Pilna prośba Ukrainy po ataku Rosji. Szybka reakcja. "Polska odebrała apel"
Rosjanie przeprowadzili zmasowanych atak na ukraińskie obiekty infrastruktury krytycznej - poinformował wicepremier Ukrainy, Denys Szmyhal. W związku z trudną sytuacją w kraju, Ukrenerho, operator systemu przesyłowego, zwrócił się o pomoc doraźną z Polski. W sprawie głos zabrał już minister energetyki Miłosz Motyka.
Skutki rosyjskiego ataku w Ukrainie Państwowa Służba Ukrainy ds. Sytuacji Nadzwyczajnych / Facebookmateriał zewnętrzny
W skrócie
Rosja przeprowadziła zmasowany atak na ukraińską infrastrukturę energetyczną, w tym podstacje i dwie elektrownie na zachodzie kraju.
Ukrenerho zwróciło się z prośbą o doraźną pomoc energetyczną do Polski, a polski minister potwierdził wsparcie przy zachowaniu bezpieczeństwa systemu krajowego.
W wyniku ataku Polska poderwała myśliwce, jednak nie doszło do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej.
"Rosyjscy zbrodniarze przeprowadzili kolejny zmasowany atak na ukraińskie obiekty energetyczne" - przekazał wicepremier, minister energetyki Ukrainy, Denys Szmyhal, we wpisie opublikowanym na platformie Telegram.
Jak wskazał Szmyhal, ofiarą ataku padły podstacje o napięciu 750 kV i 330 kV oraz linie napowietrzne, które stanowią podstawę ukraińskiej sieci energetycznej.
Wojna w Ukrainie. Rosja uderzyła w infrastrukturę energetyczną
Rosyjski atak objął także dwie elektrownie - w Bursztynie i Dobrotwórze. Oba obiekty są położone w zachodniej Ukrainie. Pierwszy z nich leży około 170 km od polskiej granicy, drugi od Polski dzieli około 60 km.
Szmyhal poinformował także, że w Ukrainie obowiązują harmonogramy wyłączeń prądu, a w regionach wschodnich i północnych wprowadzono dodatkowo specjalne awaryjne środki.
"Atak ciągle trwa. Pracownicy energetyki są gotowi do wznowienia pracy, gdy tylko sytuacja na to pozwoli" - podkreślił. Wicepremier Ukrainy przekazał także, że jego kraj zwrócił się do Polski z prośbą o doraźną pomoc.
Zmasowany atak Rosji. Pilna prośba, Polska reaguje
Minister energetyki Miłosz Motyka potwierdził, że nasze państwo odpowiedziało na apel strony ukraińskiej.
"Polska odebrała apel Ukrainy o wsparcie operatorskie dotyczące energii" - napisał.
"Eksport do Ukrainy odbywa się przy zachowaniu bezpieczeństwa polskiego systemu energetycznego. Polskie Sieci Elektroenergetyczne na bieżąco monitorują sytuację i są w kontakcie z sąsiednim operatorem" - przekazał na platformie X.
Ukraina w nocy z piątku na sobotę padła ofiarą szeroko zakrojonego ataku ze strony Rosji. Wołodymyr Zełenski przekazał, że brało w nim udział ponad 400 dronów i około 40 rakiet różnych typów. Głównym celem były sieci energetyczne, elektrownie i podstacje rozdzielcze.
W związku z rosyjskim uderzeniem na cele położone w pobliżu polskiej granicy polskie wojsko poderwało w sobotę rano myśliwce. Akcja zakończyła się po kilku godzinach. Nie doszło do naruszenia przestrzeni powietrznej Polski.
"Wydarzenia": Upust policyjnej frustracji. Przez to nagranie komendant może stracić pracęPolsat News
- Większość odebranych zwierząt to zwierzęta lękowe, które na widok człowieka wręcz "zamrażały się", zastygały w jednym miejscu, oddawały pod siebie mocz, kuliły się... Większość nie potrafi jeść z misek... Traktuje miski jak przedmiot z kosmosu. Jedzenie było dystrybuowane z taczek. To była breja, wodnista karma. Do tego kompletna apatia zwierząt. Zamrożenie psychiczne - mówi Interii dr Magdalena Silska, pełnomocniczka OTOZ Animals, kiedy rozmawiamy o głośnej ostatnio sprawie zamkniętego w styczniu schroniska w Sobolewie.
OTOZ Animals była jedną z tych organizacji, które ruszyły na ratunek znajdującym się tam psom.
- Większość zwierząt, którym pomagaliśmy, wynosiliśmy na własnych rękach. Nawet bardzo duże psy, kilkudziesięciokilogramowe. Nie były w stanie poruszać się na nogach. Nie ze względów motorycznych, tylko przez strach. Pamiętam, jak wynosiłam w kontenerze dwa małe pieski. Zatrzymała nas policja. Powiedzieli, że musimy czekać aż zostaną podpisane odpowiednie umowy, przyjedzie wójt. Trwało to kilka godzin. Kontener okrywaliśmy wtedy kocem. Jeden z tych piesków był tak zablokowany na rzeczywistość, że się nie ruszał. Musiałam go dotykać, sprawdzać. Miałam wrażenie, że po prostu umarł - opowiada nasza rozmówczyni.
- Zbieramy też dane z innych organizacji, cały czas się komunikujemy. Wszyscy mają te same obserwacje. Totalne stany lękowe zwierząt. U niektórych prawdopodobnie to będą lata pracy w tymczasowych domach, bo nie da się tego przepracować w adopcji. Być może niektóre z nich już zawsze będą potrzebowały wsparcia behawiorystycznego - mówi dalej.
Takich sytuacji jest więcej. Dramatyczne historie schronisk pojawiają się regularnie. Często interwencje udaje się podjąć dzięki determinacji obrońców praw zwierząt. Zapytaliśmy ich o przypadki z ostatnich lat, które wspominają najgorzej.
"Nikogo nie interesowało, gdzie psy pójdą"
Jeden z naszych rozmówców, który zajmuje się obroną praw zwierząt od dwóch dekad podkreśla, że historię o najgorszych przykładach schronisk należy zacząć od Korabiewic na Mazowszu. Schronisko działało tam od lat 80. W 2003 roku zarejestrowała je Inspekcja Weterynaryjna.
Po interwencji wolontariuszy dotyczącej złej sytuacji zwierząt, w 2011 roku samorząd cofnął zgodę na prowadzenie schroniska ówczesnej zarządczyni obiektu.
Sprawa Korabiewic nie dotyczy tylko schroniska. Najwyższa Izba Kontroli badała wątek przedsiębiorcy, który odławiał psy i przekazywał je do obiektu. Działania mężczyzny oceniała negatywnie. W 2012 roku zarzuciła przekazywanie zwierząt po cofnięciu zgody na prowadzenie działalności, odławianie zwierząt na terenie gmin Nadarzyn i Piaseczno bez zgody na prowadzenie tam takiej działalności i nieprowadzenie rejestru odłowionych zwierząt.
Problemy w Korabiewicach skończyły się w tym samym roku. Wówczas schronisko przejęła Fundacja Viva!
Problem nagłaśniany przez lata
Głośna była też historia schroniska w Krzyczkach koło Nasielska. Zostało zamknięte w 2008 roku, oficjalnym powodem były warunki sanitarne. Wolontariusze o sprawie informowali przez kilka lat. "Prawdziwy szok wywołało odnalezienie za ogrodzeniem schroniska masowego grobu ponad 300 zwierząt" - relacjonowała w 2011 roku "Interwencja".
Kolejna historia dotyczy schroniska w Wojtyszkach. Niegdyś było największym w Polsce ośrodkiem dla bezdomnych psów. Znajdowało się w nim kilka tysięcy zwierząt. Również w tym przypadku wolontariusze zwracali uwagę na złe warunki bytowania zwierząt przez lata.
Sprawa nabrała tempa w 2023 roku, kiedy prokuratura i policja weszły na teren obiektu. Ostatecznie schronisko przejął Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt. Wcześniejsze kierownictwo schroniska - dwie kobiety - usłyszały zarzuty znęcania się nad zwierzętami ze szczególnym okrucieństwem. Sprawa wciąż toczy się w sądzie.
Nasi rozmówcy są jednak zgodni. Ze wszystkich spraw najgorzej wspominają historię schroniska w Radysach na Mazurach.
Wstrząsająca interwencja w Radysach
W 2020 roku na teren obiektu weszły służby. Psy były wygłodzone, w złym stanie, ale przede wszystkim znajdowały się w przepełnionych boksach. W tej sprawie prokuratura postawiła zarzuty o znęcanie się nad zwierzętami trzem osobom. Nie przyznały się do winy. Proces ruszył na początku 2025 roku, w tym będzie mieć swoją kontynuację.
- To było miejsce kaźni i to masowej. Znajdowało się tam czasem nawet około dwóch tysięcy zwierząt. Skumulowanie ich na tak małej powierzchni było absolutnie porażające - opowiada w rozmowie z Interią Magdalena Silska.
Rozmawialiśmy z wolontariuszami, którzy podejmowali interwencję w Radysach. Zebrany materiał w sprawie to ponad 100 tomów akt.
Nasi rozmówcy podkreślają, że największym problemem schroniska było zbyt wiele psów w boksach. W konsekwencji zwierzęta walczyły ze sobą lub o jedzenie.
Biznes dla pieniędzy
Wymienione przypadki schronisk to zaledwie kilka przykładów. Dr Silską pytamy, dlaczego historie dramatów w prywatnych schroniskach pojawiają się regularnie i skąd wynika problem.
- Po pierwsze cały czas na wysokim poziomie funkcjonuje bezdomność zwierząt w Polsce. Natomiast system finansowania i kontroli schronisk zawiera bardzo dużo luk proceduralnych. Część schronisk jest prowadzona przez przedsiębiorców, biznesmenów nastawionych na zysk. System funkcjonuje tak, że w zależności od gminy za samo wyłapanie psa jest około trzech tysięcy złotych. Dodatkowo zwierzę, które już znajduje się w schronisku, też jest finansowane przez gminę - zaznacza pełnomocniczka OTOZ Animals.
- Dla przedsiębiorcy, dla którego taki ''biznes'' to jedyne źródło dochodu, nie jest korzystne inwestowanie w leczenie, lepszą karmę, infrastrukturę, szkolenia dla pracowników. Po prostu się to nie opłaca. To okrutne, ale tak to wygląda i schroniska prowadzone przez firmy nastawione na zysk zawsze będą tak wyglądały. Motywacją są pieniądze, a nie dobrostan zwierząt - podkreśla.
Jej zdaniem remedium na problem z prywatnymi schroniskami może być obywatelski projekt ustawy o ochronie praw zwierząt.
Obywatelski projekt ustawy
- Projekt w Sejmie złożyliśmy półtora roku temu. Pracowało nad nim kilka organizacji prozwierzęcych, OTOZ Animals, Viva!, Mondo Cane. Projekt ustawy uszczelnia system finansowania schronisk, kładzie silny akcent na projekty adopcyjne, na wykwalifikowanych pracowników - zaznacza Silska.
- Projekt dotyka też kwestii kastracji oraz chipowania zwierząt, czyli jednych z głównych remediów na problemy z bezdomnością zwierząt. Wprowadza też większą odpowiedzialność gmin. Bardziej rzetelne kontrole oraz rozliczenia finansowych działalności - mówi dalej.
Pod projektem podpisało się ponad pół miliona obywateli. Ma nadany sejmowy numer druku, ale wciąż czeka aż ruszy proces legislacyjny.
Co dalej? "Takich miejsc jest kilkadziesiąt"
Naszych rozmówców pytamy również jak wiele jest jeszcze w Polsce miejsc, w których dochodzi do znęcania się nad zwierzętami. Część od razu mówi o przygotowaniach do interwencji w kilku obiektach.
- Byłabym bardziej ponura, jeśli chodzi o statystyki. Według mnie takich miejsc może być nawet kilkadziesiąt w skali kraju. Dostajemy zgłoszenia z prośbami o pomoc, które brzmią "błagam, przyjedźcie do tego psa, bo inaczej trafi do schroniska X, Y, a to przecież mordownia!". Znamy wiele mrocznych punktów na mapie Polski, gdzie jak bezdomne zwierzę wpadnie, to tak jakby wpadło w otchłań, znieczulicy, obojętności, i nieskutecznie działającego systemu ochrony - podkreśla rozmówczyni Interii.
Jakub Krzywiecki
"Wydarzenia": Po zamknięciu schroniska w Sobolewie sytuacja wymknęła się spod kontroliPolsat NewsPolsat News
Wyłączenie terminali Starlink doprowadziło do paraliżu systemu dowodzenia i komunikacji rosyjskich wojsk na froncie.
Rosyjskie jednostki utraciły łączność, co skutkowało przypadkami ostrzeliwania własnych pozycji oraz nieudanymi próbami uruchomienia zapasowych kanałów.
Eksperci wskazują, że Ukraina może wykorzystać ten moment chaosu i zyskać przewagę operacyjną.
Wyłączenie terminali Starlink używanych przez rosyjskie wojska wywołało poważne zakłócenia w ich systemie dowodzenia i łączności.
Jak opisuje "The Telegraph", decyzja ta w krótkiej perspektywie może dać Siłom Zbrojnym Ukrainy wyraźną przewagę na froncie, choć analitycy nie mają wątpliwości, żeMoskwa będzie próbowała znaleźć alternatywne rozwiązania.
Po zablokowaniu satelitarnego internetu niemal 90 proc. rosyjskich jednostek na froncie straciło łączność. Wojskowi blogerzy z Rosji alarmowali, że dowodzenie zostało sparaliżowane, a komunikacja "pogrążyła się w chaosie".
Starlink był bowiem kluczowym narzędziem nie tylko do kontaktu między oddziałami, ale także do sterowania dronami - powietrznymi, naziemnymi i morskimi - oraz do przeprowadzania ataków średniego zasięgu.
Wojna w Ukrainie a Starlinki. Dowodzenie i koordynacja Rosjan sparaliżowane
To echa ruchu Ukrainy, która zawarła porozumienie z firmą SpaceX Elona Muska, na mocy którego na jej terytorium mogą działać wyłącznie terminale Starlink zarejestrowane w Kijowie.
Wprowadzono także ograniczenie prędkości do 75 km/h, co uniemożliwia korzystanie z systemu w połączeniu z bronią poruszającą się z dużą prędkością, w tym w części dronów i rakiet. W praktyce oznacza to, że urządzenia przemycane i wykorzystywane przez Rosjan przestały działać.
- Najpilniejszym problemem jest to, że utrudni to efektywne użycie bezzałogowych systemów oraz przeprowadzanie ataków średniego zasięgu. W krótkiej perspektywie z pewnością przyniesie to pozytywny efekt - ocenił Rob Lee, starszy analityk amerykańskiego think tanku Foreign Policy Research Institute.
Chaos na froncie. Rosjanie atakują siebie nawzajem
Po uniemożliwieniu rosyjskim wojskom korzystania z terminali Starlink ich system dowodzenia został sparaliżowany. Taka sytuacja występuje prawdopodobnie wzdłuż całej linii frontu - poinformował ukraińsko-tatarski ruch oporu Atesz.
Dodano, że jego źródła z kierunków zaporoskiego i kupiańskiego jednocześnie doniosły o przypadkach tzw. friendly fire, czyli wzajemnego omyłkowego ostrzeliwania się przez rosyjskich żołnierzy.
Jak podano w komunikacie, rosyjscy łącznościowcy są zdesperowani. Próbują uruchomić zapasowe kanały łączności, lecz bez powodzenia. Jednocześnie standardowe środki walki radioelektronicznej przeciwnika regularnie zakłócają jego własne radiostacje - przekazał Atesz.
"Bez stabilnej łączności na pierwszej linii frontu zaczyna się chaos. Brak koordynacji już prowadzi do poważnych strat - i to nie tylko od ognia wroga" - napisał ukraińsko-tatarski ruch oporu.
Według partyzantów do przypadku omyłkowego otwarcia ognia w obwodzie zaporoskim doszło właśnie z powodu całkowitego zerwania łączności, ponieważ rosyjskie pododdziały nie miały żadnych informacji o sobie nawzajem. W jednym z takich incydentów grupa szturmowa wojsk rosyjskich, licząca 12 osób, miała zostać całkowicie zniszczona przez "własne siły".
"Zależność armii rosyjskiej od cywilnych technologii obróciła się przeciwko niej. Gdy tylko znika łączność, system dowodzenia się rozpada, a wojska zaczynają wyniszczać same siebie" - podkreślili partyzanci.
Rosyjskie wojsko cofnięte w czasie? Nowe zasady uderzyły też w Ukraińców
Eksperci podkreślają jednak, że Rosja nie pozostaje całkowicie bez alternatyw. Moskwa dysponuje własnymi systemami łączności satelitarnej i pracuje nad niezależnym internetem satelitarnym na niskiej orbicie okołoziemskiej.
W przeszłości Moskwa wykorzystywała też inne rozwiązania, m.in. modemy komórkowe z kartami SIM od ukraińskich operatorów w dronach dalekiego zasięgu zaprojektowanych w Iranie. Takie systemy są jednak mniej stabilne i znacznie bardziej podatne na zakłócenia oraz ataki.
Anonimowy bloger wojskowy znany jako "Informator wojskowy" przyznał, że wyłączenie Starlinków może "cofnąć rosyjską armię o kilka lat", zmuszając ją do korzystania ze starszych technologii. Takie ograniczenia znacząco utrudniają wykorzystanie dronów powietrznych i naziemnych, które wcześniej opierały się na łączności satelitarnej.
Decyzja Kijowa ma jednak również swoje konsekwencje dla ukraińskich żołnierzy. Część jednostek korzystała z prywatnie zakupionych lub przekazanych w darze terminali Starlink, które nie zawsze były wcześniej zarejestrowane. Amerykańska ochotniczka Rebekah Maciorowski, służąca jako sanitariuszka bojowa, relacjonowała, że mimo spełnienia formalnych wymogów jej terminal przestał działać. "To nie była awaria sprzętu ani błąd operatora. System po prostu się wyłączył" - napisała w mediach społecznościowych.
Chaos na froncie. Ukraina może wykorzystać moment słabości
Mimo problemów analitycy są zgodni: nowe zasady użytkowania Starlinka, uzgodnione między Kijowem a SpaceX, mogą w dłuższej perspektywie wzmocnić Ukrainę.
- To będzie znacząca przewaga, jeśli Rosja nie będzie mogła korzystać z tego systemu, a Ukraina tak. Rosjanie znajdą sposoby obejścia ograniczeń, ale będą one mniej skuteczne niż pełny dostęp do Starlinka - ocenił Rob Lee.
Choć nie ma pewności, czy zakłócenia doprowadzą do załamania rosyjskich linii obronnych, "The Telegraph" zauważa, że jest to jeden z najpoważniejszych ciosów w rosyjskie zdolności dowodzenia od miesięcy.
Dla Ukrainy oznacza to "rzadkie okno możliwości": chwilę, w której chaos po stronie przeciwnika - w tym ryzyko ostrzału własnych oddziałów - może przełożyć się na realne korzyści na polu walki.
Źródła: "The Telegraph", Unian
Dworczyk w ''Graffiti'' o pożyczce z programu SAFE: Chodzi o rozwój Sił Zbrojnych RP na dekady. Rząd powinien to konsultowaćPolsat NewsPolsat News
Zamach na rosyjskiego generała, Ukraina reaguje. Jest zdecydowana odpowiedź
Ukraina nie ma nic wspólnego z zamachem na rosyjskiego generała Władimira Aleksiejewa - przekazał szef ukraińskiej dyplomacji Andrij Sybiha. Wcześniej o przeprowadzenie ataku oskarżył Ukraińców szef MSZ Rosji Siergiej Ławrow. Rosjanie mieli zatrzymać w sprawie dwie osoby - informują nieoficjalnie tamtejsze media.
Ukraina odpowiada Rosji. Chodzi o zamach na rosyjskiego generałaSAJJAD HUSSAIN / AFP123RF/PICSEL
W skrócie
Siergiej Ławrow oskarżył Ukrainę o zamach na rosyjskiego generała Władimira Aleksiejewa.
Szef ukraińskiej dyplomacji Andrij Sybiha zaprzeczył oskarżeniom wobec Ukrainy.
Władimir Aleksiejew został postrzelony w piątek rano w Moskwie i miał być zaangażowany w negocjacje ws. Azowstalu i działania Grupy Wagnera.
Szef dyplomacji RosjiSiergiej Ławrow oskarżył Ukrainę o piątkowy zamach na generała Aleksiejewa w Moskwie. Jego zdaniem celem tej operacji było sabotowanie rozmów pokojowych przez władze w Kijowie.
Ławrow nie przedstawił żadnych dowodów na twierdzenie, że to strona ukraińska jest odpowiedzialna za atak na rosyjskiego oficera. W sobotę tym twierdzeniom zaprzeczył w rozmowie z agencją Reutera szef ukraińskiej dyplomacji Andrij Sybiha.
Ukraińcy nie przyznają się do zamachu na rosyjskiego generała
Dzienniki i portale internetowe z Rosji, powołując się na świadków, poinformowały, że generał Władimir Aleksiejew miał zostać trafiony w plecy kilkoma strzałami w piątek o godz. 7 rano (godz. 5 w Polsce).
Wojskowy wyszedł wtedy z mieszkania w jednym z bloków w Moskwie i zmierzał przez korytarz w kierunku windy. Wiceszef GRU doznał poważnych obrażeń. Aleksiejew zajmował bardzo wysokie stanowisko w rosyjskim wywiadzie wojskowym.
Jak poinformował rosyjski dziennik "Kommiersant", powołując się na źródła bliskie sprawie, dwie osoby podejrzane o próbę zabójstwa generała "zostaną wkrótce przesłuchane". Po przesłuchaniu podejrzani mają usłyszeć zarzuty.
Rosyjski generał Władimir Aleksiejew postrzelony. Jest reakcja Ukrainy
Aleksiejew posiadał bogate doświadczenie i brał udział w operacjach w Syrii i w Ukrainie oraz w 2018 roku w zamachu przy użyciu nowiczoka na Siergieja Skripala, byłego rosyjskiego szpiega, a także w domniemanej ingerencji w wybory prezydenckie w USA w 2020 roku.
Media ukraińskie powiadomiły, że rosyjski wojskowy był głównym negocjatorem Kremla w rozmowach o wyjściu ukraińskich wojsk z kombinatu metalurgicznego Azowstal w Mariupolu w maju 2022 roku.
Aleksiejew był także jednym z wysokich rangą oficjeli, którzy prowadzili negocjacje z założycielem najemniczej Grupy WagneraJewgienijem Prigożynem, gdy ten dokonał próby puczu w Rosji w czerwcu 2023 roku.
Dworczyk w ''Graffiti'': Nie jest dobrze, kiedy ambasador krytycznie wypowiada się o polskich politykachPolsat NewsPolsat News
USA wyznaczyły Ukrainie i Rosji termin w czerwcu na zawarcie porozumienia kończącego wojnę - przekazał prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. Dodał, że jeśli termin ten nie zostanie dotrzymany, administracja USA prawdopodobnie "wywrze presję na obie strony".
Wojna na Ukrainie. USA tracą cierpliwość? Ultimatum dla Rosji i Ukrainy (zdj. ilustracyjne)Anna Moneymaker / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty ImagesAFP
W skrócie
Stany Zjednoczone wyznaczyły dla Ukrainy i Rosji czerwcowy termin na zakończenie wojny.
USA zaproponowały przeprowadzenie kolejnej tury rozmów trójstronnych Ukraina-USA-Rosja w Miami.
Ostatnie negocjacje w Abu Zabi nie zakończyły się przełomem, jednak zostały uznane za konstruktywne przez wszystkie strony.
- Stany Zjednoczone chcą, aby Rosja i Ukraina znalazły rozwiązanie, jak zakończyć wojnę, największą od czasów II wojny światowej, jeszcze przed latem - powiedział prezydent Wołodymyr Zełenski.
- Amerykanie proponują, by strony (ukraińska i rosyjska - red.) zakończyły wojnę na początku tego lata i najpewniej będą wywierać presję zgodnie z tym harmonogramem. (...) Mówią, że chcą wszystko zakończyć do czerwca. I że zrobią wszystko, by zakończyć wojnę. Chcą jasnego harmonogramu wszystkich działań - oznajmił Zełenski w wypowiedzi dla dziennikarzy międzynarodowych mediów.
Kolejna runda rozmów trójstronnych. USA złożyły propozycję
Stany Zjednoczone zaproponowały, że w przyszłym tygodniu zorganizują kolejną rundę rozmów trójstronnych Ukraina-USA-Rosja.
- Te negocjacje prawdopodobnie odbędą się w Miami - przekazał prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, cytowany w sobotę przez agencje Reutera i AP.
Zełenski podkreślił, że trójstronne rokowania pokojowe po raz pierwszy zostaną zorganizowane w USA. "Potwierdziliśmy nasz udział" - oznajmił prezydent.
Rozmowy w stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Abu Zabi, które odbyły się w minioną środę i czwartek, były drugą rundą negocjacji w trójstronnym formacie Ukrainy, Rosji i USA.
Zgodnie z oczekiwaniami nie doprowadziły one do przełomu w postaci wstrzymania walk, lecz wielu analityków uważa za sukces sam fakt, że się odbyły i zostały ocenione przez wszystkie zainteresowane strony jako konstruktywne.
Pierwszą turę negocjacji przeprowadzono w Abu Zabi w dniach 23-24 stycznia.
Wojna w Ukrainie. Rozmowy pokojowe. Ustalono wymianę więźniów
Zaówno Rosja, jak i Ukraina zgodziły się jednak na wymianę po 157 jeńców wojennych, wznawiając takie działania po pięciomiesięcznej przerwie. Zelenski zapowiedział, że wymiana będzie kontynuowana.
- Zespoły wojskowe szczegółowo omówiły techniczne aspekty monitorowania potencjalnego zawieszenia broni - powiedział Zełenski. Omówiono również gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy oraz porozumienia o współpracy gospodarczej, określane przez urzędników mianem "planu dobrobytu", który nakreślał powojenną odbudowę Ukrainy.
Zełenski powiedział, że ma raporty ze swoich służb wywiadowczych o rozmowach, w których specjalny wysłannik Rosji Kiriłł Dmitrijew zaproponował umowy o współpracy między Rosją a Stanami Zjednoczonymi o wartości nawet 12 bilionów dolarów.
Ukraiński przywódca stwierdził, że żadne tego typu umowy dwustronne między Rosją a Stanami Zjednoczonymi nie mogą naruszać ukraińskiej konstytucji.
Dworczyk w ''Graffiti'' o pożyczce z programu SAFE: Chodzi o rozwój Sił Zbrojnych RP na dekady. Rząd powinien to konsultowaćPolsat NewsPolsat News
Włodzimierz Czarzasty konsultował swoje stanowisko z MSZ w sprawie odmowy poparcia kandydatury Donalda Trumpa do pokojowego Nobla - powiedziała Dorota Gawryluk w Polsat News w programie "Kalejdoskop Wydarzeń". Ujawniła też nowe informacje na temat zwołania tajnego posiedzenia Sejmu, którego domaga się PiS w sprawie kontaktów marszałka Czarzastego. Ten ma mieć w sprawie plan.
Dorota Gawryluk w "Kalejdoskopie Wydarzeń" na antenie Polsat NewsPolsat News
W skrócie
Włodzimierz Czarzasty miał konsultować stanowisko dotyczące propozycji Pokojowej Nagrody Nobla dla Donalda Trumpa z MSZ.
Podczas programu Polsat News omawiano wpływ wypowiedzi Czarzastego na relacje polsko-amerykańskie i bezpieczeństwo kraju.
Prawo i Sprawiedliwość zażądało tajnego posiedzenia Sejmu w związku z doniesieniami o kontaktach marszałka. Czarzasty ma mieć w tej sprawie plan - opisywała Gawryluk.
Dorota Gawryluk informację na temat konsultacji Włodzimierza Czarzastego z MSZ podała podczas rozmowy z Janem Wróblem w trakcie programu "Kalejdoskop Wydarzeń" na antenie Polsat News.
Dziennikarze zastanawiali się nad wpływem wypowiedzi polityka Lewicy na relacje ze Stanami Zjednoczonymi oraz bezpieczeństwo naszego kraju - w kontekście awantury, która wybuchła na linii z ambasadorem USA w Polsce.
Jak poinformowała Gawryluk, marszałek zasięgnął opinii resortu dyplomacji przed zajęciem stanowiska w sprawie Nagrody Nobla dla prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa.
Włodzimierz Czarzasty konsultował się z MSZ? W tle Nagroda Nobla dla Donalda Trumpa
Gawryluk nie ujawniła, z kim dokładnie w MSZ rozmawiał Czarzasty, podkreśliła jednak, że marszałek "konsultował całą wypowiedź". Dziennikarka zwróciła także uwagę, że polityk czytał swoją wypowiedź podczas poniedziałkowego oświadczenia.
Marszałek Sejmu stwierdził wtedy, iż nie poprze wniosku o przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla Donaldowi Trumpowi, bo - jak ocenił - amerykański przywódca na nią nie zasługuje. Swoją odmowę tłumaczył tym, że prezydent Trump "reprezentuje politykę siły i przy użyciu siły prowadzi politykę transakcyjną".
W trakcie programu "Kalejdoskop Wydarzeń" poruszono także drugi z powiązanych z Włodzimierzem Czarzastym wątków, o którym głośno było w zeszłym tygodniu. Mowa o doniesieniach o jego znajomości z rosyjską businesswoman z Petersburga Swietłaną Czestnych.
PiS chce tajnego posiedzenia Sejmu. Co zrobi Czarzasty? Gawryluk ujawnia
Prezydent Karol Nawrocki zwołał na środę pilne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Jednym z jego tematów mają być właśnie kontakty marszałka. Sam polityk Lewicy zaprzecza, jakoby miał sobie coś do zarzucenia.
W tej sprawie Czarzasty zwrócił się z wnioskiem o rozszerzenie agendy RBN o "wyjaśnienie charakteru kontaktów prezydenta ze środowiskami pseudokibiców" oraz "wyjaśnienie przeszłej pracy prezydenta w charakterze ochrony w Grand Hotel Sopot".
W związku z doniesieniami na temat Czarzastego Prawo i Sprawiedliwość zażądało zwołania tajnego posiedzenia Sejmu.
Jak ujawniła Dorota Gawryluk, marszałek może być gotowy przystać na tę prośbę. W kontrze ma zaproponować jednak, aby debata dotyczyła też wspomnianych wyżej kontaktów głowy państwa.
Jarosław Kaczyński opuścił szpital
Gawryluk w programie zwróciła także uwagę na sytuację Jarosława Kaczyńskiego, który, zgodnie z wcześniejszymi informacjami Polsat News, w piątek przed południem opuścił szpital.
"Pan prezes Jarosław Kaczyński opuścił dzisiaj szpital w związku z zakończonym leczeniem po przebytej chorobie. Zgodnie z zaleceniami lekarskimi pozostanie jeszcze przez najbliższe dni w domu" - napisał Bochenek w piątkowym wpisie.
Dziennikarka zasugerowała, że po wyjściu prezesa PiS ze szpitala "będzie się działo", jako że polityk miał sporo czasu na przemyślenie pewnych kwestii. Nie ujawniła jednak szczegółów "planu Kaczyńskiego".
"Wydarzenia": Upust policyjnej frustracji. Przez to nagranie komendant może stracić pracęPolsat News
- Byłam niepoprawną optymistką. Myślałam, że to nam się nie przytrafi. Nie mamy wielkiego domu, nic, co mogłoby kogoś szczególnie skusić. Miałam też poczucie, że włamania były częstsze kiedyś, a dziś to rzadkość - mówi Ola. Razem z mężem i dwójką dzieci mieszka na zamkniętym osiedlu domów wielorodzinnych. Do włamania doszło w środku dnia, w momencie, gdy wraz z mężem zawozili dzieci na stałe zajęcia dodatkowe. Dziś nie ma wątpliwości, że nie był to przypadek.
- Jestem przekonana, że byliśmy wcześniej obserwowani. Sprawca doskonale wiedział, kiedy wyjdziemy z domu i jak długo nas nie będzie. Ta świadomość jest najbardziej niekomfortowa. Myśl, że ktoś mógł śledzić nasze codzienne aktywności, sposób spędzania czasu i rytm dnia, do dziś wywołuje u mnie niepokój - tłumaczy.
Realny lęk
Po powrocie do domu początkowo nic nie wskazywało na włamanie. Ola zauważyła jedynie ślad błota na schodach, który w pierwszej chwili zrzuciła na pośpiech jednego z domowników. Chwilę później dostrzegła jednak kolejne ślady butów w kuchni i łazience. Jedno z okien było uchylone, a moskitiera odsunięta.
- Wtedy już wiedziałam - wspomina. Sprawdziła szafki z biżuterią i jej przypuszczenia się potwierdziły. - To był ogromny szok. Trudno pogodzić się z myślą, że ktoś bez zaproszenia wchodzi do twojego domu i zabiera to, na co pracowałaś albo co dostałaś od bliskich - mówi.
Od razu wezwali policję, jednak mimo przeprowadzonych czynności sprawcy nie udało się ustalić. Postępowanie zostało umorzone. - Usłyszeliśmy, że takie przestępstwa są bardzo trudne do wykrycia - relacjonuje Ola.
Konsekwencje zdarzenia były jednak znacznie większe niż straty materialne. - Najbardziej odczuły to dzieci. Bały się zostawać same, sprawdzały, czy ktoś nie jest w domu. Ten lęk był bardzo realny - opowiada.
Po włamaniu zamontowali czujniki ruchu i alarm, a rozważają także instalację kamer monitoringu. - Nasze poczucie bezpieczeństwa zostało zachwiane. Może to zabrzmi naiwnie, ale cieszę się, że skończyło się tylko na stratach materialnych. Najważniejsze, że nikogo z nas nie było wtedy w domu - dodaje.
Nawet sto włamań dziennie
W Polsce do włamania z kradzieżą dochodzi średnio co 20 minut. To 60 tysięcy zdarzeń rocznie. - To błąd myślenia zakładać, że nas to nie dotyczy, bo nic nie mamy albo dobrze się zabezpieczyliśmy. To fałszywe poczucie bezpieczeństwa - mówi Andrzej Mroczek, były policjant i wykładowca kryminologii Uniwersytetu Civitas.
Jak podkreśla, każda kilkugodzinna nieobecność w domu to potencjalne ryzyko włamania. - Każde mieszkanie może stać się celem. Wszystko zależy od profilu sprawcy. Włamywacze z "niższej półki" pokonują proste zabezpieczenia i biorą wszystko, co wpadnie im w ręce: alkohol, leki, jedzenie czy kosmetyki - tłumaczy ekspert.
Z kolei profesjonaliści działają inaczej. - Planowanie, rozpoznanie, odpowiedni sprzęt. Cel jest prosty: jak największy łup przy minimalnym ryzyku - dodaje Mroczek.
Najczęściej wyważają drzwi lewarem lub łomem, stosują bumping, przewiercają albo wyłamują wkładkę zamka, a czasem po prostu wybijają szybę. - Sforsowanie zabezpieczeń trwa od 3 do 60 sekund, a splądrowanie mieszkania 3-8 minut -wyjaśnia.
"W takich sytuacjach człowiek zostaje całkowicie bezradny"
Damian mieszka i pracuje we Wrocławiu. Jak podkreśla, włamania w jego okolicy zdarzają się notorycznie. - Po takiej sytuacji nie można mówić o jakimkolwiek poczuciu bezpieczeństwa. Ono spada na samo dno. Nawet jeśli dom jest najlepiej zabezpieczony, kiedy z niego wychodzę, złodziej robi, co chce, bo i tak nie ponosi konsekwencji - mówi.
W swoim życiu przeżył dwa włamania - do swojego domu i do tego, w którym wykonywał zlecenie. Pracuje jako wykończeniowiec. - Straty wyniosły kilkanaście tysięcy złotych. Najbardziej bolało co innego. Usługa, którą zobowiązałem się wykonać, nie mogła zostać zrealizowana zgodnie z planem. Osoba, która pozbawiła mnie możliwości wykonania pracy, nie poniosła żadnych konsekwencji - zaznacza.
W obu przypadkach Damian niemal natychmiast zadzwonił na policję. - Przyjechał funkcjonariusz i technik, który zabezpieczył odciski palców - wspomina. Sprawców do tej pory nie udało się złapać. - Drugi raz policja podeszła do sprawy w identyczny sposób. Szczerze mówiąc, zaczynam się zastanawiać, po co właściwie są. Zawsze wydawało mi się, że państwo ma obowiązek zapewnić bezpieczeństwo, a w takich sytuacjach człowiek zostaje całkowicie bezradny - dodaje.
W odpowiedzi na bezsilność Damian wraz z sąsiadami postanowili wziąć sprawy w swoje ręce.
- Zorganizowaliśmy własny system obserwacji, zwracamy uwagę na to, co dzieje się na osiedlu. Niestety włamania wciąż się zdarzają. Powinna zmienić się polityka w tym kraju. Politycy pokazują, że można robić wszystko i nie ponosić konsekwencji. Potrzebujemy innych decydentów i systemu, który doprowadza sprawy do końca - mówi.
Zwraca też uwagę na odpowiedzialność społeczną. - Ludzie nie czują się odpowiedzialni za innych, nie są uważni. A wystarczyłoby się rozejrzeć, żeby zapobiec wielu trudnym sytuacjom - podsumowuje.
"Bałam się wracać do domu"
Chociaż od tamtego dnia minęło już kilka lat, Ada wciąż pamięta go bardzo wyraźnie. Jak przyznaje, to doświadczenie zostanie z nią do końca życia. - Wróciłam do domu po spotkaniu ze znajomymi, zbliżała się północ. Byłam w swoim pokoju w domu rodzinnym. W lustrze odbijało się okno i wtedy zobaczyłam człowieka w czarnej kominiarce. Włamał się przez bramę, za chwilę mógł być w środku - wspomina. Gdy zorientował się, że został zauważony, uciekł.
- Szybko obudziłam mamę i wezwałyśmy policję - dodaje. Do kradzieży ostatecznie nie doszło, ale strach nie minął. Przez kolejne miesiące Ada żyła w ciągłym napięciu. - Bałam się wracać do domu po zmroku. Prosiłam znajomych, żeby mnie odprowadzali, albo rodziców, żeby po mnie wychodzili. Dużo mówiłam o tym zdarzeniu, to chyba był mój sposób radzenia sobie ze stresem - przyznaje.
Tym większym, że sprawcy nigdy nie udało się zatrzymać. - Policja częściej patrolowała naszą okolicę, a my jako rodzina byliśmy dużo bardziej czujni. Regularnie sprawdzałam, co dzieje się w ogrodzie, prosiłam rodziców, żeby wieczorem upewniali się, że nikogo tam nie ma - opowiada.
Ta ostrożność została z nią do dziś. - Wiem, że włamania naprawdę się zdarzają. Nie tylko w wiadomościach czy filmach - podsumowuje.
Jak włamanie wpływa na funkcjonowanie?
Doświadczenie włamania może silnie wpłynąć na samopoczucie psychiczne i fizyczne. Narusza podstawowe poczucie bezpieczeństwa i kontroli. - Dla wielu osób dom przestaje być miejscem spokoju, a zaczyna kojarzyć się z zagrożeniem - mówi psycholożka i psychoterapeutka Monika Machnicka. W konsekwencji pojawiają się silne emocje: lęk, złość, bezradność czy poczucie niesprawiedliwości.
Częste są także objawy fizyczne, m.in. napięcie, problemy ze snem, nadmierna czujność i trudność w relaksowaniu się. - Obniża się zaufanie do świata, a część osób funkcjonuje w stałym poczuciu zagrożenia. Zdarza się również wstyd lub irracjonalne poczucie winy, mimo że odpowiedzialność zawsze leży po stronie sprawcy - podkreśla ekspertka.
Radzenie sobie ze skutkami włamania bywa procesem. - Pomocne jest stopniowe odzyskiwanie kontroli, np. poprzez poprawę zabezpieczeń czy uporządkowanie przestrzeni - wskazuje Machnicka.
Jak zapobiec włamaniu?
Ryzyko włamania można jednak ograniczyć. Albo chociaż próbować. - Pomaga czujność sąsiadów, wizyty rodziny lub znajomych, opróżnianie skrzynki pocztowej i usuwanie ulotek spod drzwi. Ważne jest też niechwalenie się wyjazdem w mediach społecznościowych - zaznacza Andrzej Mroczek.
Nie bez znaczenia są zabezpieczenia techniczne. - Solidne drzwi i zamki, czujniki ruchu, kamery z aplikacją, alarmy, czasowe włączniki światła, sejfy przymocowane do podłoża. Każda dodatkowa warstwa ochrony zwiększa szansę, że włamywacz zrezygnuje - podkreśla ekspert.
Dobra wiadomość? Włamań jest mniej niż jeszcze kilka lat temu. - Od 2023 roku statystyki pokazują wyraźny spadek. To efekt większej świadomości, nowoczesnych technologii, pomocy sąsiedzkiej oraz skuteczniejszych działań policji - podsumowuje Andrzej Mroczek.
Kryzys w SOP a relacje rząd-prezydent. Szłapka w ''Gościu Wydarzeń'': Nadzór pełni minister spraw wewnętrznych i administracji. Kropka.Polsat NewsPolsat News
W ciągu kilku kolejnych dni zima ponownie rozgości się w Polsce, przynosząc na północy kraju temperatury spadające nawet do -20 stopni C. Pojawią się też intensywne opady śniegu. Siarczysty mróz nie zagości w kraju na długo. Wiadomo, kiedy wróci ocieplenie. Są najnowsze prognozy IMGW.
Ile potrwa ocieplenie? Idzie nowa fala siarczystych mrozówwxcharts.com |123RF/PICSEL
W skrócie
W najbliższych dniach prognozowany jest powrót mroźnej zimy z temperaturami spadającymi nocami do -20 stopni C na północnym wschodzie kraju.
Przewidywane są opady śniegu, miejscami deszczu ze śniegiem oraz okresowe występowanie marznącego deszczu powodującego gołoledź.
W drugiej połowie tygodnia pojawi się ocieplenie, na południowym zachodzie temperatura może wzrosnąć nawet do 8 stopni C.
W najbliższych dniach możemy spodziewać się powrotu mroźnej zimy. W nocy z soboty na niedzielę temperatura minimalna na północnym wschodzie sięgnie -8 stopni C. Dodanie temperatury utrzymają się jedynie na południu kraju - tam maksymalnie 2 stopnie C.
Możliwe są opady śniegu, na południu lokalnie deszczu i śniegu, które potrwają do niedzieli. Wyraźnie zimniej zrobi się natomiast w nocy z niedzieli na poniedziałek.
Prognoza pogody. Nowe uderzenie zimy, wrócą mrozy i śnieg
Temperatury minimalne będą sięgać od -19 do -15 stopni C na północnym wschodzie i wschodzie kraju, nieco cieplej będzie w centrum - około -10 stopni C. Mróz powróci także na południe, gdzie termometry pokażą około 1 stopnia poniżej zera.
Okresami możemy spodziewać się opadów śniegu. Jak prognozuje Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej, podobny trend utrzyma się także na początku przyszłego tygodnia - północ kraju będzie musiała mierzyć się z silnymi mrozami, na południu natomiast możemy spodziewać się temperatur delikatnie poniżej zera.
Słońce czy deszcz? Sprawdź najlepsze prognozy dla swojego regionu naPogoda Interia
Apogeum zimna przypadnie na noc z niedzieli na poniedziałek, kiedy na północy temperatury będą dochodzić do -20 stopni C, ale w kolejnych dniach będzie niewiele cieplej. W poniedziałek i wtorek temperatury minimalne wyniosą między -19 a -17 stopni C na północnym wschodzie, około -10 stopni C w centrum do -2 stopni C na południowym zachodzie.
Pogoda. Polska podzielona na pół, duże różnice temperatur
W nocy z wtorku na środę i w środę zintensyfikują się z kolei śnieżyce, które w późniejszych godzinach w niektórych miejscach mogą przechodzić w marznący deszcz powodujący gołoledź.
Zrobi się nieco cieplej - termometry pokażą w najzimniejszym momencie od -7 stopni C na północnym wschodzie, około -2 stopni C w centrum do zera stopni C na południu i południowym zachodzie. Ocieplenie utrzyma się w kolejnych dniach.
W czwartek termometry pokażą nawet 8 stopni C powyżej zera na południowym zachodzie. Zimniej będzie na północy - tam temperatura minimalna sięgnie -6 stopni C, maksymalna -3 stopni C. Wartości powyżej zera wskażą także termometry w centrum kraju.
Ta apka mówi, kiedy spadnie śnieg - co do minuty! Wypróbuj nową aplikację Pogoda Interia! Zainstaluj z Google Play lub App Store
Dworczyk w ''Graffiti'': Nie jest dobrze, kiedy ambasador krytycznie wypowiada się o polskich politykachPolsat NewsPolsat News
Po piątkowych negocjacjach USA-Iran Donald Trump twierdzi, że Teheran chce zawrzeć porozumienie. Media podają jednak, że Irańczycy odrzucili kluczowe amerykańskie postulaty, w tym dotyczące wzbogacania uranu. O napiętej sytuacji świadczą także ponowione alerty. USA wzywają obywateli do opuszczenia Iranu. O alercie przypomina też polskie MSZ. Trump wielokrotnie groził Iranowi interwencją militarną.
Iran. Ostrzeżenia USA i MSZ, rozmowy o programie nuklearnym (zdj. ilustracyjne)Mark Schiefelbein/Associated Press/ABACA/AbacaEast News
W skrócie
Władze USA wydały zalecenie natychmiastowego opuszczenia Iranu przez obywateli amerykańskich i ostrzegły przed możliwym odwoływaniem lotów.
Polskie MSZ wydało podobne ostrzeżenie, apelując do obywateli o zachowanie szczególnej ostrożności i rejestrację w systemie Odyseusz.
USA ogłosiły nowe sankcje oraz umożliwiły nakładanie ceł wtórnych na kraje handlujące z Iranem podczas trwających rozmów dyplomatycznych w Omanie.
Napięcie na Bliskim Wschodzie nie znika, sytuacja pozostaje niestabilna i trudna do przewidzenia. Na tle toczących się rozmów dyplomatycznych z Iranem i zaostrzającej się presji polityczno-gospodarczej USA ponowiły ostrzeżenie dla obywateli przebywających w Iranie.
Władze Stanów Zjednoczonych zaleciły swoim obywatelom jak najszybsze opuszczenie Iranu. W piątkowym komunikacie wirtualna ambasada USA w Iranie ostrzegła przed możliwym ryzykiem odwołania lotów i ograniczoną możliwością udzielenia pomocy konsularnej. Amerykanie przebywający w tym kraju zostali wezwani, by - o ile będzie to bezpieczne - rozważyć wyjazd drogą lądową do Turcji lub Armenii.
W oświadczeniu podkreślono, że obywatele USA nie powinni liczyć na wsparcie rządu w razie eskalacji kryzysu. W przypadku braku możliwości opuszczenia kraju zalecono znalezienie bezpiecznego schronienia, zgromadzenie zapasów wody, żywności i leków oraz pozostawanie w stałym kontakcie z bliskimi.
Amerykańskie władze apelują również o unikanie demonstracji, śledzenie lokalnych mediów i przygotowanie się na nagłe zmiany planów, w tym w ruchu lotniczym.
Konflikt USA - Iran. Ostrzeżenia dla obywateli
Podobne ostrzeżenie przypomniało polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. MSZ podkreśla, że sytuacja w Iranie i na całym Bliskim Wschodzie pozostaje niestabilna, a dalsze pogorszenie bezpieczeństwa może skutkować zawieszeniem połączeń lotniczych.
Polscy obywatele przebywający w regionie zostali wezwani do zachowania szczególnej ostrożności oraz rejestracji w systemie Odyseusz.
Tymczasem w Omanie trwają rozmowy dyplomatyczne pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Iranem. Prezydent USA Donald Trump ocenił je jako "bardzo dobre", podkreślając, że Teheran - jego zdaniem - jest zainteresowany zawarciem porozumienia z Waszyngtonem.
- Wygląda na to, że Iran bardzo chce zawrzeć umowę - powiedział Trump dziennikarzom na pokładzie Air Force One, odnosząc się do rozmów prowadzonych w Maskacie przez jego wysłannika Steve'a Witkoffa z szefem irańskiej dyplomacji Abbasem Aragczim.
Media: Iran nie zgadza się na wstrzymanie wzbogacania uranu
Jednocześnie amerykański prezydent zaznaczył, że nie spieszy się z ewentualnym użyciem siły w razie fiaska negocjacji, choć w ostatnich tygodniach wielokrotnie groził Iranowi interwencją militarną. USA wzmocniły przy tym swoją obecność wojskową na Bliskim Wschodzie, a Teheran zapowiadał, że w razie ataku odpowie uderzeniami w amerykańskie instalacje w regionie.
Z informacji agencji Reutera wynika jednak, że podczas piątkowych rozmów Iran odrzucił amerykańskie wezwania do całkowitego wstrzymania wzbogacania uranu. Teheran ma być gotowy jedynie do dyskusji na temat poziomu i czystości wzbogacanego surowca lub alternatywnych rozwiązań, takich jak utworzenie regionalnego konsorcjum. Według źródeł Reutersa irańscy negocjatorzy ocenili postawę strony amerykańskiej jako bardziej elastyczną i uznali spotkanie za "dobry początek" dalszych rozmów.
Negocjacje nie objęły natomiast kwestii programu rakiet balistycznych Iranu ani jego wsparcia dla zbrojnych ugrupowań w regionie, choć Waszyngton sygnalizował wcześniej chęć rozszerzenia agendy. Obie strony zapowiedziały kontynuację dialogu.
Waszyngton zwiększa presję gospodarczą. Trump podpisuje dekret o cłach wtórnych
Na tle prowadzonych rozmów Waszyngton jednocześnie zaostrza presję gospodarczą wobec Teheranu. W piątek prezydent USA Donald Trump podpisał rozporządzenie wykonawcze, które umożliwia jego administracji nakładanie tak zwanych ceł wtórnych na kraje kupujące towary lub usługi z Iranu - poinformował Biały Dom.
Zgodnie z treścią dekretu cła mogą zostać nałożone na towary importowane do Stanów Zjednoczonych z państw, które bezpośrednio lub pośrednio nabywają jakiekolwiek towary lub usługi z Iranu. Dokument nie precyzuje konkretnej stawki, jednak jako przykład wskazano poziom 25 procent. Trump zapowiadał wprowadzenie tego typu restrykcji już w połowie stycznia.
Równolegle Departament Stanu USA ogłosił w piątek sankcje wobec 15 podmiotów - należących do tzw. floty cieni, powiązanej z nielegalnym handlem irańską ropą, produktami naftowymi i petrochemicznymi. Według Waszyngtonu działania te mają na celu ograniczenie źródeł finansowania irańskich władz i ich aktywności w regionie.
Decyzje o sankcjach i cłach ogłoszono tego samego dnia, w którym w stolicy Omanu odbyły się kilkugodzinne negocjacje amerykańsko-irańskie.
Źródło: Reuters
Dworczyk w ''Graffiti'' o pożyczce z programu SAFE: Chodzi o rozwój Sił Zbrojnych RP na dekady. Rząd powinien to konsultowaćPolsat NewsPolsat News
Ofiary śmiertelne, milionowe straty. Pogodowy armagedon w europejskim kraju
Co najmniej 14 osób zginęło, a ponad 700 zostało rannych w wyniku powodzi i wichur nękających od stycznia Portugalię. Według pierwszych szacunków łączne straty w całym kraju sięgają już co najmniej 4 mld euro. W wielu miejscach konieczna była ewakuacja. Dziesiątki tysięcy osób odciętych jest od dostaw prądu. Tymczasem nad kraj nadciąga kolejny orkan.
Zalane miasto Santarém w PortugaliiSTRINGER / ANADOLUAFP
W skrócie
W Portugalii ewakuowano 1108 osób z powodu powodzi i wichur.
Według premiera Luisa Montenegro straty w kraju sięgają co najmniej 4 mld euro.
W Hiszpanii, głównie w Andaluzji, ewakuowano 7 tys. osób z powodu zagrożenia powodziowego.
W ogarniętej powodziami Portugalii ewakuowano do piątkowego wieczora 1108 osób. Rząd podał pierwsze szacunki dotyczące zniszczeń, jakie wywołały orkany przechodzące przez ten kraj od końca stycznia.
Jak poinformował premier Luis Montenegro podczas piątkowej wizyty w dystrykcie Santarem, na terenach ogarniętych kataklizmem łączne straty w całym kraju sięgają już co najmniej 4 mld euro.
Portugalia. Fala powodzi i wichur, gigantyczne straty
Z kolei według szacunków organizacji branżowych w rezultacie szalejących od końca stycznia wichur oraz licznych powodzi w rolnictwie oraz na terenach leśnych doszło do zniszczeń przekraczających sumę 775 tys. euro.
Z dotychczasowych danych służb medycznych Portugalii wynika, że w efekcie orkanów Ingrid, Kristin i Leonardo od końca stycznia do piątku zginęło w Portugalii co najmniej 14 osób, a ponad 700 zostało rannych.
Z powodu wichur i awarii sieci energetycznej spowodowanych przez ulewne deszcze bez prądu w sobotę rano jest blisko 100 tys. domów.
Niebezpieczna pogoda na Półwyspie Iberyjskim. Tysiące ewakuowanych
W piątek wieczorem w mieście Pombal, na zachodzie kraju, odbył się symboliczny wiec mieszkańców regionu domagających się od państwa przywróceniu dostaw prądu. Energii elektrycznej nie ma tam od 10 dni.
Do 15 lutego obowiązuje w Portugalii stan klęski żywiołowej, ale wraz nadejściem w nocy z piątku na sobotę orkanu Marta spodziewane są dalsze powodzie oraz ewakuacja ludności.
Z trudną sytuacją zmaga się także sąsiednia Hiszpania. W Andaluzji z powodu zagrożenia powodziowego ewakuowano 7 tys. osób. Z powodu ulewnego deszczu i podtopień na południu Hiszpanii zamknięto 180 dróg, w tym 140 w samej Andaluzji. Przez kilka ostatnich dni z powodu ulew i podtopień służby interweniowały niemal 9 tys. razy.
Dworczyk w ''Graffiti'': Nie jest dobrze, kiedy ambasador krytycznie wypowiada się o polskich politykachPolsat NewsPolsat News
W połowie lutego obywatele rozliczający się drogą internetową będą mogli skorzystać z usługi Twój e-PIT. Składając deklarację, warto pamiętać o ulgach, które mogą nam przysługiwać. Jedną z nich jest ulga na internet. Dzięki niej możemy odliczyć nawet 760 zł, a jeśli rozliczamy się z małżonkiem - 1520 zł. Kwoty są jeszcze wyższe, jeśli bierzemy pod uwagę dwa lata podatkowe. Kiedy przysługuje ulga na internet i jak udokumentować prawo do niej? Wyjaśniamy.
PIT za 2025. Komu przysługuje ulga na internet?123RF123RF/PICSEL
Ulga na internet umożliwia skorzystanie z odliczenia wydatków poniesionych na użytkowanie sieci internetowej. Co ważne, zgodnie z informacjami podanymi na stronie podatki.gov.pl, z ulgi tej można skorzystać "wyłącznie w kolejno po sobie następujących dwóch latach podatkowych".
Komu przysługuje ulga na internet? Tyle można odliczyć
Z ulgi na internet mogą skorzystać osoby osiągające dochody opodatkowane skalą podatkową lub przychody opodatkowane ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych.
Oprócz tego, warunkiem jest ponoszenie wydatków związanych z użytkowaniem internetu. Co ważne - nie można odliczyć kosztów związanych z opłatą aktywacyjną oraz zakupem sprzętu i komponentów sieci, a także jej instalacją, modernizacją i serwisem.
Wysokość ulgi jest równa kwocie faktycznego wydatku, a jej maksymalny poziom to nawet 760 zł, co w skali dwóch lat podatkowych umożliwia odliczenie maksymalnie 1520 zł. Co ważne - jeżeli rozliczamy się wspólnie z małżonkiem, to wówczas mowa o kwocie dwa razy większej - 3040 zł.
Jak udokumentować prawo do ulgi na internet?
Osoby, które chcą skorzystać z ulgi na internet, muszą pamiętać o tym, jakie konkretnie dokumenty poświadczają prawo do odliczenia.
Są to faktury lub rachunki zawierające dane identyfikujące kupującego oraz sprzedawcę usługi. Na dokumentach tych musi być również wyszczególniony rodzaj usługi oraz wynikająca z niej kwota zapłaty.
Co ważne - jeśli z rachunku bądź faktury nie wynika to, czy opłata została dokonana, należy zadbać również o dokument potwierdzający płatność (na przykład potwierdzenie przelewu bankowego).
Jak rozliczyć ulgę na internet?
W jaki sposób można rozliczyć ulgę na internet? Jak czytamy na stronie podatki.gov.pl, ulgę można wykazać w zeznaniu PIT-36, PIT-37 lub PIT-28, do którego należy dołączyć załącznik PIT/O.
Podatnik nie odlicza wydatków, które zostały zaliczone do kosztów uzyskania przychodów bądź odliczone od przychodu na podstawie ustawy o ryczałcie lub od dochodu na podstawie ustawy o PIT. Mowa tu również o kosztach, które zostały zwrócone w jakiejkolwiek formie.
Szef BBN w ''Gościu Wydarzeń'' o Bogdanie Klichu: Ataki na Trumpa unieważniają kandydaturę na ambasadoraPolsat NewsPolsat News
Rosja próbuje zdobyć Donbas. Wyliczyli, ile czasu potrzebuje armia Putina
Armia rosyjska czyni postępy na froncie, ale jej tempo jest tak powolne, że potrzebowałaby ponad dwóch lat, aby przejąć kontrolę nad całym obwodem donieckim - wyliczył ukraiński ekspert. Z jego szacunków wynika, że obecnie Moskwa kontroluje prawie 80 proc. regionu.
Rosja próbuje zdobyć ukraiński DonbasDeepStateMap / ALEXANDER NEMENOVAFP
W skrócie
Według eksperta DeepState armia rosyjska posuwa się powoli na froncie, ale jej tempo jest powolne.
Analityk szacuje, że Rosja potrzebuje jeszcze ponad dwóch lat na zajęcie całego obwodu donieckiego.
Obecnie Rosjanie kontrolują prawie 80 proc. regionu, podczas gdy Ukraińcy - nieco ponad 20 proc.
Rosja potrzebowałaby ponad dwóch lat, aby zająć pozostałą część obwodu donieckiego, wciąż kontrolowaną przez Ukrainę.
Obliczenia te poczynił Rusłan Mikuła, współzałożyciel projektu DeepState monitorującego postępy na froncie.
Wojna w Ukrainie. Rosja walczy z Ukrainą o obwód doniecki
Z szacunków eksperta wynika, że przed wybuchem wojny na pełną skalę do 2022 roku Rosjanie kontrolowali 32,3 proc. terytorium obwodu donieckiego (prorosyjscy separatyści doprowadzili w 2014 roku do proklamowania w tym regionie samozwańczej tzw. Donieckiej Republiki Ludowej).
Mikuła przemawiając podczas Kijowskiego Forum Bezpieczeństwa podkreślił, że w pierwszym roku wojny, kiedy armia rosyjska - korzystając z efektu zaskoczenia - zdołała szybko posunąć się naprzód, zajęła kolejne 24,4 proc. terytorium regionu. A od 2023 roku, kiedy wojna weszła w fazę pozycyjną, do dziś Rosjanie zajęli kolejne 21,8 proc. terytorium obwodu.
- Obecnie 21,5 proc. obwodu pozostaje pod kontrolą sił zbrojnych Ukrainy. Jeśli przyjmiemy tempo z 2025 roku, bo jest ono orientacyjne, to Rosja będzie potrzebowała co najmniej 742 dni, czyli około dwóch lat, aby całkowicie zająć obwód doniecki - zauważył Mikuła.
Rosyjski przywódca Władimir Putin deklarował, ze "specjalna operacja wojskowa" (tak Moskwa propagandowo nazywa inwazję na Ukrainę) potrwa trzy dni. Tymczasem Rosja wchodzi w piąty rok wojny z Kijowem.
Kwestia Donbasu jest także jednym ze spornych punktów w rozmowach, które toczą między sobą USA, Ukraina i Rosja. Ukraińcy utrzymują, że nie godzą się na oddanie terenów okupantowi. Z kolei Moskwa podczas ostatniej sesji negocjacji zaostrzyła stanowisko - chcą dostać Donbas, a ponadto żądają oficjalnego "uznania go za rosyjski" przez inne kraje - opisywała agencja Unian.
Wojna w Ukrainie. Rosja traci więcej żołnierzy niż mobilizuje
Naczelny dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy Ołeksandr Syrski informował, że styczniowe straty Rosji były większe niż liczba żołnierzy, których Moskwie udało się zwerbować w tym samym czasie. Wcześniej te dane ujawnił dowódca ukraińskich wojsk dronowych Robert Browdi ps. Madiar.
Wojskowy przekazał, że według jego informacji w styczniu Rosja zmobilizowała około 22 tysiące rekrutów. W tym samym czasie zginąć miało 30 618 rosyjskich żołnierzy. "Madiar" deklarował jednocześnie, że celem jego jednostki jest "stopniowe zwiększanie strat po stronie rosyjskiej do 50 tys. miesięcznie". Zastępca dowódcy 3. korpusu armii Maksym Żorin potwierdził, że jest to realne przy odpowiednim zaopatrzeniu oddziałów i wsparciu sił bezzałogowych.
Agencja Unian zaznaczyła, że Browdi nie sprecyzował, który miesiąc wojny był pierwszym, jeśli chodzi o liczbę strat przewyższającą skalę poboru w Rosji. Według wcześniejszych przekazów w grudniu 2025 roku siły rosyjskie na froncie miały stracić 35 tysięcy ludzi. Jeśli tak jest, to trend ten utrzymuje się już drugi miesiąc z rzędu.
Źródło: Unian
Dworczyk w ''Graffiti'': Nie jest dobrze, kiedy ambasador krytycznie wypowiada się o polskich politykachPolsat NewsPolsat News
Przykład Sobolewa, gdzie stwierdzono poważne zaniedbania wobec psów, potwierdza, że system nadzoru nad schroniskami zawodzi - mówią przedstawiciele organizacji pro zwierzęcych.
Potrzeba pilnych zmian w tym zakresie, m.in. niezapowiadanych kontroli, przejrzystości wydatków czy doprecyzowania, kto może prowadzić schronisko.
Wprowadzenie obowiązkowego chipowania i kastracji zwierząt mogłoby znacząco poprawić sytuacje – przekonują rozmówcy Interii.
- Jeden z psów, który do nas trafił, wyglądał przeraźliwie. Przypominał stary, zużyty i bardzo śmierdzący mop. Jego sierść była tak skołtuniona i brudna, że zwierzę wyglądało jakby ktoś zamknął je w potwornej skorupie. Kiedy groomer (fryzjer zwierząt - red.) ogolił psa, zobaczyliśmy okropną ranę. W szyję dosłownie wrastała stara obroża, pies musiał przeżywać katusze. To naprawdę haniebne, jak można tak traktować zwierzęta - mówi Interii Ewelina Wiśniewska z Fundacji Psa Karmela, której członkowie wzięli pod opiekę kilka psów z niesławnego schroniska w Sobolewie.
Pozostałe psy nie wyglądały tak źle, ale jak słyszmy, były "psychicznie złamane".
- Widziałam wiele zwierząt po przejściach, ale te zdają się przepraszać, że żyją. Apatyczne wraki psów - dodaje.
Sprawa schroniska Happy Dog w Sobolewie i nagłośnienie koszmaru zwierząt przez Dodę, wolontariuszy i media stało się iskrą, która doprowadziła do kontroli inspekcji weterynaryjnej w placówkach w całej Polsce. Ale jak słyszmy od przedstawicieli broniących praw czworonogów, to za mało. Potrzeba systemowych zmian, które realnie poprawią sytuację.
Zapowiedziane kontrole w schroniskach. "To ogromny błąd"
Po pierwsze zmianie powinien ulec system kontroli - mówią Interii obrońcy praw zwierząt. To właśnie w rzetelnym nadzorze nad schroniskami wiedzą klucz do poprawy sytuacji.
- Szczególnie niepokojące jest to, że obecny system jest reaktywny, a nie prewencyjny. Reagujemy dopiero po fakcie, kiedy ujawniane są rażące zaniedbania i robi się szum medialny. Nieustannie funkcjonujemy w sytuacji gaszenia pożarów, zamiast stosować się do przepisów przeciwpożarowych. Brakuje realnego, jakościowego nadzoru i mechanizmów, które wykrywałyby patologie zanim zwierzęta jeszcze bardziej zapłacą za nie zdrowiem lub życiem - przekonuje przedstawicielka Fundacji Psa Karmela.
W jej opinii kontrole nie powinny być zapowiedziane, bo nie dają obrazu, jak schronisko działa na co dzień. Jak słyszę, "to ogromny błąd", który daje czas, by ukryć niewygodną prawdę. Bywa, że zwierzęta w najgorszym stanie "znikają". - Możemy się tylko domyślać, w jakich okolicznościach - mówi Wiśniewska.
Brakuje realnego, jakościowego nadzoru i mechanizmów, które wykrywałyby patologie zanim zwierzęta jeszcze bardziej zapłacą za nie zdrowiem lub życiem
Dlaczego obecny system nie działa?
Inspekcja Weterynaryjna to obecnie główny organ kontrolny. Powiatowi i wojewódzcy lekarze weterynarii mają obowiązek regularnych wizyt w schroniskach, by sprawdzić m.in. warunki bytowe zwierząt, higienę, opiekę weterynaryjną oraz zgodność z przepisami weterynaryjnymi. Takie wizyty powinny odbyć się co najmniej dwa razy w roku.
- Te kontrole opierają się na wymogach ustawowych, które są niewystarczające. Dlatego, że inspekcja weterynarii bada przede wszystkim papiery. Z drugiej strony mamy gminy, które są zobowiązane do zapobiegania bezdomności zwierząt. Zawierają więc umowy ze schroniskami, płacą za wyłapanie, przyjęcie i utrzymanie czworonogów. I na tym właściwie koniec. Później, podczas kontroli, większość urzędników nie ma zielonego pojęcia, jak takie schronisko powinno wyglądać i na co zwrócić uwagę - mówi Interii Anna Zielińska, wiceprezeska Fundacji Viva!.
Ponadto gmina może kontrolować schroniska tylko w takim zakresie, jaki został określony w umowie pomiędzy nią a właścicielem schroniska.
- Czasami gminy nie mają nawet tzw. punktu zaczepienia, kiedy widzą nieprawidłowość, której nie reguluje umowa - podkreśla.
Protest przed Urzędem Gminy w Sobolewie. Domagano się działania lokalnych władz w sprawie schroniska "Happy Dog"Pawel WodzynskiEast News
Psy, których nie ma
Samorządy nierzadko traktują kwestię bezdomności zwierząt i schronisk jak problem, który chcą mieć szybko z głowy. Kontrolerzy odhaczają, że nie ma nieprawidłowości, więc gmina nie ma problemu. Proceduralnie wszystko się zgadza, a rzeczywistość bywa różna.
Czasami - jak słyszmy - przerażająca.
- Gminy powinny mieć większą kontrolę nad wydatkowaniem publicznych środków przez schroniska i bardziej szczegółowo przyglądać się temu, jak one funkcjonują. Czy na przykład mają miejsce adopcje? Skoro gmina płaci za każdy dzień utrzymywania psa w schronisku, to wiadomo, że właścicielowi opłaca się trzymać go jak najdłużej. A gminy właściwie nigdy nie pytają o to, jaki jest współczynnik adopcji, czy zwierzęta są sterylizowane i jaki jest ich stan zdrowia - wylicza Anna Zielińska.
Tymczasem lepszy nadzór nad schroniskami jest w najlepszym interesie gmin i ich budżetów.
- Nieraz jest tak, że pies widnieje w rejestrze schroniska, gmina za niego płaci, a tego zwierzęcia po prostu nie ma - dodaje Ewelina Wiśniewska.
Jak słyszymy, brakuje też przejrzystości wydawania publicznych pieniędzy. Traci na tym samorząd, tracą zwierzęta, a dorabia się tylko nieuczciwy właściciel.
Kiedy już dojdzie do kontroli, wolontariusze narzekają na brak dostępu do wyników. - Nie ma jawności, jeśli chodzi o poszczególne wydatki. Gmina płaci schronisku określoną stawkę i tyle. Nie wiemy, jakie kwoty z tego zostały wydane na karmę, na leczenie, a ile wziął przedsiębiorca do kieszeni. Skoro zwierzęta w schroniskach są finansowane z pieniędzy obywateli, to powinniśmy mieć prawo wiedzieć, jak realnie wygląda opieka nad nimi. Teraz nie wiemy, co pies rzeczywiście dostaje z tej kwoty, którą płacą na niego samorządy - przekonuje przedstawicielka Fundacji Psa Karmela.
Zepchnięta odpowiedzialność. Potrzebne nowe wytyczne
Bywa że i powiatowi lekarze weterynarii "przymykają oko" lub - trwając w lokalnych sieciach powiązań - nie zachowują obiektywizmu. Czasami zwyczajnie brakuje czasu lub kompetencji, by wnikliwie ocenić sytuację i dobrostan zwierząt.
Jak mówi wiceprezes fundacji Viva!, "system spycha na powiatowych lekarzy weterynarii główną odpowiedzialność, dając im niewystarczające narzędzia do kontroli w postaci wytycznych".
W środowisku obrońców praw zwierząt panuje przekonanie, że jest potrzeba opracowania nowych wytycznych, które uwzględnią uwagi zarówno gmin, weterynarzy i organizacji broniących praw zwierząt oraz pozwolą na wnikliwą ocenę sytuacji, a nie jedynie załatwienie formalności.
Postulują, by w kontrolach brały udział osoby bezstronne, niepowiązane z gminą czy właścicielem schroniska np. przedstawiciele organizacji broniących praw zwierząt.
- W takiej kontroli, poza przedstawicielem inspekcji weterynarii, mogliby brać udział przedstawiciel wojewody lub MSWiA, biegły sądowy z zakresu dobrostanu zwierząt, członek organizacji społecznej z doświadczeniem likwidacji schronisk, lekarz weterynarii wolnej praktyki, behawiorysta, biegły rewident i prawnik zorientowany w kwestiach finansowania schronisk - przekazała dziennikarce Polsat News Agnieszce Gozdyrze - Katarzyna Śliwa-Łobacz z fundacji Mondo Cane.
Protestujący przeciwko złym warunkom w schronisku w Sobolewie, weszli na jego teren i wynosili psyPawel WodzynskiEast News
Pod okiem wolontariuszy. Rola społecznego nadzoru
Sobolew jest jednym z dowodów na to, że obecny system zawodzi. - Schronisko przechodziło kontrole i nie stwierdzano nieprawidłowości, a potem my zabieramy stamtąd psa z wrośniętą obrożą. To oznacza, że nikt z kontrolujących rzetelnie nie oceniał stanu tego zwierzęcia - przypomina Ewelina Wiśniewska.
Jak słyszmy, sytuację w schroniskach mogłaby poprawić także obligatoryjna obecność wolontariuszy. - Powinniśmy wszyscy działać wspólnie na rzecz zwierząt. Do niektórych schronisk wolontariusze nie są wpuszczani. Dlaczego? Czy ktoś chce coś ukryć? - pyta Wiśniewska.
Wprowadzenie obowiązku przyjmowania wolontariuszy byłoby formą społecznej kontroli. Bo to najczęściej oni nagłaśniają sprawy zaniedbań. - W przypadku Sobolewa, wolontariusze z fundacji "Złap dom" wykonali kawał dobrej roboty. Przez długi czas odbijali się od administracyjno-formalnego muru i byli ignorowani, ale dzięki ich uporowi sprawa została nagłośniona - przypomina Anna Zielińska.
Jak słyszymy, sytuację mogłoby poprawić także ustalenie maksymalnego wynagrodzenia dla osób kierujących schroniskami oraz wprowadzenie wymaganych kwalifikacji.
- Musimy wiedzieć czego wymagać, a także jasno określić kary, które będą na tyle dotkliwe, że zadziałają odstrszająco - podkreśla Zielińska.
Wiele do poprawy. Wytyczne inspektora
Organizacje prozwierzęce podkreślają, że podmioty prawomocnie skazane lub wobec których toczą się postępowania dotyczące znęcania się nad zwierzętami, powinny mieć zakaz prowadzenia schronisk.
Na tę samą kwestię zwrócił uwagę Główny Inspektor Weterynarii (GIW). Wskazał też, że obecnie samorządy w różny sposób realizują zadania związane z opieką nad zwierzętami, czasami w sposób niezgodny z ustawą o ochronie zwierząt lub pomijając jej kluczowe elementy.
Obszary, które zdaniem GIW wymagają ujednolicenia i doprecyzowania to m.in.: konieczność weryfikacji, czy schronisko, z którym gmina zamierza współpracować, znajduje się pod nadzorem powiatowego lekarza weterynarii i posiada weterynaryjny numer identyfikacyjny (WNI). Ważna jest też lokalizacja schroniska ("w rozsądnej odległości od gminy"), by umożliwić realną kontrolę.
Bywało i tak, że hycel odławiał to samo zwierzę w trzech gminach, żeby trzykrotnie zarobić. W przypadku zachipowanego zwierzęcia byłoby to niemożliwe.
Chipowanie i kastracja. "Te kwestie są najważniejsze"
Są jeszcze dwie zmiany, które zdaniem organizacji prozwierzęcych, mogłyby radyklanie ograniczyć problem bezdomności zwierząt, tłumiąc przysłowiowy pożar w zarodku. Chodzi o obowiązkową kastrację oraz chipowanie psów i kotów.
- Te kwestie są najważniejsze, bo doprowadziłby do zmniejszenia bezdomności zwierząt i ich niekontrolowanego rozrodu - podkreśla Ewelina Wiśniewska.
- Świetnym przykładem jest Aleksandrów Kujawski, gdzie po wprowadzeniu bezpłatnego chipowania psów, spadła ich liczba w schronisku - mówi Anna Zielińska.
Chip gwarantuję identyfikację psa, kiedy się zagubi. Jak dowiaduje się Interia, obecnie w schroniskach przebywają nie tylko zwierzęta bezpańskie i niechciane, wiele z nich miało domy, ale straciło ja np. na skutek wypadku, zagubienia czy ucieczki.
- Takich przypadków jest naprawdę wiele. Zwierzę, które się gubi, najczęściej nie ma informacji, kto jest jego opiekunem. Wiele tych zwierząt należy do osób starszych, które mają ograniczone możliwości poszukiwania pupila w social mediach, a odnalezienie zagubionego czworonoga wymaga często wiele wysiłku - tłumaczy wiceprezeska Fundacji Viva!.
Chipy pozwalają na natychmiastowe ustalenie, kto jest właścicielem, a zwierzę zamiast trafić do schroniska, co generuje dodatkowe koszty, wraca o domu.
Chipy ukróciłyby też znany w środowiskach prozwierzęcych proceder zarabiana na tym samym psie. - Bywało i tak, że hycel odławiał to samo zwierzę w trzech gminach, żeby trzykrotnie zarobić. W przypadku zachipowanego zwierzęcia byłoby to niemożliwe - podkreśla.
Akurat ta zmiana niebawem może stać się faktem. Wkrótce do Sejmu ma trafić rządowy projekt ustawy o Krajowym Rejestrze Oznakowanych Psów i Kotów (KROPiK), który zakłada wprowadzenie obowiązku chipowania i rejestracji psów i kotów oraz prowadzenie centralnej bazy danych.
Anna Zielińska przypomina, że w Sejmie od ponad roku leży też obywatelski projekt "Stop łańcuchom, pseudohodowlom i bezdomności zwierząt". - On odpowiada na wiele palących problemów, m.in. kwestię obowiązkowej sterylizacji i kastracji zwierząt nieprzeznaczonych do rozrodu, regulacji nadzoru nad schroniskami czy ograniczenia pseudohodowli. Mamy nadzieję, że ten projekt będzie procedowany, a zaproponowane rozwiązania staną się faktem - mówi.
"Wydarzenia": Przasnysz. Dron spadł na jednostkę wojskowąPolsat News
Powiatowy Lekarz Weterynarii w Garwolinie nakazał zamknięcie schroniska Happy Dog w Sobolewie i zakazał właścicielowi prowadzenia schronisk.
Była wolontariuszka Karolina Pawelczyk-Dróżdż relacjonuje między innymi przepełnienie schroniska, brak odpowiedniej opieki nad zwierzętami i śmierć psów.
W 2019 roku kierownik schroniska usłyszał zarzut znęcania się nad zwierzętami, a obecnie sprawa sądowa zbliża się do końca.
Wolontariusze od lat donosili, że w schronisku dla zwierząt "Happy Dog" (ang. "szczęśliwy pies") w Sobolewie źle się dzieje. Sprawa zyskała rozpędu i rozgłosu na początku stycznia. Później miłośnicy zwierząt zebrali się przed urzędem gminy i domagali się poprawy warunków życia dla psów w schronisku, z którym gmina ma podpisaną umowę.
Powiatowy Lekarz Weterynarii w Garwolinie nakazał natychmiastowe zamknięcie schroniska w Sobolewie oraz zakazał właścicielowi prowadzenia schronisk dla zwierząt.
Sobolew. Była wolontariuszka: Schronisko stale się przepełniało
W schronisku była wolontariuszką od sierpnia 2016 roku. - Był to pierwszy wolontariat w tym miejscu, mimo że schronisko działało od 2013-2014 roku - wspomina Karolina Pawelczyk-Dróżdż, prezeska fundacji "Złap Dom". To ona, jako jedna z pierwszych osób, alarmowała w sprawie tragicznych warunków w schronisku w Sobolewie. Dziś jest oskarżycielką posiłkową w sprawie przeciwko właścicielowi, Marianowi D.
Gdy pojawiła się tam po raz pierwszy, schronisko funkcjonowało na mniejszą skalę niż w swoich ostatnich dniach.
- Od początku właściciel robił bardzo dobre wrażenie. Nie było to pierwsze schronisko, w którym pomagałam, więc wydawało mi się, że potrafię ocenić sytuację - opowiada Interii Karolina Pawelczyk-Dróżdż. - Przez kolejne lata widziałam, że właściciel potrafi wywierać na ludziach ogromne wrażenie, szczególnie na tych, którzy nie znają realiów ochrony zwierząt. Miał zdolność przekonywania i budowania narracji o tym, że nie chodzi mu o zarobek, lecz o pomaganie zwierzętom. Na starcie psów było niewiele, kupował im dobrą karmę i roztaczał wizję schroniska prowadzonego z sercem.
Ta wizja bardzo szybko została zweryfikowana przez rzeczywistość. Pawelczyk-Dróżdż przyjeżdżała do Sobolewa co weekend. Zaangażowała też innych doświadczonych wolontariuszy. - Mimo że skupialiśmy się na adopcjach i wiele psów znajdowało domy, schronisko stale się przepełniało - mówi.
Do obsługi miejsca była jedna osoba - starszy pan. - Nie mam zastrzeżeń do niego jako człowieka, ale nie był w stanie opiekować się nawet kilkudziesięcioma psami - opowiada była wolontariuszka z Sobolewa. - Na miejscu brakowało bud, a te, które były, nie były ocieplone. Przyszliśmy tam jesienią, zaraz zaczynała się zima. Budy nie były sprzątane - własnoręcznie zeskrobywaliśmy odchody szpachelkami kupionymi w sklepach budowlanych - mówi o obrazach, które widziała w schronisku.
Brakowało tam także kociarni - koty trzymano w klatkach w starym pojeździe wojskowym. Ostatecznie prowadzona przez nią fundacja zebrała pieniądze na zbudowanie kociarni.
Jak słyszymy od byłej wolontariuszki, w schronisku psy atakowały się nawzajem. - Właściciel twierdził, że dobiera psy charakterami, że silniejszy nie trafi do słabszego, co nie miało pokrycia w rzeczywistości - mówi Karolina Pawelczyk-Dróżdż. Były psy, które nigdy nie wychodziły z budy, całkowicie załamane psychicznie. Suki rodziły szczenięta, bo nie były kastrowane. Rozprzestrzeniał się parwowirus, a psy masowo umierały. - Wielokrotnie znajdowałyśmy zwierzęta martwe - zagryzione lub zmarłe z innych przyczyn. Psy w złym stanie trafiały tam regularnie i tygodniami nie otrzymywały żadnej pomocy - opowiada.
Wolontariusze starali się znajdować domy dla psów, ale nie byli w stanie zapewnić pomocy wszystkim czworonogom. - Czasem podejmowaliśmy decyzję, by natychmiast zawieźć psa w najgorszym stanie do lecznicy, a dopiero potem zastanawiać się, co dalej. Tak wyglądała nasza codzienność.
Jak wspomina wolontariuszka, Marian D. każdej soboty kupował im pączki, pizzę, robił herbatę. - Za każdym razem odwracał uwagę od realnych problemów, budując w nas poczucie winy, że "on tyle robi", a my jeszcze czegoś wymagamy - opowiada.
Obiecywał im zmiany, które nie dochodziły do skutku.
Była wolontariuszka z Sobolewa: To był moment graniczny
W sierpniu 2017 roku schronisko w Sobolewie przyjęło 11 psów z interwencji, za które gmina zapłaciła mu około 27,5 tysiąca złotych - słyszymy od Pawelczyk-Dróżdż. Psy te były odebrane właścicielowi. - Żadna realna pomoc weterynaryjna nie została im udzielona. Dwa z tych psów zmarły. Jednego z nich wolontariusze przynieśli pod biuro dyrektora. Ten tylko potrącił go nogą, sprawdzając, czy jeszcze żyje - mówi.
O fatalnym stanie drugiego psa kobieta dowiedziała się od innych wolontariuszy. - Sunia nie była w stanie wstać, przewracała się w budzie. Poleciłam natychmiast ją zabrać do całodobowej lecznicy w Warszawie. Początkowo właściciel się zgodził, po czym cofnął zgodę, twierdząc, że "musi mieć ślad w papierach". Następnego dnia dowiedziałyśmy się, że pies nie żyje. To był moment graniczny - przyznaje.
Jak później dowiedziała się z akt i ksiąg leczenia, zwierzęta z interwencji nie otrzymały żadnej pomocy - po 14 dniach zostały jedynie zaszczepione na wściekliznę.
Karolina Pawelczyk-Dróżdż oświadczyła, że nie będzie dalej "wyciągać psów z miejsca, w którym nic się nie zmienia". Pod koniec listopada wolontariusze zostali wyrzuceni ze schroniska.
Schronisko w Sobolewie zamknięte
W lutym 2018 roku wolontariusze złożyli zawiadomienie do prokuratury. Sprawa ciągnęła się latami - początkowo została umorzona. - Składałyśmy zażalenia, wnioski i pisma, po których postępowanie musiało zostać wznowione - mówi Karolina Pawelczyk-Dróżdż.
W 2019 roku kierownik schroniska usłyszał zarzut znęcania się nad zwierzętami.
Pod koniec stycznia 2025 roku po nagłośnieniu sprawy i protestach miejsce zostało zamknięte, a psy zabrane do innych przytulisk.
Dziś sprawa sądowa zbliża się do końca. Termin rozprawy wyznaczono na 18 lutego.
Anna Nicz
Chcesz porozmawiać z autorką? Napisz: anna.nicz@firma.interia.pl
"Wydarzenia": Po zamknięciu schroniska w Sobolewie sytuacja wymknęła się spod kontroliPolsat NewsPolsat News
Atak Rosji na Ukrainę. Poderwano myśliwce, dwa polskie lotniska zamknięte
W stan gotowości w sobotę rano postawiono naziemne systemy obrony powietrznej oraz rozpoznania radiolokacyjnego. Akcja lotnictwa została zakończona - poinformowało Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych. W trakcie operacji wstrzymano także działanie lotnisk w Rzeszowie i Lublinie. W nocy z piątku na sobotę Rosjanie przeprowadzili zmasowany atak w Ukrainie.
Polskie lotnictwo reaguje na ataki Rosji w Ukrainie. "W stanie gotowości" (zdj. ilustracyjne)Mateusz KotowiczReporter
W skrócie
Dowództwo Operacyjne RSZ postawiło w gotowości systemy obrony powietrznej i rozpoznania radiolokacyjnego.
Wstrzymano operacje lotnicze na lotniskach w Rzeszowie i Lublinie.
Nie odnotowano naruszeń polskiej przestrzeni powietrznej po rosyjskim ataku na Ukrainę.
"W związku z aktywnością lotnictwa dalekiego zasięgu Federacji Rosyjskiej, wykonującego uderzenia na terytorium Ukrainy, rozpoczęło się operowanie lotnictwa wojskowego w polskiej przestrzeni powietrznej" - poinformowało w sobotę rano Dowództwo Operacyjne RSZ w komunikacie.
Kilka godzin później akcja polskiego lotnictwa została zakończona, a wszystkie uruchomione systemy wróciły do normalnego działania.
Nie odnotowano naruszeń polskiej przestrzeni powietrznej - powiadomiono po godz. 8. Po zakończeniu operacji DORSZ podziękowało sojuszniczym siłom powietrznym.
"Dziękujemy za wsparcie NATOoraz Siłom Powietrznym Niemiec, których samoloty pomagały dzisiaj zapewnić bezpieczeństwo na polskim niebie. Podziękowania kierujemy także do Holenderskich Sił Zbrojnych za wsparcie systemami obrony powietrznej" - wskazano.
Ukraina - Rosja. Polskie lotnictwo reaguje na ruchy Rosjan
W nocy z piątku na sobotę Rosja przeprowadziła zmasowany atak na terytorium Ukrainy. Ukraińskie media donosiły o setkach dronów i dziesiątkach rakiet, które uderzały w miasta.
"Zgodnie z obowiązującymi procedurami Dowództwo Operacyjne RSZ uruchomiło niezbędne siły i środki pozostające w dyspozycji. Naziemne systemy obrony powietrznej oraz rozpoznania radiolokacyjnego osiągnęły stan gotowości" - dodano.
Jak podkreślono, działania te miały charakter prewencyjny i skupiały się na zabezpieczeniu i ochronie polskiej przestrzeni powietrznej. Szczególnie dotyczyło to rejonów nadgranicznych, bezpośrednio przylegających do zagrożonych obszarów.
"Dowództwo Operacyjne RSZ monitoruje bieżącą sytuację, a podległe siły i środki pozostają w gotowości do natychmiastowej reakcji" - podkreślono.
Polskie wojsko reaguje. Lotniska w Rzeszowie i Lublinie zamknięte
Polska Agencja Żeglugi Powietrznej poinformowała z kolei o wstrzymaniu operacji lotniczych w Lublinie i Rzeszowiew związku z koniecznością zapewnienia możliwości swobodnego działania lotnictwa wojskowego.
Decyzje DORSZ i PANSA mają związek z rosyjskim atakiem w Ukrainie. Siły Powietrzne tego kraju przekazały informacje o "dwóch grupach dronów i rakiet w obwodzie odeskim zmierzających w kierunku Winnicy".
Później poinformowano także o pociskach zmierzających w kierunku Chmielnickiego oraz obwodów tarnopolskiego, winnickiego i lwowskiego. Jak donosiło Suspilne, "odgłosy eksplozji słychać było w Bursztynie w obwodzie iwanofrankiwskim".
Bursztyn jest ważnym ośrodkiem przemysłowym, znanym głównie z funkcjonowania Bursztyńskiej Elektrowni Cieplnej (TES). Eksplozje słychać było również w Winnicy. Przewodnicząca lokalnej administracji Natalia Zabołotna poinformowała, że obwód winnicki jest celem zmasowanych ataków powietrznych ze strony Federacji Rosyjskiej.
Brudziński w "Gościu Wydarzeń" o słowach Czarzastego: Skrajnie niemądrePolsat News
"Amerykanom się spieszy". Delegacje USA i Ukrainy omawiają ambitny plan
Delegacje USA i Ukrainy omawiają ambitny plan zakładający zgodzenie się przez Rosję i Ukrainę na porozumienie pokojowe już w marcu - przekazała w piątek agencja Reutera. Amerykanie chcieliby też przeprowadzenia w Ukrainie wyborów i referendum w maju.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski i specjalny wysłannik prezydenta USA Steve WitkoffLisi Niesner AFP
W skrócie
Delegacje USA i Ukrainy omawiają plan pokojowy oraz propozycję przeprowadzenia wyborów i referendum w Ukrainie już w maju.
Termin porozumienia może się przesunąć z powodu braku zgody co do kwestii terytorialnych, zwłaszcza Donbasu i Zaporoskiej Elektrowni Atomowej.
Strona ukraińska uważa propozycję USA za nierealną bez gwarancji bezpieczeństwa oraz zmian prawnych umożliwiających przeprowadzenie wyborów.
Omawiany termin na zawarcie porozumienia najpewniej się przesunie, gdyż strony wciąż nie zgadzają się w kluczowej sprawie dotyczącej terytorium - zaznaczyła agencja.
Porozumienie miałoby zostać poddane w Ukrainie pod referendum, które miałoby odbyć się równocześnie z wyborami - przekazało pięć źródeł Reutera.
Media: Amerykanie naciskają na przeprowadzenie wyborów w Ukrainie
Amerykanie mieli dać do zrozumienia Ukraińcom podczas niedawnych spotkań w Abu Zabi i Miami, że dobrze by było, gdyby wybory rozpisano wkrótce - dodały źródła.
Amerykańscy negocjatorzy powiedzieli, że prezydent Donald Trump najpewniej skoncentruje się na sprawach wewnętrznych w związku z zaplanowanymi na listopad wyborami środka kadencji (midterms).
Będzie to oznaczało, że czołowi amerykańscy urzędnicy będą mieli mniej czasu i politycznych zasobów na pracę nad zawarciem porozumienia.
Wybory i referendum w Ukrainie na wiosnę? "Nierealny termin"
Według dwóch źródeł Amerykanie i Ukraińcy omawiali możliwość zorganizowania wyborów i referendum w maju. Jednak kilku rozmówców agencji zaznaczyło, że zaproponowany przez stronę amerykańską termin jest nierealny.
Organ odpowiedzialny za organizację wyborów w Ukrainie szacuje, że w obecnych warunkach przygotowanie wyborów trwałoby około sześciu miesięcy.
- Amerykanom się spieszy - powiedziało jedno ze źródeł.
Reuters zaznaczył, że organizacja wyborów wymagałaby zmian legislacyjnych, gdyż w Ukrainie zgodnie z prawem wybory nie mogą odbywać się podczas stanu wojennego. Ukraińcy chcieliby zawieszenia broni na czas głosowania.
- Stanowisko Kijowa jest takie, że nic nie może być uzgodnione, dopóki nie będzie gwarancji bezpieczeństwa dla Ukraińców od USA i partnerów - podkreśliło źródło.
Jeden z rozmówców przekazał, że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski jest otwarty na rozpisanie wyborów w najbliższej przyszłości i jest on przekonany, że odniósłby zwycięstwo.
Doniesienia z rozmów pokojowych: Donbas pozostaje kwestią sporną
Źródła podkreśliły, że największą przeszkodą w wypracowaniu porozumienia pozostaje kwestia Donbasu. Rosja domaga się przejęcia całego tego regionu, podczas gdy pod kontrolą ukraińskich wojsk pozostaje ponad 5 tys. km kw terytorium. Kijów uznaje to żądanie Kremla za niemożliwe do zrealizowania, lecz urzędnicy ukraińscy są otwarci na rozmowy o innych rozwiązaniach, np. o utworzeniu strefy zdemilitaryzowanej albo strefy wolnego handlu.
Punktem spornym pozostaje też Zaporoska Elektrownia Atomowa, która znajduje się na ukraińskim terytorium kontrolowanym przez Rosjan.
Jedno ze źródeł utrzymuje, że Rosja nie zgodziła się na propozycję USA, w ramach której to Waszyngton kontrolowałby obiekt i zarządzał produkowaną tam energią, udostępniając ją Rosji i Ukrainie. Moskwa chce utrzymać kontrolę nad elektrownią i dostarczać Ukrainie tanią energię, lecz na to nie zgadza się Kijów.
Brudziński w "Gościu Wydarzeń" o liście gończym za Ziobrą: Należy przeczekać tę kryptodyktaturęPolsat News
"Będę chciał wiedzieć". Sikorski odniósł się do słów ambasadora USA
- Będę chciał wiedzieć na ile to było stanowisko władz amerykańskich, a na ile osobiste pana ambasadora - powiedział w piątek Radosław Sikorski. Wicepremier i szef MSZ odniósł się w ten sposób do niedawnych słów Thomasa Rose'a o marszałku Sejmu Włodzimierzu Czarzastym.
Wicepremier i szef MSZ Radosław Sikorski odniósł się do niedawnych słów ambasadora USA Thomasa Rose'aPolsat News.
W skrócie
Radosław Sikorski podczas wizyty w Chicago odniósł się do słów amerykańskiego ambasadora o marszałku Sejmu i zapowiedział chęć wyjaśnienia, czy była to opinia osobista czy stanowisko władz USA.
Departament Stanu USA nie odpowiedział na pytania dotyczące wypowiedzi ambasadora Rose’a ani nie potwierdził, czy zapowiadane zerwanie kontaktów z Włodzimierzem Czarzastym jest linią administracji.
Podczas wizyty Sikorski spotkał się z przedstawicielami władz Stanów Zjednoczonych, Polonii oraz odniósł się do kontaktów polskich polityków z amerykańskimi politykami o prorosyjskich poglądach.
Sikorski podczas briefingu dla polskich mediów w Chicago został zapytany przez dziennikarzy o zamieszanie po wypowiedzi amerykańskiego ambasadora o marszałku Sejmu.
- Ja nie zamierzam się odnosić do tego, będąc w Stanach Zjednoczonych, rozważę to po powrocie do kraju. Natomiast, będę chciał wiedzieć na ile to było stanowisko władz amerykańskich, a na ile osobiste pana ambasadora i czy tu była jakaś koordynacja z naszą opozycją - powiedział polityk.
Departament Stanu milczy ws. słów amerykańskiego ambasadora
Departament Stanu USA jak dotąd nie zabrał głosu w sprawie Rose'a i nie odpowiadał na ponawiane pytania o to, czy zapowiadane przez ambasadora zerwanie kontaktów z Czarzastym jest polityką całej administracji USA.
Szef polskiej dyplomacji odmówił sprecyzowania, co miał na myśli mówiąc o możliwej koordynacji z opozycją.
Pytany o to, czy starania administracji Trumpa , by wpływać na politykę wewnętrzną w Polsce i innych krajach zagraża politycznemu konsensusowi na temat sojuszu z Ameryką, Sikorski odparł:
- Rzeczywiście w przeszłości tak bywało, że wśród sojuszników nie ingerowaliśmy w procesy rywalizacji partyjnej w swoich krajach nawzajem i mnie się to bardziej podobało - odparł wicepremier.
Wicepremier nie odpowiedział jednoznacznie na pytanie, czy decyzja marszałka Sejmu o odmowie poparcia wniosku o nagrodę Nobla dla Donalda Trumpa była konsultowana z rządem.
Oznajmił jedynie, że "jest zawsze do dyspozycji najwyższych władz państwowych, a więc i prezydenta i drugiej osoby w państwie, jaką jest marszałek".
Sikorski skomentował wyniki gry wojennej. "Rosja nie ma zdolności ofensywnych"
Sikorski odniósł się też do piątkowego spotkania europosła i wiceprezesa PiS Patryka Jakiego z kontrowersyjną prorosyjską kongresmenką Republikanów Anną Pauliną Luną.
Minister porównał to spotkanie do kontaktów Antoniego Macierewicza z byłym kongresmenem Daną Rohrabacherem, przezywanym niegdyś "człowiekiem Putina" w Kongresie.
- Tradycja zobowiązuje (...) Wydaje mi się, że to się samo komentuje - podsumował.
Komentując opisaną w "Wall Street Journal" grę wojenną sugerującą, że Rosja już w przyszłym roku mogłaby zająć państwa bałtyckie używając do tego początkowej siły jedynie 15 tys. żołnierzy, Sikorski ocenił, że Rosja nie ma takich zdolności.
- Rosyjskie zdolności okazały się w wyniku agresji na Ukrainę znacznie słabsze, niż my sądziliśmy i niż Putin sądził, ale ich intencje okazały się jeszcze gorsze niż wielu na Zachodzie sądziło. Myślę, że dopóki Ukraina dzielnie się broni, Rosja nie ma zdolności ofensywnych - powiedział.
Dodał też, że Rosja jest obecnie w znacznie gorszej sytuacji strategicznej, niż przed wojną w Ukrainie i wciąż traci sojuszników, jak ostatnio w Wenezueli. Zaznaczył jednak, że to dobrze, że takie symulacje są prowadzone.
Wizyta szefa MSZ w USA. Wicepremier spotkał się z politykami i przedstawicielami Polonii
Sikorski zakończył w piątek w Chicago swoją trzydniową wizytę w Stanach Zjednoczonych, której głównym punktem był udział w zwołanej przez Departament Stanu konferencji na temat uniezależnienia łańcuchów dostaw minerałów krytycznych od Chin. W piątek z kolei odwiedził Chicago.
Spotkał się tam z gubernatorem stanu Illinois i potencjalnym kandydatem Demokratów na prezydenta J.B. Pritzkerem oraz burmistrzem Chicago Brandonem Johnsonem. Sikorski wyjaśnił, że przyczyną tych spotkań był fakt, że stan i miasto to jedno z największych skupisk polskiej diaspory.
Wizytę zamknęło spotkanie z przedstawicielami Polonii w Muzeum Polskim w Ameryce, podczas którego odpowiadał na uwagi i pytania Polonii na temat sytuacji w Polsce i polityki zagranicznej. Sikorski przekonywał m.in., że w Polsce nadal obowiązuje zgoda ponad podziałami w sprawie fundamentów polityki, w tym sojuszu z Ameryką. Przestrzegał też przed postrzeganiem Ukrainy i Niemców jako wroga, bo - jak podkreślał - "wrogiem jest Putin".
Brudziński w "Gościu Wydarzeń" o słowach Czarzastego: Skrajnie niemądrePolsat News
Atak na salon piękności w Grenoble. Do lokalu wrzucono granat
Co najmniej sześć osób zostało rannych w wybuchu granatu wrzuconego do salonu piękności w Grenoble - podała agencja Andalou. Wśród rannych jest pięcioletnie dziecko. W mediach społecznościowych opublikowano nagranie z zajścia. Widać na nim wrzucającego granat mężczyznę, który następnie ucieka. Sprawcy pozostają na wolności
Sześć osób zostało rannych w ataku z użyciem granatu na salon piękności w Grenoble na południu FrancjiBENOIT PAVANAFP
W skrócie
Co najmniej sześć osób zostało rannych po tym, jak nieznany mężczyzna wrzucił odbezpieczony granat do salonu piękności w Grenoble.
Według prokuratora celem ataku było zastraszenie właścicieli salonu. Sprawcy pozostają na wolności.
Przed rokiem w Grenoble w podobnych okolicznościach rannych zostało 15 osób, w tym sześć poważnie. Według prokuratury ataki to pokaz siły lokalnych grup przestępczych.
Do ataku doszło w Grenoble w południowo-zachodniej części Francji. Na nagraniach widać, że sprawców było dwóch - jeden wrzucił granat do salonu piękności, a drugi nagrywał zajście
Sześć osób, które ucierpiały w wybuchu, odniosło niegroźne obrażenia. Żadna z nich nie wymagała hospitalizacji. Wśród poszkodowanych jest pięcioletnie dziecko - podała agencja Andalou.
Atak na salon piękności w Grenoble. Prokurator: Celem było zastraszenie
Sprawców nie udało się ująć, policja prowadzi poszukiwania. Wybuch zniszczył witrynę salonu, który znajduje się na parterze wielopiętrowego budynki mieszkalnego - przekazała lokalna telewizja BFM.
Według prokurator Etienne Manteaux celem sprawców było zastraszenie właścicieli salonu.
- Dwóch mężczyzn weszło do salonu; jeden rzucił przedmiot wybuchowy, który nie miał znaczącego ładunku ani metalowych elementów, a drugi sfilmował całe zajście - powiedziała Manteaux, twierdząc, że chodziło o "demonstrację siły lokalnych grup przestępczych".
Przed rokiem w Grenoble w ataku z użyciem granatu rannych zostało 15 osób
BFM TV podała, że do podobno ataku doszło w Genoble niemal dokładnie rok temu. 12 lutego 2025 r. w ataku z użyciem granatu rannych zostało 15 osób, w tym sześć poważnie. Celem ataku był wówczas "bar w dzielnicy nękanej handlem narkotykami" - podała stacja.
Źródło: Andalou, BFM TV
Dworczyk w ''Graffiti'' o pożyczce z programu SAFE: Chodzi o rozwój Sił Zbrojnych RP na dekady. Rząd powinien to konsultowaćPolsat NewsPolsat News
Stolica Małopolski i 35 okolicznych miejscowości z powiatu krakowskiego i wielickiego zostało objętych ograniczeniami w związku z wykryciem przypadku ptasiej grypy. Służby sanitarne apelują o zachowanie ostrożności. Wskazują też, jak przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się wirusa.
W Krakowie stwierdzono przypadek ptasiej grypyAA/ABACA / Abaca Press Agencja FORUM
W skrócie
Wojewoda małopolski podpisał rozporządzenie w sprawie zwalczania grypy ptaków, obejmujące Kraków i 35 okolicznych miejscowości.
Wprowadzono ograniczenia mające na celu ochronę przed rozprzestrzenianiem się wirusa.
Służby sanitarne apelują o ostrożność oraz przestrzeganie zaleceń.
Wojewoda małopolski podpisał w piątek rozporządzenie w sprawie zwalczania zjadliwej grypy ptaków.
Zgodnie z rozporządzeniem opublikowanym w Dzienniku Urzędowym Województwa Małopolskiego w strefie objętej zakażeniem znalazł się Kraków i 35 okolicznych miejscowości z powiatu krakowskiego i wielickiego, w tym m.in. Kryspinów, Zielonki, Libertów, Skawina, Wrząsowice, Modlniczka, Zabierzów, Bibice i część Wieliczki.
Kraków i okoliczne miejscowości z ograniczeniami. Wykryto przypadek ptasiej grypy
Jak przekazała Beata Dziedzic z biura prasowego wojewody małopolskiego, na razie wykryty został jeden przypadek ptasiej grypy.
Wprowadzone przez wojewodę ograniczenia mają na celu m.in. przeciwdziałanie rozprzestrzenianiu się wirusa.
W rozporządzeniu wojewoda nakazał m.in. izolację drobiu i zabezpieczenie go przed kontaktem z dzikimi ptakami, dezynfekcję, zabezpieczanie wody i paszy przed kontaktem z dzikimi ptakami oraz monitoring i zgłaszanie przypadków padłych ptaków.
Ptasia grypa w Krakowie. Apelują o zachowanie ostrożności
Krakowski urząd miasta w piątek wieczorem przekazał apel Powiatowego Inspektoratu Weterynarii i służb sanitarnych o zachowanie ostrożności "w związku z wystąpieniem wysoce zjadliwej grypy (HPAI) u dzikich ptaków w Krakowie".
Opublikował też zasady dotyczące zachowania w miejscach występowania dzikich ptaków oraz bezpieczeństwa żywności. Wśród nich wymienił unikanie miejsc, gdzie gromadzi się ptactwo, niedotykanie i niedokarmianie dzikich ptaków, takich jak np. łabędzie, kaczki, gęsi czy mewy, poddawanie mięsa obróbce termicznej w temperaturze minimum 70 stopni Celsjusza, zachowanie higieny podczas przygotowywania posiłków z drobiu, a w przypadku wystąpienia objawów grypopodobnych po kontakcie z ptactwem konsultację lekarską.
Brudziński w "Gościu Wydarzeń" o słowach Czarzastego: Skrajnie niemądrePolsat News
Pięcioletni Liam aresztowany przez ICE ma zostać deportowany. "To odwet"
Pięcioletni Liam Ramos, jeden z najmłodszych zatrzymanych przez służby ICE, ma zostać deportowany - potwierdziła rzecznik Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego USA. Wcześniej Liama wraz z ojcem na wniosek sądu wypuszczono z ośrodka detencyjnego dla migrantów. - To standardowa procedura i nie ma w niej nic odwetowego - skomentowała rzecznik. W całych Stanach Zjednoczonych kontynuowane są protesty przeciwko polityce Białego Domu.
Pięcioletni Liam uwolniony po zatrzymaniu przez ICE ma zostać deportowany. Trwają protesty przeciwko brutalności służbX/RepMcClellan, Stephen Maturen / StringerGetty Images
Departament Bezpieczeństwa Krajowego uruchomił procedurę deportacyjną wobec pięcioletniego Liama, który wcześniej był zatrzymany przez służby migracyjne ICE - podała agencja Reuters.
Liam Conejo Ramos został uwolniony wraz z ojcem z ośrodka dla migrantów w niedzielę, gdzie znalazł się po zatrzymaniu podczas drogi powrotnej z przedszkola. Decyzję podjął sędzia, który działania służb migracyjnych ICE w Minnesocie określił mianem "perfidnej żądzy nieokiełznanej władzy i stosowania okrucieństwa".
Pięcioletni Liam z Minnesoty ma zostać deportowany. Prawnik oskarża rząd o odwet
O deportacji Ramosów informował wcześniej prawnik rodziny. W rozmowie z "The New York Times" twierdził, że działania DBK mają "nadzwyczajny charakter" i mogą stanowić reakcję po tym, jak o działaniach ICE za sprawą Liama usłyszał cały świat. - To odwet - powiedział dziennikowi adwokat.
Pytana o deportację rzeczniczka Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego Tricia McLaughlin przekazała, że jest ona prowadzana w trybie zwyczajnym. potwierdzając tym samym zamiar usunięcia Liama z kraju.
- Są to standardowe postępowania deportacyjne. To standardowa procedura i egzekwowanie krajowych przepisów imigracyjnych nie ma charakteru odwetowego - powiedziała McLaughlin cytowana przez Reuters.
Historia pięcioletniego Liamia zatrzymanego przez ICE wstrząsnęła światem. Chłopiec miał być przynętą
Prawnik w rodziny już po zatrzymaniu Liama Ramosa i jego ojca dowodził, że rodzina przybyła do USA legalnie z Ekwadoru w 2014 r. i złożyła wniosek o azyl.
Wiele wątpliwości pojawiło się wokół okoliczności samego zatrzymania. Według służb matka dziecka miała odmówić objęcia go opieką po zatrzymaniu ojca. On sam także miał zdecydować o zatrzymaniu dziecka przy sobie w ośrodku detencyjnym - twierdziły służby.
Zupełnie inną wersję przedstawili bliscy Ramosów. Lokalny pastor stwierdził, że ciężarna matka chłopca nie otworzyła uzbrojonym funkcjonariuszom, bo bała się o życie swoje i dziecka.
Według pracowników szkoły, do której uczęszcza Liam, zatrzymanie pięcioletniego chłopca przez ICE miało "służyć jako przynęta". Funkcjonariusze liczyli na to, że dzięki temu uda się zatrzymać jego rodziców.
Źródło: Reuters, "The New York Times"
Dworczyk w ''Graffiti'' o pożyczce z programu SAFE: Chodzi o rozwój Sił Zbrojnych RP na dekady. Rząd powinien to konsultowaćPolsat NewsPolsat News