Ukryte procesy w oceanie ujawnione. Wykryto nieznane dotąd sygnały
W głębinach oceanu zachodzą procesy, których dotąd nie potrafiliśmy dostrzec. Nowa metoda pozwoliła naukowcom wychwycić te subtelne sygnały ukryte w wodzie. To dopiero początek odkryć, które mogą zmienić nasze rozumienie oceanów, a także wyznaczyć nowe możliwości badawcze nawet poza Ziemią.
Naukowcy opracowali nową metodę, która pozwoliła odkryć ukryte procesy w oceanach.raulmellado123RF/PICSEL
Ukryte procesy w oceanach. Zebrali i przeanalizowali dane
Zespół badawczy pod kierownictwem Szkoły Nauk o Morzu, Atmosferze i Ziemi Rosenstiel przy Uniwersytecie w Miami zastosował opracowaną przez siebie nową metodę wykrywania ukrytych procesów w oceanach.
Badania prowadzone były m.in. w tropikalnej części północnego Oceanu Spokojnego, gdzie rozmieszczono autonomiczne boje, które rejestrowały dane. Informacje te następnie przetwarzano z wykorzystaniem nowego podejścia.
Nowa metoda ujawniła dotychczas nierozpoznane sygnały
Dzięki nowej metodzie zespół zidentyfikował dotychczas nierozpoznane sygnały w wodzie. Sposób polega na innowacyjnym podejściu do analizy danych zbieranych przez sensory na autonomicznych bojach oceanicznych. Co ok. 10 dni urządzenia te rejestrowały różne parametry, a połączenie zebranych przez nie informacji z nowym modelem biochemicznym pozwoliło na świeże ustalenia odnośnie do ukrytych wcześniej procesów.
Jak wskazują badacze, nowy sposób badań umożliwił detekcję subtelnych śladów chemicznych w wodzie, ujawniając, że obieg azotu w obszarach oceanu o bardzo niskiej zawartości tlenu jest znacznie bardziej dynamiczny, niż wcześniej sądzono. Nie jest on ani stały ani jednolity, a reaguje na zmienne warunki środowiskowe i aktywność mikroorganizmów. Ma to ogromne znaczenie, ponieważ w takich strefach o niskiej zawartości tlenu azot bywa przez nie przekształcany w formy, które "uciekają" do atmosfery, trwale usuwając ten pierwiastek z oceanu.
- Nasze nowe podejście pozwala nam wydobyć znacznie więcej informacji z istniejących zbiorów danych. Dzięki identyfikacji kluczowych związków pośrednich możemy teraz powiązać obserwowaną zmienność chemiczną z podstawowymi procesami mikrobiologicznymi i zmianami środowiskowymi - powiedziała główna autorka badania, adiunktka Mariana Bif z Rosenstiel.
Lepsze zrozumienie roli oceanów na Ziemi i szansa na badania poza nią
Nowa metoda jest szczególnie cenna, bo opiera się na pomiarach optycznych, niewymagających odczynników chemicznych, co czyni ją idealną dla autonomicznych sensorów i potencjalnie użyteczną nie tylko w oceanach Ziemi, ale także w innych środowiskach wodnych - a nawet w badaniach planetarnych.
- Zrozumienie, kiedy i gdzie dochodzi do utraty azotu, ma kluczowe znaczenie, ponieważ proces ten wpływa na produktywność oceanów, globalny obieg węgla, a nawet równowagę gazów cieplarnianych w atmosferze - zaznaczyła Bif.
Wyniki nowych badań opublikowano w czasopiśmie Communications Earth & Environment.
Jest nas 8,3 miliarda. Populacja Ziemi przekroczyła możliwości planety
Ziemia ma swoje granice i wygląda na to, że właśnie je przekroczyliśmy. Nowe badania pokazują, że przy obecnym stylu życia ludzi jest już po prostu za dużo, aby planeta mogła nas utrzymać w dłuższej perspektywie. Problem nie dotyczy dalekiej przyszłości.
Ziemia nie daje rady. Naukowcy alarmują o liczbie ludzi123RF.com123RF/PICSEL
Ponad 8 miliardów ludzi. Tyle mamy obecnie ludzi na Ziemi. No dobrze, dokładniej jest nas 8,3 miliarda, ale nawet zaokrąglając w dół i tak według nowych badań to już za dużo, by planeta mogła nas utrzymać w sposób stabilny. Modele naukowców pokazują, że żyjemy ponad możliwościami Ziemi, zużywając zasoby szybciej, niż natura jest w stanie je odtworzyć.
Zespół kierowany przez prof. Coreya Bradshawa z australijskiego Flinders University przeanalizował ponad 200 lat danych demograficznych. Skoncentrowali się na "pojemności środowiska", czyli maksymalnej liczby ludzi, jaką Ziemia może utrzymać na dłuższą metę, biorąc pod uwagę dostępne zasoby i tempo ich odnawiania.
Ilu ludzi może utrzymać Ziemia? Liczby są zaskakujące
Badacze rozróżniają dwa poziomy. Maksymalny, czyli absolutny limit, oraz optymalny, tj. taki, który zapewnia ludziom przyzwoite warunki życia. Ten drugi jest znacznie niższy. Według ich wyliczeń wynosi około 2,5 miliarda ludzi. Dla porównania dziś jest nas ponad trzy razy więcej.
Ziemia nie nadąża za sposobem, w jaki wykorzystujemy zasoby. Nie jest w stanie sprostać nawet dzisiejszemu zapotrzebowaniu bez poważnych zmian. Nasze wyniki pokazują, że naciskamy na planetę bardziej, niż jest w stanie wytrzymać.
Co ciekawe, gwałtowny wzrost populacji nie byłby możliwy bez paliw kopalnych. To one pozwoliły zwiększyć produkcję żywności i energii, sztucznie "podnosząc" możliwości planety. Problem w tym, że to rozwiązanie krótkoterminowe.
Paliwa kopalne i złudzenie nieskończonego wzrostu
Badacze zauważają, że współczesna gospodarka opiera się na założeniu ciągłego wzrostu. Tymczasem Ziemia ma swoje granice.
- Dzisiejsze gospodarki, oparte na nieprzerwanym wzroście, najwyraźniej nie uwzględniają ograniczeń regeneracyjnych związanych z rosnącą populacją, ponieważ paliwa kopalne sztucznie wypełniają tę lukę - piszą autorzy badania.
Choć tempo wzrostu ludności spada od lat 60., liczba ludzi wciąż rośnie. Naukowcy przewidują, że osiągnie szczyt na poziomie około 12 miliardów w drugiej połowie XXI wieku. To jednak poziom daleki od bezpiecznego.
- Systemy podtrzymujące życie na planecie są już przeciążone i bez szybkich zmian w sposobie wykorzystania energii, ziemi i żywności miliardy ludzi staną w obliczu rosnącej niestabilności - ostrzega Bradshaw.
Problem w tym, że wcale nie mówimy o dalekiej przyszłości. Autorzy podkreślają, że te procesy już się dzieją. Zmiany klimatu, niedobory wody czy spadek liczebności zwierząt to sygnały, że granice zostały przekroczone.
I choć przekaz jest dla nas ewidentnym ostrzeżeniem, to oczywiście nie chodzi o nagłe załamanie, armagedon itp. Tak, jest jeszcze czas na reakcję.
Dziesiątki ukrytych strumieni gwiazd. Odkryto je w naszej galaktyce
Droga Mleczna ma setki milionów gwiazd i odkrycie oraz identyfikacja ich wszystkich jest wręcz niemożliwa. Astronomowie dostrzegli coś nowego. To ukryte strumienie gwiazd, które znajdują się na obrzeżach galaktyki. Sugeruje się, że Droga Mleczna może mieć dziesiątki tego typu struktur.
Droga Mleczna ma dziesiątki ukrytych strumieni gwiazd. Gdzie się znajdują?RubinObs/NOIRLab/SLAC/NSF/DOE/AURA/J. daSilva, M. Zamanimateriał zewnętrzny
Droga Mleczna to galaktyka spiralna mająca około 13 mld lat i w niej jest całe mnóstwo gwiazd. Część z nich tworzy większe struktury nazywane strumieniami. Okazuje się, że na obrzeżach naszego zakątku wszechświata może ich być całkiem sporo. Skąd to wiemy?
Czy są strumienie gwiazd na obrzeżach naszej galaktyki?
Zacznijmy od tego, czym są wspomniane strumienie gwiazd? To łukowate pasma, które powstają, gdy zwarte gromady gwiazd przemieszczają się przez pole grawitacyjne galaktyki. Przypomina to poniekąd ciągnące się wstęgi.
To jak jazda na rowerze z workiem z piaskiem, tyle że w worku jest dziura. Te ziarenka piasku są jak gwiazdy pozostawione na swojej trajektorii
Droga Mleczna zawiera takie struktury i około 20 z nich udało się zidentyfikować w danych zebranych m.in. w ramach misji Gaia Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA). Nierzadko przypadkowo i próbka była zbyt mała, aby naukowcy mogli wyciągnąć daleko idące wnioski.
Uczeni kierowani przez Yingtiana "Billa" Chena z Uniwersytetu Michigan postanowili dokładniej zgłębić to zagadnienie. W tym celu wykorzystano zaawansowane modele komputerowe oraz dotychczasowe dane. W ten sposób udało się zidentyfikować aż 87 kandydatów na strumienie gwiazd związanych z gromadami kulistymi.
Odkryte struktury znajdują się na obrzeżach Drogi Mlecznej, a więc w miejscu odpowiadającym dotychczasowej wiedzy o tych strukturach.
Okazuje się, że o wiele łatwiej jest znaleźć obiekty, mając teoretyczne oczekiwania co do tego, czego się szuka, i dysponując prostym obrazem fenomenologicznym
Przy okazji badania wykazały pewne rozbieżności na temat teorii strumieni gwiazd. Pewne struktury były krótsze czy szersze. Były też takie, które nie pokrywały się z orbitami swoich macierzystych gromad. Uczeni dodają jednak, że nie wszyscy kandydaci do takich obiektów muszą pokrywać się z rzeczywistością. Co nie zmienia faktu, że dzięki temu znacznie lepiej poznamy ta tajemnicze struktury i nauczymy się je lepiej identyfikować.
Astronauci Artemis 2 nazwali krater Księżyca imieniem zmarłej żony dowódcy
Krater Caroll to nowy punkt na księżycowej mapie. Jego nazwę nadali astronauci misji Artemis 2 w trakcie przelotu nad Srebrnym Globem. W ten sposób upamiętniono zmarłą żonę dowódcy Reida Wisemana, która kilka lat temu przegrała walkę z rakiem. Nadanie nazwy nastąpiło podczas najdalszego od Ziemi etapu misji.
Astronauci Artemis 2 nazwali krater Księżyca imieniem zmarłej żony dowódcy.NASA/ESA/ATG Medialab materiały prasowe
W skrócie
Astronauci misji Artemis 2 nadali nazwę kraterowi na Księżycu, upamiętniając zmarłą żonę dowódcy Reida Wisemana.
Nazwa krateru Caroll została zaproponowana podczas rekordu odległości od Ziemi, a oficjalne zatwierdzenie nazw zależy od Międzynarodowej Unii Astronomicznej.
Misja Artemis 2 dobiega końca, a załoga statku Orion "Integrity" przygotowuje się do powrotu na Ziemię.
Misja Artemis 2 zapisze się w historii z wielu powodów. Astronauci NASA pobili m.in. rekord odległości człowieka od Ziemi, który poprzednio należał do załogi Apollo 13. Przy okazji postanowili upamiętnić ten moment w bardzo wyjątkowy sposób.
Krater Caroll na Księżycu nazwany imieniem zmarłej żony dowódcy misji Artemis 2
Podczas bicia rekordu odległości od Ziemi, gdy statek Orion "Integrity" z załogą misji Artemis 2 znajdował się ponad 400 tys. kilometrów od naszej planety, astronauci postanowili upamiętnić ten moment i nadali nazwę jasnemu punktowi na powierzchni Srebrnego Globu, który zobaczyli przez okienko kapsuły.
Tym jasnym punktem jest krater Caroll, którego nazwa nawiązuje do imienia zmarłej żony dowódcy misji Reida Wisemana.
Kilka lat temu rozpoczęliśmy tę podróż w naszej zżytej rodzinie astronautów i straciliśmy bliską osobę. Nazywała się Carroll. Była żoną Reida, matką Katie i Ellie
Carroll Taylor Wiseman zmarła w 2020 r. po przegranej walce z rakiem. Członkowie załogi wspólnie zwrócili się z prośbą o nadanie jej imienia kraterowi, który znaleźli na Księżycu. Znajduje się on na północny zachód od krateru Glushko, na tej samej szerokości geograficznej co krater Ohm.
Położenie krateru Caroll na Księżycu.NASA/GSFC/Arizona State UniversityNASA
Załoga zaproponowała również nazwanie innego krateru na cześć "naszego wspaniałego statku kosmicznego Integrity". Zaproponowane nazwy na razie nie są oficjalne. Muszą zostać zatwierdzone przez Międzynarodową Unię Astronomiczną, co czasem trochę trwa.
Dobrym przykładem jest tutaj góra w kształcie przypominającym piramidę, którą astronauta Jim Lovell z misji Apollo 8 (1968 r.) postanowił nazwać na cześć własnej żony Marilyn. Do akceptacji propozycji doszło kilkadziesiąt lat później w 2017 r. Czy z kraterami "Caroll" i "Integrity" będzie podobnie? Pozostaje wierzyć, że tym razem decyzje zapadną znacznie szybciej.
Astronauci NASA z misji Artemis 2 okrążają Księżyc i wracają na Ziemię
Najważniejszy etap misji Artemis 2, którym było okrążenie Księżyca, jest na ukończeniu. Załoga oblatuje Srebrny Glob i wkrótce znajdzie się na kursie powrotnym na Ziemię. Lot potrwa kilka dni.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to misja Artemis 2 zakończy się w drugiej połowie tygodnia. Przed astronautami trudne momenty związane z ponownym wejściem statku Orion "Integrity" w atmosferę Ziemi. Następnie kapsuła opadnie na spadochronach do oceanu.
Pole magnetyczne Ziemi ok. 600 mln lat temu "oszalało" - zachowywało się w sposób, którego długo nie potrafiliśmy wyjaśnić. Teraz naukowcom w końcu udało się lepiej zrozumieć zachodzące wówczas procesy. Nowe badania z Yale pokazują, że ten "chaos" nie był przypadkowy - pole magnetyczne zmieniało się według ukrytego, uporządkowanego wzorca.
Zachowanie ziemskiego pola magnetycznego ok. 600 mln lat temu stanowiło zagadkę. Naukowcy mają nową teorię.vampy1123RF/PICSEL
Ziemia sprzed 600 mln lat. Chaotyczne przemiany
Ok. 630-540 mln lat temu, w okresie znanym jako ediakar, ziemskie pole magnetyczne "oszalało" - wykazywało nietypowe, gwałtowne i zdawałoby się losowe zmiany.
To zachowanie pola magnetycznego Ziemi zaskakiwało naukowców, ponieważ nie obserwowano takich procesów nigdy wcześniej ani później w historii naszej planety.
Najnowsze badania naukowców z Uniwersytetu Yale w USA wskazują jednak, że w pozornym chaosie może kryć się pewna ukryta dotąd regularność. Odkrycie może wypełnić lukę w wiedzy na temat tego, jak wyglądała Ziemia w tym okresie.
Dawne zmiany pola magnetycznego Ziemi pod lupą badaczy
Dotychczasowe dane paleomagnetyczne z ediakaru wyglądały na kompletnie losowe, co uniemożliwiało rekonstrukcję dawnych kontynentów. Teraz może ulec to zmianie. Zespół z Yale skupił się na regionie w Afryce Północnej - na górskim obszarze Maroka, Antyatlasie. To pasmo zawiera dobrze zachowane warstwy skał wulkanicznych sprzed ok. 600 mln lat.
Naukowcy z Uniwersytetu Yale precyzyjnie przeanalizowali skały w Maroku - pobierając próbki i badając je "warstwa po warstwie", mierząc subtelne sygnały magnetyczne za pomocą bardzo czułych instrumentów.
- Wcześniejsze badania skał z tego okresu często opierały się na tradycyjnych narzędziach analitycznych, które zakładały, że pole magnetyczne Ziemi zachowywało się w przeszłości podobnie jak obecnie - powiedział pierwszy autor badania, James Pierce, doktorant z wydziału Nauk o Ziemi i planetach w Yale. - Wybraliśmy nowe podejście.
Odkryto w ten sposób, że zmiany pola następowały bardzo szybko - w ciągu tysięcy, a nie milionów lat, co wyklucza wcześniejsze teorie (np. szybki ruch płyt tektonicznych). W dodatku odnotowano, że zmiany następowały według uporządkowanego wzorca, który tylko wydawał się chaotyczny - "zamiast kołysać się wokół osi obrotu, bieguny mogły się przesunąć w sposób, który przenosił je przez całą planetę". Dane te ujawniają zatem regularny, globalny wzorzec przemieszczania się biegunów magnetycznych, zupełnie inny niż ich dzisiejsze "wędrówki".
Przełomowa metoda i nowe mapy z okresu ediakaru
Badanie, którego wyniki zostały opublikowane na łamach "Science Advances", może przełamać jedną z największych luk w rekonstrukcji dziejów Ziemi - pozwalając zrozumieć układ kontynentów i zachowanie pola magnetycznego sprzed 600 mln lat, tuż przed pojawieniem się pierwszych złożonych organizmów.
- Proponujemy nowy model pola magnetycznego Ziemi, który dostrzega strukturę w jego zmienności, zamiast po prostu odrzucać je jako chaotyczne i losowe - powiedział David Evans, profesor wydziału Nauk o Ziemi i planetach z Uniwersytetu Yale i współautor nowego badania. - Opracowaliśmy nową metodę analizy statystycznej danych paleomagnetycznych z ediakaru, która naszym zdaniem będzie kluczem do tworzenia rzetelnych map kontynentów i oceanów z tego okresu.
Lodowa kapsuła czasu. To źródło wiedzy o naszej planecieAFP
To największy księżyc w Układzie Słonecznym. Większy niż Merkury
Układ Słoneczny ma całe mnóstwo księżyców. Największy z nich to Ganimedes, którego średnica jest większa od planety Merkury. Księżyc znajduje się w pobliżu Jowisza i został odkryty już kilka wieków temu. Ganimedes nie tylko wyróżnia się wielkością, ale też składem. W dużym stopniu wypełnia go wodny lód oraz ocean słonej wody.
Ganimedes. Największy księżyc w całym Układzie Słonecznym.PIRO4DPixabay.com
Spis treści:
Ganimedes największym księżycem Jowisza i całego Układu Słonecznego
Największy księżyc Układu Słonecznego ma własną magnetosferę
Ganimedes to lodowy księżyc z płynnym oceanem i atmosferą z tlenem
Ganimedes badany przez sondę Juno agencji NASA
Księżyc, który mamy w pobliżu Ziemi, jest jednym z kilkuset w całym Układzie Słonecznym. Jest ich całe mnóstwo i rekordzistą pod tym względem jest Saturn mający blisko 300 potwierdzonych obiektów tego typu. Największy księżyc w całym systemie jest jednak nieco bliżej i orbituje wokół Jowisza. To prawdziwy kolos.
Ganimedes największym księżycem Jowisza i całego Układu Słonecznego
Największym księżycem całego Układu Słonecznego jest Ganimedes, który orbituje wokół Jowisza. Jego odkrycie przypisuje się Galileuszowi, który obserwował gazowego olbrzyma w XVII w. przez lunetę i dostrzegł cztery poruszające się w pobliżu planety "gwiazdy".
Jowisz i jego największe księżyce zwane galileuszowymi.123RF/PICSEL123RF/PICSEL
To nie były gwiazdy i astronom dostrzegł w 1610 r., w rzeczywistości cztery księżyce Jowisza, które nazwano galileuszowymi. To właśnie jednym z nich jest wielki Ganimedes, którego średnica jest nawet nieco większa od najmniejszej planety Układu Słonecznego, którą jest Merkury.
Największy księżyc Układu Słonecznego ma średnicę około 5268 kilometrów, czyli o 420 kilometrów większą od Merkurego. Jego rozmiar stanowi około trzech czwartych średnicy Marsa. Ganimedes orbituje w odległości około 1,07 mln kilometra od Jowisza, czyli prawie trzy razy dalej niż Księżyc od Ziemi. Na jedno okrążenie gazowego olbrzyma potrzebuje nieco ponad siedem dni.
Największy księżyc Układu Słonecznego ma własną magnetosferę
Ganimedes nie tylko wyróżnia się wielkością na tle innych obiektów tego typu w naszym systemie. Jako jedyny księżyc w Układzie Słonecznym ma też własną magnetosferę. Nie jest ona oczywiście tak silna jak ziemska, ale zapewnia częściową ochronę przed dużym promieniowaniem ze strony Jowisza.
Niezbyt silne dipolowe pole magnetyczne mówi nam również co nieco o wnętrzu obiektu. Ganimedes ma żelazne jądro, które w jakimś stopniu jest płynne. Otacza je gruby płaszcz zbudowany z krzemianów.
Ganimedes uchwycony przez sondę GalileoNASA
Dane dotyczące magnetosfery Ganimedesa udało się przechwycić z wykorzystaniem sondy Galileo należącej do NASA, która badała Jowisza oraz jego wybrane księżyce na przełomie XX i XXI wieku. W 1996 r. orbiter przeleciał nad Ganimedesem w odległości 835 kilometrów od powierzchni, a następnie zaledwie 262 kilometrów.
Ganimedes to lodowy księżyc z płynnym oceanem i atmosferą z tlenem
Wiemy, co jest w samym środku obiektu, ale im bliżej powierzchni, tym robi się jeszcze ciekawiej. Ganimedes w dużym stopniu składa się z lodu wodnego oraz słonej wody. Nad płaszczem znajduje się płynny ocean. Prawdopodobnie jest to kilka warstw naprzemiennie przemieszanych z lodem.
Zewnętrzna powierzchnia Ganimedesa składa się z pokrywy lodowej, której grubość sięga kilkunastu kilometrów. Natomiast nad nią znajduje się delikatna atmosfera, która składa się w zasadzie wyłącznie z tlenu. Powstaje ona w procesie dysocjacji lodu powierzchniowego w efekcie napromieniowania. Lotny wodór, który jest jednym z efektów ubocznych, nie jest zatrzymywany przez grawitację i ta utrzymuje tylko tlen.
Księżyc Ganimedes na zdjęciu z sondy Juno.NASA/JPL-Caltech/SwRI/MSSS/Kevin M. GillNASA
Co nie zmienia faktów, że nie ma tam warunków do życia. Bogata w tlen atmosfera jest zbyt rzadka, a duża odległość od Słońca sprawia, że temperatura na powierzchni oscyluje w granicach od około -203°C do -121°C. To zimny i nieprzyjazny świat.
Sonda Galileo dostarczyła nam sporo informacji o księżycu Jowisza i wiemy, że jego powierzchnia jest zróżnicowana. Występują tam obszary młodsze geologicznie czy starsze z kraterami. Są tam również czapy lodowe występujące bliżej biegunów.
Budowa Ganimedesa sprawia, że nie jest on zbyt gęsty. I choć księżyc Jowisza jest trochę większy od Merkurego, tak jest średnia gęstość jest niższa i przekłada się na około dwa razy mniejszą masę całkowitą w porównaniu do planety znajdującej się najbliższej Słońca.
Ganimedes badany przez sondę Juno agencji NASA
Galileo to tylko jedna z sond kosmicznych, które badały Ganimedesa. W jego pobliżu wcześniej przeleciały m.in. statki Voyager 1 i 2 agencji NASA, a także Pioneer 10 oraz 11 i New Horizons. Na obiekt był kierowany także Kosmiczny Teleskop Hubble'a.
Najnowsze zdjęcia wykonane z bliska pochodzą z sondy Juno, która weszła na orbitę Jowisza blisko 10 lat temu. Statek wykonał przeloty również nad powierzchnią Ganimedesa i to z kamery JunoCam pochodzą ostatnie obrazy księżyca gazowego olbrzyma.
Ganimedes na tle Jowisza.NASA
Na tym nie koniec, bo w kierunku systemu Jowisza zmierza sonda JUICE (Jupiter Icy Moon Explorer) wystrzelona w kosmos w kwietniu 2023 r. przez Europejską Agencję Kosmiczną. Jej głównym celem misji są księżyce gazowego olbrzyma - Europa, gdzie może nawet istnieć jakieś życie, Kallisto oraz właśnie Ganimedes.
JUICE ma m.in. szukać wody pod powierzchnią księżyców Jowisza, ale prędko tam nie doleci. Statek ma dotrzeć do gazowego olbrzyma dopiero latem 2031 r. Badania zaplanowano na cztery lata i potrwają do 2035 r.
Możemy się spodziewać, że JUICE dostarczy nam wiele nowych szczegółów związanych z największym księżycem Układu Słonecznego, choć jeśli chodzi o poszukiwania ewentualnego życia pozaziemskiego, naukowcy celują w inny obiekt, który jest Europa. To również świat skuty z zewnątrz lodem, ale pod jego powierzchnią występuje rozległy ocean. Ponadto mogą tam istnieć niezbędne zasoby energii, które mogły dać początek jakimś organizmom.
W ramach ciekawostki warto dodać, że drugim co do wielkości księżycem w Układzie Słonecznym (po Ganimedesie) jest Tytan znajdujący się w pobliżu Saturna. To również bardzo ciekawy świat, który ma znacznie gęstszą atmosferę, a na jego powierzchni występują ciekłe jeziora metanu. Ten obiekt będzie badany w przyszłości przez specjalnego drona agencji NASA w ramach misji Dragonfly, której start planowany jest na 2028 r.
Kiedy wnosimy do domu święconkę, rzadko zastanawiamy się nad tym, że wiele elementów wielkanocnych obrzędów ma swoje korzenie głęboko w czasach przedchrześcijańskich. Dlaczego Kościół, zamiast bezwzględnie zwalczać dawne, wiosenne rytuały, postanowił je reinterpretować i osadzić w nowym, chrześcijańskim kontekście?
Odpowiedź jest zaskakująco pragmatyczna i wiąże się z kalendarzem agrarnym. Jak zauważa prof. Mariola Tymochowicz z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, w przeszłości rytm życia europejskich społeczeństw był całkowicie podporządkowany pracy na roli.
- W okresie, na który przypadają dwa najważniejsze święta - Boże Narodzenie i Wielkanoc - prace polowe są wstrzymane lub dopiero się rozpoczynają, co czyni ten czas najdogodniejszym na świętowanie. Chłopi stanowili około 80 proc. ludności, dlatego kalendarz świąt naturalnie dostosowywano do cyklu prac rolniczych - tłumaczy badaczka.
Jajko - symbol w służbie zdrowia i miłości
Absolutnym centrum wielkanocnej symboliki jest jajko. Dziś postrzegamy je głównie jako chrześcijański znak zmartwychwstania i triumfu życia nad śmiercią. Zanim jednak zyskało tę interpretację, pełniło w kulturach ludowych niezwykle ważną, wręcz magiczną funkcję.
Choć o samych wierzeniach wczesnych Słowian wiemy niewiele ze względu na brak źródeł pisanych, to badania etnograficzne pozwalają zrekonstruować rolę, jaką jajko odgrywało na wsiach przez stulecia.
- Jajko występowało w wielu kulturach jako ważny symbol kosmologiczny - znak początku świata i życia. Kojarzono je również z odrodzeniem, płodnością oraz cyklicznością natury, szczególnie w kontekście wiosny - wyjaśnia prof. Tymochowicz.
Co ciekawe, pisankom przypisywano właściwości apotropeiczne, czyli zdolność do odpędzania zła. Na dawnej wsi jedną poświęconą pisankę przechowywano przez cały rok jako swoisty talizman. Jajko funkcjonowało również jako "lekarstwo" podawane chorym, a także jako narzędzie komunikacji społecznej. Pełniło funkcję daru o znaczeniu społecznym. Dziewczęta wręczały je chłopcom jako wyznanie uczuć, chrzestni obdarowywali nimi chrześniaków, a żebrakom pod kościołem wręczano je w zamian za modlitwę za zmarłych.
Moment, gdy religia spotyka się z zaklęciem
Jednym z najbardziej fascynujących zjawisk, na które zwraca uwagę prof. Tymochowicz, jest to, jak płynna była na dawnej wsi granica między oficjalną teologią a ludową wiarą w sprawczość magii. Widać to doskonale na przykładzie wielkanocnych palm.
Choć w Biblii witano Jezusa wjeżdżającego do Jerozolimy gałązkami palmowymi, na polskiej wsi te same palmy po poświęceniu zyskiwały zupełnie nowe, użytkowe funkcje.
- W praktyce ludowej palmy wykorzystywano w celach magicznych. Służyły m.in. do dotykania krów przy pierwszym wypędzaniu ich na pastwiska, co miało zapewnić zwierzętom zdrowie i dobry chów - mówi badaczka. - Granica między tym, co religijne, a tym, co magiczne, była płynna. Oba te porządki wzajemnie się przenikały i uzupełniały.
Ludzie potrzebowali poczucia bezpieczeństwa, zdrowia i urodzaju. Zaadaptowanie chrześcijańskich symboli do ochrony plonów było naturalnym sposobem radzenia sobie z nieprzewidywalnością natury.
Żywioły pod kontrolą. Woda, która daje plon i ogień, który chroni
Wielka Sobota i Poniedziałek Wielkanocny to w polskiej tradycji dni, w których główną rolę odgrywają żywioły: woda i ogień. Ich obecność w liturgii i obyczajach może stanowić echo dawnych praktyk.
Lany Poniedziałek (Śmigus-dyngus) bywa uznawany za relikt dawnych rytuałów oczyszczających.
- Wierzono, że mogą sprowadzać deszcz, a także zapewniać zdrowie, urodę i płodność. Przypisywano im również zdolność zapobiegania suszy w okresie wiosny i lata - tłumaczy prof. Tymochowicz. Choć Kościół początkowo krytykował oblewanie się wodą, z czasem zwyczaj ten przetrwał jako element tradycji ludowej.
Równie intrygujące są dawne obrzędy związane ze święceniem ognia. Tradycyjnie rozpalano go z gałęzi tarniny, cierni czy starych palm. Wierni zabierali do domów poświęcone ciernie i wtykali je w stropy domostw, by chroniły przed piorunami, lub w pola - jako tarczę przed gradobiciem.
Rozpalenie ognia i podtrzymywanie płomienia utożsamiano z zakończeniem dawnego porządku, oczyszczeniem oraz początkiem nowego życia.
Zając z importu, czyli skąd te prezenty?
Wielu z nas nie wyobraża sobie świąt bez czekoladowych zajęcy. Czy to również prastary, słowiański demon wiosny? Nic z tych rzeczy.
Obecność zajączka wielkanocnego (z niem. Osterhase) to stosunkowo nowa tradycja. Jak zauważa prof. Tymochowicz, to zwyczaj przejęty od Niemców w XIX i XX wieku. Przywędrował na ziemie polskie (głównie na Śląsk, Pomorze i do Wielkopolski) wraz z kulturą mieszczańską i systemem szkolnictwa. Jest to element wyłącznie ludowy, związany z nadejściem wiosny, całkowicie pozbawiony podłoża religijnego.
Protestancki powrót do źródeł. Święta bez ludowej obrzędowości
To bogactwo obrzędów (święcenie pokarmów, wody, palm czy tworzenie pisanek) jest głęboko zakorzenione w katolickiej religijności ludowej, która była otwarta na wizualne i zrytualizowane formy kultu. Zjawisko to wygląda jednak zupełnie inaczej w perspektywie kościołów protestanckich (m.in. ewangelicko-augsburskiego czy ewangelikalnych).
Protestantyzm, opierający się na zasadzie Sola Scriptura (Tylko Pismo), od wieków dążył do oczyszczenia wiary z elementów, które nie miały bezpośredniego uzasadnienia w Biblii. Z tego powodu w większości tradycji protestanckich nie odnajdziemy zwyczaju święcenia koszyczków, palm czy wody. Praktyki te postrzegane są jako historyczne i kulturowe naleciałości, które odciągają uwagę od tego, co najważniejsze.
Z perspektywy kulturoznawczej mamy tu do czynienia z dwoma odmiennymi modelami przeżywania sacrum. Model katolicki "wchłonął" i uświęcił lokalne obyczaje, tworząc z nich bogaty, zlepek kulturowy. Model protestancki natomiast odrzuca tę nadbudowę. Brak pisanek czy bazi w liturgii protestanckiej nie jest jednak zubażaniem świąt. Jest to celowy powrót do ich surowego, wysoce uduchowionego i ściśle teologicznego charakteru, w którym w centrum stoi wyłącznie narracja o zmartwychwstaniu, niezakłócona przez wiosenną magię agrarną.
Nowe badania opublikowane w czasopiśmie „Nutrients” wskazują, że wskaźnik masy ciała (BMI) może prowadzić do błędnej klasyfikacji stanu zdrowia ponad jednej trzeciej dorosłych. Analiza przeprowadzona przez naukowców z Uniwersytetu w Weronie oraz Bejruckiego Uniwersytetu Arabskiego wykazała, że BMI często zawyża lub zaniża skalę nadwagi, otyłości oraz niedowagi.
Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl
Badanie objęło 1351 dorosłych, których skład ciała oceniano za pomocą metody DXA (dual-energy X-ray absorptiometry), uznawanej za standard w pomiarze tkanki tłuszczowej.
Porównanie wyników BMI z pomiarami DXA ujawniło, że ponad jedna trzecia uczestników została błędnie sklasyfikowana.
Wśród osób uznanych za otyłe według BMI, 34 proc. miało jedynie nadwagę. Jeszcze większe różnice odnotowano w grupie z nadwagą, gdzie błędy dotyczyły aż 53 proc. osób.
Największe rozbieżności dotyczyły kategorii niedowagi. Według pomiaru DXA ponad dwie trzecie osób z tej grupy miało prawidłową masę ciała. Nawet wśród osób z prawidłową masą ciała, 22 proc. przypadków wykazało różnice w klasyfikacji między BMI a DXA.
Autorzy badania podkreślają, że błędna klasyfikacja wynika z ograniczeń BMI, które nie mierzy bezpośrednio ilości ani rozmieszczenia tkanki tłuszczowej, opierając się jedynie na wadze i wzroście.
Mimo to BMI pozostaje szeroko stosowany w praktyce klinicznej i polityce zdrowotnej.
Naukowcy sugerują aktualizację wytycznych oceny tkanki tłuszczowej, uwzględniając dodatkowe metody, takie jak pomiary obwodów ciała czy fałdów skórnych.
40 minut ciszy. Astronauci misji Artemis II po ciemnej stronie Księżyca
Wczoraj, 7 kwietnia (06:34)
Po 40 minutach ciszy radiowej astronauci misji Artemis II odzyskali łączność z NASA. Załoga statku Orion, która przez sześć godzin eksplorowała nieoświetloną półkulę Księżyca, wraca na Ziemię z rekordem i niezapomnianymi przeżyciami. "Wspaniale znów słyszeć Ziemię" - mówiła Christina Koch po wyjściu z cienia radiowego.
Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Wspaniale znów słyszeć Ziemię. Zawsze wybierzemy Ziemię, zawsze wybierzemy siebie nawzajem - powiedziała specjalistka misji Artemis II Christina Koch.
Podczas sześciogodzinnego pobytu po ciemnej stronie Księżyca astronauci byli świadkami zjawisk, które dotąd można było jedynie sobie wyobrażać. Przez iluminatory Oriona obserwowali wschód i zachód Ziemi.
Całkowicie spektakularne i surrealistyczne. Brakuje przymiotników, by oddać to, co widzimy przez okna - mówił dowódca misji, Reid Wiseman.
Astronauci na żywo obserwowali również rozbłyski świetlne, powstające w wyniku uderzeń meteoroidów w powierzchnię Srebrnego Globu.
Misja Artemis II już przeszła do historii. Statek Orion oddalił się od Ziemi na rekordową odległość 406 771 kilometrów, bijąc dotychczasowy rekord załogowej misji Apollo 13.
Wykorzystując unikalną perspektywę, załoga postanowiła nadać nazwy dwóm dotąd bezimiennym kraterom. Jeden z nich ochrzczono "Integrity" - na cześć statku kosmicznego. Drugi nazwano "Carroll", by upamiętnić żonę dowódcy misji, która zmarła na raka w 2020 roku.
To jasny punkt na Księżycu - powiedział astronauta Jeremy Hansen.
Lot Artemis II to pierwsza od czasów programu Apollo załogowa wyprawa w okolice Księżyca. To próba generalna przed planowanym na 2028 rok lądowaniem człowieka na powierzchni naszego naturalnego satelity.
W skład załogi wchodzą: Christina Koch, Reid Wiseman, Victor Glover oraz Jeremy Hansen. Po niezwykłej podróży wokół Księżyca, załoga Artemis II rozpoczęła już podróż powrotną. Lądowanie na wodach Pacyfiku zaplanowano na piątek.
Około godziny 19:56 czasu polskiego załoga misji Artemis II pobiła rekord najdalszej odległości od Ziemi, w jakiej kiedykolwiek znalazł się człowiek. Rekord ten wynosił dotychczas 398 594 km i został ustanowiony przez załogę Apollo 13 w kwietniu 1970 roku podczas awaryjnego powrotu na Ziemię. Astronauci kontynuują przygotowania do dzisiejszego przelotu wokół Księżyca
Załoga misji Artemis II kontynuuje przygotowania do dzisiejszego przelotu wokół Księżyca - pierwszego dla ludzi od czasów Apollo 17 w 1972 roku. Tradycyjnie NASA budzi astronautów muzyką. Tym razem Reidowi Wisemanowi, Victorowi Gloverowi i Christinie Koch z NASA oraz Jeremy’emu Hansenowi z Kanadyjskiej Agencji Kosmicznej 30 tysięcy kilometrów od Księżyca towarzyszyły dźwięki utworu "Good Morning" Mandisy i TobyMaca.
Załoga otrzymała także specjalną wiadomość nagraną przez astronautę Apollo 8 i Apollo 13, Jima Lovella, przed jego śmiercią w 2025 roku.
"Witajcie, Artemis II! Tu astronauta Apollo, Jim Lovell. Witam w mojej dawnej okolicy! Kiedy Frank Borman, Bill Anders i ja okrążaliśmy Księżyc podczas misji Apollo 8, po raz pierwszy w historii ludzkość mogła zobaczyć Księżyc z bliska oraz spojrzeć na naszą planetę, co zainspirowało i zjednoczyło ludzi na całym świecie. Jestem dumny, że mogę przekazać wam tę pałeczkę, gdy będziecie okrążać Księżyc i przygotowywać grunt pod misje na Marsa dla dobra nas wszystkich. To historyczny dzień i wiem, jak bardzo będziecie zajęci. Ale nie zapomnijcie cieszyć się widokiem. Reid, Victor, Christina, Jeremy oraz wszystkie wspaniałe zespoły wspierające was, powodzenia i szerokiej drogi od nas wszystkich tutaj, na dobrej Ziemi" - powiedział Jim Lovell.
Około godziny 19:56 czasu polskiego załoga Oriona pobiła rekord najdalszej odległości od Ziemi, w jakiej kiedykolwiek znalazł się człowiek. Ten rekord wynosił do tej pory 398 594 km i został ustanowiony przez załogę Apollo 13 w kwietniu 1970 roku podczas awaryjnego powrotu na Ziemię. Orion osiągnie maksymalną odległość od Ziemi o godzinie 01:07 czasu polskiego. Będzie wtedy 405 174 km od naszej planety.
Obserwacje Księżyca zaplanowano od 20:45 naszego czasu. Około siedmiogodzinny przelot obejmuje okres, gdy statek Orion będzie na tyle blisko Księżyca, że załoga będzie mogła dokładnie obserwować cechy geologiczne powierzchni księżycowej. Obserwacje będą prowadzone w parach. Jeden członek załogi będzie fotografował powierzchnię Srebrnego Globu, drugi będzie opisytwał co widzi na włąsne oczy. Druga para będzie w tym czasie wspierać pierwszą, wykonując zdjęcia astronautów przy oknach Oriona, filmując, podając im karty pamięci do aparatów i komunikując się z centrum kontroli lotu. W miarę trwania obserwacji pary będą się wymieniać rolami.
Gdy Orion znajdzie się za Księżycem, około godziny 00:44, misja wejdzie w zaplanowaną przerwę w łączności trwającą około 40 minut. W tym czasie Księżyc blokuje sygnały radiowe niezbędne do utrzymania kontaktu ze statkiem przez sieć Deep Space Network. Krótko po utracie sygnału Orion znajdzie się najbliżej powierzchni Księżyca. Około godziny 01:02 czasu polskiego znajdzie się zaledwie 6 524 km nad powierzchnią.
Pod koniec obserwacji, od godziny 02:35, załoga będzie świadkiem zaćmienia Słońca z kosmosu, gdy Orion, Księżyc i Słońce znajdą się na jednej linii. Astronauci zobaczą, jak Słońce znika za Księżycem na niemal godzinę. W tym czasie będą obserwować w dużej mierze zacieniony Księżyc i wykorzystają okazję do analizy korony słonecznej, zewnętrznej atmosfery Słońca, widocznej wokół krawędzi Księżyca.
NASA opublikowała harmonogram kluczowych wydarzeń przelotu Artemis II wokół Księżyca:
19:56 - Załoga Artemis II ma pobić rekord najdalszej odległości od Ziemi osiągniętej przez ludzi, ustanowiony przez Apollo 13 w 1970 roku.
20:45 - Rozpoczęcie obserwacji Księżyca.
00:44 - Centrum kontroli spodziewa się tymczasowej utraty łączności z załogą, gdy statek Orion znajdzie się za Księżycem.
00:45 - Podczas "Zachodu Ziemi" nasza planeta z perspektywy Oriona zniknie za Księżycem.
01:02 - Orion osiąga najbliższe podejście do Księżyca.
01:07 - Załoga osiąga maksymalną odległość od Ziemi podczas misji Artemis II.
01:25 - "Wschód Ziemi" - załoga będzie świadkiem ponownego pojawienia się Ziemi po przeciwnej stronie Księżyca.
01:25 - Centrum kontroli lotu odzyskuje łączność z astronautami.
02:35 - 03:32 - Podczas zaćmienia Słońca, nasza gwiazda z perspektywy załogi zniknie za Księżycem.
Utrzymanie rodziny w Jerozolimie na początku naszej ery za czasów Jezusa stanowiło spore wyzwanie. Chociaż mieszkańcy nie musieli się mierzyć z głodem, to na luksusy mogli pozwolić sobie nieliczni. Jak wyglądało codzienne życie w stolicy Judei? Ile zarabiali przeciętni mieszkańcy, na co mogli sobie pozwolić i co można było kupić na tętniących życiem targach?
30 denarów to średnia miesięczna wypłata w Jerozolimie za czasów Jezusa, wystarczająca na utrzymanie 3-osobowej rodziny.
Za tę kwotę można było kupić podstawowe produkty: chleb, trochę wina, oliwy, mięsa i sera, ale bez luksusów.
Sól i zając to były prawdziwe rarytasy - sól kosztowała aż 100 denarów za pół kilograma, a zając 200 denarów!
Zaintrygowany, jak wyglądały ceny i życie codzienne w starożytnej Jerozolimie? Sprawdź pełen artykuł!
Na przełomie er Jerozolima była miastem tętniącym życiem, położonym na ważnych szlakach handlowych. W prowincji Judea, będącej częścią Imperium Rzymskiego, podstawową jednostką płatniczą był denar - srebrna moneta, którą wypłacano żołnierzom i robotnikom. Średnia miesięczna wypłata wynosiła około trzydziestu denarów.
Za te trzydzieści denarów, zależnie od tego, jaki prowadziło się tryb życia, jak układały się lokalne ceny, czyli siła nabywcza, można było spokojnie się wyżywić i to siebie i rodzinę - mówi prof. Piotr Dyczek z wydziału Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego w rozmowie z dziennikarzem RMF FM Michałem Krasoniem.
Wynika więc z tego, że za 30 denarów można było utrzymać trzyosobową rodzinę, choć wymagało to rozsądnego gospodarowania i rezygnacji z wielu przyjemności. Podstawowe potrzeby - żywność, odzież, opłaty - były zaspokajane, ale o szczególnych luksusach nie było mowy. Według eksperta pół denara dziennie wystarczało, by zapewnić rodzinie skromny posiłek zawierający trochę wina, oliwy, mięsa i sera. Codzienne życie toczyło się więc bez większych wygód, a poziom życia znacznie odbiegał od współczesnych standardów.
Porównanie wartości starożytnych pieniędzy z dzisiejszymi jest trudne, ale eksperci próbują szacować, ile mogłyby być warte ówczesne zarobki. Przyjmując współczesną polską średnią pensję jako punkt odniesienia, 30 denarów mogłoby odpowiadać nawet kilkunastu tysiącom złotych - od dwunastu do szesnastu tysięcy. Jednak warto pamiętać, że ceny poszczególnych towarów były bardzo rozbieżne.
Niektóre produkty były stosunkowo tanie i dostępne dla większości mieszkańców, inne - jak sól czy mięso rzadkich zwierząt - osiągały astronomiczne ceny, przez co pozostawały poza zasięgiem przeciętnych rodzin. Różnorodność cen i dostępność towarów sprawiały, że mieszkańcy musieli bardzo dokładnie planować wydatki i często rezygnować z przyjemności.
Jerozolima była jednym z najważniejszych ośrodków handlowych regionu. Na miejscowych targach można było znaleźć niemal wszystko - od lokalnych produktów rolnych, przez egzotyczne przyprawy, po luksusowe tkaniny i rzadkie zwierzęta. Jednak na to, co mogli kupić mieszkańcy, wpływały nie tylko zarobki, ale też aktualne ceny, które potrafiły zaskakiwać.
Dla przykładu, sól - ceniona za właściwości konserwujące i smakowe - była towarem luksusowym. Za pół kilograma soli trzeba było zapłacić aż sto denarów, co stanowiło równowartość połowy miesięcznego żołdu żołnierza. Jeszcze droższy był zając, uznawany za prawdziwy rarytas - kosztował aż dwieście denarów. Dla porównania, bochenek chleba kosztował jedną ósmą denara, co czyniło go produktem dostępnym dla większości mieszkańców.
Chleb był podstawą diety mieszkańców Jerozolimy. Modius (antyczna jednostka miary - red.) pszenicy, czyli około 8 kilogramów zboża, kosztował 60 denarów. Z takiej ilości można było upiec 18 dużych bochenków chleba, co pozwalało rodzinie przeżyć przez dłuższy czas.
Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja z solą, która była luksusem dostępnym tylko dla najbogatszych. Jeden funt, czyli mniej więcej pół kilograma soli, kosztowało sto denarów - podkreśla ekspert. W praktyce oznaczało to, że przeciętny mieszkaniec mógł pozwolić sobie na sól tylko okazjonalnie. Sól była używana nie tylko w kuchni, ale także do konserwacji żywności, co czyniło ją produktem niezwykle cennym.
NASA opublikowała pierwsze zdjęcia Ziemi, wykonane przez załogę misji Artemis II. Po ponad 50-ciu latach ludzie wracają w rejon Księżyca i po drodze mogą zobaczyć Ziemię w całości. Astronauci kontynuują testy aparatury do podtrzymania życia, urządzeń nawigacyjnych, łączności i aparatury naukowej. Mają za sobą kluczowy manewr wejścia na trajektorię w stronę Srebrnego Globu. Podróż do Księżyca potrwa jeszcze trzy dni, to pod wpływem grawitacji naszego naturalnego satelity pojazd Orion zawróci w stronę naszej planety.
Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl
W drugim dniu misji załoga ma nieco więcej czasu dla siebie. Brała już udział w wideokonferencji z Ziemią. Pierwszej z kilku, które odbędą się podczas lotu. Z wyjątkiem dnia 7 lotu - dnia wolnego załogi - i dnia lądowania, planowane jest jedno lub dwa takie połączenia każdego dnia misji. Dowódca misji Reid Wiseman ujawnił, że odbędzie się wideokonferencja z załogą Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Jak podkreślił jeszcze przed startem, po raz pierwszy w historii ludzie równocześnie lecą w kierunku Księżyca i pracują w ISS na niskiej orbicie Ziemi.
W kolejnym, trzecim dniu misji planowane są trzy odpalenia silników wspierających pojazd Orion Europejskiego Modułu Serwisowego, które mają wprowadzić lekkie korekty trajektorii. Kanadyjski astronauta Jeremy Hansen będzie się do tego przygotowywał od rana. Same manewry przewidziane są krótko po posiłku załogi.
Reszta dnia przebiegnie pod znakiem różnorodnych testów i demonstracji. Astronauci NASA Victor Glover i Christine Koch oraz Hansen zaprezentują procedury resuscytacji krążeniowo-oddechowej (CPR) w przestrzeni kosmicznej. Dowódca misji Reid Wiseman i Glover sprawdzą niektóre elementy medycznego zestawu Oriona, w tym termometr, ciśnieniomierz, stetoskop i otoskop laryngologiczny.
Koch ma w drugiej połowie trzeciego dnia czas zaplanowany na testowanie awaryjnego systemu łączności Oriona z wykorzystaniem sieci Deep Space Network. Cała załoga zbierze się też, by przećwiczyć scenariusz obserwacji naukowych, które wykonają w 6 dniu lotu, gdy Orion będzie przelatywał za Księżycem. Według planu astronauci mają na własne oczy obserwować szczegóły terenu ciemnej strony Księżyca, mają też wykonywać fotografie.
Jednym z najbardziej spektakularnych momentów poniedziałkowego przelotu będzie obserwacja zaćmienia Słońca, które nastąpi pod koniec ich przelotu. Przez niemal godzinę Słońce schowa się za tarczą Księżyca, a załoga będzie miała unikatową okazję do obserwacji korony słonecznej, zewnętrznej warstwy atmosfery Słońca, widocznej tylko podczas zaćmień.
Astronauci będą również wypatrywać błysków światła z ciemnej powierzchni Księżyca, świadczących o uderzeniach meteoroidów w powierzchnię srebrnego Globu, a także unoszącego się pyłu księżycowego. Planowane są także obserwacje głębokiego kosmosu, a także innych planet. Na ten moment załoga musi jednak jeszcze poczekać.
Misja Artemis II coraz bliżej Księżyca. Po kolejnym odpaleniu silników Europejskiego Modułu Serwisowego statek Orion z czteroosobową załogą na pokładzie wszedł na trajektorię w kierunku Srebrnego Globu. Manewr dodatkowego rozpędzenia pojazdu przebiegł bez problemów i... zaczęła się już prawdziwa przygoda. Teraz, nawet gdyby pojawiły się jakieś problemy, załoga nie może już misji przerwać, w ciągu najbliższych dni zbliży się do Księżyca i dopiero korzystając z jego grawitacji, zawróci na Ziemię. W poniedziałek znajdzie się po niewidocznej stronie Srebrnego Globu, niektóre fragmenty jego powierzchni ludzie zobaczą na własne oczy po raz pierwszy.
Statek Orion z czteroosobową załogą misji Artemis II wszedł na trajektorię w kierunku Księżyca po udanym odpaleniu silników Europejskiego Modułu Serwisowego.
Manewr rozpędzenia przebiegł bez problemów, a załoga nie może już przerwać misji - powrót na Ziemię nastąpi dopiero po okrążeniu Księżyca.
Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na rmf24.pl.
W najbliższych dniach astronautów czeka dużo pracy i zapewne coraz większe emocje. Podróż w kierunku Srebrnego Globu upłynie im na monitorowaniu stanu systemów pokładowych, testach aparatury, eksperymentach naukowych, ale też ćwiczeniach fizycznych.
Od czasu misji Apollo technologia rozwinęła się w niezwykłym stopniu. Ta misja jest okazją, by te nowe możliwości przetestować, wykorzystać, zobaczyć, co można zrobić lepiej, dokładniej. Istotne będą choćby testy łączności, by zapewnić możliwość przesyłania zdjęć, czy obrazów wideo z rozdzielczością, do której obecnie jesteśmy przyzwyczajeni. Doświadczenia tej misji mają pomóc przygotować się do lądowania na Księżycu, budowy tam bazy, a potem lotu jeszcze dalej...
Dbałość o kondycję fizyczną w warunkach mikrograwitacji ma kluczowe znaczenie. Na pokładzie Oriona zabrano innowacyjne urządzenie do ćwiczeń, którego działanie opiera się na kole zamachowym. To kompaktowe, ważące zaledwie 13,5 kg urządzenie, wielkości podręcznej walizki, które pozwala na wykonywanie zarówno ćwiczeń aerobowych, jak i siłowych, takich jak przysiady czy martwy ciąg.
Mechanizm zapewnia opór proporcjonalny do siły, jaką przykłada astronauta, umożliwiając obciążenia do 180 kg. To ogromna różnica w porównaniu z Międzynarodową Stacją Kosmiczną, gdzie sprzęt do ćwiczeń waży niemal dwie tony. Tutaj dzięki nowatorskiemu urządzeniu załoga może utrzymać formę, nie przekraczając ograniczeń dotyczących masy i objętości ładunku.
Stopniowo astronauci będa też przygotowywać się na spotkanie Srebrnego Globu. Po udanym manewrze wejścia na trajektorię do Księżyca zespół naukowy rozpoczął opracowywanie szczegółowego planu obserwacji powierzchni Księżyca. W Poniedziałek Wielkanocny, podczas około sześciogodzinnego przelotu w pobliżu Srebrnego Globu, astronauci będą dokumentować wybrane struktury geologiczne. Jak pisze NASA, szczególną uwagę poświęcą kraterom, śladom przepływu lawy, szczelinom i grzbietom, które powstały w wyniku ewolucji skorupy księżycowej. Te obserwacje mają kluczowe znaczenie dla zrozumienia historii Księżyca i całego Układu Słonecznego.
Co ważne, będą to obserwacje "na własne oczy". Człowiek ma jednak unikatowe zdolności zauważania zaskakujących formacji, astronauci są przygotowani, by zauważać, notować, fotografować wszystko, co najciekawsze. Teraz już wiadomo, że jednym z najbardziej spektakularnych momentów będzie obserwacja zaćmienia Słońca, które nastąpi pod koniec ich przelotu. Przez niemal godzinę Słońce schowa się za tarczą Księżyca, a załoga będzie miała unikatową okazję do obserwacji korony słonecznej, zewnętrznej warstwy atmosfery Słońca, widocznej tylko podczas zaćmień.
Astronauci będą również wypatrywać błysków światła z ciemnej powierzchni Księżyca, świadczących o uderzeniach meteoroidów w powierzchnię srebrnego Globu, a także unoszącego się pyłu księżycowego. Planowane są także obserwacje głębokiego kosmosu, a także innych planet.
Trwa pierwsza, bardzo pracowita doba misji Artemis II. Czteroosobowa załoga, po starcie z Centrum Kennedy'ego na Florydzie prowadzi serię testów aparatury pojazdu Orion i jego systemów podtrzymania życia. Potwierdzenie sprawności aparatury odpowiedzialnej za napęd, zasilanie elektryczne, łączność, ręczne sterowanie, wreszcie zaopatrzenie w wodę i tlen, ma kluczowe znaczenie dla dalszej części lotu, kiedy statek wyruszy już w podróż wokół Księżyca. Pierwsze trudności, związane z awarią toalety, zostały opanowane.
Załoga już w pierwszych godzinach po starcie napotkała na nieoczekiwane trudności. Tym razem nie chodziło jednak o skomplikowane systemy nawigacyjne czy napędowe, lecz o toaletę na pokładzie statku Orion. W odróżnieniu od misji Apollo, gdzie astronauci musieli radzić sobie bez toalet, wykorzystując tylko plastikowe woreczki, program Artemis oferuje załodze toaletę na wzór tych, które działają na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, czy pojazdu firmy Space X, Crew Dragon.
Komfort i prywatność tej aparatury była jednym z najbardziej wyczekiwanych udogodnień. Niestety, już na początku misji pojawił się problem z działaniem wentylatora odpowiedzialnego za zasysanie moczu do specjalnego zbiornika. Astronauci musieli korzystać z awaryjnych pojemników. Pod nadzorem specjalistów z centrum kontroli lotów w Houston udało się przeprowadzić naprawę i po kilku próbach przywrócić pełną funkcjonalność toalety. Kontrola lotów zaleciła przy tym, by wentylator włączać wcześniej i wyłączać później, tak by system sprawdzał się lepiej.
Toaleta na pokładzie Oriona to kompaktowa konstrukcja, która według producenta, firmy Lockheed Martin oferuje przestrzeń porównywalną do łazienki w samolocie pasażerskim. Dla astronautów, którzy przez 10 dni będą przebywać w ciasnej kapsule, nawet tak niewielka przestrzeń stanowi cenne miejsce prywatności. Jak podkreślają inżynierowie i sami astronauci, sprawnie działający system sanitarny to nie tylko kwestia komfortu, ale również zdrowia i bezpieczeństwa załogi. Długotrwałe misje wymagają rozwiązań, które pozwolą utrzymać higienę na odpowiednim poziomie, a także zapewnić psychiczny komfort uczestników wyprawy.
Wśród istotnych punktów dzisiejszego programu dnia był manewr podniesienia orbity Oriona z pomocą silnika modułu ICPS (Interim Cryogenic Propulsion Stage). Dzięki temu załoga znalazłą się na trajektorii umożliwiającej przeprowadzenie kolejnych kluczowych testów. Jednym z najważniejszych elementów tej fazy misji była demonstracja operacji zbliżeniowych. Test miał na celu sprawdzenie, jak Orion radzi sobie podczas ręcznego manewrowania w pobliżu innego statku kosmicznego, którego rolę pełnił odłączony wcześniej stopień ICPS.
Przed rozpoczęciem testu przeprowadzono planowaną zmianę systemu komunikacji z sieci Near Space Network na Deep Space Network. Obie sieci współpracują, zapewniając łączność z Orionem od momentu startu, przez lot wokół Księżyca, aż po powrót na Ziemię. Podczas około 70-minutowej demonstracji załoga przeprowadziła szereg manewrów podejścia i oddalania się od ICPS, wykorzystując silniki systemu kontroli orientacji Europejskiego Modułu Serwisowego. Zakończenie testu stanowił automatyczny manewr oddalenia się od ICPS. W tym czasie inżynierowie zbierali dane z kamery dokującej Oriona, które posłużą do opracowania jeszcze dokładniejszych procedur nawigacyjnych podczas przyszłych misji księżycowych, gdzie nie będzie można korzystać z systemu GPS.
Po upewnieniu się, że systemy Oriona funkcjonują zgodnie z założeniami, panele słoneczne generują wystarczającą ilość energii, a warunki termiczne pozostają w przewidywanych granicach, kontrolerzy lotu potwierdzili, że załoga jest bezpieczna i astronauci otrzymali czas na odpoczynek. Następnie załoga ma przygotować się do kolejnego ważnego manewru. Odpalenie silników pomoże tym razem podnieść perygeum, czyli najniższy punkt orbity Oriona, finalizując kształtowanie trajektorii przed późniejszym wejściem na trajektorię w kierunku Księżyca. Te operacje powinny zakończyć się około 15:40 polskiego czasu, załoga dostanie wtedy czas na kolejną drzemkę.
Krystalicznie czyste wody Bahamów, uznawane za raj dla turystów i nurków, skrywają niepokojącą tajemnicę. Najnowsze badania wykazały obecność kokainy, leków przeciwbólowych i kofeiny we krwi lokalnych rekinów. Skąd wzięły się te zanieczyszczenia w rajskim ekosystemie i jakie mogą mieć konsekwencje dla morskich drapieżników?
Bahamy to raj dla turystów, ale pod wodą kryje się poważny problem zanieczyszczeń.
W organizmach rekinów żyjących w okolicach wyspy Eleuthera wykryto kofeinę, kokainę i leki przeciwbólowe.
Substancje trafiają do oceanu przez ścieki i zachowania turystów, którzy nieświadomie zatruwają morskie ekosystemy.
Bahamami zachwycają się turyści z całego świata, którzy licznie odwiedzają archipelag, by podziwiać jego błękitne laguny i bogactwo podwodnego życia. W 2025 roku wyspy odwiedziło aż 12,5 miliona osób. Jednak za fasadą tropikalnego raju kryje się poważny problem, który może mieć wpływ na cały ekosystem morski.
Międzynarodowy zespół badaczy z Brazylii i Chile przeprowadził szczegółową analizę 85 rekinów różnych gatunków żyjących w okolicach wyspy Eleuthera. Wyniki ich pracy opublikowano w prestiżowym czasopiśmie Environmental Pollution. Badacze sprawdzali obecność w organizmach drapieżników nie tylko substancji leczniczych, ale także nielegalnych narkotyków.
W aż 28 przebadanych rekinach wykryto obecność kofeiny, kokainy oraz popularnych leków przeciwbólowych, takich jak acetaminofen (Tylenol) czy diklofenak (Voltaren). Było to pierwsze na świecie potwierdzenie obecności kofeiny i acetaminofenu w organizmach rekinów oraz pierwszy przypadek wykrycia diklofenaku i kokainy u rekinów z Bahamów.
Naukowcy analizowali próbki surowicy m.in. rekinów tygrysich, czarnopłetwych, rafowych karaibskich, pielęgniarzy atlantyckich i cytrynowych. Najczęściej wykrywaną substancją była kofeina, tuż za nią plasowały się leki przeciwzapalne i kokaina. Co ciekawe, niektóre osobniki miały we krwi kilka substancji jednocześnie.
Badacze sugerują, że źródłem zanieczyszczeń mogą być zarówno prądy morskie niosące ścieki, jak i... sami turyści.
To głównie dlatego, że ludzie tam przyjeżdżają, sikają do wody i zrzucają tam swoje ścieki- wyjaśnia Natascha Wosnick, biolog z Federalnego Uniwersytetu Paraná w Brazylii. Wosnick dodaje, że rekiny, badając otoczenie, gryzą różne przedmioty, co dodatkowo naraża je na kontakt z substancjami chemicznymi.
Szczególnie niepokojący był przypadek młodego rekina cytrynowego, u którego wykryto ślady kokainy. Naukowcy przypuszczają, że mógł połknąć paczkę z resztkami narkotyku, które czasami pojawiają się w okolicy strumieni i wybrzeży.
Obecność substancji psychoaktywnych i farmaceutyków nie pozostała bez wpływu na zdrowie rekinów. Badacze zaobserwowali zmiany w poziomie trójglicerydów, mocznika oraz mleczanu - markerów biologicznych wskazujących na funkcjonowanie tkanek i metabolizm. Choć nie wiadomo jeszcze, czy te zmiany są dla rekinów szkodliwe, mogą one wpływać na ich zachowanie i zdolność do przetrwania w naturalnym środowisku.
Farmaceutyki i narkotyki coraz częściej trafiają do mórz i oceanów, zwłaszcza na obszarach, gdzie dynamicznie rozwija się turystyka i infrastruktura. Bahamy, postrzegane jako nieskażony raj, okazują się miejscem, gdzie zanieczyszczenia chemiczne są poważnym, choć często bagatelizowanym problemem.
Naukowcy apelują o dalsze badania nad wpływem zanieczyszczeń chemicznych na rekiny i cały morski ekosystem. Ostrzegają, że lekceważenie tego problemu może prowadzić do poważnych konsekwencji nie tylko dla rekinów, ale również dla innych organizmów morskich i dla ludzi, którzy korzystają z zasobów oceanu.
Zanieczyszczenie chemiczne jest bardziej rozpowszechnione, niż wielu ludzi zdaje sobie sprawę - alarmuje Natascha Wosnick. Jej zespół zamierza kontynuować badania zarówno na Bahamach, jak i w innych częściach świata, aby lepiej zrozumieć skalę i skutki tego zjawiska.
Pierwszy od ponad pół wieku załogowy lot księżycowy rozpoczęty. 35 minut po północy rakieta SLS (Space Launch System) z załogą Artemis II na pokładzie statku Orion wystartowała z Centrum Kosmicznego im. Kennedy’ego na Florydzie. Załoga złożona z trojga astronautów NASA, Reida Wisemana, Victora Glovera i Christiny Koch oraz astronauty Kanadyjskiej Agencji Kosmicznej Jeremy’ego Hansena ma w ciągu 10-dniowego lotu przetestować systemy podtrzymywania życia, komunikacji i sterowania statku Orion i przeprowadzić obserwacje niewidocznej z Ziemi strony Księżyca. Misja przewiduje też szereg badań naukowych, dotyczących m.in. wpływu promieniowania na organizm człowieka.
Dzisiejszy start to przełomowy moment dla naszego kraju i dla wszystkich, którzy wierzą w eksplorację. Artemis II rozwija wizję wyznaczoną przez prezydenta Donalda J. Trumpa, powrotu ludzkości na Księżyc po raz pierwszy od ponad 50 lat i otwiera nowy rozdział badań Księżyca poza programem Apollo. Na pokładzie Oriona jest czwórka niezwykłych odkrywców, którzy polecą dalej i szybciej niż ktokolwiek z ich pokolenia - powiedział nowy szef NASA, miliarder i prywatny astronauta Jared Isaacman. Artemis II to początek czegoś większego niż jedna misja. Oznacza nasz powrót na Księżyc tak, by na nim w naszej księżycowej bazie pozostać - podkreślił.
Po dotarciu na orbitę Ziemi, Orion rozłożył panele słoneczne, zapewniając załodze energię elektryczną. Rozpoczęły się też testy kluczowych systemów pojazdu. Artemis II to lot testowy i testy właśnie się rozpoczęły. Zespół, który zbudował ten pojazd i przygotował do lotu, dał naszej załodze maszynę, której potrzebują, by udowodnić, co potrafi - dodał zastępca administratora NASA Amit Kshatriya. Przez następne 10 dni Reid, Victor, Christina i Jeremy będą testować Oriona, aby kolejne załogi mogły dotrzeć z jego pomocą na powierzchnię Księżyca. Jesteśmy jedną misją w długiej kampanii, a przed nami jeszcze więcej pracy niż za nami - dodał.
Około 49 minut po starcie, górny stopień rakiety SLS, tzw. ICPS odpalił silnik, by umieścić Oriona na eliptycznej orbicie wokół Ziemi. Drugi zaplanowany zapłon tego stopnia wprowadził Oriona na orbitę okołoziemską sięgającą ponad 70 tysięcy kilometrów od Ziemi. Orion potem oddzielił się od ICPS, a pilot Victor Glover udanie przeprowadził serię testów ręcznego sterowania Orionem w pobliżu górnego stopnia rakiety. IPCS uwolni jeszcze na orbicie cztery CubeSaty - małe satelity z argentyńskiej Comisión Nacional de Actividades Espaciales, Niemieckiego Centrum Kosmicznego, Koreańskiej Administracji Kosmicznej oraz Saudyjskiej Agencji Kosmicznej, które przeprowadzą serię eksperymentów naukowych.
Orion pozostanie na wysokiej orbicie okołoziemskiej przez dobę, podczas której załoga przeprowadzi jeszcze serie testów. Po starcie były pewne problemy z łącznością, wydaje się, że dotyczyły raczej systemów naziemnych, a nie aparatury Oriona. Jeśli wszystkie systemy okażą się ostatecznie sprawne, kontrolerzy misji wydadzą zgodę na przejście do kluczowego etapu misji. Europejski Moduł Serwisowy odpali silnik, który wprowadzi Oriona na trajektorię do Księżyca.
Podczas zaplanowanego wielogodzinnego przelotu wokół Księżyca w poniedziałek 6 kwietnia, astronauci wykonają zdjęcia i dokonają obserwacji powierzchni Księżyca jako pierwsi ludzie, którzy zobaczą niektóre fragmenty jego niewidocznej strony. Chociaż ta strona Księżyca będzie podczas przelotu tylko częściowo oświetlona, warunki te powinny tworzyć cienie, które pozwolą lepiej ocenić rzeźbę terenu, ujawnić grzbiety, stoki i krawędzie kraterów, które często trudno dostrzec przy pełnym oświetleniu. Po przelocie wokół Księżyca astronauci wrócą na Ziemię i będą lądować w Oceanie Spokojnym.
Startuje misja Artemis II. Jeśli wszystko przebiegnie zgodnie z planem i pogoda będzie dobra, w nocy z Centrum Kosmicznego im. Kennedy'ego na Florydzie wyruszy w stronę Księżyca rakieta SLS z pojazdem Orion i czteroosobową załogą na pokładzie. Dwugodzinne okno startowe otwiera się o 00:24 czasu polskiego. Po ponad 52 latach od poprzedniej misji księżycowej ludzie znów znajdą się w pobliżu Srebrnego Globu. W najdalszym punkcie załoga ustanowi nowy rekord odległości, na jaką kiedykolwiek ludzie oddalili się od naszej planety.
Tym razem astronauci nie znajdą się na orbicie naszego satelity. Przelecą natomiast kilka tysięcy kilometrów za Księżycem i wrócą w stronę Ziemi.
Transmisję można oglądać tutaj:
Trajektoria lotu, zwana trajektorią wolnego powrotu, ma kilka zalet. Po pierwsze i najważniejsze - jest najbardziej bezpieczna. Orion poleci w stronę, gdzie Księżyca jeszcze nie ma. Nasz naturalny satelita okrąża Ziemię i w ciągu tych czterech dni podróży astronautów dopiero przesunie się w miejsce, gdzie oni zamierzają go spotkać. Tam siła grawitacji Księżyca zakrzywi trajektorię ruchu Oriona tak, że zacznie on wracać w stronę Ziemi.
I tu jest ten kluczowy element bezpieczeństwa. Gdyby systemy pojazdu zawiodły, do powrotu nie trzeba odpalać silników, załoga nie odleci w przestrzeń kosmiczną, wróci w stronę Ziemi. Wystarczy, że rakieta zostanie wystrzelona w odpowiednim kierunku, z odpowiednią prędkością i w odpowiedniej chwili.
Kolejna zaleta tej trajektorii wiąże się z ograniczeniem ilości paliwa potrzebnego do wykonania wszystkich manewrów. Rakieta SLS Block 1 (z górnym stopniem ICPS) nie ma dostatecznie dużej mocy, by zapewnić że po wystrzeleniu na trajektorię do Księżyca pojazd Orion wraz z Europejskim Modułem Serwisowym, zachowa dostatecznie dużo paliwa na manewry orbitalne w pobliżu Srebrnego Globu. Zarówno wejście na orbitę księżycową, jak i wystrzelenie pojazdu na trajektorię w kierunku Ziemi wymagałoby paliwa, którego na jego pokładzie nie ma. Paliwo, które jest, zarezerwowano głównie na korekty trajektorii, testy systemów i ewentualne manewry awaryjne.
Taka strategia wiąże się też z innym scenariuszem powrotu na Księżyc. Załoga tym razem ma głównie testować systemy podtrzymania życia, komunikacji, czy ochrony przed promieniowaniem, wszystko to, co w Orionie jest nowe w porównaniu ze starzejącą się już technologią znaną z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.
Dodatkowo jeszcze kluczowym testem będzie samo lądowanie. Orion będzie wracał z Księżyca znacznie szybciej niż pojazdy dokujące do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, to około 11 km/s, w porównaniu z prędkością nieco poniżej 8 km/s w przypadku np. pojazdów Crew Dragon czy Sojuz. Jest w tej chwili jedynym pojazdem załogowym zdolnym do takiego manewru.
Za transport astronautów na powierzchnię Księżyca i potem z powrotem na orbitę Srebrnego Globu mają z kolei odpowiadać budowane dopiero pojazdy komercyjnych firm Space X i Blue Origin. Orion będzie miał tam załogę dostarczyć, a potem bezpiecznie sprowadzić na Ziemię.
W skład załogi Artemis II wchodzi troje astronautów NASA oraz jeden astronauta Kanadyjskiej Agencji Kosmicznej (CSA). Dowódcą misji jest Reid Wiseman, inżynier systemów komputerowych i doświadczony pilot marynarki wojennej USA, uczestnik misji na ISS. Funkcję pilota pełni Victor Glover, inżynier, pilot testowy marynarki wojennej, uczestnik misji Crew-1 na ISS, gdzie spędził 167 dni i wykonał cztery spacery kosmiczne. Specjalistą misji jest Christina Koch, inżynier elektryk, fizyk, rekordzistka pod względem długości pojedynczego pobytu kobiety w kosmosie (328 dni), która podczas swej misji na ISS uczestniczyła w pierwszym w pełni kobiecym spacerze kosmicznym. Specjalistą misji jest też Jeremy Hansen z CSA, pilot myśliwca CF-18, dla którego będzie to pierwszy lot w Kosmos.
To lot pełen historycznych odniesień, Glover będzie pierwszym Afroamerykaninem, Koch - pierwszą kobietą, a Hansen - pierwszym nie-Amerykaninem w księżycowej podróży.
Artemis II to drugi lot w ramach programu Artemis i pierwszy z udziałem załogi. Jest to także drugi start rakiety SLS oraz trzeci lot statku Orion. Kolejna misja, Artemis III, planowana w przyszłym roku będzie miała na celu przetestowanie systemów dokowania i lądowników księżycowych jeszcze na orbicie Ziemi. Misje Artemis IV i V planowane są na 2028 roku i mają podjąć próbę pierwszego od czasów Apollo 17 lądowania ludzi na powierzchni Księżyca.
Jak przypomina portal NASAspaceflight, po zakończeniu programu Apollo w 1972 roku NASA skoncentrowała się na lotach na niską orbitę okołoziemską, realizując przez 39 lat program wahadłowców kosmicznych. Po katastrofie Columbii w 2003 roku rozpoczęto prace nad nowym programem, Constellation, który jednak został anulowany z powodu problemów finansowych i technologicznych. Pozostawiono jedynie kapsułę Orion, a nowym systemem nośnym stała się rakieta SLS.
W 2017 roku, na mocy dyrektywy prezydenckiej, NASA otrzymała zadanie powrotu na Księżyc z wykorzystaniem Oriona, SLS oraz partnerów komercyjnych. Program nazwano Artemis, na cześć greckiej bogini Księżyca i siostry Apolla. Po licznych opóźnieniach, spowodowanych m.in. pandemią COVID-19, w listopadzie 2022 roku odbył się bezzałogowy lot Artemis I, który przetestował kluczowe systemy Oriona i SLS.
Rakieta SLS to dwustopniowy, superciężki system nośny, wykorzystujący ciekły wodór, ciekły tlen oraz paliwo stałe. Pierwszy stopień wyposażony jest w cztery silniki RS-25, wcześniej używane w wahadłowcach. Dwa pięciosegmentowe boostery na paliwo stałe zapewniają dodatkowy ciąg podczas startu. Drugi stopień, ICPS (Interim Cryogenic Propulsion Stage) bazuje na sprawdzonych rozwiązaniach z rakiet Delta.
Na szczycie rakiety znajduje się statek Orion z europejskim modułem serwisowym (ESM), dostarczającym energię, napęd, zapewniającym też załodze wodę i tlen. Orion został zaprojektowany do lotu czteroosobowej załogi przez 21 dni w trybie autonomicznym lub do pozostawania przez sześć miesięcy po zadokowaniu do innego pojazdu. Kapsuła wyposażona jest w system awaryjnej ewakuacji, który w razie problemów podczas startu pozwoli bezpiecznie oddzielić się od rakiety.
Prace nad Artemis II trwały wiele lat i wymagały zaawansowanych testów oraz integracji komponentów dostarczanych przez firmy i agencje z całego świata. Ostatnie miesiące przed startem upłynęły pod znakiem intensywnych prób, przeglądów i napraw, m.in. wymiany silnika oraz uszczelniania wycieków.
Satelita sieci Starlink rozpadł się na dziesiątki fragmentów na niskiej orbicie okołoziemskiej - informuje firma SpaceX. Choć doszło do całkowitej utraty łączności z urządzeniem o numerze 34343, inżynierowie uspokajają: incydent nie zagraża Międzynarodowej Stacji Kosmicznej ani nadchodzącym misjom NASA.
Satelita sieci Starlink rozpadł się na dziesiątki fragmentów na niskiej orbicie okołoziemskiej.
Firma SpaceX informuje, że doszło do anomalii, w efekcie czego nastąpiła całkowita utrata łączności z urządzeniem.
Eksperci z LeoLabs wskazują na prawdopodobną przyczynę rozpadu satelity.
Firma SpaceX informuje, że doszło do anomalii, w efekcie czego nastąpiła całkowita utrata łączności z urządzeniem. Przedsiębiorstwo zaznacza jednocześnie, że incydent nie generuje nowego, bezpośredniego zagrożenia dla pozostałych operacji prowadzonych w przestrzeni kosmicznej.
Zgodnie z oświadczeniem SpaceX, satelita o numerze identyfikacyjnym 34343 doświadczył nieoczekiwanych komplikacji technicznych na wysokości około 560 kilometrów nad Ziemią. Wstępne analizy przeprowadzone przez inżynierów wskazują, że zdarzenie nie stanowi ryzyka dla funkcjonowania Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, przebywającej na niej załogi ani dla nadchodzących misji realizowanych przez NASA.
SpaceX deklaruje pełną współpracę z NASA i Siłami Kosmicznymi Stanów Zjednoczonych w zakresie monitorowania wszelkich możliwych do śledzenia odłamków.
Przedsiębiorstwo LeoLabs, operujące globalną siecią radarów do monitorowania ruchu orbitalnego, informuje, że systemy natychmiast wykryły kilkadziesiąt obiektów w bezpośrednim sąsiedztwie uszkodzonego urządzenia. Specjaliści twierdzą, że proces powstawania dodatkowych fragmentów może nadal trwać.
Według ekspertów przyczyną rozpadu było najprawdopodobniej wewnętrzne źródło energii, a nie kolizja z innym ciałem niebieskim lub odpadem kosmicznym. Z uwagi na stosunkowo niską orbitę, na której znajdował się satelita, przewiduje się, że wszystkie szczątki wejdą w gęste warstwy atmosfery i ulegną całkowitemu spaleniu w ciągu najbliższych tygodni.
Analitycy sektora kosmicznego podkreślają, że podobne incydenty dowodzą konieczności ciągłego udoskonalania systemów identyfikacji anomalii w coraz bardziej zatłoczonym środowisku orbitalnym. Przypominają, że w grudniu 2025 roku odnotowano przypadki utraty kontroli nad innym elementem konstelacji i jego stopniowe obniżanie wysokości.
Po ponad pół wieku od ostatniej załogowej misji poza orbitę Ziemi, astronauci w ramach programu Artemis znów wyruszają w stronę Księzyca. Tym razem istotnym elementem tego historycznego przedsięwzięcia będzie Europejski Moduł Serwisowy, który odpowiada za napęd i zasilanie statku Orion. ESM, zbudowany przez konsorcjum przemysłowe pod przewodnictwem Airbusa na zlecenie Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA), będzie odpowiedzialny także za kontrolę termiczną oraz dostarczanie czteroosobowej załodze niezbędnych do życia zasobów powietrza i wody.
Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.
ESM korzysta z trzech typów silników, które współpracują ze sobą, zapewniając bezpieczeństwo i precyzję manewrów w przestrzeni kosmicznej. Główny silnik, będący zmodyfikowanym silnikiem manewrowym z czasów programu wahadłowców, odpowiada za najważniejsze zmiany prędkości, w tym kluczowy manewr wystrzelenia Oriona na trajektorię księżycową (tzw. trans-lunar injection). Osiem silników pomocniczych wspiera główny napęd podczas korekt orbity i może przejąć jego funkcje w sytuacjach awaryjnych. Największą precyzję zapewniają 24 niewielkie silniki systemu kontroli orientacji, rozmieszczone w sześciu zespołach wokół modułu. To one umożliwiają dokładne ustawianie statku w przestrzeni, zarówno podczas manewrów, jak i w trakcie lotu wokół Księżyca.
Start Artemis II z Centrum Kosmicznego im. Kennedy’ego na Florydzie zaplanowano na najbliższy czwartek, na godzinę 00:24 czasu polskiego. Jeśli z przyczyn technicznych lub ze względu na niesprzyjającą pogodę do startu w tym terminie nie dojdzie, dostępne są kolejne terminy do 6 kwietnia i potem od 30 kwietnia.
Czteroosobowa załoga, Reid Wiseman, Victor Glover i Christina Koch z NASA oraz Jeremy Hansen z Kanadyjskiej Agencji Kosmicznej, spędzą w Kosmosie dziesięć dni. Ich życie i zdrowie będzie bezpośrednio zależne od niezawodności europejskich rozwiązań technologicznych.
Już pierwszego dnia po starcie, Orion pozostanie na orbicie Ziemi, gdzie załoga przeprowadzi szczegółowe testy systemów pokładowych. Następnie, po odłączeniu od górnego stopnia rakiety SLS, astronauci przećwiczą manualne sterowanie statkiem, wykorzystując silniki kontroli orientacji do symulacji manewrów dokowania, umiejętności kluczowej dla przyszłych misji księżycowych.
Drugiego dnia nastąpi jeden z najważniejszych momentów misji: odpalenie głównego silnika ESM, który wyprowadzi Oriona z orbity ziemskiej i skieruje go w czterodniową podróż ku Księżycowi. W trakcie lotu silniki pomocnicze będą korygować trajektorię, dbając o to, by statek i jego załoga pozostali na właściwym kursie. W zależności od dokładnej daty startu, Orion zbliży się do powierzchni Księżyca na odległość od 6 400 do 9 000 kilometrów. Podczas przelotu za Księżycem może też pobić rekord odległości od Ziemi ustanowiony (nieco przypadkowo, po awarii) przez załogę Apollo 13.
Wśród nowości technologicznych misji Artemis II warto wymienić system komunikacji laserowej O2O, który umożliwi przesyłanie danych z prędkością do 260 megabitów na sekundę. Dzięki temu załoga będzie mogła przesyłać na Ziemię obrazy w jakości 4K niemal w czasie rzeczywistym, to ogromny postęp w porównaniu z transmisjami z ery Apollo.
Załoga zademonstruje też możliwości pilotażu manualnego statku Orion podczas testów jeszcze na orbicie Ziemi. Dowódca Reid Wiseman i pilot Victor Glover będą używać kontrolerów ręcznych do kierowania 24 silnikami manewrowymi ESM, testując, jak 13-tonowy moduł reaguje.
Moduł serwisowy odpowiada również za system podtrzymywania życia. Na pokładzie znajduje się 90 kg tlenu oraz 240 kg wody pitnej, które będą sukcesywnie dostarczane do modułu załogowego. Za regulację temperatury wewnątrz statku odpowiada zaawansowany system kontroli termicznej, chroniący astronautów przed ekstremalnymi wahaniami temperatury panującymi w przestrzeni kosmicznej. ESM będzie wspierał załogę niemal do ostatniej chwili, zostanie odłączony przed manewrem lądowania.
Europejski Moduł Serwisowy to owoc ścisłej współpracy europejskich i amerykańskich inżynierów. Zespół ekspertów z centrum technicznego ESA w holenderskim ESTEC oraz specjaliści w Mission Evaluation Room w Houston będą przez całą misję monitorować pracę modułu, zapewniając wsparcie i natychmiastową reakcję w przypadku jakichkolwiek nieprawidłowości.
Europejski wkład w program Artemis nie kończy się na tej misji. Trzeci i czwarty egzemplarz ESM są już w fazie testów, a kolejne - ESM-5 i ESM-6 - są w trakcie produkcji w zakładach Airbusa w Bremie. W 2027 roku ESM-3 ma umożliwić testy dokowania Oriona z komercyjnymi statkami, a ESM-4 w 2028 roku wesprze historyczne lądowanie astronautów na powierzchni Księżyca.
W Centrum Kosmicznym im. Kennedy’ego na Florydzie trwa odliczanie do testowego lotu w ramach misji Artemis II. Po raz pierwszy od ponad 53 lat odliczanie dotyczy misji, w której załoga opuści tak zwaną niską orbitę Ziemi i poleci wokół Księżyca. Artemis II to pierwszy załogowy start rakiety SLS (Space Launch System) NASA oraz statku kosmicznego Orion. Test ma pomóc w przygotowaniach do planowanego na 2028 rok powrotu ludzi na Księżyc. Misja Artemis II ma rozpocząc się w czwartek o 00:24 czasu polskiego.
Po oficjalnym rozpoczęciu 48-godzinnego odliczania inżynierowie kontroli lotu przystąpili do końcowych przygotowań, w tym sprawdzenia łączy komunikacyjnych oraz testowania kriogenicznych systemów rakiety, służących do precyzyjnej sekwencji tankowania, wymaganej do załadowania setek tysięcy litrów ciekłego wodoru i ciekłego tlenu. Na stanowisku startowym 39B rozpocznie się też napełnianie ogromnego zbiornika wody, elementu systemu tłumienia dźwięku, który podczas startu chroni pojazd przed skutkami hałasu własnych silników.
Załoga Artemis II, astronauci NASA Reid Wiseman, Victor Glover i Christina Koch oraz astronauta CSA (Kanadyjskiej Agencji Kosmicznej) Jeremy Hansen, pozostają w swoich kwaterach w budynku operacyjnym i kontrolnym im. Neila A. Armstronga w Centrum Kennedy’ego NASA. Członkowie załogi spędzają końcową fazę odliczania w kwarantannie, pod ścisłym nadzorem medycznym. Przestrzegają kontrolowanego harmonogramu snu i planu żywieniowego, by utrzymać odpowiednią formę na czas startu. Otrzymują przy tym regularne komunikaty dotyczące konfiguracji rakiety i warunków pogodowych.
NASA oraz meteorolodzy z Sił Kosmicznych USA, Space Launch Delta 45, nadal uważnie obserwują warunki pogodowe przed rozpoczęciem tankowania. Prognoza pogody na dzień startu przewiduje 80 proc. szans na sprzyjające warunki.
Główne obawy dotyczą zachmurzenia oraz potencjalnego silnego wiatru. NASA obserwuje też aktywność Słońca, pod kątem możliwych rozbłysków, które grosiłyby zwiększeniem poziomu niebezpiecznego dla załogi promieniowania.
Celem misji jest przelot wokół Księżyca i powrót na Ziemię po dziesięciu dniach. Będzie to pierwszy raz od ponad pięćdziesięciu lat, gdy ludzie znajdą się tak daleko od naszej planety.
Pierwotnie Artemis II miała wystartować 8 lutego 2026 roku. Jednak z powodu problemów technicznych start został przesunięty.
Artemis II to pierwszy załogowy lot w ramach szeroko zakrojonego programu Artemis, który ma na celu powrót ludzi na Księżyc i rozpoczęcie regularnych lotów na jego powierzchnię. Od czasu historycznej misji Apollo 17 w 1972 roku, kiedy to ostatni człowiek opuścił powierzchnię Srebrnego Globu, nikt nie powtórzył tego wyczynu. NASA planuje, by kolejny spacer po Księżycu odbył się już w 2028 roku. Tym razem astronauci mają wylądować w wymagającym, niezbadanemu dotąd rejonie południowego bieguna Księżyca.