Widok czytania

Wakacje w ciepłym słoneczku? Polecamy Antarktydę

Antarktyda rekord ciepła 2026

6 czerwca argentyńska stacja Esperanza zanotowała 15,4°C - najwyższą temperaturę zimową w historii pomiarów na Antarktydzie. To aż 20°C powyżej normy dla tego okresu. Poprzedni rekord z 1998 r. został pobity o pełne 2°C. Naukowcy nie kryją zdumienia -klimatolog z Uniwersytetu w Groningen, Raúl Cordero, określił sytuację jako „absolutnie szaloną”.

Jakby tego było mało to nie był to jednorazowy wyskok. Przez trzy tygodnie z rzędu maksymalne temperatury utrzymywały się powyżej zera. W środku antarktycznej zimy oznacza to jedno: śnieg i lód zaczynają znikać w tempie, którego nie widziano nigdy wcześniej. W wielu miejscach odsłoniła się goła ziemia – coś, co w czerwcu nie powinno mieć prawa się wydarzyć.

Czytaj też:

Rekordy padają jeden po drugim 

Esperanza to nie wyjątek. Inne argentyńskie stacje - Marambio i San Martín - również pobiły swoje historyczne maksima, notując odpowiednio 11,8°C i 9,4°C. Średnie czerwcowe temperatury w tych miejscach powinny wynosić od -10,7°C do -5,6°C. Różnica jest tak duża, że trudno ją wytłumaczyć czymkolwiek innym niż gwałtownie postępującym ociepleniem,

Nawet na szczycie lodowca Collins - 500 metrów nad poziomem morza - zamiast śniegu spadł deszcz. To pora roku, w której lodowiec powinien przyrastać, a nie tracić masę. Tymczasem dochodzi do ablacji, czyli topnienia, które w zimie jest zjawiskiem skrajnie niepokojącym.

Krajobraz na Wyspie Króla Jerzego zmienił się z przeważnie białego na brązowy, szary i zielony. Zdjęcie: Luis Muñoz

Półwysep Antarktyczny to jedno z najszybciej ocieplających się miejsc na Ziemi. Od 1950 r. średnia temperatura wzrosła tam o około 3°C, czyli pięciokrotnie szybciej niż globalna średnia. Głównym winowajcą jest zanik lodu morskiego - im mniej białej powierzchni odbijającej światło, tym więcej energii pochłania ocean, co napędza dalsze ocieplenie. To pętla sprzężenia zwrotnego, tylko że w wersji turbo.

Efekty widać gołym okiem: coraz częstsze opady deszczu zamiast śniegu, rozległe połacie odsłoniętej ziemi, a nawet problemy dla kolonii pingwinów, które polegają na stabilnych warunkach śnieżnych. Naukowcy ostrzegają, że jeśli trend się utrzyma to konsekwencje dla ekosystemów i poziomu mórz będą dramatyczne.

Czy to już punkt krytyczny? 

Badania opublikowane wcześniej w tym roku sugerują, że w scenariuszu wysokich emisji pokrywa lodu morskiego na półwyspie może zmniejszyć się o 20 proc. To realne zagrożenie dla całego łańcucha pokarmowego, od krylu po wieloryby. A także dla ludzi, bo topniejący lód oznacza wzrost poziomu mórz, który uderzy w wybrzeża na całym świecie. Jednocześnie część badaczy podkreśla, że klimat Antarktydy jest wyjątkowo zmienny i wymaga długoterminowych obserwacji. Ale nawet oni przyznają: to, co dzieje się teraz wykracza poza naturalne wahania.  

Antarktyda jest jak gigantyczny system chłodzenia planety. Jeśli zacznie działać niestabilnie to skutki odczujemy wszyscy - nawet w sektorze technologii. Wzrost poziomu mórz to zagrożenie dla infrastruktury centrów danych, portów i fabryk. Ekstremalne zjawiska pogodowe wpływają na łańcuchy dostaw elektroniki. A rosnące temperatury oznaczają większe zapotrzebowanie na energię i chłodzenie, co z kolei zwiększa presję na sieci energetyczne.

Rekordowe 15,4°C w Esperanzie to nie ciekawostka, którą można wrzucić do działu „dziwne fakty o pogodzie”. To sygnał, że system klimatyczny Ziemi zaczyna działać w trybie awaryjnym. Jeśli globalne ocieplenie nie zostanie zatrzymane  takie epizody będą pojawiać się coraz częściej - i będą coraz bardziej ekstremalne.

Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.

  •  

Twój telewizor nauczy się nowych sztuczek. Koniec nerwowego klikania po pilocie

Google Gemini w telewizorze

Google właśnie zrobił kolejny krok w stronę telewizora, który nie wymaga już ani przeklikiwania się przez menu, ani nawet pamiętania gdzie ukryto daną opcję. Najnowsza aktualizacja Gemini pozwala sterować ustawieniami obrazu, dźwięku i innymi funkcjami TV za pomocą głosu. Na razie tylko na wybranych modelach TCL, ale to dopiero początek. Gemini potrafi regulować jasność, kontrast, tryby obrazu i dźwięku, a nawet diagnozować problemy. Czyli mówisz, że ekran jest za ciemny, a asystent sam dobiera parametry.

Telewizor, który sam „naprawia” obraz

Google nie ogranicza się do prostych komend. Gemini ma reagować na opis problemu - coś, co do tej pory było domeną forów internetowych i znajomych „co się znają”. Jeśli powiesz „nie słyszę dialogów” to asystent ma samodzielnie podbić pasmo głosu lub przełączyć tryb dźwięku. Jeśli powiesz „ekran jest za ciemny”, dostosuje jasność, kontrast lub HDR.

Czytaj też:

Google Gemini na telewizorze z Google TV

Google chwali się też, że Gemini potrafi optymalizować ustawienia pod rodzaj treści. Wystarczy powiedzieć „It’s movie night – help make this feel like a cinematic experience”, a telewizor sam przełączy tryby obrazu i dźwięku na bardziej filmowe. W praktyce może to oznaczać koniec wiecznego przełączania między Standard, Film, Kino, Kino Domowe i innymi trybami, które producenci mnożą bez końca.

Czy to zadziała dobrze? To się dopiero okaże. Google zastrzega, że „Gemini can make mistakes. Be sure to double check it.” - co jest eleganckim sposobem na powiedzenie „nie miejcie do nas pretensji, jeśli coś popsuje”.

Na razie tylko TCL. I tylko w Stanach Zjednoczonych. Polska za rogiem

Aktualizacja trafia najpierw do telewizorów TCL z roczników 2025 i 2026: QM9K, X11L, QM9L, QM8L i RM9L. To modele, które i tak mocno stawiają na integrację z Google TV, więc są naturalnym poligonem doświadczalnym.

Google zapowiada, że później funkcja trafi także do innych urządzeń z Google TV - prawdopodobnie do Google TV Streamera, Walmart Onn oraz telewizorów Hisense z serii U7, U8 i UX (na rynku amerykańskim mają Google TV zamiast Vidaa). Warunek jest jeden: minimum 2 GB RAM-u. To ciekawy szczegół, bo pokazuje, że asystent nie działa „w chmurze”, tylko faktycznie wymaga lokalnych zasobów.

Globalny rollout? „Później”. Konkretów brak. Tym niemniej funkcja nie będzie ograniczona wyłącznie do Stanów Zjednoczonych i ma trafić na wszystkie rynki, na których obecny jest Gemini. A więc i do Polski.

Gemini dogania… Bixby’ego od Samsunga, który umie to od dawna

Czy to rewolucja? Jeszcze nie. Ale to krok w stronę telewizora, który nie tylko reaguje na komendy, ale rozumie kontekst. I jeśli Google faktycznie dopracuje tę funkcję to może się okazać, że za kilka lat nikt nie będzie już pamiętał, jak wyglądało ręczne przeklikiwanie się przez ustawienia obrazu. Zwłaszcza że Google nie jest tu wiodącym innowatorem - nieco bardziej niszowi asystenci głosowi, jak samsungowy Bixby, umieją w ten sposób wspólnie z użytkownikiem obsługiwać telewizor od dawna. Niektóre rzeczy u Samsunga działają nawet z językiem polskim.

Tyle że tak jak Samsung jest królem telewizorów, tak Google jest jednym z królów AI. Bixby’ego, jakkolwiek by go nie oceniać, używa garstka klientów. Gemini jest znacznie bardziej popularny i rozpoznawalny. Nie będzie pierwszy - ale będzie tym, który spopularyzuje ten rodzaj interakcji z telewizorem. Na czym skorzystają Bixby, ThinQ, Alexa i reszta rozpoznających mowę AI żyjących w naszych urządzeniach RTV i AGD.

Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.

  •  

Windows z ważną zmianą. Zapomnisz o restartach

Windows 11 mniej restartów 2026

Zmiana jest częścią najnowszych wydań w kanale Release Preview i Dev, a jej cel jest prosty: skrócić momenty, w których system wyrywa cię z pracy, gry czy oglądania serialu, by zafundować ci obowiązkowy restart. I choć brzmi to jak obietnica składana już wiele razy to tym razem Microsoft faktycznie grzebie w mechanizmach, które mają realny wpływ na codzienne korzystanie z Windowsa.

Mniej czekania, mniej przerw, mniej frustracji 

Nowy proces aktualizacji, testowany wśród Windows Insiders, ma ograniczyć czas spędzany na ekranach „Przetwarzanie aktualizacji”. Microsoft przenosi większą część instalacji na etap, gdy mechanizm działa w tle - tak, by po restarcie pozostało jak najmniej do zrobienia. 

Aktualizacje będą łączone. System, sterowniki, .NET - wszystko w ramach jednej paczki i jednego restartu

To podejście nie jest nowe w świecie systemów operacyjnych, ale Windows 11 dopiero teraz zaczyna je wdrażać na poważnie. W praktyce oznacza to krótsze przerwy w pracy i mniejszą szansę, że komputer postanowi zaktualizować się akurat wtedy, gdy masz pięć minut do wideokonferencji.

Zmiany pojawiają się w ramach aktualizacji oznaczonych m.in. jako KB5083631 i KB5083726, które trafiły do kanałów Release Preview i Dev. To właśnie tam Microsoft testuje mechanizmy, które później - jeśli nie wybuchną - trafią do stabilnego Windowsa.

Aktualizacje w tle, ale też bardziej przewidywalne 

Microsoft od lat stosuje tzw. „gradual rollout”, czyli stopniowe udostępnianie aktualizacji. Teraz firma dopracowuje ten proces tak, by użytkownik miał większą kontrolę i świadomość, co właściwie dzieje się z jego systemem.

W nowych buildach widać, że gigant zaczyna lepiej komunikować, które funkcje są dostępne od razu, a które pojawią się dopiero po włączeniu odpowiedniego przełącznika w Windows Update. To ważne, bo Windows 11 coraz częściej korzysta z tzw. Controlled Feature Rollout - funkcje trafiają do części użytkowników, zanim zobaczą je wszyscy.

Dla zwykłego użytkownika oznacza to mniej niespodzianek. Dla entuzjastów - większą przewidywalność i możliwość świadomego testowania nowości.

Windows 11 od premiery zmaga się z opinią systemu, który za często przeszkadza użytkownikowi

Zbyt agresywne aktualizacje, zbyt częste zmiany interfejsu, zbyt wiele eksperymentów wprowadzanych bez zapowiedzi. Microsoft zdaje się wreszcie rozumieć, że jeśli chce, by Windows 11 był traktowany jako stabilna platforma to musi ograniczyć chaos. Nowy proces aktualizacji to krok w dobrą stronę. Nie rozwiąże wszystkich problemów, ale może sprawić, że użytkownicy przestaną bać się przycisku „Uruchom ponownie”.

Jeśli testy wypadną pomyślnie, nowy proces aktualizacji trafi do wszystkich użytkowników Windows 11 w jednej z nadchodzących aktualizacji zbiorczych. Microsoft nie podaje konkretnej daty, ale patrząc na tempo wdrażania funkcji w ostatnich miesiącach można spodziewać się, że stanie się to jeszcze w tym roku. Na razie pozostaje obserwować, jak zmiany przyjmą się wśród Insajderów - i mieć nadzieję, że tym razem Microsoft nie cofnie się w ostatniej chwili, jak zdarzało się w przeszłości.

Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.

  •  

Xbox przestanie być Microsoftem. Zaskakujący pomysł

Xbox bez Microsoftu

Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, że w Microsofcie dzieje się coś dużego, to najnowsze doniesienia z The Information rozwiewają je jak dym po wybuchu plazmowego granatu Needlera. Według źródeł, które widziały wewnętrzne dokumenty i rozmawiały z ludźmi z samej góry, Microsoft w ostatnich latach poważnie rozważał wydzielenie Xboxa jako osobnej firmy, realne odcięcie całej dywizji od reszty korporacji. 

To nie jest plotka z reddita. The Information to medium znane z bardzo dobrych źródeł w Dolinie Krzemowej. Według nich pomysł był na tyle daleko poprowadzony, że analizowano konkretne scenariusze funkcjonowania „nowego Xboxa” poza strukturą Microsoftu.

Czytaj też:

Dlaczego Microsoft w ogóle miałby to robić?

Bo Xbox od lat jest w dziwnym miejscu. Sprzedaż konsol stoi w cieniu PlayStation, a strategia multiplatformowa - choć logiczna biznesowo - rozmywa tożsamość marki. Do tego dochodzi gigantyczna presja po przejęciu Bethesdy i Activision Blizzard. 

Wewnętrzne źródła mówią, że Xbox jest dziś zbyt wolny, zbyt ociężały i zbyt rozproszony, by konkurować z agresywnym Sony i rosnącym Nintendo. Dlatego pod uwagę jest brana nie tylko reorganizacja, ale wręcz przebudowa całej struktury zarządzania grami w Microsofcie.

Z tych samych źródeł wynika też, że Microsoft chce zdecydowanie przyspieszyć cykl wydawniczy gier takich jak Halo, Fallout czy The Elder Scrolls. Xbox ma być maszynką do hitów - ale tym razem z dużo większą świadomością, że rynek AAA nie wybacza pośpiechu. Fallout przeżywa renesans dzięki serialowi Amazona, Elder Scrolls 6 wciąż jest w produkcyjnym limbo, a Halo… cóż, Halo od lat szuka nowej tożsamości.

Microsoft chce, by te marki były rozwijane szybciej, ale też bardziej spójnie - z jasnym planem, roadmapą i odpowiedzialnością kreatywną. To oznacza koniec „tworzenia w chaosie”, które miało być jednym z problemów 343 Industries i części zespołów Bethesdy.

Czy to oznacza więcej gier, ale mniejszych?

Tego raporty nie mówią wprost, ale można to wyczytać między wierszami. Przyspieszenie cyklu wydawniczego zwykle oznacza jedno: większą modularność produkcji. Możemy więc spodziewać się spin-offów, projektów pobocznych, mniejszych gier osadzonych w dużych uniwersach i eksperymentów, które nie muszą być blockbusterami.

To zresztą model, który świetnie działa u Sony (patrz: Miles Morales) i Nintendo (patrz: Luigi’s Mansion, Kirby, Fire Emblem). Microsoft najwyraźniej chce wreszcie przestać być „tym trzecim”, który reaguje na ruchy konkurencji, i zacząć działać proaktywnie.

A co z Game Passem? W raportach nie ma o tym ani słowa, ale trudno nie zauważyć, że cała ta układanka ma sens tylko wtedy, gdy Game Pass pozostaje kluczowym elementem strategii. Szybsze premiery, więcej gier, większa różnorodność - to wszystko jest paliwem dla subskrypcji.

Ale czy Xbox naprawdę mógłby zostać wydzielony?

To nie jest zwykły kryzys. To moment, w którym Microsoft musi zdecydować, czym Xbox ma być w kolejnej dekadzie. Ewidentnie w firmie trwa poważna dyskusja o przyszłości całego działu - od struktury organizacyjnej, przez tempo produkcji gier, aż po sposób zarządzania największymi markami.

Historia z potencjalnym wydzieleniem Xboxa pokazuje jedno: nawet gigant o kapitalizacji biliona dolarów potrafi zgubić kierunek. Pytanie brzmi tylko czy ta nagła potrzeba „przyspieszenia” to początek nowego otwarcia, czy tylko kolejna próba gaszenia pożaru benzyną. Odpowiedź poznamy dopiero wtedy, gdy Xbox przestanie mówić o zmianach - i zacznie je dowozić.

Może więc Xbox nie zostanie wyrzucony z Microsoftu. Ale jeśli ma przetrwać, to musi wreszcie przestać być problemem do rozwiązania, a zacząć być powodem do dumy. Bo gracze nie potrzebują kolejnej reorganizacji. Potrzebują powodów, by włączyć konsolę.

Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.

  •  

Świetny sprzęt Google wraca. Mają nowy pomysł

Google Home Speaker data premiery

Wygląda na to, że po miesiącach przeciągania struny Google wreszcie szykuje się do wypuszczenia swojego nowego głośnika typu Home Speaker. Co prawda firma oficjalnie wciąż powtarza mantrę o „premierze wiosną 2026”, to kalendarz nie kłamie - lato zaczyna się za chwilę, a sprzętu jak nie było, tak nie ma. Na szczęście ostatnie dni przyniosły kilka bardzo konkretnych sygnałów, że tym razem to już naprawdę zaraz. Konkretniej, 25 czerwca.

Best Buy zdradza więcej niż Google chce powiedzieć

Google Home Speaker

Najmocniejszy trop pochodzi z Best Buy Canada, gdzie wprost wpisano datę premiery: 25 czerwca 2026 r.. To pierwszy raz, kiedy jakikolwiek duży sprzedawca przypisał temu urządzeniu konkretny dzień. Oczywiście takie daty bywają placeholderami, ale w tym przypadku wygląda to na coś więcej.

Czytaj też:

Jeszcze ciekawiej robi się po stronie samego Google. Szef Google Home, Anish Kattukaran, wysłał do testerów Gemini for Home wiadomość, w której podziękował za udział w programie i pochwalił się liczbami - 3,5 mln zarejestrowanych użytkowników to wynik, którego nie powstydziłaby się żadna platforma smart home. Ale najważniejsze było jedno zdanie: „dla tych, którzy czekają na pewien głośnik, warto uważnie obserwować skrzynkę w przyszłym tygodniu”. Trudno o bardziej oczywistą zapowiedź.

Nest Mini i Nest Audio znikają ze sklepów. Przypadek? Nie sądzę

Równolegle Google zaczął cichutko wygaszać swoje starsze głośniki. Nest Audio i Nest Mini są już niedostępne w oficjalnym sklepie Google w Stanach Zjednoczonych, a w Best Buy Nest Audio trafił na wyprzedaż za 74,99 dol.. To czyszczenie magazynów przed premierą nowego modelu. To też potwierdza, że Google nie traktuje nowego Home Speakera jako drobnej aktualizacji, ale jako pełnoprawny następca linii Nest. Zresztą sama nazwa - bez „Nest” - sugeruje, że firma chce odciąć się od poprzedniej generacji i zbudować coś bardziej spójnego z ekosystemem Gemini.

Co właściwie wiemy o nowym Google Home Speaker? Głośnik został oficjalnie zapowiedziany już w październiku ubiegłego roku i od początku przedstawiano go jako pierwsze urządzenie smart home projektowane od zera pod Gemini. Ma oferować dźwięk 360°, parowanie stereo, obsługę multiroom i - co szczególnie interesujące - możliwość połączenia z Google TV Streamerem, tworząc coś na kształt mini‑kina domowego. Cena to 99,99 dol., a dostępność obejmie m.in. Stany Zjednoczone, Kanadę, Europę, Japonię i Australię.

Google Home Speaker

Jeśli Best Buy Canada ma rację, to za kilkanaście dni nowy Google Home Speaker trafi do sprzedaży. A jeśli Google znowu coś opóźni? Cóż - wtedy przynajmniej będziemy mogli powiedzieć, że naprawdę się starali, żeby wyglądało, jakby premiera była blisko. Chociaż tym razem… wygląda na to, że faktycznie jest.

Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.

  •  

Zrobili AI tak dobre, że zablokował je rząd. Gigantyczna afera z Anthropic

W piątkowy wieczór Anthropic - jedna z najbardziej wpływowych firm w wyścigu o dominację w AI - musiała nacisnąć wielki czerwony przycisk OFF. Najnowsze modele Fable 5 i Mythos 5, ledwie co wprowadzone na rynek i reklamowane jako przełomowe, zostały globalnie wyłączone. Nie z powodu awarii, nie z powodu błędu, lecz na mocy amerykańskiej dyrektywy eksportowej, która w praktyce zakazuje dostępu do tych modeli wszystkim cudzoziemcom - również tym pracującym w samej firmie. To jedna z najbardziej dramatycznych interwencji rządu Stanów Zjednoczonych w rozwój sztucznej inteligencji.

Anthropic twierdzi, że nie ma powodów do paniki

Według Anthropic rząd Stanów Zjednoczonych pokazał firmie przykłady zachowań Mythosa 5, które miały dowodzić, że model da się „złamać” i skłonić do działań związanych z cyberbezpieczeństwem. Po przeanalizowaniu tych materiałów Anthropic uznał jednak, że nie przedstawiają one żadnego nowego, poważnego jailbreaku. Firma twierdzi, że były to jedynie drobne, wcześniej znane podatności - takie, które potrafią ujawnić również inne publicznie dostępne modele, włącznie z GPT‑5.5. W ocenie Anthropic nie stanowiły one podstawy do tak drastycznej interwencji.

Czytaj też:

To nie był więc żaden przełomowy exploit, a raczej coś, co specjaliści od bezpieczeństwa robią na co dzień: proszą model o przejrzenie kodu i wskazanie błędów. Anthropic podkreśla, że nie istnieje żaden „uniwersalny jailbreak”, który zdejmowałby wszystkie blokady.

Mimo to rząd Stanów Zjednoczonych uznał, że ryzyko jest wystarczająco duże, by natychmiast odciąć dostęp do modeli wszystkim osobom niebędącym obywatelami Stanów Zjednoczonych - nawet jeśli pracują w Anthropic. Firma otrzymała oficjalne pismo o 23:21 naszego czasu i w ciągu godzin musiała wyłączyć systemy globalnie.

Dlaczego akurat teraz? Tu może chodzić nie o potężną AI, a o politykę

To nie pierwszy raz, gdy Anthropic ściera się z administracją Trumpa. Wcześniej firma odmówiła współpracy przy projektach związanych z autonomicznymi systemami wojskowymi i masową inwigilacją, co doprowadziło do wpisania jej na listę ryzyka łańcucha dostaw Pentagonu - kategorię zwykle zarezerwowaną dla podmiotów z państw wrogich Stanom Zjednoczonym.

W ostatnich miesiącach Anthropic próbował łagodzić relacje, m.in. współpracując z rządem przy testach bezpieczeństwa Fable 5. Jednak napięcia nie zniknęły, a decyzja o blokadzie wygląda jak eskalacja wcześniejszych sporów.

Fable 5 był pierwszym tak zaawansowanym modelem Anthropic udostępnionym szerokiej publiczności. Firma chwaliła się jego możliwościami w inżynierii oprogramowania i analizie danych, a jednocześnie wprowadziła bardzo agresywne zabezpieczenia, które miały uniemożliwić wykorzystanie go do cyberataków. Wielu użytkowników narzekało wręcz, że są „zbyt szerokie”.

Mythos 5 to z kolei model o ograniczonym dostępie, rozwijany w ramach programu Project Glasswing. Wersja preview potrafiła znaleźć tysiące podatności w kodzie - co wywołało globalne poruszenie w środowisku cyberbezpieczeństwa.

To właśnie te możliwości - zdaniem rządu Stanów Zjednoczonych - mogą zostać wykorzystane przez wrogie państwa lub grupy cyberprzestępcze.

Od frustracji użytkowników po geopolityczne napięcia

Wyłączenie Fable 5 i Mythos 5 to nie tylko problem dla firm, które zdążyły już zintegrować modele z własnymi systemami. To także sygnał, że Stany Zjednoczone zaczyna traktować zaawansowane modele AI jak technologię strategiczną - podobnie jak wcześniej traktowano półprzewodniki czy technologie rakietowe.

To również kolejny rozdział w narastającej rywalizacji USA-Chiny o dominację w AI. Restrykcje eksportowe mają zapobiec „wyciekowi” zdolności ofensywnych modeli do państw uznawanych za wrogie.

Dla branży to sygnał alarmowy: jeśli rząd może w jednej chwili wyłączyć model używany przez setki milionów ludzi, to przyszłość usług AI może być znacznie mniej stabilna, niż się wydawało.

Czy to koniec Fable 5 i Mythos 5? Raczej nie - ale powrót może potrwać

Anthropic twierdzi, że cała sytuacja to „nieporozumienie” i że pracuje nad przywróceniem dostępu. Firma zapowiada, że w ciągu najbliższych dni przedstawi więcej szczegółów i liczy, że blokada zostanie zdjęta w ciągu tygodni. Jednocześnie podkreśla, że jeśli standard zastosowany wobec Fable 5 miałby obowiązywać całą branżę, to „zatrzymałby wdrażanie wszystkich nowych modeli frontierowych”. To mocna teza - ale trudno się z nią nie zgodzić. Modele AI są dziś tak złożone, że całkowita odporność na jailbreaki jest praktycznie niemożliwa.

Dla nas, entuzjastów technologii, to moment otrzeźwienia. Modele AI mogą być genialne, potężne i fascynujące, ale są też podatne na polityczne turbulencje. I wygląda na to, że takich turbulencji będzie tylko więcej.

Lubi oglądać się zarówno za siebie – wspominając przełomowe dokonania w informatyce – jak i przed siebie, będąc nieustannie ciekawym tego, co będzie dalej. Jego zainteresowania to przede wszystkim software: UI/UX, algorytmy, uczenie maszynowe, chmura czy sztuczna inteligencja. Nic dziwnego, że jako specjalizację obrał sobie pilnowanie firmy Microsoft. Uwielbia też sztukę gier i kina, przez co wyrósł na pasjonata sprzętu RTV – a i o technologii wspomnianych gier i filmów ma wiele ciekawego do opowiedzenia. Jego pierwsza obecność w mediach dotyczyła muzyki – współtworzył Overkill.pl. Ciąg dalszy jego rozwoju dotyczył już tylko nowych technologii. Zanim dołączył do zespołu Spider’s Web przez lata współtworzył CHIP.pl i Magazyn CHIP.

  •  

Chińska porcelana i żyrandole na dnie morza. Ten wrak leżał tam blisko 300 lat

Przez setki lat spoczywał nienaruszony w całkowitych ciemnościach na głębokości 600 metrów. U wybrzeży Norwegii odkryto XVIII-wieczny wrak, który skrywa niespotykany dotąd w północnej Europie ładunek. Na dnie morza odnaleziono luksusowe towary, ale naukowców najbardziej intryguje jedno pytanie: co stało się z załogą?

Wrak statku, który przez setki lat spoczywał nietknięty na głębokości 600 metrów u południowych wybrzeży Norwegii, został niedawno odnaleziony przez właściciela firmy zajmującej się wydobyciem wraków. O odkryciu poinformowało Norweskie Muzeum Morskie, które od razu rozpoczęło prace archeologiczne. Statek, datowany na połowę XVIII wieku, przewoził wyjątkowy ładunek, niespotykany dotychczas w żadnym innym wraku w północnej Europie.

Wśród znalezisk znajdują się porcelanowe miski oraz kielichy, tekstylia, zboże, a także części żyrandoli. Wszystko to wydobywane jest z pomocą nowoczesnych dronów podwodnych, wyposażonych w kamery i robotyczne ramiona, które ostrożnie podnoszą artefakty z dna morza.

To znalezisko jest nie tylko niezwykłe, ale także ma ogromną wartość naukową i świadczy o ważnym postępie technologicznym w archeologii podwodnej - podkreślił norweski minister klimatu i środowiska, Andreas Bjelland Eriksen.

Prace na takiej głębokości to ogromne wyzwanie logistyczne i technologiczne. Zespół archeologów musi przez wiele godzin płynąć łodzią, by dotrzeć na miejsce, a następnie polegać na zdalnie sterowanych maszynach, które penetrują wrak w całkowitej ciemności. Każde wydobycie wymaga precyzji i ostrożności, ponieważ znaleziska są bardzo delikatne.

Misja wydobycia skarbów zależy nie tylko od zaawansowanego sprzętu, lecz także od dobrej pogody. Tak daleko od brzegu nie ma miejsca na pomyłki czy przestoje. Badacze podkreślają, że nie istnieją porównywalne projekty realizowane na takiej głębokości w północnej Europie, a każda kolejna operacja wymaga modyfikacji dotychczasowych metod archeologicznych.

Konstrukcja statku jest wciąż dobrze zachowana. Wrak stoi niemal pionowo na kile, a w pobliżu dziobu odnaleziono dwie kotwice i rury kotwiczne. Na rufie widoczny jest koniec stępki rufowej, jednak brakuje steru. Kadłub statku wciąż zachował swój kształt, z widocznymi elementami konstrukcyjnymi wewnętrznymi i zewnętrznymi. To, jak duża część statku jest zakopana w piasku i mule, pozostaje niejasne.

Nie odnaleziono żadnych armat, co sugeruje, że była to jednostka handlowa, a nie wojskowa. Wciąż nie wiadomo, co było przyczyną zatonięcia - czy była to burza, czy może inne dramatyczne wydarzenie na morzu. Statki tego typu miały zazwyczaj załogę liczącą pięć lub sześć osób. Tajemnicą pozostaje, czy załoga zdołała się uratować, czy też morze stało się ich ostatecznym miejscem spoczynku.

Wrak kryje w sobie niezwykłą kombinację ładunku - luksusowe żyrandole, prawdopodobnie pochodzenia niemieckiego lub angielskiego, chińską porcelanę oraz zboże.

Porcelana pochodzi z Chin i reprezentuje typowe dla epoki wyroby, które wówczas cieszyły się wielkim zainteresowaniem wśród europejskich elit oraz rodzącej się klasy średniej.

Interesującym znaleziskiem jest też kubek z pozostałością monogramu na spodzie, który może pomóc w identyfikacji właściciela lub klienta.

Wśród ładunku znalazło się także zboże, z którego próbki trafiły już do analizy DNA. Badacze chcą ustalić, czy pochodzi ono z regionu Morza Bałtyckiego, który w XVIII wieku był spichlerzem północnej Europy.

Na razie nie udało się ustalić, skąd dokładnie pochodził statek i dokąd zmierzał. Jedną z poszlak jest cegła z Lubeki, znaleziona w kuchni statku, jednak nie daje ona jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o port macierzysty. Archeolodzy liczą, że kolejne znaleziska pozwolą ustalić trasę, jaką pokonała jednostka oraz jej nazwę.

Według zebranych dowodów statek zatonął około 1750 roku, w czasach głębokich przemian politycznych, gospodarczych i społecznych w północnej Europie. 

  •  

Czołowe zderzenie pod Iławą. Jedna osoba nie żyje, są ranni

  • Tragiczny wypadek na trasie Prątnica - Łążyn w województwie warmińsko-mazurskim. Komenda Powiatowa Policji w Iławie poinformowała, że po południu w wyniku czołowego zderzenia samochodów osobowych zginęła jedna osoba, a pięć zostało rannych.

    • Informacje lokalne i ogólnopolskie znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl

    Na drodze zderzyły się osobowe Audi i Volkswagen. W wypadku zginął kierowca pierwszego z pojazdów. To mężczyzna w wieku około 20 lat - przekazała w rozmowie z portalem infoilawa.pl mł. asp. Anna Sznarkowska z KPP w Iławie.

    Łącznie pięć osób trafiło do szpitala.

    Funkcjonariusze opublikowali zdjęcia z miejsca wypadku, na których widać, że jeden z pojazdów po uderzeniu wypadł poza jezdnię.

    Okoliczności zdarzenia są wyjaśniane pod nadzorem prokuratora.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

  •  

Wypatruj go w lesie już w czerwcu. To jeden z najsmaczniejszych grzybów w Polsce

Choć większość z nas kojarzy sezon na grzyby z jesiennymi borowikami i podgrzybkami, prawdziwy leśny rarytas pojawia się w lasach znacznie wcześniej. Już od czerwca pod dębami i bukami można znaleźć grzyba o wyjątkowym, orzechowym smaku i potężnych właściwościach prozdrowotnych. Wielu grzybiarzy omija go jednak z daleka z obawy przed groźną pomyłką. Sprawdź, jak rozpoznać ten letni przysmak i jak bezpiecznie wykorzystać go w swojej kuchni.

  • Gołąbek zielonawy to smaczny, jadalny grzyb, który pojawia się w polskich lasach już od czerwca aż do października.
  • Rośnie głównie w pobliżu dębów, buków i brzóz, a jego charakterystyczny zielonkawy kapelusz łatwo odróżnić od trujących gatunków.
  • Świetnie smakuje w zupach, sosach czy jajecznicach, a po obróbce termicznej zachowuje zwartą strukturę i orzechowy aromat.
  • Chcesz wiedzieć, jak go rozpoznać, zbierać i przygotować, by wyciągnąć z niego jak najwięcej smaku i zdrowia? Sprawdź cały artykuł!
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Gołąbek zielonawy (Russula virescens) to grzyb jadalny, który można spotkać w polskich lasach liściastych i mieszanych. Najchętniej rośnie w sąsiedztwie dębów, buków, grabów i brzóz, często tworząc mikoryzę z tymi gatunkami drzew.

Sezon na tego grzyba rozpoczyna się już w czerwcu i trwa aż do października, jednak najwięcej młodych owocników pojawia się w miesiącach letnich, szczególnie po umiarkowanych opadach deszczu.

Gołąbek zielonawy preferuje stanowiska słoneczne, gleby żyzne, wapienne lub gliniaste. Można go znaleźć zarówno głęboko w lesie, jak i na jego obrzeżach czy w pobliżu leśnych ścieżek.

Jedną z najbardziej charakterystycznych cech gołąbka zielonawego jest kapelusz o zielonkawym lub oliwkowozielonym zabarwieniu. U młodych okazów ma on kształt półkulisty, z czasem staje się spłaszczony i lekko zagłębiony w środku.

Kapelusz osiąga średnicę od 5 do 15 centymetrów. Blaszki są białe lub kremowe, dość grube i kruche. Trzon grzyba jest biały, masywny, pozbawiony pierścienia i pochwy, a jego miąższ nie zmienia koloru po uszkodzeniu i nie wydziela soku.

To właśnie te cechy pozwalają odróżnić gołąbka zielonawego od innych, często niebezpiecznych gatunków, takich jak muchomor sromotnikowy. Ten ostatni posiada pierścień oraz charakterystyczną pochwę u podstawy trzonu, a jego kapelusz pozostaje gładki lub łuskowaty.

Gołąbek zielonawy uchodzi za jeden z najsmaczniejszych grzybów jadalnych w Polsce. Jego miąższ ma łagodny, lekko orzechowy smak, pozbawiony goryczy, a po obróbce termicznej zachowuje zwartą strukturę i nie rozpada się. Grzyb doskonale sprawdza się w zupach, sosach, jajecznicach oraz jako składnik farszów i dań jednogarnkowych. Może być również marynowany lub stosowany jako dodatek do przetworów warzywnych.

Pod względem wartości odżywczych gołąbek zielonawy jest niskokaloryczny - w 100 gramach znajduje się około 20-35 kcal. Zawiera 2-5 proc. węglowodanów i 3-4 proc. białka, a także błonnik, potas, magnez, fosfor, żelazo i cynk. Wyróżnia się obecnością witamin z grupy B, niewielkich ilości witaminy C i D oraz związków fenolowych i fitosteroli o działaniu antyoksydacyjnym.

Gołąbek zielonawy, oprócz wysokich walorów kulinarnych, może korzystnie wpływać na zdrowie. Zawarte w nim polisacharydy, zwłaszcza beta-glukany, wspierają układ odpornościowy, stymulując aktywność komórek NK oraz makrofagów. Obecność błonnika pokarmowego reguluje pracę jelit, a związki fenolowe wykazują działanie przeciwzapalne i wspomagają ochronę błon śluzowych przewodu pokarmowego.

Fitosterole oraz polifenole mogą wspierać obniżanie poziomu cholesterolu we krwi, a potas pomaga utrzymać prawidłowe ciśnienie tętnicze. Należy jednak pamiętać, że grzyby nie powinny stanowić podstawowego źródła mikroelementów i witamin w diecie, lecz mogą być jej cennym urozmaiceniem.

Po zebraniu grzyby należy jak najszybciej oczyścić i schłodzić. Przechowywanie w temperaturze pokojowej powoduje szybki spadek jakości i wartości odżywczych.

Świeży gołąbek zielonawy doskonale sprawdza się w różnorodnych potrawach. Najlepiej smakuje w zupach grzybowych, sosach, jajecznicach czy jako składnik dań jednogarnkowych. W kuchni regionalnej bywa podawany z koperkiem, śmietaną i młodymi ziemniakami. Krótkie duszenie lub gotowanie w niewielkiej ilości tłuszczu roślinnego pozwala zachować jego lekko orzechowy aromat i wartości odżywcze.

Grzyb ten może być także marynowany, jednak nie poleca się jego suszenia ze względu na utratę walorów smakowych. Przed przygotowaniem należy dokładnie oczyścić kapelusz i trzon, usuwając wszelkie zanieczyszczenia i fragmenty uszkodzone.

Gołąbek zielonawy jest odpowiedni dla osób dorosłych o prawidłowo funkcjonującym przewodzie pokarmowym, które chcą urozmaicić swoją dietę o produkty bogate w mikroelementy. Z uwagi na niską kaloryczność i wysoką zawartość błonnika, może być włączony do diety osób dbających o linię. Osoby z alergiami grzybiczymi, chorobami wątroby lub przewodu pokarmowego powinny jednak zachować ostrożność i skonsultować się z lekarzem przed spożyciem.

  •  

To jedna z najpiękniejszych pereł Małopolski. Jej legenda mrozi krew w żyłach

Wznosi się dumnie na monumentalnej wapiennej skale pod Olkuszem w woj. małopolskim, będąc jednym z najpiękniejszych punktów na legendarnym Szlaku Orlich Gniazd. Zamek Rabsztyn od wieków zachwyca swoją architekturą i burzliwą historią, jednak jego mury skrywają coś więcej niż tylko wspomnienia o dawnych bitwach. Według lokalnych podań, głęboko pod ruinami spoczywa zaklęty świat, który budzi się do życia tylko raz w roku. Odkryj fascynujące dzieje "Kruczej Skały" i poznaj sekret, który od pokoleń elektryzuje poszukiwaczy tajemnic.

  • Ruiny zamku Rabsztyn w Małopolsce to prawdziwa perełka Szlaku Orlich Gniazd z fascynującą historią sięgającą XIII wieku.
  • Zamek, nazwa pochodzi od niemieckiego "Rabenstein", czyli "Krucza Skała", łączy średniowieczne mury z renesansowym pałacem rodu Bonerów.
  • Legenda mówi o ukrytym pod ruinami magicznym zamku z zaklętymi dziećmi i rycerzami, którzy budzą się tylko w Niedzielę Palmową.
  • Szlak Orlich Gniazd to 164 km pełne zamków, wspaniałych krajobrazów Jury Krakowsko-Częstochowskiej oraz dzikiej przyrody idealnej na piesze i rowerowe wyprawy.
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Wysoko na wapiennej skale w pobliżu Olkusza w woj. małopolskim wznoszą się ruiny zamku Rabsztyn, będącego jednym z najbardziej fascynujących obiektów na Szlaku Orlich Gniazd. Historia tej warowni, sięgająca średniowiecza, przeplata się z legendami i współczesnymi atrakcjami turystycznymi, przyciągając co roku rzesze odwiedzających.

Nazwa zamku Rabsztyn wywodzi się z niemieckiego "Rabenstein", co oznacza "Kruczą Skałę". To właśnie na tej wapiennej formacji już w drugiej połowie XIII wieku powstał pierwszy, górny zamek. Na początku była to niewielka, kamienna warownia z obronną wieżą, lecz z biegiem lat zamek rozbudowywano - w XIV wieku dobudowano zamek średni u podnóża skały, a następnie zamek dolny.

W XVI wieku zamek przeszedł w ręce rodu Bonerów, którzy nadali mu renesansowy charakter. To właśnie wtedy Rabsztyn stał się areną ważnych wydarzeń historycznych - w 1587 roku pod wodzą pułkownika Hawryły Hołubka, wraz z olkuskimi górnikami, obrońcy zamku pokonali oddziały zmierzające na pomoc arcyksięciu Maksymilianowi Habsburgowi, oblegającemu Kraków. Na przełomie XVI i XVII wieku w miejscu zamku dolnego wzniesiono renesansowy pałac, którego fragmenty przetrwały do dziś.

Niestety, zamek nie uniknął losu wielu polskich warowni - w 1657 roku został podpalony przez wycofujących się Szwedów, a w XIX wieku jego ruiny dodatkowo zniszczyli poszukiwacze skarbów.

Z zamkiem Rabsztyn wiąże się niezwykła legenda. Według opowieści, głęboko pod ruinami znajduje się drugi, piękny zamek, w którym w jednej z komnat stoją dwie dziecięce postacie zamienione w kamień - chłopiec z diamentowym pierścieniem i dziewczynka z perłowym naszyjnikiem. W sąsiednich komnatach śpią zaklęci rycerze. Raz do roku, w Niedzielę Palmową, kiedy z pobliskiego kościoła rozlega się bicie dzwonów, magiczny zamek budzi się do życia - pierścień na palcu chłopca obraca się, a w zamkowych salach rozbrzmiewają rozmowy, muzyka i gwar biesiadujących rycerzy.

Zamek Rabsztyn jest jednym z najważniejszych punktów na Szlaku Orlich Gniazd - jednym z najstarszych i najpiękniejszych szlaków turystycznych w Polsce. Trasa liczy blisko 164 kilometry i prowadzi przez malownicze zakątki Jury Krakowsko-Częstochowskiej, łącząc Kraków z Częstochową. Szlak wiedzie przez liczne zamki i warownie, wzniesione na wapiennych skałach w XIV wieku z inicjatywy króla Kazimierza Wielkiego, by chronić Małopolskę i szlaki handlowe przed zagrożeniem ze strony Śląska.

Na trasie Szlaku Orlich Gniazd znajduje się wiele niezwykłych obiektów, z których każdy ma swoją unikalną historię i legendy. Wśród nich warto wymienić:

  • Zamek Korzkiew - XV-wieczna warownia położona na wzgórzu nad rzeką Korzkiewką, z wysoką wieżą i pięknym widokiem na okolicę;
  • Ruiny Zamku w Ojcowie - rycerska twierdza nad Doliną Prądnika, której nazwa według legendy upamiętnia Władysława Łokietka, ojca Kazimierza Wielkiego;
  • Zamek w Pieskowej Skale - doskonale zachowana renesansowa perełka, z arkadowym dziedzińcem i włoskim ogrodem na tarasie nad urwiskiem;
  • Ruiny Zamku Rabsztyn - zamek o bogatej historii, którego renesansowy pałac i malownicze ruiny są dziś jedną z największych atrakcji regionu.

Na szlaku znajduje się kilkanaście zamków i ruin zamkowych, w tym:

  • Zamek Ogrodzieniec w Podzamczu: Największe i najbardziej spektakularne ruiny na całej trasie;
  • Zamek w Bobolicach: Całkowicie zrekonstruowana, prywatna królewska twierdza;
  • Zamki w Olsztynie, Mirowie i Smoleniu: Malownicze, surowe ruiny wtopione w jurajskie skały.

Szlak Orlich Gniazd to także Ojcowski Park Narodowy - najmniejszy polski park narodowy, przez który przebiega początkowy odcinek szlaku (w tym Dolina Prądnika i ruiny zamku w Ojcowie).

Szlak Orlich Gniazd to nie tylko zamki - to także niezwykłe krajobrazy, dzika przyroda i liczne szlaki piesze oraz rowerowe. Wysokie wzgórza, niedostępne skały i rozległe lasy tworzą niepowtarzalną atmosferę, która przyciąga zarówno miłośników historii, jak i aktywnego wypoczynku na łonie natury.

  •  

Szwajcaria głosuje nad limitem populacji. Przedsiębiorcy ostrzegają

Szwajcaria, bogaty kraj, który historycznie wspierał swobodny przepływ osób i inwestycje zagraniczne, będzie głosować nad wprowadzeniem limitu populacji — i zaostrzeniem przepisów imigracyjnych.

W niedzielę w Szwajcarii odbędzie się referendum w sprawie ograniczenia liczby ludności do 10 mln. Jeśli rozwiązanie zdobędzie poparcie, władze Szwajcarii będą musiały wdrożyć środki mające na celu zahamowanie wzrostu populacji do 2050 r. Przedsiębiorcy ostrzegają, że ograniczenie imigracji będzie miało negatywny wpływ na wzrost gospodarczy i konkurencyjność Szwajcarii.

Zobacz też: Tanio nie jest. Szwajcaria kusi widokami, ale ceny mogą odstraszać

Niedzielne referendum może zmienić Szwajcarię

Niedzielne referendum odbywa się po tym, jak populacja kraju wzrosła o 10 proc. w ciągu 10 lat. Na koniec 2025 r. wynosiła nieco ponad 9,1 mln.

Czytaj także w BUSINESS INSIDER

Stosunkowo niskie podatki sprawiły, że Szwajcaria stała się domem dla globalnych konglomeratów, takich jak gigant dóbr konsumpcyjnych Nestle, farmaceutyczny gigant Novartis i inne międzynarodowe firmy z branży finansowej, dóbr luksusowych i technologicznej. Szwajcaria ma jedną z najwyższych na świecie koncentracji miliarderów i znacznie wyższy wskaźnik PKB na mieszkańca niż wiele innych rozwiniętych gospodarek.

Pod koniec 2024 r. 41 proc. populacji miało "pochodzenie migracyjne", termin odnoszący się do imigrantów i ich dzieci urodzonych w Szwajcarii.

Szacuje się, że w Szwajcarii mieszka 1,4 mln obywateli UE, co stanowi około 16 proc. populacji kraju. Kolejne 340 tys. obywateli UE codziennie przekracza granicę, aby tam pracować.

Zobacz też: Donald Trump nie będzie zadowolony. Coraz bliżej interwencji w "bezpieczną przystań"

Szwajcaria głosuje nad limitem populacji

Jeśli wyborcy poprą propozycję ograniczenia populacji, Rada Federalna i parlament kraju będą musiały wdrożyć środki mające na celu ograniczenie wzrostu populacji do 2050 r.

Systemy imigracyjne zostaną zaostrzone, jeśli liczba ludności przekroczy 9,5 mln, a w pierwszej kolejności zostaną ograniczone programy azylowe i łączenia rodzin. Szwajcarska inicjatywa dotycząca swobodnego przepływu osób z Unią Europejską również może się zakończyć, jeśli liczba ludności przekroczy próg 10 mln.

Szwajcaria nie należy do UE, ale jest częścią strefy Schengen, w której obowiązuje bezgraniczny ruch pasażerski. UE i Szwajcaria zawarły również porozumienie umożliwiające swobodny przepływ obywateli, umożliwiając im zamieszkanie i pracę na swoim terytorium, pod warunkiem posiadania pracy lub innego źródła dochodu.

Zobacz też: Kursy walut. "Czarna lista" Donalda Trumpa nie pomaga. Bank centralny w kropce

SVP apeluje do wyborców

Prawicowa partia SVP w Szwajcarii wzywa wyborców do "wysłania jasnego sygnału" decydentom politycznym, aby powstrzymali to, co nazywa "przytłaczającym" wzrostem populacji.

Firmy mające siedzibę w Szwajcarii twierdzą, że wprowadzenie znaczących ograniczeń imigracyjnych osłabiłoby konkurencyjność kraju i obciążyłoby jego gospodarkę, która zmaga się z powolnym wzrostem, deflacją i systemem taryfowym prezydenta USA Donalda Trumpa.

Economiesuisse — organizacja branżowa, do której należą m.in. Amazon Web Services, Roche, Google i Johnson & Johnson — sprzeciwiła się inicjatywie wprowadzenia limitu demograficznego.

"Limity migracyjne grożą podważeniem umów z UE"

Główny ekonomista Rudolf Minsch stwierdził w oświadczeniu przesłanym do CNBC, że dobrobyt Szwajcarii zależy od "otwartości, innowacyjności i silnych relacji gospodarczych z Europą".

"Rozumiemy, że obawy dotyczące mieszkalnictwa, infrastruktury i wzrostu populacji muszą być traktowane poważnie, a te wyzwania wymagają pragmatycznych rozwiązań politycznych" — powiedział.

"Sztywne limity imigracyjne nie są właściwym rozwiązaniem, zwłaszcza jeśli grożą podważeniem dwustronnych umów z Unią Europejską, które mają kluczowe znaczenie dla szwajcarskiej gospodarki".

Firmy alarmują: ograniczenia migracyjne mogą osłabić konkurencyjność

Minsch dodał, że Szwajcaria jest uzależniona od wysoko wykwalifikowanych pracowników zagranicznych, zwłaszcza w sektorach takich jak farmaceutyka, technologia i opieka zdrowotna.

"Poważne ograniczenia imigracyjne osłabiłyby innowacyjność, wzrost gospodarczy i konkurencyjność, a jednocześnie utrudniłyby firmom przyciąganie międzynarodowych talentów" — powiedział.

Źródło: CNBC

  •  

Debiut SpaceX na giełdzie. Meksykański spawacz obudził się z fortuną na koncie

Piątkowy debiut giełdowy SpaceX o wartości 75 mld dol. wywołał ogromne poruszenie na nowojorskiej giełdzie Nasdaq, gdzie akcje zaczęły być notowane pod symbolem SPCX.

Czytaj też: Los pakietu CPN przesądzony. Premier zabrał głos w sprawie cen paliw

Dla rynków finansowych to długo wyczekiwane wydarzenie, ale dla wielu szeregowych pracowników — moment, który bezpowrotnie odmienił ich status materialny. Wśród nich jest Juan Hernandez, imigrant z Meksyku, który przez dziesięć lat pracował w firmie jako spawacz, przygotowując rakiety do startu i budując infrastrukturę stanowisk startowych.

"Nie wiem, czym jest SpaceX"

Historia Hernandeza to klasyczny przypadek amerykańskiego snu, w którym kluczową rolę odegrał przypadek. O rekrutacji dowiedział się od znajomego spawacza w 2015 r.

Czytaj także w BUSINESS INSIDER

Pomyślałem wtedy: nie wiem, czym jest SpaceX, ale spróbujmy. To była dla mnie po prostu kolejna praca kontraktowa — wspomina Hernandez w wywiadzie dla CBS News.

Gdy podpisywał umowę, firma zaoferowała mu na start pakiet akcji powitalnych o wartości 10 tys. dol. Pracując wcześniej na stawce godzinowej, Hernandez nigdy nie spotkał się z taką formą gratyfikacji i nie przywiązywał do niej większej wagi. W ciągu dekady sumiennej pracy piął się jednak po szczeblach kariery, zostając ostatecznie kierownikiem. Choć obecnie przeszedł już do konkurencyjnego start-upu rakietowego Jeffa Bezosa — Blue Origin — w jego portfelu pozostało około 6,5 tys. akcji SpaceX.

W piątek, na zamknięciu sesji giełdowej, kurs SPCX osiągnął poziom 160,95 dolara (około 590 zł). To oznacza, że pakiet udziałów meksykańskiego imigranta jest obecnie wart dokładnie 1 mln 46 tys. 175 dol., czyli ponad 3,8 mln zł.

Czytaj też: Napięcie rośnie. Ukraiński szczyt w Polsce, spór o kredyty, debiut SpaceX

Lekcja inwestowania dla następnego pokolenia

Hernandez podkreśla, że oferowanie pracownikom fizycznym udziałów w firmie całkowicie zmienia ich podejście do obowiązków. Sprawia, że czują się współwłaścicielami i pracują znacznie lepiej, bo dbają o wspólny majątek. Pomimo zdobytej fortuny były spawacz SpaceX nie zamierza rezygnować z pracy. Wychowany w duchu szacunku do ciężkiej pracy, chce teraz przekazać te wartości swoim dzieciom.

Na bazie własnych doświadczeń uczy trójkę swoich dzieci, w tym 16-letnią córkę, jak mądrze inwestować na giełdzie. Nastolatka już teraz posiada akcje m.in. koncernu Meta i prowadzi własne drobne biznesy. Pytany o przesłanie dla Elona Muska, Hernandez odpowiada krótko: podziękowałby mu za szansę na spełnienie marzenia, o którym sam wcześniej nie wiedział.

— On sprawia, że życie wielu ludzi staje się lepsze i bardziej wartościowe także dla ich rodzin — podsumowuje świeżo upieczony milioner.

  •  

Job hopping przestaje być wadą. Pracodawcy szukają różnorodnych kompetencji

Jak zauważa Anna Gniadek, ekspertka HR i założycielka firmy Crispy HR, w dobie gig economy, masowych zwolnień i rosnącej popularności kontraktów B2B, to nie pracownik jest inicjatorem zmian. — Nie można negatywnie oceniać "skoczka", skoro często to nie jest jego decyzja — podkreśla.

W warunkach zmiennego rynku pracy liczy się nie tyle stabilność, co umiejętność reagowania. A to wymaga zupełnie innego zestawu narzędzi niż kiedyś. Kariera mozaikowa to celowe kolekcjonowanie zróżnicowanych kompetencji i doświadczeń, które tworzą unikalną całość.

— Łączymy różne, pozornie nie związane ze sobą umiejętności, aby ten, jak ja to nazywam, plecaczek z kompetencjami wypełnić i, kiedy trzeba, wyjmować tę, która jest potrzebna — tłumaczy Gniadek.

Nie chodzi już o wąską specjalizację, ale o budowanie pakietu, który da nam elastyczność i przewagę konkurencyjną. Psycholog uczący się projektowania UX , prawnik zdobywający wiedzę o nowych technologiach czy analityk danych rozwijający kompetencje trenerskie — to właśnie przykłady budowania takiej mozaiki — dodaje.

Czytaj także w BUSINESS INSIDER

Czytaj też: Nie wszyscy wiedzą, jak napisać dobre CV. Liczy się nie tylko treść

Jak świadomie zbudować nową ścieżkę kariery?

Najważniejsza jest zmiana podejścia. Myślmy o kompetencjach, nie tylko o stanowiskach. Kluczowa zmiana, jaka zaszła na rynku pracy, to przesunięcie punktu ciężkości. Pracodawcy coraz częściej rozumieją, że konkretnych narzędzi można się nauczyć, a kluczowe są unikalne zdolności — tłumaczy Anna Gniadek.

Zamiast pytać "na jakie stanowisko?", trzeba pomyśleć "co umiem robić i w jakim kontekście mogę to wykorzystać?". Dopiero potem pojawia się pytanie o nazwę funkcji. Kluczowe stają się nie role, lecz zasoby — a te warto dobrze poznać. Bez tej samoświadomości nie da się zbudować skutecznej strategii.

Ekspertka radzi, by zacząć od kilku podstawowych kroków:

Na początek powinniśmy zrobić inwentaryzację swoich zasobów. — To twarde i miękkie kompetencje, doświadczenia zawodowe, preferowany styl pracy. Dobrze jest przemyśleć, czy wolimy pracę projektową, czy powtarzalną, z procedurami czy bez — wyjaśnia.

Kiedy już mamy jasny obraz swoich mocnych stron i potrzeb możemy zabrać się za tworzenie swojej mapy możliwości. Zasoby łączymy w zbiory, by odkryć potencjalne ścieżki. — Jeśli ktoś ma doświadczenie w HR a jednocześnie lubi analizować dane, może sprawdzić się w HR analytics. Warto analizować ogłoszenia o pracę, przeglądać profile osób z branży na LinkedIn, a nawet korzystać z narzędzi, takich jak Mapa Karier, czy sztuczna inteligencja, by znaleźć inspiracje — radzi Gniadek.

Czytaj też: Dwa najgorsze pytania na rekrutacji. Tak na nie odpowiadaj

Zdefiniować, co możemy dać rynkowi. To ważny, a często pomijany krok. Zamiast wymieniać swoje umiejętności, warto powiedzieć, co dzięki nim możemy zrobić.

— "Znam trendy, umiem rozmawiać z ludźmi, moim konikiem jest storytelling. Dodatkowo potrafię używać narzędzi, dzięki czemu mogę zaprojektować to i to, mogę tłumaczyć ludziom trendy w zrozumiały i empatyczny sposób, mogę doradzać" — podaje przykład ekspertka.

Szukajmy wsparcia i innej perspektywy. — Warto poszukać mentora w swoim obszarze, ale czasem wystarczy porozmawiać ze znajomymi. Nawet jedna rozmowa i mała wskazówka od kogoś z zewnątrz wystarczą by otworzyć głowę na zupełnie nowe możliwości.

Uniwersalne kompetencje, które dobrze mieć

Nie każda umiejętność musi być specjalistyczna. Wręcz przeciwnie, najbardziej uniwersalne stają się te, które pozwalają działać niezależnie od branży.

— Dziś każdy powinien się uczyć jakiegoś programu analitycznego, każdy powinien znać podstawy zarządzania projektami i podstawy krytycznego myślenia — radzi Anna Gniadek. To właśnie one pozwalają przechodzić między kontekstami i odnaleźć się tam, gdzie potrzeba.

Coraz częściej to właśnie te umiejętności — a nie konkretne stanowisko — decydują o zatrudnieniu. Firmy, szczególnie te borykające się z niedoborami kadrowymi, przesuwają akcent z przeszłości zawodowej na kompetencje możliwe do wykorzystania tu i teraz.

Czytaj także: Rzezi stanowisk jeszcze nie ma. Ekonomista z Googla ma jednak ostrzeżenie

Kręta ścieżka i "awans poziomy"

Kariera mozaikowa wymaga fundamentalnej zmiany w myśleniu. Musimy być otwarci na to, że praca, którą dziś wykonujemy, jest tylko na jakiś czas. To przystanek na naszej drodze, który służy do realizacji kolejnego celu.

Zmiana nie zawsze oznacza porzucenie obecnego miejsca pracy. Czasem wystarczy przyjrzeć się wewnętrznym możliwościom w organizacji albo uzupełnić kompetencje, które pozwolą na przekształcenie obecnej roli.

Czytaj też: Zwolniony po dekadzie w jednej firmie. Mam nieodparte podejrzenie, że chodzi o mój wiek

W tym modelu pracy awans poziomy przestaje być porażką. Przejście do innego działu czy branży na podobnym stanowisku to nie krok w tył, a zdobycie nowego, cennego elementu do naszej układanki. — To jest zupełnie nowy kafelek, w naszej mozaice życia zawodowego— mówi Gniadek. To świadomy i pozytywny "job hopping", nad którym mamy pełną kontrolę, budując karierę, która daje nam sens, elastyczność i równowagę.

— Ruch poziomy może przynieść więcej strategicznych możliwości niż awans pionowy — szczególnie w firmach, które wiedzą, że za kilka lat i tak trzeba będzie zmieniać kompetencje zespołów. Pracodawca już wie, że w przeciągu dwóch, trzech lat będzie redukować zatrudnienie w dziale i potrzebuje, żeby ktoś nadbudował sobie nowe umiejętności i zmienił stanowisko — dodaje.

Przyszłość to praca projektowa?

Współczesna ścieżka zawodowa to nie tylko zmiany stanowisk. To także przerwy, powroty, nieoczywiste ruchy. Gniadek zauważa, że coraz więcej osób decyduje się na świadomy "gap year" — nie tylko po to, by odpocząć, ale by zdobyć nowe kwalifikacje i przeprojektować swoje życie zawodowe. Młodzi ludzie coraz częściej najpierw zdobywają doświadczenie, a dopiero później decydują się na studia, by mieć realny obraz rynku pracy i swoich potrzeb.

Wszystko wskazuje na to, że w nadchodzących latach ten mozaikowy model stanie się normą. — Nikt z młodego pokolenia nie będzie siedział 20 lat na etacie. To jest absolutnie niemożliwe — mówi Gniadek. — Praca coraz częściej będzie przyjmować formę projektów, z wyraźnym początkiem, końcem i tematem przewodnim. A osoby, które potrafią się dopasować, szybciej odnajdą się w tej rzeczywistości.

W świecie, w którym nie da się zaplanować kariery na 10 lat do przodu, elastyczność, samoświadomość i gotowość do dokładania nowych "kafelków" do mozaiki kompetencji mogą okazać się najważniejszymi atutami zawodowymi.

  •  

Szymon Marciniak wyróżniony. Polski arbiter wchodzi do gry na mundialu

  • Argentyna i Szymon Marciniak to nierozłączna para. Polski arbiter, decyzją FIFA, będzie sędziował pierwsze starcie "Albicelestes" na mundialu w Kanadzie, Meksyku i Stanach Zjednoczonych - podobnie jak ostatnie w Katarze, w którym podopieczni Lionela Scaloniego sięgnęli po tytuł.

    Szymon Marciniak został wyznaczony głównym arbitrem meczu piłkarskich mistrzostw świata pomiędzy Argentyną a Algierią. Spotkanie grupy J odbędzie się 17 czerwca o godz. 3:00 czasu polskiego w Kansas City.

    Jego asystentami na liniach będą Tomasz Listkiewicz oraz Adam Kupsik, natomiast sędzią technicznym - Campbell-Kirk Kawana-Waugh z Nowej Zelandii.

    Szymon Marciniak to jeden z najbardziej znanych i cenionych polskich sędziów piłkarskich na arenie międzynarodowej. Urodził się 7 stycznia 1981 roku w Płocku, a swoją karierę sędziowską rozpoczął w ekstraklasie w 2009 roku. Dwa lata później został arbitrem międzynarodowym FIFA.

    Polski arbiter regularnie prowadzi mecze najwyższej rangi, zarówno w rozgrywkach krajowych, jak i międzynarodowych. To trzeci turniej tej rangi w jego karierze - sędziował także podczas mistrzostw świata w Rosji w 2018 r. i w Katarze w 2022 r. Cztery lata temu prowadził finał, w którym Argentyna pokonała Francję w rzutach karnych.

    Dotychczas był arbitrem głównym w pięciu spotkaniach MŚ. 45-latek z Płocka sędziował także trzy mecze Euro 2016 we Francji i dwa mecze Euro 2024 w Niemczech.

    Znany jest z opanowania i umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach na boisku. Często chwalony jest za konsekwencję w podejmowaniu decyzji oraz dobrą komunikację z zawodnikami.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

  •  

Zełenski przyjedzie do Polski? Ukraiński deputowany zabrał głos

  • Zełenski przyjedzie do Polski? Ukraiński deputowany zabrał głos

    "Ma tam być" - stwierdził ukraiński deputowany Mykyta Poturajew, odnosząc się do ewentualnej wizyty Wołodymyra Zełenskiego w Gdańsku. W związku ze sporem o nadanie jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia "Bohaterów UPA", przyjazd ukraińskiego prezydenta do naszego kraju stanął pod znakiem zapytania.

    W dniach 25-26 czerwca polski rząd organizuje w Gdańsku Konferencję na rzecz Odbudowy Ukrainy (Ukraine Recovery Conference 2026). Jednym z gości wydarzenia miał być prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, jednak jego wizyta stanęła pod znakiem zapytania w związku ze sporem o nadanie jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia "Bohaterów UPA".

    Mykyta Poturajew, ukraiński deputowany z prezydenckiego ugrupowania Sługa Narodu, stwierdził w rozmowie z Polską Agencją Prasową, że prezydent Ukrainy "ma być" w Gdańsku. Są takie plany i wiem, że wszyscy (ukraińscy uczestnicy konferencji - przyp. red.) planujemy przyjazd. Chociaż nie mogę mówić w jego (prezydenta Ukrainy - przyp. red.) imieniu - podkreślił.

    Polityk zaznaczył, że pomimo sporów wokół wydarzeń historycznych między Polską i Ukrainą, Kijów nie chce konfliktu z Warszawą. Na wojnę z Polską nikt się nie wybiera. Jednak nie można mówić, że wszyscy w UPA (Ukraińska Powstańcza Armia - przyp. red.) to bandyci. Czy w tej sytuacji wszystkie chłopaki z AK też byli bandytami? - zapytał.

    Mykyta Poturajew przypomniał, że w Polsce nie było tak gorących dyskusji na temat historii z Ukrainą nawet w czasie, gdy były prezydent Wiktor Juszczenko nadawał tytuły Bohaterów Ukrainy ukraińskim przywódcom nacjonalistycznym - Stepanowi Banderze i Romanowi Szuchewyczowi. Ta dyskusja już dawno poszła w nieodpowiednią stronę - ocenił.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

  •  

Porozumienie prawdopodobnie w ciągu 24 godzin? Nowy komunikat z Iranu

Porozumienie prawdopodobnie w ciągu 24 godzin? Nowy komunikat z Iranu

Justyna Kaczmarczyk

"Jesteśmy bliżej porozumienia pokojowego niż kiedykolwiek wcześniej" - przekazał premier Pakistanu Shehbaz Sharif, którego rząd pośredniczył w negocjacjach między Iranem a USA. Jak wskazał pakistański polityk, ostateczne zatwierdzenie porozumienia nastąpi prawdopodobnie w ciągu najbliższych 24 godzin. Inne spojrzenie na sprawę ma Teheran. Pojawił się najnowszy komunikat.

Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy


Premier Pakistanu na tle cieśniny Ormuz

Nowe doniesienia w sprawie porozumienia Iranu i USAAFP



W skrócie

  • Premier Pakistanu poinformował, że ostateczne zatwierdzenie porozumienia pokojowego między Iranem a Stanami Zjednoczonymi może nastąpić w ciągu najbliższych 24 godzin.

  • Według przedstawiciela administracji USA porozumienie obejmuje cztery filary.

  • Strona irańska zapowiedziała, że porozumienie nie zostanie podpisane w niedzielę, ale może nastąpić to w ciągu najbliższych dni.

"Finalizacja (porozumienia - red.) nastąpi prawdopodobnie w ciągu najbliższych 24 godzin. Pakistan szykuje się do elektronicznego podpisania porozumienia zaraz potem, a następnie w przyszłym tygodniu dojdzie do rozmów technicznych" - napisał premier tego kraju Shehbaz Sharif w serwisie X.

Polityk podziękował Stanom Zjednoczonym i Iranowi za zaangażowanie w negocjacje i przekazał wyrazy uznania przyjaciołom w regionie za ich wsparcie. "Jesteśmy przekonani, że to historyczne porozumienie pokojowe będzie stanowić mocny fundament trwałego pokoju" - podkreślił.

Porozumienie USA - Iran coraz bliżej?


O uzgodnieniu tekstu wstępnego porozumienia poinformował w piątek wysoki rangą przedstawiciel administracji USA. Zaznaczył, że Iran będzie otrzymywać gospodarcze korzyści w miarę wdrażania zapisów porozumień, w tym dotyczących demontażu programu nuklearnego i wywiezienia wzbogaconego uranu.

Według przedstawiciela administracji USA porozumienie opiera się na czterech filarach:

  • otwarciu cieśniny Ormuz i zakończeniu jej blokady,

  • demontażu irańskiego programu jądrowego wraz z przekazaniem stronie amerykańskiej wzbogaconego materiału, który ma zostać "zniszczony na miejscu, a następnie wywieziony z kraju",

  • długoterminowym pokoju regionalnym,

  • reżimie inspekcji zapewniającym weryfikację zobowiązań.

W zamian Iran ma uzyskać stopniowe złagodzenie sankcji i reintegrację z gospodarką światową. Przedstawiciel Białego Domu kategorycznie zdementował doniesienia o wypłaceniu Teheranowi konkretnych kwot - 12, 6 czy 1 mld dolarów - przy podpisaniu memorandum.

Wśród zmian, które w ostatnich tygodniach przybliżyły porozumienie, przedstawiciel administracji wymienił słabnącą kontrolę Iranu nad cieśniną Ormuz, przez którą w ostatnich tygodniach popłynęło więcej ropy niż w początkowej fazie konfliktu - oraz doprecyzowanie zapisów dotyczących zniszczenia i wywozu wzbogaconego uranu.

Głos w sprawie zabrało także MSZ Iranu. Rzecznik tego resortu Esmaeil Baghaei poinformował, że podpisanie memorandum nie nastąpi w niedzielę. 

Baghaei podkreślił, iż nie można wykluczyć, że dojdzie do jego podpisania "w najbliższych dniach". Reuters cytuje, że dyplomata dodał też, iż "należy zachować ostrożność w komentowaniu dat z uwagi na wahania drugiej strony (USA - red.).

Przełom w konflikcie USA i Iranu? Stanowisko Teheranu


Szef irańskiej dyplomacji Abbas Aragczi oświadczył w piątek, że sposób zarządzania cieśniną Ormuz nie powróci do czasów sprzed wojny, podkreślając, iż suwerenność cieśniny należy do Iranu i Omanu.

Aragczi przekazał również, że rozmowy nuklearne ze Stanami Zjednoczonymi nie zostaną wznowione, dopóki nie zostanie wdrożone proponowane porozumienie tymczasowe.

Wcześniej szef irańskiego MSZ ogłosił, że wstępne porozumienie między Iranem a USA jeszcze nigdy nie było tak bliskie. "Wszystkie szczegóły zostaną podane do wiadomości publicznej w odpowiednim czasie" - napisał Aragczi na platformie X. Wpis został następnie udostępniony przez prezydenta USA Donalda Trumpa na jego platformie społecznościowej.

W rozpoczętej 28 lutego wojnie USA i Izraela z Iranem od 8 kwietnia formalnie trwa kruchy rozejm. W tym czasie, mimo negocjacji w sprawie zakończeniu konfliktu, dochodziło do wzajemnych ostrzałów, które zintensyfikowały się w ostatnich dniach.

Źródło: Reuters


"Wydarzenia": Kłusownicy nad jeziorem. Podczas sprzątania znaleziono wnykiPolsat News


  •  

Nowy rozkład PKP od niedzieli. Oto najważniejsze zmiany

Więcej połączeń nad morze oraz powrót - po 33 latach - pociągów do Łomży. To część zmian, które są w nowym, wakacyjnym rozkładzie jazdy PKP. Harmonogram wchodzi w życie już w niedzielę 14 czerwca.

  • Bądź na bieżąco. Aktualne informacje z Polski i świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl

PKP Intercity zapowiada, że na sezon letni oddaje do dyspozycji podróżnych łącznie 560 połączeń. To aż o 46 połączeń więcej niż w ubiegłe wakacje, kiedy to podróżni mieli do dyspozycji 514 połączeń. Relacje wielu składów zostaną wydłużone i zwiększy się liczba połączeń. Na tory wyjadą również sezonowe pociągi do popularnych miejscowości położonych nad morzem, w górach czy na Warmii i Mazurach.

26 czerwca na tory wraca popularny Adriatic Express, który w tegoroczne lato będzie kursował do końca sierpnia aż 6 razy w tygodniu (a nie 4 jak w zeszłe lato). W drodze do stacji docelowej skład przejeżdża przez Czechy, Austrię i Słowenię.

Nowością jest wagon do Kopru - pasażerowie, którzy będą chcieli dotrzeć do największego miasta słoweńskiego wybrzeża, będą mieli taką możliwość. Na stacji w Lublanie od pociągu Adriatic Express zostanie odłączona grupa wagonów, która bezpośrednio pojedzie do Kopru. Więcej informacji na ten temat można znaleźć TUTAJ

Nowością w sezonie wakacyjnym będzie bezpośrednie połączenie EIP z Bielska-Białej aż do Ustki, łączące miasta partnerskie pociągiem o najwyższym standardzie. Dzięki wydłużeniu relacji z Gdyni, podróżni z Bielska-Białej i Katowic zyskają możliwość bezpośredniego przejazdu składem Pendolino do Ustki, popularnej nadmorskiej miejscowości turystycznej.Połączenie kat. Express InterCity Premium zapewni łatwiejszy i bardziej komfortowy dojazd do nadmorskiego kurortu.

Do Ustki pociąg Pendolino będzie przyjeżdżał o godzinie 20:21, z Ustki będzie wyjeżdżał o 7:23 Czas przejazdu między Warszawą Centralną a Ustką wyniesie poniżej 5 godzin (4:51).

Latem podróżni będą mogli skorzystać również z drugiej pary pociągu EIP do Kołobrzegu. Dodatkowe Pendolino wyruszy z Zakopanego o godz. 8:31, dotrze do stacji docelowej o 19:27. Skład zatrzymuje się po drodze w największych miastach wojewódzkich: Kraków, Warszawa, Gdańsk, Gdynia, oferując bezpośrednią możliwość dojazdu do Kołobrzegu. W drogę powrotną pojedzie o 8:47, docierając do stolicy Małopolski o 17:32.

Co więcej, w okresie wakacyjnym pociąg Pendolino będzie kursował w wydłużonej relacji z Warszawy do Świnoujścia. Obecnie połączenie jest realizowane między Warszawą a Szczecinem. Pierwszy kurs do nadmorskiego kurortu zaplanowany jest na 26 czerwca. Skład wyrusza ze stolicy o 16:00, na miejscu jest o 21:28. Pendolino w drodze powrotnej wyruszy ze Świnoujścia o 6:26 i dotrze do Warszawy o 11:59.

Pociągiem nad morze

Wśród nowych pociągów, które obsłużą nadbałtyckie miejscowości są również: niedzielny EIC Morena z Gdyni do Warszawy oraz weekendowy IC Promenada z Wrocławia do Kołobrzegu, który po drodze zatrzymuje się w m.in. w Poznaniu. Pociąg ekspresowy EIC Posejdon będzie kursował z Krakowa do Kołobrzegu (w ubiegłe lato zaczynał bieg w Warszawie). Każdego dnia w Trójmieście będzie zatrzymywać się w wakacje aż 114 pociągów PKP IC. W czasie długich weekendów tzw. szczytów przewozowych, liczba ta jeszcze wzrośnie - do 122 pociągów w dobie.

W wakacje pasażerowie chętnie wybierają się w podróż pociągiem na Hel. Nowością będzie szybki pociąg EIC Neptun, który kursować będzie z Krakowa przez Warszawę. Jak co roku ze stolicy wyruszy EIC Jantar, zatrzymując się po drodze w Trójmieście, Władysławowie, Jastarni czy Juracie.

Wśród połączeń ekonomicznych na Hel pojawią się:

  • TLK Wydmy rel. Bohumin - Hel przez m.in. Katowice;
  • TLK Korsarz rel. Kraków - Hel przez m.in. Łódź, Toruń ;
  • IC Artus rel. Bielsko- Biała Główna - Hel przez m.in. Wrocław, Poznań;
  • IC Żeglarz rel. Hel - Łódź Fabryczna przez Warszawę.

W związku z pracami modernizacyjnymi na odc. Łeba - Lębork kursować będzie zastępcza komunikacja autobusowa dla 5 par pociągów, z czego 2 pary skomunikowane będą z pociągami Pendolino w Lęborku.

Mieszkańcy Łomży w czerwcu, po raz pierwszy od ponad 30 lat, będą mogli wyruszyć w podróż koleją. Do ich dyspozycji będą całoroczne pociągi jeżdżące na trasie Białystok - Olsztyn - Białystok: IC Omulew oraz IC Orzyc.

Z rekordowej liczby połączeń skorzystają w wakacje pasażerowie na linii Olsztyn - Giżycko - Białystok. Będą mieli do dyspozycji aż 6 połączeń, to trzykrotnie więcej pociągów niż dotychczas (2 połączenia aktualnie). Poza obecnymi pociągami IC Rybak i TLK Biebrza  będą mogli skorzystać z połączeń:

  • IC Mamry z Wrocławia - wydłużenie o odc. Olsztyn - Białystok przez Giżycko;
  • IC Niegocin z Wrocławia - wydłużenie o odc. Olsztyn - Białystok przez Giżycko;
  • IC Ukiel z Poznania - wydłużenie o odc. Olsztyn - Białystok przez Giżycko;
  • IC Słowacki z Wrocławia - wydłużenie o odc. Olsztyn - Giżycko.

Dzięki wykorzystaniu parametrów zmodernizowanego i zelektryfikowanego odcinka Ełk - Korsze, pociągi prowadzone lokomotywą EU160, kursują na odcinku Białystok - Olsztyn z prędkością do 160 km/h, co wpływa na skrócenie czasu przejazdu o ponad 15 minut.

Szybciej pojedziemy również z Ełku do Olsztyna (skrócenie czasu przejazdu o 13 minut z 1:51 na 1:38) oraz z Giżycka do Olsztyna (skrócenie czasu przejazdu o 12 minut z 1:26 na 1:14).

Nowością na sezon letni będzie pociąg IC Stańczyk, który będzie kursował z Pisza przez Olsztyn, Trójmiasto do Szczecina.

W sezonie letnim do Zakopanego pojadą dwa dodatkowe pociągi kat. ekonomicznej: TLK Kozica z Poznania i TLK Małopolska z Trójmiasta. Ich relacja zostanie wydłużona z Krakowa do Zakopanego. Latem częściej, bo aż codziennie będzie kursować pociąg TLK Planty, który aktualnie weekendowo jeździe na trasie Kraków - Wrocław przez Rybnik.

Od 21 lipca pociągi kursujące na trasie Warszawa - Przemyśl - Warszawa: IC San i IC Witos wracają na trasę przez Rzeszów, dzięki czemu czas przejazdu na odcinku Warszawa Centralna - Rzeszów skróci się do 3 godzin 40 minut.

Nowością dla mieszkańców Krakowa będzie połączenie międzynarodowe IC Olza do Pragi. Skład zatrzyma się m.in. na stacjach Oświęcim, Czechowice-Dziedzice, Zebrzydowice czy Bohumin. Będzie to 4 para połączeń PKP Intercity ze stolicy Małopolski do stolicy Czech.

  •