Dwa tankowce zaatakowane na wodach Iraku. Wybuchł pożar, załoga ewakuowana
Dwa zagraniczne tankowce zostały zaatakowane na wodach terytorialnych Iraku - poinformował agencję Reutera dyrektor irackiej Generalnej Kompanii Portów Farhan al-Fartousi. Według wstępnych ustaleń uderzyły w nie irańskie łodzie załadowane materiałami wybuchowymi. Irak ewakuował 38 członków załogi z obu statków, co najmniej jedna osoba zginęła.
Dwa tankowce trafione w pobliżu Iraku. Ewakuowano 25 osóbGoogle Maps; X.com/Mossad Commentarymateriał zewnętrzny
W skrócie
Dwa zagraniczne tankowce zostały zaatakowane na wodach terytorialnych Iraku, co spowodowało pożar i śmierć co najmniej jednej osoby.
Irackie służby ewakuowały 38 członków załogi, a porty naftowe wstrzymały działalność po ataku.
Wcześniej w środę premier Iraku podczas rozmowy z prezydentem Iranu stwierdził, że ataki na Irak są niedopuszczalne i podważają wysiłki na rzecz stabilności.
Dwa zagraniczne tankowce transportowały olej opałowy. Atak, o którym poinformowały irackie władze, pozostaje nieokreślony, jednak wstępne śledztwo wykazało, że w jednostki miały uderzyć irańskie łodzie z materiałami wybuchowymi.
Rzecznik rządu Iraku przekazał krajowej agencji INA, że "dwa tankowce zostały wybrane do sabotażu".
Irak. Dwa tankowce trafione, wybuchł pożar
Służby Iraku ewakuowały na początku 25 członków załogi z obu okrętów. Według telewizji Al-Ikhbariya liczba osób, którym udzielono pomocy, wzrosła do 38.
Na tankowcach doszło do wybuchu pożaru, w wyniku czego zginęła co najmniej jedna osoba. Wszczęto poszukiwania potencjalnie zaginionych marynarzy.
Nagranie tego incydentu udostępnił w mediach społecznościowych m.in. Mossad Commentary. Widać na nim tankowiec, który w krótkim czasie pokrywa się płomieniami. Służby portowe podjęły akcję ratunkową.
Iracki urzędnik - cytowany przez agencję Reutera - poinformował, że porty naftowe "całkowicie wstrzymały działalność" po ataku na tankowiec, natomiast porty komercyjne pozostają otwarte.
Relacja Iraku z Iranem. "Ataki na nasze państwo są niedopuszalne"
Podczas rozmowy telefonicznej z prezydentem Iranu Masudem Pezeszkianem premier Iraku Mohammed Szia al-Sudani oświadczył, że ataki na Irak są niedopuszczalne i podważają wysiłki Bagdadu na rzecz powstrzymania konfliktu i wznowienia negocjacji - poinformowało w środę biuro premiera.
Al-Sudani wyraził również sprzeciw Iraku wobec - jak to określono - niesprawiedliwej wojny przeciwko Iranowi oraz podkreślił zaangażowanie rządu w utrzymanie bezpieczeństwa i stabilności w regionie.
Irak jest krajem w większości szyickim, co sprawia, że utrzymuje bliskie relacje religijne i polityczne z szyickim Iranem.
"Polityczny WF": Ostateczny argument za kandydaturą CzarnkaINTERIA.PL
- Nigdy nie chwalisz się za wcześnie, że wygrałeś. Jednak wygraliśmy - powiedział Donald Trump, komentując wojnę na Bliskim Wschodzie. Prezydent USA stwierdził, że konflikt z Iranem zakończy się wkrótce, bo "praktycznie nie ma już nic, co można atakować". - Małe to i tamto... - żartował w rozmowie z dziennikarzami.
Donald Trump o konflikcie na Bliskim Wschodzie i operacjach USA przeciwko IranowiJIM WATSON; ATTA KENARE; EYAD BABAAFP
W skrócie
Donald Trump stwierdził, że Stany Zjednoczone "wygrały" wojnę z Iranem, ale nadal ją kontynuują, aby "dokończyć sprawę".
Trump powiedział, że konflikt na Bliskim Wschodzie zakończy się "wkrótce", bo "praktycznie nie ma już nic, co można atakować".
Izraelski minister obrony Israel Kac powiedział, że wojna z Iranem trwa "bez żadnego limitu czasowego", a według Axiosa urzędnicy USA i Izraela przygotowują się na co najmniej dwa tygodnie ataków.
Prezydent USA Donald Trump ocenił, że Stany Zjednoczone "wygrały" wojnę z Iranem, ale będą ją nadal kontynuować, żeby dokończyć sprawę. - W pierwszej godzinie to się skończyło - mówił, cytowany przez agencję Reutera.
Donald Trump o końcu konfliktu z Iranem: Wkrótce
W krótkim wywiadzie dla portalu Axios amerykański przywódca zapewnił z kolei, że wojna na Bliskim Wschodzie skończy się "wkrótce", ponieważ "praktycznie nie ma już nic, co można atakować".
- Małe to i tamto... Za każdym razem, gdy chcę, żeby (coś) się skończyło, to się skończy - powiedział Trump.
- Wojna idzie świetnie. Jesteśmy daleko przed harmonogramem. Wyrządziliśmy więcej szkód, niż się spodziewaliśmy, nawet w pierwotnym sześciotygodniowym okresie - dodawał prezydent USA. - (Irańczycy - red.) chcieli całą resztę Bliskiego Wschodu. Płacą za 47 lat śmierci i zniszczeń, które sami spowodowali. To jest zemsta. Nie wyjdą z tego tak łatwo - podkreślił.
"Bez limitu". Odmienne od amerykańskiego zdanie Izraela
Choć prezydent twierdzi, że operacje w dużej mierze zostały wypełnione, amerykańscy i izraelscy urzędnicy - jak podaje Axios - nie otrzymali jeszcze wewnętrznej dyrektywy wskazującej potencjalną datę przerwania działań na Bliskim Wschodzie.
Izraelski minister obrony Israel Kac powiedział w środę, że wojna z Iranem trwa "bez żadnego limitu czasowego, tak długo, jak będzie to konieczne, aż osiągniemy wszystkie cele i zdecydowanie wygramy kampanię".
Według Axiosa zarówno urzędnicy USA, jak i Izraela przygotowują się na co najmniej dwa tygodnie ataków na Iran.
Dowódca Centralnego Dowództwa USA Brad Cooper tłumaczył, że misją amerykańskiego wojska jest pozbawienie Iranu zdolności do zbrojeń i blokowania żeglugi w cieśninie Ormuz. - Siła bojowa USA rośnie, a siła bojowa Iranu maleje - przekonywał na opublikowanym w mediach społecznościowych nagraniu.
Źródła: Reuters, Axios
"Polityczny WF": Ostateczny argument za kandydaturą CzarnkaINTERIA.PL
- Potrzebujemy przeorać ziemię naszego krakowskiego Kościoła, tak żeby się stała na nowo pulchna - stwierdził kard. Grzegorz Ryś. Metropolita krakowski zaprosił w ten sposób świeckich i duchownych do udziału w sobotnim otwarciu Synodu Duszpasterskiego. To pierwsze tego typu wydarzenie w Archidiecezji Krakowskiej od lat 70. ubiegłego wieku. Wówczas synod zwołał późniejszy papież Jan Paweł II.
Kraków. Kardynał Ryś zaprosił do udziału w sobotnim otwarciu Synodu DuszpasterskiegoJan Graczynski/East News | MAREK LASYK Reporter
W skrócie
Kardynał Grzegorz Ryś zaprosił świeckich i duchownych do udziału w otwarciu Synodu Duszpasterskiego Archidiecezji Krakowskiej.
Uroczysta inauguracja synodu odbędzie się w sobotę w Sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie, a poprzedzą ją spotkania wprowadzające prowadzone przez kard. Mario Grecha.
Ostatni synod w archidiecezji krakowskiej odbył się w latach 1972–1979 i został zwołany przez kard. Karola Wojtyłę.
Zaproszenie metropolita krakowski kardynał Grzegorz Ryś skierował w filmie nagranym w ogrodzie przy jednym z krakowskich kościołów. Duchowny zauważył w nagraniu, że ziemia, na której stoi, została przeorana przez krety, stała się pulchna i zaprosił "do równej aktywności, ale w wierze".
- Potrzebujemy przeorać ziemię naszego krakowskiego Kościoła, tak żeby się stała na nowo pulchna i żeby w nią od nowa siać, i żeby rosło Boże Słowo w nas, w naszych wspólnotach, w naszym Kościele. Jestem przekonany, że taką właśnie pracą gruntowną będzie nasz Synod, który otwieramy - powiedział metropolita.
Kardynał Ryś zaprosił na otwarcie Synodu Duszpasterskiego Archidiecezji Krakowskiej
Uroczysta inauguracja synodu odbędzie się w sobotę o godz. 18 w Sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie. Do udziału w Eucharystii zaproszone są delegacje ze wszystkich parafii Archidiecezji Krakowskiej, wspólnot, ruchów, zakonów i seminariów.
Wcześniej, od piątku 13 marca, odbywać się będą spotkania wprowadzające, które poprowadzi sekretarz generalny Synodu Biskupów kard. Mario Grech. To jemu papież Franciszek i Leon XIV zlecili prowadzenie synodu w całym Kościele.
Zwołanie synodu diecezjalnego kardynał Grzegorz Ryś zapowiedział w swojej homilii w czasie ingresu do katedry wawelskiej w grudniu 2025 roku, a w liście pasterskim na Wielki Postprzedstawił jego plan.
Ma on się odnosić do synodu o synodalności, który jest zainicjowanym w 2021 r. przez papieża Franciszka wieloletnim i wieloetapowym procesem reformy wspólnoty Kościoła. Obecnie, do jesieni 2028 roku, w Kościele katolickim potrwa proces wcielania go w życie.
Kraków. Ostatni synod w archidiecezji zwołany został przez Karola Wojtyłę
W pierwszym etapie synodu w diecezji, do wakacji, lokalne grupy skupią się na analizie dwóch pierwszych rozdziałów Dokumentu Końcowego Synodu.
Kolejny rok, do czerwca 2027 roku, poświęcony zostanie refleksji nad pozostałymi częściami dokumentu. Finał diecezjalnych prac przewidziany jest na jesień 2027 roku.
Ostatni synod w archidiecezji krakowskiej, zwołany przez kard. Karola Wojtyłę, odbył się w latach 1972-1979. Był próbą odczytania i adaptacji do realiów krakowskiego Kościoła nauczania Soboru Watykańskiego II.
"Polityczny WF": Największy koszmar prezesa KaczyńskiegoINTERIA.PL
Ponad 40 ukraińskich funkcjonariuszy zostało rannych w wyniku ataku dronów na komisariat policji w Szostce w obwodzie sumskim. Jak informował ukraiński resort spraw wewnętrznych, budynek został całkowicie zniszczony. Początkowo podawano, że rannych zostało około 20 mundurowych.
Rosjanie zaatakowali komisariat policji w obwodzie sumskim w Ukrainiekrotrus/X/UKRAINIAN EMERGENCY SERVICEAFP
W skrócie
Ponad 40 ukraińskich funkcjonariuszy zostało rannych w ataku dronów na komisariat policji w Szostce w obwodzie sumskim.
Budynek komisariatu został całkowicie zniszczony według ukraińskiego resortu spraw wewnętrznych.
Rosyjskie siły przeprowadziły ataki także na miasta Nikopol, Zaporoże i obwód zaporoski, a wcześniej też Charków.
Rosyjska armia przeprowadziła w środę rano atak przy użyciu dronów na komisariat policji w miejscowości Szostka w obwodzie sumskim w Ukrainie.
Ukraina: Rosja zaatakowała komisariat. Rannych ponad 40 policjantów
Początkowo ukraiński minister spraw wewnętrznych Ihor Kłymenko informował, że rannych zostało ponad 20 pracowników.
- Dziś rano bezzałogowy statek powietrzny zaatakował komisariat policji w Szostce. Budynek został zniszczony, ponad 22 pracowników zostało rannych - mówił polityk.
Wieczorem rzeczniczka resortu Mariana Rewa przekazała portalowi Ukraińska Prawda, że bilans rannych wzrósł do ponad 40 osób. Wszyscy poszkodowani to funkcjonariusze policji.
Wojna w Ukrainie. Rosja atakuje miasta na linii frontu
Kłymenko informował także o ciągłych rosyjskich atakach na miasto Nikopol w obwodzie dniepropietrowskim.
- W tym miejscu odległość od punktu startowego bezzałogowego statku powietrznego wynosi mniej niż 10 km. Pojawiają się informacje, że Rosjanie również tam ćwiczą wystrzeliwanie dronów w kierunku ludności cywilnej. Osobno strzelają z bezzałogowych statków powietrznych, osobno - z artylerii - tłumaczył ukraiński minister.
Agencja Unian zauważa, że miejscowości położone na linii frontu są codziennie ostrzeliwane przez Rosję. W środę Moskwa zaatakowała Zaporoże i obwód zaporoski za pomocą KAB-ów, rosyjskich kierowanych bomb lotniczych. W Charkowiekilkanaście osób zginęło w wyniku nocnego ataku na budynek mieszkalny.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski mówił we wtorek, że Rosja nie rezygnuje ze swoich marzeń o utworzeniu tzw. strefy buforowej w obwodzie sumskim oraz charkowskim.
Źródło: Unian, Ukraińska Prawda
"SAFE 0 proc." w Sejmie. Szef Kancelarii Prezydenta ponagla premiera. "Znak firmowy"Polsat NewsPolsat News
Polak usłyszał wyrok więzienia w Niemczech. "Nie był zabójcą kung-fu"
Sąd w Monachium skazał 31-letniego Rafała P. za spowodowanie śmierci 57-letniego mężczyzny, z którym spotkał się we wrześniu 2024 roku. "Śmierć była tragiczna i została spowodowana z zupełnie błahego powodu" - przekazano w komunikacie. Polak usłyszał nieprawomocny wyrok pięciu lat i trzech miesięcy więzienia. Kara jest stosunkowo łagodna, ponieważ - jak stwierdził sąd - mężczyzna "nie był zabójcą kung-fu".
Śledczy policyjni pracują na miejscu zabójstwa w Starym Ogrodzie Botanicznym w MonachiumMATTHIAS BALK / DPA / DPA PICTURE-ALLIANCEAFP
W skrócie
Sąd w Monachium skazał Rafała P. na pięć lat i trzy miesiące więzienia za spowodowanie śmierci mężczyzny w Starym Ogrodzie Botanicznym we wrześniu 2024 roku.
Motywem śmiertelnego ataku była kłótnia o zapalniczkę, tytoń oraz podejrzenie, że poszkodowany nagrywał sprawcę telefonem.
Najważniejszym dowodem w sprawie było nagranie z monitoringu, a Rafał P. przyznał się do winy; wyrok nie jest prawomocny.
Wielka Izba Karna Wyższego Sądu Krajowego orzekła w środę karę pięciu lat i trzech miesięcy więzienia dla Polaka, Rafała P., za śmiertelny atak na 57-latka w Starym Ogrodzie Botanicznym w Monachium, do którego doszło we wrześniu 2024 roku.
Sędzia uznał, że śmierć poszkodowanego była tragiczna i wynikła z błahego powodu, jednak Polak nie działał z zamiarem zabójstwa. Ponadto stwierdzono, że 31-latek nie był "zabójcą kung-fu", jak opisywały go media, i nie znał sztuk walki. Za śmiertelną kłótnią stały papierosy i niefortunnie wyciągnięty telefon.
Polak skazany za śmiertelny atak w Niemczech. Sąd ujawnił motyw
Według ustaleń sądu mężczyźni spotkali się w Starym Ogrodzie Botanicznym w Monachium 25 września 2024 roku. Doszło między nimi do kłótni o zapalniczkę i tytoń. Gdy poszkodowany został uderzony w tył głowy, postanowił wyjąć telefon i zrobić zdjęcie.
Polak stwierdził, że poszkodowany go nagrywa, więc w przypływie złości wymierzył mu kopnięcie frontowe, trafiając mężczyznę w szczękę. Śledczy ustalili, że nie był to atak z pełną siłą i miał przede wszystkim powstrzymać 57-latka przed rzekomym nagrywaniem agresora.
"Oskarżony działał z zamiarem spowodowania uszczerbku na zdrowiu, ale bez zamiaru zabójstwa" - uzasadniono w orzeczeniu wyroku skazującego. Z tego powodu Rafał P. została skazany nie za morderstwo, a doprowadzenie do śmierci.
Ofiara zmarła na skutek zatrzymania oddechu, mimo podjętej próby reanimacji przez zespół ratownictwa medycznego. Sekcja zwłok nie wykazała obrażeń czaszki ani mózgu.
Niemcy. Uderzył mężczyznę i uciekł. Zdradziło go nagranie z monitoringu
Najważniejszym dowodem w procesie sądowym było nagranie z kamery monitoringu, która zarejestrowała kopnięcie. W toku śledztwa ustalono również, że Polak w chwili popełnienia przestępstwa był pijany i oddalił się z miejsca zdarzenia.
We wrześniu 2024 roku policja prowadziła poszukiwania Rafała P., udostępniając jego zdjęcie. Pod uwagę brano m.in. to, że mężczyzna ucieknie do Polski.
Oskarżony przyznał się do winy. Wyrok nie jest jednak prawomocny - odwołanie może zostać złożone w ciągu siedmiu dni. Do tego czasu mężczyzna pozostanie w areszcie.
Źródła: Interia, BR24
"SAFE 0 proc." w Sejmie. Szef Kancelarii Prezydenta ponagla premiera. "Znak firmowy"Polsat NewsPolsat News
Incydent w metrze z udziałem Hiszpanów. Policja zatrzymała cztery osoby
Policja z Warszawy zatrzymała cztery osoby - obywateli Hiszpanii - które dokonały awaryjnego otwarcia drzwi pociągu metra. W trakcie postoju trzej mężczyźni i kobieta namalowali graffiti na dwóch wagonach. Ze względu na incydent trasa M1 została skrócona i przez kilka godzin występowały utrudnienia w ruchu.
Warszawa. Policja zatrzymała cztery osoby, które dokonały awaryjnego otwarcia drzwi pociągu metraPolicja Warszawamateriał zewnętrzny
W skrócie
Policja z Warszawy zatrzymała cztery osoby, trzech mężczyzn i kobietę, którzy awaryjnie otworzyli drzwi pociągu metra na stacji Wawrzyszew i nanieśli graffiti na dwa wagony.
Wszyscy zatrzymani to obywatele Hiszpanii.
Z powodu incydentu skład został wycofany z ruchu, co spowodowało skrócenie trasy metra M1 i uruchomienie zastępczej linii autobusowej ZM1.
Policja z Warszawy poinformowała, że funkcjonariusze "zatrzymali cztery osoby: trzech mężczyzn i kobietę, którzy dzisiaj po godzinie 15:00 na stacji metra Wawrzyszew dokonali awaryjnego otwarcia drzwi pociągu".
Warszawa. Utrudnienia w metrze, policja zatrzymała cztery osoby
"Podczas wymuszonego postoju osoby te naniosły graffiti na dwa wagony, po czym oddaliły się z miejsca" - przekazała policja w opublikowanym komunikacie.
Po otrzymaniu zgłoszenia o zdarzeniu policyjny patrol "błyskawicznie zatrzymał trzech mężczyzn". "Kobieta, która im towarzyszyła, została ujęta przez strażnika miejskiego i przekazana Policji" - czytamy w komunikacie.
Policja poinformowała, że "wszyscy zatrzymani to obywatele Hiszpanii". "Czynności procesowe w toku" - dodano.
Metro w Warszawie kursowało na skróconej trasie
Do sprawy odniosła się także rzeczniczka warszawskiego metra Anna Bartoń. Wyjaśniła, że zdarzenie wywołało utrudnienia w funkcjonowaniu linii M1 podziemnej kolejki.
- Ze względu na politykę firmy pomalowany skład został skierowany na tory odstawcze i zjechał do stacji postojowo-technicznej Kabaty - wytłumaczyła.
Anna Boroń dodała, że służby musiały sprawdzić torowisko. Ponadto konieczne okazało się wyłączenie napięcia.
- Dlatego metro kursowało na skróconej trasie Metro Młociny - Plac Wilsona - wyjaśniła rzeczniczka warszawskiego metra.
Z powodu tymczasowego zakłócenia w kursowaniu pociągów linii metra Zarząd Transportu Miejskiego uruchomił zastępczą linię autobusową ZM1.
"Polityczny WF": Największy koszmar prezesa KaczyńskiegoINTERIA.PL
Zniesienie nałożonych na Rosję sankcji oznaczałoby uznanie legalności agresji na Ukrainę, wybaczenie Rosji tej zbrodni - oświadczył Wołodymyr Zełenski. Do takiego działania wzywał premier Węgier Viktor Orban. "Jako prezydent kraju, który jest ofiarą wojny, uważam to za absolutnie niesprawiedliwe" - podkreślił ukraiński przywódca.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr ZełenskiTETIANA DZHAFAROVA AFP
W skrócie
Wołodymyr Zełenski skrytykował wezwania Viktora Orbana do zniesienia sankcji nałożonych na Rosję, uznając je za "absolutnie niesprawiedliwe".
Prezydent Ukrainy poinformował o wysłaniu trzech ukraińskich zespołów na Bliski Wschód oraz o rozmowach z Niemcami na temat wsparcia wojskowego.
Zełenski podkreślił znaczenie zaangażowania Niemiec i Unii Europejskiej w negocjacjach pokojowych w kontekście odbudowy Ukrainy oraz jej członkostwa w UE.
W środę prezydent UkrainyWołodymyr Zełenski spotkał się z przewodniczącą niemieckiego Bundestagu Julią Klöckner. W mediach społecznościowych ukraiński przywódca odniósł się m.in. do pojawiających się głosów wzywających do zniesienia sankcji nałożonych na Rosję po inwazji na Ukrainę.
Ukraina odpowiada na wezwania Węgier. "To oznaczałoby, że wybaczamy"
"Europa, Stany Zjednoczone i cały cywilizowany świat nałożyły sankcje na Rosję za jej agresję. Moim zdaniem, zniesienie tych sankcji oznaczałoby uznanie przez nas legalności tej agresji - to znaczy, że to czy inne państwo wybacza Rosji tę zbrodnię" - napisał Zełenski w serwisie X.
Podkreślił, że "jako prezydent kraju, który jest ofiarą tej wojny i jako ktoś, kto w gruncie rzeczy rozumie, że agresja nie może pozostać bezkarna, uważa to za absolutnie niesprawiedliwe".
Premier WęgierViktor Orban informował w poniedziałek, że zaapelował w piśmie do przewodniczącej Komisji EuropejskiejUrsuli von der Leyen, by w związku ze wzrostem cen energii w Unii Europejskiejzniosła unijne sankcje energetyczne nałożone na Rosję za inwazję na Ukrainę. Zwracał przy tym uwagę na wstrzymanie dostaw rurociągiem "Przyjaźń" oraz wojnę na Bliskim Wschodzie, która skutkowała zablokowaniem przez Iran cieśniny Ormuz.
W środę prezydent FrancjiEmmanuel Macron po spotkaniu grupy G7 przekazał, że blokada cieśniny Ormuz nie uzasadnia cofnięcia sankcji wobec Rosji. Jak relacjonował, kraje "wielkiej siódemki" są zgodne, że nie należy zmieniać stanowiska wobec Rosji i trzeba nadal wspierać Ukrainę.
Wojna na Bliskim Wschodzie. Ruch Ukrainy
Tymczasem Zełenski przekazał w serwisie X, że trzy ukraińskie zespoły udały się na Bliski Wschód.
"Silne zespoły - z ekspertami, personelem wojskowym i inżynierami. Wojsko już dziś komunikuje się i pracuje. Sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony (RBNO), Rustem Umerow, przybył dziś do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, aby omówić obszary współpracy. Odwiedzi również kilka innych krajów, w tym Arabię Saudyjską" - zapowiedział prezydent Ukrainy.
Gwarancje bezpieczeństwa i sprzęt wojskowy. Zełenski zwrócił się do Niemiec
W odpowiedzi na pytanie o oczekiwania odnośnie wsparcia ze strony niemieckiego parlamentu, Zełenski wspomniał o spotkaniu koalicji chętnych w Paryżu na początku roku.
"Podjęto decyzję w sprawie gwarancji bezpieczeństwa - a konkretnie tej części, która zależy od naszych europejskich kolegów. Państwa współprzewodniczące - Wielka Brytania i Francja - podpisały stosowną deklarację. Deklaracja ta jest następnie przekazywana parlamentom krajów europejskich, które są gotowe ją poprzeć na swoim szczeblu. Mamy nadzieję, że niemieccy parlamentarzyści poprą udział Niemiec w gwarancjach bezpieczeństwa po zakończeniu wojny" - oznajmił Zełenski.
"Po drugie, wsparcie finansowe. Niemcy są największym sponsorem naszej armii. Takie decyzje zależą od zgody parlamentu. Istnieje inicjatywa PURL, dzięki której możemy kupować pociski rakietowe do systemów Patriot. To stałe przydzielanie środków, a decyzje podejmowane są zarówno na szczeblu rządowym, jak i parlamentarnym. Dla nas jest to bardzo ważne" - zaznaczył prezydent Ukrainy.
Negocjacje pokojowe. Prezydent Ukrainy wskazuje na Niemcy i UE
Zełenski poinformował też, że Kijów przygotowuje plan energetyczny, aby chronić ukraiński sektor energetyczny, "ze szczególnym naciskiem na decentralizację systemu energetycznego w celu obrony przed Rosją".
"Potrzebna jest ochrona w różnych formach: dodatkowe dostawy gazu i energii elektrycznej, budowa interkonektorów. Istnieje również potrzeba technicznego zwiększenia zdolności importowych z Europy na wypadek niedoborów. Poza tym mamy do czynienia z kotłowniami, elektrowniami wiatrowymi i słonecznymi i wieloma innymi. Liczymy na wsparcie Niemiec w tym obszarze" - zauważył Zełenski.
Ukraiński przywódca podkreślił, że "równie ważne jest zaangażowanie Unii Europejskiej i Niemiec w proces negocjacyjny, ponieważ obejmuje takie tematy, jak odbudowa Ukrainy, europejska infrastruktura bezpieczeństwa i członkostwo Ukrainy w UE". "Każda z tych kwestii jest istotna i oczekujemy poparcia w ich sprawie. Zależy to od parlamentów, ponieważ odzwierciedla to stanowisko kraju" - ocenił Zełenski.
"Polityczny WF": PiS kontra Konfederacja. Jaką misję ma Czarnek?INTERIA.PL
FBI miało ostrzegać przed planami Iranu na terenie USA. "Nie obawiam się"
Donald Trump powiedział w środę, że nie martwi się atakami Iranu na terytorium USA - poinformował Reuters. Amerykańska telewizja ABC dotarła jednak do ostrzeżenia FBI, które wysłane zostało do departamentów policji w Kalifornii. Wynika z niego, że Teheran może odpowiedzieć na ataki USA, wystrzeliwując drony w kierunku zachodniego wybrzeża kraju.
Donald Trump nie obawia się ataków Iranu na terytorium USAGiovanni Simeone / Simephoto / Forum | Sasan / Middle East Images / AFP | Kyle Mazza/AnadoluGetty Images
W skrócie
Donald Trump powiedział, że nie obawia się ataków Iranu na terytorium USA.
FBI ostrzegło departamenty policji w Kalifornii o możliwych atakach dronami ze strony Iranu w przypadku uderzenia USA na Iran.
Iran zapowiedział możliwość ataków na ośrodki gospodarcze i instytucje bankowe powiązane ze Stanami Zjednoczonymi oraz Izraelem na Bliskim Wschodzie.
Donald Trump pytany w środę, czy obawia się, że Iran rozszerzy swoje działania odwetowe o ataki na terytorium USA, odpowiedział reporterom: "Nie, nie obawiam się".
Amerykańska telewizja ABC News przekazała później, że amerykańskie Federalne Biuro Śledcze (FBI) ostrzegło departamenty policji w Kalifornii, iż Iran może odpowiedzieć na uderzenia USA, wystrzeliwując drony na zachodnie wybrzeże.
Amerykańskie media: Iran miał planować ataki na USA
"Otrzymaliśmy ostatnio informacje, że na początku lutego 2026 r. Iran rzekomo zamierzał przeprowadzić niespodziewany atak przy użyciu bezzałogowych statków powietrznych z niezidentyfikowanego statku u wybrzeży Stanów Zjednoczonych" - przekazało FBI w komunikacie, do którego dotarła stacja.
Z ostrzeżenia, które miało zostać rozesłane pod koniec lutego, wynikało, iż ataki miały dotyczyć "nieokreślonych celów w Kalifornii" i mieć miejsce w przypadku "przeprowadzenia przez Stany Zjednoczone ataków na Iran".
"Nie mamy żadnych dodatkowych informacji na temat czasu, metody, celu ani sprawców tego domniemanego ataku" - napisało FBI w komunikacie.
Biuro gubernatora Kalifornii Gavina Newsoma poinformowało, że ostrzeżenie wysłane przez FBI było jedną z wielu aktualizacji bezpieczeństwa, które stan otrzymuje każdego dnia od partnerów federalnych. Kalifornia - jak podano - zaostrzyła swoją politykę bezpieczeństwa od początku konfliktu.
- Biuro ds. Ratownictwa przy Gubernatorze aktywnie współpracuje z funkcjonariuszami służb bezpieczeństwa na szczeblu stanowym, lokalnym i federalnym - powiedziała Diana Crofts-Pelayo, rzeczniczka Newsome'a w rozmowie z Reutersem.
Agencja skontaktowała się również z rzecznikami FBI, policją w Los Angeles oraz burmistrzem Los Angeles. Do tej pory nie otrzymała jednak od nich odpowiedzi.
Wojna na Bliskim Wschodzie. Atak fizyczny Iranu na USA jest "mało prawdopodobny"
Reuters przypomina, że na początku marca także informował, iż Iran i jego sojusznicy mogą odpowiedzieć atakami na USA.
"Ocena zagrożenia sporządzona przez Biuro Wywiadu i Badań w Departamencie Bezpieczeństwa Krajowego stwierdza, że Iran i jego sojusznicy 'prawdopodobnie' stanowią zagrożenie ukierunkowanymi atakami na Stany Zjednoczone, chociaż atak fizyczny na dużą skalę jest mało prawdopodobny" - podawała agencja.
Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły ataki na Iran 28 lutego, wszczynając jednocześnie pełnoskalową wojnę w regionie Zatoki Perskiej. W wyniku uderzeń zginął m.in. najwyższy przywódca polityczno-religijny kraju ajatollah Ali Chamenei. W odpowiedzi Teheran rozpoczął uderzenia odwetowe.
Iran zapowiedział serię ataków na instytucje bankowe związane z USA
Dodajmy, że Iran w ostatnim czasie zapowiedział w możliwość ataków na ośrodki gospodarcze i instytucje bankowe powiązane ze Stanami Zjednoczonymi oraz Izraelem na Bliskim Wschodzie. Ostrzeżenie pojawiło się po niedawnym uderzeniu na jeden z irańskich banków, za który Teheran obwinia Waszyngton i Tel Awiw.
Rzecznik połączonych komisji wojskowych Chatam ol-Anbia Ebrahim Zolfaqari stwierdził, że działania Iranu mogą być odpowiedzią na "nielegalny atak" na instytucję finansową w kraju. Jego wypowiedź przytoczyły państwowe media.
- Po nieudanej kampanii terrorystyczna armia USA i okrutny reżim syjonistyczny wzięły na celownik jeden z banków w kraju - powiedział Zolfaqari. Według rzecznika atak miał zmusić Iran do podjęcia działań odwetowych.
Źródło: Reuters, AFP
"Polityczny WF": Ostateczny argument za kandydaturą CzarnkaINTERIA.PL
- Miało być zero procent, jest zero złotych - ironizuje jeden z członków rządu, gdy pytamy go o złożony w Sejmie przez Kancelarię Prezydenta projekt ustawy o "polskim SAFE 0 proc.". Ironia jest jasnym nawiązaniem do słów Donalda Tuska, w których po spotkaniu w Pałacu Prezydenckim surowo podsumował propozycję głowy państwa i prezesa Narodowego Banku Polskiego.
Inny z naszych rozmówców, parlamentarzysta obozu władzy zaznajomiony z kulisami prac nad unijnym programem SAFE, przyznaje, że rządzący liczyli na "zgodny z prawem instrument, który wygeneruje tani pieniądz" możliwy do zainwestowania w modernizację polskich sił zbrojnych. - Ale to w tej ustawie się nie pojawiło - wzrusza ramionami. I dodaje: - Prezydent jednak nie ma magicznej różdżki, prezes NBP również i niczego magicznego nie wyczarowali.
Prezydencki projekt. "Polski SAFE okazał się pustym sejfem"
Dokument zakłada utworzenie w Banku Gospodarstwa Krajowego specjalnego funduszu, z którego środki posłużyłyby do finansowania inwestycji w polskie siły zbrojne. W projekcie nie zostały wskazane konkretne kwoty, które bank centralny miałby przeznaczyć na rzecz polskiej armii, ani nawet szczegóły finansowania. Dowiadujemy się jedynie, że środki pochodziłyby z: zysku NBP, emisji obligacji, kredytów i pożyczek, a także odsetek od wolnych środków w złotych i walutach obcych. Ustawa przewiduje również możliwość pozyskiwania środków z innych tytułów.
Rządzący, którzy od prezydenta i prezesa NBP nasłuchali się o alternatywnych 185 mld zł do zainwestowania w polską armię, są poirytowani finalnym kształtem prezydenckiego projektu. Pytani o niego nie przebierają w słowach.
Polityk z rządu: - Nie róbmy z ludzi idiotów. Wystarczy zadać podstawowe pytania, żeby zobaczyć, że ta ustawa nic nie wnosi. Pytanie pierwsze z brzegu: gdzie jest kapitał? Pytanie drugie: co ze stratami NBP, tymi już zaraportowanymi i tymi przewidywanymi?
Wysoki rangą urzędnik MON: - Nie jestem zaskoczony kształtem tej ustawy, bo wiem, że dzisiaj nie ma żadnych środków, które NBP mógłby przedstawić do dyspozycji budżetu państwa. Tych pieniędzy nie ma i to musimy sobie powiedzieć.
Prezes NBP Adam Glapiński i prezydent Karol Nawrocki o alternatywie dla programu SAFEWojciech OlkusnikEast News
Osoba z sejmowej komisji obrony narodowej: - Polski SAFE okazał się pustym sejfem. W tej ustawie, przynajmniej przez najbliższe półtora roku, nie ma realnych pieniędzy. Głównym źródłem ma być wpłata zysku NBP do budżetu państwa. Tymczasem NBP dopiero co informował premiera, że za rok 2025 szykuje się ogromna strata.
Dobrze rozeznany w temacie obronności parlamentarzysta Koalicji Obywatelskiej: - Ustawa przygotowana przez Glapińskiego to ustawa o spekulacji, a nie o finansowaniu. A ja jestem posłem, nie spekulantem. Mam tworzyć prawo, a nie spekulacje.
Trzy grzechy prezydenckiego projektu. "Do niczego niepotrzebny"
Gdy wchodzimy z naszymi rozmówcami w szczegóły ich zastrzeżeń do prezydenckiego projektu, na pierwszy plan wybijają się trzy kwestie.
Po pierwsze, w ustawie nie zagwarantowano "na twardo" konkretnego finansowania polskich sił zbrojnych. Nie pojawia się żadna kwota, a nawet same źródła potencjalnych funduszy opisane są pobieżnie, co nasi rozmówcy określają jako "optymistyczną gdybologię".
W ogóle nie traktuję tej (prezydenckiej - przyp. red.) ustawy jako alternatywy dla unijnego SAFE. Nie ma w niej pieniędzy, więc o czym tu rozmawiać? (...) Oni naprawdę ulegli lobbystom obcych państw, nie mam co do tego wątpliwości
Sytuacja jest tym bardziej problematyczna, że od 2022 roku bank centralny co roku raportuje straty - w 2022 roku było to 16,9 mld zł, w 2023 - 20,8, w 2024 - 13,4, a w 2025 szacunki mówią o około 30. Łączna skumulowana strata NBP z ostatnich lat na koniec 2025 roku miała wynieść nawet 100 mld zł. - Czyli żeby dotrzymać złożonej obietnicy i działać w granicach prawa NBP musiałby wypracować zysk na poziomie 285 mld zł. A w tej ustawie jest okrągłe zero - punktuje w rozmowie z Interią jeden z ministrów.
Po drugie, w ocenie rządzących ustawa nie wprowadza żadnego nowatorskiego rozwiązania nawet w sferze prawnej czy ekonomicznej. Politycy, z którymi rozmawiamy, podkreślają, że ustawowym obowiązkiem NBP jest przekazywanie do budżetu państwa 95 proc. corocznego zysku, jeśli takowy uda się wypracować. Przekazane w ten sposób pieniądze mogą być przeznaczone na zakupy dla wojska i nie potrzeba w tym celu tworzyć nowych podmiotów w obrębie BGK. - Ta ustawa jest do niczego niepotrzebna - kwituje wysoko postawiony urzędnik z MON.
Po trzecie, politycy większości parlamentarnej wytykają rozwiązaniom zawartym w projekcie potencjalną niekonstytucyjność. - W konstytucji zadania NBP są precyzyjnie opisane i z całą pewnością takim zadaniem nie jest finansowanie jakiegokolwiek funduszu. Zmienianie tego ustawą i przekazywanie przez NBP zysku nie do budżetu państwa, ale do jakiegoś funduszu, jest niezgodne z prawem - nie ma wątpliwości nasze źródło w resorcie obrony.
Rząd spodziewa się weta. "To jest działanie antypolskie"
Rozczarowanie i krytyka ze strony rządzących to nie tylko słowa. To także rysująca się w ciemnych barwach przyszłość prezydenckiego projektu. Tym bardziej, że w ostatnich kilkudziesięciu godzinach w obozie władzy doszło do wyraźnej zmiany nastawienia wobec decyzji prezydenta w sprawie ustawy wprowadzającej unijny program SAFE.
Jeszcze pod koniec ubiegłego tygodnia wśród rządzących panowało przekonanie, że prezydent zachowa się racjonalnie, także z punktu widzenia swoich własnych politycznych interesów. Dlatego ani premier, ani szef MON nie odrzucili na wstępie propozycji głowy państwa i prezesa NBP. Nasi rozmówcy z otoczenia szefa rządu i z resortu obrony mówili wprost: nie mamy problemu z sytuacją win-win, w której rząd ma podpisaną ustawę o program SAFE, a prezydent uchwalony swój projekt o "polskim SAFE 0 proc.".
Rządzący liczyli, że prezydent nie tylko nie będzie chciał utrudniać modernizacji polskich sił zbrojnych - jest przecież ich zwierzchnikiem - ale że wykorzysta okazję do budowania własnej agendy politycznej i uniezależnienia się od Nowogrodzkiej. W chwili pisania tego artykułu optymizmu co do finalnej decyzji prezydenta jest już wśród rządzących bardzo mało.
Premier Donald Tusk oraz wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-KamyszFilip NaumienkoReporter
- Nie spodziewam się niczego dobrego po prezydencie - mówi wprost ważny polityk obozu władzy. - Spodziewamy się, że to będzie weto. W przeciwnym razie po co byłby ten cały cyrk? A jak będzie weto, to będziemy robić swoje - to już jeden z członków rządu. Wtóruje mu inny z naszych rozmówców, polityk zaangażowany w prace nad SAFE: - Wszystko wskazuje na to, że prezydent wybrał weto. Tyle że to jest działanie antypolskie.
Przywołuje przy tej okazji informacje Onetu, według których prezydent 9 marca spotkał się z szefem Sztabu Generalnego gen. Wiesławem Kukułą i szefem Agencji Uzbrojenia gen. Arturem Kuptelem i poinformował ich, że zamierza zawetować ustawę o programie SAFE. Jak podaje Onet, prezydent spotkał się osobno z każdym z dowódców, co w rządzie zostało odebrane jako próba rozgrywania generalicji przeciwko rządowi.
- Jeśli to prawda, to jest totalna kapitulacja prezydenta. Pokazuje, że nie liczy się dla niego ani interes, ani bezpieczeństwo państwa, tylko partyjniactwo i interes polityczny jego własnego obozu - irytuje się ważny polityk Koalicji 15 Października.
Rząd chce pozbawić prezydenta alibi. "Polityczna wydmuszka"
Ewentualne prezydenckie weto do ustawy wprowadzającej program SAFE będzie mieć też bezpośredni wpływ na los projektu o powołaniu Polskiego Funduszu Inwestycji Obronnych. Decyzją marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego ustawa nie będzie procedowana w Sejmie do momentu podjęcia przez prezydenta decyzji ws. rządowego projektu.
Ustawa przygotowana przez Glapińskiego to ustawa o spekulacji, a nie o finansowaniu. A ja jestem posłem, nie spekulantem. Mam tworzyć prawo, a nie spekulacje
Z informacji Interii wynika, że to decyzja koalicyjna, która ma uniemożliwić głowie państwa polityczne rozgrywanie rządzących. Jednocześnie jest to polityczna manifestacja i pokazanie, że jedyną szansę na sukces z "polskim SAFE 0 proc." jest wcześniejsze podpisanie ustawy o unijnym programie SAFE.
- Tak, przyszłość tej ustawy jest mocno związana z decyzją prezydenta ws. unijnego SAFE. Jeśli będzie pozytywna decyzja, to otwiera się pole do rozmów i działania. Jeżeli będzie negatywna, to o czym tu rozmawiać? - słyszymy w sejmowej komisji obrony narodowej.
Nasi rozmówcy z rządu i koalicji rządzącej podkreślają, że w rozmowach z prezydentem z ich strony kluczem od początku była zasada wzajemności i nic w tym względzie się nie zmieniło. Jeśli teraz okazuje się, że cały projekt "polskiego SAFE 0 proc." był politycznym fortelem, to odpowiedź rządzących będzie adekwatna.
- Prezydencka ustawa była polityczną wydmuszką, żeby zrobić z niczego polityczny sukces dla prezydenta. Sukces i alibi na okoliczność weta do unijnego SAFE - ocenia jeden z posłów dobrze rozeznanych w temacie unijnego SAFE. Po chwili dodaje: - Tego alibi nie będzie, jeśli prezydent zawetuje faktyczne pieniądze z UE, już wynegocjowane i przygotowane do wydania.
- W ogóle nie traktuję tej ustawy jako alternatywy dla unijnego SAFE. Nie ma w niej pieniędzy, więc o czym tu rozmawiać? - ucina temat prezydenckiego projektu jeden z ministrów. Obozowi prezydenckiemu, po którym spodziewa się weta, nie szczędzi gorzkich słów: - Oni naprawdę ulegli lobbystom obcych państw, nie mam co do tego wątpliwości. Kaczyński i Nawrocki robią politykę, zamiast myśleć o bezpieczeństwie Polski.
"SAFE 0 proc." w Sejmie. Szef Kancelarii Prezydenta ponagla premiera. "Znak firmowy"Polsat NewsPolsat News
Operacja "Zwiędłe Ziarno". Ponad 100 rakiet zmierza w stronę Izraela
Hezbollah wystrzelił z terytorium Libanu ponad 100 rakiet wymierzonych w północ Izraela. Media donoszą, że atak może być skoordynowany z Iranem. Organizacja terrorystyczna rozpoczęła nową fazę wojny na Bliskim Wschodzie - operację "Zwiędłe Ziarno".
Atak Hezbollahu na IzraelX.com/Mossad; Clash Reportmateriał zewnętrzny
W skrócie
Hezbollah wystrzelił ponad 100 rakiet z Libanu w kierunku północnego Izraela, rozpoczynając operację "Zwiędłe Ziarno".
W odpowiedzi Izrael przeprowadził ataki na przedmieścia Bejrutu oraz infrastrukturę Hezbollahu w Libanie.
W Górnej Galilei jedna z rakiet spadła na dom, raniąc pięć osób, a w Libanie odnotowano serię eksplozji.
Hezbollah i siły Iranu w Libanie przeprowadziły wspólny atak rakietowy na północny Izrael, co było pierwszym skoordynowanym atakiem od początku wojny - przekazał agencji Reutera izraelski urzędnik obrony. W odwecie Izrael przypuścił uderzenie na Dahieh - przedmieścia Bejrutu.
"Oprócz działań przechwytujących izraelskie siły powietrzne obecnie atakują gotowe do odpalenia wyrzutnie pocisków oraz dodatkowe obiekty infrastrukturalne należące do Hezbollahu w całym Libanie" - podały w komunikacie Siły Obrony Izraela.
Hezbollah zaatakował Izrael. Są ranni, wojsko reaguje
Izraelskie wojsko podkreśla, że Hezbollah atakuje cywilów. "Trwają działania mające na celu przechwycenie pocisków Hezbollahu. Siły Obronne Izraela z determinacją walczą z organizacją terrorystyczną Hezbollah po podjęciu świadomej decyzji o ataku na Izrael w imieniu reżimu irańskiego" - poinformowano w kolejnym oświadczeniu.
Na terenie całego Izraela uruchomiono syreny alarmowe. Media informują, że w Górnej Galilei rakieta spadła na dom, w wyniku czego ucierpiało pięć osób. Strażacy zdecydowali się na odcięcie prądu, aby zapobiec wybuchowi pożaru.
Odwet Izraela wobec Hezbollahu w Libanie
Pojawiły się doniesienia o serii eksplozji w Libanie - podała agencja AFP. Uderzenia wycelowane są w południowe rejonu stolicy, Bejrutu.
Izraelski urzędnik w rozmowie z agencją Reutera zaznaczył, że Izrael będzie kontynuował ataki, dopóki Hezbollah nie zostanie rozbrojony.
Rzecznik sił Izraela płk Avichay Adaree zaapelował do cywilów w Bejrucie: Nie wracajcie do południowej dzielnicy aż do odwołania. "W wyniku poważnych zbrodni popełnionych przez organizację terrorystyczną Hezbollah izraelska armia wkrótce zadziała z dużą siłą przeciwko swoim instalacjom wojskowym, interesom i zdolnościom" - dodał w komunikacie, cytowanym przez AFP.
Według libańskiego ministra zdrowia Rakana Nassereddine'a i minister ds. społecznych Haneen Sayed w ciągu 10 dni wojny między Izraelem a Hezbollahem na Bliskim Wschodzie zginęły 634 osoby, a półtora tysiąca osób zostało rannych. Ponadto 800 tysięcy mieszkańców przesiedliło się.
Źródła: AFP, Reuters, The Times of Israel
"Polityczny WF": Ostateczny argument za kandydaturą CzarnkaINTERIA.PL
Polak wyruszył na poszukiwania ojca. Teraz obaj walczą o powrót do kraju
Polak wyruszył na poszukiwania zaginionego w Kambodży ojca. Mężczyznę udało się odnaleźć, lecz wraz z synem utknęli w kraju z powodu wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie. Teraz walczą o powrót do ojczyzny.
Stolica Kambodży Phnom PenhSUY SEAFP
W skrócie
Polak udał się do Kambodży, aby odnaleźć zaginionego ojca.
Mężczyzna i odnaleziony 59-latek utknęli w Kambodży z powodu wojny na Bliskim Wschodzie.
59-latek wyszedł ze szpitala, obaj czekają w hotelu na powrót do Europy. Sytuację utrudnia jednak brak dokumentów odnalezionego Polaka.
Jak podaje brytyjski tabloid "Mirror", 59-letni Polak udał się do Kambodży i chciał przenieść się do stolicy Phnom Penh, lecz z końcem stycznia zniknął bez śladu.
Kambodża: Polak wyruszył na poszukiwania zaginionego ojca
Bliscy zgłosili zaginięcie mężczyzny, a na poszukiwania wyruszył jego syn. Z pomocą międzynarodowych władz, ludności lokalnej i zatrudnionego przez rodzinę prywatnego detektywa oraz dzięki mediom społecznościowych na początku lutego 59-latka udało się w końcu odnaleźć.
Jak wynika z informacji podanych na stronie GoFundMe, mężczyzna był poważnie osłabiony, skrajnie niedożywiony i doznał poważnego urazu. Cierpiał również na problemy ze zdrowiem psychicznym i stracił cały swój dobytek, w tym dokumenty tożsamości. Po odnalezieniu trafił do prywatnej kliniki.
Syn 59-latka powiedział brytyjskiemu dziennikowi, że jego ojciec nie wypowiedział się jeszcze na temat dokładnych okoliczności swojego zaginięcia, ale podkreślił, że "z pewnością wydarzyło się coś poważnego".
Ojciec z synem próbują wrócić do Polski. W tle wojna na Bliskim Wschodzie
Jak czytamy, leczenia w klinice to koszt 350 dolarów (około 1,3 tys. zł) dziennie, ponieważ ubezpieczenie podróżne nie pokryło tych wydatków. Z kolei z uwagi na brak dokumentów 59-latka, jego syn musiał ubiegać się w ambasadzie o tymczasowy dokument, ważny przez tydzień i na określony rejs powrotny. Lot został jednak odwołany z powodu wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie, a zmiana planu podróży wymaga złożenia nowego wniosku.
- To opóźnienie jeszcze bardziej zwiększa i tak już znaczne koszty - informuje syn 59-latka na stronie GoFundMe.
- Chociaż robimy wszystko, co w naszej mocy, aby bezpiecznie wrócić do Europy, ograniczenia narzucone przez stan zdrowia mojego ojca i jego dokumenty podróżne sprawiają, że musimy konkurować z wieloma innymi uwięzionymi podróżnymi o kilka dostępnych lotów do Europy - dodaje mężczyzna.
59-latek opuścił już szpital. Wraz z synem czekają w hotelu na powrót do Europy. Młodszy mężczyzna podkreślił, że jego ojciec wymaga ścisłej obserwacji. - Musi jak najszybciej wrócić do domu i pilnie potrzebuje pomocy - zaznacza. Ich lot powrotny do Polski zaplanowano na piątek.
Źródło: "Mirror", tag24.de
"Polityczny WF": Największy koszmar prezesa KaczyńskiegoINTERIA.PL
Strzały przed szkołą w Warszawie. Policja zatrzymała podejrzewanego
Policja zatrzymała 43-letniego mężczyznę podejrzewanego o ostrzelanie szkoły przy ul. Marszałkowskiej w Warszawie. "Podczas przeszukania jego mieszkania policjanci znaleźli i zabezpieczyli pistolet pneumatyczny typu wiatrówka oraz metalowe kulki" - przekazano.
Policja zatrzymała podejrzewanego o ostrzelanie budynku szkołyPolicja ŚródmieściePolsat News
W skrócie
Policja zatrzymała 43-letniego mężczyznę podejrzanego o ostrzelanie szkoły przy ul. Marszałkowskiej w Warszawie.
W mieszkaniu zatrzymanego znaleziono pistolet pneumatyczny typu wiatrówka oraz metalowe kulki, które zostały zabezpieczone.
W wyniku incydentu nikt nie ucierpiał, a śledztwo prowadzone przez policję jest w toku.
"Policjanci ze Śródmieścia, we współpracy z funkcjonariuszami Komendy Stołecznej Policji, zatrzymali 43-letniego obywatela Polski podejrzewanego o ostrzelanie dzisiaj rano przyulicy Marszałkowskiej budynku, w którym znajduje się szkoła" - podano w komunikacie policji.
Strzały przed szkołą w Warszawie. Zatrzymano podejrzewanego
Mężczyznę zatrzymano w lokalu przy ulicy Gagarina na Mokotowie. W jego przeszukanym mieszkaniu funkcjonariusze znaleźli pistolet pneumatyczny i amunicję w formie metalowych kulek. Broń została zabezpieczona.
Po zatrzymaniu 43-latek został przewieziony na śródmiejską komendę policji. Jak poinformowano, "prowadzone z nim będą dalsze czynności".
Warszawa. Budynek szkoły przy ul. Marszałkowskiej ostrzelany
Do niepokojącego zdarzenia doszło w środę rano przy ul. Marszałkowskiej w Warszawie. W kierunku budynku jednej z placówek dydaktycznych oddano strzały. Nikt nie ucierpiał.
- Przed godz. 10 wpłynęła do nas informacja od pracownika szkoły, że najprawdopodobniej został ostrzelany budynek z tzw. wiatrówki - informował Interię mł. asp. Jakub Pacyniak z Komendy Rejonowej Policji Warszawa-Śródmieście.
Policjant dodał, że sprawca najprawdopodobniej strzelił kilka razy, ale precyzyjnie informacje będą dostępne na późniejszym etapie śledztwa.
"Polityczny WF": Największy koszmar prezesa KaczyńskiegoINTERIA.PL
"Czujniki wykryły rosyjskie samoloty Ił-20M u wybrzeży Finnmarku" - poinformowały Norweskie Siły Zbrojne. Do podobnych zdarzeń doszło dwa dni z rzędu. Wojsko informuje, że aktywność Kremla ma najprawdopodobniej związek z obecnością wojsk NATO w ramach trwających w północnej Norwegii ćwiczeń Cold Response.
Norweskie myśliwce dwa dni z rzędu były wysyłane w celu identyfikacji rosyjskich samolotów wojskowychNorwegian Armed Forces | Forsvaret / Xmateriał zewnętrzny
W skrócie
Norweskie myśliwce F-35 dwukrotnie zostały wysłane w celu identyfikacji rosyjskich samolotów Ił-20M w międzynarodowej przestrzeni powietrznej u wybrzeży Finnmarku.
Wojsko poinformowało, że podobne incydenty są "normalne i przewidywalne", a rosyjskie loty mają najprawdopodobniej związek z trwającymi ćwiczeniami NATO Cold Response w północnej Norwegii.
W zeszłym tygodniu norweskie F-35A uczestniczyły w misji identyfikacji dwóch bombowców Tupolew Tu-95 Bear H oraz dwóch myśliwców Su-35S Flanker M nad Morzem Barentsa.
O zdarzeniu poinformowały w oficjalnym komunikacie Norweskie Siły Zbrojne. "Myśliwce przez dwa dni z rzędu były wysyłane w celu identyfikacji rosyjskich samolotów wojskowych w międzynarodowej przestrzeni powietrznej u wybrzeży Finnmarku" - czytamy.
Wojsko dodało, że obu przypadkach rosyjskie samoloty wojskowe przemieszczały się w międzynarodowej przestrzeni powietrznej poza Finnmarkiem. "Takie incydenty są zarówno normalne, jak i przewidywalne" - zaznaczono w oświadczeniu.
Norweskie myśliwce eskortowały rosyjskie samoloty wojskowe
Norweskie Siły Zbrojne poinformowały, że w środę wykryto samolot Ił-20M. Maszyna leciała z wyłączonym transponderem.
"Dwa norweskie myśliwce F-35, będące w pogotowiu, wystartowały z bazy lotniczej Evenes. Zidentyfikowały i śledziły samolot wzdłuż wybrzeża Norwegii, zanim skręcił na północ" - opisała armia.
Dzień wcześniej, bo we wtorek rano, norweskie myśliwce F-35 śledziły ponadto inny samolot Ił-20M, który przelatywał w międzynarodowej przestrzeni powietrznej w okolicy Finnmarku.
Dodajmy, że samolot rozpoznawczy Ił-20M wykorzystywany jest do rozpoznania obrazowego i elektronicznego oraz zbierania informacji m.in. o działaniach wojskowych państw NATO. Do tej pory jego obecność zrejestrowano m.in. wzdłuż wybrzeża Bałtyku, zwłaszcza w Polsce, Niemczech, Danii i Szwecji.
To jednak niejedyne tego typu zdarzenie w ostatnim czasie. W zeszłym tygodniu dwa norweskie samoloty F-35A brały bowiem udział w misji, która miała na celu zidentyfikowanie dwóch bombowców strategicznych Kremla - Tupolew Tu-95 Bear H, które eskortowane były przez dwa myśliwce Su-35S Flanker M.
Służby poinformowały wówczas, że przechwycenie miało miejsce w międzynarodowej przestrzeni powietrznej nad Morzem Barentsa, bez naruszania przestrzeni powietrznej Norwegii.
Ćwiczenia Cold Response. Aktywność Rosji "nie dziwi"
Norweskie siły zbrojne zaznaczają, że "w tego typu rosyjskich lotach nie ma nic dramatycznego iRosja ma prawo do przeprowadzania takich misji".
Jak dodaje wojsko, aktywność rosyjskiego lotnictwa w okolicach Norwegii nie powinna również dziwić ze względu na trwające ćwiczenia NATO - Cold Response, które mają miejsce w północnej części kraju.
Przypomnijmy, że Cold Response koncentrują się na obronie Sojuszu w europejskiej części Arktyki, gdzie Norwegia i Finlandia graniczą z Rosją. W manewrach bierze udział około 25 tys. żołnierzy z 14 krajów, w tym Stanów Zjednoczonych.
Ćwiczenia potrwają do 19 marca i są częścią programu Arctic Sentry, czyli misji NATO mającej na celu wzmocnienie obecności w regionie polarnym. Program uruchomiono w celu rozładowania napięć, które narosły po licznych wypowiedziach prezydenta Donalda Trumpa na temat przejęcia Grenlandii.
Źródła: Norweskie Siły Zbrojne, MSN
"Polityczny WF": Największy koszmar prezesa KaczyńskiegoINTERIA.PL
Omańskie magazyny ropy w ogniu po ataku dronów. Nagranie obiegło sieć
Magazyny ropy w Omanie zostały zaatakowane przez drony - podała agencja Reutera. Do uderzenia doszło w porcie Salala na południu kraju, ale nie odnotowano uszkodzeń statków handlowych. Szturm przypuściły najprawdopodobniej siły irańskie, co do których pojawiły się również zarzuty o używanie "zakazanej broni".
Magazyny paliwa w Salala w Omanie zaatakowane dronamiX.com/OSINTdefender; Google Mapsmateriał zewnętrzny
W skrócie
Magazyny ropy w porcie Salala w Omanie zostały zaatakowane przez drony, nie odnotowano uszkodzeń statków handlowych.
Oman potępił trwające ataki, o które podejrzewany jest Iran, i wezwał do ich zaprzestania.
Pojawiły się doniesienia o użyciu przez Iran pocisków kasetowych, które są zakazane w ponad 100 krajach zgodnie z Konwencją o zakazie użycia amunicji kasetowej.
Drony uderzyły w zbiorniki paliwa w porcie Salala na południu Omanu. Brytyjska firma zajmująca się ochroną morza - na którą powołuje się agencja Reutera - twierdzi, że nie doszło do uszkodzeń statków handlowych.
Atak dronów w Omanie. Trafione magazyny paliwa w Salala
Jak informuje z kolei AFP, nieopodal nadmorskiej miejscowości nadleciały jeszcze dwa inne bezzałogowce. "Dwa drony zostały zestrzelone w przestrzeni powietrznej gubernatorstwa Zufar, a trzeci rozbił się w pobliżu portu Salala" - relacjonowała omańska agencja prasowa.
Media zajmujące się białym wywiadem udostępniły nagranie ukazujące pożar, który wybuchł w zakładach MINA Petroleum w omańskim porcie. Według doniesień działalność obiektu została zawieszona. O atak podejrzewany jest Iran.
Oman potępia ataki Iranu. Władze wzywają do zaprzestania
Iran od 28 lutego prowadzi odwet po ataku Izraela i USA na Teheran, uderzając w państwa regionu Zatoki Perskiej. W trakcie toczonej wojny zdarzały się już przypadki nalotów dronów na terytorium Omanu, choć irańskie władze zaprzeczały prowadzeniu działań przeciwko temu państwu.
W środę sułtan Omanu Hajsam ibn Tarik Al Sa'id przekazał prezydentowi Iranu Masudowi Pezeszkianowi podczas rozmowy telefonicznej niezadowolenie sułtanatu oraz potępienie trwających ataków wymierzonych w terytorium Omanu - podała omańska agencja.
Iran używa zakazanej broni? Doniesienia o pociskach
Ponadto pojawiają się doniesienia o wystrzeliwaniu przez Iran pocisków z głowicami kasetowymi w kierunku Izraela, które są niedozwolone w ponad 100 krajach zgodnie z Konwencją o zakazie użycia amunicji kasetowej. Iran jednak nie jest stroną tego porozumienia, podobnie jak Stany Zjednoczone i Izrael.
Według "The New York Times" - powołującego się na izraelskie służby - od początku wojny na Bliskim Wschodzie Iran wystrzelił w kierunku Izraela 10 rakiet z takimi głowicami.
Pocisk kasetowy pęka i rozprasza się niekontrolowanie, w związku z czym nie można dokładnie przewidzieć wyrządzonych przez niego szkód. Teheran używał tych pocisków także podczas wojny dwunastodniowej w czerwcu ubiegłego roku.
Źródła: Reuters, AFP
"Polityczny WF": Ostateczny argument za kandydaturą CzarnkaINTERIA.PL
Rosja odcięła dostęp do internetu. "Tak długo, jak będzie to konieczne"
Przerwy w dostępie do internetu mobilnego w Rosji będą trwały tak długo, jak będzie to konieczne dla zapewnienia bezpieczeństwa obywateli - oświadczył rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. Zakłócenia w działaniu sieci odnotowano w Moskwie i innych rosyjskich miastach.
Dmitrij Pieskow oznajmił, ile potrwają przerwy w działaniu internetu w RosjiSERGEI ILNITSKY/POOL/HECTOR RETAMALAFP
W skrócie
Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow poinformował, że przerwy w dostępie do internetu mobilnego w Rosji będą trwały "tak długo, jak będzie to konieczne dla zapewnienia bezpieczeństwa obywateli".
Kreml utworzył tzw. białą listę usług internetowych, która obejmuje rządowe aplikacje, strony internetowe, niektóre banki i państwowe media. Według doniesień ma być ona testowana podczas przerw w działaniu sieci.
Obrońcy praw człowieka twierdzą, że ograniczenia w dostępie do internetu utrudnią Rosjanom komunikację z osobami spoza kraju.
Rzecznik KremlaDmitrij Pieskow zapytany, jak długo potrwają przerwy w działaniu internetu mobilnego w Rosji, odparł, że "tak długo, jak dodatkowe środki będą konieczne do zapewnienia bezpieczeństwa naszych obywateli".
Rosja: Problemy z internetem mobilnym. Pieskow wskazuje na Ukrainę
Pieskow oskarżył również Ukrainę o stosowanie "coraz bardziej wyrafinowanych metod ataku" i stwierdził, że do ich odparcia "potrzebne są bardziej zaawansowane technologicznie środki zaradcze".
Kremlowskie służby bezpieczeństwa często powtarzały twierdzenia, że Ukraina rzekomo wykorzystuje komunikator Telegram do rekrutacji agentów lub popełniania aktów sabotażu w Rosji.
Agencja AFP przypomina, że to przerwy w dostępie do internetu mobilnego to najnowsze ograniczenie nałożone przez rosyjskie władze po tym, jak Moskwa ograniczyła działanie aplikacji WhatsApp, należącej do amerykańskiego giganta mediów społecznościowych Meta, a także komunikatora Telegram.
Rosja powołuje się przy tym na "potrzebę zwalczania działalności przestępczej", jednocześnie promując wspieraną przez państwo rosyjską aplikację Max.
Obrońcy praw człowieka uważają, że ograniczenia są próbą wzmocnienia kontroli i nadzoru nad korzystaniem z internetu w Rosji przez Kreml. Twierdzą również, że utrudni to Rosjanom komunikację z osobami spoza kraju.
Kreml stworzył "białą listę". Rosjanie mają ją testować
Popularny rosyjski serwis Kod Durova podał, że większość zgłoszeń dotyczących zakłóceń w działaniu sieci w Moskwie zarejestrowano w centralnych dzielnicach stolicy. Według serwisu od ostatniego czwartku w mieście dochodziło do powtarzających się lokalnych awarii, a czasami usługi internetowe wszystkich operatorów były niedostępne w całych dzielnicach.
Kod Durova zaznaczył jednak, że dostępne były niektóre niezbędne usługi z tzw. białej listy, którym Kreml zezwolił na działanie. Lista tych usług, uruchomiona jesienią 2025 roku, jest stale aktualizowana.
Rosyjski kanał RBC powołał się na anonimowe źródła, według których przerwy w dostępie do internetu były spowodowane testami "białej listy" przeprowadzanymi przez rząd.
We wtorek Pieskow deklarował, że przeanalizuje, jakie problemy stwarzają dla przedsiębiorstw te zakłócenia. - Oczywiście zostaną zaproponowane różne rozwiązania problemów, które niestety towarzyszą tym ograniczeniom - mówił rzecznik Kremla, nie potwierdzając jednak, że przerwy były spowodowane testami "białej listy".
Źródło: AFP
"Polityczny WF": Ostateczny argument za kandydaturą CzarnkaINTERIA.PL
Sejm debatował nad rządowym projektem likwidacji Centralnego Biura Antykorupcyjnego, który został przygotowany w komisji administracji i spraw wewnętrznych.
Za likwidacją CBA opowiedziały się podczas sejmowej debaty PSL, Nowa Lewica, Centrum i Polska 2050, wskazując na zarzuty dotyczące naruszania praworządności i swobód obywatelskich.
Politycy wyrazili ponadto przekonanie, że prezydent Karol Nawrocki zawetuje ustawę o likwidacji CBA.
Sejm w środę debatuje nad nową, przygotowaną w komisji administracji i spraw wewnętrznych wersją rządowego projektu likwidującego Centralne Biuro Antykorupcyjne (CBA).
Władysław Dajczak z PiS, przedstawiając stanowisko klubu, ocenił, że projekt likwidacji CBA to "zemsta za działania funkcjonariuszy" wobec polityków obecnego rządu. Jak dodał, obecny rząd, likwidując CBA, realizuje swoje marzenia "nie patrząc na interes państwa i obywateli".
- Przypomnieć należy tutaj sprawy Nowaka, Gawłowskiego, Giertycha, Grodzkiego czy Karpińskiego - mówił.
Likwidacja CBA. Dajczak: Projekt zawiera szereg niespójności logicznych i strukturalnych
- Ten projekt jest bublem nie tylko prawnym, zawiera szereg niespójności logicznych i strukturalnych. Tytuł ustawy mówi o koordynacji działań antykorupcyjnych. Tymczasem ta ustawa rozmywa odpowiedzialność, kompetencje, a więc decentralizuje zwalczanie patologii korupcji - stwierdził Dajczak.
Polityk PiS dodał, że zadania antykorupcyjne w myśl projektu mają być realizowane przez trzy służby: policję, Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Krajową Administrację Skarbową. - To instytucje bez doświadczenia i kompetencji do prowadzenia działań wymierzonych w przestępczość korupcyjną - ocenił.
Z kolei zdaniem Krystiana Łuczaka z KO "walka z korupcją musi być prowadzona w sposób profesjonalny, skuteczny, a przede wszystkim zgodny z konstytucyjnymi standardami ochrony praw i wolności obywatelskich".
Politycy koalicji rządzącej twierdzą, że CBA było "przedmiotem kontrowersji"
Polityk Koalicji Obywatelskiej dodał, że CBA - zamiast stać się symbolem profesjonalnej i apolitycznej walki z korupcją - "przez lata było przedmiotem poważnych sporów i kontrowersji".
- W debacie publicznej wielokrotnie pojawiały się zarzuty dotyczące nadużywania uprawnień operacyjnych, stosowania prowokacji, budzących wątpliwości prawne, czy też działań, które mogły naruszać prawa obywatelskie. Wskazywano także na niewystarczające mechanizmy kontroli nad funkcjonowaniem tej służby - mówił.
Krystian Łuczak przypomniał, że szczególnie poważne wątpliwości wzbudziła sprawa wykorzystania przez CBA systemu Pegasus.
- Jeżeli służba powołana do zwalczania patologii sama staje się przedmiotem poważnych wątpliwości, państwo ma obowiązek wyciągnąć z tego wnioski. Dlatego w imieniu klubu parlamentarnego KO deklaruję poparcie dla rządowego projektu ustawy - zaznaczył.
Likwidację CBA poparły PSL, Nowa Lewica, Centrum i Polska 2050
Dodajmy, że za likwidacją CBA opowiedziały się w debacie sejmowej PSL, Nowa Lewica, Centrum i Polska 2050.
Urszula Nowogórska z PSL oceniła, że likwidacja CBA nie osłabi państwa w walce z nadużyciami, ponieważ nowy projekt zakłada utworzenie Centralnego Biura Zwalczania Korupcji w ramach policji. Ponadto - jak zaznaczyła - część zadań trafi do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Krajowej Administracji Skarbowej.
- Likwidację uzasadniają wskazywane naruszenia praworządności, swobód obywatelskich zasad neutralności politycznej, a także kontrowersyjnych metod operacyjnych, co było przedmiotem publicznej krytyki oraz prac sejmowej komisji śledczej - dodała, popierając zmianę.
Z kolei Arkadiusz Sikora z Nowej Lewicy podkreślił, że CBA miała być symbolem walki z korupcją, a przez lata stała się symbolem sporów o nadużywanie służb specjalnych do celów politycznych.
- Polska potrzebuje skutecznej walki z korupcją, ale nie może to być walka prowadzona kosztem zasad państwa, prawa i zaufania obywateli - zaznaczył.
Politycy są przekonani o wecie Karola Nawrockiego
Marcin Skonieczka z klubu parlamentarnego Centrum - popierając projekt - przypomniał, że CBA miało stać na straży uczciwości życia publicznego, a w praktyce okazało się, że miało wady fabryczne, np. wyjątkową podatność na wpływy polityczne, czego symbolem były sprawy związane z Mariuszem Kamińskim i Maciejem Wąsikiem.
Skonieczka zaznaczył jednak, że w CBA pracowało wielu uczciwych i profesjonalnych ludzi. - Ich doświadczenie jest państwu polskiemu potrzebne i dlatego projekt przewiduje ich przejście do innych formacji - stwierdził.
Bartosz Romowicz z Polski 2050 zaznaczył natomiast, że niezależnie od tego, że najprawdopodobniej prezydent zawetuje ten projekt, ugrupowanie będzie nad nim dalej pracować. Dodał, że ustawa zakłada istotne zmiany w polskim systemie zwalczania korupcji, przez co ma być on lepszy.
O wecie prezydenta Karola Nawrockiego do ustawy jest przekonany Krzysztof Tuduj z Konfederacji. W debacie podziękował wszystkim funkcjonariuszom CBA, którzy angażowali się w walkę z korupcją. W jego ocenie likwidację CBA można było zrobić w sposób mniej kontrowersyjny i np. CBA jako całość przenieść do policji.
"SAFE 0 proc." w Sejmie. Szef Kancelarii Prezydenta ponagla premiera. "Znak firmowy"Polsat NewsPolsat News
Prezydencki plan "polskiego SAFE" zakłada finansowanie zbrojeń z zysków Narodowego Banku Polskiego pochodzących m.in. ze wzrostu wartości rezerw złota i walut.
Ekonomista Rafał Mundry ocenia, że mechanizm jest ryzykowny i środki pojawią się najwcześniej za kilkanaście miesięcy, podkreślając jednocześnie wady zarówno tego rozwiązania, jak i europejskiego programu SAFE.
Mundry sugeruje, że Polska powinna skorzystać z obu dostępnych opcji, a środki z rezerw NBP można podzielić także na inne sektory państwa, nie ograniczając się wyłącznie do zbrojeń.
Podstawą dla "prezydenckiego SAFE" ma być ustawa o Polskim Funduszu Inwestycji Obronnych. Skąd Karol Nawrocki weźmie pieniądze na alternatywę dla unijnej pożyczki? Odpowiedź pojawia się w uzasadnieniu prezydenckiego projektu.
"Zgodnie z koncepcją zaprezentowaną przez prezydenta Karola Nawrockiego oraz prezesa NBP Adama Glapińskiego (...), wypracowany przez NBP zysk, wynikający z rosnącej wyceny rynkowej polskich rezerw złota i walut, ma zostać skierowany bezpośrednio na finansowanie celów obronnych za pośrednictwem nowo utworzonego Funduszu" - czytamy w dokumencie.
- Na początku trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, o który zysk chodzi - mówi Interii Rafał Mundry, ekonomista i analityk finansowy. Zaznacza przy tym, że Narodowy Bank Polski może operować zyskiem ujętym w rocznym sprawozdaniu finansowym, które prezes banku musi przedstawić do 30 kwietnia każdego roku.
- Na końcu ustawy mamy informację, że nie będzie to zysk za zeszły rok, więc absolutnie nie ma mowy o żadnym zysku, który wpłynąłby w tym roku. Co najwyżej chodzi o zysk wygenerowany w tym roku, więc tak naprawdę zobaczyliśmy te pieniądze za półtora roku - podkreśla nasz rozmówca.
Tłumaczy też, w jaki sposób NBP może zdobyć pieniądze, choć zaznacza, że pomysł jest ryzykowny.
Handel złotem NBP
Narodowy Bank Polski posiada rezerwy złota. Mówiąc krótko, na zbrojenia ma być przeznaczony zysk ze wzrostu wartości tych rezerw. W sprawozdaniu finansowym NBP ten zysk formalnie nazywa się niezrealizowaną różnicą w wycenie.
- Bank przez ostatnie lata kupował złoto, uncja była dość tania, kosztowała kilka tysięcy złotych. Obecnie kosztuje około 20 tysięcy. Przykładowo załóżmy, że bank decyduje się teraz sprzedać komuś złoto po 20 tysięcy za uncję, które pięć lat temu kupował po dwa tysiące. Nagle ma 18 tysięcy złotych zysku w kieszeni - wyjaśnia Mundry.
Złoto w skarbcu NBPNarodowy Bank Polskimateriał zewnętrzny
Prezes Glapiński zapewnił jednak, że NBP nie uszczupli swoich rezerw. Jak to możliwe? - Zaraz po sprzedaży bank może kupić z powrotem uncję za te 20 tysięcy. De facto tego samego dnia sprzedajemy i kupujemy. Różnica w księgach rachunkowych jest tylko taka, że zmienia się koszt zakupu jednej uncji. To ryzykowne o tyle, że z każdym kolejnym rokiem ten zysk będzie zdecydowanie mniejszy, bo cena złota z każdym rokiem idzie do góry - podkreśla ekonomista.
Wpisanie na sztywno do ustawy, że co roku złoto będzie dawać zysk, to jest spekulacja i że tak powiem, trzeba zacząć się modlić, żeby się udało
O zarządzaniu rezerwami decyduje zarząd NBP. Czyli prezes Glapiński i jego najbliżsi współpracownicy. Bank obowiązuje strategia zarządzania rezerwami, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby prezes zmienił ten dokument i zaczął aktywnie handlować złotem. Sęk w tym, że rynek nie jest przewidywalny. - Wpisanie na sztywno do ustawy, że co roku złoto będzie dawać zysk, to jest spekulacja i że tak powiem, trzeba zacząć się modlić, żeby się udało - uważa Mundry.
Teoretycznie w prezydenckim projekcie jest zabezpieczenie przed scenariuszem, w którym nie udało się wypracować zysku ze złota. To jednak gorsze warunki, niż europejska pożyczka SAFE.
Zalety i wady europejskiego SAFE
W ustawie Nawrockiego istnieje zapis, zgodnie z którym jeśli wpłaty NBP do funduszu obronnego będą niższe, niż przewidziano, różnicę pokrywa Bank Gospodarstwa Krajowego. - Po prostu na rynku będzie się zapożyczać. Tutaj warunki finansowania będą gorsze, niż jakby rząd się zapożyczał i zdecydowanie gorsze, jakby zapożyczała się Komisja Europejska - wskazuje Rafał Mundry.
Warunki kredytowe zależą od wiarygodności finansowej. - Komisja Europejska ma najwyższą ocenę wiarygodności. Polska ma tę wiarygodność pięć stopni niżej. Naturalne jest, że oprocentowanie długu emitowanego przez Komisję, będzie niższe, a dla Polski wyższe. BGK ma ocenę jeszcze dwa stopnie niższą, czyli między nim, a Komisją jest siedem stopni różnicy. Jeśli BGK będzie chciał pozyskać środki z rynku, co do zasady oprocentowanie zawsze będzie gorsze, niż dla Komisji Europejskiej - wyjaśnia analityk.
Zatem warunki takiego kredytu będą gorsze, niż unijna pożyczka SAFE. Natomiast Mundry podkreśla, że propozycja Unii Europejskiej też ma swoje wady. W debacie publicznej powtarza się, że kredyt SAFE będzie oprocentowany na 3 proc.
Przyjęło się mówić, że skoro tak było w zeszłym roku, to Komisja może się zapożyczać na te 3 proc. Natomiast ile to będzie za rok, dwa, pięć czy dziesięć - nikt nie ma pojęcia
- To jest wartość z sufitu. Komisja Europejska zapożycza się, mniej więcej co miesiąc robi przetargi na obligacje i w ostatnim roku zapożyczała się średnio na 3 proc. Po prostu przyjęło się mówić, że skoro tak było w zeszłym roku, to Komisja może się zapożyczać na te 3 proc. Natomiast ile to będzie za rok, dwa, pięć czy dziesięć - nikt nie ma pojęcia - podkreśla Mundry.
Zaznacza też, że obecnie warunki dla KE są nawet lepsze, bo kilka tygodni temu wyemitowała obligacje na od 2,2 do 2,8 proc., ale nie oznacza to, że tak będzie zawsze. Nasz rozmówca wskazuje, że w przyszłości to może być większe oprocentowanie. - Wszystko zależy od sytuacji rynkowej, inflacji w strefie euro, wysokości stóp procentowych - tłumaczy.
W przestrzeni publicznej pojawił się też argument, że SAFE nie jest dobrym rozwiązaniem, bo rezygnują z niego Niemcy. Mundry wyjaśnia, że Niemcy jako największa gospodarka w Unii są w stanie uzyskać na rynku jeszcze lepsze warunki pożyczek, niż Komisja Europejska. Po drugie obawiają się, że jako największa gospodarka staną się żyrantem unijnego kredytu.
Warunkowość w ustawie Karola Nawrockiego
Wypłaty z unijnego SAFE mogą rozpocząć się w bieżącym miesiącu. Natomiast pieniądze z zysków NBP do funduszu obronnego trafią w momencie, w którym mogą mieć przełożenie na krajową politykę. - Środki zobaczymy w połowie przyszłego roku, trzy miesiące przed wyborami do Sejmu. Obawiam się, że to może być po prostu jedna wielka kampania wyborcza i rozdawanie później złotych czeków - ocenia Rafał Mundry.
Tym bardziej, że zgodnie z założeniami prezydenckiej ustawy, nie da się wydawać środków z funduszu obronnego bez udziału Nawrockiego. Politycy prawicy powtarzają, że w unijnym SAFE ukryta jest warunkowość, co pozwoli Komisji Europejskiej przyznawać lub nie kolejne transze pieniędzy. Zasadniczo w propozycji Nawrockiego działa podobny mechanizm.
Adam Glapiński i Karol Nawrocki na wspólnej konferencji prasowej Andrzej IwanczukReporter
Mianowicie o wydatkowaniu środków ma decydować Komitet Sterujący. Ten ma składać się pięciu osób, przedstawicieli: ministra obrony, prezydenta, premiera, ministra spraw wewnętrznych i podległego prezydentowi Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
Zatem dwa na pięć głosów należy do głowy państwa. Komitet ma podejmować decyzje większością 2/3 głosów, potrzeba więc czterech głosów do podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Czyli Nawrocki każdą będzie mógł zablokować. - Wydatki mają być na zbrojenia. Prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych. Nie dziwi mnie, że chce mieć ostatnie zdanie w temacie środków na armię - przyznaje Mundry.
SAFE czy fundusz obronny? Mundry: Jedno i drugie
Podsumowując, nasz rozmówca podkreśla, że zarówno SAFE, jaki projekt Nawrockiego mają swoje plusy i minusy. Na co powinna się zdecydować Polska? - Jedno i drugie rozwiązanie jest na stole. Moim zdaniem powinniśmy skorzystać z jednego i drugiego - mówi nam ekonomista.
Zaznacza jednak, że w warunkach, w których unijny SAFE służy wyłączenie zbrojeniom, można rozszerzyć zakres wykorzystania środków z prezydenckiej propozycji. - Mówi się, że jesteśmy 20. gospodarką świata. Dla mnie naturalne jest to, że politycy powinni poprawiać jakość i komfort życia obywatelom. Jeśli nasze PKB szybko rośnie, to powinniśmy korzystać z owoców wzrostu gospodarczego - wskazuje analityk.
Jego zdaniem, jeśli uda się wypracować zyski z rezerw NBP, można je przeznaczyć na różne sektory państwa, nie tylko na armię. - Wiem, że jest wojna za naszą wschodnią granicą, ale nie wiem czy to sytuacja podbramkowa, w której całe zyski ze złota musimy wydać tylko na jeden obszar. Moim zdaniem środki z NBP powinny być podzielone powiedzmy po połowie. Pół na armię, pół na naukę, atom, tanią energię. Bezpieczeństwo to nie tylko czołgi, ale też bezpieczeństwo energetyczne - podsumowuje w rozmowie z Interią Rafał Mundry.
Jakub Krzywiecki
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz na jakub.krzywiecki@firma.interia.pl
"Polityczny WF": PiS kontra Konfederacja. Jaką misję ma Czarnek?INTERIA.PL
Medycy przerwali sekcję ukraińskiego żołnierza. "Mógł wybuchnąć w kostnicy"
Podczas sekcji zwłok w ciele zmarłego żołnierza znaleziono granat - poinformowały ukraińskie media, powołując się na szefa biura medycyny sądowej w obwodzie czerniowieckim. Z relacji eksperta wynika, że ładunek "mógł wybuchnąć w kostnicy". Ze względu na sytuację na miejsce sprowadzono pirotechników. To pierwszy raz, gdy materiał wybuchowy znaleziono bezpośrednio w ciele zmarłego żołnierza.
Wojna w Ukrainie. Podczas sekcji zwłok w ciele zmarłego żołnierza znaleziono granat (zdj. ilustracyjne)Kyrylo Chubotin/Ukrinform/NurPhotoGetty Images
W skrócie
Podczas sekcji zwłok żołnierza przewiezionego z Rosji do Ukrainy znaleziono niewybuch granatu pod skórą prawego uda.
Pracownicy kostnicy zostali ewakuowani, a pirotechnicy usunęli ładunek po jego odkryciu.
Wcześniej materiały wybuchowe znajdowano w ubraniach, ale po raz pierwszy odkryto je w ciele zmarłego żołnierza.
Do zdarzenia doszło podczas sekcji zwłok zmarłego żołnierza. Ciało zostało przewiezione z Rosji do Ukrainy w ramach wymiany.
O wszystkim poinformował serwis Suspilne, powołując się na słowa szefa biura medycyny sądowej w obwodzie czerniowieckim - Wiktora Baczyńskiego.
Ukraina. W ciele zmarłego żołnierza znaleziono granat
Sytuacja miała miejsce trzy tygodnie temu. Z relacji szefa biura wynika, że granat wystrzelony z ręcznego granatnika przeciwpancernego przeleciał przez jamę brzuszną, ale nie wybuchł - zatrzymał się pod skórą prawego uda.
- Kiedy ekspert rozpoczął sekcję zwłok zmarłego, przeprowadził sekcję jamy brzusznej, klatki piersiowej, dotarł do kończyny i zaczął ją rozcinać, znalazł pod skórą niewybuch granatu. (...) Mógł wybuchnąć w kostnicy - powiedział Baczyński w rozmowie z serwisem Suspilne.
Szefa biura medycyny sądowej dodał, że po odkryciu wszyscy pracownicy kostnicy zostali ewakuowani, a na miejsce wezwano pirotechników, którzy zajęli się usuwaniem granatu.
- W takich przypadkach najpierw pracują pirotechnicy, służby ratownicze, a dopiero potem my. (...) Tak się złożyło, że nie stwierdzono od razu, że w ciele zmarłego znajduje się taki ładunek wybuchowy - wyjaśnił Baczyński.
Wojna w Ukrainie. Kijów uzgodnił z Moskwą wymianę żołnierzy
Baczyński zwrócił również uwagę, ze wcześniej zdarzały się przypadki znalezienia materiałów wybuchowych, ale po raz pierwszy doszło do tego w samym ciele zmarłego. Do tej pory niewybuchy odkrywano głównie w kieszeniach ubrań.
Dodajmy, że - jak przypomina serwis Ukraińska Prawda - 26 lutego w ramach akcji repatriacyjnych przekazano tysiąc ciał i szczątków poległych. Według wstępnych informacji strony rosyjskiej zwłoki mogą należeć do żołnierzy z Ukrainy.
Wymianę pomiędzy Rosją a Ukrainą uzgodniono podczas drugiej rundy negocjacji pokojowych, która miała miejsce w czerwcu zeszłego roku w Stambule. Strony uzgodniły wówczas wymianę wszystkich poważnie chorych jeńców i żołnierzy, którzy mają mniej niż 25 lat. Ponadto umówiono się na wymianę ciał w formule 6 tys. za 6 tys.
Źródło: Suspilne, Ukraińska Prawda
"Nic nie trafiło". Prokuratura chce wezwać Nawrockiego, reakcja z PałacuPolsat NewsPolsat News
Powstała komisja niezależnych ekspertów. Episkopat ogłasza
Konferencja Episkopatu Polski ustanowiła komisję niezależnych ekspertów do zbadania zjawiska wykorzystywania seksualnego osób małoletnich w Kościele katolickim w Polsce - poinformowano w komunikacie. Komisji nadano publiczną osobowość prawną. Zdaniem niektórych księży, którzy zgłaszali obawy do projektu w ubiegłym roku, komisja może być jednak podatna na zewnętrzne wpływy biskupów.
Konferencja Episkopatu Polski powołała zespół ds. nadużyć w KościeleFlickr/BP KEPmateriał zewnętrzny
W skrócie
Konferencja Episkopatu Polski ustanowiła komisję niezależnych ekspertów do zbadania zjawiska wykorzystywania seksualnego osób małoletnich w Kościele katolickim w Polsce.
Komisja otrzymała publiczną osobowość prawną i będzie działać jako niezależny podmiot w systemie prawnym.
Dokumenty dotyczące zasad działania i statutu komisji mają zostać omówione i opublikowane podczas konferencji prasowej.
Komunikat Konferencji Episkopatu Polski przekazał jej rzecznik ks. Leszek Gęsiak SJ. Prace nad powołaniem takiej komisji trwały od 2023 roku.
"W dniu 11 marca 2026 roku Konferencja Episkopatu Polski, podczas 404. Zebrania Plenarnego, przyjęła Zasady działania Komisji niezależnych ekspertów do zbadania zjawiska wykorzystywania seksualnego osób małoletnich w Kościele katolickim w Polsce oraz Statut Komisji niezależnych ekspertów do zbadania zjawiska wykorzystywania seksualnego osób małoletnich w Kościele katolickim w Polsce" - podano.
Kościół katolicki w Polsce zajmie się przypadkami wykorzystywań
Komisja do zbadania wykorzystywań w Kościele katolickim w Polsce otrzymała publiczną osobowość prawną, co oznacza, że będzie działała jako niezależny podmiot w systemie prawnym i na rzecz interesu publicznego. Osobowość prawna pozwala również na występowanie komisji jako strona w sądzie.
Biskupi zatwierdzili również porozumienie w przedmiocie utworzenia Komisji niezależnych ekspertów do zbadania zjawiska wykorzystania seksualnego osób małoletnich w Kościele katolickim w Polsce. Zostało ono zawarte pomiędzy Konferencją Episkopatu Polski, Konferencją Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich w Polsce oraz Konferencją Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych w Polsce.
Treść tych dokumentów ma zostać omówiona i opublikowana w czasie czwartkowej konferencji prasowej o godz. 15 - po zakończeniu Zebrania Plenarnego.
Komisja ds. nadużyć w Kościele katolickim w Polsce
Pod koniec ubiegłego roku o planach utworzenia komisji ds. wykorzystywania nieletnich mówił w wywiadzie dla PAP abp Tadeusz Wojda. Kapłan podkreślał, że dopracowywanie zasad jej funkcjonowania miało na celu dostosowanie jej do zarówno prawa kanonicznego, wytycznych Watykanu, jak i polskich regulacji.
- Dobre i precyzyjne zasady funkcjonowania komisji prowadzą do uniknięcia niejasnych sytuacji i różnych interpretacji, które w konsekwencji rodzą chaos i prowadzą do sporów - mówił abp Wojda.
Decyzję o rozpoczęciu prac nad powołaniem komisji niezależnych ekspertów do zbadania zjawiska wykorzystania seksualnego osób małoletnich przez niektórych duchownych w Kościele w Polsce biskupi podjęli na 394. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski, które obradowało w marcu 2023 r. w Warszawie.
Na czele zespołu, któremu powierzono pracę nad opracowaniem zasad funkcjonowania komisji, stanął wówczas prymas Polski abp Wojciech Polak. Zespół ten wypracował dokumenty, w oparciu o które miała zostać powołana wspomniana komisja.
W czerwcu ubiegłego roku biskupi zdecydowali, że zespół abp. Polaka zakończy pracę nad tym projektem. Na czele nowego stanął bp Sławomir Oder. We wrześniu Rada Prawna KEP pozytywnie oceniła rozwiązania zaproponowane przez nowy zespół. W październiku zaakceptowano roboczą wersję dokumentów.
Wątpliwości co do działania komisji
W rozmowie z PAP bp Oder tłumaczył, że na bazie opinii skonsultowanych z Konferencją Wyższych Przełożonych Zgromadzeń Zakonnych - Męskich i Żeńskich - będzie można powołać nową Komisję i podpisać porozumienia pomiędzy nią a biskupami oraz między Komisją a poszczególnymi jurysdykcjami zakonnymi.
Prawo kanoniczne nie pozwala, aby jakakolwiek uchwała Konferencji Episkopatu Polski została narzucona biskupom.
W ocenie byłego członka Zarządu Fundacji Świętego Józefa KEP (w latach 2020-2023) ks. dr. Grzegorza Strzelczyka oraz grupy anonimowych ekspertów "projekt autorstwa biskupa Odera zmierza do osłabienia niezależności komisji i daje biskupom możliwość ingerowania w jej prace". Napisali oni w grudniu ub.r. list otwarty w tej sprawie do Konferencji Episkopatu Polski.
Zdaniem ks. Piotra Studnickiego, który w latach 2019-2024 kierował pracami Biura Delegata KEP ds. Ochrony Dzieci i Młodzieży i był członkiem zespołu abp. Wojciecha Polaka, mocno osłabiający niezależność komisji jest zapis dający biskupom możliwość ingerowania w jej prace badawcze, a także brak uprawnień komisji, by wzywać przełożonych kościelnych do wysłuchania lub przekazania informacji.
Duchowny wyraził w grudniu ub.r. obawy, że "biskupi zdecydują się na jej powołanie, ale nie dadzą jej realnych narzędzi do pracy". "W efekcie będzie się wciąż odbijała od mentalnych oporów i zwyczajnie nie spełni swojego zadania, budząc wielkie rozczarowanie, szczególnie osób skrzywdzonych. W takim wypadku jej powoływanie nie ma żadnego sensu" - ocenił.
"Polityczny WF": PiS kontra Konfederacja. Jaką misję ma Czarnek?INTERIA.PL
Europejskie kraje wysyłają śledczych do Ukrainy. "Misja rozpoznawcza"
Węgry i Słowacja chcą przeprowadzić "misję rozpoznawczą" w Ukrainie - informuje węgierski wiceminister energetyki Gabor Czepek. Zadaniem śledczych ma być zbadanie stanu rurociągu "Przyjaźń", którym transportowana jest rosyjska ropa. Tranzyt surowca został wstrzymany z końcem stycznia z powodu ataku Rosji na Ukrainę. Według Kijowa węgiersko-słowacki zespół nie ma oficjalnego statusu. "Przybyli jako turyści"- reagują tamtejsze władze.
Premierzy Węgier i Słowacji: Viktor Orban i Robert FicoATTILA KISBENEDEKAFP
W skrócie
Węgry i Słowacja wysłały śledczych do Ukrainy, by przeprowadzić "misję rozpoznawczą" dotyczącą rurociągu "Przyjaźń" po wstrzymaniu dostaw rosyjskiej ropy.
Ukraina poinformowała, że węgierska "misja" nie ma oficjalnego statusu, a jej członkowie przybyli jako "turyści".
Budapeszt i Bratysława zarzuciły Ukrainie celowe opóźnianie wznowienia tranzytu ropy, a sprawa stała się przedmiotem konfliktu dyplomatycznego na tle zbliżających się na Węgrzech wyborów.
Węgry wysyłają śledczych do Ukrainy w celu zbadania zawieszenia dostaw ropy naftowej rurociągiem "Przyjaźń" - poinformował węgierski wiceminister energetyki Gabor Czepek w nagraniu opublikowanym na Facebooku. Widać na nim, jak stoi na granicy z Ukrainą.
Węgry i Słowacja wysyłają "misję rozpoznawczą". Ukraina reaguje: To turyści
- Rząd powołał delegację, która ma przeprowadzić misję rozpoznawczą w sprawie rurociągu "Przyjaźń" - ogłosił węgierski polityk. - Naszym zadaniem jest ocena stanu rurociągu i stworzenie warunków do jego ponownego uruchomienia - dodał.
Minister powiedział, że w "misji rozpoznawczej" weźmie udział również Słowacja, której zespół liczy cztery osoby.
- Kryzys na Bliskim Wschodzie podniósł stawkę, zmuszając rząd węgierski do sięgnięcia po rezerwy strategiczne i wprowadzenia ochrony cen - powiedział Czepek.
Na ruch Budapesztu zareagowała Ukraina. Tamtejsze ministerstwo spraw zagranicznych poinformowało, że węgierska "misja" nie ma oficjalnego statusu, a jej członkowie przybyli na terytorium kraju jako "turyści".
- Ta grupa ludzi nie ma oficjalnego statusu ani nie organizuje oficjalnych spotkań na terytorium Ukrainy, więc nazywanie jej "delegacją" jest zdecydowanie niewłaściwe - oświadczył rzecznik resortu Heorhij Tychyj.
Wrze wokół rurociągu "Przyjaźń".
Agencja Reutera przypomina, że Węgry i Słowacja, jedyne kraje Unii Europejskiej, które nadal importują rosyjską ropę, oskarżyły Ukrainę o celowe opóźnianie wznowienia dostaw ze względów politycznych.
Transport rosyjskiej ropy rurociągiem "Przyjaźń" na Węgry i Słowację został wstrzymany z końcem stycznia z powodu uszkodzeń po ataku Rosji, których naprawa - jak twierdzi Kijów - zajmie trochę czasu. Władze zapewniają, że ropociąg jest remontowany. Premier Węgier Viktor Orban utrzymuje jednak, że Ukraina celowo wstrzymuje wznowienie tranzytu, i nazywa te działania "szantażem".
W poniedziałek po nadzwyczajnym posiedzeniu rządu węgierski premier wezwał UE do zawieszenia sankcji nałożonych na rosyjską energię. Z kolei szef słowackiego rządu Robert Fico oznajmił we wtorek po spotkaniu z przewodniczącą Komisji EuropejskiejUrsulą von der Leyen, że uzgodniono wznowienie tranzytu ropy naftowej rurociągiem "Przyjaźń" przez Ukrainę.
Sprawa dostaw ropociągiem stała się przedmiotem dyplomatycznego sporu między Budapesztem a Kijowem, a retoryka wobec Ukrainy jest głównym tematem kampanii Orbana przed wyborami zaplanowanymi na 12 kwietnia - podaje agencja Reutera.
Władze Węgier zapowiedziały blokadę 90 mld euro unijnej pożyczki dla Ukrainy oraz zablokowały przyjęcie 20. pakietu sankcji na Rosję. Wydały również zakaz eksportu ropy naftowej i niektórych paliw oraz umożliwiły wykorzystanie części rezerw, a także zapowiedziały wprowadzenie limitów cen, które mają chronić indywidualnych konsumentów i firmy przed skutkami wzrostu cen ropy na światowych rynkach.
"Polityczny WF": Ostateczny argument za kandydaturą CzarnkaINTERIA.PL