Widok czytania

Ta substancja wyewoluowała dwa razy. Po co ona magicznym grzybom?

Ta substancja wyewoluowała dwa razy. Po co magiczne grzyby ją wytwarzają?

Krzysztof Sulikowski

Jedna z największych zagadek mykologii stała się jeszcze bardziej zdumiewająca. Nowe badania podważyły dotychczasowe przekonania na temat roli psylocybiny. Naukowcy odkryli, że psychodeliczna substancja może wcale nie chronić tzw. magicznych grzybów przed owadami oraz że wyewoluowała niezależnie co najmniej dwukrotnie u zupełnie niespokrewnionych gatunków. Dlaczego więc ewolucja tak usilnie promowała jej powstanie?


Możliwe, że "magiczne grzybki" odegrały sporą rolę w tworzeniu się pierwotnych kultur

"Magiczne grzybki" zaczęły syntezować substancję niezależnie od siebie. Właśnie odkryto, że nie chroni ona przed owadami. Jaki jest więc jej cel ewolucyjny?123RF/PICSEL



Spis treści:

  1. Dlaczego magiczne grzyby wytwarzają substancję psychoaktywną?

  2. Psylocybina nie odstrasza owadów. To odkrycie obala popularną hipotezę

  3. Psychodelik wyewoluował niezależnie dwa razy. Powodem są ludzie?

Dlaczego magiczne grzyby wytwarzają substancję psychoaktywną?


Dotychczas w mykologii popularne było założenie, że tzw. magiczne grzyby zaczęły syntetyzować swój główny składnik psychoaktywny, by chronić się przed owadami. Substancja ta występuje w kilkudziesięciu gatunkach grzybów na różnych kontynentach. Bywa ona używana przez ludzi w kontekście medycznym, mając na koncie dowiedzione prozdrowotne działanie w kontekście leczenia depresji, uzależnień i lęków, a ostatnio głośno się zrobiło o jej potencjale do wspierania długowieczności, o czym pisaliśmy w GeekWeeku. Uczestnik eksperymentu, Bryan Johnson, odnotował też na początku lutego pozytywne zmiany w mikrobiomie. Poza dozwolonym użyciem leczniczym i rytualnym w wielu krajach specyfik ten bywa także wykorzystywany nielegalnie w celach rekreacyjnych, terapeutycznych czy poznawczych.

Amerykańscy i brytyjscy naukowcy zwrócili jednak uwagę na pewną lukę w naszej wiedzy. "Do niedawna bardzo niewiele wiadomo było o biosyntezie psylocybiny i jej roli ekologicznej. Potwierdzamy tu i precyzujemy ostatnie odkrycia na temat genów leżących u podstaw biosyntezy psylocybiny, odkrywając, że istnieje więcej niż jeden klaster biosyntezy psylocybiny w grzybach oraz dostarczając pierwsze dane bezpośrednio adresujące rolę ekologiczną psylocybiny" - wyjaśniają twórcy publikacji, której preprint ukazał się w bioRxiv.

Autorami tego badania są eksperci w dziedzinach chemii medycznej, biologii porównawczej roślin i grzybów oraz nauk biologicznych z Imperial College London, University of Utah, Oxford Nanopore Technologies i Royal Botanic Gardens.

Psylocybina nie odstrasza owadów. To odkrycie obala popularną hipotezę


Jak wykazały nowe badania genetyczne, zdolność do wytwarzania psylocybiny wyewoluowała niezależnie co najmniej dwa razy u zupełnie niespokrewnionych gatunków, co w przyrodzie niemal zawsze oznacza, że dany związek przynosi organizmowi ogromne korzyści adaptacyjne. Zjawisko to, zwane ewolucją zbieżną (konwergencją), można porównać do niezależnego wykształcenia się skrzydeł u ptaków i ssaków bądź oczu u kręgowców i głowonogów. O ile jednak korzyści z latania czy widzenia są oczywiste, o tyle celowość produkcji tej substancji pozostaje niejasna.

Popularna hipoteza zakładała, że związek ten jest formą obrony przed drapieżnikami. Miało to sens, biorąc pod uwagę, że wiele insektów posiada receptory serotoniny, na które środek ten oddziałuje. Wcześniejsze eksperymenty pokazywały nawet, że kontakt z tą substancją zaburza rozwój larw niektórych much i dezorientuje pająki, zmuszając je do tkania nienaturalnych sieci. Dzięki temu owocniki zdolne do jego syntezy mogły wygrać wyścig ewolucyjny z tymi, które nie wykształciły tej funkcji.

Nowe dane stawiają jednak tę hipotezę w zupełnie nowym świetle. Naukowcy analizujący dziko rosnące grzyby z gatunku Psilocybe cyanescens odkryli w nich RNA setek białek owadów, co jednoznacznie wskazywało na obecność pasożytów. Aby zweryfikować tę obserwację, przeprowadzili eksperyment, umieszczając w oddzielnych naczyniach grzyby halucynogenne oraz "zwykłe" grzyby zebrane w okolicy. Wyniki były zaskakujące. W obu przypadkach larwy ziemiórek rozwijały się równie pomyślnie, a dorosłe owady wykluwały się w tym samym czasie, niezależnie od obecności psylocybiny. Wskazuje to, że nie jest ona uniwersalnym środkiem owadobójczym ani repelentem.

To odkrycie może unieważnić do tej pory szeroko przyjętą hipotezę. "Nasze wyniki pokazują, że psylocybina nie zapewnia kompletnej ochrony przed owadzią mykofagią, a hipoteza, że jest ona produkowana jako składnik ochrony adaptacyjnej, może wymagać ponownego rozpatrzenia" - tłumaczą autorzy badania.

Psychodelik wyewoluował niezależnie dwa razy. Powodem są ludzie?


Skoro zatem słynny psychodelik nie pełni funkcji odstraszającej, rodzi się pytanie, dlaczego ewolucja tak tak usilnie promowała jej powstanie. Nabiera ono jeszcze większego znaczenia w świetle odkrycia tej samej grupy badaczy, że substancja ta wyewoluowała niezależnie co najmniej dwukrotnie u niespokrewnionych gatunków. Skąd w ogóle o tym wiadomo?

Analiza genetyczna grzybów Psilocybe cyanescens oraz Pluteus salicinus pozwoliła zidentyfikować i doprecyzować strukturę klastrów genów odpowiedzialnych za biosyntezę psylocybiny. Przełomem okazało się odkrycie, że natura znalazła więcej niż jeden sposób na wytwarzanie tej substancji. Przykładem jest grzyb Inocybe corydalina, który produkuje rzeczoną substancję, mimo że nie posiada standardowego klastra biosyntetycznego obecnego u innych gatunków. To dowód na istnienie alternatywnej drogi genetycznej. Niewykluczone, że w przyszłości zostaną odkryte kolejne.

Sukces ewolucyjny grzybów halucynogennych może wyjaśniać inna hipoteza, znacznie bardziej popularna w domenie etnomykologii. Także ona wymaga jednak weryfikacji. Zakłada ona, że magiczne grzyby wchodzą w obustronnie korzystną relację z ludźmi, którzy korzystali od tysiącleci z ich właściwości "rozszerzających umysł", co miało przyczynić się do naszego własnego sukcesu ewolucyjnego. Opisywana przez nas wcześniej teoria, tzw. stoned ape theory, zakłada, że to dzięki spożywaniu owych grzybów u ludzi wykształciło się myślenie symboliczne oraz język, a nasz mózg urósł znacząco w stosunkowo krótkim czasie. Ludzie mieli odwdzięczać się grzybom i wspomagać ich reprodukcję, przenosząc zebrane owocniki na nowe tereny i rozsiewając ich zarodniki.

Co dalej? Wygląda na to, że mykolodzy i biolodzy ewolucyjni mają teraz twardy orzech do zgryzienia. Podczas gdy hipoteza dotycząca obronnej roli "magicznej" substancji została właśnie sfalsyfikowana, to stoned ape theory nie jest poparta zbyt mocnymi dowodami. Możliwe, że wyklaruje się jeszcze inne, bardziej prawdopodobne wyjaśnienie, dlaczego ta substancja jest w ogóle wytwarzana. Gdyby bowiem okazała się nieprzydatna, uległaby zanikowi, a grzybnia skupiłaby się na bardziej opłacalnych zachowaniach z punktu widzenia przetrwania. Ta fascynująca zagadka wciąż czeka na rozwiązanie.

Źródło: A. R. Awan, J. M. Winter, D. Turner, W. M. Shaw, L. M. Suz, A. J. Bradshaw, T. Ellis, B. T.M. Dentinger, Convergent evolution of psilocybin biosynthesis by psychedelic mushrooms, bioRxiv (2026). DOI: https://doi.org/10.1101/374199


"Wydarzenia": "Dron" Słowem Roku 2025Polsat News


  •  

WHO: Ponad jednej trzeciej nowotworów na świecie można uniknąć

WHO: Ponad jednej trzeciej nowotworów na świecie można uniknąć

Karolina Majchrzak

Według najnowszej analizy Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), opublikowanej w prestiżowym czasopiśmie Nature Medicine, ponad 38 proc. wszystkich przypadków raka na świecie można byłoby zapobiec. Badanie, oparte na danych z 2022 roku, wskazuje, że niemal 19 mln osób otrzymało wówczas diagnozę nowotworu, a w wielu przypadkach choroba była skutkiem czynników, które można ograniczyć lub całkowicie wyeliminować.


Nowotwory to druga najczęstsza przyczyna zgonów w Polsce

Nowotwory to druga najczęstsza przyczyna zgonów w Polsce123RF/PICSEL


Jak dowiadujemy się z nowej analizy WHO, milionom przypadków śmiertelnych chorób nowotworowych każdego roku można zapobiec poprzez zmiany w stylu życia, działania profilaktyczne, ograniczenie narażenia zawodowego i redukcję zanieczyszczeń środowiska. Co więcej, autorzy badań zwracają uwagę, że niemal połowę z nich stanowią rak płuc, żołądka i szyjki macicy.

30 czynników ryzyka raka


WHO wymienia łącznie 30 czynników ryzyka, które można zmienić - od używania bezdymnego tytoniu i spożywania orzecha areka, po niewystarczające karmienie piersią i zanieczyszczenia środowiskowe.

Rak pozostaje główną przyczyną zachorowalności na całym świecie, a ryzyko to można w dużej mierze przypisać modyfikowalnemu ryzyku. Oszacowaliśmy globalne i krajowe obciążenie nowotworami w 2022 r., które można przypisać 30 takim czynnikom

Papierosy, alkohol, otyłość


Najważniejszym pojedynczym czynnikiem ryzyka pozostaje palenie tytoniu, które odpowiadało w 2022 roku za 15 proc. wszystkich przypadków raka. Wśród mężczyzn odsetek ten był znacznie wyższy, bo aż 23 proc. nowych diagnoz nowotworowych wiązano bezpośrednio z paleniem.

Na drugim miejscu znalazło się spożycie alkoholu, odpowiedzialne za około 3,2 proc. nowych zachorowań, czyli blisko 700 tys. przypadków rocznie. Kolejne miejsca zajmują nadwaga, brak aktywności fizycznej, zanieczyszczenie powietrza, ekspozycja na promieniowanie UV, infekcje oraz czynniki zawodowe.

W raporcie podkreślono także znaczenie zanieczyszczenia powietrza jako czynnika nowotworowego. W Azji Wschodniej aż 15 proc. przypadków raka płuc u kobiet przypisano zanieczyszczeniom atmosferycznym, a w Afryce Północnej i Azji Zachodniej 20 proc. zachorowań u mężczyzn miało z nimi związek.

Szczepienia to podstawa


Z kolei zakażenia wirusowe odpowiadają za około 10 proc. nowych przypadków raka. Wśród kobiet największy udział mają infekcje HPV (wirusem brodawczaka ludzkiego), które prowadzą do rozwoju raka szyjki macicy. Choć istnieje skuteczna szczepionka przeciwko HPV, poziom wyszczepienia w wielu regionach świata wciąż pozostaje niski.

Rak żołądka, częstszy u mężczyzn, jest natomiast ściśle powiązany z paleniem tytoniu oraz infekcjami bakteryjnymi wynikającymi z przeludnienia, złych warunków sanitarnych i braku dostępu do czystej wody.

Eksperci zwracają uwagę, że wyniki te powinny stanowić podstawę do działań systemowych, takich jak ograniczenie sprzedaży tytoniu i alkoholu, poprawa jakości powietrza, promocja aktywności fizycznej oraz powszechniejsze szczepienia ochronne.

Analizując wzorce zachorowań między krajami i grupami społecznymi, możemy dostarczyć rządom i obywatelom wiedzy, która pomoże zapobiec wielu przypadkom raka, zanim się pojawią

Meduzy śpią podobnie jak ludzie, mimo że nie mają mózgu i oczu© 2026 Associated Press


  •  

Poradnik dla podróżujących. Jak zminimalizować skutki jet lagu?

Poradnik dla podróżujących. Jak zminimalizować skutki jet lagu?

Julia Król

Jet lag to powszechny problem podczas podróży lotniczych przez kilka stref czasowych. Objawia się sennością w ciągu dnia, trudnościami z zasypianiem oraz złym samopoczuciem. Istnieją jednak sposoby łagodzenia objawów tego stanu.


Jet lag to zmora podróżujących

Jet lag to zmora podróżujących123RF/PICSEL


Podróżując samolotem, szczególnie na dalsze odległości na zachód lub wschód, może złapać nas potężny jet lag. Jest to zaburzenie zegara biologicznego, które występuje, jeśli przelecimy przez minimum trzy strefy czasowe.

Jakie są objawy jet lagu?


Jet lag nie jest przyjemny. Powoduje senność w dzień, bezsenność w nocy i ogólne zmęczenie, które trwa zazwyczaj do trzech dni. Często boli nas wtedy głowa, mamy złe samopoczucie i brak apetytu. Istnieją jednak sposoby na radzenie sobie z tym zjawiskiem.

Można starać się mu zapobiec. Kluczowy jest odpowiedni wypoczynek przed podróżą, unikanie alkoholu i kofeiny podczas lotu oraz spożywanie lekkostrawnych posiłków. W przypadku problemów z zaśnięciem podczas lotu można zażyć lekkie środki nasenne, np. małą dawkę melatoniny, aby pomóc organizmowi dostosować się do nowej strefy czasowej. Jeśli masz problemy z zaśnięciem w samolocie, rozważ zakup słuchawek z aktywną redukcją szumów (ANC), aby oddzielić się od otoczenia i stworzyć lepsze warunki do odpoczynku. Dobrze sprawdzi się też poduszka na szyję i opaska na oczy. Parę razy podczas lotu przejdź się po pokładzie, żeby poprawić krążenie w nogach i się rozciągnąć. Przede wszystkim trzeba utrzymuj nawodnienie - suche powietrze w samolocie powoduje, że nasz organizm szybko się odwadnia, więc należy pić dużo wody, aby nie dopuścić do bólów głowy i zmęczenia.


Pójście spać zaraz po dotarciu do hotelu nie zawsze jest dobrym pomysłem. Czasem nawet krótka drzemka może pogłębić jet lat.

Pójście spać zaraz po dotarciu do hotelu nie zawsze jest dobrym pomysłem. Czasem nawet krótka drzemka może pogłębić jet lat.123RF/PICSEL


Czy da się uniknąć jet lagu?


Kluczem do zmniejszenia jet lagu jest przestawienie zegara biologicznego na czas zbliżony do lokalnego w miejscu docelowym. Jednym ze sposobów na to jest zaplanowanie czasu lądowania samolotu. Istnieje zasada, która może pomóc w tej sprawie. W zależności od tego, czy lecisz na wschód, czy zachód, spróbuj lądować w określonych porach.

Jeśli lecisz na wschód, zarezerwuj lot, który pozwoli uniknąć lądowania we wczesnych godzinach porannych - podróż w tym kierunku oznacza rozpoczynanie i kończenie dnia wcześniej niż zwykle.

Lecąc na zachód musisz przestawić swój zegar biologiczny na późniejszy czas - dzień zaczyna się i kończy później. Wtedy staraj się lądować jak najwcześniej, dzięki czemu szybciej się zregenerujesz.

Dlaczego to działa?

Jest to mądre posunięcie, ponieważ dzięki niemu pomagasz swojemu organizmowi zsynchronizować się z lokalnym czasem. Nieodpowiednia pora dnia i nocy może nasilać jet lag, ponieważ lecąc na wschód z pięciogodzinną różnicą czasu, i lądując o 7 - to dla ciebie 2 w nocy. Twój zegar szaleje, bo jest już jasno, więc aby go nieco uspokoić, warto unikać ekspozycji na światło przed około 4 lub 5 czasu swojego, a nie lokalnego. Natomiast lądując nieco później, np. o 10 lub później, twój zegar myśli, że jest już 5 rano. Dlatego wyjście na światło jest dobre dla organizmu. Wtedy po wylądowaniu lub dotarciu do hotelu umyj zęby - to pobudza, a jeśli jest czas, można również wziąć prysznic. W odwrotny sposób działa podróżowanie na zachód.


Meduzy śpią podobnie jak ludzie, mimo że nie mają mózgu i oczu© 2026 Associated Press


  •  

Nowa terapia genowa. Przywrócą wzrok przez odmłodzenie neuronów oka

Nowa terapia genowa. Przywrócą wzrok przez odmłodzenie neuronów oka

Karolina Majchrzak

Firma Life Biosciences z siedzibą w Bostonie ogłosiła, że otrzymała zgodę amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (FDA) na rozpoczęcie pierwszego w historii badania klinicznego terapii genowej opartej na częściowym przeprogramowaniu epigenetycznym komórek nerwowych. Projekt nosi nazwę ER-100 i ma na celu przywrócenie wzroku poprzez odmłodzenie uszkodzonych neuronów siatkówki.


Naukowcy z Kanady pracują nad terapią, mogącą przywrócić wzrok po zaawansowanej chorobie siatkówki

Naukowcy z Kanady pracują nad terapią, mogącą przywrócić wzrok po zaawansowanej chorobie siatkówki123RF/PICSEL


Jak podkreślają przedstawiciele spółki, ER-100 nie ma jedynie spowalniać postępu choroby, ale cofać zmiany starzeniowe w komórkach oka, przywracając ich młodszy, bardziej funkcjonalny stan.

Od terapii objawowej do modyfikującej przebieg choroby


Terapia ER-100 jest skierowana do pacjentów cierpiących na neuropatie nerwu wzrokowego - grupę schorzeń prowadzących do trwałej utraty wzroku w wyniku obumierania komórek zwojowych siatkówki (RGC), które łączą oko z mózgiem.

Ponieważ neurony te nie regenerują się w naturalny sposób, choroby takie jak jaskra otwartego kąta czy niearterytyczna przednia niedokrwienna neuropatia nerwu wzrokowego (NAION) od lat stanowią jedno z największych wyzwań okulistyki.

ER-100 powstało w ramach platformy Partial Epigenetic Reprogramming, opracowanej przez Life Biosciences. Technologia ta modyfikuje biochemiczne znaczniki epigenetyczne, czyli elementy regulujące aktywność genów, bez ingerencji w samą sekwencję DNA. W praktyce wykorzystuje tzw. czynniki Yamanaki (OCT-4, SOX-2 i KLF-4), które pozwalają "cofnąć" komórki do młodszego, bardziej plastycznego stanu.

W badaniach przedklinicznych lek podawano bezpośrednio do oka w postaci iniekcji doszklistkowej. W testach na zwierzętach, w tym na naczelnych, wykazano przywrócenie prawidłowych wzorców metylacji DNA, poprawę funkcji wzrokowych i regenerację uszkodzonych komórek siatkówki.

To ważny krok dla całej dziedziny medycyny regeneracyjnej. Lata badań i testów przedklinicznych pokazały, że możemy w kontrolowany sposób przywracać komórkom cechy młodości bez ryzyka niepożądanej proliferacji

Nowy etap badań. Pierwsze testy u ludzi


Zatwierdzony przez FDA program badań klinicznych fazy 1 obejmie pacjentów z jaskrą otwartego kąta oraz NAION - schorzeniami, które często prowadzą do nieodwracalnej ślepoty, a w przypadku NAION do nagłej utraty wzroku.

Badanie ma na celu ocenę bezpieczeństwa, tolerancji oraz odpowiedzi immunologicznej, a także analizę zmian w funkcjach wzrokowych przy różnych dawkach terapii. Choć nie ma jeszcze mowy o potwierdzeniu skuteczności, dane z tej fazy mogą stanowić pierwszy kliniczny dowód, że epigenetyczne przeprogramowanie komórek jest realnym kierunkiem w leczeniu chorób neurodegeneracyjnych.

Naszym celem jest stworzenie terapii, która nie tylko spowalnia proces chorobowy, ale przywraca utracone funkcje poprzez rewitalizację neuronów. To podejście może otworzyć drogę do nowych metod leczenia chorób związanych ze starzeniem

Przełom w medycynie regeneracyjnej?


Jeśli badanie zakończy się sukcesem, ER-100 może stać się pierwszą terapią genową, która atakując źródło biologicznego starzenia, nie tylko zatrzymuje, ale odwraca degenerację tkanek nerwowych.

Life Biosciences zapowiada już rozszerzenie swojej platformy na inne obszary medycyny, w tym choroby neurodegeneracyjne i schorzenia narządów związane z wiekiem, w których kluczową rolę odgrywa kumulacja uszkodzeń komórkowych.


"Wydarzenia": "Dron" Słowem Roku 2025Polsat News


  •  

Niezwykła maska z czaszki kozła. Wyjątkowe odkrycie w niemieckiej wiosce

Niezwykła maska z czaszki kozła. Wyjątkowe odkrycie w niemieckiej wiosce

Karolina Majchrzak

Maska z czaszki kozła znaleziona w wiosce w Eilsleben w północnych Niemczech rzuca nowe światło na relacje między łowcami-zbieraczami a pierwszymi rolnikami w Europie. Badania pokazują, że ponad 7500 lat temu te dwie społeczności wymieniały się narzędziami oraz przedmiotami o znaczeniu symbolicznym.


Czaszka zwierzęcia z dwiema dużymi, szpiczastymi rogami, ustawionymi pionowo, na czarnym tle.

Jak mezolityczne tradycje przetrwały w neolitycznej wiosce. Nowe odkrycia archeologiczne w NiemczechLandesamt für Denkmalpflege und Archäologie Sachsen-Anhalt, J. Liptákdomena publiczna


Osada w Eilsleben, położona około 100 km na wschód od Hanoweru, została odkryta w latach 70. XX wieku, a ostatnie analizy geomagnetyczne ujawniły, że zajmowała niemal 20 akrów, co mogło czynić ją największą w regionie w tamtych czasach.

Mieszkańcy wioski należeli do kultury LBK (Linearbandkeramik), neolitycznych rolników, którzy przybyli do Europy Środkowej z regionu Morza Egejskiego i Anatolii. Choć osada była wyraźnie neolityczna, archeolodzy znaleźli tam również liczne artefakty mezolityczne, co świadczy o kontakcie z lokalnymi łowcami-zbieraczami.

Maska z czaszki sarny- most między epokami


Najbardziej spektakularnym odkryciem jest maska wykonana z czaszki i poroża dorosłego samca sarny. Pod względem stylu i technologii hełm jest mezolityczny i przypomina znaleziska z angielskiego Star Carr, datowane na 11 tys. lat. To przykład tzw. transferu technologii, w którym neolityczni rolnicy kopiowali praktyki łowców-zbieraczy, w tym wykorzystanie poroża do produkcji narzędzi.

Na stanowisku znaleziono też narzędzia z poroża i wiórów rogowych, rzadko spotykane w kulturze LBK. Archeolodzy sugerują, że wioska była miejscem wymiany nie tylko przedmiotów użytkowych, ale też symboli i wierzeń, co pokazuje złożone relacje między dwiema społecznościami.

To była paradoksalna relacja. Neolityczne fortyfikacje mówią: "mieszkamy tutaj", ale w osadzie jest wiele elementów mezolitycznych, związanych z łowiectwem i zbieractwem, co jest niesamowite

Dziedzictwo genetyczne


Genetyka współczesnych Europejczyków odzwierciedla te pradawne migracje. Poza śladami neolitycznych rolników z Anatolii i Morza Egejskiego w genomach obecnych mieszkańców kontynentu widoczne są również wpływy mezolitycznych łowców-zbieraczy oraz późniejszych nomadów z kultury Jamna. Znaleziska w Eilsleben pokazują zaś, że pierwsze wioski rolnicze w Europie nie były odizolowane od wcześniejszych mieszkańców, lecz stanowiły oś wymiany technologii i idei.


Meduzy śpią podobnie jak ludzie, mimo że nie mają mózgu i oczu© 2026 Associated Press


  •  

Najzimniejsze miasto na świecie. Realia życia przy nawet -60°C

Najzimniejsze miasto na świecie. Poznaj realia życia przy nawet -60°C

Paula Drechsler

Na Ziemi mamy wiele punktów, gdzie odnotowywane są rekordowo niskie temperatury. Choć może trudno w to uwierzyć, na niektórych "biegunach zimna", mimo trudnych warunków, postanowił na stałe osiedlić się człowiek. Wśród takich miejsc znajduje się Jakuck na Syberii - najzimniejsze miasto świata, wzniesione na wiecznej zmarzlinie. Jak wygląda życie w miejscu, gdzie zimą temperatury spadają nawet poniżej -60°C?


Miasto położone w śnieżnej, zimowej scenerii z licznymi budynkami mieszkalnymi, złożami i infrastrukturą przemysłową w tle oraz zamrożoną rzeką lub akwenem wodnym na pierwszym planie.

Najzimniejszym dużym miastem na świecie jest Jakuck. Wzniesiono je na wiecznej zmarzlinie.Ilya Varlamov, CC BY-SA 4.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0Wikimedia Commons



Spis treści:

  1. Najzimniejsze miasto na świecie. Jak żyje się w Jakucku?

  2. Jakuck. Największe miasto na wiecznej zmarzlinie

  3. Ekstremalnie niskie temperatury. Dzień z życia w Jakucku

  4. Zima w Jakucji. Jak buduje się domy w Jakucku?

  5. Ceny na Syberii. Koszty życia w najzimniejszym mieście świata

Zima w Polsce w tym roku jest wyjątkowo surowa. W wyniku długotrwałych ujemnych temperatur mierzymy się z różnymi wyzwaniami. Mróz wpływa na nasze samopoczucie, sprawia trudności w dojazdach do pracy i ogranicza aktywność na świeżym powietrzu. Jednak dla ludzi mieszkających w niektórych zakątkach świata takie warunki to niemal codzienność. Istnieją stale zamieszkane miejsca, w których temperatura spada do poziomu, którego większość z nas nie jest w stanie sobie wyobrazić.

Jako takie bieguny zimna wymienić można leżące niedaleko siebie Ojmiakon i Tomtor na Syberii, najzimniejsze stale zamieszkane wioski na Ziemi, gdzie odnotowano rekordowe temperatury -71,2°C i -72,2°C. Około 1000 km od nich leży natomiast najzimniejsze duże miasto świata - Jakuck. Średnia temperatura w Jakucku w styczniu wynosi ok. -40 stopni, ale zimowe mrozy przekraczają nawet -60°C. Jak wygląda życie w takich warunkach? Jak ludzie funkcjonują, pracują i utrzymują codzienną aktywność, gdy przez kilka miesięcy ostry mróz jest stałym elementem rzeczywistości?


Zimą w Jakucku temperatury spadają niekiedy nawet do poniżej -60 stopni Celsjusza.

Zimą w Jakucku temperatury spadają niekiedy nawet do poniżej -60 stopni Celsjusza.Photographer: Andrey Rudakov/Bloomberg via Getty ImagesGetty Images


Jakuck. Największe miasto na wiecznej zmarzlinie


Jakuck położony jest na wiecznej zmarzlinie w azjatyckiej części Rosji, w północno-wschodniej Syberii. To najstarsze miasto na Syberii i stolica Jakucji - Republiki Sacha. Leżąca nad rzeką Leną stolica liczy ponad 350 tysięcy mieszkańców, co czyni Jakuck największym skupiskiem ludności w tej części Syberii. Klimat Jakucka jest kontynentalny i ekstremalny, z ogromną roczną amplitudą temperatur. Zimy są długie i niesamowicie mroźne - bardzo niskie temperatury notuje się zwykle od listopada do marca. Mimo ekstremalnych warunków ludzie osiedlili się w tym rejonie na stałe.

Rdzenne społeczności Jakutów żyły tu od setek lat, zajmując się łowiectwem, hodowlą reniferów i handlem futrami, później założona została tu warownia kozacka, zaanektowany przez Rosję obszar służył długo jako baza tranzytowa podczas podboju ziem syberyjskich, aż z czasem miejsce osiągnęło rangę miasta, rozwijając się m.in. dzięki wydobyciu diamentów i złota, a także za sprawą funkcji administracyjnej jako stolicy regionu. Mimo trudnych warunków populacja miasta rośnie. Jak żyje się w takim miejscu?

Ekstremalnie niskie temperatury. Dzień z życia w Jakucku


Wśród twórców internetowych, którzy pokazują swoją codzienność, można znaleźć też mieszkańców Jakucka. W mediach społecznościowych prezentują oni, jak wygląda życie w najzimniejszym mieście świata. Dzięki temu dziś możemy nie tylko poczytać o niektórych rozwiązaniach, ale i zobaczyć na nagraniu, jak rzeczywiście wygląda zima w Jakucku i w jaki sposób mieszkańcy miasta radzą sobie z ekstremalnymi temperaturami. O codzienności w Jakucku opowiadają na swoich kanałach na YouTube np. Kiun B czy Maria Solko.

Typowy zimowy dzień w Jakucku zaczyna się wcześnie, by maksymalnie wykorzystać światło dzienne - obejmuje pracę lub szkołę, zakupy i aktywności w dobrze ogrzewanych pomieszczeniach, np. w centrach kultury, siłowniach lub kawiarniach. Ubiór mieszkańców Jakucka jest starannie przemyślany - odzież termiczna, wiele warstw, ciepłe kurtki, izolowane buty, rękawice i czapki z futrem to zimą codzienność, która chroni przed odmrożeniem. Przy największych mrozach czas spędzany na zewnątrz jest ograniczany do niezbędnego minimum.

Mieszkańcy Jakucka zimą często całkowicie rezygnują z przemieszczania się własnym samochodem i korzystają z transportu publicznego oraz taksówek. Niektórzy decydują się na korzystanie z ogrzewanych miejsc parkingowych i garaży. Problem zimą stanowi brak odpowiedniego mostu na Lenie. Latem kursują promy, jednak ujemne temperatury sprawiają, że Jakuck staje się praktycznie odcięty od reszty Rosji. Przeprawa wiąże się wówczas z wysokimi opłatami dla prywatnych przewoźników lub ryzykiem związanym z poruszaniem się po lodzie autem albo pieszo.

Zima w Jakucji. Jak buduje się domy w Jakucku?


Zabudowa w największym mieście wzniesionym na wiecznej zmarzlinie od lat jest projektowana w specjalny sposób. Choć w Jakucku wciąż można zobaczyć stare drewniane domy, to obecnie budynki obmyśla się tak, by wytrzymały ekstremalne różnice temperatur między latem a zimą, oraz by zapobiec osiadaniu, pękaniu i zawaleniu konstrukcji w związku z topnieniem podłoża. Nowsze budynki w Jakucku są wznoszone z żelbetu, betonu i szkła, na podniesionych fundamentach - zwykle betonowych palach, osadzonych głęboko w gruncie. Pusta przestrzeń pod obiektem pozwala na swobodny przepływ lodowatego powietrza, co zapobiega przenoszeniu ciepła emitowanego przez budowlę do zmarzliny.

By zachować ciepło w budynku, ściany są dobrze izolowane i grube - nawet ok. 60 cm. Okna są potrójnie lub poczwórnie szklone, o pełnych ramach. Istotny jest także układ drzwi wejściowych w budynku - czasem jest ich nawet kilka, by tworzyć strefy buforowe dla zatrzymania ciepła w środku i uniknięcia strat energii. Rury wodociągowe, kanalizacyjne i grzewcze nie są zakopywane; są podniesione, izolowane i biegną nad ziemią, aby zapobiec uszkodzeniom. Gdyby doszło nawet do kilkugodzinnej do awarii systemu grzewczego, konieczna byłaby masowa ewakuacja.

Ceny na Syberii. Koszty życia w najzimniejszym mieście świata


Ciekawym aspektem są też koszty życia w Jakucku. Średnia miesięczna pensja szacowana jest na 60 000 rubli (ok. 2800 zł po obecnym kursie). Jak wyglądają przykładowe opłaty mieszkaniowe? Wszystko zależy od klasy budynku i miejsca, w którym się znajduje. Na przykład w położonym w pobliżu centrum bloku mieszkalnym w stylu radzieckim, nazywanym KPD, miesięcznie wychodzi ok. 45 tys. rubli (ok. 2100 zł po aktualnym kursie) za najem i ok. 8 tys. rubli (ok. 375 zł po obecnym kursie) opłat za gaz, ogrzewanie, prąd i wodę. Takie ceny dotyczą jednopokojowego mieszkania z oddzielną kuchnią. Zakup takiego mieszkania to wydatek rzędu ok. 5,5 mln rubli (ok. 256 170 zł).

Dlaczego ludzie decydują się żyć w Jakucku? Niektórzy nie mają możliwości zmiany miejsca zamieszkania. Z relacji mieszkańców Jakucka można jednak dowiedzieć się, że ludzie decydują się pozostać w tym miejscu nie tylko ze względu na brak alternatyw, ale i poprzez świadomy wybór. Ludzie żyjący na Syberii udowadniają, że człowiek potrafi przystosować się nawet do ciężkich warunków klimatycznych na Ziemi, a decyzja o tym, czy pozostanie się w takim miejscu, często jest dyktowana przez połączenie czynników ekonomicznych, kulturowych oraz historycznych.

Źródła: Interia, Livingcost, Medium, Moscow Times, National Library of Medicine, YouTube


Nie musisz być wybitnym naukowcem, aby pracować na... Antarktydzie© 2026 Associated Press


  •  

"Polski" An-28 w nowej roli. Ukraińcy przerobili samolot pasażerski w łowcę dronów

"Polski" An-28 w nowej roli. Ukraińcy przerobili samolot pasażerski w łowcę dronów

Daniel Górecki

Ukraina wykorzystuje transportowe samoloty An-28 w nowej roli, jako platformy do przechwytywania rosyjskich dronów-kamikadze typu Shahed. Według materiału francuskiego kanału TF1, załogi tych maszyn, składające się z ochotników cywilnych, zestrzeliły już około 150 wrogich bezzałogowców.


Cywile kontra drony. Ukraina skutecznie wykorzystuje An-28 do obrony przestrzeni powietrznej

Cywile kontra drony. Ukraina skutecznie wykorzystuje An-28 do obrony przestrzeni powietrznejscreen z nagrania TF1 videoTwitter


Jeszcze rok temu był to zwykły samolot transportowy, dziś - uzbrojony w sześciolufowy karabin maszynowy M134 Minigun - An-28 stał się jednym z najbardziej niezwykłych elementów ukraińskiej obrony powietrznej. Co więcej, jego załoga to nie wojskowi, lecz cywile, którzy dobrowolnie zgłosili się, by nocami polować na rosyjskie drony-kamikadze typu Shahed.

TF1 zarejestrowało jedną z takich nocnych misji, podczas której zestrzelono pięć dronów. Operacje prowadzone są wyłącznie nad terenami niezamieszkałymi, głównie nad polami i lasami, aby zminimalizować ryzyko dla ludności cywilnej.

Shahedy spadają z nieba


Pomysł wykorzystania cywilnych maszyn w roli "łowców dronów" pojawił się oficjalnie dopiero latem 2025 roku. W czerwcu władze zezwoliły prywatnym samolotom na wsparcie działań obronnych, a wkrótce potem An-28 przeszedł stosowną adaptację - zamontowano w nim uchwyty pod M134 Minigun, wzmocniono strukturę skrzydeł i przygotowano miejsce dla strzelca.

Jak przyznaje Defense Express, jest to przykład wykorzystania "wszystkich dostępnych zasobów" w walce z rosyjskim terroryzmem. I choć rozwiązanie ma swoje ograniczenia, bo uzbrojenie obsługuje strzelec pokładowy, który otwiera ogień po wizualnym wykryciu celu, a cały proces naprowadzania odbywa się przy wsparciu naziemnych kontrolerów, bez udziału zaawansowanych systemów obserwacyjnych, skuteczność załogi An-28 zaskoczyła nawet wojskowych.

Polska myśl techniczna


An-28 to samolot zaprojektowany przez biuro Antonowa z myślą o krótkodystansowym transporcie pasażerów i ładunków, który powstawał w Polsce w zakładach WSK Mielec (obecnie PZL Mielec). Solidna konstrukcja pozwoliła jednak na łatwą adaptację do zadań specjalnych, stąd choćby opracowana przez polskiego producenta i Sierra Nevada Corporation nowoczesna wersja MC-145B SOMA (Special Operations Multi-Role Aircraft) wykorzystywana m.in. przez siły specjalne USA.

Ta wielozadaniowa maszyna krótkiego startu i lądowania może operować na nieprzygotowanych lądowiskach, przenosić uzbrojenie podwieszane oraz zrzucać pociski z ładowni. Ukraińska adaptacja An-28 nie jest więc przypadkowa, to improwizacja oparta na solidnych podstawach konstrukcyjnych.

Co dalej? Ukraińskie doświadczenia z An-28 już teraz są analizowane w kontekście dalszego rozwoju lotnictwa lekkiego dla zadań OPL. Toczą się rozmowy na temat pozyskania kolejnych lekkich samolotów bojowych do roli "łowców dronów" i chociaż nie wypalił pomysł pozyskania czeskich L-159, producent oferuje Ukrainie nową maszynę L-39NG Skyfox.


"Wydarzenia": "Dron" Słowem Roku 2025Polsat News


  •  

iPhone'y lecą w kosmos. NASA dała zgodę

Dawid Długosz

NASA w końcu wydała decyzję, na którą czekało wielu astronautów. Dotyczy to możliwości zabierania w kosmos iPhone'ów i innych nowoczesnych smartfonów. Po raz pierwszy taką możliwość dostały załogi misji Crew-12 na Międzynarodową Stację Kosmiczną oraz Artemis 2 z astronautami lecącymi w kierunku Księżyca.


Kapsuła kosmiczna unosząca się nad krzywizną Ziemi na tle czarnej przestrzeni kosmicznej, widoczne szczegóły konstrukcji oraz delikatna poświata atmosfery

Astronauci mogą latać w kosmos z iPhone'ami. NASA dała zgodę.NASAmateriały prasowe


Czego nie wolno na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej? Bardzo wiele i wśród restrykcji do niedawna był zakaz posiadania własnych smartfonów. Teraz to ulega zmianie i astronauci NASA będą mogli zabierać ze sobą w kosmos własne iPhone'y oraz inne nowoczesne telefony.

NASA daje zgodę astronautom na zabieranie w kosmos własnych smartfonów


Informację potwierdził Jared Isaacman, czyli obecny administrator NASA. Szef agencji napisał o tym na platformie X, gdzie ujawnił m.in., że:

Dajemy naszym załogom narzędzia do uwieczniania wyjątkowych chwil dla swoich rodzin i dzielenia się inspirującymi zdjęciami i filmami ze światem

"Co równie ważne, w krótkim czasie rzuciliśmy wyzwanie długotrwałym procesom i zakwalifikowaliśmy nowoczesny sprzęt do lotów kosmicznych" - dodał administrator NASA Jared Isaacman.

NASA już wcześniej dopuszczała do lotów w kosmos wybrany sprzęt, ale jedynie kwalifikowany, który spełniał wysokie normy. Teraz astronauci w końcu będą mogli zabierać ze sobą w misje kosmiczne również własne telefony.

Astronauci Crew-12 i Artemis 2 polecą w kosmos z własnymi iPhone'ami


Pierwszymi załogami, które objęto przepisami, są ekipy misji Crew-12 oraz Artemis 2. Pierwsza to kolejny lot załogowy na Międzynarodową Stację Kosmiczną, który odbędzie się jeszcze w tym miesiącu. Jest o tyle istotny, że załoga ISS jest obecnie wybrakowana w wyniki ewakuacji medycznej, która miała miejsce kilka tygodni temu.

Własne iPhone'y zabiorą w kosmos także astronauci Artemis 2, którzy polecą w kierunku Księżyca, gdzie człowiek nie był od ponad 50 lat. Przed zmianą decyzji NASA dopuszczała dla tej misji starszy sprzęt. Były to m.in. aparaty Nikona z 2016 r. czy 10-letnie kamerki GoPro.

Dla załóg NASA zmiana decyzji jest z pewnością ważna. Podobne przepisy nie obowiązywały w prywatnych misjach kosmicznych. Dotyczy to członków programu Polaris czy misji realizowanych przez Axiom Space.

Warto dodać, że to nie pierwszy raz, gdy telefony Apple lecą w kosmos w ramach misji NASA. Dwa smartfony iPhone 4s znajdowały się na pokładzie ostatniego wahadłowca kosmicznego, który poleciał w kosmos w 2011 r.


"Wydarzenia": "Dron" Słowem Roku 2025Polsat News


  •  

Wykrywa detonacje jądrowe, krążył nad Europą. Amerykanie poderwali WC-135R

Wykrywa detonacje jądrowe, krążył nad Europą. Amerykanie poderwali WC-135R

Marcin Jabłoński

Na platformach śledzących trasy lotów zaobserwowano dziś przelot nad Morzem Śródziemnym samolotu WC-135R Constant Phoenix. Ta maszyna ma tylko jedno zadanie - wykrywać anomalie skażenia radioaktywnego, występujące m.in. po awariach elektrowni atomowych czy wybuchach nuklearnych.


Duży samolot pasażerski w trakcie startu z pasa startowego, silniki wydzielają ciemny dym, wokół jasne, pustynne otoczenie, a maszyna unosi się stopniowo nad ziemią.

Amerykanie poderwali samolot. Ma wykryć skażenie nuklearneUnited States Air ForceWikimedia Commons


Podniebny wykrywacz radiacji nad Europą


Samolot WC-135R Constant Phoenix o kodzie wywoławczym JAKE27 wystartował dziś około godziny 7.00 czasu uniwersalnego z bazy lotniczej RAF Mildenhall w Wielkiej Brytanii. Maszyna skierowała się na południe i około 9.30 pojawiła się nad miejscem początku swojego patrolu w pobliżu wybrzeży Tunezji i Sycylii. Po tym przez około siedem godzin sprawdzała teren nad Morzem Śródziemnym, zanim zaczęła wracać do bazy Mildenhall. Na moment publikacji artykułu samolot dalej pozostaje w locie.

Przypomnijmy, że WC-135R Constant Phoenix przyleciał z USA do Wielkiej Brytanii pod koniec stycznia. To jeden z najbardziej unikalnych samolotów sił zbrojnych USA. Posiada specjalną aparaturę do mierzenia poziomu radiacji. W założeniu ma monitorować lub wykrywać różne anomalie, występujące m.in. po awariach elektrowni nuklearnych czy testach broni jądrowej. WC-135 pomogły m.in. wykryć Amerykanom skażenie po katastrofie w Czarnobylu w 1986, były aktywne po awarii elektrowni w Fukushimie w 2011 i patrolowały Koreę Północną podczas testów nuklearnych w 2017.

Przygotowanie wobec do w Iranie?


Nie ma dokładnych informacji, dlaczego Amerykanie akurat teraz postanowili przenieść jeden ze swoich trzech WC-135 do Europy. Najbardziej zasadne podejrzenia sugerują przygotowania do możliwej operacji Amerykanów wobec irańskiej infrastruktury nuklearnej. Samolot miałby pomóc w zidentyfikowaniu efektów uderzenia.

Administracja Donalda Trumpa prowadzi obecnie negocjacje z Iranem po ostatnich napięciach na linii Waszyngton-Teheran. Jednym z tematów rozmów ma być porozumienie w sprawie irańskiego programu nuklearnego. Obecnie na Bliskim Wschodzie Amerykanie zebrali ogromne siły militarne, na czele z lotniskowcem USS Abraham Lincoln. Możliwe uderzenie mogłoby skupić się na irańskich instalacjach nuklearnych i rakietowych.


"Wydarzenia": "Dron" Słowem Roku 2025Polsat News


  •  

Ukraina z wielkim wsparciem od kraju NATO. Chodzi o broń przeciwlotniczą

Ukraina tylko na to czekała. Kraj z drugiego końca świata wyśle wielkie wsparcie

Marcin Jabłoński

Ukraiński minister obrony Mychajło Fedorow poinformował, że jego kraj otrzyma od Kanady nowe pociski przeciwlotnicze do myśliwców F-16 i systemów NASAMS. Mają zwalczać rosyjskie rakiety i drony, które niszczą cywilną infrastrukturę.


Wyrzutnia rakiet przeciwlotniczych ustawiona na twardym podłożu, w tle widoczne jasne baraki biurowe pod zachmurzonym niebem.

Kanada wysyła pomoc dla Ukrainy. Pociski przeciwlotnicze, które mogą trafić na NASAMSEMIL NICOLAI HELMSAFP


Ukraina otrzymuje kolejne wsparcie. Pociski już w drodze


Ukraiński minister poinformował dostawach nowej broni po rozmowach ze swoim kanadyjskim odpowiednikiem. Według niego pociski są już przekazywane w ramach inicjatywy Prioritized Ukraine Requirements List (PURL), czyli zakupu przez kraje NATO broni z zapasów Stanów Zjednoczonych.

Fedorow stwierdził, że ostatnie działania w ramach inicjatywy PURL odegrały decydującą rolę w odparciu zmasowanych rosyjskich ataków powietrznych na Ukrainę. Dostawy nowych pocisków mają pomóc w utrzymaniu obrony.

Ukraina potrzebuje broni przeciwlotniczej do zwalczania rosyjskich ataków, wymierzonych w infrastrukturę energetyczną. Rosjanie chcą rzucić na kolana ukraińskie społeczeństwo, odcinając je od dostępu do ciepła i prądu. Dlatego w styczniu użyli rekordowej liczby bomb i pocisków, o czym pisaliśmy na łamach Interii GeekWeek.

Broń do ochrony nieba


Fedorow nie zdradził, jakiego rodzaju pociski przeciwlotnicze Ukraina otrzymuje od Kanady. Branżowy portal Militarnyi zauważył, że najprawdopodobniej może chodzić o pociski serii AIM, konkretnie AIM-7, AIM-9 oraz AIM-120. To tych pocisków Ukraińcy używają do niszczenia dronów.

AIM-7 Sparrow to kierowany pocisk rakietowy klasy powietrze-powietrze średniego zasięgu. Ukraina zintegrowała je pociski z wyrzutniami Buk. Pocisk może zestrzeliwać cele o maksymalnym zasięgu 20 kilometrów i wysokości od 8 do 15 kilometrów.

AIM-9 Sindewinder to kierowany pocisk rakietowy klasy powietrze-powietrze krótkiego zasięgu z głowicą naprowadzaną na podczerwień. Ukraińcy używają ich na myśliwcach F-16 oraz naziemnych systemach obrony NASAMS. Mają zasięg 30 kilometrów po odpaleniu z platformy powietrznej oraz 12 z platformy naziemnej.

AIM-120 AMRAAM to kierowany pocisk rakietowy klasy powietrze-powietrze średniego zasięgu, wykorzystywany w Ukrainie na myśliwcach F-16 i systemach obrony NASAMS. Ma zasięg około 70 kilometrów po odpaleniu z platformy powietrznej oraz 30 z platformy naziemnej.


Niezwykła wystawa olbrzymich owadów. Niektóre eksponaty ważą ponad tonęInteria pl© 2026 Associated Press


  •  

Metformina nie tylko na cukrzycę? Nowe możliwości leczenia AMD

Metformina nie tylko na cukrzycę? Nowe możliwości leczenia AMD

Julia Król

Naukowcy z University of Liverpool dowiedli, że popularny lek na cukrzycę typu 2, metformina, może pomagać chronić wzrok przed zwyrodnieniem plamki żółtej związanym z wiekiem. W badaniu przeanalizowano przypadki 2000 osób z cukrzycą powyżej 55. roku życia, a wyniki wykazały znacząco niższe ryzyko zachorowania na AMD wśród osób długotrwale przyjmujących ten lek.


Codzienny lek na cukrzycę może powstrzymać utratę wzroku

Codzienny lek na cukrzycę może powstrzymać utratę wzroku123RF/PICSEL


Nowe korzyści z metforminy dla pacjentów z cukrzycą i problemami ze wzrokiem


Badacze z University of Liverpool odkryli, że metformina - powszechnie stosowany lek w terapii cukrzycy tupu 2 - może również chronić wzrok przed zwyrodnieniem plamki żółtej związanym z wiekiem (AMD). Jest to główna przyczyna utraty widzenia w krajach wysoko rozwiniętych.

AMD to choroba uszkadzająca centralną część siatkówki oka (plamkę żółtą), odpowiedzialną za ostre widzenie. Z czasem komórki światłoczułe obumierają i oko traci zdolność widzenia szczegółów. Chorobę dzieli się na formy "suche" - stopniowa utrata - i "mokre" - nieprawidłowy wzrost naczyń krwionośnych. Obie prowadzą do poważnej utraty widzenia, a w przypadku formy suchej nie ma obecnie skutecznej terapii.

W badaniach wykorzystano zdjęcia oczu 2000 osób z cukrzycą w wieku powyżej 55 lat. Naukowcy porównali tych, którzy przez pięć lat przyjmowali metforminę z tymi, którzy tego leku nie stosowali. Uwzględniono również takie czynniki jak płeć, wiek i czas choroby. Okazało się, że ryzyko wystąpienia pośredniego stadium AMD u osób przyjmujących metforminę było o 37 proc. niższe w porównaniu z osobami nieprzyjmującymi tego leku.

Lek na cukrzycę może pomóc w walce ze zwyrodnieniem plamki żółtej


- Większość osób cierpiących na AMD nie ma dostępu do leczenia, więc jest to wielki przełom w naszych poszukiwaniach nowych metod leczenia. Teraz musimy przetestować metforminę jako lek na AMD w badaniach klinicznych. Metformina może uratować wzrok wielu osobom - podsumowuje dr Nick Beare, okulista, który kierował badaniami.

Chociaż wyniki są obiecujące, potrzeba dalszych kontrolowanych badań klinicznych, które zweryfikują, czy metformina rzeczywiście może być stosowana jako leczenie zapobiegające utracie wzroku. Potencjalne korzyści z jej stosowania podejrzewano już wcześniej. Badacze uważają, że jeśli potwierdzono by ten efekt, mogłoby to doprowadzić do znacznego zmniejszenia liczby przypadków ślepoty związanej z wiekiem.


"Wydarzenia": "Dron" Słowem Roku 2025Polsat News


  •  

Chińczycy opracowali "zabójcę Starlinka". To innowacyjna broń mikrofalowa

Chińczycy opracowali "zabójcę Starlinka". To innowacyjna broń mikrofalowa

Daniel Górecki

Chińscy naukowcy opracowali nowy typ kompaktowej broni mikrofalowej, zdolnej do generowania impulsu o mocy 20 gigawatów przez pełną minutę. To wystarczająco długo, by unieruchomić lub trwale uszkodzić satelity działające na niskiej orbicie okołoziemskiej.


Satelita o wielowarstwowej konstrukcji unoszący się nad powierzchnią Ziemi na tle atmosfery i kosmosu

Nie tylko Rosja rozwija nową broń antysatelitarną, która może być zagrożeniem dla Starlinków. Chiny teżSpaceXmateriały prasowe


System oznaczony jako TPG1000Cs został opracowany w Northwest Institute of Nuclear Technology (NINT) w Xi'an i według twórców można go zamontować zarówno na platformach naziemnych, jak i lotniczych. Urządzenie ma zaledwie 4 metry długości i waży około 5 ton, co - w porównaniu z dotychczasowymi systemami o masie kilkunastu ton - czyni je wyjątkowo mobilnym.

Dzięki konstrukcji ze stopu aluminium TPG1000Cs można teoretycznie zintegrować nie tylko z pojazdami i samolotami, ale także z satelitami, które mogłyby w ten sposób zwalczać inne satelity uznane za zagrożenie.

Według publikacji w czasopiśmie High Power Laser and Particle Beams, system jest zdolny do wygenerowania ponad 3000 impulsów w jednej sesji i utrzymywania stabilnej pracy nawet przez minutę, co jest rekordem w tej klasie urządzeń. Dla porównania, rosyjski system Sinus7 działał nie dłużej niż sekundę, dostarczając około 100 impulsów przy masie około 10 ton.

Pekin nie lubi Starlinków


Naukowcy osiągnęli tak dużą wydajność dzięki nowej architekturze z podwójnym układem U, który pozwala energii wielokrotnie odbijać się wewnątrz układu, zwiększając jej gęstość i efektywność przy jednoczesnym zmniejszeniu rozmiarów. Udoskonalono też materiały izolacyjne, w tym olej o wyższej pojemności energetycznej, co pozwoliło poprawić trwałość i bezpieczeństwo całego systemu.

Według źródeł cytowanych przez South China Morning Post, nawet broń mikrofalowa o mocy 1 gigawata mogłaby zakłócać działanie satelitów Starlink, a w niektórych przypadkach uszkadzać ich elektronikę. Nowy chiński system o mocy 20 GW mógłby więc w teorii "usmażyć" elektronikę konstelacji satelitów komunikacyjnych w ciągu zaledwie 60 sekund.

Rośnie rodzina "zabójców Starlinków"


A Pekin od kilku lat oficjalnie ostrzega, że satelity Starlink stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, sugerując, że mogą być wykorzystywane do celów wojskowych - od obserwacji po komunikację z siłami zbrojnymi. W odpowiedzi Chiny rozwijają całą rodzinę tzw. zabójców Starlinków, czyli systemów laserowych i mikrofalowych zdolnych do zakłócania lub fizycznego niszczenia satelitów z niskiej orbity (LEO).

Tymczasem obniżanie przez SpaceX wysokości lotu satelitów w celu redukcji ryzyka kolizji zwiększa ich podatność na ataki z Ziemi. Mniejsza odległość oznacza słabsze tłumienie fal elektromagnetycznych, co czyni je bardziej wrażliwymi na silne impulsy mikrofalowe. Dlatego też, choć chińscy naukowcy przedstawiają TPG1000Cs jako osiągnięcie technologiczne o "potencjale cywilnym", trudno nie zauważyć, że jego parametry odpowiadają potrzebom współczesnej walki radioelektronicznej w przestrzeni kosmicznej.


Meduzy śpią podobnie jak ludzie, mimo że nie mają mózgu i oczu© 2026 Associated Press


  •  

Do towarzystwa i edukacji. Niezwykle ludzki robot AI Moya to nowość

Niezwykły robot Moya to nowość. Temperatura jak u ludzi i bogata mimika

Paula Drechsler

Firma DroidUp zaprezentowała nowość - "pierwszego na świecie wysoce bionicznego robota" o nazwie Moya. Ten humanoidalny robot zachowuje temperaturę na poziomie zbliżonym do ludzkiego ciała oraz naśladuje ludzkie mikroekspresje i chód. Robot AI ma być wykorzystywany nie tylko jako towarzysz, ale także w sektorze edukacji i zdrowia.


Zbliżenie na realistycznego, humanoidalnego robota z długimi, jasnoróżowymi włosami i delikatnymi rysami twarzy po prawej stronie oraz widok na robota przemysłowego manipulującego przedmiotami na tle laboratorium po lewej stronie.

Robot AI Moya to nowość. Humanoidalny robot utrzymuje kontakt wzrokowy, a jego temperatura jest zbliżona do ludzkiej.123RF/Picsel: blanscape / YouTube: ShanghaiEyemateriał zewnętrzny


Nowy humanoidalny robot. Czym wyróżnia się Moya?


Shanghai DroidUp Robotics Co. Ltd. to innowacyjna firma zajmująca się projektowaniem, produkcją i sprzedażą humanoidalnych robotów ogólnego przeznaczenia. Przedsiębiorstwo właśnie zaprezentowało swoje nowe dzieło - robota Moya.

Robot Moya został niedawno zaprezentowany w Szanghaju - firma przedstawiła maszynę jako "pierwszego na świecie wysoce bionicznego robota, który głęboko integruje ludzką estetykę z zaawansowanymi ruchami humanoidalnymi". Moya bowiem porusza się, reaguje i wchodzi w interakcje społeczne w sposób wyjątkowo przypominający człowieka, a do tego ma temperaturę zbliżoną do ludzkiej.

Frima DroidUp stworzyła niezwykle realistycznego robota Moya


Moya to humanoidalny robot o wzroście 165 cm i wadze ok. 32 kg. Twórcy utrzymują, że innowacyjna maszyna utrzymuje temperaturę w zakresie od 32 do 36 stopni Celsjusza, co ma sprzyjać realizmowi podczas interakcji z robotem. Moya potrafi też naśladować ludzkie mikroekspresje twarzy i utrzymywać kontakt wzrokowy, co sprzyja poczuciu bardziej naturalnych interakcji. Chód robota jest według twórców zbliżony do ludzkiego z dokładnością na poziomie 92 proc. To wszystko zdaniem DroidUp plasuje innowacyjną maszynę wśród najbardziej ludzkich robotów, jakie dotychczas stworzono.

DroidUp nie ujawnił wielu szczegółów na temat komponentów wykorzystanych do budowy nowego robota. Podano jednak, że Moya została zaprojektowana w sposób modułowy, co pozwala na dopasowanie wyglądu zewnętrznego robota do własnych preferencji bez ingerowania w główną konstrukcję mechaniczną. Przekazano też szczątkowe informacje o tym, że pod obudową znajduje się ulepszona wersja Walker 3, która jest ewolucją modelu Walker 2. Szkielet charakteryzuje się wzmocnionym chłodzeniem i lepszą wytrzymałością oraz bardziej naturalnymi ruchami, dzięki zastosowaniu nowych materiałów.

Biznes, edukacja, medycyna. Robot Moya ma kosztować ponad milion


Zdaniem DroidUp robot ma być przydatny w szerokim zakresie, nie tylko jako urządzenie na użytek domowy, ale i w służbie zdrowia, edukacji i środowiskach komercyjnych, gdzie interakcja człowiek-robot odgrywa kluczową rolę.

Reakcje na prezentację robota są zróżnicowane - od głębokiej fascynacji po swego rodzaju dyskomfort, który często towarzyszy odbiorcom w przypadku styczności z wytworami z obszaru tzw. doliny niesamowitości (uncanny valley). Jest to termin stosowany m.in. w odniesieniu do robotów, które przesadnie przypominają człowieka, budząc tym niepokój i inne nieprzyjemne odczucia. Internauci w komentarzach na temat wyglądu i zachowania Moya często odnoszą się właśnie do tego określenia.

Nie ma jeszcze szczegółów na temat wejścia robota Moya do sprzedaży, ale padają sugestie, że stanie się to pod koniec 2026 roku. "Interesting Engineering" podaje, że cena początkowa ma wynieść około 1,2 miliona juanów (ok. 620 tys. zł według aktualnego kursu), ale na oficjalne informacje trzeba jeszcze poczekać.


Ogromny humanoidalny robot będzie naprawiał linie kolejowe w JaponiiinteriaAFP


  •  

USA po 50 latach ujawniają JUMPSEAT. Szpieg, który podsłuchiwał ZSRR

USA po 50 latach ujawniają JUMPSEAT. Szpieg, który podsłuchiwał ZSRR

Daniel Górecki

Po ponad pięćdziesięciu latach milczenia Stany Zjednoczone oficjalnie ujawniły istnienie programu JUMPSEAT - jednego z najbardziej sekretnych przedsięwzięć wywiadowczych ery zimnej wojny. Narodowe Biuro Rozpoznawcze (NRO) zdeklasyfikowało jego podstawowe informacje, przyznając, że satelity te były pierwszą generacją amerykańskich kosmicznych systemów SIGINT (Signals Intelligence) działających na wysokich orbitach eliptycznych, a ich zadaniem było… podsłuchiwanie świata.


Montowana na czarnym tle naukowa sonda balonowa wyposażona w anteny obok widoku Ziemi z dużej wysokości, gdzie widać zakrzywienie planety oraz promienie słoneczne na tle atmosfery.

Po pół wieku milczenia USA ujawniły JUMPSEAT - kosmiczny podsłuch ZSRRNRO123RF/PICSEL


Gdy w 1945 roku ucichły ostatnie strzały II wojny światowej, świat wszedł w nową epokę, w której o dominacji miała decydować przewaga technologiczna. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki, dotychczas sojusznicy, szybko stali się rywalami w tym wyścigu, zarówno na Ziemi, jak i poza nią, bo kosmos - dotąd niedostępny - zaczął jawić się jako kolejne strategiczne pole bitwy.

W obu krajach gwałtownie przyspieszył rozwój technologii kosmicznych, które miały być wykorzystywane zarówno w celach pokojowych, jak i do osiągnięcia określonych celów militarnych. Każdy sukces w eksploracji kosmosu miał zatem podwójne znaczenie, był jednocześnie triumfem nauki i demonstracją zdolności szpiegowania, zastraszania czy prowadzenia działań bojowych.

Sputnik 1 zmienił wszystko


Kiedy więc 4 października 1957 roku Związek Radziecki wystrzelił Sputnika 1, w Stanach Zjednoczonych zapanowała panika. Bo chociaż chodziło o prostą konstrukcję, niewielkiego satelitę o masie 83 kilogramów i rozmiarze większej piłki plażowej, sama wizja była dla amerykańskiej opinii publicznej nie do zaakceptowania. Jak to radziecki satelita ma krążyć nad USA, pozwalając przeciwnikowi nie tylko obserwować z orbity, ale także atakować z przestrzeni kosmicznej?

Co więcej, wydarzenia było też symboliczne - człowiek po raz pierwszy w historii umieścił na orbicie sztuczny obiekt. W odpowiedzi prezydent Dwight D. Eisenhower w ciągu kilku miesięcy uruchomił szeroko zakrojony program modernizacji edukacji i nauki, a kongres przyjął National Defense Education Act, czyli federalną inicjatywę wartą ponad miliard dolarów, która miała kształcić nowe pokolenie inżynierów, fizyków i matematyków zdolnych dorównać radzieckiej technologii.


Oficjalny dokument z pieczęcią Narodowego Biura Rozpoznania Stanów Zjednoczonych, zatytułowany Memorandum do Dyrektora Wywiadu Narodowego dotyczący ograniczonego odtajnienia danych na temat satelity sygnałowego JUMPSEAT. Zawiera tekst odnoszący się do ...

Memorandum odtajniające JUMPSEATNROdomena publiczna


Amerykanie odpowiadają


W efekcie zaledwie cztery miesiące po Sputniku Amerykanie odnieśli podobny sukces - 31 stycznia 1958 roku na orbitę trafił ich pierwszy satelita Explorer 1. Wraz z tym startem zaczął się też nowy wymiar zimnej wojny, wyścig o panowanie nad orbitą, w którym każdy sukces technologiczny był jednocześnie demonstracją siły. W odpowiedzi na te gwałtowne napięcia Narodowe Biuro Rozpoznawcze (NRO), we współpracy z Siłami Powietrznymi USA (USAF), rozpoczęło więc prace nad systemem zdolnym do przechwytywania emisji radiowych, radarowych i telemetrycznych z ogromnych odległości.

W takich właśnie okolicznościach w latach 60. narodził się satelita JUMPSEAT, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się dopiero teraz. Po ponad pięćdziesięciu latach milczenia Dyrektor Narodowego Biura Rozpoznawczego (NRO) oficjalnie ujawnił program pierwszej amerykańskiej generacji satelitów rozpoznania sygnałowego (SIGINT) operujących na orbitach silnie eliptycznych (HEO).


Schematyczny rysunek sprzętu satelitarnego, pokazujący różne komponenty, takie jak anteny kierunkowe i omnikierunkowe, platformę sprzętową, tłumik nutacji, adapter oraz elementy obracające się wokół osi.

Szkice amerykańskiego satelity JUMPSEAT ujawnione przez NRONROdomena publiczna


JUMPSEAT o "dziko" eliptycznej orbicie


Satelity JUMPSEAT powstawały w ramach projektu o kryptonimie "Project EARPOP" i w przeciwieństwie do wcześniejszych systemów GRAB i POPPY, działających na niskich orbitach, miały operować na orbitach typu Mołnia. Niezwykle eliptycznych, o czasie obiegu ok. 12 godzin, co pozwalało im przez wiele godzin "wisieć" nad północną półkulą, skąd mogły monitorować emisje z terytorium ZSRR, Arktyki i rejonów strategicznych dla obrony nuklearnej.

Pierwszą jednostkę wyniesiono z Vandenberg Air Force Base w Kalifornii w 1971 roku, a do 1987 roku na orbitę trafiło łącznie osiem satelitów, oznaczonych numerami misji 7701-7708. Ich orbity sięgały od 1000 km w perygeum (punkt na eliptycznej orbicie satelity, gdzie znajduje się on najbliżej ciała, wokół którego krąży) do niemal 40 000 km w apogeum (punkt na eliptycznej orbicie satelity, gdzie znajduje się on najdalej od ciała, wokół którego krąży) - to parametry, które dziś wciąż budzą respekt wśród inżynierów orbitalnych.


Model techniczny urządzenia wyposażony w dwie duże, siatkowe anteny paraboliczne zamontowane pionowo jedna nad drugą, z widocznymi szczegółami konstrukcji i elementami elektronicznymi, całość prezentowana na neutralnym tle.

Tajny amerykańskie satelita JUMPSEATNROdomena publiczna


Zimnowojenne ucho USA


Z takiego dystansu JUMPSEAT mógł prowadzić nasłuch sygnałów elektronicznych, łączności i transmisji danych z powierzchni Ziemi. Dane były następnie przesyłane do centrów NRO, gdzie analizowano je i przekazywano dalej do NSA, Departamentu Obrony i innych instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo narodowe. Ten sekretny program był więc w istocie pierwszym kosmicznym uchem Ameryki, które w latach największego napięcia między mocarstwami zapewniało przewagę informacyjną.

Znaczenia programu JUMPSEAT nie sposób przecenić. Dzięki jego orbicie Stany Zjednoczone uzyskały nowy punkt obserwacyjny - kosmiczne ucho, które mogło wychwytywać najcichsze sygnały z terytoriów przeciwnika

JUMPSEAT stał się fundamentem dla wszystkich późniejszych amerykańskich satelitów SIGINT działających na orbitach HEO. Choć jego dokładne możliwości wciąż pozostają częściowo tajne, wiadomo, że był on zdolny do przechwytywania zarówno transmisji radarowych, jak i komunikacji wojskowej. W kolejnych dekadach satelity te służyły w trybie przekaźnikowym, aż ostatecznie zostały wycofane z eksploatacji w 2006 roku.

Pionier nowej epoki wywiadu kosmicznego


W memorandum dekla­syfikacyjnym dyrektor NRO, Christopher Scolese, podkreślił, że ujawnienie programu nie stanowi zagrożenia dla obecnych systemów i jest "aktem przejrzystości wobec społeczeństwa". Wraz z decyzją upubliczniono również modele i ilustracje wczesnych satelitów JUMPSEAT.

I choć JUMPSEAT przeszedł już do historii, jest świadectwem narodzin epoki satelitów szpiegowskich, a jego duch wciąż unosi się nad orbitą. To właśnie on zapoczątkował amerykańską tradycję wykorzystywania orbit eliptycznych do celów wywiadowczych - rozwiązania, które jest dziś standardem w satelitach rozpoznania elektronicznego.

JUMPSEAT to nie tylko kawałek historii technologicznej - to kamień milowy, który pokazał, że dominacja w przestrzeni kosmicznej zaczyna się od zdolności słuchania

Meduzy śpią podobnie jak ludzie, mimo że nie mają mózgu i oczu© 2026 Associated Press


  •  

Zabawa na niby. Pierwsze takie odkrycie u szympansów bonobo

Zabawa na niby. Słynny szympans bonobo pierwszy udowodnił jej zrozumienie

Krzysztof Sulikowski

Szympansy bonobo dały się już poznać jako jedne z najinteligentniejszych zwierząt. Naukowcy odkryli, że mają też rozwiniętą wyobraźnię i zdolność tworzenia wtórnych reprezentacji mentalnych. Słynny szympans karłowaty Kanzi okazał się pierwszym stworzeniem innym niż człowiek, które ponad wszelką wątpliwość zrozumiało koncepcję zabawy na niby. Dokonywał on racjonalnych wyborów, gdy badacze udawali nalewanie soku i opróżnianie kubka. To nie jedyna jego zadziwiająca umiejętność.


Szympans siedzi naprzeciw kobiety, która pokazuje mu kartę z kolorowymi obrazkami; zwierzę patrzy na kartę z zaciekawieniem, a kobieta wskazuje wybrane elementy palcem.

Czy zwierzęta rozumieją zabawę w udawanie? Eksperyment z szympansem Kanzi przyniósł pierwsze takie odkrycieWilliam H. Calvin, PhD (CC BY-SA 4.0)Wikimedia Commons



Spis treści:

  1. Zabawa na niby. Kiedy szympans bonobo myśli jak człowiek

  2. Eksperyment przyniósł pierwsze takie odkrycie. Kanzi miał bogatą wyobraźnię

  3. Nasi wspólni przodkowie mogli nauczyć się tego 6-9 milionów lat temu

Zabawa na niby. Kiedy szympans bonobo myśli jak człowiek


Najbardziej znany na świecie szympans bonobo Kanzi żył w latach ok. 1980-2025. Sławę zdobył jako obiekt badań naukowych, wykazujący niesamowite zdolności poznawcze i komunikacyjne. Wiele osób kojarzy go z filmów, na których posługiwał się tablicą z symbolami (leksygramem), przy pomocy której rozmawiał z ludźmi. Wytwarzał też proste narzędzia kamienne i rozumiał język angielski. Zresztą kompetencje językowe, w tym umiejętność łączenia słów w zdania, są dość powszechne dla tego gatunku, o czym pisała wcześniej Interia Zielona.

Teraz okazuje się, że "małpa, która mówi", potrafiła także zrozumieć koncepcję zabawy na niby. Nie chodzi tu jedynie o zabawy typowe dla psów czy kotów, w których pozorują one walkę lub polowanie. W eksperymencie, który opisano w prestiżowym "Science", wykorzystano wytwory ludzkiej cywilizacji i badano reakcje Kanziego. Badacze symulowali napełnianie jednego kubka sokiem i opróżnianie drugiego. Małpa dokonała racjonalnego wyboru, sięgając po naczynie wypełnione "na niby" słodkim przysmakiem w 34 na 50 prób. To znaczne przekroczenie progu przypadkowości.

Zrozumienie zasad tej zabawy w świecie ludzi nie jest niczym wyjątkowym i potrafią to nawet dzieci, bawiące się w przyjęcia z herbatką czy w wojnę. Jednak według ekspertów w królestwie zwierząt stanowi to prawdziwy unikat. Eksperyment dostarczył pierwszego dowodu na taką zdolność u zwierząt pozaludzkich - choć w tym przypadku mocno spokrewnionych z człowiekiem. Jak wyjaśniła współautorka badania, Amalia Bastos z Johns Hopkins University, niektóre zwierzęta mogą wyobrażać sobie obiekty, zdarzenia i osoby, które nie znajdują się "tu i teraz".

Ekspertka psychologii porównawczej dodała, że "mówi to nam, że być może mają one bogatsze umysłowe życie wewnętrzne, niż wielu ludzi mogłoby przypuszczać lub się spodziewać".

Eksperyment przyniósł pierwsze takie odkrycie. Kanzi miał bogatą wyobraźnię


Podejście naukowe wymaga od badaczy sceptycyzmu. Nie powinno się z góry antropomorfizować innych gatunków, tj. przydawać im cech ludzkich. Z drugiej strony według biologii ludzie także są zwierzętami i praktycznie wszystkie procesy biologiczne w naszych ciałach są takie same, jak u reszty żyjących stworzeń z naszej planety. O ile ta sfera znajduje jasną analogię, o tyle w przypadku zdolności mentalnych zaczynają się schody. To właśnie w tej sferze wiedziemy prym. Ludzie są w stanie przekazać innym swoje myśli i uczucia za pomocą języka. Nie potrafimy natomiast wniknąć do umysłów zwierząt, ale możemy znaleźć z nimi wspólny język i poprzez usystematyzowane obserwacje ich zachowań stawiać hipotezy oraz rozwijać teorie.

Autorzy badania z inteligentną małpą wyjaśnili, że w przypadku zabawy w udawanie weryfikacja posiadania tej umiejętności przez zwierzęta była trudna. Słynny bonobo miał jednak wysoko rozwinięte zdolności językowe i żył w niewoli, przez lata tworząc głębokie więzi z ludzkimi badaczami. Mieli oni więc idealne warunki do sprawdzenia, czy potrafi on zrozumieć "udawane warunki" i wchodzić z nimi w logiczną interakcję.

"W trzech różnych eksperymentach Kanzi był w stanie identyfikować udawane obiekty, demonstrując, że potrafił on tworzyć wtórną reprezentację, oraz pokazując, że ludzie nie są sami w tej umiejętności" - podsumowała Sacha Vignieri z "Science". Warto wyjaśnić to pojęcie z teorii umysłu i psychologii rozwojowej, które opisuje reprezentacje mentalne obiektów czy zdarzeń, które nie są bezpośrednim odwzorowaniem rzeczywistości.

Przykładowo, gdy widzimy jabłko przed nami, w umyśle powstaje obraz tego jabłka jeden do jednego. To nasza reprezentacja pierwotna, "prawda" tu i teraz. W reprezentacji wtórnej wyobrażamy sobie coś hipotetycznego, co nie jest obecne, może być nieprawdą, alternatywną możliwością lub czyjąś opinią. Ta rzecz nie jest nam dana w naszej aktualnej rzeczywistości. W omawianym tu eksperymencie taki obiekt stanowiły kubki symbolicznie napełniane i opróżniane.

"Kanzi, wyszkolony na leksygramie bonobo, poprawnie identyfikował lokalizację pozorowanych obiektów (np. 'soku' przelewanego między pustymi pojemnikami) w odpowiedzi na werbalne instrukcje w ramach interakcji pozorowanych. W trzech eksperymentach zreplikowaliśmy konceptualnie to odkrycie i wykluczyliśmy kluczowe wyjaśnienia alternatywne" - tłumaczą autorzy badania.

Nasi wspólni przodkowie mogli nauczyć się tego 6-9 milionów lat temu


Choć takiej obserwacji dokonano po raz pierwszy i tylko na jednym osobniku bonobo, naukowcy zakładają, że wspomniana umiejętność może być bardziej powszechna. "Nasze odkrycie sugeruje, że zdolność tworzenia reprezentacji wtórnych udawanych obiektów leży co najmniej w potencjale poznawczym małpy enkulturowanej, a jej początki sięgają prawdopodobnie 6-9 milionów lat wstecz, do czasów naszych wspólnych przodków ewolucyjnych" - wyjaśniają badacze.

Warto tu zauważyć, że mowa o małpach enkulturowanych, czyli wychowanych w środowisku zbliżonym do ludzkiego, które dzięki socjalizacji w kulturze oraz interakcjom z ludźmi mogą rozwijać zdolności poznawcze, komunikacyjne i imitacyjne, których zwykle nie obserwuje się u ich dzikich braci. To może sugerować, że w odpowiednich warunkach granica między ludzką wyobraźnią a umysłem zwierząt jest cieńsza, niż zakładano. Wskazują na to także obserwacje dokonane w przeszłości.

Inna szympansica bonobo o imieniu Panbanisha (1985-2012) naśladowała zrywanie i jedzenie owoców, posługując się jedynie ich ilustracją. Prymatolodzy podejrzeli też żyjące na wolności młode szympansice, które opiekowały się kłodami drewna tak, jakby były one lalkami. Nie przeprowadzono jednak wówczas eksperymentów, z których płynęłyby przekonujące wnioski.

Dopiero sukces eksperymentu z Kanzim, określanego przez badaczy jako "tea party", dostarczył namacalny dowód na to, że małpy naczelne mają rozwiniętą wyobraźnię i potrafią operować w sferze symbolicznej, co dotychczas uznawano za domenę niemal wyłącznie ludzką.

Źródła:

  • Amalia P. M. Bastos, Christopher Krupenye, Evidence for representation of pretend objects by Kanzi, a language-trained bonobo. Science 391, 583-586 (2026). DOI: 10.1126/science.adz0743

  • Ewen Callaway, This bonobo had a pretend tea party - showing make believe isn't just for humans. Nature (2026). DOI: 10.1038/d41586-026-00357-7


"Wydarzenia": "Dron" Słowem Roku 2025Polsat News


  •  

Zimowe igrzyska 2026. Święty ogień niesie dzieło inżynierii

Krzysztof Sulikowski

Igrzyska olimpijskie zaczynają się od ognia. Podczas ceremonii otwarcia następuje spektakularne zapalenie znicza od pochodni. Ten nieodzowny element widowiska nie ominie też Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2026. Będzie on o tyle wyjątkowy, że tegoroczna pochodnia olimpijska jest dziełem inżynierii. Jej włoski twórca, obecnie pracownik MIT, ujawnił szczegóły techniczne oraz ideały, które przyświecały jego zespołowi podczas prac nad designem.


Stadion olimpijski ze stojącym zniczem oraz olimpijskie koła na tle gór. W prawym górnym rogu kadr ze zdjęciem pochodni olimpijskiej.

Pochodnia na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich 2026 to dzieło inżynierii i idealizmuPierre Teyssot/Milano Cortina 2026AFP



Spis treści:

  1. Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2026. Niezwykła ceremonia otwarcia

  2. Pochodnia olimpijska to dzieło inżynierii... i idealizmu

  3. Święty płomień olimpijski połączył historię Włoch z nowoczesną technologią

Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2026. Niezwykła ceremonia otwarcia


Już dziś wieczorem (6 lutego 2026) rozpocznie się ceremonia otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2026. Transmisję będzie można oglądać w telewizji TVP1 oraz Eurosport 1 od godziny 20:00. Kulminacyjnym punktem inauguracji będzie tradycyjne zapalenie znicza od pochodni. Ten rytuał wywodzi się z czasów igrzysk w starożytnej Olimpii w Grecji i jest kultywowany po dziś dzień, łącząc współczesną olimpiadę z jej antycznymi korzeniami.

Każde igrzyska mają swój unikalny projekt pochodni, który nawiązuje do kultury danego kraju. Niejednokrotnie bywają one również dziełami sztuki i innowacji technologicznej. Tak też jest w przypadku tegorocznych zimowych igrzysk w Mediolanie oraz Cortina d'Ampezzo. Jako że jesteśmy na GeekWeeku, to po geekowsku przyjrzyjmy się temu aspektowi. Co już wiadomo o tym wyjątkowym atrybucie?

Autorem tego niezwykłego projektu o nazwie "Essential" jest Carlo Ratti, pochodzący z Turynu we Włoszech ceniony architekt i inżynier pracujący w MIT, który w swojej pracy połączył osobistą pasję do sportów zimowych z najnowocześniejszymi technologiami. Stworzył on pochodnię, która ma nieść nie tylko ogień, ale także emocje. "Chodzi o to, co ten obiekt lub design ma przekazać. Jak może poruszyć ludzi, jak może się do nich odnieść i jak może przekazywać emocje. To najważniejsza sprawa" - tłumaczy projektant w oświadczeniu MIT.

Ekspert tworzył projekt przez 3 lata we współpracy z innymi inżynierami i naukowcami. Głównymi założeniami Włocha było postawienie samego płomienia w centrum uwagi oraz zachowanie oszczędności formy. Pochodnia została więc wyposażona w unikalny pionowy otwór, przez który obserwatorzy mogą zajrzeć do wnętrza mechanizmu. Taki zabieg konstrukcyjny ma uzmysłowić, że to "święty" ogień, a nie sam przedmiot, jest najważniejszym elementem olimpijskiego ceremoniału.

Pochodnia olimpijska to dzieło inżynierii... i idealizmu


Pochodnia olimpijska "Essential", jak przystało na dzisiejsze czasy, wyznacza nowe standardy ekologii i wydajności. W jej sercu znajduje się wysokowydajny palnik zasilany biogazem GPL, pochodzącym w 100 proc. z odnawialnych surowców. W przeciwieństwie do swoich poprzedniczek, nowa pochodnia jest wielorazowego użytku i może być ładowana aż dziesięciokrotnie, co pozwoliło na ograniczenie liczby wyprodukowanych egzemplarzy. Całość waży ok. 1,1 kg, dzięki czemu jest to najlżejsza pochodnia w historii igrzysk. Wykonano ją głównie z aluminium pochodzącego z recyklingu i pokryto specjalną powłoką odporną na wysoką temperaturę.

Estetyka pochodni została zaprojektowana tak, by dynamicznie reagować na otoczenie. Specjalne wykończenie powierzchni pozwala na odbijanie barw środowiska, przez które przebiegają uczestnicy sztafety, od miejskich świateł Mediolanu, po naturalne odcienie Dolomitów. Wersja olimpijska mieni się odcieniem niebiesko-zielonym, natomiast paraolimpijska - kolorem złotym. Projekt ten zdobył już uznanie ekspertów, otrzymując wyróżnienie w najbardziej prestiżowym konkursie wzornictwa przemysłowego we Włoszech - Compasso d'Oro.

Carlo Ratti podkreślił również swoje idealistyczne i humanistyczne podejście zarówno do nowego projektu, jak i całej swojej pracy inżynieryjnej. "Pewien rodzaj architektonicznego designu powinien zawsze przekładać się na pewien rodzaj zasad etycznych lub ideałów. Nie chodzi tylko o przedmiot fizyczny. Ostatecznie liczy się wymiar ludzki. Dotyczy to całej pracy, którą wykonujemy w MIT, bądź pochodni olimpijskiej" - zarysował swoją wizję.

Święty płomień olimpijski połączył historię Włoch z nowoczesną technologią


Sztafeta z pochodnią rozpoczęła się pod koniec listopada w greckiej Olimpii i objęła wszystkie 110 włoskich prowincji. Carlo Ratti osobiście uczestniczył w sztafecie w połowie stycznia, niosąc swoje dzieło przez rodzinny Turyn. Projektant podkreśla, że "Essential" ma pokazać Włochy jako kraj, który choć dumny ze swojej przeszłości, ale również jest dziś nowoczesną potęgą przemysłową i liderem innowacji.

"Kiedy ludzie myślą o Italii, zwykle myślą o przeszłości - od starożytnych Rzymian, po okresy renesansu i baroku. Włochy istotnie mają znaczącą przeszłość. Ale rzeczywistość jest taka, że to również druga największa potęga gospodarcza w Europie i lider innowacji oraz technologii na wielu polach. Zatem pochodnia z 2026 r. ma na celu połączenie przeszłości z przyszłością. Opiera się ona na włoskim designie z przeszłości, ale także na technologiach celujących w przyszłość" - wyjaśnił autor projektu.

Finał tej długiej drogi następuje dziś, 6 lutego, gdy płomień olimpijski dotrze na ceremonię otwarcia w Mediolanie, by płonąć przez kolejnych 16 dni sportowej rywalizacji.


Niezwykła wystawa olbrzymich owadów. Niektóre eksponaty ważą ponad tonęInteria pl© 2026 Associated Press


  •  

Kałasznikow ujawnia RUS-PE. Skopiował sobie izraelskie Hero-90?

Kałasznikow ujawnia RUS-PE. Skopiował sobie izraelskie Hero-90?

Daniel Górecki

Koncern Kałasznikow zaprezentował nowy przenośny system amunicji krążącej RUS-PE, który z miejsca wzbudził duże zainteresowanie analityków wojskowych. Bo już na pierwszy rzut oka konstrukcja przypomina izraelski system Hero-90 firmy UVision - nie wiadomo, czy system powstał na licencji, czy może jest kolejną rosyjską próbę odwzorowania cudzej technologii.


Bezzałogowy dron wojskowy z kamerą, zawieszony w powietrzu wysoko nad chmurami, wyposażony w skrzydła w układzie krzyżowym. Na tle rozległego krajobrazu widać niebieskie niebo oraz delikatne warstwy chmur.

Czy RUS-PE to licencja czy nieautoryzowana replika Hero-90?Russian Defence Export za X/Defence Analysis and Geopolitics @ChamanKant44703domena publiczna


Rosja kopiuje pomysł Izraela


Na chwilę przed World Defense Show w Rijadzie, które odbędzie się w dniach 8-12 lutego, zaprezentował przenośny system amunicji krążącej RUS-PE, który już na pierwszy rzut oka wygląda jak izraelskie Hero-90. Wczesne zdjęcia i opisy techniczne opublikowane przez Kałasznikowa pokazują, że rosyjska konstrukcja odtwarza jego układ, metodę startu, koncept misji oraz kluczowe parametry operacyjne.

A mowa choćby o pneumatycznym odpalaniu z tuby transportowo-startowej, aerodynamicznym układzie w kształcie "X", integracji ładunku bojowego z pokładową elektroniką i głowicą śledzącą oraz trybach pracy obejmujących autonomię, półautonomię i sterowanie manualne.

Producent deklaruje, że RUS-PE posiada dwukanałowy, żyroskopowo-stabilizowany seeker optyczny z możliwością wykrywania i śledzenia celów ruchomych i stałych oraz wsparciem automatycznego rozpoznawania celów przez algorytmy sztucznej inteligencji, a podawany czas lotu sięga do 30 minut przy prędkości przelotowej rzędu 140 km/h.

Z punktu widzenia zastosowań operacyjnych system ma pełnić rolę taktycznej przenośnej broni precyzyjnej dla oddziałów lądowych - oferuje szybkie wykrycie, śledzenie i trafienie pojedynczych lub skupionych celów o krótkim i średnim zasięgu, bez angażowania kosztownych platform lotniczych.

Odpalanie z tuby umożliwia dyskretne i relatywnie szybkie rozmieszczenie systemu na polu walki, a tryb półautonomiczny z możliwością ręcznej korekty integrację z lokalnym systemem dowodzenia i kontrolą pola walki na szczeblu taktycznym. Opis ten odpowiada roli operacyjnej Hero-90, zaprojektowanego do precyzyjnych uderzeń na poziomie piechoty.

Licencja czy kopia?


Czy to oznacza, że Moskwa podpisała umowę z izraelskim producentem tego systemu i będzie produkować RUS-PE lokalnie na licencji, dokładnie jak w przypadku Shahedów/Gierań? UVision nie odniósł się publicznie do prezentacji rosyjskiego systemu, Kałasznikow i rosyjscy urzędnicy też tego nie skomentowali, ale trudno przewidzieć, co przyniosą targi.


Meduzy śpią podobnie jak ludzie, mimo że nie mają mózgu i oczu© 2026 Associated Press


  •  

Dlaczego luty ma 28 dni i skąd wziął się rok przestępny?

Dlaczego luty ma 28 albo 29 dni? To dlatego odstaje od innych miesięcy

Krzysztof Sulikowski

Luty to najkrótszy miesiąc w roku. Tylko właściwie dlaczego ma on 28 dni, a w lata przestępne 29 dni? Jest na to naukowe wyjaśnienie. Okazuje się, że ta nieregularność nie ma wcale źródła w obserwacjach astronomicznych, lecz w zaszłościach historycznych. Główny powód to przesądy starożytnych Rzymian. Dokładne obliczenia wskazały jednak na konieczność korekty poprzez wprowadzenie roku przestępnego. Są od tego pewne wyjątki.


Biurkowy kalendarz na luty 2026 ustawiony na drewnianej powierzchni obok dwóch doniczek z sukulentami, tło jasne i minimalistyczne.

Dlaczego luty ma 28 dni i kiedy wypada najbliższy rok przestępny?123RF/PICSEL



Spis treści:

  1. Dlaczego luty ma 28 dni? To wynik przesądów starożytnych Rzymian

  2. Rok kalendarzowy nie jest dokładny. Gdzie potrzebna jest korekta?

  3. Dlaczego luty ma 29 dni co 4 lata i skąd wziął się rok przestępny?

Dlaczego luty ma 28 dni? To wynik przesądów starożytnych Rzymian


Podczas gdy wszystkie inne miesiące mają na przemian po 30 i 31 dni (z wyjątkiem grudnia i stycznia, które oba mają 31), luty znacząco się wyróżnia. Najkrótszy miesiąc w roku ma 28 dni, a w latach przestępnych nawet 29. Kto tak ułożył kalendarz i skąd ta nieregularność? Da się to naukowo wytłumaczyć. Okazuje się, że korzenie tej anomalii nie tkwią w precyzyjnych obliczeniach astronomicznych, lecz w dawnych rzymskich przesądach i konieczności wynikającej z matematyki.

Historia współczesnego systemu datowania, czyli kalendarza gregoriańskiego, sięga pierwszego kalendarza rzymskiego, który pierwotnie składał się z zaledwie dziesięciu miesięcy - od marca do grudnia. Co ciekawe, początek roku pozostawał wówczas nienazwany, ponieważ brak możliwości uprawy roli w tym okresie sprawiał, że Rzymianie nie uważali tego okresu za istotny. Zwyczajnie nie był on wliczany w rachubę czasu.

Przełom nastąpił za panowania króla Numy Pompiliusza (753-673 p.n.e.), który postanowił zsynchronizować system z rokiem księżycowym, dodając do niego styczeń oraz luty. Proces ten napotkał jednak na barierę kulturową. Antyczni Rzymianie wierzyli, że liczby parzyste przynoszą pecha. Aby uczynić kalendarz bardziej pomyślnym, król odjął po jednym dniu od dotychczasowych miesięcy liczących 30 dni, zamieniając je w miesiące 29-dniowe. Inne liczyły 31 dni.

Dążenie do uzyskania nieparzystej sumy dni w skali całego roku postawiło monarchę przed dylematem. Rok księżycowy (lunarny) liczy około 355 dni, a matematyka jest nieubłagana - suma dwunastu liczb nieparzystych zawsze daje wynik parzysty. Aby zachować pożądaną, nieparzystą liczbę dni w całym cyklu, jeden z miesięcy musiał ostatecznie pozostać podzielny przez 2. Wybór padł na luty, który ze względu na odbywające się w tym czasie obrzędy ku czci zmarłych został uznany za odpowiedni do przyjęcia tego piętna. Uznano, że skoro śmierć sama w sobie jest największym nieszczęściem, to "pechowa liczba" parzysta w tym konkretnym miesiącu bardziej już nie zaszkodzi.

Rok kalendarzowy nie jest dokładny. Gdzie potrzebna jest korekta?


Mimo licznych reform, jakie kalendarz przeszedł na przestrzeni wieków, wliczając w to przejście na system oparty na ruchu Słońca za czasów Juliusza Cezara (100-44 p.n.e.), korekty papieża Grzegorza XIII (z 1582 r.), wprowadzenia miesięcy przestępnych i ostatecznego ukształtowania współczesnego dnia przestępnego, luty zachował swoją wyjątkową, skróconą formę. Dziedzictwo rzymskich wierzeń przetrwało do dziś, czyniąc z drugiego miesiąca roku stałe przypomnienie o starożytnych lękach przed liczbami parzystymi.

Jak widzimy, długość lutego nie wynika z obserwacji astronomicznych, lecz raczej z przesądów i numerologii. Nie jest ona powiązana z cyklem Księżyca, czyli z miesiącem synodycznym trwającym 29,53 dnia, ani też z ruchem naszej planety. Ziemia okrąża Słońce w ciągu ok. 365,24 doby, a jak to podzielimy na miesiące, to już kwestia naszej inwencji.

Podobnie jak w przypadku opisywanego przez nas wcześniej problemu podziału roku na Marsie istnieje tu pewna trudność. Podzielenie roku słonecznego na 12 równych części sprawia, że na każdy miesiąc przypada ok. 30,4 dnia. Tworząc kalendarz, Rzymianie najpierw ustalili długość pozostałych miesięcy na 29 lub 31 dni, a lutemu zostawili to, co było potrzebne do dopełnienia pełnego obrotu Ziemi wokół Słońca. 28 dni to po prostu wynik odejmowania, a nie obserwacji gwiazd. Skąd więc wziął się luty mający 29 dni?

Dlaczego luty ma 29 dni co 4 lata i skąd wziął się rok przestępny?


Zazwyczaj co 4 lata luty ma 29 dni. Dlaczego drugi miesiąc roku wydłuża się o kolejny dzień w tzw. lata przestępne? Zmianę tę wprowadzono już w starożytności. Juliusz Cezar wprowadził obowiązujący dawniej kalendarz juliański. Astronomowie wiedzieli już, że Ziemia obiega Słońce w 365,25 doby (dokładnie w 365,24219). Rok kalendarzowy nie był więc zgodny z astronomicznym i coś trzeba było zrobić z tą ćwiartką. Jako że pomnożona przez 4 daje ona jedną dobę, władca Cesarstwa Rzymskiego zarządził dodawanie jednego dnia co 4 lata.

Rok z 366 dniami ustalany jest na lata podzielne przez 4, dlatego najbliższy rok przestępny będzie w 2028 roku. Od tej reguły są jednak wyjątki. Nieprzestępne są lata podzielne przez 100 (np. rok 1900), ale nie w przypadku, gdy są też podzielne przez 400, dlatego też rok 2000 był rokiem przestępnym. Powodem jest niedokładność wspomnianej ćwiartki. Aby nie przesadzić z korektą w jedną lub w drugą stronę, astronomowie doradzili papieżowi Grzegorzowi XIII, by usunąć lata przestępne kończące dany wiek przy zaniechaniu tej praktyki co 400 lat. Gdyby nie ten wyjątek od wyjątku, kalendarz byłby za krótki względem Słońca o około 0,002 dnia.

Dni przestępne wynikają z konieczności korekty naszego kalendarza. Gdybyśmy bowiem ich nie stosowali, doszłoby do desynchronizacji. Na każde 100 lat tracilibyśmy 24 dni. Mimo to kalendarz gregoriański nie jest idealny. Rok z naszego kalendarza jest o ok. 26-30 sekund dłuższy od roku astronomicznego. W związku z tym po ok. 3226 latach nadmiar ten sumuje się do pełnej doby.

Nie ma jeszcze ogólnie przyjętego planu, jak to skorygować. Kalendarz gregoriański ma dopiero 444 lata i błąd nie wpłynął istotnie na nasze odmierzanie dni. Istnieją już jednak pewne środki zaradcze. Do zegarów atomowych dodawane są sekundy przestępne. Proponowane jest także wprowadzenie nowej reguły, zgodnie z którą lata podzielne przez 4000 mają nie być przestępne. Na taką reformę ludzie mają jednak jeszcze sporo czasu.


Grzyb zombie i storczyk udający muchę wśród nowo odkrytych gatunków© 2026 Associated Press


  •  

Badali miejsce pod inwestycję. Odkryli zapomniany świat

Archeolodzy badali miejsce pod inwestycję. Odkryli średniowieczny warsztat

Paula Drechsler

Podczas wykopalisk poprzedzających budowę zbiornika retencyjnego na terenie Grimsby w Anglii archeolodzy natrafili na szereg znalezisk. Badacze mówią o bardzo bogatym i dobrze zachowanym stanowisku, które obejmuje warsztat sprzed ponad 500 lat. Znalezione relikty potwierdzają tradycje regionu i dają wgląd w średniowieczną historię miasta.


Archeolog posługujący się małym narzędziem wykonuje precyzyjne wykopaliska w ziemi. Obok widoczny wykop archeologiczny otoczony żółtym ogrodzeniem, gdzie pod białymi namiotami kilka osób analizuje znaleziska i prowadzi dalsze badania terenowe.

Wykopaliska poprzedzające budowę zbiornika retencyjnego ujawniły szereg reliktów ze średniowiecza.123RF/Picsel/ Rada North East Lincolnshire123RF/PICSEL


Wykopaliska na placu budowy. Dobrze zachowane ślady


Część odkryć archeologicznych to skutek rutynowych prac prowadzonych przed realizacją nowej inwestycji. Zanim ruszy budowa nowej drogi, osiedla czy linii kolejowej, teren często obejmowany jest nadzorem archeologicznym, który ma zabezpieczyć ewentualne ślady przeszłości.

Podczas takich prac co jakiś czas spod warstw ziemi wyłaniają się zapomniane osady, cmentarzyska czy pojedyncze artefakty. Podobne sytuacje powtarzają się w różnych zakątkach świata - ostatnio odkrycia przynoszą m.in. inwestycje realizowane na terenie Wielkiej Brytanii. Niemal każda ingerencja w grunt okazuje się podróżą w głąb historii. Podobnie jest w przypadku najnowszych wykopalisk w Anglii.

Nowe odkrycie archeologiczne w Anglii. Historia Grimsby


Do ciekawego odkrycia doszło teraz w Grimsby, mieście portowym nad Morzem Północnym w Lincolnshire w Anglii. Specjaliści z York Archeology prowadzili prace na terenie przebudowanego kompleksu Freshney Place, w pobliżu historycznej dzielnicy Flottergate. Badania poprzedziły planowaną budowę zbiornika retencyjnego.

Archeolodzy mówią o stanowisku bardzo bogatym w dobrze zachowane artefakty. Dają one wgląd w średniowieczną historię miasta. Archeolodzy badający ten obszar dokonali szeregu znalezisk: Od ceramiki przez ości ryb po ogrom skórzanych skrawków.

Rada North East Lincolnshire podała, że w XII wieku Grimsby rozwinęło się w port rybacki i handlowy, a obszar wykopalisk uważany jest za "prawdopodobny poziom gruntu tego rejonu w latach 450-1600". Wydobyte z ziemi ślady wskazują natomiast na warsztat, w którym obrabiano skóry.

Średniowieczny warsztat w sercu miasta


Miejsce wykopalisk stanowiło niegdyś tętniący życiem rynek w sercu miasta. Odkryte relikty mogą wskazywać na działalność kaletnika, kuśnierza czy szewca, którego warsztat funkcjonował ponad 500 lat temu w otoczeniu ruchliwego targowiska.

- Wydaje się, że ludzie wytwarzali w tym miejscu na przykład skórzane fartuchy czy buty. Z uwagi na bliskość morza, zrozumiałe jest, że ryby i skorupiaki stanowią znaczną część diety, więc odnalezienie muszli ostryg i ości rybich też nie jest zaskakujące. Możliwe, że w tym miejscu znajdował się warsztat przetwórstwa skór. Można sobie wyobrazić ludzi pracujących w warsztacie, którzy podczas przerwy jedli ryby - powiedziała Louise Jennings, rzecznik ds. dziedzictwa kulturowego w Radzie Miasta.

Co dalej ze znaleziskami z Grimsby? Badania i plany


Znalezione przedmioty przewieziono do laboratorium konserwatorskiego York Archaeology w celu oczyszczenia i dalszych badań. Radny Hayden Dawkins, członek gabinetu ds. turystyki i dziedzictwa kulturowego Grimsby zaznaczył, że być może z czasem odkrycia trafią na wystawę.

- Chciałbym, żeby te przedmioty wróciły do miasta i zostały wystawione na przyszłej wystawie, aby ludzie mogli je zobaczyć, a być może nawet wziąć do ręki - powiedział.


''Wydarzenia'': Grobowiec rycerza pod ruinami kościoła w Gdańsku. Niezwykłe odkrycie archeologówPolsat NewsPolsat News


  •  

Rosja pracuje nad rakietą jak Falcon 9. Ma latać w kosmos i wracać

Rosja pracuje nad rakietą jak Falcon 9. Ma latać w kosmos i wracać

Dawid Długosz

Falcon 9 to rakieta SpaceX, która obecnie jest dźwignią prywatnego sektora kosmicznego. Rosja nie chce być gorsza i pracuje nad podobną konstrukcją wielokrotnego użytku o nazwie Amur. Kiedy pojawi się rosyjski "Falcon 9"? Nowe szczegóły na temat planów związanych z tą rakietą ujawniła agencja Roskosmos.


Rosja pracuje nad rakietą Amur. Ma być jak Falcon 9 SpaceX.

Rosja pracuje nad rakietą Amur. Ma być jak Falcon 9 SpaceX.SpaceXmateriały prasowe


SpaceX odpowiada obecnie za ponad połowę misji związanych z wynoszeniem ładunków w kosmos. Potwierdzają to wyniki za 2025 r., gdy Falcon 9 został wystrzelony aż 165 razy. Wygląda na to, że Rosja zazdrości sukcesu Elona Muska. Rosmosmos chce mieć podobną rakietę.

Rosyjska rakieta Amur ma być jak Falcon 9 firmy SpaceX


Roskosmos już dawno pozazdrościł SpaceX rakiety Falcon 9 i ogłosił plany budowy podobnej konstrukcji już kilka lat temu. Mowa o projekcie Amur, który po raz pierwszy zapowiedziano jesienią (w październiku) 2020 r.

Zapowiedziany przed laty Amur ma być rakietą wielokrotnego użytku, który zresztą z wyglądu (zaprezentowanego na wizualizacjach) mocno przypominał Falcona 9 firmy SpaceX. Konstrukcja jest dwustopniowa, a materiałem w roli paliwa ma być metan.


Rakieta kosmiczna na tle czarnej przestrzeni kosmicznej, z widocznymi szczegółami konstrukcji i oznaczeniami na kadłubie.

Rakieta Amur na wizualizacji agencji Rosmosmos. Przypomina konstrukcję Falcon 9 firmy SpaceX.Roskosmosmateriały prasowe


Roskosmos w 2025 r. miał rozpocząć testy tzw. hoppera, czyli konstrukcji służącej do lądowania. Podobne testy przed laty prowadziło SpaceX z myślą o rozwoju Starshipa. Od zapowiedzi upłynęło kilka lat i rosyjskiej rakiety, jak nie było, tak nadal nie ma. Kiedy będzie gotowa?

Rosmosmos chce mieć własnego "Falcona 9" za kilka lat


Plany rakiety Amur nie zostały porzucone przez Rosję, choć ta dotkliwie odczuwa ograniczenia w dostępie do zachodnich technologii. Mimo to Roskosmos się nie poddaje i agencja ujawniła rąbka tajemnicy związanego z przyszłością tego projektu w styczniu br.

Amur miał być gotowy (według pierwotnych planów) już w 2026 r. Dziś już wiemy, że nic takiego się nie stanie, ale Roskosmos wierzy, że rakieta wielokrotnego użytku może zostać sfinalizowana na przełomie tej i przyszłej dekady. Obecnie zakłada się gotowość w okolicy 2030/2031 r.

Amur ma być zdolny do wynoszenia na niską orbitę okołoziemską ładunku o masie do 10,5 t. Dla porównania w przypadku Falcona 9 SpaceX jest to ponad dwa razy tyle. Jednak Rosjanie chcą to robić taniej. Nawet za kwotę trzy razy niższą niż Elon Musk.

Rakiety jak Falcon 9 opracowują także Chińczycy


Sukces Falcona 9 zwrócił także uwagę Chińczyków. Państwo Środka pracuje nad podobnymi konstrukcjami. Jedną z nich jest Zhuque-3 (ZQ-3) prywatnej firmy Landspace. Niedawno udało się ją wystrzelić pierwszy raz. Jednak booster eksplodował w trakcie próby lądowania. Natomiast drugi stopień uległ niekontrolowanej deorbitacji.

Mimo to SpaceX rośnie także konkurencja na rodzimym rynku. Mowa o firmie Blue Origin, która ma już za sobą dwa udane starty rakiety New Glenn, której pierwszy stopień również będzie odzyskiwany.


Grzyb zombie i storczyk udający muchę wśród nowo odkrytych gatunków© 2026 Associated Press


  •