Salwy pocisków, Bliski Wschód pogrąża się w chaosie. Reaguje mocarstwo
Bliski Wschód pogrąża się w atakach po tym, jak Iran i Izrael posłały na swoje kraje salwy pocisków. Do wymiany ciosów dołączyli też jemeńscy Huti. Na eskalację reagują przywódcy, w tym Chiny, które zwróciły się do stron z apelem. Komunikat po atakach wydała także ambasada RP w Tel Awiwie.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Ambasada Polski w Izraelu wydała komunikat w związku z sytuacją na Bliskim Wschodzie -AFP
W skrócie
Polska ambasada w Tel Awiwie poinformowała, że w poniedziałek będzie zamknięta z powodu obecnej wymiany ognia między Izraelem a Iranem i zaleciła Polakom opuszczenie kraju jak najszybciej.
Obie strony konfliktu na Bliskim Wschodzie przeprowadziły wzajemne ataki.
Iran ostrzegł, że trwająca wymiana ognia może zagrozić dalszym rozmowom pokojowym ze Stanami Zjednoczonymi, a Chiny zaapelowały o przestrzeganie zawieszenia broni.
"W związku z obecną sytuacją bezpieczeństwa w Izraelu i Zachodnim Brzegu ambasada Polski pozostanie w poniedziałek 8 czerwca zamknięta. Stosuj się do poleceń lokalnych władz i izraelskiej armii" - napisała placówka w komunikacie.
Wcześniej ambasada apelowała do Polaków w Izraelu o opuszczenie kraju. "W związku ze zmieniającą się sytuacją bezpieczeństwa apelujemy o natychmiastowe opuszczenie Izraela i Zachodniego Brzegu. Przestrzeń powietrzna dla ruchu cywilnego może zostać zamknięta, a powrót drogą lotniczą niemożliwy lub utrudniony" - napisano w niedzielę.
Eskalacja na Bliskim Wschodzie. Iran ostrzega USA
W ostatnich godzinach doszło do eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie, mimo obowiązywania zawieszenia broni. Izrael zaatakował przedmieścia Bejrutu, co przez Iran zostało uznane za naruszenie rozejmu. W odpowiedzi Teheran wystrzelił pociski w kierunku Izraela, na co ten odpowiedział bombardowaniem celów w Iranie.
Teheran ostrzegł, że w związku z wymianą ognia zagrożone mogą być dalsze rozmowy pokojowe ze Stanami Zjednoczonymi. - Bez wątpienia działania reżimu syjonistycznego w regionie nie mogą być oderwane od polityki USA. Nikt nie wierzy, że reżim syjonistyczny przeprowadziłby jakiekolwiek działania bez wcześniej koordynacji i współpracy ze Stanami Zjednoczonymi - stwierdził rzecznik irańskiego MSZ Esmaeil Baqaei.
- To naturalne, że to wpłynie na proces dyplomatyczny, który rozpoczął się, by zakończyć tę wojnę - dodał. Jednocześnie Baqaei nadmienił, że na tę chwilę Iran nadal kontaktuje się z USA za pośrednictwem Pakistanu.
Do eskalacji odniosły się również Chiny. - Wznowienie wrogich działań nie jest w interesie żadnej ze stron. Mamy nadzieję, że wszystkie strony będą w pełni przestrzegały zawieszenia broni - stwierdziła rzeczniczka chińskiego MSZ Lin Jian.
W poniedziałek zbiera się Kapituła Orła Białego. Ozdoba: Historyczne wydarzeniePolsat NewsPolsat News
"Zwracam się publicznie". Apel Tuska do Nawrockiego i Zełenskiego
Premier Donald Tusk zaapelował do prezydentów Polski i Ukrainy o "bezpośrednią i szczerą rozmowę", ponieważ - jak ocenił - dyplomacja "nie przyniosła żadnych efektów". "Współpraca leży w interesie obu naszych państw i narodów, a konflikt w interesie Moskwy" - podkreślił szef rządu.
Premier Donald Tusk zaapelował do prezydentów Polski i UkrainyKai Jane / Zuma PressAgencja FORUM
W skrócie
Donald Tusk wezwał prezydentów Polski i Ukrainy do "bezpośredniej i szczerej" rozmowy.
Szef Biura Polityki Międzynarodowej Prezydenta RP Marcin Przydacz skomentował apel premiera, odnosząc się krytycznie do efektów polskiej dyplomacji.
Kapituła Orderu Orła Białego obraduje nad propozycją odebrania tego odznaczenia Wołodymyrowi Zełenskiemu w związku z jego decyzją dotyczącą nadania jednostce wojskowej imienia bohaterów UPA.
Premier ocenił, że dotychczasowe działania dyplomatyczne nie przyniosły żadnych efektów, dlatego zdecydował się publicznie zaapelować do prezydentów Karola Nawrockiego i Wołodymyra Zełenskiego o odbycie "bezpośredniej i szczerej rozmowy" zanim "emocje zrujnują naszą solidarność, która narodziła się w obliczu rosyjskiego zagrożenia".
"Współpraca leży w interesie obu naszych państw i narodów, a konflikt w interesie Moskwy. To chyba oczywiste dla nas wszystkich" - podsumował Donald Tusk.
Premier apeluje do Nawrockiego i Zełenskiego. Prosi o "bezpośrednią i szczerą rozmowę"
Na wpis premiera zareagował szef Biura Polityki Międzynarodowej Prezydenta RP Marcin Przydacz. "Nieczęsto się zdarza, żeby Premier przyznawał się do swojej kompletnej niemocy" - zaczął swój wpis.
"Wskazując na brak efektów prowadzonej przez siebie działań dyplomatycznych, nie wystawia też dobrej oceny Ministrowi Spraw Zagranicznych" - dodał.
"Po wyeliminowaniu ze spotkań Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii w sprawie ukraińskiej, Premier Donald Tusk po raz kolejny pokazuje jak bardzo jest na aucie. A miał go nikt nie ograć" - napisał, nawiązując do fragmentu exposé premiera z grudnia 2023 roku.
Prezydencki minister odniósł się także do wczorajszego spotkania przywódców Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i Ukrainy, na którym ustalono pięć warunków koniecznych do zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej.
Zełenski straci Order Orła Białego? Trwa posiedzenie kapituły
Wypowiedź Donalda Tuska ma związek z trwającym posiedzeniem Kapituły Orderu OrłaBiałego. Gremium zajmuje się m.in. propozycją prezydenta Karola Nawrockiego, by odebrać to odznaczenie prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu. Sprawa dotyczy jego decyzji o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia "bohaterów UPA".
Order Orła Białego jest najstarszym i najważniejszym polskim odznaczeniem państwowym. Na czele jego Kapituły stoi prezydent, a samo gremium opiniuje sprawy związane z orderem. Może też wystąpić do głowy państwa z inicjatywą jego nadania lub pozbawienia.
Nadawanie orderów należy do prerogatyw prezydenta. Głowa państwa może przyznać wyróżnienie z własnej inicjatywy albo na wniosek premiera lub kapituły właściwego orderu.
Ustawa o orderach i odznaczeniach przewiduje również możliwość pozbawienia odznaczenia. Prezydent może to zrobić m.in. na wniosek kapituły albo z własnej inicjatywy, po zasięgnięciu jej opinii. Dotyczy to sytuacji, gdy nadanie orderu nastąpiło w wyniku wprowadzenia w błąd albo gdy odznaczony dopuścił się czynu, przez który stał się niegodny orderu.
W poniedziałek zbiera się Kapituła Orła Białego. Ozdoba: Historyczne wydarzeniePolsat NewsPolsat News
Niemieckie media poruszone po mowie Hegsetha. "Niestosowne i błędne"
Wykorzystywanie obchodów rocznicy lądowania aliantów w Normandii do krytyki europejskiej polityki migracyjnej to brak szacunku do żołnierzy, którzy zginęli podczas II wojny światowej - piszą niemieckie media. W ten sposób komentują przemówienie sekretarza wojny USA Pete'a Hegsetha z okazji 82. rocznicy D-Day.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Sekretarz wojny USA Pete HegsethTom Williams/CQ-Roll Call, Inc Getty Images
W skrócie
Niemieckie media krytykują przemówienie Pete'a Hegsetha, uważając, że wykorzystanie rocznicy lądowania aliantów w Normandii do oceny polityki migracyjnej jest nieodpowiednie wobec pamięci poległych żołnierzy.
Według gazety 'Frankfurter Allemeine Zeitung' większość migrantów stara się o lepsze życie i nie powinna być przedstawiana jako zagrożenie podczas upamiętnienia II wojny światowej.
'Suddeutsche Zeitung' wskazuje, że liczba uchodźców w Europie znacznie się zmniejszyła, a porównanie obecnej sytuacji migracyjnej z militarną inwazją podczas II wojny światowej jest błędne.
Pete Hegseth podczas obchodów 82. rocznicy lądowania wojsk alianckich w Normandii znalazł analogię do sytuacji migracyjnej w Europie. Amerykański sekretarz wojny stwierdził, że na plażach Morza Śródziemnego dochodzi do inwazji "niebezpiecznych ideologii".
Echa przemówienia Hegsetha. Niemieckie media komentują
Słowa Hegsetha spotkały się z krytyką ze strony niemieckich mediów. "To, że Hegseth wykorzystuje obchody rocznicy lądowania wojsk alianckich w Normandii w 1944 roku do polemiki przeciwko europejskiej polityce migracyjnej, jest czymś więcej niż tylko brakiem taktu. Świadczy to o braku szacunku wobec wielu tysięcy żołnierzy ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i innych krajów, którzy stracili wówczas życie w walce z nazizmem" - pisze "Frankfurter Allemeine Zeitung".
Gazeta zwraca uwagę, że należy dyskutować o wzmocnieniu szczelności granic, jednak "nie można zapominać, że zdecydowana większość osób próbujących w jakikolwiek sposób dostać się do bogatych krajów uprzemysłowionych to ludzie, którzy w sposób uzasadniony poszukują lepszego życia".
"Kiedy Hegseth opisuje tych ludzi - zwłaszcza w kontekście upamiętnienia wojny - jako niebezpieczną 'inwazję', czyni z nich bezimienną rzeszę wrogów, których należy odeprzeć za wszelką cenę. W takich słowach przejawia się ten światopogląd, z którego najgorszym ucieleśnieniem walczyli dzielni żołnierze aliantów w 1944 roku" - dodał "FAZ".
Niemieckie media: Przemówienie Hegsetha było błędne
Z kolei "Suddeutsche Zeitung" zwraca uwagę, że administracja Donalda Trumpa postrzega od dawna Europę jako cel inwazji migrantów, oraz twierdzi, że kontynentowi grozi "zagłada cywilizacyjna".
"Słowa Hegsetha są niestosowne i niesmaczne z dwóch innych powodów. Po pierwsze, jego krytyka jest oderwana od rzeczywistości: liczba uchodźców przybywających do Europy drastycznie spadła. Nawet na wielu granicach wewnętrznych przeprowadzane są kontrole niezgodne z przepisami Schengen - w tym przez Niemcy" - twierdzi gazeta i zaznacza, że w tym tygodniu w życie ma wejść również pakt migracyjny, którego celem jest dalsze zabezpieczenie unijnych granic.
"Po drugie, porównanie plaż z 1944 i 2026 roku przez Hegsetha jest również błędne. Jego zdaniem wtedy dobrzy przybyli, by walczyć z tyranią, podczas gdy dziś lądują źli. Hegseth pomija zatem miejsce, gdzie czyha jedyne realne zagrożenie inwazją (w sensie wymuszonego wtargnięcia wojsk): w Rosji imperialisty Władimira Putina" - napisano w "Suddeutsche Zeitung".
"W przypadku ataku na NATOPutin nie musiałby nawet lądować na zagranicznych plażach - jego wojska mogłyby obrać drogę lądową" - dodano.
W poniedziałek zbiera się Kapituła Orła Białego. Ozdoba: Historyczne wydarzeniePolsat NewsPolsat News
Proboszcz parafii w Chwałkowie był ciągnięty przez spłoszonego konia przez kilkadziesiąt metrów. Ksiądz w poważnym stanie trafił do szpitala. Jak potwierdziła w rozmowie z Interią kom. Monika Curyk z KPP w Gostyniu, do wypadku doszło, kiedy kierowana przez duchownego bryczka, biorąca udział w pielgrzymce, wymijała ciągnik.
Wypadek na pielgrzymce. Proboszcz jednej z parafii trafił do szpitalaKPP w Gostyniumateriał zewnętrzny
W skrócie
Proboszcz parafii w Chwałkowie został poważnie ranny po tym, jak został przeciągnięty przez spłoszonego konia na kilkadziesiąt metrów.
Do wypadku doszło w Bodzewie podczas pielgrzymki, gdy koń spłoszył się podczas wymijania ciągnika. Dwie pasażerki bryczki zdążyły z niej wyskoczyć, natomiast proboszcz został uwięziony.
Duchowny doznał rozległych obrażeń i został przetransportowany do szpitala śmigłowcem. Parafia poinformowała o modlitwie w jego intencji.
Do zdarzenia doszło w sobotę w Bodzewie w województwie wielkopolskim. Wówczas w trakcie pielgrzymki 53-letni proboszcz parafii w Chwałkowie jechał bryczką z dwiema pasażerkami.
Jak opisała w rozmowie z Interią kom. Monika Curyk z Komendy Powiatowej Policji w Gostyniu, w pewnym momencie w czasie wymijania ciągnika rolniczego zwierzę się spłoszyło. Kobiety podróżujące bryczką zdążyły z niej wyskoczyć, natomiast 53-latek został uwięziony pod wozem.
Wypadek bryczki w Wielkopolsce. Proboszcz ciężko ranny
Kom. Curyk podkreśliła, że spłoszony koń ciągnął proboszcza przez kilkadziesiąt metrów. Ostatecznie duchowny został zabrany do szpitala przez śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.
- Mężczyzna doznał rozległych obrażeń rąk, głowy i nóg - przekazała policjantka w rozmowie z Interią, dodając, że mowa tu o uszczerbku na zdrowiu powyżej siedmiu dni.
Parafia w Chwałkowie poinformowała w mediach społecznościowych o specjalnej modlitwie "w intencji księdza Sławka".
Jaki: Zełenski gra z Niemcami przeciwko PolscePolsat NewsPolsat News
Poseł partii Razem Maciej Konieczny stwierdził, że odebranie Orderu Orła Białego Wołodymyrowi Zełenskiemu powinno być połączone z odebraniem tego odznaczenia Gerhardowi Schröderowi, aby uniknąć uznania decyzji za antyukraińską.
Maciej Konieczny uważa, że nadanie ukraińskiej jednostce wojskowej imienia UPA przez prezydenta Zełenskiego wymaga symbolicznej odpowiedzi ze strony Polski.
Poseł wyraził przekonanie, że Polska powinna zachować asertywność w kwestiach polityki historycznej, jednocześnie kontynuując wsparcie dla Ukrainy w walce z Rosją.
Tomasz Walczak, Interia: - Czekamy na stanowisko Kapituły Orderu Orła Białego ws. odebrania odznaczenia Wołodymyrowi Zełenskiemu. Pan deklaruje, że taka decyzja powinna zapaść. Co się dzieje z lewicą, że włącza się polityczną grę Karola Nawrockiego?
Maciej Konieczny: - Uważam, że potrzebna jest stanowcza odpowiedź na decyzję Wołodymyra Zełenskiego o uhonorowaniu jednej z jednostek wojskowych imieniem UPA. To, co zrobił ukraiński prezydent, kompletnie nie bierze pod uwagę polskiej perspektywy i z punktu widzenia polskiej pamięci historycznej.
I odebranie orderu byłoby adekwatne?
- Nadanie imienia UPA ukraińskiej jednostce wojskowej jest decyzją o istotnej wadze symbolicznej i taką samą byłoby odebranie Orderu Orła Białego prezydentowi Zełenskiemu. Taka reakcja wydaje się zatem współmierna. Co więcej, mam podejrzenie, że na tym etapie brak stanowczej reakcji ze strony Polski bardziej nakręcałby nastroje antyukraińskie niż proporcjonalna odpowiedź.
Myślę, że taki wspólny gest - odebranie orderów i prezydentowi Zełenskiemu, i kanclerzowi Schröderowi - zabezpieczałby nas przed oskarżeniami o to, że Polska zmienia kurs czy przestaje sprzeciwiać się rosyjskiej agresji, bo właśnie na to liczą rosyjscy propagandyści
Słyszę jednak głosy bardzo różnych ludzi, którzy mówią, że państwo nie zachowuje się poważnie, gdy odbiera ordery tym, którym wcześniej je przyznało. Co pan na to?
- Raz jeszcze podkreślę: to mocna, symboliczna odpowiedź na symboliczny gest ze strony ukraińskiej. Ważne jest przy tym, aby nie dawać pretekstu rosyjskiej propagandzie i prorosyjskim politykom do wykorzystywania tej decyzji do rozkręcania antyukraińskich nastrojów.
A da się tego uniknąć?
- Stąd moja propozycja do rozważenia dla Kapituły Orderu Orła Białego, aby równolegle do odebrania orderu prezydentowi Zełenskiemu, odebrać to odznaczenie także Gerhardowi Schröderowi. Chodzi o to, by było jasne, że nie jest to żaden gest antyukraiński i że Polska jednoznacznie oraz konsekwentnie sprzeciwia się rosyjskiemu imperializmowi i agresji.
Pana zdaniem taki "pakiet" z Gerhardem Schröderem faktycznie nie zostałby odebrany jako pożywka dla nastrojów antyukraińskich w Polsce? Czy tacy politycy jak Grzegorz Braun nie wykorzystywaliby tej sprawy mimo wszystko, ignorując odebranie orderu Schröderowi?
- Myślę, że jawnie prorosyjscy politycy, tacy jak Grzegorz Braun i Leszek Miller, będą wykorzystywać wszystko, żeby pchać swoją antyukraińską i prorosyjską agendę. Jednak równoległe odebranie orderu Gerhardowi Schröderowi byłoby jednoznacznym gestem państwa polskiego, pokazującym, że nie chodzi tutaj o zmianę frontu ani o wspieranie strony rosyjskiej.
- Gerhard Schröder to polityk, który wysługiwał się rosyjskim interesom i nadal to robi, w związku z czym również nie zasługuje na posiadanie najwyższego polskiego odznaczenia. Myślę, że taki wspólny gest - odebranie orderów i prezydentowi Zełenskiemu, i kanclerzowi Schröderowi - zabezpieczałby nas przed oskarżeniami o to, że Polska zmienia kurs czy przestaje sprzeciwiać się rosyjskiej agresji, bo właśnie na to liczą rosyjscy propagandyści.
Ukraina siłą rzeczy musi zmierzyć się ze swoją trudną przeszłością. Nawet jeśli w krótkim czy średnim okresie te rozmowy będą trudniejsze to my jako Polska nie możemy się cały czas cofać
A nie ma pan wrażenia, że odebranie tego orderu Zełenskiemu tylko usztywni stanowisko Ukraińców?
- Niestety, możemy spodziewać takiego scenariusza. Warto jednak pamiętać, że obecna eskalacja jest efektem decyzji prezydenta Zełenskiego, a nie strony polskiej, a brak odpowiedzi mógłby spowodować większy jeszcze nastrojów antyukraińskich po stronie polskiej.
- Polska i Ukraina są skazane na rozmowę o historii jeżeli nasze relacje mają być dobra i stabilne. Ukraina siłą rzeczy musi zmierzyć się ze swoją trudną przeszłością. Nawet jeśli w krótkim czy średnim okresie te rozmowy będą trudniejsze to my jako Polska nie możemy się cały czas cofać.
- Na pewnym etapie musimy jasno postawić swoje stanowisko jednocześnie cały czas wspierając Ukrainę w jej walce z rosyjskim okupantem, bo od tego zależy także i nasze bezpieczeństwo.
Rząd liczy na to, że uda się te sprawy załatwić polubownie. Podczas weekendowej wizyty doradcy Zełenskiego w Polsce miała paść propozycja, by jednostka nosiła imię bohaterów UPA walczących ze Związkiem Radzieckim. Czy to pana zdaniem rozwiązało by sprawę?
- Taki krok zapewne nie rozwiązałby całkowicie problemu, ale oczywiście rozmowy trzeba prowadzić. Mam jednak przekonanie, że brak stanowczej reakcji ze strony polskiej - także w zakresie groźby odebrania Orderu Orła Białego - wcale nie sprawiłby, że te rozmowy byłyby łatwiejsze.
- Odnoszę wrażenie, że to właśnie ostra postawa ze strony polskiej sprawiła, iż ukraińska delegacja w ogóle pojawiła się w Polsce i pojawiła się gotowość do rozmów oraz pewnych ustępstw. Gwarancji sukcesu nie ma, sytuacja jest trudna, ale to nie jest tak, że ostre reakcje torpedują rozmowy. Myślę, że jest zupełnie odwrotnie.
Rozumiem więc, że chciałby pan pochwalić prezesa Nawrockiego, który narzucił ostry ton i w ten sposób zmusił Ukraińców do rozmów?
- Aż tak daleko bym się nie posunął. Mam przekonanie, że na polskiej prawicy istnieje duża chęć rozgrywania nastrojów antyukraińskich na potrzeby wyborcze i nie chciałbym tego podbijać. Po prostu uważam, że w tej konkretnej sytuacji reakcja była adekwatna. Mam nadzieję, że do porozumienia dojdzie i relacje polsko-ukraińskie będą się w przyszłości rozwijać jak najlepiej. Jestem przekonany, że nasze wsparcie dla Ukrainy w walce z Rosją powinno być niezachwiane. Natomiast na tym etapie zalecałbym asertywność, a nie uległość wobec ukraińskich postaw w zakresie polityki historycznej.
Rozmawiał Tomasz Walczak
Aktualizacja: Jak ustalił reporter Polsat News Grzegorz Urbanek, posiedzenie Kapituły Orderu Orła Białego rozpoczęło się o godz. 10.00 i odbywa się w letniej rezydencji prezydenta w Juracie na Półwyspie Helskim. Po posiedzeniu Kapituły Pałac Prezydencki zapowiada komunikat w tej sprawie.
"Wydarzenia": Ziobro kontra Tusk. Ciąg dalszy politycznego sporuPolsat NewsPolsat News
Polacy o dopłatach do ZUS dla artystów. Zdecydowany wynik sondażu
Zdecydowana większość Polaków sprzeciwia się ustawie o dopłatach do składek ZUS dla najmniej zarabiających zawodowych artystów - wynika z najnowszego sondażu. Sprawa ta budziła w ostatnich dniach spore emocje. Projekt ustawy przedłożyła minister kultury i dziedzictwa narodowego Marta Cienkowska.
Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Marta CienkowskaFilip NaumienkoReporter
W skrócie
Trzy czwarte ankietowanych jest przeciwna ustawie przewidującej dopłaty do składek ZUS dla najmniej zarabiających zawodowych artystów, a poparcie dla takiej inicjatywy zadeklarowało 11 procent respondentów.
Projekt ustawy przewiduje wprowadzenie statusu artysty zawodowego, uprawniającego do dopłat do składek ZUS dla osób o określonym poziomie dochodu.
Według danych rządu 69 procent artystów osiąga dochody poniżej średniej krajowej, a nowe przepisy mają objąć około 20 tysięcy osób.
"Czy rząd powinien dopłacać artystom do emerytury?" - zapytano uczestników badania Instytutu Badań Pollster dla "Super Expressu".
Przecząco odpowiedziało 74 proc. respondentów. Za wsparciem ze strony państwa i dopłatami opowiedziało się 11 proc. ankietowanych, natomiast 15 proc. nie ma zdania w tej sprawie.
Badanie przeprowadzono w dniach 28-29 maja 2026 roku na próbie 1057 dorosłych Polaków.
Sondaż: Dopłaty do ZUS dla artystów. Polacy mówią zdecydowane "nie"
Pod koniec maja Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny. Dokument został przedłożony przez minister kultury i dziedzictwa narodowego Martę Cienkowską.
Jednym z założeń projektu jest wprowadzenie statusu artysty zawodowego. Miałby on być przyznawany na pięć lat, z możliwością przedłużenia do ośmiu lat.
Status ten byłby konieczny, aby ubiegać się o dopłaty do składek emerytalnych dla artystów, których średni miesięczny przychód z ostatnich trzech lat nie przekroczył 125 proc. minimalnego wynagrodzenia, czyli około 68 tys. zł brutto rocznie.
Państwo miałoby dopłacać brakującą kwotę do składek ZUS tak, aby zostały one uzupełnione do poziomu odpowiadającego minimalnemu wynagrodzeniu (4806 zł miesięcznie).
Wysokość dopłaty nie byłaby więc jednakowa dla wszystkich i miałaby zależeć od rzeczywistych dochodów konkretnej osoby. Jak informuje Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, pieniądze nie trafiałyby bezpośrednio do artystów. Dopłaty byłyby przekazywane automatycznie do ZUS, na konto składkowe danej osoby.
Nowe przepisy mają uwzględniać specyfikę pracy artystycznej. Rząd wskazuje, że wielu twórców pracuje nieregularnie, często na podstawie czasowych umów i krótkoterminowych zleceń. Taki model zatrudnienia utrudnia im systematyczne opłacanie składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne.
Rząd wskazuje na niskie dochody twórców
Z danych przedstawionych w komunikacie rządu wynika, że około 69 proc. artystów osiąga dochody poniżej średniej krajowej, a 30 proc. - poniżej minimalnego wynagrodzenia. Z kolei tylko 11 proc. osób wykonujących zawód artystyczny pracuje na podstawie umowy o pracę.
Rząd przekonuje, że nowe rozwiązania mają poprawić bezpieczeństwo socjalne tej grupy zawodowej. Artyści objęci systemem mieliby uzyskać dostęp do świadczeń społecznych i zdrowotnych, w tym publicznej ochrony zdrowia, świadczeń chorobowych czy urlopów macierzyńskich.
Według założeń z nowych przepisów mogłoby skorzystać około 20 tys. osób.
Projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym artystów musi przejść dalszą ścieżkę legislacyjną. Jeśli przepisy zostaną uchwalone i ogłoszone w Dzienniku Ustaw, mają wejść w życie po dziewięciu miesiącach.
Pierwsze umowy z SAFE podpisane. Bocheński w ''Gościu Wydarzeń'': Aneksują rzeczy, które już były zamówione przez poprzedni rządPolsat News
Ogólnonarodową debatę wywołała decyzja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, który nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych "Północ" Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy honorowe miano "Bohaterów UPA".
W Polsce wszystkie partie i czołowi politycy nie kryli oburzenia, wskazując, że upamiętnianie formacji odpowiedzialnej za ludobójstwo Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej jest nie do przyjęcia.
Oczywiście Warszawa nie ma skutecznych narzędzi ingerencji w decyzje Kijowa dotyczące ukraińskiej polityki pamięci, jednak najnowsze napięcie w relacjach dwustronnych zawiodło nasze zrozumiałe oczekiwania pewnego politycznego zadośćuczynienia. Dla wielu z nas indywidualna pomoc wschodnim sąsiadom, bandycko zaatakowanym przez Federację Rosyjską, była naturalnym odruchem.
Sądziliśmy, że po wspólnym przeżyciu tamtych dramatycznych chwil władze Ukrainy wykażą się zrozumieniem, iż odnalezienie i godny pochówek ofiar UPA stanowi dla Polek i Polaków moralny obowiązek. Przeciąganie poszukiwań zbiorowych mogił na Wołyniu, połączone z gloryfikowaniem zbrodniarzy, całe polskie społeczeństwo odczuwa jako dotkliwą obelgę.
Polska i Niemcy wytyczyli szlak pojednania
Rodzi się w tym miejscu pytanie, czy w obecnych i przyszłych warunkach trwałe oraz szczere pojednanie między państwami, politykami i wreszcie narodami Polski i Ukrainy jest w ogóle możliwe.
Lily Gardner Feldman, uznana badaczka historycznych koncyliacji, wskazuje na kilka kluczowych czynników tego procesu: wizję, polityczne przywództwo, uczciwe zmierzenie się z trudną przeszłością, symboliczne gesty porozumienia oraz instytucjonalne ramy wsparcia.
Dobrym punktem odniesienia jest niełatwe, lecz doniosłe pojednanie polsko-niemieckie. Zarówno polscy biskupi, którzy w 1965 roku skierowali do niemieckich braci list ze słynną frazą "udzielamy wybaczenia i prosimy o nie", jak i kanclerz Willy Brandt, uznający granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej, wykazali się dalekowzrocznością i polityczną odpowiedzialnością.
Tak prymas Stefan Wyszyński, jak i legendarny lider niemieckiej SPD byli bezpardonowo atakowani za ówczesne gesty porozumienia. Dziś niemiecka odpowiedzialność za zbrodnie popełnione na obywatelach II RP - trzech milionach Polaków oraz na trzech milionach polskich Żydów - nie jest już osią sporu między rządami, elitami politycznymi czy historykami obu krajów.
Budowę mostów między społeczeństwami co roku wspiera szereg wspólnych instytucji, choćby Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej, Polsko-Niemiecka Współpraca Młodzieży czy Polsko-Niemiecka Fundacja na rzecz Nauki. Na tym tle trzeba uczciwie przyznać: polsko-ukraińskie pojednanie po prostu nie istnieje.
Bez rachunku sumienia nie będzie niczego
Polska od początku wspierała Ukrainę na arenie politycznej. Jako pierwsze państwo uznaliśmy jej niepodległość w 1991 roku; w 2004 roku Aleksander Kwaśniewski, a w 2014 roku Radosław Sikorski zaangażowali się we wsparcie ukraińskiej opozycji demokratycznej.
W lutym 2022 roku Andrzej Duda odwiedził Kijów dzień przed pełnoskalową rosyjską agresją, zaś Mateusz Morawiecki i Jarosław Kaczyński jako pierwsi zagraniczni politycy przyjechali na Ukrainę niespełna miesiąc po jej rozpoczęciu.
Każdy prezydent i premier RP po 1989 roku prowadził politykę sprzyjającą zachodnim aspiracjom Kijowa. Trudno jednak doszukać się autentycznych symboli i wizji pojednania. Jedynymi przywódcami, którzy wspólnie pokłonili się polskim i ukraińskim ofiarom, byli prezydenci Kwaśniewski i Leonid Kuczma.
Od tamtej pory oglądaliśmy raczej gesty mniej lub bardziej prowokacyjne: w 2010 roku prezydent Wiktor Juszczenko pośmiertnie przyznał Stepanowi Banderze tytuł Bohatera Ukrainy; w 2018 roku ukraińskie władze zasłoniły paździerzowymi płytami rzeźby lwów na Cmentarzu Orląt Lwowskich; w tym roku Wołodymyr Zełenski nadał elitarnej jednostce imię "Bohaterów UPA". Do dziś stoją zaś na Ukrainie pomniki Bandery i Romana Szuchewycza - architektów ludobójstwa dokonanego na Polakach.
Problemem fundamentalnym pozostaje brak uczciwego podejścia do historii. Strona ukraińska tłumaczy się przy tym trwającą wojną obronną z Rosją, niestabilnością polityczną minionych trzech dekad oraz dużym zróżnicowaniem językowym i pamięciowym własnych obywateli.
Tymczasem prócz uznania win UPA - popełnionych na Polakach, Żydach, Rosjanach i własnych rodakach - Ukraina będzie musiała w przyszłości zmierzyć się również z mroczną kartą udziału swoich przodków w formacjach kolaboranckich, takich jak dywizja SS-Galizien czy oddziały wartownicze (SS-Wachmannschaften), z których wywodzili się m.in. "trawnikowcy" pełniący służbę w niemieckich obozach zagłady w Bełżcu, Sobiborze i Treblince.
Ukraińscy ochotnicy brali czynny udział w tłumieniu powstania w getcie warszawskim oraz powstania warszawskiego.
Bez tego rachunku sumienia droga Ukrainy do Unii Europejskiej i NATObędzie zwyczajnie zamknięta - i to nie tylko z powodu ewentualnego polskiego weta.
Pytania, na które musi odpowiedzieć Ukraina
Przy okazji kolejnych historycznych przesileń strona ukraińska sięga często po argument, że przeszłość należy zostawić historykom, a bliskość naszych narodów wymaga patrzenia w przyszłość. To narracja niebezpieczna i dwulicowa. Zbrodnie UPA pochłonęły życie około stu tysięcy Polaków - to bilans porównywalny z obecnymi ukraińskimi stratami wojny z putinowską Rosją.
Czy zatem po zakończeniu kremlowskiej napaści Kijów również zechce zapomnieć o własnych ofiarach w imię budowy przyszłych relacji z Moskwą? Czy Ukraińcy będą gotowi darować Rosji jej winy, powołując się na bliskość językową, religijną i osobistą milionów rodzin? Pytania te najlepiej obnażają fałsz wezwań, byśmy "spojrzeli w przyszłość", zanim rozliczono przeszłość.
Pozostaje więc pytanie, na które odpowiedzieć musi sama Ukraina - nie Polska. Czy państwo, które dziś walczy o swoją wolność i niepodległość, naprawdę chce odwoływać się do haniebnego dziedzictwa rodzimych faszystów i nazistowskich kolaborantów? Czy bohaterski żołnierz broniący Kijowa przed Putinem musi być firmowany nazwiskami zbrodniarzy z Wołynia?
Wolna Ukraina naprawdę zasługuje na lepszych patronów niż ci, którzy mordowali bezbronne kobiety i dzieci.
Polska historyczna racja stanu nakazuje godne upamiętnienie wszystkich Polek i Polaków, którzy zginęli z rąk niemieckiej III Rzeszy, Związku Radzieckiego oraz Ukraińskiej Powstańczej Armii.
To obowiązek, którego nie znosi ani upływ czasu, ani doraźna geopolityczna koniunktura - i z którego żaden polski rząd, niezależnie od barw partyjnych, nie ma prawa zrezygnować. Pamięć o pomordowanych nie jest kartą przetargową w negocjacjach o przyszłość, lecz fundamentem, na którym jakakolwiek przyszłość może się dopiero wesprzeć.
Bartosz Rydliński
W poniedziałek zbiera się Kapituła Orła Białego. Ozdoba: Historyczne wydarzeniePolsat NewsPolsat News
Trzęsienie ziemi na Filipinach, mieszkańcy ewakuowani. Liczba ofiar rośnie
Co najmniej 15 osób nie żyje w wyniku trzęsienia ziemi o magnitudzie 7,8, do którego doszło w południowej części Filipin. Z powodu żywiołu ewakuowano mieszkańców, doszło także do zawalenia się wielu budynków, w tym szkoły i centrum handlowego. Po kilku godzinach zniesiono ostrzeżenia przed tsunami wydane nie tylko dla Filipin, ale i dla innych rejonów Azji.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Trzęsienie ziemi na Filipinach. Są informacje o pierwszych ofiarachQUEENIE ROSE ADAYAAFP
W skrócie
Co najmniej piętnaście osób zginęło w wyniku trzęsienia ziemi o magnitudzie 7,8 w południowych Filipinach, konieczna była ewakuacja mieszkańców i doszło do zniszczenia budynków, w tym szkoły oraz centrum handlowego.
Władze Filipin zaapelowały do mieszkańców zagrożonych regionów przybrzeżnych o przeniesienie się na wyżej położone tereny, a także zawiesiły zajęcia w szkołach na obszarze wyspy Mindanao.
Ostrzeżenia przed tsunami wydano również w Japonii i Indonezji, a według oficjalnych źródeł najwyższa zarejestrowana fala miała 1,4 metra.
Informację o co najmniej 15 ofiarach podały w oświadczeniu filipińskie władze, na które powołuje się agencja AFP. Dodano, że ofiar może być więcej.
Władze Filipin zaapelowały do mieszkańców dotkniętych katastrofą regionów przybrzeżnych o przeniesienie się na wyżej położone tereny. Trzęsienie ziemi na morzu zlokalizowano w pobliżu General Santos, miasta liczącego około 720 tys. mieszkańców w południowym regionie wyspy Mindanao.
Trzęsienie ziemi na Filipinach. Są ofiary, apel do mieszkańców
Prezydent Filipin Ferdinand Marcos Jr. poinformował także o zawieszeniu zajęć w szkołach zajęcia w rejonach wyspy Mindanao.
- Twoje życie jest ważniejsze niż cokolwiek, co tam zostało - przekazał polityk.
Oprócz Filipin ostrzeżenie przed tsunami wydano również w Japonii i Indonezji - w drugim z tych państw zostało ono odwołane kilka godzin po zarządzeniu ewakuacji mieszkańców.
Według informacji przekazanych przez filipińską agencję sejsmologiczną, najwyższa zarejestrowana fala tsunami wyniosła 1,4 metra wysokości.
Epicentrum wstrząsów zlokalizowanych na morzu nastąpiło o godz. 7.37 czasu lokalnego (godz. 1.37 w Polsce). Niemiecki instytut GFZ początkowo oceniał siłę kataklizmu nawet na 8,2 - dopiero później obniżył ją do 7,8.
Po ok. 8 godzinach zniesione zostały ostatnie alarmy przed tsunami - najdłużej obowiązywały na terenie Filipin, wcześniej były ogłaszane również w Japonii i Indonezji.
Trzęsienie ziemi w Azji. Ofiary śmiertelne, zawalone budynki
W swojej relacji AFP wskazuje na opublikowane w mediach społecznościowych nagrania pokazujące, jak w mieście General Santos runęło centrum handlowe czy jeden ze szkolnych budynków.
Filipiny są położone w tzw. Pacyficznym Pierścieniu ognia, gdzie znajduje się kilkaset wulkanów i dochodzi do ok. 90 proc. wszystkich trzęsień ziemi na świecie.
W wyniku poprzedniego szczególnie dotkliwego trzęsienia ziemi w październiku 2025 roku, do którego doszło w centralnej części Filipin, zginęło 76 osób, a ok. 72 tys. budynków zostało zniszczonych lub uszkodzonych. Wystąpiły wtedy wstrząsy o magnitudzie 6,9.
Źródła: Reuters, AFP
Czy Zełenski straci Order Orła Białego? Historyk: Mam nadzieję, że niePolsat NewsPolsat News
Łotwa poinformowała o zagrożeniu w przestrzeni powietrznej nieopodal granicy z Rosją. Władze apelowały do mieszkańców o pozostanie w domach, śledzenie oficjalnych komunikatów. Rzecznik armii przekazał, że na terytorium kraju wleciał co najmniej jeden dron, który został zestrzelony przez siły NATO. Po kilkudziesięciu minutach ponownie został opublikowany komunikat o powietrznym zagrożeniu.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Łotwa poinformowała o zestrzeleniu drona przez siły NATOJONATHAN NACKSTRANDAFP
W skrócie
Łotewskie władze ogłosiły alarm powietrzny w pobliżu granicy z Rosją i wezwały mieszkańców do pozostania w domach oraz obserwowania oficjalnych komunikatów.
Zestrzelony został dron, który wleciał na terytorium Łotwy, a alarm dotyczący zagrożenia został następnie odwołany.
Wcześniej doszło do incydentu z udziałem ukraińskich dronów, które wtargnęły w przestrzeń powietrzną Łotwy i spowodowały zmiany na stanowiskach rządowych.
Jak wskazano w oficjalnym komunikacie, ostrzeżenia obowiązywały dla powiatów w pobliżu miast Lucyn, Rzeżyca, Balvi i Aluksne we wschodniej części Łotwy.
W związku z zagrożeniem poderwane zostały myśliwce NATO.
Dron na terytorium Łotwy zestrzelony przez siły NATO
"Siły Zbrojne Republiki Łotewskiej informują o zagrożeniu powietrznym w łotewskiej przestrzeni powietrznej. Znajdź bezpieczne miejsce schronienia, jeśli zauważysz nisko latający i podejrzany obiekt, nie zbliżaj się do niego i dzwoń pod 112. Zostaniesz poinformowany/a, gdy zagrożenie minie" - przekazała armia.
Według rzecznika łotewskiej armii "co najmniej jeden dron" wleciał na terytorium Łotwy, który został zestrzelony przez siły NATO, a konkretnie przez francuski myśliwiec Rafale, stacjonujący na lotnisku w mieście Szawle na Litwie.
Francuskie samoloty patrolują przestrzeń powietrzną Łotwy, Litwy i Estonii od czasu ich przystąpienia do NATO w 2004 roku.
Minister obrony Łotwy poinformował, że z powodu incydentu z udziałem drona nikt nie ucierpiał, nie odnotowano także innych szkód.
Po strąceniu drona strona łotewska poinformowała, że alarm z powodu zagrożenia przestrzeni powietrznej został odwołany. Kilkadziesiąt minut później pojawił się kolejny komunikat o zagrożeniu przestrzeni powietrznej we wschodniej części Łotwy.
O godz. 11:42 łotewska armia przekazała, że alert został obniżony do "poziomu żółtego". "Obecnie nie są wymagane żadne dodatkowe działania ze strony mieszkańców" - poinformowano.
Drony nad Łotwą i Mołdawią. Poderwano myśliwce
Do podobnego zdarzenia doszło w poniedziałkowy poranek w Mołdawii. Jak podało tamtejsze Ministerstwo Obrony, na które powołuje się Reuters, dron przeleciał nad terytorium kraju, a jego fragmenty "ze śladami eksplozji znaleziono na polu w pobliżu wschodniej wsi Łopatna, niedaleko granicy z Ukrainą".
Mołdawskie władze przekazały, że fragmenty drona są badane w celu ustalenia ich pochodzenia, a także okoliczności incydentu, do którego doszło w poniedziałek.
"To wskazuje na zagrożenia i konsekwencje, jakie agresywne działania Federacji Rosyjskiej przeciwko Ukrainie niosą dla bezpieczeństwa regionalnego i państw sąsiednich" - przekazano w rządowym komunikacie.
To kolejny w ostatnim czasie incydent z bezzałogowcami, do którego doszło na terenie Łotwy. 7 maja w przestrzeń powietrzną Łotwy wtargnęła grupa bezzałogowców, a jeden z nich uderzył w magazyn ropy naftowej w miejscowości Rzeżyca.
Jak później ustalono, były to dwa ukraińskie bezzałogowce, wystrzelone przeciwko celom w Rosji. W wyniku zdarzenia nikt nie ucierpiał, ale doprowadziło ono do dymisji ministra obrony Andrisa Sprudsa. Kilka dni później o rezygnacji z zajmowanego stanowiska poinformowała premier Łotwy Evika Siliņa.
"Graffiti": Czy Ziobro może liczyć na uczciwy proces? Wiceminister sprawiedliwości tłumaczyPolsat NewsPolsat News
Jaki: Zełenski gra z Niemcami przeciwko PolscePolsat NewsPolsat News
Pogoda wraca do równowagi. Burze ograniczą się do jednego regionu
Zagrzmi jeszcze przed południem, ale tylko w jednym województwie. Burze mogą się utrzymać przez kilka godzin na północnym wschodzie Polski. Reszta kraju będzie zdecydowanie spokojniejsza, co zawdzięczamy wyżowi Emil. Zrobi się bardzo ciepło, choć nie upalnie.
Dzięki wyżowi Emil w większości Polski będzie spokojnie i ciepło, jednak na północnym wschodzie trzeba uważać na burze - ostrzega IMGWMichał Grocholski.Agencja Wyborcza.pl/WXCHARTSmateriał zewnętrzny
Ostatnie dni upłynęły pod znakiem wymagającej i w wielu miejscach burzowej aury. W poniedziałek strefa najgorszej pogody ograniczy się do północnego wschodu, choć deszcz może popadać na wielu innych terenach - wynika z prognoz Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Burze w ciągu dnia nawiedzą jedynie Suwalszczyznę.
Słońce czy deszcz? Sprawdź najlepsze prognozy dla swojego regionu naPogoda Interia
Pogoda zepsuje się w jednym regionie. Burza na Suwalszczyźnie
Poniedziałek najbardziej pochmurny będzie na północy i tam pojawią się przelotne opady deszczu, a miejscami zagrzmi. Południowa połowa Polski będzie z kolei wyraźnie pogodniejsza.
Możliwe, że jeszcze przed południem pojawią się pierwsze burze. Będą się przemieszczać z zachodu na wschód i przynosić bardziej intensywne opady deszczu, sięgające 10-15, a miejscami do 25 litrów wody na metr kwadratowy. Lokalnie może również popadać grad.
Burze z najsilniejszymi ulewami w poniedziałek skupią się na północnym wschodzie krajuWXChartsmateriał zewnętrzny
Burze powinny się ograniczyć do Suwalszczyzny, a późnym popołudniem i wieczorem odsuną się poza granice Polski.
Ze względu na burze obowiązuje ostrzeżenie IMGW pierwszego stopnia, obejmujące północno-wschodnią część województwa podlaskiego. Tam oprócz intensywniejszych opadów podczas burz może wiać porywisty wiatr, osiągający do 60 km/h.
Powyższe ostrzeżenia będą obowiązywać od godz. 11:00 do 17:00.
Taka niezbyt przyjemna pogoda ograniczy się praktycznie tylko do północnego wschodu - w reszcie kraju będzie zdecydowanie spokojniej, a także bardzo ciepło.
Ciepło w całym kraju. Sporo na termometrach
W ciągu dnia poniżej 20 stopni Celsjusza będzie praktycznie tylko miejscami nad morzem: lokalnie w granicach 17-19 stopni.
We wszystkich pozostałych regionach będzie więcej niż kilkanaście stopni i zanotujemy około 23 st. C w centrum do maksymalnie 26 stopni. Dzięki temu, że wiatr przeważnie słaby i umiarkowany, więc nie powinien obniżyć temperatury odczuwalnej. Mocniej powieje tylko w trakcie burz.
Pogoda przeważnie będzie obojętna, choć w trakcie większego zachmurzenia oraz burz na północnym wschodzie warunki czasowo pogorszą się do niekorzystnych.
Dzięki wyżowi Emil pogoda będzie przeważnie przyjemna lub obojętna, choć tak, gdzie zrobi się pochmurnie, warunki czasowo się pogorsząIMGWmateriał zewnętrzny
Wyraźnie lepiej będzie na zachodzie i południu, gdzie dzięki dużej ilości słońca pogoda będzie korzystnie wpływać na nasz organizm.
-----
Pierwsze umowy z SAFE podpisane. Bocheński w ''Gościu Wydarzeń'': Aneksują rzeczy, które już były zamówione przez poprzedni rządPolsat News
Nieoficjalnie: Rafał Sonik kandydatem KO na prezydenta w Krakowie
Potwierdzają się informacje Interii z połowy poprzedniego tygodnia. Wszystko wskazuje na to, że kandydatem Koalicji Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego na prezydenta Krakowa będzie Rafał Sonik.
Rafał SonikFot. Pawel MurzynEast News
Wyścig o prezydenturę w Krakowie nabiera rumieńców. Coraz więcej kart zostało odkrytych. Do tej pory jedną z największych zagadek był wybór Koalicji Obywatelskiej. Jak pisaliśmy w Interii w ubiegłym tygodniu, w ścisłym gronie potencjalnych kandydatów znajdowało się pięć nazwisk.
Centrala partii miała dylemat - czy postawić na kandydata politycznego, związanego z KO, czy człowieka z zewnątrz. W pierwszej opcji brane pod uwagę były nazwiska Bogdana Klicha, Moniki Piątkowskiej i Bartłomieja Sienkiewicza. Druga opcja to wybór niepolityczny, a tu rozważani byli dwaj kandydaci - Rafał Sonik i prof. Tomasz Grodzicki.
Jak usłyszeliśmy w poniedziałek rano, najbliżej nominacji jest Rafał Sonik. - Tylko nie jest tak, jak piszą niektórzy, że decyzja została podjęta na 100 proc. Powiedziałbym, że 90 proc. jest bliżej prawdy. Poczekajmy na dopięcie szczegółów - mówi nam jeden z ważnych polityków KO.
W weekend RMF podał, że kandydatem KO ma być właśnie Sonik. Co więcej, przedsiębiorca ma być wspólnym kandydatem nie tylko KO, ale też PSL.
Sonik w ubiegłym tygodniu był sondowany przez polityków Koalicji Obywatelskiej. Już wcześniej przewijał się w wewnętrznych rozmowach jako potencjalny kandydat. Po tym, gdy sam nie wykluczył, że byłby zainteresowany potencjalnym startem, działania ze strony KO zostały zintensyfikowane.
Kim jest Rafał Sonik? To znany w Krakowie przedsiębiorca
Jak udało nam się ustalić, podczas długiego czerwcowego weekendu z potencjalnym kandydatem spotykał się prominentny emisariusz partii, bliski współpracownik Donalda Tuska. Czy rozmowy okazały się owocne? Wszystko na to wskazuje, choć Koalicja Obywatelska nie ma jeszcze zaplanowanej żadnej aktywności w Krakowie na poniedziałek. Nie ogłosiła konferencji prasowej bądź innej formy ewentualnej prezentacji kandydata.
- Rozmawialiśmy (z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem - red.) o sytuacji w Krakowie i wydaje mi się, że byłoby sensowne, żebyśmy wystawili wspólnego kandydata też dla higieny koalicji - powiedział Donald Tusk. - W poniedziałek będzie znany także kandydat ze strony Koalicji i PSL-u albo Koalicji - zapowiedział premier.
Rafał Sonik to znany pod Wawelem przedsiębiorca, który od lat wspiera liczne działania charytatywne. To też były sportowiec, który w 2015 r. wygrał Rajd Dakar. Prowadzi też działalność deweloperską, co jest nie bez znaczenia w przypadku kandydata w tym mieście. Gdyby rzeczywiście stał się kandydatem KO, musi spodziewać się wielu ataków ze strony politycznych oponentów na tym gruncie.
Kandydata wskazało już Prawo i Sprawiedliwość (Michał Drewnicki) oraz Konfederacja (Bartosz Bocheńczak). W poniedziałek kandydata ma przedstawić Nowa Lewica: o urząd powalczy Daria Gosek-Popiołek. W wyborach powinien wystartować też Łukasz Gibała, który dwa lata temu wszedł do drugiej tury. Niezrzeszony polityk nie ogłosił jednak jeszcze takiej chęci.
Krakowianie odwołali Aleksandra Miszalskiego w referendum 24 maja. Do czasu wyboru nowego włodarza funkcję komisarza pełni Stanisław Kracik, dotychczasowy zastępca prezydenta. Wybory powinny odbyć się pod koniec sierpnia, a ewentualna druga tura we wrześniu.
Łukasz Szpyrka
"Wydarzenia": Ziobro kontra Tusk. Ciąg dalszy politycznego sporuPolsat NewsPolsat News
Centralna komisja wyborcza w Armenii opublikowała oficjalne wyniki wyborów parlamentarnych. Rządząca partia Umowa Społeczna obecnego premiera Nikola Paszyniana zdobyła 49,81 proc. głosów. Na drugim miejscu znalazło się ugrupowanie Silna Armenia z wynikiem 23,29 proc. Paszynian skomentował wyniki, oceniając je jako "historyczne zwycięstwo".
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Partia Nikola Paszyniana wygrała wybory parlamentarne w ArmeniiKAREN MINASYAN/AFP/East News
W skrócie
Centralna komisja wyborcza Armenii ogłosiła oficjalne wyniki wyborów parlamentarnych, według których partia Umowa Społeczna premiera Nikola Paszyniana uzyskała 49,81 proc. poparcia, a na drugim miejscu znalazła się Silna Armenia z wynikiem 23,29 proc.
Paszynian zapowiedział kontynuację zacieśniania relacji z USA i Unią Europejską oraz rozwijanie stosunków z Rosją.
Szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas zadeklarowała wsparcie dla Armenii w procesie reform.
Umowa Społeczna opowiada się za zacieśnianiem relacji z USA i Unią Europejską oraz zawarciem trwałego pokoju z Azerbejdżanem.
Największymi partiami opozycyjnymi wobec prozachodniego stronnictwa Paszyniana są Silna Armenia pozostającego w areszcie domowym ormiańsko-rosyjskiego oligarchy Samwela Karapetiana i Blok Armenia byłego premiera Roberta Koczariana.
Wybory w Armenii, Paszynian triumfuje: Historyczne zwycięstwo
Według oficjalnych danych - Umowa Społeczna zdobyła 49,81 proc. głosów, a Silna Armenia 23,29 proc. Blok Armenia zajął trzecie miejsce z wynikiem 9,9 proc., a na czwartej pozycji znalazła się Kwitnąca Armenia (4 proc.). Frekwencja wyniosła 59 proc.
Paszynian po zakończeniu wyborów mówił o "historycznym zwycięstwie" swojej partii. Obiecał także "kontynuować proces pojednania z Zachodem" i jednocześnie rozwijać stosunki Armenii z Rosją.
Zwycięstwo Paszyniana oceniane jest jako kierowanie polityki Armenii w stronę Zachodu i kolejny krok zorientowany na wyjście z rosyjskiej strefy wpływów. Jedną z najczęściej wskazywanych przez ekspertów przyczyn odcinania się od Rosji była jej bierność w 2023 roku, gdy Azerowie zajęli sporny teren Górskiego Karabachu.
Armenia zorientowana na Zachód. Kallas: Postaramy się im pomóc
W następstwie tych zdarzeń Paszynian, który już wcześniej rozpoczął orientowanie ormiańskiej polityki na kierunki USA i UE, jeszcze wyraźniej zdystansował się od Rosji.
Zwolennicy Karapetiana i Koczariana zarzucali premierowi zbyt dalekie ustępstwa na rzecz Azerbejdżanu.
W poniedziałek szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas powiedziała, że obywatele Armenii"nadal wybierają europejską przyszłość", pomimo silnej presji ze strony Rosji.
- Postaramy się im pomóc tak, jak to możliwe, jeśli chodzi o przyszłe reformy - zapewniła.
"Utrwalenie stanowiska". Miller o wizycie wysłannika Zełenskiego w WarszawiePolsat NewsPolsat News
Rosjanie zaatakowali nocą. Ukraina odpowiedziała, ważny obiekt zapłonął
Co najmniej pięć osób zginęło, a kilkanaście zostało rannych w wyniku rosyjskich ataków na Ukrainę w nocy. Kijów odpowiedział uderzając celnie w rosyjską infrastrukturę naftową. Pożar wybuchł m.in. w magazynie ropy w Noworosyjsku.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Pożar składu ropy w Noworosyjsku po ataku Ukrainymaptiler / @exilenova_plus telegrammateriał zewnętrzny
W skrócie
W rosyjskich atakach na Ukrainę zginęło co najmniej pięć osób, a kilkanaście zostało rannych.
Ukraina odpowiedziała, przeprowadzając naloty na rosyjską infrastrukturę naftową, w tym magazyn ropy w Noworosyjsku i rurociąg w obwodzie wołgogradzkim.
Dowództwo Sił Powietrznych Ukrainy poinformowało o zestrzeleniu 124 z 155 dronów skierowanych na Ukrainę, podczas gdy rosyjskie władze przekazały, że strącono w nocy 310 ukraińskich bezzałogowców.
Gubernator obwodu zaporoskiego Iwan Fedorow poinformował, że w nocy Rosja dokonała bombardowania regionu za pomocą dronów i pocisków, które uderzały w infrastrukturę, domy mieszkalne i samochody. W wyniku ostrzału zginęło co najmniej pięć osób, a 14 zostało rannych.
Wojna w Ukrainie. Rosjanie zaatakowali nocą, poszkodowani cywile
Rosjanie zaatakowali również Odessę. "Wstępne raporty wskazują, że dwie osoby zostały ranne" - przekazał Serhij Łysak, będący szefem odeskiej administracji wojskowej. Obie osoby w momencie ataku czekały na przystanku autobusowym. Trafiły do szpitala z ranami od odłamków.
Z kolei w mieście Konotop w obwodzie sumskim dron uderzył w budynek mieszkalny. Trzy osoby zostały ranne, a co najmniej jedna nadal pozostaje pod gruzami. Na miejscu trwa akcja ratownicza. Troje rannych trafiło do szpitali na oddział intensywnej terapii - przekazał burmistrz miasta Artem Semenikin.
W sumie Ukraina została w nocy zaatakowana 155 dronami. Według Dowództwa Sił Powietrznych wstępne dane wskazują, że udało się zestrzelić 124 z nich.
Ukraina odpowiada na rosyjskie ataki
Ataki w nocy przeprowadziła również Ukraina. Drony miały uderzyć między innymi w magazyn ropy znajdujący się Noworosyjsku w Kraju Krasnodarskim. W wyniku ataku na miejscu miało dojść do ponad 50 eksplozji oraz pożaru.
Ukraińcy mieli uderzyć również w infrastrukturę naftową w obwodzie wołgogradzkim. Odłamki dronów doprowadziły do pożaru rurociągu, został on jednak szybko ugaszony. Nie odnotowano ofiar - przekazały lokalne władze.
W sumie Rosjanie poinformowali o zestrzeleniu w nocy 310 ukraińskich bezzałogowców, które miały pojawić się nad obwodami biełgorodzkim, briańskim, kurskim, rostowskim, wołgogradzkim, saratowskim, orłowskim, tulskim, lipieckim, kałuskim, riazańskim, moskiewskim oraz Krymem.
"Utrwalenie stanowiska". Miller o wizycie wysłannika Zełenskiego w WarszawiePolsat NewsPolsat News
Jemeńscy bojownicy Huti będący sojusznikiem Iranu poinformowali, że rozpoczęli atak na Izrael. Zapowiedzieli również całkowitą blokadę izraelskich statków na Morzu Czerwonym.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Huti wystrzelili rakiety w kierunku Izraela (zdj. ilustracyjne)WISAM HASHLAMOUN / ANADOLUAFP
W skrócie
Jemeńska grupa Huti poinformowała o rozpoczęciu ataku rakietowego na Izrael i ogłosiła całkowitą blokadę izraelskich statków na Morzu Czerwonym.
Izrael przeprowadził atak na przedmieścia Bejrutu w Libanie, co spotkało się z reakcją Iranu i wystrzeleniem rakiet w kierunku Izraela.
Izrael rozpoczął bombardowania celów w Iranie, a Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej zapowiedział gotowość na dalsze działania w przypadku kolejnych ataków.
Operujący na terenie Jemenu Huti poinformowali, że wystrzelili rakiety w kierunku "wrażliwych wrogich celów na terenie Izraela". To odpowiedź na eskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie, która rozpoczęła się po niedzielnym ataku Izraela na przedmieściach Bejrutu.
Izrael potwierdził, że w kierunku kraju zostały wystrzelone pociski z Jemenu, a obrona powietrzna pracuje nad ich przejęciem. Izraelczycy poinformowali również, że kolejne pociski zostały wystrzelone również z Iranu.
"Ogłaszamy całkowity i bezwarunkowy zakaz żeglugi izraelskiej na Morzu Czerwonym" - poinformowała jemeńska organizacja.
"Uznajemy wszystkie wrogie transporty za uzasadnione cele wojskowe dla naszych sił zbrojnych od momentu wydania tego oświadczenia" - dodano.
Eskalacja na Bliskim Wschodzie. Wymiana ciosów między Izraelem a Iranem
Izraelski atak na Liban został uznany przez Iran za złamanie zawieszenia broni. W związku z tym Teheran wystrzelił rakiety w kierunku Izraela. Prezydent USA Donald Trump próbował przekonywać Binjamina Netanjahu, by nie odpowiadał na atak.
- Zadzwonię teraz do Bibiego (Binjamina Netanjahu - red.) i powiem mu, żeby nie odpowiadał. Każdy z nich miał swoją zabawę. Izrael miał swój atak, a Iran swój. Nie potrzebujemy kolejnego - powiedział amerykański prezydent w rozmowie z portalem Axios.
Mimo to Izraelczycy rozpoczęli bombardowania celów w Iranie. Rakiety balistyczne miały spaść m.in. na Isfahan, Tebriz i Teheran. Izraelska armia poinformowała, że zaatakowała strategiczne systemy obrony Iranu i zniszczyła systemy obrony powietrznej, które Iran starał się rozmieścić w celu przywrócenia zdolności obronnych.
Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej oświadczył, że jest gotowy na wszelkie scenariusze, a jeśli Izrael nadal będzie prowadził ataki na Iran i Liban, to Iran może uderzyć również w amerykańskie bazy w regionie.
Pierwsze umowy z SAFE podpisane. Bocheński w ''Gościu Wydarzeń'': Aneksują rzeczy, które już były zamówione przez poprzedni rządPolsat News
Atak nożownika w Nowym Jorku. Na krótko przed wizytą Donalda Trumpa
Pięć osób zostało rannych w wyniku ataku nożownika na stacji kolejowej Penn Station w Nowym Jorku. Do zdarzenia doszło dzień przed zaplanowanym w Madison Square Garden meczem finałów NBA, na którym ma pojawić się prezydent Donald Trump.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Na stacji Penn Station w Nowym Jorku doszło do ataku nożownika, w wyniku którego rannych zostało pięć osób.
Jedna z osób doznała poważnych obrażeń, cztery pozostałe zostały ranne w stopniu średnim lub lekkim.
Atak miał miejsce w przeddzień trzeciego meczu finałów NBA, na którym ma pojawić się prezydent Donald Trump.
Nowojorska straż pożarna poinformowała, że zgłoszenie o kilku osobach zaatakowanych nożem wpłynęło około godz. 19 czasu lokalnego (godz. 1 w nocy w Polsce).
W wyniku ataku rannych zostało pięć osób, w tym jedna poważnie. Ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Penn Station to jeden z najważniejszych węzłów komunikacyjnych Nowego Jorku. Stacja znajduje się bezpośrednio pod Madison Square Garden, gdzie w poniedziałek i środę New York Knicks zmierzą się z San Antonio Spurs w trzecim i czwartym meczu finałów NBA. Na pierwszym z tych spotkań ma pojawić się Donald Trump.
USA. Atak nożownika na Penn Station w Nowym Jorku
Podejrzany został zatrzymany. Jak ustaliła telewizja CNN, mężczyzna może być osobą w kryzysie bezdomności. Z kolei źródła "New York Post" podają, że on również został ranny podczas zdarzenia.
Brandon Norwood, jeden z rozmówców nowojorskiej gazety, czekał na pociąg do domu, gdy zobaczył, jak napastnik atakuje nożem jedną z osób na peronie. Jak relacjonował, chwilę później na stacji wybuchła panika.
- Widziałem, jak dźgnął jedną osobę. Kiedy ofiara zaczęła krzyczeć, wszyscy rzucili się do ucieczki. Ktoś upadł, więc pomogłem mu wstać, żeby nie został kolejną ofiarą albo żeby nie został stratowany - powiedział Norwood. - Wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Zostanie to ze mną na zawsze - dodał.
Pracownik Penn Station, który chciał zachować anonimowość, przekazał "NYP", że otrzymał polecenie zamknięcia części stacji. Gdy dotarł na miejsce, zobaczył dwóch rannych mężczyzn i podłogę pokrytą krwią. - Było naprawdę dużo krwi. Mnóstwo krwi na podłodze - powiedział.
Wzmożone środki bezpieczeństwa przed finałami NBA
Atak nastąpił w czasie wzmożonych działań służb bezpieczeństwa wokół Madison Square Garden, gdzie po raz pierwszy od 1999 roku odbywają się mecze Finałów NBA.
Władze federalne przygotowywały też szczegółowy plan zabezpieczenia poniedziałkowego meczu finałów NBA w związku z oczekiwaną obecnością Donalda Trumpa.
Penn Station to jeden z najważniejszych węzłów komunikacyjnych Nowego Jorku. Ze stacji korzystają pasażerowie metra, pociągów podmiejskich kursujących m.in. do New Jersey i na Long Island, a także pociągów dalekobieżnych Amtrak.
"Myślami jestem ze wszystkimi rannymi, ich bliskimi oraz osobami wstrząśniętymi tą niedopuszczalną przemocą. Życzę wszystkim poszkodowanym pełnego i szybkiego powrotu do zdrowia" - oświadczył burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani.
Źródła: CNN, New York Post
"Utrwalenie stanowiska". Miller o wizycie wysłannika Zełenskiego w WarszawiePolsat NewsPolsat News
Odwet mimo sprzeciwu Trumpa. Izrael uderzył w cele w Iranie
Izraelskie wojsko poinformowało w poniedziałek nad ranem o przeprowadzeniu ataków na wojskowe cele w zachodnim i środkowym Iranie. Do uderzeń doszło mimo słów Donalda Trumpa, który zapowiedział rozmowę z Binjaminem Netanjahu na temat wstrzymania się od odwetu. Iran zapowiedział gotowość "na każdy scenariusz", przekazując też informację o uderzeniu w izraelskie bazy lotnicze.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Izrael poinformował o atakach na cele w IranieJALAA MAREYAFP
W skrócie
Izraelskie wojsko przeprowadziło ataki na cele wojskowe w zachodnim i środkowym Iranie mimo zapowiedzi rozmów Donalda Trumpa z Binjaminem Netanjahu dotyczących powstrzymania odwetu.
Wcześniej Izrael zaatakował obrzeża Bejrutu, co spotkało się z odpowiedzią rakietową ze strony Iranu.
Izrael i Liban uzgodniły kilka dni temu warunki zawieszenia broni, jednak nie zostało one zawarte.
"Chwilę temu Siły Powietrzne Izraela zaatakowały cele wojskowe należące do irańskiego reżimu terrorystycznego w zachodniej i środkowej części Iranu" - przekazało izraelskie wojsko w opublikowanym nad ranem komunikacie.
Według irańskiej agencji IRNA, był to atak za pomocą rakiet balistycznych. Do eksplozji miało dojść w kilku miastach, m.in. Isfahanie, Tebrizie i Teheranie.
Agencja Fars przekazała oświadczenie irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, który zapewnił o gotowości "na każdy scenariusz" i prowadzenia "szeroko zakrojonych operacji na wszystkich frontach". Strona irańska przekazała również, że w ramach odwetu zaatakowała izraelskie bazy lotnicze w Newatim i Tel Nof.
Bliski Wschód. Eskalacja na linii Izrael-Iran
Niespokojna sytuacja na Bliskim Wschodzie eskaluje od niedzieli, gdy izraelskie wojsko ostrzelało obrzeża Bejrutu po raz pierwszy od czasu ogłoszenia w ubiegłym tygodniu amerykańskiego planu zawieszenia broni uwzględniającego Liban.
Premier Izraela Binjamin Netanjahu i minister obrony Israel Kac tłumaczyli, że ataki były wymierzone w kwaterę główną Hezbollahu. Podkreślili, że to odwet za ostrzelanie izraelskiego terytorium przez terrorystów.
Izraelskie działania spotkały się z reakcją Iranu, który wystrzelił pociski w kierunku Izraela. Według deklaracji przekazanych przez Izrael, wszystkie irańskie rakiety zostały zestrzelone.
Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej oświadczył, że atak jest "ostrzeżeniem" przed tym, co obejmie wszystkie cele USA i Izraela w regionie, jeśli agresja wobec Libanu się powtórzy.
Atak mimo deklaracji Trumpa. "Sytuacja będzie się powtarzać"
Donald Trump zapewnił w niedzielę, że będzie rozmawiał z Netanjahu o tym, aby nie odpowiadał na niedzielną wymianę ognia.
- Zadzwonię teraz do Bibiego i powiem mu, żeby nie odpowiadał. Każdy z nich miał swoją zabawę. Izrael miał swój atak, a Iran swój. Nie potrzebujemy kolejnego - zapowiadał amerykański prezydent w rozmowie z portalem Axios.
Dodał też, że w przypadku odpowiedzi Izraela "sytuacja będzie się powtarzać jak przez ostatnie 47 lat, a może i przez ostatnie 3000 lat".
Trump podkreślił w rozmowie z "Financial Times" że porozumienie kończące wojnę jest wciąż bardzo prawdopodobne, a niedzielne ataki nie będą mieć wpływu na ostateczną umowę.
- Ja podejmuję wszystkie decyzje. On (Netanjahu - red.) nie podejmuje decyzji - stwierdził amerykański polityk.
W minionym tygodniu w Waszyngtonie przedstawiciele Izraela i Libanu uzgodnili wznowienie zawieszenia broni, co miało być jednak uzależnione od całkowitego zaprzestania walk przez Hezbollah i wycofania wszystkich jego bojowników z południa Libanu.
Hezbollah nie zgodził się na rozejm, a Netanjahu podjął decyzję, że nie zostanie on poddany pod głosowanie w Knesecie.
Źródła: Reuters, Axios
W poniedziałek zbiera się Kapituła Orła Białego. Ozdoba: Historyczne wydarzeniePolsat NewsPolsat News
Kluczowe wybory dla Kremla. Wstępne wyniki u bliskiego partnera
Rządząca partia Umowa Społeczna premiera Nikola Paszyniana prowadzi w wyborach w Armenii. Według pierwszych wyników ugrupowanie zdobyło 54,44 proc. głosów. Obecny armeński rząd w ostatnim czasie zwrócił się ku Zachodowi, ściągając na siebie gniew Moskwy. - Obywatele Armenii stanęli po stronie państwa, niepodległości, przyszłości i pokoju - powiedział Paszynian.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Wybory w Armeniii. Wstępne wyniki na korzyść partii premiera Nikola PaszinianaAnthony Pizzoferrato/Associated PressEast News
W skrócie
Partia Umowa Społeczna premiera Nikola Paszyniana prowadzi w wyborach w Armenii, uzyskując 54,5 proc. głosów według wstępnych wyników.
Frekwencja wyborcza wyniosła 58,97 proc., a wybory odbywały się na tle ochłodzenia relacji Armenii z Rosją i zwrotu rządu ku Zachodowi.
Nikol Paszynian akcentował w kampanii wybór między utrzymaniem pokoju a powrotem do wojny, jednocześnie zawieszając współpracę z rosyjskim sojuszem i szukając bliższych związków z Unią Europejską oraz USA.
Komisja Wyborcza poinformowała o najwyższej frekwencji od ponad 10 lat. Głosowanie zakończyło się o godz. 20 czasu lokalnego (godz. 18 w Polsce).
Wstępne wyniki - ogłoszone przez armeńską komisję wyborczą i wyemitowane w telewizji publicznej - wskazują na wyraźną przewagę partii premiera Nikola Paszyniana. Według przytoczonych danych Umowa Społeczna zdobyła 54,5 proc. głosów.
Podczas konferencji prasowej po ogłoszeniu wstępnych wyników, Paszynian określił wynik wyborów jako "historyczne zwycięstwo".
- To oznacza, że obywatele Armenii stanęli po stronie państwa, niepodległości, przyszłości i pokoju - stwierdził.
Na drugim miejscu jest sojusz Silna Armenia z 21,9 proc. głosów. Trzecią pozycję zajął sojusz Blok Armenia z 8,7 proc., a czwartą - 5 proc. - ugrupowanie Kwitnąca Armenia.
Szczegółowe i dokładniejsze dane mają zostać opublikowane w poniedziałek rano.
Wybory w Armenii. Wysoka frekwencja, uwaga zwrócona na Rosję
Przewaga Paszyniana wynika z przeliczenia głosów z ok. 21 proc. lokali wyborczych w Armenii. Według wstępnych informacji frekwencja wyniosła 58,97 procent.
Wybory w Armenii były wskazywane jako ważny sprawdzian nastrojów społecznych w związku ze zmianą polityki rządu Armenii, który zaczął zwracać się w stronę Zachodu. Wszystkie trzy główne siły opozycyjne to ugrupowania dążące do ponownego zbliżenia z Rosją.
Kraj ten przez lata był bliskim sojusznikiem Rosji, jednak w 2023 roku, po przegranej wojnie z Azerbejdżanem, relacje znacząco osłabły. W wyniku konfliktu tysiące Ormian opuściło swoje domy i przybyło do Armenii. Erywań zarzucił wtedy Moskwie brak wsparcia i zaczął rozglądać się za nowymi sojusznikami.
Armenia i Rosja technicznie nadal pozostają sprzymierzone, jednak Moskwa porównała nowe ambicje byłej republiki radzieckiej do drogi, jaką obrała Ukraina. Przed niedzielnym głosowaniem media wskazywały na możliwą ingerencję Kremla w wyniki wyborcze w Armenii, po to by odsunąć obecnego premiera od władzy.
Znaczenie premiera Nikola Paszyniana w Armenii
Paszynian przedstawiał wybory w Armenii jako wybór między trwałym pokojem w kraju a powrotem do wojny.
51-letni polityk zamroził członkostwo Armenii w kierowanym przez Rosję sojuszu bezpieczeństwa i postawił na pogłębienie relacji z Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi. Zaczął także działać w kierunku możliwego członkostwa w UE.
Prezydent USA Donald Trump udzielił Paszynianowi "całkowitego poparcia w ponownym wyborze" na premiera, nazywając go "wielkim przyjacielem i przywódcą".
Z kolei przywódca Rosji Władimir Putin wyraził w maju zaniepokojenie takim obrotem spraw. - Wszyscy widzimy, co dzieje się teraz z Ukrainą... Jak to się zaczęło? Od próby przystąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej - powiedział.
"Utrwalenie stanowiska". Miller o wizycie wysłannika Zełenskiego w WarszawiePolsat NewsPolsat News
Szczegóły poufnego spotkania Zełenskiego. Rosyjski oligarcha z wiadomością
Wołodymyr Zełenski zaprosił rosyjskiego oligarchę Romana Abramowicza do Kijowa w zeszłym miesiącu - potwierdziły kolejne źródła. Po doniesieniach prezydent Ukrainy przyznał, że spotkanie miało miejsce, ale to nie on prosił o utrzymanie go w tajemnicy. - Zaznaczył, że musi to być po cichu, bez jakiegokolwiek rozgłosu - powiedział Zełenski.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Szczegóły spotkania Wołodymyra Zełenskiego z Romanem AbramowiczemGetty Images/Alexander Hassenstein - UEFA/UEFA ; NICOLAS TUCATAFP
W skrócie
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zaprosił rosyjskiego oligarchę Romana Abramowicza do Kijowa w maju, aby przekazać wiadomość Władimirowi Putinowi - ustalił "Financial Times".
Zełenski zwrócił się do Abramowicza z prośbą o przekazanie prezydentowi Rosji gotowości Ukrainy do bezpośrednich rozmów pokojowych i spotkania na szczycie.
Władimir Putin odrzucił możliwości spotkania, uznając, że warunki dyktowane przez Rosję będą akceptowane przez Ukrainę po osłabieniu jej uporu.
Rosyjski przywódca Władimir Putin wyznał w piątek, że 21 maja spotkał się z "jednym z przedstawicieli kręgów biznesowych", który miał tego dnia rozmawiać w Kijowie z Wołodymyrem Zełenskim.
Deputowany do kraińskiej Rady Najwyższej Ołeksij Honczarenko przekazał w sobotę, że według jego informacji gościem Zełenskiego był rosyjski oligarcha Roman Abramowicz. Doniesienia te potwierdziły także cztery źródła "Financial Times", ujawniając dodatkowo cel wizyty.
Spotkanie Zełenski - Abramowicz. Prezydent Ukrainy potwierdził
"Zełenski poprosił Abramowicza o przekazanie wiadomości prezydentowi Rosji, że jest gotów spotkać się na ich pierwszym dwustronnym szczycie" - ustalił "FT".
Po publikacji ustaleń Zełenski zgodził się na nie odpowiedzieć. - Powiedział: "Mam dla ciebie wiadomość przekazaną bezpośrednio i chcę zabrać od ciebie wiadomości oraz przekazać je Władimirowi Putinowi" - wspominał Zełenski w wywiadzie dla Sky News.
- Ale zaznaczył, że musi to być po cichu, bez jakiegokolwiek rozgłosu. Odpowiedziałem: "To twój wybór - dla nas to nie ma znaczenia" - dodał ukraiński prezydent.
Abramowicz - jak mówił Zełenski - miał wybadać, na jakie ustępstwa względem Rosji jest gotowa Ukraina, ale został poinformowany, że Kijów nie odstąpi spornych regionów.
Wiadomość Zełenskiego miała zatem zostać przekazana Putinowi dwa tygodnie przed publikacją listu otwartego zaadresowanego do rosyjskiego przywódcy. Putin odrzucił obie próby kontaktu, będąc przekonanym - jak podaje "FT" - że przewaga rosyjskich zasób ostatecznie osłabi upór Ukrainy, tak by Kijów przystał na warunki Moskwy.
Roman Abramowicz to rosyjski przedsiębiorca, miliarder - jeden z najbogatszych ludzi na świecie - i były właściciel klubu piłkarskiego Chelsea F.C. Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę Abramowicz był mediatorem między Kijowem a Moskwą.
Zełenski chciał się spotkać z Putinem. Przywódca Rosji przeciwny
List do Putina został opublikowany przez Zełenskiego w ubiegły czwartek. Prezydent Ukrainy proponował bezpośrednie negocjacje i wstrzymanie ognia na czas ich trwania.
"Ukraina proponuje zakończenie tej wojny w formacie między wami a nami. Proponuję panu spotkanie" - napisał ukraiński lider.
Zauważył, że 26 lat Putina u władzy doprowadziło do całkowitej zmiany relacji Kijowa z Moskwą. "Pańskie zasoby wyraźnie się kurczą. Nie będzie pan miał dość pieniędzy ani siły politycznej, by dalej kupować lojalność Rosjan, tak jak robił to pan przez 26 lat" - napomniał Zełenski.
Podczas konferencji ekonomicznej w Petersburgu Putin oznajmił, że do spotkania mogłoby dojść, ale wyłącznie w celu podpisania porozumienia wypracowanego przez zespoły dyplomatów.
Źródła: "Financial Times", Unian
"Utrwalenie stanowiska". Miller o wizycie wysłannika Zełenskiego w WarszawiePolsat NewsPolsat News
Wściekły Trump zerwał mikrofon podczas wywiadu. Padło niewygodne pytanie
Gdy pojawiło się niewygodne pytanie, Donald Trump odpiął mikrofon i przerwał wywiad. - Jesteś albo nieuczciwa, albo głupia - powiedział do dziennikarki NBC News. - Dobra, wychodzimy, bo ja mam dość - dodał, wymieniwszy wcześniej wszystkie stacje, jakie uznał za stronnicze. Pytanie dotyczyło wyborów - zdaniem Trumpa sfałszowanych.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Donald Trump przerwał wywiad. Zirytowało go pytanie o wyboryNBC News; SAUL LOEBAFP
W skrócie
Donald Trump przerwał wywiad z dziennikarką NBC News po otrzymaniu niewygodnego pytania dotyczącego wyborów, mówiąc przy tym obraźliwe słowa pod jej adresem.
Podczas programu "Meet the Press" Trump stwierdził, że wybory w Kalifornii zostały ustawione, podkreślając swoje niezadowolenie z mediów i powołując się na trwające dochodzenia w sprawie oszustw wyborczych.
Prezydent USA odmówił kontynuowania rozmowy i opuścił nagranie, zarzucając stronniczość zarówno prowadzącej, jak i kilku stacjom telewizyjnym.
Donald Trump w programie "Meet the Press" NBC News przekonywał, że ostatnie prawybory w Kalifornii zostały ustawione. Gdy prowadząca Kristen Welker zapytała, czy ma na to dowody, prezydent USA wyraźnie się zirytował.
- Myślisz, że to właściwe? Mają wybory, a pięć dni później nawet nie są blisko wskazania zwycięzcy - zwrócił uwagę Trump.
Trump obraził dziennikarkę. "Nieuczciwa albo głupia"
Wybory w Kalifornii odbyły się we wtorek, ale w weekend głosy nadal były zliczane. Prokurator federalny ogłosił w piątek w mediach społecznościowych, że śledczy poprowadzą we współpracy z FBIkilka dochodzeń w sprawie oszustw wyborczych.
Z uwagi na system głosowania korespondencyjnego w Kalifornii może minąć kilka dni, zanim zostanie rozstrzygnięte. - Tak przecież wyglądają wybory - mówiła do Trumpa dziennikarka NBC News.
- Nie, one są nieuczciwe - odparł Trump. - Dokładnie tak jak ty i twoje media. Jesteś albo nieuczciwa, albo głupia - dodał.
Amerykański przywódca kilkukrotnie powtórzył, że Welker wie, iż te wybory "śmierdzą". - W 94 proc. mediów mam negatywną opinię. Wiesz dlaczego? Bo nie jesteście wiarygodni - skwitował Trump.
Pytania rozgniewały Trumpa. Prezydent USA zerwał mikrofon
Dopytywany o dowody na poparcie swoich oskarżeń Trump powiedział, że jest ich więcej, niż kiedykolwiek zaprezentowano. Powtarzał, że wybory są ustawione, tak jak i media. - Program "Meet the Press" jest nieuczciwy. Tak samo jak ABC, CBS oraz CNN. Jesteście po jednej stronie nieuczciwości - mówił.
- Dobra, wychodzimy, bo ja mam dość - powiedział, w tym samym czasie zrywając mikrofon przypięty do marynarki i rzucając go na ziemię. - Dzięki, kochanie, miłego dnia! - rzucił do dziennikarki.
Ostatecznie Trump nie dał się przekonać do kontynuowania wywiadu i poklepawszy prowadzącą po ramieniu, opuścił miejsce nagrań. Rozmowa odbywała się w stodole przed wystąpieniem prezydenta poświęconym sektorowi rolnictwa. Trump nie omieszkał wspomnieć, że "siedział w deszczu przez godzinę", żeby odpowiedzieć na pytania.
Źródło: NBC News
"Utrwalenie stanowiska". Miller o wizycie wysłannika Zełenskiego w WarszawiePolsat NewsPolsat News
Salwa pocisków nad Izraelem. Iran przypuścił odwet za ostrzelanie Libanu
Iran przypuścił zapowiedziany odwet na Izrael. Według izraelskich sił zbrojnych z terytorium kontrolowanego przez Teheran nadleciały pociski. "Syreny alarmowe zostały uruchomione w kilku obszarach całego kraju" - przekazano w komunikacie wojska. Szkoły w Izraelu zostaną w poniedziałek zamknięte. - Wojsko USA jest w gotowości - powiedział prezydent USA Donald Trump.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Zdj. ilustracyjne. Konflikt Izraela z Iranem, w tle ataki na LibanJALAA MAREY, HOUSSAM SHBARO / ANADOLUAFP
W skrócie
Wysoki rangą irański poseł Ebrahim Rezaei zapowiedział dotkliwy odwet Iranu za izraelski atak na Bejrut podczas zawieszenia broni.
Izraelskie wojsko przeprowadziło atak na południowe przedmieścia Bejrutu, tłumacząc działania jako odpowiedź na ostrzał terytorium Izraela przez Hezbollah.
Kilka dni wcześniej prezydent USA Trump naciskał na Izrael, by ograniczył operacje wojskowe w Libanie i zaakceptował plan zawieszenia broni z władzami libańskimi.
Izrael zaatakował w niedzielę obrzeża Bejrutu po raz pierwszy od czasu ogłoszenia w ubiegłym tygodniu amerykańskiego planu zawieszenia broni uwzględniającego Liban.
Do uderzenia doszło więc mimo wcześniejszych prób łagodzenia konfliktu na Bliskim Wschodzie, a także pomimo deklaracji Teheranu, że Liban stanowi nieodłączny element negocjacji pokojowych. Jeszcze tego samego dnia Iran zapowiedział odwet wymierzony w Izrael.
Iran zaatakował Izrael. Wojsko zidentyfikowało rakiety, USA w gotowości
Kilka godzin po groźbach irańskiego odwetu Izrael poinformował o atakach na swoje terytorium. Według izraelskiego wojska do tej pory przechwycono wszystkie wystrzelone pociski, choć zauważono kolejną nadlatującą salwę rakiet.
Prezydent USA Donald Trump przekazał telewizji Fox News, że amerykańskie wojsko w regionie zostało postawione w stan gotowości.
"Siły USA na całym Bliskim Wschodzie są czujne i gotowe" - przekazało Centralne Dowództwo sił amerykańskich (CENTCOM) we wpisie na platformie X.
Rozmowa telefoniczna Trump - Netanjahu
Jak podała agencja Reutera, Trump rozmawiał telefonicznie z premierem Izraela Binjaminem Netanjahu.
- Zadzwonię teraz do Bibiego (Netanjahu - red.) i powiem mu, żeby nie odgryzał się. Każdy z nich miał swoją zabawę. Izrael miał swój atak, a Iran swój atak. Nie potrzebujemy kolejnego - zapowiadał amerykański prezydent w komentarzu dla Axiosa.
- Mam nadzieję, że Izrael nie odpowie odwetem. Jeśli Bibi im odpowie, sytuacja będzie się powtarzać jak przez ostatnie 47 lat - a może i przez ostatnie 3000 lat - ocenił.
Prezydent USA zaznaczył, że jest "bardzo blisko" porozumienia z Iranem i nie chce, żeby zostało ono zniweczone przez eskalację.
Izraelska armia grozi odwetem. "Uderzymy z pełną siłą"
Agencja AFP podała, że szef izraelskiej armii zapowiedział uderzenie na Iran "z pełną siłą, gdy tylko otrzyma zielone światło".
- Irański reżim terrorystyczny popełnił poważny błąd, po raz kolejny wybierając drogę terroru - oświadczył z kolei generał brygady Effie Defrin, rzecznik Sił Obronnych Izraela (IDF).
Irańska agencja IRNA poinformowała, że port lotniczy Teheran-Imam Chomejni zawiesił loty do dowołania.
Minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Aragczi po ataku na Izrael odbył szereg rozmów telefonicznych - jak podał Reuters - m.in. z szefami dyplomacji Turcji, Francji, Kataru, a także dowódcą armii Pakistanu.
Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej oświadczył, że atak jest "ostrzeżeniem" przed tym, co obejmie wszystkie cele USA i Izraela w regionie, jeśli agresja wobec Libanu się powtórzy.
Dowództwo Frontu Wewnętrznego Izraela poinformowało, że w poniedziałek szkoły zostaną zamknięte ze względów bezpieczeństwa.
"Po ocenie sytuacji Dowództwo Frontu Wewnętrznego zdecydowało o zmianie instrukcji i objęciu całego kraju ograniczonym poziomem aktywności. Nie wolno prowadzić żadnych działań edukacyjnych" - przekazano.
Wcześniej centralne dowództwo wojskowe Iranu uznało atak na Liban za "przekroczenie czerwonych linii".
- Armia izraelska musi zaprzestać ataków na południowy Liban i przedmieścia, a jeśli rozszerzy ataki na ten region lub odpowie na działania Iranu, poniesie jeszcze bardziej druzgocące i godne pożałowania ciosy - powiedział gen. Ali Abollahi.
Atak na Liban. Izrael uderzył w cele w pobliżu Bejrutu
Premier Izraela Binjamin Netanjahu i minister obrony Israel Kac tłumaczyli, że niedzielny izraelski atak na Liban został wymierzonyw kwaterę główną Hezbollahu w południowych przedmieściach Bejrutu. Podkreślili, że to odwet za ostrzelanie izraelskiego terytorium przez terrorystów.
Wpływowy irański polityk, rzecznik parlamentarnej komisji ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa narodowego, Ebrahim Rezaei zapowiedział "zdecydowaną i bolesną odpowiedź" Iranu.
"Spójrzcie dziś wieczorem na niebo nad okupowanym terytorium" - napisał Rezaei w mediach społecznościowych. Mianem okupowanego terytorium irańscy politycy nazywają ziemie kontrolowane przez Izrael.
Napięcia mimo prób porozumienia. Liban pod presją Izraela
Negocjacje w celu zakończenia wojny na Bliskim Wschodzie od dłuższego czasu nie przynoszą istotnych rezultatów.
Trump wielokrotnie groził wznowieniem ataków na Iran, jeśli Teheran nie zgodzi się na warunki umowy pokojowej. W ostatnim wywiadzie dla NBC News prezydent USA powtórzył, że "albo porozumienie, albo ich rozwalę".
W ostatnich tygodniach Trump naciskał na Izrael, aby ograniczył działania wojskowe w Libanie i stworzył warunki do dogadania się z rządem w Teheranie. Podczas rozmowy telefonicznej miał również ostro skrytykować Netanjahu. Po tej rozmowie Izrael zrezygnował z planów nalotu na Bejrut i zaakceptował plan zawieszenia broni z libańskimi władzami.
Źródło: Reuters, Axios, AFP, IRNA
W poniedziałek zbiera się Kapituła Orła Białego. Ozdoba: Historyczne wydarzeniePolsat NewsPolsat News