Widok normalny

Otrzymane przedwczoraj Nauka - Nauka - RMF24

Zagadka kociego "lądowania na cztery łapy" rozwiązana

11 marca 2026, 12:40

Wczoraj, 11 marca (12:40)

Koty od wieków fascynują ludzi swoją niezwykłą zdolnością do lądowania na czterech łapach po upadku z wysokości. Natura tego zjawiska, tłumaczonego jako tak zwany odruch wyprostny, pozostawała jednak zagadką. Najnowsze badania japońskich naukowców z Uniwersytetu Yamaguchi pokazują mechanizmy stojące za tym niezwykłym zachowaniem. Wyniki opublikowane w czasopiśmie "The Anatomical Record" wskazują, że kluczową rolę odgrywa tu zróżnicowana elastyczność poszczególnych odcinków kociego kręgosłupa.

  • Najnowsze badania japońskich naukowców z Uniwersytetu Yamaguchi wyjaśniają, jak koty lądują na czterech łapach po upadku.
  • Kluczowa jest zróżnicowana elastyczność kręgosłupa - odcinek piersiowy (górny) jest bardzo elastyczny, a lędźwiowy (dolny) sztywny.
  • Więcej o ustaleniach naukowców przeczytasz w tym artykule.

Odruch wyprostny u kotów to złożony mechanizm, który pozwala zwierzęciu obrócić ciało w powietrzu i bezpiecznie wylądować na łapach. Dotychczasowe obserwacje sugerowały, że koty wykorzystują do tego zarówno ruchy głowy, jak i tułowia, jednak szczegóły biomechaniczne tego procesu pozostawały niejasne. Zespół badawczy postanowił dokładnie przyjrzeć się właściwościom mechanicznym kręgosłupa kota, koncentrując się na jego dwóch głównych odcinkach: piersiowym (górna i środkowa część grzbietu) oraz lędźwiowym (dolna część grzbietu).

W pierwszym etapie naukowcy przeprowadzili testy mechaniczne na pięciu martwych kotach, oddzielając odcinek piersiowy od lędźwiowego. Każdy z fragmentów poddano działaniu sił skręcających, mierząc takie parametry jak maksymalny moment obrotowy, zakres ruchu, strefa neutralna oraz sztywność. 

Wyniki jednoznacznie wykazały, że odcinek piersiowy charakteryzuje się znacznie większą elastycznością skrętną niż odcinek lędźwiowy. Odcinek piersiowy ma przy tym szeroką strefę neutralną, aż 47 stopni, w której kręgosłup może się swobodnie skręcać przy minimalnym oporze. Dla porównania odcinek lędźwiowy praktycznie nie wykazuje takiej strefy, jest znacznie sztywniejszy i bardziej odporny na skręcanie.

W kolejnym etapie badacze przeanalizowali zachowanie dwóch zdrowych kotów podczas kontrolowanego upadku na miękką poduszkę. Dzięki zastosowaniu markerów na barkach i biodrach oraz szybkich kamer, możliwe było precyzyjne śledzenie ruchów poszczególnych części ciała zwierząt. Analiza nagrań wykazała, że podczas upadku ruchy kota są sekwencyjne. Najpierw obraca się przednia część tułowia, głowa i barki, a dopiero potem tylna, czyli biodra i tylne łapy. Elastyczny odcinek piersiowy umożliwia szybkie skręcenie przedniej części ciała, podczas gdy sztywny odcinek lędźwiowy stabilizuje tył, zapobiegając niekontrolowanemu obrotowi całego ciała. Dopiero po zakończeniu rotacji przedniej części, tylna część tułowia podąża za nią, umożliwiając kotu pełne ustawienie się do lądowania na łapach.

Taka budowa kręgosłupa pozwala kotom na precyzyjne i szybkie dostosowanie pozycji ciała w powietrzu, nawet jeśli upadek następuje z niewielkiej wysokości. Co ciekawe, mechanizm ten nie wymaga od kota odpychania się od żadnej powierzchni. Cała sekwencja ruchów odbywa się wyłącznie dzięki zróżnicowanej elastyczności kręgosłupa i odpowiedniemu rozłożeniu masy ciała.

Odkrycia japońskich naukowców mają znaczenie nie tylko dla zrozumienia zachowań kotów, ale także dla wielu innych dziedzin. Lepsze poznanie biomechaniki kociego kręgosłupa może przyczynić się do opracowania skuteczniejszych metod leczenia urazów kręgosłupa u zwierząt, a także do tworzenia bardziej realistycznych modeli matematycznych ruchu zwierząt. 

Co więcej, inspiracje płynące z natury mogą znaleźć zastosowanie w robotyce. Konstruktorzy robotów mobilnych mogą wykorzystać mechanizmy sekwencyjnego ruchu i różnicowania sztywności "kręgosłupa" do budowy maszyn zdolnych do szybkiej zmiany pozycji w przestrzeni.

Jak uratować jeże przed niebezpieczeństwem? Naukowcy znaleźli sposób

11 marca 2026, 12:08

Wczoraj, 11 marca (12:08)

Europejski jeż, jeden z najbardziej rozpoznawalnych i lubianych ssaków na kontynencie, stoi dziś w obliczu poważnego zagrożenia. Według danych Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), od 2024 roku gatunek ten został sklasyfikowany jako "bliski zagrożenia". Jednym z głównych czynników wpływających na spadek liczebności tych zwierząt są wypadki drogowe. Szacuje się, że nawet jedna trzecia jeży w lokalnych populacjach ginie pod kołami samochodów. Badacze z Uniwersytetów w Oksfordzie i Kopenhadze przekonują na łamach czasopisma "Biology Letters", że w ochronie tych zwierząt mogłyby pomóc ultradźwięki.

  • Europejski jeż został sklasyfikowany przez IUCN jako gatunek "bliski zagrożenia".
  • Główną przyczyną spadku liczebności jeży są wypadki drogowe - nawet 1/3 populacji ginie pod kołami samochodów.
  • Badacze z Oksfordu i Kopenhagi potwierdzili, że jeże słyszą ultradźwięki w zakresie od 4 do 85 kHz, z największą czułością przy 40 kHz.
  • Odkrycie otwiera drogę do opracowania odstraszaczy ultradźwiękowych, które mogą chronić jeże przed wchodzeniem na jezdnie.

Dotychczas nie było wiadomo, czy jeże są w stanie odbierać dźwięki o wysokiej częstotliwości. Zespół badawczy pod kierownictwem dr Sophie Lund Rasmussen z Wildlife Conservation Research Unit (Uniwersytet Oksfordzki i Uniwersytet Kopenhaski) przeprowadził serię eksperymentów na 20 jeżach pochodzących z duńskich ośrodków rehabilitacyjnych. W badaniach wykorzystano metodę rejestracji odpowiedzi pnia mózgu na bodźce dźwiękowe. Na głowie zwierząt umieszczano niewielkie elektrody, które rejestrowały impulsy elektryczne powstające podczas przesyłania dźwięku z ucha wewnętrznego do mózgu.

Odkryliśmy, że jeże są w stanie odbierać dźwięki w zakresie od 4 do 85 kHz, przy czym największą czułość wykazują w okolicach 40 kHz. To jednoznacznie potwierdza, że są zdolne do słyszenia ultradźwięków, czyli dźwięków o częstotliwości powyżej 20 kHz - wyjaśnia dr Rasmussen. Jeśli tak jest, otwiera to drogę do opracowania specjalnych odstraszaczy dźwiękowych, które mogłyby skutecznie zniechęcać jeże do wchodzenia na jezdnie. 

W ramach swojej pracy naukowcy wykonali również badania tomograficzne martwego jeża, który został uśmiercony po ciężkich obrażeniach odniesionych w pułapce na szczury. Uzyskane obrazy wysokiej rozdzielczości pozwoliły na stworzenie interaktywnego, trójwymiarowego modelu ucha jeża i ujawniły nieznane dotąd szczegóły budowy tego narządu. 

Okazało się, że jeże mają bardzo małe i gęste kosteczki słuchowe w uchu środkowym oraz częściowo zrośnięte połączenie między błoną bębenkową a pierwszą z tych kosteczek. "Taka budowa sprawia, że cały łańcuch kosteczek jest sztywniejszy, co pozwala na efektywne przekazywanie dźwięków o bardzo wysokiej częstotliwości, podobnie jak u nietoperzy wykorzystujących echolokację" - podkreślają autorzy badania.

Dodatkowo, stwierdzono, że strzemiączko (najmniejsza kosteczka słuchowa) jest wyjątkowo małe i lekkie, co umożliwia szybkie drgania i przekazywanie ultradźwięków do ślimaka, który u jeża jest stosunkowo krótki i zwarty. Taka budowa sprzyja odbiorowi i przetwarzaniu dźwięków o wysokiej częstotliwości.

Wyniki tych badań sugerują, że można opracować urządzenia emitujące ultradźwięki, które będą słyszalne dla jeży, ale niesłyszalne dla ludzi i większości zwierząt domowych. Dla porównania, ludzie słyszą dźwięki w zakresie od 20 do 20 000 Hz, psy od 67 do 45 000 Hz, a koty od 45 do 65 000 Hz. Odpowiednio zaprojektowana aparatura mogłaby więc skutecznie odstraszać jeże od niebezpiecznych miejsc, takich jak drogi, a także chronić je przed innymi zagrożeniami, np. automatycznymi kosiarkami ogrodowymi.

Kolejnym krokiem będzie nawiązanie współpracy z przedstawicielami przemysłu motoryzacyjnego w celu zaprojektowania i przetestowania urządzeń dźwiękowych dla samochodów. Jeśli dalsze badania potwierdzą skuteczność takich rozwiązań, możemy znacząco ograniczyć liczbę jeży ginących na drogach - podkreśla dr Rasmussen.

Naukowcy już teraz planują kolejne etapy projektu, w tym badania nad tym, czy jeże wykorzystują ultradźwięki do komunikacji między sobą lub do wykrywania ofiar. Nasze nowatorskie wyniki pokazują, że europejskie jeże są przystosowane do odbioru szerokiego zakresu ultradźwięków. Fascynującym pytaniem pozostaje, czy wykorzystują te zdolności do komunikacji lub polowania. Zaczęliśmy już to badać - mówi dr Rasmussen.

Serial kryminalny w realu. Poznaj niezwykłą rolę mchu w śledztwie FBI

11 marca 2026, 11:50

Wczoraj, 11 marca (11:50)

Kto by pomyślał, że maleńki kępek mchu pod mikroskopem może stać się kluczem do rozwiązania jednej z najgłośniejszych spraw kryminalnych w historii Chicago? Naukowcy – zainspirowani serialem "Milczący świadek" – udowodnili, że nawet najdrobniejszy ślad może mieć olbrzymią wartość dla wymiaru sprawiedliwości.

  • W 2009 roku w Chicago wybuchł skandal na cmentarzu Burr Oak.
  • Pracownicy ekshumowali szczątki i sprzedawali miejsca pochówku na nowo.
  • FBI poprosiło botanika o pomoc - kluczowym dowodem okazał się mech.

W 2009 roku mieszkańców Chicago w USA poruszył skandal związany z cmentarzem Burr Oak. Na jaw wyszły szokujące praktyki pracowników - ekshumowanie starych grobów, przenoszenie szczątków w inne miejsca i ponowna sprzedaż miejsc pochówku. Gdy sprawa trafiła przed sąd, kluczowym dowodem okazał się... mech.

Sprawę szczegółowo opisuje nowe badanie naukowców z Field Museum w Chicago, opublikowane w prestiżowym czasopiśmie Forensic Sciences Research. To pierwsze tak wyczerpujące naukowe opracowanie tej niecodziennej historii.

Matt von Konrat, główny autor badania i kierownik kolekcji botanicznych w Field Museum, nie kryje, że inspiracją do pracy była seria BBC "Milczący świadek".

Jestem wielkim fanem tego serialu - czasami wykorzystywał dowody pochodzące z roślin jako element fabuły - ale nigdy nie przypuszczałem, że moja specjalizacja, czyli badanie mchu, doprowadzi mnie do pomocy prawdziwym detektywom - przyznaje naukowiec.

Wszystko zaczęło się od telefonu z FBI.

Pewnego dnia w 2009 roku odebrałem telefon, a po drugiej stronie było FBI, które pytało, czy mógłbym pomóc im zidentyfikować pewne rośliny - wspomina von Konrat. Przekazano mu fragment mchu znaleziony ok. 20 cm pod ziemią, wraz z ponownie pochowanymi ludzkimi szczątkami.

Zadaniem naukowców było ustalić, jaki to gatunek mchu oraz jak długo znajdował się w ziemi. Po szczegółowych badaniach pod mikroskopem i porównaniach z okazami muzealnymi okazało się, że to Fissidens taxifolius, czyli pospolity mech skrzydlik cisolistny. 

Co ciekawe, na miejscu zbrodni ten gatunek nie występował.

Przeprowadziliśmy inwentaryzację różnych gatunków mchów rosnących w pobliżu miejsca zbrodni i ten gatunek tam nie występował. Ale kiedy zbadałem resztę cmentarza, znaleźliśmy ogromną kolonię tego gatunku mchu rosnącą w tym samym miejscu, z którego śledczy podejrzewali, że kości zostały wykopane. To dało nam dość mocny dowód, że szczątki pochodziły z innej części cmentarza - relacjonuje von Konrat.

Oskarżeni twierdzili, że kości zostały ekshumowane i ponownie pochowane zanim zaczęli pracę na cmentarzu. Śledczy musieli więc ustalić wiek mchu, by sprawdzić, czy ich wersja wydarzeń jest prawdziwa.

Mech to roślina o nietypowej fizjologii - nawet suchy i martwy może zachować aktywne komórki.

Poziom aktywności metabolicznej maleje z czasem i to może nam powiedzieć, jak dawno próbka mchu została zebrana - tłumaczy Matt von Konrat.

Naukowcy porównali ilość chlorofilu w próbce dowodowej z okazami o znanym wieku. Wynik był jednoznaczny - mech miał zaledwie rok lub dwa, co wprost wskazywało na winę pracowników cmentarza.

Dzięki pracy zespołu botanika w 2015 roku winni zostali skazani za profanację szczątków ludzkich. 

Od czasu do czasu pojawia się sprawa, w której FBI musi wezwać ekspertów do pomocy przy zbieraniu dowodów, przeprowadzaniu analiz, przedstawianiu dowodów prokuratorom i, jeśli to konieczne, składaniu zeznań, aby uzyskać wyrok skazujący. Sprawa cmentarza Burr Oak była jedną z takich spraw - podkreśla Doug Seccombe, były agent FBI.

Polacy wrócili tam po latach i dokonali niezwykłego odkrycia

11 marca 2026, 06:50

Wczoraj, 11 marca (06:50)

Niesamowite odkrycie polskich archeologów z Uniwersytetu Warszawskiego w Libii. Natrafili oni na pozostałości statków, które w starożytności rozbijały się w drodze do Ptolemais. "Pas obejmujący wrakowisko ma ponad 100 m, więc morskich katastrof musiało być tutaj co najmniej kilka" - mówi kierownik badań w Ptolemais, dr Piotr Jaworski.

  • W badaniach podwodnych znaleziono starożytne kolumny, drogi, kotwice i sondy z czasów greckich i rzymskich.
  • Na jednym z wraków odnaleziono rzymski odważnik w kształcie główki kobiety oraz amfory, z których jedna zawierała skrystalizowane wino.
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

Ptolemais to jedno z największych starożytnych miast greckich, położone na terenie Cyrenajki, krainy historycznej znajdującej się obecnie w północno-wschodniej Libii. Miasto założyli rządzący Cyrenajką egipscy królowie z dynastii Ptolemeuszy pod koniec IV lub w III wieku p.n.e.; istniało aż do podboju arabskiego w VII wieku n.e.

Naukowcy Wydziału Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego powrócili do badań w tym miejscu w 2023 roku po 13 latach przerwy, wymuszonej libijską wojną domową. Od tego czasu odkryli m.in. część gospodarczą miejskiej rezydencji, wyposażonej w zaawansowany system gromadzenia wody pitnej. Zaczęli też badania tamtejszego akropolu oraz badania podwodne. 

W ostatnim sezonie badań zespół archeologów podwodnych i nurków, którymi kierował dziekan Wydziału Archeologii UW prof. Bartosz Kontny, zbadał część portową miasta oraz obszar położony cztery kilometry na wschód od niego.

Na przestrzeni wieków poziom Morza Śródziemnego nieznacznie się podniósł, a ponadto doszło do tąpnięcia brzegu w wyniku trzęsień ziemi. Wskutek tego część starożytnej infrastruktury portowej znajduje się obecnie pod wodą. Znaleźliśmy tam starożytne kolumny, ślady zatopionych dróg, wiele zrzuconych kotwic oraz sondy, którymi badano dno morskie w starożytności. To wszystko będzie badane przez nas w kolejnych sezonach - powiedział PAP kierujący badaniami podwodnymi w Ptolemais prof. Bartosz Kontny z Wydziału Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Badania przeprowadzono także kilka kilometrów na wschód od portu, w miejscu, gdzie bardzo płytko znajduje się skała. Obok niej na głębokości kilku metrów badacze odkryli bardzo długą linię materiału archeologicznego, który wskazuje na to, że w tym miejscu rozbijały się statki, płynące do Ptolemais od wschodu. To na pewno nie był jeden statek lecz kilka, bo pas wrakowiska ciągnie się ponad 100 metrów. To miejsce, w którym co jakiś czas musiało dochodzić do katastrof. To też dobry punkt wyjścia do wieloletnich badań podwodnych w Ptolemais - zaznaczył rozmówca PAP.

Na jednym z rozbitych statków znaleziono cenny element rzymskiej wagi szalkowej - aequipodium w formie główki kobiety, którą odlano z brązu i wypełniono ołowiem. Nie znaleziono w tym miejscu innych odważników, ale za to wiele amfor i elementów ładunku na dnie. W jednej z tych amfor znaleźliśmy prawdopodobnie skrystalizowane wino. To wszystko jest teraz badane i czekamy na wyniki tych analiz - zaznaczył archeolog z UW.

Z kolei na Akropolu druga grupa archeologów, kierowana przez dr. Szymona Lenarczyka, odkryła nieznaną dotąd drogę przeznaczoną do transportu kołowego, która wiodła na sam szczyt z interioru. Akropol jest położony na bardzo wyniesionym płaskowyżu, 300 m n.p.m. W ogóle nie wyobrażaliśmy sobie, że mogła prowadzić tam tak imponująca droga z południa. Prawdopodobnie natrafiliśmy też na ślady wież obserwacyjnych, mogących być pozostałością systemu obronnego miasta i służyć do wczesnego informowania o zagrożeniach - opisał PAP kierownik badań w Ptolemais, dr Piotr Jaworski.

Przy odkrytej drodze znaleziono też kamień milowy, czyli słup, który służył do oznaczania poszczególnych odcinków drogi w czasach Imperium Rzymskiego. Ten konkretny zawiera grecką inskrypcję datowaną na okres panowania dynastii Sewerów i oznaczony został greckim liczebnikiem gamma. Takich kamieni milowych - jak zrelacjonował rozmówca PAP - może być wzdłuż odkrytej drogi więcej. Ten, wstępnie datowany jest na pierwszą połowę III w. n.e., co dobrze wpisuje się w historię miasta, przeżywającego wówczas rozkwit.

Wraz z archeologami w Ptolemais pracują też konserwatorzy z Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, pod kierunkiem profesora Krzysztofa Chmielewskiego. Inwentaryzują oni i oceniają stan zachowania malowideł, przeniesionych z Domu Leukaktiosa do miejscowego muzeum w 2008 roku. To łącznie kilkadziesiąt metrów kwadratowych malowideł. Prowadzą też inne działania, m.in. konserwację bizantyńskiego malowidła z przedstawieniem twarzy brodatego mężczyzny, a także wykonali replikę unikatowego, dwutarczowego kamiennego zegara słonecznego odkrytego przez warszawskich archeologów w 2010 r.

- Pracujemy w miejscu, w którym zabytki wielkiej sztuki antycznej, mozaiki czy malowidła są na porządku dziennym i wymagają też dużych zabiegów konserwatorskich. W 2026 roku obchodzimy 25-lecie naszych wykopalisk w Libii. Praktycznie całe miasto jest wciąż do odkrycia. Przed nami wiele lat działalności przyszłych pokoleń archeologów, chcemy więc zainicjować jak najwięcej tematów badawczych - podsumował dr Jaworski.

Międzygwiezdna kometa pełna alkoholu

10 marca 2026, 17:18

Międzygwiezdna kometa 3I/ATLAS, która przybyła do Układu Słonecznego z odległych zakątków naszej galaktyki, nie po raz pierwszy zaskakuje astronomów. Najnowsze obserwacje, przeprowadzone przy użyciu potężnej sieci radioteleskopów ALMA (Atacama Large Millimeter/submillimeter Array) w Chile, ujawniły, że ten niezwykły obiekt uwalnia wyjątkowo dużo metanolu. Tak dużej ilości tego alkoholu nie obserwowano nigdy wśród komet naszego Układu Słonecznego. Informuje o tym w najnowszym numerze czasopismo "The Astrophysical Journal Letters".

Kometa 3I/ATLAS to dopiero trzeci potwierdzony obiekt, który przybył do nas z przestrzeni międzygwiezdnej. Wcześniej astronomowie mieli okazję badać 1I/'Oumuamua oraz 2I/Borisov, które również wykazywały nietypowe cechy. Jednak to właśnie 3I/ATLAS przyciągnęła szczególną uwagę naukowców ze względu na swoje unikatowe właściwości chemiczne.

Zespół badawczy, korzystając z zaawansowanych możliwości obserwacyjnych ALMA, skupił się na analizie tzw. komy, czyli otoczki gazowo-pyłowej komety, która powstaje, gdy lodowe jądro zbliża się do Słońca i zaczyna uwalniać substancje lotne. Dzięki precyzyjnym pomiarom udało się zidentyfikować charakterystyczne sygnały dwóch cząsteczek: metanolu (CH₃OH) oraz cyjanowodoru (HCN).

Wyniki obserwacji okazały się zaskakujące. Stosunek ilości metanolu do cyjanowodoru w komecie 3I/ATLAS wynosił aż 70 do 120. Autorzy pracy wskazują, że komety powstałe w naszym Układzie Słonecznym rzadko wykazują tak wysokie wartości tego wskaźnika. Tak duża zawartość metanolu sugeruje, że materia, z której powstała 3I/ATLAS, uformowała się lub ewoluowała w warunkach zupełnie innych niż te, które panują w naszym systemie planetarnym. To rzuca nowe światło na procesy chemiczne zachodzące w odległych układach gwiezdnych i może pomóc lepiej zrozumieć różnorodność materii w galaktyce.

Dzięki wysokiej rozdzielczości obrazowania ALMA, naukowcy mogli prześledzić, w jaki sposób poszczególne cząsteczki opuszczają powierzchnię komety. 

Okazało się, że cyjanowodór pochodzi głównie z jądra komety, co jest typowe dla znanych nam komet Układu Słonecznego. Metanol natomiast uwalniany jest zarówno z jądra, jak i z mikroskopijnych ziaren lodu unoszących się w otoczce komety. Te drobne cząstki zachowują się jak miniaturowe komety: pod wpływem ciepła słonecznego również zaczynają wydzielać metanol do otaczającej je przestrzeni. 

Choć podobne zjawiska obserwowano już wcześniej w przypadku niektórych komet naszego Układu, to po raz pierwszy udało się tak szczegółowo zarejestrować ten proces u obiektu pochodzącego spoza naszego systemu planetarnego.

Historyczny test obrony Ziemi. Planetoida zmieniła kurs po uderzeniu sondy

10 marca 2026, 13:45

Test obrony planetarnej NASA się powiódł - informuje międzynarodowy zespół naukowców. Wyniki najnowszych badań potwierdzają, że misja DART (Double Asteroid Redirection Test) przeprowadzona przez NASA w 2022 roku nie tylko zmieniła ruch małego księżyca Dimorphos wokół większej planetoidy Didymos, ale również wpłynęła na orbitę całego układu podwójnego wokół Słońca. To przełomowe osiągnięcie w dziedzinie obrony planetarnej, które po raz pierwszy w historii udowodniło, że ludzkość jest w stanie istotnie zmienić trajektorię ciała niebieskiego w przestrzeni kosmicznej.

  • Misja NASA DART to pierwszy udany test zmiany kursu planetoidy przez celowe uderzenie w jej satelitę Dimorphos.
  • Kolizja skróciła okres orbitalny Dimorphosa o 33 minuty i zmieniła orbitę całego układu Didymos-Dimorphos wokół Słońca.
  • Orbita układu skróciła się o 0,15 sekundy, co choć niewielkie, może znacząco wpłynąć na trajektorię w długim terminie.
  • Misja potwierdziła, że w przyszłości możemy skutecznie bronić Ziemię przed potencjalnie niebezpiecznymi asteroidami.

Do historycznego wydarzenia doszło 26 września 2022 roku, kiedy sonda DART celowo uderzyła w Dimorphosa, niewielkiego satelitę planetoidy Didymos. W momencie kolizji towarzyszący misji włoski minisatelita LICIACube zarejestrował rozprzestrzeniającą się chmurę skalnego pyłu, która po zderzeniu zaczęła oddalać się od powierzchni Dimorphosa. Obserwacje prowadzone przez Teleskop Hubble’a pokazały, że z układu podwójnego wydobyły się nawet dwa ogony pyłu, co świadczyło o sile zderzenia.

W wyniku uderzenia Dimorphos, obiekt o średnicy około 170 metrów, został wytrącony ze swojej dotychczasowej orbity wokół Didymosa. Okres orbitalny tego księżyca skrócił się aż o 33 minuty, co już wtedy uznano za sukces misji. Jednak, jak wynika z najnowszych analiz opublikowanych w prestiżowym czasopiśmie "Science Advances", efekt był jeszcze bardziej istotny. Po tej kolizji zmieniła się także orbita całego układu Didymos-Dimorphos wokół Słońca.

Badacze ustalili, że okres orbitalny układu wokół Słońca skrócił się o 0,15 sekundy. Choć ta zmiana wydaje się minimalna, jej znaczenie jest ogromne. 

To niewielka korekta, ale z biegiem lat nawet tak mała zmiana może przełożyć się na znaczące przesunięcie trajektorii ciała niebieskiego - podkreśla Thomas Statler z NASA. Według autorów badania prędkość orbitalna układu zmieniła się o 11,7 mikrometra na sekundę, czyli około 1,7 cala na godzinę. W skali kosmicznej nawet tak niepozorne wartości mogą zadecydować o tym, czy potencjalnie niebezpieczna kosmiczna skała minie Ziemię, czy też znajdzie się na kursie kolizyjnym.

Misja DART była pierwszym praktycznym testem techniki polegającej na uderzeniu statku kosmicznego w planetoidę w celu zmiany jej kursu. Analizy wykazały, że efekt zderzenia został zwiększony dzięki wyrzuceniu ogromnej ilości materiału skalnego. Chociaż Didymos i Dimorphos nie stanowiły zagrożenia dla Ziemi, sukces misji DART pokazuje, że w przypadku wykrycia potencjalnie niebezpiecznego obiektu, ludzkość może skutecznie zareagować, o ile zagrożenie zostanie wykryte odpowiednio wcześnie.

Aby potwierdzić wpływ misji DART na orbitę całego układu, naukowcy musieli dokonać niezwykle precyzyjnych pomiarów ruchu Didymosa wokół Słońca. W tym celu wykorzystano zarówno badania radarowe, jak i obserwacje zjawisk tzw. okultacji. Polegają one na tym, że planetoida przechodzi przed gwiazdą, powodując jej krótkotrwałe zniknięcie z nieba. Takie obserwacje są trudne, wymagają współpracy wielu obserwatoriów na całym świecie i są uzależnione od pogody. Międzynarodowy zespół astronomów-amatorów i profesjonalistów zarejestrował w okresie od października 2022 do marca 2025 roku aż 22 takie okultacje. Dzięki ich zaangażowaniu udało się uzyskać dane niezbędne do potwierdzenia zmiany orbity Didymosa.

Dodatkowe analizy pozwoliły również na oszacowanie gęstości obu ciał. Okazało się, że Dimorphos jest nieco mniej gęsty, niż wcześniej sądzono, co wspiera teorię, że powstał z materiału wyrzuconego z Didymosa w wyniku jego szybkiego wirowania. Wskazuje to, że Dimorphos jest swego rodzaju gruzowiskiem, czyli luźno związanym zbiorem odłamków skalnych.

Po sukcesie misji DART NASA kontynuuje prace nad kolejnymi projektami z zakresu obrony planetarnej. Kluczowym przedsięwzięciem jest budowa teleskopu NEO Surveyor, który ma za zadanie wykrywać trudne do zauważenia obiekty bliskie Ziemi, takie jak ciemne planetoidy i komety słabo odbijające światło widzialne. Wczesne wykrywanie zagrożeń jest kluczowe dla skutecznego zastosowania ewentualnych technik zmiany ich trajektorii.

Najnowsze badania koali ujawniają genetyczne odrodzenie zagrożonych populacji

10 marca 2026, 12:29

Wyniki najnowszych badań, opublikowane w prestiżowym czasopiśmie "Science" przez naukowców University of Sydney i instytutu Cesar Australia, rzucają nowe światło na ocenę ryzyka genetycznego wśród gatunków zagrożonych wyginięciem. Naukowcy przeanalizowali kompletne genomy setek koali, odkrywając, że populacje dotychczas uznawane za najbardziej zagrożone wykazują pierwsze oznaki regeneracji genetycznej. Wyniki te podważają wieloletnie założenia dotyczące oceny bioróżnorodności i ryzyka wyginięcia.

Dotychczasowe podejście w działaniach zmierzających do ochrony gatunków zakładało, że gwałtowny spadek liczebności populacji, tzw. "wąskie gardło" genetyczne, prowadzi do utraty różnorodności genetycznej, wzrostu ryzyka chowu wsobnego i kumulacji szkodliwych mutacji. Najnowsze badania pokazują jednak, że rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona.

Impulsem do rozpoczęcia szeroko zakrojonych analiz genomu były katastrofalne pożary buszu na wschodnim wybrzeżu Australii w latach 2019-2020. Ich skutki przyniosły faktyczne zagrożenie dla przyszłości koali. Zespół naukowców, pod kierunkiem dr Luke’a Silvera z Uniwersytetu w Sydney, przeprowadził sekwencjonowanie 418 pełnych genomów koali, tworząc tym samym unikatową bazę danych umożliwiającą śledzenie ewolucji populacji w czasie.

Analiza wykazała, że populacje koali z północnej Australii, charakteryzujące się wyższą różnorodnością genetyczną, jednocześnie noszą w sobie więcej szkodliwych mutacji i wykazują spadek efektywnej liczebności. Tymczasem populacje, które w przeszłości przeszły przez poważne "wąskie gardła" genetyczne, jak te z południowego stanu Wiktoria, obecnie się rozrastają. Proces ten prowadzi do powstawania nowych mutacji i większej liczby kombinacji genetycznych.

Dr Collin Ahrens, główny badacz prywatnego instytutu Cesar Australia podkreśla, że koale stanowią szczególny przypadek badawczy. Populacje w różnych regionach były zarządzane w odmienny sposób, co znajduje odzwierciedlenie w ich sygnaturach genetycznych. Te różnice pozwalają nam wyciągnąć wnioski o znaczeniu dynamicznych procesów ewolucyjnych w ochronie przyrody - mówi.

Co więcej, wzrost liczebności populacji po historycznych "wąskich gardłach", jak obserwuje się w Wiktorii, przynosi ze sobą realne korzyści genetyczne: spada liczba szkodliwych mutacji, rośnie potencjał adaptacyjny, a pierwsze oznaki regeneracji genetycznej są już widoczne.

Sytuacja koali w Australii jest niezwykle złożona. Podczas gdy populacje na północy kraju wciąż gwałtownie się kurczą, na południu, zwłaszcza w stanie Wiktoria, są one wręcz nadmiernie liczne. Instytucje zajmujące się ochroną środowiska w praktyce jednocześnie muszą radzić sobie z populacjami będącymi na granicy wyginięcia oraz z tymi, których liczebność wymyka się spod kontroli. Przy czym przesiedlenia, niegdyś popularna metoda zarządzania, obecnie uznawane są za ryzykowne, skomplikowane i kosztowne.

Przez długi czas koale z Wiktorii postrzegano jako genetycznie upośledzone z powodu przebytego "wąskiego gardła". Nowe badania dowodzą jednak, że mimo zachowania śladów tamtego wydarzenia, populacje te wykazują oznaki zdrowienia. Dzięki rekombinacji, czyli naturalnemu mieszaniu się wariantów genetycznych, oraz pojawianiu się nowych mutacji, szkodliwe zmiany są eliminowane, a zdolność do adaptacji wzrasta.

Nasze odkrycia opowiadają historię genetycznego odrodzenia, a nie upadku - podkreśla dr Ahrens - To pierwsze na świecie dowody na to, że decyzje dotyczące ochrony przyrody nie mogą opierać się wyłącznie na statycznych miarach różnorodności genetycznej. Kluczowe jest zrozumienie kierunku, w jakim populacje ewoluują.

Dr Andrew Weeks, dyrektor Cesar Australia, zwraca uwagę, że wnioski płynące z badań nad koalami mają szersze zastosowanie. Przez dekady traktowaliśmy różnorodność genetyczną jako prosty wskaźnik ryzyka wyginięcia. Tymczasem ewolucja to proces dynamiczny. Zrozumienie, czy populacja się rozrasta, stabilizuje czy kurczy, może być równie ważne jak pomiar obecnej różnorodności - wyjaśnia.

Wiele zagrożonych gatunków na całym świecie doświadczyło efektu "wąskich gardeł", utraty siedlisk i gwałtownych zmian środowiskowych. Badania sugerują, że ocena ryzyka wyginięcia wyłącznie na podstawie statycznych miar genetycznych może prowadzić do błędnej klasyfikacji zarówno zagrożenia, jak i potencjału do regeneracji. Podkreśla to konieczność obserwowania procesów zachodzących w populacjach na przestrzeni pokoleń. Przypadek koali pokazuje, że nawet po poważnych kryzysach genetycznych możliwa jest regeneracja i adaptacja gatunku, jeśli tylko znajdą się odpowiednie warunki do rozwoju.

Są sprytne i ciekawskie. Szopy pracze mądrzejsze, niż myśleliśmy

10 marca 2026, 11:24

Szopy pracze od dawna budzą podziw swoją pomysłowością i zdolnością do radzenia sobie w miejskim środowisku. Najnowsze badania przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej (UBC) wskazują, że te zwierzęta nie tylko kierują się instynktem zdobywania pożywienia, ale również wykazują silną ciekawość i chęć zdobywania nowych informacji. W pracy na łamach czasopisma "Animal Behaviour" czytamy, że zwierzęta rozwiązują zagadki, bo lubią.

  • Szopy pracze uwielbiają rozwiązywać zagadki - nie tylko dla jedzenia, ale z czystej ciekawości!
  • W eksperymencie z różnymi mechanizmami otwierania skrzynki, szopy często kontynuowały zabawę nawet po zjedzeniu nagrody.
  • Ich podejście to balans między ciekawością a ryzykiem - łatwe zagadki eksplorują swobodnie, trudniejsze rozwiązują bardziej ostrożnie.
  • Ta zdolność adaptacji i chęć poznawczej satysfakcji pomagają szopom świetnie radzić sobie w miejskim środowisku.

W ramach eksperymentu badacze przygotowali specjalną skrzynkę z dziewięcioma różnymi mechanizmami otwierania, takimi jak zasuwki, przesuwane drzwiczki czy pokrętła. Mechanizmy te zostały podzielone na trzy poziomy trudności: łatwy, średni i trudny. W każdym z 20-minutowych testów w skrzynce znajdowała się tylko jedna pianka marshmallow, stanowiąca nagrodę dla szopa.

Co jednak zaskoczyło naukowców, szopy często kontynuowały rozwiązywanie kolejnych mechanizmów nawet po zjedzeniu jedynej dostępnej nagrody. 

Takie zachowanie wskazuje na motywację wewnętrzną, zwierzęta były zainteresowane samym procesem rozwiązywania zagadek, a nie tylko zdobyciem pożywienia. Badacze określają to jako poszukiwanie informacji, czyli aktywność napędzaną ciekawością.

Podczas testów zaobserwowano, że gdy mechanizmy były łatwe do otwarcia, szopy chętnie eksperymentowały z różnymi sposobami dostania się do środka, często zmieniając kolejność rozwiązywanych zagadek. Wraz ze wzrostem poziomu trudności, zwierzęta częściej wybierały sprawdzone metody, choć nadal wykazywały chęć zbadania nawet najtrudniejszych rozwiązań.

Zdaniem badaczy takie zachowanie odzwierciedla klasyczny dylemat między ciekawością a wysiłkiem lub ryzykiem. Szopy dostosowują swoją strategię do sytuacji, gdy koszt lub ryzyko jest niewielkie, chętniej eksperymentują, natomiast w obliczu większego wyzwania wybierają bezpieczniejsze rozwiązania. 

To podejście przypomina ludzkie decyzje, na przykład podczas wyboru dania w restauracji: jeśli ryzyko rozczarowania jest niewielkie, chętniej próbujemy nowości, w przeciwnym razie stawiamy na sprawdzone opcje.

Odkrycia te rzucają nowe światło na fenomen sukcesu szopów praczy w środowisku miejskim. Ich wyjątkowe zdolności poznawcze i manualne, w tym niezwykle wrażliwe przednie łapy, pozwalają im nie tylko otwierać skomplikowane zamki czy pokonywać zabezpieczenia śmietników, ale także uczyć się na bieżąco i adaptować do zmieniających się warunków. Umiejętność rozwiązywania problemów nie tylko w celu zdobycia pożywienia, ale także dla samej satysfakcji poznawczej, może być kluczowym czynnikiem ich sukcesu w złożonym, miejskim ekosystemie.

Jak często uczniowie sięgają po smartfony? Nowe badanie daje do myślenia

9 marca 2026, 16:00

Poniedziałek, 9 marca (16:00)

Nowe badanie przeprowadzone przez naukowców z University of North Carolina w Chapel Hill wykazało, że uczniowie szkół średnich niemal jedną trzecią dnia szkolnego spędzają korzystając ze smartfonów. Analiza objęła szczegółowe monitorowanie aktywności telefonicznej nastolatków w trakcie zajęć szkolnych. Wyniki wskazują na wyraźny związek między częstotliwością korzystania z urządzeń mobilnych a osłabieniem zdolności koncentracji oraz kontroli impulsów. Pisze o tym w najnowszym numerze czasopismo naukowe "JAMA".

Badanie objęło uczniów szkół średnich, których aktywność na smartfonach była monitorowana co godzinę przez dwa tygodnie. Dzięki temu naukowcy uzyskali tysiące rzeczywistych danych, pozwalających na precyzyjne określenie, jak często i w jakim celu młodzież sięga po telefony w trakcie lekcji. 

W odróżnieniu od wcześniejszych badań, które opierały się głównie na deklaracjach uczniów lub uśrednionych danych dziennych, tym razem uzyskano szczegółowy obraz korzystania ze smartfonów w czasie rzeczywistym.

Wyniki badania są jednoznaczne. Uczniowie korzystają ze smartfonów w każdej godzinie spędzonej w szkole. Średnio, niemal jedna trzecia czasu przeznaczonego na naukę upływa im na korzystaniu z urządzeń mobilnych. Najwięcej czasu młodzież poświęca na przeglądanie mediów społecznościowych oraz rozrywkę.

Smartfony nie są już czymś, czego uczniowie używają podczas zajęć okazjonalnie. Są obecne podczas każdej godziny dnia - mówi główna autorka badania, Eva Telzer, profesor psychologii i neuronauki na UNC-Chapel Hill. Nasze wyniki pokazują, że częste sprawdzanie telefonu może podważać te umiejętności, których uczniowie potrzebują, aby odnieść sukces w klasie - dodaje. 

Co nas najbardziej zaskoczyło, to ogromna ilość czasu, jaką nastolatki spędzają na telefonach podczas zajęć szkolnych - zauważa współautorka pracy, dr Kaitlyn Burnell. Uczniowie korzystali z telefonów podczas każdej godziny zajęć, spędzając na nich jedną trzecią dnia szkolnego. Media społecznościowe i rozrywka stanowiły ponad 70 proc. tego czasu - podkreśla. 

Naukowcy zaobserwowali, że uczniowie, którzy częściej sprawdzali swoje telefony, wykazywali słabszą zdolność do skupienia uwagi i samodzielnego zarządzania impulsywnymi zachowaniami. Co istotne, badacze zwracają uwagę, że to nie tylko łączny czas spędzony przed ekranem, ale przede wszystkim częstotliwość sięgania po telefon jest kluczowym czynnikiem wpływającym na osłabienie uwagi i samokontroli.

Zdaniem autorów pracy, zebrane dane przynoszą konkretne i obiektywne dowody na to, jak istotny wpływ na proces nauczania mają smartfony. Wyniki badania mogą być wykorzystane do opracowania nowych zasad korzystania z urządzeń mobilnych w szkołach. 

Naukowcy podkreślają, że ograniczenie dostępu do aplikacji społecznościowych i rozrywkowych podczas lekcji może pomóc w ochronie uwagi uczniów oraz poprawie ich zaangażowania w naukę. Proponowane rozwiązania obejmują m.in. blokowanie dostępu do wybranych aplikacji w godzinach lekcyjnych oraz edukację w zakresie świadomego i odpowiedzialnego korzystania z technologii cyfrowych. 

Jak szybko ćwiczenia wpływają na Twoją pamięć? Najnowsze badania zaskakują

9 marca 2026, 14:57

Poniedziałek, 9 marca (14:57)

Najnowsze badania prowadzone przez zespół naukowców z Uniwersytetu Iowa wskazują na istotny związek między aktywnością fizyczną a funkcjonowaniem ludzkiego mózgu. Okazuje się, że już pojedyncza sesja ćwiczeń może wywołać gwałtowny wzrost aktywności fal mózgowych typu "ripples", które łączą obszary odpowiedzialne za uczenie się i pamięć. Te, pierwsze tego typu obserwacje dokonane bezpośrednio u ludzi, mogą stanowić istotny krok w zrozumieniu mechanizmów leżących u podstaw poprawy funkcji poznawczych po wysiłku fizycznym. Pisze o nich czasopismo "Brain Communications".

Fale typu "ripples", czyli "zmarszczki" to synchroniczne ultraszybkie oscylacje o częstości około 140-200 Hz. Dotychczasowe eksperymenty na zwierzętach, takich jak myszy i szczury, wykazały, że te fale odgrywają kluczową rolę w procesach zapamiętywania i przypominania informacji. Jednak potwierdzenie tego zjawiska u ludzi było utrudnione ze względu na konieczność stosowania inwazyjnych metod pomiaru aktywności mózgu. Wcześniejsze badania opierały się więc głównie na analizie zmian w utlenowaniu krwi w mózgu po wysiłku, co pozwalało jedynie pośrednio wnioskować o aktywności neuronów.

Nowe badanie przeprowadzone przez zespół z Iowa umożliwiło bezpośrednią obserwację tych procesów dzięki wykorzystaniu zaawansowanej technologii, śródczaszkowej elektroencefalografii (iEEG). Pozwoliło to na precyzyjne rejestrowanie aktywności elektrycznej mózgu u pacjentów z padaczką, którzy mieli już wszczepione elektrody w celach diagnostycznych. 

W eksperymencie wzięło udział 14 pacjentów w wieku od 17 do 50 lat, hospitalizowanych w University of Iowa Health Care Medical Center. Po krótkiej rozgrzewce uczestnicy przez 20 minut jeździli na rowerze stacjonarnym w tempie dostosowanym do własnych możliwości. Aktywność mózgu była rejestrowana zarówno przed i po zakończeniu ćwiczeń.

Analiza zarejestrowanych danych wykazała wyraźny wzrost częstości występowania fal "ripples" po wysiłku fizycznym. Fale te pochodziły z hipokampa, struktury mózgowej kluczowej dla procesów uczenia się i zapamiętywania i łączyły się z korą mózgową, która odpowiada za wyższe funkcje poznawcze. 

Wyniki badania potwierdzają, że nawet pojedynczy epizod aktywności fizycznej może natychmiastowo wpływać na rytmy neuronalne i sieci mózgowe związane z pamięcią oraz funkcjami poznawczymi. 

Autorzy pracy podkreślają, że ich badanie stanowi ważny krok w kierunku zrozumienia, jak aktywność fizyczna przekłada się na konkretne zmiany w pracy ludzkiego mózgu. Zdaniem prof. Michelle Voss, kierującej zespołem badawczym, obserwowane zmiany nie są ograniczone jedynie do osób z padaczką. Wzorce aktywności mózgu po ćwiczeniach były bardzo zbliżone do tych, które wcześniej obserwowano u zdrowych dorosłych przy użyciu nieinwazyjnych metod obrazowania, takich jak rezonans magnetyczny. Odkrycie sugeruje natomiast, że korzystny wpływ ćwiczeń na pamięć i uczenie się jest uniwersalny.

Zespół badawczy planuje przeprowadzenie kolejnych eksperymentów, w których uczestnicy będą wykonywać testy pamięciowe bezpośrednio po wysiłku fizycznym, a ich aktywność mózgowa będzie rejestrowana w czasie rzeczywistym. Pozwoli to jeszcze dokładniej określić, jak ćwiczenia wpływają na zdolności poznawcze i jakie mechanizmy za tym stoją.

Odkrycie, że już pojedyncza sesja ćwiczeń może aktywować kluczowe sieci neuronalne, otwiera nowe możliwości dla naukowców i lekarzy zajmujących się profilaktyką oraz leczeniem zaburzeń pamięci. Może pomóc w opracowaniu nowych strategii wspierających zdrowie mózgu, zarówno u osób zdrowych, jak i pacjentów z różnymi schorzeniami neurologicznymi.

Nietypowe wykorzystanie mammografii. "Może uratować tysiące istnień ludzkich"

9 marca 2026, 11:57

Poniedziałek, 9 marca (11:57)

Wyniki nowatorskich badań, opublikowane przez naukowców z Emory University w Atlancie w "European Heart Journal" wskazują, że sztuczna inteligencja (AI) może z dużą precyzją przewidywać ryzyko poważnych chorób serca na podstawie standardowych mammografii. Odkrycie to otwiera nowe możliwości w zakresie profilaktyki zdrowotnej kobiet, pozwalając na jednoczesne wykrywanie zagrożenia zarówno rakiem piersi, jak i chorobami układu krążenia.

Badanie przeprowadzone przez zespół naukowców pod kierownictwem dr Hariego Trivediego objęło 123 762 kobiety, które przeszły rutynowe badania mammograficzne i nie miały wcześniej zdiagnozowanej choroby sercowo-naczyniowej. Naukowcy wykorzystali algorytmy AI do analizy obecności i ilości złogów wapnia w tętnicach piersiowych, widocznych na zdjęciach rentgenowskich. Złogi te, określane jako zwapnienia tętnic, są znanym markerem miażdżycy, procesu prowadzącego do twardnienia i zwężania naczyń krwionośnych, zwiększającego ryzyko zawału serca, udaru mózgu czy niewydolności serca. 

Wyniki badania pokazały, że stopień zwapnienia tętnic piersiowych można podzielić na cztery kategorie

  • brak, 
  • łagodne, 
  • umiarkowane,
  • ciężkie. 

Analiza wykazała wyraźną korelację pomiędzy poziomem zwapnienia a ryzykiem wystąpienia poważnych incydentów sercowo-naczyniowych. Kobiety z łagodnym zwapnieniem miały o około 30 proc. wyższe ryzyko zachorowania na poważną chorobę serca w porównaniu do kobiet bez zwapnień. W przypadku umiarkowanego zwapnienia ryzyko wzrastało o ponad 70 proc., natomiast przy ciężkim zwapnieniu było ono nawet dwa do trzech razy wyższe.

Im więcej zwapnień widocznych w tętnicach piersiowych na mammografii, tym większe ryzyko poważnych zdarzeń sercowych, takich jak zawał serca, udar czy niewydolność serca. Co istotne, zależność ta utrzymywała się nawet u młodszych kobiet poniżej 50. roku życia, które często są uznawane za grupę niskiego ryzyka, była też niezależna od innych czynników, takich jak cukrzyca czy palenie papierosów - tłumaczy Dr Hari Trivedi. 

Zastosowanie AI w analizie mammografii może mieć kluczowe znaczenie dla zdrowia publicznego. Dla kobiet oznacza to, że mammografia, którą już wykonują w ramach profilaktyki raka piersi, może również dostarczyć istotnych informacji o stanie zdrowia serca. Może to być sygnał do rozmowy z lekarzem o dodatkowych badaniach, takich jak testy cholesterolu czy wdrożenie leczenia - dodaje dr Trivedi. 

Z kolei dla lekarzy i systemów opieki zdrowotnej nowa metoda stanowi praktyczne narzędzie do identyfikacji kobiet z podwyższonym ryzykiem chorób serca, które dotychczas pozostawały niezdiagnozowane. Politycy mogą rozważyć integrację tej technologii z istniejącymi programami mammograficznymi, co pozwoliłoby objąć profilaktyką dziesiątki milionów kobiet rocznie bez potrzeby rozbudowy infrastruktury. Kluczowe jest wdrożenie narzędzia AI do obecnych procedur obrazowania oraz opracowanie jasnych wytycznych dotyczących informowania pacjentek i lekarzy - dodaje pierwszy autor pracy. 

W towarzyszącym badaniu komentarzu profesor Lori B. Daniels z University of California w San Diego zwraca uwagę na szerokie możliwości implementacji tej technologii. Dwie trzecie kobiet w wieku 50–69 lat w Unii Europejskiej zgłosiło wykonanie mammografii w ciągu ostatnich dwóch lat, a w USA niemal 70 proc. kobiet powyżej 45. roku życia jest na bieżąco z badaniami przesiewowymi według wytycznych American Cancer Society - podkreśla prof. Daniels.

Wykorzystanie już istniejących badań mammograficznych do oceny ryzyka chorób serca może znacząco zwiększyć wykrywalność zagrożenia wśród kobiet, które często są niedodiagnozowane i niedoleczone w porównaniu z mężczyznami. Choroby serca pozostają główną przyczyną zgonów kobiet na całym świecie, a innowacyjne podejście do profilaktyki może uratować tysiące istnień ludzkich dodaje dr Trivedi.

Czy czeka nas nowa epoka lodowcowa? Ekspertka wyjaśnia, co grozi Europie

9 marca 2026, 11:07

Poniedziałek, 9 marca (11:07)

Czy zatrzymanie prądów oceanicznych naprawdę może doprowadzić do wielkiego ochłodzenia w Europie? Islandia już się przygotowuje na najgorszy scenariusz. O tym, czym jest epoka lodowcowa i czy rzeczywiście może powrócić, opowiadała w "Wykładzie otwartym" w internetowym Radiu RMF24 dr hab. Anita Bokwa, klimatolog i dyrektor Instytutu Geografii i Gospodarki Przestrzennej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

  • Cyrkulacja termohalinowa (AMOC) odpowiada za łagodny klimat Europy; jej osłabienie może mieć poważne skutki.
  • Islandia przygotowuje się na najgorszy scenariusz - możliwe zatrzymanie AMOC i drastyczne ochłodzenie.
  • Zatrzymanie cyrkulacji może oznaczać spadek temperatury w Europie Zachodniej nawet o 3,5°C na dekadę.
  • Rolnictwo i ekosystemy byłyby najbardziej narażone na skutki ochłodzenia.

Czy grozi nam kolejna epoka lodowcowa?Wykład otwarty

Gdy pojawia się temat epoki lodowcowej, większość z nas ma przed oczami obrazy z podręczników szkolnych: pół Europy skutej lodem, potężne lodowce sięgające po Karpaty i Sudety, a nawet ślady tej odległej przeszłości w postaci jezior polodowcowych, jak Morskie Oko. Jednak, jak podkreśla dr hab. Anita Bokwa, "o czymś takim oczywiście w najbliższym czasie nie ma mowy". Przypomina, że epoka lodowcowa to nie jest chwilowa anomalia pogodowa, lecz trwała zmiana klimatu na setki, a nawet tysiące lat.

Tegoroczne mroźne zimy w niektórych rejonach Europy wywołały pytania o to, czy nie są one zwiastunem powrotu epoki lodowcowej. Jednak klimatolog studzi emocje:

To są tylko przejawy zmienności różnego rodzaju procesów atmosferycznych zachodzących w skali globalnej.

Gwałtowne ochłodzenie w nomenklaturze naukowej oznacza zmianę, która trwa przynajmniej kilkadziesiąt lat, a nie jedną czy dwie zimy.

W centrum uwagi znalazła się tzw. cyrkulacja termohalinowa, czyli AMOC (Atlantic Meridional Overturning Circulation). To potężny system prądów oceanicznych, odpowiedzialny za transport ciepłej wody z tropików na północ Atlantyku. To właśnie dzięki niemu "po naszej europejskiej stronie Atlantyku mamy te zimy łagodne" - wyjaśniała ekspertka w Radiu RMF24.

To jest taki nasz kaloryferek w zimie, dlatego że on nam przynosi przez cały rok te ciepłe wody oceaniczne - dodała.

Islandia, obserwując przyspieszone topnienie lodu Arktyki i napływ słodkiej wody z Grenlandii, ostrzega przed możliwym zaburzeniem tej cyrkulacji.

Władze Islandii podjęły bardzo rozsądne działania, dlatego że oni zakładają spełnienie się najgorszego scenariusza - komentowała Bokwa. Choć naukowcy nie są zgodni, czy i kiedy dojdzie do całkowitego zatrzymania AMOC, jedno jest pewne: jego osłabienie już dziś jest mierzalne.

Jednym z najbardziej niepokojących aspektów jest możliwość osiągnięcia tzw. punktu zwrotnego, po którym cyrkulacja termohalinowa może się zatrzymać. Skutkiem byłoby gwałtowne ochłodzenie w Europie, szczególnie w krajach takich jak Islandia, Skandynawia, Wielka Brytania, Irlandia czy Francja. Prognozy mówią nawet o spadku temperatury o 3,5°C na dekadę w najgorszym scenariuszu!

Nawet jeśli taki proces by się rozpoczął, "nie jest powiedziane, że on potem nie byłby odwracalny. Natomiast znowu zajęłoby to pewnie tysiące lat" - podkreśla klimatolog.

Największe wyzwania dotyczyłyby rolnictwa i funkcjonowania ekosystemów.

Warunki dla rolnictwa na pewno by się pogorszyły. Tylko znowu, prawdopodobnie nie dotyczyłoby to całej Europy, byłyby pewne regiony bardziej narażone, a inne regiony w mniejszym stopniu - wyjaśniała dr hab. Anita Bokwa.

Polska, znajdująca się w strefie klimatu przejściowego, mogłaby odczuć skutki, ale dzięki rozwojowi techniki i nauki, życie codzienne byłoby możliwe - choć trudniejsze.

Radio RMF24

Po jeszcze więcej informacji odsyłamy Was do naszego internetowego Radia RMF24 Słuchajcie online już teraz!

Radio RMF24 na bieżąco informuje o wszystkich najważniejszych wydarzeniach w Polsce, Europie i na świecie.

Czujesz się wyczerpana na wiosnę? Najnowsze odkrycia burzą dotychczasowe przekonania

9 marca 2026, 10:15

Poniedziałek, 9 marca (10:15)

Czujesz się wyczerpany, nie masz energii do pracy? Skarżysz się na wiosenne zmęczenie? To bujda. Naukowcy z Uniwersytetu w Bazylei twierdzą na łamach czasopisma "Journal of Sleep Research", że nie ma dowodów na faktyczne istnienie tego efektu. Ich zdaniem to raczej efekt kulturowy. Wiosną, kiedy dni są coraz dłuższe, pojawia się presja, by być bardziej aktywnym i korzystać z lepszej pogody. Gdy nie udaje nam się od razu sprostać tym oczekiwaniom, różnica między subiektywnym poziomem energii a tym, czego od siebie oczekujemy, może być interpretowana jako objaw wiosennego zmęczenia. To wygodne, ale nieprawdziwe wyjaśnienie.

  • Wiosenne zmęczenie to mit - naukowcy przeprowadzili badanie, które nie potwierdziło wzrostu zmęczenia wiosną.
  • Okazuje się, że to bardziej efekt kulturowy - ludzie zwracają uwagę na swoje samopoczucie wiosną i przypisują mu spadek energii.
  • Eksperci radzą, by zadbać o regularny sen, ruch i ekspozycję na światło dzienne.

Wraz z wydłużającymi się dniami co roku pojawiają się pytania o tzw. wiosenne zmęczenie. To zjawisko, które od lat funkcjonuje w świadomości społecznej, budząc zainteresowanie zarówno wśród specjalistów, jak i osób na co dzień odczuwających spadek energii w pierwszych tygodniach wiosny. Naukowcy z Uniwersytetów w Bazylei i w Bernie postanowili sprawdzić, czy efekt wiosennego zmęczenia jako zjawisko biologiczne rzeczywiście istnieje. Wygląda na to, że nie. 

Zespół badawczy pod kierownictwem dr Christine Blume oraz dr Albrechta Vorstera przeprowadził szeroko zakrojone badanie ankietowe, które objęło 418 uczestników. Badanie rozpoczęło się w kwietniu 2024 roku i trwało przez pełny rok. Uczestnicy co sześć tygodni wypełniali ankiety, w których oceniali poziom swojego zmęczenia z ostatnich czterech tygodni, opisywali jakość snu oraz stopień senności w ciągu dnia. Dzięki powtarzalności pomiarów możliwe było uchwycenie ewentualnych różnic między poszczególnymi porami roku.

Już na początku badania około połowa respondentów zadeklarowała, że doświadcza wiosennego zmęczenia. Jednak szczegółowa analiza danych nie potwierdziła, by wiosna była okresem, w którym poziom zmęczenia znacząco wzrastał w porównaniu do innych miesięcy. Naukowcy nie zaobserwowali także wpływu szybkości wydłużania się dnia na odczuwanie wyczerpania. 

Autorzy pracy sugerują, że wiosenne zmęczenie nie jest zjawiskiem biologicznym, lecz raczej efektem kulturowym. Istnienie powszechnie znanego terminu sprawia, że wiele osób zwraca większą uwagę na swoje samopoczucie wiosną i przypisuje objawy zmęczenia właśnie tej porze roku. W praktyce jednak nie stwierdzono, by zmiany długości dnia czy przejście z zimy do wiosny miały istotny wpływ na poziom energii czy jakość snu uczestników badania.

Eksperci podkreślają, że wiosną często pojawia się presja, by być bardziej aktywnym i korzystać z lepszej pogody. Gdy nie udaje się nam sprostać tym oczekiwaniom, różnica między subiektywnym poziomem energii a społecznymi oczekiwaniami może być tłumaczona wiosennym zmęczeniem. To wygodne, zrozumiałe i społecznie powszechnie akceptowane wyjaśnienie. 

Naukowcy tymczasem przypominają, że to właśnie w ciemniejszych miesiącach roku wiele osób odczuwa większe zmęczenie i śpi nieco dłużej. Wynika to z działania zegara biologicznego, który w okresie zimowym wydłuża tzw. noc biologiczną. Wraz z nadejściem wiosny i lata, kiedy dni stają się dłuższe, teoretycznie powinniśmy czuć się bardziej wypoczęci. Analiza danych potwierdziła, że latem wiele osób śpi krócej, jednak nie przekłada się to na wzrost poczucia wyczerpania. Wręcz przeciwnie – dłuższe dni i większa aktywność sprzyjają lepszemu samopoczuciu.

Specjaliści zalecają, by osoby odczuwające wiosną spadek energii zadbały o regularną aktywność fizyczną, odpowiednią ilość snu oraz jak najwięcej kontaktu ze światłem dziennym. To właśnie ekspozycja na naturalne światło jest jednym z najważniejszych czynników regulujących nasz zegar biologiczny i wpływających na poziom energii w ciągu dnia.

Niegdyś była największą górą lodową świata. Tak umierała

8 marca 2026, 14:50

Niedziela, 8 marca (14:50)

Góra lodowa A23a – niegdyś największa na Ziemi, dwa razy większa od Londynu – właśnie kończy swój spektakularny żywot. Po 40 latach dryfowania przez lodowate, a z czasem coraz cieplejsze wody, kolos z Antarktydy znika na zawsze. Pozostawi po sobie nie tylko wspomnienia, ale i cenne wskazówki dla badaczy klimatu. Dziś naukowcy z całego świata z zapartym tchem obserwują jej ostatnie chwile.

  • W 1986 roku z Lodowca Filchnera w Antarktydzie oderwał się ogromny fragment lodu o powierzchni 4 tysięcy km kw., nazwany A23a.
  • Przez ponad 30 lat góra lodowa pozostawała nieruchoma, ale od 2020 roku zaczęła się poruszać.
  • W 2025 roku A23a zaczęła gwałtownie tracić masę pod wpływem ciepłych wód Atlantyku.
  • Całkowite zniknięcie góry jest szacowane w ciągu najwyżej kilku tygodni.
  • Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Aby zrozumieć, jak wyjątkowa była A23a, musimy cofnąć się do roku 1986. To wtedy, w cieniu wielkich wydarzeń - wybuchu reaktora w Czarnobylu, triumfu Gary’ego Linekera na mundialu w Meksyku czy pierwszej nagrody Grammy dla Whitney Houston - na odległym południu Ziemi, z potężnego Lodowca Filchnera oderwał się fragment lodu o powierzchni aż 4 tysięcy kilometrów kwadratowych. Tak narodziła się A23a - lodowy kolos, który przez kolejne lata stanie się jednym z najbardziej fascynujących obiektów badawczych na świecie.

Jak informuje BBC, przez ponad 30 lat A23a pozostawała niemal nieruchoma, zakotwiczona w mule Morza Weddella. Jej ogromna masa i specyficzne warunki hydrologiczne sprawiły, że stała się niemal stałym elementem antarktycznego krajobrazu. Dopiero w 2020 roku satelity wychwyciły pierwsze sygnały, że góra lodowa zaczyna się poruszać. To był początek nowego rozdziału - i zarazem zapowiedź nieuchronnego końca.

A23a, choć przez lata była symbolem stabilności, w ostatnich miesiącach pokazała, jak gwałtowne mogą być procesy zachodzące w naturze. Jeszcze na początku 2025 roku jej rozmiary były imponujące - mogłaby niemal połączyć wybrzeża Anglii i Francji. Jednak z każdym miesiącem traciła na masie, a ciepłe wody Atlantyku coraz szybciej podmywały jej podstawę.

W połowie 2025 roku A23a straciła tytuł największej góry lodowej świata, ale wciąż była imponującym obiektem. Przełom nastąpił, gdy dotarła nad North-west Georgia Rise - podwodną górę na południowym Atlantyku. Tam, wirując na kolumnie oceanicznej wody, została poddana siłom, które w połączeniu z cieplejszymi temperaturami doprowadziły do jej gwałtownego rozpadu.

W ciągu kilku tygodni od A23a oderwały się kolejne, mniejsze góry lodowe - A23g, A23h i A23i. To był jasny sygnał, że kolos jest w agonii. W grudniu, podczas antarktycznego lata, na powierzchni A23a pojawiły się głębokie, niebieskie jeziora - efekt topnienia od góry, spowodowanego nie tylko ciepłem wód, ale i powietrza. To właśnie wtedy naukowcy zrozumieli, że los góry lodowej jest przesądzony.

Proces zwany hydrofrakturą - czyli pękanie lodu pod naporem wody w szczelinach - przyspieszył rozpad. W krótkim czasie A23a zamieniła się w mozaikę mniejszych fragmentów, a satelity rejestrowały kolejne "wybuchy" i rozłamy. Dla badaczy była to niepowtarzalna okazja do obserwacji procesów, które mogą w przyszłości dotyczyć całych lodowców Antarktydy.

Choć rozpad tak wielkiej góry lodowej jest zjawiskiem naturalnym, naukowcy podkreślają, że tempo, w jakim to się stało, daje do myślenia. A23a stała się swoistym "naturalnym laboratorium" - jej los pozwala lepiej zrozumieć, jak antarktyczne lodowce mogą reagować na ocieplenie klimatu. Szczególnie ważne są tu obserwacje dotyczące lodowych półek - struktur, które stabilizują cały antarktyczny lądolód.

Możemy się wiele nauczyć, obserwując, jak takie kolosy zachowują się w cieplejszych warunkach. To cenna wskazówka na przyszłość - podkreśla dr Catherine Walker z Woods Hole Oceanographic Institution cytowana przez BBC.

W lutym 2026 roku, już jako znacznie mniejszy fragment, A23a pokonała ponad 700 kilometrów w zaledwie 11 dni, dryfując coraz dalej na północ. Wody o temperaturze bliskiej 10 stopni Celsjusza były dla niej wyrokiem. To jak kostka lodu w drinku - nie potrzeba wiele czasu, by zniknęła - komentuje dr Christopher Shuman.

Dziś, gdy powierzchnia A23a skurczyła się do około 180 kilometrów kwadratowych, jej koniec jest już tylko kwestią dni lub tygodni. Gdy osiągnie rozmiar 70 kilometrów kwadratowych, naukowcy przestaną ją śledzić. Wszystkie ślady znikną w ciągu najwyżej kilku tygodni - mówi prof. Adrian Luckman z Uniwersytetu w Swansea.

Woda z pustynnego powietrza? Noblista zaprezentował swój wynalazek

8 marca 2026, 11:00

Niedziela, 8 marca (11:00)

Profesor Omar Yaghi, laureat Nagrody Nobla i chemik z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, opracował urządzenie zasilane energią słoneczną, które potrafi pozyskać nawet 1000 litrów czystej wody dziennie i to z suchego, pustynnego powietrza - podaje "The Times of India". Powodzenie tego innowacyjnego rozwiązania mogłoby zrewolucjonizować walkę z niedoborem wody na świecie.

  • Noblista stworzył urządzenie, które potrafi wytwarzać wodę pitną z pustynnego powietrza, wykorzystując jedynie energię słoneczną i struktury metaliczno-organiczne.
  • Dzieciństwo zainspirowało naukowca do szukania rozwiązań dla miejsc, w których występuje deficyt wody.
  • Chcesz być na bieżąco? Najnowsze informacje z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Sercem wynalazku są tzw. MOF-y - struktury metaliczno-organiczne. To bardzo porowate materiały, które potrafią wychwytywać parę wodną nawet wtedy, gdy wilgotność powietrza jest bardzo niska. W nocy MOF-y "zbierają" parę wodną z powietrza. W ciągu dnia, pod wpływem promieni słonecznych, materiał się nagrzewa i uwalnia zgromadzoną wilgoć. Para wodna skrapla się, a powstała w ten sposób woda jest filtrowana i nadaje się do picia.

Urządzenie działa całkowicie niezależnie od sieci energetycznej - wystarczy mu światło słoneczne. Zostało zaprojektowane z myślą o regionach zagrożonych suszą, społecznościach dotkniętych katastrofami oraz miejscach, gdzie tradycyjna infrastruktura wodna jest zawodna lub nieobecna.

Nauka jest gotowa - powiedział Yaghi, opisując system. Teraz potrzebujemy odwagi, odwagi proporcjonalnej do ogromu zadania - dodał. 

Według Organizacji Narodów Zjednoczonych aż 2,2 miliarda ludzi na świecie nie ma dostępu do bezpiecznej wody pitnej, a miliardy kolejnych doświadczają poważnych niedoborów przez co najmniej miesiąc w roku.

Nowa technologia może być alternatywą dla kosztownych i szkodliwych dla środowiska metod, takich jak odsalanie wody morskiej.

Wcześniejsze prototypy testowane w Dolinie Śmierci w Kalifornii produkowały skromne ilości wody, ale skalowanie systemu do rozmiarów kontenera transportowego o długości sześciu stóp znacznie zwiększyło produkcję, czyniąc go potencjalnie rozwiązaniem, które pozwoli na zaopatrzenie społeczności.

Profesor Yaghi urodził się w Jordanii, w rodzinie palestyńskich uchodźców. Dorastał w pustynnym regionie, gdzie woda była towarem deficytowym. To doświadczenie z dzieciństwa zainspirowało go do pracy nad rozwiązaniami, które mogą pomóc ludziom w podobnej sytuacji.

Nagrodę Nobla otrzymał wspólnie z Susumu Kitagawą i Richardem Robsonem "za rozwój szkieletów metalo-organicznych" w 2025 roku.

Badania naukowe potwierdzają skuteczność MOF-ów w pozyskiwaniu wody z powietrza. Jednak przed masowym wdrożeniem trzeba jeszcze rozwiązać kilka problemów -  m.in. obniżyć koszty produkcji i zapewnić trwałość materiałów. Profesor Yaghi założył firmę Atoco, która ma pomóc w komercjalizacji wynalazku i jego upowszechnieniu.

W czasach, gdy susze i zmiany klimatyczne się nasilają, takie rozwiązania mogą być coraz bardziej przydatne. Wynalazek profesora nie zastąpi rzek czy podziemnych zbiorników, ale daje szansę na dostęp do wody tam, gdzie do tej pory było to niemożliwe. Dla wielu ludzi może to być prawdziwe wybawienie.

Kiedyś uważana za używkę, dziś sprzymierzeniec zdrowia. Nowe badania obalają mity

8 marca 2026, 09:00

Niedziela, 8 marca (09:00)

Najnowsze badania zmieniły sposób, w jaki naukowcy patrzą na kawę. Do niedawna uważana za używkę, dziś jest bardziej doceniana za korzystny wpływ na zdrowie – m.in. obniżanie ryzyka nadciśnienia tętniczego. Lek. Stanisław Surma ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach przypomina jednak, że aby odczuć korzyści, należy pamiętać o kilku warunkach.

  • Najnowsze badania wykazują, że regularne i umiarkowane picie kawy przynosi liczne korzyści zdrowotne.
  • Spożycie kawy jest bezpieczne nawet dla osób z nadciśnieniem, jeśli przestrzegają zaleceń lekarskich.
  • Najnowsze informacje z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl

Do tej pory w formularzach do przeprowadzania wywiadów lekarskich kawa bywa wymieniana w kategorii "używki", obok papierosów i alkoholu. Ale teraz wiemy już, że jej szkodliwość jest mitem. Udowodniono, że osoby, które regularnie piją umiarkowane ilości kawy, czyli 2-4 filiżanek dziennie, mogą osiągać różnorakie korzyści zdrowotne - powiedział ekspert ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

Najczęściej powtarzanym mitem o kawie, zakorzenionym w świadomości zarówno pacjentów, jak i lekarzy, jest przekonanie, że podnosi ciśnienie tętniczego.

Rzeczywiście, okazjonalne picie dużych ilości kawy może je zwiększać. Jednak gdy jest spożywana regularnie i umiarkowanie przez lata, nie tylko nie podnosi ciśnienia tętniczego, ale wręcz może je obniżać - zaznaczył lek. Surma, doktorant ŚUM.

Badania pokazują też, że nawet osoby, które chorują na nadciśnienie, mogą bezpiecznie wypijać 2-3 filiżanki kawy dziennie, o ile stosują się do zaleceń lekarskich i przyjmują przepisane leki. W świetle najnowszych doniesień uważa się, że kawa może być jednym ze zdrowych nawyków wspierających zdrowie serca i układu krążenia, a nawet obniżających ogólne ryzyko zgonu.

Nowe badania wskazują, że umiarkowane spożycie kawy może przynosić korzyści osobom z chorobami wątroby. Wyniki analiz pokazują, że kawa może zmniejszać stopień stłuszczenia wątroby, spowalniać rozwój choroby oraz obniżać ryzyko poważnych powikłań, takich jak marskość czy rak wątrobowokomórkowy. Zdaniem lekarza jest to rewolucyjna zmiana wobec wcześniejszych zaleceń, które często zakazywały kawy pacjentom z problemami wątrobowymi.

Korzyści z umiarkowanego spożycia kawy dotyczą także osób z chorobami metabolicznymi. Zawarte w kawie antyoksydanty i polifenole mogą wspierać regulację poziomu glukozy oraz metabolizm tłuszczów, co pomaga w utrzymaniu prawidłowej masy ciała i zmniejsza ryzyko powikłań metabolicznych.

Kolejnym obalonym w badaniach naukowych mitem jest to, że picie kawy zwiększa ryzyko kamicy nerkowej. Nie jest to prawda, o ile równocześnie spożywa się odpowiednią ilość wody, bo kawa działa moczopędnie - powiedział Surma. Podkreślił, że im więcej pijemy kawy, tym więcej powinniśmy pić wody.

Obszarem, który budzi pewne wątpliwości, jest natomiast picie kawy przez kobiety w ciąży. Choć nie jest już produktem całkowicie zakazanym, lek. Surma zaleca, aby ją ograniczać. Naukowiec zwrócił uwagę na fakt, że metabolizm kofeiny u ciężarnych ulega spowolnieniu, a substancja ta łatwo przenika przez łożysko i może kumulować się w organizmie dziecka.

Chociaż niektóre dane sugerują możliwe korzyści kawy, np. mniejsze ryzyko nadciśnienia ciążowego czy cukrzycy ciążowej, inne wskazują na zwiększone ryzyko przedwczesnego porodu, poronienia czy niekorzystnych efektów metabolicznych u dziecka. Dlatego wytyczne towarzystw naukowych są takie, by znacznie ograniczyć kawę w czasie ciąży, a jeśli już chce się ją spożywać, aby trzymać się niskich dawek i rozważyć opcje bezkofeinowe - zaznaczył ekspert z ŚUM.

Wokół kawy rozpuszczalnej narosło wiele mitów, zwłaszcza dotyczących jej rzekomej szkodliwości i sztuczności. Najnowsze badania nie potwierdzają tych obaw.

Nie znalazło to potwierdzenia. Duże badania na tysiącach osób wykazały, że kawa rozpuszczalna także pozytywnie wpływa na zdrowie, choć efekt jest nieco mniej wyraźny niż w przypadku kawy mielonej - podkreślił lek. Surma.

Jeśli więc ktoś preferuje kawę rozpuszczalną, nie ma ku temu żadnych przeciwwskazań - dodał.

Podobnie pozytywne wnioski dotyczą kawy bezkofeinowej. Napój ten zachowuje prozdrowotne właściwości, ponieważ zawiera ponad tysiąc związków bioaktywnych, które wykazują działanie przeciwzapalne i antyoksydacyjne.

Kawa może być korzystnym elementem dbania o zdrowie dla większości osób Ci nieliczni, którzy mają przeciwwskazania, np. kobiety w ciąży, pacjenci z niekontrolowaną dyslipidemią lub wrażliwi na kofeinę, mogą sięgać po kawę bezkofeinową.

Ekspert ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach zwraca uwagę na metody parzenia kawy. Przesączanie napoju przez papierowy filtr pozwala ograniczyć ilość niektórych związków, takich jak kofeol i kafestol, które mogą mieć niekorzystny wpływ na zdrowie. Metoda ta jest zalecana zamiast parzenia kawy w ekspresie ciśnieniowym, gdzie zawartość tych substancji jest wyższa.

Dlaczego warto płakać? Naukowcy zdradzają, jak łzy wpływają na twoje zdrowie

7 marca 2026, 09:06

W codziennym pędzie często staramy się ukrywać łzy – w pracy, wśród znajomych, nawet przed samym sobą. Tymczasem płacz to nie tylko wyraz emocji, ale także naturalny mechanizm, który chroni naszą psychikę i ciało. Najnowsze badania oraz opinie ekspertów rzucają nowe światło na to, dlaczego warto pozwolić sobie na łzy i jaką rolę odgrywają one w naszym życiu.

Płacz to moment, w którym dajemy upust emocjom. Czasem pojawia się w chwilach wzruszenia, bezradności, smutku lub nieopisanej radości. Jak zapewniają eksperci, nie jest oznaką psychicznej kruchości. Wręcz przeciwnie - ten unikatowy wyraz człowieczeństwa przynosi wiele korzyści dla naszej psychiki.

Choć łzy często kojarzą się z cierpieniem, nie zawsze są wyrazem słabości. To właśnie one pomagają nam radzić sobie z trudnymi emocjami, a nawet... poprawiają nastrój. Każdy, komu choć raz zdarzyło się porządnie zapłakać, przekonał się o kojących właściwościach płaczu.

Co dzieje się z naszym organizmem, gdy płaczemy? Okazuje się, że podczas szlochania organizm uwalnia oksytocynę i endorfiny - naturalne substancje przeciwbólowe i poprawiające nastrój. To właśnie dzięki nim po chwili płaczu czujemy się lżej, a napięcie powoli ustępuje miejsca ukojenia.

Płacz stymuluje przywspółczulny układ nerwowy, który odpowiada za odpoczynek i regenerację. W praktyce oznacza to, że łzy pomagają nam wrócić do równowagi po silnych przeżyciach, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych.

Psycholog, Christina Pierpaoli Parker, wskazuje kolejny powód, dlaczego czasami warto zapłakać, zamiast tłumić łzy. Płacz, zwłaszcza w samotności, może być swego rodzaju formą autoterapii. Zmusza do zastanowienia się nad tym, z jakiego powodu płaczesz, do przetworzenia tego, a to może sprawić, że poczujesz się lepiej - mówi ekspertka portalowi Self.

To właśnie chwila zadumy nad własnymi emocjami, którą daje płacz, pozwala nam lepiej zrozumieć siebie i swoje potrzeby. Dzięki temu łatwiej jest nam poradzić sobie z trudnościami i wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Nie bez powodu mówi się, że płacz działa jak zawór bezpieczeństwa. Kiedy silne emocje (pozytywne lub negatywne) zalewają ciało, wywołuje to stres. Płacz działa jak zawór bezpieczeństwa. Łzy łagodzą napięcie psychiczne nagromadzone w naszym układzie współczulnym - podkreśla Christina Pierpaoli Parker.

To właśnie dzięki łzom nasz organizm może się zregenerować i odzyskać równowagę. Warto więc pozwolić sobie na płacz, zamiast tłumić emocje i narażać się na długotrwały stres.

Płacz może spełniać jeszcze jedną ważną funkcję - podkreśla psycholog. Jest istotnym komunikatem dla innych, świadczącym o naszych potrzebach, aktualnym stanie psychicznym, emocjach. Ten niewypowiedziany komunikat, może skłonić innych do udzielenia większego wsparcia, do empatii i wyrozumiałości.

W społeczeństwie, które często wymaga od nas "twardości", warto pamiętać, że łzy są naturalnym językiem emocji. To dzięki nim możemy liczyć na zrozumienie i pomoc ze strony bliskich.

Płacz to nie słabość, a wyraz siły i odwagi. Pozwala nam lepiej poznać siebie, zregenerować organizm i nawiązać głębsze relacje z innymi. Następnym razem, gdy poczujesz napływające łzy, nie powstrzymuj ich - być może właśnie wtedy robisz dla siebie coś naprawdę dobrego.

Depopulacja nie sprzyja bioróżnorodności

6 marca 2026, 18:18

W latach 1347–1353 Europa doświadczyła jednej z największych katastrof w swojej historii, pandemii Czarnej Śmierci. Zaraza, która pochłonęła życie od jednej trzeciej do nawet połowy ówczesnej populacji kontynentu, doprowadziła do dramatycznych zmian nie tylko w społeczeństwie, ale również w krajobrazie i środowisku naturalnym. Najnowsze badania naukowe, opisane na łamach czasopisma "Ecology Letters" przez badaczy z University of York, pokazują konsekwencje pandemii dla przyrody. Okazuje się, że masowe wyludnienie Europy miało nieoczekiwany, negatywny wpływ na różnorodność roślin. To sugeruje, że obecność człowieka niekoniecznie bioróżnorodności szkodzi.

Czarna Śmierć spustoszyła zarówno miasta, jak i wsie. W niektórych ośrodkach miejskich śmiertelność sięgała aż 80 proc., a na obszarach wiejskich brak rąk do pracy doprowadził do porzucenia upraw i upadku lokalnych gospodarek. Opustoszałe wsie, nieużytkowane pola i pastwiska szybko zaczęły być przejmowane przez dziką przyrodę, lasy, zarośla i dzikie zwierzęta.

Wydawać by się mogło, że tak szeroko zakrojona "rewitalizacja" środowiska powinna sprzyjać rozkwitowi bioróżnorodności. Jednak wyniki najnowszych badań wskazują, że rzeczywistość była zupełnie inna. Analiza ponad 100 próbek kopalnego pyłku roślinnego, pobranych z jezior i torfowisk na terenie całej Europy, wykazała, że wraz z gwałtownym spadkiem liczby ludności, równie gwałtownie zmniejszyła się różnorodność roślin.

Badania pokazały, że od początku naszej ery aż do XIII wieku różnorodność roślin w Europie systematycznie rosła. Proces ten trwał przez okres rozkwitu i upadku Cesarstwa Rzymskiego oraz wczesne średniowiecze, osiągając szczyt w okresie pełnego średniowiecza. Jednak w połowie XIV wieku, wraz z nadejściem Czarnej Śmierci, nastąpił gwałtowny regres. Przez około 150 lat, aż do odbudowy populacji i powrotu do intensywniejszego użytkowania ziemi, poziom bioróżnorodności utrzymywał się na niskim poziomie.

Największe straty odnotowano na terenach, gdzie uprawy rolne zostały całkowicie porzucone. Analiza danych wykazała, że tam, gdzie pola uprawne zostały opuszczone, różnorodność roślin gwałtownie spadła. Natomiast w regionach, gdzie działalność rolnicza była kontynuowana lub nawet rozwijana, bioróżnorodność utrzymywała się na wyższym poziomie.

Wyniki badań przeczą powszechnemu obecnie przekonaniu, że obecność człowieka zawsze negatywnie wpływa na przyrodę. Przez ponad dwa tysiące lat to właśnie działalność ludzka, zwłaszcza tradycyjne rolnictwo, przyczyniała się do powstawania złożonych, różnorodnych krajobrazów. Dominowały w nich niewielkie pola uprawne, pastwiska, zadrzewienia śródpolne i miedze, które tworzyły idealne warunki dla wielu gatunków roślin.

W przeciwieństwie do współczesnych monokultur, historyczne systemy rolnicze były zróżnicowane i rozproszone, co sprzyjało wysokiej różnorodności biologicznej. To właśnie ta mozaikowa struktura krajobrazu umożliwiała współistnienie wielu gatunków, zarówno rodzimych, jak i tych, które się do życia w otoczeniu człowieka przystosowały.

Odkrycia te stawiają pod znakiem zapytania skuteczność niektórych współczesnych strategii ochrony przyrody, które zakładają całkowite wycofanie człowieka z krajobrazu w celu przywrócenia dzikiej przyrody. Przykładem jest popularna w Europie koncepcja celowego pozostawiania terenów odłogiem, by umożliwić spontaniczny powrót dzikiej przyrody. Okazuje się jednak, że najbogatsze przyrodniczo obszary Europy to te, które przez wieki były kształtowane przez człowieka i tradycyjne rolnictwo. Zbyt radykalne wycofanie działalności ludzkiej może, paradoksalnie, prowadzić do spadku bioróżnorodności, a nie jej wzrostu.

Autorzy pracy podkreślają, że w obliczu globalnych wyzwań związanych z ochroną przyrody i zmianami klimatycznymi, warto czerpać z tych historycznych doświadczeń. Współczesne, intensywne rolnictwo rzeczywiście ma negatywne skutki, jednak ochrona i wspieranie tradycyjnych praktyk rolniczych, tam gdzie jest to możliwe, może okazać się kluczem dla zachowania zarówno biologicznej, jak i kulturowej różnorodności Europy.

Przełomowa terapia mRNA przywraca płodność samcom myszy

6 marca 2026, 18:13

Japońscy naukowcy dokonali przełomowego odkrycia w dziedzinie leczenia męskiej niepłodności. Zespół badaczy z Uniwersytetu w Kioto wykazał, że celowane podanie informacyjnego RNA (mRNA) może przywrócić produkcję plemników, a tym samym płodność u samców myszy dotkniętych genetycznym defektem. Wyniki tych badań, opublikowane w prestiżowym czasopiśmie "Stem Cell Reports" otwierają nowe perspektywy dla terapii genetycznych w leczeniu niepłodności u mężczyzn.

  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl

Według szacunków Światowej Organizacji Zdrowia, nawet 10 proc. par na świecie zmaga się z problemem niepłodności. W około połowie przypadków przyczyna leży po stronie mężczyzny. Często źródłem problemu są wady genetyczne, które zaburzają proces powstawania plemników, prowadząc do trwałej niepłodności.

Dotychczasowe metody leczenia niepłodności o podłożu genetycznym są ograniczone i często nieskuteczne. Zespół kierowany przez profesora Takashiego Shinoharę postanowił opracować innowacyjną technikę, która pozwoli na tymczasowe "naprawienie" defektu genetycznego bez trwałej modyfikacji genomu. W tym celu naukowcy wykorzystali mRNA, cząsteczkę, która przenosi informację genetyczną niezbędną do produkcji określonego białka.

Badacze wstrzyknęli mRNA bezpośrednio do jąder samców myszy. To pozwoliło dostarczyć instrukcję tworzenia brakującego białka do odpowiednich komórek, zarówno komórek produkujących plemniki, jak i do komórek Sertolego, które pełnią kluczową rolę w procesie spermatogenezy. W pierwszej fazie eksperymentu naukowcy potwierdzili, że mRNA trafia do właściwych komórek i jest przez nie wykorzystywane.

Następnie autorzy pracy przystąpili do kluczowej części badania, sprawdzenia, czy podanie mRNA może przywrócić płodność u myszy z określonym defektem genetycznym w komórkach Sertolego, który uniemożliwia produkcję plemników. To o tyle istotne, że ten sam defekt odpowiada także za niektóre przypadki niepłodności u ludzi.

Okazało się, że już dwudniowa aktywność mRNA wystarczyła, aby odblokować proces spermatogenezy u genetycznie niepłodnych myszy. Co więcej, plemniki uzyskane od leczonych samców były zdolne do zapłodnienia komórek jajowych metodą in vitro, a z tak utworzonych embrionów narodziły się zdrowe młode.

Odkrycie to stanowi dowód na to, że terapia mRNA może tymczasowo, skutecznie naprawić konkretny defekt genetyczny będący przyczyną męskiej niepłodności, przynajmniej w modelu zwierzęcym. Zastosowanie mRNA, które działa tylko przez krótki czas, eliminuje ryzyko trwałych zmian genetycznych, co jest istotnym atutem tej metody. 

Przed naukowcami stoją jednak kolejne wyzwania. Konieczne są dalsze badania na zwierzętach, które pozwolą ocenić bezpieczeństwo i skuteczność terapii przed rozpoczęciem prób klinicznych u ludzi. 

Terapie oparte na mRNA zyskały w ostatnich latach rozgłos, głównie dzięki szczepionkom przeciwko COVID-19. Prace nad tą metodą wyrózniono w 2023 roku Nagrodą Nobla w dziedzinie medycyny. Najnowsze badania pokazują, że potencjał tej technologii jest znacznie szerszy i może znaleźć zastosowanie również w leczeniu chorób genetycznych, które dotychczas były nieuleczalne. Opracowana metoda może w przyszłości stać się przełomem w walce z męską niepłodnością, a także inspiracją do poszukiwania nowych rozwiązań w innych dziedzinach medycyny.

Są nowe sygnały fal grawitacyjnych. I wciąż potwierdzają teorię Einsteina

5 marca 2026, 19:23

Czwartek, 5 marca (19:23)

Międzynarodowa sieć detektorów fal grawitacyjnych ogłosiła publikację najnowszego katalogu sygnałów, zarejestrowanych w okresie od maja 2023 do stycznia 2024 roku. W katalogu znalazło się aż 128 nowych zderzeń czarnych dziur i gwiazd neutronowych, co ponad dwukrotnie zwiększyło liczbę znanych dotąd detekcji. Najnowsze obserwacje potwierdzają teorię Einsteina, ale także rzucają nowe światło na ewolucję Wszechświata i procesy powstawania czarnych dziur.

Wspólna praca naukowców z trzech kontynentów, amerykańskiego laboratorium LIGO, włoskiego Virgo i japońskiego KAGRA, umożliwia tworzenie najbardziej kompletnego katalogu fal grawitacyjnych w historii. Nowe dane, udostępnione do dalszych analiz zespołom badawczym na całym świecie, ukazują niezwykłą różnorodność układów podwójnych, które generują fale grawitacyjne. Wśród nich znajdują się zarówno najmasywniejsze dotąd wykryte układy czarnych dziur, jak i układy o rekordowej asymetrii mas, czy wyjątkowo dużej prędkości obrotowej. Zarejestrowano również dwa przypadki zderzeń czarnej dziury z gwiazdą neutronową.

Ogłoszona w nowym katalogu GWTC-4 (Gravitational-Wave Transient Catalogue-4.0) liczba nowych zdarzeń, 128, zdecydowanie przewyższa liczbę sygnałów z poprzedniego katalogu, obejmującego 90 detekcji z wcześniejszych trzech kampanii obserwacyjnych. Tak gwałtowny przyrost danych otwiera zupełnie nowe możliwości badawcze, pozwalając naukowcom analizować populacje czarnych dziur i testować fundamentalne prawa fizyki z niespotykaną dotąd precyzją.

Wśród najbardziej nietypowych sygnałów zarejestrowanych podczas ostatniej kampanii obserwacyjnej O4a wyróżnia się GW231123, sygnał pochodzący od najcięższego znanego układu podwójnego czarnych dziur. Każda z nich ma masę około 130 razy większą od masy Słońca, podczas gdy większość dotąd wykrytych czarnych dziur w układach podwójnych miała masę około 30 mas Słońca. Tak duże masy sugerują, że obie czarne dziury mogły powstać w wyniku wcześniejszych zderzeń lżejszych obiektów, najprawdopodobniej w bardzo zatłoczonych i dynamicznych środowiskach kosmicznych.

Kolejnym fascynującym przypadkiem jest GW231028, sygnał od układu czarnych dziur o najwyższych dotąd zaobserwowanych prędkościach obrotowych. Obie czarne dziury wirują z prędkością sięgającą 40 proc. prędkości światła. Tak ogromna energia rotacyjna również wskazuje na złożoną historię powstawania tych obiektów, prawdopodobnie poprzez wielokrotne zderzenia i łączenie się mniejszych czarnych dziur.

W katalogu znalazł się także sygnał GW231118, pochodzący od układu o wyjątkowo dużej asymetrii mas. Jedna z czarnych dziur jest dwukrotnie masywniejsza od drugiej. Takie przypadki są niezwykle cenne dla naukowców, ponieważ pozwalają testować granice obowiązywania obecnych modeli astrofizycznych.

Każda nowa detekcja fal grawitacyjnych to nie tylko kolejny krok w poznawaniu Wszechświata, ale również szansa na sprawdzenie, czy ogólna teoria względności Alberta Einsteina wciąż pozostaje najlepszym opisem grawitacji. Fale grawitacyjne powstające podczas zderzeń czarnych dziur to jedne z najbardziej ekstremalnych zjawisk we Wszechświecie - idealne do testowania granic obowiązywania teorii. "Testując nasze teorie fizyczne, dobrze jest rozważać najbardziej ekstremalne możliwe sytuacje, ponieważ to właśnie tam nasze teorie najprawdopodobniej zawodzą i gdzie mamy największą szansę na dokonanie odkryć" - mówi Aaron Zimmerman z Uniwersytetu Teksasu w Austin.

Szczególnie silny sygnał GW230814 pozwolił naukowcom przeprowadzić bardzo dokładną analizę, poszukując ewentualnych odstępstw od przewidywań Einsteina. Jak dotąd, wszystkie testy potwierdzają ich poprawność, jednak każdy kolejny sygnał zwiększa czułość tych badań i pozwala szukać subtelnych efektów, które mogłyby wskazywać na istnienie tzw. nowej fizyki. "Dzięki przyszłym obserwacjom obejmującym szerszy zakres mas czarnych dziur, ich spinów i ekscentryczności orbit, będziemy mogli nałożyć silniejsze ograniczenia na alternatywne teorie grawitacji lub potencjalnie odkryć oznaki nowej fizyki" - dodaje Soumen Roy z Université catholique de Louvain.

Jednym z największych nierozwiązanych problemów współczesnej kosmologii jest dokładne określenie tempa rozszerzania się Wszechświata, czyli tzw. stałej Hubble’a. Dotychczasowe metody, oparte na obserwacjach supernowych czy mikrofalowego promieniowania tła, dają rozbieżne wyniki. Fale grawitacyjne oferują zupełnie nową, niezależną ścieżkę pomiaru tej wielkości.

Analizując całość zgromadzonych dotąd sygnałów, naukowcy uzyskali nową, niezależną estymację stałej Hubble’a, wskazującą na wartość 76 kilometrów na sekundę na megaparsek. Oznacza to, że galaktyka oddalona o jeden megaparsek od Ziemi oddala się od nas z prędkością 76 km/s. Choć precyzja tych pomiarów wciąż ustępuje tradycyjnym metodom, każda nowa detekcja przybliża naukowców do rozwiązania tej fundamentalnej zagadki.

"Rośnie entuzjazm dla kosmologii fal grawitacyjnych. Poza tym, że jest to nowe i niezależne podejście, jest ono bardzo atrakcyjne, ponieważ unika skomplikowanej kalibracji wymaganej przez dotychczasowe metody. Chociaż nie mamy jeszcze wystarczającej liczby obserwacji, aby dorównać precyzji tradycyjnych pomiarów, każde nowe wykrycie fali grawitacyjnej przybliża nas o krok do wyjaśnienia, jak szybko rozszerza się nasz wszechświat" - dodaje Ulyana Dupletsa, badaczka z Instytutu Marietty Blau Austriackiej Akademii Nauk.

❌