W piątek oficjalnie rozpoczęły się Zimowe Igrzyska Olimpijskie Mediolan-Cortina. Na naszym podwórku afera goni aferę: poszło o traktowanie Karola Nawrockiego, o stroje polskich reprezentantów i... zdjęcie ministra sportu z polską flagą. Oburzenie po wpisie Kuby Rutnickiego wyraził nawet szef prezydenckiego gabinetu.
Zimowe Igrzyska Olimpijskie Mediolan-Cortina oficjalnie rozpoczęły się w piątek, 6 lutego. Oczy kibiców z całego świata zwrócone są ku wielkiemu wydarzeniu, w którym uczestniczy 59 polskich sportowców. Naszej reprezentacji kibicuje m.in. minister sportu i turystyki Jakub Rutnicki. Wrzucił on do sieci zdjęcie z polską flagą, a w komentarzach wrze. Warto nadmienić, że to już trzecia medialna burza w ciągu niecałej doby. Poniżej przypominamy, co jeszcze zdążyło rozzłościć (przynajmniej część) Polaków.
Burza nr 1: minister sportu na igrzyskach z pomiętą flagą
Minister Rutnicki uczestniczył w uroczystym otwarciu zimowych igrzysk. Polityk wrzucił na X zdjęcie, do którego zapozował z flagą Polski. "Kibicujemy reprezentacji Polski. Wszyscy jesteśmy biało-czerwoną drużyną. Wielka duma!" – podpisał je. Zapewne nie spodziewał się, jakie reakcje wywoła jego wpis. Poszło o to, że flaga najpewniej była wcześniej złożona w kostkę, a minister sportu i turystyki nie wyprasował jej przed pokazaniem publicznie.
"Co za wstyd. Flaga państwowa to nie dekoracja - to zobowiązanie. Szczególnie jeśli występujesz w imieniu Rzeczypospolitej, masz obowiązek dbać o symbole! Szacunek dla flagi to element podstawowej kultury państwowej. Oczekuję, by każdy przedstawiciel rządu dbał o godne, nienaganne eksponowanie barw narodowych. Standardów nie negocjujemy" – grzmi szef Gabinetu Prezydenta RP Karola Nawrockiego Paweł Szefernaker.
"Naprawdę Naszego ministerstwa sportu nie stać już na piękną, niewymiętą flagę Polski. Ma Pan jakichś asystentów, którzy o ten 'szczegół' potrafią zadbać?" – pisze były Rzecznik Prasowy Komendanta Głównego Policji Mariusz Ciarka.
"Domyślam się, że po rozpakowaniu nie było czasu, żeby flagę wyprasować. W takim razie nie robi się i nie wrzuca takich zdjęć. Zwłaszcza, kiedy jest się ministrem. W USA, w podobnych sytuacjach, kilka razy prosiliśmy organizatorów wydarzeń (zewnętrznych) o wyprasowanie polskiej flagi" – komentuje dziennikarz i były Ambasador RP w Stanach Zjednoczonych Marek Magierowski.
Internauci podzielili się na dwa obozy. Jedni reagowali oburzeniem, nierzadko używając niecenzuralnych określeń. Inni tymczasem oceniali te głosy jako "małostkowość".
"Świetny pomysł, przecież wiadomo, że każdy albo prawie każdy ma zazwyczaj żelazko przy sobie. A tak na serio, to żeby się na siłę przyczepić to można do takich drobiazgów. To jest detal Panie, gdyby była brudna to rozumiem ale bez przesady bo zwariujemy" – pisał jeden z internautów.
Burza nr 2: stroje polskich sportowców
Kolejna dyskusja wybuchła wokół strojów polskich olimpijczyków. Przez lata ubierała ich polska marka odzieży sportowej i akcesoriów 4F, niegdysiejszy partner Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Od 2023 roku oficjalnym sponsorem PKOl jest niemiecki Adidas.
"Polskie 4F ubiera kilka reprezentacji olimpijskich w Mediolanie. Polską reprezentację – niemiecki adidas. Taką decyzję podjął pan Piesiewicz, bliski współpracownik ludzi PiS. Komentarz zbędny" – grzmiał w sobotnim wpisie na X rzecznik rządu Adam Szłapka.
"Szanowny Panie ministrze, przesyłam precyzyjne informacje na nurtujący Pana temat, żeby nie wprowadzał Pan w błąd – oczywiście niecelowo – opinii publicznej. Otóż to była decyzja Prezydium Zarządu PKOl. 18 osób zagłosowało za przy jednej się wstrzymującej. Ponadto powinien Pan wiedzieć, gdyż wielokrotnie to podkreślałem, że adidas jest prawdziwym sponsorem, który poza ubieraniem Olimpijskiej Reprezentacji Polski, także płaci za tę możliwość. Polska firma, o której Pan wspomina, ubierała, ale to PKOl musiał płacić za stroje – a nazywali się sponsorem. Bardzo proszę zweryfikować swoje informacje i nie wprowadzać Polaków w błąd. Bo to najzwyczajniej w świecie nie przystoi. A jeśli ma Pan dowody na swoje tezy, to proszę je przedstawić lub przestać kłamać" – odpowiedział ostro Radosław Piesiewicz w swoim wpisie.
Burza nr 3: nie powitano Karola Nawrockiego w TVP
W ceremonii otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich Mediolan-Cortina uczestniczył Karol Nawrocki. Wydarzenie emitowano m.in. w Telewizji Polskiej. Jak wcześniej pisaliśmy, komentatorzy nie powitali prezydenta, a w sieci aż zawrzało. Wściekli widzowie domagali się od stacji przeprosin. Sprawę skomentował sam dyrektor TVP Sport Jakub Kwiatkowski, który w wypowiedzi dla Wirtualnej Polski podkreślał:
– Nie oglądałem transmisji, ale rozmawiałem z komentatorami. Nie ma żadnego odgórnego zakazu pomijania tego czy innego polityka. Zresztą w transmisji łyżwiarstwa figurowego Przemysław Babiarz wspomniał o obecności Karola Nawrockiego na miejscu.
Od ceremonii otwarcia zimowych igrzysk nie minęła jeszcze doba, a burz w sieci było już co najmniej kilka. Rozumiem, że pewne rzeczy mogą nas irytować, ba – zgadzam się z tym, że niektórych z nich przemilczeć po prostu nie można. Mam jednak wrażenie, że głośniej w kontekście całego wydarzenia jest o polityce, kolejnych wpadkach i dyskusjach niż o sportowcach. A przecież to o sport w igrzyskach chodzi. Może połączmy więc siły i skupmy się na kibicowaniu naszym reprezentantom.
Dokument o Melanii Trump wywołuje spore emocje – krytycy mieszają go z błotem, a widzom o dziwo film o pierwszej damie USA się podoba. Ocena publiczności na Rotten Tomatoes jest horrendalnie wysoka i znacznie lepsza od – przykładowo – "Ojcia chrzestnego II". Twórcy agregatora zapewniają, że to nie sprawka botów.
Film "Melania" w reżyserii Bretta Ratnera, którego nazwisko miało pojawić się w aktach Jeffreya Epsteina, śledzi 20 dni z życia Melanii Trump poprzedzających ubiegłoroczną inaugurację drugiej kadencji Donalda Trumpa. Dokument poświęcony pierwszej damie Stanów Zjednoczonych oferuje "bezprecedensowe" spojrzenie na przygotowania do wielkiej uroczystości, rozmowy dyplomatyczne, rodzinne dylematy i modę, którą uwielbia żona głowy państwa.
Krytycy filmowi nie zostawili na filmie o Melanii suchej nitki. W recenzjach znajdziemy porównania do nagrodzonej Oscarem "Strefy interesów" Jonathana Glazera, a w niektórych esejach dzieło Ratnera postawiono tuż obok propagandowego "Triumfu woli" Leni Riefenstahl z 1935 roku.
"Melania" z oceną 99 proc. na Rotten Tomatoes. Twórcy serwisu zapewniają, że to nie są boty
"Melania", która trafiła na duży ekran 30 stycznia, doczekała się w agregatorze Rotten Tomatoes 50 recenzji autorstwa krytyków filmowych i ponad tysiąca ocen ze strony widzów. Pierwsza grupa przyznała filmowi dokumentalnemu "zgniłego pomidora", a konkretnie 8 proc. Werdykt widowni składa się zaś z aż 99 proc. pozytywnych opinii.
"Melania" wypadła na Rotten Tomatoes lepiej niż niejedno arcydzieło kinematografii. Dla przykładu "Ojciec chrzestny II" Martina Scorsesego i "Skazani na Shawshank" Franka Darabonta mają po 98 proc. pozytywnych ocen. "Życie jest piękne" Roberto Benigniego ma 96 proc., a "Człowiek z blizną" Briana De Palmy 93 proc.
Firma Versant, która odpowiada za agregator recenzji Rotten Tomatoes, wyjaśniła na łamach amerykańskiego tygodnika rozrywkowego "Variety", że tak wysoka ocena "Melanii" nie jest spowodowana "żadną manipulacją ze strony botów". "Oceny wyświetlane w Popcornmetrze to zweryfikowane recenzje, co oznacza, że mamy potwierdzenie, iż dani użytkownicy faktycznie kupili bilet na film" – czytamy w oświadczeniu.
Magazyn "Rolling Stone" stwierdził, że dokument "Melania" jest obecnie filmem "o największej rozbieżności między opiniami krytyków i widzów w historii Rotten Tomatoes".
Przypomnijmy o tym, ile pieniędzy wydano na produkcję "Melanii". Amazon zapłacił około 40 mln dolarów za licencję i przeznaczył kolejne 35 mln na promocję i dystrybucję. Jak podkreśliła Ola Gersz z naTemat, nawet najbardziej kasowe i nagradzane dokumenty polityczne powstawały za ułamek tej kwoty.
Marta Nawrocka jest pierwszą damą od ponad pół roku. Każde jej wystąpienie podlega szczegółowej analizie ze strony opinii publicznej i specjalistów. Jak wypada żona Karola Nawrockiego w swojej roli? Na ten temat wypowiedziała się ekspertka. Porównała pierwszą damę do Melanii Trump i wskazała obszary do poprawy.
Najlepszą pierwszą damą w historii III RP w ocenie Polaków jest Jolanta Kwaśniewska. Potwierdził to sondaż na zlecenie WP, który przeprowadzono w listopadzie 2025 roku. Uzyskała aż 55 proc. głosów od respondentów. Na drugim miejscu (z 18 proc. głosów) znalazła się Marta Nawrocka, która pierwszą damą była wtedy od nieco ponad trzech miesięcy. Dziś, po ponad pół roku, o żonie Karola Nawrockiego można już powiedzieć coś więcej. Nie omieszkała tego zrobić ekspertka.
Marta Nawrocka jako pierwsza dama. Może wyciągnąć wnioski na przyszłość
Ekspertka od PR-u i marki osobistej Marta Rodzik w rozmowie z Plejadą oceniła działalność obecnej pierwszej damy. Nawrocka w pierwszym okresie oswajała się z nową rolą, trudno więc mówić o jakichś przełomowych dokonaniach czy wypowiedziach.
– Nie widzimy tu rewolucji ani prób wyjścia przed szereg, raczej strategię ostrożnej obecności: selektywne wystąpienia, wyważony język i unikanie tematów jednoznacznie politycznych. To podejście bezpieczne, szczególnie na początku prezydentury, kiedy społeczne oczekiwania wobec pierwszej damy dopiero się krystalizują. Jednocześnie można odnieść wrażenie, że ten etap "rozgrzewki" mógłby już powoli przechodzić w bardziej wyraźną specjalizację – skomentowała Marta Rodzik.
Pierwsza dama wypada spójnie, co podoba się opinii publicznej. Nie da się jednak ukryć, że w budowaniu pozytywnej opinii Polaków istotna jest też pewna wyrazistość. To właśnie charyzma i aktywna działalność, idące w parze z wyznaczaniem modowych trendów, pozwoliły Jolancie Kwaśniewskiej na bycie ulubienicą rodaków.
– Po stronie minusów pojawia się jednak brak wyraźnego autorskiego tematu. Wizerunek jest poprawny, ale jeszcze mało charakterystyczny. Z perspektywy komunikacyjnej zmieniłabym właśnie to: postawiłabym na jeden, maksymalnie dwa obszary społeczne (np. zdrowie psychiczne, edukację, wsparcie kobiet), które byłyby konsekwentnie i długofalowo rozwijane. To pozwoliłoby jej wyjść z cienia funkcji reprezentacyjnej i zbudować własną narrację – wskazała w komentarzu dla Plejady Marta Rodzik.
Nawrocka porównana do Melanii Trump
Żona Karola Nawrockiego jako pierwsza dama niejednokrotnie była (i z pewnością będzie) porównywana do swoich poprzedniczek oraz zagranicznych odpowiedniczek. W zestawieniu z Agatą Dudą wypada w ocenie ekspertki "bardziej zachowawczo", przy czym mimo neutralności to Marta Nawrocka ma według niej "większy potencjał do stopniowego poszerzania aktywności", o ile taki będzie jej pomysł na siebie.
Spora różnica występuje jednak między Nawrocką a Jolantą Kwaśniewską. Nie znaczy to, że obecna pierwsza dama nie ma szans dorównać swojej poprzedniczce, ale musiałaby włożyć dużo pracy w zbudowanie wizerunku, który tak zapadnie w pamięć Polakom.
– Tu różnica jest najbardziej widoczna. Kwaśniewska bardzo szybko zbudowała silną, samodzielną pozycję społeczną i do dziś pozostaje punktem odniesienia. Marta Nawrocka jest na zupełnie innym etapie – spokojniejszym, mniej ekspresyjnym, ale też mniej zapadającym w pamięć – mówiła Rodzik.
Szczególnie interesujące jest jednak porównanie Marty Nawrockiej do... Melanii Trump. Co ciekawe, można znaleźć między nimi pewne dość znaczące podobieństwa. Ale ponownie – żona polskiego prezydenta może jeszcze popracować nad pewnymi detalami, o ile zechce posłuchać rady ekspertki.
– Dla przykładu zestawienie Marty Nawrockiej z Melanią Trump pokazuje podobieństwo w strategii dystansu i oszczędności komunikacyjnej. Różnica polega na tym, że Nawrocka funkcjonuje w realiach, które bardziej sprzyjają aktywności społecznej poza sporami politycznymi – i to jest przestrzeń, którą mogłaby jeszcze lepiej wykorzystać – wyjaśniła Marta Rodzik na łamach Plejady.
Jeśli jesteście fanami Porsche, to będzie jedno z kluczowych miejsc do odwiedzenia w Warszawie. Chodzi o nowy salon – Porsche Centrum Warszawa Wawer. Największy w Polsce i zaprojektowany w taki sposób, że kusi każdego fana motoryzacji. Byliśmy tam i zobaczyliśmy wszystko od środka.
To dwunasty salon marki w Polsce i czwarty w Warszawie. I nie było to zwyczajne otwarcie, ponieważ jednocześnie odbyła się polska premiera nowego Porsche Cayenne Electric. Więcej o tym samochodzie już możecie przeczytać w naTemat.
Nowy salon Porsche w Warszawie. Największy w Polsce
Czym wyróżnia się Porsche Centrum Warszawa Wawer? To przestrzeń o powierzchni 4200 metrów kwadratowych. Znalazło się tam miejsce na serwis dla 18 aut jednocześnie. Co więcej, każdy będzie mógł zobaczyć mechaników w akcji przynajmniej przez szybę, bo serwis nie jest jakoś specjalnie odizolowany.
– Skala tego projektu – zarówno pod względem przestrzeni, jak i możliwości serwisowych – plasuje go wśród najbardziej zaawansowanych placówek Porsche w Europie. To naturalna konsekwencja dynamiki rozwoju Porsche w Polsce i odpowiedź na potrzeby naszych klientów – mówi Wojciech Grzegorski, prezes Porsche Polska.
Na dzień inauguracji do obejrzenia wystawiono prawdziwe motoryzacyjne rodzynki. Jakie? Na przykład Carrera GT czy 918 Spyder. Poniżej możecie zobaczyć je na zdjęciach.
Czy te kultowe pojazdy zostaną tam na dłużej? Pewnie nie, bo to eksponaty z Muzeum Porsche. Można się domyślać, że za chwilę wjadą tam aktualne modele dostępne w ofercie producenta. Chociaż miejsca jest tyle, że mogą pojawić się okazyjnie jakieś niespodzianki.
Salon w Wawrze to miejsce, gdzie klienci mogą nie tylko zobaczyć najnowsze propozycje i starsze samochody, ale także uczestniczyć w spotkaniach społeczności marki. Jeśli wystawki z kultowymi modelami zostaną tam na dłużej, pewnie przyciągną nie tylko klientów gotowych na zakup, ale po prostu wielu miłośników czterech kółek. Dokładna lokalizacja salonu to ul. Wał Miedzeszyński 245.
Na razie w centrum uwagi jest Cayenne Electric. Auto kosztuje w Polsce od 446 tys. zł, a za wersję Turbo trzeba zapłacić co najmniej 727 tys. zł.
Stany Zjednoczone postawiły Rosji i Ukrainie ultimatum. Prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że Amerykanie oczekują zawarcia porozumienia kończącego wojnę w wyznaczonym terminie. Jak przekazał mediom, w przeciwnym wypadku prawdopodobnie będą "wywierać presję".
24 lutego 2022 roku Rosja najechała Ukrainę, a pełnoskalowa wojna trwa już prawie cztery lata. Jak wyliczyli dziennikarze CNN, Donald Trump co najmniej 53 razy obiecywał, że zakończy konflikt zbrojny w ciągu 24 godzin lub przed objęciem urzędu. Najwyraźniej prezydent Stanów Zjednoczonych traci już cierpliwość, bo Wołodymyr Zełenski poinformował, że Amerykanie postawili ultimatum w sprawie końca wojny.
Stany Zjednoczone postawiły Ukrainie i Rosji ultimatum ws. wojny
Wypowiedź prezydenta Ukrainy dla dziennikarzy międzynarodowych mediów została opublikowana w sobotni poranek. Wołodymyr Zełenski przekazał, co zacytowała agencja Reutera:
– Amerykanie proponują, by strony (ukraińska i rosyjska) zakończyły wojnę na początku tego lata, i najpewniej będą wywierać presję zgodnie z tym harmonogramem. (...) Mówią, że chcą wszystko zakończyć do czerwca. I że zrobią wszystko, by zakończyć wojnę. Chcą jasnego harmonogramu wszystkich działań.
Polityk dodał, że Amerykanie zaproponowali zorganizowanie kolejnej rundy rozmów trójstronnych z udziałem przedstawicieli USA, Rosji i Ukrainy. Miałyby one odbyć się w przyszłym tygodniu, prawdopodobnie w Miami. – Potwierdziliśmy nasz udział – zaznaczył Zełenski.
Obecna kadencja Donalda Trumpa trwa od 20 stycznia 2025 roku. Nie udało mu się spełnić obietnicy zakończenia wojny w Ukrainie w ciągu 24 godzin, ale ostatnio osobiście próbował powstrzymać rosyjskie ataki, o czym pisaliśmy w naTemat. Trump miał "prosić" Władimira Putina, by przez tydzień "nie bombardował Kijowa i okolicznych miasteczek". Niestety mimo podobno "miłej" reakcji Rosjanie uderzyli z wielką siłą przed upływem wyznaczonego czasu.
Gdyby Rosji i Ukrainie udało się dojść do porozumienia, Donald Trump mógłby ogłosić sukces. Mowa jednak o czerwcu, a przypomnijmy, że przypomnijmy, że setki tysięcy domów w Ukrainie są pozbawione prądu i ogrzewania.
– Ludzie kupują generatory, powerbanki. Oczywiście w przypadku braku ogrzewania nic nie można z tym zrobić. Pojawia się także problem braku wody. Przed blokami ustawione są toalety przenośne. Ludzie żyją w ruinach, rozpalają ogniska i liczą, że rosyjskie drony ich nie zauważą. Gdy byłem w Kijowie, spałem w mieszkaniu, gdzie było maksymalnie 15-16 stopni. Dyplomaci nocują w pracy, bo w ich domu jest za zimno – relacjonował dla o2 Mateusz Lachowski, podkreślając, że mieszkańcy walczą o przetrwanie.
Dziennikarz przekazał również, że Donald Trump początkowo wzbudził sympatię Ukraińców, ale stracił już zaufanie mieszkańców. Według relacji Mateusza Lachowskiego czują się oni "osamotnieni" i nie traktują prezydenta USA poważnie. – Ukraińcy mają żal do Trumpa, że nie wywiera na Rosji presji. Czują natomiast, że coraz częściej to ich kraj stawiany jest pod ścianą. To bardzo boli ludzi – mówił.
Zełenski uważa, że "Putin myśli o przerwie"
Wołodymyr Zełenski przekazał mediom, że w jego ocenie braki w rosyjskim budżecie sprawiają, iż Kreml zmuszony jest do obniżenia wypłat dla żołnierzy. To z kolei, w połączeniu z rosnącymi stratami na polu walki, ma prowadzić do zmniejszenia sił na linii frontu. Prezydent Ukrainy sądzi, że nie chcąc ogłaszać mobilizacji, Władimir Putin rozważa przerwę w inwazji.
– Myślę, że potrzebują przerwy. Myślę, że Putin myśli o przerwie – przekazał w sobotni poranek Zełenski, co zacytowała agencja Interfax-Ukraina.
Jak twierdzi ukraiński prezydent, powołując się na dane wywiadu wojskowego (HUR), rzeczywisty deficyt budżetu w Rosji w ubiegłym roku miał wynosić ponad 100 miliardów (oficjalnie mówi się o 80 miliardach), a w tym roku ma on być jeszcze większy.
– W ich retoryce [Rosjan] nastąpiły zmiany. Nie wierzę im ani trochę. Myślę, że żywią wobec nas mniej więcej takie same uczucia jak wcześniej, ponieważ nienawidzą Ukrainy, i tyle. To oni wypowiedzieli nam wojnę. I nie była to wojna sprowokowana przez Ukrainę. Przybyli tutaj i zaczęli zabijać Ukraińców. To jest nienawiść. Pamiętacie przecież, ile było znęcania się, tortur, morderstw od samego początku wojny. Dlatego nie mamy żadnych złudzeń – komentował.
Trójstronne negocjacje Ukraina-Rosja-USA
Spotkanie, którego organizację zaproponowali przedstawiciele USA, byłoby trzecią rundą trójstronnych rozmów między Rosją i Ukrainą z udziałem Stanów Zjednoczonych. Pierwsza tura negocjacji odbyła się w Abu Zabi w dniach 23-24 stycznia, z kolei druga – 5-6 lutego. Jak dotychczas obyło się bez przełomowych postanowień dotyczących wstrzymania wojny, ale wielu analityków uznaje sam fakt, że do rozmów doszło, za sukces.
W sobotę po południu dotarła wiadomość o awarii samolotu Polskich Linii Lotniczych LOT. Maszyna, na której pokładzie znajdowało się prawie 300 osób, musiała zawrócić na warszawskie lotnisko.
Samolot Polskich Linii Lotniczych miał przetransportować prawie 300 pasażerów do Dominikany. Maszyna nie ukończyła jednak kursu; dziennikarze RMF24 poinformowali, że musiała ona wrócić na lotnisko w Warszawie.
Powodem była awaria techniczna. Reporter RMF FM Michał Dobrołowicz ustalił, że podróżni polecą na Dominikanę innym kursem, który według planu ma odlecieć z lotniska o godz. 13:20.
– Lot o numerze LO 6285 wystartował z lotniska w Warszawie, po czym musiał na nie zawrócić z powodu usterki technicznej Dla podróżnych podstawiony zostanie inny samolot, który ma wystartować do Punta Cana o godzinie 13:20 czasu polskiego – potwierdził rzecznik prasowy Polskich Linii Lotniczych LOT, Krzysztof Moczulski, w rozmowie z TVN24.
Za Zbigniewem Ziobrą oficjalnie wystawiono list gończy. Służby proszą o kontakt tych, którzy mogą wskazać miejsce pobytu polityka. Niespodziewanie poszukiwany Ziobro wystąpił na antenie telewizji Republika, chwycił za telefon i... zadzwonił pod numer z listu gończego.
6 lutego prokuratura wydała list gończy za Zbigniewem Ziobrą. Jak pisaliśmy w naTemat, tym samym polityk jest oficjalnie poszukiwany. Były minister sprawiedliwości i były prokurator generalny ma trafić do aresztu na trzy miesiące. W opublikowanym liście gończym znajduje się wzmianka, że "mężczyzna ukrywa się przed organami ścigania". Służby proszą o kontakt osoby, które znają jego miejsce pobytu.
Zbigniew Ziobro w TV Republika. Zadzwonił pod numer z listu gończego
Niespodziewanie w piątkowy wieczór pod podany numer telefonu zadzwonił... sam Zbigniew Ziobro. Polityk zrobił to podczas występu na żywo w TV Republika. Przed godz. 22 gościł w programie Adriana Klarenbacha; pracownik stacji powiedział, że były minister sprawiedliwości powinien sam skontaktować się ze służbami i poinformować, że przebywa na Węgrzech. Zbigniew Ziobro wyciągnął więc telefon i wybrał numer z listu gończego.
– Przepraszamy, w chwili obecnej linia jest zajęta – usłyszeli widzowie po krótkim oczekiwaniu.
Polityk z miejsca skomentował to słowami: – Dzwonią w sprawie Ziobry, widzicie państwo? I o to właśnie chodzi, że teraz w całej Polsce dzwonią w sprawie Ziobry, poszukiwanego listem gończym. Po kilku minutach nieudanych prób poszukiwany rozłączył się.
Sąd nakazał aresztowanie Ziobry. Grozi mu surowa kara
Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa zdecydował o tymczasowym areszcie dla Zbigniewa Ziobry późnym wieczorem w miniony czwartek, tj. 5 lutego. Dzień później wydano list gończy, a prokuratura zapowiada też Europejski Nakaz Aresztowania.
Przypomnijmy, że Zbigniew Ziobro od grudnia 2025 roku korzysta z azylu politycznego na Węgrzech. Śledczy chcą postawić mu 26 zarzutów, z których najcięższy dotyczy kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. Według prokuratury miał on współuczestniczyć w wyprowadzaniu środków z Funduszu Sprawiedliwości, którego założeniem było wspieranie ofiar przestępstw. Polityk deklaruje, że działał na podstawie prawa.
W liście gończym czytamy, że Ziobrę podejrzewa się o popełnienie czynów z art. 231 § 1 i 2 k.k. (nadużycie władzy w celu osiągnięcia korzyści osobistej lub majątkowej) oraz art. 258 § 1 k.k. (udział w zorganizowanej grupie przestępczej). Byłemu ministrowi sprawiedliwości grozi do 25 lat więzienia.
Lód skuł Morze Bałtyckie. Powierzchnia pokrywy lodowej jest niemal największa w historii pomiarów. Władze Estonii otworzyły pierwszą oficjalną drogę lodową tej zimy i ostrzegały przed wjeżdżaniem na lód w nieoznakowanych miejscach.
Tegoroczna zima jest mroźna nie tylko w Polsce, ale w wielu krajach Europy Środkowej i Północnej. Mimo wyższych od kilku dni temperatur w wielu miejscach wciąż leży dużo śniegu, a na zbiornikach wodnych utworzyła się pokrywa lodowa.
Znaczną część Bałtyku pokrył lód
Nie inaczej jest na Bałtyku. Jak powiedział na antenie TVN24 prezenter i synoptyk tvnmeteo.pl Tomasz Wasilewski, pokrywa lodowa na "naszym" morzu należy do największych w historii pomiarów.
- Jest to rekordowe zlodzenie Bałtyku, teraz, na przełomie stycznia i lutego, właściwie w historii pomiarów. Prawie jest rekord, nie ma jeszcze, ale niewiele brakuje - przyznał.
Wasilewski powołał się na fiński instytut meteorologiczny (FMI), który podał, że zlodzenie obejmuje na Bałtyku 144 tysiące kilometrów kwadratowych. Całkowita powierzchnia Morza Bałtyckiego (z cieśniną Kattegat) wynosi około 415 tys. km kw., więc lód pokrywa około jedną trzecią morza. Według FMI najgrubsza warstwa lodu utworzyła się na Botniku Północnym, północnym basenie Zatoki Botnickiej, gdzie ma ona od 30 do nawet 70 centymetrów.
Bałtyk skuł lód. Opowiada Tomasz Wasilewski
Lodowa droga w Estonii
W związku z dużym zlodzeniem Bałtyku władze Estonii otworzyły w sobotę pierwszą drogę lodową, łączącą wyspy Hiuma i Sarema. Ma długość 17 kilometrów i jest oznaczona znakami drogowymi i gałązkami jałowca. Stanowi niezbędne połączenie między wyspami w czasie, gdy kursy promów są zawieszone z powodu złej pogody.
- To część naszej zimy. Może być świetną zabawą, można nią (drogą - red.) odwiedzić inną wyspę, ale czasami skorzystanie z niej to konieczność, bo nie ma innej opcji - powiedział Hergo Tasuja, burmistrz gminy Hiuma.
Władze Estonii otworzyły lodową drogę na Bałtyku
Źródło: Reuters
Jak podały lokalne media, lodowa trasa jest na bieżąco monitorowana pod względem bezpieczeństwa, a poruszanie się po niej wymaga przestrzegania szeregu zasad. Jednocześnie policja ostrzegła przed korzystaniem z nieoficjalnych dróg.
- To niebezpieczne, bo nikt nie jest w stanie określić, jak gruba jest warstwa lodu na drodze. Nikt jej nie mierzy - wyjaśnił funkcjonariusz policji Maiko Sirts.
Przed zagrożeniem związanym z poruszaniem się po zamarzniętej wodzie ostrzegały w ostatnich dniach także władze polskich miast - między innymi Gdańska, gdzie zamarzła rzeka Motława.
Stany Zjednoczone zarzucają Chinom przeprowadzenie tajnego testu nuklearnego w 2020 roku. Podczas międzynarodowej konferencji rozbrojeniowej w Wiedniu poinformował o tym podsekretarz stanu ds. kontroli zbrojeń i bezpieczeństwa międzynarodowego Thomas DiNanno.
Stany Zjednoczone oskarżają Chiny o przeprowadzenie tajnego testu nuklearnego w 2020 roku.
Informację przekazał podczas konferencji rozbrojeniowej w Wiedniu podsekretarz stanu USA Thomas DiNanno.
Według USA, próbny wybuch miał miejsce 22 czerwca 2020 roku i miał siłę kilkuset ton trotylu.
Jak na te doniesienia reagują Chiny? Dowiesz się z tego artykułu.
Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na rmf24.pl.
Dziś mogę ujawnić, że rząd USA jest świadomy, że Chiny przeprowadziły próby z ładunkami jądrowymi, w tym przygotowują się do prób z deklarowaną mocą rzędu setek ton - oświadczył w piątek podsekretarz stanu ds. kontroli zbrojeń i bezpieczeństwa międzynarodowego Thomas DiNanno. Dodał, że próbny wybuch miał miejsce 22 czerwca 2020 r. i miał siłę kilkuset ton.
Jak twierdzi DiNanno, Pekin, chcąc ukryć próbę, zastosował tak zwane rozdzielanie. Chodzi o wykopanie dużych rozmiarów jaskini w celu zmniejszenia aktywności sejsmicznej wywołanej eksplozją. To utrudnia jej wykrycie. Według strony amerykańskiej Pekin miał świadomość, że testy naruszały chińskie zobowiązania dotyczące zakazu próbnych eksplozji.
Zarzutów USA nie potwierdziła Organizacja Traktatu o Całkowitym Zakazie Prób Jądrowych (CTBTO). Jej sekretarz wykonawczy Rob Floyd poinformował w piątek, że 22 czerwca 2020 r. systemy CTBTO "nie wykryły żadnego zdarzenia odpowiadającego charakterystyce próbnej eksplozji jądrowej". Dodał, że nic się w tej sprawie nie zmieniło również później, po bardziej szczegółowych analizach.
Floyd wyjaśnił, że Międzynarodowy System Monitorowania stosowany przez CTBTO "jest w stanie wykryć wybuchy prób jądrowych o sile równej lub większej niż ok. 500 ton trotylu". Podkreślił, że system odnotował "wszystkie sześć prób przeprowadzonych i zadeklarowanych" przez Koreę Północną.
Portal CNN cytuje dyrektora wykonawczego Stowarzyszenia Kontroli Zbrojeń Daryla Kimballa, który stwierdził, że stacje monitorujące CTBTO mogły nie odnotować próbnej eksplozji pod warunkiem, że był to "wybuch o bardzo, bardzo niskiej sile".
Poproszony o komentarz w tej sprawie rzecznik chińskiej ambasady w Waszyngtonie Liu Pengyu powiedział, że władze w Pekinie "kierują się polityką 'nieużywania broni jądrowej jako pierwsi' i strategią nuklearną skoncentrowaną na samoobronie, a także przestrzegają moratorium na próby nuklearne".
Zapewnił też, że Chiny są gotowe współpracować ze wszystkimi stronami, aby "wspólnie bronić autorytetu Traktatu o całkowitym zakazie prób nuklearnych i chronić międzynarodowy porządek w kwestiach rozbrojenia jądrowego i nierozprzestrzeniania broni nuklearnej".
Przy placu zabaw w Sosnowcu pękła rura ciepłownicza. Kilkanaście bloków nie ma ogrzewania, Tauron pracuje nad usunięciem awarii.
Do uszkodzenia rury doszło w rejonie ulicy Radomskiej i Koszalińskiej. Miejsce awarii widać z daleka, unosi się nad nim kilkumetrowy słup wody i pary.
Rzecznik UM w Sosnowcu przekazał, że do wieczora awaria ma zostać usunięta. Nad przywróceniem ogrzewania pracuje spółka Tauron Ciepło.
- Potwierdzam, doszło do awarii w Sosnowcu, dzisiejsza przerwa w dostawie ciepła dotyczy 15 budynków przy ul. Koszalińskiej. Nasze służby pracują, prowadzą intensywne prace naprawcze – przekazała Małgorzata Kuś, rzeczniczka Tauron Ciepło.
Obecnie w Sosnowcu jest chłodno, ale temperatura jest dodatnia.
Samolot linii LOT lecący do Dominikany, musiał zawrócić do Warszawy. Powodem była usterka techniczna.
Artykuł zawiera materiały przesłane na KONTAKT24
Na Kontakt24 otrzymaliśmy informację o zwróconym samolocie linii LOT z Warszawy do Punta Cana w Dominikanie. To Boeing 787-9 Dreamliner.
Krzysztof Moczulski, rzecznik prasowy Polskich Linii Lotniczych LOT, potwierdził zdarzenie. - Lot o numerze LO 6285 wystartował z lotniska w Warszawie, po czym musiał na nie zawrócić z powodu usterki technicznej - przekazał redakcji Kontaktu24.
- Dla podróżnych podstawiony zostanie inny samolot, który ma wystartować do Punta Cana o godzinie 13:20 czasu polskiego - dodał.
Autorka/Autor: est, Magdalena Gruszczyńska /tok
Źródło: Kontakt24
Źródło zdjęcia głównego: Adrian Pingstone / Wikimedia
Woda lała się po ścianach kościoła przy ulicy Starokościelnej w Mysłowicach przez kilka, a być może nawet kilkanaście godzin. Gdy w sobotę rano odkryto skutki awarii, wnętrze świątyni było już poważnie zniszczone. Trwa szacowanie strat oraz ustalanie przyczyn usterki.
Awaria instalacji hydrantowej w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ul. Starokościelnej w Mysłowicach. Z pękniętej rury woda przez kilka, a być może kilkanaście godzin spływała po ścianach, zalewając wnętrze świątyni.
Zalany kościół w Mysłowicach
Źródło: TVN24
Skutki awarii odkryto w sobotę rano. Jak przekazano, woda na posadzce sięgała łydek. Rzecznik mysłowickiej Państwowej Straży Pożarnej mł. bryg. Wojciech Chojnowski poinformował, że w obiekcie o powierzchni około 2200 metrów kwadratowych poziom wody wynosił miejscami około 10 centymetrów.
Zalany kościół w Mysłowicach
Źródło: TVN24
Strażacy wypompowali wodę z wnętrza kościoła, jednak część zdążyła wsiąknąć w mury budynku. Trwa szacowanie strat oraz ustalanie dokładnych przyczyn awarii.
"Waterrr", "Aqua". Z pewnością większość Polaków przynajmniej wzrokowo pamięta te nazwy z półek w polskich sklepach. To zresztą produkty dużych koncernów. I do tego jeszcze napoje są bezbarwne. Na oko czysta woda i do tego jeszcze nazwa podpowiada taki wniosek, dodaje się dopisek "woda niegazowana".
Woda oczywiście w składzie jest, jak najbardziej, nawet jest jej większość, ale rzecz w tym, że te napoje zawierają pewne dodatki. Dzięki tym dodatkom napoje z jednej strony mają uchodzić za zdrowe, bo mają alternatywy słowa "woda" jako nazwę, a z drugiej — korzystają z preferencyjnego VAT.
Absurd podatkowy, czyli ulga za słodzenie sokiem
Zgodnie z obowiązującymi dziś przepisami napoje posiadające dodatek co najmniej 20 proc. soku owocowego są objęte stawką VAT 5 proc. Tymczasem czysta woda bez domieszek jest obciążona podstawową stawką w wysokości 23 proc. To jeden z absurdów polskiego systemu podatkowego.
I właśnie mylącym nazewnictwem zajęły się polskie urzędy. Ministerstwo Zdrowia wystosowało niedawno odpowiedź na interpelację posła PiS Edwarda Siarki.
Odpowiedź Ministerstwa Zdrowia na interpelację poselską
|Ministerstwo Zdrowia
"Odnosząc się do poruszonej w interpelacji kwestii pozycjonowania przez niektórych producentów żywności swoich produktów z dodatkiem cukrów lub soków jako »wody«, należy zaznaczyć, [...] że producenci napojów smakowych mają obowiązek rzetelnie i uczciwie podawać informacje na opakowaniu środków spożywczych. Prawidłowe oznakowanie środka spożywczego pozwala na dokonanie świadomego wyboru przez konsumenta. Ważnym elementem jest czytanie przez konsumentów etykiet i na tej podstawie dokonywanie zakupu odpowiednich produktów. Jest to szczególnie istotne przy napojach smakowych. Na etykiecie tych produktów podany jest ich skład oraz informacje o wartości odżywczej tj. dotyczące chociażby zawartości węglowodanów, w tym cukrów" — czytamy w odpowiedzi resortu zdrowia.
Ministerstwo poinformowało, że nie wpływały do niego skargi na praktyki wprowadzające konsumentów w błąd, ale zarazem ujawniło, że postępowanie jest prowadzone przez UOKiK. "Zgodnie z informacjami uzyskanymi przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Urząd prowadzi aktualnie cztery postępowania wyjaśniające w sprawie wstępnego ustalenia, czy nastąpiło naruszenie uzasadniające wszczęcie postępowania w sprawie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów w związku z działaniami marketingowymi dotyczącymi napojów bezalkoholowych zawierających od 20 proc. do 30 proc. soku owocowego" — czytamy dalej.
Zaznaczono, że woda — w domyśle czysta woda — należy do katalogu produktów spożywczych pierwszej potrzeby i w konsekwencji powinna zostać objęta preferencyjną stawką VAT.
"Zależy nam bowiem na tym, aby woda była napojem pierwszego wyboru w chwili zaspokojenia pragnienia/uzupełnienia płynów. Jako Ministerstwo Zdrowia podkreślamy, że konkurencyjna cena wody butelkowanej jest szczególnie ważnym elementem w promowaniu spożycia tego napoju" — pisze ministerstwo.
Resort finansów chce podwyżek podatków
Ministerstwo Zdrowia kilkukrotnie zwracało się już w tej sprawie do Ministerstwa Finansów. Resort Andrzeja Domańskiego proceduje zresztą już zmiany w przepisach dotyczących podatku VAT. Zgodnie z projektem stawka tego podatku na bezalkoholowe odpowiedniki napojów alkoholowych oraz na napoje energetyczna ma wynosić 23 proc. niezależnie od zawartości w nich soku.
Postulat obniżki VAT na wodę był zresztą zgłaszany w ramach konsultacji publicznych projektu ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług, który jest procedowany przez Ministerstwo Finansów i Gospodarki od grudnia.
Dawniej ludzie oddychali ołowiem. Badanie włosów pokazało skalę problemu
Zakaz sprzedaży benzyny ołowiowej 20 lat temu przyczynił się do poprawy jakości powietrza w Polsce. Regulacje pozytywnie odbiły się także na zdrowiu Amerykanów. O tym, jak wysokie było stężenie ołowiu w powietrzu, świadczą zachowane włosy z ubiegłego stulecia. W nowym badaniu naukowcy odkryli, że w niektórych dekadach absorbowały nawet 100 razy więcej tego toksycznego metalu ciężkiego niż dzisiaj. Jak oszukiwali nas producenci?
Benzyna bezołowiowa to nie jedyna dobroczynna zmiana. Jak obniżyło się zanieczyszczenie ołowiem po wprowadzeniu regulacji?Akhararat _Wathanasing123RF/PICSEL
Spis treści:
Wiedzieli o toksyczności ołowiu od tysiącleci, ale celowo to ukrywali
Nie tylko benzyna. Ołów zniknął z produktów w Polsce i USA
Jak obniżył się poziom ołowiu we włosach po wprowadzeniu regulacji?
Wiedzieli o toksyczności ołowiu od tysiącleci, ale celowo to ukrywali
Ludzie już tysiące lat temu zdawali sobie sprawę z toksyczności ołowiu (Pb). Rzymscy lekarze z I i II w. p.n.e. zauważyli, że osoby pracujące przy wydobyciu ołowiu podupadają na zdrowiu. Nowożytna medycyna także opisywała przypadki zatrucia ołowiem i łączyła je z zawodami, mówiąc m.in. o chorobie górników czy hutników. Do największej eskalacji doszło natomiast w XX wieku. W latach 20. wprowadzono tetraetyloołów do benzyny, co zaczęło poważnie szkodzić robotnikom w fabrykach i zanieczyszczać środowisko. Firmy paliwowe opłacały nawet naukowców, by udowodnić, że ołów występuje naturalnie w środowisku i nie jest szkodliwy.
W latach 60. XX w. amerykański geochemik Clair Patterson odkrył, że Ziemia jest drastycznie zanieczyszczona ołowiem, a stężenie tego pierwiastka w ludzkich kościach było tysiące razy wyższe niż u naszych przodków. Pod koniec kolejnej dekady amerykański pediatra Herbert Needleman opublikował zaś przełomowe badania, w których wykazał, że nawet niski poziom ołowiu jest skorelowany z niskim IQ u dzieci i problemami z zachowaniem.
Dlaczego, mimo całej tej świadomości, ołów tak długo był w masowym użyciu? Głównym powodem były jak zwykle pieniądze. Ustawodawców nie naglił również brak natychmiastowych skutków. Ołów to "cichy zabójca", który kumuluje się w organizmie latami. Przemysł farbiarski i paliwowy przez dekady finansował badania, które miały podważać jego szkodliwość. Tak samo oszukiwali producenci wiecznych chemikaliów, o których pisaliśmy w GeekWeeku, oraz koncerny tytoniowe.
Nie tylko benzyna. Ołów zniknął z produktów w Polsce i USA
Również w Polsce przepisy dotyczące BHP i ołowiu w paliwie samochodowym weszły stosunkowo późno. Benzyna bezołowiowa trafiła na rynek w 1994 r., a "niebieską" etylinę 94 przestano produkować w 2000 r. Dopiero jednak 1 stycznia 2005 r. całkowicie zakazano sprzedaży benzyny ołowiowej na polskich stacjach.
Niektóre zmiany wprowadzono jednak wcześniej. Wycofanie ołowiu z farb dekoracyjnych nastąpiło w latach 90. XX w., zaś montażu rur ołowiowych zaprzestano w latach 60. i 70. Na początku obecnego stulecia Polska wprowadziła zakazy stosowania ołowiu w lutach i komponentach elektronicznych, a w latach 2023 i 2024 roku zakazano również używania śrutu ołowianego podczas polowań oraz stosowania ołowiu jako stabilizatora w wyrobach z polichlorku winylu (np. w profilach okiennych).
Stany Zjednoczone zareagowały nieco szybciej niż Polska. Agencja Żywności i Leków (FDA) zakazała stosowania lutów ołowiowych w puszkach na żywność w 1995 r., a rok później wydano federalny zakaz stosowania benzyny ołowiowej w pojazdach poruszających się po drogach. Zakaz stosowania ołowianych rur, lutów i topników w nowych instalacjach hydraulicznych obowiązuje w USA od 1986 r. Nie był on jednak całkowity i realnie pozwalał nawet na 8% zawartość ołowiu w mosiężnych elementach. Dopiero ustawa z 2014 r. zaostrzyła normę do zaledwie 0,25% ołowiu dla powierzchni stykających się z wodą.
Wcześniej jednak na nowe dane odpowiedziała Federalna Komisja ds. Bezpieczeństwa Produktów Konsumenckich (CPSC), zakazując sprzedaży farb zawierających ołów do użytku domowego oraz na zabytkach i zabawkach już w 1978 r. Niektóre miasta, jak Nowy Jork, wprowadziły lokalne zakazy już w 1960 r., czyli w najbardziej "zaołowionej" dekadzie.
Jaka dokładnie była skala tego problemu? To odkryli naukowcy z University of Utah w Salt Lake City, których artykuł ukazał się 2 lutego w "Proceedings of the National Academy of Sciences", czyli słynnym "PNAS".
Jak obniżył się poziom ołowiu we włosach po wprowadzeniu regulacji?
Badacze poddali analizie próbki włosów ludzi z okolic Salt Lake City, sprawdzając w nich zawartość ołowiu i porównując ją z wynikami z lat 2020-2024. Te nowe dane pokazują, jak bardzo spadło stężenie tego toksycznego metalu ciężkiego po wprowadzeniu regulacji, co przełożyło się na poprawę stanu zdrowia ludności. Badani przekazali swoje włosy dobrowolnie, a naukowcy po oczyszczeniu tych próbek wytrawili je w kwasie azotowym i poddali analizie na spektrometrze mas w celu wykrycia ołowiu.
Jak można zobaczyć w tabeli, nagromadzenie toksycznego pierwiastka we włosach Amerykanów w Utah było w latach 60. ubiegłego wieku aż 121 razy wyższe niż w obecnej dekadzie, a w latach 70. - już 100 razy wyższe. Największa zmiana miała miejsce w latach 80., gdy to stężenie wynosiło już "tylko" 30 razy więcej niż dziś, a następnie dalej spadało. To właśnie skutek obniżonej ekspozycji zapewnionej przez regulacje.
Stężenie ołowiu we włosach Amerykanów z Utah osiągnęło krytyczny poziom w latach 60. ubiegłego wieku. Dzięki regulacjom zaczęło spadaćT.E. Cerling, D.P. Fernandez, & K.R. Smith (CC BY 4.0)materiał zewnętrzny
W najgorszej dekadzie średnia zawartość toksycznego pierwiastka we włosach wynosiła 60,5 mg/kg. Dzisiaj to już 0,5 mg/kg.
Autorzy badania wyjaśniają, że kluczowa poprawa nastąpiła dzięki założeniu Agencji Ochrony Środowiska, co miało miejsce w grudniu 1970 roku, a dzisiejszy niski poziom narażenia na ołów najpewniej wynika z przepisów ochrony środowiska ustanowionych przez tę agencję. Przed tym rokiem każdy mieszkaniec USA pośrednio uwalniał do atmosfery około kilograma ołowiu rocznie poprzez spalanie benzyny. Prowadziło do bezpośredniego wdychania toksyn.
Te nowe dane stanowią dowód na to, jak kluczową rolę odgrywa odgórny nadzór nad przemysłem. Choć regulacje ekologiczne bywają postrzegane przez biznes jako uciążliwe, a przez malkontentów nazywane są ekoterroryzmem, to historia zapisana we włosach pokazuje ich realny i zbawienny wpływ na zdrowie publiczne. Badacze ostrzegają zarazem, że osłabianie uprawnień agencji regulacyjnych może doprowadzić do zapomnienia tej lekcji i ponownego narażenia ludzi na poważne choroby w imię interesów korporacji.
Źródło: T.E. Cerling, D.P. Fernandez, & K.R. Smith, Lead in archived hair documents a decline in lead exposure to humans since the establishment of the US Environmental Protection Agency, Proc. Natl. Acad. Sci. U.S.A. 123 (6) e2525498123, https://doi.org/10.1073/pnas.2525498123 (2026).
Sikorski: dopóki Ukraina dzielnie się broni, Rosja nie ma zdolności ofensywnych
Źródło: TVN24
Minister energetyki Ukrainy Denys Szmyhal poinformował w sobotę, że operator systemu przesyłowego Ukrenerho zwrócił się do Polski o wsparcie po nocnych atakach na kluczowe elementy ukraińskiej sieci energetycznej. Minister energii Polski Miłosz Motyka potwierdził, że apel został przyjęty, a sytuacja jest na bieżąco monitorowana przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne.
"Rosyjscy zbrodniarze przeprowadzili kolejny zmasowany atak na obiekty energetyczne Ukrainy. Uderzono w podstacje oraz napowietrzne linie (o napięciu) 750 kV i 330 kV – kluczowe elementy ukraińskiej sieci energetycznej. Wróg zaatakował także obiekty produkcyjne: elektrownie cieplne w miejscowościach Bursztyn i Dobrotwór" – napisał Szmyhal w komunikatorze Telegram.
Obie elektrownie znajdują się na zachodzie Ukrainy. Dobrotwór leży około 60 km od granicy z Polską.
Wicepremier powiadomił, że operator systemu przesyłowego Ukrenerho zwrócił się do Polski z prośbą o pomoc w sytuacji awaryjnej.
Reakcja polskiego ministra
Minister energii Miłosz Motyka przekazał w sobotę za pośrednictwem platformy X, że Polska odebrała apel Ukrainy o wsparcie operatorskie dotyczące energii. "Eksport do Ukrainy odbywa się przy zachowaniu bezpieczeństwa polskiego systemu energetycznego. Polskie Sieci Elektroenergetyczne na bieżąco monitorują sytuację i są w kontakcie z sąsiednim operatorem" - zadeklarował.
Polska odebrała apel Ukrainy o wsparcie operatorskie dotyczące energii. Eksport do Ukrainy odbywa się przy zachowaniu bezpieczeństwa polskiego systemu energetycznego. @pse_pl na bieżąco monitorują sytuację i są w kontakcie z sąsiednim operatorem.
W sobotę rano Ukrenerho wprowadziło awaryjne wyłączenia w większości regionów Ukrainy z powodu kolejnego ataku rosyjskiego.
Szmyhal przekazał, że bloki energetyczne jednej z elektrowni jądrowych zostały wyłączone przez personel tego zakładu. Obecnie na terytorium całej Ukrainy obowiązuje od czterech do pięciu tur harmonogramów awaryjnych wyłączeń prądu, a w regionach wschodnich i północnych wprowadzono specjalne harmonogramy awaryjnych wyłączeń.
"Atak trwa. Energetycy są gotowi przystąpić do naprawy, gdy tylko pozwoli na to sytuacja bezpieczeństwa" - wyjaśnił wicepremier.
Według Państwowej Służby ds. Sytuacji Nadzwyczajnych (DSNS), w wyniku nocnego ataku rosyjskiego bezzałogowego statku powietrznego w mieście Jagodzin w obwodzie kijowskim wybuchł pożar na terenie magazynu. Ukraińskie media podają, że jest to magazyn firmy Roshen, należącej do byłego prezydenta Ukrainy Petro Poroszenki.
Spółka energetyczna DTEK poinformowała, że w wyniku nowych ataków rosyjskich znacznie ucierpiało wyposażenie elektrowni cieplnych tej firmy w różnych regionach Ukrainy.
To już dziesiąty zmasowany atak na elektrownie cieplne DTEK od października 2025 r. Od początku rosyjskiej inwazji na pełną skalę, czyli od 24 lutego 2022 r., elektrownie cieplne tego przedsiębiorstwa zostały zaatakowane przez Rosję ponad 220 razy - podkreśliła spółka.
Pilna prośba Ukrainy po ataku Rosji. Szybka reakcja. "Polska odebrała apel"
Rosjanie przeprowadzili zmasowanych atak na ukraińskie obiekty infrastruktury krytycznej - poinformował wicepremier Ukrainy, Denys Szmyhal. W związku z trudną sytuacją w kraju, Ukrenerho, operator systemu przesyłowego, zwrócił się o pomoc doraźną z Polski. W sprawie głos zabrał już minister energetyki Miłosz Motyka.
Skutki rosyjskiego ataku w Ukrainie Państwowa Służba Ukrainy ds. Sytuacji Nadzwyczajnych / Facebookmateriał zewnętrzny
W skrócie
Rosja przeprowadziła zmasowany atak na ukraińską infrastrukturę energetyczną, w tym podstacje i dwie elektrownie na zachodzie kraju.
Ukrenerho zwróciło się z prośbą o doraźną pomoc energetyczną do Polski, a polski minister potwierdził wsparcie przy zachowaniu bezpieczeństwa systemu krajowego.
W wyniku ataku Polska poderwała myśliwce, jednak nie doszło do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej.
"Rosyjscy zbrodniarze przeprowadzili kolejny zmasowany atak na ukraińskie obiekty energetyczne" - przekazał wicepremier, minister energetyki Ukrainy, Denys Szmyhal, we wpisie opublikowanym na platformie Telegram.
Jak wskazał Szmyhal, ofiarą ataku padły podstacje o napięciu 750 kV i 330 kV oraz linie napowietrzne, które stanowią podstawę ukraińskiej sieci energetycznej.
Wojna w Ukrainie. Rosja uderzyła w infrastrukturę energetyczną
Rosyjski atak objął także dwie elektrownie - w Bursztynie i Dobrotwórze. Oba obiekty są położone w zachodniej Ukrainie. Pierwszy z nich leży około 170 km od polskiej granicy, drugi od Polski dzieli około 60 km.
Szmyhal poinformował także, że w Ukrainie obowiązują harmonogramy wyłączeń prądu, a w regionach wschodnich i północnych wprowadzono dodatkowo specjalne awaryjne środki.
"Atak ciągle trwa. Pracownicy energetyki są gotowi do wznowienia pracy, gdy tylko sytuacja na to pozwoli" - podkreślił. Wicepremier Ukrainy przekazał także, że jego kraj zwrócił się do Polski z prośbą o doraźną pomoc.
Zmasowany atak Rosji. Pilna prośba, Polska reaguje
Minister energetyki Miłosz Motyka potwierdził, że nasze państwo odpowiedziało na apel strony ukraińskiej.
"Polska odebrała apel Ukrainy o wsparcie operatorskie dotyczące energii" - napisał.
"Eksport do Ukrainy odbywa się przy zachowaniu bezpieczeństwa polskiego systemu energetycznego. Polskie Sieci Elektroenergetyczne na bieżąco monitorują sytuację i są w kontakcie z sąsiednim operatorem" - przekazał na platformie X.
Ukraina w nocy z piątku na sobotę padła ofiarą szeroko zakrojonego ataku ze strony Rosji. Wołodymyr Zełenski przekazał, że brało w nim udział ponad 400 dronów i około 40 rakiet różnych typów. Głównym celem były sieci energetyczne, elektrownie i podstacje rozdzielcze.
W związku z rosyjskim uderzeniem na cele położone w pobliżu polskiej granicy polskie wojsko poderwało w sobotę rano myśliwce. Akcja zakończyła się po kilku godzinach. Nie doszło do naruszenia przestrzeni powietrznej Polski.
"Wydarzenia": Upust policyjnej frustracji. Przez to nagranie komendant może stracić pracęPolsat News
Dwie osoby zostały ranne po zdarzeniu na przejeździe kolejowym w miejscowości Daniszyn w Wielkopolsce. Samochód osobowy uderzył w szynobus, a następnie - po opuszczeniu pojazdu przez kierującą i 14-letnie dziecko - w auto wjechał pociąg relacji Wrocław-Białystok.
W sobotę, około godziny 9, strażacy dostali zgłoszenie o zdarzeniu na przejeździe kolejowym w miejscowości Daniszyn (woj. wielkopolskie). Jak przekazały służby, samochód osobowy marki Toyota uderzył w szynobus. 43-letnia kobieta wraz z 14-letnim dzieckiem opuściła pojazd, w który następnie uderzył pociąg relacji Wrocław-Białystok.
Kierująca samochodem oraz jej dziecko trafili do szpitala
Źródło: ostrow.tv
W wyniku zdarzenia dwie osoby zostały ranne. Do szpitala zabrano kierującą samochodem wraz z jej dzieckiem.
Jak poinformowała podkom. Patrycja Neczke z Komendy Powiatowej Policji w Ostrowie Wielkopolskim, kierującą zbadano na zawartość alkoholu - kobieta była trzeźwa.
Zderzenie z szynobusem i pociągiem
Źródło: ostrow.tv
Policjanci dokładnie wyjaśniają przyczyny i okoliczności tego zdarzenia.
PKP w opublikowanym komunikacie uczulają, że w związku ze zdarzeniem pociągi mogą mieć opóźnienia.
Ukraiński wywiad o coraz większych problemach finansowych Rosji
— Myślę, że potrzebują przerwy. Myślę, że Putin myśli o przerwie — powiedział Zełenski w rozmowie z międzynarodowymi mediami, cytowanej przez agencję Interfax-Ukraina. Jak dodał, Kreml nie chce ogłaszać nowej mobilizacji, obawiając się reakcji społeczeństwa, dlatego szuka innego wyjścia z coraz trudniejszej sytuacji.
Ukraiński prezydent powołał się na dane wywiadu wojskowego (HUR), według których realny deficyt rosyjskiego budżetu w 2025 r. przekroczył 100 mld dol., podczas gdy oficjalnie Moskwa przyznaje się do ponad 80 mld. W 2026 r. luka finansowa ma być jeszcze większa.
Brak złudzeń Zełenskiego co do działań Rosji. USA wyznaczyły ważny termin
Choć w rosyjskiej retoryce pojawiają się sygnały sugerujące gotowość do rozmów, Zełenski nie wierzy w zmianę intencji Kremla.
— W ich retoryce nastąpiły zmiany. Ale nie wierzę im ani trochę. Myślę, że żywią wobec nas mniej więcej takie same uczucia jak wcześniej, ponieważ nienawidzą Ukrainy — podkreślił.
Prezydent Ukrainy przypomniał, że to Rosja rozpoczęła wojnę, a od jej pierwszych dni towarzyszyły jej tortury, znęcanie się nad ludnością cywilną i masowe zbrodnie. — Przybyli tutaj i zaczęli zabijać Ukraińców. To jest nienawiść — dodał.
- Większość odebranych zwierząt to zwierzęta lękowe, które na widok człowieka wręcz "zamrażały się", zastygały w jednym miejscu, oddawały pod siebie mocz, kuliły się... Większość nie potrafi jeść z misek... Traktuje miski jak przedmiot z kosmosu. Jedzenie było dystrybuowane z taczek. To była breja, wodnista karma. Do tego kompletna apatia zwierząt. Zamrożenie psychiczne - mówi Interii dr Magdalena Silska, pełnomocniczka OTOZ Animals, kiedy rozmawiamy o głośnej ostatnio sprawie zamkniętego w styczniu schroniska w Sobolewie.
OTOZ Animals była jedną z tych organizacji, które ruszyły na ratunek znajdującym się tam psom.
- Większość zwierząt, którym pomagaliśmy, wynosiliśmy na własnych rękach. Nawet bardzo duże psy, kilkudziesięciokilogramowe. Nie były w stanie poruszać się na nogach. Nie ze względów motorycznych, tylko przez strach. Pamiętam, jak wynosiłam w kontenerze dwa małe pieski. Zatrzymała nas policja. Powiedzieli, że musimy czekać aż zostaną podpisane odpowiednie umowy, przyjedzie wójt. Trwało to kilka godzin. Kontener okrywaliśmy wtedy kocem. Jeden z tych piesków był tak zablokowany na rzeczywistość, że się nie ruszał. Musiałam go dotykać, sprawdzać. Miałam wrażenie, że po prostu umarł - opowiada nasza rozmówczyni.
- Zbieramy też dane z innych organizacji, cały czas się komunikujemy. Wszyscy mają te same obserwacje. Totalne stany lękowe zwierząt. U niektórych prawdopodobnie to będą lata pracy w tymczasowych domach, bo nie da się tego przepracować w adopcji. Być może niektóre z nich już zawsze będą potrzebowały wsparcia behawiorystycznego - mówi dalej.
Takich sytuacji jest więcej. Dramatyczne historie schronisk pojawiają się regularnie. Często interwencje udaje się podjąć dzięki determinacji obrońców praw zwierząt. Zapytaliśmy ich o przypadki z ostatnich lat, które wspominają najgorzej.
"Nikogo nie interesowało, gdzie psy pójdą"
Jeden z naszych rozmówców, który zajmuje się obroną praw zwierząt od dwóch dekad podkreśla, że historię o najgorszych przykładach schronisk należy zacząć od Korabiewic na Mazowszu. Schronisko działało tam od lat 80. W 2003 roku zarejestrowała je Inspekcja Weterynaryjna.
Po interwencji wolontariuszy dotyczącej złej sytuacji zwierząt, w 2011 roku samorząd cofnął zgodę na prowadzenie schroniska ówczesnej zarządczyni obiektu.
Sprawa Korabiewic nie dotyczy tylko schroniska. Najwyższa Izba Kontroli badała wątek przedsiębiorcy, który odławiał psy i przekazywał je do obiektu. Działania mężczyzny oceniała negatywnie. W 2012 roku zarzuciła przekazywanie zwierząt po cofnięciu zgody na prowadzenie działalności, odławianie zwierząt na terenie gmin Nadarzyn i Piaseczno bez zgody na prowadzenie tam takiej działalności i nieprowadzenie rejestru odłowionych zwierząt.
Problemy w Korabiewicach skończyły się w tym samym roku. Wówczas schronisko przejęła Fundacja Viva!
Problem nagłaśniany przez lata
Głośna była też historia schroniska w Krzyczkach koło Nasielska. Zostało zamknięte w 2008 roku, oficjalnym powodem były warunki sanitarne. Wolontariusze o sprawie informowali przez kilka lat. "Prawdziwy szok wywołało odnalezienie za ogrodzeniem schroniska masowego grobu ponad 300 zwierząt" - relacjonowała w 2011 roku "Interwencja".
Kolejna historia dotyczy schroniska w Wojtyszkach. Niegdyś było największym w Polsce ośrodkiem dla bezdomnych psów. Znajdowało się w nim kilka tysięcy zwierząt. Również w tym przypadku wolontariusze zwracali uwagę na złe warunki bytowania zwierząt przez lata.
Sprawa nabrała tempa w 2023 roku, kiedy prokuratura i policja weszły na teren obiektu. Ostatecznie schronisko przejął Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt. Wcześniejsze kierownictwo schroniska - dwie kobiety - usłyszały zarzuty znęcania się nad zwierzętami ze szczególnym okrucieństwem. Sprawa wciąż toczy się w sądzie.
Nasi rozmówcy są jednak zgodni. Ze wszystkich spraw najgorzej wspominają historię schroniska w Radysach na Mazurach.
Wstrząsająca interwencja w Radysach
W 2020 roku na teren obiektu weszły służby. Psy były wygłodzone, w złym stanie, ale przede wszystkim znajdowały się w przepełnionych boksach. W tej sprawie prokuratura postawiła zarzuty o znęcanie się nad zwierzętami trzem osobom. Nie przyznały się do winy. Proces ruszył na początku 2025 roku, w tym będzie mieć swoją kontynuację.
- To było miejsce kaźni i to masowej. Znajdowało się tam czasem nawet około dwóch tysięcy zwierząt. Skumulowanie ich na tak małej powierzchni było absolutnie porażające - opowiada w rozmowie z Interią Magdalena Silska.
Rozmawialiśmy z wolontariuszami, którzy podejmowali interwencję w Radysach. Zebrany materiał w sprawie to ponad 100 tomów akt.
Nasi rozmówcy podkreślają, że największym problemem schroniska było zbyt wiele psów w boksach. W konsekwencji zwierzęta walczyły ze sobą lub o jedzenie.
Biznes dla pieniędzy
Wymienione przypadki schronisk to zaledwie kilka przykładów. Dr Silską pytamy, dlaczego historie dramatów w prywatnych schroniskach pojawiają się regularnie i skąd wynika problem.
- Po pierwsze cały czas na wysokim poziomie funkcjonuje bezdomność zwierząt w Polsce. Natomiast system finansowania i kontroli schronisk zawiera bardzo dużo luk proceduralnych. Część schronisk jest prowadzona przez przedsiębiorców, biznesmenów nastawionych na zysk. System funkcjonuje tak, że w zależności od gminy za samo wyłapanie psa jest około trzech tysięcy złotych. Dodatkowo zwierzę, które już znajduje się w schronisku, też jest finansowane przez gminę - zaznacza pełnomocniczka OTOZ Animals.
- Dla przedsiębiorcy, dla którego taki ''biznes'' to jedyne źródło dochodu, nie jest korzystne inwestowanie w leczenie, lepszą karmę, infrastrukturę, szkolenia dla pracowników. Po prostu się to nie opłaca. To okrutne, ale tak to wygląda i schroniska prowadzone przez firmy nastawione na zysk zawsze będą tak wyglądały. Motywacją są pieniądze, a nie dobrostan zwierząt - podkreśla.
Jej zdaniem remedium na problem z prywatnymi schroniskami może być obywatelski projekt ustawy o ochronie praw zwierząt.
Obywatelski projekt ustawy
- Projekt w Sejmie złożyliśmy półtora roku temu. Pracowało nad nim kilka organizacji prozwierzęcych, OTOZ Animals, Viva!, Mondo Cane. Projekt ustawy uszczelnia system finansowania schronisk, kładzie silny akcent na projekty adopcyjne, na wykwalifikowanych pracowników - zaznacza Silska.
- Projekt dotyka też kwestii kastracji oraz chipowania zwierząt, czyli jednych z głównych remediów na problemy z bezdomnością zwierząt. Wprowadza też większą odpowiedzialność gmin. Bardziej rzetelne kontrole oraz rozliczenia finansowych działalności - mówi dalej.
Pod projektem podpisało się ponad pół miliona obywateli. Ma nadany sejmowy numer druku, ale wciąż czeka aż ruszy proces legislacyjny.
Co dalej? "Takich miejsc jest kilkadziesiąt"
Naszych rozmówców pytamy również jak wiele jest jeszcze w Polsce miejsc, w których dochodzi do znęcania się nad zwierzętami. Część od razu mówi o przygotowaniach do interwencji w kilku obiektach.
- Byłabym bardziej ponura, jeśli chodzi o statystyki. Według mnie takich miejsc może być nawet kilkadziesiąt w skali kraju. Dostajemy zgłoszenia z prośbami o pomoc, które brzmią "błagam, przyjedźcie do tego psa, bo inaczej trafi do schroniska X, Y, a to przecież mordownia!". Znamy wiele mrocznych punktów na mapie Polski, gdzie jak bezdomne zwierzę wpadnie, to tak jakby wpadło w otchłań, znieczulicy, obojętności, i nieskutecznie działającego systemu ochrony - podkreśla rozmówczyni Interii.
Jakub Krzywiecki
"Wydarzenia": Po zamknięciu schroniska w Sobolewie sytuacja wymknęła się spod kontroliPolsat NewsPolsat News