Za Zbigniewem Ziobrą oficjalnie wystawiono list gończy. Służby proszą o kontakt tych, którzy mogą wskazać miejsce pobytu polityka. Niespodziewanie poszukiwany Ziobro wystąpił na antenie telewizji Republika, chwycił za telefon i... zadzwonił pod numer z listu gończego.
6 lutego prokuratura wydała list gończy za Zbigniewem Ziobrą. Jak pisaliśmy w naTemat, tym samym polityk jest oficjalnie poszukiwany. Były minister sprawiedliwości i były prokurator generalny ma trafić do aresztu na trzy miesiące. W opublikowanym liście gończym znajduje się wzmianka, że "mężczyzna ukrywa się przed organami ścigania". Służby proszą o kontakt osoby, które znają jego miejsce pobytu.
Zbigniew Ziobro w TV Republika. Zadzwonił pod numer z listu gończego
Niespodziewanie w piątkowy wieczór pod podany numer telefonu zadzwonił... sam Zbigniew Ziobro. Polityk zrobił to podczas występu na żywo w TV Republika. Przed godz. 22 gościł w programie Adriana Klarenbacha; pracownik stacji powiedział, że były minister sprawiedliwości powinien sam skontaktować się ze służbami i poinformować, że przebywa na Węgrzech. Zbigniew Ziobro wyciągnął więc telefon i wybrał numer z listu gończego.
– Przepraszamy, w chwili obecnej linia jest zajęta – usłyszeli widzowie po krótkim oczekiwaniu.
Polityk z miejsca skomentował to słowami: – Dzwonią w sprawie Ziobry, widzicie państwo? I o to właśnie chodzi, że teraz w całej Polsce dzwonią w sprawie Ziobry, poszukiwanego listem gończym. Po kilku minutach nieudanych prób poszukiwany rozłączył się.
Sąd nakazał aresztowanie Ziobry. Grozi mu surowa kara
Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa zdecydował o tymczasowym areszcie dla Zbigniewa Ziobry późnym wieczorem w miniony czwartek, tj. 5 lutego. Dzień później wydano list gończy, a prokuratura zapowiada też Europejski Nakaz Aresztowania.
Przypomnijmy, że Zbigniew Ziobro od grudnia 2025 roku korzysta z azylu politycznego na Węgrzech. Śledczy chcą postawić mu 26 zarzutów, z których najcięższy dotyczy kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. Według prokuratury miał on współuczestniczyć w wyprowadzaniu środków z Funduszu Sprawiedliwości, którego założeniem było wspieranie ofiar przestępstw. Polityk deklaruje, że działał na podstawie prawa.
W liście gończym czytamy, że Ziobrę podejrzewa się o popełnienie czynów z art. 231 § 1 i 2 k.k. (nadużycie władzy w celu osiągnięcia korzyści osobistej lub majątkowej) oraz art. 258 § 1 k.k. (udział w zorganizowanej grupie przestępczej). Byłemu ministrowi sprawiedliwości grozi do 25 lat więzienia.
Lód skuł Morze Bałtyckie. Powierzchnia pokrywy lodowej jest niemal największa w historii pomiarów. Władze Estonii otworzyły pierwszą oficjalną drogę lodową tej zimy i ostrzegały przed wjeżdżaniem na lód w nieoznakowanych miejscach.
Tegoroczna zima jest mroźna nie tylko w Polsce, ale w wielu krajach Europy Środkowej i Północnej. Mimo wyższych od kilku dni temperatur w wielu miejscach wciąż leży dużo śniegu, a na zbiornikach wodnych utworzyła się pokrywa lodowa.
Znaczną część Bałtyku pokrył lód
Nie inaczej jest na Bałtyku. Jak powiedział na antenie TVN24 prezenter i synoptyk tvnmeteo.pl Tomasz Wasilewski, pokrywa lodowa na "naszym" morzu należy do największych w historii pomiarów.
- Jest to rekordowe zlodzenie Bałtyku, teraz, na przełomie stycznia i lutego, właściwie w historii pomiarów. Prawie jest rekord, nie ma jeszcze, ale niewiele brakuje - przyznał.
Wasilewski powołał się na fiński instytut meteorologiczny (FMI), który podał, że zlodzenie obejmuje na Bałtyku 144 tysiące kilometrów kwadratowych. Całkowita powierzchnia Morza Bałtyckiego (z cieśniną Kattegat) wynosi około 415 tys. km kw., więc lód pokrywa około jedną trzecią morza. Według FMI najgrubsza warstwa lodu utworzyła się na Botniku Północnym, północnym basenie Zatoki Botnickiej, gdzie ma ona od 30 do nawet 70 centymetrów.
Bałtyk skuł lód. Opowiada Tomasz Wasilewski
Lodowa droga w Estonii
W związku z dużym zlodzeniem Bałtyku władze Estonii otworzyły w sobotę pierwszą drogę lodową, łączącą wyspy Hiuma i Sarema. Ma długość 17 kilometrów i jest oznaczona znakami drogowymi i gałązkami jałowca. Stanowi niezbędne połączenie między wyspami w czasie, gdy kursy promów są zawieszone z powodu złej pogody.
- To część naszej zimy. Może być świetną zabawą, można nią (drogą - red.) odwiedzić inną wyspę, ale czasami skorzystanie z niej to konieczność, bo nie ma innej opcji - powiedział Hergo Tasuja, burmistrz gminy Hiuma.
Władze Estonii otworzyły lodową drogę na Bałtyku
Źródło: Reuters
Jak podały lokalne media, lodowa trasa jest na bieżąco monitorowana pod względem bezpieczeństwa, a poruszanie się po niej wymaga przestrzegania szeregu zasad. Jednocześnie policja ostrzegła przed korzystaniem z nieoficjalnych dróg.
- To niebezpieczne, bo nikt nie jest w stanie określić, jak gruba jest warstwa lodu na drodze. Nikt jej nie mierzy - wyjaśnił funkcjonariusz policji Maiko Sirts.
Przed zagrożeniem związanym z poruszaniem się po zamarzniętej wodzie ostrzegały w ostatnich dniach także władze polskich miast - między innymi Gdańska, gdzie zamarzła rzeka Motława.
Stany Zjednoczone zarzucają Chinom przeprowadzenie tajnego testu nuklearnego w 2020 roku. Podczas międzynarodowej konferencji rozbrojeniowej w Wiedniu poinformował o tym podsekretarz stanu ds. kontroli zbrojeń i bezpieczeństwa międzynarodowego Thomas DiNanno.
Stany Zjednoczone oskarżają Chiny o przeprowadzenie tajnego testu nuklearnego w 2020 roku.
Informację przekazał podczas konferencji rozbrojeniowej w Wiedniu podsekretarz stanu USA Thomas DiNanno.
Według USA, próbny wybuch miał miejsce 22 czerwca 2020 roku i miał siłę kilkuset ton trotylu.
Jak na te doniesienia reagują Chiny? Dowiesz się z tego artykułu.
Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na rmf24.pl.
Dziś mogę ujawnić, że rząd USA jest świadomy, że Chiny przeprowadziły próby z ładunkami jądrowymi, w tym przygotowują się do prób z deklarowaną mocą rzędu setek ton - oświadczył w piątek podsekretarz stanu ds. kontroli zbrojeń i bezpieczeństwa międzynarodowego Thomas DiNanno. Dodał, że próbny wybuch miał miejsce 22 czerwca 2020 r. i miał siłę kilkuset ton.
Jak twierdzi DiNanno, Pekin, chcąc ukryć próbę, zastosował tak zwane rozdzielanie. Chodzi o wykopanie dużych rozmiarów jaskini w celu zmniejszenia aktywności sejsmicznej wywołanej eksplozją. To utrudnia jej wykrycie. Według strony amerykańskiej Pekin miał świadomość, że testy naruszały chińskie zobowiązania dotyczące zakazu próbnych eksplozji.
Zarzutów USA nie potwierdziła Organizacja Traktatu o Całkowitym Zakazie Prób Jądrowych (CTBTO). Jej sekretarz wykonawczy Rob Floyd poinformował w piątek, że 22 czerwca 2020 r. systemy CTBTO "nie wykryły żadnego zdarzenia odpowiadającego charakterystyce próbnej eksplozji jądrowej". Dodał, że nic się w tej sprawie nie zmieniło również później, po bardziej szczegółowych analizach.
Floyd wyjaśnił, że Międzynarodowy System Monitorowania stosowany przez CTBTO "jest w stanie wykryć wybuchy prób jądrowych o sile równej lub większej niż ok. 500 ton trotylu". Podkreślił, że system odnotował "wszystkie sześć prób przeprowadzonych i zadeklarowanych" przez Koreę Północną.
Portal CNN cytuje dyrektora wykonawczego Stowarzyszenia Kontroli Zbrojeń Daryla Kimballa, który stwierdził, że stacje monitorujące CTBTO mogły nie odnotować próbnej eksplozji pod warunkiem, że był to "wybuch o bardzo, bardzo niskiej sile".
Poproszony o komentarz w tej sprawie rzecznik chińskiej ambasady w Waszyngtonie Liu Pengyu powiedział, że władze w Pekinie "kierują się polityką 'nieużywania broni jądrowej jako pierwsi' i strategią nuklearną skoncentrowaną na samoobronie, a także przestrzegają moratorium na próby nuklearne".
Zapewnił też, że Chiny są gotowe współpracować ze wszystkimi stronami, aby "wspólnie bronić autorytetu Traktatu o całkowitym zakazie prób nuklearnych i chronić międzynarodowy porządek w kwestiach rozbrojenia jądrowego i nierozprzestrzeniania broni nuklearnej".
Przy placu zabaw w Sosnowcu pękła rura ciepłownicza. Kilkanaście bloków nie ma ogrzewania, Tauron pracuje nad usunięciem awarii.
Do uszkodzenia rury doszło w rejonie ulicy Radomskiej i Koszalińskiej. Miejsce awarii widać z daleka, unosi się nad nim kilkumetrowy słup wody i pary.
Rzecznik UM w Sosnowcu przekazał, że do wieczora awaria ma zostać usunięta. Nad przywróceniem ogrzewania pracuje spółka Tauron Ciepło.
- Potwierdzam, doszło do awarii w Sosnowcu, dzisiejsza przerwa w dostawie ciepła dotyczy 15 budynków przy ul. Koszalińskiej. Nasze służby pracują, prowadzą intensywne prace naprawcze – przekazała Małgorzata Kuś, rzeczniczka Tauron Ciepło.
Obecnie w Sosnowcu jest chłodno, ale temperatura jest dodatnia.
Samolot linii LOT lecący do Dominikany, musiał zawrócić do Warszawy. Powodem była usterka techniczna.
Artykuł zawiera materiały przesłane na KONTAKT24
Na Kontakt24 otrzymaliśmy informację o zwróconym samolocie linii LOT z Warszawy do Punta Cana w Dominikanie. To Boeing 787-9 Dreamliner.
Krzysztof Moczulski, rzecznik prasowy Polskich Linii Lotniczych LOT, potwierdził zdarzenie. - Lot o numerze LO 6285 wystartował z lotniska w Warszawie, po czym musiał na nie zawrócić z powodu usterki technicznej - przekazał redakcji Kontaktu24.
- Dla podróżnych podstawiony zostanie inny samolot, który ma wystartować do Punta Cana o godzinie 13:20 czasu polskiego - dodał.
Autorka/Autor: est, Magdalena Gruszczyńska /tok
Źródło: Kontakt24
Źródło zdjęcia głównego: Adrian Pingstone / Wikimedia
Woda lała się po ścianach kościoła przy ulicy Starokościelnej w Mysłowicach przez kilka, a być może nawet kilkanaście godzin. Gdy w sobotę rano odkryto skutki awarii, wnętrze świątyni było już poważnie zniszczone. Trwa szacowanie strat oraz ustalanie przyczyn usterki.
Awaria instalacji hydrantowej w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ul. Starokościelnej w Mysłowicach. Z pękniętej rury woda przez kilka, a być może kilkanaście godzin spływała po ścianach, zalewając wnętrze świątyni.
Zalany kościół w Mysłowicach
Źródło: TVN24
Skutki awarii odkryto w sobotę rano. Jak przekazano, woda na posadzce sięgała łydek. Rzecznik mysłowickiej Państwowej Straży Pożarnej mł. bryg. Wojciech Chojnowski poinformował, że w obiekcie o powierzchni około 2200 metrów kwadratowych poziom wody wynosił miejscami około 10 centymetrów.
Zalany kościół w Mysłowicach
Źródło: TVN24
Strażacy wypompowali wodę z wnętrza kościoła, jednak część zdążyła wsiąknąć w mury budynku. Trwa szacowanie strat oraz ustalanie dokładnych przyczyn awarii.
"Waterrr", "Aqua". Z pewnością większość Polaków przynajmniej wzrokowo pamięta te nazwy z półek w polskich sklepach. To zresztą produkty dużych koncernów. I do tego jeszcze napoje są bezbarwne. Na oko czysta woda i do tego jeszcze nazwa podpowiada taki wniosek, dodaje się dopisek "woda niegazowana".
Woda oczywiście w składzie jest, jak najbardziej, nawet jest jej większość, ale rzecz w tym, że te napoje zawierają pewne dodatki. Dzięki tym dodatkom napoje z jednej strony mają uchodzić za zdrowe, bo mają alternatywy słowa "woda" jako nazwę, a z drugiej — korzystają z preferencyjnego VAT.
Absurd podatkowy, czyli ulga za słodzenie sokiem
Zgodnie z obowiązującymi dziś przepisami napoje posiadające dodatek co najmniej 20 proc. soku owocowego są objęte stawką VAT 5 proc. Tymczasem czysta woda bez domieszek jest obciążona podstawową stawką w wysokości 23 proc. To jeden z absurdów polskiego systemu podatkowego.
I właśnie mylącym nazewnictwem zajęły się polskie urzędy. Ministerstwo Zdrowia wystosowało niedawno odpowiedź na interpelację posła PiS Edwarda Siarki.
Odpowiedź Ministerstwa Zdrowia na interpelację poselską
|Ministerstwo Zdrowia
"Odnosząc się do poruszonej w interpelacji kwestii pozycjonowania przez niektórych producentów żywności swoich produktów z dodatkiem cukrów lub soków jako »wody«, należy zaznaczyć, [...] że producenci napojów smakowych mają obowiązek rzetelnie i uczciwie podawać informacje na opakowaniu środków spożywczych. Prawidłowe oznakowanie środka spożywczego pozwala na dokonanie świadomego wyboru przez konsumenta. Ważnym elementem jest czytanie przez konsumentów etykiet i na tej podstawie dokonywanie zakupu odpowiednich produktów. Jest to szczególnie istotne przy napojach smakowych. Na etykiecie tych produktów podany jest ich skład oraz informacje o wartości odżywczej tj. dotyczące chociażby zawartości węglowodanów, w tym cukrów" — czytamy w odpowiedzi resortu zdrowia.
Ministerstwo poinformowało, że nie wpływały do niego skargi na praktyki wprowadzające konsumentów w błąd, ale zarazem ujawniło, że postępowanie jest prowadzone przez UOKiK. "Zgodnie z informacjami uzyskanymi przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Urząd prowadzi aktualnie cztery postępowania wyjaśniające w sprawie wstępnego ustalenia, czy nastąpiło naruszenie uzasadniające wszczęcie postępowania w sprawie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów w związku z działaniami marketingowymi dotyczącymi napojów bezalkoholowych zawierających od 20 proc. do 30 proc. soku owocowego" — czytamy dalej.
Zaznaczono, że woda — w domyśle czysta woda — należy do katalogu produktów spożywczych pierwszej potrzeby i w konsekwencji powinna zostać objęta preferencyjną stawką VAT.
"Zależy nam bowiem na tym, aby woda była napojem pierwszego wyboru w chwili zaspokojenia pragnienia/uzupełnienia płynów. Jako Ministerstwo Zdrowia podkreślamy, że konkurencyjna cena wody butelkowanej jest szczególnie ważnym elementem w promowaniu spożycia tego napoju" — pisze ministerstwo.
Resort finansów chce podwyżek podatków
Ministerstwo Zdrowia kilkukrotnie zwracało się już w tej sprawie do Ministerstwa Finansów. Resort Andrzeja Domańskiego proceduje zresztą już zmiany w przepisach dotyczących podatku VAT. Zgodnie z projektem stawka tego podatku na bezalkoholowe odpowiedniki napojów alkoholowych oraz na napoje energetyczna ma wynosić 23 proc. niezależnie od zawartości w nich soku.
Postulat obniżki VAT na wodę był zresztą zgłaszany w ramach konsultacji publicznych projektu ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług, który jest procedowany przez Ministerstwo Finansów i Gospodarki od grudnia.
Dawniej ludzie oddychali ołowiem. Badanie włosów pokazało skalę problemu
Zakaz sprzedaży benzyny ołowiowej 20 lat temu przyczynił się do poprawy jakości powietrza w Polsce. Regulacje pozytywnie odbiły się także na zdrowiu Amerykanów. O tym, jak wysokie było stężenie ołowiu w powietrzu, świadczą zachowane włosy z ubiegłego stulecia. W nowym badaniu naukowcy odkryli, że w niektórych dekadach absorbowały nawet 100 razy więcej tego toksycznego metalu ciężkiego niż dzisiaj. Jak oszukiwali nas producenci?
Benzyna bezołowiowa to nie jedyna dobroczynna zmiana. Jak obniżyło się zanieczyszczenie ołowiem po wprowadzeniu regulacji?Akhararat _Wathanasing123RF/PICSEL
Spis treści:
Wiedzieli o toksyczności ołowiu od tysiącleci, ale celowo to ukrywali
Nie tylko benzyna. Ołów zniknął z produktów w Polsce i USA
Jak obniżył się poziom ołowiu we włosach po wprowadzeniu regulacji?
Wiedzieli o toksyczności ołowiu od tysiącleci, ale celowo to ukrywali
Ludzie już tysiące lat temu zdawali sobie sprawę z toksyczności ołowiu (Pb). Rzymscy lekarze z I i II w. p.n.e. zauważyli, że osoby pracujące przy wydobyciu ołowiu podupadają na zdrowiu. Nowożytna medycyna także opisywała przypadki zatrucia ołowiem i łączyła je z zawodami, mówiąc m.in. o chorobie górników czy hutników. Do największej eskalacji doszło natomiast w XX wieku. W latach 20. wprowadzono tetraetyloołów do benzyny, co zaczęło poważnie szkodzić robotnikom w fabrykach i zanieczyszczać środowisko. Firmy paliwowe opłacały nawet naukowców, by udowodnić, że ołów występuje naturalnie w środowisku i nie jest szkodliwy.
W latach 60. XX w. amerykański geochemik Clair Patterson odkrył, że Ziemia jest drastycznie zanieczyszczona ołowiem, a stężenie tego pierwiastka w ludzkich kościach było tysiące razy wyższe niż u naszych przodków. Pod koniec kolejnej dekady amerykański pediatra Herbert Needleman opublikował zaś przełomowe badania, w których wykazał, że nawet niski poziom ołowiu jest skorelowany z niskim IQ u dzieci i problemami z zachowaniem.
Dlaczego, mimo całej tej świadomości, ołów tak długo był w masowym użyciu? Głównym powodem były jak zwykle pieniądze. Ustawodawców nie naglił również brak natychmiastowych skutków. Ołów to "cichy zabójca", który kumuluje się w organizmie latami. Przemysł farbiarski i paliwowy przez dekady finansował badania, które miały podważać jego szkodliwość. Tak samo oszukiwali producenci wiecznych chemikaliów, o których pisaliśmy w GeekWeeku, oraz koncerny tytoniowe.
Nie tylko benzyna. Ołów zniknął z produktów w Polsce i USA
Również w Polsce przepisy dotyczące BHP i ołowiu w paliwie samochodowym weszły stosunkowo późno. Benzyna bezołowiowa trafiła na rynek w 1994 r., a "niebieską" etylinę 94 przestano produkować w 2000 r. Dopiero jednak 1 stycznia 2005 r. całkowicie zakazano sprzedaży benzyny ołowiowej na polskich stacjach.
Niektóre zmiany wprowadzono jednak wcześniej. Wycofanie ołowiu z farb dekoracyjnych nastąpiło w latach 90. XX w., zaś montażu rur ołowiowych zaprzestano w latach 60. i 70. Na początku obecnego stulecia Polska wprowadziła zakazy stosowania ołowiu w lutach i komponentach elektronicznych, a w latach 2023 i 2024 roku zakazano również używania śrutu ołowianego podczas polowań oraz stosowania ołowiu jako stabilizatora w wyrobach z polichlorku winylu (np. w profilach okiennych).
Stany Zjednoczone zareagowały nieco szybciej niż Polska. Agencja Żywności i Leków (FDA) zakazała stosowania lutów ołowiowych w puszkach na żywność w 1995 r., a rok później wydano federalny zakaz stosowania benzyny ołowiowej w pojazdach poruszających się po drogach. Zakaz stosowania ołowianych rur, lutów i topników w nowych instalacjach hydraulicznych obowiązuje w USA od 1986 r. Nie był on jednak całkowity i realnie pozwalał nawet na 8% zawartość ołowiu w mosiężnych elementach. Dopiero ustawa z 2014 r. zaostrzyła normę do zaledwie 0,25% ołowiu dla powierzchni stykających się z wodą.
Wcześniej jednak na nowe dane odpowiedziała Federalna Komisja ds. Bezpieczeństwa Produktów Konsumenckich (CPSC), zakazując sprzedaży farb zawierających ołów do użytku domowego oraz na zabytkach i zabawkach już w 1978 r. Niektóre miasta, jak Nowy Jork, wprowadziły lokalne zakazy już w 1960 r., czyli w najbardziej "zaołowionej" dekadzie.
Jaka dokładnie była skala tego problemu? To odkryli naukowcy z University of Utah w Salt Lake City, których artykuł ukazał się 2 lutego w "Proceedings of the National Academy of Sciences", czyli słynnym "PNAS".
Jak obniżył się poziom ołowiu we włosach po wprowadzeniu regulacji?
Badacze poddali analizie próbki włosów ludzi z okolic Salt Lake City, sprawdzając w nich zawartość ołowiu i porównując ją z wynikami z lat 2020-2024. Te nowe dane pokazują, jak bardzo spadło stężenie tego toksycznego metalu ciężkiego po wprowadzeniu regulacji, co przełożyło się na poprawę stanu zdrowia ludności. Badani przekazali swoje włosy dobrowolnie, a naukowcy po oczyszczeniu tych próbek wytrawili je w kwasie azotowym i poddali analizie na spektrometrze mas w celu wykrycia ołowiu.
Jak można zobaczyć w tabeli, nagromadzenie toksycznego pierwiastka we włosach Amerykanów w Utah było w latach 60. ubiegłego wieku aż 121 razy wyższe niż w obecnej dekadzie, a w latach 70. - już 100 razy wyższe. Największa zmiana miała miejsce w latach 80., gdy to stężenie wynosiło już "tylko" 30 razy więcej niż dziś, a następnie dalej spadało. To właśnie skutek obniżonej ekspozycji zapewnionej przez regulacje.
Stężenie ołowiu we włosach Amerykanów z Utah osiągnęło krytyczny poziom w latach 60. ubiegłego wieku. Dzięki regulacjom zaczęło spadaćT.E. Cerling, D.P. Fernandez, & K.R. Smith (CC BY 4.0)materiał zewnętrzny
W najgorszej dekadzie średnia zawartość toksycznego pierwiastka we włosach wynosiła 60,5 mg/kg. Dzisiaj to już 0,5 mg/kg.
Autorzy badania wyjaśniają, że kluczowa poprawa nastąpiła dzięki założeniu Agencji Ochrony Środowiska, co miało miejsce w grudniu 1970 roku, a dzisiejszy niski poziom narażenia na ołów najpewniej wynika z przepisów ochrony środowiska ustanowionych przez tę agencję. Przed tym rokiem każdy mieszkaniec USA pośrednio uwalniał do atmosfery około kilograma ołowiu rocznie poprzez spalanie benzyny. Prowadziło do bezpośredniego wdychania toksyn.
Te nowe dane stanowią dowód na to, jak kluczową rolę odgrywa odgórny nadzór nad przemysłem. Choć regulacje ekologiczne bywają postrzegane przez biznes jako uciążliwe, a przez malkontentów nazywane są ekoterroryzmem, to historia zapisana we włosach pokazuje ich realny i zbawienny wpływ na zdrowie publiczne. Badacze ostrzegają zarazem, że osłabianie uprawnień agencji regulacyjnych może doprowadzić do zapomnienia tej lekcji i ponownego narażenia ludzi na poważne choroby w imię interesów korporacji.
Źródło: T.E. Cerling, D.P. Fernandez, & K.R. Smith, Lead in archived hair documents a decline in lead exposure to humans since the establishment of the US Environmental Protection Agency, Proc. Natl. Acad. Sci. U.S.A. 123 (6) e2525498123, https://doi.org/10.1073/pnas.2525498123 (2026).
Sikorski: dopóki Ukraina dzielnie się broni, Rosja nie ma zdolności ofensywnych
Źródło: TVN24
Minister energetyki Ukrainy Denys Szmyhal poinformował w sobotę, że operator systemu przesyłowego Ukrenerho zwrócił się do Polski o wsparcie po nocnych atakach na kluczowe elementy ukraińskiej sieci energetycznej. Minister energii Polski Miłosz Motyka potwierdził, że apel został przyjęty, a sytuacja jest na bieżąco monitorowana przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne.
"Rosyjscy zbrodniarze przeprowadzili kolejny zmasowany atak na obiekty energetyczne Ukrainy. Uderzono w podstacje oraz napowietrzne linie (o napięciu) 750 kV i 330 kV – kluczowe elementy ukraińskiej sieci energetycznej. Wróg zaatakował także obiekty produkcyjne: elektrownie cieplne w miejscowościach Bursztyn i Dobrotwór" – napisał Szmyhal w komunikatorze Telegram.
Obie elektrownie znajdują się na zachodzie Ukrainy. Dobrotwór leży około 60 km od granicy z Polską.
Wicepremier powiadomił, że operator systemu przesyłowego Ukrenerho zwrócił się do Polski z prośbą o pomoc w sytuacji awaryjnej.
Reakcja polskiego ministra
Minister energii Miłosz Motyka przekazał w sobotę za pośrednictwem platformy X, że Polska odebrała apel Ukrainy o wsparcie operatorskie dotyczące energii. "Eksport do Ukrainy odbywa się przy zachowaniu bezpieczeństwa polskiego systemu energetycznego. Polskie Sieci Elektroenergetyczne na bieżąco monitorują sytuację i są w kontakcie z sąsiednim operatorem" - zadeklarował.
Polska odebrała apel Ukrainy o wsparcie operatorskie dotyczące energii. Eksport do Ukrainy odbywa się przy zachowaniu bezpieczeństwa polskiego systemu energetycznego. @pse_pl na bieżąco monitorują sytuację i są w kontakcie z sąsiednim operatorem.
W sobotę rano Ukrenerho wprowadziło awaryjne wyłączenia w większości regionów Ukrainy z powodu kolejnego ataku rosyjskiego.
Szmyhal przekazał, że bloki energetyczne jednej z elektrowni jądrowych zostały wyłączone przez personel tego zakładu. Obecnie na terytorium całej Ukrainy obowiązuje od czterech do pięciu tur harmonogramów awaryjnych wyłączeń prądu, a w regionach wschodnich i północnych wprowadzono specjalne harmonogramy awaryjnych wyłączeń.
"Atak trwa. Energetycy są gotowi przystąpić do naprawy, gdy tylko pozwoli na to sytuacja bezpieczeństwa" - wyjaśnił wicepremier.
Według Państwowej Służby ds. Sytuacji Nadzwyczajnych (DSNS), w wyniku nocnego ataku rosyjskiego bezzałogowego statku powietrznego w mieście Jagodzin w obwodzie kijowskim wybuchł pożar na terenie magazynu. Ukraińskie media podają, że jest to magazyn firmy Roshen, należącej do byłego prezydenta Ukrainy Petro Poroszenki.
Spółka energetyczna DTEK poinformowała, że w wyniku nowych ataków rosyjskich znacznie ucierpiało wyposażenie elektrowni cieplnych tej firmy w różnych regionach Ukrainy.
To już dziesiąty zmasowany atak na elektrownie cieplne DTEK od października 2025 r. Od początku rosyjskiej inwazji na pełną skalę, czyli od 24 lutego 2022 r., elektrownie cieplne tego przedsiębiorstwa zostały zaatakowane przez Rosję ponad 220 razy - podkreśliła spółka.
Pilna prośba Ukrainy po ataku Rosji. Szybka reakcja. "Polska odebrała apel"
Rosjanie przeprowadzili zmasowanych atak na ukraińskie obiekty infrastruktury krytycznej - poinformował wicepremier Ukrainy, Denys Szmyhal. W związku z trudną sytuacją w kraju, Ukrenerho, operator systemu przesyłowego, zwrócił się o pomoc doraźną z Polski. W sprawie głos zabrał już minister energetyki Miłosz Motyka.
Skutki rosyjskiego ataku w Ukrainie Państwowa Służba Ukrainy ds. Sytuacji Nadzwyczajnych / Facebookmateriał zewnętrzny
W skrócie
Rosja przeprowadziła zmasowany atak na ukraińską infrastrukturę energetyczną, w tym podstacje i dwie elektrownie na zachodzie kraju.
Ukrenerho zwróciło się z prośbą o doraźną pomoc energetyczną do Polski, a polski minister potwierdził wsparcie przy zachowaniu bezpieczeństwa systemu krajowego.
W wyniku ataku Polska poderwała myśliwce, jednak nie doszło do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej.
"Rosyjscy zbrodniarze przeprowadzili kolejny zmasowany atak na ukraińskie obiekty energetyczne" - przekazał wicepremier, minister energetyki Ukrainy, Denys Szmyhal, we wpisie opublikowanym na platformie Telegram.
Jak wskazał Szmyhal, ofiarą ataku padły podstacje o napięciu 750 kV i 330 kV oraz linie napowietrzne, które stanowią podstawę ukraińskiej sieci energetycznej.
Wojna w Ukrainie. Rosja uderzyła w infrastrukturę energetyczną
Rosyjski atak objął także dwie elektrownie - w Bursztynie i Dobrotwórze. Oba obiekty są położone w zachodniej Ukrainie. Pierwszy z nich leży około 170 km od polskiej granicy, drugi od Polski dzieli około 60 km.
Szmyhal poinformował także, że w Ukrainie obowiązują harmonogramy wyłączeń prądu, a w regionach wschodnich i północnych wprowadzono dodatkowo specjalne awaryjne środki.
"Atak ciągle trwa. Pracownicy energetyki są gotowi do wznowienia pracy, gdy tylko sytuacja na to pozwoli" - podkreślił. Wicepremier Ukrainy przekazał także, że jego kraj zwrócił się do Polski z prośbą o doraźną pomoc.
Zmasowany atak Rosji. Pilna prośba, Polska reaguje
Minister energetyki Miłosz Motyka potwierdził, że nasze państwo odpowiedziało na apel strony ukraińskiej.
"Polska odebrała apel Ukrainy o wsparcie operatorskie dotyczące energii" - napisał.
"Eksport do Ukrainy odbywa się przy zachowaniu bezpieczeństwa polskiego systemu energetycznego. Polskie Sieci Elektroenergetyczne na bieżąco monitorują sytuację i są w kontakcie z sąsiednim operatorem" - przekazał na platformie X.
Ukraina w nocy z piątku na sobotę padła ofiarą szeroko zakrojonego ataku ze strony Rosji. Wołodymyr Zełenski przekazał, że brało w nim udział ponad 400 dronów i około 40 rakiet różnych typów. Głównym celem były sieci energetyczne, elektrownie i podstacje rozdzielcze.
W związku z rosyjskim uderzeniem na cele położone w pobliżu polskiej granicy polskie wojsko poderwało w sobotę rano myśliwce. Akcja zakończyła się po kilku godzinach. Nie doszło do naruszenia przestrzeni powietrznej Polski.
"Wydarzenia": Upust policyjnej frustracji. Przez to nagranie komendant może stracić pracęPolsat News
Dwie osoby zostały ranne po zdarzeniu na przejeździe kolejowym w miejscowości Daniszyn w Wielkopolsce. Samochód osobowy uderzył w szynobus, a następnie - po opuszczeniu pojazdu przez kierującą i 14-letnie dziecko - w auto wjechał pociąg relacji Wrocław-Białystok.
W sobotę, około godziny 9, strażacy dostali zgłoszenie o zdarzeniu na przejeździe kolejowym w miejscowości Daniszyn (woj. wielkopolskie). Jak przekazały służby, samochód osobowy marki Toyota uderzył w szynobus. 43-letnia kobieta wraz z 14-letnim dzieckiem opuściła pojazd, w który następnie uderzył pociąg relacji Wrocław-Białystok.
Kierująca samochodem oraz jej dziecko trafili do szpitala
Źródło: ostrow.tv
W wyniku zdarzenia dwie osoby zostały ranne. Do szpitala zabrano kierującą samochodem wraz z jej dzieckiem.
Jak poinformowała podkom. Patrycja Neczke z Komendy Powiatowej Policji w Ostrowie Wielkopolskim, kierującą zbadano na zawartość alkoholu - kobieta była trzeźwa.
Zderzenie z szynobusem i pociągiem
Źródło: ostrow.tv
Policjanci dokładnie wyjaśniają przyczyny i okoliczności tego zdarzenia.
PKP w opublikowanym komunikacie uczulają, że w związku ze zdarzeniem pociągi mogą mieć opóźnienia.
Ukraiński wywiad o coraz większych problemach finansowych Rosji
— Myślę, że potrzebują przerwy. Myślę, że Putin myśli o przerwie — powiedział Zełenski w rozmowie z międzynarodowymi mediami, cytowanej przez agencję Interfax-Ukraina. Jak dodał, Kreml nie chce ogłaszać nowej mobilizacji, obawiając się reakcji społeczeństwa, dlatego szuka innego wyjścia z coraz trudniejszej sytuacji.
Ukraiński prezydent powołał się na dane wywiadu wojskowego (HUR), według których realny deficyt rosyjskiego budżetu w 2025 r. przekroczył 100 mld dol., podczas gdy oficjalnie Moskwa przyznaje się do ponad 80 mld. W 2026 r. luka finansowa ma być jeszcze większa.
Brak złudzeń Zełenskiego co do działań Rosji. USA wyznaczyły ważny termin
Choć w rosyjskiej retoryce pojawiają się sygnały sugerujące gotowość do rozmów, Zełenski nie wierzy w zmianę intencji Kremla.
— W ich retoryce nastąpiły zmiany. Ale nie wierzę im ani trochę. Myślę, że żywią wobec nas mniej więcej takie same uczucia jak wcześniej, ponieważ nienawidzą Ukrainy — podkreślił.
Prezydent Ukrainy przypomniał, że to Rosja rozpoczęła wojnę, a od jej pierwszych dni towarzyszyły jej tortury, znęcanie się nad ludnością cywilną i masowe zbrodnie. — Przybyli tutaj i zaczęli zabijać Ukraińców. To jest nienawiść — dodał.
- Większość odebranych zwierząt to zwierzęta lękowe, które na widok człowieka wręcz "zamrażały się", zastygały w jednym miejscu, oddawały pod siebie mocz, kuliły się... Większość nie potrafi jeść z misek... Traktuje miski jak przedmiot z kosmosu. Jedzenie było dystrybuowane z taczek. To była breja, wodnista karma. Do tego kompletna apatia zwierząt. Zamrożenie psychiczne - mówi Interii dr Magdalena Silska, pełnomocniczka OTOZ Animals, kiedy rozmawiamy o głośnej ostatnio sprawie zamkniętego w styczniu schroniska w Sobolewie.
OTOZ Animals była jedną z tych organizacji, które ruszyły na ratunek znajdującym się tam psom.
- Większość zwierząt, którym pomagaliśmy, wynosiliśmy na własnych rękach. Nawet bardzo duże psy, kilkudziesięciokilogramowe. Nie były w stanie poruszać się na nogach. Nie ze względów motorycznych, tylko przez strach. Pamiętam, jak wynosiłam w kontenerze dwa małe pieski. Zatrzymała nas policja. Powiedzieli, że musimy czekać aż zostaną podpisane odpowiednie umowy, przyjedzie wójt. Trwało to kilka godzin. Kontener okrywaliśmy wtedy kocem. Jeden z tych piesków był tak zablokowany na rzeczywistość, że się nie ruszał. Musiałam go dotykać, sprawdzać. Miałam wrażenie, że po prostu umarł - opowiada nasza rozmówczyni.
- Zbieramy też dane z innych organizacji, cały czas się komunikujemy. Wszyscy mają te same obserwacje. Totalne stany lękowe zwierząt. U niektórych prawdopodobnie to będą lata pracy w tymczasowych domach, bo nie da się tego przepracować w adopcji. Być może niektóre z nich już zawsze będą potrzebowały wsparcia behawiorystycznego - mówi dalej.
Takich sytuacji jest więcej. Dramatyczne historie schronisk pojawiają się regularnie. Często interwencje udaje się podjąć dzięki determinacji obrońców praw zwierząt. Zapytaliśmy ich o przypadki z ostatnich lat, które wspominają najgorzej.
"Nikogo nie interesowało, gdzie psy pójdą"
Jeden z naszych rozmówców, który zajmuje się obroną praw zwierząt od dwóch dekad podkreśla, że historię o najgorszych przykładach schronisk należy zacząć od Korabiewic na Mazowszu. Schronisko działało tam od lat 80. W 2003 roku zarejestrowała je Inspekcja Weterynaryjna.
Po interwencji wolontariuszy dotyczącej złej sytuacji zwierząt, w 2011 roku samorząd cofnął zgodę na prowadzenie schroniska ówczesnej zarządczyni obiektu.
Sprawa Korabiewic nie dotyczy tylko schroniska. Najwyższa Izba Kontroli badała wątek przedsiębiorcy, który odławiał psy i przekazywał je do obiektu. Działania mężczyzny oceniała negatywnie. W 2012 roku zarzuciła przekazywanie zwierząt po cofnięciu zgody na prowadzenie działalności, odławianie zwierząt na terenie gmin Nadarzyn i Piaseczno bez zgody na prowadzenie tam takiej działalności i nieprowadzenie rejestru odłowionych zwierząt.
Problemy w Korabiewicach skończyły się w tym samym roku. Wówczas schronisko przejęła Fundacja Viva!
Problem nagłaśniany przez lata
Głośna była też historia schroniska w Krzyczkach koło Nasielska. Zostało zamknięte w 2008 roku, oficjalnym powodem były warunki sanitarne. Wolontariusze o sprawie informowali przez kilka lat. "Prawdziwy szok wywołało odnalezienie za ogrodzeniem schroniska masowego grobu ponad 300 zwierząt" - relacjonowała w 2011 roku "Interwencja".
Kolejna historia dotyczy schroniska w Wojtyszkach. Niegdyś było największym w Polsce ośrodkiem dla bezdomnych psów. Znajdowało się w nim kilka tysięcy zwierząt. Również w tym przypadku wolontariusze zwracali uwagę na złe warunki bytowania zwierząt przez lata.
Sprawa nabrała tempa w 2023 roku, kiedy prokuratura i policja weszły na teren obiektu. Ostatecznie schronisko przejął Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt. Wcześniejsze kierownictwo schroniska - dwie kobiety - usłyszały zarzuty znęcania się nad zwierzętami ze szczególnym okrucieństwem. Sprawa wciąż toczy się w sądzie.
Nasi rozmówcy są jednak zgodni. Ze wszystkich spraw najgorzej wspominają historię schroniska w Radysach na Mazurach.
Wstrząsająca interwencja w Radysach
W 2020 roku na teren obiektu weszły służby. Psy były wygłodzone, w złym stanie, ale przede wszystkim znajdowały się w przepełnionych boksach. W tej sprawie prokuratura postawiła zarzuty o znęcanie się nad zwierzętami trzem osobom. Nie przyznały się do winy. Proces ruszył na początku 2025 roku, w tym będzie mieć swoją kontynuację.
- To było miejsce kaźni i to masowej. Znajdowało się tam czasem nawet około dwóch tysięcy zwierząt. Skumulowanie ich na tak małej powierzchni było absolutnie porażające - opowiada w rozmowie z Interią Magdalena Silska.
Rozmawialiśmy z wolontariuszami, którzy podejmowali interwencję w Radysach. Zebrany materiał w sprawie to ponad 100 tomów akt.
Nasi rozmówcy podkreślają, że największym problemem schroniska było zbyt wiele psów w boksach. W konsekwencji zwierzęta walczyły ze sobą lub o jedzenie.
Biznes dla pieniędzy
Wymienione przypadki schronisk to zaledwie kilka przykładów. Dr Silską pytamy, dlaczego historie dramatów w prywatnych schroniskach pojawiają się regularnie i skąd wynika problem.
- Po pierwsze cały czas na wysokim poziomie funkcjonuje bezdomność zwierząt w Polsce. Natomiast system finansowania i kontroli schronisk zawiera bardzo dużo luk proceduralnych. Część schronisk jest prowadzona przez przedsiębiorców, biznesmenów nastawionych na zysk. System funkcjonuje tak, że w zależności od gminy za samo wyłapanie psa jest około trzech tysięcy złotych. Dodatkowo zwierzę, które już znajduje się w schronisku, też jest finansowane przez gminę - zaznacza pełnomocniczka OTOZ Animals.
- Dla przedsiębiorcy, dla którego taki ''biznes'' to jedyne źródło dochodu, nie jest korzystne inwestowanie w leczenie, lepszą karmę, infrastrukturę, szkolenia dla pracowników. Po prostu się to nie opłaca. To okrutne, ale tak to wygląda i schroniska prowadzone przez firmy nastawione na zysk zawsze będą tak wyglądały. Motywacją są pieniądze, a nie dobrostan zwierząt - podkreśla.
Jej zdaniem remedium na problem z prywatnymi schroniskami może być obywatelski projekt ustawy o ochronie praw zwierząt.
Obywatelski projekt ustawy
- Projekt w Sejmie złożyliśmy półtora roku temu. Pracowało nad nim kilka organizacji prozwierzęcych, OTOZ Animals, Viva!, Mondo Cane. Projekt ustawy uszczelnia system finansowania schronisk, kładzie silny akcent na projekty adopcyjne, na wykwalifikowanych pracowników - zaznacza Silska.
- Projekt dotyka też kwestii kastracji oraz chipowania zwierząt, czyli jednych z głównych remediów na problemy z bezdomnością zwierząt. Wprowadza też większą odpowiedzialność gmin. Bardziej rzetelne kontrole oraz rozliczenia finansowych działalności - mówi dalej.
Pod projektem podpisało się ponad pół miliona obywateli. Ma nadany sejmowy numer druku, ale wciąż czeka aż ruszy proces legislacyjny.
Co dalej? "Takich miejsc jest kilkadziesiąt"
Naszych rozmówców pytamy również jak wiele jest jeszcze w Polsce miejsc, w których dochodzi do znęcania się nad zwierzętami. Część od razu mówi o przygotowaniach do interwencji w kilku obiektach.
- Byłabym bardziej ponura, jeśli chodzi o statystyki. Według mnie takich miejsc może być nawet kilkadziesiąt w skali kraju. Dostajemy zgłoszenia z prośbami o pomoc, które brzmią "błagam, przyjedźcie do tego psa, bo inaczej trafi do schroniska X, Y, a to przecież mordownia!". Znamy wiele mrocznych punktów na mapie Polski, gdzie jak bezdomne zwierzę wpadnie, to tak jakby wpadło w otchłań, znieczulicy, obojętności, i nieskutecznie działającego systemu ochrony - podkreśla rozmówczyni Interii.
Jakub Krzywiecki
"Wydarzenia": Po zamknięciu schroniska w Sobolewie sytuacja wymknęła się spod kontroliPolsat NewsPolsat News
Rdzenne, niewielkie narody w 147-milionowej Rosji czasem liczą zaledwie po kilkadziesiąt lub kilkaset osób. Są symbolem strat na wojnie w Ukrainie. Czukczy, Telengici, Itelmeni idą na front z powodu biedy, braku perspektyw i kremlowskiej propagandy. Jak podkreśla Dmitrij Biriezkow, redaktor naczelny portalu Rosja Rdzennych Narodów, giną młodzi mężczyźni, ojcowie, a to oznacza ogromne straty. "Moskwa świadomie to wykorzystuje, przekształcając wojnę w narzędzie etnicznego tłumienia" - stwierdza na swojej stronie rosyjski ruch obywatelski Wolny Idel-Ural. Artykuł dostępny w subskrypcji
Ułagan i Kosz-Agacz to najbardziej odległe wioski w Republice Ałtaju. Są położone blisko granicy z Mongolią. Stąd do Moskwy jest ponad trzy i pół tysiąca kilometrów.
Większość mieszkańców Ułaganu i Kosz-Agacz to Telengici, rdzenny, niewielki naród, wyznający szamanizm. Telengici wierzą, że ziemia ich przodków jest święta i strzeżona przez duchy, których nie wolno niepokoić.
Kiedy w lutym 2022 roku Rosja zaatakowała Ukrainę, z wioski Kosz-Agacz do wojska powołano 26 mężczyzn, w tym 24 Telengitów.
- Od tamtego czasu nasz region pogrążył się w żałobie. Co miesiąc mamy pogrzeby. Telengici idą na wojnę jako ochotnicy. Miesiąc lub dwa - i wracają do domu w cynkowych trumnach. Wielu z nich było ojcami, mieli po troje, czworo dzieci - mówiła dziennikarzom rosyjskiej sekcji Radio Swoboda jedna z mieszkanek Kosz-Agacz.
Kompromis
W Rosji mieszka 47 rdzennych, niewielkich narodów Północy, Syberii, Dalekiego Wschodu i Kaukazu. Liczebność każdego z nich nie przekracza 50 tysięcy. Niektóre społeczności liczą zaledwie kilkadziesiąt lub kilkaset osób. Według spisu ludności z 2021 roku Kereków, mieszkających na wschodzie Syberii, pozostało tylko dwudziestu trzech. Alutorów, zamieszkujących Kamczatkę - 96.
Dmitrij Bieriezkow, Itelmen z Kamczatki, jest obrońcą praw człowieka i redaktorem naczelnym portalu Rosja Rdzennych Narodów, zakazanego przez władze w Moskwie. Kontaktuję się z nim za pośrednictwem mediów społecznościowych. Wyjaśnia, że do rdzennych, nielicznych narodów władze rosyjskie zaliczają społeczności, liczące mniej niż 50 tysięcy osób, zamieszkujące ziemie przodków, zachowujące tradycyjny tryb życia i rzemiosło.
Plaga pijanych kierowców. Nie odstrasza ich nawet groźba konfiskaty samochodu
Źródło: Grzegorz Jarecki/Fakty po Południu TVN24
Do niebezpiecznej sytuacji doszło na przejeździe kolejowym w miejscowości Błonie. Samochód utknął na torach. Ruch kolejowy został wstrzymany dzięki reakcji świadka. Autem podróżowały dwie osoby - kobieta i mężczyzna. Nie wiadomo, kto kierował. Oboje byli pijani.
O godzinie 00.50 straż pożarna została zadysponowana do zdarzenia na przejeździe kolejowym w miejscowości Błonie, na ulicy Księcia Józefa Poniatowskiego. "Samochód osobowy zjechał z jezdni i znalazł się na torach" - poinformowało w komunikacie w mediach społecznościowych OSP Błonie.
"Jeszcze przed naszym dojazdem Powiatowe Stanowisko Kierowania Komendanta Komenda Powiatowa PSP w Powiecie Warszawskim Zachodnim poinformowało nas, że ruch pociągów został wstrzymany. Było to możliwe dzięki szybkiej reakcji osoby zgłaszającej, która przekazała kluczową informację na numer alarmowy 112" - opisało interwencję OSP Błonie.
Strażacy ochotnicy podkreślili, że to doskonały przykład na to, jak jedna szybka i właściwa decyzja może zapobiec tragedii. "Całe szczęście, że w tym przypadku wszystko zadziałało na czas" - dodali. Przypomnieli, że w przypadku zagrożenia na przejazdach kolejowych każda sekunda ma znaczenie, a natychmiastowe powiadomienie służb może uratować życie.
Działania straży pożarnej polegały na zabezpieczeniu miejsca zdarzenia oraz wyciągnięciu pojazdu z torów i przemieszczeniu go na jezdnię.
Auto na torach w miejscowości Błonie
Auto na torach w miejscowości Błonie
Źródło: OSP Błonie
Auto na torach w miejscowości Błonie
Źródło: OSP Błonie
Auto na torach w miejscowości Błonie
Źródło: OSP Błonie
Promile, narkotyki i zakaz prowadzenia
Na miejscu pracowali także policjanci. Zgłoszenie o zdarzeniu otrzymali w sobotę o godzinie 00.45. Funkcjonariuszy zawiadomił świadek zdarzenia, przekazując, że na przejeździe utknął samochód osobowy.
Policjanci po dotarciu na miejsce zastali fiata, który był unieruchomiony. - Funkcjonariusze poinformowali dyspozytora PKP o konieczności wstrzymania ruchu pociągów na tym odcinku. Dodatkowo wyłamali szlaban, by mieć pewność, że alert dla pociągów został uruchomiony - przekazał Bartłomiej Śniadała z Komendy Stołecznej Policji.
Obok pojazdu stały dwie osoby: kobieta i mężczyzna. - Żadne z nich nie przyznawało się do kierowania. Zostali przebadani na zawartość alkoholu, mężczyzna miał 2 promile alkoholu w organizmie, kobieta ponad 0,5 promila. Policjanci znaleźli też przy nich narkotyki. Dodatkowo mężczyzna posiadał dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów - opisał Śniadała.
36-letnia kobieta i 34-letni mężczyzna zostali zatrzymani. Policjanci wyjaśniają, która osoba kierowała samochodem. Od zatrzymanych pobrano też krew do badań na zawartość zabronionych substancji.
Dwa pociągi uderzyły w auto
Na tym samym przejeździe kolejowym, do bardzo niebezpiecznej sytuacji, doszło pod koniec stycznia. Wówczas dwa pociągi uderzyły w samochód osobowy, który zepsuł się na przejeździe. Kierowca chciał go zepchnąć z torów, niestety nie zdążył i w auto uderzył pociąg Intercity relacji Szczecin Główny-Rzeszów Główny. Samochód wpadł na drugi tor, gdzie uderzył w niego drugi skład Intercity Warszawa-Berlin. Na szczęście nikomu nic się nie stało.
Zderzenie na przejeździe w miejscowości Błonie
Zderzenie na przejeździe w miejscowości Błonie
Źródło: Klemens Leczkowski/tvnwarszawa.pl
Zderzenie na przejeździe w miejscowości Błonie
Źródło: Klemens Leczkowski/tvnwarszawa.pl
Zderzenie na przejeździe w miejscowości Błonie
Źródło: Klemens Leczkowski/tvnwarszawa.pl
Zderzenie na przejeździe w miejscowości Błonie
Źródło: Klemens Leczkowski/tvnwarszawa.pl
Zderzenie na przejeździe w miejscowości Błonie
Źródło: Klemens Leczkowski/tvnwarszawa.pl
Zderzenie na przejeździe w miejscowości Błonie
Źródło: Klemens Leczkowski/tvnwarszawa.pl
Zderzenie na przejeździe w miejscowości Błonie
Źródło: Klemens Leczkowski/tvnwarszawa.pl
Wybuchł pożar, który objął samochód i lokomotywę jednego z pociągów. Z obu składów ewakuowano łącznie 590 osób. Pociąg wraz z wrakiem samochodu stanął około 200 metrów od przejazdu kolejowego.
Wyłączenie terminali Starlink doprowadziło do paraliżu systemu dowodzenia i komunikacji rosyjskich wojsk na froncie.
Rosyjskie jednostki utraciły łączność, co skutkowało przypadkami ostrzeliwania własnych pozycji oraz nieudanymi próbami uruchomienia zapasowych kanałów.
Eksperci wskazują, że Ukraina może wykorzystać ten moment chaosu i zyskać przewagę operacyjną.
Wyłączenie terminali Starlink używanych przez rosyjskie wojska wywołało poważne zakłócenia w ich systemie dowodzenia i łączności.
Jak opisuje "The Telegraph", decyzja ta w krótkiej perspektywie może dać Siłom Zbrojnym Ukrainy wyraźną przewagę na froncie, choć analitycy nie mają wątpliwości, żeMoskwa będzie próbowała znaleźć alternatywne rozwiązania.
Po zablokowaniu satelitarnego internetu niemal 90 proc. rosyjskich jednostek na froncie straciło łączność. Wojskowi blogerzy z Rosji alarmowali, że dowodzenie zostało sparaliżowane, a komunikacja "pogrążyła się w chaosie".
Starlink był bowiem kluczowym narzędziem nie tylko do kontaktu między oddziałami, ale także do sterowania dronami - powietrznymi, naziemnymi i morskimi - oraz do przeprowadzania ataków średniego zasięgu.
Wojna w Ukrainie a Starlinki. Dowodzenie i koordynacja Rosjan sparaliżowane
To echa ruchu Ukrainy, która zawarła porozumienie z firmą SpaceX Elona Muska, na mocy którego na jej terytorium mogą działać wyłącznie terminale Starlink zarejestrowane w Kijowie.
Wprowadzono także ograniczenie prędkości do 75 km/h, co uniemożliwia korzystanie z systemu w połączeniu z bronią poruszającą się z dużą prędkością, w tym w części dronów i rakiet. W praktyce oznacza to, że urządzenia przemycane i wykorzystywane przez Rosjan przestały działać.
- Najpilniejszym problemem jest to, że utrudni to efektywne użycie bezzałogowych systemów oraz przeprowadzanie ataków średniego zasięgu. W krótkiej perspektywie z pewnością przyniesie to pozytywny efekt - ocenił Rob Lee, starszy analityk amerykańskiego think tanku Foreign Policy Research Institute.
Chaos na froncie. Rosjanie atakują siebie nawzajem
Po uniemożliwieniu rosyjskim wojskom korzystania z terminali Starlink ich system dowodzenia został sparaliżowany. Taka sytuacja występuje prawdopodobnie wzdłuż całej linii frontu - poinformował ukraińsko-tatarski ruch oporu Atesz.
Dodano, że jego źródła z kierunków zaporoskiego i kupiańskiego jednocześnie doniosły o przypadkach tzw. friendly fire, czyli wzajemnego omyłkowego ostrzeliwania się przez rosyjskich żołnierzy.
Jak podano w komunikacie, rosyjscy łącznościowcy są zdesperowani. Próbują uruchomić zapasowe kanały łączności, lecz bez powodzenia. Jednocześnie standardowe środki walki radioelektronicznej przeciwnika regularnie zakłócają jego własne radiostacje - przekazał Atesz.
"Bez stabilnej łączności na pierwszej linii frontu zaczyna się chaos. Brak koordynacji już prowadzi do poważnych strat - i to nie tylko od ognia wroga" - napisał ukraińsko-tatarski ruch oporu.
Według partyzantów do przypadku omyłkowego otwarcia ognia w obwodzie zaporoskim doszło właśnie z powodu całkowitego zerwania łączności, ponieważ rosyjskie pododdziały nie miały żadnych informacji o sobie nawzajem. W jednym z takich incydentów grupa szturmowa wojsk rosyjskich, licząca 12 osób, miała zostać całkowicie zniszczona przez "własne siły".
"Zależność armii rosyjskiej od cywilnych technologii obróciła się przeciwko niej. Gdy tylko znika łączność, system dowodzenia się rozpada, a wojska zaczynają wyniszczać same siebie" - podkreślili partyzanci.
Rosyjskie wojsko cofnięte w czasie? Nowe zasady uderzyły też w Ukraińców
Eksperci podkreślają jednak, że Rosja nie pozostaje całkowicie bez alternatyw. Moskwa dysponuje własnymi systemami łączności satelitarnej i pracuje nad niezależnym internetem satelitarnym na niskiej orbicie okołoziemskiej.
W przeszłości Moskwa wykorzystywała też inne rozwiązania, m.in. modemy komórkowe z kartami SIM od ukraińskich operatorów w dronach dalekiego zasięgu zaprojektowanych w Iranie. Takie systemy są jednak mniej stabilne i znacznie bardziej podatne na zakłócenia oraz ataki.
Anonimowy bloger wojskowy znany jako "Informator wojskowy" przyznał, że wyłączenie Starlinków może "cofnąć rosyjską armię o kilka lat", zmuszając ją do korzystania ze starszych technologii. Takie ograniczenia znacząco utrudniają wykorzystanie dronów powietrznych i naziemnych, które wcześniej opierały się na łączności satelitarnej.
Decyzja Kijowa ma jednak również swoje konsekwencje dla ukraińskich żołnierzy. Część jednostek korzystała z prywatnie zakupionych lub przekazanych w darze terminali Starlink, które nie zawsze były wcześniej zarejestrowane. Amerykańska ochotniczka Rebekah Maciorowski, służąca jako sanitariuszka bojowa, relacjonowała, że mimo spełnienia formalnych wymogów jej terminal przestał działać. "To nie była awaria sprzętu ani błąd operatora. System po prostu się wyłączył" - napisała w mediach społecznościowych.
Chaos na froncie. Ukraina może wykorzystać moment słabości
Mimo problemów analitycy są zgodni: nowe zasady użytkowania Starlinka, uzgodnione między Kijowem a SpaceX, mogą w dłuższej perspektywie wzmocnić Ukrainę.
- To będzie znacząca przewaga, jeśli Rosja nie będzie mogła korzystać z tego systemu, a Ukraina tak. Rosjanie znajdą sposoby obejścia ograniczeń, ale będą one mniej skuteczne niż pełny dostęp do Starlinka - ocenił Rob Lee.
Choć nie ma pewności, czy zakłócenia doprowadzą do załamania rosyjskich linii obronnych, "The Telegraph" zauważa, że jest to jeden z najpoważniejszych ciosów w rosyjskie zdolności dowodzenia od miesięcy.
Dla Ukrainy oznacza to "rzadkie okno możliwości": chwilę, w której chaos po stronie przeciwnika - w tym ryzyko ostrzału własnych oddziałów - może przełożyć się na realne korzyści na polu walki.
Źródła: "The Telegraph", Unian
Dworczyk w ''Graffiti'' o pożyczce z programu SAFE: Chodzi o rozwój Sił Zbrojnych RP na dekady. Rząd powinien to konsultowaćPolsat NewsPolsat News
Były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro na antenie Telewizji Republika postanowił zakpić z wydania za nim listu gończego i zadzwonił pod numer, jaki się w nim znalazł. „Widzicie państwo i o to właśnie chodzi, że teraz w całej Polsce dzwonią w sprawie Ziobry poszukiwanego listem gończym” – mówił polityk.
Bądź na bieżąco! Informacje z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.
Wczoraj prokurator wydał postanowienie o poszukiwaniu podejrzanego, byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, listem gończym w związku z nieprawidłowościami w Funduszu Sprawiedliwości. Tak, jak dzieje się to w każdym takim przypadku, wizerunek Ziobry został opublikowany na policyjnych stronach. W ogłoszeniach dotyczących poszukiwanej osoby policja zawsze publikuje też numer, na który należy zadzwonić jeśli wie się, gdzie dana osoba przebywa. Tak też jest w przypadku listu gończego za politykiem PiS.
Były minister sprawiedliwości skomentował działania prokuratury w Telewizji Republika. To jest ta rzeczywistość Żurkowo-Tuskowego wymiaru sprawiedliwości. Tak naprawdę to jest komedia. Polskie przepisy mówią jasno, że list gończy ma zastosowanie wyłącznie na terenie Polski - mówił. Podkreślał, że druga przesłanka do wydania listu istnieje, jeśli miejsce przebywania danej osoby nie jest znane. Wszyscy w Polsce wiedzą, że nie przebywam na terytorium Polski, a więc ta przesłanka odpada. A tym bardziej moje miejsce pobytu jest znane. Przebywam w Budapeszcie lub w Brukseli. Oba adresy mojego pobytu są znane i znajdują się w aktach prokuratury i sądu - mówił.
Ziobro w czasie programu postanowił zadzwonić na numer Komendy Stołecznej Policji wskazany w liście gończym. Nikt jednak nie odebrał, pojawił się komunikat głosowy, że numer jest zajęty (w liście podkreślono, że na ten numer należy dzwonić w godzinach 8:00-16:00 w tygodniu, a w innym przedziale czasowym na 112).
Dzwonią w sprawie Ziobry. Widzicie państwo i o to właśnie chodzi, że teraz w całej Polsce dzwonią w sprawie Ziobry poszukiwanego listem gończym.Problem polega na tym, że prawo mówi... ta prawniczka, która jest w studiu kompromituje się, bo gdyby znała prawo to by wiedziała, że list gończy ma zastosowanie tylko na terenie Polski - mówił były minister sprawiedliwości i dodawał, że w jego sprawie powinien być wydany Europejski Nakaz Aresztowania.
Prokuratura zarzuca byłemu szefowi resortu sprawiedliwości z czasów rządów PiS m.in., że kierował zorganizowaną grupą przestępczą oraz wykorzystywał swoje stanowisko do działań o charakterze przestępczym. Ziobro miał popełnić 26 przestępstw, m.in. wydawać swoim podwładnym polecenia łamania prawa, by zapewnić wybranym podmiotom dotacje z Funduszu Sprawiedliwości, ingerować w przygotowanie ofert konkursowych i dopuszczać do przyznawania środków nieuprawnionym podmiotom.
Prokuratura zarzuca też Ziobrze, że zdecydował o nielegalnym przekazaniu z Funduszu Sprawiedliwości 25 mln zł CBA na zakup inwigilującego oprogramowania Pegasus oraz 14 mln zł na remont Prokuratury Krajowej, mimo braku podstaw prawnych.
Obecnie Ziobro - według jego obrońców - jest objęty ochroną międzynarodową przez władze Węgier, które uznały, że grożą mu prześladowania polityczne.
Przez Grecję przeszła silna burza, która doprowadziła do poważnych zniszczeń
Przez Grecję przetoczył się potężny układ burzowy. W wyniku ulew i silnego wiatru w wielu rejonach kraju doszło do powodzi i uszkodzeń infrastruktury. Zginęła co najmniej jedna osoba.
W czwartek pogoda w Grecji znacznie się pogorszyła. Od zachodu przez kraj przeszedł układ burzowy, który przyniósł silny wiatr i intensywne opady deszczu. Z danych Obserwatorium Narodowego w Atenach wynika, że w zachodniej Grecji w czwartkowy wieczór spadło miejscami ponad 100 litrów wody na metr kwadratowy.
Osuwisko w Olimpii
Burza najbardziej dotknęła region Morza Jońskiego. Władze informowały o powodziach, powalonych drzewach oraz przerwach w dostawie prądu i wody w kilku regionach.
W czwartek w mieście Pirgos w zachodniej części Półwyspu Peloponeskiego doszło do zalania domów i ulic. Strażacy wypompowywali wodę i ratowali mieszkańców z zalanych posesji. Z powodu uszkodzeń władze miasta zdecydowały o zamknięciu wszystkich szkół, żłobków i świetlic.
Nieopodal Olimpii, znanej ze starożytnych igrzysk, doszło do osuwiska i częściowego zawalenia się mostu. W rezultacie uszkodzony został główny wodociąg, co odcięło dopływ wody do Pirgos i okolicznych miejscowości. Władze przekazały, że na miejscu pracują ekipy remontowe, ale naprawa może potrwać.
Ulewy w Grecji doprowadziły do częściowego zawalenia się mostu w Trifilii
Źródło: ENEX
Woda porwała mężczyznę
Groźna pogoda zaznaczyła się nie tylko na Peloponezie. W stolicy Grecji, Atenach, ulewy wywołały poważne problemy na drogach, a na północy kraju, w Polikastro, woda zalała kilka tysięcy hektarów upraw. Na Korfu, w wiosce Afionas, rozwinęła się trąba powietrzna, która uszkodziła dachy kilku budynków.
W wyniku ataku żywiołu śmierć poniosła co najmniej jedna osoba. Na północnym wschodzie kraju świadkowie donieśli o mężczyźnie, który został porwany przez wodę w czwartek rano, gdy próbował przekroczyć rzekę. Od tego czasu strażacy prowadzili poszukiwania. Ostatecznie znaleźli ciało mężczyzny w mieście Komotini.
Nikoleta Ziakopoulou, meteorolog państwowej stacji ERT przekazała, że pogoda w Grecji poprawi się w sobotę. Jednocześnie ostrzegła, że od niedzieli aura znów stanie się niestabilna.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski przekazał, że administracja Donalda Trumpa będzie chciała zakończyć wojnę ukraińsko-rosyjską do czerwca. - Chcą jasnego harmonogramu wszystkich działań - powiedział w sobotę rano.