Widok normalny

Otrzymane dzisiaj — 7 lutego 2026 Nauka - Nauka - RMF24

Dlaczego ta rzeka płynie "pod górę"? Eksperci rozwiązują zagadkę

7 lutego 2026, 07:54

Dlaczego ta rzeka płynie "pod górę"? Eksperci rozwiązują zagadkę

Dzisiaj, 7 lutego (07:54)

Zespół badaczy odkrywa przyczynę niezwykłego biegu Green River w Utah. Przez ponad 150 lat naukowcy próbowali wyjaśnić, dlaczego rzeka przecina góry Uinta, zamiast je omijać. Najnowsze badania wskazują na spektakularne zjawisko geologiczne.

  • Green River w Utah od 150 lat stanowiła geologiczną zagadkę przez swój bieg przez góry Uinta.
  • Najnowsze badania wykazały, że przyczyną jest zjawisko "litosferycznej kropli" - fragment skorupy ziemskiej zapadł się w głąb, chwilowo obniżając góry.
  • Podobne zjawiska występują m.in. w Himalajach, gdzie rzeki takie jak Indus czy Brahmaputra przecinają góry.

Krajobraz stanu Utah w USA skrywa jedną z największych zagadek amerykańskiej geologii. Green River, jedna z głównych rzek regionu, od dekad budziła zdumienie naukowców. Jej trasa wydaje się nielogiczna: podczas gdy większość rzek omija góry, Green River przebija się przez masywne pasmo Uinta Mountains. Od lat 70. XIX wieku, kiedy po raz pierwszy zwrócono uwagę na to zjawisko, geolodzy głowili się, jak to możliwe, że rzeka "płynie pod górę".

Na pierwszy rzut oka, bieg Green River wydaje się sprzeczny z prawami fizyki. Choć oczywiście woda nie może płynąć wbrew grawitacji, to właśnie układ terenu sprawia, że rzeka wygląda, jakby ignorowała naturalne przeszkody i wybierała najbardziej wymagającą trasę.

Przełom nastąpił dzięki najnowszym badaniom opublikowanym w prestiżowym czasopiśmie "Journal of Geophysical Research: Earth Surface". Zespół naukowców przeanalizował setki danych sejsmicznych i odkrył pod Uinta Mountains niezwykłą strukturę - zimną, okrągłą strefę o średnicy od 50 do 100 kilometrów, znajdującą się aż 200 kilometrów pod powierzchnią ziemi.

To właśnie ten "ślad" okazał się kluczowy. Naukowcy zidentyfikowali zjawisko znane jako "litosferyczna kropla". Miliony lat temu fragment skorupy ziemskiej pod górami Uinta zapadł się w głąb, powodując tymczasowe obniżenie się masywu. W tym okresie góry były na tyle niskie, że Green River mogła przebić się przez ich teren, rzeźbiąc własną dolinę.

Z czasem, gdy fragment skorupy oderwał się i ziemia ponownie się wypiętrzyła, rzeka pozostała "uwięziona" na swojej trasie. Przebijała się przez rosnące góry, stopniowo żłobiąc coraz głębszy kanion. To właśnie dlatego dziś Green River wydaje się płynąć wbrew logice - jej bieg został "zafiksowany" przez pradawne procesy geologiczne.

Green River to przykład tzw. rzeki antecydentnej - cieku wodnego, który istniał na danym terenie jeszcze zanim powstały góry. Rzeka zdążyła wyrzeźbić swoje koryto, zanim nastąpiło wypiętrzenie terenu. Gdy ziemia zaczęła się podnosić, rzeka utrzymała swój bieg, wycinając coraz głębszą dolinę w rosnącym masywie.

To zjawisko nie jest unikatowe dla Utah. Na świecie istnieje kilka spektakularnych przykładów rzek antecydentnych. Najbardziej znane to Indus, Brahmaputra i Satluj, które przecinają pasma Himalajów. Podobnie jak Green River, te rzeki są żywymi świadectwami potęgi natury i skomplikowanych procesów geologicznych, które kształtowały naszą planetę przez miliony lat.

Bałtyk niemal "wypompowany" przez wiatr. Najniższy poziom od 140 lat

6 lutego 2026, 18:15

Wczoraj, 6 lutego (18:15)

Rok 2026 przynosi zaskakujące wieści znad Bałtyku. Od początku stycznia mieszkańcy naukowcy obserwują z niepokojem, jak poziom wody w Morzu Bałtyckim spada do wartości, jakich nie notowano od początku pomiarów, czyli od 1886 roku. Wszystko za sprawą niezwykle długotrwałego i silnego napływu wschodnich wiatrów, które dosłownie „wypchnęły” wodę z Bałtyku przez cieśniny w kierunku Morza Północnego.

  • Poziom wody w Bałtyku spadł o ponad 67 cm, co jest rekordem od 140 lat obserwacji.
  • Morze straciło aż 275 km sześciennych wody.
  • Główną przyczyną są silne, długotrwałe wschodnie wiatry, które wypchnęły wodę do Morza Północnego.
  • Niższy poziom wody stwarza szansę na napływ zimnej, słonej i bogatej w tlen wody z Morza Północnego.
  • Więcej ciekawych artykułów z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

Według najnowszych danych zebranych przez niemiecki Leibniz-Institut für Ostseeforschung Warnemünde (IOW), średni poziom wody w Bałtyku obniżył się o ponad 67 centymetrów względem normy. Tak dramatyczny spadek odnotowano m.in. na szwedzkiej stacji pomiarowej Landsort-Norra. To absolutny rekord od czasu, gdy rozpoczęto systematyczne obserwacje ponad 140 lat temu.

Bilans jest zatrważający: Bałtyk stracił aż 275 kilometrów sześciennych wody - to ilość, która mogłaby wypełnić ponad 100 tysięcy basenów olimpijskich. Skąd tak gwałtowny odpływ?

Odpowiedzialne są za to długotrwałe, silne wschodnie wiatry, które przez tygodnie spychały wodę przez cieśniny duńskie w kierunku Morza Północnego. Efekt? Poziom wody w Bałtyku obniżył się do niespotykanego dotąd minimum.

Naukowcy uważają jednak, że to nie tylko zagrożenie, ale i szansa

Choć na pierwszy rzut oka sytuacja wydaje się niepokojąca, eksperci z IOW podkreślają, że tak wyjątkowe warunki mogą przynieść Bałtykowi... oddech. Jak tłumaczy Michael Naumann, koordynator programu długoterminowych obserwacji w IOW, już przy spadku poziomu wody o 20 centymetrów poniżej normy pojawiają się idealne warunki do silnego napływu słonej wody z Morza Północnego do Bałtyku.

Obecnie, przy rekordowo niskim poziomie, prawdopodobieństwo takiego zjawiska szacuje się na 80-90 procent. To może być prawdziwy przełom dla ekosystemu Bałtyku.

Bałtyk to morze zamknięte, które tylko sporadycznie wymienia wodę z oceanem. Przez to w głębokich partiach morza często brakuje tlenu, a temperatura wody w głębi utrzymuje się na podwyższonym poziomie. Jak podkreśla Volker Mohrholz, zastępca szefa działu fizycznej oceanografii w IOW, napływ zimnej, bogatej w tlen wody z Morza Północnego może przynieść Bałtykowi podwójne korzyści.

Po pierwsze, zimna woda jest znacznie lepszym nośnikiem tlenu niż ciepła, co oznacza, że w głębokich basenach Bałtyku może dojść do długo oczekiwanej poprawy warunków tlenowych. Po drugie, intensywny napływ słonej wody może zakończyć trwający od dwóch dekad okres podwyższonych temperatur w głębi morza, co pozytywnie wpłynie na cały ekosystem.

Choć naukowcy z nadzieją patrzą na możliwość "odświeżenia" Bałtyku, sytuacja wymaga stałego monitoringu. Zbyt długotrwały niski poziom wody może bowiem negatywnie odbić się na żegludze, rybołówstwie i gospodarce morskiej. Już teraz porty w regionie zgłaszają utrudnienia, a niektóre mniejsze jednostki mają problem z wejściem do portów.

Naukowcy obalają sensacyjną tezę o "przewidywaniu" zaćmienia Słońca przez drzewa w Dolomitach

6 lutego 2026, 17:00

Wczoraj, 6 lutego (17:00)

W ubiegłym roku świat naukowy i media obiegła zaskakująca hipoteza dotycząca zachowania świerków w Dolomitach na północy Włoch. Według głośnej publikacji zespołu Alessandro Chiolerio i współpracowników, drzewa miały wykazać nagły, zsynchronizowany wzrost aktywności elektrycznej na około 14 godzin przed częściowym zaćmieniem Słońca, które przeszło nad tym regionem. Autorzy sugerowali, że świerki w jakiś sposób "przewidziały" nadchodzące zjawisko astronomiczne i przygotowywały się na nie. Opublikowana dziś w prestiżowym czasopiśmie "Trends in Plant Science" analiza zdecydowanie podważa tę interpretację, wskazując na inne, znacznie bardziej racjonalne wyjaśnienie.

  • Więcej aktualnych informacji ze świata znajdziesz na stronie RMF24.pl

Zespół naukowców pod kierownictwem profesora Ariela Novoplansky’ego z Uniwersytetu Ben-Guriona w Izraelu przeanalizował dane oraz metodologię pierwotnego badania. Ich zdaniem, synchronizowany wzrost aktywności elektrycznej drzew zbiegł się w czasie z lokalną burzą, podczas której w pobliżu miejsca badań odnotowano serię wyładowań atmosferycznych. To właśnie burza, a nie zaćmienie Słońca, miała być przyczyną nietypowych odczytów. 

"Zamiast rozważyć proste, dobrze udokumentowane czynniki środowiskowe, takie jak intensywny deszcz i pobliskie uderzenia piorunów, autorzy oryginalnej pracy skłonili się ku bardziej atrakcyjnej, lecz niepopartej dowodami hipotezie o zdolności drzew do przewidywania zaćmienia" - komentuje Novoplansky.

Nie ulega wątpliwości, że rośliny potrafią reagować na zmiany warunków otoczenia, a nawet "przewidywać" niektóre zagrożenia, jeśli są one poprzedzone wyraźnymi sygnałami. Przykładowo, rośliny mogą przygotowywać się na konkurencję ze strony sąsiadów lub na stresy środowiskowe, jeśli otrzymają odpowiednie sygnały ostrzegawcze. Jednak, jak podkreślają autorzy najnowszej analizy, taka reakcja pojawia się wyłącznie wtedy, gdy przewidywane zdarzenie stanowi realne wyzwanie i jest silnie skorelowane z wyraźnymi bodźcami.

W przypadku częściowego zaćmienia Słońca, które miało miejsce w Dolomitach, naukowcy podkreślają, że zjawisko to nie było na tyle istotne, by wymagało jakiegokolwiek "przygotowania" ze strony drzew. Zaćmienie trwało zaledwie dwie godziny i spowodowało redukcję natężenia światła o około 10,5 proc. Co więcej, poziom światła w tym czasie był wciąż dwukrotnie wyższy niż maksymalna ilość, jaką drzewa są w stanie efektywnie wykorzystać w procesie fotosyntezy. W regionie Dolomitów zmiany nasłonecznienia wywołane przez chmury są znacznie gwałtowniejsze i częstsze niż te spowodowane przez zaćmienie.

W oryginalnej pracy Chiolerio i współpracownicy sugerowali, że starsze drzewa wykazywały silniejszą reakcję elektryczną niż młodsze, co miałoby świadczyć o przekazywaniu doświadczenia związanym z wcześniejszymi zaćmieniami. Jednak, jak podkreślają krytycy, każde zaćmienie jest unikatowe pod względem ścieżki, zakresu i czasu trwania, więc nawet gdyby drzewa miały jakąkolwiek "pamięć" poprzednich zaćmień, nie mogłaby ona posłużyć do przewidywania kolejnych. Dodatkowo, zmiany grawitacyjne towarzyszące zaćmieniom są porównywalne z tymi, które występują podczas nowiu Księżyca i nie stanowią dla drzew jednoznacznego sygnału. Naukowcy zwracają też uwagę na bardzo ograniczoną próbę badawczą, przy poprzedniej pracy pomiary prowadzono na zaledwie trzech żywych drzewach i pięciu pniach.

Eksperci podkreślają, że badania aktywności elektrycznej drzew to fascynujący, lecz wciąż bardzo młody obszar nauki. Interpretowanie obserwowanych zmian jako dowodu na istnienie "pamięci", czy "kolektywnej komunikacji" wymagałoby niezwykle mocnych dowodów, których w tym przypadku zabrakło. Zdaniem autorów najnowszej pracy, uleganie sensacyjnym narracjom, które nie mają solidnego poparcia w danych, jest niebezpieczne zarówno dla nauki, jak i dla opinii publicznej. 

"Aktywność elektryczna drzew to realne zjawisko, ale wymaga jeszcze wielu lat badań, zanim będziemy mogli wyciągać daleko idące wnioski. Las sam w sobie jest wystarczająco fascynujący, nie potrzebujemy irracjonalnych, choć atrakcyjnych opowieści o przewidywaniu zaćmień czy komunikacji między pokoleniami drzew" - przekonuje Novoplansky.

Manipulować snem, by rozwiązać problem?

5 lutego 2026, 18:59

Czwartek, 5 lutego (18:59)

Inżynieria snów może pomóc w rozwiązywaniu problemów i pobudzaniu kreatywności - piszą na łamach czasopisma "Neuroscience of Consciousness" naukowcy z Northwestern University. Wyniki ich najnowszych badań rzucają nowe światło na starą jak świat radę: "prześpij się z problemem". Potwierdza się, że sen, a zwłaszcza jego faza REM, może być kluczowy w procesie twórczego rozwiązywania problemów. Ale na tym nie koniec. Dzięki nowatorskim eksperymentom badacze udowodnili, że możliwe jest nie tylko wpływanie na treść snów, ale także wykorzystywanie ich do zwiększenia kreatywności i skuteczności w rozwiązywaniu trudnych zagadek.

  • Więcej aktualnych informacji ze świata znajdziesz na stronie RMF24.pl

Od wieków znane są historie o przełomowych pomysłach, które pojawiały się podczas snu. Jednak dotychczas brakowało naukowych dowodów na to, że sny rzeczywiście mogą wspierać proces twórczego myślenia. Zespół badaczy z Northwestern University postanowił to zmienić, wykorzystując metodę tzw. celowanej reaktywacji pamięci TMR (Targeted Memory Reactivation).

W eksperymencie wzięło udział 20 osób doświadczających świadomego śnienia, czyli tzw. lucid dreamingu. Uczestnicy mieli za zadanie rozwiązać zestaw łamigłówek, z których każda była powiązana z unikatowym, konkretnym dźwiękiem. Większość zagadek pozostała nierozwiązana, co było zamierzonym efektem, bo badacze chcieli sprawdzić, czy sny mogą pomóc w znalezieniu odpowiedzi.

Po próbie rozwiązania zagadek uczestnicy udali się na nocny odpoczynek w laboratorium, gdzie ich sen był monitorowany za pomocą zaawansowanych urządzeń rejestrujących aktywność mózgu. W trakcie fazy REM, kiedy najczęściej występują sny, badacze odtwarzali dźwięki powiązane z połową nierozwiązanych łamigłówek. Celem było przypomnienie mózgowi o konkretnych problemach i zachęcenie do pracy nad nimi podczas snu.

Wyniki okazały się zaskakujące. Aż 75 proc. uczestników śniło o pomysłach związanych z zagadkami, a te, które pojawiły się w snach, były po przebudzeniu rozwiązywane znacznie częściej (42 proc.) niż te, które nie zostały przypomniane podczas snu (17 proc.). Co istotne, nie tylko osoby doświadczające świadomego śnienia reagowały na dźwięki, również w snach innych pojawiały się elementy związane z odtwarzanymi łamigłówkami.

Wśród relacji uczestników pojawiały się niezwykłe historie, jedna z osób poprosiła postać ze swojego snu o pomoc w rozwiązaniu zagadki, inna śniła o lesie po usłyszeniu dźwięku powiązanego z zagadką o drzewach, a kolejna, po odtworzeniu dźwięku związanego z dżunglą, śniła o wędkowaniu w tropikalnym lesie. Te przykłady pokazują, jak silny wpływ na treść snów mogą mieć bodźce zewnętrzne, nawet jeśli śniący nie są tego świadomi.

Badacze zwracają uwagę, że choć wyniki są obiecujące, nie można jeszcze jednoznacznie stwierdzić, że samo śnienie o danym problemie gwarantuje jego rozwiązanie. Istnieje wiele czynników, takich jak ciekawość czy zaangażowanie emocjonalne, które mogą wpływać zarówno na treść snów, jak i na skuteczność rozwiązywania zagadek po przebudzeniu. Mimo to, możliwość takiej "inżynierii snów" z pomocą TMR otwiera nowe perspektywy w badaniach nad kreatywnością i funkcjami snu.

Odkrycia naukowców z Northwestern University mogą mieć szerokie zastosowanie nie tylko dla pobudzania kreatywności, ale także w terapii i wspieraniu zdrowia psychicznego. Kolejnym krokiem będzie sprawdzenie, czy podobne metody mogą pomóc w regulacji emocji oraz w ogólnym uczeniu się i zapamiętywaniu. Autorzy pracy podkreślają, że jeśli uda się jednoznacznie potwierdzić, że sny odgrywają tak istotną rolę w rozwiązywaniu problemów i regulacji emocji, być może w przyszłości sen stanie się równie ważnym elementem profilaktyki zdrowotnej, jak dieta czy aktywność fizyczna.

Grecka enklawa czasu. Naukowcy odkrywają genetyczną tajemnicę regionu

5 lutego 2026, 11:29

Czwartek, 5 lutego (11:29)

Najnowsze badania genetyczne rzucają nowe światło na historię jednego z najbardziej odizolowanych regionów Europy. Naukowcy przeanalizowali DNA mieszkańców południowej części Półwyspu Mani na Peloponezie i odkryli, że stanowią oni jedną z najbardziej wyjątkowych pod względem genetycznym populacji na kontynencie. Wyniki opublikowane w czasopiśmie "Communications Biology" wskazują, że korzenie wielu linii rodowych Maniotów sięgają epoki brązu, żelaza i czasów rzymskich.

  • Chcesz być na bieżaco? Odwiedź stronę główną RMF24.pl.

Półwysep Mani, położony wśród surowych gór, stromych klifów i charakterystycznych kamiennych wież mieszkalnych, od wieków fascynuje podróżników, historyków i archeologów. To miejsce, które przez wieki opierało się wpływom zewnętrznym, zachowując odrębność kulturową i społeczną. Najnowsze badania dowodzą, że najbardziej izolowany rejon tzw. wewnętrznego, czy głebokiego Mani stanowi swoistą wyspę genetyczną na stałym lądzie Grecji, która przetrwała wielkie fale migracji i przemian etnicznych, jakie przetoczyły się przez Bałkany po upadku Cesarstwa Rzymskiego.

Międzynarodowy zespół naukowców, w skład którego weszli badacze z Uniwersytetu Oksfordzkiego, Uniwersytetu w Tel Awiwie, Narodowego Uniwersytetu Ateńskiego, Areopolis Health Centre, European University Cyprus oraz FamilyTreeDNA, przeprowadził szeroko zakrojone analizy genetyczne. Wyniki jednoznacznie wskazują, że Manioci w przeważającej mierze wywodzą się od lokalnych, greckojęzycznych społeczności zamieszkujących te tereny jeszcze przed epoką średniowiecza. W przeciwieństwie do innych populacji Grecji kontynentalnej, nie wykazują oni śladów istotnych domieszek genetycznych od późniejszych grup napływowych, takich jak Słowianie, którzy w znacznym stopniu zmienili strukturę genetyczną i językową południowo-wschodniej Europy.

Analiza męskiego chromosomu Y wykazała, że większość męskich linii rodowych Maniotów można prześledzić aż do czasów epoki brązu, żelaza i okresu rzymskiego. Rozmieszczenie tych linii pokrywa się z lokalizacją unikatowych, megalitycznych budowli mieszkalnych i sakralnych, które do dziś są charakterystycznym elementem krajobrazu tego rejonu. To sugeruje, że dzisiejsi mieszkańcy regionu mogą być bezpośrednimi potomkami społeczności, które ponad 1400 lat temu budowały te niezwykłe konstrukcje.

Badania wykazały także, że ponad połowa współczesnych mężczyzn wywodzi się tam od jednego wspólnego przodka, który żył w VII wieku naszej ery. Tak wysoki stopień pokrewieństwa wskazuje na okresy drastycznego spadku liczebności ludności, prawdopodobnie spowodowane chorobami, wojnami lub innymi gwałtownymi wydarzeniami, prowadzącymi do destabilizacji regionu.

O ile linie ojcowskie wykazują niezwykłą jednorodność i ciągłość, o tyle linie matczyne, analizowane na podstawie mitochondrialnego DNA, są znacznie bardziej zróżnicowane. Wskazuje to na sporadyczne kontakty z kobietami pochodzącymi z innych regionów basenu Morza Śródziemnego, Kaukazu, Europy Zachodniej, a nawet Afryki Północnej. Ten wzorzec jest zgodny z modelem społeczeństwa silnie patriarchalnego, w którym mężczyźni pozostawali w rodzinnych stronach, a niewielka liczba kobiet spoza regionu była włączana do lokalnych społeczności. Badacze podkreślają, że to pierwsze badanie, które pozwoliło odtworzyć nieznane dotąd historie kobiet z tego rejonu, których losy były dotychczas w przekazach ustnych zdominowanych przez mężczyzn pomijane.

Wyniki badań genetycznych potwierdzają wiele lokalnych tradycji i przekazów ustnych dotyczących wspólnego pochodzenia poszczególnych klanów zamieszkujących rejon wewnętrznego Mani. Analizy wykazały, że założyciele niektórych współczesnych klanów żyli w XIV i XV wieku, co pokrywa się z przekazami o genezie tych rodów. W surowych warunkach geograficznych i przy ograniczonych zasobach ekonomicznych, przetrwanie zależało od silnych więzi rodzinnych i sojuszy, co dodatkowo wzmacniało zamknięty charakter społeczności. Badacze porównali genomy Maniotów z ponad milionem współczesnych osób z całego świata oraz z tysiącami próbek starożytnego DNA. Wyniki były jednoznaczne, praktycznie nie znaleziono pokrewieństwa z innymi populacjami. To potwierdza ich wyjątkową izolację i odrębność genetyczną.

Od wieków wewnętrzne Mani fascynowało historyków i archeologów. W czasach, gdy większość Bałkanów doświadczała licznych fal migracji, region ten pozostawał wyjątkowo odporny na wpływy zewnętrzne. Już w X wieku cesarz bizantyjski Konstantyn VII Porfirogeneta pisał o mieszkańcach Mani, że "nie są pochodzenia słowiańskiego, lecz wywodzą się od dawnych Rzymian, zwanych Hellenami". Cesarz odnotował także, że Manioci jeszcze w IX wieku czcili starożytnych bogów olimpijskich, co było ewenementem w całkowicie schrystianizowanym już wówczas imperium.

Ogień przyczynił się do ewolucji człowieka w zaskakujący sposób. Przydały się... oparzenia

5 lutego 2026, 09:57

Czwartek, 5 lutego (09:57)

Najnowsze badania prowadzone pod kierunkiem naukowców z Imperial College London rzucają nowe światło na rolę, jaką w ewolucji człowieka odegrał ogień. Do wielu znanych, związanych z opanowaniem ognia pożytków dochodzi kolejny, dość zaskakujący. Według opublikowanych w czasopiśmie "BioEssays" danych, regularny kontakt naszych dalekich przodków z wysoką temperaturą i urazami termicznymi mógł odegrać istotną rolę w kształtowaniu mechanizmów gojenia się ran, odpowiedzi immunologicznej, a także podatności na powikłania po ciężkich oparzeniach.

  • Regularny kontakt ludzi z ogniem i oparzeniami mógł wpłynąć na ewolucję specyficznych mechanizmów gojenia się ran i odpowiedzi immunologicznej, odróżniających nas od innych gatunków.
  • Analizy genetyczne wskazują, że u ludzi szybciej ewoluowały geny związane z reakcją na oparzenia, co mogło być efektem naturalnej selekcji napędzanej przez kulturę i codzienne użycie ognia.
  • Odkrycia te mogą pomóc w lepszym zrozumieniu problemów medycyny oparzeniowej i prowadzić do skuteczniejszych metod leczenia oraz poprawy jakości życia pacjentów.
  • Więcej ważnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

Od ponad miliona lat umiejętność kontrolowania ognia stanowiła fundament rozwoju człowieka. Ogień umożliwił pieczenie i gotowanie, dawał ogrzewanie, a w późniejszych epokach pozwolił na rozwój nowych technologii i przemysłu. Jednak bliska relacja z ogniem wiązała się również z wyjątkowym w skali świata zwierząt ryzykiem oparzeń. Podczas gdy większość zwierząt unika ognia, człowiek nauczył się z nim żyć, co sprawia, że niemal każdy z nas w ciągu życia doświadcza przynajmniej drobnych oparzeń.

Badacze podkreślają, że ludzie doznają oparzeń i leczą się z nich znacznie częściej niż jakikolwiek inny gatunek. Ta wyjątkowa ekspozycja na urazy termiczne mogła, według autorów pracy, doprowadzić do wykształcenia się specyficznych adaptacji genetycznych, które odróżniają człowieka od innych naczelnych i ssaków. Analizy genomu wykazały, że niektóre geny związane z odpowiedzią na oparzenia wykazują u ludzi przyspieszone tempo ewolucji. Geny te odpowiadają za gojenie się ran, reakcje zapalne oraz funkcjonowanie układu odpornościowego w walce z infekcjami, które są głównym powikłaniem po oparzeniach, zwłaszcza w czasach sprzed antybiotyków. Badacze zwracają uwagę, że jest to przykład selekcji naturalnej napędzanej przez kulturę, co stanowi unikatowy przypadek w historii ewolucji.

Naukowcy sugerują, że presja naturalnej selekcji sprzyjała wykształceniu cech pozwalających na przeżycie niewielkich i umiarkowanych oparzeń. Wśród nich wymienia się szybszą reakcję zapalną, sprawniejsze zamykanie się ran oraz silniejsze sygnały bólowe, które miały chronić przed dalszymi uszkodzeniami i infekcjami. Jednak te same adaptacje, korzystne przy drobnych urazach, mogą być szkodliwe w przypadku rozległych oparzeń. U ludzi obserwuje się bowiem skłonność do nadmiernej reakcji zapalnej, powstawania blizn oraz niewydolności narządów po ciężkich oparzeniach.

Badania, prowadzone we współpracy z ekspertami z zakresu chirurgii plastycznej, biologii ewolucyjnej i genetyki, otwierają nowe możliwości zrozumienia nie tylko historii ewolucyjnej człowieka, ale także współczesnych problemów medycyny oparzeniowej. Wyniki sugerują, że wielopokoleniowe narażenie na oparzenia mogło być jednym z czynników kształtujących unikatowe cechy ludzkiego organizmu. Co więcej, może to tłumaczyć, dlaczego wyniki badań na zwierzętach często nie przekładają się na skuteczność leczenia oparzeń u ludzi.

Zrozumienie genetycznych podstaw reakcji na oparzenia może pomóc w wyjaśnieniu, dlaczego niektórzy pacjenci szybciej wracają do zdrowia, podczas gdy inni zmagają się z powikłaniami i bliznami. Badacze podkreślają, że wciąż niewiele wiadomo o genetycznych uwarunkowaniach gojenia się ran i powstawania blizn u ludzi, a nowe odkrycia mogą stanowić punkt wyjścia do dalszych, bardziej szczegółowych analiz z udziałem lekarzy, biologów i genetyków. Ich wyniki powinny przyczynić się do rozwoju nowoczesnych metod leczenia oparzeń i poprawy jakości życia pacjentów.

Tomograf komputerowy odkrywa tajemnice egipskich mumii

4 lutego 2026, 18:46

Nowoczesna technologia medyczna odsłania tajemnice starożytnych egipskich mumii. Naukowcy z Keck Medicine przy Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles wykorzystali zaawansowane skanery tomografii komputerowej (CT) do zbadania dwóch starożytnych egipskich mumii. Dzięki metodzie, która na co dzień służy diagnozowaniu i leczeniu współczesnych pacjentów, naukowcy mogli zajrzeć pod powierzchnię owiniętych w lniane bandaże ciał sprzed ponad 2200 lat i odkryć nieznane dotąd szczegóły z ich życia i zdrowia.

Obiektem badań były zmumifikowane szczątki dwóch egipskich kapłanów: Nes-Mina, żyjącego około 330 roku p.n.e. oraz Nes-Hora, zmarłego około 190 roku p.n.e. Obie mumie, zachowane w doskonałym stanie, zostały poddane pełnemu skanowaniu CT, co pozwoliło uzyskać setki precyzyjnych przekrojów ich ciał. Skanowanie odbywało się bez wyjmowania mumii z dolnej części sarkofagów, z których każdy ważył około 90 kilogramów. Mumie były owinięte w lniane całuny, które z biegiem czasu przybrały ciemny kolor. Starszy z kapłanów, Nes-Min, miał na sobie bogato zdobioną siatkę z koralików oraz kilka sznurów kolorowych paciorków, co świadczy o jego wysokiej pozycji społecznej.

Zastosowanie nowoczesnego skanera CT pozwoliło uzyskać niezwykle szczegółowe obrazy, dzięki którym naukowcy mogli zobaczyć nie tylko ogólną budowę ciała, ale także drobne detale, takie jak powieki czy dolna warga. Odkrycia te nadały badanym postaciom bardziej ludzki wymiar, pozwalając spojrzeć na nich nie tylko jak na historyczne artefakty, ale jak na realnych ludzi z przeszłości.

Analiza obrazów ujawniła również szereg informacji na temat zdrowia i stylu życia obu kapłanów. U Nes-Mina zauważono poważne zmiany zwyrodnieniowe w dolnej części kręgosłupa, prawdopodobnie spowodowane wiekiem. Wygląda na to, że to co często określamy jako ból krzyża jest dolegliwością uniwersalną i ponadczasową. 

Z kolei u Nes-Hora badania wykazały poważne problemy stomatologiczne oraz znacznie zniszczony staw biodrowy. Analiza sugeruje, że był on starszy w chwili śmierci niż Nes-Min.

Po zakończeniu skanowania, zespół specjalistów przystąpił do tworzenia cyfrowych modeli 3D oraz fizycznych wydruków wybranych części ciał obu kapłanów. Dzięki wykorzystaniu medycznych drukarek 3D powstały m.in. naturalnej wielkości repliki kręgosłupów, czaszek i bioder, a także obiektów znalezionych przy mumiach. Modele te pozwalają nie tylko na dokładną analizę, ale również na prezentację wyników badań szerokiej publiczności.

Jak podkreślają autorzy badań, nowoczesne technologie umożliwiają nie tylko badanie starożytnych szczątków, ale również rewolucjonizują współczesną medycynę. Dzięki wizualizacji 3D i drukowi 3D chirurdzy mogą przygotować się do skomplikowanych operacji, analizując precyzyjne modele narządów pacjentów, co zwiększa bezpieczeństwo i skuteczność zabiegów. Pacjenci zyskują natomiast możliwość lepszego zrozumienia swojego stanu zdrowia, trzymając w ręku dokładną replikę własnego organu.

Efekty pracy zespołu radiologów i specjalistów od wizualizacji 3D będzie można zobaczyć na wystawie "Mummies of the World: The Exhibition", która zostanie otwarta 7 lutego w California Science Center. Oprócz samych mumii, zwiedzający będą mieli okazję obejrzeć cyfrowe modele 3D oraz wydruki wybranych fragmentów ciał i znalezionych przy nich obiektów. To wyjątkowa szansa, by dzięki osiągnięciom współczesnej nauki zajrzeć w głąb historii i poznać codzienne życie ludzi sprzed tysięcy lat.

Wystawa, która po raz pierwszy została zaprezentowana w 2010 roku, po latach powraca do Los Angeles, prezentując nowe, nigdy wcześniej niepokazywane eksponaty. Dzięki połączeniu najnowszych technologii medycznych z archeologią, zwiedzający mogą przekonać się, jak wiele łączy nas ze starożytnymi cywilizacjami i jak współczesna nauka pozwala odkrywać tajemnice przeszłości.

Ta prosta zmiana myślenia może odmienić życie osób z depresją

4 lutego 2026, 15:04

Depresja to jedno z najczęściej występujących zaburzeń psychicznych na świecie, które dotyka miliony osób niezależnie od wieku, płci czy statusu społecznego. W powszechnej świadomości osoby zmagające się z tą chorobą często postrzegane są przez pryzmat słabości, bezradności czy braku motywacji. Tymczasem najnowsze badania przeprowadzone przez zespół psychologów pod kierunkiem dr Christiny Bauer z Uniwersytetu Wiedeńskiego rzucają zupełnie nowe światło na tę kwestię, wskazując, jak ogromną rolę odgrywa pozytywna społeczna narracja dotycząca przezwyciężania słabości przez osoby z depresją. Pisze o tym czasopismo "Personality and Social Psychology Bulletin".

  • Najnowsze badania z Uniwersytetu Wiedeńskiego pokazują, że podkreślanie siły osób z depresją przynosi wymierne korzyści.
  • Uczestnicy eksperymentu, którzy skupili się na swoich mocnych stronach, odnotowali wzrost poczucia własnej wartości i motywacji.
  • Badacze apelują o zmianę języka w rozmowach o depresji - zamiast skupiać się na deficytach, warto doceniać siłę i wytrwałość chorych.

Wieloletnie badania naukowe wskazują, że osoby cierpiące na depresję codziennie wykazują się niezwykłą siłą, wstają z łóżka mimo braku motywacji, podejmują walkę z negatywnymi myślami, stawiają czoła trudnym emocjom i nieustannie próbują radzić sobie z objawami choroby. Dotychczas jednak te wysiłki były często pomijane lub bagatelizowane zarówno przez otoczenie, jak i przez samych chorych. Zamiast tego w społeczeństwie utrwalił się obraz osoby z depresją jako jednostki słabej, niezdolnej do działania i wymagającej współczucia.

Dr Christina Bauer wraz z zespołem postanowiła sprawdzić, jak zmiana tej narracji wpływa na samopoczucie i funkcjonowanie osób z depresją. Badacze przeprowadzili trzy kontrolowane eksperymenty z udziałem 748 osób, które doświadczyły epizodów depresyjnych. Uczestnicy pochodzili z różnych krajów, w tym ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

Kluczowym elementem badania była specjalnie opracowana, 20-minutowa interwencja psychologiczna. Zamiast skupiać się na deficytach i trudnościach, uczestnicy zostali poproszeni o refleksję nad własnymi mocnymi stronami, które ujawnili w trakcie walki z chorobą. Chodziło o konkretne sytuacje, w których wykazali się wytrwałością, umiejętnością radzenia sobie z negatywnymi emocjami czy konsekwencją w dążeniu do poprawy swojego stanu.

Wyniki były jednoznaczne, osoby, które wzięły udział w ćwiczeniu, odnotowały wyraźny wzrost poczucia własnej wartości i pewności siebie. Co istotne, efekt ten był widoczny niezależnie od aktualnego nasilenia objawów depresji. W porównaniu z grupą kontrolną, uczestnicy po interwencji znacznie lepiej oceniali swoje możliwości i byli bardziej zmotywowani do działania.

Najbardziej spektakularne rezultaty przyniosła długoterminowa część eksperymentu, która trwała dwa tygodnie. Uczestnicy zostali poproszeni o wyznaczenie sobie jednego, konkretnego celu do osiągnięcia w tym czasie. Okazało się, że osoby, które wcześniej skupiły się na swoich mocnych stronach, osiągnęły aż o 49 proc. większy postęp w realizacji wyznaczonych zadań niż osoby z grupy kontrolnej.

Zdaniem dr Bauer wyniki te pokazują, jak ogromne znaczenie ma sposób, w jaki mówimy i myślimy o osobach z depresją – zarówno na poziomie społecznym, jak i indywidualnym. 

Postrzeganie siebie jako osoby silnej, a nie słabej, jest kluczowe dla budowania wiary we własne możliwości i skutecznego dążenia do celów. To dotyczy każdego z nas, ale w szczególności osób zmagających się z depresją - podkreśla pierwsza autorka pracy. 

Wyniki badań wskazują, że negatywne narracje społeczne mogą działać jak samospełniająca się przepowiednia. Jeśli osoby z depresją są nieustannie postrzegane jako słabe, same zaczynają w to wierzyć, co jeszcze bardziej obniża ich motywację i utrudnia wychodzenie z choroby. 

Z kolei podkreślanie siły, wytrwałości i codziennych sukcesów może być potężnym narzędziem wsparcia psychicznego. 

Badacze apelują o zmianę języka, jakim posługujemy się w rozmowach o zdrowiu psychicznym. Zamiast skupiać się na deficytach, warto dostrzegać i doceniać wysiłek oraz odwagę osób zmagających się z depresją. Takie podejście nie tylko poprawia ich samopoczucie, ale realnie przekłada się na skuteczność w realizacji życiowych celów.

Odkrycia zespołu dr Bauer mogą mieć istotne znaczenie dla praktyki klinicznej i programów wsparcia osób z depresją. Krótkie, skoncentrowane na mocnych stronach pacjenta interwencje mogą stać się cennym uzupełnieniem tradycyjnych metod leczenia. Co więcej, postępująca już zmiana społecznej narracji wokół depresji może przyczynić się do zmniejszenia stygmatyzacji i poprawy jakości życia osób dotkniętych tą chorobą.

Tylko 45 minut dziennie i Twój mózg działa jak nowy

4 lutego 2026, 13:00

Nawet 45 minut snu wystarczy, by nasz mózg zregenerował się i był gotowy na nowe wyzwania. Potwierdzają to najnowsze badania naukowców z Niemiec i Szwajcarii. Wynika z nich, że krótka drzemka w środku dnia to klucz do lepszej pamięci i efektywności.

  • Krótka popołudniowa drzemka (ok. 45 minut) znacząco poprawia zdolność mózgu do zapamiętywania nowych informacji.
  • Po drzemce mózg lepiej tworzy nowe połączenia synaptyczne, co ułatwia naukę i przyswajanie wiedzy.
  • Drzemka może być szczególnie korzystna dla osób pracujących w zawodach wymagających wysokiej koncentracji.

Popołudniowy odpoczynek kojarzy się wielu osobom z lenistwem lub zwyczajem zarezerwowanym dla najmłodszych. Tymczasem jak pokazują najnowsze badania przeprowadzone przez zespoły z Uniwersytetu Albrechta i Ludwika we Fryburgu oraz Uniwersytetu Genewskiego, nawet krótka drzemka w ciągu dnia może przynieść wymierne korzyści dla naszego mózgu.

Przez długi czas sądzono, że regeneracyjne działanie snu dotyczy wyłącznie długiego, nocnego odpoczynku. Teraz naukowcy postanowili sprawdzić, czy podobny efekt mogą przynieść krótkie drzemki. W badaniu wzięło udział 20 młodych dorosłych, którzy przez dwa popołudnia albo ucinali sobie 45-minutową drzemkę, albo pozostawali aktywni.

Do oceny aktywności mózgu wykorzystano nowoczesne metody, takie jak magnetyczna stymulacja przezczaszkowa oraz EEG. Wyniki? Zaskakujące!

Nasze wyniki sugerują, że nawet krótkie okresy snu zwiększają zdolność mózgu do kodowania nowych informacji - mówi kierownik badania prof. dr Christoph Nissen.

W ciągu dnia nasz mózg pracuje na pełnych obrotach - przetwarza informacje, analizuje, zapamiętuje, tworzy nowe myśli. To wszystko prowadzi do reorganizacji synaps, czyli połączeń między komórkami nerwowymi, które odpowiadają za procesy uczenia się.

Badania wykazały, że po krótkiej drzemce ogólna siła połączeń synaptycznych w mózgu ulega osłabieniu - to znak, że mózg się regeneruje. Co ważniejsze, po odpoczynku mózg znacznie lepiej tworzy nowe połączenia synaptyczne, a więc jest bardziej podatny na naukę i zapamiętywanie.

Popołudniowa drzemka pozwala utrzymać sprawność przy dużym obciążeniu

Wyniki eksperymentu mogą zainteresować szczególnie osoby pracujące w zawodach wymagających wysokiej sprawności umysłowej lub fizycznej. Muzycy, sportowcy, a także przedstawiciele profesji, w których od koncentracji zależy bezpieczeństwo innych - wszyscy oni mogą skorzystać na krótkim odpoczynku w ciągu dnia.

Naukowcy podkreślają, że badanie to stanowi biologiczne wyjaśnienie, dlaczego po popołudniowej drzemce często osiągamy lepsze wyniki w pracy czy nauce.

Według specjalistów, optymalna długość drzemki to około 45 minut. Taki czas pozwala na skuteczną regenerację bez ryzyka uczucia "zamulenia" po zbyt długim śnie. Ważne, by znaleźć dla siebie spokojne miejsce i nie traktować drzemki jako oznaki słabości, lecz inwestycję w własną efektywność.

Najnowsze badania: Ciąża i karmienie piersią chronią mózg kobiet po menopauzie

4 lutego 2026, 12:35

Najnowsze badania naukowców z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles rzucają nowe światło na długofalowe korzyści zdrowotne związane z ciążą i karmieniem piersią. Wyniki opublikowane w prestiżowym czasopiśmie naukowym "Alzheimer’s & Dementia" wskazują, że kobiety, które były w ciąży i karmiły piersią, mogą cieszyć się nieznacznie lepszą sprawnością umysłową w późniejszym wieku. Odkrycie to otwiera nowe perspektywy w profilaktyce choroby Alzheimera i innych schorzeń neurodegeneracyjnych, które dotykają kobiety znacznie częściej niż mężczyzn.

  • Najnowsze badania wskazują, że ciąża i karmienie piersią mogą poprawiać sprawność umysłową kobiet po menopauzie.
  • Każdy miesiąc ciąży i karmienia piersią przekładał się na lepsze wyniki w testach poznawczych.
  • Mechanizmy ochronne mogą mieć podłoże zarówno biologiczne, jak i społeczne.
  • Odkrycia mogą pomóc w opracowaniu nowych metod profilaktyki chorób neurodegeneracyjnych.

Badanie objęło ponad 7 tysięcy kobiet w wieku około 70 lat, które przez okres do 13 lat były corocznie oceniane pod kątem funkcji poznawczych. Analizowano dane pochodzące z szeroko zakrojonych projektów badawczych: Women’s Health Initiative Memory Study oraz Women’s Health Initiative Study of Cognitive Aging. Uczestniczki poddawano szczegółowym wywiadom dotyczącym ich życia, ciąż i opieki nad dziećmi, a także testom oceniającym pamięć werbalną, pamięć wzrokową oraz ogólną sprawność umysłową.

Wyniki badań wykazały, że zarówno czas spędzony w ciąży, jak i okres karmienia piersią, mają pozytywny wpływ na kondycję umysłową kobiet po menopauzie. Każdy dodatkowy miesiąc ciąży wiązał się z nieznacznym, lecz mierzalnym wzrostem ogólnego wyniku w testach poznawczych. Podobną zależność zaobserwowano w przypadku karmienia piersią – każdy miesiąc przekładał się na wyższe wyniki w zakresie pamięci werbalnej i wzrokowej.

Kobiety, które były w ciąży średnio przez 30,5 miesiąca, osiągały o 0,31 proc. wyższe ogólne wyniki poznawcze w porównaniu do tych, które nigdy nie były w ciąży. Z kolei kobiety karmiące piersią przez łącznie 11,6 miesiąca mogły liczyć na wzrost wyniku o 0,12 proc. Choć wartości te wydają się niewielkie, są porównywalne do efektów innych znanych czynników ochronnych, takich jak niepalenie papierosów czy wysoka aktywność fizyczna.

Dotychczasowe badania skupiały się głównie na krótkoterminowych zmianach w funkcjonowaniu mózgu po porodzie, często związanych z przejściowym pogorszeniem pamięci i koncentracji. Najnowsze odkrycia sugerują jednak, że w dłuższej perspektywie macierzyństwo może sprzyjać utrzymaniu dobrej kondycji umysłowej. 

Kobiety, które przeszły przez ciążę, uzyskiwały średnio o 0,60 punktu wyższe wyniki w testach poznawczych niż te, które nigdy nie rodziły. Podobnie, kobiety karmiące piersią miały lepsze wyniki w zakresie pamięci werbalnej.

Naukowcy podkreślają, że mechanizmy stojące za tym zjawiskiem nie są jeszcze w pełni poznane. W grę mogą wchodzić zarówno zmiany biologiczne zachodzące w mózgu podczas ciąży i laktacji, jak i czynniki społeczne, takie jak wsparcie ze strony dorosłych dzieci czy większa aktywność społeczna. 

Autorzy badania wskazują, że posiadanie większej liczby dzieci może sprzyjać zdrowiu psychicznemu poprzez budowanie sieci wsparcia, redukcję stresu i promowanie zdrowych nawyków.

Zespół badawczy planuje kontynuować prace nad identyfikacją konkretnych mechanizmów, które łączą historię rozrodczą kobiety z odpornością na choroby neurodegeneracyjne. Zdaniem naukowców poznanie tych procesów może doprowadzić do opracowania nowych terapii, zarówno farmakologicznych, jak i społecznych, które będą naśladować naturalne efekty ochronne obserwowane u kobiet w związku z macierzyństwem. 

W kontekście starzejącego się społeczeństwa i rosnącej liczby przypadków choroby Alzheimera, nawet niewielkie zmiany w ryzyku zachorowania mają ogromne znaczenie na poziomie społecznym. Odkrycia te mogą też stanowić punkt wyjścia do dalszych badań nad wpływem zmieniających się trendów demograficznych na zdrowie mózgu kobiet w późniejszym wieku.

Infekcja "wyżarła" tej kobiecie twarz. Dostała nową dzięki eutanazji

4 lutego 2026, 11:59

W Barcelonie dokonano pierwszego na świecie przeszczepu twarzy od dawczyni, która przed śmiercią zdecydowała się na eutanazję i świadomie przekazała swoją twarz do transplantacji. Operacja została przeprowadzona u pacjentki, która doznała poważnych uszkodzeń tkanek na skutek infekcji po ukąszeniu przez owada. Choroba upośledziła podstawowe funkcje, w tym oddychanie, jedzenie i mówienie.

  • Szpital Vall d’Hebron w Barcelonie przeprowadził pierwszy na świecie przeszczep twarzy od dawczyni po eutanazji.
  • Dawczynią była kobieta, która świadomie zgodziła się na przekazanie twarzy przed wspomaganym umieraniem.
  • Dzięki operacji biorczyni odzyskała możliwość mówienia, jedzenia i picia po martwicy tkanek wywołanej infekcją.

To wydarzenie przeszło do historii światowej medycyny: Uniwersytecki Szpital Vall d’Hebron w Barcelonie ogłosił przeprowadzenie pierwszego na świecie przeszczepu twarzy od dawczyni, która przed poddaniem się procedurze wspomaganego umierania wyraziła zgodę na przekazanie swojej twarzy do transplantacji. Jak podkreślają lekarze, skala altruizmu i dojrzałości dawczyni była niebywała.

Ktoś, kto zdecydował się zakończyć swoje życie, poświęca jedno ze swoich ostatnich życzeń obcej osobie i daje jej drugą szansę - powiedziała Elisabeth Navas, koordynatorka transplantacji w szpitalu Vall d’Hebron.

Przeszczep twarzy to jeden z najbardziej skomplikowanych zabiegów chirurgicznych na świecie. W tym przypadku udział wzięło aż 100 specjalistów - od chirurgów plastycznych, przez immunologów, anestezjologów, po inżynierów biomedycznych i psychologów. Operacja częściowego przeszczepu centralnej części twarzy trwała około 24 godzin. Zastosowano innowacyjne planowanie 3D, które pozwoliło na idealne dopasowanie tkanek dawczyni do biorczyni.

Biorczyni przeszczepu, znana jedynie jako Carmen, dwa lata temu doznała martwicy tkanek twarzy w wyniku infekcji bakteryjnej po ukąszeniu owada. Straciła możliwość normalnego jedzenia, mówienia i oddychania. Po przeszczepie jej życie diametralnie się zmieniło.

Kiedy patrzę w lustro w domu, myślę, że zaczynam wyglądać coraz bardziej jak ja sama - powiedziała na konferencji prasowej - Po czterech miesiącach mogę znowu mówić, jeść i pić.

Po operacji Carmen spędziła miesiąc w szpitalu, najpierw na intensywnej terapii, później na oddziale rehabilitacji. Rehabilitacja twarzy rozpoczęła się jak najszybciej, by przywrócić funkcje mięśni, mowę i mimikę.

Przeszczep twarzy to operacja wykonywana w ostateczności, gdy inne metody rekonstrukcji nie przynoszą efektu. Dzięki niej pacjenci z poważnymi zniekształceniami twarzy, które uniemożliwiają podstawowe funkcje życiowe, mogą zyskać szansę na normalne życie.

Na świecie wykonano dotąd zaledwie 54 takie zabiegi. Tylko 20 ośrodków ma odpowiednie doświadczenie i zaplecze, by się ich podejmować.

Jednym z nich jest Narodowy Instytut Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie w GliwicachW maju 2013 roku zespół chirurgów pod kierownictwem prof. Adama Maciejewskiego wykonał pierwszy w świecie przeszczep twarzy z przyczyn życiowych u 33-latka, który miał poważny wypadek w zakładzie pracy. Maszyna do cięci kamieni odcięła mu większą część twarzy. Obrażenia były rozległe. Konieczna była transplantacja. Operacja trwała prawie 27 godzin.

Zimno, wycieki i techniczne przeszkody. NASA znów przesuwa lot wokół Księżyca

3 lutego 2026, 15:27

Test się udał, termin startu zostaje jednak przesunięty - tak można streścić komunikat NASA po wczorajszej próbie generalnej rakiety SLS i pojazdu Orion, które mają umożliwić pierwszą od ponad pół wieku załogową misję wokół Księżyca. Próbę przeprowadzono na stanowisku startowym w Centrum Kosmicznym Kennedy’ego na Florydzie. Test polegał na pełnym tankowaniu skroplonego paliwa do zbiorników rakiety SLS (Space Launch System), przeprowadzeniu operacji zamknięcia kapsuły Orion oraz bezpiecznym opróżnieniu rakiety z paliwa. Całość miała na celu wykrycie i wyeliminowanie ewentualnych usterek przed właściwym startem. I faktycznie doszło do wycieku ciekłego wodoru, z którym NASA nie była w stanie sobie poradzić.

  • Test generalny rakiety SLS i kapsuły Orion zakończył się wyciekiem ciekłego wodoru.
  • Zimno i problemy techniczne opóźniły i utrudniły przebieg testu.
  • Najwcześniejszy możliwy termin startu Artemis II to marzec 2026 roku.
  • Załoga może tymczasowo opuścić kwarantannę, do której wróci przed nową datą startu.

Przygotowania do testu rozpoczęły się 1 lutego w nocy polskiego czasu, a cała procedura trwała około 49 godzin. NASA podkreśla, że inżynierowie musieli zmierzyć się z wyjątkowo niskimi temperaturami, które opóźniły rozpoczęcie tankowania. Zimno wpłynęło na niektóre systemy, wymuszając dodatkowe środki ostrożności, by nie dopuścić do uszkodzenia sprzętu. Dopiero po osiągnięciu odpowiedniej temperatury można było rozpocząć tankowanie paliwa.

Podczas tankowania pojawił się problem z wyciekiem ciekłego wodoru w jednym z łączników, przez który skroplone paliwo trafia do głównego stopnia rakiety. Inżynierowie poświęcili kilka godzin na usunięcie usterki, konieczne było zatrzymanie przepływu wodoru, podgrzanie łącznika, by uszczelki mogły się ponownie ułożyć oraz dostosowanie tempa tankowania. 

Mimo tych trudności zespoły zdołały całkowicie napełnić zbiorniki zarówno w głównym stopniu rakiety, jak i w stopniu pośrednim. Następnie pięcioosobowa ekipa udała się na stanowisko startowe, by przeprowadzić operacje zamknięcia kapsuły Orion.

W trakcie testu przeprowadzono również próbę końcowego odliczania, zatrzymując się na około 5 minut przed symulowanym startem. W tym momencie automatyczny system przerwał odliczanie z powodu ponownego wzrostu poziomu wycieku ciekłego wodoru. 

Dodatkowo konieczne było ponowne dokręcenie zaworu odpowiadającego za hermetyzację włazu kapsuły Orion. Element ten został niedawno wymieniony. Operacje zamknięcia kapsuły trwały dłużej, niż zakładano.

Niska temperatura na Florydzie wpłynęła także na działanie kamer i innego sprzętu monitorującego, co wymagało dodatkowej uwagi ze strony zespołów naziemnych. Problemy pojawiły się również w systemach komunikacji, w ostatnich tygodniach przed testem inżynierowie usuwali zakłócenia w kanałach audio, ale kilka z nich powtórzyło się podczas samego testu. W trosce o bezpieczeństwo załogi, podczas operacji zamknięcia kapsuły zastosowano nową procedurę. Wnętrze modułu serwisowego Oriona oczyszczano powietrzem, a nie azotem, by umożliwić ekipie naziemnej bezpieczną pracę.

Po zakończeniu testu NASA ogłosiła, że najwcześniejszy możliwy termin startu Artemis II to marzec 2026 roku. Przesunięcie okna startowego oznacza, że czteroosobowa załoga - astronauci NASA Reid Wiseman, Victor Glover, Christina Koch oraz przedstawiciel Kanadyjskiej Agencji Kosmicznej Jeremy Hansen - mogą opuścić kwarantannę, którą rozpoczęli 21 stycznia w Houston. Do kolejnej kwarantanny powrócą na około dwa tygodnie przed planowaną datą startu.

W najbliższych tygodniach zespoły inżynierów przeanalizują szczegółowo dane z testu, zidentyfikują i wyeliminują wszystkie wykryte problemy, a następnie przeprowadzą kolejną próbę generalną. Dopiero po jej pomyślnym zakończeniu zostanie wyznaczona oficjalna data startu. 

NASA podkreśla, że bezpieczeństwo astronautów pozostaje najważniejsze

Artemis II to misja, która ma umożliwić powrót ludzi na orbitę Księżyca i przygotować grunt pod przyszłe lądowania. Agencja zapewnia, że nie podejmie żadnego ryzyka, które mogłoby zagrozić życiu załogi.

Szef NASA Jared Isaacman przyznał we wpisie na portalu X, że problemem jest długi odstęp czasu mięszy kolejnymi startami. "W sytuacji, kiedy upłynęły ponad trzy lata przerwy między startami SLS, byliśmy przygotowani, że napotkamy wyzwania. Właśnie dlatego przeprowadzamy tego typu próbę generalną. Testy te mają na celu wykrycie problemów przed lotem i przygotowanie dnia startu z najwyższym prawdopodobieństwem sukcesu" - podkreślił. 

Dziś o 19:00 czasu polskiego odbędzie się konferencja prasowa, podczas której przedstawiciele NASA przedstawią wstępne wyniki testu i odpowiedzą na pytania dziennikarzy. Transmisja będzie dostępna na oficjalnym kanale agencji.

Najciemniejsze niebo świata ocalone. Paranal bez zagrożenia

3 lutego 2026, 14:48

Astronomowie i miłośnicy astronomii z całego świata mogą odetchnąć. Firma AES Andes ogłosiła, że wycofuje się z megaprojektu INNA, planowanego w pobliżu Obserwatorium Paranal Europejskiego Obserwatorium Południowego (ESO). ESO z zadowoleniem przyjmuje tę wiadomość i oczekuje, że projekt wkrótce zostanie wycofany z Chilijskiej Służby Oceny Środowiskowej (SEA). To formalnie potwierdzi, że INNA nie zostanie zrealizowana. Ze względu na planowaną lokalizację, projekt stanowiłby poważne zagrożenie dla rejonu, gdzie astronomowie cieszą się najciemniejszym i najczystszym niebem na Ziemi oraz dla funkcjonowania najbardziej zaawansowanych obserwatoriów astronomicznych na świecie.

  • Firma AES Andes ogłosiła rezygnację z budowy kompleksu INNA w pobliżu Obserwatorium Paranal.
  • Lokalizacja inwestycji zagrażała unikalnemu, ciemnemu niebu oraz pracy kluczowych teleskopów ESO.
  • Sprzeciw naukowców, polityków i opinii publicznej doprowadził do wycofania projektu.

AES Andes, spółka zależna amerykańskiej firmy AES Corporation, ogłosiła 23 stycznia, że zdecydowała się zrezygnować z projektu INNA na Pustyni Atakama, dotyczącego zielonego wodoru i zielonego amoniaku, by skupić się na swoim portfolio energii odnawialnej. Szczegółowa analiza techniczna przeprowadzona przez ESO w zeszłym roku wykazała, że INNA, planowana zaledwie kilka kilometrów od Obserwatorium Paranal, spowodowałaby poważne, nieodwracalne szkody dla ciemnego nieba w tym rejonie oraz dla zdolności znajdujących się tam teleskopów do pracy zgodnie z przeznaczeniem. Najistotniejsze skutki, dotyczące takich obiektów jak Bardzo Duży Teleskop (VLT), Interferometr VLT (VLTI), Ekstremalnie Duży Teleskop (ELT) oraz nowa instalacja CTAO-Południe, byłyby związane z zanieczyszczeniem światłem, mikrowibracjami, pyłem oraz wzrostem turbulencji powietrza w okolicy.

Gdy potwierdzone zostanie odwołanie projektu, odetchniemy z ulgą, że kompleks przemysłowy INNA nie zostanie w pobliżu Paranal wybudowany - oświadczył dyrektor generalny ESO Xavier Barcons.

Jak podkreśla, ESO i jego państwa członkowskie w pełni popierają dekarbonizację energetyczną oraz inicjatywy zapewniające bardziej dostatnią i zrównoważoną przyszłość. Projekty związane z zieloną energią oraz inne projekty przemysłowe wspierające rozwój krajowy i regionalny muszą być jednak zlokalizowane w odpowiednich odległościach od obserwatoriów astronomicznych.

ESO w swoim komunikacie podkreśla, że przypadek inwestycji INNA i jej proponowanej lokalizacji podkreśla pilną potrzebę ustanowienia jasnych środków ochronnych w obszarach wokół obserwatoriów astronomicznych. Takie środki są niezbędne, aby umożliwić obserwatoriom astronomicznym dalsze funkcjonowanie, szczególnie w regionie powszechnie uważanym za najlepszy na świecie do obserwacji optycznych ze względu na wyjątkową ciemność nieba nad północnym Chile.

Od momentu złożenia projektu INNA do SEA w grudniu 2024 roku członkowie społeczności astronomicznej w Chile, państwach członkowskich ESO, w tym Polsce, ale też poza nimi, liderzy polityczni oraz władze na poziomie międzynarodowym, krajowym, regionalnym i lokalnym, a także opinia publiczna, wyrażała swoje poparcie dla ochrony tego unikatowego środowiska. ESO deklaruje, że będzie nadal intensyfikować swoje wysiłki, aby zapewnić, że nieskazitelne niebo Paranal pozostanie najlepszym na świecie oknem do obserwacji Wszechświata, a także będzie angażować się w jeszcze szerszą walkę z zanieczyszczeniem światłem i zakłóceniami satelitarnymi, by zabezpieczyć naturalne dziedzictwo ciemnego nieba dla przyszłych pokoleń.

Będziemy kontynuować ścisłą współpracę z władzami lokalnymi, regionalnymi i krajowymi, aby chronić ciemne niebo północnego Chile, niezastąpione dziedzictwo przyrodnicze, które jest niezbędne do pogłębiania naszej wiedzy o Wszechświecie oraz umożliwia astronomię światowej klasy dla korzyści samego Chile i globalnej społeczności naukowej - dodaje Itziar de Gregorio-Monsalvo, przedstawicielka ESO w Chile.

To było niezwykle budujące widzieć, jak wielu osobom w Chile i na całym świecie zależy na ochronie nieba w obliczu projektu INNA, jak wiele osób się w tę ochronę aktywnie zaangażowało - dodaje Barcons. Jesteśmy szczerze wdzięczni za to zaangażowanie i solidarność. Daje nam to pewność, że współpracując możemy nadal chronić ciemne niebo w Chile i innych miejscach dla badań astronomicznych i dla ludzkości - mówi. 

Projekt INNA, formalnie znany jako Zintegrowany Projekt Infrastruktury Energetycznej do Produkcji Wodoru i Zielonego Amoniaku, był dużą inicjatywą odnawialnej energii zaproponowaną przez AES Andes (spółkę zależną amerykańskiej korporacji AES). Celem projektu było wytwarzanie zielonego wodoru i amoniaku przy użyciu energii słonecznej i wiatrowej, przy szacunkowym koszcie około 10 miliardów dolarów, obejmującym ponad 3000 hektarów na pustyni Atakama w Chile, w pobliżu Obserwatorium Paranal w regionie Antofagasta. Projekt miał wspierać zieloną transformację energetyczną Chile, jednak planowano go zaledwie kilka kilometrów od kluczowych miejsc astronomicznych zarządzanych przez Europejskie Obserwatorium Południowe (ESO), w tym Bardzo Dużego Teleskopu (VLT), budowanego Ekstremalnie Dużego Teleskopu (ELT) oraz planowanego, największego obserwatorium promieniowania gamma na świecie CTAO (Cherenkov Telescope Array Observatory).

Astronomowie stanowczo sprzeciwili się projektowi od 2024 roku, wskazując na poważne zagrożenia dla obszaru z najciemniejszym  i najczystszym niebem na świecie, kluczowym dla naziemnej astronomii optycznej. Badanie ESO przewidywało, że projekt zwiększy zanieczyszczenie światłem co najmniej o 35 proc., nasili turbulencje atmosferyczne, wygeneruje pył i mikrowibracje, w konsekwencji spowoduje nieodwracalne szkody dla obserwacji słabych, odległych obiektów kosmicznych

Sprzeciw zyskał na sile dzięki kampanii pisania listów prowadzonej przez chilijską astronom Marię Teresę Ruiz, skierowaniu przez laureata Nagrody Nobla Reinharda Genzela otwartego listu, podpisanego przez niemal 30 wybitnych międzynarodowych astronomów, a także wsparciu ze strony liderów politycznych, uniwersytetów i opinii publicznej. 

AI zastąpi pracowników fizycznych? Startupy pozyskują miliardy na nowe projekty

2 lutego 2026, 17:07

Poniedziałek, 2 lutego (17:07)

Startupy z branży AI pozyskują miliardy dolarów na rozwój „mózgów” dla robotów, które mają pracować w miejscach takich jak platformy wiertnicze, budowy czy warsztaty samochodowe - podaje Axios. Eksperci ostrzegają: automatyzacja może wkrótce zagrozić nie tylko pracownikom biurowym, ale także tym wykonującym zawody fizyczne.

  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl

Nowa fala inwestycji w sztuczną inteligencję koncentruje się na tworzeniu oprogramowania, które pozwoli robotom rozumieć fizykę i realne warunki pracy. Dzięki temu maszyny będą mogły adaptować się do zmieniającego się otoczenia i wykonywać różnorodne zadania - od hydrauliki, przez spawanie, po gotowanie posiłków. Kształt robota schodzi na dalszy plan - liczy się funkcjonalność i elastyczność.

Firmy technologiczne i startupy gromadzą ogromne ilości danych z rzeczywistego świata, by trenować swoje modele AI. Inni, jak AMI Labs założone przez byłego głównego naukowca AI w Meta, Yanna LeCuna, stawiają na tzw. "world models" - systemy uczone w symulowanym środowisku fizycznym, co pozwala obniżyć koszty i przyspieszyć rozwój technologii.

W ostatnich tygodniach kanadyjski startup Waabi pozyskał nawet miliard dolarów na rozwój autonomicznych taksówek i ciężarówek - to rekordowa kwota w historii kanadyjskich startupów. 

Skild AI z Pittsburgha zebrał 1,4 miliarda dolarów przy wycenie firmy na 14 miliardów, a FieldAI zdobył 400 milionów dolarów na roboty do pracy w trudnych i niebezpiecznych warunkach, m.in. w energetyce i logistyce.

Nie wiadomo jeszcze, ile miejsc pracy w sektorze fizycznym może zniknąć w wyniku rozwoju AI, ani w jakim tempie nastąpi ta zmiana. Eksperci podkreślają, że nawet jeśli roboty będą wydajniejsze od ludzi, koszty wdrożenia i wymiany sprzętu mogą na razie spowalniać rewolucję rynku pracy.

Zwolennicy AI przekonują, że nowe technologie zawsze tworzą nowe miejsca pracy, niezależnie od branży. Krytycy ostrzegają jednak, że skala zmian wywołanych przez sztuczną inteligencję może być bezprecedensowa i nieporównywalna z wcześniejszymi rewolucjami technologicznymi.

NASA realizuje kluczowy test przed okołoksiężycową misją Artemis II

2 lutego 2026, 16:47

Poniedziałek, 2 lutego (16:47)

W Centrum Kosmicznym im. Kennedy’ego na Florydzie trwają intensywne przygotowania do jednego z najważniejszych testów przed planowaną misją Artemis II. Agencja NASA prowadzi tzw. „wet dress rehearsal”, czyli próbę generalną tankowania rakiety Space Launch System (SLS) wraz z pełnym odtworzeniem procedur startowych. To kluczowy etap, który pozwoli zweryfikować gotowość zarówno sprzętu, jak i zespołów odpowiedzialnych za przeprowadzenie pierwszego od pół wieku załogowego lotu wokół Księżyca. Start pojazdu Orion z czworgiem astronautów, Amerykanami Reidem Wisemanem, Victorem Gloverem i Christiną Koch z NASA oraz Jeremym Hansenem z Kanadyjskiej Agencji Kosmicznej CSA jest planowany nie wcześniej niż 8 lutego.

Próba generalna w Kennedy Space Center na Florydzie odbywa się w niełatwych warunkach pogodowych, przy niskiej temperaturze i silnym wietrze. Mróz przypomina tragiczne wydarzenia sprzed niemal dokładnie 40 lat, kiedy oblodzenie uszkodziło uszczelkę silnika na paliwo stałe, doprowadzając do katastrofy promu Challenger. System SLS też korzysta z dwóch potężnych silników na paliwo stałe (SRB - Solid Rocket Boosters) i choć zostały one przekonstruowane, kierownictwo misji z pewnością bierze tamte doświadczenia pod uwagę. 

Wczoraj, na około 39 godzin i 30 minut przed symulowanym startem, włączono zasilanie głównego stopnia rakiety SLS. Dziś około 16:45 czasu polskiego dyrektor startu Artemis w NASA, Charlie Blackwell-Thompson, wraz z zespołem zarządzającym misją przeprowadzi głosowanie, czy wydać "zielone światło" operacji tankowania, po briefingu meteorologów z U.S. Space Force Space Launch Delta 45. Chociaż tym razem nie jest planowany start, zespoły planują rozpoczęcie symulowanego okna startowego w nocy o godzinie 03:00 czasu polskiego. 

W ramach testów planowane jest napełnienie zbiorników rakiety ponad 700 tysiącami galonów ciekłego tlenu i wodoru. Proces ten przebiega etapami: od wstępnego napełniania, przez dopełnianie, aż po uzupełnianie paliwa w zbiornikach. Równolegle zespół przygotowuje do pracy górny, kriogeniczny stopień napędowy (ICPS), który został wcześniej podłączony do zasilania. Statek Orion, który od kilku dni pozostaje pod napięciem ze względu na niskie temperatury, również przechodzi kolejne etapy przygotowań. Inżynierowie przystępują do ładowania akumulatorów lotu zarówno w module załogowym, jak i w głównym stopniu rakiety.

Próba generalna obejmuje nie tylko tankowanie, ale także kompleksowe przećwiczenie wszystkich procedur startowych. Zespoły operacyjne w Centrum Kontroli Misji w Houston oraz innych ośrodkach NASA przechodzą przez pełny zakres operacji: od ładowania kriogenicznych paliw, przez odliczanie i symulację przerw technicznych, aż po opróżnianie zbiorników paliwowych na wypadek odwołania startu. Pozwoli to sprawdzić, czy wszystkie procedury i systemy są gotowe na rzeczywisty dzień startu.

W trakcie próby, choć załoga Artemis II nie bierze bezpośredniego udziału, uwzględniono w harmonogramie wszystkie kluczowe czynności związane z przygotowaniem kapsuły Orion do lotu. Zespół odpowiedzialny za zamknięcie statku przećwiczy m.in. zamykanie włazów modułu załogowego oraz systemu ratunkowego.

W końcowej fazie odliczania, na 10 minut przed symulowanym startem, następuje m.in. wycofanie ramienia dostępowego dla załogi, przełączenie systemów zasilania na wewnętrzne źródła energii oraz ostateczne przygotowanie zbiorników paliwowych. Na 1 minutę i 30 sekund przed startem przewidziana jest trzyminutowa przerwa na weryfikację gotowości systemów. Następnie odliczanie jest kontynuowane do 33 sekund przed startem, po czym następuje symulacja przerwania procedury i powrót do wcześniejszego etapu odliczania, by przećwiczyć scenariusz awaryjny.

To nie tylko test sprzętu, ale także ludzi. Pozwala przećwiczyć reakcje na nieprzewidziane sytuacje, takie jak awarie techniczne czy nagłe zmiany pogody. Wbudowane w harmonogram przerwy i możliwość cofnięcia odliczania mają na celu zapewnienie maksymalnego bezpieczeństwa podczas rzeczywistego startu. Po zakończeniu testu wszystkie dane zostaną szczegółowo przeanalizowane. Dopiero po ich pozytywnej weryfikacji zostanie wyznaczona oficjalna data startu misji Artemis II.

Co słonie bojowe robiły w Europie? Sensacja archeologiczna w Hiszpanii

2 lutego 2026, 10:57

Poniedziałek, 2 lutego (10:57)

W hiszpańskiej Kordobie naukowcy dokonali niesamowitego odkrycia. Pod murami dawnego miasta Corduba znaleziono szczątki słonia bojowego oraz amunicję do katapult z czasów II wojny punickiej. To pierwszy tak jednoznaczny, fizyczny dowód obecności tych zwierząt w Europie Zachodniej.

  • W Kordobie odkryto kość słonia bojowego z czasów II wojny punickiej - to pierwszy taki dowód w Europie Zachodniej.
  • Oprócz kości znaleziono amunicję do katapult i kartagińską monetę, co wskazuje na militarny kontekst znaleziska.
  • Słonie bojowe były używane przez Kartagińczyków przeciw Rzymianom - to potwierdzają starożytne źródła.
  • Najnowsze i najciekawsze informacje znajdziecie na stronie głównej RMF24.pl

W Kordobie podczas rozbudowy szpitala natrafiono na to, co przykuło uwagę archeologów. Pod zawalonym murem znaleziono zagadkową kość o długości około 10 centymetrów. Kształtem i rozmiarem nie pasowała do żadnego znanego gatunku lokalnej fauny.

Po szczegółowych analizach porównawczych z kolekcjami przechowanymi na uniwersytetach w Valladolid i holenderskiej Lejdzie eksperci ogłosili: to trzecia kość nadgarstka prawej przedniej nogi słonia.

Kość słonia to jednak tylko część sensacyjnej układanki. W tej samej warstwie archeolodzy odnaleźli dwanaście kamiennych kul o średnicy ok. 11 cm i wadze 1,4 kg - typową amunicję do katapult skrętnych, używanych w starożytnych oblężeniach. Do tego doszedł ciężki grot strzały, charakterystyczny dla kusz oblężniczych, oraz kartagińska moneta wybita między 237 a 206 p.n.e.

Wszystkie te znaleziska wskazują na burzliwy epizod militarny - prawdopodobnie potyczkę, oblężenie lub atak podczas II wojny punickiej, konfliktu, który rozstrzygał o losach zachodniego Morza Śródziemnego. 

Odnalezienie kości słonia w miejscu starożytnej Corduby to wydarzenie bez precedensu w Europie Zachodniej. Badacze rozważają kilka scenariuszy, od inwazji kartagińskiego wodza Hamilkara po późniejsze widowiska rzymskie, jednak wszystko wskazuje na bezpośredni związek z II wojną punicką.

Starożytni kronikarze, tacy jak Polibiusz i Liwiusz, wspominają, że Kartagińczycy - Hamilkar, Hazdrubal i Hannibal - utrzymywali w Hiszpanii nawet 200 słoni. Teraz współcześni naukowcy mają na to dowód.

Dlaczego archeolodzy znaleźli tylko jeden fragment kości, a nie cały szkielet? Być może reszta szczątków została zniszczona, rozproszona lub usunięta już w starożytności. Możliwe też, że kość była przechowywana jako trofeum.

Jedna z najciekawszych debat dotyczy samego pochodzenia słoni używanych przez Kartagińczyków. Klasyczne źródła opisują ich słonie jako mniejsze od azjatyckich, co sugeruje, że mogli wykorzystywać słonie leśne (Loxodonta cyclotis), a nie słonie sawannowe. Najnowsze badania genetyczne wskazują jednak, że Ptolemeusze mogli trenować także słonie sawannowe. Niestety, fragmentaryczność znaleziska i brak możliwości analizy DNA nie pozwala na jednoznaczną odpowiedź - wiadomo tylko, że odnaleziona kość była większa niż te porównawcze od słoni azjatyckich.

Musk chce wystrzelić milion satelitów. SpaceX złożył już wniosek

1 lutego 2026, 09:29

Niedziela, 1 lutego (09:29)

SpaceX Elona Muska planuje wystrzelić na orbitę okołoziemską milion satelitów – informuje BBC. Celem projektu jest wsparcie rozwoju sztucznej inteligencji. Musk uznawany jest za najbogatszego człowieka na świecie.

  • SpaceX Elona Muska planuje wystrzelenie miliona satelitów na orbitę okołoziemską, by wspierać rozwój sztucznej inteligencji - podała BBC.
  • Wniosek do amerykańskiej FCC zakłada stworzenie "orbitalnych centrów danych" jako tańszej i skuteczniejszej alternatywy dla tradycyjnych serwerowni.
  • Obecnie sieć Starlink liczy blisko 10 tysięcy satelitów; plan Muska znacznie zwiększyłby tę liczbę.
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

We wniosku do amerykańskiej Federalnej Komisji Komunikacyjnej (FCC) napisano, że "orbitalne centra danych" to najtańszy i najskuteczniejszy sposób zaspokojenia rosnącego zapotrzebowania na moc obliczeniową sztucznej inteligencji.

W tradycyjnej postaci centra danych to duże hale z komputerami o ogromnej mocy, które przetwarzają i przechowują dane. Według firmy SpaceX potrzeby w zakresie przetwarzania danych przekraczają już "zdolności ziemskie" z powodu coraz powszechniejszego wykorzystywania sztucznej inteligencji.

Jeśli wniosek SpaceX zostanie zatwierdzony, ogromnie zwiększy to liczbę jego satelitów na orbicie. Istniejąca sieć satelitów Starlinka wynosi blisko 10 tys. Musk odrzuca oskarżenia o to, że taka ich liczba tworzy zatory w przestrzeni kosmicznej.

"Te satelity będą od siebie tak oddalone, że trudno byłoby dostrzec jeden z drugiego. Ogrom przestrzeni przekracza wszelkie wyobrażenia" - napisał Musk na X.

Nowe satelity, podobnie jak te Starlinka, zostałyby umieszczone na niskiej orbicie okołoziemskiej na wysokości 500-2000 km.

Według SpaceX "orbitalne centra danych" stanowiłyby bardziej ekologiczną alternatywę dla tych tradycyjnych, które wymagają ogromnej ilości energii i wody do schładzania.

Jeden z ekspertów powiedział BBC, że wystrzeliwanie sprzętu komputerowego na orbitę to kosztowne przedsięwzięcie, ich ochrona, schładzanie i zasilanie mogą wymagać skomplikowanej infrastruktury, a jednocześnie może jej zagrażać rosnąca ilość kosmicznych śmieci.

Inny ekspert ostrzegł, że coraz większa liczba sprzętu na niskiej orbicie zwiększa ryzyko zderzenia, co może doprowadzić do uszkodzenia maszyny i strącenia jej fragmentów na Ziemię.

Astronomowie uskarżali się natomiast w 2024 r., że fale radiowe sieci Starlinka "oślepiają" ich teleskopy i utrudniają prowadzenie badań.

60-metrowa skała może uderzyć w Księżyc. Odłamki zdolne dotrzeć do Ziemi

31 stycznia 2026, 18:49

Sobota, 31 stycznia (18:49)

Pod koniec grudnia 2024 roku chilijskie obserwatorium Atlas zarejestrowało nowy Obiekt Bliski Ziemi (NEO) – skalistą planetoidę 2024 YR4. Początkowo wydawało się, że to właśnie nasza planeta znajdzie się na kursie kolizyjnym z tym kosmicznym olbrzymem. Przez moment była ona uznawana za największe zagrożenie od początku prowadzenia obserwacji tego typu obiektów. Dziś już wiemy, że Ziemia jest bezpieczna. Jednak 60-metrowa kosmiczna skała może uderzyć w Księżyc, a konsekwencje tego wydarzenia mogą być odczuwalne także na naszej planecie.

  • Planetoida 2024 YR4 została odkryta pod koniec 2024 roku, a na jej kursie kolizyjnym znajdowała się Ziemia.
  • Dzięki danym z Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba okazało się, że planetoida nie zagraża bezpośrednio Ziemi, ale istnieje szansa na kolizję z Księżycem.
  • Jeśli dojdzie do uderzenia w Księżyc, impakt utworzy krater o średnicy kilometra i wyrzuci ogromne ilości materiału w kosmos.
  • Więcej ciekawych artykułów znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

Jak podaje National Geographic, planetoida 2024 YR4, pochodząca z głównego pasa planetoid między Marsem a Jowiszem, została zarejestrowana 27 grudnia 2024 roku.

Eksperci z Centrum Badań Obiektów Bliskich Ziemi (CNEOS) przy Laboratorium Napędu Odrzutowego (JPL) NASA początkowo wyliczyli, że prawdopodobieństwo zderzenia z Ziemią wynosiło 3,1 proc. W mediach pojawiły się więc nagłówki o "planetoidzie-niszczycielu miast" z datą potencjalnego impaktu - 22 grudnia 2032 roku.

Sytuacja zmieniła się diametralnie po analizie danych z Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba (JWST). Okazało się, że Ziemia może odetchnąć z ulgą - planetoida nie zagraża nam bezpośrednio. Jednak zagrożenie nie zniknęło całkowicie. Nowe wyliczenia wskazują, że trajektoria 2024 YR4 zbliżyła się do Księżyca, a szansa na kolizję z naszym naturalnym satelitą wynosi obecnie 4,3 proc.

Prawdopodobieństwo uderzenia w Księżyc istniało od początku. Wcześniej było mniejsze, ponieważ Ziemia była większym celem - podkreśla planetolog dr Andrew Rivkin z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Maryland. Pamiętajmy jednak, iż oznacza to jednocześnie 96-procentową szansę, że go minie. Jeśli jednak do zderzenia dojdzie, będzie to coś naprawdę spektakularnego - dodaje.

Badacze z Uniwersytetu Cornella przeanalizowali potencjalny impakt w artykule "Observation Timelines for the Potential Lunar Impact of Asteroid 2024 YR4", opublikowanym w serwisie preprintów ArXiv. Ich wyliczenia nie pozostawiają złudzeń - jeśli dojdzie do zderzenia, będzie to największe takie wydarzenie od około 5 tysięcy lat.

Uderzenie o energii kinetycznej równej 6,5 megatony trotylu utworzyłoby na powierzchni Księżyca krater o średnicy kilometra. Z powierzchni naszego satelity w przestrzeń kosmiczną mogłoby zostać wyrzucone nawet 100 milionów kilogramów materiału. 

Historyczne sejsmometry z misji Apollo rejestrowały nawet uderzenie o energii około 1 kilotony trotylu z odległości globalnych. To sugeruje, że zderzenie obiektu wielkości 2024 YR4 wygenerowałoby sygnały sejsmiczne łatwo wykrywalne na całym Księżycu - zaznaczają autorzy.

Czy Ziemi grozi realne niebezpieczeństwo? Naukowcy uspokajają - głównym zagrożeniem nie jest sama planetoida, lecz odłamki wyrzucone z powierzchni Księżyca. 

Szacujemy, że do 10⁸ kg materiału księżycowego może zostać wyrzucone w przestrzeń kosmiczną z prędkością przekraczającą prędkość ucieczki z Księżyca - wskazują badacze z Uniwersytetu Cornella.

Oznacza to, że część odłamków mogłaby trafić w pobliże naszej planety. Największe zagrożenie dotyczyłoby jednak satelitów krążących wokół Ziemi, które mogłyby napotkać chmurę odłamków. To poważne wyzwanie dla operatorów satelitarnych i agencji kosmicznych, które już dziś analizują możliwe scenariusze zabezpieczenia infrastruktury orbitalnej.

Jeśli dojdzie do impaktu, zjawisko będzie można obserwować z Ziemi. 

Nasze wyniki sugerują pojawienie się błysku optycznego o jasności wizualnej od -2,5 do -3, trwającego kilka minut po uderzeniu. Po nim nastąpi wielogodzinna podczerwona poświata pochodząca od stopionej skały o temperaturze około 2000 K, stygnącej do kilkuset kelwinów. Uwolniona energia sejsmiczna wywoła globalne drgania Księżyca (magnituda około 5,0), które mogłyby zostać wykryte przez każdy nowoczesny sejsmometr - wyliczają eksperci.

Jak wskazuje National Geographic, najciekawsze może wydarzyć się jednak nie w trakcie impaktu, lecz przez rok po nim. W tym czasie naukowcy będą mogli monitorować dziesiątki, a nawet setki wyrzuconych z Księżyca obiektów o rozmiarach od metrów do ułamków metra. 

Co kluczowe, większość z nich pozostałaby związana grawitacyjnie z Ziemią, co oznacza bliską odległość i niewielkie prędkości względne - tłumaczą autorzy.

To unikalna okazja do testowania technologii obrony planetarnej, badania skutków zderzeń czy nawet przechwytywania kosmicznych odłamków i umieszczania ich na stabilnej orbicie do późniejszego wykorzystania.

70 stopni C poniżej 0, ale prawie jak w domu. Naukowcy patrzą na obcą planetę

30 stycznia 2026, 19:19

Piątek, 30 stycznia (19:19)

Międzynarodowy zespół naukowców odkrył nową, zbliżoną rozmiarami do Ziemi planetę HD 137010 b, która znajduje się w odległości 146 lat świetlnych od naszego Układu Słonecznego. Planeta może znajdować się w tzw. strefie zamieszkiwalnej, a jej powierzchnia może być równie zimna, jak na Marsie.

  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl

HD 137010 b została zidentyfikowana przez naukowców z Australii, Wielkiej Brytanii, USA i Danii na podstawie danych z misji K2 teleskopu Keplera. Planeta jest o około 6 proc. większa od Ziemi i okrąża gwiazdę podobną do Słońca w ciągu 355 dni. Według badaczy istnieje "około 50 proc. szans", że planeta znajduje się w strefie zamieszkiwalnej swojej gwiazdy.

Dr Chelsea Huang z University of Southern Queensland podkreśla, że odległość tej planety od Ziemi czyni ją wyjątkowo interesującym obiektem do dalszych badań. Najbliższa dotąd znana planeta w strefie zamieszkiwalnej wokół gwiazdy podobnej do Słońca, Kepler-186f, znajduje się cztery razy dalej i jej gwiazda jest od Słońca słabsza - zaznacza badaczka, cytowana przez "Guardian".

Planeta została zauważona, gdy na krótko przeszła przed swoją gwiazdą, powodując minimalne przyciemnienie jej światła. 

Pierwszą reakcją zespołu na to odkrycie było stwierdzenie, że "to niemożliwe". "Ale sprawdziliśmy wszystko dwa, trzy razy i... to podręcznikowy przykład tranzytu planety" - mówił dr Alexander Venner, jeden z odkrywców.

Tranzyt planety to zjawisko astronomiczne, podczas którego planeta przechodzi na tle tarczy gwiazdy (najczęściej Słońca, jeśli mówimy o Układzie Słonecznym), obserwowanej z określonego punktu widzenia (np. z Ziemi). W praktyce oznacza to, że planeta znajduje się dokładnie pomiędzy obserwatorem a gwiazdą, co powoduje chwilowe, niewielkie przyciemnienie światła gwiazdy.

Gwiazda, wokół której krąży HD 137010 b, jest chłodniejsza i ciemniejsza od Słońca, co sprawia, że temperatura na powierzchni planety może być zbliżona do tej na Marsie, a nawet niższa - szacuje się, że może wynosić około -70 stopni C.

Naukowcy zaznaczają jednak, że do potwierdzenia statusu planety wymagane będą dalsze obserwacje.

Bliskość i jasność gwiazdy, wokół której krąży HD 137010 b, sprawiają, że planeta ta będzie jednym z pierwszych celów dla przyszłych, bardziej zaawansowanych teleskopów.

Jak zwykle jednak w takich sytuacjach, początkową ekscytację może zastąpić rozczarowanie. HD 137010 b nie musi być planetą, a gigantyczną lodową kulą. Pamiętajmy też, że gdybyśmy próbowali się do niej dostać, przy obecnej technologii, dolecenie na "nową Ziemię" zajęłoby dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy lat.

Mniej lodu morskiego, więcej tłuszczu pod futrem. Niedźwiedzie w Svalbardzie mają się dobrze

29 stycznia 2026, 17:00

Czwartek, 29 stycznia (17:00)

Naukowcy mają dobre wieści dla miłośników przyrody. Najnowsze, zaskakujące wyniki badań rzucają nowe światło na sytuację niedźwiedzi polarnych zamieszkujących okolice norweskiego archipelagu Svalbard. Opublikowane w czasopiśmie "Scientific Reports" wyniki analiz wskazują, że przez ostatnie dekady populacja tych drapieżników nie tylko nie ucierpiała z powodu postępującego topnienia lodu morskiego, ale wręcz poprawiła swoją kondycję fizyczną. Te doniesienia stoją w sprzeczności z dotychczasowymi obserwacjami z innych regionów Arktyki, wskazującymi, że niedźwiedzie polarne wyraźnie cierpią z powodu zmian klimatycznych i kurczących się połaci lodu.

  • Najnowsze badania wykazały, że populacja niedźwiedzi polarnych na Svalbardzie nie ucierpiała na skutek topnienia lodu, a ich kondycja fizyczna się poprawiła.
  • Poprawa kondycji może być związana z odbudową populacji alternatywnych źródeł pożywienia, takich jak renifery i morsy.
  • Naukowcy ostrzegają, że dalsze topnienie lodu może w przyszłości zagrozić populacji niedźwiedzi.

Region Morza Barentsa, otaczający Svalbard, doświadcza jednego z najszybszych wzrostów temperatury na świecie. Od 1980 roku średnia temperatura wzrosła tu nawet o 2 st. Celsjusza na dekadę. Wraz z ociepleniem systematycznie zmniejsza się powierzchnia lodu morskiego, który jest kluczowym środowiskiem życia dla niedźwiedzi polarnych. 

Mimo tych niekorzystnych zmian, przeprowadzony w 2004 roku spis populacji wykazał, że liczebność niedźwiedzi w regionie Morza Barentsa wynosiła około 2650 osobników i przez kolejne lata nie wykazywała tendencji spadkowej. Przyczyny tej stabilności pozostawały jednak niejasne.

Zespół badawczy pod kierunkiem Jona Aarsa z Norweskiego Instytutu Polarnego w Tromsø przeanalizował dane zebrane w latach 1992-2019, obejmujące 1188 pomiarów ciała 770 dorosłych niedźwiedzi polarnych zamieszkujących Svalbard. Kluczowym wskaźnikiem była wartość Body Condition Index (BCI), czyli parametru kondycji fizycznej i rezerw tłuszczowych zwierząt. Wyniki zestawiono z liczbą dni wolnych od lodu w regionie Morza Barentsa w ciągu 27 lat objętych badaniem.

W analizowanym okresie liczba dni bez pokrywy lodowej wzrosła o około 100, co odpowiada o cztery dni rocznie. Mimo to średni wskaźnik BCI u dorosłych niedźwiedzi polarnych wzrósł po roku 2000, co oznacza, że zwierzęta zgromadziły większe zapasy tłuszczu, mimo zmniejszającej się powierzchni lodu.

Naukowcy wskazują kilka możliwych przyczyn poprawy kondycji niedźwiedzi polarnych na Svalbardzie. Jednym z kluczowych czynników jest odbudowa populacji zwierząt, które mogą być ich pożywieniem na lądzie, takich jak renifery i morsy. W przeszłości były one nadmiernie eksploatowane przez człowieka. Obecnie, dzięki ochronie gatunkowej i ograniczeniom łowieckim, ich liczebność znacząco wzrosła, co zapewniło niedźwiedziom alternatywne źródła pożywienia.

Dodatkowo, utrata lodu morskiego może prowadzić do koncentracji zwierząt będących głównym pokarmem niedźwiedzi, takich jak foki obrączkowane, na mniejszych obszarach lodu. To zjawisko może zwiększać efektywność polowań, ponieważ drapieżniki mają łatwiejszy dostęp do skupisk tych zwierząt.

Autorzy badania podkreślają, że obserwowana przez nich poprawa kondycji fizycznej niedźwiedzi polarnych na Svalbardzie nie oznacza, że populacja ta jest całkowicie odporna na skutki zmian klimatycznych. Dalsze zmniejszanie się powierzchni lodu morskiego może w przyszłości wymusić na niedźwiedziach konieczność pokonywania coraz większych odległości w poszukiwaniu pożywienia, co już obserwuje się w innych populacjach tego gatunku. Takie zmiany mogą prowadzić do wyczerpania energetycznego i spadku przeżywalności.

Autorzy pracy przekonują, że konieczne są dalsze, długoterminowe badania, aby zrozumieć, w jaki sposób różne populacje niedźwiedzi polarnych będą adaptować się do postępującego ocieplenia Arktyki i związanych z nim zmian w ekosystemie. Obecne wyniki pokazują, że lokalne uwarunkowania, takie jak dostępność alternatywnych źródeł pożywienia, mogą czasowo łagodzić negatywne skutki utraty lodu, jednak w obliczu dynamicznych zmian klimatycznych przyszłość tego gatunku pozostaje niepewna.

❌