (mrożony)
  • Szparagi
  • Kapusta
  • Arbuz
  • Kalafior
  • Banany
  • Mango
  • Marchew
  • Grzyby
  • Kiwi

Po drugiej stronie rankingu EWG znajduje się "Brudna dwunastka" (Dirty Dozen) - czyli 12 owoców i warzyw najbardziej zanieczyszczonych pestycydami. Aż 95 proc. próbek z tej listy zawierało ślady pestycydów, a niektóre, jak jeżyny czy ziemniaki, dołączyły do zestawienia po raz pierwszy na podstawie najnowszych danych USDA.

Niepokojące informacje dotyczą także ziemniaków - w prawie 90 proc. próbek wykryto chlorpropham, środek zapobiegający kiełkowaniu, który został zakazany w Unii Europejskiej z powodu zagrożeń dla zdrowia.

Lista "Brudna dwunastka" EWG 2025:

  • Szpinak
  • Truskawki
  • Jarmuż, boćwina i gorczyca
  • Winogrona
  • Brzoskwinie
  • Wiśnie
  • Nektarynki
  • Gruszki
  • Jabłka
  • Jeżyny
  • Borówki
  • Ziemniaki

Jak podkreślają eksperci, nie musisz rezygnować z owoców i warzyw. Dieta bogata w te produkty jest kluczowa dla zdrowia. Oto kilka rad, jak ograniczyć narażenie na pestycydy:

  • Kupuj produkty z listy "Brudnej Dwunastki" w wersji organicznej lub wybieraj mrożonki.
  • Dokładnie myj owoce i warzywa przed spożyciem - choć nie usuwa to wszystkich pestycydów, znacząco zmniejsza ich ilość.
  • Różnicuj dietę - unikaj spożywania dużych ilości jednego rodzaju warzywa lub owocu.

Jak sól wpływa na największych roślinożerców? Nowe badania

9 grudnia 2025, 11:15

Wtorek, 9 grudnia (11:15)

Międzynarodowy zespół naukowców pod kierunkiem badaczy z Northern Arizona University i City University of New York odkrył zaskakujący czynnik, który może decydować o tym, gdzie i w jakiej liczbie mogą żyć największe lądowe zwierzęta na Ziemi. Na łamach czasopisma "Nature Ecology and Evolution" przekonują, że tym czynnikiem jest dostępność soli. Ludzie żyją w świecie obfitującym w sól, ale ta codzienna przyprawa jest dla dzikich roślinożerców luksusem. Jest tylko kilka miejsc na świecie, gdzie te duże zwierzęta mogą pozyskać wystarczającą ilość sodu z lokalnej flory, by przetrwać.

Problem dotyczy w pewnym stopniu wszystkich roślinożerców - większość roślin nie potrzebuje soli i często zawiera jej jedynie śladowe ilości. Jest to szczególnie wyraźne w przypadku bardzo dużych zwierząt roślinożernych: słoni, nosorożców czy żyraf. 

Wcześniejsze badania sugerowały, że niedobór sodu wzrasta wraz z wielkością ciała. Korzystając z zupełnie innej metodologii, autorzy najnowszej pracy to potwierdzają. 

W Afryce dostępność sodu w roślinach różni się nawet tysiąckrotnie - mówi główny autor badania, Andrew Abraham z City University of New York. Oznacza to, że w wielu rejonach duzi roślinożercy po prostu nie mogą dostarczyć sobie wystarczającej ilości soli w diecie - dodaje.

Autorzy pracy połączyli swoje mapy sodu w roślinach o wysokiej rozdzielczości z bazami danych dotyczącymi odchodów zwierząt oraz pomiarami ich gęstości. Odchody mogą dostarczyć naukowcom wielu informacji o zwierzętach, w tym czy otrzymują wystarczającą ilość soli. Powiązali obszary z ograniczoną dostępnością soli z niższą liczbą większych roślinożerców. 

Nie chodzi jednak tylko o zdolność do przetrwania. Ograniczenie dostępu do soli wyjaśnia kilka interesujących zachowań dzikich zwierząt. 

W Kenii słonie wchodzą do jaskiń, aby spożywać skały bogate w sód. W lasach deszczowych Konga kopią w korytach rzek w poszukiwaniu soli. Goryle są znane z walk o najbardziej słone pokarmy, podczas gdy nosorożce, gnu i zebry często gromadzą się przy solniskach od pustyni Kalahari po Maasai Mara - podkreśla Abraham. 

To badanie oferuje również nowe wyjaśnienie "zaginionych" megaroślinożerców. Afryka Zachodnia to bardzo obfity region, ale zbyt wielu megaroślinożerców tam nie ma. Uważamy, że brak sodu, prawdopodobnie w połączeniu z innymi czynnikami, takimi jak nadmierne polowania i nieurodzajne gleby, odgrywa ważną rolę w ograniczaniu ich liczebności - dodaje współautor pracy, prof. Chris Doughty z NAU. 

Badania te rodzą szereg obaw dotyczących ochrony przyrody. Wiele obszarów chronionych znajduje się w środowiskach o niskiej zawartości sodu, z kolei ludzie stworzyli sztuczne ogniska sodu poprzez różne działania, takie jak pompowanie wód z odwiertów czy transport soli drogami. 

Jeśli zwierzęta nie mogą zdobyć wystarczającej ilości sodu w swoich naturalnych siedliskach, mogą wchodzić w konflikty z ludźmi w swojej pogoni za zaspokojeniem tej potrzeby - mówi Abraham.

Jak długo powinniśmy spać? Eksperci nie mają wątpliwości

9 grudnia 2025, 10:20

Wtorek, 9 grudnia (10:20)

Sen to nie tylko czas odpoczynku, ale także fundament zdrowia serca i układu krążenia. Najnowsze badania oraz opinie ekspertów jednoznacznie wskazują, że zarówno niedobór, jak i nadmiar snu mogą prowadzić do poważnych konsekwencji zdrowotnych, w tym zwiększonego ryzyka zawału serca czy udaru mózgu. W profilaktyce chorób sercowo-naczyniowych sen powinien być traktowany równie poważnie jak dieta, aktywność fizyczna czy farmakoterapia.

  • Krótki sen (mniej niż 6 godzin) powoduje, że organizm produkuje hormony stresu, podnosi ciśnienie i zwiększa stan zapalny.
  • Za dużo snu (powyżej 9 godzin) może zwiększać ryzyko chorób serca, otyłości i cukrzycy.
  • Próby "odrobienia" snu w weekendy i nieregularny rytm snu są równie szkodliwe co chroniczne niedosypianie.
  • Krótkie drzemki do 30 minut mogą być korzystne dla serca i ciśnienia.
  • Jak zadbać o prawidłowy sen? Przeczytasz w artykule poniżej.
  • Więcej ciekawych informacji znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl

Współczesny styl życia sprzyja chronicznemu niedosypianiu. Praca zmianowa, nadmiar obowiązków, stres i nieustanny kontakt z elektroniką sprawiają, że coraz więcej osób śpi mniej niż sześć godzin na dobę. Tymczasem, jak ostrzega prof. Piotr Jankowski z Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Warszawie, takie zaniedbanie może mieć poważne skutki.

Układ sercowo-naczyniowy nie regeneruje się magicznie - on potrzebuje konkretnego warunku: snu o odpowiedniej długości i rytmie. Kiedy śpimy za krótko, organizm działa w trybie przetrwania, produkując hormony stresu, podnosząc ciśnienie i nasilając stan zapalny. To prosta droga do rozwoju chorób serca - wyjaśnia ekspert.

Już kilka nieprzespanych nocy może prowadzić do wzrostu poziomu związków prozapalnych, które bezpośrednio zwiększają ryzyko zawału serca czy udaru mózgu. Co ważne, te zmiany mogą dotyczyć nawet młodych, zdrowych osób, które wcześniej nie miały problemów z sercem.

Nie tylko niedobór, ale również nadmiar snu może być szkodliwy. Spanie dłużej niż dziewięć godzin na dobę zaburza naturalne procesy regeneracyjne organizmu i - jak pokazują dane Amerykańskiego Towarzystwa Kardiologicznego - może zwiększać ryzyko chorób serca nawet o 12 procent.

Organizm przyzwyczajony do nadmiaru snu staje się bardziej podatny na zmęczenie, wzrasta ryzyko otyłości, cukrzycy oraz przewlekłych stanów zapalnych, które dodatkowo obciążają układ krążenia.

Wielu Polaków próbuje "nadrobić" brak snu w weekendy, co niestety nie przynosi oczekiwanych korzyści. Nieregularność snu, czyli codzienne zasypianie i budzenie się o różnych porach, może być równie szkodliwa jak chroniczne niedosypianie. Brak stałego rytmu dobowego uniemożliwia pełną regenerację organizmu.

Sen nie jest tylko sumą godzin - to harmonijne zgranie biologicznych rytmów, które pozwalają organizmowi odbudować siły i chronić serce. Wystarczy rozchwiany harmonogram, np. odsypianie weekendów, praca zmianowa, ciągłe przesuwanie pory snu, by serce zaczęło ponosić koszty - podkreśla prof. Jankowski.

Eksperci zwracają uwagę, że krótkie drzemki w ciągu dnia mogą przynieść realne korzyści zdrowotne.

Krótkie, dobrze zaplanowane drzemki, trwające do 30 minut, mogą przynieść prawdziwe korzyści zdrowotne: obniżają ciśnienie krwi i poprawiają krążenie, a także działają odprężająco na układ nerwowy. Drzemka to szybka regeneracja, ale tylko wtedy, gdy nie trwa zbyt długo. Zaleganie na kanapie przez ponad 40 minut może zaburzyć rytm dobowy i utrudnić zasypianie nocą - tłumaczy kardiolog.

Z raportu "Czy Polacy znają przepis na dobre życie?" wynika, że aż 47 procent osób po przebytym incydencie sercowo-naczyniowym śpi mniej niż sześć godzin na dobę. To alarmujący sygnał, który pokazuje, jak ważna jest edukacja na temat roli snu w profilaktyce i leczeniu chorób serca.

Eksperci kampanii "Przepis na dobre życie" przygotowali zestaw praktycznych zaleceń, które mogą pomóc w poprawie jakości snu i ochronie serca:

  • Regularność: Zasypiaj i wstawaj o tych samych porach, także w weekendy.
  • Wyciszenie przed snem: Na 1-2 godziny przed pójściem spać ogranicz korzystanie z urządzeń elektronicznych i zadbaj o spokojną atmosferę.
  • Warunki w sypialni: Zapewnij sobie ciszę, brak światła i odpowiednią temperaturę (około 18-20 st. C).
  • Aktywność fizyczna: Ruch w ciągu dnia sprzyja lepszemu snu, ale unikaj intensywnych ćwiczeń tuż przed pójściem do łóżka.
  • Ostatni posiłek: Zjedz kolację 2-3 godziny przed snem, unikaj jedzenia tuż przed położeniem się do łóżka.

❌