Gdzie na city break w 2026 roku? Te europejskie miasta są najtańsze
City breaki już dawno przestały być luksusem dostępnym dla osób z grubym portfelem. Tanie loty, porównywalne ceny i budżetowe noclegi to dziś domena wielu europejskich metropolii. Podpowiadamy, które europejskie miasta są idealne na tani city break. Gdzie wydamy najmniej i przeżyjemy najwięcej?
Zamiast Rzymu czy Paryża. Oto najtańsze miasta w Europie na city break.East News East News
Spis treści:
Czy tani city break w Europie jest możliwy?
Gdzie na city break w 2026 roku? Te europejskie miasta są najtańsze
Czy tani city break w Europie jest możliwy?
Krótki wypad w niskiej cenie w Europuie jest jak najbardziej możliwy. Zazwyczaj jednak szukając docelowych miejsc podróży, skupiamy się na poszukiwaniu tanich lotów i w zależności od tego wybieramy konkretne miasto. Czasami dopiero na miejscu okazuje się, że niska cena przelotu to za mało, by city brak był tani. W danym mieście portfel mogą drenować koszty noclegów, transportu czy wyżywienia.
Z pomocą przychodzi Post Office Travel Money. Ten każdego roku przygotowuje listę najtańszych europejskich miast na city break. W założeniu przygotowywany jest on dla Brytyjczyków, nic jednak nie stoi na przeszkodzie, abyśmy także i my z niego skorzystali. Barometr kosztów wskazuje, gdzie podróżni mogą uzyskać najlepszy stosunek jakości do ceny po przyjeździe. Ostatni raport to 10 najtańszych europejskich miast. Został on zdominowany przez miasta europy wschodniej, choć na liście znalazły się także dwa miasta francuskie.
Co ważne, w ocenie taniego city breaku pod uwagę wzięto aż 12 różnych wydatków i na tej podstawie powstał ranking. Są to typowe wydatki dla przeciętnego turysty, dlatego w koszyku znalazły się między innymi filiżanka kawy, butelka piwa, puszka Coca-Coli lub Pepsi, kieliszek wina oraz trzydaniowa kolacja dla dwóch osób z winem domowym. Uwzględniono także koszty transportu, w tym przejazd autobusem lub pociągiem z i na lotnisko oraz 48-godzinny bilet komunikacji miejskiej.
Do tego doliczono cenę objazdowejwycieczki autobusem po mieście, wstęp do ważnego zabytku, czołowego muzeum i galerii sztuki. Na koniec raport uwzględnił także koszt dwóch nocy w trzygwiazdkowym hotelu dla dwóch osób.
Gdzie na city break w 2026 roku? Te europejskie miasta są najtańsze
W 2026 roku, według Post Office Travel Money, najtańszym miejscem na krótki wypad w Europie jestSarajewo. Stolica Bośni i Hercegowiny to prawdziwa mieszanka wielu kultur i religii. Najstarszą i najważniejszą w kontekście historycznym częścią stolicy jest oczywiście Stare Miasto. Ile kosztuje city break w Sarajewie? Brytyjscy analitycy wyliczyli, że najtańsze miasto na krótki wypad to koszt 248 funtów, czyli około 1213 zł. Tyle trzeba zapłacić za możliwość zobaczenia Bascarsiji czy za przejście się Latiniskim Mostem, gdzie miał miejsce zamach na arcyksięcia Ferdynanda.
Na podium najtańszych miast w Europie znalazły się także Bukareszt oraz Tirana. Jeśli chodzi o Bukareszt, ten to różnorodność atrakcji oraz rozsądne ceny jedzenia i picia. Do tego niskie ceny noclegów, posiłków i transportu sprawiają, że miasto niezmiennie pozostaje wśród najtańszych kierunków na city break w tym roku, a koszty w Bukareszcie zamyka się w 258 funtach, czyli około 1260 zł.
Tirana z kolei, czyli stolica Albanii, ma wszystko, co potrzeba na spokojny, krótki wypad na weekend. Tirana to miks wielu stylów architektonicznych, przemieszane dużą liczbą parków, setkami knajpek działających na ulicy i pełnymi życia chodnikami, na których kwitnie handel. City break w Tiranie to wydatek rzędu 263 funtów, czyli około 1280 zł. Inne miejsca na tani city break w Europie to:
Belgrad (Serbia) - 265 funtów;
Trenczyn (Słowacja) - 272 funtów;
Ryga (Łotwa) - 278 funtów;
Lille (Francja) - 289 funtów;
Wilno (Litwa) - 289 funtów;
Strasburg (Francja) - 319 funtów.
Zestawienie tanich miast na city break w Europie zamyka czarnogórska Podgorica. Stolica Czarnogóry to miasto na dwa dni zwiedzania, z nowoczesnym Mostem Milenijnym, zabytkowym Starym Mostem nad Ribnicą i ruinami rzymskiego miasta Dioclea. Wśród zieleni znajdziemy wzgórze Gorica z panoramą na miasto, a po spacerze możemy spróbować lokalnych dań, takich jak ćevapi czy baklava. Za city break w Podgoricy zapłacimy 332 funty, czyli około 1630 zł.
Gdzie turyści nie są mile widziani? W tych krajach Europy mówią "dość"
Nadmierna turystyka w Europie drastycznie nasila konflikty gości i władz z lokalnymi społecznościami. Główną przyczyną kryzysu jest brak tanich mieszkań i rosnące koszty życia. W których krajach jako podróżni spotkamy się z największą niechęcią lokalsów? Według nowego raportu największy sprzeciw wobec masowej turystyki występuje w Hiszpanii, Włoszech i Francji, ale inne regiony nie zostają daleko w tyle. Coraz częściej mieszkańcy wychodzą na ulice, domagając się zdecydowanych regulacji. Na drugim biegunie zestawienia z niemal zerową skalą protestów uplasował się Cypr.
Mieszkańcy Hiszpanii, Włoch i Francji mają szczególnie dość masowej turystyki. Ta niechęć ma swoje podstawyMartin Bertrand/Hans LucasAFP
W skrócie
W Hiszpanii, Włoszech i Francji obserwuje się najwyższy poziom sprzeciwu wobec masowej turystyki, podczas gdy Cypr pozostaje niemal wolny od protestów.
Wzrost liczby turystów, szczególnie w południowej Europie, wiąże się z nasileniem protestów, wzrostem kosztów życia i problemami z dostępnością mieszkań dla lokalnych społeczności.
Demonstracje przeciw turystom miały miejsce w ponad 40 miastach Hiszpanii, a podobne protesty i regulacje wprowadzono także we Włoszech i we Francji.
Dlaczego mieszkańcy mają dość turystów?
Choć w wielu państwach Unii Europejskiej turystyka pozostaje jednym z najważniejszych źródeł dochodu narodowego, dla lokalnych społeczności stała się ona zarzewiem frustracji. Gwałtowny wzrost liczby podróżnych zaostrza konflikty z lokalnymi społecznościami i utrudnia im życie, nie dając nic w zamian. Kryzys napędzają drastycznie rosnące koszty utrzymania oraz coraz gorszy dostęp do rynku nieruchomości dla stałych mieszkańców. Duża część mieszkań jest po prostu skupywana przez inwestorów i przeznaczana na najem krótkoterminowy. Lokalsi coraz częściej decydują się na protesty.
Dane rządowe bezlitośnie tłumaczą powody tego buntu. W pierwszych czterech miesiącach 2026 r. liczba turystów odwiedzających Hiszpanię wzrosła o 3,4 proc. Co więcej, tamtejsze Ministerstwo Turystyki szacuje, że w samym czerwcu liczba pasażerów przylatujących rejsami międzynarodowymi podskoczy aż o 7,1 proc. w porównaniu do analogicznego okresu w 2025 r. Prognozy opublikowane w komunikacie prasowym hiszpańskiego resortu wskazują na podobne, potężne wzrosty w innych częściach południowej Europy. W czerwcu spodziewany jest skok liczby podróżnych o 12 proc. we Włoszech oraz o 2,6 proc. we Francji (w ujęciu rok do roku).
Na przeciwległym biegunie zestawienia znalazły się Cypr oraz Albania. Według raportu JB.com kraje te uchodzą za najbardziej gościnne dla przyjezdnych - nie odnotowano tam żadnych protestów społecznych, a presja regulacyjna nakładana na podróżnych pozostaje minimalna.
Które kraje w UE są najmniej przyjazne turystom?
Analiza danych przeprowadzona przez autorów raportu pozwoliła utworzyć listę najmniej przyjaznych turystom państw Unii Europejskiej. Liczba punktów (w skali od 0 do 100) odzwierciedla intensywność protestów, uwagę mediów, poziom podatków turystycznych oraz stosunek liczby gości do stałych mieszkańców.
Hiszpania - 100
Włochy - 98
Francja - 71
Grecja - 67
Portugalia - 66
Holandia - 48
Niemcy - 37
Chorwacja - 37
Austria - 36
Czechy - 25
Malta - 23
Dania - 19
Irlandia - 16
Węgry - 15
Belgia - 15
Cypr - 1
Pod względem stosunku liczby turystów do rezydentów najgorzej wypadają Dania, Malta i Chorwacja, pod względem podatków turystycznych - Holandia, Francja i Grecja, pod względem nasilenia protestów - Hiszpania, Portugalia i Włochy, zaś pod względem rocznego przyrostu liczby turystów - Cypr, Węgry i Francja.
Wakacje czy nawet jednodniowa wycieczka w krajach ze szczytu tego rankingu nie oznacza koniecznie, że spotkamy się z przemocą, próbami oszustwa, kradzieżami czy wyrażaną słownie, otwarta wrogością. Jest jednak statystycznie wyższa szansa, że lokalni mieszkańcy będą patrzeć na nas krzywym okiem, będziemy musieli przeciskać się przez tłumy i doświadczymy pomniejszych nieprzyjemności - zwłaszcza w szczycie sezonu.
Nadmierna turystyka. Protesty w obleganych krajach Europy
Hiszpania, która otwiera globalną listę 30 analizowanych państw, zarejestrowała demonstracje skierowane przeciw turystom w ponad 40 miastach na terenie całego kraju - od Barcelony po Wyspy Kanaryjskie. Sama tylko Katalonia, w której leży Barcelona, przyjęła w 2025 r. około 20,1 mln turystów (wzrost o 0,6 proc. w porównaniu z 2024 r.). Tuż za nią uplasowały się Baleary oraz Wyspy Kanaryjskie.
W czerwcu zeszłego roku manifestanci przemaszerowali przez centrum stolicy Katalonii z transparentami "Turystyka zabija Barcelonę", a w obleganych strefach miasta dochodziło nawet do oblewania turystów wodą z plastikowych pistoletów.
We Włoszech fala protestów przetoczyła się przez Wenecję, Rzym, Florencję, Neapol i Mediolan. Lokalni aktywiści uciekali się tam m.in. do niszczenia i blokowania skrzynek na klucze, z których korzystają właściciele mieszkań na wynajem krótkoterminowy, demonstrując w ten sposób sprzeciw wobec braku lokali dla stałych mieszkańców. Aby walczyć z nadmierną turystyką, Wenecja ponownie wprowadziła specjalną opłatę wstępu dla jednodniowych rzesz turystów, o której pisaliśmy wcześniej w GeekWeeku. Obowiązuje ona w wybrane dni - od piątku do niedzieli (w kwietniu, maju, czerwcu i lipcu).
Z kolei we Francji niepokoje społeczne dotknęły Marsylię, Niceę oraz Paryż. Coraz silniejszy opór stawiają też przeciwnicy gigantycznych statków wycieczkowych. Pokazuje to, że mieszkańcy aktywnie sprzeciwiają się dotychczasowemu modelowi turystyki zarówno w głębi kraju, jak i w regionach nadmorskich.
I taki scenariusz można sobie wyobrazić, ale trudno sobie wyobrazić to, czego dowiedzieliśmy się przy okazji, a mianowicie, że część europejskich satelitów nadal nie korzysta np. z szyfrowania danych. Przecież to kosmiczna technologia, która w założeniu powinna być nowoczesna i innowacyjna, tymczasem z tych informacji wyłania się zupełnie inny obraz. W związku z tym postanowiliśmy porozmawiać z ekspertem od cyberbezpieczeństwa i infrastruktury krytycznej, Piotrem Ciepielą, aby nieco lepiej zrozumieć prawdziwy "krajobraz kosmiczny".
Piotr Ciepiela, Partner EY, Lider zespołu Technology Consultingmateriały prasowe
Jak to możliwe, że satelity wojskowe nie korzystają z szyfrowania? Czy to wynika z ich wieku? A może nie do końca, bo przecież część ma dosłownie kilka/kilkanaście lat, więc już wtedy korzystaliśmy z szyfrowania w komputerach?
Piotr Ciepiela, Partner EY, Lider zespołu Technology Consulting: Technologia satelitarna sama w sobie ma już swoje lata. Co więcej, kiedy wypuszczasz satelitę, to później możliwości, aby ktoś go naprawił lub znacząco zmodyfikował są niezwykle ograniczone - nie polecisz z nowym hardware na orbitę za często. To zupełnie tak, jak wypuszczanie w kosmos komputera, który musi działać i pozostawać bezpieczny przez lata. Tymczasem dobrze wiesz, jak szybko zmienia się sytuacja w obszarze cyfrowych zabezpieczeń.
A wiemy, jak duża jest skala zjawiska? W sensie liczba satelitów, które są tak narażone?
Skala jest raczej większa niż mniejsza. Tu trzeba wspomnieć o tzw. dual use, czyli wojsko mówi dzisiaj, że musi wykorzystywać technologie sektora prywatnego, bo rozwój jest tak szybki, że to najbardziej efektywna metoda. Do niedawna było tak, że kosmiczna technologia powstawała w wojsku, a potem była wykorzystywana w sektorze prywatnym. Dzisiaj te proporcje są znacznie zmienione.
W kosmosie mamy trzy następujące obszary: Geostacjonarną Orbitę Okołoziemską (GEO), która jest powyżej 35 000 km nad nami, Średnią Orbitę Okołoziemską (MEO), czyli 2 000 do 35 000 km i to, co pewnie nas dziś najbardziej interesuje, czyli Niską Orbitę Okołoziemską (LEO), między 200 km a 2 000 km. I tak, w przypadku GEO potrzebujesz trzech satelitów, żeby ogarnąć glob, przy MEO potrzebujesz sześciu, a przy LEO potrzebujesz ich setki czy nawet tysiące.
To m.in. najpopularniejsze dzisiaj rozwiązania, których rewolucja polega jednak na tym, że może i potrzebujesz tego bardzo dużo, ale w zasadzie - utrzymując proporcje znane z poprzednich dekad - nie jest to bardzo drogie. Jest to też technologia o najwyższym poziomie zaawansowania, ale jednocześnie na tyle prosta do zrobienia, że na dzisiejszym poziomie technologicznym następuje zjawisko jej relatywnej powszechności.
Co chcesz przez to powiedzieć?
Wojsko dba o kwestię szyfrowania, poziom bezpieczeństwa jest na najwyższym poziomie, wszystko jest testowane, szyfrowane i tak dalej, ale pytanie, gdzie zaczyna się obszar, który powinien być szczególnie chroniony w ten sposób. Spójrzmy na wojnę w Ukrainie, gdzie zaczynasz wykorzystywać do celów wojskowych infrastrukturę komercyjną, której z założenia nie szyfrujesz, ale teraz w pewnej przestrzeni jednak szyfrujesz. Ogólna zasada jest taka, że dużo łatwiej jest zbudować zabezpieczenia od postaw, niż na późniejszym etapie zabezpieczać niezabezpieczone rozwiązania. Obecna sytuacja jest bez precedensu.
Dam ci taki przykład. Przez wiele lat w rafineriach, elektrowniach czy na produkcji nic się nie działo i wszyscy mówili, że to jest bezpieczne, bo nic się nie dzieje. Fizyczne systemy, sterowniki, no nic nie można z tym zrobić. Ale jak specjaliści od cyberbezpieczeństwa, m.in. ja 15 czy 20 lat temu, zaczęli sobie to sprawdzać, to okazało się, że wszystko stoi otworem. To jest takie "security by obscurity", czyli po prostu nikt się tym nie interesuje, a w rzeczywistości poziom nieprzygotowania jest powszechny.
Zresztą przed laty był taki słynny raport rządu brytyjskiego. Przejrzeli elektrownie jądrowe i okazało się, że poziom zabezpieczenia pod względem cyberbezpieczeństwa właściwie nie istnieje, bo wszyscy zwracają uwagę tylko na bezpieczeństwo fizyczne i systemowe. Cyberbezpieczeństwo w ogóle nie było brane pod uwagę, bo wszyscy wychodzili z założenia, że to jest tak zabezpieczone, że nikt się do tego nie zbliża.
No właśnie, a przecież z satelitami jest jak z tymi elektrowniami, ryzyko przechwytywania komunikacji to tylko jeden z potencjalnych problemów, prawda? Na jakie jeszcze zagrożenia poza podsłuchiwaniem podatne są satelity i czym to grozi?
Z satelitami można zrobić różne rzeczy - podsłuchiwać, zniszczyć lub wpłynąć negatywnie na ich działanie. Rosja swój program kosmiczny koncentruje właśnie na obszarze LEO, bo to może właśnie dawać dostęp do informacji poprzez podsłuch, ale też służyć do tegom żeby coś zniszczyć. Istnieje szereg rzeczy, które można zrobić z pomocą satelitów na Niskiej Orbicie Okołoziemskiej.
Jest kilka wektorów ataków na satelity. Pierwszy to sygnał, który można zakłócić np. poprzez spoofing, czyli podszywanie się pod sygnał i przechwytywanie, tj. albo blokujesz komunikację, albo ją sobie fałszujesz. Natomiast sam satelita to jest kwestia dostania się do tzw. Command and Control i znowu, jeśli przejmiesz ten system, możesz wysyłać zmodyfikowane sfałszowane sygnały. Ale jeżeli popatrzysz szerzej na cały system satelitarny, to nie są to tylko satelity, bo mamy jeszcze m.in. kwestie komunikacji pomiędzy satelitami, satelitą a stacją naziemną i wszystkie wektory ataku na stacje na ziemi.
Stacje naziemne mają w środku swoją logikę i systemy. W zależności od tego, jak taki system jest zbudowany, możesz łatwiej lub prościej się do niego dostać i wykorzystać do ataku malware'y, ransomware'y i tak dalej. Dalej mamy warstwę sieciową, bo ta stacja musi przecież też te dane przekazywać, czyli mamy kwestię potencjalnie nieautoryzowanego dostępu do sieci. Poprzez włamanie do takiej sieci i przejęcie sygnału omijasz i kwestię satelit, i Ground Control, wrzucasz się do sieci i tak naprawdę robisz tam atak typu man in the middle albo klasyczny DoS (Denial of Service).
Oddzielnym wątkiem jest kwestia telemetrii, wyrzutni satelitów, właściwie cały ten ekosystem jesteś w stanie jakoś podejść i na niego wpłynąć - zakłócić, podsłuchać, zmanipulować albo zupełnie zamknąć. Poziom zabezpieczeń tego ekosystemu bywa niestety mocno zróżnicowany, bo zwykle nie podlega on regulacjom, zatem poziom jego zabezpieczeń zależy od dojrzałości cyberzabezpieczeń jego producentów.
To tak naturalne kolejne pytanie, co możemy z tym zrobić? Bo generalnie ze wspomnianej już publikacji Financial Times wynika, że Europa nie ma spójnej strategii, jak się bronić przed podobnymi incydentami w przyszłości.
Tutaj mamy sytuację o tyle dobrą, że istnieje klasyczne podejście do zabezpieczeń systemów cyberfizycznych, czyli takich jakie znajdziemy choćby w obszarze produkcji. Chodzi tylko o to, żeby zdać sobie sprawę z tego, że dzisiaj cyberprzestrzeń znowu nam się rozszerzyła. Na początku rozszerzyła nam się z IT na kwestie produkcyjne, czyli OT, a potem na IOT. Teraz mamy znowu nową przestrzeń, czyli kosmos. Są takie obszary, które dzisiaj bardzo mocno obserwujemy - cyberbezpieczeństwo, które obejmuje zarówno kwestie nad ziemią, ale również infrastruktury naziemnej oraz kwestie regulacji prawnych.
Wątku prawnego nie można odpuszczać, bo czysto hipotetycznie załóżmy, że mój satelita-kamikadze wpadnie na twojego satelitę i powiem mu, ojej, przepraszam, niechcący. No i teraz niechcący, czy to już jest akt wojny? A może pierwszy raz to jest zawsze niechcący, a każdy kolejny to zawsze celowy? Prawo musi próbować nadążyć za tym wszystkim, zwłaszcza że za jakiś czas tych satelitów w LEO będzie bardzo dużo.
Czyli rosnąca rola technologii cywilnych sprawia, że cyberbezpieczeństwo staje się jednym z kluczowych elementów współczesnej doktryny wojennej?
Jeżeli dzisiaj wojsko ogłasza, że będziemy współpracować z platformami danych, bo potrzebujemy lepszych informacji, to dlatego, że dane są "paliwem napędowym" dzisiejszego świata. I dobrze, że idziemy w tę stronę, ale faktycznie jest tak, że wojsko ze względu na nakłady i koncentrację siły merytorycznej po prostu miało przewagę, a dzisiaj ta przewaga jest rozproszona, bo przez lata pokoju tak duży jest ten rozwój technologiczny, że musimy iść w stronę podwójnego zastosowania. I w związku z tym jednym z aspektów, które dziedziczymy, jest kwestia cyberbezpieczeństwa, która faktycznie staje się częścią doktryny wojennej. To zagadnienie niezwykle ważne z punktu widzenia geopolicznego, bo mamy kwestie sabotażu, zakłócenia i szpiegostwa.
Ja uważam, że wojsko bardzo dobrze robi, bo jeżeli dzisiaj mamy zdjęcia satelitarne i informacje szybko centralizowane, z których możemy wyciągnąć właściwe dane, a następnie planować działania, to jest dla nas i wojska bardzo istotne. I pewnie wojsko ma mnóstwo ciekawych rozwiązań, o których nie wiemy, gdzie są superrozwinięci, ale w niektórych aspektach może potrzebują wsparcia. To jest dzisiaj moim zdaniem naturalne, bo nie ma się co zamykać na to, co dzieje się na świecie.
A jak w tym kontekście wyglądają zapowiedzi Unii Europejskiej, że do 2030 roku ma powstać nowy bezpieczny system łączności satelitarnej dla wywiadu wojskowego. Mówimy o perspektywie 4 lat, czy to jest w ogóle realne i faktycznie do zrealizowania w tak krótkim czasie?
Daniel, ale zobacz, my teraz rozmawiamy, że za 4 lata będziemy mieć taki system. No to wiesz, jakie pytanie powinno paść jako następne?
Czemu jesteśmy tyle lat do tyłu?
Tak dokładnie, a co teraz? Z tych wszystkich informacji można różne rzeczy odczytywać.
W moim dość idealistycznym podejściu zakładam, że po prostu teraz każde państwo robi to na swój sposób, a Unia Europejska chce to jakoś tam scentralizować w ramach wszystkich państw członkowskich.
Możemy rzeczywiście mieć takie podejście, bo Unia składa się z 27 państw i teraz może być tak, że jeden kraj będzie miał wysoki poziom bezpieczeństwa i będzie miał szyfrowanie i tak dalej, a drugi nie, ale będzie chciał mieć komunikację z resztą Wspólnoty. I teraz my jako Unia nie możemy pozwolić na to, że ktoś obniża nasz ogólny poziom bezpieczeństwa, więc oczywiście dobrze jest mieć jeden wspólny standard, który będzie brał pod uwagę te rzeczy. I na pewno jest lepiej zrobić to jako UE, bo jest koncentracja pieniądza i siły merytorycznej, gdzie jesteśmy w stanie to wypracować w najlepszy sposób. To jest świetny pomysł, ale zanim do tego dojdziemy, musimy się trzymać działań na narzędziach, którymi dysponujemy.
A jak w tym wszystkim wygląda kwestia naszego kraju? Jakie mamy możliwości, skoro swoich satelitów komunikacyjnych nie mamy. Powinniśmy skupić się na UE czy może pracować nad własnymi rozwiązaniami, chociaż nie oszukujmy się, potęgą kosmiczną nie jesteśmy i raczej już nie będziemy. Zwłaszcza w kontekście tego, co dzieje się na świecie i faktu, że największy sojusznik może nam od ręki zabrać dostęp do danych wywiadowczych.
W Polsce też powstają firmy zajmujące się przestrzenią kosmiczną, bo dzisiaj próg wejścia jest inny niż dekadę czy dwie temu. Prototyp własnego satelity jesteśmy w stanie zrobić w miarę szybko, nawet startupowo, ale potem już ta technologia może być dużo lepsza. Ale pytanie jest takie, jaką rolę jako Polska chcemy pełnić w tej grze? Czy my chcemy rzeczywiście produkować? Ja uważam, że dzisiaj, ponieważ trochę Unia rozpoczyna dyskusję na ten temat i my jako Polska też w tym uczestniczymy, musimy zdefiniować swoją rolę.
Czy my chcemy produkować tego typu satelity, produkować części do tych satelitów, produkować software, produkować logikę czy na przykład być dostawcą cyberbezpieczeństwa? Uważam, że Polska jest jednym z mocniejszych krajów, jeżeli chodzi o cyberbezpieczeństwo. A na co postawimy, pewnie to zobaczymy niedługo w praktyce. Mamy jednak kraj bardzo mądrych ludzi.
To bardzo optymistyczna myśl, na której warto chyba zakończyć, dlatego dziękuję bardzo za rozmowę.
Rzeczywistość według fizyków może mieć strukturę złożoną z co najmniej 11 warstw, z których każda odsłania inny poziom funkcjonowania wszechświata.
Kolejne poziomy opisują przejście od codziennej percepcji przez poziomy chemii, fizyki kwantowej, aż po pojęcia informacji i świadomości jako fundamentalnych aspektów istnienia.
W artykule rozważane są także kwestie roli sztucznej inteligencji, potencjalnych symulacji rzeczywistości oraz granic ludzkiego poznania.
Poziom 1: Codzienna stabilność i wiara własnym oczom
Na tym etapie doświadczamy świata w sposób tradycyjny i przednaukowy. Siedzimy na krześle, trzymamy w dłoni telefon, widzimy ściany, drzewa i innych ludzi. To rzeczywistość makroskopowa, w której obiekty wydają się twarde, stabilne i całkowicie przewidywalne. Zdaje nam się, że możemy wierzyć własnym oczom i pozostałym zmysłom. Prawdopodobnie w ten sposób żyją wszystkie pozostałe zwierzęta obdarzone percepcją zmysłową i inteligencją.
De facto tyle jest nam potrzebne do przetrwania z punktu widzenia ewolucji - jeśli założyć, że wystarczy nam podstawowa biologia, a nasze warunki życia nie zmienią się w jakiś drastyczny sposób. Jest to jednak zaledwie punkt wyjścia do głębszej podróży.
Gdy sięgniemy po instrumenty naukowe, które pozwalają obserwować świat w skali niedostępnej dla naszej przyrodzonej percepcji, otwierają się przed nami kolejne, bardziej fundamentalne warstwy rzeczywistości. Reguły nimi rządzące zdają się przeczyć zdrowemu rozsądkowi i codziennemu doświadczeniu. Możemy nawet zacząć wątpić w sens i logikę. Początkowy kryzys egzystencjalny może jednak ustępować, w miarę jak będziemy poznawać kolejne poziomy i dostrzegać w nich sens o wiele głębszy niż w tym, co widać na co dzień.
Poziom 2: Królestwo chemii i cząsteczek
Wystarczy delikatne zbliżenie, aby rzekoma "solidność" przedmiotów zaczęła znikać. Na drugim poziomie krzesło przestaje być jednolitą bryłą z drewna czy plastiku i okazuje się strukturą złożoną z molekuł i klastrów połączonych atomów. W obiektywie mikroskopu ukazuje się jako tętniąca życiem, misterna sieć. To tutaj polimery łączą się ze sobą wiązaniami kowalencyjnymi i wodorowymi. Znane nam substancje tracą swój znajomy wygląd i odsłaniają swoją głębszą, atomową architekturę. Przykładowo, poranna szklanka wody objawia się jako dynamiczna kombinacja atomów wodoru i tlenu.
To właśnie na tym poziomie rodzi się całe nasze bogactwo zmysłowe. Zapach porannej kawy, słodki smak owoców czy intensywne kolory otoczenia nie są cechami samych przedmiotów. To bezpośredni efekt skomplikowanych zachowań, drgań i interakcji molekularnych, które pobudzają receptory w naszym ciele, a płynące z nich sygnały są interpretowane przez mózg. Choć ten poziom wciąż wydaje nam się namacalny i bliski, to z punktu widzenia nauki stanowi on zaledwie przedsionek do prawdziwej pustki, która czeka na nas piętro niżej.
Poziom 3: Iluzja gęstej materii i powszechna pustka
Schodząc jeszcze głębiej, docieramy do poziomu atomowego, który w 99,99 proc. składa się z pustej przestrzeni pod względem koncentracji masy. Niemal cała masa atomu skupiona jest w jego jądrze. Gdyby atom powiększyć do rozmiarów największego stadionu w Ameryce, jego jądro miałoby wielkość zaledwie ziarnka grochu w samym centrum. Resztę obiektu wypełnia funkcja falowa pojedynczego elektronu, tworząca swoistą chmurę elektronową. To, co jawi się naszym oczom jako solidna, gęsta materia, okazuje się niemal całkowitą pustką - przynajmniej na tym poziomie badania rzeczywistości.
To tutaj dotyk okazuje się iluzją. Kiedy naciskamy na jakikolwiek przedmiot, np. na ekran dotykowy smartfona, atomy naszej skóry nie zderzają się fizycznie z atomami obiektu. Zamiast tego dochodzi do interakcji sił elektrycznych oraz działania mechaniki kwantowej. Obowiązuje tu tzw. zakaz Pauliego.
Zgodnie z tą reguła dwa elektrony nie mogą jednocześnie zająć tego samego miejsca, co sprawia, że podczas próby dotknięcia jakiegokolwiek przedmiotu elektrony w naszych palcach gwałtownie zmieniają swój układ. Generuje to potężną, kwantową siłę odpychania, która fizycznie uniemożliwia naszej dłoni przeniknięcie przez powierzchnię. Opór, który wtedy odczuwamy, interpretujemy jako twardość. Zasadę tę odkrył austriacki fizyk Wolfgang Pauli w 1925 r. w odniesieniu do elektronów, by 15 lat później rozszerzyć ją na wszystkie fermiony.
Poziom 4: Wnętrze jądra atomowego i kwarki
Poziom czwarty prowadzi nas bezpośrednio do serca materii - do wnętrza jądra atomowego. Znajdujemy tam protony i neutrony, które - jak nietrudno się domyślić - nie są niepodzielnymi cegiełkami budującymi materię. Składają się one z jeszcze mniejszych cząstek zwanych kwarkami. Proton zawiera dwa kwarki górne i jeden dolny, zaś neutron - dwa dolne i jeden górny. Każdy kwark niesie ze sobą ułamkowy ładunek elektryczny: kwark górny posiada +2/3 ładunku elementarnego, a dolny −1/3. Po zsumowaniu daje to ładunek +1 dla protonu i dokładnie 0 dla neutronu. Wokół jądra krąży chmura elektronów. Wszystko to tworzy fundamenty Modelu Standardowego fizyki cząstek elementarnych.
Naukowcy zwracają jednak uwagę na kolejny zdumiewający paradoks tego poziomu. Masa kwarków stanowi zaledwie około 1 proc. całkowitej masy protonu czy neutronu. Skąd więc bierze się reszta? Odpowiedzią jest czysta energia. Kwarki są uwięzione wewnątrz nukleonów przez tzw. gluony - nośniki silnych oddziaływań jądrowych. To właśnie energia tych pól wiążących, zgodnie z genialnym równaniem Einsteina E=mc2, manifestuje się jako brakująca masa. Wchodząc na ten poziom, zaczynamy rozumieć, że nawet najbardziej podstawowe składniki budujące nasze ciała są w rzeczywistości skondensowaną, uwięzioną energią.
Poziom 5. Symfonia pól kwantowych. Wszystko jest wibracją
Na tym etapie fizyka całkowicie rezygnuje z pojęcia tradycyjnej "materii". Cząstki elementarne przestają być postrzegane jako twarde, miniaturowe kulki znane z uproszczonych ilustracji w podręcznikach. Współczesna teoria pól kwantowych ujawnia coś znacznie bardziej radykalnego - cząstki są jedynie lokalnymi drganiami w trójwymiarowych polach, które niewidzialnie przenikają cały wszechświat. Pole elektronowe, pole kwarkowe czy pole Higgsa istnieją wszędzie jednocześnie - przenikają nasze ciała, głębie oceanu i najdalsze otchłanie wszechświata. Kiedy pole elektronowe wibruje w odpowiedni sposób z dostateczną energią w danym punkcie, w naszym makroskopowym świecie manifestuje się to jako obecność elektronu.
Ta perspektywa całkowicie redefiniuje ludzką egzystencję. Człowiek, krzesło, na którym siedzi, oraz gwiazdy na niebie nie są zbudowane z materialnych drobin, lecz stanowią skomplikowany, interferujący układ fal i niewidzialnych pól. Rzeczywistość na tym poziomie bywa poetycko określana kosmiczną symfonią wibracji. Gdziekolwiek spojrzymy, pozorna pustka, która jawiła nam się na poziomie trzecim, nie jest pusta. Wszystko przenika ocean potencjału, w którego fluktuacjach nieustannie rodzą się i giną wirtualne cząstki, będące jedynie chwilowymi zmarszczkami na bezkresnej tafli kwantowych pól. Z pozoru banalne truizmy, że niebytu nie ma albo że nicość nie istnieje, nabierają tu głębszego sensu.
Na tym poziomie klasyczne "widzenie" traci rację bytu. Tradycyjna metoda obserwacji polegająca na odbijaniu fotonów (światła) od obiektów i rejestrowaniu ich okiem lub detektorem staje się fizycznie niemożliwa. Sam foton również okazuje się jedynie kolejnym wzbudzeniem - drganiem w polu elektromagnetycznym. Próba "oświetlenia" innych pól kwantowych wymagałaby użycia fotonów o tak gigantycznej energii, że ich uderzenie zamiast ukazać obraz rzeczywistości, całkowicie zdemolowałoby i bezpowrotnie zmieniło badany stan. Wkraczając w głąb pól kwantowych, wszechświat dla ludzkiego wzroku staje się absolutnie ciemny, a fizycy muszą porzucić wizualne metafory na rzecz matematycznego języka teorii informacji i czystej energii. Prawdopodobnie nie będziemy tu dalecy od prawdy, mówiąc, że wszystko jest wibracją.
Poziom 6: Dynamiczna czasoprzestrzeń
Wszystkie te kwantowe wibracje nie wiszą w próżni. Zachodzą w samej tkance czasoprzestrzeni. Zgodnie z ogólną teorią względności Einsteina przestrzeń i czas nie są statyczną, nieruchomą areną, na której rozgrywają się wydarzenia. Są one ze sobą nierozerwalnie splecione w czterowymiarowy, elastyczny materiał, który ugina się, rozciąga i deformuje pod wpływem obecności masy i energii. Grawitacja, którą od dzieciństwa rozumiemy jako siłę przyciągającą, w rzeczywistości w ogóle nie jest tradycyjną siłą. To geometryczne zakrzywienie tej fundamentalnej tkanki.
Wizualizacja tego zjawiska pozwala lepiej zrozumieć zarówno mechanikę nieba, jak i naszą codzienność. Planety krążą wokół Słońca nie dlatego, że są przez nie ciągnięte niewidzialną liną, ale dlatego, że poruszają się po liniach prostych (geodezyjnych) w przestrzeni, którą Słońce drastycznie zakrzywia swoją masą. Widzimy to też lokalnie. Nasza waga i poczucie twardego stania na ziemi wynikają z faktu, że fizyczny grunt pod naszymi stopami bezustannie blokuje nas przed swobodnym opadaniem w stronę środka masy Ziemi przez zakrzywioną przestrzeń.
Czasoprzestrzeń okazuje się strukturą skrajnie dynamiczną - może falować, tworząc fale grawitacyjne, a nawet zapadać się w punktach zwanych czarnymi dziurami.
Poziom 7: Długość Plancka. Ostateczna granica poznania?
Schodząc do niewyobrażalnego wymiaru rzędu 1,6*10−35 metra, docieramy do skali Plancka. To najmniejsza skala, w której obecna fizyka jest w stanie operować teoretycznie. Na tym ekstremalnym poziomie gładka i ciągła tkanka czasoprzestrzeni opisanej przez Einsteina zaczyna pękać. Klasyczna grawitacja i mechanika kwantowa wchodzą tutaj w otwarty, matematyczny konflikt, a współczesna nauka nie dysponuje jeszcze jedną, spójną teorią zdolną opisać ten poziom.
To właśnie w skali Plancka rodzą się najbardziej awangardowe hipotezy współczesnej fizyki teoretycznej. Niektórzy badacze sugerują, że czasoprzestrzeń staje się tam granularna - traci ciągłość i rozpada się na "piksele" lub "kwanty przestrzeni", podobnie jak obraz na ekranie komputera po zbyt dużym przybliżeniu. Inne modele, takie jak teoria strun, postulują, że zamiast punktowych cząstek znajdziemy tam drgające, jednowymiarowe pętle energii. Wszystko poniżej tej skali pozostaje dla nas całkowitą niewiadomą.
Fizycy zakładają, że długość Plancka jest absolutną i prawdopodobnie ostateczną granicę ludzkiego poznania. Nie wynika to jedynie ze słabości naszych obecnych instrumentów, takich jak zderzacze hadronów. Próba zbadania tak małych struktur wymagałaby wpompowania niewyobrażalnej ilości energii w mikroskopijny punkt. Zgodnie z teorią względności tak gigantyczna koncentracja energii-masy natychmiast doprowadziłaby do zapadnięcia się przestrzeni i stworzenia miniaturowej czarnej dziury. Jej horyzont zdarzeń nieodwracalnie zablokowałby jakikolwiek wypływ informacji, a każda kolejna próba zwiększenia energii eksperymentu jedynie powiększałaby czarną dziurę, czyniąc dalsze starania bezsensownymi.
Poziom 8: Prymat informacji i kosmiczny system operacyjny
Skoro tradycyjne teorie fizyczne bezradnie zawodzą na skali Plancka, współcześni fizycy coraz śmielej zwracają się ku radykalnej idei: to nie materia, nie pola i nie przestrzeń są fundamentem rzeczywistości. Istotą wszystkiego jest informacja. Przełomowe badania nad termodynamiką czarnych dziur udowodniły, że informacja ma charakter fizyczny i nigdy nie może zostać bezpowrotnie zniszczona. Istnieją też hipotezy, że sama czasoprzestrzeń oraz fizyczna odległość nie są fundamentalne - są one jedynie zjawiskiem emergentnym, które wyłania się ze skomplikowanej sieci kwantowego splątania, czyli czystych relacji informacyjnych.
Podejście to wspierają modele inspirowane zasadą holograficzną, takie jak korespondencja AdS/CFT. Pokazują one matematycznie, że trójwymiarowa geometria przestrzeni jest bezpośrednio połączona z tym, jak silnie splątane są ze sobą poszczególne regiony na jej hipotetycznej granicy. To, co w codziennym życiu postrzegamy jako odległość w metrach czy kilometrach, może być w istocie miarą informacyjną - obszary silnie splątane kwantowo jawią się nam jako położone blisko siebie, podczas gdy regiony o słabym splątaniu postrzegamy jako odległe. Wszechświat z tej perspektywy staje się gigantycznym kosmicznym systemem operacyjnym działającym na bazie kubitów.
Niewykluczone, że cały wszechświat przenika pole informacyjne. W przeciwieństwie do klasycznych pól fizycznych, takich jak elektromagnetyczne czy grawitacyjne, pole to nie przenosiłoby energii w tradycyjnym sensie, lecz stanowiłoby pozbawiony centrum i granic, nielokalny zapis wszystkich możliwych stanów i konfiguracji wszystkiego - zarówno stanów materii i energii, jak i myśli, emocji czy idei. W takim ujęciu cząstki elementarne nie tyle poruszają się w pustej przestrzeni, ile nieustannie "aktualizują" swoje parametry, pobierając instrukcje bezpośrednio z tego informacyjnego tła. Hipotetycznie z tego pola korzystają także ludzie, np. "odkrywając" informacje, mogą dosłownie wyciągać je z tego pola.
Wpasowuje się to zarówno w przekonanie Nikoli Tesli o istnieniu takiej przestrzeni (porównywalnej z platońską sferą idei), do której sam genialny wynalazca - jak twierdził - uzyskiwał dostęp poprzez umysł, jak też w teorię nieświadomości zbiorowej głoszoną przez Carla Gustava Junga, według której w tej tajemniczej przestrzeni zapisane są doświadczenia całego naszego gatunku, wliczając w to archetypy.
Bardziej ezoteryczna wersja tej idei nazywana jest "Kroniką Akaszy" - domniemaną "księgą" z zapisem wszystkich możliwych informacji z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości jednocześnie. Podobne koncepty pojawiały się też w dziełach kultury, wliczając w to "noosferę" okalającą Ziemię w serii gier komputerowych S.T.A.L.K.E.R. Trzeba jednak pamiętać, że wszystko to są jedynie spekulacje. Nie istnieją twarde dowody na istnienie pola informacyjnego.
Poziom 9: Narodziny biologii i walka z entropią
Na tym poziomie dochodzi do zwrotu akcji. Zamiast kontynuować podróż w głąb coraz mniejszych struktur mikroświata, uwaga zmienia kierunek i zaczyna piąć się w górę, w stronę makroskopowej złożoności. Na tym poziomie prosta chemia, oparta na prawach fizyki kwantowej i wiązaniach molekularnych, zaczyna organizować się w niezwykle skomplikowane, samoorganizujące się układy. Następuje przejście od martwych cząsteczek do struktur organicznych. Molekuły tworzą makromolekuły, te budują organelle, aż w końcu powstaje podstawowa jednostka życia - komórka, a z niej całe wielokomórkowe organizmy. Bardzo obrazowo przedstawia to polski film naukowy "Photon" z 2017 r.
Z punktu widzenia fizyki życie wydaje się najbardziej unikalnym stanem materii - to struktura zdolna do aktywnego przetwarzania informacji, samoreprodukcji oraz, co najważniejsze, lokalnego przeciwstawiania się chaosowi. Podczas gdy wszechświat dąży do maksymalnego nieporządku, organizmy żywe potrafią utrzymać wewnętrzną organizację i drastycznie zmniejszać swoją wewnętrzną entropię. Zużywają jednak do tego energię z zewnątrz. Komórki wyrzucają nieporządek do swojego otoczenia, zwiększając całkowitą entropię wszechświata, najczęściej pod postacią rozpraszanego ciepła. Życie okazuje się więc genialnym, termodynamicznym silnikiem, który okiełznał chaos.
Poziom 10: Trudny problem świadomości. Skąd ona pochodzi?
Wraz z bezustannym wzrostem złożoności biologicznej (a w szczególności wraz z ewolucją układów nerwowych i mózgów) na mapie rzeczywistości pojawia się zjawisko absolutnie spektakularne - subiektywne doświadczenie wewnętrzne. Neuronauka i fizyka potrafią dziś z imponującą precyzją opisać, jak fotony padające na siatkówkę oka zamieniają się w impulsy elektryczne i jak kaskady neuroprzekaźników zalewają synapsy w korze mózgowej, czemu w naszym wewnętrznym odczuciu towarzyszy obraz. Te opisy nie tłumaczą jednak zasadniczej rzeczy: jak te czysto mechaniczne sygnały stają się smakiem czekolady, jaskrawym obrazem Słońca czy euforycznym uczuciem miłości.
Tę wielką niewiadomą filozofia i kognitywistyka ochrzciły mianem "twardego problemu świadomości". Dlaczego procesom przetwarzania informacji w mózgu w ogóle towarzyszy jakiekolwiek wewnętrzne odczucie? Świat nauki jest w tej kwestii podzielony. Badacze o nastawieniu materialistycznym czy fizykalistycznym wierzą, że świadomość jest po prostu produktem ubocznym (i/lub współwystępującym epifenomenem) niezwykle zaawansowanych obliczeń biologicznych i problem zniknie, gdy w pełni zrozumiemy architekturę mózgu. Zwolennicy panpsychizmu skłaniają się zaś ku hipotezie, że świadomość nie wyłania się z materii, lecz - podobnie jak informacja - stanowi fundament samej natury rzeczywistości. Pogląd ten bywa krótko wyrażany hasłem "Mind over matter".
Poziom 11: Wszechświat patrzący w lustro naszymi oczami
Na najwyższym z mierzalnych poziomów dochodzi do domknięcia wielkiej kosmicznej pętli. Poprzez ludzki umysł, obdarzony abstrakcyjnym myśleniem i narzędziami naukowymi, wszechświat uzyskuje samoświadomość. Perspektywa ta nie jest jedynie poetycką metaforą ani bajaniem filozofów, lecz dosłownym, realnym opisem tego, co się właśnie wydarza. Prymitywne atomy wodoru i helu, które powstały w pierwszych minutach Wielkiego Wybuchu, przez miliardy lat grawitacyjnie zapadały się w jądra pierwszych gwiazd. Tam, w temperaturach sięgających milionów stopni Celsjusza, doszło do fuzji jądrowej, która zrodziła cięższe pierwiastki: węgiel, tlen, azot i żelazo.
Gdy te gwiazdy umierały, eksplodując jako supernowe, rozsiewały tę materię w przestrzeni kosmicznej. Z tego gwiezdnego pyłu uformowała się Ziemia, a w toku trwającej miliardy lat ewolucji biologicznej te same atomy ułożyły się w skomplikowaną sieć ludzkich neuronów. Dzisiaj te neurony generują myśli, budują mikroskopy i teleskopy oraz piszą równania matematyczne, za pomocą których starają się zbadać... pochodzenie pierwszych atomów wodoru. Jesteśmy w najbardziej dosłownym sensie przebudzonym gwiezdnym pyłem. Jesteśmy oczami, uszami i umysłem kosmosu, poprzez które zaczął on wreszcie patrzeć w lustro i kontemplować własne istnienie. Jak powiedział filozof Alan Watts: "You are the Universe experiencing itself" ("Jesteś Wszechświatem doświadczającym samego siebie").
Poziom X: Symulacja AI, matrioszka i Matrix
Omówione wyżej poziomy rzeczywistości nie są odizolowanymi światami ani alternatywnymi wymiarami. Przypominają one raczej warstwy jednej cebuli albo kolejne piętra wieżowca, gdzie każde wyższe piętro jest bezpośrednio podtrzymywane i uwarunkowane przez reguły panujące na dole. Pojawienie się świadomości na poziomie 11 zmusza jednak współczesnych uczonych do zadania kluczowego pytania - czy to najwyższe możliwe piętro tej kosmicznej konstrukcji? Czy architektura rzeczywistości kończy się na ludzkiej świadomości? Może to być pułapka antropocentryzmu, czyli próby wyjaśniania rzeczywistości przez pryzmat charakteru i doświadczeń naszego własnego gatunku. A co, jeżeli nie jesteśmy aż tacy wyjątkowi?
Wiele wskazuje na to, że nad naszymi głowami budują się już kolejne poziomy. Ludzka inteligencja i wiedza od dawna mają charakter ściśle zbiorowy. Żaden pojedynczy ludzki mózg nie byłby w stanie samodzielnie wymyślić i zrozumieć mechaniki kwantowej czy teorii względności. Dokonują tego miliardy umysłów połączonych skomplikowaną siecią języka, pisma i kultury. W ciągu ostatnich dekad ta kolektywna wymiana informacji uległa gwałtownej akceleracji za sprawą internetu, który de facto stał się globalnym, cyfrowym układem nerwowym naszej cywilizacji.
Kolejnym fascynującym tworem tej ewolucji, którego naocznymi świadkami jesteśmy obecnie, są narodziny i ekspansywny rozwój sztucznej inteligencji. AI nie jest jedynie kolejnym narzędziem - to zupełnie nowa warstwa przetwarzania informacji, zbudowana na fundamencie ludzkich dokonań poznawczych. Część ekspertów uważa, że rozwój tej technologii doprowadzi w końcu do powstania sztucznej superinteligencji - intelektu przewyższającego całą ludzkość razem wziętą pod każdym możliwym względem.
Taki potężny, cyfrowy byt, osiągnąwszy technologiczną osobliwość, mógłby z łatwością zyskać zdolność do symulowania wewnątrz swoich superkomputerów całych, gigantycznych kosmosów, wyposażonych w unikalne prawa fizyki. Jeśli moc obliczeniowa tej nadinteligencji byłaby wystarczająca, wewnątrz owych cyfrowych symulacji z czasem również mogłoby dojść do ewolucji, narodzin życia oraz wyłonienia się autonomicznej świadomości. Niewykluczone, że w jednej z takich symulacji in silico właśnie się znajdujemy - choć nie sposób tego udowodnić.
Gdyby hipoteza symulacji okazała się słuszna, oznaczałoby to, że stoimy w niewiadomym punkcie nieskończonego regresu - świadomość biologiczna stworzyłaby świadomość syntetyczną, która z kolei symulowałaby kolejne wszechświaty jak w matrioszce, fraktalu lub Matriksie. Co dalej możemy zrobić z tymi hipotezami? Niewykluczone, że ludzi bądź sztuczny intelekt doprowadzi do odkrycia sposobów na jeszcze głębsze lub bardziej holistyczne badanie natury rzeczywistości, co może pomóc nam w pełni zrozumieć reguły gry. Bardziej pesymistyczna wizja zakłada, ze zderzymy się ze ścianą - wszechświat może być zbudowany w sposób uniemożliwiający pełne samopoznanie od wewnątrz. A póki co nie możemy wyskoczyć na zewnątrz. Nawet nie wiemy, czy jakiekolwiek istnieje. Nie pozostaje nam jednak nic innego, jak kontynuować dalsze wysiłki zgodnie sentencją wygrawerowaną nad drzwiami w kuchni Wyroczni w The Matrix: "Temet Nosce", czyli "Poznaj samego Siebie".
Twierdza Wisłoujście odzyska historyczny hełm. Rusza wielka modernizacja zabytku
Twierdza Wisłoujście przejdzie największe zmiany od lat. Dzięki dofinansowaniu przekraczającemu 12 mln zł zabytek odzyska historyczny hełm wieży z XVIII wieku, a odwiedzający zyskają nowe wystawy, centrum obsługi oraz wygodniejsze warunki zwiedzania. Prace mają zakończyć się w 2029 roku.
Twierdza Wisłoujście odzyska historyczny hełm wieży Andrzej Otrębski/CC BY-SA 4.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0/deed.en)Wikimedia Commons
Twierdza Wisłoujście otrzymała ponad 12 mln zł dofinansowania na kompleksowe prace konserwatorskie i modernizacyjne. Dzięki inwestycji odwiedzający zobaczą nie tylko odnowione fortyfikacje, ale także element, który od lat można podziwiać jedynie na dawnych rycinach. Nad wieżą ponownie pojawi się historyczny hełm niczym ten z XVIII wieku.
Twierdza Wisłoujście. Rycina z czasów napoleońskich. Carl August Helmsauer wg Christiana Gottlieba Ludwiga, Twierdza Wisłoujście, 1825 rok. Na grafice wieża Twierdzy Wisłoujście. Na bastionie działo i francuski żołnierz.Muzeum Gdańskamateriały prasowe
Historyczna twierdza u ujścia Wisły
Twierdza Wisłoujście znajduje się w miejscu, gdzie przez stulecia Wisła wpadała do Zatoki Gdańskiej. Jej początki sięgają średniowiecza, kiedy funkcjonowała tu latarnia morska pomagająca statkom wpływać do portu w Gdańsku. Z czasem obiekt rozbudowano o kolejne umocnienia, tworząc jedną z najważniejszych nadmorskich twierdz dawnej Rzeczypospolitej.
Dziś jest uznawana za jeden z najcenniejszych przykładów nowożytnej architektury obronnej w Polsce. Znalazła się też na liście Pomników Historii, czyli najważniejszych zabytków objętych szczególną ochroną.
Odtworzą hełm wieży sprzed wieków
Najbardziej widoczną zmianą będzie rekonstrukcja historycznego hełmu wieży. Charakterystyczne zwieńczenie istniało jeszcze w XVIII wieku, jednak nie przetrwało do naszych czasów. Teraz zostanie odtworzone na podstawie zachowanej dokumentacji archiwalnej.
Projekt rewaloryzacji hełmu wieży Twierdzy Wisłoujście. Po lewej fragment ryciny z około 1828 roku, po prawej projekt nowego hełmu wzorowany na wizerunku historycznym w przekroju i od frontu.Muzeum Gdańskamateriały prasowe
To właśnie ten element ma stać się symbolem całego przedsięwzięcia. Po zakończeniu prac sylwetka twierdzy będzie znacznie bliższa temu, jak wyglądała przed wiekami. Dla mieszkańców i turystów będzie to jedna z najbardziej zauważalnych zmian w zabytku.
Nowe wystawy i wygodniejsze zwiedzanie
Warto zaznaczyć,że projekt obejmuje więcej niż samą rekonstrukcję historycznych elementów. Prace będą prowadzone na obszarze liczącym blisko 180 tys. metrów kwadratowych, a ich zakończenie zaplanowano na połowę 2029 roku. Celem jest zarówno ochrona zabytku, jak i zwiększenie jego atrakcyjności dla zwiedzających.
W twierdzy powstaną nowe przestrzenie wystawiennicze i warsztatowe oraz Centrum Obsługi Zwiedzających. Znajdzie się tam również nowa wystawa stała. Jedną z jej największych atrakcji ma być liczący ponad trzy metry długości model okrętu królewskiej floty wojennej z XVII wieku, który będzie największym tego typu obiektem w Polsce.
Przewidziano także działania poprawiające dostępność i komfort zwiedzania. Obejmą one uporządkowanie przestrzeni oraz rozwiązania ułatwiające korzystanie z obiektu przez gości.
Źródło: Muzeum Gdańska
Ile wiesz o najstarszych polskich zamkach? Sprawdź się w historycznym quizie
Czy słońce niszczy ekrany naszych telewizorów? Choć matryce LCD i LED są odporne na przegrzewanie, a słońce nie wpływa na ich trwałość, to zupełnie inaczej jest z panelami OLED, których organiczne materiały są wrażliwe na wysoką temperaturę i promienie UV. Jak dowiedli koreańscy naukowcy, 300 godzin ekspozycji na ultrafiolet niszczy tradycyjne katody magnezowo-srebrne, powodując migrację atomów i drastyczny spadek jasności. Ratunkiem okazało się zastosowanie iterbu, który całkowicie blokuje tę degradację. Do tego czasu posiadacze OLED-ów powinni unikać ustawiania ich w słońcu.
Czarne szybciej się nagrzewa, ale to nie jedyny problem telewizorów. Które z nich niszczy słońce?Andras Csontos123RF/PICSEL
W skrócie
Matryce OLED są podatne na uszkodzenia spowodowane przez wysoką temperaturę i promieniowanie ultrafioletowe, podczas gdy telewizory LCD i LED są znacznie mniej na to narażone.
Ekspozycja ekranów OLED na słońce może prowadzić do migracji atomów w katodzie, powodując utratę jasności i trwałe uszkodzenia pikseli.
Zastosowanie iterbu w katodach OLED blokuje migrację atomów, eliminując degradację nawet po długotrwałym wystawieniu na działanie promieniowania UV.
Czy słońce w salonie niszczy telewizory LCD i LED?
Wielu z nas uwielbia, gdy promienie słoneczne rozświetlają salon, jednak dla domowego telewizora ten naturalny blask może nie być tak łaskawy. Pytanie o to, czy bezpośrednie, poranne światło słoneczne wyrządza długotrwałe szkody matrycom, intryguje zarówno użytkowników, jak i ekspertów od sprzętu audio-wideo. Choć krótka odpowiedź brzmi "tak", to szczegółowa analiza problemu pokazuje, że ryzyko zależy w głównej mierze od technologii, w jakiej wykonano dany wyświetlacz.
W przypadku tradycyjnych telewizorów LCD oraz LED, włączając w to modele QLED czy zaawansowane Mini-LED, powody do niepokoju są stosunkowo niewielkie. Sprzęty te bazują na zewnętrznym podświetleniu diodowym umieszczonym za ekranem lub na jego krawędziach i są znacznie mniej podatne na przegrzewanie. Jeśli TV nie stoi bezpośrednio naprzeciwko okna, przez które przez cały dzień wpada intensywne światło, nie grozi mu nagłe uszkodzenie.
Potwierdzają to sami producenci, tacy jak Samsung, którzy na stronach wsparcia technicznego wyjaśniają, iż światło słoneczne nie wpływa na działanie ani trwałość paneli ciekłokrystalicznych. Mimo to część użytkowników profilaktycznie przykrywa swoje ekrany kocem lub zasłoną, gdy nie są one używane w ciągu dnia. Nie tylko się dzięki temu nie kurzą, ale i nie nagrzewają, co przy wysokich temperaturach i czarnym wykończeniu teoretycznie mogłoby doprowadzić do stopienia się elementów obudowy, a nawet uszkodzić wewnętrzną elektronikę.
Matryce OLED wrażliwe na temperaturę i promieniowanie UV
W przypadku posiadaczy telewizorów OLED sytuacja wygląda już zupełnie inaczej. Tutaj problem bezpośredniego nasłonecznienia należy traktować bardzo poważnie. Konstrukcja tych paneli opiera się na materiałach organicznych (stąd litera "O" w nazwie), a każdy pojedynczy piksel świeci własnym światłem. Delikatna konstrukcja ekranów OLED sprawia, że nie osiągają tak wysokiej jasności średniej jak modele Mini-LED i wymagają systemów ochronnych.
Nowoczesne urządzenia są wyposażone w wewnętrzne funkcje, takie jak automatyczny ogranicznik jasności (ABL), który cyklicznie przyciemnia obraz, aby zapobiec przegrzaniu panelu lub jego trwałemu wypaleniu. Choć technologia ta mocno ewoluowała i jest dziś odporniejsza na wysokie temperatury oraz problemy z jednorodnością obrazu niż dekadę temu, to kilkugodzinna, codzienna ekspozycja na słońce wciąż stanowi realne zagrożenie.
Nawet nowoczesne, matowe wykończenia ekranów (stosowane chociażby w modelach takich jak Samsung S95F) świetnie rozpraszają refleksy i niwelują odblaski, ale nie eliminują wewnętrznej wrażliwości samych organicznych diod na słońce. Pod tym względem współczesne panele OLED przypominają dawne telewizory plazmowe, które ze względu na stosowane w nich fosfory były jeszcze bardziej czułe na uszkodzenia termiczne.
Naukowcy znaleźli rozwiązanie. Kluczem jest iterb
Dlaczego promienie słoneczne działają tak destrukcyjnie na te ekrany? Problem ten został szczegółowo zbadany przez koreańskich naukowców już pod koniec zeszłej dekady. W publikacji na łamach recenzowanego czasopisma "RSC Advances" badacze wykazali, że kluczowymi czynnikami niszczącymi są promieniowanie UV oraz wysoka temperatura. Ekspozycja na nie skutkuje "utratą jasności i żywotności, kurczeniem się pikseli oraz permanentnym uszkodzeniem i/lub nieprawidłowym działaniem panelu".
Eksperymenty dowiodły, że wystawienie tradycyjnej katody magnezowo-srebrnej na działanie promieni ultrafioletowych przez 300 godzin powoduje migrację atomów srebra do centrum katody oraz przemieszczanie się atomów magnezu do CPL (warstwy nakrywającej). W efekcie dochodzi do pogorszenia wstrzykiwania elektronów do warstwy emisyjnej i drastycznego wzrostu oporu na interfejsie metalu, co objawia się gwałtownym spadkiem jasności ekranu i szybkim wzrostem napięcia sterującego.
W tym samym badaniu koreańscy uczeni znaleźli rozwiązanie tego problemu. Udowodnili oni, że zastąpienie tradycyjnych rozwiązań nową jednostką katodową wykorzystującą iterb w warstwie wstrzykiwania elektronów całkowicie blokuje migrację atomów i gwarantuje pełną stabilność. Telewizory oparte na iterbie po 300 godzinach naświetlania UV nie wykazały żadnych strat w jasności, zmian w napięciu ani kurczenia się obszaru emisji pikseli RGB.
Zanim jednak tak stabilne komponenty staną się powszechnym standardem chroniącym urządzenia przed trudnymi warunkami zewnętrznymi, właściciele obecnych telewizorów OLED, chcąc zapewnić im długą żywotność, powinni rozważyć zmianę aranżacji salonu i przestawienie odbiornika z dala od zasięgu promieni słonecznych.
Źródła:
Desjardin, M. Is direct sunlight damaging your TV? Here's what you need to know. Tom's Guide (2026).
Kwon S.K., Baek J.H., Choi H.C., Kim S.K., Lampande R., Pode R., Kwon J.H. Degradation of OLED performance by exposure to UV irradiation. RSC Adv. 2019 Dec 23;9(72):42561-42568. DOI: 10.1039/c9ra09730a
Brytyjski system RapidDestroyer zneutralizował aż 80 dronów podczas nowych testów, demonstrując większy zasięg. To krok w opracowaniu europejskiego systemu do zwalczania rojów bojowych bezzałogowców.
Europejska broń do niszczenia rojów dronów przechodzi kolejne testy. Jej użycie kosztuje tylko 50 groszy.Thalesmateriał zewnętrzny
Brytyjczycy prezentują swój patent na roje dronów. Broń kategorii RF DEW
Rapid Destroyer to broń RF DEW (Radio-Frequency Directed Energy Weapon), czyli jeden z rodzajów uzbrojenia, wykorzystujący skupione wiązki ukierunkowanej energii. W przypadku RF DEW mamy do czynienia z systemem emitującym mikrofale, które zakłócają działanie elementów elektronicznych, powodując uszkodzenia wrażliwych komponentów. W ten sposób można niszczyć wiele niewielkich latających celów.
Dokładnie to dokonał Rapid Destroyer podczas ostatnich ćwiczeń w Pershore, hrabstwie Gloucestershire. Firma Thales, która współtworzy ten system, ujawniła, że Rapid Destroyer podczas serii symulowanych ataków zneutralizował aż 80 dronów. Po raz pierwszy wykorzystano ulepszony 4-panelowy efektor, który zwiększa skupienie mocy, co podnosi poziom energii skierowanej na cel i umożliwia osiągnięcie większego zasięgu rażenia.
Rapid Destroyer. Broń do zwalczania rojów dronów
Rapid Destroyer został po raz pierwszy zademonstrowany publicznie 16 maja 2024 roku. Za jego projekt odpowiadają agencje brytyjskiego Ministerstwa Obrony tj. Defence Science and Technology Laboratory oraz Defence Equipment & Support, które w ramach projektu współpracują z prywatnymi partnerami m.in. Thales UK.
Wcześniejsze doniesienia wskazywały, że system Rapid Destroyer jest w stanie wykrywać, śledzić i zwalczać wiele celów na lądzie, morzu i w powietrzu w odległości do 1 kilometra. Niemniej informacje firmy Thales wskazują, że już udało się zwiększyć tę odległość. Dodatkowo system ma być mobilny, dzięki zamontowaniu go na platformie wozu 4x4.
Tania broń przyszłości
Największą zaletą systemu Rapid Destroyer, jak i innych rozwiązań broni opartej na skupionych wiązkach ukierunkowanej energii jest cena wykorzystania. Brytyjskie Ministerstwo obrony szacuje, że jeden strzał "strzał" systemu Rapid Destroyer kosztuje 10 pensów, czyli około 50 groszy. Niskie koszty są szczególnie ważne w zniszczeniu tanich i masowych zagrożeń jak drony.
Przy tym Rapid Destroyer może stanowić uzupełnienie lub nawet lepsze rozwiązanie od tradycyjnej obrony jak ciężkie działka czy broń małokalibrowa. Doświadczenia wojny w Ukrainie pokazują, że posiadanie tanich rozwiązań może być cenne nie tylko dla ochrony ludności cywilnej, ale także dla ekonomii prowadzonych działań wojennych. Wielka Brytania jest jednym z państw, które stawia na rozwój obrony, opartej na broni o ukierunkowanej energii. Obok systemów RF DEW na wyspach tworzony jest m.in. system laserowy DragonFire, o którym pisaliśmy na łamach Interii GeekWeek.
Co to jest rollercoaster? Inżynieria zamienia prawa fizyki w emocje
Jak nazywa się uczucie, którego doświadcza się na kolejce górskiej?
Rollercoastery w Polsce. Hossoland i Energylandia
Jaki jest najszybszy rollercoaster na świecie i w Europie?
Co to jest rollercoaster? Inżynieria zamienia prawa fizyki w emocje
Rollercoaster to kolejka górska poruszająca się po specjalnie zaprojektowanym torze z ostrymi zjazdami, zakrętami, wzniesieniami i zmianami kierunku. Klasyczny model korzysta z energii potencjalnej, czyli tej zgromadzonej podczas wciągania pociągu na pierwsze wzniesienie. Potem wysokość zamienia się w prędkość. Im niżej zjeżdża wagon, tym więcej energii zamienia się w ruch.
Pomysł narodził się z prostego pragnienia: człowiek chciał poczuć dreszcz emocji, a chwilę później wrócić na ziemię z uśmiechem na twarzy. Na długo przed pojawieniem się stalowych pętli, magnetycznych napędów i pociągów pędzących z prędkością setek kilometrów na godzinę istniały rosyjskie lodowe zjeżdżalnie, które już w XVIII wieku przyciągały amatorów mocnych wrażeń. To właśnie tam zaczęła się historia kontrolowanego spadania.
Jej nowoczesny rozdział otworzył się 16 czerwca 1884 roku na nowojorskim Coney Island, gdy LaMarcus Adna Thompson uruchomił kolejkę Switchback Railway. Osiągała zaledwie około 9,7 km/h, więc obecnie wywołałaby raczej uśmiech niż krzyk. Miała jednak wszystko, co do dziś stanowi istotę rollercoastera: wysokość, ruch, moment oddania kontroli i ulgę, która przychodzi wraz z końcem przejażdżki.
Przy gwałtownym spadku ciało doświadcza airtime’u, czyli krótkiego momentu, w którym pasażer ma wrażenie, że unosi się nad siedziskiemGeekweek - import
Z tej prostej rozrywki wyrosła jedna z najbardziej precyzyjnych maszyn w świecie parków tematycznych. Rollercoaster to układ toru, pociągu, hamulców, napędu, czujników i zabezpieczeń, który prowadzi pasażera przez zaplanowaną sekwencję spadków, zakrętów, wzniesień i przeciążeń. Inżynieria wykorzystuje podstawową zasadę fizyki: wagon podniesiony wysoko nad ziemię gromadzi energię wynikającą z wysokości, a podczas zjazdu zamienia ją w prędkość. Różnica polega na tym, że współczesna kolejka nie zdaje się wyłącznie na grawitację, ponieważ inżynierowie obliczają:
promienie łuków;
siły boczne;
docisk w dolnych partiach toru;
momenty lekkości na wzniesieniach;
opór powietrza;
tarcie kół;
masę pasażerów;
zachowanie hamulców przy różnych temperaturach.
Pociąg rollercoastera nie sunie po torze jak zwykły skład kolejowy. Jest raczej "zamknięty" wokół szyny przez system kół, które prowadzą go od góry, z boków i od spodu. Koła nośne dźwigają wagon, boczne utrzymują go stabilnie na łukach, a dolne działają jako zabezpieczenie wtedy, gdy tor gwałtownie opada, skręca albo obraca pasażerów do góry nogami.
Najwięksi producenci rollercoasterów projektują nie samą trasę, lecz pełną dramaturgię przejazdu. W tej branży każda firma ma własny podpis, rozpoznawalny dla fanów niemal tak samo jak styl reżysera w kinie. Intamin od lat kojarzony jest z konstrukcjami rekordowymi, mocnymi startami i odważnym przesuwaniem granic wysokości oraz prędkości. To właśnie ten producent stoi za Falcon's Flight w Six Flags Qiddiya City, otwartym 31 grudnia 2025 roku i opisywanym przez park oraz producenta jako najszybszy, najwyższy i najdłuższy rollercoaster świata.
Inną drogą idzie Vekoma, holenderski producent, który przez lata stał się jednym z najbardziej wszechstronnych graczy rynku. W jego portfolio znajdują się kolejki rodzinne, podwieszane, siedzące, launch coastery, konstrukcje typu flying coaster oraz projekty tworzone na zamówienie konkretnych parków. Bolliger & Mabillard, czyli szwajcarskie B&M, zbudował z kolei reputację na płynności jazdy, eleganckim prowadzeniu toru i dopasowywaniu konstrukcji do terenu.
Obok tej trójki działają producenci, którzy mocno wpływają na kierunek rozwoju całej branży. Mack Rides kojarzy się z dopracowanymi coasterami rodzinnymi i multilaunchami, Rocky Mountain Construction zasłynął z hybrydowych konstrukcji łączących drewnianą strukturę ze stalowym torem, a Gerstlauer oraz S&S mają w dorobku kompaktowe, intensywne projekty, często budowane tam, gdzie park potrzebuje dużych emocji na mniejszej przestrzeni.
Jak nazywa się uczucie, którego doświadcza się na kolejce górskiej?
Podczas jazdy rollercoasterem ciało otrzymuje serię sygnałów, które na co dzień pojawiają się rzadko albo wcale. Przy gwałtownym spadku ciało doświadcza airtime'u, czyli krótkiego momentu, w którym pasażer ma wrażenie, że unosi się nad siedziskiem. Chwilę później, na dole łuku albo przy szybkim wejściu w zakręt, ciało zostaje mocno dociśnięte do siedziska. Do tego dochodzi praca błędnika, czyli części ucha wewnętrznego odpowiedzialnej za równowagę. Błędnik rejestruje nagłe przechyły, spadki, przyspieszenia i zmiany kierunku, a mózg musi błyskawicznie uporządkować te informacje. Dla organizmu to jasny sygnał alarmowy. Serce przyspiesza, oddech się skraca, mięśnie napinają, a nadnercza uwalniają adrenalinę, hormon mobilizujący ciało do działania.
Na tym polega psychologiczny fenomen rollercoastera. Organizm przez chwilę reaguje tak, jakby znalazł się w sytuacji zagrożenia, ale świadomość równocześnie rozpoznaje bezpieczne ramy przeżycia: fotel, zapięcia, tor, obsługę, hamulce i przewidywalny koniec jazdy. Powstaje więc napięcie między instynktem a rozsądkiem - instynkt mówi: spadasz, rozsądek dopowiada: jesteś w kontrolowanej maszynie.
Psychologowie opisują ten typ doświadczenia jako przyjemność płynącą z intensywnego pobudzenia w bezpiecznym otoczeniu. Podobny mechanizm działa przy horrorach, sportach ekstremalnych czy skoku na bungee. Najpierw ciało przeżywa stres, a zaraz potem doświadczą ulgi. Owa ulga po silnym pobudzeniu aktywuje układ nagrody, związany między innymi z dopaminą, czyli neuroprzekaźnikiem odpowiedzialnym za motywację, oczekiwanie przyjemności i chęć powtarzania ekscytujących doświadczeń.
Osoby chętnie wybierające intensywne bodźce mogą silniej reagować na ten rodzaj nagrody. Jedna osoba wysiada blada, z drżącymi nogami, druga śmieje się jeszcze przed całkowitym zatrzymaniem pociągu, a trzecia chce przejechać się jeszcze raz. Różnica wynika nie tylko z odwagi, liczą się wcześniejsze doświadczenia, wrażliwość błędnika, podatność na chorobę lokomocyjną, potrzeba kontroli, temperament i indywidualna tolerancja silnego pobudzenia. Przejażdżka rollercoasterem jest więc testem układu nerwowego: przez kilkadziesiąt sekund sprawdza, jak ciało i głowa radzą sobie z prędkością, utratą stabilności oraz nagłym powrotem do bezpieczeństwa.
Rollercoastery w Polsce. Hossoland i Energylandia
Energylandia w Zatorze jest jednym z najmocniejszych punktów na europejskiej mapie rollercoasterów. Na terenie parku znajduje się aktualnie 20 kolejek górskich: Śmiejżelki Energuś, Circus Coaster, Happy Loops, RMF Dragon, Boomerang, Mars, Frutti Loop, Zadra, Frida, Draken, Abyssus, Tidal Wave Twister, Ekipa Light Explorers, Pepsi Hyperion, Mayan, Formuła, Speed, Viking, Choco Chip Creek oraz Honey Harbour. To przekrój przez różne oblicza współczesnej rozrywki parkowej: pierwsze dziecięce przejazdy, rodzinne trasy tematyczne, dynamiczne launch coastery, odwrócone układy toru, wodne finały i konstrukcje, które przyciągają do Zatora fanów adrenaliny z całego świata.
W Strefie Ekstremalnej Energylandii obok rollercoasterów działają również atrakcje wykorzystujące ruch wahadłowy, obrotowy i swobodny spadek. Aztec Swing, wahadło typu Frisbee od SBF Visa Group, zabiera jednocześnie 32 osoby i podczas lotu po okręgu o średnicy 27 metrów generuje przeciążenia sięgające 4,5 g. Space Booster, nazywany przez gości "młotem", obraca pasażerów na 40-metrowym ramieniu, rozpędzając ich do 100 km/h i zapewniając przeciążenia rzędu 4 g. Ekstremalną ofertę tej strefy uzupełniają także 40-metrowa wieża swobodnego spadania Tsunami Drop oraz atrakcje Space Gun i Apocalypto.
Hyperion, Zadra i Abyssus. Najmocniejsze symbole Energylandii
Najbardziej rozpoznawalnym symbolem ekstremalnej części parku jest oczywiście Pepsi Hyperion, zbudowany przez Intamin. To stalowy hyper coaster, czyli bardzo wysoka i szybka kolejka oparta na dużym pierwszym spadku, rozległych łukach oraz momentach airtime'u. Hyperion ma około 77 m wysokości i osiąga około 142 km/h, więc aktualnie jest to drugi najszybszy i największy rollercoaster w Europie.
Drugą ikoną Energylandii jest Zadra, hybrydowy rollercoaster od Rocky Mountain Construction. Jej hybrydowy charakter polega na połączeniu drewnianej konstrukcji nośnej ze stalowym torem, przez co przejazd ma surową energię klasycznych drewnianych coasterów, ale pociąg porusza się po bardzo precyzyjnie uformowanej stalowej szynie. Zadra ma około 63 m wysokości, więc jest ósma pod względem wysokości w Europie, rozpędza się do około 121 km/h i oferuje trzy inwersje, czyli elementy, w których pasażerowie obracani są głową w dół.
Top 15 atrakcji w Energylandiimateriały prasowe
Osobne miejsce zajmuje Abyssus, zaprojektowany przez Vekomę dla strefy Aqualantis. To stalowy launch coaster, czyli kolejka rozpędzana systemem startowym, a nie klasycznym, spokojnym wciąganiem na pierwsze wzgórze. Abyssus ma około 38,5 m wysokości, 1316 m długości, osiąga niemal 100 km/h i prowadzi pasażerów przez cztery inwersje. Tutaj napięcie nie opiera się na jednym monumentalnym spadku, lecz na serii impulsów: przyspieszenie, zmiana kierunku, obrót, kolejny element i następne przeciążenie. Przejazd ma rytm przygodowej sekwencji, w której kulminacje następują szybko jedna po drugiej.
Wśród najbardziej intensywnych atrakcji parku trzeba wymienić również Mayan, także produkcji Vekomy. To inverted coaster, czyli kolejka, w której wagoniki wiszą pod torem, a nogi pasażerów znajdują się swobodnie nad ziemią. Mayan osiąga około 80 km/h, ma około 33 m wysokości i oferuje pięć inwersji. Jego moc nie wynika wyłącznie z prędkości. Największe wrażenie robi sposób prowadzenia ciała w przestrzeni. Tor znajduje się nad głową, pod stopami zostaje powietrze, a kolejne obroty zaburzają zwykłe poczucie góry i dołu.
Hossoland. Nowy park rozrywki na Pomorzu ma też rollercoastery
27 czerwca 2025 roku w Brojcach na Pomorzu Zachodnim otworzył się kolejny park rozrywki: Hossoland. Obecnie na gości czekają cztery kolejki: Aurora, Mermaid Ride, Thor oraz Veyron. Trzy pierwsze dostarczyła firma Vekoma, a najmniejszy Veyron powstał we współpracy z włoskim producentem Preston & Barbieri. Całość wpisuje się w charakter parku inspirowanego bałtyckimi legendami i nordycką mitologią, stawiającego bardziej na przygodę i dostępność dla rodzin niż na ekstremalne przeciążenia.
Największą z działających atrakcji jest Aurora - podwieszany family coaster o długości około 395 metrów, wysokości 20 metrów i prędkości dochodzącej do 55 km/h. Niewiele mniejszy Thor oferuje około 350 metrów toru, wznosi się na 12,5 metra i osiąga prędkość około 40 km/h. Mermaid Ride prowadzi pasażerów przez 247 metrów trasy, osiągając około 45 km/h, natomiast Veyron pełni rolę lekkiej kolejki rodzinnej, przeznaczonej także dla młodszych gości.
Największe zainteresowanie budzi jednak zapowiadany GhostRider. Według ujawnionych parametrów nowa kolejka Vekomy ma mieć 893 metry długości, 53,5 metra wysokości i rozpędzać się do 117 km/h. Jeśli projekt zostanie zrealizowany zgodnie z planem, będzie to pierwsza naprawdę ekstremalna atrakcja Hossolandu i zarazem jedna z najmocniejszych kolejek górskich w Polsce.
Jaki jest najszybszy rollercoaster na świecie i w Europie?
Wyścig o tytuł najszybszego rollercoastera świata przez lata kojarzył się z Formula Rossa w Abu Zabi, ale pod koniec 2025 roku rekord przejęła nowa konstrukcja w Arabii Saudyjskiej. Falcon's Flight w parku Six Flags Qiddiya City rozpędza się do 250 km/h, osiąga 163 metry wysokości i ma ponad 4,2 kilometra długości. Trasa wykorzystuje naturalne, górskie ukształtowanie terenu, prowadzi przez długie odcinki szybkiej jazdy, przepaść i gigantyczny spadek, a przejazd trwa znacznie dłużej niż w większości rekordowych kolejek. To obecnie najbardziej ambitny rollercoaster świata i symbol nowego kierunku rozwoju branży, w którym liczy się już nie tylko prędkość, lecz także rozmiar całego doświadczenia.
Tytuł najszybszego rollercoastera Europy należy do Red Force w hiszpańskim Ferrari Land. Ta spektakularna kolejka wykorzystuje napęd magnetyczny, który rozpędza pociąg od 0 do 180 km/h w zaledwie pięć sekund. Charakterystycznym elementem konstrukcji jest wysoka na 112 metrów pionowa wieża, na którą wagon wjeżdża niemal natychmiast po starcie, by chwilę później runąć w dół z ogromną prędkością. Inspiracją dla atrakcji były osiągi samochodów Formuły 1, dlatego cały przejazd przypomina bardziej gwałtowne wystrzelenie niż klasyczną jazdę kolejką górską
Droga Mleczna jest wypełniona miliardami gwiazd. Układ Słoneczny znajduje się w zewnętrznej części galaktyki i ma oczywiście sąsiadujące systemy. Najbliższym z nich jest Alfa Centauri oddalony zaledwie o kilka lat świetlnych od Ziemi. Układ jest całkiem wyjątkowy, bo składa się nie z jednej czy dwóch, a trzech gwiazd związanych grawitacyjnie.
Alfa Centauri to układ gwiezdny oddalony od Ziemi o nieco ponad 4 lata świetlne
Alfa Centauri jest najbliższym sąsiadem Układu Słonecznego. Pobliski system dzieli od nas zaledwie 4,37 roku świetlnego. Dolecenie tam z prędkością światła trwałoby więc ponad cztery lata. Natomiast z ¼ tej prędkości blisko dwie dekady. Na razie się tam nie wybieramy, ale kto wie i może już za kilkaset (jak nie kilkadziesiąt) lat technologia będzie już na takim etapie rozwoju, że będzie można tam dotrzeć.
Jeśli loty międzygwiezdne staną się możliwe, to Alfa Centauri wydaje się najrozsądniejszym wyborem na pierwszą podróż. Następne w kolejce są Gwiazda Barnarda (ok. 6 lat świetlnych stąd), Wolf 359 (niespełna 8 lat świetlnych) czy Lalande 21185 (ok. 8,3 roku świetlnego).
Gwiazdy Alfa Centauri A i B podobne do Słońca
Alfa Centauri to dosyć ciasny układ podwójny, z którym związana jest grawitacyjnie trzecia gwiazda. Jest nią czerwony karzeł Proxima Centauri, o którym więcej w dalszej części artykułu. Najpierw jednak zobaczmy dwa główne obiekty, które tworzą pobliski system.
Pierwsza gwiazda to Alfa Centauri A, która jest większą z pary. Jest bardzo podobna do Słońca, ale nieco większa, bo jej masę szacuje się na około 1,09 masy gwiazdy Układu Słonecznego. Ma również ten sam typ widmowy G2 V i jest około pół raza jaśniejsza niż Słońce.
Porównanie Słońca z gwiazdami Alfa Centauri A i B oraz Proxima Centauri.Wikimedia Commons
Alfa Centauri A ma również inną nazwę - Rigil Kentaurus, na którą Międzynarodowa Unia Astronomiczna formalnie zgodziła się w 2016 r. Gwiazda jest trzecią najjaśniejszą na nocnym niebie. Pod tym względem przebijają ją tylko Syriusz oraz Kanopus.
Druga z gwiazd tworzących układ podwójny to Alfa Centauri B, która od 2018 r. ma również formalną nazwę Toliman. Ten obiekt ma około 0,9 masy Słońca i świeci mniej więcej dwa razy słabiej. Jej typ widmowy to K0-1 V.
Gwiazdy Alfa Cerauri A i B uchwycone przez Kosmiczny Teleskop Hubble'a.ESA/Hubble & NASAmateriał zewnętrzny
Obie gwiazdy z układu Alfa Centauri znajdują się bardzo blisko siebie. Średnio dzieli je 23,7 jednostki astronomicznej (jedna określa odległość Ziemi od Słońca i jest to niecałe 150 mln km). To mniej więcej tyle, co odległość Słońca od Urana. Orbita jest zmienna i zmniejsza się do 11,2 jednostki astronomicznej (podobnie co Saturn i Słońce) oraz wydłuża do 35,6 jednostki astronomicznej (Słońce i Pluton). Oba ciała niebieskie potrzebują na jeden obieg 79,9 roku ziemskiego.
Warto dodać, że na niebie obie gwiazdy zazwyczaj mają postać jednego świecącego punktu. Wynika to z faktu bliskiej odległości. Jednak w trakcie największej separacji można je dostrzec osobno. Do tego jednak potrzebny jest choćby prosty teleskop lub mocna lornetka. Pamiętajmy jednak, że Alfa Centauri znajduje się w gwiazdozbiorze Centaura na południowej półkuli nieba, a więc z terenów Polski jej nie zobaczymy.
Alfa Centauri A i B mają towarzysza. Jest nim czerwony karzeł Proxima Centauri, który jest znacznie mniejszy, a ponadto jest związany grawitacyjnie z pozostałą dwójką. Okrąża je w odległości około 13 tys. jednostek astronomicznych, czyli nieco ponad 0,2 roku świetlnego.
To sprawia, że Proxima Centauri staje się najbliższą gwiazdą Układu Słonecznego. Odległość wynosi 4,24 roku świetlnego, czyli około 40 bln kilometrów. To mniej więcej 270 tys. razy dalej w porównaniu do dystansu Ziemi od Słońca. Mimo to jest niedostrzegalna gołym okiem, bo świeci zbyt słabo. Obiekt został odkryty w 1915 r. przez szkockiego astronoma Roberta Innesa. Okres orbitalny wobec Alfa Centauri wynosi 550 tys. lat.
Średnica Proximy Centauri jest około siedmiu razy mniejsza od Słońca i około 1,5 razy większa od Jowisza. Natomiast masa to 1/8 masy naszej gwiazdy. Warto dodać, że rozmiar ciała niebieskiego może okresowo znacząco się zwiększać, co jest efektem aktywności magnetycznej.
Proxima Centauri jest czerwonym karłem, a jego typ to M5,5. To oznacza, że masa jest niewielka, nawet jak na tego typu gwiazdę. Emitowana energia jest mała, bo stanowi zaledwie 0,17 proc. tego, czym może "pochwalić się" Słońce. Ponadto większą część emisji (ponad 85 proc.) jest w podczerwieni.
Gwiazda, choć niewielka, tak jest bardzo niespokojna i generuje wielkie rozbłyski. Niektóre z nich są wielkości samego czerwonego karła, a temperatura może sięgać 27 mln K. To na tyle dużo, że powinno dochodzić do emisji promieniowania rentgenowskiego.
Planety w pobliżu gwiazd Alfa Centauri i Proxima Centauri
Dotychczas odkryto i potwierdzono ponad 6,2 tys. egzoplanet, czyli światów pozasłonecznych. Czy któreś z nich znajdują się w naszym kosmicznym sąsiedztwie? Do tej pory nie udało się jednoznacznie potwierdzić planet orbitujących w pobliżu Alfa Centauri A oraz B. W 2025 r. astronomowie wykorzystali Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba, co pozwoliło na znalezienie poszlak wskazujących na istnienie gazowego olbrzyma o masie zbliżonej do Saturna w pobliżu pierwszej z gwiazd.
Pamiętajmy, że Alfa Centauri A i B tworzą dosyć zwarty układ podwójny, a tego typu środowisko raczej nie sprzyja formowaniu się planet. Nawet jeśli te istnieją, to ich wykrycie jest bardzo trudne. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku czerwonego karła.
Proxima Centauri ma już dwie potwierdzone egzoplanety. Pierwsza z nich z dopiskiem "b" w nazwie ma wielkość zbliżoną do Ziemi i znajduje się w ekosferze gwiazdy. To oznacza, że mogą tam istnieć warunki sprzyjające występowaniu wody w stanie ciekłym. Mimo to życia tam raczej nie ma, bo planeta już dawno mogła zostać spustoszona poprzez aktywność czerwonego karła.
Kolejną planetą jest Proxima d, która jest bardzo blisko czerwonego karła. Jedno okrążenie gwiazdy trwa zaledwie 5 dni. Jest jeszcze hipotetyczna Proxima c, która miałaby być minineptunem mającym się znajdować w odległości około 1,5 jednostki astronomicznej. Tego świata jednak nie potwierdzono.
Odkryli w rzece ślady sprzed 1700 lat. Archeolodzy ogłosili przełom
Najnowsze badania archeologiczne prowadzone na rzece Aare w pobliżu Solury ujawniły ślady będące pozostałościami rzymskiego mostu sprzed ok. 1700 lat. Odkrycie to potwierdza istnienie ważnej przeprawy, która była częścią historycznego traktu prowadzącego z Włoch przez Szwajcarię.
W rzece znaleziono pozostałości dawnego mostu. Odkrycie liczy ok. 1700 lat.Wydział Archeologii Kantonu Soluramateriał zewnętrzny
W skrócie
W pobliżu mostu Wengi w Solurze odkryto drewniane pale będące pozostałością mostu z IV wieku n.e.
Analiza próbek drewna potwierdziła, że konstrukcja ma około 1700 lat i była częścią ważnego rzymskiego traktu.
Odkrycie potwierdza wcześniejszą teorię. Badania dna rzeki będą kontynuowane.
Nowe odkrycie archeologiczne w Szwajcarii
W czasach Cesarstwa Rzymskiego Salodurum, czyli współczesna Solura w Szwajcarii, stanowiła ważny punkt ze względu na korzystne położenie. Wcześniejsze wykopaliska pokazały, że w rejonie przebiegał istotny trakt, funkcjonowała osada, a później ufortyfikowany obóz.
Prowadzone obecnie badania archeologiczne, poprzedzające budowę nowego mostu kolejowego, przyniosły następne odkrycia. W rzece Aare, w pobliżu mostu Wengi, nurkowie pracujący dla Kantonalnego Biura Archeologicznego w Solurze znaleźli drewniane pale będące pozostałością ważnej przeprawy z IV wieku n.e.
Badacze znaleźli części mostu sprzed ok. 1700 lat
Most ten był częścią wspomnianego ważnego rzymskiego traktu, który biegł z Włoch przez Wielką Przełęcz Świętego Bernarda, przecinał zachodnią część Wyżyny Szwajcarskiej i prowadził dalej przez Jurę w kierunku Renu.
W pobliżu miejsca, gdzie istniał most, po obu stronach rzeki odnaleziono fragmenty tej rzymskiej drogi, co dodatkowo potwierdza, że znajdowała się tu kluczowa przeprawa. Dlaczego akurat w tym miejscu? Rzeka Aare mocno wije się w górę od miasta, a ten odcinek był wąski i bardziej stabilny, co wyjaśnia wybranie go pod budowę mostu.
Ślady po czasach Cesarstwa Rzymskiego
Pale znajdują się kilka metrów od brzegu, mają średnicę ok. 20 cm i sięgają do około metra wysokości, a pierwotnie osiągały kilka metrów. Ich układ sugeruje, że były częścią podpory mostu. Pobrano próbki drewna do analizy i datowanie wykazało, że konstrukcja liczy sobie ok. 1700 lat. To istotna data, bo właśnie w tym okresie funkcjonującą tu osadę przekształcono w castrum - ufortyfikowany obóz Rzymian, co było elementem reorganizacji obronnej Cesarstwa Rzymskiego w późnej starożytności.
Dla archeologów to odkrycie przełomowe, bo wcześniej tylko przypuszczano, że w rejonie musiała istnieć taka przeprawa - ale nie było na nią żadnych materialnych dowodów. Zespoły nurków wielokrotnie badały dno rzeki, kierując się wcześniejszymi doniesieniami o możliwych pozostałościach. Teraz po raz pierwszy udało się je znaleźć i tym samym potwierdzić teorię badaczy.
Ilustracja rzymskiej osady Salodurum nad rzeką Aare.Wydział Archeologii Kantonu Soluramateriał zewnętrzny
Szczęśliwy zbieg okoliczności i dalsze badania
Przetrwanie drewnianych pali z IV wieku do dziś to zbieg okoliczności. Lata temu, podczas prac nad korektą rzek w rejonie, koryto Aare w pobliżu Solury zostało gruntownie pogłębione. Wiele reliktów zostało bezpowrotnie utraconych. Pale dawnego mostu jednak przetrwały, ponieważ stały na obszarze chronionym w pobliżu mostu Wengi.
Części odkrytej przeprawy nie zostaną wydobyte - ich wyjęcie z wody mogłoby doprowadzić do znacznych zniszczeń. Archeolodzy zamierzają dalej badać dno rzeki, aby znaleźć więcej elementów przeprawy oraz innych śladów przeszłości.
Kolejne tornado w Polsce. Nagranie trafiło do sieci
W Polsce zaobserwowano kolejne tornado. Trąba powietrzna przeszła 5 czerwca przez wieś Cudnochy w województwie warmińsko-mazurskim. Zdarzenie potwierdzają zarówno eksperci z IMGW, jak i Europejska Baza Danych o Gwałtownych Zjawiskach Atmosferycznych. Zjawisko zostało udokumentowane na nagraniach dostępnych w mediach społecznościowych.
W woj. warmińsko-mazurskim zostało zarejestrowane tornado. To już kolejny przypadek w ostatnich dniach w Polsce.Wikimedia Commons: Justin1569, CC BY-SA 3.0 <http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/>/ X: retsuzmateriał zewnętrzny
W skrócie
Przez wieś Cudnochy w województwie warmińsko-mazurskim przeszła trąba powietrzna, potwierdzona w Europejskiej Bazie Danych o Gwałtownych Zjawiskach Atmosferycznych.
Tego dnia w regionie odnotowano superkomórki burzowe. Z czasem w mediach społecznościowych pojawiło się nagranie ukazujące przejście tornada.
Podobne zjawisko wystąpiło 30 maja na terenie województwa opolskiego, gdzie trąba powietrzna zniszczyła kilkanaście budynków w Balcerzowicach.
Kolejna trąba powietrzna w Polsce. Tym razem w woj. warmińsko-mazurskim
Jak przekazał Piotr Szuster z Zakładu Analiz Meteorologicznych i Prognoz Długoterminowych IMGW, przez wieś Cudnochy w województwie warmińsko-mazurskim przeszła trąba powietrzna.
Do zdarzenia doszło w piątek 5 czerwca w godzinach popołudniowych. To już kolejna taka sytuacja w Polsce, która miała miejsce w ostatnim czasie.
Tornado przeszło przez miejscowość Cudnochy. Jest nagranie
W piątek w regionie odnotowano występowanie superkomórek burzowych, które mogą nieść silny wiatr, nawalne opady deszczu i grad. Jak donosił 5 czerwca na portalu X Piotr Szuster z IMGW i stowarzyszenia Skywarn Polska - Polscy Łowcy Burz, superkomórka w rejonie Mrągowa i Mikołajek charakteryzowała się "obecnością sygnatury świadczącej o ruchu wirowym".
Z czasem pojawiły się doniesienia, że przez wieś Cudnochy w powiecie mrągowskim, w gminie Mikołajki przeszła trąba powietrzna.
W sobotę 6 czerwca Szuster dodał na X wpis z informacją, że w Europejskiej Bazie Danych o Gwałtownych Zjawiskach Atmosferycznych (ESWD) potwierdzono wczorajszą obserwację tornada w miejscowości Cudnochy.
W mediach społecznościowych pojawił się film ukazujący przejście trąby powietrznej przez Cudnochy. Widać na nim charakterystyczny lej.
"Zostało zaobserwowane krótkotrwałe tornado. W danych radarowych zidentyfikowano kilka prędkości", podała ESWD. Na ten moment nie pojawiły się doniesień o poszkodowanych.
W piątek 5 czerwca burze przetaczały się nie tylko na północno-wschodnich obszarach Polski, ale również w innych częściach kraju, o czym informowało IMGW. Superkomórki burzowe utworzyły się także na Litwie, gdzie również zarejestrowano tornada - obserwowano trzy trąby powietrzne.
Kolejne takie zjawisko w Polsce. Wcześniej tornado przeszło przez Balcerzowice
To już następna taka sytuacja w ostatnich dniach, gdy w Polsce pojawia się trąba powietrzna. Wcześniej - 30 maja - podobne zjawisko zanotowano na terenie województwa opolskiego. Wówczas do dużych zniszczeń doprowadziła trąba powietrzna przechodząca przez Balcerzowice.
Uszkodzonych zostało wtedy 18 budynków, spośród których 11 to domy mieszkalne. 2 z nich uległy takim zniszczeniom, że zostały decyzją nadzoru budowlanego wyłączone z użytku.
Meteorolodzy zapowiadają, że wraz z napływem gorącego i wilgotnego powietrza w najbliższym czasie może wzrosnąć zagrożenie występowania silnych burz, a nawet kolejnych lokalnych trąb powietrznych.
Na tropie gąsienic, które mogą wywoływać poważne reakcje alergiczne u ludzi i psówINTERIA.PL
Wystarczy spojrzenie w oko. Nowa metoda wykrywa anemię bez pobierania krwi
Badanie krwi bez igły i pobierania próbki? Tak, naukowcy opracowali system wykorzystujący sztuczną inteligencję oraz krótkie nagranie oka do wykrywania anemii i szacowania poziomu czerwonych krwinek. Technologia może w przyszłości znacząco uprościć diagnostykę, szczególnie w miejscach, gdzie dostęp do laboratoriów jest ograniczony.
Geekweek - import
Nowa metoda została opisana na łamach czasopisma naukowego "npj Digital Medicine", skąd dowiadujemy się, że w testach obejmujących 224 osoby system poprawnie wykrywał niski poziom hemoglobiny w ponad 80 proc. przypadków. Choć rozwiązanie nie zastąpi jeszcze klasycznych badań krwi, naukowcy widzą w nim ogromny potencjał jako szybkie narzędzie przesiewowe.
Wystarczy 10-sekundowe nagranie oka
Technologia wykorzystuje kamerę mikroskopową rejestrującą krótkie filmy białka oka w powiększeniu 50x. Następnie specjalne oprogramowanie usuwa mrugnięcia, ruchy oka i zmiany oświetlenia, tworząc wyraźny obraz naczyń krwionośnych.
Kluczową rolę odgrywa tutaj sztuczna inteligencja o nazwie VesselNet. Model został wytrenowany na tysiącach obrazów naczyń połączonych z wynikami badań laboratoryjnych. AI analizuje przepływ krwi w oku i na tej podstawie przewiduje poziom hemoglobiny oraz liczbę czerwonych krwinek.
Diagnostyka przyszłości, ale jeszcze nie dziś
Co ciekawe, naukowcy zdecydowali się badać przednią część oka, a nie siatkówkę. Dzięki temu w przyszłości system mógłby działać nawet przy użyciu smartfona, bez konieczności korzystania z kosztownych kamer okulistycznych.
Eksperci podkreślają jednak, że technologia wciąż wymaga dopracowania. Obecna skuteczność jest porównywalna z istniejącymi bezinwazyjnymi urządzeniami do pomiaru hemoglobiny, ale nadal niewystarczająca do podejmowania poważnych decyzji medycznych, jak transfuzje czy dobór leków.
Problemem mogą być także choroby oczu, np. zapalenie spojówek czy zespół suchego oka, które wpływają na wygląd naczyń krwionośnych i mogą zaburzać wyniki pomiarów. Dodatkowo uzyskanie odpowiednio ostrego obrazu wymaga precyzyjnego ustawienia pacjenta i sprzętu.
Mimo ograniczeń badacze widzą ogromny potencjał tej technologii. System mógłby pomóc w monitorowaniu pacjentów onkologicznych, osób dializowanych czy dzieci, u których częste pobieranie krwi bywa problematyczne. Szczególnie ważne może to być w biedniejszych regionach świata, gdzie dostęp do laboratoriów jest ograniczony. Dlatego zespół planuje teraz rozszerzyć badania na większe i bardziej zróżnicowane grupy pacjentów.
Naukowcy o egzoplanetach. Większość z nich może być "fabrykami sadzy"
Naukowcy przeprowadzili badania obejmujące planety pozasłoneczne. Część z nich przypomina Ziemię, ale większość z pewnością nie. Analiza wykazała, że egzoplanety w dużym stopniu mogą przypominać fabryki sadzy. Uczeni użyli nawet porównania do naturalnych silników Diesla.
Egzoplanety to "fabryki sadzy"? Naukowcy: działają jak silniki Diesla.Geekweek - import
W skrócie
Przeprowadzone badania wskazują, że znaczna część egzoplanet może mieć atmosfery przypominające fabryki sadzy i naturalne silniki Diesla.
Zespół naukowców, analizując dane z Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba, odkrył, że mini-neptuny mogą posiadać atmosfery z chmurami sadzy.
Możliwość określenia składu sadzy w atmosferach mini-neptunów może dostarczyć informacji o odległości planet od gwiazd.
Do tej pory odkryto i potwierdzono ponad 6,2 tys. światów pozasłonecznych. Egzoplanety są zróżnicowane i wiele z nich w ogóle nie ma odpowiedników planet Układu Słonecznego. Co ciekawe, większość z nich może przypominać "fabryki sadzy", co wykazały nowe badania chemii atmosfer wybranych obiektów.
Większość egzoplanet może działać jak naturalne silniki Diesla
Nowe badania przeprowadził zespół naukowców, którymi kierował Jeehyun Yang z Uniwersytetu Chicagowskiego. Uczony zajmował się w przeszłości analizą silników spalinowych, a obecnie studiuje chemie atmosfer światów pozasłonecznych.
Naukowcy przeanalizowali dane zebrane przez Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba w trakcie badania atmosfer mini-neptunów. Są to planety większe od Ziemi i mniejsze od Neptuna, które w Drodze Mlecznej są bardzo powszechne. Najwięcej potwierdzonych egzoplanet jest właśnie tego typu.
Badacze zwrócili uwagę na ciekawy szczegół, który występuje w krzywych danych pozyskanych z mini-neptunów. Jest ona podobna do widma sadzy z silników spalinowych.
To tak, jakby w głębokiej atmosferze planety znajdował się naturalny silnik Diesla
Uczeni uważają, że taka cecha może mieć związek z powstawaniem tego typu światów i takie egzoplanety mogą być "fabrykami sadzy".
Egzoplanety typu mini-neptun mogą mieć chmury sadzy
Według badań takie zjawisko może zachodzić, gdy węgiel, wodór i tlen reagują w wysokich temperaturach, często w połączeniu z wysokim ciśnieniem. To może powodować powstawanie w atmosferach mini-neptunów licznych chmur sadzy.
Naukowcy zwracają uwagę na fakt, że możliwość określenia stosunku węgla do tlenu w sadzy mini-neptunów mogłaby pozwolić na uzyskanie odpowiedzi na pytania związane z odległością planet od ich gwiazd.
O ile wiem, to pierwszy raz, kiedy ktoś zastosował inżynierię chemiczną w dziedzinie badań egzoplanet. Myślę, że to świetny przykład pokazujący, dlaczego obecność osób o różnym pochodzeniu może pomóc nam rozwikłać te zagadki
Wyniki badań zostały udostępnione na łamach "The Astrophysical Journal Letters".
Airbus A350 uszkodzony podczas salutu wodnego. Wystarczyła sekunda
Próba spektakularnego pożegnania samolotu Airbus A350-900 na lotnisku Guayaquil nie przebiegła zgodnie z planem. Podczas salutu wodnego jeden z pojazdów strażackich uderzył w skrzydło maszyny, uszkadzając ważny element i ostatecznie krzyżując plany wielu osobom. Nagranie ze zdarzenia obiegło sieć.
Airbus linii lotniczych Iberia został uszkodzony podczas pożegnalnego salutu wodnego. Adam Moreira (AEMoreira042281), CC BY-SA 4.0 <https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0>, via Wikimedia Commons/ YouTube: airnavradarmateriał zewnętrzny
W skrócie
Na lotnisku Guayaquil podczas ceremonii pożegnania Airbusa A350-900 doszło do uszkodzenia maszyny.
W wyniku uderzenia wysięgnika pojazdu strażackiego została naruszona końcówka skrzydła (winglet), co uniemożliwiło kontynuowanie lotu do Madrytu.
Linie lotnicze coraz częściej rozważają rezygnację z ceremonii salutu wodnego z powodu ryzyka wystąpienia podobnych incydentów.
Airbus A350-900 uszkodzony podczas pokazu na lotnisku
Pożegnanie nowoczesnego samolotu pasażerskiego salutem wodnym miało być atrakcją na lotnisku Guayaquil, jednak doszło do błędu, który pokrzyżował plany wielu osobom. Gdy maszyna kołowała po płycie lotniska wśród strumieni wody, nic nie zapowiadało pomyłki. Wystarczyła jednak chwila nieuwagi, by widowiskowa ceremonia zamieniła się w kosztowny incydent.
Uszkodzony został Airbus A350-900. Są to pasażerskie samoloty szerokokadłubowe o długości 66,80 m, rozpiętości skrzydeł 64,75 m, z napędem 2 x Rolls-Royce Trent XWB. Maszyny te uznawane są za jedne z najnowocześniejszych, najbardziej wydajnych i komfortowych samolotów pasażerskich dalekiego zasięgu na świecie. Największymi użytkownikami tego modelu są m.in. linie Singapore Airlines oraz Qatar Airways. Uszkodzony podczas pokazów Airbus lata natomiast we flocie Iberii.
Wóz strażacki zahaczył o skrzydło Airbusa i naruszył winglet
Do incydentu doszło na lotnisku w Guayaquil w Ekwadorze w trakcie uroczystego pożegnania nowoczesnego samolotu Airbus A350-900 obsługiwanego przez hiszpańskie linie lotnicze Iberia. Maszyna miała wykonać lot do Madrytu, a sam moment jej odlotu uświetniono tzw. salutem wodnym - tradycyjną ceremonią organizowaną przez lotniskową straż pożarną, polegającą na tworzeniu łuku z wody nad kołującym samolotem.
Tym razem jednak widowisko zakończyło się poważnym błędem. Jeden z wozów strażackich ustawił się zbyt blisko maszyny i w trakcie pokazu wysięgnik uderzył w końcówkę skrzydła samolotu.
Podczas salutu wodnego naruszony został tzw. winglet, czyli zakrzywione skrzydełko aerodynamiczne, ustawione na końcu skrzydła samolotu. Ma ono znaczenie dla aerodynamiki maszyny. W wyniku zdarzenia nikt nie odniósł obrażeń, jednak samolot nie nadawał się do dalszego lotu. Z tego powodu został zawrócony i zaplanowany przelot do Madrytu odwołano.
Symboliczna uroczystość zakończona klapą. Samolot nie poleciał
Cała sytuacja była o tyle symboliczna, że ekwadorskie lotnisko chciało uroczyście uczcić obecność nowoczesnego Airbusa A350 na tej trasie. Linia lotnicza Iberia zazwyczaj obsługuje bowiem połączenie Guayaquil-Madryt starszymi Airbusami A330, dlatego pojawienie się nowszego modelu było uznane za wyjątkowe wydarzenie, które miało zostać podkreślone efektowną ceremonią.
Międzynarodowy port lotniczy Guayaquil-José Joaquín de Olmedo zaplanował więc wylot Airbusa z pompą, jednak ostatecznie uszkodzono maszynę.
Serwis fly4free zwraca uwagę, że część linii lotniczych coraz częściej decyduje o rezygnacji z tego typu ceremonii, uznając je za potencjalnie ryzykowne, ponieważ w przeszłości w ich trakcie dochodziło już do mniejszych lub większych incydentów.
Samolot X-59 QueSST opracowywany przez NASA i Lockheed Martin 5 czerwca 2026 r. po raz pierwszy przekroczył prędkość dźwięku, osiągając Mach 1,1. Nowatorska konstrukcja X-59 ma znacznie redukować hałas generowany podczas lotu naddźwiękowego, co w przyszłości może umożliwić komercyjne loty nad lądem. "W najbliższych dniach spodziewamy się zrobić kolejny krok i osiągnąć prędkość Mach 1,4", powiedział administrator NASA, Jared Isaacman.
5 czerwca 2026 r. X-59 oficjalnie przekroczył prędkość dźwięku.Lockheed Martinmateriały prasowe
W skrócie
Samolot X-59 NASA po raz pierwszy osiągnął prędkość naddźwiękową.
Podczas lotu 5 czerwca X-59 przekroczył prędkość Mach 1,1, wykonując 81-minutowy lot.
X-59 został zaprojektowany w taki sposób, by ograniczać hałas podczas przekraczania bariery dźwięku, co ma umożliwić przyszłe loty naddźwiękowe nad lądem.
W nadchodzących dniach mają zostać przeprowadzone testy "w warunkach misji" i zebrane dane od społeczności.
X-59 przełamał barierę. Naddźwiękowy odrzutowiec NASA
Samolot X-59 QueSST (Quiet SuperSonic Technology) to naddźwiękowy odrzutowiec, nad którym pracuje NASA z firmą Lockheed Martin. Maszyna została stworzona do lotu z prędkością większą niż dźwięk przy jednoczesnym znacznym ograniczeniu poziomu hałasu. Maszyna przeszła wiele testów, a ostatni lot przyniósł przełom.
Podczas lotu 5 czerwca X-59 osiągnął prędkość około Mach 1,1, a to oznacza, że w końcu oficjalnie przekroczył prędkość dźwięku.
- X-59 po raz pierwszy w historii osiągnął dzisiaj prędkości naddźwiękowe - to ważny kamień milowy dla misji Quesst NASA i istotny krok w kierunku nadchodzących lotów, które zademonstrują jego cichą technologię naddźwiękową przed przyszłymi przelotami nad społecznościami - podaje NASA Aeronautics.
Ciche loty naddźwiękowe w zasięgu ręki? X-59 ma przynieść przełom
X-59 to samolot doświadczalny, który ma pomóc w przywróceniu komercyjnych lotów naddźwiękowych nad lądem. Na długi czas problem związany m.in. z hałasem generowanym przez tego typu maszyny zatrzymał postęp - gdy taki samolot przekracza barierę dźwięku, sprężone powietrze tworzy stożek fali uderzeniowej i pojawia się grom dźwiękowy - osiągający 110-140 decybeli. W tym zakresie hałasu źródła dźwięków stają się ekstremalnie głośne i mogą narażać ludzi oraz zwierzęta na dyskomfort, więc wiele państw wprowadziło zakaz takich lotów naddźwiękowych nad lądem.
Nowy projekt NASA oraz Lockheed Martin ma to zmienić - i udowodnić, że szybkie loty samolotem mogą przebiegać cicho. To mogłoby doprowadzić do zniesienia przepisów federalnych USA, które obowiązują od 1973 roku. Dzięki specyficznie wydłużonemu kształtowi (30,5 m długości przy rozpiętości skrzydeł 9 m) oraz umiejscowieniu silnika na górze kadłuba X-59 ma nie wytwarzać typowego, głośnego huku, lecz serię łagodniejszych impulsów. Przy docelowej wysokości i prędkości samolot ma emitować odgłosy o natężeniu 75 decybeli, czyli mniej więcej tyle, ile samochód na autostradzie.
- X-59 przygotowuje się do cichego, naddźwiękowego debiutu. Od pierwszego lotu samolotu 28 października 2025 roku zespół poczynił ogromne postępy, wykonując 16 lotów w ciągu ostatnich 90 dni i wchodząc w stały rytm testów - powiedział administrator NASA Jared Isaacman.
Lot X-59 w "warunkach misji". Dane z przelotów nad lądem
Jak wskazuje NASA X-59 osiągnął tym samym "ważny etap, kiedy po raz pierwszy przekroczył prędkość dźwięku, co stanowi podstawę do zademonstrowania jego możliwości cichej, naddźwiękowej podróży, która odbędzie się pod koniec roku".
- Pilot doświadczalny NASA Jim "Clue" Less wystartował i wylądował w bazie sił powietrznych Edwards w Kalifornii, osiągając prędkość maksymalną około Mach 1,1 (ok. 1147 km na godzinę) i wysokość ok. 13 228 m. Lot X-59 rozpoczął się o godzinie 11:08 czasu pacyficznego i trwał 81 minut, a zespół koncentrował się na parametrach lotu zarówno przy prędkościach poddźwiękowych, jak i naddźwiękowych - podaje NASA w komunikacie i wskazuje, że podczas tego lotu, w pobliżu przelatywał samolot NASA F-15, aby monitorować X-59. Agencja twierdzi, że huki F-15 zagłuszały wszelkie dźwięki wydawane przez X-59.
X-59 ma wkrótce wykonać swój pierwszy lot w "warunkach misji" na wysokości ok. 16 tys. m i osiągnąć prędkość Mach 1,4 - ta prędkość i wysokość stanowią podstawowe warunki dla X-59, gdy ostatecznie będzie przelatywał nad kilkoma miejscowościami w USA, umożliwiając NASA zebranie danych o tym, jak ludzie mogą odbierać jego dźwięki. Agencja udostępni następnie pozyskane informacje wybranym organom regulacyjnym, co może pomóc w ustanowieniu nowych przepisów, umożliwiających przyszły, realny rynek komercyjnych lotów naddźwiękowych nad lądem.
Polacy tworzą drony, których nie da się usłyszećPolsat NewsPolsat News
Pomiędzy morzem a jeziorem. Dąbki zachwycają spokojem i urokiem
Dąbki to niewielka miejscowość w gminie Darłowo, która zachwyca spokojem, malowniczą plażą i dostępem do jeziora Bukowo. Uzdrowisko wyróżnia się czystym powietrzem bogatym w jod, co sprzyja osobom z problemami z tarczycą i alergiami.
Spore jezioro Bukowo to kolejna godna uwagi atrakcja w DąbkachMONKPRESSEast News
Dąbki zachwycają spokojem. Co jeszcze kryje między morzem a jeziorem Bukowo?
Gmina Darłowo skrywa spokojną i urokliwą miejscowość, w której mieści się nowoczesne uzdrowisko i masa atrakcji. Dąbki są idealnym kierunkiem, jeśli szukasz spokoju oraz kontaktu z naturą. Ta urokliwa wieś otoczona jest szeroką plażą, a w jej obrębie znajduje się dodatkowo jezioro Bukowo. Pobyt w niej jest szczególnie polecany osobom z problemami z tarczycą, ponieważ powietrze bogate jest w jod, który wspiera proces regeneracji.
Dlaczego Dąbki to hit sezonu? Historia i atrakcje turystyczne
Uzdrowisko Dąbki powstało w 2007 roku, więc jest jednym z najmłodszych polskich uzdrowisk. Leży przy leśnej promenadzie, w której rośnie sosna - to właśnie dzięki niej klimat w Dąbkach ma właściwości bakteriobójcze. Powietrze wspomaga leczenie alergii i schorzeń dróg oddechowych, wspierając jednocześnie wzrost odporności i zmniejszając skłonność do przeziębień.
Za wydmami znajduje się piaszczysta plaża, a w południowej części wsi rozciąga się jezioro o powierzchni 18 kilometrów kwadratowych. Jest to raj dla miłośników sportów wodnych - można spacerować, wypożyczyć kajak, SUP lub rowerek wodny. W sezonie działają także rejsy statkiem wycieczkowym, które pozwalają zobaczyć okolicę z innej perspektywy.
Jezioro Bukowo jeszcze kilka tysięcy lat temu było zatoką naszego morza. To fale, prądy i wiatry odcięły go od Bałtyku piaszczystą mierzeją, która obecnie ma około 7 km długości. Nie jest szczególnie popularnym turystycznie miejscem, więc szukając spokoju nad morzem, warto się tam wybrać.
Dąbki mają idealne położenie dla osób spragnionych aktywnego wypoczynku.Mapy Google/zrzut ekranumateriał zewnętrzny
Wzdłuż nadmorskiej plaży rozpościera się leśna promenada o długości około 6 kilometrów, idealnie nadając się na spacery z kijkami czy swobodne bieganie. Trasy rowerowe ciągnące się przez miejscowość, umożliwiają bezpieczną podróż nawet do Koszalina. Powierzchnia trasy jest gładka, co pozwala na przyjemną jazdę na rolkach czy hulajnogach.
Kilka minut od Dąbek znajduje się Bobolin z klimatyczną plażą i pozostałościami militarnymi z czasów II wojny światowej. Są to tajemnicze, betonowe konstrukcje położone wzdłuż wybrzeża, które niegdyś służyły prawdopodobnie jako tarcze strzelnicze do testowania broni wielkiego kalibru.
Na plaży w Bobolinie możemy zobaczyć pozostałości starych bunkrów123RF/PICSEL
Na rzece Wieprzy w Darłówku atrakcję turystyczną stanowi most rozsuwany jeszcze z lat osiemdziesiątych. Jest to jedyna taka konstrukcja w całej Polsce, więc warto go zobaczyć. W pobliskim Darłowie można się przyjrzeć latarni morskiej, ciągnącej się w górę na 22 metry, oraz Zamku Książąt Pomorskich, który został wybudowany w stylu gotyckim w XIV wieku, a dziś pełni rolę muzeum.
Przy ulicy Sztormowej w Dąbkach stoi chałupa rybacka nr 21 z 1855 roku, zbudowana na konstrukcji szachulcowej. Ściany pobielano wapnem, a belki pomalowano czarną farbą. Budynek jest wpisany do rejestru zabytków, a prócz niego w Dąbkach znajdują się jeszcze trzy podobne domy.
Chałupa rybacka we wsi Dąbki nr 21Ewkaa, CC BY-SA 3.0 PL, via Wikimedia CommonsWikimedia Commons
Nie brak tu również sezonowych wydarzeń tematycznych, takich jak Międzynarodowy Festiwal Latawców, który odbywa się od 4 do 7 czerwca na plaży przy wejściu nr 1 w Dąbkach. W programie znalazły się pokazy ogromnych, kolorowych latawców, loty synchroniczne, warsztaty budowania latawców czy imprezy z DJ-em na plaży.
Pod Alpami i dnem Bałtyku trwa budowa gigantycznych megatuneli, które zrewolucjonizują transport w Europie. Projekty takie jak Brenner czy Fehmarnbelt nie tylko rzucą wyzwanie dotychczasowym rekordzistom ze Szwajcarii i Japonii, ale też radykalnie skrócą czas podróży. Nowe korytarze sieci TEN-T mają przenieść miliony ton towarów z dróg na tory.
Megatunel Semmering. Konstrukcja połączy kluczowe punkty centralnej i południowej Europy.Volker PreusserEast News
Najdłuższe tunele na świecie. Kolejowe i drogowe rekordy
Europa wierci tunele pod Alpami i Bałtykiem
Megatunele to gigantyczne projekty infrastrukturalne budowane pod górami i morzami, których celem jest przyspieszenie transportu między państwami Europy. Chodzi o stworzenie nowych tras dla szybkich pociągów pasażerskich i ciężkich składów towarowych, które dziś wciąż muszą korzystać ze starych, wolniejszych odcinków prowadzących przez przełęcze, serpentyny albo przeprawy. Większość tych inwestycji powstaje w ramach europejskiej sieci TEN T, czyli budowanego przez Unię Europejską systemu głównych korytarzy transportowych łączących porty, lotniska, stolice i największe centra przemysłowe kontynentu.
Tunel Brenner na granicy Austrii i Włoch
Budowany między Austrią i Włochami tunel bazowy Brenner w Alpach Wschodnich ma stać się jednym z najważniejszych połączeń kolejowych Europy Środkowej. Główna część trasy między Innsbruckiem a Fortezzą liczy około 55 km, a cały system podziemnych odcinków osiągnie około 64 km długości. Otwarcie planowane jest na 2032 rok, a projekt ma przejąć znaczną część transportu towarowego prowadzonego dziś przez alpejską przełęcz Brenner, jedną z najbardziej obciążonych tras ciężarowych w Europie. Konstrukcja obejmuje dwa równoległe tunele kolejowe, przejścia bezpieczeństwa rozmieszczone co kilkaset metrów oraz osobny tunel techniczny wykorzystywany podczas prac geologicznych i późniejszej obsługi infrastruktury.
Tunel Fehmarnbelt pod dnem Morza Bałtyckiego
Między Niemcami i Danią powstaje obecnie jeden z największych tuneli podmorskich świata. Fehmarnbelt połączy niemiecką wyspę Fehmarn z duńską Lolland i będzie miał około 18 km długości. Projekt realizowany jest jako tunel zatapiany, co oznacza, że ogromne betonowe segmenty są budowane na lądzie, a następnie opuszczane na dno Bałtyku i łączone w jedną konstrukcję. W tunelu znajdzie się zarówno czteropasmowa droga, jak i dwutorowa linia kolejowa, która ma znacząco skrócić podróże między Hamburgiem, Kopenhagą i południową Szwecją. Obecny harmonogram zakłada uruchomienie połączenia około 2031 roku.
Austria równolegle realizuje projekt tunelu Semmering, który ma odciążyć historyczną trasę Semmeringbahn wpisaną na listę UNESCO. Nowy tunel będzie miał około 27 km długości i stanie się częścią szybkiego połączenia między Wiedniem, Grazem oraz południem kraju. Inwestycja ma zostać ukończona około 2030 roku i jest powiązana z nową linią kolejową Koralm, tworząc nowoczesny korytarz transportowy prowadzący w kierunku Adriatyku. Projekt ma przede wszystkim zwiększyć przepustowość dla ruchu pasażerskiego i towarowego oraz skrócić przejazdy między największymi miastami Austrii.
Tunel Mont Cenis połączy Lyon z Turynem
Francja i Włochy budują nową trasę kolejową między Lyonem a Turynem, której centralnym elementem będzie tunel Mont Cenis, nazywany też tunelem Mont d'Ambin. Podziemny odcinek ma około 57,5 km długości i po ukończeniu stanie się jednym z najdłuższych tuneli kolejowych świata. Projekt ma poprawić połączenia między Francją i północnymi Włochami oraz przenieść dużą część transportu ciężarowego z dróg na kolej. Inwestycja od lat wywołuje jednak protesty i spory polityczne, a koszty budowy rosną znacznie szybciej, niż pierwotnie zakładano.
Najdłuższe tunele na świecie. Kolejowe i drogowe rekordy
Najdłuższym tunelem kolejowym świata pozostaje dziś tunel Świętego Gotarda w Szwajcarii. Konstrukcja ma 57,1 km długości i prowadzi pod Alpami między kantonami Uri oraz Ticino, stanowiąc jeden z najważniejszych korytarzy kolejowych Europy. Skala projektu robi wrażenie nie tylko ze względu na długość, ale również głębokość, ponieważ w niektórych miejscach tunel przebiega ponad dwa kilometry pod masywem górskim.
Przed otwarciem Gottharda rekord należał do japońskiego tunelu Seikan, który ma 53,85 km długości i łączy wyspy Honsiu oraz Hokkaido pod cieśniną Tsugaru. Znaczna część konstrukcji przebiega pod dnem morskim, co przez lata czyniło ją jednym z najbardziej wymagających projektów inżynieryjnych świata. Wśród podmorskich przepraw szczególne miejsce zajmuje również tunel pod kanałem La Manche między Wielką Brytanią i Francją. Cała trasa ma około 50,5 km długości, a jej podmorski fragment liczy około 38 km.
Za najdłuższy tunel drogowy świata uznawany jest norweski Lærdal o długości 24,5 km, zbudowany między miejscowościami Aurland i Lærdal. Powstał po to, aby zapewnić całoroczne połączenie drogowe w regionie silnie uzależnionym wcześniej od promów i warunków pogodowych. Projektanci musieli rozwiązać problem zmęczenia kierowców podczas bardzo długiego przejazdu pod ziemią, dlatego w środku zastosowano specjalnie oświetlone komory przypominające niewielkie podziemne hale.
Nowa wieża zapewnia piękne widoki. Darmowa atrakcja nad jeziorem
Niedawno otwarta wieża widokowa nad Jeziorem Łopatki w woj. kujawsko-pomorskim to nowa atrakcja turystyczna, która przyciąga miłośników pięknych panoram. Konstrukcja licząca ponad 150 schodów umożliwia podziwianie okolicy, a przy dobrych warunkach widać nawet zamek krzyżacki w Radzyniu Chełmińskim. Wstęp na taras widokowy jest bezpłatny, a okolica oferuje więcej atrakcji.
Niedaleko Grudziądza otwarta została nowa wieża. Widoki na jezioro i okolicę.Google Earth/Facebook: Gmina Książkimateriał zewnętrzny
W skrócie
W Łopatkach Polskich w województwie kujawsko-pomorskim oddano do użytku nową atrakcję - wieżę widokową.
Z wieży widać jezioro i okolicę, a przy dobrych warunkach także krzyżacki zamek w Radzyniu Chełmińskim oraz Grudziądz.
Wejście na wieżę jest bezpłatne i całodobowe, a na tarasie znajduje się luneta.
Nowa atrakcja w woj. kujawsko-pomorskim. Sielskie widoki z wieży
Województwo kujawsko-pomorskie to region, w którym nie sposób się nudzić - znajdziemy tu miasta pełne zabytków, malownicze trasy spacerowe, jak i miejsca idealne do aktywnego wypoczynku na łonie natury. Do tej szerokiej gamy atrakcji dołączyła właśnie kolejna propozycja dla miłośników pięknych widoków.
To niedawno oddana do użytku wieża widokowa w miejscowości Łopatki Polskie w gminie Książki, powiecie wąbrzeskim, około 30 km od Grudziądza. Konstrukcja pozwala spojrzeć na okolicę z zupełnie nowej perspektywy. Z jej tarasu wyposażonego w lunetę rozciąga się malowniczy widok na jezioro i otaczający je krajobraz, co czyni tę wieżą nową, wartą odwiedzenia atrakcją regionu.
Panorama okolicy, a nawet widok na zamek krzyżacki
Maj przyniósł wiele ciekawych wydarzeń i nowych atrakcji, w tym również otwarcie nowej wieży widokowej w Łopatkach. Odwiedzający mogą już korzystać z położonej nad Jeziorem Łopatowickim budowli, z której roztaczają się malownicze widoki na okolicę.
- Nowoczesna konstrukcja doskonale wpisuje się w otaczający krajobraz i już teraz stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów w okolicy. Z jej szczytu rozciąga się przepiękna panorama pól, lasów i okolicznych miejscowości. Przy dobrej widoczności można dostrzec m.in. zamek w Radzyniu Chełmińskim oraz Grudziądz - informuje Gmina Książki, dodając, że obiekt ten stanowi istotny punkt na turystycznej mapie rejonu, wzbogacając ofertę dla mieszkańców i odwiedzających.
Wieża widokowa Łopatki. Bezpłatna atrakcja z widokiem na jezioro
Stalowo-drewniana konstrukcja zlokalizowana jest na niewielkim wzniesieniu, w pobliżu Centrum Aktywnego Wypoczynku. Jak informuje Gazeta Pomorska, można wystartować z pobliskiego parkingu, podejście jest krótkie, lecz strome. Sama wieża liczy ponad 150 schodów i oferuje taras widokowy z lunetą, który wystaje ponad korony drzew. Roztacza się z niego panorama okolicy. U stóp obiektu zamontowano natomiast ławki.
Wstęp na wieżę jest całodobowy i bezpłatny, natomiast skorzystanie z lunety to koszt w wysokości 5 zł.
Jezioro Łopatki zyskało tym samym kolejny atut. Działa tu już przestrzeń stworzona z myślą o miłośnikach sportów wodnych, rodzinach z dziećmi oraz zorganizowanych grupach - można wypożyczyć różne sprzęty, np. rowerki wodne, jest zadbana Plaża Łopatki z pomostem, są atrakcje dla najmłodszych i pole biwakowe.
EURO9000 to najpotężniejsza lokomotywa dostępna na europejskim rynku, która jakiś czas temu trafiła do Polski. Stadler kontynuuje testy i próby odbywają się w Ośrodku Toru Doświadczalnego w Żmigrodzie. Celem jest uzyskanie homologacji dla lokomotywy EURO9000. Pojazd jest wielosystemowy i ma wyznaczać nowe standardy dla jednostek hybrydowych.
Najpotężniejsza lokomotywa w Europie. Stadler EURO9000 na testach w Polsce.Facebook/Stadlermateriały prasowe
Stadler rozpoczął testy potężnej lokomotywy EURO9000 w Polsce na początku tego roku. Firma niedawno zaprezentowała wielosystemowy pojazd mediom, gdzie można było mu się przyjrzeć z bliska. Celem testów jest uzyskanie odpowiedniej homologacji.
Lokomotywa EURO9000 testowana w Polsce na torze doświadczalnym w Żmigrodzie
Stadler kontynuuje testy na torze doświadczalnym w Żmigrodzie i celem inwestycji jest uzyskanie stosownej homologacji dla jednostki. Stalowy potwór ma jeździć po różnych krajach Europy.
Po zatwierdzeniu EURO9000 będzie jedyną lokomotywą na rynku zdolną do ciągnięcia nawet najcięższych pociągów towarowych bez ograniczeń, zarówno na zelektryfikowanych, jak i niezelektryfikowanych liniach w Polsce oraz w takich krajach, jak Austria, Belgia, Holandia, Niemcy, Szwajcaria i Włochy
W trakcie pokazu można było zobaczyć EURO9000 z bliska, jak i w trakcie testów. Ponadto przedstawiciele firmy omawiali możliwości lokomotywy, a eksperci udzielali odpowiedzi na pytania.
EURO9000 firmy to najpotężniejsza lokomotywa wielosystemowa w Europie
Lokomotywa EURO9000 została zaprojektowana do trudnych zadań. Kolos ma sześć osi i Stadler umieścił w niej czterosystemowe zasilanie z sieci trakcyjnej (1,5, 3, 15 i 25 kV DC). Natomiast jazdę na odcinkach niezelektryfikowanych umożliwiają dwa silniki spalinowe o łącznej mocy 1900 kW.
Podczas zasilania z sieci lokomotywa osiąga moc maksymalną 9 MW i jest w stanie rozpędzać się do prędkości nawet 160 km/h. W trakcie jazdy z wagonami ma jeździć wolniej, bo z prędkością do 120 km/h. Ponadto jest w stanie osiągać siłę trakcyjną przy rozruchu na poziomie 500 kN.
Na uwagę zasługują również akumulatory zapewniające moc na poziomie 1,2 MW. Magazynowanie energii odbywa się z użyciem inteligentnego systemu w trakcie hamowania. Stadler planuje sprzedawać EURO9000 na różnych rynkach. Największy kontrakt podpisano z luksemburskim NEXRAIL.
Wyjątkowy wynalazek Polaków. 1000 km na jednym ładowaniuStowarzyszenie Czysta PolskaPolsat News
Producenci sztucznej inteligencji decydują się na utajnianie najnowszych modeli ze względu na ryzyko związane z ich potencjalnie niebezpiecznym wykorzystaniem.
Nowoczesne modele AI, takie jak Claude Mythos i GPT-5.5-Cyber, stają się przedmiotem reglamentowanego dostępu dla wybranych organizacji.
Władze i instytucje międzynarodowe zaczynają traktować AI jako technologię dual-use i rozważają wdrożenie regulacji, co może mieć wpływ na prywatność użytkowników.
Anthropic i OpenAI otwierają erę reglamentacji sztucznej inteligencji
Wraz z rozwojem generatywnej i agentycznej sztucznej inteligencji świat zaawansowanych technologii wkroczył w zupełnie nową, znacznie bardziej skrytą fazę rozwoju. Gdy w kwietniu 2026 r. firma Anthropic ogłosiła wydanie modelu Claude Mythos, był to wstrząs dla branży IT. Twórcy wprost zadeklarowali, że system jest zbyt niebezpieczny, by oddać go w ręce opinii publicznej. Zamiast tego, w ramach inicjatywy Project Glasswing, reglamentowany dostęp do niego otrzymało zaledwie ok. 50 zaufanych organizacji.
Eksperci są przekonani, że krok Anthropic to początek trwałego trendu. Jak prognozuje Helen Toner z Center for Security and Emerging Technology na Georgetown University, tego typu ograniczanie premier rynkowych stanie się nową normą i należy spodziewać się, że przykład Mythosa będzie "pierwszy z serii, a nie jednorazowy". Słowa te błyskawicznie znalazły potwierdzenie w rzeczywistości.
Zaledwie tydzień później OpenAI ogłosiło ściśle limitowane wydanie konkurencyjnego modelu GPT-5.4-Cyber, a niedługo potem GPT-5.5-Cyber oraz opartego na nich produktu cyberobronnego Daybreak bliźniaczego wobec dostępnego już wcześniej Codex Security - przeznaczonych wyłącznie dla zweryfikowanych podmiotów. Choć firmy deklarują chęć poszerzania dostępności w ramach "demokratyzacji AI", na ten moment warunkiem koniecznym do uzyskania dostępu staje się pełna wiedza o tożsamości i intencjach użytkownika.
Dylemat podwójnego zastosowania. AI jako technologia dual-use
Tego typu blokady uderzają w fundamenty dotychczasowej nauki, opierającej się na transparentności i podejściu Open Source (udostępnianiu kodu źródłowego, do którego w przypadku większości modeli jednak nie dochodzi). Zwolennicy restrykcji wskazują tymczasem na potężne ryzyko asymetrii konfliktu. W przypadku tak zaawansowanych modeli napastnicy teoretycznie mogliby wykorzystać nowe narzędzia znacznie szybciej niż obrońcy, którzy potrzebują czasu na załatanie wykrytych luk.
Co więcej, obawy nie ograniczają się do cyberprzestrzeni. Przenoszą się również na nauki przyrodnicze takie jak biologia i chemia, gdzie modele pokroju GPT-Rosalind od OpenAI czy "Co-Scientist" od Google, który niedawno omawialiśmy w GeekWeeku, są ściśle reglamentowane ze względu na ryzyko ich potencjalnego wykorzystania przy tworzeniu broni biologicznej.
Całe to zjawisko sprowadza się w istocie do klasycznego dylematu technologii podwójnego zastosowania (ang. dual-use), czyli rozwiązań cywilnych, które mogą błyskawicznie zyskać potężny potencjał militarny lub destrukcyjny, stając się uzbrojeniem. Zjawisko to precyzyjnie opisuje polski badacz dr Karol Chlasta w swojej publikacji z 2025 r. na łamach czasopisma "Security and Defence Quarterly". Jego analizy tysięcy dokumentów naukowych dowodzą, że zainteresowanie generatywną sztuczną inteligencją i dużymi modelami językowymi w kontekście cyberbezpieczeństwa rośnie lawinowo.
"Badanie ujawniło, że GenAI i LLM-y reprezentują znaczący dylemat podwójnego zastosowania. Cyberprzestępcy (ang. malicious actors - przyp. red.) w coraz większym stopniu wykorzystują te metody do celów ofensywnych. I odwrotnie, te same metody są aktywnie rozwijane do wzmacniania środków cyberbezpieczeństwa" - wyjaśnia dr Chlasta. W obliczu tego rozdarcia organizacje muszą pilnie inwestować w ochronę danych i podnoszenie kwalifikacji swoich zespołów.
Cywilna czy militarna? Komisja Europejska zaczyna postrzegać AI dwojako
Na znaczenie aspektu dual-use mocno zwraca uwagę również Komisja Europejska, która w swoim komunikacie z grudnia 2025 r., dot. raportu "The role of AI in the EU's dual-use technology field" autorstwa StepUp StartUps Consortium, podkreśliła, że "AI staje się centralną częścią technologii podwójnego zastosowania Europy, a europejski system startupów i skalowania tworzy nowe szanse dla innowacji, konkurencyjności i bezpieczeństwa".
Choć sztuczna inteligencja nie zawsze jest formalnie klasyfikowana jako technologia dual-use, to w unijnej ocenie działa jako kluczowy czynnik umożliwiający rozwój w obszarach od autonomii i teledetekcji, po logistykę i systemy wspomagania decyzji.
Komisja Europejska ostrzegła, że Europa wchodzi w krytyczną fazę, w której zdolność do integracji sztucznej inteligencji między cywilnymi a obronnymi ekosystemami innowacji zadecyduje o jej suwerenności strategicznej.
Na naszym kontynencie dynamicznie rozwijają się klastry dual-use, m.in. w Monachium, Paryżu, Helsinkach czy Tallinnie, a rynek wspierany jest funduszami takimi jak EUDIS czy NATO Diana, lecz barierą wciąż pozostaje fragmentacja. Programy cywilne i obronne nie są wystarczająco połączone, a młode firmy borykają się z brakiem dostępu do środowisk testowych i skomplikowanymi procedurami przetargowymi, przez co wiele innowacji spod tego szyldu utyka na etapie prototypu.
Technologia jako broń. AI może podlegać restrykcjom typowym dla sektora obronnego
Wobec tak gigantycznego dylematu, przed którym stają prywatne laboratoria, coraz głośniej mówi się o konieczności wkroczenia regulatorów państwowych. Administracja prezydenta Donalda Trumpa zapowiedziała już wprowadzenie rządowego procesu przeglądu nowych systemów AI przed ich premierą, a zgodę na to wydali ich czołowi twórcy - Google, Microsoft i xAI. Obecnie nadzór ma charakter dobrowolny i opiera się na testowaniu modeli przez instytucje takie jak amerykańskie CAISI (działające przy NIST) czy brytyjski AI Security Institute.
Prawnicy wskazują, że państwa mogą ostatecznie sięgnąć po restrykcyjne kontrole eksportowe oraz wewnętrzne przepisy nakazujące firmom szczegółowe weryfikowanie klientów i prowadzenie logów aktywności. Kontrola ta będzie jednak niezwykle trudna nie tylko ze względu na nieuchronne protesty zwolenników prywatności, którzy postrzegają to jako nieuprawnioną inwigilację. Szef Anthropic, Dario Amodei, szacuje, że chińscy programiści są w stanie zreplikować możliwości Mythosa w zaledwie 6 do 12 miesięcy. Według niedawnych doniesień Chiny już teraz na potęgę kopiują modele z amerykańskich laboratoriów, czemu kraj ten oczywiście zaprzecza.
Co dalej? Nowa era reglamentowanej sztucznej inteligencji prawdopodobnie stanie się faktem, stawiając rządy i użytkowników przed koniecznością przedefiniowania pojęć bezpieczeństwa oraz demokratycznego dostępu do wiedzy, zanim mechanizmy te wymkną się spod kontroli. Jeśli rządy ostatecznie uznają potężne modele AI za produkty podwójnego zastosowania, uruchomione zostaną nadzwyczajne mechanizmy kontroli.
Jak ostrzega Helen Toner, wdrożenie restrykcji typowych dla sektora obronnego może drastycznie zawęzić krąg podmiotów i instytucji, które w ogóle otrzymają zgodę na korzystanie z tego oprogramowania, a pozostali mogą podlegać ścisłej obserwacji. Nie ma jeszcze pewności, czy jako produkty dual-use zostaną uznane jedynie modele zdolne do wykrywania luk w zabezpieczeniach i prowadzenia ataków, czy także względnie bezpieczne agenty AI, a nawet zwykłe boty konwersacyjne.
Źródła:
Stokel-Walker, C. Too dangerous to release: is Mythos the start of the restricted-AI era? Nature 653, 996-997 (2026). DOI: 10.1038/d41586-026-01617-2
Chlasta, K. The dual-use dilemma of generative artificial intelligence in cybersecurity: Navigating the explosive growth in offensive and defensive applications. Security and Defence Quarterly 52 no. 4 (2025). DOI: 10.35467/sdq/217364
StepUp Startups Consortium. AI-enabled Dual-Use Tech and the role of the EU's Startup ecosystem. Shaping Europe's digital future (2025).