Widok normalny

Otrzymane przedwczoraj Fakty - Fakty - najświeższe wiadomości z kraju i świata - RMF24

Energia z fotowoltaiki będzie rozliczana inaczej. Zmiana u dużego dystrybutora

Od 1 września 2026 roku wszyscy prosumenci korzystający z sieci TAURON Dystrybucja przejdą na miesięczny system rozliczeń energii. Oznacza to koniec prognozowanych rachunków i rozliczanie wyłącznie na podstawie rzeczywistego zużycia oraz produkcji energii odczytanej z liczników.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Zmiana ma sprawić, że rachunki staną się prostsze i bardziej przejrzyste - obiecuje spółka. Klienci będą mogli na bieżąco śledzić swoje wydatki na energię oraz szybciej zauważać zmiany w zużyciu prądu.

Nowelizacja dotyczy zarówno prosumentów rozliczających się w systemie net-billing jak i po staremu czyli net-metering - zaznacza portal muratordom.pl.

Według TAURON Dystrybucja nowe rozwiązanie jest możliwe dzięki licznikom zdalnego odczytu. Firma zapowiada, że w przyszłości podobny model rozliczeń będzie stopniowo wprowadzany także dla kolejnych grup odbiorców energii.

Prosumenci to osoby lub firmy, które nie tylko zużywają energię elektryczną, ale także sama ją produkują. Najczęściej chodzi o właścicieli instalacji fotowoltaicznych (paneli słonecznych) zamontowanych na dachu domu lub budynku.

Renata Szczepaniak, rzeczniczka prasowa TAURON Dystrybucji zwraca uwagę, że pierwsze faktury po zmianie mogą różnić się od dotychczasowych. Będzie to efekt przejścia z prognoz na rzeczywiste dane pomiarowe.

W kolejnych miesiącach wysokość rachunków ma bardziej odzwierciedlać sezonowość produkcji energii z instalacji fotowoltaicznych. W praktyce oznacza to, że zimą opłaty mogą być wyższe, a latem niższe.

Dodatkowo prosumenci otrzymają fakturę końcową rozliczającą energię zużytą do 31 sierpnia 2026 roku. Dokument ten pojawi się w podobnym terminie co pierwsza miesięczna faktura, dlatego klienci powinni przygotować się na otrzymanie dwóch rozliczeń w krótkim odstępie czasu.

TAURON zachęca prosumentów do korzystania z aplikacji eLicznik. Narzędzie ma umożliwiać podgląd aktualnych danych pomiarowych i analizę zużycia energii z miesiąca na miesiąc. W nowym systemie ma ono pomóc lepiej kontrolować domowy bilans energetyczny i przewidywać wysokość rachunków.

Część klientów już korzysta z miesięcznych rozliczeń - są to osoby, które zostały przyłączone do sieci od 1 stycznia 2026 roku. Od września nowy system obejmie również wszystkich wcześniejszych prosumentów.

Najważniejsze dla klientów jest to, że zmiana zostanie przeprowadzona automatycznie. Nie trzeba składać żadnych wniosków ani podejmować dodatkowych działań.

ENA dla Zbigniewa Ziobry. Wylosowano nowego sędziego

  • Sędzia Tomasz Grochowicz wylosowany został do rozpoznania sprawy o wydanie Europejskiego Nakazu Aresztowania (ENA) dla Zbigniewa Ziobry. Poinformował o tym wydział informacji Sądu Okręgowego w Warszawie.

    • Sędzia Tomasz Grochowicz został wylosowany do rozpoznania sprawy o wydanie Europejskiego Nakazu Aresztowania wobec Zbigniewa Ziobry.
    • Wcześniej zgodę na areszt wobec Ziobry wydał Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa; wydano też za nim list gończy.
    • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

    Sędzia Tomasz Grochowicz został wylosowany po tym, gdy na wniosek Prokuratury Krajowej w ubiegły wtorek została wyłączona ze sprawy sędzia Joanna Grabowska.

    W lutym br. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa zgodził się na zastosowanie aresztu wobec byłego ministra sprawiedliwości. Za Ziobrą wydano list gończy, następnie skierowano do sądu wniosek o wydanie ENA. W drugiej połowie lutego do sprawy tego wniosku została wyznaczona sędzia Grabowska.

    27 maja PK skierowała do warszawskiego sądu okręgowego wniosek o jej wyłączenie w związku z posiadaniem przez nią 102 akcji TV Republika, w której jako korespondent miał zostać zatrudniony Ziobro przebywający obecnie w USA.

    W poniedziałek Aneta Gąsińska z wydziału informacji warszawskiego SO poinformowała PAP, że nowym sędzią referentem w sprawie o wydanie ENA wobec b. szefa MS został sędzia Grochowicz.

    Ziobro - który jest podejrzany w śledztwie dotyczącym nieprawidłowości w Funduszu Sprawiedliwości - 10 maja potwierdził, że jest w USA; wcześniej przez kilka miesięcy przebywał na Węgrzech, gdzie za rządów premiera Viktora Orbana otrzymał ochronę międzynarodową. 

    Po opuszczeniu Węgier, jak 9 maja br. informowała prokuratura, Ziobro wyleciał z Mediolanu do Nowego Jorku. Posłużył się - z punktu widzenia USA - wizą "członka zagranicznych mediów".

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Przesyłka dotarła po 19 latach. Poczta przeprasza za "wszelkie niedogodności"

Brytyjska poczta (Royal Mail) dostarczyła przesyłkę z magazynem dla rodziców do adresata po... 19 latach. Paul Edwards zamówił czasopismo dla rodziców, gdy pierwsze dziecko miało półtora roku, a drugie miało się wkrótce urodzić. Gazeta dotarła do niego, gdy dzieci opuściły już rodzinne gniazdo. Poczta do przesyłki dołączyła list z przeprosinami "za wszelkie niedogodności".

  • Paul Edwards otrzymał magazyn dla rodziców 19 lat po jego zamówieniu.
  • Gazeta z 2007 roku dotarła, gdy dzieci adresata poszły już na studia.
  • Royal Mail przeprosiła za spóźnienie, a historia stała się hitem w sieci.
  • Bądź na bieżąco! Wejdź na RMF24.pl.

Sprawa ma swój początek przed dziewiętnastoma laty, kiedy to Paul Edwards zamówił egzemplarz magazynu dla rodziców "Mother & Baby" ("Matka i Dziecko"). Wówczas jego córka miała 18 miesięcy, a syn miał się urodzić w ciągu trzech miesięcy.

Przesyłka jednak nie dotarła. Mężczyzna w rozmowie z BBC wskazał, że nie pamięta nawet, czy w ogóle zauważył kilkanaście lat temu, że magazyn do niego nie dotarł.

Gazeta w końcu jednak trafiła w ręce Edwardsa. Po 19 latach, w miniony piątek, obecnie 52-letni ojciec wyjął ze skrzynki pocztowej zamówiony egzemplarz, do którego załączony był list z przeprosinami od poczty - "za wszelkie niedogodności".

Mężczyzna, którego dzieci mają teraz 18 i 20 lat, powiedział w rozmowie z brytyjskim nadawcą, że uznał to za "po prostu dziwaczne".

Dostajesz naderwany, pognieciony worek i myślisz: "co to do diabła jest?". W dodatku widzisz na nim "szczere przeprosiny" - mówił Edwards. Poczta załączyła bowiem list z przeprosinami "za wszelkie niedogodności".

Mężczyzna podkreślił, że sytuacja go rozbawiła, a zwłaszcza przeprosiny od poczty. Dzieci Edwardsa, jak wskazał, już opuściły rodzinne gniazdo.

52-latek ocenił, że "zdrowy rozsądek podpowiadałby wyrzucić to do kosza" zamiast dostarczać po 19 latach.

Kilka osób mówiło mi, żebym wystawił to czasopismo na eBay-u, ale to nie w moim stylu. Po prostu to wyrzucę - przyznał w rozmowie z brytyjską stacją.

Brytyjska poczta oświadczyła, że przesyłka nie zaginęła, lecz prawdopodobnie ktoś ponownie włożył ją do systemu pocztowego. Instytucja podkreśliła, że codziennie sprawdza swoje biura doręczeń oraz maszyny sortujące.

Jak wskazała telewizja BBC, brytyjska poczta była w ostatnim czasie krytykowana za czas dostaw. Niekiedy opóźnienia skutkowały odwołanymi wizytami lekarskimi.

Rzecznik poczty wskazał, że "gdy przesyłka jest już w systemie pocztowym, zostanie dostarczona pod wskazany adres". Potwierdza to przypadek Paula Edwardsa.

Jadowity pająk Nosferatu tuż przy polskiej granicy. Liczba zgłoszeń lawinowo rośnie

Pająk o wyglądzie wampira i jadowitych szczękach błyskawicznie opanowuje kolejne rejony Niemiec. Gatunek Nosferatu, który dotychczas kojarzony był wyłącznie z ciepłym południem Europy, dotarł już nawet nad Bałtyk tuż przy polskiej granicy. Choć jego potężne szczęki potrafią przebić ludzką skórę, eksperci uspokajają.

  • Pająk Nosferatu, niegdyś znany głównie z południa Europy, teraz szturmem zdobywa Niemcy, w tym północne rejony blisko polskiej granicy.
  • Nosferatu świetnie radzi sobie w chłodniejszym klimacie, zimą wchodzi do domów, a jego ukąszenia są rzadkie i niegroźne - bardziej jak ukłucie owada.
  • W Polsce pająki nie stanowią poważnego zagrożenia, a większość gatunków pełni ważną rolę w ekosystemie, pomagając zwalczać szkodniki.
  • Więcej najnowszych i najważniejszych informacji z kraju i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl

Pająk Nosferatu (Zoropsis spinimana) to gatunek, który jeszcze kilkanaście lat temu znany był głównie z południa Europy. Dziś można go spotkać niemal w całych Niemczech, włącznie z północnymi landami, takimi jak Meklemburgia-Pomorze Przednie czy Szlezwik-Holsztyn. Według ekspertów z organizacji ochrony środowiska, pająk ten zadomowił się już nawet w tych rejonach, gdzie do niedawna nie był obecny. Jego obecność potwierdzają liczne zgłoszenia i zdjęcia mieszkańców.

Od pierwszego odnotowania obecności tego gatunku w Niemczech w 2005 roku, Nosferatu bardzo szybko rozprzestrzenił się na kolejne obszary. Początkowo był spotykany głównie na południu kraju, jednak z czasem zaczął pojawiać się także nad Bałtykiem. W 2022 roku zaobserwowano go po raz pierwszy w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, choć początkowo był to pojedynczy przypadek związany z przypadkowym przywiezieniem pająka w bagażu. Obecnie doniesienia o jego obecności płyną już regularnie z różnych części kraju, w tym z wysp Rugia i Uznam, a także z Lubeki, gdzie na stałe zagościł w przestrzeni miejskiej.

Obecność pająka Nosferatu jest dokumentowana przez mieszkańców Niemiec. Każdego roku notuje się od 3000 do 5000 zgłoszeń popartych fotografiami. Wiosną tego roku liczba obserwacji była szczególnie wysoka - w okresie od stycznia do maja przesłano ponad 2500 zdjęć. Eksperci zachęcają do dalszego zgłaszania przypadków spotkania z tym gatunkiem, co umożliwia dokładniejsze monitorowanie jego populacji i rozprzestrzeniania się.

Pająk Nosferatu doskonale radzi sobie nawet w surowszym, północnym klimacie. Zimą chętnie zasiedla ogrzewane domy i mieszkania, gdzie znajduje dogodne warunki do życia. Jest aktywny głównie nocą, a dzięki solidnej budowie ciała, jadowitym szczękom i zręczności potrafi polować na stosunkowo dużą zdobycz. Ciało dorosłego osobnika osiąga długość od 1 do 2 cm, a rozpiętość odnóży może sięgać nawet 5 cm. Charakterystyczny wzór na przedniej części ciała przywodzi na myśl twarz wampira znanego z filmu Nosferatu, co nadało mu popularną nazwę.

Jednym z najczęściej zadawanych pytań jest to, czy obecność pająka Nosferatu stanowi zagrożenie dla ludzi. Choć jego jadowite szczęki są na tyle silne, by przebić ludzką skórę, ukąszenia zdarzają się bardzo rzadko i mają łagodny przebieg, porównywalny do użądlenia przez owada. 

Eksperci podkreślają, że nawet w przypadku ukąszenia nie ma powodów do niepokoju - objawy ograniczają się zwykle do miejscowego zaczerwienienia i krótkotrwałego bólu. Pająk wykorzystuje jad głównie do polowania, a nie do obrony przed człowiekiem.

W kontekście ekspansji nowych gatunków warto przypomnieć, że w Polsce nie występują pająki, które mogłyby stanowić istotne zagrożenie dla zdrowia człowieka. Nawet te uznawane za "jadowite" wykorzystują jad wyłącznie do zdobywania pożywienia. Ukąszenia polskich pająków są niezwykle rzadkie i mają łagodny przebieg, nie różnią się pod względem objawów od ugryzienia przez owada. 

Polskie lasy są domem dla setek gatunków pająków, z których większość jest zupełnie niegroźna, a wiele z nich pełni ważną rolę w ekosystemie. Najbardziej rozpoznawalne to krzyżaki, które budują symetryczne sieci, oraz skakuny - niewielkie, fotogeniczne pająki o dużych oczach, które aktywnie polują na swoje ofiary.

Choć wiele osób odczuwa niepokój na widok pająków, warto pamiętać, że są one naszymi sprzymierzeńcami w walce z owadami. Regulują liczebność szkodników, przyczyniają się do zachowania równowagi w przyrodzie i wspierają bioróżnorodność. Zmiany klimatu mogą sprzyjać pojawianiu się nowych gatunków, jednak proces ten jest stopniowy i stale monitorowany przez naukowców.

Zarzucając wędkę, wbił haczyk w twarz dziewczynki. Seria wypadów na Mazurach

  • Chłopiec, zarzucając wędkę, wbił haczyk w twarz dziewczynki. Do zdarzenia doszło na polu namiotowym koło Pisza w województwie warmińsko-mazurskim. To jednak niejedyny wypadek, do którego doszło w długi weekend na Mazurach. W jednym z portów w Wilkasach nad jeziorem Niegocin chłopiec, jadąc hulajnogą, nie zauważył schodów i złamał nogę. Jego ojciec - widząc to - zemdlał.

    • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco. 

    Dla ratowników Mazurskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego oraz załóg wodnych karetek długi weekend czerwcowy przy okazji Bożego Ciała był wyjątkowo pracowity. Odnotowano kilkanaście interwencji medycznych i technicznych. Jak informuje reporter RMF FM Piotr Bułakowski, pomoc była potrzebna nie tylko na wodzie.

    Na polu namiotowym koło Pisza chłopiec - zarzucając wędkę - wbił haczyk w twarz dziewczynki. Potrzebna była interwencja medyczna. Z kolei w jednym z portów w Wilkasach nad jeziorem Niegocin jadący hulajnogą chłopiec nie zauważył schodów. Złamał nogę, a jego ojciec, widząc to, zemdlał. Ratownicy po przybyciu na miejsce i zaopatrzeniu złamania, wezwali helikopter LPR.

    Sporo było też interwencji technicznych. Nawet mimo oznaczonych mielizn, niektórzy żeglarze wpadali m.in. na kamienie sztynorckie. Stanowią one jedną z najbardziej znanych i niebezpiecznych przeszkód nawigacyjnych dla żeglarzy na szlaku Wielkich Jezior Mazurskich. 

    Mazurskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe poinformowało, że łącznie od początku czerwca odnotowano 9 interwencji, poszkodowanych zostało 14 osób, a do szpitala trafiła jedna; w dwóch przypadkach niezbędne były wspólne działania ze strażą pożarną, policją i zespołami ratownictwa medycznego, a w jednym z załogą Lotniczego Pogotowia Ratunkowego i również w jednym przypadku z Wodnym Ochotniczym Pogotowiem Ratunkowym. Jeśli chodzi o statystyki Wodnego Zespołu Ratownictwa Medycznego, od początku tego miesiąca odnotowano 13 interwencji i 11 poszkodowanych. Do szpitala trafiły 4 osoby. 

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Tusk wzywa Nawrockiego i Zełenskiego. "Dyplomacja nie przyniosła efektów"

"Ponieważ dyplomacja nie przyniosła żadnych efektów, zwracam się publicznie do prezydentów Karola Nawrockiego i Wołodymyra Zełenskiego o bezpośrednią i szczerą rozmowę" - napisał w mediach społecznościowych premier Donald Tusk.

  • W kwietniu 2023 roku prezydent Andrzej Duda odznaczył Wołodymyra Zełenskiego Orderem Orła Białego za zasługi w pogłębianiu relacji Polski z Ukrainą i obronę praw człowieka.
  • Pod koniec maja 2026 prezydent Ukrainy nadał nazwę "Bohaterów UPA" jednej z jednostek wojskowych, co wzbudziło krytykę w Polsce.  
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Kapituła Orderu Orła Białego w poniedziałek ma zająć się m.in. propozycją prezydenta Karola Nawrockiego w sprawie odebrania Orderu prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu, w związku z nazwaniem jednej z jednostek wojskowych imieniem "Bohaterów UPA".

W poniedziałek przed południem wpis w tej sprawie na platformie X zamieścił Donald Tusk. 

"Ponieważ dyplomacja nie przyniosła żadnych efektów, zwracam się publicznie do prezydentów Karola Nawrockiego i Wołodymyra Zełenskiego o bezpośrednią i szczerą rozmowę" - napisał premier.

"Zanim emocje zrujnują naszą solidarność, która narodziła się w obliczu rosyjskiego zagrożenia. Współpraca leży w interesie obu naszych państw i narodów, a konflikt w interesie Moskwy. To chyba oczywiste dla nas wszystkich" - podkreślił szef rządu.

Wołodymyr Zełenski został odznaczony Orderem Orła Białego w kwietniu 2023 roku przez ówczesnego prezydenta Andrzeja Dudę "w uznaniu znamienitych zasług w pogłębianiu przyjaznych i wszechstronnych stosunków między Polską a Ukrainą, za rozwijanie współpracy na rzecz demokracji, pokoju i bezpieczeństwa w Europie oraz niezłomność w obronie niezbywalnych praw człowieka".

Pod koniec maja prezydent Ukrainy ogłosił, że nadał imię "Bohaterów UPA" Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych "Północ" Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy. Decyzja ta wywołała falę krytyki w Polsce.

Prezydent Nawrocki, wyrażając oburzenie decyzją prezydenta Ukrainy, zaproponował wówczas, by jednym z punktów zwołanego na 8 czerwca posiedzenia Kapituły było odebranie mu Orderu Orła Białego. Nawrocki stwierdził wtedy m.in., że "gloryfikowanie UPA jest rzeczą, która dostarczyła rosyjskiej propagandzie wiele tlenu do dezinformacji".

W związku z napiętą sytuacją w piątek i sobotę był w Warszawie szef kancelarii prezydenta Ukrainy Kyryło Budanow, który rozmawiał z m.in. z wicepremierem, szefem MON Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, szefem prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcinem Przydaczem, szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego Bartoszem Grodeckim oraz wiceszefem MSZ Marcinem Bosackim.

Szef prezydenckiego BPM powiedział po rozmowie z Budanowem, że strona ukraińska wskazała, że ma świadomość reakcji, jakie tematyka UPA wywołuje w Polsce i jest zainteresowana dialogiem w tej sprawie. Przydacz zadeklarował gotowość do dalszych rozmów i wskazał na oczekiwania po stronie polskiej. Z kolei rzecznik MSZ Maciej Wewiór przekazał, że jednym z tematów rozmowy Budanowa z wiceministrem Bosackim były ukraińskie propozycje rozwiązania sytuacji.

Polska i Ukraina od lat różnią się w ocenie działalności Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Dla polskiej strony wydarzenia z 1943 r. na Wołyniu były zbrodnią ludobójstwa, dla Ukraińców był to efekt symetrycznego konfliktu zbrojnego, za który w równym stopniu odpowiedzialne były obie strony. Dodatkowo Ukraińcy postrzegają OUN i UPA przeważnie jako organizacje antysowieckie (ze względu na ich powojenny ruch oporu wobec ZSRR), a nie antypolskie.

Nadawanie odznaczeń jest prerogatywą prezydenta. Prezydent nadaje ordery z własnej inicjatywy lub na wniosek premiera oraz Kapituł orderów. Według ustawy o orderach i odznaczeniach prezydent może podjąć decyzję o pozbawieniu orderu na wniosek m.in. kapituły oraz z własnej inicjatywy po zasięgnięciu opinii odpowiedniej kapituły, w razie stwierdzenia, że "nadanie orderu lub odznaczenia nastąpiło w wyniku wprowadzenia w błąd albo odznaczony dopuścił się czynu, wskutek którego stał się niegodny orderu lub odznaczenia".

Order Orła Białego to najstarszy i najważniejszy order państwowy. Kapitule Orderu Orła Białego przewodniczy prezydent. Kapituła ma prawo wyrażania opinii we wszystkich sprawach dotyczących orderu, może też m.in. wystąpić do prezydenta z inicjatywą nadania orderu lub jego pozbawienia. Obecnie w Kapitule Orderu Orła Białego, oprócz prezydenta Nawrockiego, zasiadają: kanclerz Kapituły Orderu Orła Białego prof. Michał Kleiber, Zofia Romaszewska, Adam Bujak, Wojciech Roszkowski i Bronisław Wildstein.

Dron wleciał do Mołdawii. Doszło do eksplozji

  • Kolejny incydent z udziałem drona w Mołdawii. Tuż po północy przestrzeń powietrzna tego kraju została naruszona przez bezzałogowiec. Doszło do wybuchu. Szczątki maszyny znaleziono w pobliżu wsi na wschodzie kraju.

    • Kolejny incydent z udziałem drona w Mołdawii - w nocy bezzałogowiec naruszył przestrzeń powietrzną kraju.
    • Szczątki drona znaleziono w pobliżu wsi Lopatna, niedaleko granicy z Ukrainą; widoczne były ślady eksplozji.
    • Chcesz wiedzieć, co dzieje się w kraju i na świecie? Wejdź na rmf24.pl.

    Tuż po północy systemy nadzoru w Mołdawii wykryły drona przekraczającego granicę kraju - podało ministerstwo obrony tego kraju.

    Potem fragmenty drona znaleziono na polu w pobliżu wsi Lopatna, niedaleko granicy z Ukrainą. Widoczne na nim były ślady eksplozji.

    Trwa badania szczątków drona. Ma ono ustalić, skąd pochodziła maszyna oraz jak doszło do wybuchu.

    Mołdawskie władze podkreślają, że incydent miał miejsce w nocy, kiedy to Rosja przeprowadzała kolejny atak na sąsiednią Ukrainę. Jak podały ukraińskie Siły Powietrzne, w nocy Rosja zaatakowała Ukrainę przy użyciu 155 bojowych dronów. Celem był m.in. Charków i Odessa.

    Ministerstwo Spraw Zagranicznych Mołdawii wydało stanowczy komunikat, w którym zaznaczyło, że wydarzenie to "podkreśla ryzyka i konsekwencje, jakie wojna agresji Federacji Rosyjskiej przeciwko Ukrainie niesie dla bezpieczeństwa regionu i państw sąsiednich".

    To nie pierwszy tego typu przypadek w ostatnich miesiącach. Mołdawia już wielokrotnie informowała o rosyjskich dronach naruszających jej przestrzeń powietrzną lub o szczątkach maszyn spadających w pobliżu granicy z Ukrainą.

    Prezydent Mołdawii Maia Sandu podkreśliła w niedzielę, że wojna w Ukrainie wyraźnie pokazuje, jak bardzo jej kraj potrzebuje nowoczesnych dronów przechwytujących oraz nowych przepisów, które umożliwią ich produkcję.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Obiecał wielki transfer Lewandowskiego. Decyzja zapadła

Robert Lewandowski raczej nie wybiera się do Fenerbahce Stambuł, a biznesmen Hakan Safi, który obiecał transfer Polaka, przegrał wybory na prezesa klubu. Po ośmiu latach przerwy tę funkcję ponownie będzie sprawował Aziz Yildirim.

  • Biznesmen Hakan Safi przegrał wybory na prezesa Fenerbahce Stambuł, mimo obietnic transferu Roberta Lewandowskiego.
  • Safi kusił wizją zakontraktowania Lewandowskiego, zapowiadając dwuletni kontrakt z opcją przedłużenia i zarobkami do 15 mln euro rocznie.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

73-letni Aziz Yildirim, biznesmen z branży budowlanej, kierował już klubem w latach 1998-2018. Pokonał Safiego w wyniku głosowania członków klubu w trakcie Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia, które odbyło się w niedzielę w stambulskiej dzielnicy Kadikoy.

Wybory zostały ogłoszone po tym, jak o swojej rezygnacji poinformował dotychczasowy szef klubu Sadettin Saran. W czwartek sąd skazał go na 2,5 roku więzienia za podżeganie do nielegalnych zakładów bukmacherskich.

Safi kusił swoich zwolenników wizją pozyskania m.in. Lewandowskiego, a tureckie media prześcigały się w informacjach o tym, że Polak miał zaakceptować ofertę, w której proponowano mu dwuletni kontrakt z opcją przedłużenia o kolejny sezon i zarobki na poziomie 10 a 15 mln euro rocznie.

37-letni napastnik 16 maja ogłosił, że po sezonie opuści Barcelonę. W jej barwach występował od 2022 roku. Zdobył trzykrotnie mistrzostwo Hiszpanii (2023, 2025-26), raz Puchar Króla (2025) i trzykrotnie Superpuchar Hiszpanii. Łącznie rozegrał 193 spotkania, w których uzyskał 120 bramek, co daje mu 14. miejsce w klubowej klasyfikacji strzelców wszech czasów.

W edycji 2025/26 wystąpił w 46 meczach i strzelił 19 goli. W minionych miesiącach odgrywał coraz mniejszą rolę w zespole, coraz częściej wchodził z ławki rezerwowych, miał też więcej przerw spowodowanych kłopotami zdrowotnymi.

Do tej pory piłkarz nawet nie zasugerował, jaki kierunek wybierze. Na początku spekulacji łączono go głównie z Arabią Saudyjską lub amerykańsko-kanadyjską ligą MLS. Chęć jego zatrudnienia wyrażały też kluby włoskie, ale raczej nie byłyby w stanie spełnić oczekiwań finansowych Polaka.

Inwazja trujących gąsienic u naszych sąsiadów. Ludzie boją się wychodzić z domów

Berlińczycy zmagają się z masową inwazją trującej korowódki dębówki. Gąsienice tej ćmy opanowały parki, ogrody, a nawet fasady budynków. Z powodu toksycznych włosków tej gąsienicy starsi ludzie boją się wychodzić z domów, rodzice nie wypuszczają dzieci na podwórka. Zamknięto parki, place zabaw i tereny sportowe.

W ostatnich tygodniach mieszkańcy Berlina zmagają się z bezprecedensową inwazją korowódki dębówki - gąsienicy, której parzące włoski są poważnym zagrożeniem dla zdrowia. Toksyna zawarta we włoskach wywołuje silne reakcje alergiczne, a nawet duszności. Jak relacjonują mieszkańcy, gąsienice pojawiają się dosłownie wszędzie: są na framugach drzwi, na samochodach, elewacjach, lampach.

Mieszkańcy przetrwają dzień tylko dzięki tabletkom z kortyzonem - przyznaje radny jednej z dzielnic Berlina, Nico Kaufmann.

W związku z brakiem reakcji ze strony władz mieszkańcy Berlina postanowili działać na własną rękę. Zbierają podpisy pod petycją, w której domagają się opracowania skutecznego planu ochrony dla całego miasta. Część parków, ogrodów i placów zabaw została już ogrodzona i oznaczona ostrzeżeniami, jednak zagrożenie nie maleje.

Władze sanitarne nie interweniują, tłumacząc, że gąsienice nie są klasyfikowane jako typowe szkodniki. Dodatkowo berliński urząd ochrony roślin zabrania stosowania biocydów - gniazda trujących gąsienic są odsysane. W innych regionach Niemiec stosuje się insektycydy lub biologiczne metody, takie jak opryskiwanie drzew nicieniami, które zwalczają larwy. Niektóre gminy używają gorącej wody lub piany z myjek wysokociśnieniowych, by unieszkodliwić parzące włoski.

Władze i organizacje przyrodnicze stawiają też na naturalnych wrogów gąsienic - montowane są budki lęgowe dla sikorek i rudzików, które żywią się larwami korowódki.

Eksperci podkreślają, że korowódka dębówka rozmnaża się coraz szybciej. Sprzyjają jej łagodne zimy, ciepłe i suche wiosny oraz zmiany klimatyczne. Według prognoz przyrodników najpoważniejsze zagrożenie minie w połowie czerwca, gdy gąsienice przekształcą się w ćmy. Dorosłe owady nie stanowią już zagrożenia alergicznego.

Największe zagrożenie stanowią włoski pokrywające ciało gąsienicy. Każda z nich ma ich aż około 60 tysięcy, a długość pojedynczego włoska to około 2 mm. Włoski te łatwo się odłamują i są wypełnione parzącą substancją - thaumetopoeiną. W momencie zagrożenia gąsienice potrafią "wystrzelić" włoski w powietrze. Unoszone przez wiatr mogą dotrzeć nawet kilka kilometrów od miejsca występowania owada. 

Kontakt z włoskami może prowadzić do poważnych dolegliwości. Jak podkreślają eksperci: "Po kontakcie ze skórą lub oczami substancja ta może wywoływać nieprzyjemne uczulenia i podrażnienia, a często także objawy groźne dla zdrowia".

Wśród objawów wymienia się m.in.:

  • zawroty głowy,
  • gorączkę,
  • ataki astmy,
  • reakcje alergiczne,
  • wymioty,
  • wysypkę. 

W przypadku poważniejszych reakcji niezbędna jest konsultacja lekarska.

Jeśli dojdzie do kontaktu z gąsienicą korowódki dębówki lub jej włoskami, należy zachować szczególną ostrożność. Przede wszystkim:

  • zdejmij ubranie, które mogło mieć kontakt z włoskami (wypierz je w temperaturze przynajmniej 60 stopni C),
  • jeśli włoski znajdują się na skórze, usuń je przy pomocy taśmy klejącej, przyklejając taśmę do skóry i odrywając ją - czynność powtórz kilkukrotnie, zmieniając taśmę,
  • przemyj podrażnione miejsca letnią wodą,
  • unikaj drapania i pocierania skóry w miejscu wystąpienia zmian alergicznych,
  • w przypadku dostania się włosków do oczu lub wystąpienia silnej reakcji alergicznej, jak najszybciej skontaktuj się z lekarzem.

Objawy mogą pojawić się natychmiast lub w ciągu kilku godzin. W większości przypadków stosuje się leczenie antyhistaminowe lub miejscowe środki steroidowe.

Na kontakt z włoskami korowódki dębówki szczególnie narażone są psy i koty. Pierwsze objawy to intensywne ślinienie się, trudności z piciem i jedzeniem oraz drobne rany na ciele zwierzęcia. W takim przypadku konieczna jest pilna wizyta u weterynarza, ponieważ skutki mogą być groźne dla zdrowia pupila.

Rewolucja w porodach domowych? Jest zarządzenie ministra

Porody domowe z refundacją NFZ? Minister zdrowia powołał specjalny zespół do spraw domów narodzin i porodów domowych. Zadaniem ekspertów będzie przygotowanie zasad funkcjonowania oraz standardów bezpieczeństwa dla porodów poza szpitalem.

  • Minister zdrowia powołał zespół ds. domów narodzin i porodów domowych.
  • Porody domowe mają być finansowane przez NFZ.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Zgodnie z zarządzeniem ministra zadaniem zespołu do spraw domów narodzin i porodów domowych "jest przygotowanie i przekazanie ministrowi właściwemu do spraw zdrowia propozycji rozwiązań systemowych zapewniających możliwości finansowania ze środków publicznych domów narodzin i porodów domowych z określeniem zasad ich funkcjonowania zapewniających bezpieczeństwo matki i dziecka w porodzie pozaszpitalnym".

Przewodniczącą zespołu ma zostać prof. Grażyna Iwanowicz-Palus, konsultant krajowa w dziedzinie pielęgniarstwa ginekologiczno-położniczego.

Do zespołu powołano także prof. Ewę Wender-Ożegowską, konsultant krajową w dziedzinie położnictwa i ginekologii, położne: Karolinę Kardasz, Dorotę Fryc, Barbarę Baranowską, położne rodzinne: Ewę Janiuk, Katarzynę Dąbrowską-Kuczyńską. Organizacje pozarządowe będą reprezentować: Joanna Pietrusiewicz, prezes Fundacji Rodzić po Ludzku oraz Anna Furmaniuk, wiceprezes Fundacji Matecznik.

W zespole mają zasiąść także: Grażyna Bączek, dyrektor ds. Położnych i Pielęgniarek Centrum Medycznego "Żelazna" sp. z o.o. oraz Edyta Dzierżak-Postek, kierownik Przyszpitalnego Domu Narodzin Centrum Medycznego "Żelazna" sp. z o.o., Wojciech Puzyna, prezes Centrum Medycznego "Żelazna" sp. z o.o.

W pracach zespołu mają także uczestniczyć przedstawiciele Narodowego Funduszu Zdrowia, Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, Departamentu Analiz i Strategii w Ministerstwie Zdrowia, Departamentu Równości w Zdrowiu w Ministerstwie Zdrowia oraz sekretarz zespołu - przedstawiciel Departamentu Analiz i Strategii w Ministerstwie Zdrowia.

Pierwsze posiedzenie zespołu ma zostać zwołane przez przewodniczącą nie później niż w ciągu 30 dni od wejścia w życie zarządzenia. 

Zespół ma przekazać minister zdrowia propozycje rozwiązań systemowych dotyczących domów narodzin i porodów domowych nie później niż do końca marca 2027 r.

NPB wyemitował nową monetę. Upamiętnia wydarzenia sprzed pół wieku

Narodowy Bank Polski rozpoczął sprzedaż nowej monety kolekcjonerskiej. Zrobiona ze srebra, jest poświęcona uczestnikom robotniczych protestów z czerwca 1976 r.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Moneta "50. rocznica Czerwca ’76" jest dostępna w sprzedaży od poniedziałku 8 czerwca.

Moneta o nominale 10 zł została wybita ze srebra próby 999,9. Ma średnicę 32 mm, waży 14,14 g, a jej nakład ograniczono do maksymalnie 8 tys. egzemplarzy. Będzie dostępna we wszystkich oddziałach okręgowych NBP oraz w internetowym sklepie Kolekcjoner. Cena emisyjna została ustalona na 370 zł.

Projekt monety nawiązuje do wydarzeń sprzed pół wieku. Na rewersie znalazły się sylwetki protestujących oraz fragmenty biało-czerwonych flag. Awers przedstawia nazwy trzech miast, w których demonstracje miały najbardziej dramatyczny przebieg - Radomia, Ursusa i Płocka - na tle stylizowanego bloku mieszkalnego.

Jak przypomina NBP w swoim komunikacie, genezą wydarzeń czerwca 76’ była gwałtownie pogarszająca się sytuacja gospodarcza w PRL po zakończeniu okresu tzw. gierkowskiego "cudu gospodarczego". 24 czerwca 1976 roku władze ogłosiły plan radykalnych podwyżek cen żywności. Mięso i ryby miały zdrożeć o niemal 70 proc., cukier o 90 proc., a ryż nawet o 150 proc.

Już następnego dnia przez kraj przetoczyła się fala protestów. Według danych objęły one 112 zakładów pracy w 24 województwach, a udział w nich wzięło ponad 80 tys. osób. Najbardziej burzliwe wydarzenia rozegrały się w Radomiu, Ursusie i Płocku.

Według oficjalnych danych po wydarzeniach Czerwca ’76 aresztowano 239 osób. Najwięcej zatrzymań odnotowano w Radomiu - 173 osoby. W Płocku zatrzymano 35 uczestników protestów, a w Ursusie 31.

Część demonstrantów stanęła przed kolegiami do spraw wykroczeń, a 40 osób przed sądami. Najsurowsze wyroki, sięgające 10 lat więzienia, usłyszeli niektórzy mieszkańcy Radomia. Ostatni skazani opuścili więzienia dopiero po amnestii ogłoszonej w lipcu 1977 roku.

NBP zapowiada, że to nie koniec tegorocznych emisji historycznych. Już 24 czerwca 2026 roku do obiegu trafi kolejna srebrna moneta kolekcjonerska - o nominale 20 zł - upamiętniająca 70. rocznicę Poznańskiego Czerwca 1956.

Kaczyński wspomina Samoobronę. "W porównaniu z Braunem..."

"To, co robi Braun, to nie jest normalna część życia publicznego" - stwierdził w wywiadzie dla Wirtualnej Polski prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński. Kategorycznie odrzucił też możliwość wejścia w koalicję z Konfederacją Korony Polskiej. Wspomniał w tym kontekście o trudnej współpracy z Samoobroną i Ligą Polskich rodzin w czasach pierwszego rządu PiS.

W wywiadzie dla Wirtualnej Polski Jarosław Kaczyński stwierdził, że lider Konfederacji Korony Polskiej Grzegorz Braun "to zjawisko spoza sfery normalnej polityki". Zastrzegł, że ta opinia nie dotyczy wyborców kontrowersyjnego europosła. 

Czasami nie zdają sobie nawet sprawy, jakie osoby otaczają Brauna: powiązania rosyjskie, wypowiedzi przeciwko papieżowi. Gdyby ludzie o tym wiedzieli, wielu Brauna by nie popierało - sugerował prezes Prawa i Sprawiedliwości. 

To, co robi Braun, to nie jest normalna część życia publicznego i nie ma o czym rozmawiać - stwierdził były premier. Odrzucił też możliwość budowania koalicji z Konfederacją Korony Polskiej. Zapewnił, że nie zdecyduje się na taki ruch nawet w sytuacji, gdyby miało to oznaczać niemożność zbudowania większości parlamentarnej. 

To się już raz źle skończyło, kiedy szliśmy razem - z Samoobroną Andrzeja Leppera. A Samoobrona, w porównaniu z dzisiejszym Braunem, to była cywilizowana partia, zgoła przedstawiciele salonów - zauważył ironicznie Kaczyński. Dodał, że rządzenie w koalicji PiS - Samoobrona - Liga Polskich Rodzin było najcięższym doświadczeniem w jego karierze politycznej. Szczególnie krytycznie ocenił przy tym byłego lidera LPR-u, a obecnie posła Koalicji Obywatelskiej - Romana Giertycha. 

Odnosząc się do sugestii, że notowania partii Brauna urosły kosztem PiS-u, Kaczyński odparł, że właśnie dlatego Przemysław Czarnek jest odpowiednim kandydatem na premiera. Jak przekonywał, może on być bliski elektoratowi Konfederacji Korony Polskiej. 

Swoim życiorysem udowadnia, że własną pracą można wiele osiągnąć: zmienił środowisko, stał się naukowcem. A do tego nie ciąży na nim ten ładunek krytyki, który spadł na premiera Morawieckiego - argumentował. 

W wywiadzie nie zabrakło również krytycznej oceny rządów Donalda Tuska. Zrobił tyle złego, że nawet jeżeli palą się jakieś malutkie jasne świeczki na jego rzecz, to ogień piekielny, który go czeka, jest nieporównanie większy - stwierdził barwnie lider PiS-u. 

Tusk całkowicie zniszczył funkcjonowanie państwa. Całkowicie zniszczył finanse publiczne. Całkowicie podporządkował politykę interesom niemieckim. I wpisał się w bieg wydarzeń, który spowoduje, że Polska jako państwo suwerenne przestanie funkcjonować - wyliczał Kaczyński. 

Niezwykłe powitanie Mai Chwalińskiej. Setki kibiców, kwiaty i "Pszczółka Maja"

  • Niezwykłe powitanie Mai Chwalińskiej. Setki kibiców, kwiaty i "Pszczółka Maja"

    Maja Chwalińska, bohaterka Rolanda Garrosa, nasza narodowa duma, która w poniedziałkowym notowaniu rankingu tenisistek awansowała ze 114. na 21. miejsce, wylądowała na warszawskim Lotnisku Chopina. 24-latkę, której każde zagranie to precyzyjnie zaplanowany ruch, który ma zmuszać rywalki do ciągłego biegania, na lotnisku przywitali kibice z morzem kwiatów, a nawet podkładem muzycznym.

    • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

    Maja Chwalińska, wicemistrzyni French Open wróciła do Polski. Ok. godz. 9:30 tenisistka wylądowała w Warszawie. Specjalnie dla niej linie LOT zmieniły wcześniej oznaczenie z "LO334" na "LOTMAJA". Gromkimi brawami przywitało ją kilkuset kibiców. W poniedziałkowym notowaniu rankingu tenisistek Maja Chwalińska awansowała ze 114. na 21. miejsce. Wyżej od niej klasyfikowane były tylko trzy Biało-Czerwone - jedyna polska liderka listy WTA Iga Świątek, wiceliderka Agnieszka Radwańska i Magda Linette, która dotarła do 19. pozycji.

    Kilku szczęśliwców mogło liczyć na podpis na koszulce lub piłce tenisowej. Jeden z fanów przygotował nawet specjalną oprawę muzyczną - miał przy sobie głośnik, z którego wybrzmiewała słynna piosenka w wykonaniu Zbigniewa Wodeckiego "Pszczółka Maja". Dziewczyna jest fenomenalna, zrobiła coś takiego, że wszystkim chce się żyć - powiedział reporterowi RMF FM Michałowi Dobrołowiczowi jeden z kibiców na warszawskim lotnisku Chopina. 

    Urodzona w Miechowie reprezentantka klubu BKT Advantage Bielsko-Biała mierzyła się w finale French Open z 19-letnia Rosjanką Mirrą Andriejewą. Polka była rewelacją turnieju - do Paryża przyjechała jako 114. zawodniczka rankingu, do tego z niewielkim doświadczeniem na największych scenach. Przebiła się przez kwalifikacje, a potem odprawiła sześć wyżej notowanych rywalek.

    "Może wróci przyjemność z jedzenia". Wyznanie Chwalińskiej po finale Wielkiego Szlema

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Sięgał z Bulls po mistrzostwo NBA. Stacey King nie żyje

  • Nie żyje Stacey King, były koszykarz, trzykrotny mistrz NBA w barwach Chicago Bulls. Miał 59 lat. Po zakończeniu kariery był cenionym ekspertem i komentatorem.

    • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

    "Stacey King był cenionym członkiem rodziny Bulls i jedną z naprawdę wyjątkowych osobowości w historii naszego klubu" - przekazały w oświadczeniu chicagowskie "Byki", podkreślając, że King był związany z nimi ponad trzy dekady.

    King karierę w NBA rozpoczął w barwach Bulls, którzy wybrali mierzącego 211 cm środkowego z Oklahomy z szóstym numerem w drafcie w 1989 roku. 

    W ciągu pięciu sezonów spędzonych w tej ekipie odnotował średnio 6,6 punktu i 3,3 zbiórki, a w latach 1991-93 został mistrzem NBA w erze Michaela Jordana. 

    W NBA rozegrał w sumie osiem sezonów, występując też w Minnesota Timberwolves, Miami Heat, Boston Celtics i Dallas Mavericks.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Są oficjalne wyniki wyborów w Armenii. Moskwa nie ma się z czego cieszyć

Dzisiaj, 8 czerwca (09:45)

Aktualizacja: 1 godz. 23 minuty temu

Ogłoszono oficjalne wyniki wyborów parlamentarnych w Armenii. Wygrała Umowa Społeczna, partia Nikola Paszyniana, premiera kraju. Zdobyta większość pozwoli mu na stworzenie samodzielnego rządu. Drugie miejsce zajął sojusz Silna Armenia, a trzecie Blok Armenia. Paszynian dąży m.in. do zbliżenia z Zachodem i ograniczenia zależności od Rosji.

W Armenii przeliczono wszystkie głosy oddane w niedzielnych wyborach parlamentarnych. Centralna Komisja Wyborcza w poniedziałek ogłosiła oficjalne wyniki. Frekwencja wyniosła 58,97 proc. Zagłosowało blisko 1,5 mln z ok. 2,5 upoważnionych do tego wyborców.

Wybory wygrała Umowa Społeczna - partia premiera kraju Nikola Paszyniana, zdobywając 49,81 proc. głosów.

Drugie miejsce zajął sojusz Silna Armenia - 23,29 proc., a trzecie Blok Armenia - 9,94 proc. Do parlamentu wejdzie jeszcze partia Kwitnąca Armenia, która zdobyła 4 proc. głosów.

Zdobyta większość pozwoli Paszynianowi na stworzenie samodzielnego rządu. Obecny premier sprawuje to stanowisko od 2018 r. i zostanie w ten sposób najdłużej urzędującym szefem rządu w historii kraju.

Centralna Komisja Wyborcza nie podała na razie dokładnego podziału mandatów. Wybory mają wyłonić co najmniej 101 deputowanych jednoizbowego parlamentu. Ich liczba może być jednak większa, bo zależy od mechanizmów wyrównawczych mających zapewnić większość. W kończącej się kadencji zasiadało 107 deputowanych.

Według portalu Open Caucasus Media wyniki przełożą się na 58 mandatów dla Umowy Społecznej, 27 dla Silnej Armenii, 11 dla Bloku Armenii i 5 dla Kwitnącej Armenii. Portal 301.am prognozuje z kolei, że partia Paszyniana będzie miała 61 przedstawicieli, Silna Armenia - 28, Blok Armenia - 11, a Kwitnąca Armenia - 5.

Każda z tych wersji oznacza bezwzględną większość dla Umowy Społecznej, która w kończącej się kadencji ma 71 deputowanych.

Wybory w Armenii postrzegane były jako test polityki Paszyniana, który dąży do normalizacji stosunków z Azerbejdżanem po przegranym konflikcie o Górski Karabach, zbliżenia z Zachodem i ograniczenia zależności od Rosji. Główne siły opozycji - Silna Armenia, Blok Armenia i Kwitnąca Armenia - krytykują go za ustępstwa wobec Azerbejdżanu i opowiada się za bliższymi relacjami z Moskwą.

Armeńska scena polityczna jest silnie spolaryzowana, kampania wyborcza przebiegała w napiętej atmosferze. Media informowały o masowych operacjach dezinformacyjnych Rosji wymierzonych w Paszyniana.

Z kolei władze aresztowały dziesiątki osób, m.in. powiązanych z partiami opozycyjnymi, zarzucając im przestępstwa wyborcze. Oponenci premiera uznali to za represje polityczne, do których Paszynian wykorzystuje aparat państwa.

To hańba, aresztowano 75 członków i sympatyków Silnej Armenii, a w okresie wyborczym zatrzymano 700 osób - mówił w powyborczą noc główny rywal Paszyniana, Samwel Karapetian. Jest on ormiańsko-rosyjskim oligarchą; kieruje koalicją Silna Armenia. Sam przebywa w areszcie domowym. Aresztowano go w 2025 r. pod zarzutami podżegania do obalenia władzy i przestępstw finansowych.

Paszynian, pytany o pojawiające się przez całą wyborczą niedzielę doniesienia opozycji o naruszeniach wyborczych ze strony władz, powiedział, że te "nie ingerowały w nielegalny sposób w swobodę wypowiedzi obywateli". Oświadczył, że organy ścigania reagowały na doniesienia o nieprawidłowościach wyborczych, dotyczących np. kupowania głosów.

To również oczywiste, że trójgłowa partia wojny stosowała takie metody, a organy ścigania reagowały - dodał.

Woda w restauracji darmowa jeszcze tego lata? Rząd szykuje zmiany

Dzisiaj, 8 czerwca (09:41)

​Polski rząd pracuje nad nowymi przepisami, które mogą wprowadzić obowiązek podawania klientom restauracji, barów i kawiarni wody z kranu bezpłatnie, jeśli o to poproszą. Pojawiła się już nawet konkretna data, od której nowe prawo miałoby obowiązywać. W tle sprawy jest także wątek ekologiczny.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

O procedowanych zmianach pisze serwis prawo.pl.

Zgodnie z propozycją, lokale gastronomiczne serwujące posiłki w salach z miejscami siedzącymi miałyby zapewniać klientom bezpłatną wodę z kranu na życzenie, w naczyniach wielokrotnego użytku lub przeznaczonych do wielokrotnego napełniania. Każda osoba mogłaby otrzymać do 0,5 litra wody.

Nowe regulacje są odpowiedzią na postulaty społeczne i mają promować ekologię. Pracuje nad nimi Ministerstwo Klimatu i Środowiska, które chce ograniczać zużycie opakowań. Wnioskodawcy wskazywali również, że gdyby woda była darmowa albo za symboliczną opłatą, to klienci lokali gastronomicznych rzadziej sięgaliby po napoje zawierające cukier - pisze cytowany portal.

Projekt ustawy jest nadal na etapie prac rządowych. Jeśli przepisy wejdą w życie, nowe obowiązki dla branży gastronomicznej mogłyby zacząć obowiązywać od 12 sierpnia 2026 roku.

Unia Europejska nie wymaga od państw członkowskich wprowadzenia obowiązku darmowego serwowania wody z kranu w gastronomii, a jedynie zachęca do takich działań. Polska rozważa jednak pójście o krok dalej niż unijne zalecenia. Podobne przepisy obowiązują m.in. we Francji, a w Anglii i Walii darmowa woda jest dostępna w lokalach serwujących alkohol (pojawia się argument o rozcieńczaniu napojów wyskokowych).

We Włoszech decyzja o podaniu wody należy do restauratora. Ostatnio zakończył się tam głośny proces, w którym odpowiednik polskiego Sądu Najwyższego stwierdził, że restauracje nie mają obowiązku udostępniać klientom darmowej wody. Jedną ze stron sporu była turystka, której odmówiono wody w karafce w luksusowym hotelu.

Jak wynika z danych Environmental Performance Index (międzynarodowego wskaźnika oceniającego, jak skutecznie poszczególne państwa chronią środowisko i zdrowie ludzi przed zagrożeniami środowiskowymi), w Europie najlepszą wodę z kranu mają kraje z północy i zachodu kontynentu (Finlandia, Niemcy, Szwajcaria, Wielka Brytania czy Norwegia), natomiast najsłabiej wypadają państwa Europy Wschodniej i Południowo-Wschodniej (Mołdawia, Rumunia, Macedonia Płn., Gruzja, Albania, Węgry czy Gruzja). Jednocześnie nawet kraje słynące z dobrej jakości wody mogą mieć problemy z zanieczyszczeniem wód podziemnych, które wymagają kosztownego uzdatniania.

Polska jest obecnie klasyfikowana wysoko, obok takich krajów jak Estonia czy Czechy.

Rewolucja w kranach od 21 maja. Nowe przepisy dla zarządców szkół, szpitali i bloków

Toyota z pięciorgiem nastolatków wbiła się w drzewo. Z auta zostało niewiele

  • Dzisiaj, 8 czerwca (09:35)

    Pięć osób w wieku od 16 do 18 lat jadących Toyotą z licznymi obrażeniami ciała trafiło do szpitali w Łodzi, Opocznie oraz Tomaszowie Mazowieckim. To pokłosie wstrząsającego wypadku w miejscowości Mysiakowiec w województwie łódzkim. Jedna osoba, która była zakleszczona w pojeździe, jest w stanie ciężkim. Auto uderzyło w drzewo i mało co z niego zostało.

    • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

    W niedzielę w nocy w Mysiakowcu w Łódzkiem doszło do wypadku, który - patrząc na zdjęcia ze zdarzenia - cudem nie zakończył się tragedią. "Walka do ostatniej kropli potu" - tak akcję ratowniczą opisują mundurowi z OSP KSRG Poświętne.

    Rozpędzona Toyota wypadła z drogi i uderzyła w drzewo. W środku było pięć młodych osób w wieku od 16 do 18 lat. Czterem poszkodowanym pomocy udzielił zespół ratownictwa medycznego. Jedna była natomiast zakleszczona we wraku pojazdu. Walka o wydostanie młodego mężczyzny trwała około pół godziny. 

    "Dzięki sprawnie przeprowadzonym działaniom ratowniczym udało się wykonać odpowiedni dostęp i bezpiecznie ewakuować poszkodowanego. Wszyscy uczestnicy zdarzenia w wieku 16-18 lat z licznymi obrażeniami ciała zostali przetransportowani do szpitali w Łodzi, Opocznie oraz Tomaszowie Mazowieckim" - poinformowali mundurowi z OSP KSRG Poświętne.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Alarm na Łotwie. Mieszkańcy mieli zostać w domach

Dzisiaj, 8 czerwca (09:20)

Aktualizacja: 1 godz. 17 minut temu

Co najmniej jeden dron lecący od strony Rosji naruszył łotewską przestrzeń powietrzną. Taką informację przekazało wojsko Łotwy. Ogłoszono alarm przeciwlotniczy we wschodnich regionach kraju. Władze zaapelowały do mieszkańców, by nie wychodzili na zewnątrz. Dron został zestrzelony przez myśliwce NATO. Kilkadziesiąt minut później ogłoszono kolejny alarm przeciwlotniczy.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

Niespokojny poniedziałkowy poranek na Łotwie. Przestrzeń powietrzna tego kraju została naruszona przez drona lecącego od strony Rosji. Ogłoszono alarm przeciwlotniczy w terenach graniczących z Rosją i Białorusią. Mieszkańców poproszono, by pozostali w domach. 

W rozmowie z agencją Reutera rzecznik łotewskiej armii mówił o co najmniej jednym dronie lecącym od strony Rosji. 

Chwilę później przekazano informację, że alarm został odwołany. Dron został bowiem zestrzelony przez samoloty NATO. 

"Myśliwce sojusznicze skutecznie zestrzeliły drona wchodzącego w przestrzeń powietrzną Łotwy!" - poinformowała armia Łotwy w poście na portalu społecznościowym X. Później sprecyzowano, że były to stacjonujące na Łotwie francuskie myśliwce. 

Pochodzenie drona nie zostało jeszcze ustalone. 

Kilkadziesiąt minut po odwołaniu pierwszego alarmu przeciwlotniczego, łotewska armia ogłosiła kolejny.

To kolejny incydent z udziałem drona na Łotwie. 7 maja łotewskie wojsko poinformowało o naruszeniu swojej przestrzeni powietrznej przez dwa drony, które wleciały na Łotwę z Rosji. W wyniku tego zdarzenia uszkodzone zostały cztery puste zbiorniki na ropę w Rzeżycy. Na miejscu znaleziono szczątki rozbitego drona, jednak - jak podaje agencja LETA - nie doszło do pożaru, a służby podjęły działania mające na celu schłodzenie jednego ze zbiorników. 

Szef MSZ Ukrainy, Andrij Sybiha, informował wtedy, że incydenty te były "skutkiem rosyjskiej walki elektronicznej, której celem było celowe skierowanie ukraińskich dronów z dala od ich celów w Rosji". 

W związku z incydentem z ukraińskimi dronami niewykrytymi przez radary do dymisji podał się minister obrony Andris Spruds z socjaldemokratycznej partii Postępowcy. Ugrupowanie to, w geście protestu, opuściło następnie koalicję rządową. Kilka dni potem do dymisji podała się premier Evika Silina. 

Już po tej politycznej burzy 23 maja niezidentyfikowany dron spadł do jeziora Dridrza na południowym wschodzie Łotwy i eksplodował w kontakcie z wodą - poinformowała agencja LETA, powołując się na łotewską policję. 

W ostatnich miesiącach Ukraina nasiliła swoje dalekosiężne ataki dronami na Rosję, w tym na obszar Morza Bałtyckiego. Kilka ukraińskich dronów wojskowych zbłądziło w przestrzeń powietrzną Finlandii, Łotwy, Litwy i Estonii.  

Wojskowe drony zbłąkane w przestrzeń powietrzną sąsiadów Rosji wzbudzają obawy, że wojna na Ukrainie rozlewa się na północne granice NATO.  

W zeszłym miesiącu myśliwiec NATO zestrzelił podejrzanego ukraińskiego drona nad Estonią.

Przeszukania w kilku firmach. UOKiK wszczął postępowanie

Dzisiaj, 8 czerwca (09:18)

Jest postępowanie wyjaśniające Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów dotyczące podejrzenia zawarcia niedozwolonego porozumienia na rynku pracy. Chodzi o przedsiębiorstwa działające na terenie województwa dolnośląskiego.

  • Prezes UOKiK wszczął postępowanie wyjaśniające w sprawie podejrzenia niedozwolonego porozumienia na rynku pracy na Dolnym Śląsku.
  • Przeszukania przeprowadzono w siedzibach firm w powiecie bolesławieckim i we Wrocławiu. O jakie firmy chodzi?
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

W ramach prowadzonych działań pracownicy UOKiK, za zgodą sądu i przy wsparciu policji, przeprowadzili przeszukania w siedzibach przedsiębiorstw z powiatu bolesławieckiego i Wrocławia. Chodzi o spółki: Toyota Boshoku Poland, Toyota Boshoku Europe, Bader Polska, Gerresheimer Bolesławiec oraz Hoerbiger Automotive.

"Przedsiębiorcy działający na lokalnym rynku mają dostęp do tej samej puli pracowników i rywalizują o nich. Dlatego wspólne ustalenia, które mają uniemożliwić lub utrudnić zmianę pracodawcy, stanowią ograniczenie konkurencji na rynku. Jest to szczególnie szkodliwe dla lokalnych społeczności, ponieważ nie pozwala na zmianę miejsca pracy, niezależnie od posiadanych lub podnoszonych kwalifikacji" - powiedział cytowany w komunikacie prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

Urząd analizuje, czy przedsiębiorcy mogli uzgadniać wysokość wynagrodzeń i innych świadczeń pracowniczych, takich jak benefity, a także zawierać porozumienia o niezatrudnianiu pracowników konkurencyjnych firm. Według UOKiK podejrzenia dotyczą podmiotów działających w różnych branżach, m.in. produkcji przemysłowej, sektorze motoryzacyjnym, farmaceutycznym oraz usługach logistycznych, które mimo odmiennego profilu działalności mogą rywalizować o tę samą grupę pracowników.

UOKiK wyjaśnił, że postępowanie wyjaśniające prowadzone jest obecnie w sprawie, a nie przeciwko konkretnym przedsiębiorcom. Jeśli zgromadzony materiał dowodowy potwierdzi podejrzenia, UOKiK może wszcząć postępowanie antymonopolowe i postawić zarzuty wskazanym podmiotom.

Urząd przypomniał, że za udział w porozumieniu ograniczającym konkurencję przedsiębiorcom grozi kara finansowa w wysokości do 10 proc. rocznego obrotu. Menadżerowie odpowiedzialni za zawarcie niedozwolonych ustaleń mogą zostać ukarani grzywną do 2 mln zł. 

Burza po słowach wiceministra o UPA. Szefowa Polski 2050 komentuje

Dzisiaj, 8 czerwca (09:11)

Szefowa Polski 2050 Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz zapowiedziała w RMF FM, że porozmawia z wiceministrem nauki Adrzejem Szeptyckim o jego głośnej wypowiedzi. Chodzi o wywiad, w którym porównał UPA do polskich żołnierzy niezłomnych. Minister funduszy i polityki regionalnej zadeklarowała jednocześnie, że Szeptycki "zdecydowanie zostaje" w rządzie.

Wiceminister nauki Andrzej Szeptycki w wywiadzie dla TOK FM powiedział, że Ukraińska Powstańcza Armia walczyła o niepodległość Ukrainy i to "trochę tacy ukraińscy żołnierze niezłomni". Te słowa wywołały oburzenie - kandydat Prawa i Sprawiedliwości na premiera Przemysław Czarnek zażądał dymisji całego rządu Donalda Tuska.

Jest bardzo dobrym ministrem. Ciężko pracuje na to, żeby polska nauka miała dobre relacje międzynarodowe. Jest ministrem Polski 2050 i to my decydujemy o tym, czy w rządzie są nasi ministrowie - mówiła w Porannej rozmowie w RMF FM Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, pytana o wypowiedź Szeptyckiego. Odnosząc się do pytania o możliwą dymisję wiceministra, stwierdziła: "Zdecydowanie zostaje. Wykonuje dużo dobrej, ciężkiej pracy".

Szefowa Polski 2050 oceniła, że wypowiedź Szeptyckiego była "superniefortunna". Jednocześnie skrytykowała sugestie, że ze względu na ukraińskie pochodzenie nie powinien on w ogóle trafić do polskiego rządu. 

To jest chore. Rozumiem, że Amerykanie mieli wyeksmitować i w ogóle nie słuchać (Zbigniewa - przyp. red.) Brzezińskiego - mówiła w RMF FM. 

Kontrowersyjna wypowiedź Szeptyckiego padła w związku z toczącą się debatą o decyzji prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego. Nadał on imię "Bohaterów UPA" jednej z jednostek wojskowych. Prezydent Karol Nawrocki chce, by w związku z tym stracił Order Orła Białego, który otrzymał z rąk prezydenta Andrzeja Dudy. 

Polska powinna reagować stanowczo. Nasz order ma swój szacunek, wagę dla nas. Nie podwyższa szacunku do naszego odznaczenia takie dawanie i odbieranie. Tak się po prostu nie robi - przekonywała w RMF FM Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Trzeba było nie dawać. PiS-owski prezydent dał. Teraz drugi PiS-owski odbiera. Co to w ogóle jest? - pytała retorycznie. 

❌